Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-04-2010, 12:09   #1
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 5692 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację
Tajemnica Thandale [DnD 3,5; FR]

Tajemnica Thandale

Rozdział I
Kły i śnieg

Thandale zawsze było małym, cichym miasteczkiem. Licząca zaledwie półtora tysiąca obywateli mieścina praktycznie nigdy nie stała się miejscem, w którym żyło się szczególnie ciężko. Owszem, zimy bywały tu długie i mroźne, ale ciężka praca, oszczędność i zaradność zawsze pozwalały mieszkańcom dożyć do krótkiej wiosny. W zimniejszych częściach roku Gigantyczne Iglice chroniły osadę przed srogim północnym wiatrem, a latem stawały się źródłem czystej, górskiej wody, która nawadniała pola, Las Rawlins zaś ukrywał ludność przed bandytami, którzy i tak nie mieliby okazji do owocnego łupu w tej odizolowanej od świata mieścinie. Tylko gościniec prowadził do świata zewnętrznego, do Praki lub Ilmwatchu, a droga do tych miast w linii prostej liczyła przeszło dwieście kilomentrów, nie dziwi więc, że kupcy rzadko odwiedzali Thandale. Dawniej, za czasów Barona Wilstona I, prężnie działała okoliczna kopalnia złota, dla pokładów którego to surowca założona Thandale, teraz jednak w górach pracowało zaledwie kilku ludzi, którzy wydobywali cenny kruszec. Ilość ta wystarczyła, by miasto miało jakiekolwiek znaczenie gospodarcze, lecz nie pozwalała mu się rozwijać. Powody, dla których złoża nie były eksploatowane były miejscową tajemnicą, nie zdradzaną obcym, lecz czuć było jakieś napięcie między obecnym baronem a mieszkańcami, gdy tylko rozmowa schodziła na ten temat.

Pomimo małego znaczenia Thandale, trzeba było przyznać, że było ono piękne. Zwłaszcza teraz, zimą, gdy śnieg przysypał dachy chat, z których kominów unosił się brązowo-czarny dym. Oszronione szyby przyozdobione były quasi-roślinnymi wzorami, a z wnętrz domostw padał przez nie żółtawy blask. Padający śnieg czynił wznoszący się w oddali zamek, siedzibę prawowitych władców tychże ziem, praktycznie niewidocznym, przykrywając go osobliwym rodzajem mgły, nadającym całemu terenowi nutkę grozy. Ilekroć przyjezdni spojrzeli na tą ledwo widoczną budowlę, ich wyobraźnia podsuwała im wyobrażenia okrutnych, uwodzicielskich wampirów i ofiar składanym bezlitosnym bóstwom zimy i lodu.

Romantyczne głupoty? Bynajmniej. Kto tylko spojrzał na miejscowych, widział w ich twarzach trud, zmęczenie, przerażenie i niemą prośbę, by męki, jakich doznają w ciągu ostatnich miesięcy wreszcie się skończyły. Nawet, jeśli garstka podróżnych, która przybyła do miasta jako doświadczeni śmiałkowie nie miała powodu do obaw, to zwykły, szary plebs umierał z przerażenia. Od przeszło dwóch miesięcy w okolicznych lasach grasował groźny wilkołak, bestia, która pod upiornym światłem księżyca w pełni zabijała ludzi dla ich ciepłej krwi i mięsa. Wielka kupa kłów, pazurów, sierści i twardych jak stal mięśni nie dawała się powstrzymać niczym innym, jak srebrną lub magiczną bronią, a nawet użycie właściwego oręża nie ujmowało jej nieludzkiej siły. Pomimo tego, iż Baron Wilston II zakupił odpowiedni sprzęt dla miejskiej straży, odpowiednie siły nie były w stanie poradzić sobie z zagrożeniem, które przerastało zwykłego śmiertelnika. Ludzie byli bezsilni, a groźna bestia wciąż siała postrach. Tym bardziej, że pełnia się zbliżała…

Thandale, plac miejski
12 Nocal

Desmina otuliła się szczelniej swym grubym płaszczem, chroniąc się w ten sposób przed niespodziewanym, zimnym podmuchem. Ona, Mahkran i Corahel przybyli do miasta dosłownie przed chwilą, umieszczając swe konie w miejscowej stajni i udając się w kierunku placu, który pełnił funkcję targowiska. Mimo horroru, jaki stał się udziałem mieszczan, dalej trzeba było kupić trochę żywności, narzędzia, węgiel na opał, jeśli ktoś nie chciał zbierać i suszyć chrustu, a także futra. Handlarz tymi ostatnimi nie cieszył się wielką popularnością, mimo zrobienia wszystkiego, by ukryć pochodzenie swych towarów, każdy gołym okiem mógł dostrzec, że sprzedaje wilcze futro, ludność omijała go jak trędowatego, najpewniej sądząc, że monstrum zemści się na nim podczas swego najbliższego ataku.

- Co teraz?- spytał jeden z szlachciców, półelf zwany Corahelem, obserwując z daleka stragan nieszczęśnika. Byli pewni, że powinni udać się do zamku, podobno jednak miał im zostać posłany przewodnik z dworu Wilstona, jak nakazywał dobry zwyczaj i tradycja. Nikogo jednak takiego nie widzieli, choć byli pewni, że powinni czekać na placu.

- Patrz- rzucił w odpowiedzi Mahkran, wskazując głową niewielką grupkę, która właśnie wyszła z jednej uliczki. Nawet jednak, gdyby owa grupa nie została wskazana Corahelowi, ten i tak by ją zauważył, a to z powodu młodego, na oko szesnastoletniego chłopca idącego na czele zgromadzenia. Młodzieniec był bardzo głośny…

- Mówię więc Ci, bracie, to naprawdę proste. Wystarczy odpowiednio zorganizować wszystko i po sprawie, małe zaklęcie ogniste, wiesz, jak to w naszym rodzie, wilczy dół, może jeszcze jakaś pomniejsza klątwa. To naprawdę nic trudnego, futro samo zacznie się palić, zwycięstwo mamy w kieszeni. Spójrz na nich, pewnie nawet nie próbowali podpalić tego wilkołaka. Gdybyśmy jeszcze… oh, futra! Piękne wilcze futra!

… i gadatliwy.

Vincent Drakano podbiegł do stoiska, oglądając z zachwytem towary sprzedawcy. Nigdy wcześniej nie był w takim miejscu jak to, prawdę mówiąc był to jego pierwszy wyjazd poza Enklawę, gdzie ród Drakano studiował swe smocze korzenie. Młodzieniec z radością więc obserwował wszystko, przez całą nie tak znowu krótką drogę promieniując entuzjazmem.

Quanlvyll westchnęła, kręcąc głową. Drowia kapłanka nie była zbyt zadowolona z zachowania swego podopiecznego, uważała, że jego zachowanie jest nie na miejscu, zważywszy na to, co czują i przeżywają ludzie wokół, nie wspominając o tym, że bycie tak głośnym było niedopuszczalne. Kobieta zastanawiała się, czy chłopcu kiedykolwiek przejdzie takie zachowanie, patrząc jednak na jego matkę, miała wątpliwości. Postanowiła więc zrobić jedyną rzecz, która pozwoliłaby zachować jej godność, zważywszy na zachowanie wychowanka i bezczelnie ciekawskie, tudzież oburzone i przerażone spojrzenia rzucane przez gapiów- dumnie wypięła pierś i udała, że nie dostrzega zainteresowania, jakie wywołali jej towarzysze.

Pewnie głównym powodem takiej reakcji był Veth. O ile drowka była egzotyczną istotą, to jednak mieszkańcy mieli jakiekolwiek pojęcie o jej rasie, czego nie można było powiedzieć o miedzianym półsmoku. Jego wygląd wywoływał sensację, a on sam starał się to podkreślać, nosząc kolczyk z naturalnego kła w jednym uchu i mając pewny siebie wyraz twarzy. W jego przypadku pochodzenie było oczywiste, czego nie można było powiedzieć o jego młodszym braciszku, a właściwie kuzynie. Dwie kobiety w rogu sprzeczały się szeptem, czy jest to potężny wojownik, który jednym zamachem miecza pozbawi bestię głowy, czy też może czarodziej, którego magia ochroni je przed furią bestii. Veth uśmiechnął się tajemniczo, słysząc przekomarzankę. Żadna z niewiast nie miała racji.

Paradoksalnie, najnormalniejszym z wyglądy członkiem grupki był Dodoria, krasnoludzki wojownik. Jego wygląd również był szokujący, liczne tatuaże pokrywały całe jego ciało, a włosy ułożone miał w prowokującego irokeza. Zasadniczo, wyglądał znacznie bardziej buntowniczo niż Veth, ale nikt nie dziwił się temu, zważywszy na topór, jaki nosił na swych szerokich, krasno ludzkich plecach. Wojownik nie miał nic wspólnego z rodem Drakano, po prostu przybył do miasta mniej więcej w tym samym czasie co jego przedstawiciele, a jako, że było już późno, cała czwórka wynajęła pokoje w tej samej gospodzie, jednocześnie wymieniając kilka zdań.

Zważywszy na powyższe, nie powinien więc zdziwić fakt, że Sangwinius dotarł na plac, nie wzbudzając w ogóle zainteresowania. Kolejny przedstawiciel szlachty jako jedyny miał naprawdę osobisty cel w pomocy Wilstonowi II. Jego ojciec był bliskim znajomym z baronem, a gdy ten miał problem, poprosił adoptowanego syna swego przyjaciela o pomoc, słysząc o jego dokonaniach szermierczych. Sangwinius miał pewne podejrzenia, iż baron znanym sobie tylko sposobem wie, jak naprawdę jest zdolny, na razie był to jednak tylko domysł. Póki co, mężczyzna miał inne powody do rozmyślań, wszak w polu jego widzenia były dwie kobiety niezwykłej urody!

Tak więc goście Wilstona stali na placu głównym miasta, czekając na kogoś, kto zaprowadzi ich do zamku szlachcica. Nikomu jakoś nie uśmiechało się iść pod górę w śniegu i jeszcze dobijać się do ciężkich, drewnianych wrót. Śmiałkowie mogli jednak konstruktywnie wykorzystać swój czas, rozmawiając z mieszkańcami, podchodząc do prawdopodobnie innych zaproszonych, lub po prostu znajdując jakieś przytulne miejsce, w którym mogliby się przebrać w bardziej oficjalne stroje. Wszystko zależało teraz od nich.
 

Ostatnio edytowane przez Kaworu : 25-04-2010 o 18:03.
Kaworu jest offline  
Stary 25-04-2010, 12:53   #2
 
Slan's Avatar
 
Reputacja: 6398 Slan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputacjęSlan ma wspaniałą reputację
Sangwinius Berguise Delatrox
Młody wysoki mężczyzna z o czarnych włosach i jasnej cerze przyglądał się zebranym. Rysy jego nieco bladej twarzy sprawiały wrażenie nieco zniewieściałych. Ubrany w długi purpurowy płaszcz i czarne buty prezentował się dosyć elegancko. Nie widać było po nim zmęczenia, choć z powodu bólu klatki piersiowej nie spał od kilku dni. Zapiął mocniej poły płaszcza przypomniawszy sobie, że powinno mu być zimniej, i postąpił kilka kroków do przodu. Pokłonił się nisko pozostałym i rzekł
- Jestem Sangwinius Berguise Delatrox, jedyny syn Wiktora Berguise, przyjaciel naszego pana barona. Cieszę się niezmiernie, że was spotkać dobrzy… towarzysze. Jak mniemam, celem waszej wizyty jet uśmiercenie wilkołaka, czyż nie tak?
 
__________________
Who stand against dragon? In this terrible time?

Ostatnio edytowane przez Slan : 25-04-2010 o 13:01.
Slan jest offline  
Stary 25-04-2010, 14:36   #3
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 16498 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację
-Dwadzieścia kilometrów?- spytał krasnolud. Jego zachrypnięty głos rozniósł się po niemal pustym trakcie. Idąc pieszo mijał właśnie jakich dwóch mężów pędzących konno w kierunku przeciwnym od Thandale.
-Tak krasnoludzie. Miej jednak oczy dookoła głowy. Ostatnimi czasu okolica jest bardzo niebezpieczna.- odrzekł wyższy, lepiej zbudowany mąż z długimi włosami. U jego pasa wisiał długi miecz, zaś na plecach spoczywała zawieszona kusza. Z całą pewnością broń służyła mu do osobistej obrony, skoro uważał, że okolica jest niebezpieczna. Doris uśmiechnął się tylko pod nosem spoglądając z politowaniem na jeźdźców.
~A może uciekinierów?~ pomyślał w duchu. Krasnolud kiwnął ręką w podzięce za informacje i ruszył na przód traktem przed siebie. Masę drogi miał za sobą. Na szczęście dla niego napotkał grupę myśliwych, którzy użyczyli mu grzbietu jednego z dwóch wolnych koni, które wozić miały celowo upolowanego zwierza.

Dodoria szedł dziarsko na przód. Topory, które w jego rękach były śmiercionośną kombinacją oręża nie mogły się doczekać by rozwalić łeb jakiejś bestii. Ostatni raz miał do czynienia z godnym przeciwnikiem ponad pięć dekadni wcześniej, gdy po długim czasie wytropił w końcu trolla, porywającego bydło -mieszkającym w okolicy jego leża- wieśniakom.
-Wilkołak kurwa... Jebany futrzak, rzygający kłaczkami... Problem... Warto, to w ogóle pchać się na takie zadupie, z powodu głupiego wilkołaka?- narzekał pod nosem do siebie. Nie przerażały go takie bestie. Stawiał czoła groźniejszym przeciwnikom. Ba! Przewaga jaką mieli nad wilkołakiem nie wynikała tylko z masywnego wzrostu czy nieludzkiej siły. Wielu pokonanych wrogów natura obdarzyła niesamowitym intelektem i bystrością. On zaś i takich wrogów doceniał. Wszak zabijanie przygłupich kreatur w końcu i takiemu prostemu osobnikowi jakim był Dodoria może się znudzić.

Gdy w końcu trafił do miasta odsapnął z ulgą. Mieszkańcy nie byli rozmowni, zadowoleni z życia i nie pałali sympatią do gości, jakim on był. Nie szukał jednak zwady z osoba, z których to podatków zostanie mu dana nagroda, gdy już przyniesie łeb likantropa. Udało mu się wynająć izbę na noc. Jak się wartko okazało, w tej właśnie karczmie poznał kilka osób, które również miało chrapkę na wilkołaczy łeb. Dawno temu oduczył się zespołowej pracy. Z resztą tamten zespół miał swoje taktyki, które każdy członek znał. Ci zaś zdawali się dla Dodorii zwykłymi podróżnikami, obdarzonymi jakimiś tam umiejętnościami. Tak przynajmniej się prezentowali. Czekać mieli na kogoś ważnego. Kogoś kogo Doris w ogóle nie kojarzył, nie znał, ale miał za to nadzieję, że ów osobnik przejdzie od razu do rzeczy i nie będą musieli udawać się na jakieś rozmowy i debaty. To czego oczekiwał od pracodawców to jasne wytyczne odnośnie zadania i pieniądze, które mógł na tym zarobić.

Na placu czekały kolejne trzy osoby. Krasnolud przywitał się z nimi machnięciem ręki. Nie poznał jeszcze swych "towarzyszy" i nie mógł sobie ustalić zdania na ich temat. Jak na razie byli równie małomówni co on. Cenił to sobie. Nie przepadał za gadatliwymi, którzy gdy przychodzi, co do czego to stoją z tyłu, a potem opowiadają jacy to nie byli mężni i wspaniali w boju. Gdy jeden z przyszłych kompanów przedstawił się, na jego usłanej bliznami twarzy wykwitnął nieznaczny uśmieszek.
~Kurwa, jak ja bym Ci pacanie zaczął wymieniać moich przodków i ich znajomych to byś się posrał z wrażenia...~ pomyślał przewracając oczami.
-Tak, tak. Uśmiercić wilkołaka.- skwitował wojownik, poprawiając pas, który trzymał jego, stare, zniszczone spodnie.
 
Nefarius jest offline  
Stary 25-04-2010, 16:15   #4
 
Dira's Avatar
 
Reputacja: 14 Dira nie jest za bardzo znany
Veth ziewnął. Nudziło mu się, ot co. Przyglądał się zebranym osobom, jednocześnie jednych uchem słuchając Młodego, aktualnie poświęconemu swojemu ulubionemu zajęciu, czyli gadaniu.
Vincent - Młody, znaczy się - potrafiłby sprawić, że krwawnikowi odpadłyby uszy.
Rzucił plecak na... NIE! Delikatnie położył go na ziemi. Niemal zapomniał, że w środku jest jego instrument i broń. I jeśli Zwiastun Radził sobie z gorszymi rzeczami niż upadek, to z pierwszą "zabawką" lepiej nie ryzykować. Zamachał lekko skrzydłami, otrzepując je ze śniegu, po czym przeciągnął się, od czubka nosa aż po koniuszek ogona.
Przekupki miały kolejny temat do rozmów. Veth nie należał do ludzi, którzy przejmują się doborem ubrań. Zimno też nie było aż tak dotkliwe, żeby założyć płaszcz. Oparł się wygodnie o stragan kuśnierza, pozwalając tym samym przekupkom na podziwianie, jak jego łuski o kolorze polerowanej miedzi delikatnie lśnią w nikłych promieniach zimowego słońca. Veth był nagi. No, prawie - miał na sobie ciemne, skórzane spodnie, i właściwie nic po za tym. Ćwiekowane karwasze na ramionach były raczej ozdobą, a szpony, przy odrobinie wyobraźni mogące być nazwane stopami, trudno nazwać "obutymi", gdy "obute" były w sandały. Ach, ta smocza próżność... Po paru minutach obserwacji zadowolony półsmok wyprostował się na swoją niebagatelną wysokość. Zimą jego performance jest jeszcze bardziej skuteczne. Mrugnął zachęcająco do obserwujących go dziewcząt. Zbiły się w kupkę, i nawet z tej odległości mógł usłyszeć, jak kłócą się do której mrugnął oraz skrupulatnie opisując jego widoczne przymioty, i snując domysły o tych... powiedzmy, że ukrytych w spodniach.
-Młody, to są zwykłe futra. Normalne, wilcze futra. Na wilkach jest tego pełno. - Nie mógł powstrzymać uśmiechu. Vincent nic się nie zmienił.
- A ty właściwie to skąd je bierzesz? - zapytał się kuśnierza - Łowcy nie boją się na wilki polować?
W tym momencie dostrzegł wysokiego(sięgał Vethowi aż do szyi), bladego człowieka, który przedstawiał się... powietrzu? A, nie! Krasnoludowi! I to krasnoludowi, który wiedział, co znaczy styl - jego tatuaże były naprawdę zajebiste.
- Och, czeeeeeśśśśść. - uśmiechnął się do Sangwiniusa, szczerząc zęby i wysuwając szpony. Ale po za tym był całkiem przyjazny. Szlachcic w atawistycznym odruchu cofnął się o krok, po czym, by ratować swój "honor", udał, że to jego własny zamysł.
- Czołem, Khazad! - pozdrowił krasnoluda - Veth. Zajebiste tatuaże. Kto ci je wydziarał?
 
Dira jest offline  
Stary 25-04-2010, 17:14   #5
 
Ajas's Avatar
 
Reputacja: 187 Ajas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie coś
Vincent patrzył na futra i co rusz brał do rąk nowe. Była to pierwsza wyprawa młodzieńca poza Enklawę i nie mógł się opanować. Nie przejmował się iż śnieg sypał na jego miedziane włosy, ogólnie mało czym się przejmował. W porównaniu do swego kuzyna nie był charakterystyczną postacią. Dość wysoki jak na szesnastoletniego chłopaka, o potarganych miedzianych włosach. Wyglądał na dobrze wysportowanego, ale do specjalnie muskularnych nie należał. Jego oczy charakteryzowała specyficzna srebrna barwa. Jednak uważny obserwator mógł dostrzec coś jeszcze, coś co wyróżniało tego chłopaka spośród szarej masy ludzi. Na jego twarzy i odsłoniętych dłoniach w niektórych miejscach widoczne były metaliczne smocze łuski. Było ich niewiele i były stosunkowo małe ale na pewno były prawdziwe. Dłonie młodzieńca też nie należały do normalnych, palce przypominały smocze szpony i to właśnie przy nich łuski rozmieszczone były najgęściej. Gdy mówił, a mówił prawie ciągle, błyskał białymi ostrymi zębami. Ten młodzieniec na pewno miał w sobie coś z gada, chociaż nie było to tak widoczne jak u Vetha. Ubrany był w dobrej jakości zimowy płaszcz bez kaptura. Dookoła szyi ponadto owinął sobie swa ulubioną białą apaszkę. Skórzane buty miały w sobie coś dziwnego, po pierwsze w ogóle nie były mokre od śniegu, a po drugie nie zostawiały na tym białym puchu żadnych śladów, nie było wątpliwości że są magiczne. Na plecach młodzian miał wielki podróżny plecak który wyglądał jak gdyby był wypchany po brzegi.



Vincent wziął do rak trzy duże kawałki futra i szybko i głośno powiedział do sprzedawcy.

- Wezmę te trzy, są piękne naprawdę wspaniałe. Dużo pan takich sprzedaje? Kto je panu dostarcza? Często pan tu stoi? - Nie dając kupcowi czasu na odpowiedź wcisnął mu w rękę kilka złotych monet wciąż gadając.

- Wie pan niedawno przybyliśmy tu z okolicy Waterdeep tam nie ma takich futer, pewnie nieźle się pan natrudziłby żeby je zdobyć. Ale muszę przyznać ze droga była świetna wie pan, te widoki te krajobrazy wspaniałe po prostu nie do opisania. Zresztą ta mieścina też, pięknie zbudowana, słyszałem ,że macie tu wilkołaki. Dużo ich? Zabiliście już jakieś? A może to ich futra? – Nagle młody zaklinacz zobaczył grupkę osób stojących na placu, od razu pomyślał że to ich przyszli towarzyszę.- Ja już musze iść! Dziękuje za futra i pogawędkę! – Vincent zostawił osłupiałego sprzedawcę za sobą i ile sił w nogach ruszył w stronę Vetha i reszty poszukiwaczy przygód.

- Patrz co kupiłem bracie! Prawda że wspaniałe!?- radosny głos młodzieńca przerwał cisze jaka panowała. Futra zostały rzucone na ramię Vetha a młody szlachcic od razu podbiegł się ze wszystkimi przywitać. Złapał rękę Sangwinusa i potrząsnął nią mocno w geście przywitania.

- Część, cześć! Ja jestem Vincent Drakano, miło mi Cię poznać. Tez przybyłeś tu zabić wilkołaka? Bo my też! Ciekawe czy ich tu dużo co nie? Już się nie mogę doczekać aż je znajdziemy, czytałem o nich że są przebiegłe, twoim zdaniem to prawda? A w ogóle skąd jesteś, jak ci minęła podróż? Bo nam naprawdę świetnie, naprawdę piękne widoki mieliśmy, podróż w ogóle się nie dłużyła, nie no było świetnie! – młody aż podskakiwał targany emocjami. Najchętniej byłby teraz w kilku miejscach naraz, i miał kilka par ust by wszystko powiedzieć. Gdy skończył swój słowotok nie czekając na odpowiedź spostrzegł krasnoluda, którego poznali wczoraj w karczmie.

- O pan krasnolud! Witam ponownie! Wiesz że w tym śniegu wyglądasz na mniejszego niż wczoraj! Nie denerwuje cię to? Nie myślałeś o jakiś wysokich butach czy coś? Ja bym chyba takich potrzebował jakbym był krasnoludem.- młodzieniec nie chciał urazić krasnoluda. Po prostu słowo takt nie było mu zbyt dobrze znane. Veth po tych słowach parsknął cicho i na wszelki wypadek stanął między Vincentem a Dodorią, gdyby krasnal okazał się zbyt nerwowy. Vincent popatrzył po wszystkich i jak gdyby coś sobie przypomniał. Sięgnał do jednej z wielu głębokich kieszeni swego płaszcza, by po chwili wyciągnąć małe stworzonko.



Pseudosmok rozwinął skrzydełka i ziewnął. Wzbił się na chwile w powietrze by usiąść Vincentowi na ośnieżonych włosach. Szlachci spojrzał ponownie na Sangwinusa i pokazując na swoją głowę, radosnym tonem oświadczył.

-A to jest Psikus! Prawda że fajny? Zawsze jest ze mną, to mój ulubiony zwierzak! Umie kilka fajnych sztuczek wiesz? - oczy młodzieńca błyszczały z podniecenia i wciąż lekko podskakiwał przestępując z nogi na nogę. Psikus natomiast ziewnął i ułożył się do snu na głowie młodzieńca.
 

Ostatnio edytowane przez Ajas : 25-04-2010 o 17:21.
Ajas jest offline  
Stary 25-04-2010, 19:18   #6
 
Khas's Avatar
 
Reputacja: 0 Khas nie jest za bardzo znanyKhas nie jest za bardzo znanyKhas nie jest za bardzo znany
Podróż do Thandale była dość męcząca. Wieś leżała na jakimś zapomnianym przez bogów zadupiu do którego prowadził jeden jedyny trakt. Cóż musiał spłacić dług Eckhartowi i pomóc tej lokalnej społeczności w ich kłopotach. Nie robił tego dla dobra tych ludzi czy jakiegoś podziwu. Mahkran był pragmatyczny. Za głowę wilkołaka była wyznaczona niezła sumka. Jeśli uda się go pozbyć to nie tylko zarobi, ale uwolni się też od długu. Jechał razem ze swoimi towarzyszami, Corem i Desminą. Zawsze mógł na nich liczyć. Zbliżając się jednak do wsi na skraju świata, nie wiedział jakich niespodzianek się spodziewać, ale musiał być na nie przygotowany. W końcu nie był byle kim.

Był średniej postury człowiekiem z ostrymi rysami twarzy, współgrającymi z ciemnymi, prawie czarnymi oczami i krótką obciętą na jeża fryzurą. Ma nieco wysunięty podbródek i lekko spłaszczone uszy. Ubrania Mahkrana miały czarny kolor. Zarówno całe ubranie, włączając w to buty na miękkiej podeszwie i zbroję a także karwasze. Przy siodle spoczywała zaś wspaniała kusza oznaczona dziwnymi ornamentami, misternie stworzona i upiększona o otchłanne reliefy.

Otulił się szczelniej płaszczem gdy wiatr mocniej zadął. Przeklęte zimno. W Amnie było zdecydowanie cieplej. Kopyta Sztaby zastukały o kiepskiej jakości bruk. Wiedzieli, że muszą dostać się na wioskowy plac gdzie mieli spotkać się z posłańcem. Kiedy wjechali tam konno Mahkran musiał mocno trzymać się w siodle aby nie spaść. Takiej zbieraniny cudaków i dziwolągów nie widział nawet w Amnie. Mahkran miał mieszane uczucia. Nie wiedział czy ma się zacząć śmiać do rozpuku czy przybrać wyraz politowania na twarzy.

Zgraja która się tu zebrała mogłaby spokojnie otworzyć obwoźny cyrk. Plebs, hołota, tłuszcza i drobnomieszczaństwo. Ludzie i humanoidy, którzy nie zdają sobie sprawy, że są tylko maluczkimi narzędziami w rekach możnych. Żałosne. Szlachcic spoglądał na nich wszystkich z góry, z siodła swej klaczy. Pierwszą istotą, która przykuła uwagę Mahkrana była drowka. Miał już do czynienia z tymi podstępnymi istotami. Kiedyś pełnił obowiązki jako kontakt z jedną z komórek drowów w Amn. Tam nauczył się, że są to istoty zdradzieckie i bezwzględne, gotowe nie cofnąć się przed niczym byle tylko osiągnąć cel. Spodziewać można się było tylko po nich zdrady, gdy sojusz przestaną uznawać za opłacalny. Krasnoluda zmierzył tylko pogardliwym wzrokiem i spojrzał porozumiewawczo na towarzyszy. Dwa godne pożałowania smokopodobne stworzenia budziły jego rozbawienie. Przypominały wioskowych głupków i kto wie może nimi były. Natomiast ten jakmutam, którego imienia nie zapamiętał, a pamiętał tylko, że przedstawił się jako szlachcic. Mahkran spojrzał na niego z dezaprobatą. Żeby szlachcic zniżał się do poziomu plebsu. Amnijczyk prychnął tylko ściągając wodze Sztaby. Śmieć a nie szlachcic, tytuł pewnie sobie kupił na bazarku, bo zachowanie prezentował wieśniackie. Przechwałki i puste słowa. Niech lepiej już przybędzie ten posłaniec i zaprowadzi ich do pana tych włości, aby tam zajęli się jego klaczą jak należy.
 

Ostatnio edytowane przez Khas : 25-04-2010 o 19:31.
Khas jest offline  
Stary 25-04-2010, 20:14   #7
 
Kivi's Avatar
 
Reputacja: 0 Kivi nie jest za bardzo znany
Desmina w milczeniu przytuliła się do muskularnego, konnego karku, kątem oka spoglądając na podróżujących obok towarzyszy. Nie miała nic przeciwko dłużącym się podróżom, zawsze lepsza obita pupa od sztyletu między żebrami, a po tych wszystkich latach była w stanie docenić chwilę wytchnienia. Nuda dawała się we znaki dopiero wtedy, gdy było zbyt zimno, by się odezwać. Dobrze, że miała chociaż te swoje zmyślne buty. Szkoda tylko, że jej policzki za nic miały sobie zaklętą w nich magię, różowiejąc coraz bardziej przy każdym podmuchu wiatru.
Kiedy miasteczko zamajaczyło w końcu na horyzoncie, poderwała się gwałtownie, otrzepując zaśnieżone rękawy.
- Ale tym razem bez żadnych wyskoków, moje drogie ptaszki. Spłaćmy w końcu ten cholerny dług i pojedźmy gdzieś, gdzie jest ciepło. – Rzuciła z uśmiechem, sięgając wzrokiem w stronę dalekich zabudowań.
- Różnie w tym mieście może być, Jaskółko. – Odparł Mahkran, wzruszając rękami. Cor, jak zwykle, siedział tylko zamyślony, nie odzywając się ani słowem.

***

Fakt, było nawet „różniej” niż sądziła. Nie łudziła się, że spotka tam samych ludzi, jednak aż tak niecodziennej zgrai się nie spodziewała. Mimowolnie dłuższą chwilę przyglądała się gadziemu osobnikowi, z aprobatą podziwiając jego niezwykłe kształty. Niestety czar prysł, kiedy Veth otworzył paszczę. Zniesmaczona nieeleganckim słownictwem, przeniosła wzrok na jego rozmówcę. No tak, naturalnie w takim miejscu nie mogło zabraknąć krasnoluda. Skrzywiła się nieznacznie, rzucając dwójce towarzyszy porozumiewawcze spojrzenie. Żenujące zachowanie rudego dzieciaka również pozostawiła bez komentarza, choć widok niewielkiego pseudosmoka wywołał niewielki uśmiech na jej twarzy. Zawsze miło było mieć obok jakąś czarującą postać. Jaskółka była chyba najmniej uprzedzoną do innych ras z całej Trójki, jednak na widok drowki mimowolnie sięgnęła dłonią do pasa, zaciskając palce na zakrytej płaszczem broni. Najwidoczniej ktoś musiał mieć do niej choćby cień zaufania, skoro jeszcze nie skończyła na stosie. Jedynie szlachcic przywrócił jej wiarę w… no, w obce osoby.
Zatrzepotała uroczo swoimi ciemnymi rzęsami, które kontrastowały z bladoniebieskim odcieniem jej oczu. Poprawiła niezauważalnie burzę, w tej chwili potarganych, ciemnobrązowych włosów i wygięła swoje pełne, różowiutkie usta w przyjacielskim uśmiechu. Choć ciemny płaszcz zniekształcał jej sylwetkę, kiedy skłoniła się delikatnie przed szlachcicem, mimowolnie odsłoniła odrobinę ładnie zarysowane pod mithrilową koszulką piersi.
- Miło mi cię poznać, mój panie. Eryka z rodu Vencermos, to zaś są moi przyjaciele. – Przedstawiła się wesoło personaliami, które widniały na schowanym glejcie. Wskazała dłońmi na Jastrzębia i Skowronka, a na jej palcu błysnął srebrzysty sygnet, na którym wygrawerowany był łabędź. – Na to wygląda. Ciekawe, jak wiele osób potrzeba do zabicia jednego stworzenia? – Rzuciła już bardziej w eter, nieco rozbawiona.
 
Kivi jest offline  
Stary 25-04-2010, 22:06   #8
 
RyldArgith's Avatar
 
Reputacja: 669 RyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwu
Rozejrzała się swoimi czerwonymi jak najprawdziwsze rubiny oczyma po placu. Podróż trwała długo, bardzo długo nawet. Ale nie przejmowała się tym. W końcu, po tylu dniach, dekadniach, miesiącach, latach, jakie spędziła w Enklawie, była już znużona ciągle tymi samymi widokami. Chociaż przyznawała w duchu, traktowała to miejsce w sposób szczególny dla siebie. Teraz jednak, opuściła znajomych, znajome miejsca, korytarze, pola. Ruszyła wspólnie z Vincentem, chłopcem już, stojącym u progu dorosłości. Chociaż, co przyznawała, dość ciężkim we wzajemnych relacjach. Z uwagi na nigdy nie zamykające się usta, oraz na jego stosunek do wielu spraw. Dziecko w ciele prawie że dorosłej osoby, pomyślała, kiedy tak patrzyła na wyczyny jej podopiecznego.

Nasunęła kaptur mocniej na głowę, chroniąc swoje oczy przed działaniem słońca, ale także by mocniej ukryć swą tożsamość. I tak pewnie już część wie kim jestem. Albo większość nawet. Przyjrzała się pozostałym, kuzynowi jej podopiecznego Vethowi. Ciekawa osoba, przy pierwszym poznaniu- poprawiła się szybko w myślach. – Niestety nawet te kilka dni razem nie pozwoliło mi go lepiej poznać.. A szkoda. Krasnolud? Aż się dziwie że nie rzucił się jeszcze na mnie. Szanse przeżycia oceniałabym gdzieś siedemdziesiąt do trzydziestu. Dla mnie. Na jej twarzy wykwitł delikatny uśmieszek. Ciekawe skąd u niego tyle tatuaży? I co one oznaczają? Bo to że coś oznaczały była prawie pewna.

Poprawiając ułożenie rękawic, a także poluzowując niektóre z płyt jej płytowej zbroi, którą nosiła ze zdumiewającą wprawą i lekkością, spojrzała po rozmówcy krasnoluda, jednak tylko przez chwilę, zanotowawszy jednak w pamięci jak się przedstawił osobnik i kim miał, według własnych słów, być. Niewiele ci dadzą tytuły, jeśli nie umiesz walczyć, stanąwszy przed takim stworem jak wilkołak.. Zresztą, bestia by pewnie cie tylko zabiła. Podobno szlachta smakuje zbyt żylaście. Kolejny uśmieszek i spojrzenie na trójkę na koniach. Tylko przeczesała ich wzrokiem, nie zatrzymując się na żadnym dłużej niż trzeba.

Zresztą nie miała czasu, gdyż Vincent już pokazywał swój charakterek, zalewając potokiem słów, które chyba tylko on rozumiał, handlarza futer. Zapłacił za kilka z nich i przybiegł do nich. Jego kuzyn widać było że jest zajęty użyczaniem swych wdzięków płci przeciwnej, przez co chyba nawet niezbyt zauważył że Vincent zrobił zakupy. Po prostu przyjął to, tak jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem, niewarta wzmianki.

-Część, cześć! Ja jestem Vincent Drakano, miło mi Cię poznać. Tez przybyłeś tu zabić wilkołaka? Bo my też! Ciekawe czy ich tu dużo co nie? Już się nie mogę doczekać aż je znajdziemy, czytałem o nich że są przebiegłe, twoim zdaniem to prawda? A w ogóle skąd jesteś, jak ci minęła podróż? Bo nam naprawdę świetnie, naprawdę piękne widoki mieliśmy, podróż w ogóle się nie dłużyła, nie no było świetnie!

Chłopak, trzeba przyznać, mimo ze nieznośny ma jedną przewagę. Towarzysze nawet jak da im mocno w kość swoimi zachowaniami, nie zabiją go. Będzie im brakowało tego gadającego dzieciaka. No, przynajmniej większość z nich.

Kiedy zagadał do krasnoluda oniemiała.

-O pan krasnolud! Witam ponownie! Wiesz że w tym śniegu wyglądasz na mniejszego niż wczoraj! Nie denerwuje cię to? Nie myślałeś o jakiś wysokich butach czy coś? Ja bym chyba takich potrzebował jakbym był krasnoludem.

Potrzasnęła głową na te słowa, posłała przepraszające spojrzenie krasnoludowi, by następnie stanąć obok Vincenta, tak na wszelki wypadek. Poczekała aż wyciągnięty przez niego Pseudosmok ułoży się na jego czuprynie i odetchnęła.
Chłopak ma więcej szczęścia niż rozumu. Chciałabym tak podchodzić do życia. Szczęśliwe dzieciństwo.. no i odpowiednie pochodzenie.

Stojąc za chłopakiem czekała na rozwój wypadków. No i przybycie kogoś, kto zaprowadzi ich do zleceniodawcy.






 
RyldArgith jest offline  
Stary 26-04-2010, 09:25   #9
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 16498 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację
~O kurwa...~ pomyślał brodacz, gdy paskudny jaszczur zaczął wypytywać go o tatuaże a po chwili jakiś mały gnój powiedział mu, że on jest mały. Dodoria uniósł nieznacznie brew do góry spoglądając to na smoczysko, to na dzieciaka. Kiedyś Doris spotkał takiego jednego łowcę. Polował na zęby hydry. Brodacz towarzyszył mu kilka dni w drodze uznając, że chętnie mu pomoże w walce z stworem. Człowiek był taki gadatliwy że ściągnął na nich czujnych orków, którzy w boju okazali się na tyle skuteczni, że udało im się przypadkiem zabić łowcę. Na szczęście kilka chwil potem brodacz podołał orkom i "pomścił" gadatliwego osobnika. Postanowił nigdy więcej z takimi osobami nie wędrować. Jak widać los zrobił mu na złość.
-Dodoria...- burknął po chwili milczenia spoglądając na jaszczura. -Sam sobie to dziarałem...- dodał po kolejnej chwili. Krasnolud pokręcił głową i odwrócił się w drugą stronę, udając, że szuka czegoś wzrokiem.

Zbieranina była to iście dziwaczna. Przez długi czas zastanawiał się czy to nie on będzie przypadkiem na sobie koncentrować spojrzeń mieszkańców miasteczka, czy to nie on będzie ściągać na siebie kłopoty wyszczekanym pyskiem i nie on sprowadzi więcej zamieszania niż cały ten wilkołak. Jak się szybko okazało, nie. Jaszczur nawijał jadaczką jakby zeżarł katarynkę. Nie zdawał się jednak tak przygłupi jak mały gnój. Ten to dopiero brodacza irytował. Jak będą się kiedyś czaić a dzieciak wyda ich odzywając się w nieodpowiednim miejscu i czasie to skróci go o łeb. Doris wyłapał spojrzenie drowki. Widział kilka drowów w życiu. Nie byli skorzy do współpracy. Wręcz przeciwnie. Wszystko chcieliby sami zrobić. No i tak wyszło, że zanim Dodoria sięgnął po topór to mroczne elfy same się pozabijały. Ta jak widać miała chrapkę załatwić wilkołaka, więc pewnie nie będzie z nią tak źle.

Jakby tego było mało młody gnój miał swojego smoka... Smoka? Doris zawsze myślał, że smoki są większe, bo nigdy na oczy żywego nie widział. Jeśli takie małe pokraki są owiane legendą i tajemnicą to ciekaw był kto te legendy snuje i wymyśla, chyba same smoki. Brodacz zbliżył się nieco do drowki.
-To będzie długa podróż...- podsumował czując zbliżające się problemy.
 
Nefarius jest offline  
Stary 26-04-2010, 11:18   #10
 
Dira's Avatar
 
Reputacja: 14 Dira nie jest za bardzo znany
- Nawet nie wiesz, jak bardzo. - prychnął.
Dobra, chyba są wszyscy. Krasnolud-artysta z toporem większym niż on sam. Fircyk. Jakiś nadęty szlachcic. Milczący półelf. I całkiem atrakcyjna dama. Niestety, też szlachcianka, i to najgorsze możliwe wydanie - wywyższająca się damulka. Miałaby u niego szanse, jeśli tylko okazałoby się, że to nie jest jej rzeczywisty charakter. Niestety, zważywszy na jej reakcję na powitanie smoczych braci, jest. Niemal widział, jak w jej ślicznej główce - a także jej towarzyszy, nawiasem mówiąc - ruszają się trybiki, dopasowujące jego i Młodego do wzorców społecznych, ostatecznie plasując ich między plebsem a chamstwem. Typowe. Tylko szkoda Młodego. Veth był przyzwyczajony do takich "zniżek" na drabinie społecznej, ba, czasem specjalnie jako taki się przedstawiał, ale jego młodszy brat nie był po prostu przyzwyczajony do takich spraw. Był młody i niewinny...
Krasnolud... cóż, był krasnoludem. Jak dotąd nie zrobił nic, co pozwoliłoby Vethowi na określenie go inaczej, jak stereotypem krasnoluda, aczkolwiek półsmok nauczył się już, że nie należy oceniać innych po pozorach, i nawet dla tamtej trójki szlachty zostawił jakiś bufor, jakby chcieli go pozytywnie zaskoczyć.
Został jeszcze elegancik, obecnie flirtujący z urodziwą szlachcianką. Kolejny stereotyp szlachcica - wymuskany, wycackany, zniewieściały. I ONA takich lubi? Pokręcił głową.
*Czy w tym świecie nie ma jakiejś normalnej szlachty?* Pytanie oczywiście pozostało bez odpowiedzi.
Ostatni - i bynajmniej nie najmniej ważni - byli Młody i Quen. Jego braciszek nic się nie zmienił od ostatniej wizyty Vetha w Enklawie. Wygadany psotnik. Prawdziwie społeczna dusza, i idealna personalizacja przymiotów jego rodu. Jego opiekunka była, jak na te kilka dni, stonowana i poważna. Prawie jak Babcia Gryzelda. Uśmiechnął się półgębkiem na to porównanie.
Podsumowując - oprócz rodziny i krasnala, jest źle. Aczkolwiek nie tragicznie. Miejmy nadzieję.
 

Ostatnio edytowane przez Dira : 26-04-2010 o 12:33.
Dira jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:31.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169