Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-04-2010, 22:17   #1
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 35 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
[DnD 3.0 FR] W interesie Thay i własnym

W interesie Thay i własnym
Rozdział I



...gdzieś w Thay, późnym wieczorem

Sędziwy już mężczyzna rozsiadł się na wiklinowym fotelu który zatrzeszczał pod jego ciężarem. Pokój dzienny, był o tej porze oświetlony jedynie ogniem trzaskającym w kominku przed magiem i dwoma lampionami po obu stronach pokoju, okna zasłonięte grubymi, iszyckimi zasłonami nie wpuszczały nawet światła nocnego niebia, w pomieszczeniu panował ciepły pół-mrok. Z jednego z cieni który skrywał drzwi do holu wszedł do salonu sługa, mentalny niewolnik zakuty w obrożę dominacji kontrolowanej przez starca-właściciela. Jeden z wielu służących w tym domu, jeden z tysięcy niewolnych w Thay. Tępym spojrzeniem wbijał się w tacę z parującą zawartością starając się nie uronić ani kropli, Gorm przyjmował codziennie litry wywarów na swoje dolegliwości, ale zawsze znalazł jeszcze trochę energii by ukarać nieudolną w jego oczach służbę. Magia, tak w przypadku jego jak i większości thayskiej magokracji, od wieków walczyła z upływem czasu czarostwem, alchemią i przedmiotami- jednak cielesna powłoka zawsze w końcu osiągała swoje limity. Tak krucha i tymczasowa, niedoskonałe naczynie. Niewolnik przebrany na czas pracy w galowy strój służby ostrożnie położył tacę przed swym mistrzem po czym wrócił do cienia z którego przyszedł, równie melancholijnie. Mag podjął ze stolika przy fotelu kulę z kryształu, która leżała tam już wcześniej i rysując palcem symbole na przedmiocie jął tkać zaklęcie. Inivis respis... otuan otuis e sikstis.. -szepty były ledwie słyszalne lecz wyraźne, jakby nie tylko Gorm szeptał frazy- caladadasis woca n'voca... Kula drżała lekko w jego dłoni podczas inkantacji, gdy skończył ostatnią formułę wyskoczyła z jego rąk turlając się wprost do ognia kominka gdzie zniknęła w ognisku. Płomienie oszalały, coraz większe języki pięły się po ścianie w nienaturalny sposób pożerając kolejne metry powierchni, pokrywając po chwili całą ścianę na przeciw stoicko spokojnego Yertonga rozpartego w wilkinowym fotelu. Ściana ognia uspokoiła się, przez płomienie prześwitywał jakiś obraz jakby ogień strawił całą ścianę na wylot w te kilka chwil, połączenie stabilizowało się, żółto-czerwone barwy nikły rozpuszczając się w plamy innych kolorów, formujących obraz projekcji. Po chwili Gorm Yertong nie był już sam, w gabinecie po drugiej stronie ściany ognia w identycznym wilkinowym fotelu siedział mężczyzna.
-Zulkirze Druxiusie. -starzec skinął głową pierwszy, hierarchia w Thay była żelazną regułą.
-Tharchionie Yertong..., jak się miewasz Gormie? -dodał już mniej oficjalnie- Co to za mikstury spożywasz o tej porze? -Mag po drugiej stronie podchodził pod czterdziestkę- z wyglądu, Gorm wiedział, że Druxius Rhym liczył sobie lekko półtora wieku. Ubrani w te same szaty z aksamitnej czerwieni wyglądali jak lustrzane odbicia, efekt magicznej projekcji, z wyjątkiem twarzy.
-Nie narzekam, to herbata tylko, dla przyjemności. Nic więcej. -zapewnił fałszywie starzec sięgając po filiżankę. Okazywanie słabości nie leżało w jego naturze.
-Rad jestem. Problemów z pamięcią też pewnie nie masz -dodał, można by pomyśleć, złośliwie- Pamiętasz więc Reigtana, którego wysłaliśmy do Teziir..
-Pamiętam, czy są jakieś wieści od niego? -Gorm puścił złośliwość mimo uszu, kontynuował dialog odsuwając od ust brzeg porcelany.
-Są: wysłannik nie żyje. Jego manifestacja zniknęła dziś rano, na pewno nie żyje. Misja z jaką się tam udał wymaga nowych środków..., wyższych umiejętności. Zajmiesz się tym. -polecenia wydawał spokojnie, ale bardzo stanowczo przez poważną barwę głosu.
-Proponujesz wysłać kolejnego?
-Kwestionujesz moje polecenia Tharchionie? -mimo oczywistej groźby Rhym nadal brzmiał zimno i obojętnie- Czy może mam ci przypomnieć, że sprawa ta leży w twoim osobistym interesie...

***


Mistrz Nefarius Izelhower, wprawny mag oczarowań i podróżnik, rodowity Czerwony Czarnoksiężnik, mieszkał w okazałym domostwie blisko centrum stolicy Thay. Razem z żoną i służbą spędzał czas na badaniach i życiu osobistym, beztrosko i bezpiecznie od kilku lat nie opuszczając swego dobytku na dłużej niż godziny. Czasy wojaży spędzone na pertraktacjach w interesie Thay, poszukiwaniach na własną rękę i walce o chwałę i potęgę minęły dawno temu razem z młodością, zmieniło się podejście do życia, zmieniło się życie. Nie to, że nie miał siły, brakowało mu jednak motywacji do tego wysiłku- wraz z upływem lat zyskał znaczną pozycję i możliwości manipulacji a-personalnej. Spraw ważnych, wymagających osobistego udziału z dala od stolicy los mu nie nastręczał od wielu miesięcy pozwalając na osobisty rozwój w domowym gniazdku. Ten dzień nie zapowiadał zmiany mijając wedle harmonogramu, a jednak ją przyniósł, pod wieczór.


...do widzenia mistrzu. - ostatni z protegowanych adeptów opuścił domową bibliotekę zostawiając Nefariusa z rozłożonym Ilnuminal Matis na pulpicie przed którym stał.
Nie zwrócił na niego uwagi skupiając się na tekście, którego dawno nie czytał i wydał mu się interesujący. Dojechał palcem do końca strony, odchrząknął, przebrał nogami i zamknął tomiszcze, które z piedestału przefrunęło na półkę i wpasowało się w lukę pomiędzy resztą księgozbioru. Spokojnie ruszył przez pokój do drzwi myśląc o obowiązkach jakie jeszcze dziś przed nim czekają i nieoczekiwanie zastygł w bezruchu. "Nie możliwe!" Pobiegł przez hol do schodów i na dół, w połowie ich długości obawy potwierdziły się. Czujka magiczna charakteru aktywowała się uruchamiając pułapkę przy wejściu, zwłoki wielkiego mężczyzny leżały wykręcone metr za progiem drzwi do domu. Tkając inkantację ruszył dalej w dół wyglądając intruzów, rzucił dominację w odwróconego doń plecami krasnoluda z toporem o szerokich, błyszczących dwóch ostrzach broni, zanim go zauważyli zauroczył wojownika rzucając go do walki przeciw jego własnym towarzyszom. Kości czarodzieja-agresora gruchnęły pod niespodziewanym ciosem w plecy, zauroczony krasnolud stracił już element zaskoczenia, ale zlikwidował czaromiota i szybko znalazł się przy reszcie "gości". Sam gospodarz wrócił za balustradę schodów skupiając myśli na następnym zaklęciu.. Ignis de na.. płomienie formowały się w dłoniach, ...ignis mau denas, wyskoczył zza bariery celując w najbliższego napastnika. Opierający się o ścianę bard nie walczył, przyglądał się tylko rzezi kompanów. Nefarius wycelował w innego, parującego obustronny topór eks-kompana kapłana władającego masywnym buzdyganem i cisnął w niego miniaturowym meteorem. Cel trafiony takim pociskiem w odsłonięty bok zawył z bólu padając na ziemię, krasnolud już zajął się resztą po czym mag skierował go do barda. Wojownik ruszył w jego kierunku celując w niego okazałym toporem jednak grajek niewzruszony patrzył na maga dalej podpierając ścianę, w jego oczach było coś znajomego. Vvo'cus.
-Co wyprawiasz parszywcze? Intruzów do mego domu sprowadzając postąpiłeś nierozważnie, bardzo lekkomyślnie i spotka cię kara Vvo'cusie. -kontrolowany przez niego krasnoludzki wojownik zamachnął się do ciosu swą straszliwą bronią.
Bard zatrzymał mistrza gestem i zabrał głos póki jeszcze była ku temu okazja.
-Chwilę mój Panie, chwilę daj mi a wyjaśnię.. -widząc przyzwolenie w przymrużonych oczach maga kontynuował- Sam przecież wysłałeś Vvo'cusa na poszukiwania, Panie, pamiętasz?
-Nie kazałem Ci szukać nowych przyjaciół, a wiedzy. Jaką wiedzę mają te truchła na mojej podłodze?! -Nefarius tracił cierpliwość, kolejny raz dopelganger zawiódł go sromotnie, jego życie traciło na wartości w oczach maga.
-Tą której szukasz Panie, której kazałeś mi szukać, w Tammar. Wampirze księgi, Panie. -twarz poety uśmiechnęła się niepewnie.
Wzrokiem Izelhower przeczesał pomieszczenie, czaromiot leżał zgięty na pokaźnym skórzanym tobole, to musiało być to.
-Nie mogłeś przynieść zawiniątka głupcze? Byłoby prościej, nie sądzisz? -Mistrz ruszył powoli w kierunku zwłok magika, nogą zsunął truchło z pakunku i schylił się poń.
-Vvo'cus nie wojownik, Panie, wiesz, że nie wojownik. Oni wojownicy. Oni na chwałę i zarobek udali się do krypt Tammar na polecenie władyków by wyrżnąć krwiopijce, Vvo'cus towarzyszył. Znalazł księgi w krypcie i mistrzowi chciał zanieść, ale elf nie pozwolił... -wskazał na krwawiącego z szerokiej rany przez plecy magika drużyny- zabrał księgi dla siebie, mistrza księgi zabrał, Panie.
-Więc przyprowadziłeś ich do mnie innym sposobem.. Nie doceniłem cię przyjacielu, dobrze się spisałeś. Byłeś mi pomocny i będziesz nadal, ty zachowasz życie. -Mistrz Nefarius przywołał go gestem, sługa usłuchał.
Stojący przez czas dialogu w zastygłej pozie krasnolud jakby wyrwał się z petryfikacji, zgiął się przerzucając ciężar topora nad głową, wbił go mocno w drewnianą podłogę tam gdzie przed chwilą przehlastałby muzyka na pół i puścił trzon. Zdjął rękawice i rzucił je niedbale na ziemię, powoli uniósł hełm ukazując starą już i pooraną bliznami twarz dumnego wojownika i sprawnie ściągnął migotliwą koszulkę kolczą z tarczą herbową, przedmiot kunsztowny i zapewne z rzadkiego metalu... po czym rzucił się na wystające z podłogi ostrze własnego topora. Nefarius i Vvo'cus ruszyli do gabinetu, gdy przeszli przez drzwi w holu pojawiła się służba, niewolnicy jęli sprzątać krwawą jatkę ze znacznym pośpiechem. Mistrz nie chciał by jego żona widziała co tu zaszło.

***

Shalia, łotrzyk i zabójczyni na usługach Złodziei Cienia z Athkatli, zdołała już zasłużyć sobie na uznanie mistrzów gildii wykonując szereg zleceń.. czy raczej wyroków w mieście pieniądza. Niedawno jednak opuściła metropolię, opuściła Amn. Podróżowała od wielu dni zostawiając za sobą Wybrzeże Mieczy i kierując się wgłąb kontynentu- nie dla przyjemności, a z pobudek zawodowych i choć nie wtajemniczono jej w szczegóły to wiedziała, że celem jest Czerwony Czarnoksiężnik. Dlatego podjęła się zadania, głównie dlatego. Przełożeni wyznaczyli miejsce i porę w których pozna detale, wyznaczyli jak zwykle precyzyjnie i tajemniczo: "Szaleństwo Giganta, za trzy dekadni od dziś, gdy zapłonie szczyt latarni w Teziir jej światło wskaże Ci drogę".


Kołysząc się w siodle i przesłaniając ręką oczy przed ostrym światłem przebijającym korony drzew mijała obojętnie grupę ludzi wznoszących modły przy przydrożnej kaplicy Loviatar. Zaskoczenie mieszało się z refleksją- zostawiła Teziir za plecami dobre pół godziny temu, czyli jakieś 5 kilometrów biorąc pod uwagę leniwe tempo, a pielgrzymi nadal nie znikali jej z oczu. "Co za bogobojna kraina to Smocze Wybrzeże"- cisnęło się na usta. O ile w samym Teziir pojmowała jeszcze cel i słuszność świątyń, kaplic i wręcz tłumy kapłanów i pielgrzymujących to tu, pośród lasu i dziczy było to dość dziwne. Te same myśli towarzyszyły jej też przy dwóch poprzednich przydrożnych kaplicach i ich adoratorach, które zdążyła już minąć od czasu opuszczenia bram miejskich. Nie pojmowała i wątpiła by mogła pojąć motywację zagorzałych czcicieli, skierowała więc uwagę na bliższe sobie zagadnienia.
Szaleństwo Giganta do którego się kierowała było karczmą w pobliżu Reddansyr i z tego co zasłyszała karczmą nietuzinkową co wiązało się bezpośrednio z nazwą przybytku. Owo Szaleństwo mieściło się bowiem w statku przewróconym do góry dnem, który z wód oblewających brzegi wyciągnął właśnie legendarny ogniowy gigant motywowany chęcią wygrania zakładu. Ot szaleństwo giganta. Pomijając już genezę, która była dla niej jedynie ciekawostką, zastanawiała się z kim przyjdzie jej się spotkać w sali tawerny i co usłyszy od wtyczki Złodziei na temat swojego zadania. Niecierpliwiła się. Nie była porywcza, nie narzekała też na nudę czy monotonię w swoim życiu i profesji, ale na okazję zaszkodzenia Czerwonym Czarnoksiężnikom czekała bardzo długo. Od odpowiedzi dzieliły ją już tylko godziny, słońce bowiem zbliżało się do zenitu, a trzy dekadni od wyjazdu z Athkatli mijały właśnie dzisiaj.
 
majk jest offline  
Stary 19-04-2010, 17:00   #2
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 16498 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację

Wspaniała księga którą Nefarius dzierżył w wysuszonej, szczupłej dłoni robiła wrażenie. Gruba i niezwykle wytrzymała okładka zdawała się być kilkoma warstwami rozciągniętej do granic wytrzymałości, ludzkiej skóry. Dziwny zapach śmierci i stęchlizny z całą pewnością nie był jej naturalnym zapachem. Może kiedyś, ale z czasem wywietrzał i przybrał zwyczajnego zapachu pożółkłego papieru. Teraz charakterystyczny zapach był zdecydowanie pochodzenia byłego właściciela, którym był znany w swoim regionie wampir. Każdy róg tomu, był zabezpieczony stalowymi okuciami. W środku przewieszone były trzy, czerwone pasemka materiału, którymi można było zaznaczyć miejsce, w którym skończyło się czytać. Łysy mag położył księgę na blacie swego stolika w rogu gabinetu. Sługa o wielu twarzach stanął w ciemnej stronie izby z rękami splecionymi za plecami, cierpliwie przyglądając się jak jego pracodawca i zarazem właściciel przegląda zdobytą przez Vvo'cusa księgę.

Mag w czerwonej szacie otwarł księgę idealnie na środku, jakby miał w tym lata praktyki. Stary, pożółkły papier na szczęście pachniał tak jak powinien, zanosząc się tylko w kilku miejscach jakimś przyjemnym dla nosa perfumem, jakby któryś z były właścicieli tomu chciał się pozbyć zapachu okładki. Nefarius lubił przed zagłębieniem się w treść nowej pozycji, powąchać kartki, w ten sposób poznawał zawsze byłego właściciela. Charakter pisma, osoby która zapisała zawartość tomu był dostojny i elegancki. Wszystkie strony były podzielone na dwie pionowe części, które autor zapisywał. Każdą jedną stronę dodatkowo zdobiły czarno białe malunki, przedstawiająca różne kształty i figury. Każda litera nowego akapitu była pogrubiona i powiększona tak, by czytający wiedział, że tom, w którym jest posiadaniu jest autorstwa prawdziwego artysty. Nefarius wejrzał ukradkiem na swego sługę. Vvo'cus wiedział, że zasłużył na pochwałę.

Niewolnik o wielu twarzach popisał się niemałym sprytem i zdrowym rozsądkiem. Szkody spowodowane przez krasnoluda zdawały się być żadnym problemem w porównaniu z księgą, której wartość z całą pewnością nadrabiała wszelkie zniszczenia. Mag uśmiechnął się tajemniczo. Jego wytatuowaną twarz skrywał delikatny półmrok.
-Jutro mój przyjacielu dostaniesz to o co prosiłeś czas temu.- rzekł stary mag, odrywając uwagę od otwartej księgi.
-Co takiego panie?- spytał nieco zdziwiony doppelanger.
-Chciałeś kobietę z dalekiego południa, o brunatnej skórze i włosach czarnych jak smoła, czyżbyś zapomniał?- Vvo'cus kiwnął nieznacznie głową.
-A tak panie. Wybacz. Najważniejsze są dla mnie zadania które mi dajesz, potem dopiero myślę o przyjemnościach.- odrzekł niewolnik.

Czarnoksiężnik uśmiechnął się nieznacznie. Wiedział, że doppelanger mówi to, co mag chce usłyszeć, jednak spotykał się z tym na co dzień i zwyczajnie uznał za normalne zachowanie.
-I spisałeś się świetnie.- skomentował po raz kolejny. -Możesz odejść, odpocząć.- zezwolił niewolnikowi. Fakt, że Vvo'cus był tylko niewolnikiem nic nie zmieniał. Nefarius musiał dbać o niego, gdyż jego głównym zadaniem jest podszywać się pod maga, podczas wypadów do miasta, lub za jego granice. Vvo'cus miał sporo swobody. Nefarius dawno temu zdjął mu z szyi niewolniczą obrożę, by nie rzucała się w oczy i nie zwracała uwagi. Jakby nie było dopplenager spisywał się do tej pory dobrze i Nefariusowi trudno byłoby znaleźć drugiego takiego niewolnika o tak rzadko spotykanych zdolnościach, jakie miał Vvo'cus. Czarodziej poprawił swą magiczną szatę w kolorze krwistej czerwieni i ponownie usiadł za biurkiem. Zadowolony wzrok spoczął na otwartej księdze. Starzec otwarł ją na samym początku i zaczął zagłębiać się w jej arcyciekawą treść.
 
Nefarius jest offline  
Stary 20-04-2010, 00:23   #3
Konto usunięte
 
Amanea's Avatar
 
Reputacja: 14 Amanea nie jest za bardzo znanyAmanea nie jest za bardzo znanyAmanea nie jest za bardzo znanyAmanea nie jest za bardzo znany
Smocze Wybrzeże. Region, który nie ma najlepszej opinii. Miasta, miasteczka i osiedla położone wzdłuż dróg handlowych stają się wspaniałą bazą dla wielu złodziei, piratów i bandytów... Podobno można tu było załatwić wszystko. Prawo egzekwują tu opłaceni najemnicy i wyraźnie widać brak konkretnych rządów. Tyle zdołała dowiedzieć się w podróży. Nikt nie był chętny mówić więcej. Ale to wszystko tak naprawdę nie miało najmniejszego znaczenia. Miała sprawę do załatwienia.
Po takie zlecenie nie wahała się wyruszyć na Smocze Wybrzeże.
Po takie zlecenie zeszłaby i do samej Otchłani.
Na zlecenie na Czerwonego Czarnoksiężnika czekała bardzo długo...

~ Czy to się kiedyś skończy? - przemknęło jej przez myśl, gdy minęła kolejną grupkę pielgrzymów. Dla uprzyjemnienia sobie podróży zastanawiała się co by było, gdyby rzucili się na nią wszyscy na raz. I jak szybko zaczęliby uciekać. Chyba brakowało jej ostatnio walki i potrzebowała nieco ruchu. Miesiąc w siodle sprawiał, że mięśnie naprawdę sztywniały.
Shalia nie zadała sobie trudu maskowania zbroi czy broni. Mogła być dla tych obcych ludzi kimkolwiek, a swój ekwipunek bardzo lubiła. Ostrza były prawdziwym majstersztykiem, a w kółeczka tworzące kolczugę zręcznie wpleciono magię, wyciszającą wiele odgłosów towarzyszących poruszaniu się. Szkoda byłoby rozstawać się w podróży z tak przydatnymi rzeczami. Co bardziej podejrzliwi zerkali na nią niepewnie, jednak ona nie robiła sobie nic z tych spojrzeń.
Powody do zadowolenia miała dwa. Pierwszym był jej koń. Niemało złota wydała na wierzchowca, ale zdecydowanie był wart swej ceny. Piękny, szybki, stąpał miękko i był niezwykle delikatny w pysku. Drugim powodem była świadomość, że to już dziś. Pozna swój cel, swoje zlecenie, co umożliwi jej zadanie pierwszego, maleńkiego ukłucia Czarnoksiężnikom. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie zdoła walczyć z nimi otwarcie i pewnie prędzej czy później zginie. Ale do tego czasu osieroci i pozbawi mężów tyle osób, ile tylko się da. Niech cierpią samotnie, bez swoich ukochanych, ojców czy partnerów.

Nie poganiała konia, pozwoliła mu iść własnym tempem. Jej ciało dostosowało się do ruchów zwierzęcia, kołysząc się delikatnie w rytm kroków. Przyglądała się czarnej sierści Groma, podziwiając jak lśni w słońcu przebijającym przez korony drzew. Było spokojnie i sennie. Zastanawiała się z kim też ma się spotkać, czego dowie się w ów karczmie i kiedy będzie mogła ruszyć dalej. Na rozmyślaniach i odpoczynku minęła jej pozostała część drogi. Poza kolejnymi pielgrzymami czy handlarzami nie spotkała nikogo godnego uwagi. Niebo już jakiś czas było w zenicie, gdy w końcu zajechała do Reddansyr.

To, co zobaczyła, mocno ją rozczarowało. Nastawiła się na widok jakiegoś niewielkiego miasteczka, a to było ledwie większe osiedle. W takich miejscach trudniej o rozrywkę. Będzie więc musiała zapewnić ją sobie sama. Odnalezienie Szaleństwa Giganta nie stanowiło najmniejszego problemu. Zeskoczyła lekko z konia i spojrzała krzywo na pachołka, który chciał zabrać zwierzę do stajni. Co jak co, ale przywykła już do oporządzania konia. Była to jakaś forma podziękowania za współpracę na trakcie. Koń wobec dobrego jeźdźca potrafił być naprawdę bardzo ufny i za to zaufanie także trzeba mu było odpłacić. Zwierzęta nie mają swoich ukrytych motywów, nie knują intryg, nie walczą o awans, nie potrzebują złota, więc można im ufać i dbać o nie. Na taki gest wobec człowieka czy kogoś innej rasy na pewno by się nie zdobyła.

Gdy Grom został już wyczyszczony, wyczesany i miał pełen żłób, Shalia udała się na spacer. Obeszła całe Reddansyr, dyskretnie przyglądając się mieszkańcom i układając sobie w głowie plan wioski. Gdy ktoś przyglądał się jej zbyt natarczywie, odwzajemniała to spojrzenie. Mało kto był w stanie wytrzymać spojrzenie jej chłodnych, błękitnych oczu tak, by nie odwrócić wzroku jako pierwszy. W końcu opuściła teren zabudowany i ruszyła na spacer ku wybrzeżu. Miała ochotę trochę się rozruszać. Mimo, że oddaliła się od Reddansyr na tyle, by wszelkie odgłosy ucichły, wciąż słyszała coś za sobą. Najwyraźniej ktoś szedł za nią.
Uśmiechnęła się złowrogo i przyklęknęła na chwilę, udając, że poprawia but. Kroki ucichły. Ale gdy wstała i ruszyła przed siebie, znów dało się je słyszeć.
~ Chcesz się pobawić... - pomyślała i przyspieszyła kroku.
Wyraźnie słyszała jak napastnik zbliża się do niej, gdy przyspieszyła musiał oddychać ciężej i głośniej.
~ Amator. - parsknęła w duchu rozbawiona.
W końcu weszła na niewielką polanę. Udając całkiem rozluźnioną i niczego się nie spodziewającą, przeciągnęła się leniwie i rozejrzała dookoła. Nim napastnik do niej doskoczył, zdążyła już przeanalizować każdą możliwą sytuację. Zatanawiała się też, czy zabić go, czy też zostawić w spokoju. Nawet nie drgnęła, gdy poczuła ostrze noża na szyi i dłoń łapiącą ją za włosy. Choć to drugie wybitnie jej się nie spodobało.
- Jak będziesz grzeczna, to nic Ci się nie stanie.
~ Stara śpiewka...
- Oh, nie, proszę, nie rób mi krzywdy, zrobię co zechcesz. - wyrecytowała głosem wypranym z jakichkolwiek emocji.
- Daj mi swoje złoto.
~ Co za dureń... - przewróciła oczami.
- Nie, proszę, to wszystko co mam... - odpowiedziała podobnie jak poprzednio.
Mężczyźnie chyba dopiero teraz coś zaczęło nie grać. Bo zawahał się na moment. Moment, który wystarczył Shalii.
Błyskawicznie odepchnęła od siebie rękę z nożem, po czym odwróciła się w stronę napastnika. W jej dłoni pojawił się Piekielny ząb.


Ostrze sztyletu spoczęło na wysokości tętnicy mężczyzny. Zimne spojrzenie błękitnych oczu spotkało się z nieco zaskoczonym wzrokiem niedoszłego złodziejaszka.
- Co tam chciałeś ode mnie?
Przełknął głośno ślinę w odpowiedzi i pokręcił głową.
- Tak myślę. Zjeżdżaj póki mam dobry humor. Jeszcze raz Cię zobaczę, a nie daruję.
Mężczyźnie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Obrócił się na pięcie i biegiem pobiegł w stronę, z której przyszli. Dziewczyna westchnęła z irytacją.
~ Żałosne. Zabiję go jak opuszczę tę wiochę. Po co robić zamieszanie od razu...

Wkroczyła na środek polany, nasłuchując, czy aby na pewno jest już sama. Stała nieruchomo, zamknęła oczy, wsłuchując się w otaczającą ją ciszę. Wyciągnęła miecz i sztylet. Złote płomienie pełgały na ostrzach, odbijających promienie słońca, gdy Shalia wyciągnęła ramiona w bok równolegle do ziemi. I znów zastygła w bezruchu...
Po chwili otworzyła oczy, zrobiła krok w przód i opuściła sztylet do zasłony, jednocześnie tnąc mieczem. Kolejny krok cięcie w prawo. Obrót. Cięła nisko. Ruchy były powolne, spokojne i rytmiczne. Krok w bok, zwód, pchnięcie, krok w tył. Zastawiła się sztyletem, wyprowadzając błyskawiczną fintę mieczem, po czym cofnęła się. Wypad do przodu, niskie cięcie. Stopniowo jej ruchy stawały się coraz szybsze i bardziej dynamiczne. Wciąż jednak był w nich rytm i spokój. Ostrza przecinały powietrze z coraz większą szybkością. Ciche dźwięki jakie przy tym wydawały powoli zaczęły składać się na melodię. Zabójczą melodię.
Promienie słońca ślizgały się po ostrzach, pełgały po zbroi i tańczyły we włosach. Doskok wypad, pchnięcie. Finta, obrót, zamach... Kolejny obrót. Cofała się i kroczyła naprzód, ani na chwilę nie burząc rytmu. Poruszała się niczym kot - cicho i zwinnie. Choć walczyła, każdy jej ruch pełen był gracji.
Nie wiedziała ile to trwało. Nie męczyła się przy tym. To były tylko ćwiczenia, proste, rozluźniające ćwiczenia. Dziś wieczorem musiała być w pełni formy. A w nadchodzących dniach będzie musiała wznieść się na szczyty swoich możliwości.

Popołudniu wróciła do karczmy. W pierwszej kolejności zamówiła kąpiel. Gdy już doprowadziła się do porządku - tak po podróży jak po wyczynach na polanie - zamówiła obiad i wino. Jadła to, co jej podali, nawet zbytnio nie zwracając na to uwagi. Przywykła także do lepszego wina, ale nie zamierzała wybrzydzać. Nie po to tu przybyła, by jeść i pić.
Pozostało jej jedynie czekać na informatora.
Przyglądała się napływającym gościom, próbując wyłapać jakąkolwiek wskazówkę, która podpowiedziałaby jej, że to właśnie on. Nagle jakiś mężczyzna zbliżył się ku niej. Zmrużyła lekko oczy i uniosła kielich do ust, przyglądając się nieznajomemu. Zastanawiała się, co też ktoś tak ubrany może robić w takiej dziurze.


Nie była specjalnie urodziwą kobietą, ot, po prostu przeciętna osoba. Ale i rozmówca nie należał do bożyszczy. Nie przepadała za przystawiającymi się do niej mężczyznami. Sprawa była prosta - albo masz interes, to siadaj albo nie masz, to spadaj. Przypatrywała się mężczyźnie uważnie.
- Witaj, Pani.
- Mhm. - mruknęła. To nie mógł być on, nie jeden z nich.
~ No bez przesady. Aż tak by się chyba nie musieli kamuflować...
- Od dawna Pani tu przebywa? W Reddansyr?
Westchnęła i odpowiedziała:
- Mhm. - po czym upiła łyk wina.
Człowiek niezrażony, ciągnął jednak dalej.
- Pozwoli Pani że zaproponuję kielich wina?
- Mhm.
Mężczyzna, wyraźnie z siebie zadowolony, ruszył ku szynkowi. Po chwili wrócił z dwoma kielichami, jeden postawił przed Shalią.
- Czy można...? - pozostawił pytanie niedokończone, wskazując na wolne krzesło po drugiej stronie stołu.
~ Bo parsknę śmiechem.
Shalia przechyliła lekko głowę, rzucając mężczyźnie drwiące spojrzenie. Najwyraźniej nie musiała nawet nic mówić, ponieważ człowiek odszedł od stołu zakłopotany i speszony. Ale przynajmniej kielich wina miała za darmo.
Pozostało jej jedynie czekać na informatora.
 

Ostatnio edytowane przez Amanea : 20-04-2010 o 12:21. Powód: (literówki)
Amanea jest offline  
Stary 22-04-2010, 21:23   #4
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 35 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
Nefarius

Czarodziej przewracał kolejne strony księgi chłonąc kolejne wyrazy, wersy i akapity z pożółkłego papieru o zapachu śmierci. Wiedział lepiej niż Vvo'cus czym jest owa "Wampirza księga", którą sługa sprytnie sprowadził do Thay, prosto w ręce swojego mistrza. Doppelgangerowi ta wiedza mogła jedynie zaszkodzić w wykonaniu zadania, które Nefarius zlecił mu ledwie przed dwoma dekadniami zasłyszawszy od Franka, swego dobrego znajomego, że gdzieś w kryptach Tammar leży księga która z pewnością go zainteresuje. Tom ów nie był żadnym legendarnym almanachem mistrza Elminstera czy jemu równym magikom, nie był ani wyciagiem boskich mądrości spisanych przez kapłanów z woli panteonu Torilu, ani też kroniką zaginionych królestw z zaszyfrowanym położeniem skarbca. Był jedynie dziennikiem, dla Nefariusa- aż dziennikiem. Starannie prowadzonym i ilustrowanym przez autora, który nie szczędził czasu i pracy przy jego spisywaniu, było to zrozumiałe, w końcu czasu mu nie brakowało- miał całą wieczność. Przynajmniej tak mu się zdawało.

Nefarius zdawał sobie sprawę z tego, że wiedza skondensowana w księdze wymagać będzie tygodni studiów, może nawet miesięcy. Frank twierdził, że nieumarły Cas bada właściwości ludzkiej i wampirzej vitae i jej podatności na magię, magiczne modyfikacje i procesy. Że wampir nie szczędzi sobie trudu w eksperymentach uparcie szukając klucza do tajemnicy długowieczności zawartej gdzieś w czerwonych drobinkach. Chciał zabrać się za czytanie od razu, czekał wiele dni teoretyzując na temat treści, ale dzień miał się ku końcowi a i on opadał już z sił. Odesłał więc Vvo'cus'a na spoczynek do jego kwatery na parterze i sam również zamierzał zakończyć dzień przy boku małżonki w sypialni na piętrze by nazajutrz ze zdwojoną siłą zabrać się za analizy. Kierował swoje kroki przez hol by podążyć na górę gdy rozległo się pukanie do drzwi.

Krótkie, acz skuteczne zaklęcie Perrsonas Resconito sondujące zamiary, które rzucił negowało jakoby byli to kolejni agresorzy. Służba Izelhowerów też już odpoczywała w pomieszczeniach niewolników i nie było sensu ich przywoływać skoro stał kilka kroków od drzwi. Mimo tego wolał być przygotowany niż zaskoczony, z szuflady kredensu który stał przy balustradzie schodów i którego jakimś cudem nie roztrzaskali dziś ci napastnicy wyciągnął różdżkę. Krótki, może 20 centymetrowy trzonek wykonany z drewna miał szarą metaliczną barwę, nakrapiany złotymi plamkami od strony chwytnej. Nie sprawiał wrażenia zabójczej broni, w zasadzie nie był nią- różdżka impulsu kinetycznego była jedynie szybkim pierwszym ciosem w razie niebezpieczeństwa dającym przewagę czarującemu. Gdy nacisnął zdobioną w liście klamkę i skrzydło drzwi uchyliło opuścił gotową do wymachu metaliczną pałeczkę, nie była potrzebna. Za drzwiami stało dziecko.



Na jego oko nie miał szesnastu lat jeszcze, był szczupły ale nie chudy, o skórze koloru hebanu i jeszcze ciemniejszych, kręconych jak wełna włosach. Może przywieźli go łowcy głów z Turmishu, może odsprzedał go innym handlarzom jego bogatszy pobratymiec calishyta, nie było to ważne w tej chwili. Mag wpuścił go przez próg. Chłopak miał na szyi obrożę jak wszyscy słudzy, a na ustach przepaskę skórzaną z dziurkami by mógł łapać przez nie powietrze. Symbol na obroży był Nefariusowi dobrze znany, tak jak właściciel posłańca, który tym znakiem sygnował swoich ludzi. Od kilku lat, a dokładniej od tzw. "Afery sługusów" która miała kilka lat temu miejsce wszyscy niewolni w Thay byli znaczeni w myśl zasady jawności posiadania. Wszedłszy do holu murzynek obrócił się do gospodarza i uklęknął na jedno kolano, położył coś na podłodze przed magikiem. Małą skrzyneczkę z wystającym, łamanym w "T" drucikiem. Chude, czarne palce zaczęły operować przy paczuszce, dało się słyszeć jakiś chrzęst mechanizmu wewnątrz, trwało to może minutę. Chłopiec odsunął się od urządzenia puszczając pokrętło które jednak trzymało się w pionowej pozycji, dopiero gdy gospodarz rzucił Revilis pakunek zawibrował i uruchomił się. Kilka kliknięć, metaliczne trzaśnięcie i szum wydobyły się z Puszki Dissena, kolejne dźwięki były coraz mniej mechaniczne by w końcu zmienić się w mowę ludzką. Słowa. Wiadomość.

"<z puszki wydobywa się odgłos kaszlu> ...witaj przyjacielu i z miejsca wybacz tą niewygodną metodę komunikacji, nie miałem czasu na nic bardziej cywilizowanego. Potrzebuję rozmawiać z tobą pilnie, byłbym rad gdybyś odwiedził mnie jutro około południa w mym domu. Pamiętasz jeszcze dom swego mentora Nefariusie, czy lata magi-komunikacji zatarły dawne wspomnienia? <głos zaśmiał się krótko by przejść w dużo dłuższy atak kaszlu> Będę Cię wypatrywał, nie każ mi długo czekać na siebie."

Shalia

Przyszła na miejsce spotkania wcześniej niż powinna, co prawda słońce już zniknęło za horyzontem, ale światło teziirskiej latarni jeszcze nie płonęło. Nie przeszkadzało jej to, nie dziś i nie tu, to nie Wybrzeże by martwić się o anonimowość na każdym kroku. "Mmmm..."- adorator którego przed chwilą spławiła musiał nosić ciężką sakwę przy boku, wino które przyniósł smakowało o niebo lepiej niż to co zaserwowano jej wcześniej. Zajrzała do kielicha i uśmiechnęła się mimowolnie, wystarczająco ciężką by zapłacić za nie rozcieńczanie trunku wodą. "Tak daleko od Athkatli, a zwyczaje za szynkwasem te same... banda złodziei." I chociaż w jej ustach brzmiało to groteskowo to miała świętą rację.

Godziny mijały jej na obserwacji gości Szaleństwa i popijaniu wina, które na jej wyraźne polecenie nie było już rozcieńczane. Klienci przychodzili, spożywali i wychodzili. Ludzie, pół-krwi elfy, kilkoro niziołków nawet się przewinęło przez próg lokalu, a każdy napełniał kiesę właściciela płacąc za jadło i napitek brzęczącą walutą. Może karczma miała swoją historię, może była nieco ciekawsza niż inne tego typu opowieści, ale sama tawerna -przynajmniej tego dnia- była jak wszystkie inne w Faerunie, może nawet nudniejsza. Nikt nikomu nie dał w łeb kuflem czy dzbanem, nie dobierał się żaden z gości do dziewek karczemnych, a i one same były jakieś ospałe i smutne. Czas płynął strasznie wolno.

Ściemniło się już dobrze za oknami, a to oznaczało rychłe spotkanie na które tu przybyła. Shalia siedziała po wschodniej stronie sali tak by mieć na widoku widnokrąg od strony Teziir, a przez duże okno powinna bez trudu dojrzeć światło latarni gdy na wieży nawigacyjnej rozpalą ogień. Niecierpliwiła się. Gestem w stronę służki zamówiła kolejny kielich, ta po chwili przyniosła napitek, a gdy odeszła odsłaniając skrytobójczyni widok na salę za oknem ukazało się wyczekiwane światło. Dokładnie pod świetlistym punktem siedział halfling, którego wcześniej nie widziała w karczmie. To musiał być jej człowiek. Najchętniej podbiegła by doń od razu, była na to jednak zbyt dobra. Odczekała jeszcze kilka chwil sącząc wino z cynowego kielicha po czym niespiesznie ruszyła w stronę okna upewniając się, że nikt z pozostałych gości nie zdradza niezdrowego zainteresowania jej osobą. Postawiła naczynie na stole przy którym siedział kontakt, odsunęła jedno z krzeseł i spoczęła na nim jakby nigdy nic.

-Witaj... Strzało. -zaczął konspiracyjnie.- Jestem Zab, reszty chyba się domyślasz.
Pokiwała twierdząco głową jednocześnie przyglądając się mu i interpretując- strój, twarz, mowę- wszystko co sobą przedstawiał. Twarz miał pociągłą, właściwie gdyby nie wzrost rzec by można, że to elf przed nią siedział. Brakowało jej tylko tej harmonii i szlachetności, twarz Zaba była bowiem raczej parszywa, zacięta i poorana bliznami. Turban na głowie i krótki miecz przywodziły na myśl piratów tak lubujących okolice Smoczego Wybrzeża, nie widziała jednak czy przy pasie miał sprzączki na linę asekuracyjną, nie zdążyła też zlustrować butów gdy podchodziła do niego wcześniej- od pasa w dół zasłaniał go stół za którym siedział.



-Jeśli nie masz nic przeciwko przejdę do rzeczy, nieco się spieszę. -widząc nieme przyzwolenie kontynuował- Twój magik nazywa się Reigtan i jest z tych magików w czerwonych płaszczach jeśli wiesz o czym mówię. Przypłynął sembijskim okrętem płynącym z Telflamm, który przed trzema dniami zacumował na przeładunek do portu we Wrotach Zachodu.
Zab był bardzo konkretny i wyraźnie dawał Shalii odczuć, że nie ma dla niej wiele czasu. Mimo tego zrobił dłuższą pauzę w sprawozdaniu, przymrużył powieki jakby chciał przewiercić rozmówczynię wzrokiem.
-I tu sprawa się komplikuje, oczywiście dla ciebie, moja droga Strzało. -uśmiechnął się odsłaniając paskudne, prawie bezzębne dziąsła- Ów Reigtan wyszedł na ląd z liczną obstawą, co prawda moje źródła twierdzą, że nie wszyscy byli jego ochroniarzami, ale to nic pewnego. Magik jak to oni mają w zwyczaju odwiedził po przybyciu innego magika w Teziir, niejakiego Helefoniusa, po czym z całą swoją kompanią wyruszył na Morską Basztę. Nie słyszałaś o Baszcie? -Zab momentalnie wychwycił dezorientację Shalii- Wybacz, zapomniałem żeś z daleka zjechała. Morska Baszta jest twierdzą, dokładnie na północ od Reddansyr, leżącą u samego brzegu Smoczego Morza. Nie, nie martw się to żadna warownia, jeno zameczek chociaż swego czasu sławetny. Dlaczego? A no dlatego, że jako jeden z nielicznych przetrwał rok 1368 Rachuby, który jak może słyszałaś był rokiem szału podmorskich bestii i w którym wiele portów i nabrzeżnych budowli legło w gruzy z tej morskiej furii. Pewno to takie gadanie tylko, ale gadają, że chroniła Basztę magia... czy magik... ja tam wiary temu nie daję. Ale do rzeczy, Reigtan wyruszył na Basztę ze swoimi ludźmi dwa dni temu, więc tam powinnaś go szukać. To chyba tyle jeśli chodzi o moją tutaj rolę, jeśli nie masz nic przeciwko będę się zbierał do wyjścia.
 
majk jest offline  
Stary 23-04-2010, 00:04   #5
Konto usunięte
 
Amanea's Avatar
 
Reputacja: 14 Amanea nie jest za bardzo znanyAmanea nie jest za bardzo znanyAmanea nie jest za bardzo znanyAmanea nie jest za bardzo znany
~ Strzało? To żeś sobie wymyślił. Szepcie, Cieniu, ale... Strzało? No dobra, może mniej oczywiste... - przebiegło jej przez myśl, gdy niziołek zaczął mówić. Wysłuchała uważnie tego, co miał do powiedzenia. Pasowało jej to, że nie zwlekał z całą sprawą. Przynajmniej nie musiała się o nic dopytywać. Dobrego mieli tego informatora, nie ma co. Na samą myśl o tym, że w końcu dopadnie jednego z Czerwonych, błękitne oczy błysnęły złowrogo.
~ Baszta. Liczna obstawa. Będzie zabawa. Będzie mój.
Przechyliła kielich upijając łyk wina. Gdy Zab skończył swój monolog, kobieta prychnęła i wstała od stołu.
- Chyba nie mamy o czym rozmawiać... - powiedziała cicho, odwróciła się na pięcie i spokojnym krokiem wróciła na swoje miejsce. Była mu wdzięczna, cholernie wdzięczna, ale uznała, że najlepiej będzie pozornym obserwatorom dać jak najmniej powodów do łączenia ze sobą jej i niziołka. Rozsiadła się wygodnie na swoim krześle i zamówiła jeszcze jeden kielich wina. Jedna z dziewek spełniła jej prośbę, na chwilę przesłaniając widok na stół, przy którym siedział Zab. Gdy Shalia znów mogła spojrzeć w tamtą stronę, niziołka już nie było.
~ Całkiem profesjonalnie...
Popijając trunek, zaczęła obmyślać plan działania.

Opuściła karczmę w wyśmienitym humorze. Uznała jednak, że w takim zadaniu nie może jej towarzyszyć choćby najmniejsze zaćmienie powodowane przez alkohol czy cokolwiek innego. A wina wypiła całkiem sporo. To też postanowiła przełożyć wyprawę na kolejny dzień. Jakby nie było, gdyby ruszyła teraz, zaraz, nie miałaby nawet okazji przyjrzeć się tej całej Baszcie i musiałaby od razu wejść do środka. Podczas, gdy robota ta musiała być wykonana perfekcyjnie i czysto. Bez najmniejszego potknięcia, bez żadnego błędu. To nie był pierwszy lepszy magus o przerośniętym ego. To był Czerwony Czarnoksiężnik.
~ Cholerny, chędożony Czerwony Czarnoksiężnik...

Przed udaniem się na spoczynek planowała udać się na wieczorne zakupy. Potrzebowała trucizny. Nie wzięła ze sobą nic, uznając fiolki za zbędny bagaż. W zasadzie powinny jej wystarczyć same ostrza, ale uznała, że bezpieczniej będzie na wszelki wypadek pokryć stal czymś nieprzyjemnym. Zmierzała ku obrzeżom Reddansyr, do taborów utworzonych przez przejeżdżające traktem karawany. W samym miasteczku nie za bardzo mieli się gdzie zatrzymać, zatem nocowali tuż za zabudowaniami. Shalia obserwowała chwilę wozy i siedzących przy ogniu ludzi, po czym zbliżyła się bez zbytniego ukrywania swojej obecności. Szybko dostrzegła mężczyznę, który najwyraźniej wszystkim tu zawiadywał i przywołała go na bok skinieniem ręki. Spoglądał na nią podejrzliwie, niepewny co samotna niewiasta może robić przy karawanie sama o tej porze, poza oferowaniem usług cielesnych oczywiście. Ta zaś zupełnie na kobietę tego typu nie wyglądała. Ale w końcu podszedł.
- Potrzebuję jakiejś miłej trucizny. Nie do jedzenia, nie do wdychania, tylko do pokrycia ostrza. - wyjaśniła krótko i bez ogródek.
Właściciel karawany nawet się nie zdziwił. Najwyraźniej w tych okolicach takie potrzeby były czymś zupełnie normalnym. Mężczyzna skinął głową i - również wprost - zapytał:
- Co i ile?
Shalia uśmiechnęła się chłodno.
- Trucizny drowów pewnie nie masz. Błękitny winnis. Dwie fiolki. Dwieście pięćdziesiąt. - podrzuciła sakiewkę, w której miała już przygotowaną, wcześniej odliczoną kwotę.
Sprzedawca kiwnął głową i skierował się ku jednemu z wozów. Wrócił niebawem, niosąc w ręce dwie podłużne fiolki z gęstą, kleistą cieszą. Shalia wręczyła mu sakiewkę i wzięła towar. Odkorkowała jedną z fiolek i powąchała. Skrzywiła się nieznacznie, czując znajomy zapach. Zamknęła pojemniczek i wsunęła trucizny za pas, do specjalnie przygotowanych, wąskich kieszonek. Skinęła głową handlarzowi i wycofała się w cień.

Powróciła do Szaleństwa Giganta. Zapłaciła za wynajęcie pokoju i udała się do siebie. Wychodząc z sali w stronę kwater, obejrzała się przez ramię, lustrując wzrokiem pomieszczenie. Nie znalazła jednak niedoszłego adoratora. A szkoda. Miała wyśmienity humor, a od prawie miesiąca nie miała mężczyzny. To mogła być dobra okazja. Postanowiła jednak poczekać z tym jeszcze trochę. Udała się do swojego pokoju. Mała klitka z niewielkim oknem, łóżkiem, stolikiem i stojącej na nim misą z wodą. Nic więcej nie było jej w zasadzie potrzebne. Z ulgą zrzuciła zbroję, która stała się już niemal jej drugą skórą, po czym uwaliła się na łóżku. Broń położyła obok siebie, by w razie potrzeby móc po nią szybko sięgnąć. Nim zasnęła nawiedziły ją przyjemne obrazy zabijanego maga w czerwonych szatach. Obraz był nienaturalnie ostry i spowolniony. Dokładnie widziała jak wraz z krwią i ostatnim oddechem ucieka z niego życie. Nie mogła doczekać się jutra. Krwawe wizje zabrały ją w końcu do krainy snów.

Noc minęła jej spokojnie. Pozwoliła sobie spać do woli, więc wstała dopiero na krótko przed południem. Odświeżyła się nieco, korzystając z misy na stole, po czym zajęła się zakładaniem zbroi. Gdy wszystkie rzemienie były już dopięte, a pas z bronią także spoczął na swoim miejscu, była gotowa do drogi. Udała się jeszcze do gospodarza, by zamówić jakieś lekkie śniadanie i zakupić nieco suszonego mięsa na drogę.
~ To nieprawda, że najlepiej zabija się z pustym żołądkiem...
Skierowała się do stajni i osiodłała Groma. Dosiadła konia i ruszyła na północ tym samym leniwym tempem, w jakim przybyła do Reddansyr. Czuła jak świadomość zbliżającego się powoli, ale nieubłaganie starcia przejmuje kontrolę nad jej ciałem, wypełniając ją chłodnym spokojem. Nie liczyło się nic, co działo się dookoła. Żadne uroki przyrody, ćwierkanie ptaków, czy pięknie przebijające przez korony drzew słońce. Tylko ona i jej zadanie. Ona i jej cel.

Pewnie dlatego nie zauważyła ani nie usłyszała, kiedy nadeszli. Zagrodzili jej drogę, a było ich pięciu. Wpatrywali się w nią z obleśnymi uśmieszkami na paskudnych gębach. A ona tylko uniosła jedną brew. Przyjrzała się im uważnie. Wielcy, postawni.
~ Pewnie silni... - przeszło jej przez myśl - Czyli zero gracji.
Ten, który stał w środku, wydawał się znajomy. Prawie roześmiała się w głos, gdy przypomniała sobie wczorajsze popołudnie.
~ To przyszedłeś z kolegami? Głupcze...
Błękitne oczy wbiły się w każdego z mężczyzn po kolei. Zastanawiała się co planują. Zaczną do niej strzelać? Czy podejdą i spróbują zrzucić z konia.
~ Ah, dam Wam fory... - zsunęła się na ziemię, lądując miękko i bezgłośnie. Klepnęła konia w zad, posyłając go w najbliższe zarośla. Napastnicy dobyli broni. Zwykłe krótkie miecze, nic specjalnego. Liczyła na trochę rozrywki a dostanie tylko kilka prostych cięć do wyprowadzenia. Powoli, z charakterystycznym sykiem stali dobyła Błysku.


W drugiej dłoni pojawił się Piekielny ząb, którego jeden z oprychów mógł oglądać poprzednim razem. Zrobiła kilka kroków do przodu, a tamci od razu rzucili się na nią.
~ Prostaki...
Na atak pierwszego nawet nie zareagowała, miecz przeszedł bokiem o kilkanaście centymetrów. Drugiemu po prostu usunęła się z toru biegu na tyle szybko, że ten praktycznie przebiegł obok niej. Trzeci próbował ją oflankować, ale obróciła się w jego stronę w samą porę, by ostrze jego miecza spotkało się z klingą Błysku. Miecz błysnął błękitnym, magicznym światłem, pozostawiając po sobie rozmazaną smugę powidoku, a opryszek odskoczył jak oparzony, o mało nie upuszczając broni. Shalia pozwoliła sobie na cichy śmiech. W tym czasie dwa pozostali zaatakowali jej plecy. Przez krótką chwilę miała ochotę się z nimi pobawić i przenieść się za ich plecy, ale uznała, że szkoda zaklęć na takich patałachów. Skoczyła w bok i przetoczyła się po ziemi. A gdy wstała znów miała całą piątkę przed sobą.
~ Moja kolej.
Wpadła między nich, zupełnie nie przejmując się czy którykolwiek z nich zdoła ją trafić. Precyzyjnie wyprowadzone ciosy trafiały tam, gdzie chciała, by trafiły. Pierwszy zwalił się na ziemię z rozciętą tętnicą szyjną. Drugi, przebity na wysokości serca upadł wraz z trzecim, który poczuł Piekielny ząb w swojej nerce. Ledwie wyprowadziła te trzy ciosy, a dwa pozostali napastnicy zaczęli uciekać. Był wśród nich ten, który to wszystko zorganizował.
~ Tobie coś obiecałam poprzednio... - przemknęło jej przez myśl, Błysk wylądował na swoim miejscu u jej boku, a w dłoni pojawił się Moskit. Cisnęła sztyletem w plecy uciekiniera. Na jej oko dostał między kręgi, bo od razu zwalił się na ziemię. Ostrze zmaterializowało się w jej dłoni. Drugiemu pozwoliła uciec. Był chyba najmłodszy, więc może już więcej nie popełni błędów kolegi. Nie przejmując się trupami, ruszyła w zarośla na poszukiwania Groma. Nie odszedł zbyt daleko. Pogładziła go po chrapach i dosiadła ponownie, ruszając w dalszą drogę, jakby nigdy nic.

Po jakiejś godzinie zboczyła ze ścieżki i weszła w las, prowadząc za sobą karego konia. Szukała polany, na której mogłaby go zostawić, by nie zdradził jej obecności pod wieżą. Wiedziała, że zwierzę nie odejdzie, chyba, że coś naprawdę je przerazi. Dlatego nie zamierzała konia uwiązywać, by w razie potrzeby mógł ratować się ucieczką. Szkoda byłoby jej stracić takiego towarzysza, ale cóż... Nie ten, to inny. Gdy już znalazła odpowiednie miejsce, udała się w dalszą drogę do baszty. Kluczyła zaroślami, omijając najbardziej oczywistą drogę. Nie wiedziała, czy ktoś jeszcze ma do wieży przybyć, ale dawanie powodów do podejrzeń nie było najlepszym pomysłem. W końcu dojrzała Basztę, o której mówił Zab. Zaczęła krążyć i kluczyć po okolicy, by rozeznać się w terenie i wiedzieć, którędy najlepiej będzie się wynosić, gdy już załatwi sprawę. Po zakończeniu wstępnego zaznajamiania się z okolicą, znalazła sobie miejsce w zaroślach, które pozwalało jej obserwować Basztę, jednocześnie samej pozostając w ukryciu. Zamierzała poczekać, aż się ściemni...
 
Amanea jest offline  
Stary 23-04-2010, 10:08   #6
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 16498 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację
-Gdy ostatnim razem wezwał Cię do siebie, opuściłeś swój dom i swoją żonę na jedenaście dekadni!- zaprotestowała rozzłoszczona mulanka. Jej kobiece kształty zafalowały pod cienką koszulą nocną, gdy kobieta energicznie kroczyła po sypialni. Łysy mag nie odrywał od niej poważnego wzroku.
-A teraz? Ile Cię nie będzie? Pół roku? Rok?- spytała po chwili zarzucając ręce na piersi. Rzadko dawała się porwać takim spontanicznym atakom złości. Była żoną Czerwonego Czarnoksiężnika i liczyła się z tym, że może spotkać ją za to kara. Nefarius jednak na swój sposób kochał kobietę i miała świadomość, że on by jej krzywdy nie zrobił. Mag pokręcił głową i uniósł w górę rękę kierując wskazujący palec ku sufitowi. Kobieta zamilkła.
-Gorm to nie byle wspólnik czy kompan z dawnych lat. Nie zapominaj kobieto, że to jemu zawdzięczam większość tego co mam ja i Ty. Odnoś się do niego z szacunkiem inaczej spotka Cię kara.- odrzekł chłodnym, lekko zachrypniętym głosem starego człowieka.

Grey ucichła zgodnie z poleceniem męża. Ich związek układał się dobrze. Ona mu nie przeszkadzała za dnia, zaś wieczorami mogła się do niego przytulić i zaznać chociażby odrobiny czułości. On mógł zawsze na nią liczyć. Służyła mu wątłą, ale pomocną dłonią, oraz mądrym słowem i zdrowym spojrzeniem na świat. Nie raz jej wstawiennictwo uratowało któremuś z niewolników życie. Nefarius odwrócił się od kobiety i podszedł powoli do okna. Panorama stolicy Thay nocą była piękna i zabójcza. Czarnoksiężnik czasami zastanawiał się, czy wychodząc nocą z domu bezpieczniej byłoby kryć się z swoją pozycją, czy raczej afiszować się nią. Łowcy niewolników nie spali, czekali na każdego, nierozważnego osobnika błąkającego się uliczkami Eltabbar. Gorm chciał się z nim spotkać. Sprawa była pilna, gdyż prosił o przybycie jak najszybciej. Zamyślony czarodziej nawet nie usłyszał kroków sunącej do niego Greyanny. Dopiero, gdy położyła mu dłoń na ramieniu, a drugą ręką objęła w pasie doszło do niego, że kobieta chce się pogodzić.

Nefarius odwrócił się do niej i spojrzał wciąż chłodnym wzrokiem na mądrą twarz żony. Czasami zastanawiał się, czy Shass Tam nie wybrał wiecznego życia z powodu kobiety. Miał świadomość, że z każdym kolejnym dniem, zbliża się do końca swego żywota i niebawem nadejdzie jego czas. Ręka w bufoniastym rękawie objęła kobietę na wysokości szyi.
-Przepraszam. Masz rację, nie powinnam tak mówić o panie Gormie. Oboje wiele mu zawdzięczamy.- kajała się przed nim. Nefarius tylko skinął głową na znak, że rozumie.
-Idź spać. Wezmę kąpiel i do Ciebie dołączę.- rzekł do niej, po czym obojętnie wysunął się z jej objęć i udał się do pomieszczenia, gdzie niewolnicy przygotowali już ciepłą wodę. Mag zdjął szatę, którą odebrał mu jeden z niewolników. Szczupłe i nieco schorowane ciało człeka wsunęło się do ciepłej wody. Mag czuł jak nerwy i złość opuszczają cielesną powłokę wraz z unoszącą się parą. To było to, czego potrzebował.

***

Gdy Grey otwarła oczy, miejsce w łóżku obok niej było już puste. Nefarius jak zwykle wstał przed świtem. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że wezwał go Gorm i jej małżonek teraz szykuje się do wyjścia. Humor od razu jej się zpesuł. Odwróciła się na drugi bok i próbowała jeszcze usnąć. Czarnoksiężnik w krwiście czerwonej szacie nie tracił czasu. Studiowanie księgi było wyuczoną od lat czynnością, jednak po tak długim czasie korzystania z tych samych zaklęć, znał te formuły niemal na pamięć. Mężczyzna zamknął w końcu potężną księgę, która zalśniła chroniącą ją magią. Czarodziej wsunął ją do swego plecaka. Ostatnimi czasy rzadko sięgał po Zębaty język, jednak będąc Czerwonym magiem chodzenie bez broni było niebezpieczne, nawet na ulicach Eltabbar. Łysy człowiek owinął się skórzanym pasem, do którego przytwierdzona była pochwa z wspaniałym, magicznym mieczem, który osobiście nasycił magią. Mag nie zapomniał o kamieniach Ioun. Wyciągnąwszy je z szuflady swego biurka lekko podrzucił a one same odnalazły orbitę kilka centymetrów nad wytatuowaną głową. Nie zapomniał też o pierścieniu, zapewniającym magiczną ochronę.

Na sam koniec czarodziej wyciągnął z drugiej szuflady skórzaną tubę na zwoje, która była odporna na wodę i wilgoć. W środku znajdowało się kilkanaście pergaminów z zapisanymi zaklęciami. Nigdy nie wychodził z domu bez nich. Czuł się pewniej. Nawet gdyby brakło mu w jakiś sposób zaklęć, miał w zanadrzu zapisane czary. Było to zabezpieczenie na czarną godzinę. Mężczyzna sięgnął również do oszklonej szafki po kilka fiolek z różnokolorowymi płynami, które wsunął w odpowiednie miejsca w pasie. No i oczywiście kostur. Wspaniała laska z dębowego drewna, na której górnym końcu widniał swymbol ogarniętej płomieniami kuli. Laska nie tylko służyła za podporę ale i mogła cisnąć morderczym czarem ognia. Jak do tej pory Nefarius nigdy nie skorzystał z mocy, którą sam zaklął w lasce, ale on wolał być kowalem swego losu. W duchu zastanawiał się, co takiego może chcieć od niego Gorm, co jest tak ważne. I ten kaszel starego mistrza. Może mag umiera i chce jedynemu uczniowi i chyba jedynemu szczeremu przyjacielowi oddać swój dobytek.

Łysy czarnoksiężnik zrugał się jednak w myśli za takie rozważania. Na każdego przyjdzie czas i nic go to nie powinno interesować. Lata temu Nefarius zrezygnował z studiów nad magią iluzji, czego odrobinę żałował. Zaklęcia z tej szkoły idealnie teraz by mu się przydały, by zakamuflować jego prawdziwą postać. Nie bał się, ale wolał dbać o swoje bezpieczeństwo. Nie zabrał z sobą ochrony. Postanowił przejść się do Gorma pieszo. Spacer dobrze mu zrobi, a powrócić może lektyką, lub powozem. Mag w pełnym rynsztunku, gotowy na wszystko zszedł z piętra i opuścił domostwo. Był jeszcze ranek, ale Thay już tętniło życiem. Zwykli mieszczanie kłaniali się mu, okazując szacunek przedstawicielowi rządzącej kasty. On jednak nie zważał na nich. Gdyby miał każdemu jednemu odwzajemniać powitani, musiałby mieć przynajmniej tyle oczu co beholder. Nie spieszył się. Miał być u Gorma w południe, to też wybrał sobie szybkość typowego spaceru.

Lilian krążyła wysoko na niebie. Mag czasami zerkał ukradkiem szukając wzrokiem swej sowy. Nie wybrał tego chowańca przez przypadek. Nocą miała świetny słuch i mogła pełnić wartę, zaś za dnia spała przeważnie nie przeszkadzając magowi. Lilian nie była zwykłą sową. Długoletnia więź z Nefariusem na stałe odcisnęła na niej piętno magii. Ta sowa była bystra jak niejeden człowiek. Ciągłe obcowanie z magią pozwoliło jej się uodpornić na czary a do tego Nefarius nauczył się z nią nawet rozmawiać. Chowaniec fruwał nad jego głową obserwując uliczki Eltabbar z góry. Gdyby dostrzegł coś niepokojącego, ostrzegłby pana charakterystycznym bodźcem umysłowym. Lilian nie raz uratowała życie swemu właścicielowi i ten traktował ją po królewsku. Nawet Grey nie raz narzekała, że Nefarius bardziej kocha swoją sowę niż żonę. Czarnoksiężnik skończył rozmyślać, gdy dotarł na miejsce, pod domostwo Gorma.

***

-Mistrzu...- Nefarius powitał Gorma dworskim ukłonem.
-Przyjacielu...- poprawił go szybko gospodarz, po czym uścisnął rękę czarnoksiężnika. Oboje ruszyli spokojnym krokiem wzdłuż długiego korytarza willi Gorma.
-Jak zdrowie?- spytał mag odziany w czerwień.
-Różnie. Chyba tak samo jak u Ciebie, co?- odrzekł gospodarz. Nefarius wzruszył ramionami i pokiwał głową.
-Mamy swoje lata, już lepiej nie będzie.- rzekł z uśmiechem łysy mag. Gorm również uśmiechnął się nieznacznie. W rozmowie przeszkodziła im niewolnica. Ubrana porządnie i schludnie trzymała srebrną tacę, na której spoczywały dwa pełne kielichy. Magowie poczęstowali się, niewolnica zaś pokłoniła się i odeszła. Nefarius jedną dłonią trzymał kielich, drugą zaś schował w obszernej kieszeni szaty.

-Cóż się stało. Przyjacielu?- podkreślił ostatnie słowo. Gorm wejrzał na rozmówcę i upił łyk wina.
-Moi ludzie zawiedli. Potrzeba mi pomocy profesjonalisty.- odrzekł, lecz tymi słowami niewiele wyjaśnił.
-Potrzeba Ci usług mordercy? Czy może chcesz pomocy Vvo'cusa?- Nefarius był nieco zdziwiony słowami Gorma.
-Nie. Chodzi mi o Ciebie.- wyjaśnił gospodarz. Nefarius spojrzał na niego pytająco. -[i]Potrzebna mi twoja pomoc, daleko od Thay. Kojarzysz Morską Basztę?[i]- spytał czarnoksiężnika, gdyż ten specjalizował się w wielu dziedzinach wiedzy.
-To dobrze chroniony grubymi murami dworek, na skrzyżowaniu szlaków handlowych. Słyszałem o tym miejscu kilka opowieści, nigdy tam jednak nie byłem i nie widziałem na własne oczy.- wyjawił mag. Gorm kiwnął głową, na znak, że wszystko co Nefarius mu powiedział jest zgodne z prawdą.
-Kupiłem ten zameczek. Otworzymy tam enklawę.- Nefarius uśmiechnął się złowrogo. Czemu sam na to nie wpadł. Miejsce było wręcz idealne.

Czarnoksiężnik spojrzał na swego mentora, jakby czegoś jeszcze nie rozumiejąc.
-Ale w czym problem? Mam zająć się organizacją rozbudowy, czy strzeżeniem przewożonych towarów?- spytał zaintrygowany Nefarius.
-Jakiś czas temu wysłałem tam ekspedycję. To oni mieli wszystko przygotować, zbudować podwaliny pod nową enklawę. Słuch jednak po nich zaginął. Nie mam żadnych wieści ani informacji. Magia wieszczenia nic mi nie mówi.- przerwał by upić z kielicha trochę wina -Udaj się tam i sprawdź co się stało.- zaproponował Gorm -Gdy już będziesz na miejscu wykonasz zadanie tamtej ekspedycji. Wiesz, że na nikogo nie mogę liczyć tak jak na Ciebie...- Gorm schlebiał swemu dawnemu uczniowi jednak nie pocieszało to Nefariusa. Grey miała rację, to może być długa wyprawa.
-Jak mógłbym Ci odmówić przyjacielu...-

-Świetnie. Wiedziałem, że nie zostawisz mnie z tym samego. Przeniesiesz się do Teziir magią teleportacyjną. Z tego miejsca do Morskiej Baszty trafisz łatwo i szybko. Zależy mi jednak na czasie. Kiedy byłbyś gotowy by ruszyć?- spytał Gorm. Jego rozmówca upił trochę wina z kielicha. Wiedział, że są sprawy ważne i ważniejsze. Wiedział, że nie pożegnał się nawet z Grey. Ona miała świadomość, jaką Nefarius uznawał hierarchię. Łysy mag spojrzał na Gorma i skinął mu głową.
-Już jestem gotów. Daj mi tylko kilka minut na napisanie listu do żony...- rzekł tonem kipiącym od pewności siebie...
 
Nefarius jest offline  
Stary 25-04-2010, 22:18   #7
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 35 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
Nefarius

Kilka chwil później stali już we dwóch w pracowni mistrza Yertonga skąd mieli teleportować Nefariusa do Teziir. Izelhower bacznie przyglądał się staremu przyjacielowi tkającemu kolejne wątki zaklęcia przeniesienia. Procedura była mu znana pobieżnie jednak odległość na jaką miało go przenieść zaklęcie wymagało o wiele dłuższej i trudniejszej inkantacji. No i zawsze istniało ryzyko, że najmniejszy błąd w takim czarze może przynieść fatalne i nieprzewidywalne w skutkach komplikacje. Chyba każdy mieszkaniec Faerunu, nawet najmniej powiązany z magią, słyszał o magach spadających z nieba na krwawe spotkanie z powierzchnią ziemi czy przedziwnych i tajemniczych wizytach potężnych magów pośród gości weselnych wiejskiej izby czy stad owiec wypasanych na pastwiskach przez wiejskich cieciów. Nefarius miał jednak zaufanie do swojego mentora poparte nie tylko wieloletnim przywiązaniem i doświadczeniem, ale i ważną dla samego Gorma misją z jaką wysyłał swego niegdysiejszego ucznia. Yertong skończył ostatnią formułę i kilkoma gestami rzucił przygotowane zaklęcie na drzwi do gabinetu.



-Gotowe... <Gorm zaczął kasłać, z poły szaty wyciągnął chusteczkę którą przetarł usta i spojrzawszy na materiał zmartwił się czerwoną plamką> ..jak już mówiłem: przeniesiesz się do domu Helefoniusa w Teziir. To mój stary znajomy, może nie zbyt uczciwy i rozgarnięty, ale najbliższy twojej destynacji. Jesteś zdany na siebie Nefariusie, uważaj na siebie, Smocze Wybrzeże może nie jest tym co kiedyś, ale na pewno nie jest bezpieczniejsze.
-Będę mistrzu. Nie zdążysz za mną zatęsknić, a wiadomość o uruchomieniu enklawy dobiegnie twych uszu. -mag był bardzo pewny siebie.

Nefarius podszedł do różowych, marmurowych stopni stawiając na nich kroki. Przed oczyma lustrował kunszt zdobień i rycin dębowych drzwi gabinetu mistrza okutych stalowymi ramami i umagicznionymi nitami przeszywającymi odrzwia. Wiedział, że aby zaklęcie zadziałało właściwie musi wykonać rytuał pewnie i zdecydowanie, całym sobą, ciałem i duchem. Schwycił zdobioną klamkę całą powierzchnią dłoni zamykając jednocześnie oczy, od razu poczuł znajome mrowienie w prawej kończynie, klamka zaczęła wibrować w jego dłoni, odciągnął skrzydło drzwi i po omacku przekroczył próg. Słyszał tylko szum, narastający i denerwujący ciągły dźwięk, potem głuchy trzask- drzwi Gormowego gabinetu zamykają się za nim, to był sygnał dla niego. Niepewnie otworzył oczy.

Nie spadał z tysięcy metrów w dół, nie dławił się wodą ani piaskiem, nie słyszał krzyków przerażenia ani odgłosów bitwy. "Udało się?" -zapytał się w myślach rozglądając się dookoła. Pokój był jasny, wyposażony w meble z jasnego drewna i pomalowany prawie kremową farbą. Jeśli miałby zgadywać funkcję onego pokoju to byłby to salon czy też jak kto woli pokój dzienny. Nie był pewien jeszcze czy jest w Teziir, ale na pewno był gdzieś daleko od Thay- zarówno meble jak i sama architektura domu były dla jego oka nietypowe. Niby wszystko było na miejscu, nie było niczego czego by nie rozumiał, nie znał czy już nie widział, ale jednak dostrzegał te małe różnice. Ostre światło wbijało się do pomieszczenia przez odsłonięte okna zza których dosłyszał pierwsze dźwięki ulicznego gwaru. Wewnątrz jednak nikogo nie było.



Nie chcąc być niegrzecznym nawoływał gospodarza, gdy nie uzyskał odzewu przeszedł po pokojach. Dom był pusty, nie opuszczony bo widać, że jeszcze dzisiejszej nocy ktoś urzędował w domostwie, ale teraz, w samo południe w domu nie było żywego ducha. Wydało mu się to dziwne biorąc pod uwagę fakt, że gospodarz na pewno został uprzedzony o teleportacji. Poza tym przy takich odległościach magowie używali tzw. bojek przestrzennym, które zwiększały precyzję przeniesienia i ktoś ową bojkę musiał tu ustawić i dostroić. Tego kogoś jednak tu nie było. Postanowił więc opuścić domostwo i zająć się własnymi sprawami tak jak pewnie robił to jego właściciel.

Shalia

Zwinna niczym pantera w miejskiej dżungli skrytobójczyni zdecydowanie gorzej radziła sobie w dziczy. Nie było to Skullport, nie Waterdeep ani Athkatla w których znała każdą boczną uliczkę, każdą wąską alejkę i inne zakamarki po których poruszała się z kocią gracją. Tutaj czuła się nieswojo robiąc zdecydowanie za dużo hałasu i śladów swojego przejścia. Nie mniej wyczucie kierunku sprzyjało jej niezmiennie, po kilku rzuconych w stronę złamanych gałązek i wystających korzeni przekleństwach i groźbach znalazła się po zachodniej stronie zamku. Faktycznie nie było to wielka warownia, ale atutów obronności nawet Shalia nie mogła Baszcie odmówić. Forteca nie była też dziełem krasnoludzkich budowniczych-artystów by zapierać dech w piersiach architektonicznymi rozwiązaniami, mimo to kobiecie na chwilę dech zaparło.



Odzyskawszy rezon zaczęła analizować budowlę układając w myślach plan zamku póki jeszcze widziała cokolwiek. Jedno wejście od strony lądu nie wróżyło jej udanego zaskoczenia przeciwnika, ale przynajmniej była pewna, że nikt nie ucieknie jej ze śmiertelnego uścisku w murach twierdzy. Pozostawało jej czekać na zmrok pod którego osłoną niezauważona wejdzie na Morską Basztę.. a tam.., tam dopadnie Reigtana, Czerwonego Czarnoksiężnika.
 
majk jest offline  
Stary 26-04-2010, 21:33   #8
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 16498 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację
Nie raz przeżył przejście przez magiczny portal. Tego typu brama była bardzo wygodna, ale zarazem niebezpieczna. Nefarius kiedyś czytał książkę, w której opisano najdziwniejsze przypadki przeniesienia przez portal. Najbardziej dramatyczny z przypadków dotyczył człeka, który za sprawą zawirowań magii przeniósł się tylko w połowie, zaś jego nogi pozostały w miejscu, gdzie przyzwano bramę. Gorm inkantował długo. Dłużej niż musiał, a to świadczyło o tym, że staremu magowi zależy na misji, którą miał wykonać łysy, Thayski mag. Nefarius wkroczył w przejście i zniknął Gormowi z oczu. Droga przez portal trwała krótko, jednak była przy tym wyjątkowo nieprzyjemna. Nefarius poczuł jak zjedzone w domu śniadanie podchodzi mu do gardła. Serce zabiło wielokroć szybciej a w głowie mu się zakręciło. Zawsze źle przeżywał wędrówkę portalami. Przeważnie po przejściu przez magiczną bramę jego organizm był osłabiony i chciało mu się wymiotować. Tak było i tym razem.

Elegancki wystrój domostwa, w którym mag się znalazł nie robił na nim wrażenia. Ważne jednak, że w bliskim pobliżu znajdowała się wielka, wygodna kanapa, na której czarodziej od razu spoczął. Lilian trzepocząc skrzydłami wylądowała na jednej z szaf. Wirujący obraz powoli wracał do normy. Mistrz oczarowań pokręcił głową i starł z wysokiego czoła pot. Dziwił go fakt, że nikt go nie wyczekiwał. Nie przejął się tym jednak i wartko począł nawoływać domownika. Głośne krzyki nic nie dawały i czarodziej postanowił w końcu ruszyć się z miejsca. Podpierając się na swym zaczarowany kosturze powoli i ostrożnie szedł na przód. Obawiał się nieco magicznych pułapek, jakich sam w swoim domu miał masę, jednak wiele lat praktyk magicznych pozwoliłoby mu wyczuć obecność Sztuki w pomieszczeniu, w którym się znajdował.
-Chodź tu do mnie.- rzekł zachrypniętym głosem w powietrze, a po chwili z poprzedniej izby wyłoniła się jego sowa.


Zwierz był niewielki i ważył zaledwie 3 kilogramy. Lilian usiadła na ramieniu swego pana i obrzuciła hol domostwa bystrym spojrzeniem swych wielkich, żółtych oczu. Chowaniec był niezwykle mądry. Nefariusowi służył za dodatkową parę oczu, które mogły uratować mu życie. Czarodziej opuścił domostwo. Miasteczko Teziir stało przed nim otworem. Miecz, zwykle wiszący u pasa, w swej pochwie był wciąż na miejscu. Mag wolał się upewnić dotykając jego rękojeści dłonią. Tuba ze zwojami również była na swoim miejscu. Czarnoksiężnik rozejrzał się na boki i ruszył uliczką w przód. Wielu ludzi którzy go mijali nie zwracali nań nawet uwagi. Dziwił go fakt, że ktokolwiek żyjący w cywilizowanym miejscu może nie kojarzyć Czerwonego maga z Thay. Mimo wszystko taki stan rzeczy był mu na rękę.

Im mniej osób go kojarzyło, tym mniej osób mogło mieć pretensje o całe zło świata. To nie było Eltabbar. Tu nie mógł zabić każdego, kto krzywo na niego spojrzał. Nawet gdyby zabił kogoś w samoobronie to pewnie i tak zostałby uznany za mordercę. Strażnicy miejscy spoglądali na niego nieufnie, jednak w ich zachowaniu nie dało się wyczuć agresji ani złowrogości. Nie szukał kontaktu wzrokowego z nimi. Po prostu szedł przed siebie zmierzając w wyznaczonym sobie wcześniej kierunku. Miasto zdawało się być niewielkie w porównaniu z Eltabbar, jednak i tak wystarczająco duże by dojście do bramy zabrało magowi prawie godzinę. Bramy miasta nie były zbyt okazałe i wytrzymałe. Czarownik nie był jednak specjalistą od obronności i nie interesowało go, jak wytrzymałe są mury mieściny, w której się chwilowo znajdował.

Nie bardzo wiedział w jakim kierunku ma się udać by trafić do przybrzeżnej twierdzy. Tymora chciała, że kilkadziesiąt metrów od bramy znajdował się stary lombard. Czarnoksiężnik wiedział, czego potrzebuje i że może to znaleźć w tym sklepie. Spokojnie skręcił w uliczkę i wszedł do sklepu. Za ladą stał stary krasnolud z jednym okiem. Niski brodacz był dla czarodzieja złym znakiem. Dobrze wiedział z doświadczenia, że te uparte gbury są niezwykle odporne na wszelkie próby zastraszenia, nie bojąc się, lub zwyczajnie ich nie rozumiejąc.
-Witaj krasnoludzie.- zdecydował się na grzeczność i uprzejmość, wszak nie był głupi.
-Słucham?- burknął sprzedawca.
-Interesuje mnie Morska Baszta.- Krasnolud prychnął złośliwie i podrapał się po rozczochranej fryzurze.
-To żeś nie pierwszy łysol w czerwieni, co tam lezie.- burknął brodacz. Nefarius spoważniał nieco. Gdyby to było w Thay... Ale nie było. Nefarius wziął głęboki oddech i pochylił się nieco do przodu.
-A co to za łysol tam szedł?- spytał czarnoksiężnik.
-No taki jak Ty. Miał na łbie tatuaże i w cholerę przydupasów. Było też kilka wozów, na których targali jakieś skrzynie, kufry i takie tam graty.-

To musiał być mag, którego Gorm wysłał wcześniej. Nefarius wyprostował się, nie spuszczając z wzroku jednookiego rozmówcy. Informacje, jakie uzyskał jednak na wiele mu się chwilowo nie zdawały. Czarodziej zmrużył oczy.
-Potrzeba mi mapy.- rzekł po chwili.
-Ha, nie w Teziir. Tutaj takie towary są bardzo drogie i ciężko je dostać.- odrzekł brodacz.
-Jak więc dostać się do Baszty?- naciskał Czarnoksiężnik. Krasnolud uniósł brew i potarł palcem o palec pokazując, że nawet takie informacje kosztują.
-Posłuchaj mnie krasnoludzie.- zaczął próbę pertraktacji -Wiesz, że w Baszcie powstanie enklawa Thayan. Jeśli będziesz ze mną współpracował to z pewnością przypomnę sobie o tobie gdy będziemy potrzebować sprzedawcę, za zdecydowanie lepsze pieniądze niż te, które Ty zarabiasz...- Brodacz wzruszył ramionami i znów podrapał się po głowie.
-Wyjdź wschodnią bramą i rusz szlakiem w kierunku Wrót Zachodu.- krasnolud zdawał się uwierzyć czarownikowi.

-Na wysokości odnogi Reddansyr, skieruj się na północ. Potem tylko prosto szlakiem.- Nefarius był zadowolony z informacji, które uzyskał.
-A co wiesz o tamtym miejscu?- kontynuował przesłuchanie.
-Ponoć mieszka tam sam awatar Umberlee...- burknął brodacz, zaś Nefarius niemal nie parsknął z śmiechu -Ale ja w to nie zawierzam.- dodał w końcu po chwili. -Miejscowi gadają różne niesamowite opowieści, ale nikt na prawdę nie wie co tam się dzieje.- wyjaśnił. Thayan zdziwił się. Co takiego musiało się kryć w tym miejscu, że nikomu nie dało się wrócić z Baszty.
-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nikt stamtąd nie wrócił żywy?-
-Był jeden. Sosanem go zwali. Pono sam tam poszedł i cały ujść zdołał przed zmrokiem, ale to było dawno a sam Sosam opuścił okolice zaraz po tym.- wyjaśnił krasnolud. Nefarius skinął mu głową. Wystarczyło mu to. Mag położył na ladzie mieszek z brzęczącymi monetami i wyszedł z lombardu.

Czarnoksiężnik zgodnie z zaleceniami brodacza udał się do wschodniego wyjścia i ruszył na szlak zostawiając za plecami Teziir. Droga magowi się niesamowicie dłużyła. Od czasu do czasu rozmawiał z Lilian ale sowa praktycznie podzielała poglądy czarodzieja i nie mógł odbyć konstruktywnej debaty z swoim chowańcem. Cel w końcu był u jego stóp. Szum fal i morsa bryza były najlepszym tego znakiem. Nefarius widział nad masą drzew wyłaniającą się wieżę Baszty. Thayan miał w zanadrzu spory arsenał zaklęć zarówno ofensywnych jak i tych z szkoły, w której się specjalizował. Był gotowy na wszystko, choć brakowało mu obecności Vvo'cusa.
-No to jesteśmy prawie na miejscu...- rzekł do Lilian maszerując przed siebie.
 
Nefarius jest offline  
Stary 28-04-2010, 23:51   #9
 
majk's Avatar
 
Reputacja: 35 majk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodzemajk jest na bardzo dobrej drodze
Nefarius

Zbliżał się do bramy Baszty wolnym tempem szacując plan budowli, powoli zapadał zmrok jednak mag przekładał przygotowanie planu nad przesądy o upiorach budzących się w nocy na zamku. Ten jednak milczał głuchą ciszą, nawet odgłosy lasu jakby cichły im bliżej twierdzy, a bryza wiejąca od morza omijała jego mury. Nefarius gdyby był bardziej strachliwy mógłby pomyśleć, że faktycznie jakieś licho czyha w twierdzy na nierozważnych gości. Strachliwy jednak nie był wcale, za to teraz lepiej rozumiał tuziemców omijających Basztę od dekad szerokim łukiem. Domyślał się konieczności walki, był na to przygotowany, pozostawało jeszcze poznać pole walki. Było to dziecinnie proste dla człowieka mającego oczy doskonale przystosowane do widzenia w ciemności, zawieszone na ruchomej sondzie kilkaset metrów powyżej. Po raz kolejny dziękował sobie w duchu za tak trafny wybór chowańca, Lilian znowu była nie do przecenienia.

Sowa dostrzegała z tej wysokości każdy detal na dziedzińcu, od resztek wiadra kołyszącego się na studziennej linie po szczura dobierającego się do skrzyń rozłożonych po prawej stronie od wejścia na podwórze. „Skrzynie..”- domyślał się, że to te same w których jego poprzednik, a raczej jego podkomendni przywieźli ze sobą sprzęty i zapasy potrzebne do zagospodarowania przyszłej filii handlowej Thay. Skupił się bardziej na mentalnej wizji, nie, na dziedzińcu nie było ni żywej duszy. Zbliżał się do kilkunasto-metrowego, posępnego, drewnianego, okrytego czerwoną płytką dachową pomostu, który łączył brzeg półwyspu z wysepką na której postawiono twierdzę. Zaiste lokalizacja na skalistej ostoi przy brzegu morza była majstersztykiem taktycznym i architektonicznym twórców Morskiej Baszty, to trzeba było przyznać. Jako młodziak podróżował po Krainach pełniąc funkcję mobilnego ambasadora thayańskich interesów i wiele widział podczas tych wojaży. Później podróżował już jako pasjonat i kolekcjoner wiedzy z najróżniejszych zakątków. Architektura nie leżała w ścisłej czołówce jego ulubionych dziedzin, ale mimo to zamyślił się nad atutami obronnymi zamku. Nagle poczuł ćmienie w skroni, „Lilian..”, skierował swe myśli na chowańca krążącego gdzieś ponad dachami zamku.
 

Ostatnio edytowane przez majk : 29-04-2010 o 21:21. Powód: I'm still learnin.. ;)
majk jest offline  
Stary 29-04-2010, 20:42   #10
Konto usunięte
 
Amanea's Avatar
 
Reputacja: 14 Amanea nie jest za bardzo znanyAmanea nie jest za bardzo znanyAmanea nie jest za bardzo znanyAmanea nie jest za bardzo znany
Rekonesans najbliższego otoczenia twierdzy był niezbędny. Już dawno temu opracowała plan działania, podczas tego typu zadań i tego właśnie planu ściśle się trzymała. Musiała poznać każdą drogę ucieczki, w razie gdyby coś nie wypaliło. Rzadko nie wypalało, ale wiedziała, że wszystko może się zdążyć, i że musi poznać wszystkie możliwe wyjścia z Baszty. Przedzieranie się przez krzaki było najmniej przyjemnym elementem zwiadu, jednak musiała to zrobić. Najbardziej dziwił ją fakt, że przyroda w tym miejscu milczała. Ptactwo nie wydawało żadnych dźwięków. Nawet wiatr szumiał wyjątkowo cicho, bezlitośnie zdradzając każdy zły krok zabójczyni. Z drugiej zaś strony dawało jej to przewagę nad hałaśliwymi mieszkańcami Baszty. O ile w ogóle tacy byli. Słońce zbliżało się do horyzontu. Shalia nie była typem poety czy wrażliwca. Nie ruszały ją takie widoki, mimo iż większość ludzi zwróciłaby na nie uwagę. Ona była skrytobójcą. Zimna krew, spokój i wyrachowanie były jej głównymi atutami.

Sztylety i miecz spoczywały na swoich miejscach. Nie mogła się doczekać by w końcu utoczyć krwi Czerwonemu Czarnoksiężnikowi. Na samą myśl odczuwała lekkie podniecenie. W końcu dopnie swego. Konającemu magusowi będzie się przyglądać. To w tym widoku dostrzeże sztukę i piękno, które ją zachwyci. Nagle wysoko nad jej głową zatrzepotał dźwięk skrzydeł. Znieruchomiała. Nie była głupia. Dobrze wiedziała, że w tym miejscu natura była dziwnie spaczona, wyciszona, coś tutaj źle na nią wpływało. Fruwający wokół Baszty ptak nie był dobrym znakiem. Dobrze też wiedziała, że rzesze magów posługiwały się swymi chowańcami w roli zwiadowców. Zwiadowców idealnych. Bezszelestnych, nie wzbudzających podejrzeń, potrafiących wtopić się w otoczenie. Zdrowy rozsądek podpowiadał jej jedno rozwiązanie.

Kobieta schowała się gęstych krzewach, cierpiąc gdy ich kolce rozszarpywały jej skórę. To był jednak jej profesjonalizm. Fanatyczne poświęcenie, w imię dotarcia do celu. Być może to był zwykły ptak, który przelatywał okolicą, nie mogła jednak ryzykować. Szybko, ale cicho wypowiedziała słowa wyzwalacz czaru i po chwili za sprawą magii iluzji jej ciało zniknęło, stała się przezroczysta. Nastała cisza. Dla pewności odczekała jeszcze chwilę i uważnie rozejrzała się po wszelkich skalnych występach na wysokim murze Baszty, by upewnić się, że ptak nie siedzi tam i nie obserwuje jej. Nic nie zauważyła. Shila wypuściła powietrze nosem i ruszyła dalej. Czar nie mógł trwać wiecznie. Pospieszyła się, choć wiedziała, że to nie jest dobre rozwiązanie. Okrążenie baszty trochę trwało, lecz zanim rzuciła czar pokonała już spory kawał drogi.

W końcu znów znalazła sie nieopodal drewnianego pomostu, po którym trzeba było przejść, ażeby znaleźć się na dziedzińcu Baszty. Teraz była zabójcą idealnym. Nie dość, że cicha za sprawą wyszkolonych umiejętności i potężnej magii wplecionej w jej zbroję, to jeszcze jej ciało skrywała iluzja, bezlitosna dla oczu zwykłego człowieka. Takim był Czarnoksiężnik. To był jej atut. Tylko ludzie mogli wchodzić na drogę tej profesji, a ludzie nie mieli tak dobrze rozwiniętych zmysłów jak na przykład elfy. Mag nie miał prawa dostrzec kobiety, a tym bardziej nie miał prawa dostrzec jej zwykły ochroniarz czarownika, lub inny jego sługa. Widziała czerwień jego szaty, powiewający na lekkim, morskim wietrze. Stał na środku i rozglądał się, wodząc wzrokiem po wewnętrznej części murów Baszty. Był sam, o dziwo. Ale lepszej okazji mogło nie być.

Osłoniona iluzją zakradła się na plecy mężczyzny. Nie pozwoliła sobie jeszcze na triumfalny uśmiech. Miała go, ale pozostało dokończyć dzieła. Zamachnęła się, by jednym, celnym ciosem zadać mu jak największy ból. Gdy już ostrze miało przeszyć jego pierś, ten uchylił się nagle i ostrze - miast zabić - raniło go w ramię. Shalia nie zdołała zareagować i skorygować ciosu, nie mogła uwierzyć w to, co się właśnie stało.
~ Jak...? - nie zdążyła nawet skończyć myśli, gdy usłyszała formułę wykrzyczaną przez maga. Ledwie zdążyła umknąć. Przetoczyła się po ziemi i pobiegła w stronę kamiennego muru. Poczułą podmuch gorąca za soba. Gdy dopadła do ściany wsparła się o nią, uspokajając drżącą dłoń. Zatrzęsła się ze wściekłości.

Poczuła raczej, niż usłyszała, jak jej kolczuga otarła się o mur.
~ Cholerny metal - w tym samym momencie dojrzała błyskawicę lecącą w jej stronę. Mag był szybki, ale zabójczyni udało się bezpiecznie uskoczyć. Wylądowała miękko, prawie nie czyniąc hałasu, ale poczuła jak jej zaklęcie rozwiało się. Teraz miał ją jak na dłoni. Wyszarpnęła Błysk i rzuciła się na maga. Koniec zabawy, koniec subtelności. Musiała go zabić, nie było już ważne jak. Zauważyła, że sięgnął po coś. Było jej wszystko jedno, czy przypaliły ją czy zmrozi. Był jej. Nie wymknie się. Błysnęło. Przewrócił się. Skoczyła. Pchnęła mieczem, ale nie dojrzała znajomego błysku. Ostrze zatrzymało się na szyi maga. Dziewczyna próbowała zaprzeć się z całej siły, by pokonać przeszkodę. Na nic. Zimne, niesamowicie błękitne oczy, rozszerzyły się w niedowierzaniu. Nie mogła się poruszyć i wtedy usłyszała triumfalne warknięcie maga. Była przygotowana na najgorsze...
 
Amanea jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:25.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169