Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-08-2010, 22:34   #1
 
Wellin's Avatar
 
Reputacja: 690 Wellin ma wyłączoną reputację
[D&D FR] Obce Ziemie

<Sesja "Obce Ziemie" jest kontynuacją/alternatywą historii kilku postaci występujących w "[D&D FR] Siedem Życzeń", rozpoczynającą się w miejscu, w którym postacie zrezygnowały z dalszych poszukiwań spełniającego życzenia ifryta.>

VILHON REACH, TURMISH, ALAGHÔRN. JESIEŃ.



- Cristóbalu Estebanie! – Ostry, oskarżający kobiecy głos wdarł się do pracowni, wypełniając ją szczelnie. – Ty draniu! – Za głosem podążyła jego właścicielka, lekko pulchna młoda kobieta w jaskrawej sukni, cała nastroszona w słusznej, kobiecej furii. - Masz dokładnie dziesięć sekund, by się wytłumaczyć! Świnio jedna! Wiedziałam, że jesteś podłym padalcem, ale nie, że aż do takiego stopnia!

- Tessa! – Ubrany w szaty czarodzieja jasnowłosy mężczyzna jęknął, starając się wtrącić choć słowo w przyspieszający potok kobiecej irytacji. - ... Kwiecie mój kochany, ja...

- Kwiecie! Ha!!! – Tessa podążała krok za krokiem, dźgając maga w pierś wyprostowanym palcem i zmuszając do wycofywania się. – Kwiecie! Nie było żadnego kwiecia! A obiecałeś! A miał być teatr! A kolacja! A spacer nocny! A delikatesy zza morza! I co? I naczekałam się, jak ta idiotka jedna! A nastałam! A nadziei sobie narobiłam! I się zawiodłam na jednej świni takiej, co jej teraz już znać nie chcę! Co z ciebie za mężczyzna?!? Wieśniak pierwszy by lepszy był albo tragarz jaki! A ty pewnie żeś się z inną zabawiał pierwsze pół...

- Tessa, przyjacielowi musiałem pomóc! – Mężczyzna złapał kobietę za ręce, zatrzymując dźgające go narzędzie zbrodni. - O pomoc prosił, sprawa honoru i rodzinna. Jak odmówić mogłem? Całą noc przesiedziałem w pracowni i ślęczałem nad księgami!

- Ha, każdy tak mówi! A wszyscy tacy sami! – Tessa nie chciała dać się udobruchać. – Tylko mówią i mówią, i obiecują, a jak...

Cristóbal zamknął jej usta pocałunkiem. Jak mawiał jego przyjaciel, Ezymander, był to najlepszy sposób, aby uciszyć kobietę.

Ezymandrowa mądrość w uwodzeniu tym razem nie zawiodła. Po chwili Tessa przerwała próby uwolnienia rąk.

- No dobrze. – Głos dziewczyny był już spokojny. – Postanowiłam ci wybaczyć, choć jesteś szubrawiec. Ale tylko tym razem! – dodała szybko, patrząc oceniająco na mężczyznę. – I oczekuję teatru, słodyczy i spaceru. - Zaplotła ręce na piersiach. - I bukietu przynajmniej trzydziestu róż! Czerwonych! – zakończyła.

- Dla ciebie, wszystko, najdroższa moja! – Mag był wdzięczny losowi, że skończyło się na tym. Tessa potrafiła być trudna.

- A teraz opowiedz mi historię – oświadczyła nagle, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że nie ma co pozwalać niedoszłemu kochankowi na zbytnią pewność siebie. – Czekanie ci wybaczam, ale nudy nie! – Tupnęła nogą dla podkreślenia. - Wczoraj miałeś uprzyjemnić mi czas, a nie zrobiłeś tego. To zrobisz to teraz. Magowie mają zawsze najlepsze historie.

- Hem... – Cristóbal był nieco skonsternowany. Tessa tymczasem odsunęła się poza zasięg ramion, wyraźnie dając do zrozumienia, że bez opowieści nie ma mowy o niczym więcej.

- No dobrze... – zaczął, patrząc niepewnie na buszującą po pracowni kobietę.

- Wszystko zaczyna się od dżina. Wiesz, że dżiny istnieją naprawdę? Zapewne nie. Skoro nikt w Turmish ich nie widział, nikt nie zdołał ich przywołać, więc żyją tylko w legendach, prawda?

Cóż, legendy także mają swoje miejsce.

Kraj dżinów leży na dalekim południu i wschodzie. Słyszałaś może o Lapaliiya? Czasami docierają tam kupieckie statki. Długa wyprawa, ale opłacalna. Lapaliiya to wybrzeże daleko na południu, dzikie i prawie niezamieszkałe. Sam ląd bez większej wartości, za to morza rodzą najpiękniejsze perły. Niewiele się ich tutaj widzi, prawda? Laplaliiyańskie perły są bardzo cenne.

Wyobraź sobie teraz, że posiadasz skrzydła orła i lecisz na wschód od Lapaliiya, w nieznane. Legendarna Halruaa. Dziwne Damrath. Luiren. Tak daleko nie dociera praktycznie nikt. To granica znanego geografom świata. Lecisz dalej. Wielkie morze, Złote Wody, z których nikt nie wraca. Dzikie ziemie.

Lecisz dalej...

Tam właśnie, w tej niedosiężnej dali, rozciąga się kraina dżinów. Wiemy to, gdyż Splot działa tam inaczej. Wiemy, gdyż żadne z zaklęć dalekowidzenia nie jest w stanie tam sięgnąć. Ni żaden wróżbiarz czy prorok. Nie wiem nawet, czy Mystra rozciąga tam swoją władzę. Być może sprawują ją właśnie one.

Dżiny.

Każdy dżin, nawet pośledni ifryt, ma moc znaną tutaj tylko najpotężniejszym magom. Moc spełniania życzeń. Nie tak, jak demony, wykonujące usługi, przekręcające każde słowo, sprowadzające cierpienie i służące mrocznym panom z Niższych Planów. Nie tak, ale po prostu. Wolą. Rozkazem.

Dżiny po prostu zmieniają rzeczywistość. To trochę tak, jak dekret boga. „Niech się stanie.” I staje się. Arcymagowie potrafią robić coś podobnego. Ci legendarni, najpotężniejsi. Na małą skalę. Jednak nawet takiemu arcymagowi nie przychodzi to łatwo. Taka magia wkracza na tereny, na które nie powinno się wkraczać. A cena, płacona za to, nie jest mała.

Dżin z natury potrafi to, do czego legendarny czarodziej dochodzi przez dekady a nawet stulecia studiów.

Dżiny. Nikt nie wie, czym są i czemu nie rządzą światem. Co im przeszkadza. Może nakaz boski? Może opór Splotu lub wola Mystry? Nikt nie wie. Może też dlatego, iż utraciły władcę.

Ale, legendy legendami – obiecałem historię. A historie są prawdziwe.

Jakiś czas temu, powiedzmy pół roku, zaczęły krążyć plotki o dżinie. I to nie jakimś tam, ale Władcy Ifrytów, duchów ognistych. Władca uwięzionym miał być gdzieś tu, nad morzem wewnętrznym. Prawdopodobnie dlatego, że w jego własnym kraju nie dałoby się go uwięzić. Władca Ifrytów jest dżinem przepotężnym, jego wola i siła równa jest sile wszystkich ifrytów wziętych razem. A każdy ifryt ma moc najpotężniejszego arcymaga. Życzenie spełnione przez taką istotę może zmienić obraz świata.

Władca, spętany jest ponoć siedmioma pieczęciami, do których złamania trzeba siedmiu kluczy. Co stanie się, jeśli wszystkie zostaną znalezione... tego nie wie nikt. Co zrobić może Władca po odzyskaniu wolności, gdy spadną kajdany? Spełni życzenia tych, którzy dali mu wolność, taki jest obyczaj dżinów - lecz co dalej? I jak będzie wyglądał świat zmieniony życzeniem szczęśliwca?

Takie chodziły opowieści. Na ile prawdziwe, trudno było ocenić.

Tym, co wiadomo na pewno, jest fakt, iż przynajmniej jeden klucz został odnaleziony. To znaczy coś, co wyglądało na klucz. I to klucz zamykający potężne, mistyczne więzienie.

Ruszyła wyprawa. Siedem osób, siedem kluczy, siedem życzeń.

Można by drżeć ze strachu przez konsekwencjami powodzenia inicjatywy! A precyzyjniej, mógłbym drżeć, gdyby nie jeden, zwykle przeoczany fakt: przeznaczenia nie da się oszukać.

To ważniejsze niż mogłoby się wydawać.

Świat trwa wolą Ao. To Jego wola tka gobelin przeznaczenia. Nie może być inaczej. Toril wiele razy stawał na krawędzi zagłady. Nasz świat pełen jest straszliwych tajemnic. Artefaktów stworzonych przez demony, mogących wywołać plagę, która zabije wszystkie rozumne istoty. To wiem na pewno. Pełen jest wrót do Otchłani, przez które piekło może wedrzeć się w nasze życie. Pełen jest uwięzionych, przepotężnych istot, arcywrogów, których uwolnienie zwiastowałoby Koniec.

Ale przeznaczenia nie da się oszukać.

Światu przeznaczono trwać. Przeznaczono mu pozostać takim, jaki jest. Coś zawsze przeszkadza w tej ostatniej chwili. Coś zawsze pęta adwersarzy. Coś zamyka bramy piekieł. Ślepy los pomaga walczącym ze złem, a pech prześladuje usiłujących podbić świat.

Więc śpię spokojnie, nie bojąc się przyszłości.

Niemniej jednak wyprawa ruszyła. Siedem istot na siedem życzeń. Elfy, krasnolud, ludzie. Dwoje magów, kapłan, najemnik i wojownicy. Zaczęli w Talagbar. Co ciekawe – choć może nie zaskakujące - nie byli to wielcy herosi, tylko całkiem w sumie zwyczajni ludzie.

W każdym razie, wyruszyli z...

Skąd to wiem? Siostra mojego przyjaciela uczestniczy w tym przedsięwzięciu. Obecnie są w Vaasie, dzikiej prowincji na najdalszej północy.

Tyle tylko, że właśnie coś mocno nie powiodło im się w ich wyprawie.



VAASA. MOCZARY. JESIEŃ, WCZESNY WIECZÓR.



Bagna stały tak jak stały zawsze, pełne sadzawek zatęchłej wody, powalonych, oślizłych pni drzew. Zwodniczo spokojne. Rozciągające się na dziesiątki mil, pełne życia moczary leżały w północnej części Vaasy. Były czymś niezwykłym w tej srogiej, stepowe, smaganej arktycznymi wiatrami prowincji. Nie zamarzały nigdy.

- Na zęby chimery! - Klaus zaklął w ustach wściekłe przekleństwo, patrząc w niebo. Północny wiatr poruszał delikatnie gałązkami drzew. Spokojna lodowata bryza była bardziej złowieszcza niż dowolna letnia burza. Wiatr wiał z północy, znad Ściany Lodu. I był zimny. Zawsze zimny. Nawet tutaj, na Bagnie Duchów. I zawsze oznaczał to samo - po raz kolejny nadchodziła Pora Głodu. Czas bezruchu, czas grzania się w domach, czas wilków, skrzącej jasności i długich opowieści.

A także, jak zdarzało się zbyt często w ostatnich latach - czas śmierci.

Traper spojrzał ponuro na północ, w stronę ściany lodu, przyczajonej tam jak złowieszcza bestia. Raz, kiedy był młody i głupi, podpuszczony przez przyjaciela poszedł na północ, by sprawdzić opowieści. Ruszył w stronę Wielkiego Chłodu. I gnany oślim uporem doszedł. Co więcej, zdołał wrócić. Na własne oczy widział Ścianę. Stał u jej stóp, mały jak mrówka stojąca pod kopytami konia. Dotknął jej ręką. Do dziś dzień w przechowywał wodę z zabranego ze Ściany lodu w niewielkiej, metalowej flaszce, cennej tak daleko od miast i wprawnych w Sztuce kowali. Teraz podwójnie cennej. A nawet po trzykroć. Zawsze przynosiła mu szczęście.

Klaus wstał z miejsca i rozejrzał się dookoła. Cisza.

...chlupot...

Zwiadowca stał wyprężony jak struna, patrząc na fale rozchodzące się po powierzchni zielonkawej, smrodliwej wody. Czuł pot, który zaczął gromadzić mu się na plecach. Dopiero po dłuższej chwili rozluźnił się powoli. Wąż. Ryba. Nic wielkiego.

- Demony to porwą... - wymamrotał. Nie powinien był pozwolić sobie na relaks. Nie tu, nie na Bagnach. Tutaj rozluźnienie czujności oznaczało szybką śmierć. Istniały w końcu powody dla których na ciepłych i pełnych zwierzyny bagnach nie mieszkali ludzie.

Powodami byli inni mieszkańcy. Niebezpieczni mieszkańcy. Jadowici mieszkańcy. Pełzający. Kąsający. Wciągający pod wodę... Na trzykroć przeklęty Bator! Mieszkańcy, którzy mogli połknąć człowieka w całości!

Taaak. Bagna były przeklęte. Tylko ktoś taki jak Klaus, zwiadowca, którego niewiele na tej ziemi mogło już zaskoczyć, oraz naiwni głupcy obdarzeni przez bogów większą im przysługuje dozą szczęścia mieli szanse przetrwać więcej niż kilka godzin.

Ach... głupcy. Zwiadowca spochmurniał. Głupcy przyjechali do wioski, z idiotycznym pomysłem wyprawy na bagna. Pierwsi podróżni od czterech lat. I tacy naiwni! Tak naiwni i tak pozbawieni rozsądku mogli być tylko obcy z południa. Chcieli wynająć przewodników. Ha! Zgłosiła się dwójka młodziaków, łgających bezczelnie, że znają drogę. Nie mieli szansy przeżyć bagien. Zgłosił się także sam Klaus. Zarośniętą twarz doświadczonego tropiciela przeciął wybitnie nieprzyjemny uśmieszek, zwykle skrzętnie ukrywany w obecności "pracodawców". Młodzi nie mieli szans. Ani na znalezienie centrum, ani na przeżycie. Szans nie mieli także sami idioci. Klaus natomiast wiedział czego się spodziewać. I wiedział kiedy odwrócić się na pięcie i wziąć nogi za pas. Potrafił także zapamiętać drogę dość dobrze aby wrócić. Wrócić kiedy mieszkańcy bagien rozprawią się już z drużyną. Gdy wszystkie krwawe ochłapy zostaną już obrane do czysta z mięsa. Wrócić po złoto i ekwipunek.

Tyle tylko, że idioci nie chcieli umierać.


* * *


Serce moczar za każdym razem gdy w nie wchodził napawało Klausa obawą. Niby takie nic, kamienisty pagórek jakich wiele, wystający nad płaską, mokrą powierzchnię bagien tylko kilka metrów. Spokojne miejsce. Nawet las był tu zdrowszy, bujniejszy. Gałęzie mniej poskręcane, liście zieleńsze, a powietrze cieplejsze niż gdziekolwiek indziej. Dorodna trawa. Jednym słowem pod każdym względem najsuchsze, najwygodniejsze miejsce na całych bagnach, w promieniu dwu dni drogi.

A jednak serce bagien.

Klaus przystanął na chwilę opierając się o fragment muru na wpół widoczny spod pokrywy roślinności. Tutaj na wzgórzu, jeśli dobrze się przypatrzeć dało się takich fragmentów znaleźć więcej, jednak wszędzie na bagnach dawało się znaleźć kamienie noszące ślady dłuta. Zatopione oczywiście, rozsypane , ale jednak.

Przeklęte miejsce. Splunął przez lewe ramie.

Na wzgórzu panowała cisza przerywana tylko szelestem liści i szeptem traw. Chłodna bryza przebijająca się przez gałęzie spowodowała, iż Klaus spojrzał na północ w stronę niewidocznej ściany bieli daleko na horyzoncie i szczelniej zaciągnął ocieplany futrem kaftan. Miał decyzję do podjęcia. Poważną decyzję.

Wioska umierała. W Porze Głodu widział to najlepiej. Z roku na rok coraz mniej rodzin pojawiało niosąc pochodnie w święto Środka Zimy. Coraz mniej mogło cieszyć się z nastania wiosennego słońca. Coraz częściej widziało się zdesperowane, oszalałe głodem, zapadnięte oczy. Klaus pamiętał z czasów swego dzieciństwa długi korowód ludzi z pochodniami. Podniosły, radosny nastrój przy świetle łuczyw i gwiazd na niebie, wydawałoby się, iż na wyciągnięcie ręki. Tłum może stu rodzin. Ceremonia przy Kamiennym Stole, pomimo trzaskającego mrozu. Pieczony byk i opowieści.

Za czasów dziadka Klausa wioska miała trzysta rodzin. Była jedną z wielu w okolicy. Ponoć dochodzili tu kupcy nie tylko z Veldenu, ale nawet Palischuk i dalszych nawet ziem. Za jego samego czasów, pozostało tylko sto, może sto pięćdziesiąt pełnych ciepła domostw, a kupcy przestali się pojawiać. Dziś, za młodości nowego pokolenia, byli sami.

Zwiadowca westchnął ciężko wpatrzony niewidzącym wzrokiem w poruszane wiatrem gałązki.

Przeraźliwie sami. Tak sami, iż nie trafiali tu już nawet poborcy podatków, czy ktokolwiek kto przyniósłby wieści ze świata. Sami wśród Północy. Sami, na łasce wiatrów wiejących od Ściany Lodu. Na łasce Białych Wilków. Głodu.

Zimy były coraz gorsze. Lodowe, ryczące zamiecie ciągnące korowodem z Północy i na długie dni przesłaniające niebo. Oraz ci, którzy przychodzili z zamiecią. Białe Wilki.

Klaus raz jeszcze westchnął, wspominając. Prośby o wsparcie słane przez lata na południe spotkały się z milczeniem. Modlitwy nie pomagały. Pielgrzymki nie pomagały. Ofiary z plonów nie wskórały u bogów niczego. Podobnie jak ofiary z mięsa. Nie pomogła nawet złożona raz bogom ofiara z ludzi. Krew wsiąkała w ziemię bez jakiegokolwiek odzewu.

Zimy były coraz gorsze.

Zwiadowca kopnął kamień, obserwując jak toczy się wśród trawy i po chwili z chlupotem w pada do błotnistej sadzawki. Sądząc z nagłego, gwałtownego ruchu pod powierzchnią wody, ta konkretna kałuża była domem błotnych węży. Albo gigantycznych pijawek. Ano tak. To były Bagna Duchów.

To były Bagna, a miejsce gdzie stał zwiadowca było ich sercem. Przeklęte ziemie. Ale ciepłe.

Klaus raz jeszcze splunął przez lewe ramię, dla pewności. Co ciekawe, nie tylko on zdawał się zauważać jak bardzo serce bagien było niebezpieczne. Zauważały to także zwierzęta. Gdziekolwiek indziej na bagnach śpiący podróżnik miał małe szanse na obudzenie się rankiem. Tutaj mógł spać spokojnie. Drapieżniki w większości unikały tego wzniesienia. Unikały go także ich ofiary. Po prawdzie unikało go wszystko co żyje, łącznie z muchami. Na najgłębsze otchłanie Hadesu... - krzywy uśmiech pojawił się na moment na pokrytej zarostem twarzy trapera - ...kto by pomyślał, że kiedykolwiek będzie mu brakować komarów?

Traper wyciągnął się wygodniej na zrujnowanym fragmencie muru, wydobył sztylet i zaczął machinalnie skrobać w odłamanym kawałku drewna. Zajęcie jakie zawsze pozwalało mu opanować nerwowość i spędzać przyjemnie czas. Mógł sobie na to pozwolić. Miał dość jedzenia na dziś, a tutaj nie musiał obawiać się ataku.

No więc... Klaus zaczął okorowywać kawałek gałęzi szybkimi pociąnięciami noża... No więc miał dwie drogi przed sobą. Albo zostać, albo wrócić. Jeśli miałby wrócić, to powinien wpakować strzałę pod żebra Arai, zebrać się na odwagę i wejść do tego czegoś co było na szczycie pagórka. Klaus przymknął oczy ze zgrozą.

Na szczycie pagórka było wejście. Prowadzące w głąb. Do miasta. Niesamowitego miasta pod bagnem, które nie mogło istnieć. Niemożliwe miejsce! Niemożliwe jak sen szalonego boga. Sen który w każdej chwili może rozpaść się w strzępy, w piasek i pył. I rozwiać pozostawiając tego kto w niego w szedł w pustce wypełnionej wyłącznie szaleństwem.

Araia mówiła, że ten drugi postradał zmysły.

Klaus zadrżał odkładając nóż i masując rękami ramiona ogarnięte nagłym chłodem. Jeśli zostanie, będzie musiał wejść w ten sen. W to miasto. Pomiędzy kamienne ściany, które widział przelotnie patrząc z progu. W głąb, w teren, w który wkraczać winni li tylko magowie, kapłani i szaleńcy. Nie zwykli ludzie. Nigdy oni. Będzie musiał wejść i sprawdzić, czy da się tam żyć. Inaczej nie było sensu zostawać.

Jeśli nie zdecyduje się zostać... będzie musiał możliwie szybko wpakować strzałę pod żebro Arai, obrać trupa z ekwipunku i złota. I wrócić. Nadchodziła już zima. Czas ostatni by rąbać drewno, polować i chować mięso w dole wypełnionym pierwszym śniegiem. Aby zdążyć musiałby ustrzelić też niejedną owcę sąsiadów. Co zresztą byłby gotów zrobić, nie bacząc na konsekwencje dla poszkodowanych. W końcu głód jest głodem. Każdy żyje jak może, a jeśli kto nie potrafi upilnować swego stada, to sam jest sobie winny.

Z drugiej strony myśl o powrocie do wioski nie była pociągająca. Jego chata stała pusta, pozbawiona życia prawie jak truchła dawno opuszczonych domostw. Alina nie żyła. Synów się nie doczekał. Miesiące spędzone w cudzym domu, bądź w cichej, samotnej chacie byłyby nie do zniesienia. No i Białe Wilki...

Klaus westchnął ciężko, spazmatycznie, raz jeszcze biorąc w dłonie nóż i drewno. Zostanie. Starzał się. Ani tak wytrzymały, ani tak sprawny jak dekadę temu. Potomstwa nie miał, a za późno już było szukać sobie nowej żony. Co mu zostało? Poddać się? Zaakceptować uciekające siły i zmniejszające się możliwości? I pogodzić, że wartość jego życia zamknie się w tym co już dokonał?

Do Tartaru z tym. Zostanie.

A jak zginie, to trudno. Jak oszaleje, to też nikt po nim nie będzie płakał, a mieszkańcy bagien rozprawią się z nim wystarczająco szybko.

Poza tym, strach czy nie strach, Klaus był ciekawy snu boga.


* * *


Miasto było wielkie. Ostrożne kroki zwiadowcy odbijały się od kamiennych ścian w absolutnej, potwornej, przytłaczającej ciszy. Ciszy, która kładła się trudnym do zniesienia brzemieniem na barkach trapera.

Przeklęte miejsce!

Klaus szedł ostrożnie, krok za krokiem, nie patrząc zbyt daleko przed siebie, koncentrując się na najbliższym otoczeniu, przytłoczony i przerażony tym miejscem jak nigdy od wyprawy do Ściany. Miasto budziło nabożny podziw. I nabożny, irracjonalny, przeraźliwy strach. Swą wielkością, dziwnością i ciszą.

...bu-bum ...bu-bumm... bu-bummm...

Klaus słyszał w ciszy bicie własnego serca odbijającego się od ścian. Ten odgłos nie pasował. Był obcy wśród tych murów. Jak brzmienie barbarzyńskich bębnów. I dochodził z niego samego. Z jego wnętrza. Zwiadowca zamknął oczy próbując opanować nerwy.

Wziął głęboki oddech i zatchnął się w połowie. Świst wciąganego do płuc powietrza zabrzmiało ostro, jak rzężenie umierającego. Obco, obco... Obco!

...bu-bumm ...bu-bumm... bu-bummm...

Pot zaczął gromadzić się na twarzy i plecach. Potrzeba przerwania ciszy zaczęła rosnąć, jak trująca roślina, oplatająca ściany chat. Cisza była okropna, nieznośna i z każdą chwilą coraz bardziej nie do wytrzymania.

...bu-bumm ...bu-bummm... bu-bbumm...

Cisza. Zacisnąć zęby. Chęć wrzaśnięcia na całe gardło, rzucenia się z pięściami na kamienne mury w dzikiej, nieopanowanej furii. Wszystko by coś się zmieniło, by powróciła normalność! Wszystko by wyrwać się z ciszy murów i roślin!

Następny wydech zwiadowcy przypominał szloch.

...bu-bum ...bbu-bumm... bu-bumm...

[i]- O Pani stepów... -[i] wyjęczał. Był tu trzy kwadranse. Tylko trzy kwadranse w tym mieście koszmaru. Trzy kwadranse ciszy, pozbawionej śpiewu wiatru, szumu traw, brzęczenia owadów. Pozbawionej wszystkiego! Wszystkiego poza murami i roślinami w pełnym rozkwicie, rozchylającymi czerwone, żółte i niebieskie kielichy w jego kierunku. Były wszędzie. Kielichy jak oczy... kwiaty jako niemi świadkowie, obserwujący... stale obserwujący...

...bu-bumm ...bub-bummm...

Klaus ze zgrozą uświadomił sobie, że zaczyna odczuwać pokusę by uciszyć ten dźwięk. Ten dudniący łomot, nie dający mu spokoju hałas zakłócający ciszę tego miejsca. Wyrwać z piersi, zgnieść, uciszyć. Niech zginie! Niech sczeźnie! Niech umilknie! Aby stał się cichy, nieruchomy i spokojny.

Martwy. Jak ściany. Jak kwiaty. Jak Miasto.

- O Panie wiatru... - jęknął ponownie, odruchowo spoglądając w górę. To był błąd. Zawrót głowy sprawił, że doprowadzony do kresu wytrzymałości traper stracił równowagę i usiadł z jękiem na ziemię.

W górze nie było nieba.

W górze była pustka.

Bez chmur. Bez gwiazd. Bez słońca. Tylko szarość, nieforemna, pozbawiona kształtu. Amorficzna. Układająca się pod spojrzeniem trapera w kształty których nie chciał sobaczyć.

Zanosząc się histerycznym śmiechem Klaus opuścił oczy w dół, na idealnie gładkie kostki bruku. Pomiędzy kostkami nie było widać ziemi. Tylko ciemność.

Nie było ziemi. Nie było słońca. Nie było wiatru. Nie było niczego.

- O Panie i Pani... - targał dłońmi swoją brodę - ...nie ma Was tu... - rwał włosy, czując strumyczki wilgoci na policzkach - ...czy może mi pomóc ktoś kogo nie ma?... - przed oczami stał rząd roślin, wpijających w niego swe kielichy-oczy. - ...nie ma... nie ma... nie ma... - echo odbijające się od ścian powtarzało słowa ostatniego rozpaczliwego krzyku.

Klas szeptał razem z echem. Jedynym ludzkim głosie w tym miejscu.

Szaleństwo.

Był tu tylko trzy kwadranse. Trzy. Mógł zrobić tylko jedno.

- O Panie, którego oddech jest szeptem traw... - Chrapliwy głos starego trapera uniósł się w melodyjnej modlitwie, starej pieśni której nauczył się od swego ojca, wiele lat temu. Zamykając oczy Klaus śpiewał.


* * *


Światło gwiazd.

Stojąc boso na mokrej trawie Klaus oddychał głęboko rozkoszując się zapachem bagien, chłodem powietrza i jasnymi gwiazdami świecącymi nad głową. Wodził wzrokiem rozpoznając konstelacje. Orzeł. Jeździec. Goblin. Poległy.

Głęboko nabrał powietrza wciągając je przez nos. Zapach nocy był czymś cudownym, po wypranym, nijakim powietrzu Miasta. Poruszając zmarzniętymi stopami po mokrej ziemi traper wystawił twarz do północnego wiatru. Pan i Pani ocalili go jednak. Pieśń zabrzmiała, a brzmiąc przełamała Ciszę. Przerażenie stępiło swe ostrze, a gdy strach przygasł, wrócił rozsądek. Na całe szczęście!

Klaus uśmiechnął się z dumą gładząc mieszek do którego zapakował jedną z zerwanych w mieście roślin, by na zawsze przypominała mu o miejscu, które odwiedził Był z siebie dumny. Miał dość odwagi, by nie uciec natychmiast i tak jak zaplanował na początku, przejść się po Mieście. Nigdy jeszcze nie zawrócił w połowie - i teraz także tego nie zrobił. Co powiedział, dokonał.

A teraz, kiedy odwiedził już Miasto, musiał na poważnie zastanowić się czy i jak spędzi tu zimę.

Traper spojrzał w stronę ogniska i skulonej przy nim sylwetki półelfki. Spojrzenie to przepełniony było nieskrywanym szacunkiem. Araia żyła w mieście. Wychodziła na zewnątrz, ale żyła tam. W Ciszy. Pozbawiona wszystkiego co niezbędne do życia. I była dość silna by to znieść!

Klaus potrząsnął głową, wspominając niedawne przerażenie. Szaleństwo! Jak ktokolwiek może tam żyć? Jak ktokolwiek może znieść to milczenie? Te mury i kwiaty? I to nie-niebo? Czy to dlatego, że jest inna? Że jest pół-człowiekiem? Idioci, którzy pierwszego dnia odeszli na północ do Ściany mówili, że to miasto było zbudowane przez elfy, więc może elfom to nie szkodzi? Może im to odpowiada?

Ale Araia była pół-człowiekiem.

To musiał być jakiś trik, zdecydował po chwili! Jakiś znak, jakiś śpiew. Jakaś sztuczka. A jeśli była to jakaś sztuczka, to on sam, Klaus zdoła się jej nauczyć. Był tego pewny. I co ważniejsze, zdoła nauczyć jej innych.

Wpatrując się w niską, skuloną przy ogniu sylwetkę traper porzucił plany zapakowania Arai strzały pod żebro. Po prawdzie uczynił to ze sporą ulgą. Głęboko, pod pokładami starannie kultywowanej pewności siebie, odwagi i dumy, bał się jej. Obcej. Dziwnej. Niebezpiecznej. Widział jak ćwiczy, jak walczy swoim mieczem. I doskonale zdawał sobie sprawę, że w otwartej walce nie miałby szans. Nie chciał starcia. I nie chciał na rękach tej krwi.

Ubierając buty Klaus wybiegł myślami do przyszłości, takiej jaka mogła się zdarzyć. Miał cel. Ściągnie tutaj wioskę. Nie będzie łatwo, ale zrobi to. Mięsa było tu dość. Drapieżniki dało się wytrzebić wspólnym wysiłkiem, tak długo jak istnieć będzie bezpieczna przystań do której można był wrócić. Dość bezpieczna, by mogły w niej przebywać dzieci. Klaus uśmiechnął się nietypowo łagodnym uśmiechem. Dzieci. Śmiejące się, ganiające, robiące harmider, beztroskie i często bezmyślnie pozbawione strachu. Mało ich było w ostatnich latach.

Może właśnie dzieci potrzebne były by przerwać ciszę Miasta?


* * *


Ciemna sylwetka zwiadowcy wynurzająca się z mroku sprawiła, że Araia drgnęła i sięgnęła dłonią do leżącego obok miecza. Światło ogniska oświetlało jego brudny skórzany kaftan, zniszczoną twarz i głęboko osadzone, niewielkie, piwne oczy odbijające obecnie światło ognia w sposób, który kojarzył się z oczami dzikiego zwierzęcia.

- Zima idzie – rzucił swoim chrapliwym, nienawykłym do mówienia głosem, siadając naprzeciwko. Siadłwszy, przez chwilę kręcił się w miejscu niespokojny, niepewny oraz - półelfka byłaby skłonna zaryzykować stwierdzenie - przestraszony. Oczy skrywały napięcie, a porośnięte długą szczeciną usta wydawały mamrotać do siebie mieląc bezgłośnie słowa. Kobieta w przeciwieństwie do niego była spokojna i nieruchoma – równie spokojne i nieruchome było jej spojrzenie. W pierwszym odruchu chciała jedynie nieznacznie wzruszyć ramionami, zignorować coś, co wyglądało na zwykłe zagajenie rozmowy. Jedne z nielicznych w jego wykonaniu. Ale jego strach, jego niepokój wydawał się prawdziwy.

- A co wraz z nią? - odezwała się w końcu.

- Eee...? – odpowiedź trapera była zaiste inteligentna. Przez chwilę patrzył niepewnie na Araię, jakby nie wiedząc o co ta się pyta. Nawet poruszające się wargi znieruchomiały. Potem otrząsnął się. - Nic – powiedział, patrząc na niższą kobietę uważnie. - Tu nic... poza chłodem – ciągnął. – Ale to ostatnie dni. Jeśli nie teraz, to nie wyjdziemy aż do roztopów. Całą zimę na bagnach.

- Mówiłam ci już, że zostaję tu do wiosny - zmarszczyła brwi, zmrużyła oczy, nachyliła się nieznacznie ku niemu. - Powinnam zmienić zdanie?

- Zmienić? - zdziwione pytanie trapera zawisło w powietrzu - Nie! - rzucił, uderzając dłonią udo dla podkreślenia słów - Co mówiłaś, dotrzymaj. Jak zostajesz - zostań. Tylko słabi zawracają. - Klaus wyprostował się lekko, siadając prosto, z dumą, jakby chełpiąc się swoim więcej niż przeciętnym wzrostem. - Ja tak robię. Zawsze. Stawiam cel, czy bagna, czy Ściana, czy cokolwiek, choćby księżyc. I dojdę. Do Ściany czy na Bagna. Gdziekolwiek. Tam gdzie powiedziałem.

Pokiwała głową, skrzywiła się lekko, szyderczo trochę.
- Więc gdzie teraz? Tutaj? Do Ściany? Ku nowej, lepszej przyszłości? - Wciągnęła głęboko powietrze, wciąż nachylona do niego, wciąż wbijając w niego wzrok. Skrzydełka nosa zadrgały jakby węszyła za czymś, jakby oglądała go węchem. Nie musiał wiedzieć, że na pokaz. Próbowała przypomnieć sobie kiedy widziała go wcześniej wystraszonego. Nie mogła. - Teraz? Kiedy pachniesz strachem? Nie lepiej ci do wioski wracać?

Przez chwilę rysy trapera zadrgały ukazując zęby, a on sam pochylił się do przodu łypiąc na półelfkę z groźbą. Moment później zastygł w bezruchu, napięty i wycofał się, ponownie siadając prosto, rozluźniając mięśnie.

- Drażnisz mnie - rzucił, poirytowany. - Szydzisz - dodał po sekundzie przerwy, z nutą oskarżenia. - Celowo. - Ta myśl wyrwała mu się z ust w formie pełnej zdziwienia obserwacji - Czemu? - zakończył pytaniem.

Milczała przez chwilę, nie odrywając spojrzenia od jego twarzy. W końcu machnęła ręką w krótkim, oszczędny geście.
- Czujesz ten zapach w powietrzu? Coś się zmienia. A dziś... - przechyliła głowę jakby zaciekawiona, jakby pełna namysłu. - Dziś coś się stało. Coś się przydarzyło. Tutaj – krótkie, proste słowa drgały obcym akcentem, który zniekształcał je melodyjnym zaśpiewem. - Coś zmieniło twój zapach. Coś zmieniło twoje oczy. To nie miejsce dla ciebie.

- A czemu nie dla mnie! - traper nie wytrzymał i wybuchnął gniewem. - W czym niby żeś lepsza niż ja? No? W czym? - wściekłość i strach w oczach pomieszane w równych ilościach, wyszczerzone zęby i nastroszone włosy upodabniały go do warczącego wilka. Nieprzewidywalnego i gotowego do ataku. - Żelazo na cyckach i żelazo w ręce, cała lepszość! A poszła w bagno, a w las, w step i zobaczymy! Księżyc nie minie, wilcy kości obgryzą! - podniesiony głos zwiadowcy niósł się daleko, uciszając nocne odgłosy mieszkańców bagna, ale Klus miał to gdzieś. Jak coś przyjdzie, to przyjdzie, trudno, może zeżre pólelfkę - Żyć się uczy, a nauczyciela wyzywa! Ha!

- Zamknij twarz, człowieku – wycedziła głosem równie ciepłym jak skute lodem jezioro. - Byle zwierzę potrafi przeżyć na bagnach, stepach, w lasach. Byle brudne zwierzę, które szczeka jak oszalałe, któremu brak opanowania. Błoto, gnój i świnie w zagrodzie. To cały wasz świat. Całe wasze dziedzictwo. Jesteście niczym. Tym jesteście w oczach złotej rasy i tego miasta – ściągnęła ramiona, płomienie ogniska zagrały na złocistych zdobieniach zbroi, rozbłysły na koszu leżącego w poprzek kolan miecza, rzuciły ostre cienie na bladą, trójkątną twarz. Jej cichy głos ciął jak bicz. Nieodrodna córka swego ojca. - Służyłam im całe życie, dwadzieścia lat przelewałam za nich cudzą krew, dwadzieścia lat dla nich krwawiłam. Jestem Mieczem Pana Słonecznych Miast. Takich jak to. Jestem jego dzieckiem. Strażnikiem. Więc bacz na swój język, człowieku, znaj swoje miejsce. Szczególnie tutaj, na elfiej ziemi. Wziąłeś moje złoto, zobowiązałeś się. Pamiętaj. Pamiętaj o tym, bo kolejnym razem nie będę traciła czasu na słowa. Pamiętaj o tym, bo jeśli popełnisz błąd to miejsce zgniecie cię jak robaka.

Traper cofnął się, odchylił do tyłu. Poderwał się gwałtownie i uciekł kilka kroków na krawędź rzucanego przez ognisko światła. Stał tam chwilę, odwrócony plecami. Ciemna sylwetka na tle ciemnego lasu. Gdy odezwał się głos miał zduszony, wydobywający się zaciśniętego gardła.

- Złoto. Tak, złoto - zaczął. - Piękne jedwabie, domy duże. Żarcia w bród. I wszystko wasze - chropawy głos trapera był cichy. - Dumni panowie z pięknych domów. I złoto. Znam ja was - ciągnął. - Złoto dla was, złoto dla siebie. Inni pracują, wy podatki. Inni umierają, wy najedzeni. Pieniędzy w bród a nic dla innych. Tylko dla siebie. Bo wasze. Własne. Nawet jak się marnuje. A kto dotknie, temu żelazo pod serce. Znam ja was.

- Tak – przytaknęła głucho, uciszając rodzącą się w niej cichą melodię współczucia – żelazo pod serce każdemu, kto dotknie. Każdemu, kto przekroczy granicę. Znam ja was – powtórzyła jego słowa, barwiąc je ciemną goryczą. - Myślicie, że do wszystkiego macie prawo. Nie ma dla was świętości. Wszystko powinno być wasze. Nieważne, że to święta ziemia. Nieważne, że pod waszym dotykiem więdnie i niszczeje piękno. Wasze brzuchy, wasze świnie są ważniejsze. Mówicie językiem wściekłości i złota. W bezrozumnym pędzie niszczycie wszystko. Nie rozumiecie trwania. Znam ja was. I ta ziemia też was zna. I dlatego was przeklnie.

- Już przeklęła! - wrzasnął, odwracając się gwałtownie i mierząc Araię wściekłym spojrzeniem. - Za dziadka były tu miasta! - walnął stopą w ziemię i gwałtownym ruchem ręki wskazał gdzieś w noc - Za ojca tylko wioski! A teraz nie ma tu nic! Nic! Na wpół martwa osada, mróz, głód, Białe Wilki i śnieg! Nic! Słyszysz? NIC! - wrzeszczał dalej, chrapliwym, łamiącym się pod obciążeniem głosem, niosącym się daleko. - Jak zobaczysz jak dzieciak sąsiada zdycha z głodu, jak zobaczysz juchę żony na ścianach, to wtedy gadaj o świniach i błocie nieludziu cholerny! Językiem złota, cholero - ja złota od ciebie nie wziąłem za naukę! Nie ja tu złoto podnoszę, nie ja tu złoto kocham! Złota pani, złotej rasy ze złotego miasta! - oddychał ciężko. - Już na śmierć człowieka skarzesz, ale byle kwiatka tknąć nie pozwolisz. - Teraz wyduszał z siebie słowa pochylony do przodu, oskarżycielski, płonący gniewem, pewny racji. - Złota - określenie zabrzmiało jak splunięcie, jak przekleństwo. - Bo ładny kwiatek. Bo jej. A więc niczyj inny. Nawet jak sam stoi i nikt go nie widzi, nie tyka. I zabije. Bo jej! Bo chciwość zamiast serca. Bo złoto zamiast serca! Złota pani! - pogarda grała zdartym od krzyku głosie. - Bo nie zniesie, jak kto inny choć zobaczy! Jak choć stopę postawi na opuszczonej ziemi. Złota pani! Jak wesz co ssie krew i tyje! Ona i cała reszta. Złoto i chciwość! Tak!

Milczała, kiedy krzyczał na nią. Patrzyła na kropelki śliny pryskające z jego ust, na ciemne dziury po wybitych zębach, które błyskały pomiędzy poruszającymi się wargami, pod cieniem zarostu. Napięte mięśnie, żyły napęczniałe na szyi i skroniach, czerwona z gniewu twarz. Zwierzę. Krzywe zwierciadło. Karykatura plująca wściekłością i pogardą, gdy gniew deformował jego twarz. Brzydki. Śmierdzący. I potrzebny.

Usłyszał jak westchnęła. Głośno, jakoś niechętnie, w ciszy, która zaległa po jego słowach. Wyjęła solidny kij z płomieni i poprawiła kilka drew. Czerwone skry strzeliły w niebo, jednocześnie z przeciągłym, wysokim wyciem dobiegającym zza granicy lasu. Blisko. Odwrócił głowę w kierunku dźwięku.

Skoczyła na niego bez słowa, bez wcześniejszego znaku, przeskakując ognisko. Wpadła na niego całym ciężarem, zbijając z nóg i wpychając pomiędzy drzewa. W ciemność.

Upadł na plecy, a pokryte śliskim mchem korzenie wydusiły powietrze z jego płuc. Kopnęła go. Raz. Drugi. Wzmacniane stalą buty wbiły się boleśnie w jego nerkę, żebra jęknęły boleśnie. Obróciła płonące polano w rękach i z rozmachem opuściła je na jego twarz. Trzasnęły zęby, wargi pękły jak dojrzałe czereśnie, coś chrupnęło głośno. Odruchowo osłonił rękami głowę, spodziewając się kolejnych ciosów. Nie nadeszły. Słyszał jej oddech, gdy obchodziła go dookoła, nigdy nie dość ciche kroki. Odchrząknął, charknął, splunął krwią i zębami, pozostałe zacisnął i zaczął zbierać się z ziemi. Stała przed nim z lekko przechyloną głową. Przyczajona, wyczekująca, mrużąc zielone, kocie oczy. Poczekała aż wstanie, i gdy wstał zaatakowała ponownie. W milczeniu, mocno, boleśnie. Zdawała się atakować z każdej strony. Głowa. Skroń wybuchnęła bólem. Kolano. Noga ugięła się pod nim. Obydwa łokcie. Żołądek. Jądra. Chciał sięgnąć po broń. Kij zatoczył krótki łuk, zgasł ogień na jego końcu. Zawył. Niesprawne palce nie mogące chwycić łuku oznaczały pewną śmierć. Jeszcze raz żołądek. Zwymiotował. Drugie kolano. Brzuch. Skulił się odruchowo. Kark. Głowa. Upadł. Kopnęła go, obracając na plecy. Wepchnęła rozżarzony koniec kija pod jego brodę, nacisnęła dusząc i dławiąc. Nachyliła się nad nim, by wyraźniej widział blady trójkąt jej twarzy, skośne, nieludzkie oczy i ostrą, okrutną w swojej obojętności linię zaciśniętych ust.

- Uprzedzałam cię – syknęła, uspokajając oddech. - Ostrzegałam. Okaleczę kolejnym razem i zostawię, byś zdechł, słyszysz. Wyjmę miecz i wydrę światło. Wyrwę twój rozlatany jęzor, odetnę dłonie i rzucę je drapieżnikom. Uprzedzałam. Nie mogłeś posłuchać? - Nacisnęła mocniej. - Nie mogłeś – odpowiedziała sobie sama. - Więc posłuchaj mnie teraz. To >ty< wybrałeś zimne złoto za zapłatę, człowieku. To była twoja cena. Za ciebie, twój czas, twoje umiejętności. Nie chciałeś jedzenia, nie chciałeś koni, nie chciałeś pomocy. Choć mogliśmy pomóc wam przenieść się na południe. Mogliśmy wam pomóc. Ale nie. Nie chciałeś dłoni i miecza, nie chciałeś serca. Wy zawsze chcecie złota. I ty też chciałeś widzieć pękatą sakiewkę. I dostałeś ją - potrząsnęła głową, skrzywiła wargi, nachyliła się tak, że prawie czuł jej oddech przy swoim uchu. Ściszyła głos, jakby owinęła aksamitem zimne ostrze noża. - Z waszego wyboru zostaliście tutaj. Trzeba było na południe iść. Do innych. Do swoich. Trzeba było odejść na południe, gdzie dzieci nie umierają z głodu, a jucha żony nie skrwawia ścian. To wasz wybór i wasz los. Nie mój. Rozumiesz? Wasz. I dlatego giniecie. Mogłeś odejść. Z wojskiem. Z karawaną. Dobrych tropicieli zawsze przyjmą. A jednak zostałeś. I dlatego zginiesz. Wiesz o czym mówię - odszukała oczami jego oczy, upewniła się, że patrzy przytomnie. - Przekrocz granicę i zamiast złotem zapłacę ci krwią. Nie zbliżaj się do Miasta, słyszysz? Nie wolno ci. Nie zbliżaj się, jeśli chcesz żyć. Jeśli nie chcesz, by zmieniło cię do końca, by zabrało ci duszę, przemieniło w swoją część. To święta ziemia, która nie należy do twojej rasy. Nie dla ciebie. Nie dla was. Nie dla waszych bogów. Nigdy! Rozumiesz? Skalaj je swoją obecnością, dotykiem swoich dłoni a będziesz płacił. Powoli. Niepostrzeżenie. Do samego końca. A gdy pojawi się prawowity dziedzic – a pojawi się – zapłacisz jeszcze raz. Razem z innymi.


VILHON REACH, TURMISH, ALAGHÔRN. JESIEŃ.




- Świeże śledzie, świeżusieńkie, prosto z morza, prosto z morza! – Zachrypnięty głos sprzedawcy ryb wybijał się ponad szum ruchliwej ulicy. Alaghôn, stolica Turmish, wyglądało barwnie o tej porze roku. Zieleń drzew za murami ustępowała powoli ciepłym barwom jesieni, a miasto huczało, przygotowując się do święta plonów. Żniwa były niemal zakończone.

Markiz Octavio Shaffer obserwował ruchliwą ulicę z grzbietu karego ogiera czystej krwi. Uperfumowana, biała jedwabna chusteczka została wyciągnięta wypraktykowanym gestem z kieszeni przedniego surdutu i przytknięta do nosa. Odór nieświeżych ryb był zapachem, którego Octavio nie życzył sobie czuć.

Kłując ostrogami konia, Octavio zmusił go do wejścia w grupę znajdujących się na jego drodze praczek, wracających z koszami prania. Wysokie okrzyki dziewczyn, przewracanych szeroką piersią ogiera, spowodowały, że uśmieszek znalazł swoją drogę na przystojną, choć nieco zniszczoną „szybkim” życiem, twarz szlachcica. Punkt dla niego. Upadając, jedna z dziewczyn odsłoniła nogi aż do uda. Całkiem ładne zresztą, jak zauważył wgapiający się bezczelnie markiz.

- Ty.. ty.. ty... ZBEREŹNIKU! – Praczka była cała czerwona, nie wiadomo, czy ze wstydu, czy złości. Jadący dalej młodzieniec, słysząc okrzyk, odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął gromkim śmiechem. Może jednak było coś w ględzeniu o wczesnym wstawaniu. Dzień zapowiadał się ciekawie, a było przecież dopiero południe. Praktycznie świt.


* * *


Muzyka skrzypiec wypełniała pomieszczenie rzewnymi tonami, przyprawiając Ezymandra o ból głowy.

Ubrany w strojny frak szlachcic siedział rozparty na miękkiej sofie z wełnianym pokrowcem, usiłując zachować spokój. Albo chociaż pozory spokoju. Wewnętrznie gotował się z niecierpliwości.

Była środa, dzień, w którym Odon, jeden z najzamożniejszych patronów lokalu, tradycyjnie urządzał najbardziej huczne imprezy. Huczne, a więc najtłoczniejsze. Pełne ludzi, z którymi Ezymander rozpaczliwie musiał spotkać się i porozmawiać.

Na wszystkie piekła! Potrzebował teraz kontaktów jak nigdy przedtem. Jego siostra, Erytrea, zaginęła! Talizman, którego używali, nie działał już od tygodnia. Wzdychając ciężko, młody szlachcic dotknął trzymanego w kieszeni amuletu, przesuwając palcami po ogrzanym ciepłem ciała rzeźbionym metalu.

Skrzypcowa muzyka zawodziła płaczliwie, opadając się i unosząc. Zaciskając zęby, mężczyzna wyciągnął rękę z kieszeni, wymacał chłodną, drewnianą krawędź stołu i pociągnął z pozostawionego tam kielicha z wytrawnym winem o delikatnym korzennym posmaku. Wbrew powszechnie powtarzanemu przysłowiu wino nie łagodziło obyczajów. Ezymander miał ochotę cisnąć zdobny, kryształowy kielich o podłogę i słuchać brzęku tłuczonego szkła.

Klub Krifa o tej porze dnia, niewiele po południu, był niemal pusty, jeśli nie liczyć barda z zespołem, strażników i kucharza, przygotowującego w kuchni posiłki na wieczór. Nie warto było właściwie przychodzić przed porą obiadu, ale Ezymander nie mógł wytrzymać w domu, chodząc z kąta w kąt, co chwila pytając się o czas i uprzykrzając życie służącym. Przyjechał więc.

A w klubie był jedynie bard z zespołem, strażnicy i barman. Ezymander siedział tu już drugą godzinę. Najpierw spokojnie czekając w fotelu, potem chodząc po pomieszczeniu, potem pijąc. Teraz o mało nie wyrywając włosów z głowy. Nie mogąc wytrzymać na skądinąd wygodnej, pokrytej skórą kanapie, poderwał się na nogi.

Dziesięć kroków w przód. Ściana. Wejście do klubu. Chłód klamki. Kopnąć cholerną framugę. Skręt w lewo.

Osiem kroków w przód. Rama okienna z łuszczącą się lekko farbą, ciepło na twarzy. Zwrot.

Dziewięć kroków. Blisko diabelnych skrzypków z ich cholerną muzyką. Zapach starego, rozlanego wina, chłodna gładź lakierowanego blatu stołu. Zwrot.

Dziesięć...

- Do diabła, przestańcie w końcu rzępolić! – wrzasnął na całe gardło. – Głowa pęka! – warknął.

- Hmpf. – Stojący na czele kwartetu smyczkowego bard był zbyt dobrze wychowany i w zbyt dużym stopniu profesjonalistą, by znieważać słuchaczy. Ezymander jednak nie wątpił, że właśnie zrobił sobie kolejnego wroga. Mistrz Valis z racji swego kunsztu, sławy i szlachetnego urodzenia zasługiwał na szacunek. I zwykle go otrzymywał, dokądkolwiek poszedł.

Cisza. Osiem kroków do przodu, wejście do piwnic. Zwrot.

Osiem kroków. Zwrot.

Dziewięć kroków...

Dźwięk kroków odbijał się od ścian, sprawiając, że Ezymander czuł się pewniej. To właśnie to echo było powodem, dla którego nosił buty podkute płaskimi, metalowymi blaszkami. Głośne kroki, specyficzny, ostry dźwięk i cisza pozwalały mu się łatwiej poruszać po znanych już pomieszczeniach. Po nieznanych, po prawdzie, także.

Młody szlachcic westchnął ciężko, wypuszczając powietrze powoli, przez zaciśnięte zęby.

- Proszę przyjąć moje przeprosiny Mistrzu Valis. Ciążące mi na sercu troski sprawiają, że nie jestem dziś w stanie docenić muzyki. Żadnej. Nawet tak pięknej, jak twoja. – Obrażać barda nigdy nie było mądrym posunięciem.

- Hmfp. – Odchrząknięcie tym razem było spokojniejsze. – Widać, że coś leży ci na sercu. Przeprosiny przyjęte. – Ezymander zaklął pod nosem, żałując po raz kolejny, że utracony wzrok odbiera mu możliwość obserwowania mimiki i gestykulacji otaczających go osób. Bard odpowiedział absolutnie neutralnym tonem, sprawiając, że nie dało się zorientować, co faktycznie oznacza wypowiedziana kwestia. Zrobił to prawdopodobnie celowo. Mała zemsta na ślepcu za jego niewczesne słowa. Widzący nie doceniali, w jakim stopniu znaczenie słów zależy od mimiki. Jeśli bard uśmiechał się lub skłonił lekko – faktycznie nie czuł się urażony. Jeśli nie zrobił tego, prawdopodobnie chował urazę. Jeśli wpijał w Ezymandra wzrok, zaciskając usta lub marszcząc czoło, będą z tego kłopoty. Bardowie doskonale potrafią wpływać na opinię innych – zemsta barda może zniszczyć reputację szlachcica, w rezultacie niszcząc jego życie.

Tyle tylko, że Ezymander nie widział. A Mistrz Valis, człowiek bezsprzecznie inteligentny, domyślał się zapewne, jak bardzo przeszkadzał niewidomemu brak rozeznania w sytuacji. Jeśli już nie z innego powodu, to jako przypomnienie o kalectwie.

Tak, jakby trzeba było mu o tym przypominać.


* * *


Klub nie wyróżniał się z zewnątrz niczym specjalnym. Nie było szyldu, nie było miejsca do przywiązania konia. Po prostu jeszcze jedna zdobiona gargulcami kamienica w dobrej, choć podupadającej powoli dzielnicy. Tym niemniej Klub Lorda Krifa położony był właśnie tutaj. Miejsce spotkań młodych szlachciców, starych zbereźników, chichoczących dziwek i wszelkich niezwykłości, jakie chcący zaimponować znajomym, znudzeni szlachcice potrafili sprokurować.

Dobre obyczaje pozostawić w progu, ubranie opcjonalne. Markiz uśmiechnął się, gładząc rzadką jeszcze kozią bródkę. Miejsce w sam raz dla niego. Gestem kazał swoim strażnikom zostać.

- Panie, czy na pewno...? – zaczął jeden z ubranych w liberię jeźdźców. Szlachcic spoważniał. Cham śmiał kwestionować jego decyzję.

- Na pewno – przerwał mu brutalnie Octavio. – Na pewno chcę tu być. Na pewno to jest to miejsce. Na pewno jest bezpieczne. I na pewno to, o czym Stary nie wie, nie będzie mu ciążyć na jego przemęczonym sercu. I na pewno jeśli zakapujecie staremu... – Octavio parsknął pogardliwie - ...pożałujecie. Zrozumiano? – warknął.

- Tak, Panie. – Odpowiedź przybocznego była pokorna. Jaka i powinna być. Byli w końcu tylko strażnikami.

Octavio zsiadł z konia i skierował się w stronę wejścia.
– Wróćcie tu za... no, powiedzmy, cztery godziny – rzucił wstecz, wyrzucając gwardzistów z pamięci.

Otwierając drzwi, młody szlachcic zszedł kilka stopni w dół, na ciemny, czysty, ale raczej obskurny korytarz. Łuszcząca się miejscami farba, stare deski ciemne od pyłu i upływu lat. Zapach starości i butwiejącego drewna. Jednym słowem, wnętrze kamienicy, jakich setki w każdym mieście... gdyby nie jeden drobiazg – stłumiony dźwięk gry kwartetu smyczkowego. Na wirtuozerskim poziomie. Szlachcic uśmiechnął się złośliwie i pokiwał głową. Wyglądało na to, że Demetrio dotrzymał słowa, spełnił, co obiecał ostatnim razem... i zapewne spłukał się przy tym do czysta. Zatrudnienie najlepszego barda w mieście na cały dzień nie było sprawą tanią. Zwłaszcza >takiego< barda, do miejsca takiego, jak to. Markiz zastanawiał się, ile czasu zajmie młodemu kogucikowi, nim zacznie nagabywać o kolejną pożyczkę. I kto będzie na tyle głupi, by mu ją dać.

Cichy chrzęst metalu poprzedził wyłaniającą się z wnęki potężną sylwetkę zbrojnego. Octavio przeszedł obok, ostentacyjnie ignorując rękę strażnika, położoną na broni. Dureń na pewno rozpozna herb na kaftanie, a jeśli nie... to cóż, nie posłuży długo. Głupoty chamów nie można tolerować.

Octavio poprawił surdut, strzepnął odruchowo rękawy z kurzu, który mógł się na nich pojawić, stanął prosto, przybrał butny wyraz twarzy i wszedł do środka, popychając podwójne drzwi.

Pomieszczenie - sala do tańca - urządzone było w tonacji czerwieni, złota i bursztynu. Plamy słońca, wpadającego przez okna, rzucały ciepłe światłocienie na wypolerowaną powierzchnię parkietu, ułożonego z czerwonawego drewna. Widoczna na środku, ułożona z jaśniejszych, sosnowych desek gwiazda wyznaczała centrum pomieszczenia – oraz miejsce, w którym zawieszono pod sufitem wypreparowaną karłowatą wyvernę, wciąż szczerzącą zakrzywione kły w wiecznej gotowości do ataku. Szklane oczy tego stworzenia napotykał każdy wchodzący do klubu.

Rozglądając się dookoła, markiz skinął na stojącego służącego. Po chwili w wyciągniętej dłoni Octavio pojawił się kieliszek wina. Pociągając solidny łyk, wciąż stojący w drzwiach młody szlachcic westchnął z błogością. Czerwone, wytrawne, bez... Octavio przyjrzał się pod światło... tak, bez osadu. Niezłe.

Nie ma jak dobrze wyszkolona służba.

Sala była prawie pusta, kilku mniej znaczących szlachciców siedziało przy stoliku gestykulując żywo i jeden samotnik w kącie. Obok jednego z dyskutantów, w centrum zainteresowania klęczała na podłodze ciemnoskóra piękność – naga, jeśli pominąć kilka strategicznie umieszczonych kawałków materiału, wystarczających w sumie mniej więcej na chusteczkę do nosa. I... tak, dookoła ścięgna Achillesa zaciśnięta była niewielka metalowa obręcz. Niewolnica. Octavio mimowolnie pokręcił głową z podziwem. W mieście i kraju, gdzie niewolnictwo było zakazane. Jak Karlos tego dokonał, Octavio nie miał pojęcia. A bardzo chciałby mieć!

No, ale nie można było pozwolić, aby Karlos zbytnio wbił się w dumę. Tak, jak wbił się w wagę, na przykład. Nawet jeśli jego prezent wejściowy robił wrażenie.

- No, Karlos, muszę przyznać, że nie spodziewałem się tego po tobie. – Kołysząc winem w kielichu, markiz spokojnie podszedł do stolika - pełen wyższości, dość lekceważący uśmiech na twarzy, podobnie łatwo przychodząca dezaprobata w kulturalnym głoście. - Niezwykłości niezwykłościami, ale niewolnictwo jest, jak by nie patrzeć - godne potępienia.

- Lord Shaffer! – Pulchniutki, może piętnastoletni młodzieniec najwyraźniej nie zauważył nowo przybyłego aż do tego momentu. Octavio ignorował pomniejszego szlachcica i powitania pozostałych, korzystając z okazji, by podziwiać klęczącą dziewczynę. Jakby nie patrzeć, było co podziwiać. – Chwila, moment... – wymamrotał.

Nie elf. Elfiego wzrostu wprawdzie i z zaostrzonymi uszami. Ale nie elf. Niewielkie czarne pazury na końcu palców, lekko zaostrzone zęby. Ładnie zarysowane mięśnie. Krótkie włosy na nieco zbyt wyciągniętej do przodu głowie, tworzące futro bardziej niż fryzurę. Coś nie tak z proporcjami nóg.

- Co za... – Po raz pierwszy od dawna Octavio urwał zdanie. Nieczłowiek. Ale cholernie atrakcyjny.

Karlos wprost rozkoszował się reakcją wyżej postawionego znajomego.
– Tak, markizie. Nie człowiek i nie elf. Coś lepszego. Świat jest pełen niezwykłości, jeśli tylko chce się wyjść poza stolicę i sięgnąć dalej. – Teraz to Karlos pokazywał wszem i wobec swoją wyższość. – Takich, jak Verbena, nie znajdziesz w Turmish. Musisz sięgnąć znacznie dalej. W dżunglę Choondal. I zapewniam – warto. Ta rasa posiada bardzo... – uśmiechnął się lubieżnie – ...żywą i zmysłową naturę.

Octavio patrzył na grubaska z irytacją pomieszaną z lekkim obrzydzeniem. Ze trzydzieści kilko nadwagi i bierze się za szczupłe egzotyczne piękności. To było po prostu nieestetyczne.

- Karlos, Karlos... – Pokręcił głową. – Czy twoja zabawka to przypadkiem nie polimorfia? – Znacząco zawiesił głos, pozwalając, by konotacje dotarły do świadomości słuchaczy. – Słyszałem o podobnych przypadkach. Rzecz, jakby nie patrzeć, wielce popularna w ekskluzywnych burdelach. Bierzesz pierwszą lepszą pomywaczkę, rzucasz zaklęcie, wspomagając je odpowiednim rytuałem bądź napojem, i w ciągu pięciu minut prokurujesz nieziemską, egzotyczną piękność. A klienta nie obchodzi prawda. Co więcej! – Przerwał, uderzając dłonią o blat stołu i zamykając przy okazji otwierające się już usta Karlosa. – Jest przecież nawet tańszy na dłuższą metę sposób. Zaklinasz polimorfię w przedmiocie, takim jak perła czy metalowa kulka, i zmuszasz ofiarę do połknięcia. Niewykrywalne. Tanie. Proste. Wystarczy tylko sprawdzać kał i czekać, aż przedmiot przejdzie przez jelita. I powtórzyć. A pod polimorfią może być każdy, czy nie mam racji, Karlos? Nie ma znaczenia, kto. Dziecko. Mężczyzna. Pierwszy lepszy zapchlony, śmierdzący włóczęga, zgarnięty z ulicy. Starzec z trądem i syfilisem. – Octavio zamyślił się na moment, szukając w pamięci. - Słyszałem o oliwinie, wartym ponoć dwa tysiące sztuk złota, zawierającym dodatkowo zaklęcie zapomnienia i przymusu. Ciekawe, czy trudno byłoby go wypożyczyć? – Zdanie zawisło w powietrzu. Octavio uśmiechnął się wprost w na pół pobladłą, na pół czerwoną twarz Kewina. – Jeśli coś jest zbyt dobre, by było prawdziwe, najczęściej takie właśnie jest. Karlos, Demetrio, Marco, zostawiam Was z tą myślą. Muszę porozmawiać z kilkoma osobami.

Odwracając się, Octavio pozwolił sobie na złośliwy uśmiech, którego siedzący z tyłu nie mogli już zobaczyć. Jasne, może i zrobił sobie w Karlosie wroga, ale nawet jeśli, to wroga niezbyt bogatego i mało znaczącego. Normalka. Jeśli możesz w kulturalny sposób pokazać nadętemu rywalowi, gdzie jego miejsce, robisz to. A jeśli jesteś od niego wyżej położony, nie musisz nawet być bardzo kulturalny. Takie już były reguły gry. Markiza ciekawiło tylko, czy Karlos wyzwie go na pojedynek. Wątpił w to szczerze. Ojciec Octavio załatwił mu bardzo dobrego szampierza. Zresztą, nawet bez czempiona dałby radę takiemu otłuszczonemu paniczykowi, jak Karlos.

Ruszając w stronę siedzącej w kącie osobliwości lokalu, lorda Murciélago, Octavio stanął obok magicznego zegara, jego własnego prezentu wejściowego. Za przezroczystą szybą widać było mechanizm, lśniące na niebiesko kryształy, obracające się w powietrzu koła zębate, mielące niebieską poświatę, splatające ją w skręcone sznury widmowego światła.

Przesuwając palcami po obudowie, Octavio obserwował przez chwilę, jak zegar reaguje na jego obecność. Efekt był hipnotyzujący. Ponoć gdy czas człowieka kończył się, zegar dawał mu o tym znać. Octavio nie był pewien, czy wierzyć w to, ale pomysł nie wydawał się niemożliwy. Mechanizm był tajemnicą. Nikt go nie nakręcał. Nikt go nie nastawiał. A pomimo to zawsze pokazywał czas. Precyzyjnie, bez jednej choćby pomyłki.

Wzdychając, Octavio pozwolił ręce opaść. Każdy nowy członek klubu musiał wnieść ze sobą prezent wejściowy. Coś, co uczyni klub ciekawszym bądź wygodniejszym miejscem. Pozbawieni wyobraźni po prostu sypali złotem. Inni sprowadzali niedostępne wino lub potrawy z dalekich krain. Sir Bernad przyniósł zaklęte w klejnocie zaklęcie i na jedną niezapomnianą noc zmienił klub w przybytek rozkoszy, w którym usługiwały prawdziwe Sukkuby, przyzwane wprost z Otchłani. Ha... To była noc! Jego własny, Octavio prezent, był jednym z najlepszych. Powinien być. W końcu kosztował go więcej niż na to zasługiwał, tak w pieniądzach, jak i przysługach. Ale było warto. Odmierzający godziny nieziemski zegar na stałe wpisał się w wizerunek klubu i przysporzył mu sporo szacunku.

A szacunek... szacunek był tu wszystkim.

Dlatego też klub był tak interesującym miejscem. Spotkać tu można było każdego, od pomniejszego szlachcica do synów możnowładców. I nie było ograniczeń, doradców ględzących o rozsądku, guwernantek trujących o manierach, skrybów jęczących o wydatkach i mdlejących dam, o których złamane serduszka należało dbać. Każdy mógł pokazać, kim jest, co potrafi i na ile jest mężczyzną.

Szacunek i reputacja w klubie miały nietrywialny wpływ na życie poza nim. Reputacja i plotka był potężnymi siłami, a pomiędzy znudzonymi, młodymi szlachcicami plotka biegła szybko.

A to sprowadzało go do Murciélago. Wśród wszystkich bywalców klubu, Ezymander był postacią bodajże najbarwniejszą.

Ślepiec.

Pod ozdobną, wyszywaną drobnymi kamieniami szlachetnymi przepaską ziała pustka. Octavio miał okazję się o tym przekonać. Raz jeden, sprowokowany przez młodzika, wyzwany od tchórzy i kłamców Ezymander rozwiązał przepaskę i powoli zdjął ją z twarzy. Puste oczodoły robiły wrażenie. Groteskowo głębokie, poczerniałe. Na wpół przesłonięte drgającymi, zapadłymi powiekami. W głębi, od której trudno było oderwać wzrok, widać było coś wilgotnego, lepko różowego. Tylną ścianę różowego ciała gdzieś głęboko wewnątrz głowy.

Wywracający się żołądek sprawił, że Octavio nie chciał tego nigdy więcej widzieć. Raz wystarczył.

Nie sama ślepota czyniła Ezymandra interesującym. Raczej fakt, że - w przeciwieństwie do połowy członków klubu - Murciélago miał przysłowiowe jaja. Własne zdanie, tupet i więcej odwagi niż mogło mu to wyjść na zdrowie. Cicha woda, niech go licho. Zwykle siedział spokojnie, nie mówił wiele, a jeśli już, to w kulturalny sposób. Ale sprowokowany pokazywał, na co go stać.

Świętej pamięci lord Durham lżył go i wyzwał go na pojedynek. Na szpady. Zamiast pokornie przyjąć obelgi, bądź nieskutecznie walczyć słowami, Ezymander lodowato przyjął wyzwanie i ustalił czas i miejsce. Piwnicę klubu. O północy. W ciemności zarżnął Durhama jak kozła. Następnie z nieziemskim spokojem i kurtuazją poprosił o przyniesienie nowego fraka, gdyż jego obecny 'nieco się ubrudził'.

Innym razem były to wyścigi konne. Na nieznanym koniu. W lesie. Po krętych, poprzecinanych jarami i powalonymi kłodami ścieżkach. Ezymander, któremu rzucono wyzwanie, stanął w szranki. I wygrał. Ile szaleństwa musiało wymagać popędzanie ostrogami konia do galopu w nieznane, w niekończącej się ciemności, gdy gałęzie drapią i chlaszczą po twarzy, a wystający konar w każdej chwili może strącić głowę z karku, Octavio mógł sobie tylko wyobrażać. Chwila, w której Ezymander wypadł z lasu, zapadła w pamięć. Jeszcze głębiej zapadł jego śmiech, niepohamowany, dziki, przepełniony triumfem i obłędnym, zwierzęcym przerażeniem.

Młody szlachcic stanął przed stolikiem, patrząc jak głowa ślepca odwraca się w jego kierunku. Gest skojarzył mu się z gestem ptaka.

- Witam, Lordzie Shaffer. – Głos Murciélago był napięty, pełen tłumionych emocji. Na tyle niezwykły, że Octavio nie przyszło na myśl zastanawiać się, skąd, u licha, ślepiec wie, kto podszedł do jego stolika.
 

Ostatnio edytowane przez Wellin : 31-08-2010 o 13:58.
Wellin jest offline  
Stary 31-08-2010, 19:09   #2
 
Judeau's Avatar
 
Reputacja: 66 Judeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znany
Dzień pierwszy


Kamienne zimno nieśpiesznie spełzało spod opuszków palców w stronę ciała. Jak wężowy, sadystyczny oprawca z lubością wiło się nieskończenie powoli lecz nieuchronnie w kierunku serca, a każdy fragment ciała, którego dotknęło, obracał się w skałę. Obrazy pojawiały się i znikały jak duchy w wymarłym mieście jakim stał się jego umysł.
Ból i rozczarowanie na twarzy Drogiej Matki, gdy z troską dotykała jego policzka.
Przeprosiny które wypływały razem z krwią z rozszarpanych ust Luriena
Wściekłość i nienawiść rażące jak gromy z oczu Malanthei, gdy pierwszy raz znalazły się one tak blisko.
Białe, znikające we mgle klify Evermeet, z którymi zostawić chciał siebie i rozczarowanie, które niósł jak garb.

Czas płynął...

Jego przeznaczenie dopadło go nawet w tych dzikich, dalekich ostępach. Nawet na końcu świata nie mógł się przed nim skryć. Było ono jego nieodłączną częścią. Widział wyraźnie, patrząc na Malanthęę zatopioną w martwy kamień, że nawet w śmierci nie znajdzie ucieczki przed swoim losem.

... i płynął...

Przekleństwo - taka rola została mu zapisana, a teraz, gdy, wraz z trucizną nienawiści wlewającą się w żyły, ostatnie powody do walki umierały, czuł jak przychodzi akceptacja. Tak długo opierał się wiatrom bez skutku... może podporządkowanie się im przyniesie odpowiedź...?
Godziny, dni, czy miesiące... nie wiedział ile czasu minęło gdy wędrował wśród zamglonych ruin, niepomny ich piękna i niepokoju jaki wywoływały. Czy to sen, czy jawa? Czy to ból czy nicość?
Czas płynął, a świat zdawał się przemijać jak burzowe chmury, i tak jak one zwiastowały oczyszczającą burzę, tak to nieopisane uczucie wieszczyło nadciąganie czegoś nieuchronnego. Czegoś co winno przerażać, ale czego on oczekiwał zr spokojem i nadzieją.

... i płynął.

Elf przystanął, spoglądając pod nogi i ogniskując wzrok. Świadomość nagle wróciła. Malanthea - skulił się trafiony myślą, nim odzyskał wpajane mu dekadami opanowanie. Zerknął w dół ponownie. Jedzenie...? Ktoś... przynosił tu jedzenie...?



Dzień siódmy


Zobaczyła go siedzącego na brzegu marmurowej fontanny znajdującej się na tym samym placu, co ich dawne obozowisko. Tam gdzie dzień w dzień zostawiała dla niego wodę i pożywienie, których nigdy nie tykał. Nie pozostało w nim wiele z niebolotnego księcia Evermeet. Suche włosy okalały jego głowie jak kopiec wyblakłego na słońcu siana, w zbielałych oczach nie widać było złotych błysków. Brudny. Wychudzony. Skarlały.

- Zostałaś. Czemu. - szepnął w języku ludzi patrząc pusto pod jej stopy i bezwiednie bawiąc się skrawkiem, gładkiej jak jedwab, pancernej tuniki.

Niepotrzebnym gestem wytarła dłonie o skórzane spodnie. Zapiekły świeże jeszcze, płytkie zadrapania pokrywające jasne palce. Zawstydziła się tych zadrapań, tak samo jak zapachu żywicy i dymu, który wplątał się jej we włosy i przylgnął do skóry. Potem zawstydziła się samego wstydu, który pojawił się nieproszony, w niechcianej odruchowej reakcji. Wstydu za niego i za siebie jednocześnie.

- Bo to było słuszne i właściwe - powiedziała w końcu. Słuszne i właściwe. Tak, taka właśnie była ta decyzja. Przynajmniej wtedy. Bo teraz... - Bo światło zgasło i teraz jesteś taki jak ja - nieznacznie wzruszyła ramionami.

Zatrząsł nim cichy, przyduszony śmiech.
- Tacy sami...? Nie jesteśmy. Nie byliśmy. Nie będziemy. Ty nie mogłaś być doskonała jak niepokalane słońce, by być nam równa. Ja nie potrafiłbym być niedoskonały jak dzieci ziemi, skazane by nią zawładnąć. Tobie współczuje najbardziej, półkrwista. Nie ulecisz z nami ku niebu. Miot ziemi nie przyjmie cię za swoją. Nigdzie nie należysz. Porzucona. Zawieszona. -Obce-, nienaturalne stworzenie - zakasłał, może zaśmiał się pod nosem. Patrzyła na niego nieruchomo, ściągając usta w bladą linię. - Nic tu cię nie czeka, półkrwista, tylko długa śmierć za życia. Odejdź, póki możesz. To nie miejsce dla żywych.

- Mówiłeś o sokole i kruku, mówiłeś o bólu, który wtedy był ci obcy, a który teraz w końcu możesz pojąć. Jak wiele straciłeś? Ile ci zostało? Upadłeś, estar - nachyliła się w jego stronę, dobyła ostrza, które podsunęła mu pod oczy tak, by mógł przejrzeć się w jego gładkiej powierzchni. - Przyjrzyj się sobie i zanim powiesz raz jeszcze, że to mi współczujesz najbardziej... - skrzywiła usta, zmarszczyła nos, w głosie troska splotła się z irytacją - ...umyj się, na wszystkich bogów.

Odwrócił wzrok, gdy tylko złapał mgnienie swojego odbicia w zimnej stali.
- Nie mów do mnie w języku elfów - zacisnął zęby. - Nie chcę go słyszeć. Ostrzegam cię ostatni raz, półkrwista. To miejsce umiera. Odejdź, zanim umrzesz razem z nim.

Przesunęła wzrokiem po szarym niebie, białym marmurze, cichych i nieruchomych jak sny kwiatach. Przestąpiła z nogi na nogę, ukrywając niepokój i bezradność pod kosym, ostrym spojrzeniem.

- Ta decyzja będzie moja i tylko moja. Nie podejmiesz jej za mnie. Odejdę, kiedy uznam to za słuszne i właściwe. Chcesz kogoś do gniewu, estar? - przeciągnęła lekko ostatnie słowo, wyzywająco. - Proszę bardzo, ale najpierw doprowadź się do porządku, bo trudno na ciebie patrzeć.

Oparła okuty koniec pochwy o jego klatkę piersiową, jakby brzydziła się dotknąć go ręką, i nacisnęła. Mocno, zdecydowanie, wytrącając z równowagi. Szklane odbicie bezgranicznego zdumienia i szoku nie zniknęło z jego szeroko otwartych oczu nawet, gdy woda z głośnym pluskiem zalewała mu twarz. Ona... odważyła się go dotknąć. Naruszyć świętość ciała słonecznego elfa. Znowu. Nie mógł uwierzyć, że to zrobiła, ona, która tak dobrze powinna znać ich obyczaje. Sekundę po tym, jak zwalił się do fontanny niczym drewniana belka, wystrzelił na równe nogi, krztusząc się niemiłosiernie.

- Jak, śm...! - napad kaszlu przerwał jego krzyk. - Jak śmiała... - nie mógł złapać oddechu. - Wiedź... mo... Spa... spaliliby ci... cie za to!

Zataczając się i dławiąc ruszył w jej stronę, lecz los nie był dla niego łaskawy. Wilgotny mech obrastający obmurowanie fontanny wystrzelił spod jego stopy a on sam runął jak długi przed swoją oprawczynią. Powoli, wykasłując wodę, podniósł się na czworaka. Chwycił kilka głębokich oddechów i zaśmiał się w głos. Nie zawtórowała mu, nie odwróciła oczu, uniosła tylko brwi w wyrazie uprzejmego oczekiwania. Powinna? Nie powinna? Nie wiedziała. Podsunęła ku niemu końcówkę miecza, by mógł się chwycić jej, wstając. Powoli. Ostrożnie.

- Popatrz na mnie przeklęta Matko. Czym się stałem. Zabawką w rękach kundla. Wstyd byłoby mi stanąć pod Słońcem. Nie mam nawet prawa więdnąć z tym Sanktuarium... - nie podniósł głowy. - Skończ to półkrwista. Nie umiałaś tego zrobić wcześniej, więc zrób to teraz.

Westchnęła głośno. Delikatnie, prawie nieodczuwalnie, szturchnęła go ponownie.
- Nie zrobię tego. Taki, jaki jesteś teraz... Jesteś słaby i żałosny. Co to za wyzwanie? Nawet nie pojedynek, a dobicie rannego zwierzęcia. Naprawdę tak chcesz skończyć? Jako zabawka w rękach kundla? Jako strzaskana marionetka swojej matki, która nie potrafi tańczyć pozbawiona sznurków? Gdzie się podziała twoja duma? Wstań, Ceadmon - poprosiła cicho.

- Nic o mnie nie wiesz... Śmiesz mnie oceniać? - podniósł głowę, klęknął i spojrzał w jej oczy - Jak taki kundel jak ty może zrozumieć istotę starszej rasy? Jesteś tylko kalekim bękartem, kurczakiem podskakującym w polu, okłamującym się, że lata! - Jego głos miarowo podnosił się, a rysy drapieżniały. - Nie wiesz czym jest upadek z wysokości, nie wiesz czym są uczucia, pusta lalko! Zwierzęta przynajmniej mają swoje miejsce w odwiecznym cyklu życia, ty nie, karykaturo elfa! - Nagle złapał za pochwę Zahira i jednym ruchem zerwał ją z głowni. - Rób co umiesz najlepiej, ogarze! - złapał mocno klingę i skierował jego sztych w swoją stronę - Pchnij! Daj upust swojej prymitywnej nienawiści! Do tego cię zrodzono! Rozkazuje ci! - wykrzyczał

- Rozkazujesz mi? Ty? - prychnęła nagle jak rozwścieczona kotka. - Brudny, śmierdzący a wciąż pełen przekonania o własnej doskonałości. Może i zrodzono mnie do służby wam, ale to ty klęczysz przede mną, głupcze - syczała przez zaciśnięte zęby. - To ty nie potrafisz wstać. Ty wciąż próbujesz wyręczać się moimi rękami. Może jestem bękartem, ale przynajmniej nie wystawiam swoich przodków i siebie samej na śmieszność. Wstań w końcu..

Zamilkł.
- Ma... masz racje... - zamamrotał, nagle znów bezsilny, skulony. - Dlatego proszę cię... zrób to dla mnie... jestem niczym... nie jestem już dzieckiem Słońca... nie jesteś mi nic winna... - bezwładnie opuścił rękę z jej miecza, gwałtownym ruchem odsunęła go od niego, zmieniła chwyt, układając ostrze wzdłuż ramienia, by nie mógł ponownie go chwycić. - To koniec. Nie pozostało nic, o co warto walczyć. Znienawidziłem lub zabiłem wszystko dla czego żyłem. Byłem zawodem dla każdego. Drogiej Matki. Luriena. Malanthei. Ioena, choć nigdy tego nie przyznał. Nawet dla ciebie, półelfki, którą uczony byłem gardzić. To zabrnęło zbyt daleko. Nie ma już powrotu - opuścił głowę. Wypuściła ze świstem powietrze z płuc, gdyby spojrzał na nią, zobaczyłby jak przygryza usta mocno, prawie do krwi, jak sama opuszcza głowę, zaciska oczy, zaciska usta, zaciska palce na rękojeści miecza. - Oszczędź mi dalszych upokorzeń. Skończ moje cierpienia. Proszę... - uniósł nieznacznie spody obu dłoni w jej kierunku w błagalnym geście.

- I co z tego? - prawie przerwała mu szybkimi, gwałtownymi słowami, nie mogąc poradzić sobie z jego słabością, nie mogąc pozwolić sobie na delikatność, która sugerowałaby i mówiła zbyt wiele. - Popatrz na mnie - pochyliła się, by zobaczyć jego twarz, złapać spojrzenie jego oczu. - Nie ma powrotu. Zawiodłeś. Więc co? Nie możesz żyć dalej? Przekląłeś ją, Złotą Sukę z Evermeet, przekląłeś ich wszystkich. Sam wybrałeś. Przeciąłeś sznurki, nie jesteś już jej marionetką, nie jesteś już tylko narzędziem jej planów. Dokonałeś wyboru. Zrezygnowałeś, zatrzymałeś, sprzeciwiłeś. Jaka jest w tym twoja wina? Że nienawidzisz? Więc zniszcz do końca, strąć w otchłań. Wtedy będziesz mógł wrócić, gdy tak jak tobie, nie pozostanie jej nic, gdy, skręcona, zdychać będzie u twych stóp - wciąż ze spojrzeniem wbitym w jego twarz, z jakąś dziką, tłumioną zajadłością, tak blisko, że prawie mógł poczuć jej oddech - jedyne poruszenie powietrza w zastygłym i nieruchomym mieście. - Lub podejmij wędrówkę za celem, którego pragnie. Wtedy także będzie dla ciebie powrót. Lub znajdź coś innego i nie oglądaj się za siebie, zapomnij o powrocie, o dziedzictwie, którego nie chciałeś i tym, co jest teraz tylko martwym kamieniem - wskazała ręką w kierunku pałacu i zastygłej w marmurze kobiety. - Jak mam ci to wytłumaczyć? Co mam zrobić żebyś zrozumiał? - spytała już ciszej, spokojniej. Nie to chciała mu powiedzieć, ale te prawdziwe słowa nie chciały przejść jej przez gardło, dławiły jak zapomniany płacz lub niechciany śmiech. - Jeśli życie jest jak melodia, taką chciałbyś wygrać? Tak chciałbyś ją zakończyć? Żałosnym skamlaniem o śmierć? - Wyprostowała się, podeszła do odrzuconej przez elfa pochwy, skryła w niej ostrze Zahira. - Wiatr wieje z północy i drzewa zaczęły płakać liśćmi, Ceadmon. Walczyliśmy razem, podróżowaliśmy razem i na moment nasze drogi się splotły. Zostanę tu, dopóki na drzewach ponownie nie pojawią się liście, dopóki nie nadejdzie wiosna - nie patrzyła już na niego, jej spojrzenie prześlizgiwało się po nieruchomym, zastygłym w martwym czasie mieście. - I jeśli nie pojedziesz ze mną, jeśli rozdzielą się nasze szlaki, zabiorę ze sobą ostatnie wspomnienie ciebie i przekuję na kamień.

Czy musiała mu mówić, że jeśli zapamięta go takiego jakim widziała go teraz, takim przetrwa w kamieniu wieki? Czy musiała mu mówić, że z przyjemnością wyśle go jego Drogiej Matce, Złotej Suce, by mogła nacieszyć nim swoje gwiaździste oczy?



Dzień siódmy, wieczór


Oparł się z impetem o wilgotne drzewo okolone splotami bluszczu o soczystych, żółtych kwiatach. Spojrzał na zamykającą się nad nim, nieruchomą kopułę liści, na otaczające go, ciemne pnie drzew.
Tak duszno. Wytarł zimny pot zachodzący na oczy i bezskutecznie zaczął szarpać się z tuniką, usiłując zmniejszyć ucisk na gardło. Zaklnął po eflicku i uderzył łokciem w drzewo. To nie pancerz go dusił a sumienie.
Jego czyny jego samego zaskoczyły i przeraziły. To, jak upodlił się przed półkrwistym kundlem było niewyobrażalne. Myśl, że padł przed nią na kolana, błagał ją o śmierć jak zapluty żebrak zaćmiła wszystkie inne. Potworne upokorzenie doprowadzało go do szaleństwa. Nawet w najtrudniejszych chwilach nie czuł się tak nieczysty. On, książę, na łasce półelfki. W najgorszych koszmarach nie przewidywał, że upadnie tak nisko. Wbił paznokcie głęboko w skórę twarzy i zajęczał przeciągle. Jej miecz wycelowany w serce, jej protekcjonalne upomnienia i pogarda w oczach... Pogarda w JEJ oczach! Nawet psy spoglądają na niego z odrazą! Osunął się na pośladki i zawył. Droga Matko, ratuj! Czuł jak wizje i myśli szaleją, rozrywając go od środka, z sekundy na sekundę coraz bardziej nie do zniesienia. Tracił zmysły modląc się o ich utratę! Tylko w szaleństwie może znaleźć ucieczkę przed swoimi grzechami! Nawet śmierć go teraz nie wyzwoli! Wstał i próbował chwiejnie biec, ale urwany, paniczny oddech wysysał siły, a krzyczące drzewa wyrastały co chwila na jego drodze. Wszystkie śmiały się z niego, pluły pod jego stopy i wskazywały go twardymi brązowymi palcami. Drewniane trzewia zamykały się wokół niego i czuł, jak dno pochłania go, odcina od światła Słońca i honoru, jak wsysa coraz głębiej w niezbadane czeluście pogardy, których Słoneczny nie powinien był doświadczać. Trzask. Coś pękło.

Leżał twarzą w mchu. Jak długo - nie wiedział.
Mimo bólu, czuł spokój. Ból był właściwy.
Zaśmiał się lekko.
Grzeszne zwierze winne czuć ból, a nie był niczym innym od kiedy resztki godności odpadły z niego jak przegniłe mięso z kości, gdy tarzał się przed półelfką. Lot już na zawsze pozostanie wspomnieniem. Skoro nie w chmurach, może jego miejsce jest razem z resztą pełzającego w błocie ścierwa. Droga Matka, czy Malanthea nigdy nie zasługiwały a nic poniżej Słoneczności, ale... półelfka to co innego. W jej świecie niedoskonałość nie jest już grzechem. Pustułka z urwanymi skrzydłami przecież nadal będzie wspaniała wśród kur. Cóż innego pozostawało? Śmierć nagle zaczęła go przerażać, choć niosła obietnicę tak upragnionego pokoju. Nie był religijny, ale jeśli przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz z przodkami, po tym co zrobił z ich dziedzictwem? Już wolałby płonące piekła Baator, niż żeby jakikolwiek członek Słonecznego Rodu położył na nim swoje czyste spojrzenie, nie wspominając nawet o wielkich Veldannach. Znienawidzonych Veldannach.
Zachichotał.
Zbyt tchórzliwy by umrzeć, zbyt tchórzliwy by żyć. Pozostaje zmiana. Prawdziwy upadek. Droga Matko, rozkoszuj się co uczyniłaś!
Śmiech którym się zaniósł brzmiał złowieszczo w nienaturalnym, wyśnionym mieście.



Dzień trzydziesty czwarty, ranek


Usłyszała jego słowa, gdy tylko weszła do miasta. Zaskoczył ją. Wciąż pokryty patyną brudu, z włosami, które jak zblakłe wodorosty kleiły się do jego twarzy. Prawdziwy książę żebraczy.

- Może miałaś rację, półkrwista - jego głos był monotonny, obojętny, choć w inny sposób niż wcześniej. - Może teraz nie jestem niczym więcej niż ty, niż pies, który waruje u bram, niż ptak, którego śpiew słyszę co ranka. Nie okazałem się godny mojego dziedzictwa, ni nawet wyniesienia ponad brud świata... Powiedz mi, moja towarzyszko... jak ty sobie z tym radzisz...? Co powstrzymuje ciebie przed zaspokojeniem tego głodu serca słodkim, ostrym i połyskującym nektarem czerwonego kwiatu kuźni? Może słuchając ciebie, dowiem się co takiego powstrzymuje mnie...? - dokończył miękko, śpiewnie, jakby delektując się każdym słowem, każdą myślą i uczuciem, które wywołuje, a ona patrzyła na niego oczami ciemnymi jak okna niezamieszkałego domu, z cieniem urazy, którego nawet nie starała się ukryć.

- Widzę, że nie próżnowałeś przez te tygodnie, elfie. Udało ci się wyhodować śliski język węża - powiedziała prowadzona pierwszym skojarzeniem, które przyszło do niej na jego widok: czającego się w cieniu, w bezruchu gada. Z daleka od słońca, powietrza i nieba. Nawet brud pokrywający jego ciało, przywodził na myśl łuszczącą się skórę, przyszłą wylinkę. - Oczekujesz, że się nim zachwycę?

Oparty bezwładnie o jabłoń, z policzkiem wtulonym w zapach kory, uśmiechnął się niemrawo.
- A czyż cię nie zachwycam, o służebna chimero? - odepchnął się lekko ramieniem od szorstkiego pnia i przemienił ten ruch w pełen tanecznej gracji obrót. - Piękny i doskonały Słoneczny Pan. Czyż nie takim jawię się w twojej głowie, szmaragdowooka? - ruszył ku niej. - Ja, wyniosły książę Evermeet, wywyższony nawet wśród Panów... a jeśli nie jako ja... być może jako symbol kogoś innego - przesunął opuszkiem palca po jej ramieniu. - Czy on też widział cię jako psa, którym jesteś...? - zaszeptał nagle, wprost do jej ucha

Zesztywniała, ramię pod jego ręką zadrżało. Upuściła na ziemię, owinięty w skórę łuk i kołczan ze strzałami, zęby błysnęły we wściekłym grymasie, gdy pchnęła go na ziemię, przycisnęła skrytym w pochwie mieczem jego gardło, dławiąc i dusząc, przycisnęła kolanami jego ramiona do miękkiego mchu, ciężarem ciała, uniemożliwiając mu wstanie.

- Nie mów o nim! - warknęła gardłowo. - Nie tu, nie teraz! Nigdy! Nigdy o nim nie mów! Ty piękny i doskonały? Ty?! Już nie. Już nie, słyszysz? Nie da się pomylić ciebie z nim. Tak poskręcanego słabością - z jej włosów, z nosa, z ostrego podbródka spływały na jego twarz krople wody. Słodkie, deszczowe, czyste. - Wykrzywionego jadem. Powinieneś pełzać jak wąż, w którego się zamieniasz, kawałek po kawałku. Dotknij mnie tak raz jeszcze... - prawie trzęsła się z wściekłości i obrzydzenia. - Dotknij mnie tak jeszcze raz, a... - zawahała się, poluźniła nacisk, odsunęła się trochę.

Kaszel, którym się zanosił rozcierając gardło przechodził w śmiech.
- A czym mi zagrozisz, szmaradowooka? - Blade tęczówki błyskały okrutnie między lepiącymi się do twarzy włosami. - Z niczego więcej nie możesz mnie odrzeć. To co szlachetne... zwiędło. To co pozostało, nie zasługuje na uwagę i ochronę. - Kpiący uśmiech nie schodził z jego twarzy. - Dlaczego pozostałaś, towarzyszko? Pomimo moich ostrzeżeń. Pozwalając dopędzić się temu przed czym uciekasz. Jesteś moja, szmaragowooka... choć teraz już nie zasługuję na ciebie - parsknął pod nosem szyderczo, odwracając głowę, przerywając rozmowę spojrzeń.

Potrząsnęła głową, strząsając na jego twarz kolejne krople. Odskoczyła od niego jakby był trującą rośliną.



Dzień trzydziesty czwarty, popołudnie


Gdy spomiędzy krzewów wyszedł Ceadmon, wskazała mu czekającą na niego miskę z jedzeniem. Prostym gestem kogoś, kto zaprasza spóźnionego gościa do stołu. Sama nie wiedziała, że to ona pierwsza przełamie ciszę, dopóki neutralnym, pozornie obojętnym tonem nie odpowiedziała mu na pytanie, które zadał jej niespełna.

- Myślałam, że będziesz potrzebował... kogoś - nie patrzyła na niego, pozornie skupiona na oliwieniu pasków zbroi. - Nie mnie... po prostu kogoś obok. Myślałam, że to wystarczy. Dopiero teraz widzę jak ślepa byłam, jak głupia i arogancka.

Minuty ciszy mijały powoli, gdy drobnymi łyczkami dopijał marną zupę, pierwszy posiłek od dni. Wreszcie, cicho odstawił naczynie.
- Musisz wystarczyć, Araio - powiedział delikatnie, wręcz opiekuńczo. - Oderwano mi moje skrzydła. Nie przetnę już chmur w blasku słońca. Nie mogę i nie chce. Teraz moje miejsce jest wśród kur - opuścił wzrok i powstał. - Dziękuje za zupę. Była... okropna - uśmiechnął się szeroko.

Nie odwzajemniła uśmiechu.
- Nie chcę ,,wystarczyć". To za mało - jak on wstała, szukając czegoś przez moment w przypiętej do pasa sakwie. Rozwinęła małe zawiniątko, coś błysnęło ciepłym odblaskiem między jej palcami. - Skoro już muszę płacić... nie chcę płacić za nic. Nie chcę płacić za upadek, za popiół i mgłę. A tyle zostało... przynajmniej tutaj. - Podeszła do niego wolno, ostrożnie. - Daj rękę.

Elf spełnił jej prośbę bez słowa czy zaskoczenia. Nie dotknęła jego dłoni, położyła tylko na niej ostrożnie niewielką figurkę wykonaną z bursztynu. Niewielkiego sokoła, podrywającego się do lotu, dwoma inkluzjami rozświetlonymi blaskiem ognia, wpatrującym się w coś, co widoczne było tylko dla niego. Zastygły w pół ruchu, gładki w dotyku, z zaznaczonym każdym piórem. Palce niechętnie pozostawiły go na cudzej dłoni, niechętnie rozstawały się z czymś, co przez te dni nabrało znaczenia. To nad nim pracowała, by zabić samotność, zająć czymś ręce i oczy w pustym, martwym mieście.

- Tym zawsze byłeś... Sokół nie przestaje być sokołem tylko dlatego, że odmawia lotu, Ceadmon.

Długo wpatrywał się w figurkę pozostawioną na otwartej dłoni, z nieodgadnionym wyrazem na twarzy. Wreszcie podniósł spojrzenie na towarzyszkę. Skinął głową w podziękowaniu i zniknął między drzewami, po raz kolejny zostawiając ją samą.



Dzień pięćdziesiąty trzeci


Ze starannością układał ułamane, bursztynowe skrzydełka. Kierunek, ustawienie względem siebie, miejsce, podłoże. Każdy szczegół miał znaczenie w grze elfich dworów, gdzie sztuka subtelności i szacunek dla inteligencji umożliwiającej jej dostrzeganie, traktowane była z nabożną czcią. Jakaś niejasna ekscytacja pchała go do przekazania w tej formie tego co miał do przekazania, a co wywoływało nadto jasny wstyd i zażenowanie. Słusznie zresztą, jak upominało go wewnętrzne ja. Forma komunikacji zarezerwowana dla najrówniejszych wśród równych użyta, by rzucić rozkaz psu. Czuł się, jakby bezcześcił świętość, wycierał buty o dywan Drogiej Matki. Czuł się... dobrze. Oto jej dziedzictwem bawią się dwa psy, sprowadzone do tej roli przez nią samą.
Gotowe.
Ogarze, służko półkrwista... Straciłem skrzydła, bądź moimi skrzydłami.
Dreszcz przeszedł jego ciało. Czuł się brudny tym co robi. To nie godne Dziecka Słońca.
Uśmiechnął się podle. Idealnie.
 
__________________
"To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS
Judeau jest offline  
Stary 31-08-2010, 23:14   #3
 
obce's Avatar
 
Reputacja: 664 obce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwu
VAASA, ZAPOMNIANE MIASTO, JESIEŃ

Dzień pięćdziesiąty trzeci


Ułamane skrzydła leżały na marmurowych kamieniach. Bursztyn na bieli. Odrzucone odpryski słońca na zimnych kościach Miasta.

Stała nad nimi rozluźniając i zaciskając pięści, wbijając paznokcie głęboko we wnętrza dłoni; stała jak nad grobem czegoś ważnego, czemu jeszcze nie potrafiła nadać właściwego imienia. Stała, powstrzymując chęć, by podnieść głowę, rozejrzeć się, sprawdzić, czy raduje swoje zblakłe oczy jej gniewem, jej smutkiem, jej rozczarowaniem.

Jego przeklęte zabawy.
Jego przeklęte gry.
Jego szaleństwo, jego upadek, tocząca go trucizna.

Nawet teraz wiedział, gdzie uderzyć, by zranić. Nawet teraz – gdy trzymał się z dala od jej oczu, gdy z jego wężowego języka nie spływały słowa jak krople jadu – potrafił rozdrapać ranę i posypać ją solą. Bursztyn na bieli. Odrzucone skrzydełka sokoła, którego rzeźbiła troskliwie przez tyle godzin, tyle dni, tyle tygodni, które niepostrzeżenie przerodziły się w miesiące.

Wyprostowała ramiona, układając usta w nienaturalnym dla niej, zimnym grymasie. I przeszła ponad zniszczonym przez niego dziełem jej rąk.

Co powiedziała, dotrzyma.
A potem odejdzie z tego zaklętego pod ziemią koszmaru i nie obejrzy się za siebie.



* * *


Co powiedziała, dotrzyma.

Nie zauważyła nawet momentu, w którym przypadkowe słowa Klausa stały się mantrą, zaklęciem przeciwko samotności i rezygnacji. I zrodzonym z szarej mgły strachom. Na gładkich płytach jednego z placów płonęło niewielkie ognisko, rozpalane przez nią codziennie od kiedy odeszli ich towarzysze. Już prawie dwa miesiące, pełne dwa księżyce. W znieruchomiałym mieście zapach palonego drewna i jedzenia nie rozchodził się w powietrzu. Tak samo jak dźwięki, które zdawały się zamierać zaraz po opuszczeniu ust, zaraz po oddaleniu od ciała. Cisza oplatała Miasto szarymi warkoczami milczenia. Zaś ono samo zdawało się obserwować żyjących w jego trzewiach intruzów – cierpliwie, skrycie, z okrutną obojętnością. Kryło swoje spojrzenia w ciężkich kielichach kwiatów, w ciemnych oknach opuszczonych domów, w nieruchomych cieniach wspinających się niczym widmowa winorośl po smukłych kolumnach altan i krużganków. Nie było tu nieba, nie było wiatru, zdawało się, że nie istnieje ziemia pod kamiennymi płytami ulic i placów. To miejsce zdawało się być zawieszone w niebycie potężną ręką starego boga, wyrwane z czasu, połączone kruchą pępowiną otwartych teraz wrót z zewnętrznym światem.

Od wielu dni szukała odpowiedzi na pytanie: czym jest, czym stało, czym staje się Miasto.
Nietrwały sen niknący powoli w kłębach szarej mgły.
Razem z nią.
Razem z nim.

I bała się. Bała się tej mgły. Bała się pustki i nicości. Bała się losu gorszego od śmierci. Bała się, dusząc w sobie ten strach. Klaus – brudne, ludzkie, nieoswojone zwierzę; Klaus – wytrwały, doświadczony i prosty. Klaus nie mógł jej pomóc. A ten drugi... On... Elf... Pogrążył się w swoich własnych koszmarach i zostawił ją samą. Samą. SAMĄ! Samą w milczącym Mieście, samą na morderczych bagnach, samą przeciw północnym wiatrom, samą przy niewielkim ognisku, gdzie codziennie przygotowywała i zostawiała dla niego jedzenie. Kiedyś w jego twarzy widziała twarz ojca, kiedyś – nie tak dawno temu przecież – sądziła, że zaczyna rozumieć, że za jego pomocą uda jej się wszystko naprawić. Ale potem wszystko się zmieniło... Zaklęta w kamień kobieta. Jego rapier rozcinający jej ciało. Jego decyzja. Jej decyzja. Nie miała prawa go winić. Ale winiła. I niemal czuła jak ta uraza wije się w jej wnętrzu: zimna i paląca.

Była sama.
Po raz pierwszy w życiu była naprawdę sama.


Dzień sześćdziesiąty pierwszy



Powoli zdjęła strzałę z cięciwy, obróciła ją w palcach i wbiła w plecy Klausa. Drgnął, odwrócił się gwałtownie. Pokazała mu długi grot, na którym drgał jeszcze błyskający śluzem czerwonawy wij. Jedna z córeczek Lenniki, jak ochrzcił je kiedyś – rechocząc z uciechy – tropiciel. Uderzyła strzałą lekko o pień drzewa, przecinając robaka na pół. Klaus skinął głową. A ona zmarszczyła brwi trochę ze zdziwienia, trochę z niepokoju i przesunęła ręką po korze... Po czymś, co przynajmniej korą być powinno.

Powoli uniosła głowę.

Znalazła. Po trzydziestu czterech dniach. Znalazła. Wznosiło się ponad nią skręcone i wielkie. Kamienne drzewo. Tu i tam. Tam i tu. To samo. Tam rozkwitłe kolorami, nierozróżnialne w bezruchu Miasta od drzew prawdziwych. A tu – na bagnach, gdzie deszcze i wiatry starły wszelki kolor odsłaniając biel marmuru – rozmazane, wygładzone czasem, straszące nienaturalnym bezruchem, gałęziami jak obdarte ze skóry palce, które bagna i wietrznice owinęły zielonkawymi strzępami ścięgien i mięśni. Była rzeźbiarzem, znała kamień, znała drewno, znała dotyk czasu.

- Hanali Celanil o szarym spojrzeniu, Angharradh jaśniejący słońcem... - słowa ulatywały drżące i niepewne ze zdrętwiałych warg.

Klaus warknął ostrzegawczo, nakazując ciszę. Posłuchała odruchowo, choć usta wciąż poruszały się bezgłośnie, wzywając bogów, którym nigdy nie składała czci. Uwięzieni przez lodowate objęcia zimy, przez jadowity pas bagien byli zgubieni. Zginą oboje. Ona. On. Zginą, znikną, rozwieją się, co się z nimi stanie, gdy mgła pochłonie wszystko, alboożyjeioszalejąobojenaprzeklętejziemizapomni aniprzezbogówprzeciwko czemuśczegoniemogą... Stop!

Wystarczy.
Potrząsnęła głową, przełknęła z trudem ślinę, próbując pojąć, zrozumieć...
Za jej plecami Klaus zaczął wycofywać się cicho.

Bagna szybko uczyły pełnego ostrożności i uwagi szacunku. Uczyły strachu jak kapryśny władca, który nieznacznym zmarszczeniem brwi, jednym skrzywieniem ust zwykł skazywać na tortury i śmierć. Nigdy przedtem nie była w miejscu tak przeżartym jadem. Mętna woda kryła węże, mięsożerne wije, jaszczurki o trującej skórze, wielkie jak kciuk dorosłego mężczyzny pijawki, powietrze pełne było robactwa i nawet soki roślin – skręconych jak skołtuniony warkocz rozwiązłej dziewki – sprowadzały chorobę. Wystarczyło jedno ugryzienie drobnego zwierzątka, jedno skaleczenie, jedno otarcie się o niewłaściwy liść, by pojawiła się opuchlizna, oparzenia, ranki, z których przez kilka dni sączyła rzadka krew. I tak każdego dnia w zlewającym się, zamazującym korowodzie codzienności.

W to zmienił się elficki sen o doskonałym mieście.
W mdlący opar rozkładającego się mięsa i roślin.
Trujący gnój na ruinach dawnej wielkości.

Poderwała głowę, słysząc charakterystyczny dla tych bagien dźwięk – lepki, mięsisty – jakby ktoś bardzo szybko uderzał o siebie dwoma płatami wilgotnej skóry. Coś smagnęło ją w policzek rozcinając okrywającą twarz chustę. Zwinęła się w miejscu, chwyciła przelatujący kształt, uderzyła nim z całej siły o drzewo.
Nawet martwa, wietrznica próbowała wgryźć się w jej rękę drobnymi ząbkami.

Zerwała się do biegu. Z konarów sąsiednich drzew podniósł się w kakofonii dźwięków rój drobnych kształtów. Klaus szukał bezpiecznej drogi, klnąc pełnym napięcia głosem. Araia nie traciła na to oddechu, w milczeniu rozcinając płynnymi, długimi ruchami te z nich, które celowały w jej twarz albo głowę biegnącego przed nią tropiciela.

Wiedziała przecież dokładnie gdzie jest.
Od dwóch miesięcy mieszkała w piekle.


* * *


Pięć godzin zajęło im dotarcie do obozu na wzgórzu, w którym mieszkał Klaus. Pięć godzin morderczego marszu. Tropiciel rzucił się na posłanie, gdy tylko doszli do jego szałasu. Patrzyła na niego w milczeniu. Nigdy nie przeprosiła go za wybite zęby i siniaki, które kilka tygodni temu tworzyły kolorową mapę na jego ciele. Ostrzeżenie zostało dane – teraz pozostawało tylko przyglądać się uważnie, obserwować, czekać. Uważać na plecy i nie okazywać słabości, bo wiedziała, że jeśli Klaus zwietrzy słabość, zaatakuje.

Wśród dzikich zwierząt północy nie ma miejsca dla słabych.

Więc nie przeprosiła go za nic, ale gdy zbierał się powoli z ziemi rzuciła mu mokrą od zimnej wody chustę, by mógł wyczyścić się z ziemi i krwi. Bez słowa, bez uśmiechu. A potem, przez czas kiedy zdrowiał całe dnie spędzała przy jeziorze, starając się złowić coś do jedzenia, zaś wieczory poświęcając na to, by jego szałas był bardziej trwały i wygodny. Przesunęła palcami po jednym z drewnianych konarów, stanowiącym wspornik dla skośnego dachu. Płynne jak wijący się po zboczu góry strumień wzory łatwo były wyczuwalne pod dotykiem dłoni. Gładź na szorstkości kory. Elfickie kwiaty na chropawym drewnie.

Zmieniała się tu. Dostosowywała do twardej ziemi chłostanej zimnymi wiatrami, do codziennego wysiłku, codziennej walki z bagnami, codziennych problemów ze zdobyciem pożywienia. I uczyła. Przede wszystkim od Klausa, którego poleceń poza bezpiecznym kręgiem obozowiska nigdy nie kwestionowała. Z goryczą musiała przyznać, że tylko dlatego jeszcze żyła. Ale uczyła się. Hartowała z żelaza w stal. Z cynicznym rozbawieniem myślała jak niewiele trzeba było, by twarz jej ojca, ogień, dym i krew przestały ją nawiedzać w snach.

Teraz jej sny pełne były szarej mgły, ciszy i zmęczenia.
Tak było lepiej.


* * *


Dwie godziny zbierała się się na odwagę, by wejść do miasta.

~Co powiedziałaś, dotrzymaj.~

Musiała.

Znużona weszła powoli do pałacu i szerokimi schodami skierowała się na jeden z tarasów. Rzuciła wilgotny, zabłocony plecak na posadzkę, siadła na szerokiej balustradzie, ciężko opierając się o ścianę.

Czuła się jak stara kobieta...
...zdziwiona tym, że jeszcze żyje.

Nie zadusiła jej mgła. Ściany nie zamknęły się ponad nią. Mgła pozostała tak samo gęsta, tak samo zwijając się na granicy pola widzenia w dziwne kształty. Jej odkrycie niczego nie zmieniło. Drzewa, aleje, połyskliwe dachy domów – wszystko identyczne, nawet elf, idący jedną z ulic. Wciąż brudny, wciąż skarlały, pozbawiony blasku. Czekała aż wraz z jego widokiem przyjdzie do niej gniew, żal, ulga czy radość.

Nie czuła nic.
Jego twarz nie nakładała się już z twarzą ojca.
Nieobciążona przeszłością była tylko twarzą obcego.

~Zostawił mnie samą.~

Nie potrzebowała go.
Przynajmniej dziś.
Odwróciła od niego wzrok.

Nie widziała więc jak dostrzegłszy ją, uśmiechnął się nagle, zmrużył blade oczy.
- Nie skacz, półkrwista. Nie wzlecisz... – zawołał szyderczo.

Wzruszyła tylko ramionami nawet nie kierując na niego spojrzenia. Lekko, prawie niedostrzegalnie. Elf wpatrywał się w nią kilka chwil, po czym nieśpiesznie ruszył do budynku. Niedługo potem wszedł na taras i oparł się o barierkę nieopodal kobiety.

- Marzysz o ostatnim locie, jaskółko? - szydzący uśmieszek pełgał delikatnie jak płomień świecy na jego twarzy.

- Nie – jedno, krótkie słowo, wypowiedziane po długiej chwili milczenia, pełne obcych nut.

Popatrzył na nią uważnie, poważniejąc.
- Nadal przychodzisz. Czemu? Musisz czuć co dzieje się z tym miejscem.

~Czuję. Wiem. Zaczynam rozumieć.~

- Czuję
– powiedziała obojętnie, przesuwając znużonym spojrzeniem po dachach domów, zielonych roślinach wijących się dookoła białego kamienia, nieba pełnego szarej pustki, górującym ponad ich głowami.

Skinął głową, nie odrywając od niej wzroku.
- Nie wchodź tu więcej. Nie przynoś żywności. Odejdź. Magia to kapryśna i bezlitosna siła.

~Odejdę. A północne wiatry i bagna zaopiekują się mną jak troskliwy rodzic.~

- Za późno
– ucięła temat spokojnym, wypranym z emocji głosem. Już wiedział, co było nie tak. Po raz pierwszy od kiedy ich drogi się splotły nie zareagowała na jego obecność, tak jak zawsze reagowała tylko na niego. Spojrzeniem, gestem, widocznym w linii ciała napięciem. Jakby był jakimś... człowiekiem.

- Chodź. Pokaże ci coś - powiedział po chwili milczenia.

Opuściła głowę. Poruszyła się powoli, niechętnie, zmuszając zmęczone, bolące mięśnie do kolejnego tego dnia wysiłku. Zsunęła się z balustrady, podniosła leżący na posadzce płaszcz i plecak. Poplamiona błotem zbroja, świeże, długie zadrapanie rozcinające blady policzek czerwoną, nabrzmiałą smugą, które już zaczynało promieniować gorączką, suche, wyschnięte igły i drobne liście wplątane w wilgotne włosy, jeszcze krwawiąca, płytka rana na szyi, zaczerwienione i podpuchnięte oczy. Po raz pierwszy nie umyła się i nie wyczyściła ekwipunku przed wejściem do Miasta. Prawie czuła na swoich plecach pełne dezaprobaty spojrzenia jego widmowych mieszkańców.

Śliska mgła zalegająca na cichych i zimnych jak grobowiec korytarzach pałacu rozstępowała się przed nimi. Tłumiła dźwięki ich kroków, rozmazywała kontury ich postaci, upodabniała do duchów błąkających się wśród prastarych ruin, których piękno podziwiać mogły jedynie płożące się rośliny wyglądające nieśmiało ze spękanych murów. Nim wojowniczka zdołała dostrzec, stali już w otoczonej wyblakłymi kryształowymi kolumnami sali a mgła, jak z rozkazu lubującego się w dramatyzmie boga, rozpłynęła się w nicość. Kulejąc, weszła za nim do komnaty. Jego rapier stał tam, gdzie dwa miesiące temu ustawiła go pod ścianą, wciąż pewnie zbrukany jej zaschniętą krwią. Elf stanął pod podestem na diadem, którego dziedzictwo odrzucił, nad wtopioną w kamień rzeźbą kobiety.

- Dotknij jej - wskazał towarzyszce, skrywając emocje za posklejaną naprędce maską obojętności.

Popatrzyła. Na stojącego obok elfa. Na jego kamienną kobietę. Nie rozumiała po co przyprowadził ją akurat tutaj, podczas gdy to mgła, szara pustka nieba, giętkie łodygi roślin układały się w znaki, których nie mogła zrozumieć.

- Dlaczego?
- Ostatnie ostrzeżenie, towarzyszko. To mój cień i przeznaczenie. Poczuj co na siebie sprowadzasz nie chcąc odejść
- wskazał na posąg.

- To tylko zimny kamień, ostatnia namiastka twojego dawnego życia. Twój cień i przeznaczenie? – przeniosła spojrzenie na niego. Zmęczone i puste. - Aż tak boisz się go zostawić? – Słowa wskoczyły na jej usta prawie bez udziału jej woli, a wraz z nimi powróciły iskry urazy. - Aż tak go potrzebujesz? Więc to jest twój nowy pan, nowy władca, któremu podporządkujesz swoje życie? Kotwica, która przytrzyma cię przy ziemi? - zaczęła się odwracać, by wyjść z komnaty, zatrzymała w pół ruchu, spojrzała na niego przez ramię. - To – wskazała na posąg – jest tylko jej karą. Za grzechy, które ona sama uczyniła. Nie ma nic wspólnego ze mną, ani z losem, który czeka to Miasto.

- Jakiż głupi byłem, myśląc, że zrozumiesz
- wyszczerzył zęby. - Kundel nie pojmie intencji pana. Doskonale. Zostań więc. Zobacz jaka kara czeka ciebie za twoje grzechy.

Pokręciła głową.
- Ciągle mnie zadziwia jak niewiele wiesz, jak niewiele rozumiesz – przeczesała ręką włosy, przesunęła nią po karku. Przez chwilę wpatrywała się w rdzawy liść, który opadł z jej zbroi na lustrzaną posadzkę. - Czy ty w ogóle wiesz czym jest to miasto? Nie, bo jak możesz - odpowiedziała samej sobie. - Tak bardzo zapatrzony w siebie. Tak bardzo pławiący się we własnym cierpieniu. Jak możesz to wiedzieć, skoro nie wiesz nawet, że trwa zima i żadne z nas nie może stąd odejść nim nie skończy ona władać północą. Nawet gdyby tego pragnęło.

- A więc jesteś zgubiona
. - powoli usiadł i położył dłoń na skamieniałym ramieniu.

- A ty nawet tego nie zauważysz, bo teraz ta bryła kamienia jest twoim prawdziwym towarzyszem. Myślisz, że powinnam obtrącić jej ramiona, by pasowała do sokoła, którego zniszczyłeś?

- Moim towarzyszem
... - przeciągnął opuszkami palców po skamieniałych włosach - Nareszcie do siebie pasujemy... W końcu z jednego świata, Malatheo - zaszeptał, patrząc czule na rzeźbę.


* * *


Prawie roześmiała mu się wtedy twarz.
Prawie.

Wszelkie grzechy – prawdziwe i wmówione – wszelkie zło, którego się dopuściła, tutaj, właśnie tutaj, nie miały żadnego znaczenia. Tutaj właśnie była od nich całkowicie wolna. Tu i teraz. W miejscu, które kiedyś musiało wyglądać jak jej dom.

Kiedy codzienność wali cię jak pięścią w pysk, nie sposób w artystycznej pozie dumać nad przeszłością”. Tego trzeba było, by naprawdę zrozumiała prostą i złośliwą prawdę Thorngrima. Prozaicznego dramatu na trzy osoby, jedno Miasto i jedne bagna. „To dlatego przeszłość jest domeną historyków, poetów i myślicieli. Krótko mówiąc – nierobów”.

Tutaj teraźniejszość przygniatała na tyle mocno, że przeszłość traciła znaczenie.

Oferowała lekkość, jakby ktoś zdjął jej z ramion wielki ciężar.
Upojenie wolnością od starego brzemienia.

A może to tylko była gorączka?


Dzień sześćdziesiąty trzeci



Choroba zamazała kolejne dni w jeden korowód zlewających się ze sobą obrazów. Klaus nie puścił jej na bagna, mówiąc, że naznaczona dotykiem wietrznic sprowadzi na nich śmierć. A ona tylko pokiwała głową i powiedziała mu...

Nie pamiętała.

Po raz pierwszy od nadejścia zimy nie musiała iść na mokradła. Po raz pierwszy nie ćwiczyła z mieczem. Po raz pierwszy nie trzymała dłuta w palcach, próbując wydobyć z drewna lub kamienia nowy kształt.
Wędrowała za to po Mieście, próbując znaleźć jego granice.

I śniła.
Dziwne, skręcone sny. Krzyczała w nich, a gdy budziła się usta miała pełne mgły. Płakała w nich, a gdy budziła się policzki miała suche.

Gdy budziła się nie pamiętała ich.


* * *


Wydawało się, że stał tam od zawsze, patrząc na jej wyśnioną agonię. Oczy zdawały się bezlitośnie lustrować każdy szczegół jej ciała, każdą ranę, obtarcie, niedoskonałość i kroplę potu. Opuszczone kąciki spiętych w cienką linię ust wyrażały niechęć, może obrzydzenie. Gdy ciało wojowniczki wygięło się w kolejnej konwulsji, a krzyk przeciął powietrze, uśmiechnął się słabo, jakby usatysfakcjonowany. Wolno uklęknął i wpatrzył się w jej wygiętą przerażeniem twarz. Mniej obeznany obserwator, mógłby przysiąc, że na jego własnej malowała się troska. Delikatnie przeciągnął wierzchem dłoni po otwierającej się na nowo ranie na jej policzku. W pierwszym odruchu ten chłodny dotyk na opuchniętej, rozpalonej skórze musiał przynieść ulgę, bo przechyliła głowę i przylgnęła do jego ręki. Zabolało. Otworzyła oczy, szarpnęła głową zostawiając na jego ręce smugę ciepłej krwi, sączącej się z podeszłego białą opuchlizną cięcia. Dziwny dźwięk, który wydała próbując jednocześnie krzyczeć i wciągnąć powietrze do płuc przeszedł w długi, męczący, wilgotny kaszel.

- Nie mnie musisz się bać, towarzyszko - rzekł, nie cofając wyciągniętej, okrwawionej ręki.

Popatrzyła tylko na niego nieufnie oczami błyszczącymi od gorączki i strachu spod splątanych włosów.

- Podjęłaś decyzję, której nie cofniesz. Czeka cię cierpienie i powolny upadek w nicość. Dusza i elfickość obracająca się w kamień. Tak u ciebie jak i u mnie. Od tej chwili upadamy oboje - pochwycił ją lekko za brodę, nachylił się i pocałował w czoło. - Razem.

Szarpnęła się ponownie słabym, żałosnym ruchem.
- Kamień? To nie kamień – oblizała spierzchnięte wargi, zawahała, a potem wyrzuciła z siebie to, co dręczyło ją od wielu dni: szybko, gwałtownie, jakby bała się, że nie zdąży mu wytłumaczyć, a on nie zdąży zrozumieć. - To jest jak mgła. Mgła. Wchodzi w ciebie. Gnie się pod twoim spojrzeniem. Nieuchwytna. Zmienna. Nietrwała. Płonie. Wypala się. Rozumiesz? – podniosła na niego oczy. - To nie kamień. Kamień... Ona... To nie to samo. Tylko mgła. Echo. Wspomnienie. Tym jest miasto. Rozumiesz? - Wczepiła palce w chłodną stal jego zbroi. Oparła o nią rozpalone czoło, próbując zebrać poszarpane snem i gorączką myśli. Choć raz ciesząc się, że nie jest sama, że jest coś więcej niż puste niebo i cisza. Zacisnęła powieki, wyrównała melodię zachrypniętego głosu. - To nie kamień. Szukałam na bagnach. Szukałam potwierdzenia. Tam jest miasto, Ceadmon. Prawdziwe Miasto z kamienia. Drugie. Nie przetrwało. Posągi... Fundamenty... Resztki... Wszystko. Znalazłam je, znalazłam je w końcu. Miejsca odbicia. Szukałam krawędzi. Granicy. Żeby zrozumieć. Bo tu jest tylko sen. Echo tego, co było. Zmienia się, rozwiewa. Nie widzisz? Nie ma ziemi pod marmurem, nie ma nieba ponad szarością. Tylko mgła płonie. Wciska się w oczy, wypełnia płuca. To nie kamień. Nigdy nie kamień. Kamień jest trwaniem. Kamień jest wiecznością, a to tylko chwila, która rozwiewa się pod naszymi stopami. Nie ma końca. Tylko cienka pępowina przejścia. Próbowałam. Naprawdę próbowałam, ale nie mogę znaleźć granicy. Nie potrafię do niej dojść. Widzę ją, ale nie mogę dotrzeć. Tu nie chodzi o ciebie, nie chodzi o nią. Tu nie chodzi o duszę, elfie dziedzictwa. Wiem, że to nie moje. To nie upadek. To nie wasze grzechy. To nie skrzydła, które oderwałeś i cisnąłeś w pył. Niepotrzebne. Zniszczone. Dotrzymam. Co powiedziałam, dotrzymam. Do wiosny. Ale ty – odepchnęła go od siebie, albo siebie od niego – nie możesz jeść tylko snu. Nie możesz jeść tylko tego co tu rośnie. Bo gdy przyjdzie wiosna, wyciągnę cię stąd, choćbym miała to zrobić na arkanie. Wyciągnę – syknęła, wysuwając do przodu trójkątny podbródek w wyrazie uporu. - Ale nie możesz jeść tylko marzeń, wspomnień po ogrodach. Nie możesz się tym żywić. Rozumiesz? Bo poza snem, marzenia się rozwiewają...

Wstała. Rozogniona, zaaferowana, przejęta. Niecierpliwie starła krew z policzka. Syknęła. Wczepiła palce w splątane włosy. Przygryzła usta, pomasowała udo, na którym rozlewał się wielki krwiak. Niespokojna.

Wbiła w niego spojrzenie skośnych oczu.
- Chodź, pokażę ci.
 
__________________
"[...] specjalizował się w zaprzepaszczonych sprawach. Najpierw zaprzepaścić coś, a potem uganiać się za tym jak wariat."
obce jest offline  
Stary 01-09-2010, 20:57   #4
 
Suarrilk's Avatar
 
Reputacja: 42 Suarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodzeSuarrilk jest na bardzo dobrej drodze
VILHON REACH, TURMISH, ALAGHÔN
JESIEŃ


Znał kiedyś paru hazardzistów. Szulerów karcianych. Wszelkiego autoramentu kanciarzy. Szlachciców, namiętnie obstawiających na konnych wyścigach. Podejrzane typy, szukające przypływu adrenaliny podczas nielegalnych walk psów. A czasem innych, bardziej egzotycznych bestii. Niezależnie od dziedziny, ryzyko przegranej, które podejmowali wszyscy ci ludzie, bywało niewyobrażalne. Fortuny zmieniały właścicieli tak prędko, że nie podobna było przewidzieć, do kogo należeć będą rankiem, a przegranym nie pozostawało nic innego, jak powiesić się na belce stropowej lub zniknąć w odmętach rzeki. Mimo to żaden nigdy się nie wycofywał.

To od nich, od tych zatraconych graczy nauczył się, że czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę.

***


KAMIENICA EZYMANDRA MURCIÉLAGO


Ubierał się powoli i starannie tego dnia. Głównie dlatego, że robił to sam, a więc potrzebował więcej czasu. Choćby po to, żeby wymacać guziki koszuli.

Nieustanna gra pozorów, konwenanse, gierki słowne i społeczne – oto solidne podwaliny świata, do którego należał. O ile po jego siostrze szlacheckie pochodzenie widać było w zachowaniu, w grzeczności, w tym, czego n i e r o b i ł a, o tyle on nauczył się podkreślać je strojami, wydatkami, namacalnymi dowodami, swoistą ekscentrycznością. Szczególnie dzisiaj zależało mu na tym, aby wywrzeć dobre wrażenie. Sprawa była nagląca.

Może też po części była to kwestia jego miłości własnej. Żaden człowiek nie jest od niej wolny. A Ezymander był kiedyś dosyć próżny i nie miał oporów, by wykorzystywać fakt, że podoba się kobietom. Nosił się jak pierwszy lepszy dandys, z entuzjazmem towarzyszącym wszystkim jego poczynaniom podchwytując natychmiast wszelkie zmiany w aktualnej modzie.

Cóż mu z tego pozostało? Nie był w stanie zobaczyć kolorów ani wybrać fasonów odzieży. Jedyne, czym teraz mógł się cieszyć, to dotyk materiału. Jego faktura. Ciężar szaty, którą brał w dłonie. Albo wręcz przeciwnie – jej zadziwiająca lekkość. Lubił śledzić palcami wzory, wyszyte na tkaninach. Wyszukiwać sploty i ściegi. Kiedyś rzeczy miały dla niego znaczenie, bo ładnie wyglądały. Teraz każdy przedmiot opowiadał mu swoją historię – czy to utkana z jedwabiu koszula, czy mozaika na podłogach posiadłości Murciélago, czy zwykły wyszczerbiony dzbanek.

Teraz musiał posiłkować się pomocą modystów, którzy lepiej niż on potrafili dobrać elementy stroju, skomponować kolory, ocenić, w czym będzie prezentował się najstosowniej. Musiał godzić się, by to inni decydowali o wielu sprawach, którym kiedyś poświęcał jedynie połowę uwagi, a które nagle okazały się niezwykle istotne. Frustrowała go ta niesamodzielność. Starał się jej zaprzeczać na każdym kroku. Niekiedy udawało mu się to bardzo dobrze. Niestety, fakt uzależnienia od sług, choć gorzki, pozostawał faktem. Niewiele łagodziła go okoliczność, że ograniczał się do pomocy Felipe, który znał go od dziecka.

Prychnął niecierpliwie i wymacał strój, wykonany na zamówienie przez jednego z nalepszych modystów stolicy, a utrzymany w barwach Murciélago. Ezymandrowi zależało po prostu na aspekcie dumy rodowej, wszystko inne pozostawił w gestii krawca. Teraz wdziewał kolejne elementy odzienia, naszykowane jeszcze poprzedniego wieczoru. Ciężki brokatowy frak prześlizgnął się między jego palcami, gdy śledził dotykiem przebieg wypukłego wzoru, szytego srebrną nicią. Tkanina epatowała bogactwem, czuł to, nie widząc jej. Wykonano ją z najlepszego jedwabiu. Pod spód nałożył nieskazitelnie białą koszulę, pozbawioną jakichkolwiek ekstrawagancji w rodzaju żabotu, oraz bawełnianą kamizelkę. Potrafił rozróżnić frakturę materiałów, musiał jednak zawierzyć krawcowi, gdy ten zarzekał się, iż tkaninę przetyka srebrna nić. Tak samo wierzył na słowo, gdy z kolei modysta zapewniał, iż głęboki fiolet fraka doskonale komponuje się z czarnymi nogawicami i czarnymi pończochami.

Wzuł buty do jazdy konnej. Do kieszeni, w której co modniejsi nosili mechaniczne zegarki, schował srebrny medalion na łańcuszku, przypominającym dewizkę. Dawniej co wieczór przemawiał głosem Erytrei, teraz był równie martwy, jak metal, z którego go wykonano. Aksamitna opaska wysadzana kamieniami przesłoniła pustkę, ziejącą w twarzy szlachcica w miejscu oczu.

Przeciągnął dłonią wzdłuż policzka. W jego zwyczaju leżało golić się co dzień gładko. Zawsze robił to sam zdecydowanymi, szybkimi pociągnięciami brzytwy, nigdy nie pozwalając Felipe się wyręczyć. Teraz jednak zrezygnował z dopełnienia owego rytuału. Za bardzo drżała mu ręka z niewyspania i zdenerwowania.

Ezymander bardzo liczył na to spotkanie. Kontakty, a nade wszystko pomoc, którą mógł dzięki nim zyskać, były w tej chwili kartą, na którą musiał postawić. Choć nazwisko markiza Shaffera, z którym zamierzał porozmawiać, brzmiało obco w Turmish, wbrew pozorom należało do jednego z najstarszych rodów arystokracji alaghôńskiej. Octavio – młokos, lubiący wykorzystywać swoją pozycję, lecz pozbawiony faktycznej władzy, dopóki żyje jego ojciec, z drugiej strony nie był też byle płotką – reputacja, tupet, nazwisko i pieniądze robiły swoje. Problem leżał gdzie indziej – don Octavio Shaffer nie wydawał się specjalnie godny zaufania. Ale któż był, tak naprawdę.

Podrapał się po podbródku i policzkach. Jego palce wydobyły z ciemności rysy twarzy: mocno zarysowana szczęka, zdecydowane linie kości policzkowych. Zaciśnięte usta - równie dobrze mogły wyrażać zimną, spokojną determinację, jak i gotowość, by wybuchnąć i rzucić wyzwanie całemu światu.

Nie musiał widzieć swojej twarzy, by przypominać sobie śniadą cerę, drobną bliznę nad brwią - pamiątkę po upadku z drzewa w dzieciństwie - wąski nos i czarne, szerokie brwi. Gdyby wciąż miał oczy, w ich ciemnych tęczówkach odbijałby się jego niespokojny charakter.

Wsunął na palec srebrny sygnet z herbem Murciélago: na tarczy w polu szachowanym fioletowo-srebrnym rozpostarte skrzydło nietoperza, fioletowe i srebrne labry, w klejnocie pięć białych strusich piór. Nie rozstawał się z nim, opuszczając posiadłość czy progi swej prywatnej kamienicy w mieście. Herb przesuwał się lekko, jeśli odpowiednio go nacisnąć, i uwalniał miksturę, z której czasem przychodziło Ezymandrowi korzystać.

Bawił się teraz nerwowo pierścieniem, przechadzając się po pokoju. Wreszcie poprzez odgłos swoich kroków dosłyszał inny dźwięk – Felipe wchodził po schodach na górę, by jak co dzień o świcie rozsunąć ciężkie kotary, przesłaniające wielkie okna w rzeźbionych dębowych ramach, i obudzić pana. Bynajmniej nie zdziwiło go, gdy zobaczył tego ostatniego całkowicie ubranego, wybijającego szybki rytm palcatem o cholewę buta.

Don Ezymander nie sypiał dobrze od kilku dni. Zresztą, cykl jego snu bywał doprawdy różny, czasami wręcz nieprzewidywalny. W końcu nocne spacery, dzienne spacery - co za różnica. W świecie dona Murciélago dawno się zatarła. Kamerdyner wcale by się nie zdziwił, gdyby okazało się, że szlachcic nie spał tej nocy wcale. Dzień dopiero się budził, tymczasem oczom sługi ukazała się atletyczna sylwetka wysokiego mężczyzny, stojącego w głębokim półmroku na środku pokoju.

Ezymander odgadł moment, w którym Felipe przekroczył próg pomieszczenia i otworzył usta, by powitać swego pana. Wynikało to bardziej ze znajomości zwyczajów sługi niż z czegokolwiek innego.
- Na litość bogów, ile można czekać? - rzucił ostro, nie dając kamerdynerowi dojść do słowa. Obrócił się na pięcie i zamaszyście ruszył w stronę drzwi. - Każ natychmiast siodłać konia.

***


KLUB LORDA KRIFA


Z czasem nauczył się żyć ze swoją ślepotą. Jedną z umiejętności, które musiał sobie przyswoić, było rozpoznawanie ludzi po charakterystycznych sygnałach, które zwykle po prostu się ignoruje. Po tembrze głosu. Po zapachu: czy to perfum, czy potu, czy otoczki tytoniowego dymu. Po sposobie chodzenia, po ciężkości kroku. Po oddechu – świszczącym, zasapanym, nierównym, opanowanym. Po dziesiątkach innych niuansów. Ta umiejętność przydawała się niezmiernie, a robienie wrażenia na innych było nie najmniej ważnym sposobem jej wykorzystania.
Teraz jednak nawet nie musiał specjalnie się wysilać. Doskonale słyszał rozmowę Shaffera z Karlosem. Przysłuchując się jej, sięgnął po wino. Niby niechcący zawadził sygnetem o brzeg kielicha. Gest nic nie znaczący i niemal niezauważalny dla postronnych, lecz jakże brzemienny w skutki, jeśli wiedzieć, co skrywało wnętrze pierścienia. Murciélago zamieszał kolistym ruchem płyn w naczyniu, niczym wytrawny kiper, i zanurzył usta w cierpkiej cieczy o głębokiej barwie. Odmierzył dawkę precyzyjnie, teraz pozostawało tylko czekać, aż mikstura przejmie kontrolę nad jego zmysłami.

Delikatnie stukał pierścieniem w na wpół wypełniony kieliszek, odstawiwszy go na stolik. Przerwa w koncercie sprzyjała uwypukleniu efektu, którego wyczekiwał. Uderzenie, a następnie powoli zamierający, kryształowy dźwięk. Tak, eliksir zaczynał już działać, stwierdził, pochylając się niżej. Każdemu uderzeniu zaczęła odpowiadać fala światła. Tak, jakby w nie kończącej się ciemności ktoś zapalał świeczkę. Delikatny, wątły płomyczek, rozświetlający najbliższe otoczenie.

Kryształ drżał, rozświetlając się na chwilę widmowym „światłem”, gasnącym wraz z wygasaniem dźwięku. Aż do następnego uderzenia. Prawie jak uderzenia serca, przebiegło przez myśl mężczyzny. Dla kogoś, kto od lat nie widział niczego poza mrokiem, ten kształt, pojawiający się znikąd na tle ciemności, wyłaniający jak duch z otchłani, ten filigranowy kielich - był czymś pięknym.

Gdyby nie znajdował się w klubie, gdzie nie wypadało zachowywać się dziecinnie, Ezymander przystawiłby twarz do kryształowego kielicha i zerwał opaskę. Słuch był ważny dla ślepowidzenia, ale o ileż jaśniejszy i wyraźniejszy był obraz, gdy wibracje mogła odbierać także wrażliwa skóra.

Czekał, niecierpliwie patrząc, jak pod jego dłonią kielich staje się coraz jaśniejszy. Świat otwierał się przed nim. Raz jeszcze. Eliksir rujnował zdrowie, psuł smak potraw i trunków, ale dawał to, czego nie mogło dać mu nic innego. Wolność. Wolność z klatki kalectwa. Nawet jeśli tylko chwilową, nawet jeśli powrót do więzienia ciemności był nieunikniony – było warto.

Erytrea miała swojego chowańca, nietoperza, którego kiedyś znalazła rannego i odratowała. Ich umysły były związane ze sobą magicznie i niekiedy czarodziejka mogła spoglądać na świat "oczami" zwierzęcia. Ezymandra zawsze intrygowała ta specyficzna więź, niepojęta dla kogoś, kto nigdy w ten sposób nie dzielił myśli - czy raczej wrażeń, pewnych odczuć i emocji - z drugą istotą. Wypytywał o to zjawisko zarówno siostrę, jak i Cristóbala, a każde z nich na swój sposób próbowało uczynić zadość jego ciekawości. Zawsze wszelako pozostawały niuanse, których nie dawało się wyrazić słowami. Takoż się sprawy miały ze ślepowidzeniem – w jakiż sposób mógłby komukolwiek opisać i wytłumaczyć jego naturę? Sam nie do końca ją pojmował.

Cokolwiek wydawało dźwięki, wibracje, mącące spokój powietrza, rozbłyskało w jego umyśle, przybierając kontury przedmiotów i osób. W zależności od natężenia dźwięku światło nabierało mniej lub bardziej intensywnej barwy. Z każdym oddechem mikstura działała mocniej, utrwalając obraz w jego umyśle. To było trochę tak, jakby znalazł się w bańce rzeczywistości, otoczonej ciemnością... niczego, w zasadzie.

Kroki, które odbiły się w jego umyśle światłem, przykuły uwagę Murciélago. Były jak kręgi na tafli wody, nagłe, krótkie, ale pozostawiały powidoki jak intensywne rozbłyski. Podniósł głowę dokładnie w momencie, w którym Octavio Shaffer zatrzymał się przy jego stole. Całe napięcie, niepewność, nękająca go od tygodnia, przedarły się do głosu Ezymandra.
- Witam, don Shaffer.

Wiedział, że markiz zjawi się dzisiaj w klubie. Zadbał o to, posyłając dzień wcześniej umyślnego z zapytaniem, czy don Octavio zjawi się u Krifa w środę. Wiedział, że nic nie zaintryguje młodzieńca bardziej. Ezymander, zabiegający o względy – dotąd to się jeszcze nie zdarzyło.

- Murciélago. – Głos Octavio był kulturalnie rozbawiony i lekko pobłażliwy - maniera, którą don stosował wobec wszystkich. Falująca i błyskająca szelestem tkaniny sylwetka rozmówcy górowała nad stolikiem. To była jedna z tych rzeczy, do których ciężko było się przyzwyczaić. Głos. Słowa zionęły światłem. Mglista, płomienna fala, zamazująca raczej niż rozświetlająca kształt świata. Ezymander zignorował to, tak jak ignorował zawsze.
- Zechcesz, don Shaffer, spocząć. - Wyraźnie silił się na niefrasobliwość. Starał się nadać swojemu tonowi swobodne brzmienie, oczywiście, zachowując przy tym pewną grzeczność, wszak jego rozmówcą był markiz. Zazwyczaj przemawiał takim właśnie tonem, przepędzając czas w klubie, ale dzisiaj wydawało się, że jest on wymuszony. Przebijało przezeń zniecierpliwienie, jak i przez wszystkie jego gesty. - Wyśmienite wino, które kazałem sprowadzić z najlepszej w okolicach Alaghôn winnicy, wymaga należytej ceremonii. - Skinął niecierpliwym gestem na sługę, którego lekkie kroki płynęły gdzieś na skraju jego świadomości kałużami bladej poświaty. Zaraz jednak obrócił głowę w stronę szlachcica, przypominając tym samym nasłuchującego ptaka.
- Taaak, zapewne. – Don rozciągnął się wygodnie na siedzeniu naprzeciwko Ezymandra. Umoczył usta w trzymanym w dłoniach kielichu. Westchnął z lubością. Powoli. Poprawił krzesło. Umoczył usta raz jeszcze... Następnie zaczął wodzić palcem po krawędzi kieliszka. Ezymander mógł niemal wyobrazić sobie nieznaczny, rozbawiony uśmieszek, rysujący się na twarzy rozmówcy.

Rozsiadł się na sofie, trąc dłonią policzek. Ważył chwilę słowa, wiedząc, jak wielkie znaczenie ta rozmowa będzie miała dla jego przyszłych przedsięwzięć i obawiając się, czy aby w tym stanie wzburzenia, w jakim żył od kilku dni, będzie potrafił właściwie urobić markiza. Za największy swój atut w oczach don Octavio uważał ciekawość, którą jego osoba wzbudzała w kimś takim, jak Shaffer – zblazowany arystokrata, którego jedynym pragnieniem jest, by żyć lekko, łatwo i przyjemnie, aby wino lało się obficie, dziewki były chętne, a codzienność przestała wiać nudą. Klub Krifa był nie tylko miejscem spotkań, ale i swoistą galerią osobliwości. Ezymander nie miał złudzeń – jego reputacja była tak samo efektem jego postępków, jak i – a może nawet w większym stopniu – faktu, że był tu jednym z większych ekscentryków. Ale właśnie ta reputacja – człowieka czynu, który zapomina czasem o zdrowym rozsądku, ale nie pozbawiony jest honoru – była kartą, którą zamierzał zagrać.

Ezymander uniósł kielich i zakręcił nim nieznacznie, w zamyśleniu.
- W twoim życiu, don Octavio, masz w zasadzie wszystko, czego zapragniesz, na skinienie dłonią, ale czy nie myślałeś kiedy, iż chciałbyś posiadać taką moc, która spełniłaby każdą twoją najbardziej fantastyczną zachciankę?
- Ha!
– W kulturalnym, rozluźnionym głosie markiza tym razem wyraźnie słychać było rozbawienie. – Któż nie chciałby być bogiem? – Pociągnął łyk wina. – Kiedyś każdy marzył o czymś takim. I o haremie z tysiącem zaprawionych w seksie dziewic, oczywiście. Ja jednak preferuję trzymać moje sny nieco bliżej ziemi – zakończył, spoglądajac na Ezymandra przez szkło. Murciélago pozwolił sobie na lekki uśmiech.
- Moja siostra, Erytrea, nie miała takich preferencji, choć nikt by nie posądził jej o to. - Upił wina, po czym odwrócił twarz w stronę rozbawionego arystokraty. - Są takie rzeczy, których czasem człowiek pragnie bardziej niż władzy, bogactwa i szczęścia. Jak, na przykład, wzrok. - Mimowolnie dotknął opaski. Wyraz twarzy, oczy – tego ślepowidzenie nie wydobywało z nicości. Mógł się jednak założyć, iż wzrok rozmówcy podąża za jego gestem. Nie zamierzał być aż tak... dramatyczny. Skarcił się w duchu za brak kontroli nad odruchami.

- Wybacz, don Shaffer, że zanudzam cię szczegółami moich rodzinnych relacji, ale zaraz przekonasz się, do czego zmierzam. Otóż być może kierowana przywiązaniem, a może po trosze i moją obsesją, by mimo kalectwa żyć jak dawniej, siostra moja podjęła się szalonej podróży na północ, do Vaasy, w pogoni za mocą, która byłaby w stanie mnie uzdrowić. Wyczytała w księgach o ifrycie, złym duchu, uwięzionym w tym niegościnnym, zimnym kraju, a spełniającym ponoć życzenia. Zrobiła to za moimi plecami i bez mojej wiedzy, więc nie mogłem jej powstrzymać przed pogonią za legendą, zresztą, don Octavio, sam dobrze wiesz, jakie są kobiety.
- Cóż. Kobiety, dzieci, awanturnicy i wioskowi idioci.
– Octavio mówił dość obojętnie. - Wszyscy słuchają pieśni bardów z łatwowierną naiwnością i roją niestworzone fantazje o gonitwie za szczęściem, władzą i potęgą. – Przerwał na moment .– To znaczy, awanturnicy i głupcy gonią za mrzonką. Dzieci za cukierkami. A kobiety, z mojego doświadczenia, przeważnie preferują gonitwę za mężczyznami.
- Przeważnie
– zgodził się ślepiec, kolejne słowa jednak już spieszyły się, by wylecieć z jego ust, nie wdał się więc w żadną niefrasobliwą pogawędkę na ten temat.

Wyraźnie nie był dziś sobą. Albo może zwyczajna jego powściągliwość była tylko przejawem srogiej samodyscypliny, którą narzucał sobie w towarzystwie.
- Zawsze jednak to na bracie, mężu lub ojcu spoczywa obowiązek, by potem niewiastę wyratować z tarapatów – nieważne, czy wiążą się z mężczyzną, czy z mrzonką. A moja siostra wpadła w niemałe kłopoty. Przepadła bez śladu. Zaginęła, ja zaś odchodzę od zmysłów, nie mając wieści od niej. Dlatego gotów jestem przedsięwziąć wszelkie kroki, by ruszyć za nią i dowiedzieć się, co ją spotkało. Tak nakazuje honor. Tak każe sumienie. To mówią zobowiązania rodzinne. Nade wszystko zaś - taki mam dług wobec niej. - Zamilkł na chwilę, pocierając palcami skroń. Przeklęty ból głowy. Przeklęty eliksir ślepowidzenia.

Dźwięki, przekształcające się w jego głowie w widmowe obrazy, jak odbite po wewnętrznej stronie powiek poblaski, zaczynały być drażniące. Jak zawsze. Zewsząd dobiegały do niego, dopraszając się uwagi – kształt skrzypiec rozbłyskał i pulsował w rytm melodii, ruch smyczka wydobywał z ciemności kontury kierującej nim ręki – mistrz Valis wrócił był na swój posterunek. Śmiech bywalców, pomruk rozmów, szelest kart, szum odzieży, kroki na schodach do piwnicy, chichot dziwki, zbiegającej z piętra... Dalej – odgłosy, dobiegające z piętra, świadczące, że budzą się goście, którzy zabalowali w klubie dłużej dnia poprzedniego i wcale nie sami – widział ich jak świetlne cienie, bo dla ślepowidzącego nie istniały drzwi, ściany, meble i inne przedmioty, chyba że zaczynały wydawać z siebie odgłosy. Ezymander z trudem powstrzymał westchnienie i skupił wszystkie myśli na rozmówcy.

- Cóż jednak, przyznać muszę, że sam tego nie dokonam. – Rozłożył ręce. – Nawet ja nie jestem aż takim szaleńcem. Moje możliwości są zbyt skromne, nie obejdę się bez pomocy, acz przyznaję to niechętnie. Ty, don Shaffer, masz znaczną władzę. Koneksje, jeśli nie własne, to krewnych. Jesteś w stanie zdziałać więcej ode mnie. Krótko mówiąc, muszę jak najszybciej dostać się do Vaasy. Nieważne, jak, nieważne, co będę musiał uczynić, by to osiągnąć. Nieważne, czego zażądasz w zamian.

Zamilkł wreszcie, zaciskając palce na kryształowym kielichu, pochylając się lekko w napięciu, z twarzą skierowaną ku arystokracie, jakby chciał tym zrekompensować brak oczu, których spojrzeniem mógłby w tej chwili świdrować markiza. Przeczesał dłonią krótko ostrzyżone włosy. Przez całą bezsenną noc zastanawiał się, jakich słów użyć, lecz, naturalnie, wyszło inaczej. Czuł się tak, jakby mocny alkohol uderzał mu do głowy, musiał walczyć z rozkojarzeniem, zajmującym jego myśli. Czuł się tak, jakby wszystkie jego zmysły były wcześniej wąskimi kanałami, które po podniesieniu tam rozlały się w szerokie, wzburzone rzeki. Zaraz mogły porwać go ze sobą i cały plan przepadnie, całe to spotkanie okaże się tylko marnotrawstwem czasu, tak jego, jak i markiza. Gorzej jednakowoż będzie, kiedy mikstura ślepowidzenia przestanie działać. Może trzeba było przyjąć większą dawkę. Szmer mechanizmu zegara niemal wywoływał pot na jego skroniach, przypominając o upływających minutach. Będzie musiał wyjść stąd, nim efekt eliksiru całkowicie spłynie z niego. Stan, w jaki wtedy popadnie, nie będzie przyjemnym widokiem.

- Zaskoczyłeś mnie, muszę przyznać. – Octavio skinął głową w stronę Ezymandra, unosząc kieliszek w niemym toaście. Zmysły niewidomego, wyostrzone nienaturalnie przez eliksir, pozwoliły mu dostrzec tę delikatną zmianę w ułożeniu świetlnych plam, jakimi były dla niego osoby i przedmioty. Następnie Shaffer odstawił naczynie na stół. Delikatny brzęk kryształu błysnął w głowie ślepca.
- Nieczęsto zdarza się, żeby obowiązek głowy rodu wobec członka rodziny bądź poczucie personalnego długu pchały kogoś do tak ekstremalnych działań. – Arystokrata prychnął cicho. – Ślepiec w dziczy. Pasuje do reputacji. - Potrząsnął głową, podejmując przerwany wątek. – Jak mówiłem, zaskakujące jest to zwłaszcza, gdy to nie uczucie i nie miłość rodzinna jest powodem. Co, zresztą, nie ma teraz znaczenia – spoważniał.
- Przejdźmy jednak to rzeczy. – Octavio mówił cichym, twardym i poważnym głosem, gryzącym się z manierą dandysa sprzed minuty. - „Nieważne, co” to bardzo pojemne słowa. Niemal równie pojemne, jak „wszystko”... Ezymandrze Murciélago, głowo rodu Murciélago, na ile poważna była twoja propozycja?

Nozdrza Ezymandra drgnęły nieznacznie – czuł wzbierające w sobie emocje, dokładnie jak wtedy, gdy rzucał wyzwanie lordowi Durhamowi, gdy inni po nim i przed nim próbowali poddawać go zakładom i drwinom.
- Zdążyłem chyba pokazać, że propozycje Ezymandra Murciélago zawsze są poważne. – Głos szlachcica stał się zimny i dumny. - Nie zwykłem rzucać słów na wiatr, don Octavio. Jeśli tylko twoja cena nie ugodzi w honor mego rodu, przystanę na nią.
- Dobrze więc.
– Octavio zgodził się po chwili. – Użyję moich prywatnych wpływów, przysług i zasobów rodziny, by umożliwić ci jak najszybsze dotarcie do Vaasy. A Ty, Murciélago, jesteś ostatnim z rodu. Ty i twoja siostra. Nie mylę się, prawda? Zrobię to, o co prosisz, jeśli wyznaczysz mnie jako zarządcę majątku na czas twojej nieobecności. Zarządcę, który w razie waszej śmierci przejmie niczyje dobra. – Octavio rozluźnił się, dopił wino i skinął na służącego. – To jest moja cena, Murciélago. Cena nie godząca w honor rodu – zakończył z delikatną kpiną w głosie.

Ezymander wciągnął głośno powietrze i opadł na kanapę. Z wyrazu jego twarzy niczego nie można było wyczytać. Ponoć najwięcej zawsze mówią oczy. Cóż. Murciélago ich nie miał, don Octavio nie mógł więc wywnioskować, czy jego kpina dotarła w ogóle to niewidomego szlachcica. Nie, żeby go to obchodziło, zresztą. Ezymander zaś ze swej strony wiedział dwie rzeczy – po pierwsze, Shaffer taki właśnie był. Po drugie, pozycja rodu, z którego wraz z Erytreą się wywodzili, była znikoma wobec takich tuzów świata alaghôńskiej arystokracji, za to jego duma urosła do ogromnych rozmiarów. Czasem tylko tyle zostaje ze wszystkich bogactw. Teraz, by ratować siostrę, będzie musiał ją przełknąć. Przemknęła mu przez głowę myśl o rodzinie ze strony matki, lecz przecież nie utrzymywali kontaktów. Wuj Andrade od lat nie żył. Octavio miał rację, zostali tylko oni dwoje – on i Eri. Mięśnie szczęki mężczyzny zacisnęły się, Shaffer niemal mógł usłyszeć, jak jego rozmówca zgrzyta zębami. Dla niej posiadłość miała nieocenioną wartość, zwłaszcza po śmierci ojca. To ona powróciła w rodzinne strony, by przejąć dom, zająć się jego zarządzaniem, uporządkować sprawy związane z ich majątkiem. Drżał na myśl o tym, co siostra by mu zrobiła, gdyby usłyszała o takim układzie z Shafferem. A jednak... Już postawił wszystko na jednego konia.

Wreszcie wyprostował się jak struna i zwrócił drapieżnym, ptasim gestem głowę w stronę Octavia.
- Mój prawnik skontaktuje się z twoim, don Octavio, by dop wszelkich formalności.
Decyzja podjęta szybko, może zbyt szybko. Mógł się spodziewać, że Shaffer zechce wystawić jego cierpliwość na próbę. Był pewien, że to nie koniec, i nie pomylił się.
- A więc to mamy załatwione. – Octavio kiwnął głową, zamykając kwestię. Następnie oparł się wyciągnął się wygodnie na oparciu krzesła, wystawił dłoń z kieliszkiem w stronę służącego z butelką. – Wierzę na słowo, w końcu jesteś człowiekiem honoru. - Dawało się niemal odczuć, jak „Octavio-szlachcic” przesłaniany jest przez personę „Octavia-hulaki”. Nieodłączna kpina, dźwięcząca w głosie, świadczyła o tym wyraźnie.

- Ach, nie wstawaj jeszcze, Ezymandrze – don rzucił szybko, widząc, że ślepiec ma ochotę zakończyć rozmowę. Nie uszło uwagi Murciélago, że zwracano się do niego bez grzecznościowej formy. Prześmiewcza poufałość. Może zasłużył sobie na to. – Pozostaje przecież kwestia, jaką formę przyjmie moja pomoc, prawda? – Arystokrata wydawał się być czymś rozbawiony. Czym właściwie, Ezymander nie miał pojęcia. To nie był zabawny temat. Nie wątpił jednak, że rozmówca oświeci go w tym względzie. Prawdopodobnie boleśnie. Kąciki jego ust drgnęły, odwrócił się jednak wyczekująco ku Shafferowi. Coraz trudniej było mu się skupić, eliksir ślepowidzenia rozpraszał jego myśli. Zaczynał żałować, że zwrócił się o pomoc właśnie do tego człowieka.
- Widzisz, stoi przede mną... Och, przepraszam – przerwał markiz nieszczerze – ... przed tobą kilka możliwości. – Ezymander nie wątpił, że markiz szczerzy się w szerokim uśmiechu, wiedząc, że on nie może tego zobaczyć.
- Bo widzisz, Murciélago, twój problem polega tak naprawdę na tym, na ile zdecydujesz się mi zaufać. – Pociągnął z kielicha. – Przecież zyskałbym wiele na twojej śmierci. Jeden sztylet i zyskuję majątek i jeszcze jeden tytuł. Ba, nie musiałbym nawet brudzić rąk – wystarczyłoby, gdybym wyprawił cię... powiedzmy, do Lapaliiya. Dwa lata i majątek jest mój. – Markiz pozwolił, by jego słowa dotarły dobrze do świadomości Ezymandra. Niewidomy zacisnął dłoń, trzymającą kieliszek, tak mocno, aż pobielały mu knykcie i prawie zgniótł kruche szkło. Trzymał wszelako język na wodzy. Jeszcze.

- No więc, mój drogi przyjacielu, masz kilka możliwości. – Octavio z uśmiechem stukał palcem w kieliszek. Uśmiechu Ezymander ujrzeć nie mógł, za to gest usłyszał i zobaczył bardzo wyraźnie. Znajomy gest wykonywany przez obcą osobę. – Możesz, po pierwsze, popłynąć statkiem kupieckim. Zostaniesz pasażerem, któremu dogadzają, a na miejscu, gdzieś w którymś z miast portowych Damary, przyjazny kapitan pomoże ci wybrać się w dalszą drogę. To całkiem bezpieczne, w końcu nie skalam swojego nazwiska czymś, co może się wydać, prawda? Podróż powinna zająć ci nie więcej niż, och, powiedzmy, osiem do dziesięciu miesięcy. – Octavio bawił się dobrze. Ezymander nienawidził go za tę satysfakcję, która na pewno rozlewała się po jego twarzy. Ale taki był Shaffer – nikomu niczego nie ułatwiał.

- Jeśli to za długo, zawsze możesz poprosić mnie o załatwienie ci miejsca na statku szmuglerskim. To bardzo szybkie statki i podróż do Damary nie zajmie ci więcej niż trzy miesiące. – Don nonszalancko pociągnął łyk wina i przez chwilę przysłuchiwał się toczonej przy sąsiednim stoliku rozmowie. Ezymander ciekaw był, jak daleko Shaffer się posunie. – Oczywiście, musiałbyś mi zaufać. Przecież mogę poprosić kapitana o wysadzenie cię na pierwszej lepszej łasze piasku na środku morza wewnętrznego. – To, jak lekko, jak nonszalancko don Octavio mówił to wszystko, było wręcz obraźliwe. To była sprawa życia i śmierci, a on traktował to zupełnie zwyczajnie. Jakby na potwierdzenie, odmachał komuś z głębi sali. Murciélago mógłby go wyzwać w tej chwili, ale Octavio nie był złym szermierzem. Może nawet udałoby mu się go zabić, na co w tej chwili w oczach niewyspanego, zaniepokojonego i lekko otumanionego ślepowidzeniem Ezymandra w pełni zasługiwał. Ale co potem? Wróciłby do punktu wyjścia, a może nawet musiałby uciekać z miasta. To nie było racjonalne. W zasadzie, nie było nawet specjalnie uzasadnione. Shaffer po prostu go badał. Drażnił się z nim jak kot z myszą, ale był zbyt zblazowany, by go pożreć. Postanowił nie dać szlachcicowi satysfakcji i nie ujawnić przed nim swoich odczuć. Bardzo możliwe zresztą, że emocje, które nim w tej chwili targały, były skutkiem ubocznym działania eliksiru. Być może na chłodno myślałby zupełnie inaczej.

- Mam też znajomego, który hoduje gryfy. Piękne stworzenia. Ponoć udało mu się polecieć na jednym. – Tak, don miał niezłą zabawę. – Oczywiście, nie gwarantuję przetrwania takiej wycieczki ani też kierunku lotu. Gdyby jednak poleciał tak, jak trzeba, byłbyś w Damarze za dwa tygodnie.
Shaffer nie dał mu tym razem czasu na reakcję.
- Jest jeszcze Thai. Słyszałeś o nich, oczywiście? Nasz tęgawy przyjaciel Karlos zapewne od nich kupił swoją ślicznotkę. Choć tu utrzymują przyjazną twarz, są nieprzyjemną grupą. Magokracja. A sam wiesz, co magia potrafi zrobić z magami. Włada tam ponoć nieumarły czarnoksiężnik, a szkieletowe armie widywane są na ulicach, podobnie jak skute łańcuchami sznury niewolników. - Octavio zakręcił winem w kieliszku. - Tym, czego pospólstwo nie wie, jest ilość portali, które posiadają. Z Thai do enklaw. Takich, jak ta w naszej stolicy. – Octavio potarł dłonią podbródek. – Jeśli skorzystasz z nich, możesz być w Damarze, a może nawet w samej Vaasie, jutro. – Widząc, jak Ezymander drgnął na te słowa, don zachichotał cicho. – Oczywiście, wtedy będzie musiał polegać nie tylko na mnie, gdyż moje wpływy nie są, jakby nie patrzeć, nieograniczone. To, co Thai może zrobić z tobą, będzie twoim własnym ryzykiem.

Dopijając wino, Octavio poderwał się z krzesła.
Daj znać, kiedy podejmiesz decyzję. Wiesz, gdzie mnie znaleźć. Nie musisz się też spieszyć. – Odchodząc od stolika, wolną ręką don wykonał żartobliwy salut. Ezymandra dobiegły jego ostatnie, lekko kpiące słowa: – Oferta jest cały czas otwarta, niezależnie od tego, jak >długo< zajmie ci zdecydowanie się, jak chcesz podróżować.

Ezymander ukrył twarz w dłoniach.
- Thai... – mruknął do siebie, czując, jak to słowo osiada mu na ramionach ciężarem. Siedział tak bardzo długą chwilę, aż poczuł, że eliksir zaczyna słabnąć. Nie powinien podejmować decyzji na fali kaca po ślepowidzeniu. Bał się jednak, że już ją podjął.

***


KAMIENICA EZYMANDRA MURCIÉLAGO


Zwinięty w embrion na szezlongu, który raptem zdawał się diabelnie niewygodny, Ezymander bał się poruszyć. Przedawkował. Niewiele, ale jednak. Znowu.

Mdliło go i drżał jak w gorączce. Nie chciał, by wróciły torsje, w obecnej sytuacji przypominały piekielne katusze. Jego organizm zdawał się zupełnie rozsynchronizowany, jakby zmysły, spuszczone z postronków, postanowiły wkroczyć na pola wcześniej przez siebie niebadane. Powracając do stanu, w jakim tkwiły, nim mikstura wywróciła wszystko do góry nogami i zaburzyła naturalne funkcjonowanie, zdawały się otwarte na wszystkie bodźce, płynące z zewnątrz. Przypominało to eksperyment, który przeprowadzili z Cristóbalem parę lat temu, zanim stwierdzili, że eliksir ślepowidzenia daje najlepsze efekty i stosunkowo najmniej szkodzi Ezymandrowi. Spreparowany przez maga proszek, rozpuszczony w winie, doprowadził do totalnego pomieszania zmysłów, tak, że mężczyzna słyszał kolory, czuł zapach dźwięków i widział kontury zapachów. Czysty obłęd. Jak psychodeliczny sen narkomana. Nie do wytrzymania na dłuższą metę.

Przyzwyczajenie się do takiego naporu rzeczywistości przewyższało siły Murciélago, szybko zaniechali więc dalszych prób z owym proszkiem. Myślał jednak o nim zawsze, gdy moc ślepowidzenia spływała zeń wraz z potem. To, co odczuwał w tej chwili, nie umywało się wprawdzie do działania tamtego proszku, niemniej było równie nieprzyjemne.

Można by przypuszczać, że w końcu dostosuje się do efektów ubocznych. W zasadzie, zazwyczaj bywały łagodniejsze. Nadwrażliwość na dźwięki. Nie tyle bolesna, ile szarpiąca nerwy. Suchy, bolesny kaszel. Wrażenie drapania w płucach. Ból i ucisk w klatce piersiowej. Częściowo stępiony zmysł smaku. Paskudny gorzki posmak, którego nie sposób się pozbyć. Niekiedy pojawiały się też lekkie mdłości i ból głowy, ale te dość łatwo przychodziło mu ignorować.

Chyba że przedawkował. Jak dzisiaj. Organizm walczył z odkładającą się we krwi miksturą z godną podziwu determinacją, sprawiając, że mężczyzna czuł się parszywie. Naturalne, że w takim stanie nawet nie myślał o posyłaniu odpowiedzi don Shafferowi.

Wszelako wieczorem, gdy już poczuł się lepiej, posłał po Cristóbala.

***


TAMŻE


- Zwariowałeś. – Cristóbal Esteban Magnus pokręcił głową z niedowierzaniem. Jego przyjaciel od dawna miał nieco... zaburzoną psychikę, ale to, co właśnie wyłuszczył był magowi w prostych, niemal obojętnych słowach, ostatecznie utwierdziło czarodzieja w przekonaniu, że kalectwo, nadużywanie eliksiru, prowadzone przezeń interesy, a teraz na dokładkę zaginięcie bliźniaczej siostry przygniotły mężczyznę i definitywnie załamały i tak kruchą harmonię jego umysłu.

- Zupełnie oszalałeś. Postradałeś rozum. Sfiksowałeś. Zbzikowałeś. Znaczy, bez urazy, zawsze byłem zdania, że brak ci piątej klepki i masz nierówno pod sufitem, ale teraz, krótko mówiąc, po prostu ocipiałeś.

Ezymander pozwolił druhowi się wygadać. Słowotok był tradycyjnym sposobem Cristóbala na odreagowanie stresu i napięcia. Mag był wzburzony. Przechadzał się po gabinecie, a jego ciężkie kroki tłumił puszysty dywan. Szlachcic nie mógł tego widzieć, nie spożył bowiem więcej eliksiru, niemniej szedł o zakład z samym sobą, że zdenerwowany mężczyzna wymachuje rękami. To zresztą była jedna z cech rozpoznawczych Magnusa, nigdy nie wiedział, co zrobić z rękoma. Jakby tak naprawdę nie należały do niego i we wszystkim mu przeszkadzały.

Kamienica, niegdyś własność Andrade Cuco, zmieniła się w ciągu minionych lat diametralnie. Parter i pierwsze piętro, mieszczące La Galerię, urządzono wystawnie i ze smakiem. Nowoczesne i tradycyjne malarstwo, delikatne i kunsztowne rzeźby, niewielkie stoliki i wygodne fotele, przydające dyskretną, sprzyjającą rozmowom atmosferę wnętrzom. Drugie piętro jednakże, prywatne pokoje Ezymandra, przypominały surowe cele ascety. Gołe ściany, ciężkie kotary w oknach, jedynie niezbędne meble i naczynia. Praktycznie brak oświetlenia. Gabinet był jedynym pokojem, którego podłogę pokrywał kobierzec. Nie było tu biurka, Ezymander nie miałby z niego żadnego pożytku. Dwa wielkie fotele, a pomiędzy nimi duży hebanowy kufer z płaskim wiekiem, służący za stół. Kryształowa karafka i dwa kielichy, talerz z kilkoma rodzajami tapas – głównie oliwek. Nad kominem wymalowany herb Murciélago. Wielkie okno na przeciwległej ścianie.

Cristóbal zatrzymał się przed nim i wyjrzał na ulice i dachy Alaghôn, skąpane w blasku zachodzącego słońca. Westchnął. Westchnął drugi raz. Ezymander nie poruszył się w fotelu. Zapadł się w jego obite pluszem oparcie i bawił nerwowo monetą, śmigającą w jego palcach. Czekał. Wreszcie posłyszał głos maga.

- Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co może cię tam czekać? – Pytanie należało do tych retorycznych. W każdym razie Ezymander nie uznał za stosowne odpowiedzieć. Cristóbal i tak by go nie słuchał. - Czerwoni Czarodzieje są niebezpieczni. Och, połowa opowiadanych historii o ich moralnej degeneracji, o nekromancji, zagrożeniu, kontroli umysłów et cetera jest wyssana z palca. Problem w tym, że druga połowa n i e j e s t – położył nacisk na ostatnie słowa. Gildia Magów była, delikatnie mówiąc, w stanie zimnej wojny z Thai, które dość agresywnie wciskało się w jej niszę. - Pomijam już fakt, że ci dranie oferują usługi i przedmioty magiczne w ilości i po cenach, do jakich gildia nie jest w stanie dobić i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Na twoim miejscu dobrze bym się zastanowił. Ezymandrze. Pomyśl tylko! Bez wsparcia będziesz całkowicie zdany na łaskę enklawy. Wszystko może się zdarzyć! Niewolnictwo. Drenaż mózgu. Geas posłuszeństwa. Dosłownie wszystko!

Niepokój wreszcie załamał mu głos i czarodziej umilkł. Ezymander posłyszał, jak przyjaciel opada ciężko na fotel. Wtedy w końcu zareagował. Pochylił się nieco ku przodowi i splótł dłonie, opierając łokcie na kolanach.
- Wiem. Wiem. – Głos miał lekko schrypnięty, zmęczony po kaszlu, który dopiero niedawno ustał. - Ale Erytrea zniknęła. Przeczucie podpowiada mi, że ona wciąż żyje, tylko jest w jakimś zupełnie niedostępnym miejscu. I im dłużej zwlekam, tym coraz mniejsze mam szansę, że ją odnajdę. A ja muszę ją odnaleźć, Crist. Po prostu muszę.
Milczeli, pozwalając ciszy wypełnić przestrzeń między nimi. Każdy pogrążył się w swoich myślach i wspomnieniach. Znali się od tak wielu lat i przyjaźnili już tak długo, że potrafili zrozumieć ukryte między słowami znaczenia.

Mag nie dawał jednak za wygraną i ponownie zagderał, tonem pełnym zdumienia i dezaprobaty:
- Ale żeby zastawić posiadłość...?
Murciélago wzruszył ramionami.
- Jakie ona będzie miała znaczenie, jeśli Erytrea nie wróci, a ja któregoś dnia rzeczywiście przesadzę z eliksirem i zakaszlę się na śmierć? – Starał się mówić obojętnie. Na samą myśl o Octavio Shafferze jednak czuł przypływ irytacji.
- Dlaczego jesteś taki uparty?
- To u nas rodzinne. Poznałeś przecież Eri.


Znów milczenie. Felipe pojawił się jak zjawa, ledwie zapadł zmrok i półmrok zaległ w pokoju. Bez słowa sługa dołożył drew do paleniska i rozpalił ogień. Jego promienie wesoło zamigotały, przyciągając wzrok czarodzieja. Ezymander, zwrócony plecami, pił wino, krzywiąc się lekko, smakowało bowiem ohydnie. Kamerdyner opuścił ich równie niepostrzeżenie, jak się pojawił.

- Tak czy siak – przerwał ciszę Magnus - wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Jeśli tylko mogę jakoś pomóc...
- Wiem, przyjacielu. Dziękuję.


Czas płynął. Trzask polan w kominku i chlupot wina, nalewanego do kielichów, częstokroć były jedynymi dźwiękami w gabinecie. Wreszcie Cristóbal zapytał:
- To co zamierzasz, ostatecznie?
Ezymander podrapał się po brodzie. Opaska zaczynała go uwierać i cisnąć, najchętniej zdjąłby ją, ale nie chciał psuć apetytu rozmówcy.
- Rano porozmawiam z Santiago. Omówimy szczegóły, opracujemy dokumenty, ustalimy strategię. Dopiero po konsultacji z nim wyślę odpowiedź Shafferowi. Oczywiście, domyślasz się, jak ona brzmi. Będę chciał wyruszyć jak najszybciej. Najbliższe dni zejdą mi na przygotowaniach, w tym też będę potrzebował twojej pomocy. Przede wszystkim musisz przygotować odpowiednią ilość eliksiru.
Czarodziej skrzywił się, nie skomentował jednak.
- Udam się później do Murciélago, przekazać zarządcy polecenia i uprzedzić go... o pewnych szczególnych okolicznościach.
- Napięty grafik
-mruknął Cristóbal. -Powinieneś zatem położyć się teraz i odpocząć. Podam ci miksturę nasenną.
Ezymander pokręcił energicznie głową.
- Nie. Posiedzę jeszcze. Możesz zostać, jeśli nie masz nic do roboty. W zasadzie, może byłoby dobrze, gdybyś był świadkiem rozmowy z Santiago. A potem także przy podpisywaniu umowy z Shafferem. Chciałbym... No, wiesz. Żebyś miał tu oko na wszystko, gdy wyjadę. Żebyś dopilnował różnych spraw. Przede wszystkim, żeby posiadłość nie podupadła w rękach Shaffera.
Magnus patrzył na przyjaciela w osłupieniu. Przypomniawszy sobie, że ów nie zobaczy jego miny, dodał na głos:
- Ja. Mam dopilnować. Różnych spraw. – Nie zabrzmiało to szczególnie mądrze.
- A komu innemu miałbym tu zaufać?

Ogień trzaskał na kominku. Cienie, rzucane przez jego światło, tańczyły po nagich ścianach, wykrzywiając się groteskowo. Milczeli.
 
__________________
"Umysł ludzki bardziej jest wszechświatem niż sam wszechświat".
[John Fowles, Mag]
Suarrilk jest offline  
Stary 05-09-2010, 22:30   #5
 
Wellin's Avatar
 
Reputacja: 690 Wellin ma wyłączoną reputację
Vaasa. Zapomniane Miasto. Zima.



Ulice ciągnęły się w nieskończoność, choć była to zapewne kwestia zmęczenia i niecierpliwości.

Araia uniosła wzrok w górę, powyżej poziomu ulic, usiłując wypatrzyć wieżę strażniczą. Po chwili pośpiesznie opuściła wzrok.

W mieście nie należało zbyt długo patrzeć w nieistniejące niebo. Nauczyła się tego już w pierwszych dniach. Kiedy patrzyło się zbyt długo, pusta, bezkształtna przestrzeń zdawała się otwierać, wciągać, wsysać w bezdenną otchłań. Wszystko inne stawało się niewyraźne, zamglone. Wpatrywanie się w nicość przyprawiało o zawrót głowy i nieodparte, przerażające wrażenie, że tam właśnie, w niebie, jest dół. Że za chwilę ziemia pod nogami przestanie być ziemią, a stanie się stropem. A wszystko upadnie wirując...

Półelfka zatrzymała się na chwilę, opierając dłoń o drzewo. Zawroty głowy były zapewne konsekwencją gorączki. Wolała nie myśleć o tym, że miasto może naprawdę rozpadać się dookoła nich.

Tak, jednak gorączka – zdecydowała po chwili.

„Dość odpoczynku”, zabrzmiał dobiegający z przeszłości zwodniczo miękki głos instruktora sztuki miecza. Wiekowego elfa o mądrych oczach. Te oczy i głos zapamiętała najlepiej.

Odrywając się od drzewa ruszyła w stronę miejsca, w którym rozmyte w białej, drgającej nierealności widniały wieże bram.


***


Ulica. Skrzyżowanie. Ulica.

Dom.

Drzewo.

Potykając się krok za krokiem. Ceadmon milczał. Była mu za to wdzięczna.

W ciągu ostatnich tygodni spędziła wiele samotnych godzin szukając krawędzi. Dowodu. Miejsca, w którym miasto kończy się definitywnie. I jak w koszmarze, z którego nie ma wyjścia, nie zdołała.

Ulica, ulica, ulica. Drzewa, kwiaty.

Próbowała obejrzeć to z wysokości, wspinając się na wieże. Puste pomieszczenia budynków straszyły nagimi ścianami, ale wyglądając z centralnych wież, udało się zobaczyć mury miasta. Szara nicość przykrywała je częściowo, jednak były widoczne. Raz nawet zobaczyła otaczające miasto lasy i pola.

Raz.

Ujrzawszy bramy, szła ulicami, dokładnie odtwarzając powierzoną pamięci trasę. I nigdy, nigdy nie potrafiła do nich dojść.

Ulica, ulica, ulica, ulica...

To było tak, jakby miasto zamknęło się w sobie, otorbiło, zwinęło w spiralę, z której nie ma wyjścia. Idąc, błądziła zawsze i zawsze trafiała z powrotem tam skąd zaczynała – z centrum, ze schodów w górę, na bagna, do Klausa, błota, zimna i pijawek w wodzie. Z obozowiska i miejsca gdzie stał kamienny posąg. Bramy nie istniały.

Kolejne potknięcie. „Gdy wojownik nie może utrzymać się na nogach, powinien leżeć w łóżku. Na polu walki nie przyda się nikomu.” Głos instruktora wydobył się z pamięci karcącym zaleceniem. Prawie widziała jego oczy i pochylającą się nad nią, smukłą sylwetkę.

Siadła na ławce.

Jeszcze kawałek. Byli na placu. W miejscu którego nie widać było z wież. Z tyłu stała martwa fontanna, która powinna szemrać pluskającą wodą. W centrum posąg elfiej kobiety. Zarosły pnączem. Ławki, finezyjne kwietne kształty siedzeń wytłoczone z nieustępliwego, chłodnego metalu.

Chłodnego. Chłód. Gorączka wzbierała jak fala, zaćmiewając myśli, szarpiąc je, rwąc na kawałki, pozostawiając pourywane wstążki, fragmenty skojarzeń rozwiewane wiatrem.

Fontanna. Prawie jak w domu.

Prawie jak w domu...

Pamiętała z domu podobną fontannę. Podobne ławki i podobny posąg. Po raz ostatni. Potrzaskane, porozbijane. Okrwawione. Oraz ciała. Takie jak to, broczące posoką pod krzewem.

Przyłożyła dłoń do rozpalonego czoła, mrugając. Przeszłość... wydarzyła się dawno. I było potrzeby do niej wracać. A już zwłaszcza nie teraz.

Ceadmon stał obok, patrząc. Nie potrafiła odczytać wyrazu jego oczu.

- Już niedaleko – rzuciła, wstając tak energicznie jak tylko zdołała. Świat zachybotał się niepewnie.

Wyszli z placu, ulicą przeciwległą do tej, z której weszli usiłując oddalić się od centrum. Wyraz cierpkiego rozbawienia przemknął po twarzy Arai. Wiedziała co zobaczą ze chwilę. Rozpoznawała miejsce, rzeźby i dąb rozpościerający rozłożyste konary. Byli na miejscu.

W perspektywie ulicy, przed nimi, ledwie widoczne na tle nierzeczywistego nieba widniały centralne wieże miasta.


***


Ceadmon obserwował wspinającą się po stromych schodach Araię. Dłonie zaciśnięte na poręczy, powoli, ostrożnie stawiane kroki, zaciśnięte usta i płonące gorączką oczy. Ruchy nie dość płynne, kroki nie dość lekkie, wzrok nie dość jasny. Księżyc przesłonięty gęstymi chmurami. Przygasły, znużony, wypalający się od środka w nów.

Może potrzebowała pomocy. Na pewno jej nie chciała.
On nie mógł zmusić się by jej udzielić.

Elf zacisnął zęby. Byli na trzecim piętrze budynku podobnego do setki innych w tym miejscu, obrabowanego z elfiej indywidualności, pozbawionego jasności jaką daje obecność istot nazywających miejsce swoim domem. Ściany przytłaczały szarością kamienia. Korytarze przygnębiały pustką podłóg, nisz na kwiaty. Brakiem wszystkiego co osobiste.

- To tutaj... – jej głos był zachrypnięty, przerywany ciężkim oddechem. Sama półelfka opierała się o ścianę korytarza. Zbyt słaba, by stanąć prosto, zbyt dumna by usiąść, bądź poprosić o wsparcie. Którego on nie udzieli. Nie.

- Te drzwi – dodała, wbijając w niego spojrzenie. – Wejdź. Popatrz. Zrozum. – W ostatnim słowie kryło się coś więcej, coś co smakowało niepokojem i nadzieją. Nie odwraciła wzroku.

- Dobrze więc, półkrwista. – Jego głos był twardy, bezlitosny. – Zobaczę.

Otworzył drzwi.

W twarz uderzyło go słońce.



VILHON REACH, TURMISH, ALAGHÔRN. JESIEŃ, MIESZKANIE SANTIAGO.




Dominik Santiago był człowiekiem wielce obrotnym. Postury mężnej, twarzy nalanej i czerwieniejącej łatwo, dłoniach dużych, kościstych prezentował się nieomal jak drab do bitki, wypitki, hulanki i wszelkiego rozgardiaszu chętny.

Gdyby nie kalenica, która za młodych lat, spadając stopę mu utrąciła, a resztę nogi aż do kolana prawie uczyniła niezdatnym do użytku, dalej pewnie tułałby się świecie jako szpada najemna. Miast tego utrzymywał się z niewielkiej pensyjki od Dona Christopha za zasługi dawne i dawaniu porad prawnych, które może i nie były zanadto uczone, jednak przemyślane zawsze, przebiegłe i trafiające w sedno. Był bowiem Dominik dobrym sędzią charakterów.

Jedną wadę, która z lat młodzieńczych mu pozostała, a której pomimo wysiłków największych nie mógł z siebie wyplenić, był gniew, raptowny i niepohamowany. Sprowokowanemu, krew uderzała do twarzy, aż żyła nad lewą jego skronią zaczynała pulsować. Zaciskał też i rozwierał pięści, jakby chciał uchwycić kogo i na strzępy rozedrzeć. A i w istocie tak właśnie było.

- Czyli ja dobrze rozumiem... – Santiago dyszał przez zaciśnięte zęby i zaciśnięte wargi na twarzy podobny kolorem do buraka - ...że na wojaże się wybierasz, siostrę ratować, majątek cały zostawiając bez opieki, pod cudzą władzą? Tak?

- Tak. – Panicz Ezymander był chłodny, opanowany i lakoniczny. I zdecydowany. Dominik znał ród Murciélago, a Ezymander był teraz niezmiernie podobny do starego pana. Gdy ten miał taki wyraz twarzy, ni ogień, ni lód, ni ruina, czy nawet utrata reputacji nie były w stanie odwieść go od powziętego zamiaru.

- Głupiec! – Santiago wyprostował się na pełną wysokość, czego Ezymander nijak przecie zobaczyć nie mógł, chwycił za drewniany kufel na piwo, stojący na drewnianym stole opodal zebranego zbioru podatków Turmishu, i wychylił jednych haustem. Następnie cisnął nim o ścianę, czując, że inaczej meble zacznie przestawiać. Co mu się zresztą nieraz zdarzało.

Ze ściany posypały się drzazgi.

- Co za głupota! – Dominik chodził po pokoju, wściekle waląc drewnianą nogą w podłogę. Pieklił się przy tym mocno, głos podnosząc, krzesła kopiąc i – Ufasz ty temu młodemu Shafferowi? E? Jasne, że nie ufasz! Za to pchasz się na stracenie, w ruinę, w zatracenie. Ślepiec, a na lądy obce iść chce! Zabierzesz ty choć ze sobą kogo? Oczywiście, że nie! Dureń przeklęty! – Po tych słowach przyłożył Dominik w ścianę solidnie. Zatrzymał się na tem po części uspokojony, oglądając pokrwawione kłykcie, jakby pierwszy raz w życiu je widział.

- Raz się żyje, Santiago. Raz. A życie kiedyś się skończy. – Ezymander kierował w stronę prawnika ślepe spojrzenie przepaski. – Gdy to się stanie, chcę patrzeć śmierci w oczy jak mężczyzna, dumny ze swych działań, a nie jak tchórz, kryjący się po kątach. – Głos panicza był twardy, pełen determinacji i przekonania. – Jadę. – Ton głosu był niemożliwy do pomylenia. Nieodwołalny.

- Jedziesz. – Dominik otarł pot z twarzy połą rękawa. Czerwienie ustępowały z jego policzków, pozostawiając normalny, cielisty kolor nakrapiany starymi śladami po ospie. – Ano, jedziesz. – Dodał już spokojnie. – Muszę się napić. – Zakończył.

Nie minęła długa chwila i przed parą rozmówców stanęły kufle wyciągnięte z regału pod ścianą i napełnione dobrym (choć drogim) piwem z Nonthal.

- Co więc radzisz Santiago. Jak zabezpieczyć się przed donem? – Ezymander sączył piwo powoli. Próba dotrzymania kroku prawnikowi skazana była z góry na sromotną porażkę. Santiago, choć nie był piwoszem i potrafił zachować umiar, przez lata wypracował zaiste żelazny żołądek, zdolny pomieścić nieomal połowę piwnej beczułki przechowując trunek tak bezpiecznie, iż ten nie uderzał do głowy.

- Młody Shaffer to furda. Panicz inteligentny, prawda, ale niedoświadczony. I do ryzyka nieskłonny. Jeśli rzecz uczynisz publiczną, lub powiesz choć kilku znajomym tak, by Shaffer o tym wiedział, zdradzić cię nie powinien. Choć to też rzut monetą. – Dominik walnął pustym kuflem o stół. – Z Thai trudniejsza będzie przeprawa.

Ezymander milczał. Dominik długą chwilę mierzył go spojrzeniem. W końcu zmełł w ustach przekleństwo, rozparł się wygodnie na krześle i zaczął mówić bębniąc palcami o blat, co u niego znakiem było, że skupia się wielce na rzeczy.

- Od łatwiejszego zacznę. Jeśli chodzi o Dona, z większą pewnością radę mogę udzielić, bo znana to osoba. I powiem jedno: wróć z wojaży. I to wróć szybko.

- Takie mam plany. - Ezymander odpowiedział spokojnie.

– Ha! W to akurat nie wątpię! - Prychnął - To z podążaniem za planem problem mieć możesz. Rozmawiajmy jednak o tym, co za sobą zostawisz. - Dominik potarł kułakiem policzek. - Jakżeby się nie zabezpieczał, jakie byś zapory na jego drodze stawiał, nie na wiele się to zda, gdy za zmarłego cię uznają. To przede wszystkim zapewnić sobie musisz, by ludzie wiedzieli, że żyjesz. Jeśli pan w trumnie leży, dobra do wzięcia są, takoż i tytuły. A że testament został... to kogo to obchodzi, jak krewnych nie ma?

Dominik zmierzył Ezymandra trzeźwym spojrzeniem.

- Mówią, że prawo jak skała jest, twarde i nieugięte. I łatwo się o nie roztrzaskać można. Ja powiadam, że dla możnych prawo bardziej wierzbę przypomina. Pchniesz, to się ugnie. Postarasz się, do gałąź w precel zwiążesz. A Don do możnych należy, na twoje nieszczęście. Nie na przepisy prawa patrzeć musisz, bo wiele to nie da. Pomóc może, ale zwycięstwa ci nie przysporzy. Dbaj o plotki raczej. Ważne to, co docierać będzie do uszu adwersarza.

Wrócił do bębnienia.

- Thai. Mmmm. – zamruczał pod nosem. - Nic pewnego człowiek zwykły o nich nie wie. Tyle tylko, że handlarze dobrzy, towary z krajów dalekich sprowadzający. Ceny dobre, choć strach niektórym do ich enklawy iść, a nawet tego co sprzedają dłonią dotknąć. Ale lat już upłynęło kilka, od kiedy pojawili się w mieście, to i strach opaść zdążył.

Bębnił przez chwilę zamyślony.

- Jakby kto znał hulaków i szubrawców wszelkiej proweniencji i z nimi o Thai rozmawiać zaczął, dowie się zapewne, że mir niemały Thai w mieście posiada. Dobrze ich tam znają. I nie bez powodów. Wieść krąży, że Arcymag enklaw – bo tak ichni tytuł się na nasz język przekłada - zna się dobrze ze Szkarłatnym, odkąd ten rządzić złodziejami i mordercami zaczął. Wiary temu dawać nie chcę, ale tłumaczyłoby to wiele. Cóż powiedzieć. W paszczę lwa idziesz. I to bezbronnie, bo na prawo nie licz, gdy chcesz przez portale przejść. I gotów bym założyć się o moją drugą nogę, że jawnie do enklawy wejść ci nie pozwolą, gdy przez portal będziesz chciał przejść. Bo gdy szlachcic znika, jakby rozpłynął się w powietrzu, wiele rabanu o to narobić można. A Thai czego im na honorze nie staje, tego w rozumie im nie brakuje. Tfu - Dominik splunął do cynowej spluwaczki. Otarł dłonią usta i wrócił do bębnienia. - Trudny problem. – westchnął – Prawo za nic mają. Zbrojnego ramienia się nie boją. Ha! To właśnie pytanie zadać trzeba – co ich strachem napawa? Thai nie znam, ale Alaghon rozumiem. Zastanowić się trzeba co szkodzić im będzie.

- Plotki? Nie, nie sądzę. Skoro mają tak silną pozycję, trudno zagrozić ich interesom. - Ezymander sam zrezygnował z tego pomysłu. Skrzywił się i dalej myślał na głos, jakby Dominika wcale tam nie było. - Szantaż też pewnie leży tu w granicach karkołomnego wyczynu wobec kogoś, kto pogardza resztą świata i opinią publiczną. A obrócenie przeciw nim mieszkańców Alaghon, o ile w ogóle udałoby się tych ostatnich do tego nakłonić, mogłoby tylko zaszkodzić mojej sprawie.

- Za szybko do przodu idziesz, młodzieńcze. - Dominik uśmiechnął się pod nosem. - Takie sprawy krok po kroku rozważać trzeba. Wpierw, co szkodzić im może. Dalej, czego boją się i pragną czego. A na koniec jak groźbę tą, bądź zachętę w czyn i słowa ubrać. Powiem ci ja, jak ja bym zabrał się za Thai zniszczenie, gdybym wendettę im wypowiedział krwawą. Gdyby mi córkę zabili na ten przykład. - Dominik bębnienie przerwał, wyprostował się. - Na początek tuzin krzykaczy bym wynajął zaufanych, odpowiednie słowa w ich usta wkładając. Następnie zwłoki bym sprokurował wągrami i plamami chorobowymi przyprawione, bo nic tak wyobraźni tłumu nie porusza jak wieść o zarazie morowej z dalekich krajów przez obcych przywleczonej. Gwardzistów bym podkupił i medyka. I na dzień targowy czekał! - Dominik poderwał się na nogi, rękę mimochodem na rapierze oparł i do okna podszedł, zacietrzewiony samą możliwością.

- Zniszczyłbym ja ich! - warknął zmienionym głosem wspominając młode dni i dawne krzywdy - Imaginuj to sobie paniczu! Targ, tłok, ludzi mrowie. A spod sterty śmieci zwłoki wyglądają. Ktoś krzyczy, że zaraza, bo wrzody czerwone na skórze. Gwardziści podkupieni, rumorem zwabieni podchodzą, pytają kto zacz. Krzykacz podkupiony, mówi o Thai. Gwardziści o kwarantannie i pomorze w trupach żywych wylęgłym. Tyle wystarczy by gawiedź rozpierzchła się. Ciężko musieliby się Thaiskie szumowiny tłumaczyć i mało klientów mieliby przez najbliższe miesiące! A jeśli dalej w tym garze piekielnym gotować, o każdy katar Thai oskarżać, to niewiele protektorów enklawa znajdzie. Oj niewiele! A wrogowie ichni wśród możnych postarają się, aby z Alaghon się wynieśli. Nietrudne to nawet będzie, odizolują ich całkiem, klientów nie wpuszczą. Na nic zda im się wyjęcie spod praw, jeśli siedzieć w swojej enklawie będą jak w więzieniu. Ni klientów, ni kupców, może nawet i żywności! Z głodu zdechną jak psy, murem własnym od żywności oddzieleni!

Przerwał na długą chwilę, zatrzymał się, widząc, że za daleko się zapędził. Odchrząknął.
– Znaczy się, tak bym zrobił, gdyby córkę mi moją ubili. - Opadł ciężko na fotel. - To jest dla Thai groźba. Realna. Tego się bać powinni. Tego, oraz zmowy możnych ich wrogów, którzy opowieści takie podsycać będą. To pierwszy punkt, od którego w rozważaniach wyjść winieneś. – Dominik sięgnął po kufel raz jeszcze.

- Doskonale. A teraz zechciej wyjaśnić, w jaki sposób, twym zdaniem, fakt, że będą zaszczuci, wpłynie na moją potrzebę przejścia przez portal? To raz. Dwa, to będzie dość żmudny proces, a mnie zależy na czasie. Wiem, co zaraz powiesz. - Uniósł rękę. - Że moja gorąca głowa zaprowadzi mnie prosto w objęcia Thanatosa, a ród Murciélago i jego posiadłość do upadku. Czy coś w tym stylu. - Ręka machnęła niecierpliwie. - Wiem, że to, co mówisz, jest rozsądne. Ale myśl, że być może jest ranna albo... a my tu siedzimy i gawędzimy, doprowadza mnie do szału. - Ostatnie słowa były gniewne. Wprawdzie to Dominik przez całą rozmowę ineustannie był w ruchu, lecz Ezymander siedział wyraźnie spięty, a mięśnie jego szczęki napinały się pod lekkim zarostem, ilekroć zgrzytał zębami. Jego wcześniejszy spokój wyraźnie był na wyczerpaniu.

- To ostatnie zrozumieć mogę. - Dominik skinął głową - Bogowie świadkiem, za młodych lat problem miałem z zachowaniem rozsądku gdy krew zaczynała grać. - westchnął ciężko - Do rzeczy więc. To jakie argumenty u Thaiczyków wyciągać będziesz od ciebie zależy. Nie muszą bynajmniej być to sprawy prawdziwe. Przykład dam, który choć nie najlepszy może, słowa moje zilustrować winien. Idziesz do nich i bacząc by wprost tego nie powiedzieć sugerujesz, że jest w Alaghon spisek przeciwko Thai zawiązany, by baczyli by nikt o zarazach w jednym zdaniu z narodem ichnim nie mówił. Nazwisk nie wyjawiasz, a jeśli już jakieś wspominasz, to zbyt możne by Thai otwarcie przeciwko nim chciało wystąpić. Że przez kryształy widzące magowie przez ciebie wynajęci z magami z Vaasy stolicy się znają, wiadomość przesłać mogąc. Że magię niewolniczą na ciebie rzuconą sprawdzą. Że głową rodu starego jesteś, a sojusznik z nazwiskiem znanem w Alaghon przyda im się wielce. - Przerwał na chwilę, łyk wina upił i gościowi dolał. - Wiele możesz mówić. Wiele argumentów podnosić. Ale by mówić i wybór mieć w mowie, adwersarza zrozumieć musisz! - Pokręcił głową - Czekać ci nie doradzam. Ba, prośby o zwłokę i tak nie posłuchasz, jakkolwiek by przydatna nie była. Ale na bogów wszelakich, pomyśl dobrze, nim tam pójdziesz!
 
Wellin jest offline  
Stary 07-09-2010, 22:31   #6
 
Judeau's Avatar
 
Reputacja: 66 Judeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znany
Przymknął oczy i zasłonił twarz, gdy tak dawno nie widziane słońce uderzyło go w twarz wpadającym przez czystą szybę promieniem. Na chwile zastygł, zdumiony tym, co zobaczył przed sobą, a drzwi cicho zamknęły się za nim. Świergoczące ptaki na tle błękitnego nieba, tak wyraźnego za wpół otwartym oknem, zapach drewna i nasycone kolory... nie spodziewał się jeszcze doświadczyć takich bodźców. Po chwili, gdy oczy przywykły do jasności, wszedł w głąb pomieszczenia po miękkim jak mech dywanie. Ominął stolik z kryształowym pucharem i wazonem pełnym pachnących kwiatów. Skoncentrowany, przeciągnął palcem po rzeźbionej, wypolerowanej jak szkło komódce kierując dłoń ku stojącej na niej figurce elfiej dziewczynki. Nagle ukłucie. Podniósł uważnie dłoń i wpatrzył się w małą drzazgę wbitą w opuszek palca w środku rosnącej czerwonej plamki. Dotyk tego drewna był taki realny. Ból też. Faktura materii i ruch powietrza był tu inny niż na zewnątrz. Czuł się, jakby ktoś wybudził go z koszmaru. Czerwona plamka urosła, wybrzuszyła się. Przybliżył palec do ust i posmakował krwi. Kilka brutalnych obrazów przemknęło mu przed oczami, wywołane tak znajomym, metalicznym posmakiem. Nienaturalnie prawdziwe. Jego oddech przyspieszył. Ruszył dalej. Lekkim muśnięciem dłoni wprowadził w ruch wysiedziany, pokryty atłasem fotel bujany. Czy to tylko wrażenie, czy naprawdę ktoś na nim przed chwilą siedział? Tak, jakby fotel kołysał się, zanim elf go dotknął. Jakby ktoś właśnie z niego wstał. Słuchał chwilę jak fotel stuka o podłogę, jak skrzypi, jak powietrze opływa jego kształty... Miarowo, powoli. W przód i w tył... w przód i w tył...
Chybotał się... w rytm uderzeń serca...
Skołatanego serca...
A ból w kościach nie pozwoli wstać...
Syn będzie niedługo...

Ceadmon zogniskował z powrotem oczy i zmrużył zaskoczony powieki... Syn? Ból w kościach? To nie mogą być jego myśli! Fotel zatrzymał się z ostatnim, fałszywym skrzypnięciem, jak zerwana struna lutni. To miejsce bawi się z nim i szydzi. Zaburzając spokojną harmonię tego miejsca, postawił dwa szybkie kroki i otworzył szerzej okno gwałtownym ruchem ręki,. Czyste powietrze napełniło jego płuca. Słońce świeciło na bezchmurnym niebie, grzejąc twarz, chłodzoną lekką bryzą. Dookoła połyskiwały dachy domów. Latały ptaki. Dobrze utrzymane trawniki cieszyły kolorami. Dalej lasy i pola a na horyzoncie zarysy szczytów okraszonych na czubkach śniegiem. Ulice elfiego miasta były opustoszałe, jednak ogrody tętniły życiem. A bliżej, z prawej strony, z miejsca z którego przyszli wraz z Ariaią... bramy miasta. Dom stał kilkadziesiąt metrów od nich.
Wszystko takie piękne i znajome, serce wyrywało się z radości na widok tak bliskiego mu świata. Widział przed sobą w pełnej chwale obraz, który w jego głowie zarósł oślizgłym, fioletowym bluszczem. Ten obraz, który na zawsze powinien pozostać za zasłoną jaka go obrosła. Tam jego miejsce, nie w pełnym świetle, w takiej kryształowej wyrazistości! To nie jego królestwo, został wypędzony a bramy zamknięto na siedem zamków, do których klucze stopiono! Więc dlaczego tak piekielnie... boli... Opuścił głowę, zacisnął zęby i wypuścił wolno powietrze.

Obraza! Odwrócił się kopiąc fotel.

Kpina! Przedłużył obrót i szyba pękła pod uderzeniem jego pięści.

Przekleństwo! Skoczył w kierunku stołu, uderzeniem rozbił wazon i cisnął kielich o ścianę. Czerwone płatki kwiatów wypełniły powietrze.

Ruiny! Miasto i on, tylko RUINY, nic więcej, nigdy! W przypływie gniewu podniósł ciężki stół i wbił go całą swoją masą w komódkę.

Dysząc podniósł figurkę dziewczynki i spojrzał na nią z zaciśniętymi ustami.
TO jest sen. Teraz koszmar jest rzeczywistością. Cisnął ją z całej siły za okno.
Odwrócił się na pięcie. Postać w progu! Czy to zjawa żądna zemsty za zniszczenie czego niszczeć elfowi się nie godziło? Zamarł w pół ruchu. Nie zjawa... jedynie półelfka i gorycz i złość bijące z jej zwężających się oczu.
 
__________________
"To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS
Judeau jest offline  
Stary 08-09-2010, 10:38   #7
 
obce's Avatar
 
Reputacja: 664 obce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwuobce jest godny podziwu
VAASA, ZAPOMNIANE MIASTO, ZIMA

Dzień sześćdziesiąty trzeci


Tylko na chwilę...
Tylko na chwilę zamknę oczy...
Tylko na...


...szarpnęła całym ciałem, jęknęła kiedy głową uderzyła o mur. Niespokojna, nagle rozbudzona, nie wiedząc co ją wystraszyło, nie wiedząc ile czasu minęło. Sekunda? Minuta? Godzina? Budynek był cichy, ciemny, pusty, nieruchomy, jedynie smugi mgły wpływały bezszelestnie przez wysokie okna, owijały się wkoło jej kostek leniwą smugą. Odskoczyła, odruchowo przerzucając Zahir do prawej ręki, lewą zaciskając na rękojeści. Przechyliwszy głowę, słuchała. Jej bicie serca, jej głośny, nierówny, ciężki oddech, szelest ubrania, cisza budynku wypełniająca uszy przeraźliwym milczeniem. Coraz głośniejszym, coraz głośniejszym, coraz...

Przerwanym.
Za drzwiami z białego drewna coś uderzyło matowo o wysłaną dywanem podłogę.

Nie.

Coś posłało odłamki szkła na kamienny parapet. Coś cisnęło kruchym kryształem o ścianę.
On.

Nie. Nie!

Szarpała za klamkę. Wdzięcznie stylizowany kwiat wbijał się jej we wnętrze dłoni stalowymi płatkami. Naparła na drzwi ciężarem ciała, zaciskając spękane usta w wąską, bladą kreskę. Puściły. Szeroko otwartymi oczami przyglądała się jak elf z twarzą wykrzywioną jadem chwyta filigranową figurkę i ciska nią przez okno. Na bruk.

Pokój zatańczył delikatnie, zakolebał się. Otarła przedramieniem mokre od potu czoło, przełknęła ślinę, starając się powstrzymać mdłości. Patrzyła wciąż na niego.

Nie...

Więc taki był. Nawet w słońcu. Nawet w słońcu nic się nie zmieni. Będzie pełzał jak przeżarty trucizną gad, będzie niszczył, będzie... Nie poznawała jego naznaczonej furią twarzy. Obcej, odrażającej, zniekształconej.

- Jak bezmyślne zwierzę – nie poznawała także własnego głosu, rodzącego się gdzieś w głębi gardła chropawego warkotu. Oderwała się od futryny, weszła do pomieszczenia. Zmęczone mięśnie wyły o odpoczynek, znużenie i słońce wysuszyły jej oczy, sypnęły garścią piasku pod powieki. Zaciśnięte na rękojeści miecza palce były białe jak kość. - Przeklęty pańczyk, który psuje, bo mu się nie podoba. Gówniarz, uważający się za pępek świata. Ludzki gnój, co zniszczy, bo nie jego - przesuwała się przy ścianie. Krok za krokiem, krok za krokiem. Powoli, ostrożnie. - Roztrzaskać cudze sny, bo przecież ty śnić nie możesz. TY! Taplający się w upojeniu swojej błahej krzywdy. Zniszczyć wszystko. Roztrzaskać wszystko. Skalać wszystko. Wszystko, co ma wartość, której ty już nie masz. - W rozpalonym gorączką świecie tylko jedna rzecz była zimna i wyraźna. - Nienawidzę cię. Tutaj i teraz, nienawidzę cię. - Błysnęły zęby, błysnęły zielone oczy, błysnęło obnażone ostrze. - Wynoś się – warknęła gardłowo.

Ceadmon odetchnął głęboko, zamknął oczy i odrzucił delikatnym ruchem tłuste strąki włosów, które opadły mu na twarz w trakcie napadu szału. Kilka kropel krwi z poszarpanej szkłem dłoni spadło na jego wychudzoną i brudną twarz. Zamarł na krótką chwilę i gwałtownie otworzył blade oczy promieniejąc niespodziewanym uśmiechem.

Ten uśmiech szydził z niej.
Szydził z jej straty. Szydził z jej wysiłku. Szydził z jej zaufania i nadziei.
Szydził z tego, co kiedykolwiek mu dała.
Z troski. Z zapieczętowanych ust, za którymi skrywała sekret jego imienia.
Ze złudzenia, że cokolwiek jest mu w stanie pomóc.

Nienawidzę cię, mówiła cała jej twarz. Nienawidzę twojego uśmiechu, mówiły zmrużone, zaczerwienione oczy. Nienawidzę twojego brudu, mówiły skrzywione wargi.
Nienawidzę cię.
Ostrze miecza zatoczyło delikatny łuk, gdy półelfka zmieniła pozycję na gotową do ataku.

- Celne słowa, jak zawsze, Szmara...

Szydził nawet z jej nienawiści.
I nawet nią, nie była w stanie przebić zaskorupiałego strupa z jego gadzich łusek, którymi pokrył swoje rany. Swoje nieistotne, błahe, przemienione w kamienny posąg rany.

- Wynoś się – ucięła sznur oślizłych słów, które wypełzały z jego ust. Ostro, gwałtownie.

Zniknij. Zniknij.

Wężowy uśmiech ani na moment nie spłynął z jego twarzy, gdy skłonił się i wyszedł.
Odprowadziła go ponurym, niechętnym spojrzeniem.
Było już za późno, by przeciąć tą skorupę, wypuścić ropę i jad, oczyścić, zaleczyć.
Tkanka pod nią gniła, obumierała, śmierdziała jak szaleństwo i gnój.

Było za późno.


* * *


Bezradnie próbowała naprawić to, czego naprawić się nie dało. Roztrzaskane przedmioty leżały jednak jak zgruchotane, martwe zwierzęta pod białymi ścianami pokoju. Panowała cisza, ale ta cisza - spokojna i miękka jak ciepły koc - inna była od przyczajonego milczenia Miasta. Słońce grzało mocno, ślizgało się po skórze, wycinało ostre i wyraźne cienie z jasnych płaszczyzn światła. Nie blade promienie północy, ale gorące, nasycone, takie jak na południu. Takie jak w domu.

Było jej zimno.
Czuła drobne krople potu, nie potrafiła opanować drżenia palców.

Elf nie wrócił.
To, co mógł zniszczyć, zniszczył – myślała ze wściekłą goryczą. Nie miał po co wracać.

Oparła czoło o chłodną ramę okna. Przez ostre, drapieżne zęby rozbitego szkła przyglądała się miastu. Smukłym budynkom o jasnych dachach, gładkiej kostce brukowej pokrywającej prostą ulicę prowadzącą ku głównej bramie, zieleni drzew, bieli marmuru, złocistym zdobieniom pomnażanym rozbłyskującym na nich słońcem.

Zamarła w bezruchu.
Brama miasta.
Patrzyła na drugie miasto. Takie jak być powinno, nie takie jak kryło się za zamkniętymi za elfem drzwiami. Za bramą nie było długich schodów, cienkiej pępowiny prowadzącej na bagna. Za tą bramą był równy trakt.

Dlaczego nie zrozumiała tego wcześniej?
Jak zahipnotyzowana zgarnęła szklane drzazgi na podłogę.
Musiała zrozumieć więcej. Choć trochę. Choć odrobinę. Musiała... Potrzebowała kompasu, który pomógłby jej poruszać się pośród mgły i sennych koszmarów. Potrzebowała...

Siadła na szerokim parapecie i przerzuciła nogi na drugą stronę.

Niech nie będzie za późno.
 
__________________
"[...] specjalizował się w zaprzepaszczonych sprawach. Najpierw zaprzepaścić coś, a potem uganiać się za tym jak wariat."
obce jest offline  
Stary 15-09-2010, 22:55   #8
 
Wellin's Avatar
 
Reputacja: 690 Wellin ma wyłączoną reputację
VAASA. ZAPOMNIANE MIASTO. ZIMA.


Okno na słońce w wypełnionym światłem pokoju.

Do ziemi wciąż było daleko. Opuściła się na z krawędzi, czując pod palcami rozgrzany słońcem kamień.

Spadała powoli. Zbyt powoli. Długo.


* * *


Czuła się lekko. Szła spokojnie, w zadziwieniu szerokimi ulicami podziwiając wszystko dookoła. Drzewa, kwiaty. Zdobione domy. Tym co urzekało, były detale. Misternie rzeźbiona balustrada, której kształt niósł w sobie przesłanie, którego ktoś nie zaznajomiony z elfią kulturą nie byłby w stanie rozpoznać. Drzewo pieczołowicie pielęgnowane tak, by współgrało z tworami elfich rąk. Szczegóły, subtelności. Drobiazgi, które tak wiele mówiły o mieszkańcach, ich upodobaniach, smaku estetycznym, charakterze. Brakowało jej tego.

To był dom.

Ciepły, rozgrzany słońcem wiatr na twarzy. Smakowała wrażenie spokoju i swojskości, delektując się nim jak umierający z pragnienia podróżnik przez piaski cieszy się karafką chłodnej, źródlanej wody.

Pomnik. Kryształowe dzwoneczki. Fontanna.

Przysiadła na krawędzi, zanurzając palce w wodzie. Wiatr chłodzil przyjemnie twarz. Zamknęła z ulgą zmęczone oczy, rozluźniając napięte mięśnie ramion. Nie miała ochoty myśleć. Nie miała ochoty na analizowanie, na szukanie kłamstwa w opowieści i cienia w świetle. Nie teraz.

Nie tutaj.

Zasłużyła na chwilę spokoju. Odpoczynku. Nawet jeśli dom był tylko snem. Mirażem mającym rozwiać się za uderzenie serca. Być może zniszczonym. Stłumiła ukłucie furii.

Z zamkniętymi oczami prawie widziała mieszkańców. Prawie czuła obecność tłumów krążących ulicami. Oraz jego obecność. Jego.


* * *


Obudziła się, otwierając gwałtownie oczy, nagle przytomna i w pełni świadoma.

Araia siedziała na krawędzi fontanny. Jeśli można było to nazwać krawędzią. Patrzyła na kamień pod palcami. To nie był kamień. Nieodłączną cechą kamienia jest twardość i stabilność. Pewność. To co czuła pod palcami nie było kamieniem. Materiał mienił się, płynął, zmieniał pod spojrzeniem. To co było ukryte w mieście mgły, wszystkie te zmiany widziane kontem oka tutaj były nagie.

Kamień płynął. Granit. Marmur. Czarny bazalt. Rozmywający się pod spojrzeniem niepewny kształt. Żyłki kamienia układające się raz wzdłuż, raz w poprzek. Woda... była miałka pod palcami.

Araia siedziała tak przez długą chwilę, czując gwałtowne uderzenia serca i krew uderzającą do głowy. W końcu zmusiła się by podnieść głowę, unosząc wzrok stopniowo, z wachaniem. Przypominało to spojrzenie w koszmar. Miasto pełgało. To było najlepsze określenie. Pełgało. Słoneczne ulice zmieniały się pod spojrzeniem. Kamień posągu obok płynął jak woda, kamienna twarz przybierała płynnie rysy coraz to innych elfów.

Zerwała się na równe nogi, odruchowo chwytając za rękojeść Zahira i rozglądając naokoło.

W miejscu w którym siedziała przed chwilą, siedziała śpiąca postać.

Ona sama.


* * *


Czuła się lekko. Nieważko. Szła powoli ulicami rozglądając się ostrożnie. Drzewa, kwiaty. Ulice. Tym co przerażało były detale. Płynne, zmienne. Misternie rzeźbiona balustrada, którą doskonale zapamiętała z dzieciństwa. Balustrada, która nie mogła istnieć w >tym< mieście. Drzewo pieczołowicie pielęgnowane tak, by współgrało z tworami natury. Jak mogła nie rozpoznać go wcześniej?

Zeskakując z okna chwiała zobaczyć. Sprawdzić. Choćby mury miasta i to co znajdowało się za nimi. Jak mogła o tym zapomnieć? Co przykryło cieniem całą jej przytomność umysłu i zdrowy rozsądek?

Potrząsnęła głową. To nie była pora na domysły. Na wyrzuty. Zastanowi się, gdy wróci na bagna. Wyjdzie stąd, usiądzie przy normalnym, realnym ognisku pod prawdziwym niebem i pomyśli.

W końcu czego jak czego, ale czasu tam nie brakuje. Nawet jeśli zimno i wilgoć dają się we znaki. Kopnęła kamyk który z chlupotem potoczył się do wody.

Klausowi zimno wydawało się nie przeszkadzać. Wychował się na tej ziemi i znosił chłód może nie bez gderania, ale na pewno bez problemu.

Otuliła się szczelniej płaszczem i oparła o obrośnięte mchem drzewo. Noce na bagnach nie były przyjemne. Ciemność rozświetlona tylko niewielkim ogniskiem. Zachmurzone niebo. Najgorsza był chyba bezczynność.

Godziny upływały na wpatrywaniu się w ciemność.

Znajomy odór bagien sprawił iż zmarszczyła nos. Z pobliskich moczarów dobiegł niosący się echem skrzek nieznanego drapieżnika...


* * *


Obudziła się, otwierając gwałtownie oczy, nagle przytomna i w pełni świadoma.

Rozejrzała się zdezorientowana, niepewna czy naprawdę otworzyła oczy. Dookoła płynęły kolory, kształty i dźwięki. Mgliste drzewa obwieszone kuflami rozpadły się we wstęgi lin żeglarskich, podniesionych ciężką ręką kapitana i rzuconych w przestrzeń. Krzesło, drewniane i rzeźbione zamigotało przez moment przebierając nogami. Otwarta przestrzeń zamknęła się dookoła, by rozpłynąć z niekończącą się panoramę puszczy i zmienić się w seledynowe deski podłogi...

Gdzie właściwie była?

Nie była pewna. Kromki posmarowanego serem chleba jadły się nawzajem ze smakiem. Jedna, posmarowana masłem, spadła na ziemię zawsze masłem do dołu. Senna obojętność wypełniała głowę, zmieniając myśli w swobodnie fruwające motyle.

Nie czuła strachu. Nie było tu nic czego można by się bać. Bo przecież nie było tu niczego. Niczego prawdziwego.

Zmarszczyła brwi, zastanawiając się, co właściwie niepokoi ją w tej ostatniej myśli. Po chwili potrząsnęła lekko głową. Cokolwiek by to nie było, uwierało, nie dawało spokoju. I czuła, że nie pozwoli jej się odprężyć aż nie zorientuje się o co chodzi.

Przez chwilę patrzyła ślepo w przestrzeń. Miejsce, które opisać można było nie przez obecność czegokolwiek, a raczej brak pustki. Zamrugała, zamykając oczy i wyciągając z pamięci oporne wspomnienia i koncentrując się na ostatnich godzinach.

Weszła do miasta... Zaprowadziła Ceadmona do pokoju... Przeszła przez okno...

Otworzyła oczy rozglądając się dookoła już bardziej świadoma miejsca i sytuacji, czując pierwsze ukłucie strachu. Gdzie właściwie była? Jakby w odpowiedzi na jej myśli miejsce w którym przebywała zaczęło zmieniać się gwałtownie. Rozmyty, targany wiatrem chaos zapadał się w sobie, stabilizował.

Stopniowo, dookoła utrwaliły się domu. Miasto. Ludzkie, elfie, płynne w rozkładzie ulic, stylu i wysokości ale miasto. Domy zamierały w swych kształtach. Chodniki zamarzały z chmury niepewnych możliwości. Bruk pod stopami zmieniał się i stawał brukiem. Pojawiały się utrwalone detale...

Miasto pełgało. Ale było miastem.

Araia przełknęła ślinę. Czuła się tak, jakby spadła z wielkiej wysokości. Bądź wynurzyła się z otchłani. Jakby miasto było miejscem które... opuściła. Potrząsnęła głową odpędzając otępienie i czując zastępujący je strach.

To nie była pora na domysły. Ani na wyrzuty...

Zmarszczyła brwi. Czy nie myślała o tym już wcześniej? Nie mogła sobie przypomnieć. To było chyba po tym jak zobaczyła śpiącą.


* * *


Śpiąca na krawędzi fontanny postać nie poruszała się, poza spokojnym, powolnym oddechem. Araia wyciągnęła z wahaniem rękę i zamarła z palcami niemal dotykającymi ramienia. Strach ścisnął serce stalową obręczą. Kto właściwie siedział tam? Ona czy nie ona? Sen? Odbicie? Ciało, pozostawione przez duszę? Co stanie się, gdy dotknie? Obudzi się? Co stanie się, gdy się obudzi?

Popatrzyła na swoje dłonie. Były takie jak zawsze. Wychudłe. Poznaczone gojącymi się zadrapaniami. Z paznokciami pod którymi widać było drobinki brudu. Realne.

Śniąca Araia nie była realna. Nie była taka jak miasto. Nie tak zmienna, nie do końca. Ale nie była realna. Zmieniała się odrobinę za odrobiną, tak jak wszystko dookoła. Dłonie czyste. Dłonie ubrudzone. Włosy w nieładzie włosy uczesane staranie, jak niegdyś. Przez moment mignęła dookoła stara, dawno zapomniana suknia którą nosiła zanim jeszcze stała się mieczem słonecznego pana. Przez moment ręce po łokcie ubrudzone były krwią.

Odwróciła wzrok.

Dłoń drżała o włos od ramienia śpiącej.

Opuściła rękę.


* * *


Araia szła ulicami, szeroko otwierając oczy i nie pozwalając sobie na rozmyślania bądź chwilę rozproszenia uwagi. Tutaj mogło być to niebezpieczne.

Szła ulicami, którymi wiał wiatr. Tak najłatwiej opisać można było to co działo się dookoła.

Wiatr. Wiatr zmian szarpiący miastem jak płomieniem zmuszający je do migotania. Wicher którego źródłem był dom z którego okna wyskoczyła, z celem odległa dzielnica miasta. Dzielnica, która płonęła. Dzielnica której widok przepełniał irracjonalnym strachem, poczuciem konieczności pośpiechu i rozpaczliwej desperacji.

Araia szła pod wiatr.

Czy widmowy powiew niósł coś ze sobą? Tego nie była pewna. Czuła jednak, że tak. Coś. Niematerialnego, ale ważnego.

Przez moment zastanawiała się, co znajdzie w mieście mgły, jeśli... >kiedy<... poprawiła się natychmiast, do niego wróci. Czy dzielnica będzie płonąć? Czy zmieni się? Czy światło w pokoju z oknem przetrwa?

To nie była jedyna rzecz nad którą, jak wiedziała, miała zastanawiać się w przyszłości. W centrum miasta stała biała iglica. Wysoka, niebosiężna wieża, której szczyt wydawał się rozmywać w błękicie nieba. Nie było jej w mieście mgły. W mieście mgły nie było także bram. Tutaj bramy istniały. Widziała jedną z nich teraz, gdy dochodziła do domu. Była dobrze widoczna w perspektywie ulicy. Za nią widać było pola... przez moment. Na krótką chwilę, mgnienie oka, za bramą rozciągała się ciemność. Absolutna ciemność, głębsza od mroku nocy. Ciemność w której głębi jaśniała gwiazda, unosząc się w pustce gdzie czarna przestrzeń spotykała się z mrocznym nieboskłonem. Gwiazda, bądź coś co z oddali tak właśnie wyglądało.

Ciemność niosąca za sobą wrażenie nieogarnionej przestrzeni i niezgłębionych otchłani i gwiazda. Znikły po jednym uderzeniu serca.

Półelfka nie zdecydowała się podejść bliżej. Nie to było tutaj teraz ważne. Przed nią stał dom.

Czy to co z niego zostało.

Budynek starzał się w oczach. Choć to może było złe określenie. Był brzydki i coraz brzydszy. Coraz bardziej ponury, coraz bardziej niedoskonały. Nie ze względu na wygląd, a przynajmniej nie tylko ze względu na niego. Raczej przez wrażenie jakie sprawiał. Przez cienie okien, nagle głębsze, bardziej ponure. Detale, niedoskonałości niegdyś ukryte, pomijane, teraz widoczne w pełnym świetle i całej swojej ułomnej krasie.

Podeszła z wahaniem do drzwi.

Okno było trochę za wysoko by wspiąć się na nie od zewnątrz. Patrzyła na nie, jak zmienia się, jak pełga. Było źródłem wiatru targającego miastem. Miejscem początku. Wyciągnęła dłoń i dotknęła drzwi.

Strata.

Odskoczyła odruchowo kładąc dłoń na rękojeści Zahira. Poczucie braku, utraty było niemal bolesne w swojej intensywności. Ktoś stracił coś ważnego. I nie było to dalekie uczucie, echo starych wspomnień, ale coś realnego! Coś... świadomego.

Zaciskając zęby w uporze podeszła i zdecydowanym gestem otworzyła drzwi. Korytarz, schody, drzwi do pokoju.

Pokój.

Pokój pełgał jak wszystko inne. Cały poza jednym wyjątkiem: bujany fotel był realny. Widać było na nim każdą rysę, każdy detal. Kiwał się w przód i w tył. W ruchu tym było tyle przygnębienia, że półelfka zamarła w drzwiach z ręką wyciągniętą do przodu.

Na fotelu migotała mglista sylwetka. Człowiek, elf, trudno było określić. Wraz z nią migotała pojawiając się i znikając figurka dziewczynki. Komódka oscylowała pomiędzy dwoma stanami, idealnym i ruiną. Rysy twarzy i detale firurki zmieniały się co uderzenie serca. Nie płynnie, ale gwałtownie. Po chwili wszystko ucichło.

Strata.

Figurka fotel i cała reszta pokoju rozsypała się w pył. W piasek spadający przez ciemną pustkę, migocąc w otchłani. Każda drobinka wyraźna, błyskająca blaskami obrazów, skojarzeń i wspomnień.

Araia spadała razem z nim.


* * *


Obudziła się, otwierając gwałtownie oczy, nagle przytomna i w świadoma.

Araia siedziała na krawędzi fontanny. A szara mgła cofała swoje nienaturalne, nieruchome macki odsłaniając pusty, twardy pejzaż miasta z jego ziejącymi pustką oknami i ścianami porośniętymi kwiatami. Czerwone, niebieskie i żółte kielichy otwarte jak usta, jak ślepia, patrzyły na nią nieruchomo.

Mgła cofała się, nie tyle rozwiewając, ile zapadając w nicość.

W fałdach ubrania leżały drobiny piasku. Trawiona gorączką półelfka zamknęła oczy.


VAASA. BAGNA. ZIMA. DWA DNI PÓŹNIEJ.


Stary traper patrzył niewidzącym wzrokiem na deszcz.

Zima mijała powoli, pełna wilgoci, deszczu i cholernie długich nocy. Słońce wyłaziło leniwie, potrzymało się trochę nad horyzontem i nurkowało z powrotem. Z każdym dniem coraz szybciej.

Dobrze, że ziemia była ciepła. Powietrze mogło kłuć w nocy mrozem, ale woda, błoto i drzewa, wszystko to było dość ciepłe. To też wykorzystał w swoim chacie. Ziemiance raczej, po prawdzie. Podkopał jeden fragment na zboczu wzgórza ryjąc głęboką na prawie pół metra jamę, pościągał trochę kamieni, nałożył na wierzch drewno i przykrył ziemią. Nie było to wygodne, ani specjalnie suche schronienie, ale nadawało się całkiem dobrze. W końcu prawdziwa zima nie miała tutaj wstępu.

Tutaj, na Bagna Duchów.

A bagna były trudny terenem. Bardzo, bardzo trudnym. Jasne, był już na niejednych bagnach, ale te były najbardziej zjadliwe jakie odwiedził. Pleniło się wszystkiego diabelstwa strasznie. Przez brak mrozu pewnie. Dobry mróz to nawet wszy był w stanie wybić. A tutaj nic.

Najgorsze rozlewisko jakie istniało na całych stepach. Wielkie bagno, władca bagienek i moczarów. Traper machinalnie bazgrał patykiem bagiennego potwora. Wielka koślawa paszcza, nie, lepiej dwie paszcze. Zęby. Łapy z pazurami... - Podźgał patykiem grunt dookoła wyskrobanych linii – ...no i komary. Dużo komarów.

Na tych bagnach także te cholerstwa nie chciały ginąć w zimie.

Klaus przewrócił się na bok zamazując przy tym wyskrobany rysunek. Ściana nie była wiele bardziej interesująca. Kilka kamieni ozdobionych jakimiś esami-floresami, jakie odkopał przy okazji rycia chaty. Kłącza jakimi powiązał gałęzie. No i ozdoby od Arai. Póelfka najpierw sprała go tak, że nie mógł się ruszać, a potem ozdobiła ziemiankę. Stary zwiadowca pomasował dawno wygojone siniaki. Strzała pod żebro. Traper ponuro pokiwał głową po raz chyba setny, tak, strzała pod żebro. Z daleka. Po raz drugi się do niej nie zbliży.

Raz jeszcze kiwnąwszy głową, utwierdzając się w przekonaniu o słuszności swej strategii Klaus opadł na plecy, patrząc się na podparty na gałęziach i przykryty darnią sufit.

Nie wiedział tak po prawdzie co o niej myśleć. Żeby się chciała zdecydować. Wynajęła, raz, obiła dwa, potem ozdobiła chatę, potem jak była chora, to miała w dupie jego własną, Klausa pomoc, potem szła z nim na bagna i pomagała jak mogła, potem nie chciała gadać całymi dniami. Raz wróg, raz towarzysz. Raz obce niewiadomo co. Stary zwiadowca mógł zrozumieć częściowo, no w końcu kobieta no i „pani”. Ale to była już przesada!

Nie rozumiał jej.

Najgorsze było milczenie. Lato latem, ale Klaus nie był przyzwyczajony do spędzania zimy nie odzywając się ani słowem! Zimą siedziało się przy ognisku, piło zrobione na jesieni piwo i jak się dało miód, i opowiadało. Przy ogniu, bądź na leżąc na piecu. A tu? Za diabła.

Ile razy chciał zagadać! I nic. Posłucha, pokiwa głową. Zada parę pytań. Posłucha jeszcze trochę. A potem milczy. Co za licho?!? Kończyło się to najczęściej, tym, że Klaus też tracił ochotę do rozmów. A czasem i wynosił się do swojej chaty. Siąść przy ognisku z towarzyszem, jasne, miło jest. Ale siedzieć, milczeć, wgapiać się i zastanawiać co też nieludziowi po głowie chodzi, kiedy tenże nieludź milczy, milczy i milczy... to nie był odpoczynek. To już samemu byłoby łatwiej.

Klaus westchnął ciężko. Przynajmniej na bagnach zaczęła sobie jako tako radzić.

Jako tako. Co oznaczało, że nie zwabiała już całego cholerstwa z mili dookoła. Teraz ściągała je tylko na dwieście kroków.

Do jednego jej się nie przyznał, a ona sama zauważyć tego nie miała jak. Połowę poczwar łażących na tych cholernych moczarach, traper widział pierwszy raz na oczy. Dziwadła. Kto to widział, żeby kolonia ślimaków właziła na drzewa, czekała aż coś przejdzie i spadała z gałęzi nastawiając pijawkowate mordy? Albo to coś co doczepiło się do pleców Arai? Zgroza. Ni to pająk, ni to rak, z tyłu wężowaty ogon, do pływania! Cholerstwo. Czarno-brązowe, zlewające się z korą. I jadowite, jak Klaus miał okazję się przekonać. Zabrał to coś ze sobą, rozciął nożem i namoczył kilka strzał w wydzielinie ze cieknącej ze żwaczek. Na przygodnego węża zadziałało jak marzenie.

Dobrze, że półelfka miała skórzane okrycie. Diabelstwo nie zdołało się przebić, pomimo usilnych prób. Na szczęście. Araia niosąca na plecach kołczan nawet nie zauważyła dodatkowego ciężaru!

Sam Klaus zastanawiał się jak powinien zabrać się do zrobienia sobie płaszcza z kapturem. Takiego z grubej skóry, co chroniłby go od takiego pomiotu. Co upolować?

Traper zagapił się na deszcz za otworem wejściowym chatynki.

Celów do polowania było sporo. Ale mało co miało futro. A futro by się przydało, choćby na zimniejsze noce. Dwa, ciężko będzie znaleźć cokolwiek, żeby wygarbować i zabezpieczyć skórę. W tej cholernej na przemian deszczowej i mglistej pogodzie, bez solidnego zabezpieczenia skóra zgnije błyskawicznie.

Trzeba by poszukać paru roślin. Takich, których w pobliżu nie było. Sprawdził. Dwa, przytaszczyć tu. Trzy, znaleźć jakieś sensowne naczynie na garbowanie.

No i cztery. Poważne cztery. Trzeba było znaleźć suche miejsce – a jedynym naprawdę suchym było Miasto.

Miasto...

Zwiadowca odwrócił głowę w stronę, w która za ścianą lepianki było wejście. W nocy robiło upiorne wrażenie. Zwłaszcza w chmurną noc, bez gwiazd i księżyca. Gdy wzrok przywykał do ciemności, a ognisko gasło, wejście było jedynym widocznym obiektem. Oświetlone bijącym z dołu światłem. Upiorne zarysy wejścia i schodów. Jak morda wielkiego potwora wystająca z ziemi, czekająca na ofiarę.

Jak duch. Jak upiór. Widmowy, nierealny. Jakby tylko ono istniało w ciemnościach.

Miasto. Nie był tam od tego pierwszego i jedynego razu. Nie mógł jakoś zebrać się aby tam pójść. Choć oczywiście pójdzie, za czas jakiś. Ale na razie jakoś... nie miał ochoty. Przez Araia, po części. Ale głównie przez własne obawy. Śnił o nim. Wielkie domy. Kwiaty. Strach. Zapadanie w pustkę.

Dziwne sny. O polowaniu, pościgu za dziwną zwierzynę, pomiędzy domami. Zdobycz zmieniała się, jak cień. Nie dało się jej zobaczyć, jakby była upiorem.

Niedawny sen, ten z przedostatniej nocy był odmienny. Śnił o walce. O dymie i ogniu. O fali atakujących. O strachu, oczekiwaniu. Krwi. A potem o czymś czego nie zapamiętał, może zapamiętać nie był w stanie. Obudził się się z krzykiem.

Potrząsnął głową międląc w sękatych dłoniach połę ubrania.

We śnie widział wielkie domy miasta. Równie wielkie tłumy walczących, machających mieczami. Strzelających z łuków. Krzyczących na wrogów. Karmazynowe słońce. I co najdziwniejsze czuł potrzebę bronienia tego przeklętego miejsca.

Potrząsnął głową raz jeszcze usiłując pozbyć się obrazów które nie chciały się od niego odczepić. Serce bagien źle na niego działało. Teraz po kilku tygodniach nie był też już tak pewien, czy naprawdę było tak dobrym miejscem do zamieszkania.

Gdy był za pierwszym razem, wziął na pamiątkę kwiat. Kilka dni później zajrzał do sakiewki. Była pusta, poza odrobiną pyłu.

Czy to samo stało by się z nim, gdyby tam zamieszkał? Wzdrygnął się. To była jedna z wielu spraw dotyczących Miasta o jakich wolał nie myśleć.

Klaus pokręcił się chwilę, starając wygodniej umościć na słomie.

Deszcz wciąż padał.
 

Ostatnio edytowane przez Wellin : 31-10-2010 o 01:41.
Wellin jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:38.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169