Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-08-2010, 12:40   #1
 
Kelly's Avatar
 
[D&D: FR] W poszukiwaniu eliksiru

PONOWNE OTWARCIE SESJI PO AWARII
 
Kelly jest offline  
Stary 24-08-2010, 13:25   #2
 
Efcia's Avatar
 
Nieopodal Silverymoon

Saliva siedziała na okrytym błękitną materią fotelu wachlowana przez służące. Obydwie trafiły do niej za długi rodzin i wiedziały, że za najmniejsze nieposłuszeństwo zapłacą ich bliscy. Czuła drżenie ich dłoni, kiedy podawały jej pucharek wina. Dostrzegała niepewny wzrok skierowany w podłogę, chyba, że poleciła inaczej. Oraz usta. Spieczone usta, które, ułożone odpowiednio, trwały w sztucznym uśmiechu. Tak, służące się bały, zarówno o krewnych, jak i o siebie.
- I słusznie – posłała uśmiech do swoich ponurych myśli. Saliva lubiła od czasu do czasu zmienić służbę. Kiedy uznawała, iż któraś z dziewcząt za mało się stara, albo po prostu ją nudzi, starała się wymyślić coś rozkosznie ekscytującego i równie wrednego. A potem dbała, żeby ową karę widziały pozostałe. Nic tak wpływało na służbę, jak strach, a Saliva lubiła, żeby się jej bano.



Miała przeszło 40 lat, ale drobne zabiegi kosmetyczne oraz magia pozwoliły jej zachować urodę młodej kobiety. Jej oczy świeciły blaskiem, który potrafił rozpalić w mężczyźnie żądzę, nawet, jeśli nie czuł w sobie potęgi ogiera, lecz co najwyżej wyliniałego wałacha. Tak, jak ten rudowłosy młodzik przed chwilą, który teraz stał przy wyjściu z obwisłą męskością, przypominającą podpleśniały, niewielki ogórek oraz miną zbitego psa. Owszem, jako syn strażnika więziennego bywał użyteczny, dlatego od czasu do czasu pozwalała mu się posiąść i wystrzelić tym jego marnym nasieniem, którego nie potrafił utrzymać przez dłuższą chwilę. A on? On był jej wdzięczny, gdyż żadna inna kobieta nie potrafiła sprawić, by jego sflaczała męskość zmieniała się w twardego, plującego jadem węża.
- Gdybyż ten idiota wiedział, że to właśnie mnie zawdzięcza, iż jest prawie eunuchem – zastanawiała się. Ale nie wiedział, zaś ona dbała, by zawsze, kiedy do niej przychodzi, pił wino przyprawione odpowiednimi ziołami. Przez pewien czas działały one pozytywnie na potencję i młody Josol czuł się niczym heros. Ale to wszystko krótko trwało i, zaraz po wystrzale, chłopak znowu zmieniał się w impotentnego dupka. Tak, jak dzisiaj. Teraz stał i ubierał się niezdarnie wciąż spoglądając na swoją niedawną kochankę, która poza narzuconą na biodrach chustą oraz pięknie cyzelowanym zestawem ozdób, dalej nic na sobie nie miała.

Gdyby posiadała w sobie współczucie, zapewne dostrzegłaby w chłopaku ból odtrącanego przez swego właściciela psiaka.
- Koooochana – wybąkał podchodząc – popozwól mi jeszcze zoooostać z tobą, proszę – chłopak się nieco jąkał. - Nieee mogęęę wprawdzie … - spuścił głowę – ale …
- Miałeś swój czas, mogłeś go lepiej wykorzystać – prychnęła ironicznie. - Dlaczego niby miałabym ci pozwolić jeszcze na cokolwiek? Jesteś zwykłym nieudacznikiem.
- Ale ja cię kocham! - wybuchnął. - Słyszysz! Kocham!
- Taaaak? No to udowodnij to – rzuciła obojętnie, ale podniecony chłopak nie dostrzegł w jej głosie zimna.
- Tak? Jak, powiedz, moja najcudowniejsza. Jak? - rozgorączkowane słowa przecinały powietrze niczym petardy.

Saliva wstała lekko owijając się szeroką chustą. Stanęła przed nim, opierając swoje nagie piersi na lekko zapadniętym, pokrytym rudymi włoskami, torsie chłopaka.
- Jeszcze zobaczę – powiedziała filuternie przesuwając zmysłowo dłoń po jego karku i plecach. - Kobiety, takie jak ja nie mają zwyczaju się spieszyć, tak jak niedorosłe dzieciaki.
- Saliva, ja … - usiłował wybąkać coś na usprawiedliwienie.
- No, no – poklepała go po policzku, wymykając się z ramion, którymi pragnął ją otoczyć. - powiedziałam, nie tak prędko.
- A kiedy? Kiedy? Każda chwila bez ciebie jest …
- Chyba jasno wytłumaczyłam ci, że nie lubię egzaltowanych chłopców, tylko silnych mężczyzn, na których słaba niewiasta może polegać, ale czy ty jesteś takim mężczyzną?
- Tak, tak. Zrobię wszystko – chłopak nie wyczuł ironii.
- Zatem czekaj na polecenie. Wezwę cię.
- Ale …
- Jesteś chłopaczkiem, czy mężczyzną?
- Tak, tak, idę. Wybacz – młodzieniec próbował grać twardego wiarusa, ale jego drżące wargi oraz przygaszony głos dowodziły, jak wielka to dla niego próba. Ubierając się jeszcze próbował coś zacząć. - Ja … wiesz …
- Do zobaczenia – przerwała mu Saliva, a gdy wreszcie wyszedł, ziewając rzuciła jednej ze sług. - Naprawdę, dzisiaj przeszedł samego siebie w przynudzaniu.
- Wydaje się, że bardzo panią kocha – nieśmiało odpowiedziała dziewczyna.
- Tak powinno być – uśmiechnęła się zimno Saliva. - być kobietą, to wielka potęga, jeśli jest się kobietą taka, jak ja – oceniła dumnie. - A teraz natychmiast idźcie stąd – służące spojrzały na nią niepewnie, czy dobrze zrozumiały polecenie. - Wynocha. Teraz – obydwie dziewczyny rzuciły się za drzwi na główny korytarz pałacu.

- Spóźniłam się – Saliva mruknęła do siebie niemal wbiegając do pokoju obok i stając przed obrazem, który przedstawiał zamaskowanego mężczyznę w bogatym stroju. Obraz wydawał się pięknym odwzorowaniem rzeczywistości, lecz zarazem czymś niezwykle niepokojącym. Dumna kobieta, która przed chwilą wydawała się posągiem hardości, padła nagle na kolana kłaniając się do ziemi.

- Witaj milordzie – szeptała nie unosząc głowy – wybacz spóźnienie, ale …
- Wstań – żelazny głos płynący z portretu działał. - Nie obchodzi mnie bicie czołem. Wiesz o tym. Ale skuteczność. Od swoich czarodziejów wymagam skuteczności, reszta jest mi obojętna. Ale czy ty jesteś skuteczna Salivo?
- Staram się, panie – wstała nie podnosząc głowy.
- Naprawdę? Może … - przerwał na moment – będziesz miała okazje się wykazać. Moje rozkazy ...
- Twoje rozkazy, panie …
- Nie przerywaj!
Chciała odpowiedzieć, ale zamilkła wiedziona roztropnością. Lord nie był osoba, którą można było bezkarnie rozzłościć.
- Lady Alustriel. Niedawno w Silverymoon stało się … - ważył przez chwile słowa – nie wiem dokładnie co, ale to był wybuch magii. Silnej magii. Ktoś pracował nad potężnym zaklęciem, albo artefaktem. Bardzo potężnym. Prawdopodobnie ta kurwa, wasza zawszona Lady Alustriel. Rzucone zostały bardzo silne czary transmutacji. I właśnie tu wkraczasz ty. Dowiedz się, o co chodzi, a jeśli to rzeczywiście artefakt, zdobądź go. Rozumiesz?
- Rozumiem, milordzie.
- Dobrze. Jeszcze jedno.

Spojrzała pytająco. Namalowana ręka wysunęła się do przodu dotykając nagle zmartwiałej Salijvy. Głośno przełknęła ślinę.
- Masz ładne piersi, wiesz? - odziana w szorstką, skórzaną rękawicę dłoń przesunęła się po jej ciele.
- Dziękuję, panie.
- Naprawdę ładne – powoli dłoń lorda spoczęła na jej biuście, dotykając go w lekkiej pieszczocie. -Ba, piękne – nagle złapał jej prawą pierś ściskając mocno.
- Aaa! - krzyknęła z okropnego bólu i strachu próbując się odsunąć, ale trzymał mocno przez chwilę, potem zaś pchnął, aż poleciała pod ścianę
- Piękne – powiedział spokojnie, jakby nic się nie stało. - Jeśli chcesz je zachować, to nigdy się nie spóźniaj, dziwko. Bo następnym razem, to nie będzie pieszczota, ale ci urwę twoje cudne cycki, jak zwykłej suce, rozumiesz?

Ból. Ból. Ból.
- Tak, panie – wyjąkała łkając niemal i mdlejąc ze strachu. Chciała coś mówić dalej, ale nie zdołała przewiercona do podłogi jego surowym spojrzeniem.
- To dobrze. Miłego dnia, Salivo – obojętny głos lorda pozostawił ją samą w zimnym pokoju.

***

Llorkh - wiele mil na południe od Silverymoon





- I co, Skylark? Znalazłaś coś?
- Wybacz, Najdostojniejszy, ale to wymaga czasu … chwili czasu – kobieta obfitych kształtów przyodziana w krzykliwą, koronkowa suknię pospieszyła z wyjaśnieniem widząc, jak mężczyzna w purpurze unosi gniewnie brew. - Czy Skylark cię kiedyś zawiodła? Czy podała nieprawdziwe informacje, tak jak reszta hołoty, która śmie się nazywać wróżami? - splunęła pogardliwie na drewniana podłogę.
- Nie – przyznał Purpurowy – i dlatego jeszcze żyjesz. Całkiem nieźle zresztą. Jeśli jednak się nie pośpieszysz …
- Wybacz panie, daj swojej wiernej Skylark mgnienie oka. Okaż łaskawie cierpliwość. Taaaaak … cierpliwość … - uniosła ręce nad kulą szepcząc świszczące słowa zaklęć. - Wsze obrazy, ukażcie się – rzuciła do miedzianego kielicha coś sproszkowanego, co nie tylko wyglądało paskudnie, ale jeszcze gorzej woniało.

Rzucam szczyptę szczawiu
Paszczę szczypawicy,
Ukaż moja kulo
Rąbek tajemnicy.

Przez chwilę nawet Purpurowy stał nieruchomo, przypatrując się kolejnym inkantacjom wróżki.
- I jak? - wreszcie powiedział po chwili. Widać nie był przyzwyczajony do oczekiwania na wypełnienie swoich poleceń.
- Widzę – powiedziała – północ. Północ. Śniegi, lody, drow …
- Drow, mówisz?
- Tak – wydyszała – drow oraz kobieta z jasnymi włosami. Piękna, piękna, piękna …
- Konkrety, babo. Jak wygląda? Gdzie to jest, powiedz. I co tam się stało? Szybciej gadaj no wreszcie.
- Miasto na północy. Bogate. Potężne. Jeźdźcy ze srebrnymi płaszczami na koniach, białe dachy. Ludzie, elfy. Dużo elfów. Dużo drzew, dużo magii.
- Więc to Silverymoon – mruknął Purpurowy. - Dobrze, mamy niedaleko swoich – szepnął do siebie. - Teraz kobieta – zażądał głośno wyjaśnień.
- Widzę … widzę … Ona bogata, diadem na głowie, twarz niczym sopel lodu, ale serce gorące. Ona kocha. Czuję to. Kocha – dorzuciła jakieś inne świństwo, które zabarwiło zawartość miedzianego kielicha na intensywną, zielona barwę. Buchnął dym. - Jest! To ona. Wielka magia. Czary. Księżyc we włosach. Tak. To ona. Ona coś zrobiła.
- Dobrze. Wiem, kim jest ta czarująca suka. Gadajże no, co ona zrobiła, ty stara ropucho.
- Płyn, jasny władco, płyn. Wspaniały. Transmutacja. Czułam, czułam. Transmutacja. Aaa …!
- Co się dzieje?
- Nie ma, nie ma. Nie ma go.
- Czego nie ma, mów.
- Wielka magia, wielka, ale ona tego nie ma. Człowiek w czerni. Uderzył ją, skradł, zabrał. Jej serce rozpacza. Płacze, twarz zachowuje niczym sopel lodu, ale płacze. Czuje jej płacz, jej ból. Rozumiesz. Ból serca, ból miłości, ból …
- Pieprzyć miłość. Co to za eliksir? Co to za płyn?
Kobieta ciężko oddychała coś jeszcze szepcząc, ale po chwili zdjęła ręce znad kuli.
- To wszystko, wspaniały panie – wyszeptała wstając oraz kłaniając się pokornie.
- Wszystko? - wściekły głos Purpurowego wręcz rzucił kobietę na podłogę. Uniósł rękę, jakby chciał ja uderzyć.
- Panie! - wrzasnęła korząc się. - wszystko, zaklinam cię, wszystko. Wróżenie nie daje gotowych odpowiedzi. To nie kula ognista. Nie bij, przysięgam. Powiedziałam, co kula rzekła. Ja niewinna. Daruj – bełkotała przerażona.
- Niewinna – parsknął, ale powstrzymał się od uderzenia. - Dobrze, ale skoro tak, skoro nie ma gotowych odpowiedzi …
- … nie ma, szlachetny panie, nie ma, wybacz. Taki to rodzaj magii, że wskazówki jeno daje. Lecz odpowiedzi nie ma.
- Nie ma mówisz? - parsknął szyderczo. - To zapłaty także nie będzie, stara, kłamliwa jędzo.
- Ale panie, moje składniki, moje koszty – kobiecie zaczął plątać się język. - Od calimshańskiego kupca kupowałam, panie, proszę, pieniądze. Umówiliśmy się. Daj mi pieniądze – dyszała.
- Nie lubię chciwców, durna babo. Pieniądze zaś są za dobra pracę, nie takie dziadostwo, jak to, które właśnie odwaliłaś.
Klęcząc przed nim usiłowała go chwycić za nogę.
- Panie!
- Dosyć – odwrócił się wychodząc. - Uważaj, nie lubię chciwców, pamiętaj. Zapamiętaj, rozumiesz!

- Zapamiętam, zapamiętam – wyszeptała po chwili kobieta, kiedy Purpurowy wyszedł. - Nie lubisz chciwców. Dobrze, ale, hłe hłe, wolę chciwców niżeli durniów. Zapłaciłbyś, może dowiedziałbyś się czegoś więcej, więcej, więcej – splunęła, po czym wyciągnęła z okutej skrzyni butelkę. Odgryzła korek, pociągnęła setnie. - czegoś więcej, paniczyku, hłe hłe. Czegoś więcej.

***

Luskan - wiele mil na zachód od Silverymoon




- Och, ileż nas to będzie kosztować – westchnął ubrany w bogate, kupieckie szaty mężczyzna. - Popatrz Jonathanie – zwrócił się do drugiego, siedzącego obok pokazując mu rachunki zapisane w księdze – przeliczałem dwukrotnie i nie chce wyjść mniej niż … - szepnął mu na ucho jakąś sumę, od której jego towarzysz dostał na chwilę lekkiej czkawki.
- Tak, to góra pieniędzy Bernardzie – przyznał Jonathan – ale mamy szansę i na zarobek i na chwycenie Silverymoon za grdykę – powiedział z prawdziwą pasją.
- Czy naprawdę sądzisz, że Alustriel zrobiła coś tak głupiego, że odda nam swój handel. Zejdź na ziemię, przyjacielu.
- Nie, nie – zreflektował się – nie odda, ale może nie będzie miała wyjścia. Lubię pieniądze. Uwielbiam ten dotyk złota, srebra – zagarną stosik monet leżących na stole – oraz bardzo nie lubię wydawać. Ale wiem, że czasem trzeba wyrzucić setki, żeby zarobić tysiące.
- To już nas kosztowało setki. Przechwyciliśmy agenta Kultu. Najemnicy, wyciąg z yokotty, przekupienie strażników, żeby siedzieli cicho … - wyliczał Bernard.
- Tak, tak, masz rację – przyznawał – i sam wiesz, że Kult bardzo mocno zaangażował się w tą sprawę. Musi ich to kosztować, nie mniej niż nas, ale jednak w to ostro wchodzą.
- Nie ma się co dziwić, Jonathanie. Byłby to pierwszy wyłom w Silverymoon, gdzie ich ostro zwalczają.
- Nie tylko ich, przyjacielu, nie tylko ich. Nawet my nie możemy prowadzić tam oficjalnie swoich uczciwych interesów. I dlaczego? Niech mi ktoś powie, dlaczego ta przeklęta dziwka zablokowała otwarcie naszych filii?
- Może dlatego – parsknął jego towarzysz – że nie mamy zwyczaju płacić podatków miejscowej władzy i staramy się trzymać rynek za pysk niszcząc konkurencję.
- To już prawo kupieckie. Nic nikomu do tego – sprzeciwił się ostro Jonathan.
- Prawo zaś władców nie dopuszczać do tego i bronić swoich. Ta jasnowłosa ladacznica robi to rzeczywiście skutecznie.
- Tak – zreflektował się Jonathan – i dlatego, Bernardzie, jeśli jest szansa, żeby spróbować ją jakoś ugryźć, należy podjąć to ryzyko, pomimo kosztów. Jeżeli się uda, każdy wydatek zwróci się nam z nielichą nawiązką.
- Racja, racja, ale czy nasi bracia przystaną na to. Znamy Silverymoon, tam nie jest prosto. Ponadto te informacje … sam wiesz, bardzo niepełne. Magia transmutacyjna, potężny eliksir, włamywacz. Nie brzmi to zbyt wiarygodnie. Chociaż, jeśli na podstawie tych wiadomości ta ohydna sekta ruszyła swoje siły, to coś w tym musi być – zastanawiał się ubrany w wykwintną, czerwoną czapę Bernard.
- Wyślemy naszych chłopaków pod Marcją.
- Zgodzi się? Ponoć zajmuje się teraz ochroną kopalni w Nesme. Nieźle jej tam płacą.
- Owszem, sam bym płacił będąc pod ciągłym zagrożeniem najazdami trolli i lodowych gigantów. Zresztą, ci barbarzyńcy z plemion Wilka i Niedźwiedzia także nie ułatwiają im wydobycia oraz handlu. Ale mam coś na nią – wyjaśnił Jonathan. - Przyjmie ofertę, szczególnie, jeśli szczodrze jej zapłacimy.
- Byle nie za szczodrze. Pieniądze nie kochają tego, kto nimi szasta. Nie wierzę w miłość ludzi, ale finanse, to inna sprawa – wyjaśnił swoją dewizę Bernard.
- Spokojnie. Część zapłacimy po akcji. Jak się uda, nie będziemy się przejmować kosztami. Jak nie, to cóż, nie będzie zapłaty – i dwójka wspólników pogrążyła się w gorącej dyskusji.

***

Pałac Wysokiej Lady Alustriel w Silverymoon




Alustriel siedziała samotna w swojej komnacie wpatrując się w kulę jasnowidzenia. Ale ona, choć pokazywała wiele Wysokiej Lady, nie była w stanie odpowiedzieć na jej pytania. Potężna czarodziejka domyślała się kto, ale kompletnie nie wiedziała dlaczego? Kogo obchodziły jej prywatne przedsięwzięcia, chyba … chyba, że tych, którzy byli osobistymi wrogami jej, a nie jej miasta. Ale dlaczego? Narażać się na gniew Alustriel oraz jej Sióstr to przypominało pójście na spacer z tygrysicą w ciemną noc: i śmieszno i straszno. A jednak ktoś się poważył na ten czyn i uderzył ją tak, że zabolało … bardzo zabolało … najbardziej …

Przez jakiś czas, nie chcąc wykorzystywać środków miasta na prywatne cele, próbowała swoich własnych mocy. Potem przełamała się i nie mogąc nic poradzić poleciła zaktywizować szpiegów, którzy zostawali pod rozkazami radcy Taerna Hornblade , jej starego druha i wiernego poddanego. Niestety, wszelkie sposoby, magiczne i szpiegowskie, zawiodły. Tym bardziej, że agentom nie przekazano żadnych szczegółów. Mieli po prostu zwracać uwagę na wszystkie niepokojące fakty. Każde bowiem szczegółowe wypytywanie o eliksir mogłoby skłonić sprawcę rabunku do ucieczki, a tego jednego Wysoka Lady była pewna: eliksir jest w Silverymoon lub okolicach.

Magia nie pomagała, sieć agentów także, dlatego postanowiła skorzystać z innej możliwości. Harfiarze, jej siostry i bracia, którzy podzielali pragnienie dobra i szczęścia. Jako jeden z oficerów tej wielkiej organizacji mogła podejmować wszelkie decyzje na terenie północy Faerunu. Dlatego postanowiła skorzystać z tej możliwości. Niewielka wprawdzie, ale sprawna grupa wydała jej się skuteczniejsza i, przede wszystkim, dyskretniejsza do realizacji tego zadania.
- Wasza Wysokość – rozmyślania przerwał tubalny głos zza pokrytych intarsjami drzwi. - Osoba, którą Wasza Szlachetność wezwała, czeka na spotkanie.
- Tak? - Alustriel ucieszyła się wyraźnie. Pierwsza dobra wiadomość od wielu dni. - Proszę, wprowadź ją jak najszybciej do przedsionka Okrągłego Salonu. Zaraz tam przyjdę i ja przyjmę.
- Tylko się uczeszę – dodała w myślach – i zmienię diadem na ten bardziej koronkowy.

Okrągły Salon był w całości wykładany grubą warstwą miękkiego drewna lipowego, które zręczni rzemieślnicy pokryli szeregiem płaskorzeźb z motywami roślinnymi. Jedni sądzili, że to kaprys bogatej królowej, inni, że Lady po prostu kocha kwiaty, drzewa, krzewy. Obydwa powyższe były prawdziwe, ale właściwym powodem wyłożenia komnaty drewnem było to, iż bardzo tłumiło odgłosy, zapewniając prowadzonym tu naradom odpowiedni stopień dyskrecji nawet, jeżeli przy tym nie używano czarów. Oprócz pięknych, drewnianych ścian, samo wyposażenie komnaty przedstawiało się nader skromnie. Okrągły stół, kilka krzeseł oraz niewielki fotelik, na którym siedziała Alustriel. Władczyni wstała wszakże na powitanie wchodzącej kobiety.

Wysoka Lady należała niewątpliwie do najpiękniejszych niewiast, jakim dano było stąpać po ziemi Faerunu. Ale przybyła kobieta również miała coś w sobie. Była półelfką i to można było dostrzec na pierwszy rzut oka. Charakterystyczne, delikatne rysy twarzy i lekko podniesione końcówki uszu czyniły ją nawet bardziej podobną nawet do elfa, niżeli człowieka. Do tego włosy, splecione w setki misternie ułożonych kosmyków, ściągniętych sznureczkami. Przygasły blask w oczach, kryjący w sobie melancholię i siłę oraz pełne, lekko wygięte wargi sprawiały, że dla wpuszczającego ją strażnika, nieznajoma wyglądała niczym piękny, ale jednocześnie smutny symbol czegoś bolesnego.
- Wasza Wysokość – przybyła zgięła się w lekkim ukłonie. - Czym mogę służyć?
- Witaj i dziękuję, że zjawiłaś się tak rychło.
- Cóż, wezwanie od Wysokiej Lady jest raczej czymś, co nie zdarza się codziennie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Harfiarze mogliby się ociągać wezwani przez ciebie, Pani – nieco ostro, choć cicho stwierdziła półelfka.
Alustriel zaczerwieniła się, lekko marszcząc swój delikatny nosek.
- Jestem Harfiarką, a moje wezwanie to była raczej prośba o pomoc. Zdarzyło się coś, z czym nie mogę sobie poradzić. Jakiś czas temu skradziona została z mojego pałacu mikstura w bardzo charakterystycznym pojemniku. Ze złota oraz wysadzanym rubinami.
- Jak dokładnie wyglądał?
- Eliksir przezroczysty, zaś pojemnik … zaraz ci pokażę – kilka gestów Wysokiej Lady oraz pośpiesznie wypowiedzianych szeptem słów poruszyło powietrze, które nagle zgęstniało, rozświetliło się wirując wszystkimi barwami tęczy, aż wreszcie uformowało iluzyjny obiekt. - to właśnie to. Tego szukam. Wiem, że jest gdzieś niedaleko.



- Rozumiem, pani – półelfka bez zmrużenia oka przyjęła zlecenie. - Oczywiście. Mamy tutaj kilkoro naszych. Jak przypuszczam, sprawa powinna być zachowana w dyskrecji, skoro nie użyłaś oficjalnych dróg.
- Słusznie przypuszczasz – przyznała Alustriel. - Uruchomienie zbyt dużych sił mogłoby spłoszyć rabusia, ponadto politycznie mogłoby zostać źle odebrane. Silverymoon, Cytadela Adbar, Deadsnows, Jalanthar, Quaervarr, Cytadela Felbarr, Everlund, Mithral Hall i Sundabar dopiero uzgadniają warunki konfederacji. Któż wie, czy idea Srebrnych Marchii dojdzie do skutku? To wielki problem. Wielu chce, żeby tak się nie stało. Teraz wielu prominentnych przedstawicieli innych krain gości w moim mieście. Gdybym postawiła wojsko na nogi, to zarówno złodziej, jak i inni mogliby uznać, że planuję coś niemiłego.
- Ale, jeśli wszystkim zajęliby się Harfiarze, to Silverymoon nie byłoby zamieszane?
- Przynajmniej nie bezpośrednio, a to już coś. Mam też dla was pierwszy trop – Lady zaczęła przekazywać półelfce najważniejsze informacje. - Ale proszę, traktujcie to jako pomoc, nie wytyczną. Sami zdecydujcie, co robić oraz jak osiągnąć cel tak, żeby oficjalnie nie było związku z Silverymoon.
- Przyjęte, Pani. Dziękuję za zaufanie. Czy jeszcze ... - półlefka spojrzała pytająco na Alustriel.
- Nie, chociaż tak – Wysoka Lady zawahała się – słyszałam o tobie wcześniej od mojej siostry, Dove Falconhand.
Spojrzenie półelfki nagle stało się czujniejsze.
- Tak, spotkałam lady Falconhand na południu, w Amn.
- Wiem. Siostra opowiadała mi, że na pewien czas wystąpiłaś z szeregów Harfiarzy.
- To prawda. Organizacja w Amn okazała się mieć wspólną z Harfiarzami tylko nazwę, a nie ideały. Wszystkich traktowali, jak wrogów, a nie potencjalnych przyjaciół, nawet tych, którzy nic im nie zrobili, a chcieli pomóc – gorycz przebijała przez jej słowa. - Dziecię Bhala chciało być ich sojusznikiem, ale …
- Odrzucili je?
- Tak, odrzucili. To było głupie i złe. Wtedy odeszłam. Dopiero jakiś czas później spotkałam Lady Falconhand, która mając pełnomocnictwa poprosiła mnie o powrót i zrobiła tam porządek. Szkoda, że dopiero wtedy.
- Tak, słyszałam – smutno potwierdziła Lady. - Bardzo mi przykro, naprawdę szczerze współczuję, bowiem zdaję sobie sprawę, jak może zaboleć coś. Ale cieszę się, że jednak wróciłaś.
- Wróciłam rzeczywiście, bowiem cóż może robić samotna wdowa, która utraciła wszystko, co kochała – oceniła głucho. - Ale wśród Harfiarzy mogę pomóc innym, a to daje radość oraz rozwesela duszę. Bez tego byłabym pustym naczyniem, a tak ...
- Miłość … - szepnęła Lady ni to do siebie, ni półelfki.
- Moja została zamknięta w dzbanie i zakopana na pustyni.
- Może ją kiedyś odkopiesz …
- Może … - uśmiechnęła się smutno zmieniając temat. - Jest ze mną przyjaciółka. Ona nie była wcześniej Harfiarzem, ale została przyjęta przez siostrę Waszej Wysokości.
- Och, mogłaś ją przyprowadzić do mnie. Naprawdę, nie sprawiłoby to kłopotu. Cieszyłabym się z jej spotkania. Proszę, przekaż jej pozdrowienia oraz szczere słowa życzliwości – widać było, że Alustriel mówi z głębi serca.
- Wiem, Silverymoon jest znane z dobroci oraz gościnności – półelfka skłoniła głowę – ale wybacz jej tym razem, Lady. Ona należy do Aril-tel-quessir, które ludzie zwą Avariel, a ta rasa jest bardzo nieśmiała. Tym razem obawiając się, czy nie będzie przeszkadzać, wolała zostać. Niemniej ucieszy się bardzo bardzo pozdrowieniem. A teraz, jeżeli Wasza Wysokość pozwoli … - obydwie kobiety pogrążyły się w rozmowie ustalając szczegóły misji.

Aschaar




Drewniana głowa smoka odskoczyła lekko i pozwoliła się trochę odwócić, powodując otwarcie skrytki. Mężczyzna otworzył wieczko mimo wszystko będąc przygotowanym na kolejną pułapkę...

Listy, dziesiątki listów. Poukładane jedne obok drugich. Wyciągnął pierwszą paczuszkę i przebiegł wzrokiem po pięknym, kobiecym piśmie...
Nagle drzwi z tyłu otworzyły się i mężczyzna gwałtownie się obrócił dobywając noża. W progu stała służąca z naręczem pościeli. Mieszanka zaskoczenia i strachu wymalowała się w jej oczach. Mężczyzna zawahał się.

- Ratunku! Złodziej! - Pościele wylądowały na ziemi, a służąca zniknęła w korytarzu - RATUNKU!!!

Jednym susem dopadł drzwi i ponownie zamknął je na klucz podpierając krzesłem. Nie mając czasu na sortowanie listów wpakował pod zbroję całą zawartość skrytki. Kilka sekund później był już z powrotem na gzymsie wielkiego folwarku. W domu powstawał coraz większy rumor, ale nie miał czasu, aby się na tym koncentrować; na tak wąskim gzymsie nie było miejsca na pomyłkę... Pierwszy grot utkwił w udzie kiedy zeskakiwał na wysokie ogrodzenie; strażnicy nie próżnowali, ale ciemna noc nie była ich sprzymierzeńcem. Mężczyzna zniknął za płotem i szybko pokonał dystans do drzew dających ochronę przed ludźmi... Niestety nie przed psami. Zwierzęta nie były niczemu winne, ale chłopak nie zamierzał dać się zagryźć...

Uwalany własną krwią i psią juchą zniknął w lesie zamim strażnicy zdołali zbiec się na miejsce. Hrabina będzie musiała dorzucić coś ekstra na nowe ciuchy...

*****



Zakapturzona postać siedziała przy bocznym stoliku wciśniętym za potężny kominek w jednej z tych karczm, które znajdują się na tyle daleko od miasta, aby nie przyciągać już straży miejskiej, a jednocześnie na tyle blisko, aby być miejscem miejskich schadzek... O tak później porze sala była już prawie całkowicie pusta, a ci, którzy jeszcze siedzieli byli tak zalani, że zapewne nie wiedzieli nawet jak się nazywają... Ostatnie trzy kolejki wypili zresztą na koszt zakapturzonego.

Kobieta w szykownym stroju do jazdy konnej weszła do karczmy i przez chwilę z niesmakiem na twarzy przyglądała się zebranym. W końcu podeszła do zakapturzonego i usiadła przy stole. Plik listów przesunął się po chropowatej powierzchni byle jak oheblowanych desek. W świetle świecy kobieta obejrzała każdy z listów, a na jej twarzy odmalowywała się mieszanka miłości, nienawiści, obrzydzenia i zdrady. Odpięła sakiewkę i położyła ją na stole:

- Wieść już się rozniosła...
- Wwiem - przerwał jej mężczyzna - Cczy to wszysttkie listy?
- Tak. - Wyjęła z kieszeni męski sygnet - To na ucieczkę. Dziękuję - wyszeptała i wstała. Jednym płynnym ruchem wrzuciła listy w ogień kominka i patrzyła jak płoną. Mężczyzna wstał ciężko i starając się nie ukazywać bólu podszedł do szynku:
- Nigdy mnnie nie widziałeś - kuśtykający mężczyzna położył przed szynkarzem kilkanaście złotych monet.
- Koń jest w podwórcu zgodnie z życzeniem.

Mężczyzna zniknął za barem i tylnym wejściem znalazł się w podwórcu. Dosiadł konia i pognał w noc.

*****



Silverymoon było pięknym miastem, pomimo stosunkowo zimnego klimatu miało w sobie jakieś wewnętrzne ciepło i po prostu chciało się tutaj przebywać. Igan w sumie był zadowolony, że się tu znalazł, choć wolałby znaleźć się w zdecydowanie lepszej formie. Po ostatniej robótce nie wyglądał najlepiej i zdecydowanie potrzebował dłuższego odpoczynku. Silverymoon wydawało się dobrym miejscem.
Znalazł cichą karczmę znajdującą się trochę na uboczu i wynajął pokój płacąc od razu za miesiąc. Pierwszych kilka dni spędził praktycznie nie wychodząc z pokoju, aby dać ranom czas na zasklepienie się i ciału na odpoczęcie... Karczmarka była wyrozumiałą kobietą i nie wnikała w historię mężczyzny... Dość szybko udało im się nawiązać przysłowiową nić porozumienia.

Mniej więcej po miesiącu, kiedy Igan zaczynał już prawie w pełni sprawnie się poruszać pojawił się Jack. Pojawił się jak zwykle niezapowiedzianie i jak zwykle późnym wieczorem. Krótka rozmowa skoncentrowała się na stanie fizycznym Mardocka i ogólnej sytuacji w regionie. Jack sugerował dłuższy odpoczynek od wszystkiego zwłaszcza, że władczyni miasta miała silne powiązania z Harfiarzami i pewne akcje mogłyby być... niepoprawne. Igan jednak sam zamierzał dobrze odpocząć i dać sobie czas na pełną rekonwalescencję.



Kiedy siedzieli w prawie pustej, bocznej sali "Krogulca" Jack przekazał mężczyźnie kilka nazwisk ludzi, z którymi w razie czego mógł się kontaktować. Chłopakowi niespecjalnie to odpowiadało - wolał wcześniejszy układ; ale Jack miał coś do załatwienia na południu i sprawy po prostu musiały ulec zmianie. Igan zdawał sobie sprawę, że w takim przypadku również jakieś informacje o nim przeciekły do innych Harfiarzy...

*****

Czas mijał, powoli, leniwie. Igan nie przejmował się zbytnio pieniędzmi, zresztą poza "wiktem i opierunkiem" nie wydawał prawie nic. Zajmował się typowym niczym - oficjalnie cały czas się kurując; mniej oficjalnie wymykał się nocą ze swego pokoju na dachy Silverymoon... Był stałym bywalcem karczmy, jednak nie dążył do nawiązania bliższych kontaktów z kimkolwiek. Zdecydowanie nie był typem gawędziarza, który musi każdemu opowiedzieć historię swego życia i za każdym razem - oczywiście - opowiedzieć ją trochę inaczej... Tego popołudnia sprawy jednak dość gwałtownie się zmieniły. Zalakowana koperta pozostawiona w rękach właścicielki "Krogulca" była dla Igana sporą niespodzianką - nie był przyzwyczajony do otrzymywania tego typu korespondencji. W pokoju przeczytał, krótką, lakoniczną wręcz informację o spotkaniu. Schował list do kieszeni i przez chwilę zastanawiał się o co chodziło tym razem. Sprawa była raczej pilna i raczej grupowa - na co wskazywały okoliczności i sposób przekazania informacji.

"Dziś wieczorem" - pomyślał - "Zobaczymy... Zaczynałem chyba mieć dosyć tego siedzenia." Kilka godzin później był pod karczmą "Północne Serce". Do zachodu było jeszcze kilka minut, ale nie zamierzał być punktualny; z co najmniej dwu powodów; jednym na pewno była ostrożność. Gospoda była dość pełna - co dobrze o niej świadczyło w tej - jeszcze nie wieczerznej porze. Igan podszedł do kontuaru i powiedział do Jana:

- Pprzyjacielu, nasz wspólny znnajomy prosił mnie o zjawwienie się u ciebbie o zachoddzie słońca po sszczegóły. Jjestem Igan Mardock.
- A, witaj! Witaj! - uśmiechnął się szeroko - Jakaś kolacyjka może? Spotkanie kwadrans po dziewiątej, zegar jest tam - wtrącił informację w zaproszenie wskazując ręką; dla kogoś postronnego musiało to wyglądać jak udzielanie wskazówek o drodze - Pokój na górze. Mam doskonałe wątróbki, wprost rozpływają się w ustach. I przednie wino.
- Doskonale. - Odpowiedź mogła się odnosić zarówno do informacji, jak i kolacji, więc Igan dorzucił - Więc wąttróbki z chlebem i wwino.

Z pokaźną, świetnie pachnącą, porcją jadła chłopak usiadł przy wolnym kawałku dużego stołu i powoli zaczął jeść. jakby zupełnie przypadkiem mając drzwi w zasięgu wzroku. Bycie wcześniej miało właśnie tą dobrą cechę, że było się, prawie zawsze, pierwszym...

carree

„Po śmierci Ederana w 784 RD naczelnym magiem Silverymoon została jego córka, Amaara. W 815 RD do miasta przybyła Elue Dualen, ludzka dziewczyna o znacznej magicznej mocy, która zaprzyjaźniła się z Amaarą oraz jej siostrą imieniem Ryś. W 821 RD Elue i Ryś założyły Akademię Pani, pierwszą szkołę otwartą dla wszystkich. Magowie Silverymoon uczyli studentów, a nie pojedynczych czeladników. Zapłatą za naukę było poświęcenie służbie miastu tyle czasu, ile zajęła edukacja. W 843 RD Elue i inni czarodzieje stworzyli Księżycowy Most – najsłynniejszą budowlę Silverymoon.
W 857 RD Amaara i jej matka wyruszyły do Evermeet, a naczelnym magiem została Elue. W 876 RD i ona wyjechała, wraz z Ryś. Niestety, tym razem stanowisko naczelnego maga nie przeszło pokojowo w nowe ręce…”

Rhistel przerwał lekturę i podniósł na chwilę głowę spoglądając na słońce wiszące nisko nad horyzontem. Zmarszczył brwi.

- Elue… - mruknął cicho pod nosem i spojrzał ponownie na okrojone wydanie „Historii Klejnotu Północy w zarysie”. Przewertował resztę książki w poszukiwaniu jakiejkolwiek wzmianki o owej Elue, jednak nie pojawiła się w ogóle. Nasunęło mu się kilka pytań, na które chciał poznać odpowiedź. Dlaczego porzuciła stanowisko naczelnego maga? Po co wyjechała? Skąd się właściwie wzięła i kim była?

Zaklinacz wstał od biurka i odłożył książkę na stolik tuż obok. Przejechał palcem po zakurzonym blacie i westchnął. Nie miał czasu posprzątać. Przynajmniej tak to sobie tłumaczył… W rzeczywistości nie miał na to ochoty i uważał, że szkoda na to czasu. Nie chciał walczyć ze światem – w końcu bałagan robi się sam. Takie przekonanie powstało w nim po przeczytaniu dwutomowej „Teorii chaosu” autorstwa jakiegoś ekscentrycznego maga z południa. W swoich wywodach skupiał się on głównie na udowodnieniu tego, że wszystko dąży nieustannie do chaosu i wszystko zostało kiedyś uporządkowane. Według młodego Amblecrown’a nie miało to większego znaczenia, jednak pozwalało na usprawiedliwianie nieporządku, który panował wokół niego.

Rhistel westchnął i poprawił rękaw nowego, niemal czarnego dubletu ze srebrnymi guzikami. Przypiął małą sakiewkę z komponentami, do skórzanego pasa i ruszył w stronę drzwi. Już miał dotknąć klamki kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich ONA. Jego wspaniała, nieco młodsza siostra z wiecznym grymasem niezadowolenia na ustach.
- Miri! Ile razy mówiłem, że masz puk…
- Dobra, dobra… daruj sobie – wyciągnęła do niego rękę z zapieczętowaną kopertą. – Od „przyjaciela”.
Spojrzał na pieczęć Harfiarzy i wziął do ręki list uważnie patrząc na dziewczynę.
- Orlamm tu był?
Nie uznała za konieczne odpowiadać, bo odwróciła się na pięcie tak zarzucając długim warkoczem, że właściwie wymierzyła mu policzek. Pokazał jej język i lekko się uśmiechnął. Przez chwilę patrzył jak schodziła po drewnianych schodach ostentacyjnie tupiąc nogami. Siedemnastolatka była całkiem ładna. Urodę odziedziczyła po matce, natomiast oczy po ojcu. Jednak Rhistel zastanawiał się czasem skąd u niej się brało takie zachowanie… ale wolał nie poruszać tego tematu i zachować status quo.

Chłopak skupił teraz całą uwagę na kopercie. Widząc lekko nadszarpnięte rogi pokręcił głową i zerwał pieczęć. Wyciągnął ze środka mały liścik.

„Dan 9 Mirtul
Proszę o zjawienie się jutro wieczorem, przy zachodzie słońca w karczmie „Północne serce”. Szczegóły zna Jan Dwa Topory.”

- Dziś jest dziesiąty, więc… Ech… - przewrócił oczami i zamknął drzwi. Wziął ze stołu mały pręcik i machnął nim w powietrzu. Na końcu tej małej różdżki zapłonął niewielki płomyk, który wbrew pozorom bardzo szybko poradził sobie ze strawieniem listu. Zaklinacz nie chciał zostawiać żadnych śladów – spotkania grających na Harfie były tajne i nie można było dopuścić do tego, aby osoby postronne wiedziały o nich.

Zdmuchnął ogień i odłożył pręcik. Wyszedł z pomieszczenia i zszedł po schodach na dół. Przeszedł przez rodzaj salonu i kuchnię, a następnie wyszedł tylnymi drzwiami do ogródka. Spojrzał na niebo – pogoda, jak zwykle w Silverymoon była wyśmienita. Odgarnął włosy z czoła i przeszedłszy przez furtkę, ruszył cichą uliczką pełną zieleni.

Szedł powoli, nie spiesząc się. „Północne serce” nie było daleko, a czasu miał bardzo dużo. Mijał ogrody, w których rosły różnej maści rośliny... Od potężnych cienioczubów i dębów, przez kwitnące owocowe drzewa, aż po egzotyczne kwiaty w donicach. Po wielu murowanych ścianach z wapieni pięły się w górę wąsate winorośle, nierzadko sięgając barwionych na różne kolory dachów. Trudno określić co właściwie nadawało architekturze Klejnotu Północy takiego uroku… Z pewnością duże znaczenie miała harmonia pionów i poziomów, oraz wtopienie się budowli w naturę, przez co nawet wysokie wieże i iglice nie dominowały nad całością. Lekkie formy występowały w zgodzie z naturą, dlatego krajobraz stawał się niemal baśniowy.

Pięknu odbieranemu przez wzrok towarzyszyło piękno zapachów – zwłaszcza w bocznych uliczkach, jak ta, którą Rhistel właśnie szedł. Ponieważ wiele gatunków drzew kwitło właśnie na początku miesiąca Mirtul – powietrze było wypełnione mnóstwem miodowych, kwiatowych aromatów, które roznoszone przez delikatny wietrzyk, doskonale wpływały na samopoczucie.

Jeśli chodzi o dźwięki Silverymoon, to też były bardzo wyjątkowe. Gwar głównych ulic, nie docierał do bocznych, wijących się uliczek, dlatego też można było usłyszeć cichy plusk przydomowych fontann, szum liści drzew oraz gdzieniegdzie dźwięki lutni bądź harfy.

Młody zaklinacz szedł spokojnie, pozdrawiając znajomych przechodniów i stukając butami o bruk. Minąwszy skrzyżowanie z brązową statuą elfiego artysty, grającego na flecie, zmienił kierunek idąc teraz trochę bardziej wijącą się uliczką, schodzącą w dół. Stąd roztaczał się piękny widok na Księżycowy Most.

Przeszedł przez kamienny most nad niewielką rzeczką, spływającą kaskadami do wód Rauvinu, i podążył teraz w górę. Gdy minął kapliczkę Selune, skręcił w lewo i po chwili wszedł na większą ulicę. Spojrzał na zachodzące słońce i przyspieszył nieco. W ciągu kilku minut dotarł do karczmy i wszedł do głównej izby, jak zwykle zapełnionej rozmaitymi osobnikami.

Wewnątrz panował gwar i pewnie byłoby dość gorąco, gdyby nie otwarte okna i odrobina magii. Rhistel rozejrzał się mrużąc lekko oczy i pewnym krokiem podszedł do kontuaru. Jedna z córek właścicieli przeszła obok niosąc dwa kufle piwa. Uśmiechnęła się zerkając kątem oka na zaklinacza, a on z uprzejmości odwzajemnił uśmiech… Dziewczyna omal się nie przewróciła wpadając na stół. Ojciec stojący za kontuarem pokręcił głową i wymamrotał coś cicho. Po chwili zwrócił się do chłopaka, niewiele ściszając głos. Zresztą nie było takiej potrzeby, zwłaszcza, że w sali było dość głośno.
- W pokoju na górze, jakiś kwadrans po następnych dzwonach . Nie jesteś pierwszy… - tu wskazał ruchem głowy na Igana.
Rhistel uśmiechnął się.
- Mam jeszcze coś do załatwienia, więc gdyby ktoś o mnie pytał to pojawię się pewnie w ostatniej chwili, tuż po dzwonach.
Chłopak odwrócił się i ruszył energicznym krokiem do wyjścia. Następnie udał się pospiesznie do domu Orlamma Whitehorne’a, aby zapytać o ową Elue, o której czytał tuż przed otrzymaniem listu…

rojdeirde

Podróż z Waterdeep, trzy noclegi w Srebrnej Opończy, dwa funty tytoniu z Amn i kilka sztuk srebra na drobne łapówki w Silverymoon, kilka książek od Ariela Reifbaucha, jak zwykle… - Zareth Blaumond leżała na swoim łóżku w Osiodłanym Prosięciu, karczmie plasującej się kilka klas niżej od Srebrnej Opończy i próbowała podsumować swój pobyt w mieście Alustriel Silverhand. -
To będzie jakieś… Trzy moje tygodniówki. Tymoro, na co mi to było… Do tego wczorajsza noc, przegrana w kości, przenosiny do Prosięcia…

Dzwony w mieście zaczęły właśnie wybijać południe. Panna Blaumond nigdy nie wstawała tak późno. Siadając na łóżku zaczęła rozglądać się po pokoju. Żona karczmarza wybrała zły dzień na tłuczenie mięsa… Miarowe łupanie dochodzące zza ściany rozsadzało głowę półelfki. Z tego, co zdołała wyliczyć, nie pozostało jej wiele gotówki, więc zanosiło się na to, że to jej ostatni dzień w Silverymoon. Zakładając spodnie obmyślała, jak złapać jakiś tani transport z powrotem do Waterdeep. Ze stołka obok łóżka podniosła swoją koszulę, a potem ekstrawagancką, zieloną męską rękawiczkę, która leżała pod nią.
Amos Avrahim Meddelebeck, iluzjonista… Tak się przedstawił?
Właściciel dawno już opuścił pokój panny Blaumond, a o jego obecności świadczyły obecnie pognieciona pościel, rzeczona rękawiczka i…

List? Czyżbyś aż tak mnie nie docenił, Amosie Avrahimie Meddelebecku?

Iluzjonistę, niemłodego już półelfa, spotkała wczoraj po południu między półkami w księgarni Reifbaucha. Zaczęli rozmawiać o transmutacjach i zakrzywieniach percepcji, czarodziej wziął ją na kolację, przeszli płynnie do tematu zbrodni doskonałej, przenieśli się do pokoju Zareth… A jednak musiał uznać ją za sentymentalną panienkę, skoro zostawił w pościeli list. Dziewczyna z lekkim zażenowaniem wyjęła z koperty kartkę i, ku swemu zdziwieniu, przeczytała:

Dan 9 Mirtul

Proszę o zjawienie się jutro wieczorem, przy zachodzie słońca w karczmie „Północne serce”. Szczegóły zna Jan Dwa Topory.

Harfiarz? Znajomy Sigura Raesliera, jej dawnego mistrza i jedynego kontaktu z Organizacją?

Składając dokładnie kartkę w dłoniach Zareth uśmiechała się, podekscytowana. Kac i roztargnienie zniknęły w mgnieniu oka. Może wypad do Silverymoon nie był jednak tak nieudany? Zareth naciągnęła szybko buty na nogi i zaczęła przechadzać się energicznie po pokoju, raz po raz wyglądając przez okno. Postanowiła przemyśleć jeszcze raz wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku dni. Jakiś czas temu w Waterdeep bogaty kupiec posiadający w mieście trzy składy składników i produktów magicznych, Rainer Bene, zwrócił się do niej o pomoc w sprawie tajemniczych zniknięć dwóch kolejnych transportów jego towarów oraz – co najgorsze – jednego z jego głównych współpracowników wraz z trzecim, ostatnim transportem z Silverymoon. Sprawa była dziwna od samego początku; nikt, nawet sam Rainer, nie miał wcześniej żadnego kontaktu z dostawcami ze Srebrnych Marchii, nie udało jej się też wpaść na żaden trop w podróży. Jedyne, czego dowiedziała się w Silverymoon, to to, że dostawca podany przez Rainera nie istnieje, zaś jego współpracownika, Amalricha Roscelina, nikt nigdy w grodzie Alustriel nie widział.

Teraz, kiedy skontaktowali się z nią sami Harfiarze, może uda się pchnąć śledztwo do przodu? Nie miała pojęcia, czego Organizacja mogła od niej oczekiwać, ale wiedziała jedno – takiego zaproszenia po prostu się nie odrzuca. W kilka minut opuściła pokój i wyszła na ulicę. Lubiła obserwować. Lubiła koncentrować się w miejscach, gdzie pozornie wiele rzeczy może rozpraszać – w tawernach, w sklepach, na skwerach publicznych. Tym razem skierowała swe kroki ku niewielkiej kaplicy Tymory, gdzie wykonała swój mały rytuał – zapaliła przed posągiem bogini niewysoką świeczkę i rzuciła monetą pozwalając jej spaść na posadzkę. Nie spojrzała na wynik, w przybytku bogini szczęścia to zbyteczne.

-

Tuż przed zachodem słońca Zareth stanęła przed drzwiami umówionej karczmy. Stojąc w przedsionku zwinęła sobie jeszcze skręta z tytoniu, zapaliła sprytnym gnomim wynalazkiem, płomieniem zamkniętym w zgrabnym metalowym opakowaniu i pchnęła przeszklone drzwi prowadzące do wnętrza lokalu. Bar znajdował się w głębi i trochę na lewo; mężczyzna stojący za nim zdecydowanie mógł być tym, kogo opisano w krótkiej notatce Harfiarzy. Kilku miejscowych grało – wciąż – wesoło w kości, wszak pora była jeszcze wczesna, a kieszenie i kielichy pełne; na prawo od drzwi, w rogu przy oknie siedziała podstarzała para. Mężczyzna i kobieta nie patrzyli się na siebie i nie rozmawiali, a tylko jedli zamówiony posiłek, jakby urażeni i oziębli. Karczma sprawiała w zasadzie wrażenie prawie pustej, choć nie była wielka. Nic nie wskazywało też na to, żeby miały odbywać się tu jakieś tajne spotkania. No cóż, o to właśnie chodzi w tym interesie. Przy stole, nad miską wątróbki, siedział niezachęcająco wyglądający typ. Panna Blaumond nie czuła się mimo wszystko w Silverymoon zbyt pewnie, podeszła grzecznie do kontuaru i położyła dłonie na blacie chcąc rozpocząć rozmowę z karczmarzem. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, wielkie ręce Jana Dwa Topory – to nie mógł być nikt inny – przykryły jej dłonie i usłyszała, dokąd ma się udać i za ile. Uśmiechnąwszy się porozumiewawczo podziękowała i zamówiła lokalną miętową nalewkę. Usiadła na stołku przy barze, twarzą zwrócona ku wejściu, i zaczęła jeszcze raz, od nowa, układać sobie wszystko w głowie.

Mizzrym

Mizzrym powoli czołgał się po krokwiach wspierających dach nad salą bankietową zamku, ukryty póki co bezpiecznie w cieniu. Uwielbiał to robić. Jedyną rzeczą jaka była niezmiernie irytująca był wszechobecny kurz. Być może dla nie było w tym nic dziwnego że wznoszące się kilkadziesiąt stóp nad salą dźwigary nie były od dawna odkurzane ale ogromne czapy brudu nie ułatwiały przeprawy. Niestety nic nie mógł poradzić na to że co jakiś czas zrzucał kłęby kurzu w dół które spadając na posadzkę w każdej chwili mogły zdradzić nieproszonego gościa ukrytego pod stropem. Jedynym pocieszeniem był fakt, iż bawiący się w dole goście byli już dość mocno podchmieleni i nikt nie zawracał sobie głowy zerkaniem na sufit. Odgłosy zabawy zlewały się tu na górze w wszechobecny bełkot. W końcu udało się dotrzeć do miejsca gdzie kilka belek łączyło się razem, wzmacniając dach. Jedyna drogą dalej było albo obejść łączenie bokiem lub przejść dołem. – Ech nikt nie pomyślał o wygodnym skradaniu się w tym miejscu – młody elf szepnął w myślach wyciągając zza pasa kotwiczkę do wspinania. Wcisnął ją pomiędzy dwie belki schodzące się pod ostrym kątem i powoli zwiesił się na rękach, zwieszając bezwładnie stopy. Mocny wymach lewej ręki pozwolił znaleźć punkt zaczepienia po drugiej stronie łączenia, zwolnił kotwiczkę i kiedy chciał się podciągnąć żeby znaleźć się po drugiej stronie palce lewej ręki zaczęły ślizgać się po grubej powierzchni kurzu zgromadzonego na krokwi. – Cholera – rzucił okiem w dół. Zaraz pod nim tęgi mężczyzna, sądząc po ubiorze jakiś zubożały arystokrata częstował się winem przyniesionym przez służbę. Musiał działać szybko. Mocny wymach prawej stopy pozwolił wynieść ją kilka cali powyżej beli po drugiej stronie łączenia, wystarczająco wysoko by zgiąć nogę w kolanie i wystarczająco szybko by zdążyć zakleszczyć belkę pomiędzy udo a łydkę w momencie gdy lewa dłoń straciła całe podparcie. Mizzrym zawisł teraz głową w dół mając oparcie tylko na prawej nodze. – Ufffff – westchnął w głębi duszy gdy udało się pozostać niezauważonym. Zgiął ciał w pół i wdrapał się po drugiej stronie łączenia. Pozostały odcinek był już tylko formalnością. Teraz trzeba tylko odwrócić uwagę straży przy drzwiach i wymknąć się na schody za ich plecami. Szybko rozejrzał się po Sali w poszukiwaniu odpowiedniego rozwiązania. Zawsze po części improwizował i to chyba było najzabawniejszą częścią wszystkich zadań jakich się podejmował. Dwójka arystokratów wymieniająca ostro poglądy była idealna. Mizzrym przymknął oczy i najciszej jak było to możliwe wynucił odpowiednią inkantacje wysuwając dłoń przed siebie. W tej samej chwili kielich tęższego arystokraty który energicznie gestykulował przechylił się oblewając winem wysokiego i żylastego mężczyznę naprzeciwko.
- Ty psi….!!! – Wysoki huknął śliną prosto w twarz grubasa chwytając go za kołnierz. W sali przez chwilę zapadła cisza i uwaga wszystkich zebranych skupiła się na dwójce szarpiących się teraz na środku mężczyzn. Strażnicy od razu ruszyli w stronę awanturników. O to właśnie chodziło. Mizzrym szybko opadł na posadzkę wykonując przewrót w stronę schodów prowadzących na piętro. Zostawił za plecami widowisko którego w zasadzie sam był przyczyną, no cóż obowiązki wzywały. Szybko popędził po schodach w górę gdzie światło zostało zagaszone by zawrócić zbłąkanych gości. Długi korytarz zdobiony przeróżnymi obrazami z każdego zakątka Faerunu był naprawdę imponujący. – Trzecie drzwi po lewej stronie – tak powiedział książę. Zgodnie z umową sypialnia nie była zamknięta. Mizzrym wszedł do środka i praktycznie utonął w stercie poduch rozłożonych w całym pomieszczeniu na wysokość uda. Rzeczywiście książę nie oszczędzał sobie na luksusach. Komoda jego małżonki powinna znajdować się po lewej stronie łoża. Elf brnął poprzez stertę puchu, zamek zamontowany w komodzie nie był wyzwaniem i po chwili listy żony księcia znalazły się w rękach włamywacza. Ciekawość wzięła górę.
„ …mój Drogi. Co nocy śnię o Tobie i nie mogę zapomnieć naszego ostatniego spotkania…” , następny „…już jutro znów się spotkamy. Nie mogę się już doczekać aby posmakować Twoich ust…”, kolejny „…dziś znów mnie wypytywał, musimy odwołać nasze plany na najbliższy czas. Jeżeli dowie się że Cie Kocham każe ściąć całą Twoją rodzinę Najdroższy…” wszystkie podpisane przez małżonkę księcia.
- No cóż wydaje mi się że nie takiej zdrady się spodziewał mówiąc o zamachu stanu – Mizzrym schował listy za szerokim pasem. Teraz tylko musiał się stąd wydostać co nie powinno być problematyczne i odebrać o poranku zapłatę. Później będzie mógł spokojnie wrócić do Everlund.

***

- Hahaha…a to ci dopiero igraszka – Houn nie mógł się powstrzymać i łzy naciekły mu do oczu ze śmiechu. Przetarł twarz i popatrzył na Mizzryma.
- Dobre. A teraz posłuchaj jutro wyruszysz do Silvermoon. Posłaniec Lady był u mnie i zostawił to… - starzec przesunął po blacie niewielką kopertę ze znajomym lakiem
- Pozwoliłem sobie otworzyć, mam nadzieje że mi wybaczysz – rzeczywiście był zakłopotany ale jego ciekawość bywała nieogarniona.

„Dan 9 Mirtul
Proszę o zjawienie się jutro wieczorem, przy zachodzie słońca w karczmie „Północne serce”. Szczegóły zna Jan Dwa Topory.”

- Ale… - Mizzrym otworzył usta ale starzec przerwał mu machnięciem ręki i wstał od stołu. Houn uwielbiał to robić, nie odpowiadać na jego pytania zasiewając tym samym jeszcze większą ciekawość. Zresztą i tak już było przesądzone że tam wyruszy więc co za różnica w jakiej sprawie.

***

Dotarł na miejsce późnym wieczorem więc nie było czasu na wycieczkę po mieście. Mimo tego że nie był to jego pierwszy pobyt w Silvermoon, miasto zawsze wprawiało Mizzryma w zachwyt. Rozejżał się po otaczających go prastarych drzewach i wieżach, nieokiełznanej sieci pomostów i wszechobecnych pięknych ogrodów. Wciągnął mocno powietrze pełne wszelakich zapachów. W tej samej chwili przyłapał się na fakcie iż cały czas pozostaje ukryty w cieniu z dala od wzroku przechodniów i mieszkańców. Zapomniał że Silvermoon było jednym z tych miast gdzie nie musiał ukrywać swojego pochodzenia a przynajmniej nie musiał się martwić tym że przy najlepszej okazji ktoś z krzykiem przed nim ucieknie czy obrzuci go kamieniami lub jak w innych, gorszych, przypadkach wyskoczy w jego kierunku z mieczem lub toporem w ręku. Szybko dotarł pod „Północne serce”, miejsce znane mu z wcześniejszych wypraw z Hounem. Miał jeszcze czas i nie zamierzał zwracać na siebie uwagi, przynajmniej nie wchodząc do karczmy Jana jakby nigdy nic i zamawiając sobie kielich wina usiąść przy jakiejś zgrabnej elfce z zapytaniem czy dobrze minął jej dzień. Nadal czuł się nieswojo na powierzchni. Spojrzał w niebo. Księżyc przebijał się przez sterczące wierzchołki drzew. – Zaczekam na dzwony …

Efcia

- Ale jak oni... - Darsys popatrzyła niepewnie na stojącą obok niej kobietę o płomiennorudych włosach. - ... znaczy, bo on przecież jest co najmniej trzy razy cięższy i... - znowu się zacięła.
- Oj dziewczyno. - Elisys popatrzyła zrezygnowanym wzrokiem na służkę. - Pracujesz w takim miejscu, a nie masz o niczym pojęcia.
Zza drzwi dobiegł głośny śmiech Yllaatris i równie głośnie chlupnięcie wody. Zupełnie jakby coś ciężkiego wpadło do niej. Lub ktoś.
- Chyba czas cię dokształcić coś niecoś w tej materii. - Rudowłosa kobieta ujęła w dłoń drobną twarzyczkę służki, ta ostatnia nie była chyba szczególnie zainteresowana propozycją. Żeby nie powiedzieć, że była przerażona.
- Zostaw ją lepiej w spokoju, Elisys - uratowało ją nadejście Thokasa.
- Ty jesteś jak pies ogrodnika. - Płomiennowłosa dziewczyna oparła rękę o szeroki tors wojownika. Przez lnianą koszulę, którą miał ma sobie mogła doskonale wyczuć jego mięśnie. Stała tak blisko niego, że z pewnością czuł zapach jej perfum. Dobrze dobranych, drogich perfum, które doskonale współgrały z jej temperamentem. Ale on stał niewzruszony jak głaz. Nawet gdy ręką, którą się przed chwilą o niego opierała, zaczęła wolno zsuwać się niżej. A gdy niemalże sięgnęła pasa, Thokas szybko ją zatrzymał i odsunął od siebie. Dziewczyna z wyrzutem w oczach popatrzyła na niego. - Sam nie zjesz i drugiemu nie dasz.
W tym monecie drzwi do łaźni otworzyły się i wyszedł z nich, odziany jedynie w przykrótki ręcznik, tęgi jegomość. Obrzucił badawczym spojrzeniem całą trójkę. Darsys aż się cofnęła, gdy wzrok szambelana padł na nią. Elisys uśmiechnęła się zalotnie do niego. A wojownik pozostał obojętny. Zaraz za Xavendithasem pojawiła się i sama Yllaatris. Również odziana w ręcznik i to tej samej długości co szambelana. Także z łatwością można było dostrzec pewne rzeczy.
Kapłanka chwyciła za rękę swojego gościa i poprowadziła do swoich pokoi.
A trójka “gapiących się” została przy łaźni. Jako pierwsza do pomieszczenia zaglądnęła rudowłosa kobieta i z politowaniem pokręciła głową.
- Jak chcesz Darsys - wzruszyła ramionami. - Albo to, - wskazała na bałagan, który pozostawili po sobie ich pracodawczyni i szambelan. - albo... - zawiesiła teatralnie głos.
Służka jednak wycofała się, zapewne udając się po odpowiedni sprzęt do sprzątania.
- A ty, - Elisys jeszcze raz zbliżyła się do wojownika, tym razem opierając swój biust o jego tors. - może też masz ochotę na... - wskazała na wannę stojącą w pomieszczeniu.
- A ty nadal próbujesz, Elisys?? - Kevaver pojawił się ni stąd ni zowąd. - On jest nieczuły na twoje wdzięki. - Elf uśmiechnął się do koleżanki po fachu. A następnie zwrócił się do wojownika. - Thokas lepiej zejdź na dół. Oolaatra ma mały problem z jednym z klientów.
Thokas Daleborn kiwnął mu głową i udał się na niższe piętro.
- Gotowam pomyśleć, że sam masz na niego ochotę. - odwzajemniła elfowi uśmiech.
- I tak nie masz u niego szans. - Kevaver nie dawał za wygraną.
- Założysz się? - W oku kobiety pojawił się błysk.
- A o co? - Elf przymrużył swoje błękitne oczy.
- Przegrany przez tydzień będzie spełniał wszystkie zachcianki wygranego - odparła pewnie Elisys i wyciągnęła rękę do elfa. - Wszystkie - podkreśliła raz jeszcze, gdy uścisnęli sobie dłonie.


Tym czasem piętro niżej rozebrany do połowy, tej dolnej, mężczyzna klęczał przed młodą kobietą i wyznawał jej miłość. Właściwie był to pijacki bełkot, z którego dało się co jakiś czas wyłowić pewne fragmenty poematów miłosnych. Klęczący był mężczyzną koło lat trzydziestu, nawet przystojnym, szczupłym. Problem polegał na tym, że po pierwsze był już żonaty, a po drugie był obecnie pijany, a po trzecie kobieta której miłość wyznawał, obiecywał małżeństwo i gwiazdkę z nieba, jakoś niespecjalnie miała ochotę by akurat ten osobnik został jej ślubnym.
Gdy zalotnik ujrzał nadchodzącego mężczyznę, chwycił to, co miał pod ręką, czyli pogrzebacz. Zamachnął się swoją bronią i rozbił niewielką, marmurową figurkę.
- Ty potworze! - krzyczał przy tym pijany kupiec. - Nie pozwolę ci nastawać na cześć tej dziewicy. - Kolejny cios zniszczył kawałek drewnianej poręczy, gdyż Thokas i tym razem zdołał uniknąć niebezpiecznej broni.
- Nie bój się, pani - zasłonił ciałem Oolaatrę. - Zaraz cię uwolnię z niewoli.
Daleborn nie chciał za bardzo uszkodzić natręta, ale ten nie chciał z kolei nijak pozwolić podejść do siebie.
Kupiec zamachnął się kolejny raz. Tym razem ofiarą jego szermierczych umiejętności padł obraz przestawiający kapiące się, nagie dziewczęta.
Oolaatra starała się odsunąć od pijanego kupca, ale tan cały czas zasłaniał ją swym ciałem przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem. Zdewastował przy tym stół z jedzeniem, boazerię, kilka wazonów z kwiatami, gdyż ciął na oślep swym “mieczem”, a że szermierzem był marnym, to i efekty opłakane.
W końcu dziewczyna wymacała za sobą jakiś wazon i najzwyczajniej w świecie rozbiła go na głowie amanta. Ten, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, padł nieprzytomny na ziemię.

Yllaatris, która właśnie odprowadzała na dół Xavendithasa Cartera, przystanęła w pół kroku widząc całe to pobojowisko. Szambelan, który szedł pół kroku za nią, na szczęście zdążył też się zatrzymać.
Kapłanka obrzuciła tylko krytycznym spojrzeniem stojących nad ciałem kobietę i mężczyznę, ale nic się nie odezwała.
- Widzę, że będziesz zajęta. - Odezwał się szambelan również przyglądając się scence rodzajowej przed sobą. - Nie będę ci przeszkadzał zatem. Zwłaszcza że jestem zajęty.
- A śniadanie? - Yllaatris spojrzała z wyrzutem na Cartera.
- Raczej wczesny obiad moja droga.
- Ale coś musisz i tak zjeść. - Kapłanka nie dawała za wygraną.
- U siebie zjem. - Xavandithas też był nieugięty. - Naprawdę jestem już spóźniony. I przez najbliższych kilka dni będę bardzo zajęty. Naprawdę bardzo. - Podkreślił dobitnie ostatnie słowa.
- A przyjęcie? - zapytała z nieskrywanym rozczarowaniem.
- Przykro mi, ale też nie. - odparł stanowczo szambelan. Następnie złożył iście ojcowski pocałunek na czole kobiety i ruszył w stronę drzwi.
- Yyyy, ekhm... - odkaszlnęła kapłanka cicho. Xavandithas odwrócił się natychmiast, wziął w ramiona swoją kochankę i tym razem długi namiętny pocałunek złączył oboje. Ręka szambelana powędrował wzdłuż pleców by zatrzymać się tam, gdzie tracą one swoją szlachetną nazwę.
- Odezwę się, gdy tylko znajdę czas - szepnął jej do ucha i wyszedł.

Thokas tym czasem dźwignął z podłogi nieprzytomnego kupca, przy sporej pomocy Oolaarty ubrali go w spodnie, które dziewczyna z trudem, ale znalazła.
Następnie trzeba było wyekspediować kupca do domu. W tym celu przywołano jedną z kursujących po mieście bryczek. Zapakowano tam delikwenta. Woźnicy wręczono adres i sporą sumę pieniędzy, i tak pójdzie na konto klienta, i zamknięto drzwiczki. Dorożka ruszyła.

W kamienicy trwało już sprzątnie i oszacowywanie strat, które i tak zostaną zapisane na konto amatora szermierki przy użyciu pogrzebacza. Trzeba też będzie wezwać rzemieślników, którzy naprawią owe szkody i to prędko. Gości nie można wszakże podejmować w tak zdewastowanym salonie. Ale to jutro. Dzisiaj bowiem była umówiona z Unaatris Fiedlerson, kapłanką Ilmatera. Kobiety poznały się jeszcze w Longsaddel.
Świątynia Ilmatera był w tej ubogiej części miasta. A jak to mawiają przezorny zawsze ubezpieczony, toteż Yllaatris ufając oczywiście opiece swojej patronki, bogini Sune, udała się na spotkanie z przyjaciółką w towarzystwie Thokasa i do tego wynajętą dorożką.

Biednego Daleborna czekało co najmniej dwie lub trzy godziny bezczynności. W świątyni na pewno nikt nikogo nie napadał i nie rabował. To samo tyczyło się domostw kapłanów.

Obie kobiety z lubością oddały się wymianie “informacji”, popijając przy tym ziołową herbatę. Jak słusznie zauważyła gospodyni, zioła pochodziły z przyświątynnego ogrodu. Podobnie zresztą jak owoce, które stały przed kobietami.

Wojownik tym czasem przechadzał się po wspomnianym przez Unaatris ogrodzie. Robił tak zawsze gdy tu przychodzili. Znał jego rozkład na pamięć niemal. Tu rosły warzywa, starannie pielęgnowane przez kapłanów. Dalej były drzewa i krzewy owocowe. Wśród większości z nich już krążyły pszczoły, pracowicie zbierając nektar i zanosząc go z pewnością do uli. Pasieka też gdzieś tu była, tego Daleborn był pewien. Przemierzył ogród wzdłuż i wszerz chyba ze trzy razy, ale jego chlebodawczyni nadal się nie pojawiła. Mężczyzna wszedł zatem do świątyni. Złożywszy niewielki datek na ubogich przykląkł gdzieś przy ołtarzu i oddał się modlitwie czy też kontemplacji.

- A to od dziewczyn - Yllaatris wyjęła całkiem spory mieszek z pobrzękującymi monetami w środku.
- Tylko? - Unaatris uniosła prawą brew.
- Od dziewczyn i Kevavera, przecież wiesz. - Kapłanka Sune uśmiechnęła się.
- Przekaż im, że jesteśmy wdzięczni za ten datek. I jak zwykle pomodlimy się za nich. - Odprała służka Ilamatera chowając sakiewkę. - A co w ogóle u nich?
- Nic nowego. Bawią się, bawią i jeszcze raz bawią.
- A u Darsys?? Powinnaś ją w końcu wydać za mąż.
- Powinnam. Sama to wiem. Spory posag, jaki dla niej szykuję powinien wyjednać jej kandydatów. - Odparła Lady Yllaatris. - Tylko takowych nie ma w zasięgu wzroku. Sama wiesz, że praca w takim miejscu nie jest najlepszą rekomendacją dla rodziny ewentualnego kandydata.
- A ty nie chcesz jej tracić. - Wtrąciła pani Fiedlerson.
- Bo gdzie indziej znajdę taką oddaną? Chyba muszę liczyć na to, że bogowie pozwolą mi zatrudnić jakiegoś przyzwoitego młodzieńca w końcu.
- I połączyć przyjemne z pożytecznym. - Dokończyła Unaatris.
- Właśnie.
- Kochana, mam coś dla ciebie. - Kapłanka Ilaamatera wyjęła zalakowany list i położyła go przed Yllaatris.
Lady Yllaatris złamała pieczęć i zapoznała się z treścią.

Dan 9 Mirtul

Proszę o zjawienie się jutro wieczorem, przy zachodzie słońca w karczmie „Północne serce”. Szczegóły zna Jan Dwa Topory.


- A kto to dla mnie zostawił u ciebie? - Zapytała kapłanka Sune skończywszy czytać.
- Druidka. Zapewne to jakaś ważna sprawa, bo nieczęsto widziałam ją tak zafrasowaną.
- Zapewne. - Dodała w zadumie Yllaatris. - Wszystkiego dowiem się jutro. A teraz muszę cię już pożegnać. - Kapłanka Sune wstała i uściskała serdecznie przyjaciółkę. - Do następnego razu.
- Żegnaj moja droga i uważaj na siebie.
- Ty też. - Lady Yllaatris uśmiechnęła się i wyszła.

Daleborna odnalazła w świątyni. Klęczał w zadumie ze spuszczoną głową. Pogrążony w zadumie czy też modlitwie. Gdy tylko kapłanka znalazła się kilka kroków od niego podniósł się, zupełnie jakby wiedział, że to ona się zbliża.

Wyszli w milczeniu z przybytku Ilmatera. Było dużo później niż kobieta myślała. Jak zwykle zasiedziała się u Unaatris.
Thokas przywołał znowu powóz i wrócili do kamienicy.
Właściwie wszystko zostało już uprzątnięte. Pozostało tylko wykonać naprawy uszkodzonych części wyposażenia domostwa. Tym jednak Yllaatris planowała się zająć dopiero jutro.

Kapłanka udała się do swoich apartamentów znajdujących się na drugim piętrze kamienicy. Wprawdzie powszechnie wiadomo było, że najwyższe piętra kamienic nie były najlepszymi do zamieszkania, ale Yllaatris bardziej ceniła sobie prywatność więc zdecydowała, że to właśnie ona, a nie służba, jak zwykle to bywało zajmie ostatnie piętro.

Dnia następnego, z samego rana Yllaatris udała się do znajomego stolarza, tego samego, który wcześniej wykonywał wszystkie elementy wystroju wnętrza. Niestety mistrz Tarmikos był niezwykle zajęty i długo zajęło kapłance przekonywanie go, że jej sprawa jest niezwykle pilna. Oczywiście niebagatelną rolę w tym wszystkim odegrały pieniądze. Yllaatris obiecała po prostu zapłacić więcej.

Po oględzinach mistrz cechu stolarzy wymienił swoją cenę, doliczając oczywiście to obiecane ekstra coś. Szczegóły zostały uzgodnione i rzemieślnik mógł zająć się pracą.

Niestety wszystko to razem zajęło tyle czasu, że nim się kapłanka obejrzała już musiała się zbierać do “Północnego Serca”. Nie było to daleko, więc postanowiła udać się tam piechotą.

Kapłanka otworzyła drzwi do kraczmy i ukazała się towarzystwu tam już zgromadzonemu w całej krasie. No dobrze, nie w całej, bo szczelnie okrywał ją długi, brązowym płaszcz z kapturem. Jednakże dobrze dopasowanym do sylwetki. Długie włosy o fioletowawym odcieniu nie był spięte, więc kapłanka musiała je nieco odgarnąć do tyłu zdobną w dwie dość grube złote bransolety ręką. Pewnym krokiem podeszła do szynkwasu. Właściciela karczmy, Jana Dwa Topory znała, przynajmniej z widzenia. Wymieniwszy z nim uprzejmości i uzyskawszy dalsze wskazówki co do miejsca i czasu spotkania. Z kieliszkiem czegoś mocniejszego usiadła sobie przy jednej z ław.
Może nie jakoś ostentacyjnie, ale i z pewnością nie po tajniacku rozejrzała się po sali. Kilka znajomych twarzy się nawet trafiło. Ale raczej mniej znajomych.

Cohen

Wszedł po schodach i skierował się do pokoju. Przed drzwiami zatrzymał się, rozejrzał uważnie po podłodze, po czym podniósł maleńki kawałek materiału. Twarz wykrzywił mu zły grymas.
Po chwili wahania wyjął dwa sztylety. Oparł się o ścianę i położył rękę na klamce. Przekręcił ją i pchnął drzwi. Rozległ się świst i stuk. W ścianie na przeciwko utkwił bełt.
Kenneth wpadł do pokoju i cisnął jednym ze sztyletów w mężczyznę, próbującego szybko załadować kuszę. Nie zdążył. Padł na podłogę, chwyciwszy się za gardło, z którego sterczała rękojeść.
Tymczasem Kenneth przykucnął i podciął drugiego mężczyznę, ukrytego za drzwiami, kopnięciem pod kolano. Przewróconemu zmiażdżył tupnięciem rękę, w której trzymał broń, po czym pochylił się nad nim i przystawił drugi sztylet do oka.
- Dla kogo pracujesz? - warknął.
- Idź do diabła!
- Dla kogo? - zwiększył nacisk.
- I tak cię dopadną. Możesz uciekać, chować się, ale w końcu cię znajdą i zabiją. Jak śmiecia, którym jesteś!
Ramsay pokręcił głową, po czym szybkim ruchem przeciął mu tętnicę szyjną. Wstał i podszedł do drugiego mężczyzny, który w międzyczasie zdążył umrzeć. Wyrwał swoją broń, otarł o jego odzienie i schował. Następnie zaczął go obszukiwać. Znalazłszy to, czego chciał, podniósł się.
- Wy, Zhenci, nie wiecie, kiedy odpuścić, nie? - rzucił do drugiego skrytobójcy, który prawie wypełzł na korytarz, zostawiając za sobą pas krwi. Paroma kopniakami przesunął go w głąb pokoju, po czym wyszedł, zamknąwszy za sobą drzwi.
Parę dni minie, zanim ich znajdą. Powinien zdążyć dotrzeć do innego miasta.

***

Człowiek szedł za nim już od dłuższego czasu. Nie wyglądał na zabójcę, co mogło świadczyć o dwóch rzeczach: faktycznie nim nie był, albo był bardzo dobrym.
Tak czy siak, Kenneth postanowił uciec do przodu. Zaczął przeciskać się przez tłum prosto w jego stronę. Mężczyzna zauważył to i wyglądał na kompletnie zdezorientowanego.
~ Czyli nie zabójca. ~ skonkludował w myśli.
W ostatniej chwili próbował dać nogę, ale Kenneth chwycił go za kołnierz i osadził w miejscu.
- Przejdźmy się. - zaproponował, ciągnąc go za sobą w pobliski zaułek.
- A teraz mów, kto kazał mnie śledzić.
- A-a-ale j-ja nic...
- Nie pieprz. Robiłeś to z gracją słonia w składzie porcelany.
Facet wpatrywał się w niego, przerażony.
- To ci się opłaci. - Kenneth wcisnął mu do ręki sztukę złota. - Dostaniesz drugą, jak mi powiesz, kto cię wynajął.
- Nie mogę, on się dowie! Zabije mnie!
Ramsay uśmiechnął się paskudnie.
- Nie sądzę.

Opis szpicla był w miarę dokładny. Zleceniodawca miał tak przeciętny wygląd, że jeśli się go nie wypatrywało, można było w ogóle nie zauważyć.
Obserwował go, popijając przy barze. Gdy mężczyzna ruszył po schodach na piętro tawerny, Kenneth dopił to, co miał w szklance i ruszył za nim.
Zapukał do drzwi pokoju, do którego wszedł poszukiwany przez niego człowiek. Gdy się otworzyły, uśmiechnął się szeroko.
- Podobno mnie szukasz. - powiedział, po czym znokautował go ciosem w podbródek. Nieprzytomnego przywiązał do krzesła i zakneblował, następnie dokładnie obszukał, zabierając wszelką broń. Z uwagą sprawdził pas z wieloma sakiewkami, pełnymi najróżniejszych przedmiotów.
- A więc jesteś magikiem, co? Na czyich usługach, ciekawość? - mruknął do wciąż nieprzytomnego.
Wziął ze stolika nocnego dzbanek z wodą i wylał na niego zawartość. Mężczyzna ocknął się gwałtownie. Poruszanie poważnie ograniczyły mu więzy, mógł więc tylko kręcić głową i
pociągać nosem. Rozejrzał się po pokoju, po czym wbił wzrok w Kennetha.
- Jesteś Zhentem? Czy kimś przez nich najętym?
Żadnej reakcji.
- A więc najemnik. Nie potwierdzisz zleceniodawcy? Nie, oczywiście. Etyka zawodowa, co? Rozumiem, że tortury nie uczynią cię rozmowniejszym?
Milczenie.
- Złoto też nie?
Cisza.
- Widzisz, jestem człowiekiem cywilizowanym i chciałem to rozwiązać, jak takiemu człowiekowi przystaje. Ale nie pozostawiasz mi wyboru. Za parę dni powinni cię znaleźć. Jak już zaczniesz porządnie cuchnąć. – dodał.

***

Oberża stała przy trakcie prowadzącym do granicy z Cormyrem. Pora była wczesna, więc w izbie było tylko parę osób. Przy jednym ze stołów siedział samotnie jasnowłosy, dobiegający trzydziestki mężczyzna. Przybysz przyjrzał mu się , po czym ruszył w jego stronę.
- Wolne? - zapytał.
Blondyn rozejrzał się po pustej sali, po czym z parsknięciem machnął ręką na znak zgody.

Kenneth spojrzał na nieoczekiwanego kompana. Wyglądał na niewiele starszego od niego, ale określić jego profesję było już trudniej.
- Słyszeliśmy o tobie. - oświadczył przybyły po krótkiej ciszy. Kenneth uniósł brew. - I wiemy, że masz trochę problemów z... pewnymi ludźmi.
- Niech zgadnę – przerwał mu Ramsay. - Wy też nie bardzo lubicie tych pewnych ludzi?
Nieznajomy potwierdził uśmiechem.
- A teraz złożysz mi jakąś propozycję, prawda?
Skinięcie głową.
- Zatem słucham z uwagą.
- Chcielibyśmy widzieć cię w naszych szeregach. – odparł jego rozmówca, kładąc na stole pergaminową kopertę.
Kenneth wziął ją i zajrzał do środka.
- Niebrzydka ozdóbka. Ale nie jestem pewien, czy będzie mi pasować.
- Och – uśmiechnął się znowu przybysz. – jestem pewien, że będzie pasować znakomicie.
Zapadła cisza.
- Mam coś podpisać? – przerwał ją po dłuższej chwili Ramsay.
- Nie, z zasady unikamy formalności.
- Jakżeby inaczej.
Nieznajomy wstał.
- Na twoje problemy polecałbym zmianę klimatu. – rzucił.
- Na jakiś konkretny?
- Słyszałem, że o tej porze roku na Północy jest pięknie. Zwłaszcza tam, gdzie księżyc wygląda na srebrzysty. – skinął mu głową, po czym ruszył do wyjścia.
Kenneth patrzył na niego, póki nie opuścił zajazdu. Dopiero wtedy schował sztylet.
- Poeta się znalazł. - powiedział sam do siebie.

***

Choć przybył do Silverymoon cztery miesiące temu, w samym mieście spędził około miesiąca, gdyż od razu zatrudnił się w kompanii ochraniającej karawany. Interes jest kwitnący, bo Północ nadal była półdzika. Wkrótce jednak okazało się, że kupcy poruszają się po dawno oczyszczonych już szlakach między największymi osiedlami w regionie.
Przeszedł więc do Silverwater, prywatnej spółki najemniczej, oferującej szeroki wachlarz usług, od ochrony osobistej, przez odbijanie zakładników, aż po wyprawy po skarby.
Zdążył natomiast świetnie poznać ofertę rozrywkową miasta. Był już w większości barów, kasyn i burdeli, gdzie spędzał cały czas między zleceniami.

- Pan Ramsay?
- Czego? Nie widzisz, że gram?
- Mam wiadomość od…
- Dobra dobra, dawaj.
Kenneth schował list do kieszeni i wrócił do pokera. Był już nieźle nawalony, ale szło mu całkiem nieźle. Pewnie dlatego, że współgracze byli jeszcze bardziej pijani.
- Ekhm.
- Czego znowu?
Posłaniec pokazał jednoznacznie, czego.
- Masz tu złocisza i spieprzaj.
- Panie, to jest guzik…
Ramsay spojrzał niezbyt przytomnie na podetkniętą mu przed nos dłoń.
- Ale złoty. – oświadczył.
- Nie, panie. Miedziany.
- Nosz kurwa… Bierz żeton i won stąd!
Goniec chwycił zapłatę i czmychnął czym prędzej.

Gra się skończyła, gdy wszyscy uczestnicy albo zalali się w trupa, albo nie mieli już za co grać. Co się stało z pulą, tego nikt nie wiedział. Prawdopodobnie kolektywnie przepili.
Kenneth obudził się, przewieszony przez poręcz krzesła. Bolał go wykrzywiony kark, ręka na której przez cały czas był oparty i oczywiście głowa. Podniósł się z trudem i ruszył chwiejnym krokiem do baru, o który oparł się z ulgą.
- Whisky. – zaordynował.
Gdy szukał po kieszeniach drobnych, znalazł kopertę.
- Skąd to tu…? – złamał pieczęć, wyciągnął list i usiłował przeczytać. Udało mu się po paru próbach. Wiadomość brzmiała:
„9 Mirtul
Proszę o zjawienie się jutro wieczorem, przy zachodzie słońca w karczmie „Północne serce”. Szczegóły zna Jan Dwa Topory”
Zamiast podpisu był symbol przedstawiający harfę, księżyc i gwiazdy. Choć tego ostatniego nie był pewien, bo równie dobrze mogły mu tylko latać przed oczyma.
- Barman!
Wezwany spojrzał pytająco.
- Jaki mamy dziś dzień?
- 9 Mirtul.
- A porę dnia? – zapytał po chwili namysłu.
- Słońce już zachodzi.
- Kurwa.

Spacer, świeże, jak na miasto, powietrze i dwie szklanki postawiły go na nogi. Gdy wszedł do „Północnego serca”, poruszał się już prosto i w pozycji wyprostowanej. Zatrzymał się przy kontuarze.
- Podwójny „Wędrowniczek”. – rzucił, gdy Dwa Topory do niego podszedł.
- Ciężka noc? – zapytał karczmarz z uśmiechem.
- Nic nadzwyczajnego. – odpowiedział, wyczuwając lekką drwinę w jego głosie.
Oprócz należności położył na szynkwasie list.
- Spotkanie już się zaczęło. Jakieś piętnaście minut temu. Pokój na górze. – poinstruował go wciąż uśmiechnięty Jan.
Kenneth dopił, po czym wszedł po schodach. Do pokoju wszedł bez pukania.
- Tęskniliście? – rzucił, szczerząc zęby.

Noraku

Mark był dziwnym mnichem.
Przesyłce towarzyszył niemal do samego końca, czyli aż do rąk pięknej Lady Alustriel. Jej uroda go zadziwiła, ale to było nic wobec czystości jaką z niej wyczuwał. Przyjęła ich skromnie, ale ciepło. Wypytywała Malgriona o misję, czasami zwracając się do Marka, który na dźwięk jej głosy aż się wzdrygał. Nie miał żadnych nieprzyzwoitych myśli, ale chyba jeszcze nigdy nie spotkał osoby, która była by aż tak czysta. Nawet jego mistrz, stary zboczeniec, taki nie był. Kiedy druid opowiedział o jego czynach, Pani Silvermoon podziękowała uprzejmie. Mnich poczuł jak mimowolnie się rumieni. Odpowiedział równie grzecznie, że to nic takiego i że jego obowiązkiem było pomóc bliźniemu w potrzebie. Wtedy też dostał propozycję, której nie mógł odmówić. Wtedy to jego życie po raz kolejny zmieniło się. Sama Lady Alustriel zaprosiła go w szeregi Harfiarzy. Musiał przyznać, że nigdy wcześniej nie słyszał o takiej organizacji, a niestety piękna władczyni nie miała czasu by odpowiedzieć na jego pytania. Zostawiła to Malgrionowi i udała się załatwiać swoje sprawy.

Druid z radością zabrał swojego towarzysza do jednego z lepszych karczm w tym pięknym mieście i opowiedział mu dokładnie czym są i do czego dążą Harfiarze. Opowieść zajęła cały wieczór, pewnie dlatego że elf często zbaczał z tematu a nad innymi znacznie się rozwodził. W tej mieszaninie słów i opowieści, Mark zrozumiał, że ta organizacja wierzy w równowagę i dobro. Z natury nie należał do osób, które wierzą komuś wyłącznie na słowa, ale tym razem instynkt podpowiadał mu, że ktoś tak czysty jak Lady Alustriel nie mogła działać przeciwko praworządności. Dał się też przekonać, żeby zostać w mieście trochę dłużej zanim się zdecyduje.

Tak więc pozostał w karczmie na koszt swojego towarzysza, który mimo długich dyskusji nie pozwolił mnichowi płacić za siebie samemu. Towarzyszył mu teraz niemal każdego dnia, oprowadzając go po pięknym mieście Silvermoon. Pokazywał wspaniałe cuda architektoniczne i magiczne. Oberże i gospody oraz inne słynne miejsca. Mark zachwycał się delikatną równowagą, jakiej nie mógł odnaleźć w innych metropoliach. Natura, architektura, cywilizacja i magia przeplatały się niezauważalnie w idealnych proporcjach, tworząc najpiękniejsze miasto jakie kiedykolwiek ujrzą jego oczy. Na takich całodniowych podróżach, wypełnionych ucztami w najlepszych karczmach i zwiedzaniem najwspanialszych zdobyczy miasta mijał im czas, że zanim się nie obejrzeli minął miesiąc od przybycia do miasta. W tym czasie mnich poznał wiele osób związanych z organizacją i nie tylko. Nie określił jeszcze swojego zdania, zastanawiając się czy powinien to zrobić czy nie. Z jednej strony mógłby liczyć na pomoc w różnych sprawach a z drugiej obawiał się zmian w jego życiu. Do tej pory wędrował tam gdzie go oczy poniosły i szerzył pomoc gdziekolwiek się znajdował. Miał twardy orzech do zgryzienia i starał się dokładnie przemyśleć tę decyzję. Trudno mu było się jednak skupić w tym zapełnionym przepychem miastem w towarzystwie gadatliwego druida. W końcu zaczął się zastanawiać, dlaczego on pokazuje mu to wszystko i zaznajamia go z tyloma postaciami. Jakby przeczuwał jaką decyzję podejmie Mark. Tak mijały dnie, na jedzeniu, wędrowaniu i treningach ( o których mnich nigdy nie zapominał).

Był Dan 10 Mirtul. Tego dnia uświadomił sobie jak dużo czasu spędził w tym cudownym mieście z którego mógłby nigdy nie wychodzić. Miał jednak przed sobą misję i nie mógł tracić więcej czasu. Nie zdecydował się przystąpić do Harfiarzy. Wolał samotnie wędrować i zwalczać występek w myśl zasady „ nie zmienia się tego co dobre”. Przeciągnął się i zaczął szykować rzeczy do wyruszenia. Miał zamiar zrobić to z samego rana, zaraz po spotkaniu z Malgrionem. Składał właśnie strój w którym wczoraj wizytował jakaś ważną osobę, nie pamiętał nawet jej imienia, kiedy z kieszeni wypadła mała koperta. Zaciekawiony otworzył ją i szybko przeleciał wzrokiem krótką notkę.

Zmielił kopertę w rękach i jeszcze raz przeczytał treść.
- Ten elf… Musiał podrzucić mi tę kopertę kiedy nie patrzyłem i myślał, że przeczytam ją jak tylko dotrę do pokoju… - przypomniał sobie wydarzenia zeszłego wieczoru. Kiedy wrócił do pokoju po prostu zrzucił z siebie ubranie na krzesło. Nigdy nie należał do typu porządnickiego. Omal plan Malgriona nie spalił na panewce. Dlaczego wypadła akurat teraz? Łut szczęścia? Przeznaczenie? Przypadek? Mnich spojrzał na zachodzące słońce. – Jeżeli myśli, że poprzez ciekawość zmusi mnie do przystąpienia do Organizacji i pójścia na to spotkanie to się grubo myli…

- Idę tylko zobaczyć o co chodzi i wychodzę – wysapał do siebie idąc pospiesznym krokiem w stronę „Północnego Serca”. Był w niej kilka razy, a miesiące wędrowania uliczkami Silvermoon pozwoliły mu bez problemu wybierać odpowiednie uliczki w tym architektonicznym gąszczu. Ubrany był w swój mnisi habit, gdyż nic innego nie miał pod ręką. Utrudniał mu on bieg, dlatego starał się iść tak szybko jak tylko mógł. Słońce było coraz bliżej horyzontu i wszystkie budynki zostały skąpane w jego złotym blasku, dodając szczyptę magii natury do idealnej kompozycji. Nie było czasu podziwiać tego pięknego zjawiska. Jeszcze trochę i się spóźni. W oddali widział już fasadę budynku. Zwolnił, nie chcąc wpaść do środka w biegu i bez oddechu jak. Nie chciał wzbudzać dodatkowej sensacji. Nagle drgnął nerwowo i przyjrzał się dokładnie cieniowi rzucanemu przez okoliczny budynek. Przez moment miał wrażenie, że ktoś tam stał, ale zbagatelizował to.
Do środka wszedł niemal równo z wybiciem dzwonów, mijając w wejściu jegomościa wesoło potrząsającego mieszkiem pełnym monet, które zapewne niedawno wygrał. W środku nie było już zbyt dużo osób. Ktoś kończył strawę; inna kobieta siedziała twarzą do wyjścia i najwyraźniej nad czymś rozmyślała, co zdradzała delikatna zmarszczka na czole; piękna kobieta, którą kojarzył z opowiadań Malgriona. Ponoć kapłanka Sune i kochanka jakiegoś szambelana. Co łączyło tę trójkę? Każdy siedział sam i nie trzeba było być geniuszem by domyślić się że na coś albo kogoś czekają. Czy byli tylko poszukiwaczami przygód czy może innymi Harfiarzami to już zadecydują następne minuty. Podszedł do szynkwasu i poprosił o szklankę wody. Nie zakładał na głowę kaptura. I tak każdy by się domyślił kim jest i nie zamierzał się z tym kryć. Kiedy dostał szklankę, usłyszał, że przybył w dobrym momencie.
- Jak zawsze – pomyślał Mark i schłodził rozgrzane gardło zimną cieczą.
Mark był dziwnym mnichem.

Kelly

Wybiła oznaczona godzina. Najpierw weszli przez normalnie wyglądające drzwi do jeszcze normalniej wyglądającego pokoju. Wszyscy całkiem spokojnie, poza nieznajomym, który spóźnił się jakiś kwadrans, a potem wpadł niczym wielkie panisko.
- Tęskniliście? - rzucił uśmiechając się ironicznie, złośliwie lub, po prostu, życzliwie. A może wszystkie te odczucia zawierały się w jednym?
- Niespecjalnie, zawszeć to mam chwilę oddechu od latania z garnkami i do klientów gospody – dosyć obojętnie odpowiedziała mu dziewczyna, która witała każdego, kiedy wchodził do tego pokoju - ale cóż robić, taka praca. Inaczej ojciec by się gniewał. A propos, jestem Margarita, córka Jana – przedstawiła mu się podobnie, jak całej reszcie przybyłych. No cóż, nie można było powiedzieć, że Jan Dwa Topory nie jest zaradnym karczmarzem, wykorzystującym do rozkręcania interesu także niebagatelne walory swoich córek.


Jednak normalnie wyglądająca podłoga kryła w sobie klapę, niemal zlewającą się z podłożem. Pod nią zaś najpierw strome, drewniane schody, a potem kamienne, stare, prowadzące już do komnaty spotkań. Pomieszczenie przydzielone przez Jana Dwa Topory przypominało względnie dobrze urządzoną komnatę. Wyróżniało się tylko, albo aż, tym, że było położone jakieś 10 metrów pod podłogą gospody. Jak wyjaśniła Margerita:
- Kiedyś był tu stary pałac jednego z poprzednich Wysokich Lordów. Po pożarze, jakieś prawie setkę lat temu, siedzibę władzy przeniesiono, a w tym miejscu pobudowano karczmę. Ta rodzina, od której ojciec kupił „Północne serce”, niespecjalnie się tym przejmowała. On zaś, jak mówi, miał zawsze smykałkę do takich spraw, myszkował od czasu do czasu, kopał, sprawdzał i okazało się, że pod ziemią znalazło się to pomieszczenie. Akurat na wasze spotkania. Mało kto mógłby przypuścić, że właśnie z piętra można przejść prostu do naszej piwnicy. Ojciec zresztą przypomina: nikt nie wie, nikt nie podsłucha – zacytowała przysłowie.

Podziemny pokój oświetlały dwie lampy olejowe, z których dym uciekał gdzieś do góry, do niewidocznych dla was wywietrzników. Owalny stół oraz proste krzesła, kilka zbitych półek, na których leżały skórzane bukłaczki oraz butelki, w kącie zaś studnia, od której bił chłód. Sklepienie przypominało typową pochyloną kolebkę, bezpieczną, ale jednocześnie mocno przytłaczającą. Szczególnie przebywająca tam już młoda dziewczyna o niezwykle delikatnych rysach twarzy i licu naznaczonym jakimiś symbolami, bo dało się słyszeć, jak szeptała:
- Och, nasz lud zna takie opowieści, ale przebywanie pod ziemią nie pasuje do avariel.


Żaden z przybyłych prawdopodobnie jej nie znał, a przynajmniej nikt się do tego nie przyznał. Większość natomiast znała siedzącego pod ścianą Orlamma Whitehorna, czarodzieja, Harfiarza oraz handlarza, który prowadził całkiem sympatyczny interes wymiany magicznych przedmiotów. Niektórzy mieli też okazję wcześniej spotkać się z półelfką Jaheirą, wydającą się pełnić rolę przywódcy, bo właśnie ona podziękowała Margericie za przyprowadzenie gości i potem odesłała na górę. Gestem zaprosiła wszystkich do stołu oraz wskazała na leżące na nim ciastka i lekkie, pszeniczne piwo. Usiedli leciutko rozglądając się wokół. Wiedzieli, oczywiście, że „Północne serce” to tradycyjne miejsce spotkań Harfiarzy, ale ostatnio w Silverymoon niewiele się działo, co wymagałoby ich uwagi. Tak nagłe wezwanie, i to licznej grupy, oznaczało sytuację zgoła niezwykłą. Większość znała się, przynajmniej ze słyszenia. Jakby nie było, wszyscy należeli do Organizacji i przebywali w Silverymoon jakiś czas. Właściwie kompletnie obcy, oprócz avariel, byli jeszcze: młoda półelfka o czujnym spojrzeniu i zamyślonej twarzy oraz mężczyzna o dumnej postawie i lekko zabarwionych ironią ustach. Pozostali mieszkali tutaj co najmniej kilka miesięcy.

- Witajcie – zaczęła gospodyni spotkania dość twardym głosem, który kontrastował z jej niezwykłą urodą odziedziczona po elfach przodkach. – Dla tych, którzy mnie nie znają, nazywam się Jaheira i pełnię rolę oficera Harfiarzy w Silverymoon. Cieszę się, że przyszliście wszyscy, bo po całym okresie nicnierobienia oraz zabawy w wyłącznie zbieranie informacji, wreszcie Harfiarze z Silverymoon otrzymali poważne zadanie. Bardzo poważne – podkreśliła. – Dwa tygodnie temu została okradziona – ściszyła głos – Wysoka Lady. Nie wiemy, kto to zrobił, ale prawdopodobnie wiemy, z czyjego poduszczenia. Może znacie nazwisko di Grizz? – a gdy niektórzy skinęli głową, kontynuowała. – Rodzina szlachecka, dawniej majętna, władająca kilkunastoma wsiami oraz mająca udziały w handlu żelazem. Obecnie ostatnią jej przedstawicielką jest Lady Saliva. Służby Wysokiej Lady podejrzewały ją swego czasu, że współpracuje z Czarną Siecią. Od jakiegoś czasu jednak nie przejawiała żadnej aktywności, skupiając się na balach i zabawach, które zapamiętale organizuje dla siebie i gwardii swoich kochanków. Toteż dano jej spokój, zapewne niesłusznie … - westchnęła. – Teraz my przejmujemy całość śledztwa i służby Silverymoon zostały odsunięte, żeby nie płoszyć rabusiów.


Westchnęła popijając trochę wody.
- Właściwie to już rozpoczęłam pewne działania. Malgrion, znajomy druid i doświadczony zwiadowca. Może zresztą spotkaliście go już. Od kilku dni penetrował okolice posiadłości di Grizz i poinformował mnie, że niedaleko pałacu obozuje grupa najemników. Wojownicy oraz czarodziej, może zresztą dwóch. Tak przynajmniej mu się wydawało. Ponoć ekwipowani są właśnie przed ludzi lady Salivy. Malgrion miał przyjść dzisiaj na tą naradę – dodała wyraźnie zmartwiona – ale niestety nie powrócił jeszcze. Miejmy nadzieję, że tylko jakieś drobne problemy go powstrzymały i jeszcze do nas dojdzie.

- Nie powiedziałaś jeszcze, co jeszcze ukradli – wtrąciła nieznajoma o delikatnych rysach.
- Dziecko – próbowała spojrzeć na nią z góry półelfka, ale ta odpowiedziała jej hardą minką. Widać była to jedna z tych trudnych przyjaźni, które są tyleż piękne, co niezwykle stresujące.
- Dobrze, uf. Dobrze, poznajcie Aerie. Ona jest także Hafiarzem i moją towarzyszką, choć czasem nieco średnio rozgarniętą.
- Za to na pewno nie tak poważną, jak taka matrona, jak ty – odgryzła się avariel. – Dzień dobry wszystkim, jeżeli można mówić „dzień” tak późnym wieczorem oraz w piwnicznym lochu.
- Aerie! – Jaheira spojrzała na nią ostro, ale zabrała się za dalsze wyjaśnienia. – Zaginął eliksir i nic poza tym. Nie wiem dokładnie, co to za substancja, ale niezwykle ostro promieniuje magią transmutacyjną. Jest ponoć niezwykle niebezpieczny. Nie należy badać, sprawdzać, używać. Łatwo poznać tą substancję po różowym kolorze oraz aromacie przypominającym czereśnie. Jest ukryta w specjalnym, złotym naczyńku wysadzanym klejnotami, które tłumi jej własności magiczne. Dlatego nie można go znaleźć ot tak po prostu czarami. Pewnie jesteście ciekawi, dlaczego podejrzewamy lady Salivę. Otóż dzień po napadzie zaginął jeden z jej kochanków, młody porucznik na dworze Lady Alustriel, Josin Carter, syn dość wysoko postawionej osobistości na dworze szambelana Xavendithasa Cartera – Jaheira spojrzała czujnie na Yllaatris. - Powiedział ponoć wszystkim bliskim, że wyjeżdża, jako dowódca ochrony konwoju do Nesme po tym, jak udzielono mu trochę wolnego. Ponieważ jest to częste stosunkowo, Wysoka Lady zaś nie przeszkadza wynajmowaniu żołnierzy przez kuców, wszyscy uwierzyli. Dzięki temu wojsko zarabia więcej, żołnierze są bardziej zadowoleni, szlaki zaś dla kupców bezpieczniejsze. Okazało się to jednak nieprawdą. W Nesme nikt nigdy go nie widział, za to ponoć balował w pałacu di Grizz. Oczywiście, zapytana przez urzędnika marszałkowskiego Saliva potwierdziła, że widziała się z nim, ale też tylko tyle.

- A kto rozmawiał z lady Salivą? - wtrącił Orlamm.
- Sprawdziłam to już – wyjaśniła Jaheira. - To niejaki Alton Wisdbrom, który jakiś czas temu przybył z Waterdeep. Nie wiem, jak to się stało, ale dostał posadę na dworze Wysokiej Lady. Wydaje się całkiem niezły w swoim fachu – stwierdziła obojętnie. - Zresztą, nieważne … Niewątpliwie połączenie nagłego zaginięcia młodego oficera, mającego dostęp do dworu, kryjących się najemników oraz kradzieży jest nieco ryzykowne, ale takie zdarzenia po prostu się nie dzieją w Silverymoon. Przynajmniej zazwyczaj nie. Owszem, jak wiadomo, w związku z przyjazdem Kayla Moorwalkera z Everlund, krasnuluda Bromma, syna władcy Cytadeli Adbar i jeszcze paru innych, jest sporo zamieszania, ale kradzieży na dworze wysokiej Lady oraz takich zaginięć raczej nie notowano. Oczywiście, powiązano obydwa zdarzenia ze względu na zbieżność czasu. Czy słusznie? Nie wiem, ale jeżeli lady Saliva ma powiązania z Zhentarim, to jest to niezwykle prawdopodobne ...

Jaheira chciała powiedzieć coś jeszcze, ale nagle wszyscy usłyszeli lekki szmer podnoszonej klapy oraz ciężkie kroki kierujące się do tajnej komnaty:
- To ja, Jan – karczmarz uprzedził od razu naradzających się Harfiarzy.
- Cóż się stało? – zdziwiła się półelfka.
- Jest problem, właściwie dwa. Pani Jaheiro, wielebna Unaatris, kapłanka Ilmatera, chciała się z panią natychmiast zobaczyć. Na osobności – dodał.
- Mamy naradę …
- Pani Janeiro, wiem co to za sprawa, naprawdę ważne.
- Uf, dobrze – westchnęła. – Przepraszam, poczekajcie na mnie chwilę. To chodźmy – zwróciła się do karczmarza.
- Jeszcze tylko, czy mogłaby pójść nami panienka Aerie? Ten jej drągal ciągle wykrzykuje: Gdzie jest moja wiedźma? Może coś jej się stało? Boo, musimy zaraz jej poszukać! Panienko Aerie, czy może mu pani wytłumaczyć, że udała się pani do pokoju obok, a nie na wyżyny Thayu.
- Och, to moja wina – zmieszała się avariel – zapomniałam mu powiedzieć, że idę na naradę. Wspomniałam, że będę w karczmie ciebie, tymczasem on … chyba rzeczywiście pójdę i go uspokoję.
- Bardzo panienkę proszę. Wprawdzie nikogo do tej pory nie ruszył, ale samym wywrzaskiwaniem płoszy mi klientów.
- Przepraszam, Janie. Obiecuję bardziej go pilnować. To dobry wojownik i uczciwy człowiek, ale …
- … skoro panienka tak twierdzi, wierzę – powątpiewająco wyrwało się Janowi – ale naprawdę, nie znam zbyt wielu normalnych ludzi, którzy gadają do własnego chomika.
- Dobrze, idziemy – Jaheira odwróciła się już na schodach. Orlammie, poprowadź dalej – i wraz z Aerie i Janem wyszli z pokoju.

Wywołany do tablicy Orlamm wstał ze stojącej pod ścianą ławy.
- Ech, ta nasza Jaheira. Wszystko u niej szybko, szybko, jakby zapomniała, że natura nie znosi takiego tempa. No, nieważne. Jakoś sobie poradzimy i zaczniemy może od przedstawienia? Co wy na to? Nie wszyscy się nawzajem znamy, ba nawet ja nie kojarzę wszystkich, na przykład ciebie, młoda damo – zwrócił się do ładnej, bystro patrzącej dziewczyny.
- Jestem tutaj dopiero kilka dni - wyjaśniła. – Nic więc dziwnego. Przybyłam tu w interesach z Waterdeep i tu poproszono mnie o udział w tej sprawie. Nazywam się Zareth, Zareth Blaumond.
Widocznie nikt spośród pozostałych nie kojarzył jej, bo wszyscy ciekawie wpatrywali się w nią, gdy przedstawiała się.
- Waterdeep? – zdziwił się Orlamm. – Dosyć daleką drogę przebyłaś. A ty, panienko? – zapytał kapłanki Sune, uśmiechając się serdecznie, ale lekko złośliwy uśmieszek pałętał mu się gdzieś po ustach. Kojarzył ją doskonale, bowiem choć nie spotykali się na gruncie towarzyskim, kapłanka mieszkała w Silverymoon już kilka lat. Kilka razy widzieli się w karczmie Jana, chociaż nigdy w tym ukrytym pomieszczeniu.
- Nazywam się Yllaatris – odezwała się – drogi Orlammie. Doskonale o tym wiesz. O nas wszystkich pewnie także. Czy się mylę? – powiedziała to z naturalnym wdziękiem, który charakteryzuje służki bogini miłości.
- Haha, masz rację, ale inni nie znają.
- Ja znam – odezwał się jeden z mężczyzn – na imię mi Rhistel, Rhistel Amblecrown i, ponieważ od zawsze mieszkam tutaj, ciężko było nie usłyszeć o znanym przybytku Lady Yllaatris.
Kapłanka Sune tylko się uśmiechnęła.

- Jestem Marcus von Klatz – powiedział poważnie brodaty człowiek średniego już wieku – uczeń klasztorny, którego ścieżki losu doprowadziły do Silverymoon.
- Kenneth Ramsay z Cormyru, do usług, ale bynajmniej nie wszystkich – dojrzały mężczyzna uśmiechający się szelmowsko puścił oczko do obydwu pań. Wyglądał niczym sękaty dąb, który niejedno widział. Niewątpliwie człowiek miecza. - Mieszkam tu od jakiegoś czasu, tyle, że zazwyczaj bawię krótko. Zdaje się, że na jakiś czas będzie się to musiało zmienić – ocenił własną sytuację.
- Igan – przedstawił się nastoletni chłopak – spec od … wielu rzeczy – dokończył. Raczej nie wyglądał na swoje lata. Delikatność twarzy bez jakiegokolwiek zarostu o miękkich, łagodnych rysach psuły nieco zimne niebieskie oczy i swoiste zacięcie wąskich ust.
- Mizzrym Lisse'ar – pięknie modulowanym głosem dokończył prezentację … elf. Ale nie zwyczajny elf, jakich w tym mieście mieszkało pełno. Drow! Który za swoje pochodzenie w każdym innym mieście mógłby zostać powieszony w najlepszym przypadku, w Silverymoon przechadzał się całkiem spokojnie. Tutaj legenda Drizzta stanowiła rzeczywistość. Powszechnie znano jego czyny i wiedziano, że Wysoka Lady traktuje go jak bliskiego przyjaciela. Ta reputacja przyciągnęła do Silverymoon kilku wyznawców Elistrae, którzy mogli wreszcie pokazać się publicznie bez obawy o jakieś nerwowe reakcje. Wprawdzie zdarzały się incydenty przyjezdnymi, ale Srebrni Jeźdźcy dbali, żeby raczej nie dochodziło do samosądów. Dziwne natomiast było to, że drowa przyjęto do Harfiarzy, ale cóż, skoro tak, niewątpliwie został na wylot prześwietlony i oceniono, iż można mu było zaufać.

- Świetnie – przejął inicjatywę Orlamm – no to teraz … - kolejny raz przerwał im szmer podnoszącej klapy oraz energiczne kroki. Po chwili pojawiła się Jaheira. Miała zafrasowaną minę, przesuwała zamyślonym spojrzeniem po wszystkich zgromadzonych.
- Orlamm, jesteś mi potrzebny, a właściwie nie mi, ale Wysokiej Lady. Kłopoty, jak się domyślasz …
- … polityczne – dokończył za nią. – A miałem mieć wolne.
- Wszyscy mieliśmy, ale ponoć musimy być do dyspozycji Lady ze względu na tworzenie konfederacji Srebrnych Marchii. Notabene, jest to tak ważne, ze nawet siostra Lady, Dove, przybyła by nadzorować tą sprawę.
- Hm, sama Dove Falconhand – mruknął Orlamm. – To chyba naprawdę coś ważnego …
- Sama nie wiem, ale, cóż … niestety, moi państwo – powiedziała oficjalnie – poruszona wcześniej sprawa zostaje przy was. Oficjalnie zlecam wam ją, jako zadanie przydzielone przez Harfiarzy. Ponadto jeszcze jedna sprawa. Kapłanka Unaatris przed chwilą poinformowała mnie, że przybył Malgrion. Właściwie nie do końca przybył. Przynieśli go. Był bardzo ciężko ranny i chociaż teraz Unaatris sądzi, że wyjdzie z tego, to naprawdę było niewesoło. Pójdźcie tam jutro rano. Może dowiecie się czegoś więcej. Unaatris wróciła już do swojego pacjenta i twierdzi, że póki co, najbardziej potrzebny jest mu spokój. Jej także, dla spokojnego stosowania leczniczej magii oraz całej reszty. Ma rację, zresztą. Toteż dajcie jej do jutrzejszego ranka czas. Jeżeli macie jakieś pytania, to proszę. Opowiem, co wiem, ale nie ma tego wiele – dodała. – Polegajcie raczej na własnym śledztwie oraz rozsądku.
– Aha jeszcze jedno, lady Yllaatris, mieszka tu pani kilka lat, zna miasto i jego mieszkańców pod wieloma względami. Toteż polecam pani objąć kierownictwo niniejszej grupy, bo już dawno nauczyłam się, że drużyna bez przywódcy to jedynie nieproduktywny chaos. Reszta należy już tylko do was. Naprawdę powodzenia, bo będzie wam niezwykle przydatne.

Aschaar

Okazało się jednak, że większość zaproszonych na spotkanie woli pojawić się w ostatniej chwili, albo i ze sporym opóźnieniem. ~Trzeba mieć tupet!~ Mężczyzna nie miał więc specjalnie czasu na dokładne ocenienie innych, nie mówiąc już o jakiejkolwiek rozmowie... Cóż, nie można mieć wszystkiego... A przynajmniej nie zaraz, na początku.

W każdym razie wycieczka do pokoju na górze, zejście na dół, aby w końcu wylądować w jakiejś piwnicy były oczekiwanym elementem tego spotkania. Igan rozejrzał się po pomieszczeniu z pewnym zadowoleniem przyjmując fakt, że pokój bardzo dobrze nadawał się do tego typu spotkań. Nie dawał możliwości ukrycia, a jego posadowienie w podziemiu pozwalało żywić nadzieję, ze również z zewnątrz nie będzie niespodziewanych gości...



Chłopak usiadł przy stole i oparł się plecami o ścianę, z lekkim zaciekawieniem przyglądał się zgromadzonym – całkiem sporą ekipę tutaj zgromadzono – pomyślał przelotnie, jednak to tylko potwierdziło jego wcześniejsze przypuszczenia. O tym jak poważna miała być sprawa dane mu było przekonać się już po kilkudziesięciu słowach; choć nagle jego zawód znacznie stracił na znaczeniu, a może raczej – nie był najodpowiedniejszym... Nie dał po sobie jednak nic poznać i wysłuchał Jaheiry do końca. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że w zasadzie nie mieli niczego. A może raczej przeciwnie – mieli masę pytań bez odpowiedzi...
Myśląc szybko o sprawie, a jednocześnie zapamiętując nazwiska i informacje jakie padały przy przedstawianiu się, Igan doszedł do wniosku, który zupełnie mu się nie podobał... Na pierwszy rzut oka wszystko się układało i pasowało do siebie... I to było niepokojące, ponieważ oznaczało, że sprawa jest znacznie grubsza niż wygląda obecnie...

Doskonale zdawał sobie sprawę z tej niewielkiej przewagi, jaką dzielił tylko z jedną, może dwoma osobami na sali, czy może raczej wypadałoby powiedzieć – kompanami? Jego usta na chwilę rozszerzyły się w uśmiechu, po czym wróciły do zwykłego zacięcia. Kiedy pozostali sami w pomieszczeniu – tylko w gronie przyszłych współpracowników – spojrzał w ogień po czym przeniósł wzrok na kapłankę Sune. Wydawało się naturalnym, aby zabrała głos, choć tutaj i teraz...

Igan postanowił poczekać chwilę na rozwój wydarzeń... ~To naprawdę może być bardzo zabawne!~ pomyślał.

rojdeirde

Po ostatnich słowach wypowiedzianych przez Jaheirę Igan, podobnie jak reszta grupy przeniósł wzrok na kapłankę Sune właśnie namaszczoną na przywódczynię. Liczyli na to, że powie ona kilka słów... Nie pomylili się, gdyż Yllaatris kiwnęła głową Jaheirze:

- Podsumowując.. Skoro zaginął i eliksir i młody Carter - nawet nie drgnęła jej powieka, ani teraz, ani wcześniej gdy Jaheira wymieniała nazwisko szambelana, chociaż teraz można było usłyszeć lekką zmianę w jej głosie… Pytanie tylko czy była spowodowana ponoć bliższą znajomością z ojcem zaginionego, czy faktem iż nie spodziewanie to ona miał koordynować działania grypy - który jest tudzież był kochankiem Salivy, podejrzewanej o członkostwo w Czarnej Sieci Zhentarim... - Igan wyraźnie zamierzał coś powiedzieć, ale następna kwestia została wypowiedziana bardzo szybko - Podejrzewamy wszystkich - oceniła półelfka - ale najbardziej jednak Zhentarim. Lady Saliva była wcześniej uważana za ich agentkę, ale oficjalnie nie zrobiła nic złego. Posiadanie tuzina ... dwóch tuzinów ... powiedzmy, większej ilości kochanków nie jest przestępstwem. Wyprawianie orgii na swoich balach również. Naprawdę, Wysoka Lady nie ma powodów kochać lady Salivy, Harfiarze także, ale musimy mieć cokolwiek w ręku, żeby odpowiednio zadziałać. Jak jutrzejszym rankiem odwiedzicie szpital Ilmatera, to może Malgrion będzie w lepszym już stanie i coś wam powie. Może Unaatris udało się coś z niego wyciągnąć. Może udałoby wam się dostać jakoś do posiadłości Salivy? Kiedy wyprawia swoje bale, gości czasem kilkadziesiąt osób. Zresztą nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym jeszcze. Liczyłam na informacje od Malgriona, tymczasem sami widzicie – podsumowała - Skoro i eliksir i porucznik na dworze Lady Alustriel - kontynuowała swój wywód - zaginęli w jednym czasie, to być może znalazłszy go odnajdziemy i zgubę Wysokiej Lady. A czy ktoś przeszukał dom Josina Cartera??

- Raczej nie - odpowiedziała Jaheira - sądzę, ze wszyscy liczą na to, że jednak młody Carter powróci. Może został ranny po drodze? A my, Harfiarze, nie możemy tego zrobić. To znaczy - poprawiła się - nie możemy oficjalnie. Natomiast co do wspólnego zaginięcia porucznika i eliksiru, tak też myślę - ja oraz Orlamm, z którym wcześniej dyskutowaliśmy o tej sprawie. Dlatego właśnie wspomniałam o Salivie, bo to nasz najpewniejszy trop... Co nie znaczy, że musi być tropem prawdziwym – dodała.

Burzę mózgów uznajemy za otwartą – Zareth żałowała, że nie było pod ręką żadnej wstęgi, którą można by przeciąć. Od początku narady nie zabierała jeszcze głosu; zajęła miejsce obok kapłanki Sune, ale do tej pory pochłaniało ją obserwowanie zebranych tu postaci i nie angażowała się w rozmowę. Jaheira i Yllatris były zdecydowanie najpewniejsze siebie i najbardziej doświadczone w tym gronie. Mimo ponadprzeciętnej, młodzieńczej urody dało się wyczuć wokół nich aurę szacunku, jaki otacza zwykle osoby najstarsze – wiekiem czy stopniem. Wydawało się, że Yllatris wręcz napawa się swoimi słowami i ciszą, jaka im towarzyszy. Orlamm i Aerie nie przykuli uwagi Zareth, poza tym, że filigranowa elfka nie sprawiała wrażenia figury stworzonej do działania w cieniu – coś w rodzaju obrotowej sceny rewii być może okazałoby się dla niej bardziej odpowiednie, dopowiedziała sobie półelfka z Waterdeep. Mężczyźni zgromadzeni w tej piwnicy stanowili ciekawy widok: spóźnialski skupiony był akurat na manewrowaniu niewielkim sztyletem przy swoich paznokciach, młody chłopak, który przedstawił się jako Igan, przenosił nerwowo wzrok z Jaheiry na kapłankę, zaś półdrow… No cóż, był półdrowem. Zareth Blaumond nie była przyzwyczajona do pracy w zespole, za to znała dobrze ten rodzaj wypowiedzi, jakiego oczekuje się po członkach tego rodzaju spotkań. Podobnie rozmawiało się z dowódcą straży miejskiej Waterdeep, z klientami, przed sądem miejskim. Ponieważ nikt inny nie kwapił się, by zabrać głos, rozpoczęła:

- Miasto chce trzymać się z dala od sprawy, tak? – młoda śledcza oparła dłonie o stół i pochyliła się nad nim lekko tak, by zwrócić na siebie uwagę - To oznacza: żadnych nakazów, żadnych listów gończych, żadnych aresztowań. Mimo wszystko, nie jest to powód, żeby rezygnować ze standardowych procedur. Tak jak to było powiedziane – Blaumond skinęła w stronę kapłanki Sune – podejrzewamy wszystkich. Nawet jeśli Carter nie siedzi w tym po uszy, znajdziemy coś jeśli przyjrzymy się chłopaczkowi – stosunki rodzinne, kochanki, majątek. Może po prostu wymknął się z panienkami na rodzinną daczę, w końcu to arystokrata. A może okaże się, że na daczy zatrzymał się też cały korpus Zhentarimów. Nigdy nic nie wiadomo. Warto to sprawdzić, chociaż nie możemy tak po prostu zwrócić się do Carterów po wyjaśnienia.

- Właśnie, przynajmniej nie oficjalnie. - I trudno było wywnioskować czy chodzi, że nie można oficjalnie tego zrobić, czy że nieoficjalnie można.

- Cóż, sami zdecydujecie.

- Zawsze można pójść do jego rodziny i poprosić o klucze, wtedy nawet włamywać się nie będzie trzeba. -Zażartowała. A może jednak mówiła poważnie??

- To jest jakieś wyjście, aczkolwiek, jeżeli się orientuję, to on raczej miał średnie relacje z rodziną. Jednakże najistotniejsze jest, by w przypadku czegokolwiek, nie było powiązania z Silverymoon. Sami wiecie, że sytuacja polityczna przy tworzeniu konfederacji miast północy jest niezwykle napięta. Znalazłby się niejeden taki, który nieźle zapłaciłby za to, żeby wyciągnąć jakikolwiek skandal, czy w ogóle cokolwiek.

- Zawsze będzie - Dodała z zadumą w głosie. - A może jednak nie... - Stwierdziła po chwili wpatrując się intensywnie w pannę Blaumond, a następnie w Lisse’ara. Pozostali jednak byli w mieście już od dłuższego czasu..

Mizzrym zauważył, że kapłanka Bogini Sune rzuciła spojrzeniem w jego stronę. Zastanawiał się czy jej stwierdzenie miało na celu go obrazić czy też było pochlebstwem. Nadal wiedział tak mało a teraz do tego wszystkiego cała ta zagmatwana sytuacja stawała się coraz bardziej uciążliwa.

Do tego czasu mnich milczał, zastanawiając się widocznie nad sprawą. Jednak dało się wcześniej zauważyć, jakwiadomość, że jego druh został ranny, spowodowała, że palce samoistnie zacisnęły się na stole, wywołując lekki trzask drewna. Być może w jego głowie poszczególne nazwiska układały się już w pewną całość. Zasłyszane informacje wypełniały puste miejsca, ale nie prowadziły do niczego. Jego wyćwiczony w wielu zagadkach rozum był tym razem bezsilny. Na razie.

- Czy znane są okoliczności kradzieży? - zapytał lekko zachrypniętym głosem, zmieniając na chwilę temat.

- Dobre pytanie - odparła Harfiarka - ale pozostanie bez odpowiedzi. Szczegóły zna wyłącznie Wysoka Lady i kiedy pytałam ją, postanowiła część informacji pozostawić dla siebie. Przekazała mi tylko, ze została napadnięta wewnątrz pałacu w komnacie, gdzie nie spodziewała się ataku i nie była chroniona czarami obronnymi. To akurat zrozumiałe, gdyż nawet magowie czasem muszą chwile odpocząć. Ktoś ja zaatakował, uderzył oraz ukradł eliksir. Lady szczęśliwie nic się nie stało, ale biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie osoby w pałacu Silverymoon muszą przechodzić przez posterunki Srebrnych Jeźdźców, najprawdopodobniej miał on wspólnika na dworze lub wśród żołnierzy. Taka osoba mogła go przeprowadzić przez stanowiska ochrony. Oczywiście, możliwe jest także to, że po prostu przeoczyliśmy coś.

- Owszem, przeoczyliśmy. Może zabrzmi to źle, ale pochodzę z Waterdeep, gdzie nie mamy problemów z mówieniem o pieniądzach. Bo właśnie ten temat pominęliśmy.

Po twarzy Igana przemknął prawie niezauważalny uśmiech, najwyraźniej nie tylko on myślał o praktycznej części życia. Prestiż był oczywiście ważny, podobnie jak sława i tym podobne bzdury. Miały one jednak tą przykrą przypadłość, że ugotowana na nich zupa wychodziła bardzo wodnista i dziwnie bez smaku...

- A konkretniej, panno Blaumond?? - Yllaatris była wyraźnie zaintrygowana wypowiedzią kobiety.

- Cóż, nie będę ukrywać, że to mój trzeci tydzień w Silverymoon i fundusze poprzedniego zleceniodawcy stopniały. Jeśli Harfiarze nie zapewniają chociażby zaliczki - przykro mi, będę zmuszona wracać do Waterdeep. Jestem w końcu najemnym śledczym.

- I wszystko rozbija się o Waukeen i jej domenę. - Uśmiechnęła się. - A co do młodego Cartera, to już teraz mogę powiedzieć, że kochanek to on ma tabuny, na brak pieniędzy też nie narzeka. A z rodziną to tylko na portretach dobrze wychodzi.

- Cóż - odparła Jaheira - Co do kwestii finansowych, proponuję przeprowadzić się do Jana. Tutaj Harfiarze nie muszą płacić za spanie i jedzenie. Można powiedzieć, ze Jan przedstawia rachunki Wysokiej Lady i ona sponsoruje organizację. Natomiast co do innych potrzeb, hm, dobrze, 100 sztuk złota odbierzecie od Jana. Zostawię mu polecenie wypłaty. Rozumiem, że czasem pieniądze są ważne, ale raczej załóżcie, że nagroda będzie miała miejsce po akcji udanej, nie przed. Choć, oczywiście, jeżeli zdarzyłoby się coś naprawdę istotnego, pomyślimy. Jeżeli akcja potrwałaby naprawdę długo, albo wymagała wyjazdu, oczywiście postaram się także pomóc. Ale panno Blaumond, proszę sobie uświadomić niezwykle konkretny fakt, jeżeli prosi Wysoka Lady, się nie odmawia. Jeżeli proszą Harfiarze, również. Rozumiem, iż musi pani gdzieś jeść i pić, ale gwarantuję, że karczma Jana cieszy się dobrą sławą i niemałym uznaniem, co miejscowi mogą niewątpliwie potwierdzić. Nie będzie pani miała powodów do utyskiwań - widać było, że stara się mówić rzeczowo, ale jednocześnie był w niej jakiś odruch do pouczania innych oraz niewątpliwego moralizowania.

Zareth nie miała zamiaru przejmować się pouczeniami Jaheiry. To takie typowe, że na dźwięk słowa pieniądze większość ludzi spoza Waterdeep i Amn przechodzi lekki dreszcz, jakby słuchali o czymś nieprzyzwoitym czy wstydliwym. To takie typowe.

- Doskonale - skinęła Jaheira. - Widzę, że mogę zostawić wszystko w pani rękach, lady. Jeszcze raz powodzenia. Jakby zdarzyło się coś wyjątkowego, proszę przekazać informację przez właściciela karczmy.

- Cóż, rzeczywiście musimy iść - potwierdził Orlamm. - Kiedy pojawia się na horyzoncie Dove, naprawdę nie warto jest zwlekać.

Widać było, że Igan nie był zbyt zadowolony z przebiegu rozmowy, ale swoje przemyślenia zachował tylko dla siebie. Wyczekał, aż pozostaną sami, tylko w grupie poszukiwawczej; jego chroniczny brak zaufania do kogokolwiek powodował, że zupełnie nie miał zaufania do innych w tym pomieszczeniu. Rozsądnym więc wydawało się ograniczenie tej liczby maksymalnie.

- Nie łłączyłbym zniknięcia Cartera i zniknięcia elikssiru, prrzymajmniej bezpośrednio - powiedział lekko się jąkając, choć ciężko było ocenić, czy to faktyczna wada, czy tylko zabieg artystyczny - To zbyt prroste, zbyt oczywiste, przez to mmało prawdopodobbne. MMożemy przeszukać jego dom, ale nie powinniśmy się tyllko na nim koncentrować.

- Od czegoś trzeba jednak zacząć, nieprawdaż?? - Yllaatris popatrzyła na mężczyznę. - A to jakby nie patrzeć jakiś trop jest. Chyba, że masz panie jakieś informacje mogące wskazać na coś innego??

- NnIe widzę jednak powwodu, aby poświęcać temu zzbyt dużo czasu. Mnie bardziej prawdopodobne wydaje się, że Carter był infformmatorem lady Salivy, a nie osobą zamieszanną w kradzież bezpośrednio. Jak powieddziałem, możemy... mmogę przeszukać dom Cartera, ale reszta mmoże się zająć innymi sprawami. Zapewne nie tyllko Czarna Sieć byłaby zainteresowana ttakim eliksirem. Przy jego ppomocy można zniszczyć pertraktacje dotycczące Srebrnych Marchii. - Tak dużo słów wypowiedzianych w krótkim czasie zmęczyło Igana, jednak póki co nie zauważał nikogo chętnego do podjęcia żadnego działania czy dyskusji. Ślepe, w jego mniemaniu, wykonywanie rozkazów Jaheiry - jakkolwiek wysoka byłaby jej pozycja - nie leżało w jego naturze. Zresztą - sprawa zdawała się mieć kilka wątków i pomijanie któregokolwiek mogło skończyć się... niedobrze.

- Innymi sprawami, czyli?? - zawisło w powietrzu pytanie.

- Cóż, Carter to nie jedyne zaginięcie w przemyśle komponentów magicznych w ostatnim czasie... - uśmiechnęła się krzywo Blaumond myśląc o własnym zleceniu - Faktoria eliksirów Rainera Bene z Waterdeep przysłała mnie tutaj, by wyjaśnić zaginięcie jego wspólnika w Silverymoon. Cóż za ironia, poszukiwanego w Silverymoon nigdy nie widziano. A jednak wszystko to razem wydaje się mieć wspólne wątki...

- Eliksiry?? To rzeczywiście jest dość... hmmm... Podejrzane.. Nowym pytaniem jest zatem po co komuś te magiczne cudeńka?

- Och, doprawdy, przyczyny mogą być różne. Rzadkie składniki mikstur, osiągane przez nie na czarnym rynku ceny, planowanie zamachu czy skrytobójstwa, zwykłe kolekcjonerstwo… W zasadzie w żadnym z tych wypadków staranie się o substancje oficjalną drogą nie miałoby sensu. Jeżeli zguba Alustriel była tak rzadka, należy domniemywać, że znalazłoby się wielu, którym mogłoby zależeć na przechwyceniu jej. – Zareth zdecydowanie lubiła wyliczać - Warto skontaktować się z ludźmi z wewnątrz branży – ten cały Orlamm… Wyglądał na takiego, który umie odróżnić wodę od wody królewskiej. Może znaleźlibyśmy przez niego kontakt do innych ludzi zainteresowanymi eliksirami. Może…

- Z pewnością warto było by zapytać się Malgriona co takiego go spotkało. – wtrącił się mnich - Jest moim druhem, a i tak miałem do niego zajrzeć z rana by spytać o samopoczucie. Przy okazji mógłbym się czegoś dowiedzieć więcej - dodał - Poza tym zanim zaczniemy jakiekolwiek poszukiwania warto by wybrać coś na kształt bazy wypadowej. Bez niej ciężko by było się nam komunikować.

- Bazy wypadowej?? - Kapłanka spojrzała pytająco na mnicha. - Ciężko komunikować?? “Północne serce” jest przecież doskonałym miejscem.

- Z ttym się nie zggodzę. - Igan nie był przyzwyczajony do otwartej konfrontacji, ale słowa kapłanki po prostu były niepoważne, w jego opinii - “Półnnocne Serce” jest wszystkim znanym mmiejscem spotkań Harfiarzy w ttym mieście. Nie jjest też trudno usstalić, że Wysoka Lady ma powiązania z Hharfiarzami. Jest więc oczywisttym, że to mmiejsce jest obserwowane przez wszystkich, którzy chcą śleddzić ruchy Harfiarzy... Jest najgorszym możliwym miejscem spotkań w tej ssprawie.

- A najciemniej jest zawsze pod latarnią właśnie. - Poczęstowała się tym co ich gospodarz postawił na stole. - A szukając jakiegoś nowego miejsca możemy zwrócić na siebie uwagę. - Sięgnęła po coś jeszcze. - I nasze ruchy będą obserwowane nie zależnie od tego jak bardzo będziemy chcieli to ukryć.

- Jednak nie powinniśmy ryzykować. Może to prawda co mówisz Yllatris - możemy przejść na ty? - ale bezpiecznych miejsc w tym mieście musi być więcej. - Zareth zapaliła kopcący zwitek tytoniu w czerwonawej bibule, po czym wyciągnęła otwartą papierośnicę w stronę towarzyszy - Przepraszam za zwłokę, pali ktoś?

Żadnej reakcji. Schowała pudełko z powrotem do kieszeni.

- No dobrze. - Kapłanka zaczęła bawić się wisiorem - symbolem swojej patronki. - Powinno być to zatem jakieś publiczne miejsce. - Wyraźnie zaakcentowała dwa ostatnie słowa. - A jednocześnie dające odrobinę prywatności.

- NNie musi to być jedno miejjsce. Może nawet wwygodniej jeżeli nie będzie tto jedne miejsce. Chyba wwiększość jest w sttanie zzorientować się czy jest śśledzona czy nie. Nawet jjeżeli nie uda się całłkowicie wyeliminować obsserwacji to przynajmniej uttrudnimy zadanie...

- Może nie popadajmy w paranoję. - Z perspektywy Yllaatris właśnie tak to zaczynało wyglądać. - Po za tym, jeżeli większość zamieszka jednak u Jana, jak to proponowała Jaheira, to nie będzie już takie podejrzane.

- Ważne jjest także tto co sttało się przed kkradzieżą - coraz bardziej wściekły Igan spojrzał w ogień; przez ostatnią godzinę wypowiedział więcej słów niż przez ostatni miesiąc; na dodatek zdawał sobie sprawę z faktu, że jego wada staje się coraz bardziej widoczna - Ppomijam sprawę sammego tworzzenia eliksiru i tego ppo co zosstał stworzony. Jednak zzłodziej dokładnie wwiedział kiedy Wwysoka Lady bbędzie się tym zajmować; mmożna więc śmiało zzałożyć, że w bliskim otoczeniu Ppani na Silverymoon jest iinformator.

- Słusznie, ale myślę, że tym zajęły się już wewnętrzne służby Pałacu, nieprawdaż? – Zareth doceniała formułę burzy mózgów, a jednak zaczynała mieć wrażenie, że chcą złapać za wiele srok za błyszczące ogony. Być może jednak jej uprzedzenia wynikały stąd, że do tej pory prowadziła śledztwa sama lub w towarzystwie jednego, dwóch specjalistów i nie umiała docenić zalet grupy - Wysoka Pani i tak pewnie nie chce kolejnych nowych osób kręcących się po komnatach. Zwłaszcza, że, jak słychać, w służbie marszałkowskiej pojawiły się jakieś nowe nabytki.

- Wewwnęttrzne służby ppałacu, czyli w sskrócie szpieg ma znnaleźć ssamego siebie? Nie wiaddomo kto jjest szpiegiem ddlatego poleganie na kkimkolwiek ze służb pppałacowych jest niepoważne...

- Podważasz kompetencje służb Wysokiej Pani, chłopcze? Jeśli w Pałacu nie ma ani jednej wiernej Silverymoon osoby, to równie dobrze możemy teraz zacząć pakować się do domu.

- Nnie powiedziałem tego. - Igan jakoś przeżył “chłopcze”. Czasami lepiej było nie ukazywać wszystkich kart na początku gry, a na niedocenianiu go potrafił ugrać bardzo wiele. - Wewwnęttrzne służby ppałacu można uznać za skommpromittowane do chwili znaleziennia sszpiega. Nie ma żadnej ppewności, że osoba z którą się rrozmawia jest goddna zaufania. Nie zappominajmy, że te tak ccenione i komppetentne służby ddopuściły ddo tego, że Wysoka Llady zosttała napadnięta i okkradziona... we własnym ddomu.

- Wybaczcie że się wtrącę... - elf utkwił wzrok w stole. Widać było że pomimo uroku osobistego nie był typem oratora - ...ale wydaje mi się że Pan...to znaczy Igan ma racje. Może i wybiegamy troche za daleko ale... - Mizzrym zawiesił głos po czym, dodał nieco ciszej - ...ale następnym razem ktoś może przyjść nie tylko po eliksir...

- Ale my się mamy zajmować odnalezieniem owego eliksiru, a nie usprawnianiem ochrony pałacu. - Yllaatris przyjrzała się krytycznie obu młodym mężczyznom - To zrobią już odpowiednie osoby w oparciu i o nasze wyniki.

- Chhyba mówimy o dwu zupełnie rróżnych rzeczach. - Igan przez dłuższą chwilę zastanawiał się czy powinien zagłębiać się w temat czy raczej prześliznąć nad nim do porządku dziennego i pozwolić sprawom po prostu się toczyć... Odetchnął i dokończył: Uważam, że nie mmożemy opierać się na żaddnych informacjach ddochodzących od kogokolwiek ze służb ppałacowych. To, że sami ppowinniśmy zadawać pyttania i sprawdzać inforrmacje nie ma nic wwspólnego z usprawwnianiem ochrony ppałacu i niewiele z ppodważaniem czyichś kkompetencji... Panno Blaumond, jako pprywatny śledczy, zgodzi się chybba pani, żże informacje albo zdobbywa się samemu, albo są guzik warte? - pytanie może i było lekko złośliwe, ale Igan stwierdził, że czas zacząć sprawdzać ludzi, którzy siedzieli przy stole. Trzeba wiedzieć, koniec końców, z kim się pracuje.

Blaumond zgadzała się z przedmówcą, a jednak miała to samo wrażenie: że rozmawiają o dwóch zupełnie różnych sprawach.

- Igan – utkwiła wzrok w młodym mężczyźnie: nabierał ją? Prowokował? I tak właściwie, czy aby nie pomyliła się, mianując go chłopcem? – nie wiem, jak to jest w twoim fachu, ale ja opieram się na wszystkich informacjach, które uda mi się zdobyć. I tak samo nie wierzę żadnemu z moich źródeł. Sztuka w tym zawodzie polega na czymś innym.

- Alton Wisdbrom – Igan postanowił szybko zmienić temat, a może nazwisko, które sobie przypomniał nagle wywołało w jego głowie niemożliwą do zatrzymania reakcję - Alton Wwisdbrom, czy kkomuś coś mówi to nazwwisko?

- No właśnie. - źrenice Zareth jakby się rozszerzyły, kiedy zaczęła mówić - rodem z Waterdeep... Pamiętam sprawę, w której przewijało się nazwisko Alton Wisdbrom, żadna figura, ot zwykły pionek... Chodziło o morderstwo i próbę przejęcia spadku, ale to dawne dzieje, byłam wtedy jeszcze uczennicą. Mogę się dowiedzieć o szczegółach, chociaż nie wiadomo nawet, czy to ta sama osoba.

- Kojarzę to nnazwisko z zzupełnie innej części Faerunu, i z trochę innej spprawy, choć oszustwo bbyłoby tu odppowiednim słowem. Sprawa też jest stara, ale... lludzie się nie zmmieniają. - odparł Igan, przyglądając się pannie Blaumond; na pewno była intrygującą osobą, której powierzchowność mogła być bardzo zwodnicza - A terraz ten człowiek jjest jjedynym źródłem iinformacji o tym, że Carter wwidział się z lady Silvaną... Ha, ha, ha.

- Jedno warte drugiego. - Dodała uśmiechając się krzywo.

- Wwłaśnie. Tto może być zbbieg okoliczności, ale mężczyzna o nniejasnej przesszłości w niejasny sposób staje się ważną personą na dworze. Mmyślę, że warto byłoby to ssprawdzić...

- Na bardzo prostej zasadzie, Iganie, - Yllaatris uśmiechnęła się lekko do młodzieńca. - skoro wszyscy mówimy sobie po imieniu już, otóż ktoś wysoko postawiony polecił daną osobę na jakieś stanowisko. Zawsze tak było i będzie.

- Czyżbby lista szkoddników dworze właśnie zzyskała doddatkowe, wysoko postawwione, nazwisko? I mówimy o ssprawnych służbbach pałacowych? - dwa pytania były całkowicie retoryczne, ale podkreślały problem, który dla Igana był widoczny od samego początku. To jabłko gniło od wewnątrz.

Kapłanka wzruszyła tylko ramionami, jakby w odpowiedzi.

Puchary stojące na stole zostały opróżnione, a zebrani jakby zaczęli się niecierpliwić.

- Rrozumiem, że nikt nie ma nic pprzeciwko złożeniu wizzyty w domu Cartera? - zapytał Igan kiedy wszyscy wstawali od stołu. To była kwestia, która pojawiła się gdzieś na początku rozmowy, ale później zginęła w zupełnie innych tematach. Mężczyźnie jakoś zgoda nie była specjalnie potrzebna, ale uznał, że kulturalnie będzie się zapytać.

- Spróbujmy to może załatwić, bardziej, hmmm... - Kapłanka szukała właściwego słowa. - legalną drogą.

- A co jesszcze mamy w planie? I kiedy i ggdzie spotykamy ssię ponownie? - pytanie Igana tylko na chwilę zawisło w pokoju.

- I tak powinniśmy odwiedzić szpital przy świątyni Ilmatera. Dlatego jutro rano o godzinie ósmej powinniśmy się tam spotkać. - Zakomenderowała Yllaatris. - Dowiemy się, mam nadzieję, czegoś od Malgoriona.

Rhistel i Markus pokiwali głowami, że i im wyznaczony termin pasuje.

Spotkanie dobiegało końca i wtedy młodego elfa uderzyło jak grom z jasnego nieba - O blasku księżyca Alton Wisdbrom no jasne!!! - wykrzyczał, gdy myśl która nie pozwalała mu się skoncentrować przez całe spotkanie stała się tak oczywistym wspomnieniem. - Cholera chyba powinienem wiecej sypiac - podniósł wzrok uświadamiajac sobie że wszyscy wlepiają w niego wzrok z powodu jego głośnych myśli - Alton to szlachcic z Waterdeep - Mizzrym spoważniał znów wbijając wzrok w blat stołu - w zasadzie to szlachcic pozbawiony tytułu. Zabił swoich starszych braci ponieważ nie miał praw do majątku jako najmłodszy dziedzic. Ojciec nigdy mu tego nie wybaczył i skazał Altona na banicje, ten natomiast poprzysiągł ojcu zemstę. - podniósł wzrok uśmiechnął się nonszalancko i dodał - ...no ale jeżeli rzecz się tyczy lordów i władców Waterdeep to mamy tu już jednego specjaliste - elf spojrzał pogodnie na Zareth uśmiechając się serdecznie. Cały czas jednak był przekonany że coś mu umknęło, był pewnien że spotkał Altona już raz wcześniej jednak teraz nie był w stanie przypomnieć sobie tych okoliczności

- W takim razie mamy kolejny element powiązany z zaginionym porucznikiem. - Lady Yllaatris ponownie usiadła za stołem, chociaż prawdę powiedziawszy miała ochotę już wyjść. Niemniej jednak drow postanowił się podzielić z innymi swoją wiedzą w ostatniej chwili. Jak ona to uwielbiała. - Chyba temu panu też wypadałby się mocniej przyjrzeć?? Ale to rozpatrzymy jutro rano, po spotkaniu w świątyni Ilmatera.

Igan stał przy wyjściu czekając na kolejne rewelacje; czy ktoś jeszcze sobie coś przypomni? Ósma rano była godziną co najmniej nieodpowiednią, ale... wstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy w tej kwestii. Ostatecznie może być ósma...

- Skoro już wszystkie kwestie zostały omówione, wypadałoby zatem pożegnać się. - Yllaatris ponownie wstała od stołu. - Życzę zatem wszystkim spokojnej nocy i do zobaczenia jutro. - Pożegnawszy się kapłanka opuściła pomieszczenie, tą samą drogą, którą się tu dostała.

Zareth jako ostatnia opuściła piwnicę. Gdy tylko dostała się do głównej sali, poszukała wzrokiem gospodarza. Jan Dwa Topory siedział w kącie i palił fajkę, przyjemny zapach roznosił się po całym pomieszczeniu. Musiało być już bardzo późno, a jednak Zareth postanowiła upomnieć się o swoje prawo do noclegu od razu. Dla karczmarza nie stanowiło to żadnego problemu, ucieszył się z nowego gościa poleconego przez Jaheirę i zaczął rozprawiać o swoich dawnych pobytach w Waterdeep… Zareth nie umiała ocenić, czy miasto aż tak się zmieniło od czasów, o których opowiadał Jan, czy też może późna pora, fajka i alkohol działały tak ubarwiająco na jego opowieści, jednak uznała, że tak czy inaczej musi pożegnać się i udać jeszcze na tę noc z powrotem do "Osiodłanego Prosięcia", gdzie zostawiła wszystkie swoje rzeczy.

Szybkim krokiem kierowała się do jednej ze słabszych dzielnic Silverymoon; uliczki oświetlone dyskretnym magicznym światłem stawały się coraz węższe i coraz ciemniejsze. Tuż przy moście prowadzącym do jej gospody zauważyła zadbaną kamieniczkę i okno opatrzone kutymi literami głoszącymi Orlamm Whitehorn: magiczne przedmioty, eliksiry, zwoje. Wiedziała już, czym zajmie się w najbliższych dniach. Półotwarte śledztwa, kupcy, faktorie, interesy, wpływy i pieniądze, pieniądze, pieniądze to ta strona jej profesji, którą głównie zajmowała się w Waterdeep. Jej towarzysze od Harfiarzy zapewne nawet nie spodziewali się, jak wiele wiedzą ci gburowaci mieszczanie przeliczający w nieskończoność stosy swoich pieniędzy, wyliczający wskaźniki zwrotu i skrupulatnie ściągający zobowiązania. Trzy zaginione transporty eliksirów i komponentów Rainera Bene, zniknięcie jego współpracownika, napaść na samą Wysoką Panią w jej laboratorium alchemicznym i kradzież fiolki, zaangażowanie Harfiarza zajmującego się na co dzień rynkiem magicznych przedmiotów, Orlamma Whitehorne’a…

Skręcając w swoją uliczkę, Zareth wyraźnie przyspieszyła kroku.

Efcia

Yllaatris wyszła wściekła ze spotkania. Wprawdzie w karczmie, a właściwie pod nią starała się zachować spokój i kamienną twarz, ale w środku aż cała się gotowała.
Znalezienie transportu o tej porze było trochę trudniejsze niż za dnia, ale się udało.
Po dość krótkiej podróży znalazła się przed rezydencją szambelana Cartera. Uderzywszy w kołatkę czekała aż otworzy jej ktoś ze służby.
- Pani tutaj? - zdziwił się służący, który po dłuższej chwili zjawił się przy drzwiach koszmarnie ziewając. Otworzywszy niewielki lufcik obserwował kapłankę, jakby nie mając specjalnej ochoty jej otwierać. - Przepraszam, jego miłość jest zajęty. Prosił, żeby nikt mu nie przeszkadzał.
Westchnęła ciężko i do tego głośno.
- Nalegam, aby poinformowano Jego Miłość - wyraźnie i ostro zaakcentowała dwa ostatnie słowa - że Lady Yllaatris prosi o spotkanie i to niezwłocznie.
Jeszcze tego brakowało, żeby musiała wystawać pod bramą jak jakaś...
Ale nie wyartykułowała na głos swojej uwagi.
Służący przez chwilę się zastanawiał i powiedział, jakby ważąc słowa:
- Milady, jeżeli pani ani nie jest z jaśnie panem umówiona, ani on na panią nie czeka, to nie mogę otworzyć drzwi. Przykro mi, ale dostałem surowe polecenia w tym zakresie. Mogę przekazać pani prośbę, za jakiś czas, kiedy jaśnie pan będzie wolny. Teraz zaś, czy ma pani coś jeszcze do przekazania?
Służący przez chwilę się zastanawiał i powiedział, jakby ważąc słowa:
- Milady, jeżeli pani ani nie jest z jaśnie panem umówiona, ani on na panią nie czeka, to nie mogę otworzyć drzwi. Przykro mi, ale dostałem surowe polecenia w tym zakresie. Mogę przekazać pani prośbę, za jakiś czas, kiedy jaśnie pan będzie wolny. Teraz zaś, czy ma pani coś jeszcze do przekazania?
- Przekaż ją teraz dobry człowieku!! - Dodała przez prawie zaciśnięte zęby. - Chyba Twój Pan nie każe mi czekać przed braną niczym żebraczce!!
Właściwie to była zdecydowana czekać tu i całą noc. A z każdą chwilą jej irytacja rosła i skupić się to mogło na tym bogu-ducha-winnym człowieku.
- Ależ milady, oczywiście, że nie. Zawsze może pani pójść do siebie i wrócić jutro. Obiecuje także, że przekażę panu wszystko, kiedy to będzie możliwe. Teraz naprawdę, proszę mi wierzyć, pan zatłukłby mnie, gdybym panią wpuścił. Albo naprawdę co najmniej odprawił ze służby. Jeżeli mogę cos zaproponować, najlepiej pani zrobi udając się do siebie. Powiem panu, że pani czekała, jak tylko będzie wolny.
I czekała, bite dwie godziny, pod bramą. chodząc w kółko, ale czekała. Wreszcie ją poproszono do środka.
Xavendithas przyjął ją w swojej komnacie, ubrany w szlafrok. Był wyraźnie zły. Ale i Yllaatris nie była w najlepszym humorze.
- Mój Panie, - zaczęła bardzo oficjalnie, skłoniła się przy tym nisko. - rozumie, że to było przypomnienie gdzie jest moje miejsce?? - Nie spojrzała mu nawet w oczy.
- Ależ, moja droga, jak możesz tak sądzić - powiedział spokojnym głosem. - Po prostu mam problemy, a właściwie problem, który pochlania mi niezwykle dużo wolnego czasu. Rozumiem, że możesz odbierać to niewłaściwie, ale po prostu nie chciałem zaprzątać twojej pięknej główki swoimi sprawami. Poza tym, wybacz, ale jest noc. Nawet moja skromna osoba potrzebuje odrobiny prywatności oraz wypoczynku. Jeżeli ktoś nadchodzi w nocy ... sama rozumiesz. Oczywiście ... gdybym wiedział, że to ty ... - odwrócił się nieco - ... ale nie wiedziałem. Zakazałem Albertowi wpuszczania kogokolwiek. Zbyt dokładnie zrozumiał moje polecenia. Ażeby wynagrodzić ci, hm, powiedz, cóż mogę dla ciebie uczynić? - spytał przyjazno-neutralnym tonem od czasu do czasu poziewując.
- A ja myślałam, że łączy nas coś więcej niż.. alkow... - tu się zawahała. - Widocznie się myliłam. - Starała się mówić spokojnym głosem, czasem jednak nie udawało jej się to. - Wybacz zatem, Mój Panie, że zabrałam ci twój, tak cenny czas. - Skłoniła się ponownie nisko. - Powiadom mnie zatem jeżeli będzie ci potrzebne moje towarzystwo. - Tu nastąpił kolejny ukłon, odwróciła się ruszyła w stronę drzwi. W połowie drogi jednak się zatrzymała i nie patrząc na swojego gospodarza dodała przesyconym ironią i jadem głosem. - Albo nie, dowiem się przecież od osób trzecich, jak to miało miejsce w przypadku tych twoich spraw. - I ponownie ruszyła ku drzwiom.
- Proszę, poczekaj chwilę. Moja droga – westchnął. - Jeszcze raz przepraszam, że nie mogłem się z tobą spotkać. Ale naprawdę mam bardzo ważne sprawy. Między innymi związane z nami także z naszymi relacjami, które naprawdę nie ulegną zmianie i możesz mnie zawsze traktować, jak osobę bliską i życzliwego przyjaciela. Po prostu uznaliśmy … uznałem – poprawił się – że warto naszą przykrywkę uczynić nieco głębszą. Zresztą przeczytaj.
Pięknie zdobiony list zawierał bardzo ładnie napisane zaproszenie. Najpierw imię, nazwisko kapłanki Sune, a potem niezwykle znaczące słowa:

„damę szlachetnego rodu wraz z osobą towarzyszącą zaprasza się na uroczystości ślubne dostojnego Xavendithasa Cartera oraz szlachetnie urodzonej lady Olivii Mantojie.”

Poniżej widniało jeszcze zaznaczenie, że uroczystość odbędzie się za 5 dni, najpierw w świątyni Mystry, potem wesele w pałacu pana młodego.
- Jak widzisz, moja droga przyjaciółko, nie zapomniałem o tobie i naprawdę chętnie będę cię gościł na swoim dworze.
Wzięła od niego list i osunęła się na krzesło, które szczęśliwie stało tuż obok, po przeczytaniu jego zawartości. Teraz to już miarka się przebrała.
- To ja pędzę na złamanie karku, po tym jak dowiedziałam się od osób trzecich - teraz to krzyczał - że twój syn zaginął, a ty... ty... - Podniosła się po chwili i wyprostował, nabrawszy powietrza w płuca, położyła list na krześle, na którym przed chwilą spoczywała i dodała. - Skoro żonę będziesz miał, to przyjaciółka potrzebna ci nie będzie!!
- Ależ moja droga - szambelan usiłował się bronić - co ma jedno do drugiego? Oczywiście, ze jesteśmy przyjaciółmi, ale Dantos wytłumaczył mi, że tak po prostu będzie prościej. Jego siostra będzie oficjalna żoną, co zamknie gębę wszystkim łgarzom, on jako szwagier, będzie mógł zamieszkać w moim pałacu ze mną. Olivia już zadeklarowała, że jej nie przeszkadza taki układ i po prostu chce otrzymywać tylko pensję na swoje potrzeby. Jednym słowem, co tu widzisz złego i co to ma do naszych, czysto przyjacielskich przecież relacji? Natomiast syn ... - zawahał się - ... wróci. Złego orki nie wezmą.
- Powiedz mi - jej głos był bardzo obojętny - czy na drugiego dziedzica też liczysz?? Też się na to zgodziła??
- Och nie. Jej to jest obojętne, po mnie zaś przejmie majątek tak czy siak córka. Nie planuje bliższych relacji z Olivią. Natomiast syn, cóż, przedwczoraj złożyłem odpowiednie pisma, które wydziedziczają go. Sama wiesz, że jest dzieckiem, które nie szanuje własnego ojca - jakby się tłumaczył. - Dantos wiec słusznie zauważył, że powinienem postąpić uczciwie przekazując wszystko temu dziecku, które dochowało wierności rodzicowi.
- Pozwól Mój Panie, że ci wyjaśnię kilka rzeczy, istotnych rzeczy. - Nadal nie zmieniła swojego lodowatego głosu na bardziej przyjazny. - Po pierwsze to kochanek nie zaprasza się na swój własny ślub, bo to policzek dla rodziny panny młodej. Po drugie nie mam z kim tam się pojawić!! Po trzecie, to i tak jestem bardzo zajęta. A po czwarte, zmieniając testament robisz bardzo głupio. Zrozum wreszcie, że Josin jest zły, nie na ciebie, ale na mnie. Młody, przystojny, dobrze zbudowany a ja wybrałam ciebie. To go zabolało i to bardzo, tacy są już młodzieńcy w tym wieku. I jeszcze jedno - Wyciągnęła rękę w kierunku szambelana. - Klucze?? Klucze do jego domu, masz??
- Zaproszę cie, jako kapłankę Sune, wszyscy wiedzą, czym się zajmujecie, więc nei sadzę, żeby byli zdziwieni. pojawisz się z kimś stosownym, nie wątpię. Przecież na pewno masz jakichś szlachetnych znajomych. Tyle osób odwiedza twój przybytek. po trzecie, moja droga, ja cie zapraszam,a le wcale nie zmuszam. Wreszcie reszta to moja sprawa. a co do Josina, to nie wierzę. Słyszałem doskonale, ile ma kochanek na mieście i nie sadze, żeby jedna więcej czy mniej, robiła mu różnicę. Dantos szczegółowo mi to wyjaśniał od jakiegoś czasu. Zgadzam się całkowicie. Nie, jego dom, jest jego.
- Nie będę już Panie zabierać ci tak cennego czasu. - Wziąwszy list skłoniła się raz jeszcze. - Dobrej nocy. I udanej zabawy na wieczorze kawalerskim.
Wyszła z komnat Xavendithasa odprowadzona przez sługę. Wróciwszy do swojej kamienicy, wdała polecenie aby zbudzono ją o świcie i udała się na zasłużony spoczynek.
Rano, gdy słońce tylko pojawiło się na widnokręgu Thokas przyszedł i wyrwał ją ze snu, tak jak sobie tego życzyła. To był zły pomysł podsumowała w myślach zwlekając się łóżka. O tej porze zwykle przewracała się na drugi bok. Ale skoro już powzięła takie postanowienie...
Poranne ablucje i posiłek zajęły więcej czasu niż zwykle.

Siedząc w powozie, obok wojownika, nie miała nawet siły podziwiać widoków. Kupców i kramarzy rozstawiających swoje dobytki. Rzemieślników śpieszących do pracy. Jednym słowem cały ten zgiełk, którego zwykle nie oglądała.

Gdy stanęli przed drzwiami świątyni była szósta rano. Yllaatris z podkrążonymi oczami zastukała do bram przybytku Ilmatera.

Aschaar

Narada w piwnicy należącej do Jana Dwa Topory zakończyła się i Igan z przyjemnością opuścił pomieszczenie. Z jego punktu widzenia - była to trochę strata czasu. Nie ustalono niczego konkretnego i nie podjęto w zasadzie żadnych działań. Każde zapoznawanie się nowych współpracowników było skomplikowane, ale chyba nigdy nie szło aż tak po grudach, jak w tym wypadku. Większość zachowywała powściągliwe milczenie i ciężko było zgadywać, czy dlatego, że nie mieli nic do dodania, czy dlatego, że uważali spotkanie za stratę czasu, czy może w końcu dlatego, że uważali towarzystwo za nieodpowiednie... Wszystkie myśli o spotkaniu jednak wyparowały z głowy Igana, gdy tylko znalazł się na dworze i chłodne powietrze owiało jego twarz. Było późno, może nawet trochę za późno; ale...

Odpuścił sobie sprawę zaliczki, o której wspominała Jaheira, jak również przenoszenia się do gospody Jana. To mogło poczekać, przynajmniej do jutra; nie był zresztą jakoś bardzo entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu. Zdecydowanie wolał mieszkać w „Krogulcu”, standard nie był jakoś wiele niższy, za to ceny – owszem... Teraz jednak szybko skierował się w stronę koszar. Jak podejrzewał, było już za późno, aby wykorzystać rozgardiasz związany ze zmianą wacht i ludzi. Plac przed koszarami był pusty i żadnych żołdaków nie było widać w pobliżu. Igan układał już zgrabne kłamstewko, jakie zamierzał sprzedać pełniącemu wartę przy bramie koszar, kiedy dwu mężczyzn w długich płaszczach, ale ewidentnie wojskowych butach wyszło z bocznej bramy koszar. Niezależnie od tego kim byli - nie było to do końca normalne zachowanie. Mężczyźni pewnie nie zauważyli chłopaka w pierwszej chwili; szli w kierunku Igana, więc szybko zdecydował się na wykorzystanie sytuacji:

- Panowie z koszar? - zapytał kiedy prawie się mijali
- Bo? - zapytał jeden z nich z grymasem, którego wielu mogłoby się wystraszyć.
- Bbo... ja szukam poruccznika Cartera... - Igan udał lekko zastaszonego, co doskonale ukryło jego wadę wymowy.
- Po co go szukasz? - zapytał wojak.
- Nie tutaj. Chodźmy stąd... - powiedział ten drugi oglądając się w stronę koszar.

Chwilę później razem weszli w szerokie, ale niczym nieoznaczone drzwi w jednej z pobliskich, bocznych uliczek. Z wyższego piętra, na które prowadziły szerokie schody dochodziły jakieś śmiechy, a boczny krótki korytarzyk prowadził, jak się później okazało, do sporej sali biesiadnej.

- Dlaczego szukasz Cartera? - ponownie padło pytanie gdy tylko drzwi sie zamknęły.
- Oh, przyszliście dzisiaj z... kolegą - kobieta w wydekoltowanej sukni wycedziła słowo "kolega" mierząc Igana od stóp do głów - Myślę, że coś na to poradzimy...
- Dla panów to co zzwykle, a dla mnie mleko, Madame - odgryzł się Igan doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że właśnie w tej chwili i w tej sytuacji jego pozycja w negocjacjach z wojskowymi znacznie wzrosła...
- Ha! - kobieta uśmiechnęła się - napijmy się zatem. - Gestem zgarnęła wszystkich do korytarzyka i skierowała do sali biesiadnej.



Sala przygotowana była bardzo podobnie jak w innych tego typu przybytkach. Z przyciemnionych lóż dobiegały chichoty i szepty. Kilka stolików ustawiono w pobliżu otwartego kominka, w którym buzował ogień. Stoliki ozdobiono niewielkimi lampkami i przykryto suknem. Igan mógłby się założyć, że doskonale nadawały się do gry w kości.

- Panowie, to co zwykle? Doskonale. - powiedziała Burdel Mama, nie dając wojskowym jakichkolwiek możliwości wyboru - Siadajcie.
Przytrzymała Igana za rękę i szepnęła do ucha: Dziecko, dla ciebie?
- Mnie tu nigdy nie było. Cco oczywiście kosztuje...
- Pięć sztuk złota. Barman wskaże wyjście. – cena za dyskrecję mieściła się w granicach dobrze rozumianego obopólnego interesu.
- I dużo ppiwa, czy co oni ttam piją...
- Już cię lubię, dziecinko. Od dawna w mieście? Jak to się stało, że wcześniej się nie spotkaliśmy? - uśmiechnęła się zalotnie wodząc palcami, w okolicach poniżej Iganowego pasa. - O! - skwitowała odchodząc.

Igan odczekał chwilę, aż na stole pojawi się zamówione piwo, postawione od razu podwójnie i przysiadł się do stolika.
- Żeby nie zajmować za ddużo czasu. Bo jesteście zzajęci... Porucznik Carter mmiał przygodę z moją matką i mmógłby się przyłożyć do utrzymania syna.
- Carter ląduje w wielu łóżkach to fakt; ale jest za młody na to, aby być twoim ojcem. On nie ma jeszcze 30 lat, w zasadzie jak ten szczyl ma 25 to dużo... - najwyraźniej Carter nie był szczególnie lubianym w koszarach.
- Niezła próba dzieciaku...

No cóż, to było niebezpieczeństwo, z którym Igan się liczył. Choć - po prawdzie - porucznik to powinien mieć jakieś trzydzieści kilka lat... Cholera. Trzeba było to rozegrać inaczej.

- Może jednak coś udda sie wymyślić... - odparł Igan - potrzebuję tylko wiedzieć jjak wygląda i gdzie mieszka. Potem, nikogo z nas tu nigdy nie było.
- Nie mo...
- Carter jest młodzieniaszkiem, szczapowatym, wypudrowanym pacanem, może twojego wzrostu... Facet niczego sobą nie reprezentuje poza twarzą... Niestety ma ojca.
- Zamknij się. Mówisz o dowódcy... - wszedł w słowo ten drugi.
- Nigdy mnie tu nie było i nigdy tego nie powiedziałem - zaśmiał się ten zanurzając wargi w piwie. Wypił połowę z zacięciem godnym krasnoluda i dodał - Carter mieszka przy Szydłowej, nie znam dokładnie numeru, ale dom jest charakterystyczny - od ulicy ma wejście na piętro. Ten Pacan mieszka na piętrze.
- Dzięki. Kochana - Igan wstał i zaczepił kelnerkę - dbaj o to, aby panom piwo się nnie skończyło.

Jak zwykle tego typu akcje pochłaniały trochę złota. Trzeba było zapłacić za piwo, obsługę, podarować napiwek kelnereczce, barmanowi... Koniec końców jednak Igan znalazł się na ulicy, przed domem wyglądającym na typową mieszczańską kamienicę... Na wszelki wypadek zapamiętał adres; nigdy nie wiadomo co się kiedy przyda… Było już dobrze po północy, więc czasu pozostawało niewiele. Nie liczył na to, że uda mu się tej nocy wyspać. Mówi się trudno. Igana znajomość miasta była na tyle duża, że mniej więcej wiedział gdzie jest ulica Szydłowa. Znalezienie się w odpowiedniej dzielnicy i znalezienie kogoś kto może o tej porze dokładnie wskazać drogę zajęło kolejne cenne minuty...



Dom, w którym mieszkał Carter faktycznie był dość charakterystyczny. Igan obszedł go dokładnie przyglądając się "pomocnym elementom" architektury. Pod tym względem budynek był bardzo prosty i łatwy do pokonania. Najwidoczniej budowniczy nie zwracał specjalnej uwagi na bezpieczeństwo. Do świtu było niewiele czasu i rekonesans został jeszcze dodatkowo przerwany przez strażników miejskich, którzy akuratnie musieli o tej porze patrolować tą ulicę... Niebo zaczynało już szarzeć kiedy Igan podciągnął się na płot i szybko znalazł na antresoli piętra. Pomiędzy sztachetkami omiótł wzrokiem ulicę upewniając się, że nikt go nie widział. A przynajmniej nikt, komu mogłoby to przeszkadzać... Z zaskoczeniem zauważył, że w jednym z pokojów należących do Cartera pali się niewielkie światełko. Albo Carter był w domu - co byłoby dziwne; albo... Każda opcja była nietypowa. Światło, sądząc po jasności ze świecy lub małej lampki, nie przemieszczało się, więc Igan zajrzał do pokoju. Uśmiechnął się - dzisiejszej nocy miał szczęście do zdarzeń tego typu.



Problem polegał jednak na tym, że - nawet w marnym świetle lampki stojącej na nocnym stoliku koło łóżka - mężczyzny nie można było nazwać szczapowatym młodzikiem... O kobiecie ciężko było coś powiedzieć prócz tego, że ma ładne plecy. To oczywiście komplikowało dodatkowo sprawę. W zasadzie to plan Igana szlag trafił - było już za późno i na dodatek - może i para zajęta była sobą, ale... Ponownie rozejrzał się po ulicy i po krótkiej chwili zniknął w zaułku. Niebo szarzało, a Silverymoon powoli budziło się do życia. Nie miało specjalnego sensu wracanie do "Krogulca", skoro na ósmą był umówiony w świątyni. Świątynia była zresztą w innej części miasta i trzeba było zrobić kolejną wycieczkę. Przegryzając jakąś struclę kupioną od dopiero otwierającego się piekarza Igan wolno szedł przez miasto.
Jego myśli wróciły do scenki w domu Cartera. Skoro to nie Carter zabawiał się w łóżku to kim był mężczyzna? Czy Carter ma brata? Mieszka sam, czy może to jakiś współlokator? Równie dużym znakiem zapytania była kobieta. Carter był bawidamkiem, więc trwały związek nie miał raczej miejsca... Interesujące... W każdym wypadku sprawa wymagała zdobycia kolejnych informacji...

Była jakaś godzina do spotkania, kiedy Igan znalazł się w pobliżu świątyni. Postanowił przy wejściu poczekać na pozostałych...

Cohen

Wziął papierosa od półelfki, włożył do ust, po czym odpalił od jednej z lamp. Zaciągnął się głęboko. Tak, dymek był niezłym lekarstwem na kaca. Ale nie aż tak, jak klin.
Przysłuchiwał się w milczeniu rozmowom, teraz już, kompanów. Sam nie mówił nic, bo po pierwsze planowanie na dłużej niż parę godzin naprzód nie było jego mocną stroną, a po drugie, nie chciał owionąć wszystkich wonią przetrawionej mieszanki najróżniejszych alkoholi. Nie żeby go obchodziło, co sobie pomyślą, ale kasa mu się kończyła, głupio więc byłoby się pozbawiać szansy na zarobek. A zlecenia od Harfiarzy bywały czasami intratne, gdyż wszystko zagarnięte w czasie ich wykonywania należało do znalazcy.

Siedział więc rozparty nonszalancko na krześle, paląc i puszczając mimo uszu odbywającą się konwersację. Wreszcie, znudzony przerzucaniem się domysłami, postanowił opuścić towarzystwo. Wstał i powiedział:
- Zajmę się tymi najemnikami. Może uda mi się wybadać dla kogo pracują i co konkretnie robią. Nie tracąc więc czasu… - ukłonił się niedbale wszystkim obecnym i opuścił pomieszczenie, nim ktokolwiek zdążył się odezwać.

W głównej sali gospody zatrzymał się przy kontuarze i zastukał weń, przywołując oberżystę.
- Ta śliczna, choć nieco oziębła półelfka powiedziała, że możemy tu zamieszkać na czas naszej… misji. Zarezerwuj mi więc jeden pokój. I nie obawiaj się o swój bar, za alkohol będę płacił.
Skinął mu głową, po czym odwrócił się i ruszył do wyjścia.
- A co z pańskimi rzeczami? Posłać po nie kogoś? – zapytał Jan Dwa Topory, sumienny karczmarz.
- Mam je przy sobie. – odpowiedział, nie odwracając się.

Było tak późno, że aż wcześnie. Ale tak jak przypuszczał Kenneth, Brian Hawkwood, szef Silverwater, pracował w swoim gabinecie w siedzibie kompanii.
- Co cię sprowadza o tej poronionej porze, chłopcze? – zapytał, rozsiadając się w fotelu i odkładając kuszę. Nigdy nie korzystał z ochrony, nawet własnych ludzi.
- Słyszałeś coś o grupie najemników obozującej w okolicach pałacu di Grizzów?
Podwładni zwracali się do Hawkwooda per komendancie w jego obecności, a Starym między sobą, ale Kenneth był z nim po imieniu. Kondotier był jego rodakiem, a ponadto służył kiedyś z jego ojcem. Póki go nie wygnano. Ot, zabawna paralela.
Śmiał się czasem, że mają tyle wspólnego, iż powinien go usynowić. Kenneth jednak wolał nie. Hawkwood miał ładną córkę.
- Słyszałem, ale nie wiem, pod kogo są podwieszeni. Nie miałem czasu sprawdzić. – odpowiedział Stary, przyglądając mu się uważnie. – Pytasz o nich bo…?
- Bo nie wiadomo, pod kogo są podwieszeni. A mogą być w coś zamieszani. Lepiej o czymś takim wiedzieć, nie?
Hawkwood nadal mu się przyglądał.
- Jak poważne może być to ‘coś’?
- Kurewsko poważne.
- Dobra, poślę tam kogoś z rana. Ale jak już o tym wspomniałeś, to faktycznie coś w tej sprawie śmierdzi. No nic, zobaczymy, jak to będzie. Wychodzisz już? – zapytał, gdy Ramsay zaczął się podnosić z fotela.
- Tak. Muszę podłapać trochę normalnego snu.
- Effie pytała o ciebie. – rzucił Stary do wychodzącego Kennetha.
- Tak? Co powiedziała?
- Cytuję: „Nadal jest aroganckim pijakiem i pożywką dla chorób wenerycznych czy już się zapił na śmierć?”
Kenneth zmełł w zębach przekleństwo i wyszedł. Usłyszał jeszcze stłumiony śmiech Hawkwooda. Miał ładną córkę. Ale, delikatnie mówiąc, nie przepadała za nim.

Wrócił do „Północnego serca”, odebrał klucz i poszedł do pokoju. Dwa Topory przekazał mu, że o ósmej jest spotkanie w przyświątynnym szpitalu Ilmatera. Kenneth uznał, że o co by nie chodziło, sami sobie poradzą i poszedł spać.
~ Pożywka dla chorób wenerycznych! ~ pomyślał jeszcze, powoli zasypiając. ~ Bezczelna dziewucha… Ale za to z jakim wigorem. I ego większym, cholera, od mojego… ~

Kelly

Marcus von Klatz i Rhistel Amblecrown


Dla obydwu mężczyzn narada zakończyła się wraz ze słowami kapłanki, która umówiła wszystkich na ósmą pod świątynią Ilmatera. Rhistel doskonale wiedział, gdzie to jest, Marcus niespecjalnie, ale rodowity Silverymoończyk, jakim był Amblecrown obiecał, że zaprowadzi go jutro na czas. Z tej przyczyny właśnie tej nocy, a jak potrzeba to i przez następne zdecydowali się na nocleg w przybytku Jana Dwa Topory. Zresztą nie tylko oni. Także urocza pani detektyw z dalekiego Waterdeep. Toteż akurat rankiem zebrali się wspólnie w izbie jadalnej i wyruszyli do świątyni.

Zareth Blaumond


"Osiodłanego Prosię" nie było może najgorszą karczmą Silverymoon, ale do „Północnego serca” wiele jej brakowało. Jan prowadził biznes na poziomie za ceny na poziomie jeszcze wyższym. Ludzie jednak płacili, przede wszystkim dlatego, że miał najlepsze pierogi na całej północy. Przynajmniej tak tłumaczyli ludzie. Karczmarz jednak wiedział, ze to jedynie połowa prawy, mniejsza połowa, jeżeli możnaby tak postawić sprawę. Ludzi przede wszystkim przyciągała sława największego skupiska wszelkiej masy awanturników, tych prawdziwych i tych udawanych. I to właśnie gwarantowało sukces. Karczma zawsze oferowała nie tylko piwo oraz pieczeń, ale to wszystko przy pięknych opowieściach oraz muzyce. Tutaj każdy gość był bohaterem, no niemal każdy. Każdy wojownik ubił tuzin smoków, paladyn uratował kopę księżniczek, czarodziej pobierał lekcje od samego Elminstera, łowca potrafił ubić kilka jeleni jedną strzałą, druid stanowił istne wcielenie mocy natury, a bard wygrał najsłynniejszy festiwal w Amn. Był to jeden z powodów, dlaczego Harfiarze zbierali się właśnie tutaj. Mnogość gości sławnych lub pseudo-sławnych powodowała, że tylko naprawdę dobry szpieg mógł się zorientować, czy ów grajek szarpiący struny harfy, to sprytny Harfiarz, czy marny harfista.

Jan uprzedzony przez Jaheirę, ze śmiechem opowiadał Zareth zabawne historyjki. Nie istniał dla niego problem niewielkiego pokoju dla dziewczyny na piętrze, niedaleko tylnych schodów z ładnym okienkiem. Po prostu ucieszył się, że kolejny członek bractwa zamieszka u niego przez jakiś czas, a przy tym Lady Alustriel opłaci wszystkie koszty.

Trochę lekkiego piwa, niewielka przekąska okraszona rozmowa oraz ładnymi melodyjkami granymi przez półelfiego minstrela, a potem dziewczyna wyszła. Właściwie tylko po to, żeby przynieść swoje rzeczy spod „Osiodłanego Prosięcia” oraz, zawsze tak robiła, poznać miasto. Zareth wiedziała, ze takie szczegóły, jak rodzaje sklepów, rzemieślnicy, bramy, murki, przez które można przeskoczyć, mogą czasem być niezwykle ważne. Spokojnie wzięła bagaże, zapłaciła kilka miedziaków oraz wyszła. To było dziwne, ale podczas powrotu towarzyszyło jej dziwne uczucie, ze ktoś za nią idzie. Była noc, ale gdzie niegdzie paliły się na zewnątrz lampy wypełnione olejem skalnym.


- Hm, ta osoba musiała być niezła w ukrywaniu się - rozważała. - Jakiś miejscowy złodziej?
Całkiem możliwe, bowiem samotna dziewczyna mająca niebanalną urodę, aż się prosiła o jakieś kłopoty, skoro zaryzykowała włóczenie się po nocnych ulicach. Silverymoon niewątpliwie należało do stosunkowo bezpiecznych miast, ale mimo wszystko, nocą wydarzały się różne nieciekawe przypadki.

Dziwne uczucie. Nikogo nie widziała, ale owe przebłyski pewności, że ktoś ją śledzi, nie dawały dziewczynie spokoju. Większość ludzi niekiedy ma jakieś nieokreślone przekonanie, ale bardzo rzadko jest ono oparte na realnych przesłankach, jednak Zareth wyrobiła sobie przez lata doświadczenia ów prawdziwy błysk. Nie miała pamięci absolutnej. Co to, to nie. Ale zauważała dla przykładu, kiedy jakaś nieznajoma twarz, pojawiała się w jej kręgu widzenia zbyt często. Tak. Bycie detektywem wyrabia takie naturalne, choć dla innych niemal nieosiągalne odruchy. Teraz detektyw była przekonana, że ktoś się w nią wgapia od samego „Siodłanego Prosięcia”. Ktoś naprawdę dobry, bo nie dał się złapać w pułapkę, kiedy zboczyła w ciemną uliczkę i poczekała chwilę na reakcję owego tajemniczego kogoś. Później pokluczyła, niby obojętnie, po ulicach Silverymoon, aż wreszcie owo nieciekawe uczucie zniknęło. Ktokolwiek to był, uznała, ze lepiej uważać. Dlatego ucieszyła się, że na mieszkanie u Jana zdecydowała się większa grupa osób.

Igan Mardock


Chłopak może nie należał do najbardziej krzepkich mężczyzn, ale jego profesja wyrabiała wytrzymałość na rozmaite dolegliwości. Jedną z nich, była potrzeba snu. Igan spokojnie potrafił wytrzymać nockę bez zmrużenia oka i działać jako tako sensownie podczas następnego dnia. Oczywiście wiadomo, że wiele lepiej być wypoczętym, ale jeżeli trzeba, a tej nocy, po prostu trzeba, było sprawdzić dom Cartera, Igan spokojnie mógł się na to zdecydować. Dlatego pojawił się tak wcześnie przy wejściu, właściwie jako pierwszy, i stwierdził, że spokojnie poczeka na resztę oparty o ścianę świątyni. Oczywiście, gdyby przybył trochę później, u Ilmatera zawsze można było liczyć na jakiś posiłek oraz trochę wody. Przed ósmą dyżurowali zazwyczaj jednak wyłącznie wyznaczeni kapłani i nie wpuszczali gości, poza tyki, którzy naprawdę potrzebowali pomocy. Tak jak chłopak był niezły w swoim fachu, tak oni potrafili doskonale rozpoznać symulantów, których interesowały tak naprawdę inne sprawy.

Kenneth Ramsay

Kenneth był indywidualistą. Właściwie niemal wszyscy byli. Jeżeli jednak inni potrafili jakoś powściągnąć swoje własne zapędy, przynajmniej próbując ułożyć sobie relacje z grupą, wydawało się, ze najemnik ma to głęboko gdzieś. Może czuł w głębi, że to nie do końca w porządku, a może nawet i to nie. Swoje zrobił, swój wkład, według swojego pomysłu, wniósł, potem zaś położył się spać olewając całą resztę, łącznie z poleceniami nowo wybranej szefowej.

Zastanawiał się, kiedy Brian Hawkwood podrzuci mu jakąś odpowiedź, ale doskonale zdawał sobie sprawę, ze to trochę potrwa. Wszak posiadłość do Grizzów mieściła się trochę za miastem, wśród pól i lasków, choć niedaleko głównej drogi na zachód. Ale co tam, kiedy będzie to będzie. Zasnął smacznie.

Słońce było wysoko, bardzo wysoko, kiedy obudziło go walenie w drzwi, pod względem siły: całkiem męskie, oraz głos, pod względem brzmienia, całkiem kobiecy.
- Wstawaj ty zakompleksiony kawałku przepitego stracha na wróble – ktoś się darł. – No ruszajżesz swoje cztery litery do drzwi. Mam tu cały dzień czekać na ciebie, czy co? Dawajżesz – poznał głos Elfie.

Yllaatris


Kapłanka Sune stanęła przy drzwiach stukając kołatką. Niestety, przez dłuższą chwilę nikt nie otwierał, aż wreszcie przez lufcik wyjrzało zaspane oblicze młodej, piegowatej dziewczyny, która najprawdopodobniej całkiem niedawno została służką świątyni. Po chwili poznała jednak kapłankę Sune, o której chodziły takie niedwuznaczne plotki, ponieważ niejednokrotnie odwiedzała Unaatris. Nie pochwalała tej znajomości, na co wskazywało jej niechętne spojrzenie skierowane w stronę Yllaatris, ale nie powiedziała słowa. Za to odezwała się kapłanka Sune.
- Pokój z tobą, służko Ilmatera, chciałam się widzieć z siostrą Unaatris.
Młoda mniszka posłała jej kolejne niechętne spojrzenie przez lufcik w drzwiach, ale po chwili zwlekania odrzekła nie otwierając.


- Pokój także z tobą. Kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz. Natomiast co do siostry Unaatris, nie potrafię ci pomóc, służko kapryśnej, choć pięknej Sune. - Cóż, wszyscy wiedzieli, ze Sune ma nieco zmienne humory oraz niezwykłą frywolność, której nie pochwalali słudzy Ilmatera. Ale ogólnie obydwa bóstwa stały po tej samej, pozytywnej stronie, toteż Yllaatris ugryzła się w język zanim odpaliła coś ostrego. Po pierwsze, dlatego, ze formalnie młoda zakonnica jej nie obraziła, a po drugi, po niemiłych wydarzeniach nocy była jeszcze nieco półprzytomna po krótkim śnie i słabo reagowała na zaczepki. - Nie widziałam jej dzisiaj oraz nie słyszałam, gdzie mogłaby się znajdować. Na pewno nie ma jej w salach sypialnych, ani szpitalnych. Prawdopodobnie wyjechała do Nesce ze względu na ten wypadek w kopalni. Wielu górników – westchnęła. – Ponoś sama Wysoka Lady poleciła udać się jak najszybciej siostrom na pomoc. Ale szczegółów nie znam. Musisz spytać w części szpitalnej. Tam powinna pracować obecnie siostra Margane, która powinna coś więcej wiedzieć. Zaraz zresztą sprowadzę ją do drzwi, to ona zdecyduje. Ja sama nie mogę otworzyć furty – na jej twarzy malował się jednoznaczne zacięcie oraz ośli upór.

Yllaatris nie była pewna, czy młoda dziewczyna nie może lekko naginać reguł, ale nie było się o co kłócić. Znów jednak upływał czas. Zanim furtianka powróciła i znowu otwarła okienko minęły co najmniej kolejne dwa kwadranse. Yllaatris była już naprawdę wściekła. Wszakże powracająca miała oblicze niepewne.
- Przykro mi, na razie nie mogę pomóc. Siostra Margane, jakby powiedzieć, także nie ma jej na sali, gdzie przypuszczałam, że powinna być. Jeżeli chcesz ją zapytać o coś, to proszę. Około ósmej otwieramy szpital dla gości. Wtedy wejść może każdy odwiedzający. Byle czysty oraz pod nadzorem. Niejeden bowiem chciałby okraść naszych chorych, chociaż to przeważnie bardzo biedni ludzie.
- Czy przybył jakiś nowy chory nocą? – zapytała Yllaatris coraz bardziej zła na wszystko, co ją od spotkania u szambelana spotyka. Starała się mówić jednak spokojnie.
- Nie. Na pewno nie – odpowiedziała furtianka. – Szukając dla ciebie, służko Sune, twojej przyjaciółki oraz siostry Margane wielokrotnie przechodziłam przez szpital. Nie ma ani jednego nowego pacjenta. No, poza dzieckiem, które urodziło się wczoraj. Tak że, pokój z tobą i jeżeli chcesz wrócić, przyjdź o ósmej.
Zamknęła okienko.

Ósma przyszła nierychło, ale żadne pomysły Yllaatris nie spowodowały otwarcia drzwi. Jednak troszkę przed siódmą kapłance Sune wydało się, ż przez drzwi słyszy jakieś krzyki oraz stukot drewnianych butów o kamienną podłogę. Prawdopodobnie ktoś biegł. Jednak niczego w jej sytuacji to nie zmieniło. Wściekła przeżuwając jakieś średnio miłe słowa w ustach, wybrała się na godzinny spacer po ulicach, by odreagować i uspokoić się. Wróciła tuż przed wyznaczoną przez siebie porą.

Wszyscy poza Kennethem


Noc upływa spokojnie, bądź nerwowo, ale zakończyła się świtem, po którym miasto zaczęło się budzić. Poziewując, przeciągając się, przecierając mokrą ścierką ludzie powoli stawali do walki przeciwko przeciwnościom dnia. Przekupnie ładowali towar na niewielkie wózki, chłopi wjeżdżali przez bramy kierując się w stronę placu targowego, rzemieślnicy odsuwali okiennice oraz otwierali drzwi do swoich warsztatów. Tak przynajmniej było w lepszych częściach miasta. Im bliżej jednak świątyni Ilmatera, tym domy wydawały się brudniejsze, ludzie biedniejsi, żebractwa zaś więcej.

Szpital połączony ze świątynią Illmatera przypominał na zewnątrz zwykły, kamienny budynek, tyle, że nieco większy, niżeli inne. Był długi, parterowy, zbudowany na obręczy kwadratu z małym placykiem wewnątrz. Części na prawo przeznaczone było na szpital, na lewo na świątynię, zaś tylna strona budynku przeznaczona była na części gospodarcze, przede wszystkim sypialnie, kuchnię, magazyny.


Wejść można było jedynie od przodu przez solidną, okutą stalą bramę, której pilnowała młoda nowicjuszka - furtianka. Oczywiście, istniały jeszcze wejścia z tyłu, lecz standardowo były używane wyłącznie w celach gospodarczych.

Wreszcie koło ósmej zebrała się umówiona grupka. Kilka osób stojących przed wrotami nieco zdziwiło furtiankę mającą identyczny, twardy wyraz twarzy. Nieczęsto tak duże grupy chciały pomodlić się przed Ilmaterem, albo odwiedzić chorych. Tym bardziej, że tak naprawdę obecnie w szpitalu przebywało kilka osób. Yllaatris pomyślała, że powie coś niemiłego dziewczynie, ale wreszcie oceniła, iż lepszy skutek odniesie kilka słów jej przyjaciółki. Toteż pomimo świerzbienia języka przeszła spokojnie obok kierując się do Sali szpitalnej.

Powoli weszli na chłodny korytarz przybytku oraz na prawo. Kapłanka Sune prowadziła znając doskonale budynek. Dla pozostałych był on czymś nowym. Po kilku krokach doszli do pierwszej i jedynej sali szpitala.



Znajdowało się w niej kilkanaście zajętych łóżek, zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn, a przy jednym stała kapłanka Margane, którą kiedyś już Yllaatris poznała. Skromnie ubrana, okryta niemal w całości materią, przygotowywała jakiś specyfik dla leżącego obok chorego. Wszakże nie był to Malgrion, także wśród innych nie widać było nikogo podobnego do druida, co potwierdził znający go doskonale mnich.

Stanęli przed Margane.
- Witaj siostro … - Yllaatris nie zdążyła powiedzieć, całej kwestii, gdy lubiąca sobie porozmawiać, choć czasem denerwująco gderliwa, kapłanka Ilmatera przerwała jej.
- Witaj, witaj, droga siostro w wierze. Jak zwykle do Unaatris? Taaaa … właśnie. Nie ma jej.
- Nie ma? - zdziwiła się Harfiarka.
- Ano właśnie. Nie ma. Znaczy, może jest w swojej kwaterze, a może u tego specjalnego chorego, ale wiesz, miała mnie zbudzić przed świtem, a tego nie zrobiła. Miałyśmy się zmienić. I co? I co? Pan Marc nie dostał na czas leków, a Zofia – wskazała na kobietę, której sylwetkę było ledwo widać pod otaczającym łoże lnianym baldachimem – wymaga przecież jeszcze opieki. Słaba ona, jak jej niemowlę. A tu, ani gonić po kogo, ani co. No, ale dziecko urodziło się niczym malowanie, jak zaś obydwoje się prześpią, to i siły wrócą. Jesteśmy, wiecie, same we dwie, poza tą, przy furcie, bo w Nesme były jakieś zawalenia w kopalni i wszystkie siostry dostały szybkie polecenia wyjazdu na miejsce, poza nami dwoma – mówiła szybko, niczym terkotka.
- Specjalny chory? – Zainteresował się Rhistel.
- Właściwie dwóch. Chociaż jeden. Znaczy tak, na pewno jeden – Margane nie dała sobie przerwać. – Bo to było tak, wieczorem – mówiła, lecz nie przerywała przyrządzania miksturki. – przywieziono jakiegoś znajomego siostry.
- Przywieziony? Nie przyszedł sam? – zapytał Igan. – Przez kogo?
- Znaczy, ja tam nie wiem, jakiegoś gnoma, wędrownego kupca rzepą, który znalazł go na drodze, wrzucił na wóz i dowiózł do nas tego znajomego. Znaczy nie wiem, ale musi znajomego, bo bardzo się przejęła. Był blady strasznie i gadał od rzeczy. Właściwie bełkotał. Daliśmy go jednej izby z tyłu, gościnnej, którą mamy wolną. Wiem, że miał potłuczone coś. Siostra miała mu leki podawać, co by mu wszystko wróciło do normy, oraz magię rzucać. Ale miała mnie zbudzić świtaniem, albo nawet przed, to przejęłabym podawanie leku od niej, bo jak się przerwie, to potem, hoho, trzeba długo czekać, aż ciało się oczyści oraz znowu spróbować. Ale może to sporo potrwać, ech naprawdę całkiem ładny szmat.
- Zapewne wielebna Unaatris jest przy owym pacjencie. Czy możesz tam nas zaprowadzić? Albo sami trafimy – zasugerowała jej dziewczyna z Waterdeep.
- Sami? Przez szpital? Przez miejsce, gdzie składniki trzymamy? Dla mnie nie problem, ale zasady są zasadami. Goście mogą chodzić tylko, z którąś z sióstr. Już moment, już prowadzę, jeszcze tylko zrobię to i jeszcze … już idę. Aha, potem jeszcze pojawił się pan Jonas Mildres. Kupiec nasz oraz dobrodziej. Gorączkował oraz słabo się czuł, tośmy kazały go złożyć do tej sali, gdzie już leżał ów znajomy Unaatris. Niby Unaatris trochę dziwnie się zachowywała, ale co było zrobić? Wszystkie łóżka na Sali były zajęte, na siano takiego zacnego człeka się nie godzi, a łóżko tylko tu było wolne. Przecież nie mogłyśmy go przenieść do klauzury. Tyle, ze musiałyśmy przenieść owego znajomego na drugie łóżko, bo tam są dwa, a te kilka osób z rodziny chciało chwilę postać przy zacnym Joasie. Ponieważ tylko przy tym łóżku było trochę miejsca, tośmy tamtego przenieśli. Potem rodzina poszła, Unaatris na chwilę wyszła, a potem wróciła. Rankiem miała mnie zbudzić, ale nie zrobiła tego. Zresztą, zapytam ją dlaczego – szliście, aż wreszcie Margane otwarła wreszcie drzwi na zapleczu budynku. Otwarła i zamarła niemal, niczym statua.

Pokój był niewielki. Otwarte okno wpuszczało do środka promienie słońca. Normalnie, było ono mocno zamknięte dwoma okiennicami otwieranymi wyłącznie z wnętrza pomieszczenia. Takie zabezpieczenie wydawało się konieczne, skoro budynek, nie licząc poddasza miał wyłącznie poziom parterowy. Dwa niewielkie łóżka, jedno przy ścianie a drugie na środku, plus niewielka szafka, stolik zawierający jakieś miksturki i dwa taborety. Na obydwu leżankach leżeli przykryci lekkimi kołdrami mężczyźni. Przy środkowym łóżku, do którego był lepszy dostęp, złożony był na stołku zielony strój, pierścień, tuż zaś obok stał oparty o ścianę kostur. Cisza. Pacjent leżący na wznak nie odzywał się. Otwarte usta, zatkane jakimś kawałkiem brudnej ścierki, jakby coś niemal jeszcze krzyczały. Sztylet przebijający serce jednakże uciszył go na zawsze. Ktoś musiał się znać na swojej pracy, uderzając jednym ciosem przez kołdrę zabarwioną czerwienią. Sztylet prawdopodobnie, lub długi nóż. Usta zaś zatkał wcześniej, zapewne w obawie, że mordowany człowiek może jeszcze jakimś sposobem krzyknąć, obudzić kapłanów. Natomiast drugi chory wydawał się spać.

- Ilmaterze – siostra Margane westchnęła. Przyzwyczajana do widoku ofiar, nie spodziewała się, że także na terenie szpitalnym zdarzy się mord.
Przez chwilę wszyscy stali nieruchomo, albo zaskoczeni, albo obserwujący dokładnie sytuację, gdy z naprzeciwka, zza okna rozległy się jakieś krzyki. One, jakby obudziły wszystkich. Sprawny mnich przyskoczył do okna pierwszy, ale za nim byli inni.

***

Za świątynią Ilmatera rozciągały się tereny nadrzecza. Jak wszędzie, w wszędzie bogatym Silverymoon istniały dzielnice biedoty, żebraków, rozmaitych niebieskich ptaków, którzy nie garnęli się do pracy. Mimo prób i zaleceń Wysokiej Lady gwardia miejsca zapuszczała się tam niezwykle rzadko. Zresztą, nawet, jeżeli zdarzały się jakieś próby i naloty na półświatek, to ci, których planowano schwytać, jakimś sposobem rozpływali się niemal, by wypłynąć jakiś czas później.

Rozwalające się domki, kryte strzechą, przeplatały się jedno i dwupiętrowymi budynkami o cienkich ścianach podpartych drewnianymi podporami, które, wyłącznie łaską Ilmatera, nie popękały jeszcze. Od czasu do czasu widać było jakieś wywieszone pranie, czasem wręcz połatany namiot, gdzieniegdzie rosło usychające drzewo. Wszystko zaś przenikał charakterystyczny, nieprzyjemny zapach biedy oraz niedalekiej rzeki.

Krzyki były tu czymś częstym, rany czymś normalnym, głód czymś nierzadkim. Mieszkali tu wyłącznie ludzie, poza może paroma gnomami i hobbistami. Nikt nie interesował się sprawami sąsiadów mając swoje własne problemy oraz wiedząc, ze wtykanie palca pomiędzy drzwi w nieswoje sprawy, może się średnio ciekawie skończyć. Toteż nikt nie zareagował na krzyki młodej dziewczyny. Raczej te nieliczne osoby, które wystawiły głowę z namiotu czy okiennicy, natychmiast znowu chowały ją. Tylko dzieci, tak małe dzieci wyszły zaciekawione przyglądając się całej sytuacji.

Dziewczyna miała blond czuprynkę oraz młodą, lekko piegowatą twarz nastolatki dopiero wkraczającej w okres dojrzałości. Lekko zadarty nosek, zapłakane oczy, siniec na policzku oraz wykrzywione bólem, wzywające pomocy usta. Podarta suknia, kiedyś znaleziona zapewne na śmietniku, bo wyraźnie była zrobiona z lepszej materii, odkrywała niewielką, ledwo rozkwitłą pierś.

Trzech trzymało ją śmiejąc się. Mili ciemniejsze, niż to na północy się zdarza, rysy oraz czarne oczy i brody. Camimshanie? Mieszkańcy Amn? Rashmenu? Któż wie? Wszyscy trzymający miecze przy boku, ubrani w ciemne skórzane kapoty oraz mający poryte bliznami twarze. Jednemu brak było prawego ucha, ale drugie zdobił mu wielki kolczyk z górskim kryształem.
- Mamy kolejną gąskę – radośnie zarechotał do swoich towarzyszy.
- Ale tym razem ja pierwszy – wydarł się któryś obok, obdarzony wyjątkowo długim nochalem.
- Losujmy.
- Pierdol się – odparł nosaty jednoznacznie luzując pasek. Miecz opadł na ziemię wraz ze skórzanymi gaciami ukazując widoczną pod tuniką, gwałtownie wzrastającą męskość. Widać nosatego podniecały takie sceny, kiedy ofiara próbowała się wyrwać, uwolnić, uciec gdzieś, tak jak ta właśnie biedaczka.
- Bierz go! Bierz go, kurwo, do pyska, bo zajadę – krzyknął łapiąc ją za włosy i przyciągając gwałtownie do siebie. Przez chwilę dziewczyna wydawała się niemal bezwolna, jakby przestała walczyć, opierać się, bezwładna niczym worek.
- To ogórek. Tylko ogórek – szepnęła do siebie.
- Co?
- Ogórek – powiedziała głośniej, kiedy ugryzła go z całej przepojonej bólem i strachem siły.
- Ah! – wrzask nieziemski. Ryk, krzyk przenikający powietrze. To właśnie ten wrzask usłyszano w szpitalu przez otwartą okiennicę.

Kiedy mnich doskoczył do okna, jakieś dwadzieścia metrów dalej zobaczył leżącą dziewczynę, która wypluwała jakiś krwawy ochłap. Obok niej zwijał się półnagi mężczyzna … mężczyzna, który naprawdę tak, przestał nim już być oraz dwóch stojących rzezimieszków, którzy zastygli, nie wiedząc, co należałoby zrobić teraz. Wreszcie kilkoro brudnych dzieci, które stojąc nieco dalej, spokojnie przypatrywały się czemuś ciekawemu.

Aschaar

Oparty o mur świątyni Igan obserwował zbierających się ludzi. Rankiem w świątyni wydawano posiłek dla najbiedniejszych i to oni zaczynali się gromadzić najwcześniej. Pod furtą zgromadziła się już gromadka dzieci i Igan odruchowo poprawił mocowanie sakiewki...


Czekając pod klasztorną furtą Igan zrobił mocne postanowienie, że po rozmowie z poszkodowanym i ustaleniu planu dalszych działań wróci do „Krogulca”, przynajmniej na chwilę, i się prześpi. Nie chodziło bynajmniej jakoś specjalnie o to, że musiał się wyspać. Bardziej o to, że ciągłe przebywanie z ludźmi zaczynało mu działać na nerwy. No, może nie do końca. Problem leżał gdzie indziej – w urażonej, w jakiś sposób, męskiej dumie. Jedynymi osobami, które wykazały chęć współpracy i rozwiązania sprawy były kobiety. Mężczyźni... Mężczyźni byli... albo i nie byli. Wychodziło więc na to, że sprawa będzie z tych, w których do nagrody jest cała kolejka chętnych, do roboty nie ma już nikogo. Cóż, bywały i takie. Igan musiał poczynić pewne przygotowania, ale to mogło poczekać do popołudnia...

W końcu udało im się wejść do świątyni i nadziać na siostrę Gadatliwą. Ludzie, którzy lubili mówić zwykle nieświadomie przekazywali całą masę informacji. Informacje co prawda miały to do siebie, że często były całkowicie nieprzydatne, ale ponieważ wyglądało na to, że i tak nie ma możliwości ominięcia wynurzeń kapłanki – mężczyzna wysłuchał jej rozglądając się ciekawie po sali.

W końcu siostra Gadatliwa zrobiła co miała do zrobienia i powiedziała co miała do powiedzenia; mogła więc zaprowadzić całe zgromadzenie do pokoju, w którym złożono rannego. Sytuacja w pokoju była co najmniej zaskakująca... bo z ewidentnym morderstwem w świątynnym lazarecie nie spotykano nie często, a już na pewno w Silverymoon było to zdarzenie niecodzienne. Zmysły Igana zadziałały błyskawicznie oceniając zarówno zaistniałą sytuację, jak i to co działo się za oknem. Cokolwiek się działo za oknem mogło być tylko zasłoną dymną dla morderstwa. Zabójcy oczywiście mogło już dawno w pokoju nie być, ale...

Omiótł wzrokiem pokój – zgodnie ze słowami kapłanki pomieszczenie przeznaczone było dla chorych specjalnej troski. Łóżko na środku pokoju zapewniało łatwy dostęp nawet dla kilku leczących czy opatrujących. Drugie łóżko zapewniało jakiś komfort dla całodobowej opieki czuwającej przy chorym. Resztę wyposażenia również podporządkowano celowi ratowania życia. Nie było możliwości, aby ktoś zostawił otwarte okno, ale równie nietypowe było zniknięcie kapłanek, który miały nocną służbę. Czy były jakoś zamieszane w całą sprawę? Należało dokładnie przeszukać świątynię.

*****

Kiedy Yllaatris wybiegła z pomieszczenia prawie poszturchując zamarłą z przerażenia siostrę Gadatliwą, a Rhistel zajął miejsce przy oknie, blokując je tym samym i uniemożliwiając ewentualną ucieczkę; Igan podszedł do łóżka i dotknął krwawej plamy. Krew nie była już wilgotna zaczynała się kleić, jednak z drugiej srtony było dość ciepło i to mogło wydatnie przyspieszyć wysychanie... Jakiekolwiek dokładniejsze ustalenie czasu zgonu było niemożliwe, przynajmniej nie dla chłopaka. Chwilę później sprawdził, czy drugi z mężczyzn faktycznie śpi. Oddech był płytki, ale miarowy, co bardziej przypominało jakiś letarg niż normalny sen, ale przynajmniej żył.
Sytuacja rozwijała się wyraźnie w kierunku podjęcia walki i rozwiązania sytuacji za oknem. Igan uznał, że są inni, którzy mogą się wykazać, zresztą nie miał przy sobie całej broni. Część z wyposażenia pozostawił w „Krogulcu” uznając, że pojawianie się na spotkaniu z nieznajomymi w pełnym rynsztunku może być opacznie zrozumiane i przede wszystkim za dużo może powiedzieć o nim samym i profesji, którą się para. Po spotkaniu nie miał zaś sposobności na doposażenie się... Miał więc tylko zbroję i sztylet; karwasze i główna broń pozostały w karczmie. Najwidoczniej pora zacząć zakładać, ze za każdym rogiem i w każdym cieniu kryje się skrytobójca... Pokój nie dawał praktycznych możliwości ukrycia się – należało więc założyć, że morderca już się ulotnił...

Igan podszedł do wyraźnie wstrząśniętej kapłanki i chwycił ją mocno za ramiona. Potrząsnął nią kilkakrotnie i kiedy zwróciła w końcu na niego mętny wzrok zapytał:
- Czy zabito kupca? - Miał bowiem w pamięci jej słowa o przenoszeniu rannych, aby rodzina miała lepszy dostęp. Było więc prawdopodobne, że chorych nie przenoszono z powrotem – bo i po co? To dawało szansę, że zabójca nie znał swej ofiary i założył, że leżące obok łóżka rzeczy należą do znajdującego się w nim mężczyzny... Kobieta jednak zupełnie nie zwróciła uwagi na pytanie i z powrotem zaczęła przyglądać się zamordowanemu. Wypchnął ją stanowczo, acz delikatnie na korytarz i zapytał: O czym mmówił mężczyzna, ten zznajomy siostry Unaatris, kiedy ggo wczoraj pprzyniesiono?
- Y... Ja... Bo...
- To ważne. O cczym majaczył?
- O jakichś skrzydłach... o czerni... że coś go zaskoczyło... - kapłanka ogólnie była średnio przytomna i Igan przez dłuższą chwilę zastanawiał się czy po prostu nie dać jej w twarz, dla ocucenia – Mówił o strasznych, czerwonych oczach, i o nietoperzach...

Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że faktycznie te brednie są stekiem bzdur, wymyślonych w malignie przez chory umysł, ale parający się czarną magią często używali tego typu atrybutów, a przywołane bestie z reguły miały czerwone ślepia... Oczywiście musiałby to potwierdzić ktoś bardziej w tym obeznany...

- Czy zabito kkupca? - ponowił pytanie patrząc w jej oczy. Oczy, które wezbrały nagle łzami, skinęła niemo na potwierdzenie.

- Siostro! - potrząsnął kobietą znowu – Jest ważne, abyś była skkoncentrowana! Chorzy ppotrzebują opieki! - spojrzał jej w oczy nadając głosowi ton miękki, ale równocześnie bardzo stanowczy – My się tym zajmiemy. Rrozumiesz? Musisz zawiadomić straż miejską a ppotem zająć się chhorymi.
- Ale, ja... to się nigdy nie zdarzyło! to strasz... - palce Igana z głośnym plaskiem wylądowały na twarzy kapłanki
- Ogarnij się kkobieto! Lament tu nic nie pommoże...
- Ale... Nigdy nic takiego...
- Co z chorym, kiedy będzie mmożna z nim pporozmawiać? Jakie leki zassttosowano? - zmienił temat chcąc sprowadzić jej umysł na inne tory i zmusić do logicznego funkcjonowania.
- Porozmawiać? - odparła nieco przytomniej, niezależnie czy przez policzek czy przez to, że sprawy zaczynały dotyczyć dziedziny, na której najlepiej się znała. - Chory musiał otrzymywać ściśle określone dawki leku w ściśle określonych okresach czasu... Jeżeli przerwano leczenie to trzeba oczyścić organizm i rozpocząć je ponownie. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze to najwcześniej za kilka dni... Wielki Partonie! Coś takiego! Inni chorzy nie są bezpieczni. Trzeba... - pozostawiła Igana na korytarzu i pobiegła z powrotem do głównej sali lazaretu.

Bitka zmierzała najwidoczniej do oczekiwanego końca i za kilka minut powinno być po wszystkim. Całe to zamieszanie oczywiście w niczym nie rozwiązywało sprawy w pokoju. To, że morderca się pomylił i zabito niewłaściwego człowieka było zdarzeniem równie szczęśliwym co dającym do myślenia. Druid musiał widzieć coś, co ktoś chciał bardzo ukryć i utrzymać w tajemnicy. Znaczyło również, że przeciwnik, kimkolwiek był, nie miał skrupułów przed wsadzeniem komuś noża w serce. Osobną sprawą było również zniknięcie kapłanki, a właściwie, jak wynikało ze słów siostry Gadatliwej – nawet dwu... Wypadało dokładnie przeszukać świątynię – oczywiście licząc na to, że nie znajdzie się kolejnego trupa. Mimo tego, że kolejny trup przynajmniej rozwiązywałby sprawę ewentualnego związku kogoś ze świątyni z morderstwem. Rozglądając się po pokoju i korytarzu w poszukiwaniu ewentualnych przeoczonych wcześniej śladów Igan zwracał również uwagę na rozwój sytuacji na polu bitwy, w razie gdyby sprawy potoczyły się bardzo źle...

Mizzrym

- Aaaah! – kobiecy krzyk odbił się echem po obolałej głowie. Mroczki przesłaniały mu widok pozwalając zauważyć jedynie zarys jakiegoś niewysokiego budynku, być może jakiejś kamienicy. Z trudem podniósł się i powoli ruszył w stronę niewysokiego ogrodzenia. Wspomnienia ubiegłego wieczoru przemknęły mu przez głowę w kilka chwil. Pamiętał jak opuszczał wczorajsze spotkanie…Wychodząc nadal gryzła go jedna myśl – Alton – gdzie go spotkał a co ważniejsze jaki ów jegomość miał interes w całej zaistniałej sytuacji… Mimo wszystko jednej rzeczy mógł być pewien, na tym etapie nie powinni wykluczać żadnej ewentualności… później podszedł do kontuaru i skinął na Jana witając się z nim i przekazując pozdrowienia od…teraz przed oczyma w obolałej głowie pojawił się obraz wczorajszych wydarzeń…



- Witaj Janie. Najlepsze życzenia od Houna – elf uśmiechnął się salutując jednocześnie.
- Ho Ho Ho!!! Stary piernik już się nie pokwapił w odwiedziny – Dwa Topory podsunął kubek wina pod nos Mizzryma.
- Niestety nie tym razem, twoje opowieści będą musiały jeszcze trochę poczekać – przechylił kubek – swoją drogą czy mogę mieć do Ciebie prośbę? – brodacz skinął głową – zostaw proszę miskę mleka w moim pokoju i uchylone okno – wypił ostatni łyk i odstawił kubek. Jan tylko się uśmiechnął i wrócił do swoich zajęć. Pamiętał nawet smak wina…było pyszne, dostojne i urzekające o niepowtarzalnym bukiecie zapachowym i aksamitnym smaku, prawdopodobnie pochodziło z okolic Sespech. „Cholera Sespech…wiec to o to chodziło, jak mogłem zapomnieć”. Obraz smukłego młodzieńca o śniadej cerze i związanych białą wstążką kruczoczarnych włosach…szyty na miarę płaszcz z metalowymi okuciami i wysadzany niewielkimi kamieniami koszyk rapiera trzymanego w lewej ręce…Lewej ręce którą Mizzrym złamał kilka lat temu. Rzeczywiście Houn kiedyś wspominał mu że młody Wisdbrom od czasu kiedy został zmuszony do opuszczenia Waterdeep, parał się dziwnymi zajęciami stąd ich spotkanie na Smoczym Morzu. Znów przed oczyma stanął kolejny obraz…trójmasztowiec nadpływający od nawietrznej, białe żagle i bandera, piracka bandera przedstawiająca krwistoczerwonego umrzyka.


Później w wspomnieniach pojawia się luka…prawdopodobnie szukał któregoś z towarzyszy…coś szarpnęło go za kieszeń, odruchowo złapał kogoś za dłoń…odwrócił wzrok i spojrzał prosto na młode przerażone dziecko…nie to była niziołka
- Jaaa…jaaa tylko miałam…nie bij prosze – patrzyła olbrzymimi zielonymi oczyma…dała mu kawałek pergaminu…Mizzrym sięgnął teraz do kieszeni i mętnym wzrokiem z trudem odczytał wiadomość

„Wejdziesz w posiadanie czegoś co mnie interesuje i nie jest to rzecz której się spodziewasz. Jeżeli chcesz jeszcze pogadać z staruszkiem w waszym Rozbujanym Koniku radzę Ci nie stracić szansy.

A.E.”


Kolejne wspomnienie…Mizzrym zerwał się i wybiegł na ulice. Niewielka postać właśnie skręcała w boczną uliczkę kilkanaście metrów dalej…rozejrzał się dookoła i puścił biegiem w dół ulicy. Chwilę przed zaułkiem zwolnił i wtopił się w cień jednocześnie zerkając za róg. Pusto. Ruszył powoli wiedząc że teraz pośpiech i hałas nie będą pomocne. Coś poruszyło się kilka metrów dalej po prawej stronie wąskiej uliczki. Półdrow zatrzymał się i ugiął lekko kolana obniżając swoją pozycje tym samym dając sobie szanse na szybki ruch w razie potrzeby. Coś świsnęło koło jego prawego ucha mijając je o kilka cali, odruchowo skoczył przed siebie i obracając w powietrzu tułów wyciągnął sztylet zza paska pod lewą ręką. Przed nim w miejscu gdzie przed chwilą został ”zaatakowany” kłębiła się chmura popiołu.
- Widzę że dostałeś moja wiadomość – odezwał się męski, całkowicie pozbawiony uczuć głos.
- Czego chcesz? – Mizzrym rozglądał się czy mężczyzna jest sam. Chmura popiołu powoli zaczęła opadać. W tym samym momencie ktoś oplótł go ramieniem wokół szyi przystawiając mu czubek ostrza do policzka.
- Myślałem że będzie z Tobą więcej zabawy – głos szepnął mu do ucha – Poznajesz to ostrze, prawda? – zakrzywione czarne ostrze zdobione krwistoczerwonymi runami obróciło się w reku mężczyzny zostawiając w powietrzu ślad popiołu. To był Szpon Charona. Sztylet o którym tak ochoczo rozmawiał ostatnio Houn.
- Tak poznaje. A teraz gadaj do czego chcesz wykorzystać eliksir.
- Ha – mężczyzna parsknął – eliksir? Głupcze myślisz że interesuje mnie jakiś wywar ukręcony przez tą wiedźmę? Powinieneś wiedzieć że poza nekromancją brzydzę się również transmutacją a podobno ten wasz złoty flakonik śmierdzi transmutacją na mile.
- Wiec czego do cholery chcesz – elf był zdezorientowany.
- Przysługi…dowiesz się w swoim czasie…
- Taa..a co ja będę z tego miał – Mizzrym próbował zagrać na zwłokę i znaleźć sposób na wyjście z całej tej sytuacji
- Mroczne elfy…ech…chyba nigdy nie przestaniecie mnie zadziwiać. Nawet z nożem na gardle będziecie się targować, zupełnie jak byś miał wybór – mężczyzna cmoknął wymownie ustami w tym samym momencie zwalniając uchwyt na szyi…i…waląc z całej siły w potylice

AAAH!!! - wrzask nieziemski. Ryk, krzyk przenikający powietrze ściągnął go z powrotem na ziemię. Dostrzegł przed sobą leżącą na ziemi młodą dziewczynę, zaraz obok niej leżał jakiś zwalisty mężczyzna i dwóch typów zwróconych do niego plecami którzy nie wyglądali raczej na zagorzałych wyznawców jakiegokolwiek bóstwa. Finezyjnie przeskoczył metrowy mur okalający ogród, wylądował po drugiej stronie wykonując przewrót w czasie którego dobył sztylet. Od całego zajścia dzieliło go może pięć kroków gdy jeden z oprychów obrócił się w jego stronę. Mizzrym skrócił dystans doskakując do oszołomionego przeciwnika, obniżył pozycje tnąc mężczyznę po zewnętrznej stronie kolana zmuszając go tym samym do przykucnięcia, kątem oka dostrzegł jak drugi z oprychów dobywa krótkiego przyrdzewiałego gladiusa. Obrócił się na pięcie i wyprowadził uderzenie łokciem w splot słoneczny rannego przeciwnika drugą dłonią chwycił go za kryształowy kolczyk w lewym uchu wyrywając go razem z kawałkiem skóry. Uderzenie w splot wypompowało całe powietrze z płuc oprycha który teraz dusząc się zwinął się na ziemi trzymając oboma dłońmi zakrwawione ucho. Kupiony czas Mizzrym wykorzystał na doskoczenie do leżącej dziewczyny stając przodem do rywali. Miał nadzieje że sylwetka tego mnicha – Marca z tego co pamiętał – nie była tylko tworem jego wyobraźni i migreny po wczorajszym uderzeniu. Wysunął przed siebie sztylet i zaklął w ojczystym języku podziemi uśmiechając się do osłupiałego rzezimieszka z gladiusem w ręku. Na nieszczęście jego towarzysz odzyskał dech i powoli zbierał się z ziemi...
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny
Efcia jest offline  
Stary 24-08-2010, 13:38   #3
 
Efcia's Avatar
 
Cohen

Kenneth uniósł się na łokciu i spojrzał mało przytomnie na drzwi.
~ Czego ona tu chce… ~ zastanawiał się, zwlekając się z łóżka i idąc do drzwi. Po drodze wziął sztylet i schował go za plecami.
- No w końcu! Ile można czekać! Fuj, śmierdzi od ciebie. Ogoliłbyś się, wyglądasz jak pół dupy zza krzaka. – Effie wbiła się do pokoju.
Wyjrzał za drzwi i rozejrzał po korytarzu.
- Ty też ślicznie wyglądasz. – odpowiedział, zamykając drzwi. - Przyszłaś w jakimś konkretnym celu, czy wreszcie przekonałem cię, żebyś poszła ze mną do łóżka? - odłożył sztylet na szafkę, biorąc w zamian butelkę, którą osuszył do dna, po czym odrzucił w kąt pokoju.
- No tak, i nawet się nie podzielisz. A żeby pójść z Tobą do łóżka musiałbyś mnie chyba najpierw schlać do nieprzytomności. Z resztą ja nie po to tutaj. Tatko mówił, że rozmawiał z Tobą w nocy. Podobno pytałeś o tych ludzi pod domem di Grizzów?
- A co? Już ich wszystkich zgwałciłaś?
- Nie, zostawiłam ich dla Ciebie. Pewnie nawet facetom nie przepuścisz. To jak, jesteś zainteresowany kilkoma informacjami o nich?
Usiadł na łóżku, potarł twarz rękoma i spojrzał na nią. Nadal tu była.
- Dawaj, co masz.
Zaczęła się śmiać.
- Jeśli myślisz że przekażę ci je bezinteresownie, to chyba się jeszcze nie obudziłeś! Najpierw musisz coś dla mnie zrobić. Ale nie przejmuj się, nie zajmie ci to pewnie dłużej jak godzinę czy dwie.
Zaklął. Sklął ją.
- Czego chcesz? Znowu mam oszpecić jakiegoś fircyka, który ci nie dał albo puknąć czyjąś siostrę bądź matkę?
- Chciałabym żebyś odebrał od pewnego kolesia coś, co należy do mnie, a niestety nie chce mi tego oddać. Chodzi o wisiorek w kształcie róży. Co ty na to?
- Gdybym miał wybór, to wykopałbym cię stąd już pięć minut temu. Kto, gdzie i dlaczego nie może tego zrobić pierwszy lepszy zbir, tylko przyłazisz z tym do mnie?
- Bo Ty zrobisz to dla mnie nie za pieniądze, ale za informacje, więc nic mnie to nie kosztuje. Poza tym wiem że aż pałasz chęcią wyświadczenia mi przysługi - puściła do Kennetha oczko. - Facet nazywa się Zendis Talltower, niski, ciemne włosy i oczy, dobrze ubrany. Można go znaleźć w karczmie "Złote skrzydła", gdzie obecnie pomieszkuje, na wschodzie miasta. Ostatnio, gdy widziałam ten wisiorek, a było to wczoraj rano, wkładał go do brązowej sakiewki przy pasku.
- Niech cię cholera, kobieto. - powiedział zrezygnowany. Wstał, założył koszulę i kurtkę, zapiął pas z mieczem, schował sztylet do cholewy lewego buta i ruszył do drzwi.
- Jeśli chcesz tutaj poczekać, to przydaj się do czegoś i trochę posprzątaj. - rzucił, wychodząc. Rozległo się przekleństwo i brzęk szkła, gdy o zamknięte w ostatniej chwili drzwi roztrzaskała się butelka.
Kenneth zarechotał i zszedł po schodach do głównej sali.

„Złote skrzydła” były okazałą, dwupiętrową kamienicą. Lokal powyżej przeciętnej, odwiedzany raczej przez wyższą klasę średnią. Kenneth nie lubił takich miejsc, gdyż stosunek cen do jakości serwowanych produktów był absurdalny, a atmosfera niemożliwie snobistyczna.
Przeszedł przez salę, wypatrując szukanego przez siebie osobnika. Zauważył go siedzącego samotnie przy stoliku w rogu. Wyglądał na bardzo młodego, dopiero co sypnął mu się zarost.
- Zendis Talltower? – zapytał, przysiadając się.
- Owszem. A pan jest…? – odpowiedział, obrzucając Kennetha krytycznym spojrzeniem. Ocena nie wypadła chyba najlepiej, bo wydął pogardliwie wargi.
- Kenneth Ramsay. Przysłała mnie nasza wspólna znajoma.
Talltower uniósł niedowierzająco brew.
- Podobno masz coś, co należy do niej.
Młodzik zbladł raptownie.
- Więc teraz nasyła na mnie płatnych zbirów? – próbował udawać wyniosłe lekceważenie, ale głos mu drżał. – Wisiorek należy do mnie! Ta wariatka nie ma do niego żadnych praw!
- Cóż, wariatka twierdzi, że owszem, ma. A potrafi być cholernie przekonująca.
- Wygrałem go w uczciwym zakładzie! To kradzież! – teraz próbował udawać oburzenie.
- Ciszej, nie chcesz przecież budzić… niezdrowej sensacji. Prawda? To znaczy, że masz zamknąć mordę. – warknął, gdy gówniarz znowu otwierał usta.
- To nie kradzież, tylko drobne nieporozumienie w kwestii prawa własności. Które można polubownie rozwiązać, czyż nie? Oto więc rozwiązanie: ty mi oddajesz bibelot, a w zamian możesz zatrzymać swoje zęby. Co ty na to?
- Grozisz mi? – Talltower spróbował po raz ostatni, ale teraz trząsł się już cały, więc efekt był żaden.
- Jak najbardziej. - odparł Kenneth. – Naszyjnik proszę, albo zaraz cię stąd wywlokę i dokończymy rozmowę w znacznie mniej przyjemnym miejscu.
Młodzieniec odpasał niewielką sakiewkę i podał Ramsayowi. Ten wziął ją, sprawdził zawartość i schował do kieszeni.
- Dam ci radę, dzieciaku. Trzymaj się z dala od ludzi takich jak Effie Hawkwood. Sam widzisz, do czego to prowadzi. – powiedział do roztrzęsionego Talltowera, po czym wstał i wyszedł z karczmy.

Sakiewka wylądowała na stole ze stłumionym, metalicznym brzękiem.
- Twój fant. Sądziłem, że masz lepszy gust. – powiedział, patrząc jak mieszek znika gdzieś w fałdach ubrania Effie.
Zauważyła jego spojrzenie. Uśmiechnęła się. Miała niesamowity uśmiech, jednocześnie uroczy i złośliwy. Uwielbiał go. A ona o tym wiedziała.
- A teraz twoja nagroda. – jej usta wykrzywił złośliwy grymas. - Ogólnie, ostatnio w mieście były trzy grupy najemników. Pierwsza była w Silverymoon pięć dni, a było to dwa tygodnie temu. Za dowódcę mieli takiego rosłego faceta, wyglądał jak barbarzyńca z plemion północy. Głównie ludzie, ale był też wśród nich krasnolud. Był także jakiś kapłan czy czarodziej. Mieszkali w karczmie "Bawole pole", sporo pili i hałasowali, jak na najemników przystało.
Druga grupka była tu tylko jeden dzień, ale narobili szkód. To było w "Dubeltowym piwsku", zdaje się, że nawet się bili ze strażnikami. Musieli uciekać przez to z miasta. Sami ludzie, mieli czarodzieja lub dwóch. Na pewno do miasta nie zostaną już wpuszczeni. To było przeszło tydzień temu.
Trzecia grupa najemników była tu aż dwa tygodnie, ledwie kilka dni temu opuścili miasto. Za dowódcę mieli babeczkę i była to bardzo dobrze zorganizowana kompania, a nie zwykłe pijaczyny. Od czasu do czasu ci żołdacy wyjeżdżali na kilka dni, po czym wracali. O dziwo nie szukali zleceń. Część z nich można spotkać w okolicach miasta.
To wszystko co wiem, ale tatko wysłał już kogoś by sprawdzili tych najemników koło posiadłości di Grizz. Jednak to może potrwać. Niestety nie wiem z kim są powiązani, tego dowie się mój ojciec i da ci znać.
Kenneth milczał dłuższą chwilę. Spodziewał się czegoś bardziej przydatnego. Jak widać Effie znowu się nim posłużyła, żeby posprzątać swoje brudy, udając, że da mu coś w zamian.
- Świetnie. – powiedział wreszcie. – Gdybyś zmieniła zdanie co do mojej propozycji, wiesz gdzie mnie szukać.

Po opuszczeniu karczmy, udał się do szpitalu Ilmatera. Nie sądził, żeby jego towarzysze przeżywali tam jakąś pasjonującą przygodę, ale skoro i tak nie miał nic do roboty, równie dobrze mógł powkurzać pryncypialnych i sztywnych ilmaterytów. No i przy okazji sprawdzić, czego dowiedziała się reszta.

Aschaar

Wyglądało na to, że walka zakończyła się spektakularnym wrzuceniem jednego z napastników przez okno do pokoju, w którym kurował się driud. ~Widowiskowe~ skomentował w myślach Igan mając w końcu sposobność podejścia do okna, tak aby nie przepychać się i nie przeszkadzać... Rhistel wyskoczył zresztą na zewnątrz i przyglądał się pokonanym. Igan mógł zaś przyjrzeć się samemu oknu, a przede wszystkim okiennicom. Solidne kawały drewna jakim były okiennice nie nosiły najmniejszych nawet śladów grzebania przy zamku, czy innego używania siły. To pozostawiało dwie możliwości – ktoś celowo zostawił je otwarte lub zostawił je otwarte przez nieuwagę. Ciężko było przypuszczać, że doświadczona kapłanka, doskonale wiedząca z jakimi terenami sąsiaduje świątynia pozostawiła okiennice niezamknięte przez nieuwagę... Choć jeszcze trudniejszym wydawało się zrozumienie dlaczego siostra Unaatris miałaby pomagać zamachowcy... ~To wszystko nie ma sensu~ pomyślał przykrywając zwłoki nowym prześcieradłem. Teraz wypadałoby się zabrać za przeszukanie... Igan miał nadzieję, że coś to da...


W pokoju pojawiła się siostra Margane dość szybko przywołana do okna głośnym krzykem mężczyzny, który w międzyczasie przytargał zwłoki pod okno. ~Krzycz głośniej, nie wszyscy w okolicy jeszcze wiedzą, że jest tu przedstawienie~ przemknęło przez głowę Igana. W pokoju pojawiła się również ponownie siostra Gadatliwa; najwidoczniej odzyskała już spokój ducha, a przynajmniej stan na tyle stabilny, że dwie krótkie informacje: „kapłanka Sune zajmuje się poszkodowanymi” oraz „wydaje się, że trzeba sprawdzić pomieszczenia świątynne” ubrała w kilkunastominutową tyradę, którą chłopak wziął na siebie... Igan ledwie zdążył zasugerować, że pomoc zapewne byłaby przydatną; a już siostra Gadatliwa złapała wiatr w żagle prześlizgując się kolejno przez podziękowania, dywagacje, czy jest to wskazane, bo w zasadzie nikt obcy nie powinien poruszać się bez opieki po terenie świątyni; usprawiedliwienie, bo sytuacja jest wyjątkowa; powrót – nigdy nic takiego tutaj się nie wydarzyło; kolejne to straszne oraz co powiedzieć rodzinie; finanse – czy dalej rodzina zmarłego dobrodzieja będzie skora do łożenia na tacę; pouczenie, że chorych nie należy denerwować i zachowywać się cicho; informację, że cześć pomieszczeń jest zamknięta, ale zostanie sprawdzona przez kapłanki. Po wszystkim zapytała:
- Czy wszystko jest jasne?
- Ooczywiście – odparł chłopak obawiając się rozwinąć wypowiedź i spowodować kolejny wodospad słów. Siostra Gadatliwa jednak wydawała się usatysfakcjonowana odpowiedzią i odeszła do swoich zajęć razem z drugą kapłanką.
Podzielna uwaga chłopaka wyłapała niestety tylko końcówkę rozmowy - zdanie o przesłuchaniu, ale skoro bandzior był związany i nieprzytomny mogło to poczekać:
- Ppowinniśmy także przeszukać ccały kompleks świątynnny. On jjest chwhilowo niegroźny i może ppoczekać; chyba, że kttoś chce go specjalnie cucić... Zaglądanie w kkażdy kąt klasztoru może nie jjest najciekawszym zajjęciem, ale te okiennnice ktoś zostawił ottwarte celowo, a jedna z kkapłanek zniknęła... Pproponuję się jakoś ppodzielić – ja wezmę piwnice, wam zzostawiając parter i ppoddasze. - Nie czekając na potwierdzenie, czy narzekania Igan wyszedł z pokoju. On sam do zadawania pytań i tak się nie nadawał, choć do przesłuchiwania jak najbardziej...

*****


Lata pracy w „tym zawodzie” wyrabiały w człowieku swoisty szósty zmysł przestrzenny. Igan był tutaj po raz pierwszy w życiu; widział budynek tylko z zewnątrz; przeszedł raz z kapłanką prowadzony do łoża chorego... Jednak jakaś część jego umysłu zdołała zbudować plan całej świątyni. Plan, może nie idealny, ale wystarczający w zupełności. Teraz też szedł do pierwszego zejścia do piwnicy – celowo wybrał przejście przez otwartą największą salę. Tutaj nie było gdzie się ukryć, czy nawet przejść niezauważonym, więc można było założyć, ze nic się tu nie stało. Gdy tylko znalazł się za drzwiami, w korytarzu zaczął sprawdzać wszystkie pomieszczenia na swojej drodze. Nie miał żadnej pewności, że reszta go posłucha, ani tym bardziej, że będą wiedzieli jak szukać; no może z wyjątkiem panny detektyw... Piwnica była najbardziej podejrzanym, jeżeli można użyć tego określenia, miejscem. Z jednej strony niewiele osób chodziło do piwnic, z drugiej zdecydowanie łatwiej jest coś – na przykład trupa – zrzucać po schodach niż ciągnąć na strych.

Czas niepostrzeżenie płynął. Dokładne przeszukanie zajmowało niestety kilka minut na każde pomieszczenie. Niestety Igan niczego nie znalazł. Piwnice wyglądały nawet na nieużywane specjalnie mocno; w niektórych miejscach chłopak omijał nawet sporej wielkości pajęczyny majestatycznie rozciągnięte pomiędzy ścianami, czy zwisające z sufitu. Ktoś mniej zręczny, spieszący się, niosący lub ciągnący coś musiałby je pozrywać... ~Co tu do diaska zaszło?~ zastanawiał się wchodząc ja parter po kilkudziesięciu minutach oddychania zatęchłym powietrzem.
Przeszedł resztę pomieszczeń parteru i wszedł na chwilę poddasze – równie słabo użytkowane co piwnica. Chwilę później Igan znalazł się na wewnętrznym dziedzińcu i spojrzał na budynek świątynny...


Przy użyciu liny z hakiem i sporej zręczności dach nie był jakimś wielkim wyzwaniem, ale... chodziło o kapłankę. Dlaczego zniknęła? I kiedy zniknęła? Czy umożliwiła, a może nawet pomogła zabójcy?

Spoglądając na południowe słońce Igan przez chwilę myślał, że kapłanki w ogóle nie było, znaczy, że zabójca użył czaru, aby przybrać jej postać już wieczorem... To jednak stało w sprzeczności z faktem, że zabójca się pomylił – musiał nie znać ofiary... Gdzieś w tym całym ciągu zdarzeń jakie zaszły poprzedniego wieczoru i w nocy coś się nie zgadzało. Coś denerwowało Igana i nie dawało mu spokoju...

Druid został dostarczony do świątyni w stanie ciężkim i na dodatek zabójca go nie śledził w drodze, gdyż inaczej by się nie pomylił... Źle! Zabójca mógł go śledzić – znał jego szaty i dlatego właśnie szatami kierował się przy zabójstwie. Dobrze, cel jest w środku, zabójca jest na zewnątrz i co dalej? ~Co ja bym zrobił?~ pomyślał i po jego twarzy przeleciał niebezpieczny uśmiech. Jasne... Zabójca czeka jednocześnie szukając okazji na dostanie się do środka. Włamanie jest ostatecznością – zawsze mogą pozostać jakieś ślady i nigdy nie wiadomo na jakie pomieszczenie się trafi, a nie ma czasu na dokładne badanie i oględziny... Nożownik mógł nawet wykorzystać wejście rodziny kupca – skoro było to więcej osób, to po prostu wszedł. Kapłanka uznała, że to ktoś z rodziny, a rodzina się tym nie interesowała; bo w końcu czy to ich interes kogo kapłanki wpuszczają? Myśleli zresztą o stanie zdrowia chorego, a nie o jakiejś dodatkowej personie... Zabójca po wejściu musiał odłączyć się od grupy i gdzieś ukryć. Kiedy wszystko ucichło – odnalazł rzeczy druida i zabił mężczyznę w łóżku nie mając pojęcia o tym, że to nie ta osoba. Potem wystarczyło otworzyć okiennice i uciec na zewnątrz nie pozostawiając żadnych śladów... Dla pewności wszelkiej można było by szukać śladów pod oknem, ale w tej chwili, kiedy przetoczył się tam cały tabun ludzi, a nawet leżały zwłoki – nie miało to żadnego, większego sensu... Ta teoria nie tłumaczyła zniknięcia kapłanki... Prawie nie tłumaczyła. Ciało kobiety spokojnie można było wyrzucić przez okno na dwór i wynieść do rzeki... ~Czysta robota. Brak broni, brak śladów, brak świadków. Trup jest.~


Dla własnego spokoju Igan przeszukał wewnętrzny dziedziniec, ale nie dało to żadnych śladów czy nowych tropów. Co w zasadzie tylko potwierdzało teorię, którą wymyślił. Panna Blaumond pojawiła się na wewnętrznym dziedzińcu prawie dokładnie w tej samej chwili co Lady Yllaatris w towarzystwie Mizzyma, któremu założono już opatrunek. Gdy wszyscy zebrali się w jednym miejscu Igan powiedział:

- Przeszukanie świątyni nie dało żadnych śladów, przynajmniej ja nic nie znalazłem. Pozwala to żywić nadzieję, że siostra Unaatris żyje, ale ja ossobiście w to nie wierzę. Wydaje mi się, że wiem w jaki sposób zabójca dostał się do środka, nie pomoże to w jego złapaniu, jednak Unaatris nie pomagała zabójcy. Z druidem nie można będzie rozmawiać przez najbliższe dni, co trochę komplikuje nasze plany... Czym powinniśmy się zająć teraz? - zapytał przecierając oczy jakby ze zmęczenia. Kapłanka Sune wyglądała na niewyspaną... Z pytaniem o rodzinę Cartera postanowił poczekać... chwilę. - Jjak przesłuchanie? - dodał spoglądając na Amblecrowna.

Efcia

Yllaatris nie miała już ochoty roztrząsać wyroków boskich. Nawet zdołała się powstrzymać przed kąśliwymi uwagami pod adresem młodej kapłanki Ilmatera. Cierpliwie więc czekała na godzinę ósmą gdy to bramy świątyni zostaną otwarte dla wszystkich.
Wreszcie nadeszła godzina spotkania. Pojawili się niemal wszyscy.
-Czyżby to też były boksie wyroki??
Nad tym też nie miała ochoty się pochylać.
-Widocznie mają co innego, ważniejszego do roboty. - Yllaatris szła przodem, jako że doskonale znała rozkład świątyni i szpitala, w końcu nie jeden raz tu tędy przechodziła.
Spotkanie z siostrą Margane potwierdziło, to czego kapłanka Sune była pewna, nawet wbrew zapienieniom młodziutkiej służki Ilmatera. Unaatris była w świątyni.
Niestety, w sali dla specjalnych chorych jej nie było. Był za to trup. Trup w świątyni Ilmatera może i był czymś normalnym. Ale ofiara morderstwa już nie. Yllaatris stała przez chwilę wpatrzona w krwawą palnę na kołdrze. Właściwie to się tempo gapiła. Dopiero dziki wrzask, coś miedzy krzykiem obdzieranego żywcem ze skóry człowieka,a rykiem opętanego wyrwał ją z tego stanu apatii.
Wiedziona najzwyklejszym zaciekawieniem wyjrzała więc przez okno, dopiero później dotarło do niej, że okno owo nie powinno w ogóle być otwarte.
Jako, że mnich, Marcus, zajmował je całe, Yllaatris wsparłszy się jedną ręką na jego ramieniu, drugą o framugę okna, wspięła się na palce, by lepiej widzieć.
Przedstawienie dopiero się rozpoczynało, jednakże scena finałowa nie zdąży przyćmić tej z aktu pierwszego. Zwijający się z bólu, pozbawiony przyrodzenia napastnik i dwóch innych, zdrowych, nie wróżyło dziewczynie dobrze.
Yllaatris, podwinąwszy płaszcz, ruszyła biegiem do bram świątynnych.
- Thokas!! Thokas!! - Darła się wniebogłosy, nie zwracając uwagi na chorych.

Po krótkiej chwili pojawiła się z mężczyzną w sile wieku.



Kapłanka już w biegu zdążyła nakreślić mu całą sytuację. Wojownik jednym susem przesadził okno. Jednakże było już po wszystkim i jego pomoc okazała się zbędna.
Yllaatris posadziła swoje cztery litery na parapecie, przerzuciła nogi na druga stronę.
- Thokas, pomóż mi zjeść. - Rzuciła do wojownika i spokojnie poczekała aż ten, chwyciwszy ją najpierw w talii, postawi ją na ziemi.
Kapłanka Sune podeszła do dziewczyny. Mijając wykrwawiającego się właśnie gwałciciela rzuciła mu z odrazę
- Chytry dwa razy traci.
Objęła ramieniem wystraszoną ofiarę i zaczęła ja uspokajać.

- Czy oni...?? Czy oni coś ci zrobili?? Po za tym?? - Kapłanka wskazała na rozdartą sukienkę.
Dziewczyna łkając pokręciła głową. - Oni chcieli, chcieli, ale ... ale nie ... dziękuję ... - Rozryczała się.
Yllaatris przytuliła ją jeszcze mocniej.
- Już dobrze dziecko. Już po wszystkim. - Pogłaskała ją po krótkich włosach. - Wypłacz się.
Z wtuloną w swoje ramię ofiarą zaczęła rozglądać się dookoła. Thokas tym czasem związał uśpionego, a następnie wrzucił do sali przez otwarte okno.
Na pobojowisku leżał jeden napastnik załatwiony przez dziewczyną, drugi zabity prze Marcusa i Mizzryma. Niestety drow nie wyszedł z tego obronną ręką. Cięta rana ramienia nie wyglądał najlepiej, było sporo krwi.
Yllaatris, z wtuloną w jej ramię dziewczyną, wzięła głęboki oddech, zamknęła oczy i ze światem wypuściła powietrze z płuc. W myślach zaczęła modlić się do swej patronki prosząc o uzdrowienie drowa. Na kilka sekund oświetlił ją boski nimb Sune, a rany Mizzryma zasklepiły się.
Teraz spokojnie mogła zająć się już dziewczyną. Podprowadziła ją do okna świątyni.
- Jak się nazywasz?? - Spytała łagodnie.
- Eva, Eva Dwa Warkocze. - Odparła cicho dziewczyna. Wprawdzie tych dwóch warkoczy nie miała, pewnie ścięła je jakieś czas temu i odsprzedała jakiemuś fryzjerowi.
- Eva. -Kapłanka powtórzyła. - Ten miły pan. - Wskazała na stojącego nieopodal ochroniarza. - Podniesie cię teraz, żeby pomóc ci wejść do świątyni.
Dziewczyna zaczęła rozglądać się dookoła, zupełnie jakby chciała uciec. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu przed chwilą trzech bandytów chciało ją zgwałcić. W końcu jednak skinęła głową.
- Dobrze. - Po czym szybko dodała. - Czy mogę dostać coś do jedzenia??
- Tak, w świątyni. - Yllaatris zapewniła dziewczynę.

Gdy już Thoksa podsadził dziewczynę i kapłankę, tak by mogły spokojnie wejść, sam wskoczył tam też. Sparwdził następnie czy więzień jest dobrze skrępowany i zwrócił się do Margane.
- Matko Margane, powiadomię straż miejską o zajściu. - Kapłanka kiwnęła mu głową.
Yllaatris natomiast poinformowała gadatliwą kapłankę, że idzie z dziewczyną do kuchni dać jej coś do jedzenia. Niestety uzyskała informację, że w świątyni obecnie są trzy kapłanki, a kobieta zajmująca się kuchnią przyjdzie później. Także sama będzie musiała coś jej zrobić.

Kapłanka Sune ruchem głowy przywołała do ciebie ochroniarza.
- Powiedz, że dostojne kapłanki Margane i Yllaatris pilnie potrzebują pomocy w świątyni Ilmatera. Że dostojne kapłanki mają poważny problem z awanturującym się opryszkiem i biedne kobiety nie mogą sobie poradzić i nic ponad to.

W świątynnej kuchni Yllaatris posadziła dziewczynę za stołem a sam zaczęła przygotowywać dla niej jajecznicę.
- Gdzie twoi rodzice??
- Rodzice? - zdziwiła się. - Gdzieś pewnie są, albo nie ma. Słyszałam, ze każdy ma rodziców. Ale moi nie wiadomo gdzie mieszkają. Zresztą nie znam ich. Matka ojca nie była pewna nigdy, ale kiedyś mi powiedziała nawet, że nie jest moja prawdziwą, to co mogę powiedzieć pani na temat rodziców? Naprawdę nie wiem.
- To gdzie ty dziecko mieszkasz?? - Na oko Yllaatris to jej rozmówczyni wyglądała na 13 może 15 lat.
- Wszędzie tutaj. A co? - Dziewczyna chyba bardziej przyglądała się temu co pichciła dla niej kapłanka.
- Pytam, gdyż chcę wiedzieć czy jest ktoś, kto się tobą opiekuje?? - Pytanie może było trochę naiwne, ale od czegoś konwersację trzeba było zacząć.
Eva spojrzała na kapłankę ze zdziwieniem - Opiekuje, a dlaczego?
- Jeżeli nie pamiętasz, to ci trzej mili panowie usiłowali zrobić ci coś bardzo niemiłego. - Było to infantylne określenie na próbę gwałtu, ale cóż. - Teraz potrzebujesz kogoś, kto cię... kto ci pomoże. - W międzyczasie Yllaatris ponownie zwróciła się w myślach do swej patronki o pomoc. Tym razem chciał aby dziewczyna mówiła prawdę. Żadne jednak boskie światło nie objęło jej tym razem, ale miała pewność, że Sune wysłuchała jej próśb.
- Oni chcieli mnie przelecieć. tutaj to normalne - powiedział niby lekko, ale czuć było gorycz - Tak wiem. Jestem wdzięczna i cieszę się, ze im się nie udało. A co do pomocy, to pewnie, jeżeli miałabym męża, nie potrzebowałabym się bać jakichś dzikusów.
- Czy dzisiejszej nocy byłaś tu w pobliżu świątyni??
- Widziałam? w nocy? Tutaj różni się kręcą. Noc naprawdę jest dobra dla nadrzecza. dla mnie tez. Widziałam różnych tutaj.
- A czy ze świątyni, tym oknem, którym tu dostałyśmy się, ktoś wychodził?? - Kapłanka Sune przełożyła na talerz smażoną jajecznicę z cebulą i skwarkami. Następnie posunęła ją do dziewczyny rozglądając się za chlebem.
- Dobre - zastrzygła uszami wcinając jajka - w nocy? Oknem? Tak, to znaczy tak. ale to było niedaleko przed świtaniem. Wychodziło dwóch mężczyzn i coś dużego wynosili. znaczy, nie widziałam tego, ale tak powiedziała mi Ita. Ale to było nad ranem, nie nocą. dobre. Mogę jeszcze?
Ita?? - Spojrzała pytająco dokładając dziewczynie jeszcze, dokładając jej następną porcję jajecznicy.
- Ita, Ita. Mieszka tam za świątynią, w namiocie. Ona nie śpi w nocy, tylko za dnia. To moja dobra koleżanka, wiesz?
- A ty ich nie widziałaś?? - Położyła przed dziewczyną jeszcze chleb.
- Nie, załatwiałam sobie coś do jedzenia - wyznała. - Ale nie było dobre.
Yllaatris położyła przed dziewczyną złotą monetę.
- Ooo, dziękuję. Jesteś bardzo dobrą kapłanką. Twoja jajecznica także jest dobra - przyznała. - Jeżeli chcesz, mogę zaprowadzić Cię do niej. Ale wieczorem, kiedy będzie ciemno. Bo teraz ona jest ukryta. Głęboko ukryta.
- Dostaniecie drugie tyle, jeżeli twoja koleżanka zachce ze mną szczerze porozmawiać, porozmawiać i odpowie na moje pytania. - Położywszy obie dłonie na stole przy, którym siedziała dziewczyna i spojrzała jej prosto w oczy. - Przyjdę tu wieczorem ze swoim przyjacielem, tym którego już znasz i razem porozmawiamy z Itą.
- Haha. Przyjdź sama. Ja nie wiem, czy Ita będzie chciała rozmawiać, ale bardzo ją poproszę. Ona nas, ona nam pomaga i widzi wiele. A złoto przyda się. Ita da mi, lub komuś innemu. Powiedz, co robisz tutaj? to miło, że pomogliście mi - wzdrygnęła się, jakby powoli zaczynało do niej dochodzić, co mogło się stać. Była dziecinna oraz jednocześnie dorosła.
- Bogowie strzegą tych co się sami strzegą. - Odparła kapłanka lekko filozoficznie. - Ja mam zamiast męża przyjaciela i też się nie muszę bać dzikusów. Wieczorem. Będziemy pod bramą świątyni.
- Dobrze, bądź o zmroku. A skoro tak, to ja się prześpię. Poprosiłabyś siostrę kapłankę, żebym mogła tu zostać trochę?
Yllaatris poczekała aż dziewczyna zje. Następnie wróciły razem do szpitalnej sali. Kapłanka Sune zgodnie z obietnicą zapytała się siostry Margane czy dziewczyna może tu zostać. Była poobijana, więc nie było problemu z pozostawieniem jej w szpitalu.


Kelly


Przeszukanie nic nie dało, a uśpiony mężczyzna budził się wprawdzie od czasu do czasu, ale bełkotał kilka słów i znowu popadał w sen. Zasadniczo dziwne zachowanie, ale oglądający go Rhistel odkrył przyczynę całej sytuacji. Potężna śliwka na lewej skroni, której nabawił się podczas upadku, kiedy niczym worek poleciał na ziemię po czarze. Ten, który pechowo chciał zabawić się z Evą, leżał bezwładny, ten, za którego zabrali się mnich oraz elf, również. Może tylko nekromanta dużej mocy mógłby zmusić obydwu do mówienia, ale żaden z członków drużyny takiej mocy nie posiadał. Zresztą, nekromanci nie są przyjmowani do Harfiarzy, przeważnie zaś ich serca przypominają barwą bezgwiezdną noc.

W całym kompleksie przebywali jedynie chorzy, oni, siostra Margane, nowicjuszka – furtianka oraz siostra seniorka, która często była zapomniana. Siedziała wyłącznie w swoim pokoiku modląc się, poszcząc oraz oddając się wyłącznie swojemu patronowi. Według Margane miała ponad 100 lat i od lat była starą, pomarszczoną kobietą o ciemnej cerze i drżącym głosie. Praktycznie nie odzywała się na tematy inne, niż Ilmater i „jak to dobrze było kiedyś”, a nawet to bardzo rzadko. Ktokolwiek spróbował z nią porozmawiać, odpowiadała mniej więcej:
- Dobrze córuś – przy czym tym słowem odzywała się do wszystkich, bez względu na płeć – tak tak. To miłe, ale za młodych moich lat … hoho. Łaska Ilmatera. Kogoś pobili? Mów, córuś, głośniej. Stara jestem, słabo słyszę. Aaaa, słyszę, słyszę. Rozumiem zabili. Ale – dodała – za moich młodych lat, hoho, wtedy to były zabójstwa, nie takie jak teraz. A niby kto zabił? Aaa, nie zjemy? Czego nie zjemy. Aaa, nie wiemy. Tak, tak, rozumiem, ech, teraz tu już niczego nie wiedzą. Kto tam zginął. Coooooo? Mów głoooooooośniej! Głupiec? Jaki głupiec? Nie głupiec? To co mówisz, ze głupiec? Aaa, kupiec. To mów zwyczajnie, ze kupiec, a nie od razu obrażać zabitego człowieka wyzywając od głupców.

W międzyczasie Yllaatris zdołała uleczyć rannego w starciu Mizzryma, chwilę zaś potem do świątyni zdołał dotrzeć wyspany oraz uśmiechnięty Kenneth Ramsay. Widać cieszył się średnią sympatią kilku osób, bo kilka kosych spojrzeń na powitanie świadczyło, według nich, jednoznacznie o jego postawie. Och, nie żeby wojownik się tym przejmował, ale pewnie tak czy siak spotkałaby go średnio fascynująca rozmowa, gdyby nie nagły hałas na korytarzu. Drużyna w tym czasie siedziała w niewielkim pokoiku przydzielonym im przez siostrę, planując się naradzić oraz zastanowić, co robić dalej. Obok nich leżał półprzytomny, powiązany opryszek najedzona Ewa, której wzrok nagle twardniał, gdy spoglądała na łajdaka, który jeszcze niedawno próbował zrobić jej krzywdę.

Nagły hałas na korytarzu przeniknął przez cienkie, drewniane drzwi.
- Witajcie – dał się słyszeć głos Magere. – Ilmater bardzo boleje nad waszym cierpieniem – dodała autentycznie smutnym tonem. Niewątpliwie należała do tych osób, które mimo gadatliwej natury szczerze przejmują się innymi oraz pragną nieść szczerą pomoc. – Jeżeli możemy coś zrobić, powiedzcie.
- Dziękujemy naprawdę, siostro. Rozumiemy, że niestety, pomimo waszych starań, nasz ojciec – głos mu się załamał. – Nasz ojciec odszedł.
- Czcigodny Robercie, rozumiem twój ból oraz ból twojego szanownego brata. Przykro mi oraz płaczę wraz z wami.
- Wiemy, droga siostro – odpowiedział drugi mężczyzna. – Jakiż to podły przypadek sprawił, ze nasz ojciec został zabity właśnie wtedy, kiedy przybył się leczyć. Oczywiście, nie mamy do nikogo pretensji.
- Oczywiście, przecież takie rzeczy się zdarzają. Chociaż płaczemy wewnątrz, to jednak rozumiemy. Tak, tak. Wiem, że się starałyście.
Wzajemna wymiana miłych słów oraz przekonywania się, jak obydwu stronom przykro potrwała jeszcze chwilę.
- Poczekajcie chwilę, proszę – dodała łamiącym się głosem Magere – zaraz wrócę. Muszę jeszcze pójść do chorego. Potem zaprowadzę was do odpowiedniej sali. Ale pamiętajcie, póki straż nie przyjdzie, nie wolno niczego dotykać.

Po chwili, przypuszczalnie, dwaj mężczyźni zostali sami.
- Hermann, to twoja robota? – zapytał jeden z nich cicho.
- Pieprz się Robert, to był ojciec. Ojcu się takich rzeczy nie robi.
- Taaa, jasne, jasne – zadrwił szeptem drugi.
- Powiedziałem, że nie. Prędzej ty. Nie mówiłeś, że chciałbyś, żeby padł gdzie podczas interesów. Przynajmniej długi byś spłacił.
- Spłaciłbym tak czy siak. Czym myślisz, że wytrzymałby długo? – rzucił Robert.
- No, jak tak podbechtywałeś go, żeby się zaharowywał przy swojej chorobie, to może rzeczywiście, pieprzony braciszku.
- Ale to nie ja pokazałem stryjowi lepszy świat. Możeś powtórzył to?
- Nic mi nie udowodnili, gnojku. Morda w kubeł. Wygadujesz kłamstwa, teraz zaś przypisujesz mi swoje sprawki. Nie doniosę na ciebie, boś brat, ale uważaj – ostrzegł Hermann.
- Pewnie, że uważam. Idioty szukasz? Nawet moje potrawy są wcześniej próbowane. Nie mam ochoty zaliczyć tego, co stryjaszek, albo obecnie ojciec. Pies im mordę lizał, ale nie mam ochoty udać się w ich ślady.
- Jeszcze powtórzysz to raz – wydawało się, że Hermann chwycił go za pelerynę oraz docisnął do ściany – utłukę.
- Spróbuj. Widzisz niżej – syknął kolejny – ten nóż. Nie dam się.
- Wal się sam.
- Wyślę do ciebie Stefana, co do podziału majątku.
- Nawet właśnie w takich chwilach nie możesz dać sobie spokoju? Musisz wysyłać swojego totumfackiego? To łajdak. Może pogadalibyśmy później – zaproponował.
- Przecież myślisz tak samo, słodziutki braciszku. Masz plenipotencję ojczulka. Póki jeszcze masz możliwość, już pewnie pracujesz nad wysłaniem kilku listów oraz ukryciu fortunki. Potem zaś co, stwierdzisz, że czegoś zwyczajnie nie ma, czyli podzielić się nie da? Nie ze mną takie numery, Hermann.
- Przymknąłbyś się przynajmniej.
- Jesteśmy sami, wszyscy pojechali do Nesce. Przynajmniej, póki ta idiotka, która pomaga hołocie, nie wróci, to możemy pogadać swobodnie. Jeżeli jednak nie kazałeś go capnąć ty, to kto to zrobił?
- Pewnie ty. Teraz zaś udajesz niewiniątko.
- Czyżbyś mnie oskarżał. Może donieś do Srebrnych Jeźdźców – zadrwił.

Przysłuchujący się wszystkiemu Igan przyskoczył cicho do drzwi, spoglądając przez niewielką szparę.


Dwaj doskonale ubrani mężczyźni w bogatych strojach rozmawiali, starając się być cicho, aczkolwiek niekiedy odruchowo podnosili głos, po czym zaś, jakby mitygowali się znowu. Robrt, stojący po lewej, akurat znowu rzucał drwiną do brata. Chciał zresztą coś jeszcze powiedzieć, ale na korytarzu rozległo się tupanie twardych podeszw zakonnych trzewików.
- Och droga siostro – drwiący wcześniej głos zmienił się niby za machnięciem czarodziejskiej różdżki – postanowiliśmy bratem, że musimy się wypłakać oraz wymodlić, ojca natomiast weźmiemy wieczorem. Przyjdziemy ze służbą oraz wozem.
- Nie chcecie go zobaczyć? – zdziwiła się.
- Serce pewnie by nam nie wytrzymało – przyznał kolejny brat pochlipując. – Nasz dobry ojciec oraz solidny kupiec – wymieniał jeszcze przez chwilę, zaś brat go pocieszał na zmianę z siostrą Magere.

Po chwili współczującej rozmowy płaczący bracia wyszli, zaś Magere weszła do pokoiku, gdzie usadowiła się drużyna.
- Nasz opiekun jest przy ludziach, którzy płaczą – wspomniała. – Razem z siostrą – furtianką przenieśliśmy owego przyjaciela Unaatris do innej sali. Także tych od Bhala, zanieśliśmy do innej Sali. Cokolwiek powiedziećby. Hm, ludzie wszak to byli. Zajmiemy się nimi.
- Mogliśmy pomóc – odezwał się Marcus. Mnich przeżywał swoją walkę i był nieco milczący. Jego reguła nakazywała bezwzględny szacunek do życia, ale zdarzały się wyjątki. Niewątpliwie właśnie, taka próba gwałcenia stanowiła specjalna sytuację, kiedy Marcus mógł użyć swoich umiejętności. Takie przemyślenie wyraźnie poprawiły mu humor oraz przywróciło jaką taką chęć do rozmowy.
- Dziękuję, bracie – odezwała się serdecznie siostra. – My zwyczajne takiej roboty. Nieraz musimy czynić to, czego inni nie chcą uczynić. Nieraz dzieje się to, ale także uciecha jest wielka, kiedy kogoś uda się wrócić do pełnej sprawności. Muszę wam opowiedzieć, jak to było przed Nesce – siostra chciała zabrać się za długie wyjaśnienia, gdy nagle rozległo się stukanie do bramy, słyszane nawet tutaj, potem zaś przybiegła furtianka.

- Siostro – odezwała się nowicjuszka. – Ludzie ze straży przyszli. Dwóch ich pod bronią oraz pisarz.
- Pisarz?
- Tak. Mamroczą coś pod nosem oraz chcą rozmawiać w wiadomej sprawie. Strażnicy zostali przed bramą, natomiast urzędnik czeka na panią oraz innych.
- Innych? Skąd on wie, że jest ktokolwiek inny? – zdziwiła się Magere.
- Powiedziałam – wyjaśniła nowicjuszka. – Uważałam to za swój obowiązek. Czyżbym miała kłamać? – zapytała zaczepnie,
- Nie, nie, siostro – westchnęła Magere. – Po prostu czasem jesteś nadgorliwa, podczas gdy niekiedy, wykazujesz nieco za mało staranności. Ale to nic, nauczysz się. Dopilnujemy tego, kiedy tylko wszystkie siostry wrócą z Nesme. Tymczasem zamknij wrota oraz idź na salę. Może naszej położnicy oraz jej dziecku czegoś potrzeba, albo innym chorym. Jeżeli zaś nie, zostań tam oraz wezwij mnie, gdyby była taka potrzeba – widocznie postępowanie niefrasobliwej, lub złośliwej nieco nowicjuszki, trochę zdenerwowało siostrę, chociaż starała się nie okazywać negatywnych uczuć.
- Poczekajcie - poprosiła. – Porozmawiam z pisarzem oraz sprawdzę, czy oczekuje czegoś od was.
Minęło trochę, kiedy siostra wróciła, prosząc ich do innego pokoiku. Tam powitał ich dojrzały mężczyzna, trzymający pod pachą kilka zwojów.
- To szambelan Kield – wyjaśniła.

Urzędnik lekko skłonił się oraz rozłożył papier, przedstawiając.


- Witam, państwa. Pełniąc urząd mam obowiązek dowiedzieć się wszystkiego na temat tej sytuacji – mówił totalnie obojętnym tonem poziewując od czasu do czasu. Wszyscy wiedzieli, ze jeżeli nawet Alustriel ceni kapłaństwo Ilmatera, to jej urzędnicy niekoniecznie. Wiadomo również powszechnie było, że po prostu z tym się nie da nic zrobić. Władczyni Silverymoon nie mogła być wszędzie, każde praktycznie doniesienie na jakiegokolwiek urzędnika, musiałoby przejść przez innego urzędnika, dlatego biurokracja, tak naprawdę rządziła, choć, oczywiście, musiała się zachowywać znacznie łagodniej oraz rozsądniej, niżeli w takim Luskanie.

Kield właśnie był przykładem takiego trybu urzędniczej maszyny, której nie obchodziło zbyt wiele, poza pewnym wygodnictwem.
- Siostra Magere poinformowała mnie o tym, co się stało. Och, opowiedziała bardzo wiele, ale doświadczenie odpowiednie wskazało, co jest rzeczywiście istotne dla sprawy oraz co należy zanotować. Rozumiem, że państwo nie macie nic do dodania? Natomiast na temat samego śledztwa poinformujemy przy stosownej okazji. Jeżeli tak, proszę podpisać protokół – ten kto zerknął, zobaczył, że niewiele w nim jest, wyłącznie na temat kupca zabitego przez jakąś nieznajoma osobę. Ani wzmianki na temat gwałtu, ani innych podejrzanych rzeczy. Najzwyczajniejsze ubicie człowieka dla rabunku. Ponieważ przydarzyło się to właśnie w dzielnicy biedoty, cóż, przykre, ale można podejrzewać tych nędzarzy. Przecież biedacy mogliby trzasnąć każdego dla kawałka chleba bez najmniejszego drgnięcia brwi.


Aschaar

Zanim ktokolwiek ze znajdujących się na dziedzińcu zdołał się odezwać w polu widzenia pojawiła się siostra Gadatliwa i zalała wszystkich potokiem słów, z którego najważniejsze było to, że jakiś mężczyzna pytał o lady Yllaatris i obecnie oczekuje w jednym z pokojów świątynnych. Chcąc nie chcąc wszyscy udali się za kapłankami. W pokoju oczekiwał uśmechnięty i zadowolony z życia Kenneth. Można więc było przyjąć, że drużyna była w komplecie. Igan, i być może nie tylko on, zamierzał dać upust swojemu zadowoleniu z faktu pojawienia się jegomościa, kiedy przez niedomknięte drzwi dało się słyszeć rozmowę toczoną na korytarzu. Po pierwszych kilku słowach Mardock przyłożył palec do ust wyraźnie sugerując, aby reszta powstrzymała się od gadanie i uchylił drzwi minimalnie mocniej. Z korytarza uchylenie było niewidoczne jednak będącym w pokoju zapewniało całkiem dobrą słyszalność, a Iganowi nawet ogląd całej sprawy.

*****




Kiedy - ciekawa wymiana zdań na korytarzu została zakończona Igan spojrzał ponownie na znajdujących się w prostym świątynnym pokoju i wrócił do swojego pytania zadanego na dziedzińcu:
- Przeszukanie świątyni nie dało żadnych śladów, przynajmniej ja nic nie znalazłem. Pozwala to żywić nadzieję, że siostra Unaatris żyje... - zawiesił głos na chwilę i kontynuował o czymś innym - Wydaje mi się, że wiem w jaki sposób zabójca dostał się do środka, nie pomoże to w jego złapaniu, jednak Unaatris nie pomagała zabójcy... Z druidem nie można będzie rozmawiać przez najbliższe dni, co trochę komplikuje nasze plany... Czym powinniśmy się zająć teraz? - zapytał przecierając oczy jakby ze zmęczenia. - Jjak przesłuchanie? - dodał spoglądając na Amblecrowna.

- Może nie tutaj. - Yllaatris dodała jakby ze znudzeniem.
- Zatem ggdzie i kiedy? Myślałem, że wykkorzystamy okazję, że jjesteśmy tutaj wszyscy... - powiedział Igan choć w zasadzie było mu wszystko jedno.
- Tam gdzie ostatnio. - Służka Sune odparła bez namysłu. - Jutro rano. W komplecie najlepiej. I to wczesnym rankiem.
~ Taaa...i zapewne wszyscy się pojawią ~ szaroskóry elf utkwił podejrzliwe spojrzenie na Ramsayu. Facet wyglądał jakby miał w nosie wszystkich dookoła i zależało mu tylko na jego własnym interesie. Zbyt dobrze znał takie podejście, podejście każdego drowa mieszkającego w miastach Podmroku.
- Lady Yllaatris... Czy porucznik Carter ma brata?- Igan zapytał zupełnie zmieniając temat. Równocześnie próbując jednak się czegoś dowiedzieć, aby całe spotkanie nie było bezproduktywne; wyglądało bowiem na to, że za chwilę wszyscy się rozejdą...
Mizzrym zdziwiony jego pytaniem które nijak nie miało styczności z zaistniałą sytuacją, przerzucił wzrok na kapłankę, która w pierwszej chwili wydała z siebie zduszony śmiech. Starała się go oczywiście powstrzymać, w tym celu odchrząknęła kilka razy.
- Brata?? - Ponownie odchrząknęła by się nie roześmiać. - Nie słyszałam o takowym. A dlaczego pytasz?? - Starała się uspokoić. - Przepraszam. Z tego co wiem, to nie ma brata.
Igan przez chwilę musiał mieć minę conajmniej dziwną, ale... w końcu było to założenie, które dla niego samego nie trzymało się płotu... Odparł więc, gdy kapłanka uspokoiła się:
- Ktoś przebbywa w mieszkaniu Ccartera i całkiem miło sobie tam poczynia... Zgadywałem więc, że to brat; bo na ojca był za młody... Cóż, tak to kolejne pytanie bez odpowiedzi...
- Równie dobrze mógł być to jakiś jego przyjaciel. - Kapłanka wzruszyła ramionami. - Jednym słowem, ktoś komu porucznik mógł dać klucze.
- Ooczywiście - odparł Igan, ale dla niego nie było to takie oczywiste. Nie chodziło o to, że sam nigdy nie dałby nikomu kluczy do swojego mieszkania; ale o to, że jeżeli Carter faktycznie dał komuś klucze to musiał wiedzieć na jak długo wyjeżdża... Chłopak miał wrażenie, że zaczynają się kręcić w kółko goniąc za coraz to nowymi, ale bezwartościowymi śladami i sprawami.
- Być może to jakiś inny krewniak? Kuzyn lub coś w tym stylu? - elf rzucił bardziej do siebie niż w celu uzyskania konkretnej odpowiedzi, której w chwili obecnej nawet się nie spodziewał.
- Takie pytania to najlepiej zadawać chyba rodzinie?? - Yllaastris spojrzała pytająco na Zareth.
- A wczesnne rano, to która ggodzina? - Igan po raz kolejny zmienił temat widząć, że Zareth zajęta jest zupełnie czym innym, choć ciężko było powiedzieć wokół jakich tematów krążą jej myśli..
- Dobrze. Niech nie będzie wczesne rano, tylko godzina dziesiąta. Chyba do tej godziny, to wszyscy zdążą już wstać?? - Pytanie było retoryczne, a zadając je kapłanka Sune przetoczyła wzrokiem po wszystkich zebranych.

Igan otworzył usta mając na języku ciętą ripostę ocierającą się o “pieprzenie bezsensu”, “gównorobienie” i parę innych rzeczy, które zaczynały go doprowadzać do szału w tej - pożalcie się bogowie wszelacy - drużynie. Jednak zamknął je po chwili zupełnie bezszelestnie. Teraz pozostawało tylko wyjść i trzasnąć drzwiami jak wczoraj uczynił to Ramsay... ~Szlag jasny mnie tu trafi~ pomyślał mając mocne postanowienie nieodzywania się przez resztę narady.

*****


Pukanie, właściwie, należałoby powiedzieć, walenie w furtę klasztorną było doskonale słyszalne w pokoju, w którym rozmawiano i wywołało lekką konsternację. Po chwili pojawiła się kapłanka z starszawym jegomościem, którego przedstawiła jako szambelana przydzielonego do sprawy. Mężczyzna szybko przedstawił swoją wizję morderstwa sprowadzającą całe zdarzenie do zwykłego mordu na tle rabunkowym, jaki w takiej dzielnicy nie był niczym nadzwyczajnym. Było więc praktycznie pewnym, że raport jeszcze tego samego dnia utonie stercie sobie podobnych i nikogo nie interesujących... Dla zachowania formalizmów zapytał czy ktoś chce coś dodać, choć jego mina wyraźnie sugerowała, że jakiekolwiek zagłębianie się w szczegóły i sprytnie pominięte aspekty sprawy jest wysoce niewskazana...

- Szambelan Kield. - Kapłanka Sune uśmiechnęła się miło do urzędnika, dostrzegając, że oczy urzędnika nagle zrobiły fikołka, twarz mu się wydłużyła, a usta wyraźnie dawały milczącą mową do zrozumienia: Spróbuj tylko cokolwiek powiedzieć. Dlatego jedynie rzuciła. - Miło pana znowu widzieć. - Wzięła od niego pióro i podpisała się pod protokołem, oczywiście uprzednio długo i starannie przeczytała to co podpisuje. No dobrze, na pewno długo, ale czy starannie?? To już pozostało kwestią sporną, ale czas jaki poświęciła na czytanie mógł sugerować o wnikliwym przyjrzeniu się tekstowi.
- Mam nadzieję, że się wkrótce ponownie zobaczymy. - Dodała już ciszej oddając mu pióro. A miły uśmiech cały czas nie schodził jej z twarzy.
Cóż, to również od biedy można było wziąć za ogólnik, dlatego odpowiedział.
- Oczywiście, na wspólną modlitwę, kapłanko. Zawsze chętnie uczęstniczę, gdy nasi kapłańscy bracia oraz siostry organizują modły - odpowiedział głośno. Cóż, Yllaatris wiedziała, że Kielda uważano raczej za ateusza niż pobożnisia, ale skinęła lekko.

Gdy tylko kapłanka oddała pióro Igan wziął je z ręki i podpisał dokument, dla odmiany, nie czytając go wcale. Podpis był co prawda wyraźny i wprawny, ale głosił “Igan Matnick”. Oddał pióro szmbelanowi i stanął pod ścianą.
Mizzrym przez chwile zawahał się w jakim języku powinien złożyć podpis. Podniósł wzrok patrząc na szambelana który bynajmniej nie ukrywał swojej niechęci do kogoś kto wygląda jak mroczny elf. Wywołało to uśmiech na twarzy półdrowa...uśmiech okupiony bólem przypominającym w jaki sposób jest postrzegany przez większość mieszkańców powierzchni. Zdecydował się jak na złość wykaligrafować swoje nazwisko w ojczystym języku pobratymców z Podmroku.

Gdy już wszyscy złożyli stosowne podpisy, a urzędas opuścił świątynne mury Yllaatris odwróciła się w stronę Ramsaya. Teraz miała obojętny wyraz twarzy.
- Jaśnie Panu to trzeba specjalne zaproszenie wysyłać?? - Sarkastyczny ton tej wypowiedzi wyłapałaby najgłupsza nawet istota pod słońcem. Właściwie nawet nie patrzyła się na Ramsaya, tylko przyglądała się swoim starannie wypielęgnowanym paznokciom u lewej dłoni. Igan uśmiechnął się nawet nie starając się ukryć rozbawienia ~Jest coraz ciekawiej~ pomyślał.
- Jeśli ma pani na to ochotę. - odparł, kompletnie nie zmieszany. - Ale jaśnie pana możecie sobie darować, nie tytułują mnie tak już od lat. A teraz do rzeczy. O tej grupie obozującej we włościach di Grizzów będę coś wiedział dopiero za jakiś czas. Jeżeli jednak są chętni, to możemy przyjrzeć im się na własną rękę już teraz. Natomiast z panującego tutaj zamieszania wnioskuję, że stało się coś, co utrudni nam śledztwo. Jak bardzo?
- Możecie? - prychnął Igan, starając się opanować, ale bynajmniej nie ukryć wściekłość - Dzięki za łasskę. Jakiś czas to ile? Ttydzień? Miesiąc? Nie utrudni bbardziej niż czekkanie na ciebie - Ramsay.
- To zanotuj teraz uważnie. - Lady Yllaatris przestała oglądać swoje paznokcie. W sumie chyba nie wszystkie istoty załapały o co chodzi,cóż, bywa. Zlustrowała mężczyznę od stóp do głów i z powrotem. Zatrzymała wzrok dłużej na jego, co by tu dużo mówić, przystojnej twarzy. Z twarzy wzrok przeniosła na klatkę piersiową i ramiona. Wprawdzie był ubrany, więc i poniżej nic wywoskować nie mogła. Uśmiechnęła się tylko do swoich myśli, a następnie oskarżycielsko celując palcem wskazującym prawej dłoni w tors mężczyzny dodała - Jutro o dziesiątej rano spotykamy się tam gdzie wczoraj!! A tam... - Odsunęła się następnie od Ramsaya i głową wskazała na skrępowanego zbira. - ... jest ktoś kto zechce z pewnością z nami porozmawiać. Jednak trzeba mu w tym trochę pomóc. Przyznam się szczerze, że ja tego nie potrafię zrobić. Ale mam nadzieję, że ktoś to będzie potrafił zrobić. Miejsce się znajdzie.
- Może parę godzin, może dzień, góra dwa. - rzekł w odpowiedzi na pytanie jąkały. Zauważywszy spojrzenie kapłanki, przekrzywił głowę i uśmiechnął się łobuzersko.
Lisse’ar pokręcił głową z niedowierzaniem, opanowanie kapłanki i Igana widać sięgało zenitu i było w chwili obecnej jedyną rzeczą godną podziwu. Natomiast zachowanie Ramsaya przypominało pewną osobę którą nie tak dawno elf miał okazje spotkać.

W tym czasie kapłanka Ilmatera odprowadzila szambelana. Jej wejście trafiło na chwilę ciszy, którą natychmiast wykorzystała:
- Wie pan co - zwróciła się do Rhistela. - Ten symbol Bhaala, który mieli wytatuowani zabici. Cóż, to rzadki obecnie znak, znaczy, po odejściu Bhaala. “Kroniki” mędrca Alaundo powiadają: "Pan Mordu zginie, ale przed śmiercią spłodzi legion śmiertelnych potomków. A ślady ich przejścia znaczyć będzie Chaos..." Taki pan Mordu to właśnie Bhaal, ale co do potomków, niewiele wiem. Nie wiedziałam, że są też jeszcze jacyś jego wyznawcy na Północy. Kiedyś ten kult wyznawano tylko w podziemiu. Przy nim nawet wyznawcy Cyrica wydawaliby się sektą niewinnnych dziewic. Ale co robili ci ludzie, nie wiem.

Yllaatris wysłuchała słów kapłanki Ilmatera w skupieniu. A samo imię Bhaala otworzyła szerzej oczy.
- To tym bardziej trzeba z nim porozmawiać od serca. - Odezwała się w końcu, głosem spokojnym i obojętnym; gdyż jakoś nikt inny nie zareagował, a mina Siostry Gadatliwej wyraźnie wskazywała na to, że czeka na jakąś reakcję. Te proste słowa spowodowały, że Siostra poczuła sie usatysfakcjonowana i wspominająć coś o chorych potrzebujących opieki opuściła pokój. Rozmowa o Baalu, jaka właśnie się wywiązała, była dla Igana prawie równie wielemówiąca, jak wywody na temat magii, ale najwyraźniej na kapłankach odkrycie to wywarło spore wrażenie. To zaś znaczyło, że sprawy zmieniły się ze złych na gorsze... Tu oczywiście pojawiał się... problem związany z...
- Ja mogę z nim pporozmawiać, ale kto inny musi zadawać pyttania. - rozejrzał się po zebranych zastanawiając się czy jego aluzja została zrozumiana, czy ma określić się dosadniej. Większość zgromadzonych zachowywała się jakby walczyli ze skutkami wczorajszej balangi. - Tematy do rozmowy możemy uustalić wspólnie wcześniej,,,
- Nie jestem pewien, czy ma to jakikolwiek sens. - mruknął Ramsay, pocierając sztywną szczecinę zarostu na brodzie. - Skąd w ogóle wzięliście tego typa i pomysł, że ma coś wspólnego z naszą sprawą? Fakt, obecność wyznawcy Bhaala jest dość niezwykła, ale nie popadajmy w paranoję. Skurwiel na pewno ma sporo na sumieniu, więc powieśmy go po prostu na latarni i koniec pieśni.
- Żadnych samosądów. - Dodała stanowczo kapłanka Sune, jakby zdziwiona faktem, że jej wcześniejsze tłumaczenie nie dotarło do mężczyzny. - Zapytać go można. Unaatris została porwana i może akurat coś ma to wspólnego ze sobą??
- Nie sądzę. Gdyby tak było, to znaczy, że ktoś ich wynajął. A profesjonaliści ulotniliby się zaraz po robocie, a nie szlajali w okolicach miejsca akcji. Biorąc pod uwagę skalę afery, wątpliwe jest by zadania powierzano byle podrzynaczom gardeł z rynsztoka. Swoją drogą, bhaalitów poprzedza fama jednych z najlepszych zabójców... A skoro mam tutaj jednego z nich, chętnie bym się z nim popróbował. - powiedział, patrząc na jeńca łakomym wzrokiem, niczym kolekcjoner zachwycający się rzadkim okazem.
- To chyba samo się przez się rozumie, że ich ktoś wynajął. - Yllaatris nawet nie popatrzyła na Ramsaya. - Bo niby czemu ktoś chciałby zabijać druida?? A ten uroczy pan, razem z dwoma kolegami, usiłował nakłonić pewną dziewczynę do zabawy. Ale robili to w wyjątkowo brutalny i nieprzyjemny sposób. - Odparła beznamietnie. - Za takie przyjemności się płaci, w ten czy inny sposób. - Tym razem uśmeichnęła się lekko.

Mizzrym wydawał się być całkowicie zagubiony w rozmowie. Ponad połowa wypowiedzi była dla niego kłębkiem informacji których nie był w stanie sam przetrawić. Przesłuchanie rzezimieszka było dla niego prawie tak samo oczywiste jak jego śmierć.

- Nna razie to mamy wiele elementów, które niekoniecznie do siebie pasują - Igan zwalił się na krzesło tak ze prawie jęknęło pod naporem mężczyzny - mówił wolnym, beznamiętnym głosem - Możemy oczywiście kręcić się dalej w kółko i zajmować swoimi sprawami, wiecznie na kogoś czekając, komuś coś wyjaśniając i z kimś usiłując coś ustalić - słowa były spokojne, ale z każdym kolejnym słowem atmosfera w pomieszczeniu zdawała się gęstnieć i stawać coraz cięższą. - Co wiemy w chwili obecnej? Skradziono eliksir i nie jest to jedyna rzecz magiczna, która zniknęła, nie ma jednak żadnych punktów zaczepienia. Druida usiłowano zabić, a opiekującą się nim kapłankę porwano - jedynym punktem zaczepienia jest ten gość. To że należy do takiego, a nie innego kultu to osobna kwestia, choć również warta zbadania. Być może - jak wielu - uważał, że jest na tyle dobry, że nie musi się obawiać odkrycia, a być może po prostu kazano im obserwować miejsce? Reszta...
- A czekając postanowili się zabawić. - Przerwała kapłanka Sune. Tym razem jej twarz wykrzywiła się z odrazą.
- Tracimy cczas - ton głosu Igana wrócił do swojej normalnej barwy i jąkania - co oprócz przessłuchania jest w pplanie? Wolałbym się wyspać zamiast ttutaj siedzieć...
- Na dzisiaj?? Nic. Przynajmniej ja już nie planuję wspólnych rozrywek. Jutro rano, o dziesiątej - Wyraźnie zaakcentowała godzinę wpatrując się równocześnie w Ramsaya - tam gdzie wczoraj. A jeżeli panowie potrzebują miejsca na rozmowę, - Głową wskazała na związanego. - to mogę coś u siebie wygospodarować.
- To byłoby przydatne... - dorzucił Igan.
- To zapraszam do siebie. - Yllaatris uśmiechnęła się ciepło do obu mężczyn.
- Przydałoby się jeszcze skołować jakiś transport, chyba, że chcemy wlec ze sobą związanego faceta przez pół miasta.
- Tu można powóz zamówić. - Popatrzyła z rezygnacją na mężczyznę. - Zaraz to załatwię. - Dodała wychodząc.
- Można również powóz ukraść - powiedział Igan do drzwi obserwując bardziej pozostałych niż faktycznie zamierzając powóz pożyczyć... na wieczne nieoddanie.

Efcia

Wezwanie powozu oczywiście zajęło trochę czasu, jak zwykle zresztą. Przyzwyczajona do tego kapłanka wróciła do swoich towarzyszy i cierpliwie zaczekała, aż Thokas przyjdzie i powiadomi ją, że można ruszać.
- Powinniście się zastanowić jak go tam wsadzić. Może we dwóch weźmiecie go pod pachy jako pijanego kompana??
- Pieprzyć pozory. - mruknął, podchodząc do bhaality. Odwinął się i trzasnął go prosto w twarz, łamiąc nos. Poprawił jeszcze dwa razy, aż mężczyzna nie stracił przytomności.
Mark przestał obracać w palcach swój pierścień. Nie włączał się do rozmowy z kilku powodów ale nie mógł nie zareagować na zachowanie swojego towarzysza. Założył błyskotkę z powrotem na palec i spojrzał na niego spode łba. Najwyraźniej chciał coś powiedzieć ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Zmarszczył tylko gniewnie brwi. Widać było, że nie podoba mu się takie zachowanie.
- Masz go przessłuchać, nie zabić kretynie! Rrozumiesz tą subtelną rróżnicę? Martwy nic nie powwie. Cholera, szlag mnie trrafi... - chłopak podszedł do okna i jednym susem przesadził parapet i znalazł się na zewnątrz.
Mnich jeszcze przez chwilę stał w tym samym miejscu jakby zastanawiając się nad czymś po czym ruszył do wyjścia.
- Panie Rhistel, wraca pan do gospody czy może mam się tam udać sam?
Ramsay podniósł ogłuszonego zbira, przerzucił sobie przez ramię, 1niczym worek kartofli i ruszył do powozu. Rzucił zbira na podłogę, po czym sam wpakował się do środka.
-Pieprzyć to ty sobie możesz... - Z dezaprobatą spojrzała na Ramsaya. - Jak ty chcesz mi coś takiego do domu wnieść?? Pomyśl zanim zaczniesz działać!! A jeżeli myślenie ci nie wychodzi, a widzę że nie, to zostaw to innym!!
Za Yllaatris do powozu wszedł jeszcze wojownik, który jej towarzyszył od czasu do czasu.
- A co, wszyscy twoi sąsiedzi cały dzień wystają w oknach z notatnikami w rękach, żeby uwiecznić dla potomności każdą sekundę twojego życia? - zakpił. - Nie bulwersuj się, jak ktoś będzie robił problemy, to się coś zaimprowizuje.
Yllaatris już szykowała się do ciętej i błyskotliwej riposty gdy na jej ramieniu wylądowała dłoń jej towarzysza, który odezwał się również po raz pierwszy od dłuższego czasu.
- Zajedziemy od tyłu. I będzie po kłopocie. - Następnie poinstruował woźnicę jak ma jechać. Yllaatris nie odezwała się ani słowem.



Powóz minął kamienicę i zatrzymał się za rogiem.

Ramsay i Kenneth wyciągnęli skrępowanego więźnia. Ujmując pod pachy nieprzytomnego pociągnęli go wydeptaną ścieżką w kierunku obrośniętej różami stalowej furtki.



Po obu stronach drużki były wysokie płoty, lub mury. Yllaatris wyciągnęła spod płaszcza pęk kluczy, wybrała właściwy i otworzyła furtkę szeroko, ręką zapraszając obu mężczyzn do środka. Gdy ją minęli rozejrzała się podejrzliwie dookoła i weszła za nimi.

Zgiełk ulicy nie docierał tu. Równo przystrzyżony żywopłot zasłaniał mur ogrodzenia. Rozłożyste, owocowe drzewa zapewniały sporo cienia i pod jednym z takich drew ustawione były dwa bogato zdobione szezlongi, a na nich leżały i odpoczywały dwie młode kobiety. Radosne świergotanie ustało gdy w polu widzenia pojawiło się dwóch mężczyzn ciągnących trzeciego.
Yllaatris wyminęła mężczyzn i podeszła do rudowłosej kobiety odzianej w skórzany gorset nie do końca zapięty. Długa biała spódnica okrywała jej nogi i stopy.




- Klucze, Elisys. - Kapłanka wyciągnęła dłoń.
- Samoobsługa?? - Rudowłosa zlustrowała uważnie dwóch pozostałych mężczyzn.
- Elisys!! - Yllaatris wcale nie miała zamiaru dyskutować z dziewczyną i ponagliła ją ruchem ręki.
- A mogę się z wami pobawić?? - Elisys puściła oko do Kennetha.
Yllaatris biorąc klucze rzuciła pytające spojrzenie swojemu gościowi.

Druga z dziewczyn, blondynka o kręconych włosach ubrana w przeźroczystą tunikę obróciła się na szezlongu tak by lepiej widzieć wszystkich. Efekt był taki, że teraz wszyscy mogli podziewać jej wdzięki.



Ona również z zaciekawieniem oglądała całą scenkę.

Kapłanka westchnęła teatralnie, cofnęła rękę pozostawiając klucze w rękach Elisys.
- Nie ci będzie. - I ruchem ręki nakazała iść za sobą.

Rudowłosa w skórze szła obok pracodawczyni wydanie kręcą tyłkiem. Trudno było powiedzieć czy robi to celowo czy też nie świadomie. I czy kusi tym nieznajomego czy ochroniarza.

Z ogrodu wchodziło się na oszklony ganek, w którym również były poustawiane szezlongi i stoły, oraz sporo dorodnych kwiatów. Dalej znajdował się salon, nieco zdemolowany salon. I o ile z podłogi posprzątano już wszystko o tyle zniszczony obraz i boazeria nadal straszyły swym wyglądam. Widać, że niedawno musiała się tu rozegrać jakaś potyczka z użyciem ciężkich i ostrych narzędzi.
Z salonu wyszli na korytarz, po którym kręciła się jeszcze jedna młoda kobieta.



Ta jednak szybko zniknęła im z oczu chowając się jakby przed oczami nieznajomego. Uprzednio wzięła od kapłanki jej płaszcz. Teraz Ramsay mógł dostrzec kunsztownie zdobiony gorset w kolorze włosów kapłanki. Ona również nosiła tunikę z przeźroczystej tkaniny. Jednakże w przeciwieństwie do blondynki, ukrywała pewne części ciała.
Na chwilę przystanęli przed ciężkimi okutymi żelazem drzwiami. Wydawać się mogło, że są one ciężkie i kobiecie trudno je będzie otworzyć, ale kapłanka otworzyła je bez problemu. A dalej rozciągała się typowa piwnica pod kamienicą. Chłód i ciemność. No może nie taka znowu ciemność, bez pomocy pochodni mogli dojść do właściwych drzwi. Tym razem to Elisys wyciągnęła z gorsety klucz. A gdy otworzyła drzwi oczom wszystkich ukazała się sala tortur jakiej nie powstydziłby się żaden kat.

Yllaatris wróciła do swojej komaty.
Wzięła papier, pióro i inkaust. I zaczęła myśleć, myśleć komu najpierw wysłać list.
A ciemnogranatowa ciecz ściekła powoli na kartkę, która leżała przed nią, tworząc dwa wielkie kleksy. W końcu się jednak zdecydowała.

Pani,

W związku ze ślubem ojca Twego, proszę Cię o spotkanie. W terminie Ci pasującym.

Do usług
Lady Yllaatris




Nakreślenie tych kilku zdań do Melani Carter zajęło jej jeszcze więcej czasu, niż zdecydowanie do kogo najpierw napisać.
Kapłanka wezwała Vibcena, chłopka który pracował dla niej zanosząc listy.
wręczyła mu kartkę papieru i podała adres, pod który ma iść. Przykazała jednocześnie, że ma zaczekać na odpowiedź.

I chłopak czekał. Prawie godzinę, ale odpowiedź ostał. Przyniósł list z odpowiedzią.
Yllaatris złamała pieczęć.


Córka szambelana też miała sprawę do kapłanki, co niezwykle zdziwiło tę ostatnią. Oczywiście rozumiała dlaczego dziewczyna prosi o dyskrecję.
Yllaatris wybrała karczmę „Północne serce”. Szynk Jana Dwa Topory oferował wszystko co było potrzebne. Był w dobrej dzielnicy. Można było w spokoju z kimś porozmawiać. Był przyzwoity. Kapłanka skreśliła kolejny list, w którym zaproponowała spotkanie dnia następnego o godzinie czternastej.
Posławszy chłopaka do pałacu szambelana, zeszła do piwnicy zobaczyć jak idzie przesłuchanie.


Aschaar

Kiedy Igan przesadził okienny parapet i stanął na ziemi odetchnął głęboko. Chwilę zajęło mu całkowite uspokojenie i powrót do normalnego stanu. Trzeba było zająć się czymś dalszym i przynajmniej z założenia konkretnym. Rozejrzał się spostrzegając w pobliżu grupkę dzieciaków, tych co to wiedzą wszystko i widzą wszystko całe życie spędzając na ulicy.


Kiedy zaczął iść w ich stronę grupka szybko się rozpierzchła. Zmysły Igana wybrały tego, który pozostał sekundę dłużej, a może tego, z którym złapał jakiś podświadomy kontakt i rzucił się za nim. Po kilkudziesięciu krokach złapał małego i pozwolił mu trochę się poszarpać.

- Ja... Nie, bo... puszcaj! Słyszysz?! - Kopniak prawie wylądował w miejscu, które faceta boli najbardziej.
- To jest Srebrek - powiedział Igan pokazując małemu srebrną monetę - On ma kolegów, a ja potrzebuję coś wiedzieć.

Postawił chłopaczka na ziemi i zaczął się bawić monetą: Więc jak?

- Ja... a co?
- Widziałeś walkę jakiś czas temu przy klasztorze? - Igan celowo mówił wolno, aby jego wada nie wyszła na jaw. Liczył, że dzieciarnia bawiła się tam dłużej, może nawet, że była to ta sama, która rano była przy wejściu do świątyni.
- Mhm... - odpowiedź była równie dobrze twierdzeniem, jak i przeczeniem, ale w takich okolicznościach raczej twierdzeniem, zresztą było to nieistotne, na dłuższą metę.
- Ci mężczyźni, którzy napadli na tą dziewczynę, chcę wiedzieć gdzie mieszkali, z kim się spotykali, kto gdzie ich widział...
- Chcesz wiedzieć wszystko... Ale ja... Ja nie wiem, bo... - wyraźnie zmarkotniał najwyraźniej rozumiejąc, że Srebrek właśnie rozmywa się w nicości. Igan złapał monetę i wsadził ją w rękę dzieciaka:
- To się dowiedź. Chcę wiedzieć wszystko o tym co się dzieje tutaj w okolicy. Bez rozgłosu i bez wpadek. Przyjdę kiedy słońce będzie się chowało za domy... Jak chcesz aby koledzy Srebreka się pojawili to lepiej żebyś coś wiedział.

Chłopak odwrócił się zostawiając dzieciaka z całkiem poważnymi problemami jak na jego wiek. Srebrnik to było coś czego nie widział specjalnie często, a już własny srebrnik... Miał nadzieję, że mały będzie na tyle rozsądny, aby nie wpakować się w jakieś gówno... Z doświadczenia jednak wiedział, że na dzieciaki nie zwraca się uwagi, bo to tylko dzieciaki...

Igan podążył w kierunku bardziej cywilizowanej części miasta. Nie chciało mu się sprawdzać czy ktoś go śledzi, ale z przyzwyczajenia wszedł w dzielnicę targową gdzie najprościej było zgubić przysłowiowy ogon. Może był przewrażliwiony, a może tylko ostrożny - nigdy się nad tym nie zastanawiał... Pokluczył trochę pomiędzy straganami wpadając również na kilka złośliwych pomysłów. Kupił prosty, ale pojemny chlebak i zapełnił go sucharami tłumacząc jednocześnie ciekawskiej przekupce, że jest świątynnym sługą i suchary są dla ubogich, co częściowo było prawdą... Przy okazji zapewniło drobne oszczędności, bo piekarzyna postanowił wspomóc ubogich - znaczy nie skroić Igana tak całkiem za suchary bardzo dobrze wysuszone, znaczy takie, którymi można było zabić... Kupił jeszcze maść na gojenie ran, pastę do polerowania garnków, kilka grubszych rzemieni i coś na wymioty. Czym prawie naraził się na ukamienowanie wzrokiem, bo na stoisku obok kupił płat wołowiny w chlebie stwierdzając, że budżet i tak został nadszarpnięty, ale jeść trzeba...

*****


Przechodząc do bocznego wejścia do "Krogulca" zauważył, że na dziedzińcu karczmy odbywa się jakaś zabawa. Dzień był co prawda pochmurny i stołów nie rozstawiono na zewnątrz z obawy przed deszczem, jednak tańce odbywały się w najlepsze...





Na szczęście okna pokoju Igana były na boczną ścianę, co dawało przynajmniej cień szansy na to, że pójdzie się wyspać... Zabierajac z dołu tylko kubek z wodą poszedł do swojego pokoju i po chwili był w łóżku. Miał cztery, góra pięć godzin do zachodu słońca. Szybko zapadł w sen, czy może raczej głębszą drzemkę. Na wieczorne spotkanie już pójdzie uzbrojony, nie tak jak na wczorajsze - po cywilnemu...

To, że nie chciał pokazywać kim jest mogło się skończyć nieciekawie... W tej drużynie jednak nie było miejsca na takie zagrania... niezależnie jak święci byli jej członkowie.


Mizzrym

- Cholera od kiedy przebywam w Twoim towarzystwie połowa moich działań wydaje się być bez sensu – dobrze zbudowany człowiek przechadzał się po pokoju – Może w końcu chodź raz wytłumaczysz mi wszystko o co Ci chodzi?
Łysy elf stęknął i pokiwał głową z dezaprobatą, przerzucił nogę przez oparcie fotela i popatrzył w sufit przewracając jednym, odsłoniętym okiem.
- Nadal mi nie ufasz? – spytał z szerokim uśmiechem.
- Nadal jesteś drowem?! – zripostował sarkastycznie mężczyzna.
- To jest właśnie jedna z tych rzeczy która się raczej nie zmieni – mroczny elf zachichotał szczerząc białe zęby i dodał tym razem całkiem poważnie ale łagodnie. – Przemyśl wszystko co osiągnęliśmy do tej pory. Mamy agentów w kilku…ba…większości ważnych miast tutaj na Północy, w tym Waterdeep a nie możemy znaleźć nikogo w dziurze schowanej gdzieś w lesie? To niedorzeczne. – drow zapatrzył się na czubek własnego buta.
- I po co to wszystko? Nie mogę zaprzeczać opłacalności całego tego przedsięwzięcia ale czy warto się narażać? – człowiek nie miał już sił, opadł na fotel po przeciwnej stronie pokoju wyciągając przed siebie nogi.
- Gdyby nie było warto to bym Cię w to nie wciągał przyjacielu. – elf uniósł srebrzystą brew przyglądając się jego ponuremu spojrzeniu. – Milczenie potraktuje jako zgodę z moimi racjami. Dlatego też złożysz kolejną wizytę naszemu druhowi w Silvermoon. Swoją drogą fascynujące jak często wpadasz na drowy. – kończąc zdanie roześmiał się w głos i pociągnął łyk wina z kielicha.


***

Mizzrym stał całkowicie skołowany zaistniałą sytuacją. Ramsay właśnie złamał nos na wpół przytomnemu facetowi i wybuchła z tego jak się okazało niezła jadka.
- Masz go przessłuchać, nie zabić kretynie! Rrozumiesz tą subtelną rróżnicę? Martwy nic nie powwie. Cholera, szlag mnie trrafi... - chłopak podszedł do okna i jednym susem przesadził parapet i znalazł się na zewnątrz. Po chwili drow stał na ulicy i patrzył na odjeżdżający powóz. Przez chwile miał ochotę zatrzymać Igana ale coś go powstrzymało, coś mówiło mu że to nie będzie odpowiednia osoba. Musiał sam uporać się z tym problemem ale co ważniejsze, potrzebował kąpieli i snu. Wyszedł na ogrody świątynne i postanowił jeszcze przespacerować się przez najbiedniejszą dzielnice. Kilkanaście kroków po opuszczeniu terenu świątyni usłyszał krzyk starszego chłopaka, wychylił się zza rogu popękanej ściany przyglądał się osobliwej scenie. Najstarszy dzieciak o rudych włosach, oceniając okiem drowa mający może piętnaście lat, wymachiwał gniewnie dłonią do młodszych zgromadzonych wokoło sierot.
Dwa Miedziaki do kurwy! To co mi tu dajesz to nie są dwa Miedziaki. – twarz rudzielca poczerwieniała ze złości ukazując jego wszystkie piegi. Chwycił dużo młodszego chłopca za usmarowaną koszule i krzyknął prosto w twarz – Wszyscy płacą po DWA Miedziaki!!! – w tej samej chwili otwarta dłoń uderzyła w policzek chłopca posyłając go na ziemię. Mizzrym nagle uzmysłowił sobie, że cała ta sytuacja to przedstawienie. Nie samo bicie ale cała otoczka. Rudzielec celowo uderzał otwartą dłonią żeby dźwięk był głośniejszy i obserwował reakcje pozostałych zgromadzonych dzieciaków. To była swoista nauka oddania i posłuszeństwa.
- Kto następny? – Kipiąca złością twarz rozglądała się nerwowo. Elf dostrzegł jak jeden z młodszych chłopców próbuje się wyślizgnąć. – Ty! – rudy wskazał palcem na czołgającego się malucha i ruszył w jego stronę. Chwycił go za kark i postawił na nogi, jednocześnie wyciągając mu przed nos swoją prawą dłoń. Chłopiec wsadził dłoń do kieszeni i wyjął dwa miedziaki. – To wszystko?? – starszak spojrzał na niego i kilka sekund później chwycił go za kostki podnosząc głową w dół. Z kieszeni wysunął się jeden srebrnik i kawałek zeschniętego chleba. Maluch wylądował twarzą w błocie.
– To… - powiedział rudy - …za twojego kumpla który nie zapłacił – skinął na płaczącego chłopca który pocierał zaczerwienioną twarz. – Resztę możesz sobie zabrać ale to ostatni raz – kopnął kawałek chleba w stronę malca i obrócił się na pięcie. Mizzrym cofnął się za zaułek z chęcią rozdania swoich pieniędzy maluchom. Po chwili zdał sobie sprawę z tego że całość trafiła by do ich przywódcy, zabicie dzieciaka też nie wchodziło w grę nie tylko z przesłanek czysto osobistych ale grupa bez lidera by się zagubiła. Widział to już nie raz na ulicach Baerynu w Menzoberranzan. Zbliżając się to karczmy Jana Dwa Topory cały czas myślał o tamtych dzieciakach i o swoim dzieciństwie. Coraz bardziej świat tu na Powierzchni zaczynał przypominać Podmrok i to było przygnębiające. Wszedł do tawerny i zbliżył się do kontuaru. Z racji jeszcze stosunkowo wczesnej pory wnętrze było prawie puste, nie licząc jakiegoś mężczyzny przysypiającego w rogu, Jana czyszczącego właśnie kufel i jego córki Margarity która właśnie szła w kierunku elfa.
- O witajcie! Czym mogę służyć? – zapytała uśmiechając się ochoczo. Mizzrym szybko pozbył się pierwszej odpowiedzi jaka przyszła mu do głowy gdy na nią spojrzał.
- Jakąś strawę i wino. Najlepiej butelkę jakiegoś słodkiego wina z okolic Sespech. A później jeśli to możliwe chciałbym skorzystać z kąpieli i łoża – elf oparł zmęczone stopy o podnóżek krzesła. Margarita skinęła wesoło i weszła na zaplecze. Mizzrym upewnił się że nikt ich nie słyszy i skinął na Jana. – Przyjacielu, powiedz mi proszę wszystko co wiesz o Artemisie Entreri…

Cohen

Elisys zapaliła dwie pochodnie przy wejściu by wchodzący mogli zobaczyć jej domenę. Nie było tu czuć zapachu stęchlizny, nie było widać kurzu czy brudu. Gdyby nie te wszystkie narzędzia byłoby tu prawie przytulnie.
- Zapraszam, rozgoście się. A tego pana - wskazała na nieprzytomnego - na razie rzućcie na ten drewniany stół. To w co się dziś bawimy?

Kenneth rozejrzał się po pomieszczeniu z wyraźnym zaintersowaniem, acz bez entuzjazmu.
- Proszę, proszę, kto by pomyślał. - zwrócił się do Yllaatris, wykrzywiając usta w wieloznacznym grymasie.

Kapłanka odwzajemniła mu się słodkim i niewinnym uśmiechem.
- Różni ludzie, różne preferencje. Wybaczcie, ale muszę was zostawić - odparła Yllatris. - Zajrzę za jakiś czas i zobaczę jak wam idzie. Elisys, pomożesz Kennethowi.
- Się rozumie. - znowu puściła mu oczko. - Na początek możesz mi pomóc go związać i opowiedzieć o co właściwie chodzi.
Zostali sami z więźniem.

- Pewnie, nikt nie chce sobie brudzić rąk. - mruknął, patrząc za wychodzącą kapłanką. Gdy opuściła komnatę, spojrzał na jej służącą. Ładna, ale nie był pewien, czy podoba mu się jej wyraźny zapał do użycia większości znajdujących się tutaj narzędzi. Jeszcze.
- On - wskazał na zbira. - Musi odpowiedzieć mi na kilka pytań. Czy chce, czy nie.

Dziewczyna klasnęła w dłonie.
- Przesłuchanie! Cudownie! - chwyciła linę i rzuciła ją Kennethowi. - Chodź, zwiążemy go. Zaczniemy od kostek, potem przez pas, ręce z tyłu i wszystko to zawiążemy na szyi. - Mówiła z nutką podekscytowania w głosie.
- Niech zgadnę, lepszej pracy nie mogłaś znaleźć, co? - zapytał, pętając bhaalitę według jej instrukcji.
- Coś w tym stylu. Grunt to łączyć przyjemne z pożytecznym. Jak skończymy z tym kolesiem możemy się zabawić, pokażę Ci to i owo.

- Z chęcią, pod warunkiem, że nie weźmiesz ze sobą żadnej z tych zabawek. A teraz posłuchajmy, co on ma do powiedzenia.

- Może dasz się potem namówić. Gdzieś tu mialam... o są. - wyciągnęła flakonik z jakąś substancją i podsunęła pod nos więźniowi. Ten pochwili się ocknął.
- Co jest? - rzucił słabo.
I natychmiast zamilkł. Rozejrzał się ze strachem po sali co zaowocowało bólem związanej szyji. Skrzywił się, ale zacisnął zęby. Spojrzał pytająco na stojącą nad nimi parę.

- Jesteś wyznawcą Bhaala. - stwierdził, nie zapytał. - Co ty i twoi bracia w martwej wierze robiliście przy szpitalu ilmaterytów?
- Nie widzę powodu by wam się z tego tłumaczyć.
- W takim razie ona pokaże ci parę.

Elisys uśmiechnęła się, a był to uśmiech po którym przechodzą ciarki po plecach. Chwyciła wiszący na ścianie pejczyk.
- Zabawimy się troszkę, najpierw łagodniej, a potem jak będziesz chciał, ostrzej.
Smagnęła kilka razy pejczem po różnych częściach ciała. Mężczyzna nadal milczał, nie wydał z siebie nawet pisku.
Chwcyiła większy pejcz, smagnęła ponownie. Nadal nic.
- O, a jednak sie pobawimy. Może Ty chcesz spróbować? - podała Ramsayowi pejcz.

- Dzięki, zostawiam to w twoich kompetetnych rękach.

Rozejrzała się po sali szukając pomysłów. Jej uwage przykuły dwa patyczki, lekko zaostrzone, leżące nieopodal. Siegnęła po nie. Chwyciła rękę więźnie i przystawiła patyczek do palca.
- Na pewno chcesz bym to zrobiła?
Cisza.
- No dobrze.
Wsunęła patyczek pod paznokieć. Najpierw lekko, potem głębiej. Po palcu pociekła krew. Dopiero teraz dało się słyszeć jęk mężczyzny. Chwyciła drugi palec.
- Mów kiedy mam przestać.
Cisza.
Kolejny palec został zmasakrowany. Elisys ze stoickim spokojem zajęła sie kolejnym. Potem także palcem od nogi. Ale oprócz krzyków i jęków, nic nie powiedział.
- Hmmm, naprawdę oporny. Ale wiem co moż się my spodobać.
Rozcięła spodnie mężczyzny i chwyciła za przedmiot potocznie nazywany gruszką. Pokazała go mężczyźnie.
- Wiesz gdzie się to wkłada prawda? Niektórzy to lubią, zobaczymy czy ty także.

Stanął za przesłuchiwanym, by ten nie widział wyrazu jego twarzy, a wyglądał niespecjalnie. Nigdy nie miał nic przeciwko przemocy, żył z niej, cudzej i własnej, pociąć sztyletem jakiegoś śmiecia też za bardzo go nie dręczyło, ale to...
- Wiesz dlaczego cię nie oślepię? Żebyś najpierw zobaczył, co robi z twoimi jajami. - dobrze by było, gdyby to kupił, bo, prawdę mówiąc, wolał nie patrzeć na realizację tej groźby. Zwłaszcza jeżeli miał nawiązać z dziewczyną bliższą znajomość. Kojarząc ją z czymś takim, nie byłby w stanie powierzyć jej swojego własnego sprzętu.

Twarz mężczyzny wyrażała teraz całe mnóstwo negatywnych emocji. Był wściekły, obolały, zmęczony, załamany. Zaczynał rozumieć, że prędzej tu zginie niż go wypuszczą. Elisys stanęła za mężczyzną. Przygotowała przyrząd, nasmarowała go czymś, i zaczęła wsuwać w odbyt meżczyzny.
- Może trochę piec.
Metalowa gruszka wsuneła się już na zadowalającą kobietę długość. Następnie Elisys zaczęła ją rozszerzać. Przez chwilę mężczyzna krzyczał, tylko nudena aaaaaaaaa, ale po chwili dało się słyszeć.
- Dosyć, powiem!
A Elisys zaczynała się właśnie tak dobrze bawić. Ale przestała gdy tylko mężczyzna zaczął mówić.
- Ilmater i Bhaal się nie lubią, lubimy mieć kapłanki na oku.
- Bhaal nie żyje, a ty pierdolisz głupoty. Co tam robiliście?
- Bhaal się odrodzi, a wtedy poznacie jego gniew!
- Najpierw chcę poznać odpowiedzi na swoje pytania.
- Na świecie jest pełno wyznawców Bhaala, a ja jestem jednym znich, co już wiecie. I tak jak mówiłem, lubimy mieć kapłanki na oku. Czego tu nie rozumiesz?
- Mieliście je na oku wczoraj w nocy?
- Nie, w nocy się u nich mało ciekawych rzeczy dzieje. Nie ma sensu więc tam siedzieć.
- W skrócie, tak się szlajacie wokół szpitala, od czasu do czasu kogoś zgwałcicie i nic poza tym, to właśnie chcesz mi powiedzieć?
- Właściwie dobrze to okreśiłeś. Wazne by od czasu do czasu komuś zrobić krzywdę, ku chwale Bhaala.
- Jesteś kompletnie bezużyteczny. Ostatnia szansa. Czy w ostatnich dniach, ktokolwiek bądź cokolwiek zwróciło waszą uwagę w okolicy przybytku ilmaterytów?
- W tej okolicy to jedynie my możemy zwracać uwagę. O co właściwie kurwa chodzi? Co ja wam zrobiłem?
- Nie przejmuj się, to nic osobistego. Ot, śmieci sprzątam. Więc jeśli jesteś absolutnie pewien, że nie wiesz nic o tym, co ubiegłej nocy stało się w szpitalu, to chyba nadszedł czas, żebyśmy się pożegnali. Pozdrów ode mnie swojego boga. A nie, czekaj - zreflektował się Kenneth. - przecież on nie żyje. Jak myślisz, gdzie w związku z tym trafisz?
- Daj spokój, wypuśćcie mnie, chcecie pieniędzy? Mogę wam załatwic ich całkiem sporo, tylko powiedzcie ile!

Kennetha zaczynało to już nużyć. Typ albo faktycznie nic nie wiedział, albo dalej rżnął głupa. Tak czy siak, teraz mógł już zapytać wprost, czego do tej pory starał się uniknąć, by bhaalita dla ratowania skóry nie zaczął mówić tego, co Ramsay chciał usłyszeć.
- W nocy u ilmaterytów zamordowano kupca. Czy to był kontrakt twój albo któregoś z twoich znajomków?
- Zamordowano kogos u Ilmatera? Hahaha, dobre. Już widzę jak kapłanki biegają wznosząc ręcę do swojego boga. To nie był nasz kontrakt. Z resztą czy bysmy się tam w takim razie kręcili? Może i nie jestem za ładny ale chyba na idiotę nie wyglądam?
- Właściwie to wyglądasz. Ale dzięki temu może ocalisz dupę. - Kenneth domyślał się, że będzie tego żałował, ale mogła to być jedyna szansa na rozwiązanie sprawy zamachu na druida. - Czy jesteś w stanie dowiedzieć się czegoś na temat tego zabójstwa?
- Na razie wiem o nim tyle co tu usłyszałem. Ale skoro to cena za uratowanie dupy mogę się postarać coś dowiedzieć, mam trochę znajomości w mieście.
- Zobaczymy. Ale są dwa warunki. Po pierwsze nie kontaktujesz się z kumplami. A po drugie, idę z tobą. I informuję, że nie będę miał żadnych oporów, żeby cię zarżnąć, jeśli coś mi się nie spodoba.
- Przecież to przeczy samo sobie? Jak mam się nie skontaktować z kumplami skoro to oni mogą coś wiedzieć? I jak mogę zagwarantować że od razu znajdę odpowiedź? To może potrwać nawet dzień czy dwa. Nie jestem jasnowidzem przecież!
- Pójdziesz do innych. Nie mów, że nie macie powiązań z miejscowym półświatkiem. A twoje problemy są, cóż, twoimi problemami. Oczywiście możemy wszystko skończyć tu i teraz.
- Dobra, w porządku, coś się wymyśli. Mam znajomego na obrzeżach miasta, który ma sporą siatkę informatorów. Jeśli ktoś planował to zabójstwo, znaczy jeśli nie był to zwykły rabunek, on powinien coś o tym wiedzieć.
- Znakomicie. Piękna pani małodobra - zwrócił się do Elisys. - Sprowadź tu kogoś, kto doprowadzi klienta do porządku. Ma w planach ważne spotkanie.

- Kurcze, znaczy Ty też wybywasz? Ale wpadnij potem, nigdzie się stąd nie ruszam. - powiedziała trzymając nadal gruszke w ręku.
Jakby słyszała rozmowę, właśnie weszła Yllatris.
- Już po wszystkim?
- Przyjdę z pewnością. Wiedz jednak, że lepiej wyglądasz bez tego - powiedział, wskazując na przedmiot w ręku dziewczyny.
- Doszliśmy do pewnego porozumienia. - zwrócił się do kapłanki. - I za chwilę opuścimy twe progi. Podziękuj pani za gościnę. - nakazał zbirowi. Ten burknął coś pod nosem. Od biedy można było to wziąć za 'dziękuję'. Kenneth wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Z nim? - Yllaatris otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. - Nie ma mowy. - Stanęła w drzwiach uniemożliwiając wyjście z pomieszczeniaa następnie zwróciła się do rudowłosej. - Co oni kombinują?
Kenneth zbliżył się do kapłanki i nachylił jej do ucha.
- Nie utrudniaj i tak było ciężko się z nim dogadać. Idziemy do jakiegoś jego znajomka, sprawdzić czy wie coś o morderstwie w szpitalu. Tak, mi też się to nie uśmiecha, ale to jedyny trop jakim mamy. Jeżeli nie masz lepszego pomysłu, nie przeszkadzaj.
- Wyobraź sobie, że mam. - Też mówiła cicho, tak by tylko on słyszał. Kiwnęła przy tym na dziewczynę, która udała się na górę.
- Zatem słucham z zapartym tchem. Ale on i tak przejdzie się ze mną.
- A ja pójdę wieczorem rozmawiać z kimś, kto widział co nieco. I to osoba bardziej godna zaufania. I nie, nie wyjdzie stąd! - Wyraźnie zaakcentowała ostatnie zdanie.
- Im ktoś bardziej godny zaufania, tym mniej wie o brudnych sprawach. Pogódź się z tym, że grzebiąc w gównie, samemu też się uwalisz. - syknął. - A jeśli nie chcesz śmierdzieć, zostaw to innym. Teraz wyjdziemy, a ty lepiej nie stawiaj mi nikogo na drodze. Nie chcę skrzywdzić przez niego kogoś niewinnego.
- Nie. - Stała dalej niewzruszona w przejściu. - Nie mogę pozwolić mu odejść. Cokolwiek ci obiecał, kłamie. - Jej głos był spokojny i zrównoważony. - Nie chcesz żeby szukali cię za napaść na kapłankę w jej własnym domu. Wierz mi.
- Dopóki łudzi się, że puszczę go wolno, może być pomocny i zamierzam to wykorzystać. Oskarżeniami mnie nie strasz, jako pracownik kompanii Silverwater nie podlegam jurysdykcji władz miasta. Usuń się więc z drogi, proszę.
- Ty chyba nie wiesz z kim masz do czynienia? Obudź się! - Ylllaatris nie zamierzała wcale ustępować. - To wyznawca Bhaala!
- I co w związku z tym?
- Ty jesteś taki głupi czy tylko takiego udajesz? - Kapłanka pokręciła z rezygnacją z głową.
- Wybierz, co ci pasuje. Zabieram go do jego informatora, a kiedy ten powie, co wie... - zawiesił wymownie głos. - Więc przestań się wygłupiać i daj mi przejść.
W tym momencie za plecami kapłanki pojawiła się jakaś sylwetka. Ponieważ przybyły był wyższy od kobiety, Ramsay od razu rozpoznał wojownika, z którym tu przyjechali.
Thokas szturchnął Yllaatris, by ta dała mu przejść. Kapłanka jednak zamiast przepuścić go, cofnęła się tylko.
- Panowie wychodzą. - Ruchem ręki zacheciła ich do opuszczenia pomieszczenia.
Odprowadziła obu mężczyzn aż do wyjścia. A gdy Kenneth ją mijał, chwyciła go za rękę i nachyliwszy się do niego wyszeptała do ucha.
- Uważaj na siebie, przystojniaczku. - Trudno było jadnak wywnioskować czy naprawdę martwi się o niego czy tylko tak sobie powiedziała.
- Ja? Uważać na siebie? Nigdy w życiu. - uśmiechnął się szeroko.

Kenneth z trudem powstrzymywał się od ryknięcia śmiechem, patrząc jak bhaalita sztywno i pokracznie stawia nogi, wykrzywiając się przy tym i klnąc pod nosem. Z kolei mijający ich przechodnie z trudem zachowywali powagę, obserwując tę dwójkę.
Zbir poprowadził Ramsaya do części slumsów zamieszkanej, czy raczej zagarniętej, przez element przestępczy miasta. Poznać to było można przede wszystkim po tym, że mieszkańcy mieli więcej pałek, noży i sztyletów, niż zębów.
Zatrzymali się przed jedną z ruder, a bhaalita zastukał parę razy w niespodziewanie porządne, okute drzwi. Gdy otworzyła się w nich niewielka klapka, wymruczał jakieś słowa.
- Jestem płatnym mordercą. - przyciągnął go do siebie, gdy po drugiej stronie szczęknął otwierany zamek. - A to było moje zlecenie, które ktoś mi zwinął. Trzymaj się tego i nie kombinuj, jeśli chcesz wyjść z tego żywy.
Drzwi uchyliły się na tyle, by mogła wejść jedna osoba na raz. Po chwili obaj byli już w środku.

Naroku

Mark wkroczył do pokoju za resztą. Adrenalina po stoczonej walce nadal buzowała mu w żyłach. Wzrok miał zamyślony i jakby nieobecny. W palcach obracał swój pierścień. Czuł jego ciężar i chłód na palcach.
„ Spokój. Przede wszystkim musisz się uspokoić. Pamiętaj o naukach klasztoru” – powtarzał sobie niczym mantrę. Tak naprawdę nie był nawet świadom tego, że jego towarzysze dyskutują. Rejestrował słowa oraz zdania i mógłby mniej więcej powtórzyć przebieg rozmowy, ale nie docierał do niego ogólny sens. W głowie kołatały się tylko myśli dotyczące druida. Dlaczego ktoś chciałby go zabić? Czy dowiedział się czegoś? Odkrył coś z czym nie mógł sobie poradzić? Znał go jakiś czas i wiedział, że nie jest łatwo doprowadzić go do takiego stanu. Natłok myśli zaczynał go irytować. Obrócił pierścień jeszcze dwa razy i przyłożył drugą rękę do głowy masując skroń. Potrzebował odrobiny ciszy i spokoju by to wszystko przemyśleć. Ostatnio nie był sobą. Ogrom Silvermoon dusił go i ograniczał swobodę. Odwykł od tak dużych miast i potrzebował czasu by dojść do dawnej sprawności duchowej. Dyskusja powoli się kończyła. Ustalono termin kolejnego spotkania. Jutro o dziesiątej. Pozostawała jeszcze sprawa pojmanego zbira. Zirytowało go zachowanie tego Kena czy jak on miał na imię. W ostatniej niemal chwili ugryzł się w język. Nie chciał doprowadzać do tarć w drużynie, mimo że nie podobał mu się ten „szlachcic”. Wiedział, że powinien zareagować ale ograniczył się do zmarszczenia brwi. Można być pewnym, że następnym razem zareaguje. Ignan wyskoczył już przez okno. Jego także irytowało towarzystwo w tym zapewne i sam mnich. Mark postanowił pójść w jego ślady, chociaż wybrał bardziej cywilizowaną drogę.

W końcu dotarł do pokoju. Był on prosty ale przestrony. Przy ścianie znajdował się zdjęty z łóżka materac. Mark nie potrafił już spać na zbyt miękkich posłaniach, gdyż kilkanaście lat spędził w iście spartańskich warunkach. Jego rzeczy leżały w kącie. Miał mnóstwo wolnego czasu i niewiele do zrobienia. Zdjął więc niepotrzebne ciuchy, zamknął drzwi na klucz oraz okno i usiadł na ziemi w pozycji do medytacji. Musiał przemyśleć wszystko co wydarzyło się w ciągu dwóch ostatnich dni i uspokoić ducha.

Spotkanie odbyte w podziemiach gospody było interesujące chociaż niczego tak naprawdę nie wniosło. Dowiedzieli się dlaczego ich wezwano i co mają wykonać oraz udzielono podstawowych, luźno ze sobą powiązanych informacji. Jedne były istotne inne znacznie mniej chociaż na razie ciężko jest stwierdzić które są które. Zgodnie za słowami jego towarzysza z klasztoru „Każda wiedza jest ważna. Nie ma ważniejszych. Po prostu przydają się w różnych sytuacjach”. Na razie jednak nie przydaje się żadna. Wszyscy z siedzących w tajemnym pomieszczeniu mieli własne strzępki informacji czyli nie zostali dobrani przypadkowo. Nadal nie dawało to niestety żadnych klarownych odpowiedzi. Błąkali się jak dzieci we mgle. Mark nawet jeżeli miał jakieś pytania to wiadomość o tym, że Malgrion jest w ciężkim stanie wyprowadziła go z równowagi. Spotkanie, poza poznaniem osób z którymi najprawdopodobniej spędzi najbliższe dni oby nie miesiące, nie było zbyt satysfakcjonujące.

W nocy nie wyspał się z powodu materaca i dręczących go myśli na temat druida, wstał jednak bladym świtem i po krótkich seriach ćwiczeń na każdą partię mięśni był gotowy by wyruszyć do świątyni. Towarzyszył mu Rhistel który mieszkał w Silvermoon a na pewno lepiej je znał od mnicha. Porozmawiali trochę w trakcie drogi, ale nie były to raczej zbyt ciekawe pogawędki. Przed świątynią czekali już niemal wszyscy, poza Kennethem i Mizzrym. O ile nieobecność tego pierwszego nie dziwiła, już od spotkania działał Markowi na nerwach, który widział w nim za dużo swoich dawnych cech, porzuconych w trakcie szkolenia, o tyle brak tego drugiego był zastanawiający.

W murach świątynnych czekała ich kolejna dawka informacji do przefiltrowania i kolejny szok. W sali w której leżał elf dokonano zabójstwa. Na pryczy leżał zamordowany kupiec z ostrzem wystającym z piersi. Może jednak to nie było tylko zimne zlecenie a pomyłka skrytobójcy, gdyż wcześniej na tym samym miejscu leżał druid. Ta myśl sprawiła, że krew szybciej popłynęła w jego żyłach. Nawet teraz, wspominając tylko te chwile, pamiętał wszystkie uczucia, które temu towarzyszyły. Zdezorientowanie, zaskoczenie, ulga i złość.
To ostatnie niemal wytrąciło go z równowagi. Kiedy usłyszał krzyk dziewczyny, zareagował instynktownie. Jako że był najbliżej okna, wyskoczył przez nie natychmiast i ruszył w stronę trójki bandytów z których jeden był już niezdolny do jakichkolwiek działań. Zanim dobiegł, drugi z łotrów leżał na ziemi za sprawą elfa, który pojawił się niewiadomo skąd. Był niedaleko napadniętej dziewczyny i dzielnie stawał w jej obronie. Ostatni z bandytów, trzymający w ręce gladius, nie zdążył nawet zamachnąć się na nowego przeciwnika. Mnich był gotowy zmasakrować go jednym ciosem, ale lata treningów nauczyły go ignorować instynkty i emocje z walki. Musiał zachować spokój i okazać szacunek przeciwnikowi, nawet jeżeli był nim tylko zwykły, podły zbój chcący zaspokoić pragnienia swoich lędźwi. Trzeba go okazywać każdemu. Niech przynajmniej widzi z kim walczy.

Mnich, ślizgając się na żwirze, pojawił się przed przeciwnikiem i chwycił go za nadgarstek z bronią. Jego palce zacisnęły się niczym krasnoludzie imadło. Rozległ się nienaturalny chrzęst ale broń nie upadła na ziemię. Mark uśmiechnął się pod nosem. Walcząc ze zwykłymi przeciwnikami nie wykorzystywał pełni swoich umiejętności. Nie chciał siać śmierci i spustoszenia. Siła jego mięśni i umiejętności wystarczyły na takich jak ten. Sprawiał wrażenie twardego, ale wewnątrz pewnie jęczał z bólu. Spróbował zaatakować z sierpa, ale cios został z łatwością odbity. Kontra w brzuch na chwilę wybiła rzezimieszkowi z głowy wszelkie próby oporu. Mnich pociągnął ręką w dół, zmuszając go by się pochylił. Przełożył nogę nad wyciągniętym ramieniem, a następnie wykonał kopnięcie w twarz. Ciało wybiło się w powietrze, robiąc po drodze śrubę, a muskularny wojownik okręcił się na pięcie. Wbił w ziemię wyrwany gladius i spojrzał na elfa i dziewczynkę. Wtedy to usłyszał świst i zauważył wyciągniętą ręka Mizzryma. Nie zdążył zareagować. Sztylet przemknął się tuż obok niego i trafił w rzepkę drugiego z żywych bandytów, który najwyraźniej chciał zajść Marcusa od tyłu. Jeszcze zanim przebrzmiał krzyk bólu i zanim zwalił się na ziemię otrzymał silny hak w splot słoneczny. Cios uniósł go kilka centymetrów nad ziemię, a kiedy upadł był już nieprzytomny. Mark ruchem głowy podziękował elfowi i podszedł do ostatniego. Ku swojemu zdziwieniu spostrzegł, że ten był nieprzytomny. Czyży przesadził? Przyklęknął przy nim i zbadał mu puls. Żył ale spał sobie w najlepsze. Mężczyzna podniósł głowę i rozejrzał się. W oknie stał Rhistel i przyglądał się całej sytuacji. Najwyraźniej to właśnie on rzucił jakiś czar albo coś. Taka przynajmniej była pierwsza myśl…

Mark powoli otworzył oczy i wypuścił powietrze. Później wszystko potoczyło się już normalnie. Rzezimieszków związano, wniesiono do świątyni, wezwano straż i zawiadomiono o morderstwie. Dywagacje na temat morderstw i powiązania z nim tych ludzi, dziwna podsłuchana rozmowa, przeniesienie i wypytanie jednego z łobuzów. To wszystko wydawało się nie mieć logicznego ciągu. Mnich ponownie zamknął oczy i wprowadził się w trans.

Przy trudniejszych zagadkach zawsze pomagała mu wizualizacja. Stworzył więc w głowie opisany zarys naczynia. Następnie starał się łączyć poszczególne zasłyszane informacje i nakładać je na „szkielet”. Wiele elementów do siebie nie pasowało, jeszcze więcej pozostawało nieużytych. Przypadkowe morderstwo, zaginięcie młodego Cartera, porwanie kapłanki, osoba Lady Saliny, banda najemników których miał sprawdzić Malgrion…

Marcus łapczywie złapał powietrze i podtrzymał się by nie upaść. Stracił trans. Emocje znowu wzięły górę nad wyćwiczonym doświadczeniem. Automatycznie zaczął obracać pierścień na palcu i uspokajać oddech. Znowu musiał zacząć od początku.

To wszystko nie miało połączenia. Brakowało jakiegoś ważnego elementu. Może był nim znak Bhaala? Może po prostu coś im umykało. Ktoś musiał umożliwić dostanie się złodziejowi do pałacu Lady Alustriel. To było mocno umocowane rozumowanie ale brakowało konkretów. Kto mógł nim być? Czy rzeczywiście zaginiony Carter czy może był to tylko jeden z fałszywych tropów? Trzeba też brać pod uwagę fakt, że jeżeli ktoś chciał przechytrzyć władczynie Silvermoon to musiał posłużyć się fortelem. Może więc Carter to tylko przynęta? W takim razie gdzie jest myśliwy? Za dużo pytań, wciąż za dużo…

Mark wstał z ziemi i sięgnął po swój bukłak. Zaschło mu w gardle. Nic dziwnego skoro medytował kilka godzin. Tylko wydaje się, że to jest takie proste myślenie, przypominanie. Umysł jest w stanie zrobić to w kilka minut ale odwzorowanie ogromnej ilości szczegółów pochłania więcej energii i czasu. Wyobrażenie sobie zapachu tego smrodu biednej dzielnicy z pamięci i uczucie smutku kiedy mijali dziecko żebrzące o garść miedziaków. Dźwięk złotej monety uderzającej o metalową miskę i uśmiech rozgrzewający serce. Mnich był świadomy, że to mogło być wymuszane albo że pieniądz zostanie przekazany jakiemuś silnemu dorosłemu. Miał jednak nadzieje, że w jakiś sposób pomoże to chłopakowi. Zawsze trzeba mieć nadzieje, że świat może się zmienić na dobre, bo jeżeli umrze nadzieja ostatniego ze sprawiedliwych, wtedy umrze przyszłość.
Ostatnie krople życiodajnej ciecz wylał sobie na głowę. Miłe uczucie chłodu wypełniły wszystkie jego zmysły kiedy woda spływała po jego nagim ciele. W myślach podziękował Istishia za oczyszczenie i wyjrzał za okno. Słońce już od dawna chyliło się ku zachodowi. Pozostawało tylko pytanie co robić do końca tego niezbyt udanego dnia. Znakiem Bhaala zajmują się Kenneth i Ylaatris; Carterem Ignan, można tak powiedzieć. Pozostawała kapłanka, Suliva i najemnicy. O tej pierwszej nic nie widzieli, do drugiej nie dostanie się od tak. Wybór był więc raczej prosty. Mark założył na siebie swój płaszcz i zabrał całą broń jaką posiadał. Zostawił tylko złoto i sakramentalny bicz. Tak przygotowany miał zamiar opuścić karczmę. Na dole zauważył elfa rozmawiającego z Janem. Przyjrzał się mu dokładnie. Miał nadzieje, że poczuje to spojrzenie. Że obejrzy się za wychodzącym Markiem i wiedziony ciekawością ruszy za nim. Pomoc zawsze się przyda. Nie chciał jednak o nią prosić. To co miał zamiar zrobić było ryzykowne, a on nie miał zamiaru szastać czyimś życiem…
Zawsze warto mieć nadzieje.
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny
Efcia jest offline  
Stary 26-08-2010, 22:21   #4
Banned
 
Wewnętrzny zegar miał to do siebie, że działał niezależnie od okoliczności. W tym fachu po prostu trzeba było się nauczyć spać w dowolnym miejscu, w dowolnej pozycji i w dowolnych okresach czasu. Po prostu – trzeba było. Kiedy Igan otworzył oczy przez chwilę patrzył w sufit. Zabawa na podwórcu karczmy trwała w najlepsze, więc jednak nie padało. I dobrze.
Przez chwilę zastanawiał się nad tym czy rozsądnym było wciąganie chłopaczka w całą tę rozgrywkę... Jednak... Gdyby za każdym razem miał mieć wyrzuty sumienia... Wstał i przeciągnął się zakładając koszulę i kamizelkę. Szybko ubrał karwasze i sprawdził ekwipunek... Był gotowy...


Schodząc bocznymi schodami do sali jadalnej przez okno mężczyzna zauważył nawet, że zabawa się rozkręcała, jak zwykle pod wieczór, kiedy w karczmie było znacznie więcej gości – wystawiono nawet grilla i pierwsze opieczone kawałki mięsa wylądowały już na talerzach.






*****


Igan musiał swoje odczekać na zamówiony posiłek; ruch był bowiem naprawdę spory. Kiedy siedział przy końcu jednego ze stołów czekał, a potem zajadał zapiekankę popijając herbatą ziołową rozlewaną z dużego dzbana; usłyszał ciekawą rozmowę toczoną przez w dalszej części stołu. Rozmowę dotyczącą rzepy i jej zalet.






Gnom rozprawiający z zacięciem o rzepie i tym co można z niej zrobić, przeplatając swą wypowiedź wspominkami rodzinnymi i mało ważnymi wtrąceniami, co każdego doprowadziłoby do załamania nerwowego nawet człowieka… Krasnolud, do którego bezpośrednio zwracał się gnom, był nadzwyczaj cierpliwy lub może zajęty bardziej swoim piwem niż gadką gnoma. Chłopak z chęcią poczekałby na rozwój wydarzeń – w końcu nic tak nie urozmaicało imprezy jak jakaś nawalanka; zwłaszcza w wykonaniu krasnoludów… Niestety trzeba było się zbierać nad rzekę…



Igan wrócił do pokoju i zabrał torbę pełną sucharów i resztę wyposażenia. Spod szerokiej, dłuższej kamizelki, nie było widać sztyletów, a specjalnie szyte karwasze dobrze maskowały shirukeny. Zszedł na dół i podążył na spotkanie. Czasu nie było wiele, a zarywanie kolejnej nocy niespecjalnie mu się uśmiechało.


Dzielnica nadrzeczna przypominała doki, w których mężczyzna się wychował. Niechętne spojrzenia, ludzie poukrywani w rozwalających się budynkach znikający przed każdym obcym i każdym spojrzeniem. Chlupot wody również był znajomy, zbyt znajomy. Mięśnie chłopaka ponapinały się bez jego woli. Dla postronnego obserwatora może i wyglądał naturalnie, niebezpiecznie naturalnie. Nie każdy potrafiłby o tej porze wejść w taką dzielnicę i nie ukazywać strachu. Ręka pozornie spoczywała na torbie – jakby chroniąc jej zawartość przed chciwością innych – jednak w rzeczywistości była przygotowana do wyciągnięcia i rzucenia broni…


*****






Do spotkania z chłopaczkiem doszło przy rozwalającej się ruderze. Miejsce było średnio odpowiednie – zmysły Igana oceniły możliwości ukrycia w samym budynku i na jego dachu, oraz, oczywiście, w najbliższej okolicy… Nie było dobrze, ale ciężko było wymagać, aby mały wiedział gdzie należy się spotykać, a gdzie nie…


„Cholera!” – przemknęło przez głowę chłopaka, kiedy dzieciak wspomniał coś o nagrodzie, którą otrzymał – „To popełniłeś duży błąd, może i ostatni w swoim życiu”


- Idiota… - skwitował na głos patrząc na osuwające się ciało dziecka. „W takich dzielnicach przetrwają tylko mądrzy… Przykro mi mały.”

- Wyznawcy Bhaala tolerują zdrajców, jednak głupota, to inna sprawa. Teraz zaś, czy ty także jesteś głupi, czy raczej preferujesz zdradę?

- Zdradę? - powiedział Igan po chwili milczenia jakby zastanowienia, może zdziwienia - Nie wiesz kim jestem i co tutaj robię, więc nie mów mi o zdradzie. Jakbyście nie spierdolili, to by mnie tu nie było... Jednak jestem. Co mam powiedzieć tym, którzy mnie tu przysłali? - sytuacja może nie była najlepsza, ale póki co walka czy ucieczka nie były opcją. Igan liczył na to, że nikt go nie widział z resztą... Zresztą - zawsze mógł powiedzieć, że ich szpieguje... Trzeba było ugrać na tym jak najwięcej. "To spotkanie już miało wysoką cenę" - pomyślał.
- Ooo, koleś chce pogadać? - parsknął śmiechem mężczyzna z naprzeciwka. Tak oceniając tych, co wyszli na placyk oraz kryli się w cieniu, była ich co najmniej piątka. - Dobrze, możemy chwilę porozmawiać, ale sam rozumiesz, nie warto specjalnie zwlekać zanim się ubije kogoś, kogo się chce ubić - zadrwił przeciwnik ignorując uwagę Igana na temat jego całego posłannictwa. Albo wyczuł blef, albo był po prostu zwykłym siepaczem, którego interesowało głównie zabijanie. - Chyba chłopcze, że znasz jakiś dobry powód, żebyśmy tego nie zrobili. Naprawdę dobry - cóż, jednak głupim bandziorem chyba nie był, choć Igan widział, jak się oblizywał spoglądając na leżący pod jego stopami zezwłok, który jeszcze niedawno był młodym chłopczykiem.

Cel został połowicznie osiągnięty - panowie wyszli z cienia i przynajmniej było wiadomo ilu ich jest oczywiście - Igan zakładał jeszcze obecność co najmniej dwóch, może trzech pozostających w ukryciu... Siedmiu, może ośmiu, na jednego to też nie dawało zbyt dobrych rokowań... Jakiś głuchy odgłos i chwilkę później głośne chlupnięcie gdzieś w okolicy wywołało zdziwienie nie tylko u Igana, ale i u bhaalitów... Wykorzystał ten ułamek sekundy zaskoczenia na nieznaczne przesunięcie obu rąk...

- Kto tam! - wrzasnął nagle wyznawca Pana Mordu rozglądając się niepewnie.
- Tylko ja - ciemność mroku spowijająca powietrze nie pozwalała widzieć pochylonej twarzy, ale to było dziwne, spomiędzy ruder wyszła na placyk mała dziewczynka, na ramieniu której siedział kruk.
- Szlag! Kolejny bachor. Rimtim trzaśnij ją, my zaś chłopaczku wrócimy do naszej rozmowy. To co? Co wolisz?

Pojawienie się dziewczynki o tej porze w tym miejscu było co najmniej sporym zaskoczeniem. Zaskoczeniem, które tylko nieznacznie polepszyło sytuację Igana. Liczył na jakieś większe zamieszanie... Jednak kiedy dziewczynka... Tia... Taka była z niej dziewczynka jak z Igana chłopaczek... W każdym razie, kiedy dziewczynka trzasnęła Rimtima i sprowadziła go do parteru w sposób co najmniej popisowy lewa ręka Igana przesunęła się po karwaszu wyciągając z ukrycia gwiazdkę, która ułamek sekundy później poszybowała w kierunku twarzy jednego z Bhaalitów. Drugą ręką wyszarpnął nóż i odskakując w bok na odlew ciął stojącego zbyt blisko napastnika. Jeszcze jeden odskok... Gdzieś słychać było jakiś hałas, jednak zmysły Igana nie miały czasu na analizę. Powstało bowiem spore zamieszanie, które szybko przerodziło się w bijatykę pełną gębą. Chłopak dostał dwu przeciwników z puli zauważając, że na polu walki pojawił się postawny wojownik; a przez chwilę wydawało mu się nawet, że to towarzysz kapłanki Sune... Uchylił się przed nadlatującym mieczem i wsadził sztylet w udo napastnika. Wykonał przewrót, ciągle trzymając sztylet w nodze przeciwnika. Ten zawył z bólu, kiedy nóż pod naporem ciął mięśnie praktycznie wykrawając je z nogi. Drugi z oprychów nie próżnował i szczęściu lub dzikiej zręczności Igan zawdzięczał, że jego cięcie ześlizgnęło się po ramieniu chłopaka poza z niszczoną koszulą i praktycznie zadrapaniem nie czyniąc żadnych szkód. W następnej chwili jednak los się odwrócił - najwidoczniej zajęty obserwacją reszty pola walki - i sztylet Igana poszybował w przestrzeń o dłoń mijając klatkę napastnika. “Cholera” - pomyślał chłopak odskakując do tyłu i wyszarpując z karwasza kolejne shirukeny. Kątem oka obserwował resztę pola walki, jednak wszystko tonęło już wieczornych cieniach i ciężko było rozpoznać dokładne sylwetki walczących, dodatkowo ciągle przemieszczających się i zmieniających pozycje. Śmiertelny gulgot człowieka duszącego się własną krwią z poderżniętego gardła rozległ się gdzieś obok Igana... Każdemu podniosło by się coś z żołądka... Ponownie odskoczył do tyłu zyskując kolejne półtora metra i okazję do kolejnego rzutu. Bhaalici mieli problem z zauważaniem tych niewielkich latających przedmiotów w coraz ciemniejszym miejscu, więc kolejne gwiazdki Igana zadawały im kolejne obrażenia, może nie poważne czy głębokie, ale denerwujące... A zdenerwowany przeciwnik to łatwiejszy przeciwnik. Chłopak liczył zresztą na wykrwawienie się tego z napastników, którego potraktował nożem. Nie mógł on dotrzymać kroku Iganowi, ale i tak Igan miał znów dwu przeciwko sobie... “Szlag by to trafił... Głupi dzieciak...”

Chwila dekoncentracji kosztowałaby wiele, jednak nóż przeciwnika zablokował się na sucharach, których Igan miał pełną torbę i tylko drasnął bok chłopaka; ten błyskawicznie obrócił sztylet w dłoni i z pełnym impetem umieścił go w szyi przeciwnika. Krew trysnęła ochlapując skrytobójcę... Ciało osunęło się bezwładnie kiedy się uchylał przed kolejnym wściekłym cięciem. Ten był dobry i na dodatek miał długi miecz, którym całkiem dokładnie odgradzał się od Igana. Shirukeny zostały trzy i to była żelazna rezerwa, której chłopak nigdy nie wykorzystywał. Tyle, że ile można było się uchylać i uskakiwać przed ciosami?!? Bhaalita potknął się na czymś, ale odzyskał równowagę na tyle szybko, że Igan zdążył tylko doskoczyć do przeciwnika i momentalnie odskoczyć przed ciosem z rękojeści. Kusza! Mężczyzna potknął się o kuszę najwidoczniej odrzuconą wcześniej przez kogoś innego... Kilkanaście skoków i uników dało wreszcie pożądany efekt - kusza znalazła się w rękach Igana. Oprych roześmiał się, ale jednocześnie pokazał, że jest zmęczony wymachiwaniem kawałem żelastwa. Igan wcale nie zamierzał zajmować się ładowaniem kuszy... Odskoczył do tyłu podpuszczając przeciwnika do szarży i chwycił nóż w zęby. Kusza powędrowała w dwie ręce i sparował nią kolejny atak odrzucając zaskoczonego przeciwnika pół kroku do tyłu. Chwilę później kusza rozsypała się na głowie Bhaality. Igan odrzucił resztki drewna i chwycił nóż w rękę; rozejrzał się po najbliższej okolicy, ale nie było już kolejnych chętnych na rozróbę.

Odsapnął.
 

Ostatnio edytowane przez Aschaar : 28-08-2010 o 00:01. Powód: uzupełnienie
Aschaar jest offline  
Stary 01-09-2010, 10:13   #5
 
Cohen's Avatar
 
Słysząc złożoną mu propozycję, popartą na dodatek czynem, wyszczerzył się i bez wahania zaczął się rozbierać. Jak każdy normalny facet wyznawał bowiem zasadę, że umrzeć, proszę bardzo, o ile da się wcześniej pochędożyć.
Ściągnął kurtkę i koszulę, ukazując umięśnione ramiona i tors. I sporą kolekcję blizn na nich. A gdyby sparaliżowany zbir mógł mówić, zapewne wyraziłby jakąś uwagę o kolejnej szramie, poszarpanej i biegnącej przez całe plecy, od pasa do ramienia.
Pas z bronią odpiął już przyciskając kobietę do podłogi własnym ciałem.

~ Bogowie, nie stanie mi chyba przez tydzień. ~ pomyślał, gdy zaryzykował wreszcie odzianie dolnej części garderoby.
Syknął cicho dociągając spodnie i ostrożnie zapiął pasek. Luźniej niż zwykle.
- Nie myślałaś o konwersji na Sune? Pasowałabyś tam. Znam tam nawet kogoś, z kim świetnie byś się dogadała. Na pewno nie przeszkadzałoby ci, że też jest kobietą.
- U ich nie można zabijać. – stwierdziła z dezaprobatą. – Więc odpada.
Kenneth nie pytał dalej.

- To naprawdę ty kręcisz tym całym interesem z Bhaalem? – zapytał, zakładając koszulę. Był tu już od jakichś dwóch godzin, najwyższy czas zabrać się do pracy.
- No wiesz, kręcić, to miłe słowo. To mnie rzeczywiście kręci. A ciebie by nie? Uwielbiam, kiedy ktoś obok pada, jak ten idiota. Wiesz, on wszystko widział oraz słyszał. Dochodził go nasz zapach, ale nie mógł nic zrobić. Zabawne, nie? Bhaal zaś ... obiecał, że po powrocie nagrodzi takich, jak my. Rozumiesz więc, dzięciole, łączę przyjemne z niezwykle pożytecznym.
- Nie mogę przestać się śmiać
- przyznał. - Zostając jeszcze przy Bhaalu, nie wspomniał aby czegoś o morderstwie u ilmaterytów?
- Szpital? Kogo obchodzi jakiś szpital. Zdecydowanie wolimy takich, którzy są młodzi, zdrowi oraz jurni. Tacy wierzgający przed obliczem Bhaala. No wiesz, tacy są smaczniejsi przed oraz zabawniejsi po.
- Interesujące. Czyli nie mieliście kontraktu na nikogo w tym przybytku?
- Czy to ważne? Ale nie interesują nas ilmateryci. Wybacz dzięciole, ale co oni mogli by nam dać. Uciechę? Przecież tamte babki nie mają ikry. Co innego kapłanki Sune
- mlasnęła - ale Ilmater - parsknęła - daj spokój.
- Fakt, nie bardzo was widzę w jednym łóżku. Ale owszem, dla mnie to dość ważne. Przynajmniej w tym momencie.
- Ha ha, no cóż. Naprawdę ważne? Może ci powiem, ale wiesz, za co na przykład? Co ty możesz mi dać?
- Właśnie dałem ci sporo swoich płynów ustrojowych. I ze dwa orgazmy.
- przypomniał jej z wyrzutem. - Ale skoro to ci nie wystarcza, mów, czego chcesz.
- Trzy, dzięciole, trzy. Ale ja tobie także, dlatego jesteśmy kwita. I nie zabiłam cię, choć mogłam. Jeszcze, znaczy, nie zabiłam. Ale masz tak cudowne ciało, ze aż byłoby mi żal. Chyba. Przynamniej teraz. Dlatego, jeżeli chcesz wiedzieć, to cóż, odpowiedz mi na pytanie, dlaczego chcesz wiedzieć. ale moment
- podeszła do skrzyni wyjmując skrzącą kulę. - to pokaże, czy nie okłamałeś swojej malutkiej królewny. Mów teraz.
- Sprawy zawodowe.
- zaczął bardzo ogólnie. - Morderstwo jest związane z robotą, którą obecnie wykonuję.
- Cóż, mówisz prawdę, póki co... jeszcze troszkę, dzięciole
- zachęciła kusząco
- Ujmę to tak: w szpitalu ilmaterytów doszło do zabójstwa, prawdopodobnie spartolonego. W sensie, zabito nie tego, co trzeba. Ale zamach ktoś zlecił właściwie. Potrzebuję więc zamachowca. Albo, jeszcze lepiej, zleceniodawcy.
- Hm, faktycznie, mówisz prawdę. Właściwie sprawy szpitala mnie nie obchodzą. Toteż mogłabym to pominąć, gdyby nie fakt, że jeden z naszych wyznawców, taki kupiec, mniejsza o to, kto
- pominęła nazwisko - coś wspominał na temat morderstwa w szpitalu. Ale cóż, nie nasza sprawa, tylko jego. Teraz zaś pewnie chcesz, żebym ja ci coś powiedziała?
- Nie obraziłbym się za to.
- potwierdził.
- Otóż osobiście co do morderstwa nic nie wiem oraz nie obchodzi mnie to. Moi ludzie zajmują sie czym innym. Poszukiwaniem Dziecka Bhaala, które ma sie stać naczyniem powrotu Bhaala. Natomiast reszta, no cóż, od czasu do czasu kogoś porwiemy, nasza wiara tego wymaga, żeby była odpowiednia ofiara. ale akurat nie tam. Nie Ilmater. A ty, dzięciole? Jesteś zainteresowany?
- Zwykle nie bywam złożony w ofierze.
- stwierdził po udawanym namyśle. - Jeżeli to mi proponujesz.
- Dobra odpowiedź. ale może wolisz być nie pod ostrzem noża, ale przy trzonku? Na przykład, popatrz, przecież wiesz, ze nie mogę cię puścić stąd. Chyba, ze jako naszego człowieka. Ot, widzisz tego wijącego sie, który właśnie odzyskuje sprawność. Ubij go pokazowo, jak na bhaalitę przystało. Wtedy będziesz nasz. Co ty na to?

Na ułamek sekundy twarz mu się zmieniła, ale zaraz się opanował.
- Dlaczego nie? - powiedział, siląc się na obojętność. - Nie wierzę, że dałeś się nabrać na to, że cię uwolnię. Każdy by wiedział, że to tak się skończy. Albo jakoś podobnie. - zwrócił się do leżącego.
- Tu i teraz, czy macie jakiś specjalny rytuał na taką okazję? - zapytał kpiąco.
- Sam wymyśl - parsknęła. - Popatrzę sobie, jak gorliwym wyznawca jesteś. Jeżeli potrzebujesz jakichś narzędzi, weź stamtąd - wskazała na szafkę sadowiąc się na jedwabistej poduszce, która przez ostatnie półtorej godziny była niemiłosiernie ugniatana przez wasze ciała.

Po chwili namysłu, czy raczej wyszukiwania możliwych scenariuszy spośród tych, które podsuwała mu wyobraźnia, podniósł sparaliżowanego i oparł go o ścianę. Rozejrzał się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu pasa, który gdzieś rzucił. Znalazłszy go, wyciągnął sztylet, wrócił do bhaality, po czym wolnymi, precyzyjnymi ruchami otworzył mu tętnice na udach i pod pachami. Krew wartko siknęła z ran, rozmazała się abstrakcyjnym deseniem na ścianie, spływała po ciele, tworząc pod cały czas żywym zbirem niemałą kałużę.
Spojrzał pytająco na kobietę.
Klaskała uśmiechnięta. Wstała, podeszła do szafki wyciągając dwa kubki.
- Póki całkiem nie wyleci. Nieźle, jak na nowicjusza. Jego to nie boli specjalnie, ale on to widzi. Wie. Napełnij kubki. Sporo już wyleciało. Musimy wznieść toast za naszego następnego kompana.
- Macie ciekawe upodobania. Ja tam wolę mocną whisky. Ale co kult, to obyczaj, czy jakoś tak.
- odwrócił się, by napełnić naczynia, modląc się jednocześnie w duchu, by to była tylko próba. No, chyba, że mają wpisane w zwyczaj, że każdy nowy członek na dzień dobry rzyga krwią. A może o to im chodzi.
Podał kobiecie kubek.
- Za nas - wzniosła kubek - oraz za następne spotkanie. A, jeszcze poczekaj chwilkę - zaczęła cos szeptać, co przypomniało ci zaklęcie, lub modlitwę. - Także wolę coś mocniejszego, ale tym razem krew musi wystarczyć, choć jak chcesz, tam jest butelka - wskazała na szafkę - możesz trochę rozcieńczyć. Właściwie to mi także. Niespecjalnie lubię, ale cóż, takie mamy zasady.
Woląc, mimo wszystko, nie próbować jak smakuje krew z dodatkiem alkoholu, dolał trochę do kubka kultystki, a potem sam golnął potężnie z gwinta. Wódka, jak się okazało, spłynęła mu ciepłem przełykiem i do żołądka. Wrócił do kobiety, oddał jej naczynie. Trąciła nim jego własne, po czym wypiła na raz, z widoczną przyjemnością. Patrzyła na niego wyczekująco, oblizując wargi. Nie uroniła ani kropli.
Kenneth odetchnął głęboko. Domyślał się o co chodzi. To najwyraźniej była jakaś forma bloedgeas, przysięgi krwi. Rzecz, z którą cholernie niebezpiecznie było igrać. Ale co to za frajda bez ryzyka?
~ No, raz matka rodziła. ~ pomyślał i wypił do dna.
Ciecz zostawiła żelazisty i słony posmak w ustach. Starał się nie smakować, ale nie bardzo mu wyszło. Udawał chojraka, nawet gdy zawartość żołądka podeszła mu do gardła. Ale kiedy znowu poczuł smak krwi, nie wytrzymał. Zgiął się w pół i rzygnął malowniczo. Jako, że nic dzisiaj nie jadł, była to głównie karmazynowa ciecz.
- To, jak rozumiem, jest wpisane w ten obrzęd? – wybełkotał, trzymając się za brzuch.
Kobieta przewróciła oczami, uśmiechnęła się kpiąco.
- W większości wypadków… bracie.
- No, to skoro odbębniłem rytualne rzyganie, dasz mi namiary na tego kupca?
 

Ostatnio edytowane przez Cohen : 01-09-2010 o 10:21.
Cohen jest offline  
Stary 01-09-2010, 12:22   #6
 
Efcia's Avatar
 
Gdy drzwi zamknęły się za Ramsayem Yllaatris mogła spokojnie zająć swoimi sprawami. A trochę ich miała. Pierwszą i najważniejszą z pozostałych był list do szambelana Cartera. Trzeba będzie zmyć nieprzyjemne wrażenie jaki pozostawiła wczorajsza ich rozmowa.
Yllaatris wybrała bardziej oficjalną formę listu. Czasami połechtanie cudzej próżności przynosi wiele. W starannie dobranych słowach poprosiła o spotkanie w dogodnym dla adresata czasie.
Ponownie wezwała Vibcena i tym razem również dostał przykaz czekania odpowiedź. Wiedziała, że może to trochę potrwać, dlatego zdecydowała się na kojącą kąpiel. Coś się jej od życia w końcu należało.
Gdy tak leżała w gorącej, pachnącej płatkami róż, wodzie i rozmyślała o niczym usłyszała jak chłopak wrócił. Nieśpiesznie wytarła się w miękki ręcznik, przebrała i zeszła na dół. Tam czekały ją niewesołe nowiny. Xavendithas wyjechał. Ale służba przekaże list. Należało mieć nadzieję, że wróci szybko. Wprawdzie liczyła na spotkanie jeszcze dziś, ale cóż. Nie można mieć w życiu wszystkiego.

Postanowiła zatem skreślić list do jeszcze jednej osoby. Tym razem adresatem był kupiec Otiven Dryadson. U niego nabyć można było towary luksusowe. Wprawdzie o interesach chciała rozmawiać, ale nie o takich.
Dziś miała wyjątkowego pecha. Niemal każda osoba, z którą chciała się spotkać była dla niej nieosiągalna. Pan Dryadson wyjechał w interesach. Konie miał jakieś oglądać, o czym raczył był poinformować chłopaka jakiś subiekt. List oczywiście obiecano przekazać.
Yllaatris miała nadzieję, że kupiec zechce się z nią spotkać. Znali się z widzenia, ale wiedzieli o sobie sporo. Przynajmniej ona o nim.

Skoro nic więcej nie dało się zrobić, kapłanka rzuciła jeszcze raz okiem na zdemolowany salon i korytarza. To będzie słono kosztowało, ale na szczęście nie ją.

Wieczór nadszedł dużo wolniej niż zazwyczaj. Ale też zazwyczaj Yllaatris miała co robić w ciągu dnia.
Do świątyni dotarli jak zwykle, powozem. A stamtąd już na piechotę na umówione miejsce. Eva Dwa Warkocze czekła już na nich. I tak jak obiecała była tam i Ita. Tylko, że coś z dziewczynką, bo taką miała postać, było nie tak. Jak z każdym wampirem. Ale kapłanka raczej nie miała wyboru. Ita była jedyną osobą, która jak na razie mogła jej coś powiedzieć o mordercach i porywaczach, którzy ją interesowali.

Na samo wspomnienie pewnej kobiecej przypadłości, Yllaatris aż dostała gęsiej skórki. To są rzeczy, o których się nie mówi przy postronnych mężczyznach. Ale chyba bardziej chodziło, o to, że ją wyczuła w ten sposób.
Natomiast propozycja, która padła później mogłaby być i niezwykle interesująca, gdyby nie fakt, że kapłanka była w tym momencie niezwykle wkurzona i seks nawet tak wyrafinowany i do tego z wampirem, był na jednym z ostatnich miejsc na liście rzeczy o których teraz Yllaatris myślała. Dlatego milczeniem zbyła pytanie Ity, o to czy chce poznać owego osobnika, który rozkoszy dostarczył jednej z jej sióstr z taką właśnie przypadłością jak jej teraz. O upodobaniach, kulinarnych też, nie chciała dyskutować.

Jednak szybko rozmowa zeszła na innych tor.

- Dziecko?? - Jakby z późnieniem dotarł do niej sens słów wampirzycy. - Padło?? - Szarpnęła wojownika za ramię i ruchem głowy nakazała iść za sobą, zwracając się jednocześnie do Ity. - Prowadź. - Nie mogła nie pomóc dziecku.
Yllaatris nie bez kozery wybierał zawsze podróż powozem do świątyni Ilmatera. Wiedziała, że gdyby szła tam na piechotę rozdałaby z pewnością żebrzącym dzieciom sakwę złota, albo więcej. A gdy skończyłyby się jej monety, to miałaby wyrzutu sumienia, że nie miała przy sobie więcej. Tak przynajmniej miała czyste sumienie.

- Tak, chodźmy. idźcie za mną, Wybiorę dla was najrówniejszą ścieżkę. Najlepiej widzę podczas nocy - zeskoczyła z kamienia i pobiegła miedzy chałupami jakimś cudem omijając wertepy, dziury, czy przeszkody.

Ona bez problemu, ale Yllaatris już nie. Kilka razy się potknęła starając się dotrzymać im kroku.
- Mam nadzieję, że to niedaleko. - Wysapała w międzyczasie starając się nie zgubić przewodniczki.

- Blisko - głos wampirzycy był niemal bezgłośny przeciął powietrze, kiedy niemal wypadli na placyk, gdzie stał ... Igan oraz kilku mężczyzn. Leżało także coś, co kiedyś było dzieckiem. Leżało niemalże przy stopach uzbrojonego wojownika, dzierżącego w ręku okrwawione ostrze długiego sztyletu.

Kapłanka starała się za nimi nadążyć, ale również starała się nie wdepnąć w coś, nie poślizgnąć się na czymś. I to był błąd. Zamiast patrzyć się przed siebie, jej wzrok skierowany był na podłoże, po którym stąpała.

Głuchu odgłos, jaki towarzyszył zetknięciu się kapłanki z czymś co wyrosło nagle na jej drodze rozszedł się po okolicy. Drugi głuchy odgłos powstał gdy kobieta odbiła się od masywnego ciała wojownika, jak się okazało, i upadła swoimi czterem literami w jakąś kałużę.
- Gdzie tym nasz oczy?? - Syknął ten ostatni, gdy Yllaatris podnosiła się z ziemi, otrzepując zakurzone i obolałe siedzenie. - Trzeba było od razu wkroczyć tu wśród dźwięku fanfar i głośno krzyczeć „Tu jesteśmy!!” - Nawet się nie pokwapił aby pomóc jej wstać.

Służka Sune rozejrzała się po okolicy i stanęła jak wryta. Nie spodziewała się spotkać chłopaka tutaj. I to w dodatku w takich okolicznościach. To na pewno nie była przyjacielska pogawędka. Trzech uzbrojonych bandytów wcale nie wróżyło najlepiej.

Jakież było zdziwienie zdziwienie wszystkich, gdy bachor, jak malowniczo był nazwał Itę jeden z oprychów, dosłownie złożył w kosteczkę niczego niespodziewającego się napastnika.Tak to jest gdy niedocenia się przeciwnika.
Na dalsze złośliwości Yllaatris po prostu czasu już nie miała, gdyż owych trzech, to teraz już dwóch rzezimieszków, podwoiło swoją liczbę i do tego połowa z nich znalazła się w niebezpiecznie bliskiej odległości od kapłanki.

Na szczęście dla kapłanki Thokas był jeszcze bliżej i zdołał osłonić ją od ciosu, który z pewnością skrócił ją o głowę. A przynajmniej oszpecił do końca życia jej urodziwą twarzyczkę.
Jeszcze przez chwilę widziała jak wojownik zmaga się z dwoma napastnikami. Raczej nie byli w stanie mu dorównać umiejętnościami. Kątem oka dostrzegła też jak Ita radzi sobie z kolejnym. W zasadzie to widziała jedynie efekt tej całej zabawy. Ale ta to imponujący.

Gdy nagle niewyobrażalny ból przeszył jej nogę. Yllaatris wydała z siebie dziki wrzask i chwyciła za udo. Jak przez mgłę, która nagle zaćmiła jej umysł, dotarło do niej, że z jej nogi coś wystaje. I to owe coś jest źródłem bólu.

I ból stał się teraz całym jej światem. Niewyobrażalny, straszny ból, który promieniował od uda na całe ciało. A wyjąca i wijąca się Yllaatris pomstowała na wszystko i wszystkich, a szczególności sprawcy tego wszystkiego. I przeplatając swą klontwę niewybrednymi słowami nieparlamentarnymi zasłyszanymi chyba w najgorszych spelunach, życzyła mu kapłanka długiego życia bez błogosławieństw bogini Sune, jemu i całemu pomiotowi wydanemu na ten świat z lędźwi jego.

Oj żałośnie wyglądała w tej chwili piękna służka Sune. Na szczęście dla niej w tych ciemnościach niewiele dostrzec można było.
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny
Efcia jest offline  
Stary 01-09-2010, 21:38   #7
Banned
 
Post wspólny...

Zapanowała cisza, a przynajmniej tak się wydawało, przez kilka sekund, tak się wydawało. Igan odetchnął, wytarł sztylet w koszulę trupa i rozejrzał się po okolicy. W krzykach dało się rozpoznać głos kapłanki.
Igan poszedł w tym kierunku zbieranie broni pozostawiając na za chwilę, zdawał sobie zresztą sprawę, że w tym oświetleniu może nie udać się niczego odzyskać...

To wszystko wyglądało groteskowo, on musiał wyglądać groteskowo... W mokrej od krwi i potu koszuli, uwalanej skórzanej katanie i z torbą pełną połamanych sucharów... Zakrwawioną ręką wyjął jednego i zupełnie się tym wszystkim nie przejmując zaczął jeść...

*****

- Sucharka? - zapytał siedzącą na ziemi kapłankę. - Znów się spotykamy, ale...

Świat Yllaatris ograniczał się teraz tylko do pulsującego źródła bólu w prawym udzie. Po tkwiącym tam bełcie spływała powoli krew. Płaszcz, który miała na sobie, był już dość nasiąknięty posoką i oblepiał nogę. Kapłanka siedziała na ziemi z podkurczoną lewą nogą. Obiema dłońmi uciskała ranę. Jęczała przy tym głośnio, utyskując na ból, co jakiś czas klnąc na czym świat stoi i wymyślając od najgorszych anonimowemu kusznikowi, który ją tak urządził.

Być może nie dosłyszała słów Igana, a być może celowo je zignorowała skupiając się tylko na swojej ranie i bólu przez nią spowodowanym. Faktem było, że nie zareagowała.
Podobnie zresztą nie odnotowała faktu, że towarzyszący jej wojownik leżał nieprzytomny i wykrwawiający się tuż obok niej.

Brak reakcji kapłanki był skąd inąd zrozumiały, świadczył o tym, że jednak pomimo niezbyt poważnie wyglądającej rany ból mocno jej doskwierał. Igan stwierdził, że nie będzie zajmował się udzielaniem pierwszej pomocy, która mogłaby bardziej zaszkodzić niż pomóc i pognał w kierunku pobliskiego klasztoru; mając nadzieję, że nie wpadnie na Siostrę Gadatliwą...

Ita przez chwilę przyglądała się użalającej się nad swoim losem kapłance. W końcu uznała, że ma dość jej marudzenia i wymierzyła Yllaatris siarczysty policzek, którego odgłos rozszedł się w nocnej ciszy z niebywałą siłą.

- Oj zamknij się wreszcie!! - Uśmiechnęła się słodko do zaskoczonej kapłanki Sune. - Mam dosyć twoich jęków. - Przekrzywiła głowę i wskazała na leżącą obok kobiety ciało. - Zajmij się lepiej tymi co tego bardziej potrzebują.

Dopiero teraz do Yllaatris dotarło, że obok niej leży ciężko ranny Thokas.
Trudno powiedzieć czy to uderzenie czy widok sprawił, że Yllaatris zupełnie przestała odczuwać ból w zranionej nodze.
Kobieta przez chwile przyglądała się płytkiemu oddechowi w rytm którego nieznacznie poruszała się pierś wojownika. Jakoś zdołała się do niego doczołgać, unieść jego głowę i ułożyć sobie na zdrowej nodze. Ranny wojownik jęknął. Yllaatris nawet nie musiał zdejmować mu napierśnika, sądząc z ilości krwi i tempa w jakim wpływała rana była bardzo poważna. Kapłanka zamknęła oczy. Jeszcze raz zaniosła prośbę do swojej patronki. Jeszcze raz prosiła ją o użyczenie swojej siły aby mogła uleczyć kogoś, Ale tym razem prośba była dużo gorętsza i przepełniona troską o zdrowie i życie rannego.
I pomogło. Na szczęście dla Yllaatris Sune okazała się i tym razem łaskawa. Kapłanka westchnęła z ulgą. Thokas jednak nie odzyskał przytomności.

Nadzieja Igana jednak okazała się płonną... Skracając wyjaśnienia, pytania i dyskusje do minimum praktycznie zaciągnął kapłankę Ilmatera na miejsce. Dopiero teraz zarejestrował brak dwu osób - towarzysz Lady Yllaatris leżał z głową ułożoną na zdrowej nodze kobiety i Igan wolał go nie ruszać, nie w stanie w jakim się znajdował. Chłopak mógł dostrzec jednak, że krwotok, który wydwała sie dość poważny, została jakimś cudem zatamowany, ba nawet rana się zasklepiła, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że lepiej się nie mieszać...

Kapłanka przestała już jęczeć, jakby zupełnie zapomniała o swojej ranie. Czule gładząc nieprzytomnego wojownika po długich, splecionych w warkocz włosach przemawiała do niego
- Tylko mi nie waż się tu umierać. - W zasadzie takiej intonacji moża byłoby bardziej się spodziewać miedzy kochankami a nie szefową i pracownikiem. - Rozumiesz?? Nie waż się umierać teraz.
Dziewczynka gdzieś się zawieruszyła, było jednak już na tyle ciemno, że widoczność ograniczała się do trzech, góra czterech metrów...
Igan obszedł więc pole walki aby mieć pełny ogląd sytuacji oraz starając się odnaleźć porozrzucaną własną broń oraz inne ciekawe fanty. Wbrew pozorom handel zdobyczną bronią był dość lukratywny - głównie przez to, że broń nie kosztowała, a sprzedawało się ją za jakieś pieniądze, nawet jeżeli nie była najwyższej jakości. Okazało się, że bhaalita, któremu Igan skasował nogę jeszcze żył, choć bez opatrzenia rany pewnie nie pożyje długo. Doczołgał się do rudery i siedział teraz cicho usiłując nie rzucać się w oczy i rozdygotanymi rękami poratować krwawiącą nogę. Igan podszedł do niego i przykucnął, aby ich oczy były na jednej wysokości:
- Zapewne chcesz mi wiele opowiedzieć - powiedział kłując go sztyletem w podgardle - chyba, że mam ci się pomóc wykrwawić? Bardzo wolno wykrwawić? Zaraz wrócę...

Chłopak wstał i obszedł resztę pola walki zgarniając co lepszą broń... oraz sakiewki i biżuterię. To jeszcze nie był cmentarz, a za coś trzeba było kupić nowe ciuchy. Przy okazji okazało się, że jest jeszcze jeden kandydat do rozmów - nieprzytomny szybko został związany i zostawiony w na tyle niewygodnej pozycji, żeby nie było mu za dobrze.

Podszedł z powrotem do kapłanki Sune, opatrywanej przez służkę Ilmatera. Najwyraźniej wszystko było na dobrej drodze.
Z pewnością istniały czary łagodzące ból, jednakże widocznie siostra Magere albo ich nie uznawała, albo tracić na nie nie chciała czasu.
- Bełt trzeba usunąć, dobrze o tym wiesz. - Rzekła chyba dla formalności. - A następnie ranę oczyścić. - Zatamowała krew i swoją całą uwagę poświeciła leżącemu mężczyźnie.

Ślady krwi na koszuli, tuż poniżej prawego ramienia sugerowały, że rana musi znajdować się gdzieś tam. Kapłanka Ilmatera zaczęła odpinać kolejne paski napierśnika.
- Nie ma potrzeby. - Yllaatris odezwała się cicho i skrzywiła się lekko z powracającego bólu. - Rana jest już zasklepiona. Trzeba go tylko stąd zabrać.
- W takim razie. - Kapłanka llmatera wróciła do Yllaatris. Jednym szybkim ruchem rozerwała płaszcz okrywający ciało rannej kobiety, tak by mieć lepszy dostęp do rany. Rozejrzała się do okoła szukając Igana.
- Chłopcze?? Możesz mi pomóc?? - Rzuciła w ciemność, tam gdzie wydawało jej się, że powinien się znajdować.
- Mhmmm. - odparł Igan podchodząc do zgromadzenia - Co jest?
- Przytrzymaj ją za ramiona, mocno. - Powiedziała odrywając kolejny kawałek od płaszcza Yllaatris. - Tak żeby się nie mogła ruszyć. A ty. - Podała zwinięty kawałek materiału służce Sune. - Zagryź to mocno. Gotowy?? - Zwróciła się ponownie do Igana.
- A czy to wwypada? Tak się obściskiwać w ddwa dni po poznaniu? - uśmiechnął się chwytając kobietę za ramiona i praktycznie klinczując własnym ciałem - Sucharek byłby leppszy niż ta szmata...
- Nie. - Odparła Yllaatris, gdy siostra gadatliwa usiadła na jej obu nogach.
- Ty nie gadaj, tylko to zagryź. - Poleciła rannej. Złamała bełt. Yllaatris wydała z siebie zduszony jęk i szarpnęła się.
- Teraz ta gorsza część. - Chwyciła za grot i pociągnęła. Szło powoli i opornie, ale szło. Yllaatris usiłowała zrzucić z nóg ciężar i jednocześnie wyrwać się z uścisku Igana. W końcu jednak kapłance Ilamtera udało się wyciągnąć ostry przedmiot z uda Yllaatris.
- Już po wszystkim. - Z matczyną troską Magere pogładziła mokrą od potu i łez twarz kapłanki Sune, która teraz trzęsła się cała łkając cicho. Następnie położyła obie dłonie na ranie. Nie dotykała jednak jej. W myślach, nieznacznie tylko poruszając ustami zmówiła modlitwę do Rozpaczającego Boga. Krew przestała płynąć. Mięśnie się zrosły, organizm wytworzył nowy, różowy naskórek w miejsce uszkodzonego. Powstała blizna nie była może najładniejsza, ale z pewnością będzie się jej można pozbyć przy pomocy różnego rodzaju maści i smarowideł.
- Pomóż mi proszę. - Yllaatris zwróciła się do młodzieńca, który jeszcze chwilę temu trzymał ją ramionach. Kapłanka chciała aby Igan pomógł jej wstać.

Nie wdając się zbytnio w dyskusję Igan pomógł kobiecie wstać. Wielokrotnie zdarzało mu się transportować kogoś rannego czy kulejącego, nie było to więc jakimś wielkim problemem. W zasadzie jego doświadczenie kazało mu jak najszybciej zniknąć z okolicy, pozostawił te przemyślenia jednak dla siebie...

- Dokąd? - zapytał kiedy kapłanka stała opierając się na jego ramieniu. - Może powinniśmy mieć jakiś wóz? Dwu z bhhaalitów jeszcze żyje, więc mmożemy z nimi porozmawiać... Jeżeli ich tu zostawimy to nie ma żadnej ppewności, że na nas poczekają...
- Możemy do mnie. - Uśmiechnęła się lekko. - Tam można z nimi porozmawiać i znajdzie się pomoc. Tylko... - Tu spojrzała na nieprzytomnego wojownika. - Transport.

Ona sama nie zamierzała włóczyć się po okolicy szukając powozu do wynajęcia. A pozostali?? Przyjrzała się krytycznie chłopakowi. Był ubabrany krwią, co stanowczo wykluczało go. Eva gdzieś się zawieruszyła.

A i tak nie możnaby było jej zlecić takiego zadania..
- Siostro?? - Yllaatris zwróciła się w końcu do Magere. - Możemy pożyczyć od was wóz??
- Ależ oczywiście, oczywiście siostro. - Magere pokiwała głową i już szykowała się by wyrzucić z siebie kolejny potok słów, ale Yllaatris ją ubiegła.
- Pójdź z siostrą do klasztoru i wóz sprowadź. - Zwróciła się do Igana.

Siostra Gadatliwa została na chwilę uciszona przez Lady Yllaatris, jednak to nie przeszkodziło jej wyrzucić z siebie potoku słów dotyczącego wszystkiego i wszystkich w obecnej sytuacji... Zwłaszcza, że miała w osobie Igana “wiernego słuchacza”, który jej nie przerywał, a nawet potakiwał. Zwłaszcza, że już po kilku minutach był zajęty zaprzeganiem konia do niewielkiego odkrytego wozu jaki świątynia Ilmatera miała na wyposażeniu...
 
Aschaar jest offline  
Stary 01-09-2010, 21:49   #8
 
Efcia's Avatar
 
Postu wspólnego ciąg dalszy

- Ita?? - Kapłanka rzuciła w ciemność. - Eva?? Możemy porozmawiać?? O tym co było zeszłej nocy??
- Możemy - przytaknęła dziewczynka oblizując zakrwawione wargi oraz brodę. Jej język wydawał się troszkę dłuższy, niżeli normalnego człowieka. - Przepraszam - jakby zawahała się - powinnam się może najpierw odwrócić, ale ... chyba kwestia przyzwyczajenia. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą doskonale o moich upodobaniach kulinarnych. Natomiast co do nocy, pytaj. Wtedy dużo się stało. Kapcowie spod mostu poczęli dziecko, stary Rumel pokaleczył się siekierą, Evelina stała się kobietą, rzeka przyniosła skrzynię, na której utrzymał się żywy piesek, zaś ze świątyni Ilmatera wyszli ludzie oknem. Która spośród tych spraw Cie interesuje, kapłanko bogini piękna?
- Ta ostatnia. - Yllaatris odwróciła wzrok, gdy wampirzyca zlizywała resztki krwi, starała się przy tym, żeby wyraz obrzydzenia nie wykwitł na jej twarzy. - Eva wspominała coś nie coś. Mam powody przypuszczać, że to co wynoszono oknem ze świątyni, to moja przyjaciółka. Mam nadzieję, że żyje i że uda mi się ją odnaleźć. Opowiedz mi proszę wszystko po kolei. Zapłacę oczywiście, tak ja to wspominałam już Evie. - Gdy wspominała o swojej przyjaciółce uczucie obawy pojawiło się na jej obliczu. Autentycznej obawy i troski o życie przyjaciółki.

- Dlaczegóż uważasz, ze troszczę się mniej o swoich przyjaciół, niżeli ty o swoich? Urodziłam się tutaj, jako dziecko tych ludzi - spojrzała na nią połowicznie surowo, połowicznie rozbawiona. - Tutaj stałam się tym, czy się stałam. Kocham ich na swój sposób, choć bywają różni. Ale nie mają nikogo, kto pomógłby im kiedykolwiek, dlatego ja to robię. Obcy zaatakował ponadto moją kuzynkę. Nie jestem wyzuta z wdzięczności, choć pewnie inaczej myślisz. Dlatego darmo powiem ci, co wiem. To było późną nocą. wyczułam krew ze środka świątyni. Tam nieraz ją można wyczuć, ale rozumiesz, dla ciebie to nieosiągalne, lecz dla mnie - przerwała na chwilę - wyczuwam różne niuanse. Tam został ktoś zabity lub miał jakiś nagły wypadek. Podeszłam więc niedaleko świątyni od tyłu. właśnie wtedy zobaczyłam dwóch mężczyzn. Najpierw ktoś otworzył okno od wewnątrz, kolejny natomiast stał na zewnątrz. Temu na zewnątrz podano pakunek owinięty kawałkiem dywanu, czy chodnika. Czy może czegoś, co bogaci ludzie nazywają kilimem. Nie wiem. Ale to coś cuchnęło starością. Natomiast pośrodku znajdował się człowiek. Tak jakby spał, lub był pozbawiony przytomności. Nie wtrącam się w sprawy świątyni, póki oni nie wtrącają się do nas. Nie wchodzę w paradę nikomu, kto nie zagraża moim podopiecznym. Przeto swoim pozostawiłam im sprawom.

- Wybacz jeżeli cię uraziłam. - Yllaatris odparła po chwili. - Nie chciałam tego. Po prostu te informacje są dla mnie cenne i chciałam, żebyście o tym wiedziały i żebyście się nie czuły wykorzystane. - Nie miała zamiaru urazić nikogo swoimi słowami. - Powiedz mi proszę jeszcze, czy znasz tych ludzi?? Czy ich tu kiedyś widziałaś?? I czy potrafiłabyś ich rozpoznać?? Zaiste w świątyni zamordowano kogoś. Zrobili to ci właśnie ludzie, którzy porwali kapłankę.

- Nie - dziewczynka pokręciła głową - nie znam ich. Obcy. Mieli śmieszny zapach. Dawno nikt tak nie pachniał. bardzo dawno. dla mnie jest on śmieszny, ale dla ciebie zapewne byłby przyjemny. Bo wiesz, kapłanko Sune, pachnieli malinami.

- No raczej w olejku takim się nie kąpali. - Yllaatris uśmiechnęła się kwaśno. - Więc to mogą być ci najemnicy. - Myślała na głos. Podniosła następnie wzrok na wampirzycę. - Mam pewne przypuszczenia kto to jest. Chcemy pogadać z tymi dwoma. - Ruchem głowy wskazała na związanych. - Jeżeli jesteś zainteresowana, to mogę ci powiedzieć później kim są. - Chwilę przyglądała się dziewczynie. W końcu sięgnęła do sakiewki, wyciągnęła z niej złotą monetę i podała wampirzyce. - Nalegam byś przyjęła, Jako dowód moje wdzięczności. Za pomoc. Za uratowanie życia. Ty lepiej wiesz jak pomóc swoim.

- Nie musisz, naprawdę kapłanko, niewiele obchodzi mnie poza tymi ludźmi, którzy zostali zapomnieni przez wszystkich, także Wysoką Lady. Co do owego pieniążka, jak nie masz co z nim robić, daj choćby Evie. jej się to przyda, mi nie. Podzieliłam się wiedzą za darmo oraz dam jeszcze ci jedna wskazówkę: nigdy nie kłóć się z kimś, kto jest od ciebie wiele silniejszy. Pomogłaś moim. Spłacam swoje długi, ale nie nadwerężaj mojej cierpliwości. Wiesz bowiem, obecnie jestem syta, bardzo syta, ale nie każdej nocy tak jest - spojrzała na nią tak, ze Yllaatris przeszły ciarki. Tam była zawarta stara wiedza osoby, która niejedno widziała, ale jakiś brak człowieczeństwa, również. Niewątpliwie, Ita mogla się zachowywać dobrze, ale widać było, że sama ustanawia swoje kryteria owego dobra. To jednak była tylko chwila, potem znowu wróciła wcześniejsza mała dziewczynka. - Jeżeli zobaczę kiedykolwiek kogoś tak pachnącego, wspomnę Evie, ona ciebie odnajdzie.
Kapłanka kiwnęła jej głową, a złota monetę oddała dziewczynie.
- Dziękuję. - Dodała gdy obie się oddalały

Wprowadzenie wozu na teren przyrzeczny było sporym wyzwaniem, bo do wszystkiego brakowało, aby wóz gdzieś utknął w grząskim terenie... Z drugiej strony przenoszenie rannych nie miało najmniejszego sensu. Po jakimś czasie na wozie znaleźli się wszyscy zainteresowani wycieczką. Lady Yllaatris, jej nieprzytomny, ale opatrzony towarzysz oraz dwóch zbirów, z których jeden był związany i dalej nieprzytomny, a drugi zaś byle jak opatrzony, związany i jęczący; co z kolei doprowadzało Igana do furii. Tego wieczoru nic nie szło tak jak powinno. W końcu wóz został wyprowadzony na ulicę przy świątyni i chłopak usadowił się na koźle.
- Dokąd?
- Do mnie. - Yllaatris usadowiła się wygodnie, na ile to było możliwe, na koźle obok Igana. Chłopka powoził i dobrze. Wprawdzie kapłanka poradziłaby sobie i czymś takim, ale nie protestowała. Jej rola zatem ograniczyła się do pokierowania chłopakiem tak by dotarli do jej domu.
Niestety mieli pecha. Tuż po opuszczeniu dzielnicy biedoty, wóz podskoczył na jakimś kocim łbie i pech chciał, że koło odpadło.
Jakby tego było jeszcze mało w ich stronę właśnie zbliżał się patrol straży miejskiej.
- Najpierw ja z nimi porozmawiam. - Odezwała się cicho do Igana jednocześnie rozpinając swój długi płaszcz, który do tej pory przykrywał całe jej ciało. Poprawiła symbol bogini Sune, który nosiła na szyi, tak by był doskonale widoczny. By widoczny był symbol i jej pewne atuty, które to młodzieniec dopiero teraz mógł podziwiać, chociaż w słabym świetle. Yllaatris poprawiła swoje długie włosy o lekko fioletowawym odcieniu. Przyjęła również nieco odmienną pozę i z uroczym uśmiechem na twarzy poczekała aż stróże prawa podejdą.
- Dobry wieczór. - Zaczęła. - Jak to dobrze, że panowie tędy akurat przechodzili. Koło nam odpadło od wozu, a sami nie jesteśmy w stanie tego naprawić. Czy byliby Panowie tak łaskawi?? - Przy czym każdy gest nastawiony były na to strażnicy ogniskowali swój wzrok na kapłance. Ton głosu takowoż.
Patrol zbliżył się do nich. Od razu widać było, że musieli już coś dla kurażu łyknąć. Ich wzrok przesuwał się chwilę po ciele kapłanki.
- Jasne, maleńka, pomożemy, - Odezwał się chyba najwyższy rangą. - ale ale, czy to bezpiecznie jeździć nocą dla takiej ładnej pannicy? a co ty masz na wozie? Może to coś nie do końca legalnego? Może konieczne będzie osobiste przesłuchanie?
- Przemytnicy?? - Yllaatris w teatralnym geście położyła rękę na piersi. - My?? Och Sune. - Równie teatralnie uniosła oczy w górę modląc się do swojej patronki. - Ja jestem służką wielkiej bogini Sune. Właśnie do domu wracamy. Szczęście ma to miasto, że takich sumiennych stróżów prawa ma. Ciężka to praca musi być, panowie??
- Służka Sune? Hm - zastanowił się jeden.
- Tak, tak - bogini Sune była wyznawana przez wiele pań parających się najstarszym zawodem świata. Zresztą pracownice przybytku Yllaatris także wyznawały ją jako patronkę. Dla strażników zaś słowa Yllaatris były niczym przyzwolenie. - Tak, tak - powtórzył. ciężka praca. musimy pilnować ... no wiecie, pilnować. Dlatego, służka Sune jest szczególnie mile widziana wśród nas, nieprawdaż? skoro jednocześnie chce nam ulży podczas naszej pracy, to mamy farta, co nie?
- Jasne, Bert. Uwielbiam Sune - stwierdził inny.
- Ba, naprawdę, szczególnie zaś jej służki. To co, panienko, niedaleko mamy ładny pokoik. może przejdziesz się wraz z nami. Napijemy się? Co ty na to?
Yllaatris puściła mimo uszu uwagi strażników. Widać byli bardziej podchmieleni niż sądziła.
- O gorliwych wyznawców mej pani napotkałam. - W myślach oczywiście dodała coś zupełnie innego.
"Szlag by jasny to trafił, napatoczyło się napalonych, co to im żony dawać nie chcą. Nie przestając się jednak uśmiechać do nich dodała. - A przemytnicy?? Po ciemku sama wraca, to widziałam, tam - Wskazała na dzielnice biedoty. - duży ruch koło rzeki. Śpieszyłam się zatem, by władzy o tym donieść. I szczęściem na was, panowie mili, natrafiłam.
- Jasne, jasne. Koło rzeki, to ktoś się tym zajmie, nie nasz rewir - widać było, że dzielnica biedoty to coś, co niespecjalnie ich obchodzi. - No - wreszcie po zamocowaniu koła zwrócili się któryś. - Pomogliśmy pani, zapracowaliśmy uczciwie na swoje. To co, gdzie idziemy?
- Do mnie, tam milej, i więcej jest dziewczyn. - Yllaatris miała nadzieję, że się zgodzą. - Ale najpierw. - Tu już ton miała twardszy, muszę wywiązać się z obowiązku i zgłosić to zajście przy rzecze. Gdzieś tu był posterunek?? - Yllaatris usilnie starała się to sobie przypomnieć. - Sune nie wybaczyłaby mi takiego zaniechania. A potem. - Jej głos znowu zrobił się przyjemny dla ucha. - Zapraszam do siebie panowie.
- Przecież właśnie pani zgłosiła zajście. sama pani wspominała, służko Sune, że szukała patrolu ciesząc się, że nas zastała. Posterunek jest wiec zbędny, natomiast, jeżeli woli pani do siebie, to, oczywiście - Uśmiechnął się lubieżnie, łypiąc okiem oraz niewątpliwie rozbierając nim właśnie Yllaatris. - Tak, tak.
- Oczywiście, nikt nie powie, że nie pomogliśmy wspaniałej służce Sune - Skwapliwie dodał następny lekko piskliwym głosem.
- A przemytnicy?? - Yllaatris udała zatroskaną. - Przecież to nie wasz rewir, panowie. Może mi zdradzicie jakieś tajniki waszej służby?? Na przykład jak w takich sytuacjach się porozumiewać by już odpowiedni patrol się tam udał?? A czy to też jemu wtedy przypadnie wysoka nagroda za schwytanie przemytników na gorącym uczynku?? Czy wam też coś skapnie?? - Miała nadzieję, że jej zainteresowanie odbiorą jako szczere
- Proszę pani - Jednemu się chyba zebrało na szczerość. - każdy patrol ma swój teren, natomiast co do Nadrzecza, to kompletnie nie wiem, kto tam jest wyznaczony, ale nie sądzę, żeby się tam ktokolwiek dobrowolnie pakował. Nawet, gdyby to byli przemytnicy kamieni szlachetnych. To niebezpieczna dzielnica. Dziwi mnie, co pani tam robiła, no, ale nie moja sprawa. moja sprawa natomiast, to coś, co swędzi mnie coraz mocniej między nogami. Proszę prowadzić do swojego lokum czym prędzej, bo spokojnie nad ranem chcę wrócić do siebie. Zanim zaś obsłuży nas pani wszystkich, chwila czasu upłynie.
- Tak, tak - zgodził się inny. - Ciągniemy patyczki, kto ją będzie miał pierwszy?
- Albo może zagramy w kości?
- Dobra - jak dojdziemy do niej, to sprawdzimy, kto ma farta - ustalił wreszcie szef patrolu. - Proszę prowadzić - uśmiechnął się. - Jesteśmy grzecznymi wojakami. Proszę wierzyć, potrafimy dogodzić takiej dziewce, jak właśnie pani.
- To chodźmy. - Yllaatris kiwnęła na Igana i sama zaczęła powodzić. Wprawdzie szło jej to opornie, ale jakoś dotarła do swojej kamienicy. - Zapraszam do środka. - Ruchem ręki wskazała na główne drzwi, a potem zwróciła się do Igana. - Chłopcze odprowadź konie do stajni. Palcem pokazała mu kierunek, ale tak by tylko on widział. - Później powiem ci co jeszcze trzeba zarobić. - Licząc na chłopaka weszła sama do środka za strażnikami.
W korytarzu przywitała ich Elisys. Yllaatris zaraz podeszła do dziewczyny, stając nią twarzą w twarz odezwała się.
- Moja droga, przygotujcie dla panów wino, mocne i dobre, z tych ziołowych. Zajmę się nimi osobiście. - Oczy miała zimne. - Trzeba wspomagać naszych stróżów prawa. - A ponieważ tylko Elisys Silverkin widziała jej twarz mogła sobie pozwolić na wyraz pogardy gdy o nich mówiła. - Panowie życzą sobie coś dla gości specjalnych??- Zwróciła się ze słodką miną do strażników
- No, jeżeli można? - Mężczyźni zaczęli się krygować, pragnąc skosztować specjałów, jednoczenie zaś nie wiedząc, czego mogliby zarządzać. Wyobraźnia podpowiadała im rozmaite rzeczy, choć prawdopodobnie jedynie zasłyszane. Niewątpliwie wygadali na takich, którzy biorą za jakieś drobne pieniądze zwykłą dziwkę, która nadstawia im dupy lub gardła. Tymczasem tutaj trafili do czegoś, co widzieli zapewne tylko podczas marzeń. - Co pani proponuje? Dostosujemy się.
- Tak, tak - Powtórzyli inni.
- Zaczniemy od kąpieli. - Uśmiechnęła się figlarnie. - Dziewczyny wino przyniosą. Trochę was pomasują.
Elisys odeszła do kuchni, a kapłanka pokazała strażnikom łaźnię.
- Rozgośćcie się.
- Tak, tak. Oczywiście. Jeżeli tak jest przyjęte - Ich miny wskazywały, że uważają, iż trafili niemalże do pałacu cudów, gdzie wróżki spełniają najskrytsze, wyuzdane marzenia. Zaczęli się szybko rozbierać. Widać, że dawno nie korzystali z jakiejkolwiek łaźni.
Odziana w skórzany gorset dziewczyna przyniosła wino i rozdała je wylegującym się w wannie mężczyzną, puszczając jednocześnie zalotnie oko do jednego z nich. Chwilę później zjawiły się pozostałe dziewczyny. Śmiejąc się głośno namawiały mężczyzn, zresztą niepotrzebnie chyba, żeby częstowali się winem. A takiego wina to oni z pewnością nigdy nie próbowali, dlatego wypili całkiem sporo. Na co też Yllaatris liczyła. Silverkin doskonale widziała o co chodziło kapłance z “ziołowym winem”. I odpowiednio doprawia alkohol. Nim zabawa w łaźni dobiegła końca, spici strażnicy chrapali w najlepsze. Yllaatris odsunęła się od szefa patrolu.
- No. - Wycierając ręce w ręcznik. - To jedna sprawa załatwiona, do rana. A jutro... - Tu zawiesiła głos.
- Tak wiemy, - Araella wcięła się jej w słowo. - Mamy im naopowiadać różne rzeczy, tak by byli zadowoleni. - Puściła oko do szefowej.
- Dokładnie. - Yllaatris westchnęła ciężko. - Elisys. - Zatrzymała wychodzącą rudowłosą dziewczynę. - Mam dla ciebie jeszcze jedną robotę. - Zabrała ze sobą dziewczynę. Zeszły do stajni gdzie czakał na nie Igan.
- Panowie też chcą porozmawiać. - Yllaatris wskazała na dwóch skrepowanych mężczyzn leżących na wozie.
- Jak ten wcześniej?? - Elisys uśmiechnęła się słodko do związanych.
Rudowłosa pomogła Iganowi zaciągnąć nieszczęśników do swojego królestwa. Gdzie chłopka mógł podziwiać różnoraki sprzęt Mistrza Małoddobrego.

Yllaatris natomiast, przy wydatnej pomocy elfa i stajennego zanieśli Thokasa do jego pokoju, gdzie kapłanka mogła dokładniej przyjrzeć się jego ranom.
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny
Efcia jest offline  
Stary 05-09-2010, 13:18   #9
Banned
 
Post wspólny...

- Słuchaj - Igan posadził bhaalitę na krześle i wyjął nóż. Oparł się o ścianę i wolno wycedził - Jest późno, a z ciebie i tak życie ucieka. Więc oszczędźmy sobie problemów. Mówisz co chcę wiedzieć, potem opatrunek i spanie. Jak będziesz chciał to umożliwię ci zniknięcie z Silverymoon, tak, że nikt nigdy się nie połapie, że przeżyłeś... Możemy to też zrobić inaczej, ale wtedy rana na nodze będzie twoim najmniejszym problemem... Więc?

Jak zwykle bywa, ludzie na początku są niezwykle uparci. Patrzą hardym wzrokiem, mówiącym: Mnie nic nie ruszy, pierdolony gnoju. Jak zwykle też wlasnie osoby, które na początku były najtwardsze, najłatwiej się załamują. Bhaalita nalezał własnie do tego gatunku. Bezbłednie dało się rozpoznać charakter typowego sadysty, radosnego przy mordowaniu innych, znacznie mniej wesołego, gdy to na niem miały sie dokonac pewne fizyczne doswiadczenia.

Cóż, okazało się, że rozmowa nie będzie szybka, choć może będzie... mało przyjemna dla obu stron. Igan odczekał chwilę, ale bhaalita zamierzał pociągnąć swoją rolę. Cóż... po kilku minutach siedzenia w ciszy Igan wstał i podszedł do drzwi. Wyjrzał na korytarza jakby sprawdzając co ciekawego się tam dzieje i kto ewentualnie może przeszkodzić w rozmowie. Zamknął je dokładnie i cicho, po czym podszedł do więźnia. Spojrzał mu w oczy i zrobił coś czego tamten się w ogóle nie spodziewał - nożem zranił własny palec i pozwolił kropli krwi pojawić się przed oczami więźnia. Usta Igana zaczęły bezgłośnie wypowiadać jakieś słowa, których kontekstu i znaczenia nie sposób się było domyśleć. Po chwili rozsmarował własną krew po jego czole. Na ustach pojawił się uśmieszek politowania:

- Mamy czas... Będę mógł popróbować kkilku nowych szttuczek... Mmagia pewnie ci nie przeszkadza? - po twarzy tamtego przemknęło coś co miało znamiona strachu. - Więc?
- Widzę, że chcesz się bawić sam?? - Dodała z wyrzutem w głosie przyglądająca się scenie rudowłosa kobieta.
- Jak będziemy się nim bawić wspólnie tto za szybko się zeppsuje... Choć mamy jeszcze jednego...
- Jeżeli będziemy robić to umiejętnie, to nie. - Odparła dokładnie badając jego reakcje, jego i tego związanego.

Siedzący na krześle mężczyzna odwrócił wzrok, ale dalej uparcie milczał. Igan zdawał sobie sprawę z faktu, że jest późno, mogło być już nawet w okolicach 3 rontu, a następnego poranka miała być kolejna narada w karczmie Jana. Przed nią należało się przynajmniej przebrać... Dodatkowo była jeszcze kobieta, której obecność Igan starał się zignorować. Nie było czasu na wyjaśnienia i podchody związane z tym co tu robi i jak zamierza się ustosunkować do całości zajścia. Dom należał do Lady Yllaatris i to musiało wystarczyć...

Wrzask rozdarł ciszę pomieszczenia, kiedy sztylet Igana przebił przedramię mężczyzny, zsunął się po kości i uderzył w oparcie krzesła. Bhaalita się szarpnął co tylko pogorszyło sytuację.
- Cholera, nie trafiłem - wycedził Igan przez zęby, jakby wściekły i wyjął kolejny sztylet - Powtórka - Chwycił drugie przedramię mężczyzny.
- NIe...
- Co nie? - Igan zaczął przykładać ostrze sztyletu do przedramienia w różnych punktach jakby starając się znaleźć ten najwłaściwszy i pozornie był całkowicie pochłonięty tą czynnością.
- Muszę przyznać, że Yllaatris ma bardzo ciekawych znajomych. - Kobieta oglądał jakieś swoje zabawki porozwieszane na ścianie. - Zwłaszcza ostatnio. - Uśmiechnęła się, było w tym uśmiechu coś jeszcze. Zaproszenie?? Obietnica czegoś?? Za niewiniątko uchodzić też nie mogła, chociaż... Sposób w jaki mówiła mógłby przywodzić na myśl i takie skojarzenia. Ubiór mówił natomiast co innego. Bo która panna o czystym sercu nosiłaby się tak. Skórzany gorset, choć nie do końca zasznurowany, sprawiający wrażenie, że gdyby nie metalowe ozdoby opinające jej ciało, to zsunąłby się odsłaniając krągłości. A gdzie były zapięcia?? Zmyślnie zapewne ukryte, tak by łatwo i szybko można było się go pozbyć we właściwym momencie. - Spróbuj tego. - Podała Iganowi przepiękne zdobione pudełko, wyściełane czerwonym aksamitem, a w nim zestaw długich, błyszczących igieł. Stanęła przy tym tak blisko, że doskonale czół jej zapch. Niemal oparła się o niego pewnymi częściami ciała.
Zresztą nie tylko Igan. Przywiązany też musiał zauważyć i poczuć to co chłopak. Zezując i to wcale nie lekko w stronę kształtnych piersi kobiety. A wybrzuszenie powstałe w pewnej części jego garderoby dobitnie świadczyło w którym kierunku szły teraz jego myśli.
- Wiesz, wydaje się, że nie mamy na to czasu - zabrał z jej dłoni pudełko - Chociaż z drugiej strony. Świeża krew doskonale wpływa na cerę i nie tylko na cerę... - wymodulował trochę głos, aby stał się niższy, jakby należał do kogoś znacznie starszego, a mówiąc wolno Igan był w stanie zamaskować swoją wadę. - Może faktycznie powinniśmy skończyć to szybko i zająć innymi zabawami... - Przesunął językiem po zębach wyraźnie odpowiadając na jej zaproszenie. To oczywiście była tylko, albo aż gra... Nie chodziło o to, że Igan nie miał doświadczenia z kobietami, bo w kilku łóżkach już wylądował, ale o to, że mieszanie spraw zawodowych z prywatnymi prowadziło zawsze do katastrof - mniejszych, bądź większych. Ta katastrofa mogła być z gatunku tych większych... ~Skoncentruj się do cholery!~ - pomyślał, choć mimo wszystko jego myśli zaczęły krążyć w okolicach... ~Szlag jasny!~

Kilka razy w życiu widział coś takiego... Kiedy zasugeruje się więźniowi, że jego życie tak naprawdę nic nie jest warte, choć może dostarczyć chwili rozrywki. Bhaalita zresztą pewnie też doskonale zdawał sobie z tego sprawę; tylko że tym razem role się odwróciły...
- Ja... bo... - Igan podniósł sztylet - NIE! - Sztylet opadł; tylko powierzchownie raniąc przedramię i zatrzymał się.
- Co powiesz, żebym go nie wepchnął do kkońca?
- Ale... ja... ja... - spojrzał w kierunku leżącego na ziemi, powiązanego współwyznawcy; jakby obawiając się, że tamten może wszystko słyszeć.
Teraz z kolei Elisys stanęła bliżej przesłuchiwanego. Z wyraźną rozkoszą, z na wpół przymkniętymi powiekami ciągnęła mieszaninę zapachów.
- Uwielbiam zapach strachu i bólu. - Wyszeptała nieszczęśnikowi do ucha. Ale i Igan mógł to usłyszeć. - Ty chyba też... - Trudno określić do kogo skierowane były te słowa, gdyż wzrok kobiety utkwił w twarzy chłopaka.
- Owszem, jest takii... - odparł głosem znów niskim, po czym zamknął oczy na sekundę. Gdy je otworzył dokończył normalnym tonem: Jak ty już się nie beddziesz do niczego nadawał to zajjmę się nim... może bbędzie bardziej rozmmowny. - sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Z jednej strony Igan uważał się za profesjonalistę i zadanie stawiał na pierwszym miejscu z drugiej jednak... był w końcu człowiekiem, który ma swoje potrzeby.

- Ja muszę wyjech... - Igan wepchnął sztylet głębiej - NIE!
- Ty możesz wyjechać jak będziesz przydatny.
- Główna siedziba kultu znajduje się... - adres, który padł nic nie mówił Iganowi, jeszcze nic nie mówił. ~Kolor oczu doskonale współgra z kolorem włosów...~
- Przywódczynią i główną kapłanką jest mistrzyni Mist - bhaalita mówił szybko i nieskładnie trwożnie spoglądając to na kobietę to na Igana. Mistrzynię opisał bardzo dokładnie, choć zbyt wiele uwagi poświęcił temu, że ona go pewnie zabije, zapewne wolno i boleśnie. Kobieta nie pojawiała się praktycznie na zewnątrz, a jeżeli już to rzadko i z dużą obstawą... ~Cholera~ - pomyślał Igan, kiedy najprostsze rozwiązanie właśnie zostało wykluczone; choć bardziej intrygujące wydawały się sprytnie ukryte zapinki. Pierniczone spodnie należały o tych z gatunku węższych co powodowało, że... stało się niewygodnie.
- Ilu was jest?
- Ja nie wiem... Naprawdę nie wiem! - bhaalita jakby mógł to wcisnąłby się w krzesło jeszcze głębiej - Nigdy wszyscy nie spotykają się... Naprawdę!!! Jest też kilku, którzy nie przychodzą do świątyni, są bowiem znani i boją się ujawnienia. Podobno ktoś wysoko na urzędzie w samym pobliżu Władczyni, w radzie miasta, urzędnicy, a nawet jakiś poważany kupiec... Ja mówię prawdę, przysięgam... Ja...
- Po co porwaliście Unatris?
- Kogo? - zdziwienie było autentyczne, albo cholernie dobrze zagrane. Igan przystawił sztylet do przedramienia i wyjaśnił:
- Wczorajszej nocy z świątyni Ilmattera pporwano kapłankę. Po co?
- Błagam. NIE! Nie ja, nie my... My nie porwaliśmy tej kobiety... Nikogo z nas tam nie było...
- Co robicie w mieście? - Jakby od niechcenia Igan wbił trochę sztylet w przedramię i patrzył jak krew wolno wycieka z rany, gromadzi się wokół ostrza i w końcu spływa po ręce.
- Nie, błagam... - z dumnego bhaality pozostał skowyczący kundel - Mistrzymi Mist poszukuje dziecka Bhaala, które ma się w tych dniach odrodzić i przynieść moc wyznawcom. Ale ja chcę tylko wyjechać... Błagam. Oni mnie znajdą. Mist złoży mnie w ofierze, jak wielu innych... Ja... błagam...

*****

Yllaatris sporo się namęczyła by zdjąć z nieprzytomnego Thokasa napierśnik. Już nie pamiętała kiedy ostatni raz to robiła. W zasadzie bardzo dawno. Pozbywszy się wreszcie zbędnego, obecnie zbędnego, żelastwa mogła zając się lnianą koszulą. I tu też musiała się nieźle natrudzić. Po dłuższej chwili kawałek tkaniny tkwił w ręku kapłanki. A ona mogła spokojnie przyjrzeć się świeżo zasklepionej ranie. Na szczęście blizna nie była gorąca.Co oznaczało, że nie będzie powikłań. Ale wojownik nadal pozostawał nieprzytomny. Yllaatris miała nadzieję, iż wkrótce się wybudzi.

~No to interes trzeba będzie zamknąć.~Pomyślał kwaśno kapłanka.~Przynajmniej na jakiś czas.~
Następnie ze stajennym i ogrodnikiem przeniosła śpiących stróżów prawa do jakiegoś wolnego pomieszczenia. Bolące mięśnie z rana jeszcze bardziej ich przekonają o wyczynach jakich rzekomo mieli dokonać.

Skończywszy to udała się do piwnicy, gdzie miało odbywać się przesłuchanie. Ale się nie odbywało już. Było tam tylko dwóch skrepowanych rzezimieszków. A gdzie chłopak i Elisys??

Na odpowiedź nie musiała długo czekać.
 
Aschaar jest offline  
Stary 05-09-2010, 13:59   #10
 
Efcia's Avatar
 
Postu wspólnego koniec.

Drzwi na korytarz zamykają się trochę zbyt gwałtownie, jednak już czas odciąć się od jęków i skowyczeń przesłuchiwanego mężczyzny. Jej zapach ponownie dotarł do nozdrzy Igana, tym razem jego reakcja była gwałtowniejsza; chwycił odchodzącą kobietę za rękę i przyciągnął do siebie. Dopiero kiedy ich oczy spotkały się uświadomił sobie niezręczność całej sytuacji, zwolnił uścisk. Rudowłosa jednak pchnęła go na ścianę i zatopiła swoje usta w jego, w namiętnym długim pocałunku. Igan wyszarpnął koszulę na zewnątrz, aby choć trochę zmniejszyć uścisk panujący w spodniach; jego męskość ponownie zareagowała gwałtowniej niż się spodziewał.
- Powinieneś się wykąpać - szepnęła mu do ucha wdmuchując w nie jednocześnie swój ciepły oddech. Jej ręka wślizgnęła się pod koszulę chłopaka i zatrzymała w okolicy sutka - Choć pokażę ci...
Szybko, biegiem praktycznie przebyli korytarz, schody i jeszcze jeden korytarz... Wpadli do pokoju i zanim drzwi się zamknęły znów znaleźli na ścianie w kolejnym pocałunku. Igan obsypał pocałunkami jej odkryty dekolt, podczas gdy kobieta stwierdziła, że rozpinanie jego koszuli nie ma sensu i zgrzyt rozdzieranego materiału przerwał ciszę pomieszczenia. Chłopak oderwał się od dekoltu Rudowłosej i nawet nie starał ukryć żądzy jaka paliła się w jego oczach i ciele. Odsunął się krok do tyłu, aby nasycić się jej pięknem i rozpiąć karwasze. Kobieta wykorzystała ten moment, odepchnęła go jeszcze trochę i wodząc ręką po podbródku powiedziała: - Sprawdzę jaka jest woda...
Igan zrzucił karwasze, resztki koszuli, rozpiął spodnie i zzuł buty. Odwrócił się i mieszanka zaskoczenia, żądzy oraz kilku innych rzeczy eksplodowała w jego umyśle.



Rudowłosa leżała na dużej ławie, na kilku ręcznikach, za nią na ścianie namalowano piękny widoczek jakichś nadmorskich skał. Duża balia, a w zasadzie basenik z wodą zagłębiony był w podłodze i schodziło się do niego po kilu stopniach zagłębiajacych się w wodę. Ciepła woda parowała nadając kobiecie jeszcze bardziej magiczny wygląd. To wszystko jednak dotarło do umysłu Igana później, po chwili... W pierwszym momencie uwaga samoistnie skoncentrowała się na pośladkach; pośladkach, które chciał pieścić, delikatnie ściskać wzbudzając coraz większą falę pożądania... Potem przejść wyżej do piersi, do sutków, sprawić by ich jędrność stwardniała, zatopić w nich swe usta, a potem wrócić na dół...

- Chodź... Woda jest cudownie ciepła.- Elisys podniosła się leniwie z ławy. Przechodzą koło chłopaka zatopiła palce w jego włosach, a następnie pieszczotliwie przejechała dłonią po policzku i brodzie, jakby dając do zrozumienia, żeby szedł dalej za nią.
Kołysząc biodrami zanurzała się nieśpiesznie, co jakiś czas rzucając mu spojrzenie.

"Zachowujesz się jak szczeniak. Opanuj się!" - myśl przemknęła jeszcze przez głowę, kiedy zbliżał się do basenu. Szedł po stopniach i szybko zanurzył w wodzie, bokserki bowiem nie maskowały wcale stanu jego przyrodzenia. Zanurzył się całkowicie w ciepłej wodzie chcąc ochłonąć i opłukać się. Gdy wynurzył się jej usta zaatakowały go ponownie i oddał się im bez reszty. Jego dłoń zaczęła zrazu delikatnie, jakby nieśmiało, krążyć wokół jej piersi, aby w końcu objąć ją całą - zaczął ją pieścić wyczuwając jak sutek stopniowo twardnieje. Jej ręce wprawnym ruchem ściągnęły bokserki. Palce lewej ręki wplotła w jego włosy to gładząc je to znów szarpiąc.
Woda zdążyła już odmoczyć z Igana zaschniętą krew i zabarwiła się na różowy kolor. Na chwilę stracili równowagę i oboje poszli pod wodę. Miłosna igraszka została przerwana tylko na moment...
Obok basenu w kamiennej misie znajdowało się mydło o konsystencji gęstego oleju, które szybko wykorzystali nie tylko do mycia, ale i pieszczot.
Wyrafinowanych pieszczot. Omijając te najbardziej oczywiste części ciała młodzieńca, Elisys, z wprawą prawdziwej mistrzyni, pokazała mu kilka punktów na jego ciele, o których nie koniecznie musiał wiedzieć, że nadają się do sprawiania ludziom przyjemności.
Kilka zduszonych westchnień pozwalały domyślać się, że pieszczoty, którymi w zamian obdarzył ją Igan sprawiają jej dużą przyjemność.
Obie dłonie tym czasem wczepiły się ponownie w jego włosy i przycisnęły mocnej jego twarz do biustu.

Drzwi gwałtownie i z hukiem otworzyły się. A potem słychać było tępe uderzenie czegoś drewnianego o podłogę i chlupot wylewanej wody. Elisys podniosła się nieznacznie by mieć lepszy podgląd na to co się stało. Jej ruch sprawił, że pieszczony przez mężczyznę sutek przesunął się po jego nosie, oku i czole. Twarz Igana znalazła się na wysokości pępka rudowłosej.
Gdy teraz chłopka podniósł się ujrzałby stojącą w drzwiach dziewczynę w swoim wieku, która nie wiedząc co począć ze sobą spoglądał na zabawiającą się parę. Ale głowy podnieś nie mógł, bo rudowłosa nadal mocno trzymała jego głowę.
- Darsys. - Naga kobieta w objęciach Igana z taką namiętnością w głosie wypowiedziała to imię, że aż przeszły mu ciarki. - Chodź, przyłącz się. - Elisys zwolniła na chwilę uścisk.
W odpowiedzi oboje usłyszeli trzask zamykanych drzwi.
- Szkoda. - Dodała z autentycznym zawodem w głosie, a jej dłonie ponownie powędrowały po jego ciele. Tym razem intensywność doznań była większa, tak jakby chciała dać do zrozumienia, że mają sporo do nadrobienia.
- Mhhm. - ni to potwierdzenie ni zaprzeczenie słowa “szkoda” wymknęło się z ust Igana. On zaś bardziej zachowywał się jak kot, który tańczy wokół człowieka; nadstawia łepek i grzbiet pieszczotom... Poddał się jej dłoniom, jej prowadzeniu czerpiąc z tego przyjemność i oddając tyle ile potrafił.

Czerwona jak burka służebna nie musiała nic mówić. Szefowa doskonale wiedziała co jest na rzeczy.
Chwilę postała pod łaźnią, ale w końcu dała sobie spokój. Narazie.


Woda powoli stawała się chłodna, a ich ciała zwiotczałe pomimo zastosowania balsamów, a może właśnie dzięki nim.
Aby się nie wyziębić do końca opatulili się grubymi ręcznikami i na chwilę zastygli w bezruchu jakby zastanawiając się czy powiedzieć już “koniec” czy raczej jeszcze przejść do kolejnych pieszczot...
Powoli, ze swoistym namaszczeniem, Elisys zaprowadziła chłopaka do pięknie i gustownie wyposażonego pokoju.




Zamiast łoża wybrali jednak podłogę przed kominkiem, w którym dogasał już ogień. Igan szybko dorzucił kilka drew i usiadł obok Rudowłosej wpatrując się w ogień. Ta chwila była piękna może nawet piękniejsza i bardziej wyrafinowana niż żar i namiętność jaką dzielili jeszcze chwilę temu. Dzika żądza pragnąca tylko spełnienia i zaspokojenia prymitywnych zachcianek ustąpiła miejsca refleksji... Nie, nie refleksji właściwie... żądzy zaspokojenia potrzeb wyższych, z których być może nie zdawał sobie nawet w pełni sprawy. Po kąpieli zapach jej ciała był zupełnie inny, pozbawiony wonnych olejków, ale w jakiś sposób jeszcze bardziej pociągający... Zbliżył swą twarz do jej wilgotnych jeszcze włosów, powoli, delikatnie - nie chcąc zburzyć tej chwili, nie chcąc sprawić by się poruszyła... Sam zapach był swoistą nagrodą... Obecność Elisys w tym miejscu była zaś czymś jeszcze bardziej cennym. Dawała poczucie spełnienia, bezpieczeństwa, własnego domostwa...
Ogień zaczął na nowo buzować w kominku. Tak jak ogień trawił drewno tak piasek przesypywał się przez klepsydrę czasu. Igan wiedział, że ta chwila nie będzie trwać wiecznie... Że nawet jeżeli nie zmienią swoich pozycji ciesząc się tym co zbudowali podczas kąpieli; to w końcu przyjdzie ranek, ogień w kominku dopali się i czar pryśnie... Oboje wrócą do swoich zajęć, do swojego świata - może niosąc ze sobą wspomnienie tej nocy
Długo niedane było mu się nad tym zastanawiać. W drzwiach komnaty stanęła Yllaatris.
- Kwestię opłaty to później omówimy. - Spojrzała na chłopaka, a potem na Elisys i znowu na chłopaka. - Gdy już skończycie zapraszam do siebie. Musimy porozmawiać o wiadomej sprawie. A teraz. - Uśmiechnęła się do obojga. - Bawcie się dalej. - I wyszła zamykając za sobą drzwi.
Czar prysł jak bańka mydlana. Nie było ważne dlaczego - po prostu prysł. Po raz ostatni jego palce prześlizgnęły się po jej policzku i bujnych włosach.
- Żegnaj. - powiedział miękko i cicho, wstając. Owinął się ręcznikiem i ruszył w kierunku drzwi.
- No co ty?? - Elisys podniosła się gwałtownie.
Nie odwracając się się za siebie wyszedł na korytarz i zamknął drzwi za sobą. Oparł się o zimną ścianę, posadzka również była lodowato zimna. Zimna jak... To było rozstanie na zawsze, bo już nigdy nie będzie tak samo... Kwestie opłaty... Cholera... nawet jeżeli gdzieś w tym wszystkim wkalkulowana była chęć zysku to oboje zrobili to bo tego chcieli, nie dlatego, że jedno musiało, a drugie wymagało. To był ich czas wolny i... Cholera...
Otworzyła za nim drzwi. I z wyrzutem spojrzała na chłopaka.
- Chyba nie zamierzasz uciekać teraz?? - W jej głosie też dał się słyszeć ten wyrzut.
- Uciekać? - nie odwrócił się do niej. - powiedzmy, że bbardziej wracam do pracy po miłej pprzerwie, niż uciekam... Zresztą nieważne...
- Przecież ona żartowała. A praca może jeszcze chwileczkę poczekać, prawda?? - To było wyraźne zaproszenie.
- Może... Zresztą tutaj jest zimno... - “Szlag by to wszystko trafił. Jednak żyje się raz. Inni w tej wspaniałej ekipie też mogą czymś się wykazać.” pomyślał kiedy znaleźli się z powrotem w pokoju. - “Do rana jeszcze jest trochę czasu, a najwyżej tym razem ja nie przyjdę na naradę, albo... nieważne.”
Tym razem było trochę inaczej, ale też miło. Wiadomo, podstawą jest zmiana intensywności i rodzajów doznań.
*****
Yllaatris poczekała jeszcze trochę na chłopaka, który się nie pojawił, co wcale jej nie zdziwiło. Będą musieli porozmawiać z rana. Z taką myślą padła na swoje miękkie łoże i zapadła w tak potrzebny jej sen.

*****

Poranne słońce przedzierało się przez zasłony w oknach, kiedy Igan ocknął się. W pierwszym odruchu chciał zerwać się z łóżka, jednak w końcu tylko leniwie rozciągnął w pościeli pomimo tego, że pewnie było koło ósmej... i ogólnie należałoby się zabrać za robotę. Tym razem już naprawdę należało. Jego rzeczy ktoś zostawił przy wyjściu z pokoju. Razem z torbą z sucharami, która pozostała na wozie, kiedy przenosili więźniów. Wyciągnął jednego z mniej połamanych sucharów i ubierając się zaczął go przegrywać w ramach “krótkie i szybkie śniadanie”. Czyszczenie skórzanej kamizelki też będzie musiało poczekać na lepsze czasy, skóra i tak była barwiona na ciemnobrązowy kolor, który doskonale ukrywał plamy z krwi. Resztkami koszuli wytarł co większe ćwieki i narzucił skórę na goły tors. Jak będzie chwila czasu to zahaczy o “Krogulca” po zamienną. Miał nadzieję, że wóz pożyczony ze świątyni Ilmatera dalej znajdował się w okolicy i można go będzie wykorzystać na przemieszczanie się po mieście.
Po raz ostatni spojrzał na pokój i wygasły kominek, nawet z niego uleciał cały żar. Wyszedł na korytarz i podążył w kierunku wyjścia. Było mu w zasadzie obojętne czy kogoś spotka czy nie.
Igan spotkał stajennego oporządzającego wierzchowce. Był to ten sam mężczyzna, który wczoraj pomagał przy wprowadzaniu wozu, więc nie było problemu z odebraniem “własności”. Chłopak mógł spokojnie opuścić przybytek kapłanki. Po drodze zatrzymał na chwilę przy “Krogulcu” wpadając po zapasową koszulę i zostawiając zakrwawioną kamizelkę. Oddał wóz kapłankom Ilmatera i jakby nigdy nic pojawił się w gospodzie Jana na tyle wcześnie, aby zjeść jeszcze śniadanie...
 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny
Efcia jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:43.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168