Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 13-07-2011, 23:20   #1
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 112 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
[L5K][III] Dwanaście Masek - Shiro Tengu

Rozdział trzeci - Zamek Goblina


Są dwa rodzaje głupców: ignorant i prawdziwie głupi.

Ignorant włoży rękę w ogień, gdyż nie wie, że ten go sparzy. Poparzony, nie uczyni tego więcej.
Prawdziwie głupi wciąż będzie wkładał rękę w ogień, gdyż nie będzie się uczył.

- "Dowodzenie", Akodo.

Ucz się przeszłości, bo co się wydarzyło, dzieje się. Co się wydarzyło, zdarzy się. Rozumiejąc przeszłość, uczysz się jak się zachować teraz i przygotować na przyszłość.

Jak kurczowo lgniemy do pięknych kłamstw.
- "Małe prawdy"

Strzeż swych słów troskliwie, bo twoim jest każde jedno z nich.
- "Tao Shinsei"

Wybór mniejszego zła, to ciągle wybór zła.
- powiedzenie nieznanego ise-zumi


Shiro Tengu, Zamek Goblina, terytorium Klanu Żurawia; początek miesiąca Hantei, wiosna.


Przełęcz Beiden była zdecydowanie najbardziej znanym górskim szlakiem w całym Cesarstwie. I równie zdecydowanie była szlakiem najbardziej kontestowanym.

Kontestowały ją Żurawie, wskazując na stare dokumenty, słowa dworskich dygnitarzy sprzed wieków, rozkład ziem oraz fakt, że ich zamek jest najbliższy tej przełęczy.

Kontestowały ją Lwy, wskazując na to, że leżące na uboczu Shiro Tengu ciężko nazwać zamkiem, że najbliższe na szlaku jest Shiro Matsu, na przelaną krew, której najwięcej było Lwa, wreszcie na mobilność i liczność swoich armii, które jak żadne inne będą w stanie strzec tak licznego szlaku.

Kontestowały ją też Skorpiony. W połowie nie tak głośno i elokwentnie, lecz nieustająco. Kontestacje Skorpionów były rzadsze, mniej uporczywe, lecz - paradoksalnie - przez to skuteczniejsze. Sama rzadkość ich próśb, z ich starannym przygotowaniem, dawały temu klanowi chętniejsze ucho linii cesarskiej, niż nieustająca natarczywość Prawej bądź Lewej ręki Cesarza.

Kontestacje jednak nie dawały przewagi nikomu. Przełęcz Beiden miała póki co, innych władców.

Kupców. Bandytów. Pielgrzymów. Podróżnych. Paru wytrawnych karczmarzy, którzy stworzyli tam zajazdy gotowe odeprzeć atak mniejszych grup, pod flagami mającymi zapewnić neutralność, odpowiednio daleko od pól bitew, by nie być branymi pod uwagę przez wojskowych strategów, a odpowiednio blisko, by klany pragnące poznać wyniki starcia miały gdzie umieścić swoich obserwatorów.

Tak - już całe stulecia Beiden Roka efektywnie pozostawała ziemią niczyją.

Lub - jakby powiedział jakowyś shugenja - ziemią yorei.

Kontestacje, w końcu, prędzej czy później kończyły się bitwą.
 

Ostatnio edytowane przez Tammo : 17-07-2011 o 12:59. Powód: [... rozszerzenie tutaj]
Tammo jest offline  
Stary 15-07-2011, 09:15   #2
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 112 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
Las nieopodal Shiro Tengu, terytorium Klanu Żurawia; 2 dzień miesiąca Hantei, rok 1114


Biegli.

Biegli przez las, szeleszcząc, trąc o gałęzie, gubiąc coraz to nowe kawałki przebrania. Myśliwy biegł ostatni, bo coraz to stawał i nasłuchiwał, do tego trochę kulał, bo prawie kopnął go ten rozszalały wałach, kopyto na szczęście jedynie go musnęło. I wspominał.

Baba strzeliła. Przodkowie chyba naprawdę prowadzili jej ramię, choć dotąd powiedzonko pasowało bardziej na samurajski frazes, którym można było sobie bezkarnie gębę wycierać. Myśliwy był świadkiem wielu ostatnich chwil samurajów i wiedział, że ci krwawią, srają i umierają jak każdy heimin. A czasem nawet podlej. Łasice nie wywodziły się tylko z kasty szlachetnych, ale tych ostatnich częściej miały za przeciwników. Coś takiego jednak, jak pokazała ta baba było... niepokojące. Wciąż pamiętał jej oczy i bijący z nich spokój. Krwawiła, mocno krwawiła, sama przyspieszała swoją śmierć tym szaleństwem i - wiedział to - miała to gdzieś. Dlaczego? Bo strzelała.

Wspominając lot tej strzały, jej spojrzenie, beznamiętnie przesuwające się po nim i spoczywające na młodym Yugo, poczuł dreszcz. Miał silne wrażenie, że rozważała go za cel.

Nie dlatego, że był bliżej, dlatego, że był groźniejszy.
Budziło to w nim liczne uczucia. Przede wszystkim ciekawość. Ekscytację. Miał wrażenie, jakby się... wzajemnie rozpoznali.

Wspomnienia przerwały odgłosy. Machinalnie stanął, przyklejając się do pnia sporego klonu.

Przygotował łuk i czekał, uspokajając oddech.

Myśliwy nie zwykł się chwalić. W juzimai nie miał wysokiej pozycji, niewielu wiedziało, jak dobrym jest łucznikiem. Nawet ci nie wiedzieli, jak skutecznie poluje. Dlatego, że polował sam, dlatego, że jego zwierzyna była martwa na koniec polowania, wreszcie dlatego, że on nie interesował się niczym więcej. Nie mówił nic, czego nie musiał powiedzieć, odkąd samurajski kaprys pozbawił go rodziny, nakazując przekazać parę bu "jego panu, za zniszczenie własności". Kiedy inni wyolbrzymiali swoje dokonania, on - wręcz odwrotnie. Nie interesował go posłuch, poklask, nie interesowali go inni.

Odgonił wspomnienia. Zaczął oddychać brzuchem, jak uczył go dziadek, myśliwy, i jak dziadka uczył jego dziadek.

Nadciągało trzech samurajów Żurawia. Uzbrojeni, opancerzeni, biegnąc... Byli głośni, truchtając niespiesznie w stronę uciekających.

Łasice dotąd uważały ten teren za zaskakujący. Z jednej strony, niepokoił nieznanym. Nie wiadomo było czasem, czego i kogo się tu spodziewać, kto może trafić się na szlaku, jak tutejszy urzędnik zareaguje i co zrobi na wieść o bandytach, co zrobią tutejsi samuraje. Z drugiej strony, wielu tutejszych było... głupcami. Najprostsze numery, na które przy Shinomen nikt by się nie nabrał, tutaj działały.

Jak choćby i ten. Łasice wszystkie uciekały w jednym kierunku. Jeden z nich zostawał z tyłu i kładł paru wrogów. Pogoń traciła entuzjazm, Łasice skręcały - zacierając ślady. Efektem było, że kiedy szlachetni i czcigodni panowie decydowali się znowu gonić "rzezimieszków" - tym razem, licznie, a najchętniej rękoma ashigaru - to pozostawali przekonani, że 'przycisnęli' łotrów tak, że Ci musieli się ostrzeliwać. I nawet nie zakładali, że ktoś uciekający "w takim popłochu" mógłby skręcić albo - co gorsza - uciekać od razu w złym kierunku.

Zanim ktoś w pogoni na to wpadł, "rzezimieszki" były już daleko.

Dobrał trzy strzały togari. Zbroja nie liczyła się dla takich jak on. Nie liczyła się, odkąd dziadek pokazał mu, jak wyrabiać strzały. Odkąd zabił pierwszego pana Hida, czarnego niczym sztolnia kopalni, w której pracował jego ojciec i wielkiego niczym góra, wznosząca się nad nią. Jeśli nie liczyła się zbroja i siła Kraba wobec cichej strzały, to co mogły uczynić Żurawie?

Umierać.

Pierwszy strzał przeszył mempo, twarz i głowę samuraja z prawej. Ten był nieco z tyłu od pozostałych - myśliwy wybrał go właśnie z tej racji - liczył na to, że zaniepokojeni jego upadkiem towarzysze się obrócą, stając się przez to jeszcze łatwiejszym celem.

Częściowo się udało. Z dwu pozostałych bushi, jeden obrócił się do padającego towarzysza i rzucił ku niemu z okrzykiem. Drugi zareagował lepiej: dobył broni i runął do przodu.

Nie miało to jednak znaczenia: ten co się obrócił padł od drugiej strzały - wbiła się w kark, wyszła przez gardło.
Trzeciemu myśliwy pozwolił pobiec chwilę, zorientować się, że nie widzi wroga, zwątpić, zwolnić...

Puścił trzecią strzałę, kiedy tamten był dziesięć kroków od niego. Zaskoczenie nie zdążyło zejść z twarzy pana samuraja, nim uszło zeń życie. Myśliwy nie patrzył. Truchtał już cicho za swoimi, zacierając ślady.

I wspominał. Znowu.

* * *

Strzeliła raz. Podrzut łuku, struga jej krwi, niesamowity, nadludzki wyraz skupienia na twarzy, puszczona cięciwa. Ciarki przeszły go na samo wspomnienie.

Yugo charknął tylko, biorąc strzałę w brzuch. Myśliwy skrzywił się odruchowo, na myśl o olbrzymim bólu, jaki ten nieszczęsny głupiec musiał wtedy poczuć.

Szczęśliwie niedługo - Łasice nie pozostawiały towarzyszy. Stróż wpierw dał sygnał o nadciągających, potem wykończył pechowca. Maro lubiła mawiać, że nikt z Łasic nie zdradzi. I była to prawda - trupy nigdy nie zdradzały.

On sam jak tylko skoczył za konia, to pobiegł dalej. Za wóz. Tak, by koń przedzielał go od niej. Po drodze zgarniając głupca, którego imię było nieważne, nie po tym, jak sfuszerował tutaj strzelając przedwcześnie. Myśliwy typował go na następnego, co weźmie na siebie gniew Maro. To nigdy nie kończyło się dobrze dla ofiary.

Zastanawiał się tylko, dlaczego zrobił jedną rzecz. Dlaczego, kiedy dostrzegł jej kołczan, zabrał go, co sprowokowało rozeźlonego już wałacha. Działał wtedy instynktownie, ale zwykle rozumiał takie rzeczy. Zwykle pamiętał, co takiego kazało mu postąpić, jak postąpił.

Nie tym razem. Nie wiedział ani dlaczego zabrał jej zapasowy kołczan, ani dlaczego wystrzelił jedną strzałę zeń, w jej stronę. Wichrując jej lotki, ba, niektóre wręcz wyrywając.

Co by to miało przecież być? Wyzwanie?
 
Tammo jest offline  
Stary 15-07-2011, 09:17   #3
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 112 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
Rozstaje dróg między Kosaten Shiro i Shiro Tengu, terytorium Klanu Żurawia; 2 dzień miesiąca Hantei, rok 1114


Na drogach trwało spore zamieszanie. Przybyli bushi Żurawia zakręcili się chwilę, padły rozkazy. Część Daidoji zsiadła z koni i ruszyła w las, trójkami, część została na miejscu, dwie główne grupy ruszyły dalej drogami.

Na miejscu, na szczęście dla rannych, zostały też dwie postacie w zbrojach nałożonych na dworskie kimona, z których każda przyklęknęła nad jedną z wykrwawiających się kobiet.

* * *

Sakura usłyszała melodyjną kadencję, rytmiczny zaśpiew i zaraz potem cichy okrzyk zdumienia kogoś, kto przykląkł przy niej:
- Kansei!

Zaśpiew umilkł i ktoś nagląco krzyknął:
- Wuju!
- Nie teraz! - przyszła odpowiedź, wyraźnie napięta.
- Och nie - szepnął ktoś i po głosie Sakura miała wrażenie, że oklapł.

Budziło to irytację, lecz zbyt słabą, by coś z całą tą sytuacją zrobić.
- Wiem! - rzekł klęczący obok znienacka, z nutą triumfu - Najpierw oczyszczę! Och! - dodał znowu - Ale mogę nie zdążyć...

Teraz była już pewna. Shugenja. Młodziutki. Może w jej wieku nawet. Chłopiec, tak naprawdę. Gdzieś w sobie Sakura miała ochotę jęknąć.

Chłopak tymczasem począł odwracać ją na plecy i unosić. Kiedy odgarnął jej włosy z czoła, zamarł.

- Kirei... - wyszeptał, patrząc na nią z podziwem. Dotyk jego palców, dłoni, dotąd delikatny, teraz stał się wręcz czuły, choć Sakura nie podejrzewała, że to świadome. Wzrok chłopaka przeczył temu. Był tak młody, jak wskazywał na to jego głos. Na twarzy nie miał jeszcze śladu zarostu. Tradycyjna samurajska fryzura ledwo co miała dość włosów na głowie by w ogóle zaistnieć. No i miał smukłe, typowo chłopięce rysy twarzy.

Obecnie jednak co innego stanowiło problem. Nawet balansująca na krawędzi świadomości kobieta rozumiała, że ten człowiek, to jej szansa na wyzdrowienie.

Pod warunkiem, że miast się w nią wpatrywać jak sroka w kość, czy ją czule podtrzymywać, zacznie coś robić.

- HONOOOU YOBIDASU! - rozbrzmiał gromki okrzyk, któremu w oddech może później, asystować rozpoczął pełen bólu, wysoki, kobiecy jęk agonii.

Daidoji - ci, co pozostali - zamarli, gotowi do akcji, z dłońmi na włóczniach, łukach czy rękojeściach mieczy, wpatrzeni w sytuację, która znienacka zaczęła nosić znamiona tortur.

- Właśnie tak Pani! - krzyknął donośnie ten, który przed chwilą przyzwal płomień. - Krzycz, głośniej!

- O dobre duchy - rzekł wpół-przerażony i wpół-zafascynowany chłopiec. - Wuj przyzwał płomień, czyli wypala rany. O, na mądrość Jurojina, to znaczy, że strzały są zatrute! Eto, eto.. Eto...

Kiedy poszarzałe wargi chłopca zaczęły odmawiać modlitwę do Jurojina, Sakura rozluźniła się na chwilę. Na chwilę, bo wkrótce dotarło do niej, że shugenja prosi o mądrość potrzebną by podjąć dobrą decyzję.

- Jestem potomkiem Mistrza Ognia, Kitsu Taiko. Jestem potomkiem Mistrza Ognia, Kitsu Taiko. Jestem potomkiem Mistrza Ognia, Kitsu Taiko. NA PEWNO mi się uda. O, Jurojinie!

- Honoou yobidasu - krzyknął, młodzieńczo załamującym się głosem, chłopiec.

A potem Sakura usłyszała własny agonalny jęk, kiedy płomienie ogarnęły jej rany.

* * *

- O, szlag. Współczuję takiego, psia mać, uzdrawiania - rzekł Daidoji Oe Saguro słysząc krzyki.
- Tak jest podczas bitew, hohei - rzekł napominająco ich dowódca, Daidoji Akamizu - kiedy umierasz, krzyczysz. Kiedy Cię z tego zawracają, też krzyczysz. A jak wypalają ranę, to nie krzyczeć potrafią tylko Daidoji, Hida, czy Hiruma. No i Matsu. To im trzeba przyznać, oni warczą z gniewu, że ranę w ogóle dostali.

Akamizu służył z daimyo Shiro Tengu, jeszcze jako ronin. Po latach wspólnych kampanii i bitew, ich pan przyjął go do rodziny, choć bez prawa dziedziczenia, nadając mu imię Akamizu, podobno na pamiątkę ich dawnego powiedzenia. Z nich wszystkich, to on właśnie był najbardziej obyty w walce, lecz odkąd pozostali oficerowie dowiedzieli się, że kiedyś był roninem, pomiędzy nimi powstała głęboka przepaść. Dlatego oddział Akamizu zawsze dostawał najmniej ciekawe zadania. Tak, jak teraz. Kiedy inni szukali bandytów, oni tkwili na trakcie, gdzie tamci na pewno się nie pojawią. Tak to przynajmniej widział Saguro. Nie on jeden zresztą miał o to żal do dowódcy.

- Te kobiety się hańbią - rzekł ze złością Doji Ute Rensei - Samuraj nie jęczy ani nie krzyczy z bólu.
Akamizu spojrzał nań z politowaniem, pokręcił głową nad nim i rzekł:
- Jak umierasz, Kakita-san, nie jesteś TU. I nie Ty krzyczysz. Tylko ciało.
- Samuraj ma kontrolę nad swoim ciałem - odrzekł pogardliwie Doji - Ja mam. Nigdy nie zhańbiłbym...
- W takim razie to prosta sprawa - przeciął jego słowa były ronin - Jutro na apelu, przy wszystkich przywiążę Cię do pala i zacznę chłostać, by pokazać wszystkim innym jak nie krzyczy prawdziwie honorowy samuraj. Uderzę Cię tysiąc razy, a Ty nie poruszysz się, nie zemdlejesz ani nie krzykniesz, bo jesteś honorowym Doji i prawdziwym samurajem. Ah, i nie umrzesz, bo Twój pan Ci na to nie pozwolił. Tak? Podtrzymujesz swe słowa, Doji-san?

Umilkły krzyki. Zapadła też cisza wśród wartujących. Rensei pobladł z gniewu, lecz jedynie nagłą sztywnością, a jeszcze bardziej pałającymi oczyma krzyczał na reprymendę. Nie powiedział ani słowa.

Akamizu podniósł się, i głośno, by być słyszanym przez wszystkich swoich ludzi rzekł:
- Samuraje! Walczyłem w bitwach. Jeśli nie macie na swoim koncie więcej bitew niż ja, nie wolno Wam mówić o hańbie. Ci, którzy to zrobią, słowem lub czynem dadzą któreś z tych samurai-ko do zrozumienia, że ich honor może być zakwestionowany, będą mieli okazję, by pokazać, że sami na ich miejscu sprawią się lepiej. Możecie podziękować panu Rensei za natchnięcie mnie takim pomysłem.

Zapadła cisza. Saguro zazgrzytał zębami. Za każdym razem, kiedy któryś z nich startował do dowódcy, obrywali wszyscy.

Shinahara patrzył całą rozgrywającą się tutaj na scenę całkowicie beznamiętnie. Reszta oddziału mogła uważać Akamizu za gorszego, z racji jego przeszłości, słusznie. Lecz lekceważyć jego umiejętności było kompletną głupotą. Shinahara nie miał zamiaru szarpać się na kogoś równie dobrego, w dodatku cieszącego się zaufaniem pana na zamku. Jego towarzysze z oddziału byli bandą głupców, ale to mu nie przeszkadzało. Dzięki temu jego życie było znacznie prostsze.

Shinahara miał w życiu większe zamierzenia, niż tylko spędzenie całego życia w Shiro Tengu, którego daimyo osiadł już na laurach i zaprzestał wspinania się w górę. Shinahara był ambitny i taki daimyo nie pasował mu. Jeśli pozostawić rzeczy takimi jakimi były, za parę lat pewnie awansuje na nikutai, potem po dekadzie, na gunso. To tempo budziło w nim pogardę, stopień gunso mógł być najwyżej przystankiem w drodze, ale nie jej końcem.

Zwłaszcza, jeśli miało się możliwości. A na brak tych Daidoji się nie mógł uskarżać. Jeszcze przed gempukku skontaktował się z nim brat jego matki. Wuj interesował się nim, jego służbą, zamkiem i perspektywami, jakie dawała służba tu komuś takiemu jak jego siostrzeniec. Shinahara uśmiechnął się lekutko wspominając, jak zainteresowanie dużo starszego wuja pochlebiło mu wtedy. Skorpion na pewno doskonale o tym wiedział. Samymi pochlebstwami i uwagą, wyciągnął od niego wszystko, czego wtedy potrzebował. Daidoji przyznawał jednak przed sobą samym, że wuj potraktował go dobrze. Dzięki pieniądzom krewnego właśnie, mógł pozwolić sobie na lepszą broń niż miałby normalnie. Dzięki jego wskazówkom, znalazł zdolnego kowala - heimina, nie szlachcica - który za koku wykonał lepszą robotę, niż zamkowy kowal zrobiłby za dziesięć.

Ostrza, których ciężar miał za obi, były odnowione i utrzymywane, lepiej, niż ostrza każdego innego bushi, może poza bogatym Doji i weteranem Akimizu.

I to na gempukku okazało się zbawienne. Do dziś ludzie pamiętali jego występ, jego pięknie odnowione ostrze. Wszyscy wiedzieli, że jest biedny, że śmierć jego ojca sprawiła, że w domu było mniej pieniędzy, że jego 'opiekun', część jego pieniędzy po prostu chowa do własnej kieszeni. Po gempukku jednak zauważono, że jego ekwipunek jest zawsze gotów. Czysty, odnowiony. A przecież to musiało wymagać wiele wysiłku i starań. Kosztów. Samodzielności. Plotki zrodziły opowieści. Te zrodziły reputację. Tę zaś, nie było trudno podtrzymywać.

Nadal jednak, Shiro Tengu stanowiło klatkę. Z której ciężko było się wydostać. Chyba, że trafiały sie takie okazje, jak np. ta.

I dlatego Shinohara obserwował wszystko, bardzo uważnie. Poczynania Isawa, odnotowując ich wiedzę i technikę. To, jak przeszkadzały im narzucone przez Asahina-karo zbroje, który nie chciał nawet słyszeć o tym, by tak szlachetni goście mieli wyruszać w podróże bez nich.

Poruszenia towarzyszących ich Shiba, którzy z naginatami czuwali nad shugenja, okrążając ich, lekko kręcąc brońmi. Obserwując bushi Feniksa, Daidoji rozumiał, że tamci znają sztukę odbijania strzał i kładą ufność w swoim jej wykonaniu. Sam znał tak teorię jak i technikę stojącą za tym, ale na pewno nie stawałby równie pewnie pomiędzy łucznikiem a jego celem.

Doskonale wiedział, że bandyci teraz nie zaatakują. Było oczywiste, że tamtym nie zależy na konfrontacjach ze zbrojnymi. Taka konfrontacja zmusiłaby ludzi w zamku do uznania sytuacji, do zajęcia się nią na poważnie. A tak, dawali oni juzimai wolną rękę, o co tamtym tak naprawdę chodziło.

* * *

Sfrunął niemal z konia, śmiesząc zbroją zapiętą na dworskim kimonie. Isawa Maguro. Tuńczyk. To na pewno od policzków. Miał pucołowate niczym tuńczyk, policzki. Przykląkł przy niej, sięgając z miejsca po strzały oraz do jej ran.

Był tak skoncentrowany, tak przejęty jej stanem, że nawet nie zauważył, że ona go obserwuje.

- Krzycz - rzekł cicho - Pamiętaj, by krzyczeć, jeśli jeszcze możesz. Duchy powinny słyszeć Twój głos i Twój ból, pani Akodo.

A potem ogarnął płomień strawił jej kończyny. I jej furiacki jęk, bo miał rację, kiedy zakładał, że mogła być zbyt słaba, by krzyczeć. I trzask strzały o zwichrowanych, powyrywanych lotkach, złamanej w jej dłoni.

-----------------------------
honou - płomień
yobidasu - przyzywam
eto - wieloznaczne słówko, można przetłumaczyć jako "to", "w takim razie", "zatem". Często używane na początku zdania, lub przy namyśle.
 
Tammo jest offline  
Stary 15-07-2011, 09:18   #4
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 112 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
Nieznane miejsce, nieznany czas



Otworzyła oczy w całkowitej ciemności. Czerń była tak głęboka, że wręcz namacalna. Ulegając pokusie, wyciągnęła przed siebie rękę. Potem drugą.

- Yanagi, głuptasie co robisz?

Śmiech Michiko. Szybko odwracając się, dostrzegła siostrę, czekającą na nią kilkanaście kroków dalej, bawiącą się wiatraczkiem.

Wiatraczek - prezent wujka Etsuyi, który dziś przybył z wizytą. Biały, papierowy wiatraczek na patyczku, malowanym jasno czerwoną farbą. Michiko miała wtedy osiem lat i nie chciała bawić się wiatraczkiem, ale widząc minę siostry, poszła z nią na polanę.

Puszcza się pędem za siostrą, jak wtedy. W chwilę później są nad rzeką. Jest ciepło, wiosna. Kwiaty zaczynają kwitnąć, powietrze wypełniają rozmaite zapachy. Obserwując małą siebie biegnącą za małą Michiko, uśmiecha się. Wie, co za chwilę się zdarzy. Znajdą wodnego węża, martwego, a właściwie tylko jego zrzuconą, martwą skórę. Ale Michiko będzie bała się do niego podejść, a ona nie. I weźmie tego węża, a potem go nią postraszy i tak dostanie wiatraczek. Uśmiecha się, wspominając dziecięcy triumf nad siostrą i to, jak Michiko dąsała się na nią potem.

I oto jest. Zielono-czarny. Spory, leży, nieruchomo, na brzegu. Obie stają, na moment ogarniając to nowe znalezisko. Wiatraczek idzie w zapomnienie. A potem...

- Masz - mówi dziwnym, napiętym głosem Michiko i rzuca siostrze wiatraczek. Yanagi łapie go, pierwszy raz słysząc dziwne skrzypienie, kiedy wiatr obraca jego małe, papierowe skrzydła. Ma poczucie, że dzieje się coś NIEWŁAŚCIWEGO, kiedy Michiko spokojnie kuca nad wężem i sięga po niego ręką. Kiedy z zimną fascynacją porusza martwym gadem i otwiera mu paszczę.

Niepokoi ją nagle nieobecne zachowanie siostry. Porzucenie wiatraczka. I to narastające skrzypienie.

Wiatraczek nie powinien tak skrzypieć. Nie powinien. Zatrzymuje go, zacinając się.
- Auć - mówi, jednocześnie uświadamiając sobie, że odgłos nie ustał. Że dochodzi tak naprawdę zza niej.

Odwraca się, unosi w górę głowę. Stoi teraz w cieniu, zadzierając wzrok, patrzy na poruszający się powoli wiatrak. Duży, wysoki, wznoszący się urągliwie w niebo. To on tak skrzypi. A raczej nie tyle on ile zawieszony na jednym ze skrzydeł workowaty kształt. Worek mąki? Skrzydło wiatraka opada.

Wisielec. Wpół zżarty przez kruki kadłub człowieka, o twarzy rozoranej ciosem ostrza, wgniecionej maczugą, karykaturalnie wygiętych kończynach.

Jego twarz, to czerwono-czarne, ruchome od robaków mięso.

Nieruchomieje. To nie tak było. Nie było wisielca. Jednocześnie orientuje się, że to nie wiatrak skrzypi. To skrzypi przecierający się sznur.

Naraz rozumie, że wisielec wcale nie jest martwy. Że on dokładnie wie, że ona tam jest. Że wie o sznurze. I tylko czeka na jego przetarcie się. Bo w pobliżu jest mięso.

- Michikooo! - drze się, zaalarmowana - Michikoo, musimy uciekać!

Ale od strony Michiko nic nie słychać. Yanagi skacze więc do siostry, wciąż siedzącej nad brzegiem rzeki, skacze tym szybciej, że słyszy trzask pękającego sznura i niezgrabny łomot mięsa opadającego na ziemię z mokrym gruchotem, biegnie, cała spręża się do biegu z wiatrem w zawody... tylko, że nie może. Przesuwa się rozpaczliwie powoli. Jest niema. Nie może krzyczeć. Nie może obrócić się. Michiko oddalona jest o dwa kroki. Lecz pierwszy krok Yanagi trwa kilkanaście oddechów. Ciężkich, spazmatycznych i charkotliwych oddechów, przerywanych odgłosami chrupotu kości i dartego mięsa za nią.

Wisielec wstaje. A może już wstał? Może już biegnie za nią? Może już wyciąga po nią swoje pokraczne, połamane ręce? Może jego mięso-twarz już rozwiera pusty otwór, z niewielkimi wypustkami żółtych, połamanych zębów, by ją pochłonąć?

Z ulgą niemal wita potężne uderzenie, które zamiata ją na bok, rzuca ją na ziemię.

Przez moment leży tam, jak odurzona, czując odrętwienie i ulgę.

"Cokolwiek to było, poszło sobie. Zostawiło mnie. Jestem bezpieczna."

Ręka, dotąd kurczowo zaciśnięta na wiatraczku, rozluźnia się. Lecz patyczek wciąż klei się do palców. Jest lepki. Powoli, zaciekawiona ogniskuje na nim wzrok. Farba, zwałami mulistej, lepkiej czerwieni spływa z patyczka, klejąc jej palce. Farba?

Nie.

Krew.

Wtedy zapada ciemność, a ona zaczyna słyszeć krzyki siostry.

* * *

Michiko nie krzyczy cały czas. To nie krzyk kogoś ciężko rannego, rodzącej kobiety czy kogoś na torturach. To nie głos dziecka też, lecz raczej obecnej, dorosłej Michiko. To także nie wrzask.

Michiko nie jest bezbronna, wydana na ból, wobec którego nie może nic poradzić, lecz próbować znieść.

Michiko jest Akodo. Michiko walczy.

Słychać to w przyspieszonych oddechach, jej i jej napastnika. Okrzykach bólu, protestu. Po ciosach wreszcie. Coraz częściej po ciosach i coraz gorszych krzykach. Bo Michiko przegrywa. Bo jest słabsza.

Wokół jednak panuje całkowita ciemność. Yanagi nie widzi nic. Zupełnie nic. Jedynie słyszy.

Odgłosy darcia czegoś przeplatają się z łkaniem i krzykami bólu. Słychać podszyte strachem kobiece "precz!" i odgłos rozdrapania ciała, jak i klaśnięcie policzka. Chwila ciszy, przerywana wzburzonym dyszeniem. Głuche i wściekłe chrząknięcie. Bulgotliwy odgłos, jaki wydaje człowiek, kiedy otrzyma mocne uderzenie w żołądek. Klaśnięcie ręki o ciało. Sapanie, zagłuszone przez słaby krzyk, przechodzący w jęk. Łomot, kiedy ciało siostry rzucone jest na coś, co się przewraca.

Na koniec słychać bezradność, która budzi w Keiko własne wspomnienia.

- Nie! Zostaw! Sanzo! Ratuj! Proszę! Zostaw! Nieeeee...

Stało się. COŚ jej zrobiono.

* * *

Znowu są nad rzeką. Yanagi może już się poruszać. Pełna wstydu i troski podnosi się z ziemi.

Nieopodal kuca nad skórą wodnego węża Michiko.

- Michiko - bojaźliwie i niepewnie zaczyna Yanagi - Michiko? - dodaje głośniej, kiedy siostra nieruchomieje, milczy.

Michiko powstaje. Obraca się do siostry. Między nimi trzyma rozwartą skórę węża, zdartą przed chwilą z martwego gada. Przyciska ją mocno do swej twarzy.

- Nie pomogłaś mi - mówi niewyraźnie, cień jej ust porusza się pod coraz mocniej przyciskającą się do jej twarzy skórą - kiedy tego potrzebowałam. Zawiodłaś mnie. - Jej brwi znikają, przestają przebijać. Wzniesienie, tworzone przez nos, opada, równa się z policzkami, których krągłość zanika.

- Opuściłaś mnie. - Oczodoły wypełniają się, CZYMŚ. - Musiałam stać się taka. Musiałam wszystko stracić - słychać niewyraźny szmer spod bladej, drgającej skóry, pokrywającej teraz całą twarz siostry.

Nie ma już Michiko. Jedynie jej włosy falują na wietrze, piękną czernią tym bardziej podkreślając nieludzką bladość skóry gładko i równo zakrywającej miejsce, w którym była twarz.

A potem robi krok w jej stronę, a Yanagi czuje, że ona nie może jej dotknąć. Że nie może pozwolić, by to COŚ, ją dotknęło.

Bo sama tak skończy.
 
Tammo jest offline  
Stary 15-07-2011, 09:19   #5
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 112 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
- To wszystko nieprawda - uspokaja się sama, zamykając oczy, znów w ciemności. - Tak naprawdę jestem daleko stąd. Jestem w drodze na Przełęcz Beiden. Tak. Daleko stąd. To się nie dzieje.

W twarz uderza ją potężny podmuch wiatru. Targa nią, wyrywając z niej mimowolny okrzyk przestrachu samą nagłością zdarzenia.

Otwiera oczy.

Unosi się nad przełęczą. Olbrzymi szlak, w potężnym łańcuchu górskim. Pole niezliczonych bitew.

Właśnie teraz, złocisto-brązowa linia Lwów ściera się z purpurą i czernią Skorpionów. Dwa nienawidzące się klany walczą ponownie o dominację nad kluczowym dla Rokuganu szlakiem. Powodowana ciekawością stara się podlecieć bliżej, lecz nie ma władzy nad snem. Jest jedynie biernym obserwatorem.

Powoli szybuje w dół, coraz lepiej ogarniając widok starcia pod nią. Jest olbrzymie. Gigantyczne.

Szeregi zwierają się i odskakują od siebie, zostawiając zwały trupów. Posoka leje się strumieniami.
Przez głowę przemyka jej myśl, że jest jej tyle, by woda od niej poczerwieniała. Że może to właśnie TA, bitwa. Ta, której krwawość zrodziła tę straszną legendę, o krwawej wodzie i krwawej nocy.

W bitwie dostrzega kilkanaście oderwanych scen śmierci. Oto Lew prowadzi szarżę na łuczników i umiera. Tam Skorpion pada pod ciosami trzech lwich mieczy. Gdzie indziej atak na purpurowy mon nie udaje się i wiodący go Lew kona osuwając się pod stopy obrońców.

Zaczyna rozpoznawać te sceny. Zaczyna się zawsze tak samo - gdzieś na polu bitwy dostrzega słabą poświatę. Jakby walczący tam byli wyraźniejsi, jakby byli nieco bardziej kolorowi, nieco mniej od pozostałych... wyblakli.

Jeszcze kilka chwil postrzega to wszystko. A potem, bitwa szarzeje jeszcze bardziej. Blaknie niemal całkowicie. Po kilku chwilach, przełęcz pokrywa mgła, lub chmura niesiona wiatrem. I tylko te miejsca, pokryte delikatną poświatą, są zauważalne w szarej, gęstej brei.

Do tego czasu sama już się nie unosi. Nie dostrzegła kiedy, ale stoi już na przełęczy. Nieco powyżej pola bitwy, na skalnej półce - ścieżce. Ma swój łuk, mony. Czuje ciężar sayi za obi. Wiatr ustaje.

Raz jeszcze patrzy po bitwie, próbując zrozumieć. Przygotować się. Wtedy dostrzega ruch. Wszędzie tam, gdzie padł ktoś, kogo widziała; w każdym miejscu, które nie zblakło i zszarzało; tam, gdzie niespokojnie lśni ta dziwna łuna - coś się porusza.

Martwi powstają.

Powoli, niezręcznie, niewprawnie, podnoszą się na kolana. Krwawiąc z niezaleczonych ran, kikutów, powstają na chwiejne, zdrętwiałe nogi.

I PATRZĄ na nią. I patrzą na NIĄ.

Powoli ruszają w jej stronę, lecz ich ruchy krzepną, nabierają determinacji.

Yanagi zaczyna uciekać.

* * *

Ucieka przez korytarze Shiro no Uragiru. Kluczy, zamyka za sobą drzwi, przemyka pod meblami. Jest mała, zręczna, zna teren, w końcu to jej plac zabaw. To miejsce niezliczonych berków i chowanych.

Jedyna różnica to to, że tym razem, to nie jest zabawa. Oni jednak nadciągają, wciąż podążają za nią. Powoli, lecz nieustępliwie. Więc chowa się, jest małym dzieckiem i chowa się, tam, gdzie nie powinni jej znaleźć.

Ale znajdują. Otwierają drzwi.

- Przyszliśmy po ciebie - szepczą, szelestem robaków ocierających się o kamień - Nie obawiaj się. Chodź do nas - dodają, a ona słyszy jak ktoś sypie tłuste mięsiste larwy na stos, czuje niemal, jak te wijąc się, spadają jedne na drugie, toczą się w dół ruszającej się, drgającej sterty.

Czuje ciepło ognia i słyszy skwierczenie i szeleszczące zwijanie się palonej chityny, kiedy szepty zbliżają się, widzi ich niemal, jak poruszają się po pokoju, znikając za meblami, zlewając się z cieniami przy ścianach, sprawdzając kąt za kątem, zakamarek za zakamarkiem, skrytkę za skrytką.

W końcu są tuż. Zostały im dwa miejsca i ją znajdą. Szepty narastają. Jest gorąco. Płomień pali się chyba wprost pod nią. Jeden głos wybija się nad tłum, wyróżnia się szczególnie. Zna ten głos.

Doskonale go zna.

- Nie bój się Yanagi. Tata już tu jest. Nic ci się nie stanie. Chodź do taty - przymilnie prosi ów głos, pieszczotliwie nagli.
- Nie jesteś moim ojcem! - wściekłość przeważa nad strachem - On nigdy tak nie mówił! Kłamca!

To był błąd. To był błąd. Czuje, bardziej niż widzi, jak wszyscy w pokoju odwracają się ku niej.

Patrzą na nią. Bo dotąd jej nie widzieli. Dotąd nie wiedzieli gdzie jest. Dotąd była bezpieczna.

* * *

Młody Akodo powoli wchodził do pustego, śmierdzącego śmiercią domu. Szedł z jasną, lecz zaciętą twarzą, z dobytą rodową bronią, która wprawnie leżała w jego dłoni. Ostrze rzucało wesołe błyski, rozjaśniając niechętną i omszałą ciemność dawno zgniłego i porzuconego domostwa.

Ich domostwa.

Patrzyła nań, znad grotu strzały, znad konturu łuku i napiętej cięciwy.

- Witaj braciszku - rzekła w ciszy, puszczając mu strzałę w plecy.

Wciąż próbował się podnieść, kiedy zeskoczyła znad drzwi, gdzie przykleiła się do sufitu, równie pewnie jak on mógłby chodzić po podłodze.

Jej włosy owiały jej oblicze, mogła podziwiać ich kruczą czerń, przepyszną gęstość, skradzioną matce i Michiko.

Podniósł się w końcu, trening Akodo wzmocnił jego siłę honorem, widziała w jego oczach, że nie obawia się śmierci.

Stał przed nią z kataną, gotów do uderzenia, krwawiąc, nie zważając na to. Badając jej ruch. Nie naciągnęła łuku. Jeszcze nie. Pozwoliła mu dostrzec, wierzyć, że ma czas. Że zdąży ciąć jeśli ona wykona ruch.

Po prostu odgarnęła włosy, patrząc, jak rozszerzają mu się źrenice, jak rozwierają się usta w zaskoczeniu.

Wtedy strzeliła, jednym płynnym ruchem poderwała łuk i wpakowała mu strzałę prosto w krtań.

Zaharczał i padł, pusto zabrzęczała uderzając o podłogę rodowa katana. Schyliła się, lecz nie po ostrze, ono jej nie interesowało. Zręcznie dobyła zeń strzałę, wywołując potężny krwotok. Spojrzała w błyskawicznie mętniejące oczy, ciekawa uchodzącego życia... i ujrzała własne odbicie. Nie miała twarzy. Jedynie białą, bladą, gładką i mięsistą skórę.

Obudziła się w całkowitej ciemności. Spocona. Nieledwie drżąca.
 
Tammo jest offline  
Stary 15-07-2011, 09:21   #6
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 112 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
Seirei Mura, terytorium Klanu Żurawia



Gdy tylko pierwsze promienie wydobyły żywe barwy z wiśniowego parapetu w pokoju Sakury, dziewczyna podniosła się. Stanęła prosto, podeszła kilka kroków, aby wejść w smugę światła sączącą się, jeszcze niemrawo, do jej pokoju.

Złożyła głęboki pokłon Matce Amaterasu.

Podeszła do skrzyni, skąd wydobyła białe kimono. Wzięła je do rąk i wyszła na zewnątrz. Chłód poranka był orzeźwiający. Cisza - uderzająca.

Znała dobrze okolicę. Nie potykała się, nie szukała drogi, nie przystawała. Szła jednostajnym, niezbyt spiesznym krokiem w stronę niewielkiego strumyczka, który przepływał niedaleko miejsca, gdzie zwykle trenowała. Zbudowana tama i pogłębione dno gwarantowały wystarczającą głębokość, aby mogła się tam zanurzyć, jeśli pochyli się i przyklęknie. Czasami, tak jak teraz, jej drobna sylwetka okazywała się pomocna. O tej porze wszyscy jeszcze spali. I dobrze, bo nie było nikogo, do kogo Sakura chciałaby otworzyć usta. Nikogo, na którego chciałaby spoglądać. Doszła nie niepokojona do "rzeczki". Rozwiązała obi, powoli uporała się ze wszystkimi sznurami, podtrzymującymi warstwy jej wystawnego kimona.

Nieustannie, od momentu pokłonu, mając wrażenie, że "już to gdzieś widziała, już to przeżyła".

Dziewczyna zsunęła kimono, najpierw z ramion, aby zaraz potem pozwolić mu opaść na wilgotną, od powstającej rosy, ziemię. Kilka warstw przedniego jedwabiu spiętrzyło się u jej stóp, tworząc wzniesienie, z którego wyszła powoli, stawiając drobne kroki. Jej naga skóra zaraz pokryła się gęsią skórką, owiana porannym wietrzykiem, jednak ciepło wschodzących promieni, jakie przebijały się przez niskie drzewka rosnące wzdłuż strumyczka, ogrzało młodzieńczą cerę, przywracając jej na powrót alabastrową gładkość. Ręce Sakury uniosły się nad głowę, wyciągając po kolei wszystkie spinki i ozdoby z wspaniałego koka. Dziewczyna opuściła je dopiero, gdy wszystkie dodatki i ozdoby wylądowały na kimonie, a jej włosy spłynęły gęstą falą, otulając postać jak płaszczem.

Dopiero wtedy dziewczyna weszła do wody i stanęła w jej najgłębszym miejscu, aby po chwili zanurzyć się cała w jej niewielkiej toni.

Szemrzący strumyczek zakrył czubek jej głowy, zagarniając ze sobą nieśmiało czarne pasma, które wirowały w takt sobie tylko znanej melodii. Ptaki zaczynały swoje poranne trele, gdy po chwili, niewielka, młodzieńcza główka skryła się nad powierzchnią.

Pod wodą było zimno. Nie chłodno, ale zimno. Sakura natychmiast odczuła presję by wyjść, niemal uciekać. Że to nie jej miejsce. Ładnie wyglądająca woda nie chciała jej, raniła lodowatym zimnem, zmuszała by uważać z oddechem, grożąc śmiercią.

Tuż przy dnie była też czarna. Z jakiegoś powodu wzbudziło to w dziewczynie obawę, jakby patrzyła na przestrogę.

"Przybywam" - usłyszała nagle, tuż przy sobie. Tak ją to zaskoczyło, że nieomal krzyknęła. Krzyknęłaby, ale pod wodą wyszedł jedynie zdławiony, zachłyśnięty odgłos. Woda wzburzyła się, kiedy dziewczyna wystrzeliła z niej, wybiwszy się od dna, szukając powietrza.
W chwilę później, wciąż kaszląc i plując wodą, Sakura rozglądała się dokoła, podejrzliwie lustrując "rzeczkę" i ogród.

Nikogo. Nie było nikogo. Czując wciąż walące serce i coraz mocniej doskwierający chłód, dziewczyna szybko sięgnęła po kimono, nakładając je.

Było smoliście i łuskowato czarne. Nie białe. Sakura chciała zedrzeć je
z siebie, ale nie mogła. Kontynuowała zakładanie, niemo protestując, próbując zwrócić uwagę na zły kolor, nie ten dotyk, bezskutecznie, krzycząc na siebie samą w myślach, odczuwając rosnącą grozę spowodowaną po części własną bezsilnością, utraconą kontrolą, lecz znacznie bardziej narastającym przeczuciem, że coś jest BARDZO NIE TAK.

Sakura zmusiła się jakoś, by zamknąć oczy. Znała to miejsce. Potrafiła
odmalować je z pamięci. Skoncentrowawszy się na tym całkowicie poświęciła kilka chwil na dokładne przypomnienie sobie tej sytuacji.

Kiedy wreszcie otworzyła oczy, wszystko było na swoim miejscu, także kolor i faktura kimona. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, zadowolona z siebie.

Wyciągnęła przed siebie dłonie. Przeciągnęła się tak, poruszając się powoli, harmonijnie, pozbywając się uczucia zgnuśnienia ze zbyt długo zastygłych w jednej pozycji mięśni.

Wtedy, na lewym przedramieniu tuż nad przegubem, odczuła ciepło.

Dziwne, bo punktowe uczucie przyciągnęło jej uwagę. Ledwie spojrzała tam, zaniepokoiła się - miała wrażenie, jakby ktoś gorącym prętem sunął wzdłuż jej skóry, kreśląc krótką linię i bała się, że jeśli ten "pręt" stanie się jeszcze cieplejszy - oparzy ją.

Tak się jednak nie stało, a wkrótce uczucie zmieniło kierunek - zupełnie jakby ktoś począł obrysowywać coś na jej ręce. Niewielki romb. Kiedy obrys się zamknął, jego brzegi poczęły czernieć.

A potem jednocześnie stały się trzy rzeczy.

Czerń i ciepło zaczęły zalewać wnętrze obrysowanego rombu.

W kilkunastu dalszych miejscach na obu rękach pojawiło się to punktowe uczucie ciepła, poczynając kreślić następne romby na alabastrowej skórze.

Sakura usłyszała swój własny głos, szepczący:
- Witaj.

Czarnych rombów przybywało coraz szybciej. Dziewczyna z trudem mogła oddychać, miała tak ściśnięte coraz większą trwogą gardło.

Wyrastały jej łuski.

Kiedy poczuła jeszcze dziwne palenie w żołądku, dziewczynie ugięły się kolana.

"Ołtarz! Ołtarzyk dziadka!" - przypomniała sobie, rzucając się do desperackiego biegu. W kilkunastu skokach znalazła się znowu na werandzie, dwa dalsze zaniosły ją do domu, gdzie - nie przejmując się hałasem - pobiegła w górę, do pokoju w którym chciała paść na kolana przed małym ołtarzykiem, w jaki obrósł stojak ze swoją zwykłą zawartością i jaki poświęciła ojcu i dziadkowi.

Ale stanęła w progu, bo ołtarzyka nie było. Zamiast niego stał w środku wysoki mężczyzna, mający na głowie jej kapelusz. Mężczyzna miał też
piękne, wyszywane komigatari i naginatę.

I daisho jej brata.

To był on. Mnich Osano-Wo. Jej dziadek.

Zalała ją fala ulgi.
- Dziadku! - skoczyła ku niemu - Dziadku, musisz...
Potężne uderzenie w policzek zapiekło ją, rzuciło ją na ziemię. Jego ręka się poruszyła, wracając na swoje miejsce przy obi. Nie widziała jak uderzył, widziała tylko jak cofał dłoń.
- Hańba. Nieposłuszeństwo, wreszcie hańba. Oto, co widzę. I jeszcze to. Brudna jesteś, mała dziewczynko. Coś ty z sobą zrobiła? - wskazał na jej czerniejące ręce - Chcesz być modna? Jak Żurawie? - zaszydził - Jesteś z siebie dumna?

Zapiekło.

- Przodkowie dlaczego? - rzekł, przesadnie dziewczęcym falsetem. Spojrzał na nią z pogardliwym gniewem. - DLATEGO! - ryknął - BOŚ SPIEPRZYŁA SPRAWĘ, IDIOTKO! Kąpieli się zachciewa, tak? Oczyścić? Przodków wzywać? No toś wezwała, i sama popatrz jakaś teraz czysta! A teraz dziadku, tak? Może jeszcze tatusia zawołasz, księżniczko!

Sakura zaniemówiła na taką tyradę. Na moment nawet jej w połowie już czarną łuską pokryte ręce zeszły na dalszy plan. Krótki moment, ale dziadek i tak nie skończył.

- Zakryj to! Nikt nie może tego zobaczyć! I nie wzywaj, jeśli nie wiesz kogo! Kupię ci czas, głupia. - rzekł, ale tak jakoś, bez wiary we własny sukces - Pamiętaj! Szukaj w przeszłości!

- Sakura - rozległ się miękki szept, rozchodząc się po całym domu, a dziewczyna mimowolnie wzdrygnęła się.
- Uciekaj - rzekł mnich - I nie zmarnuj szansy. Nie zmarnuj poświęcenia mego syna. Nie zmarnuj śmierci mego wnuka. Bierz je, i uciekaj, jak już raz uciekłaś od swojej matki - dodał z gniewem i rozczarowaniem - Idź na szlak i szukaj przygód, skoro tylko to potrafisz. I uciekaj. I nie wzywaj mnie więcej, jeśli znów mam ujrzeć twoją hańbę.

Chwyciła broń z początku, ale słysząc jego słowa zawahała się. Chciała mu coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła.
- Sakura - głos już nie szeptał.
- IDŹ! - krzyknął, a ją wywiało z pokoju. Kolejne ściany trzaskały, łamały się przed jego wolą, odskakując na boki, kiedy ona gładko sunęła w prostej linii na północ, obserwując malejącą sylwetkę dziadka.
- Sakura - rzekł głos, mimo wszystko bliżej, a ona w strachu, że jakoś ominął dziadka, że jest tuż obok...


Shiro Tengu, terytorium Klanu Żurawia; ranek 11go dnia miesiąca Hantei, rok 1114


Obudziła się.

- Sakura, tyś jest ma upragniona,
Sakura, tyś jest piękna, jedyna,
Jedno spojrzenie i skradłaś mi je,
Nie mam już serca o nie...


Ktokolwiek śpiewał, miał wcale niezły głos, ale piosenka prześladowała Sakurę od dziecka i była czymś, co wyciągał każdy, kiedy chciał się ponabijać z jej imienia.

Dawna miłosna piosenka półludzi, opiewająca jakąś jej imienniczkę, miała banalne słowa i prostą, łatwą do zapamiętania melodię, w której każda zwrotka zaczynała się od jej imienia. Siłą rzeczy, przez lata dziecięce i szkolne, dziewczyna słyszała ją multum razy i z tego tylko powodu zdążyłaby ją znielubić.

Teraz jednak piosenka ledwo została zauważona. Dziewczyna obudziła się z impetem podnosząc się z futonu. Służąca cicho krzyknęła, skłaniając się w pas rzuciła donośne "gomennasai pani!" jak i podniosła miskę z wodą i szmatę, po czym natychmiast uciekła szybko za drzwi, zasuwając je za sobą.

Nie była w domu. Pomieszczenie było wysokie, zadbane, świeżo wysprzątane. Koło jej posłania stała taca z posiłkiem, zimnym. Jej rzeczy były zgrabnie poukładane pod ścianą, z odpowiednim szacunkiem dla broni, spoczywającej na stojaku.

Niewiele miała przyległości, ginęły one w pokoju, tym bardziej, że ten ostatni nie przytłaczał wielkością.

Promienie słońca wpadały przez dwa okna, z których jedno było nie do końca otwarte. Najwyraźniej jej budzenie spłoszyło służkę, zajmującą się tym.

To też jednak nie zaprzątało teraz dziewczyny, która wpierw poszukała wzrokiem broni, w niej widząc otuchę i wsparcie po koszmarze.

Senne wydarzenia już blakły, wobec ciszy pokoju, nieznanego miejsca, wreszcie jasnych promieni Amaterasu-kami, ale Sakura wzdrygnęła się i tak, pamiętając jedną rzecz bardzo wyraźnie.

- Nie mogę dotknąć wody - wyszeptała, wspominając pojawienie się łusek - Nie wolno mi dotknąć wody.
 

Ostatnio edytowane przez Tammo : 15-07-2011 o 10:00. Powód: poprawka daty: 3go na 11go.
Tammo jest offline  
Stary 25-07-2011, 13:01   #7
 
obce's Avatar
 
Reputacja: 231 obce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie coś
Nieznane miejsce, nieznany czas

Są różne rodzaje przebudzeń. Czasem jest to łagodne dryfowanie na falach snu ku brzegom jawy, jak powolne osiadanie na mieliźnie. Jak podróż na jednej z płaskodennych łodzi rybaków z klanu Modliszki. Czasem jest to wznoszenie ku rozjaśnionego porannym słońcem niebu, jak leniwe szybowanie pozostawiające za plecami ciemność nocy.

Przebudzenie Keiko jest jak ostatni oddech tonącego, gdy woda już zaczyna zalewać płuca.


* * *


Ciepło. Miękki ciężar przykrycia. Kropla potu łaskotliwym szlakiem spływająca z czoła pomiędzy włosy. Głuchy dźwięk gwałtownego bicia serca. W nieruchomym powietrzu ostry zapach ziół, ulotny aromat kwiatów, wspomnienie kadzideł. Wrażenie ucisku na udach i lewej ręce. Więzy? Przesuwa dłonią. Nie. Bandaże. Opatrunki. Nie rozumie.

Lśniące ostrze rodowej katany.
Dźwięk napinanego łuku jak pełne zadowolenia westchnienie.
Wilgotny dźwięk przeszywającej ciało strzały.
Witaj braciszku.

Siada gwałtownie na posłaniu. Zastane mięśnie nie chcą poddać się woli bez krzyku protestu i całe ciało wyje tępym bólem. Jest niewygodne. Straciwszy gibkość ze snu, straciwszy tamtą siłę, ciąży zesztywniałym ciężarem. Zawadza. Jest jak nie jej. Jest niewłaściwe. I ślepe. Sięga palcami twarzy...

Jedynie biała, blada, gładka i mięsista skóra.
Odbicie w mętniejących oczach umierającego brata.

Drżące wargi łapczywie chwytające powietrze. Zabije go. Fortuny ją przeklęły. Duchy ją przeklęły. Przodkowie ją przeklęli. Ostro zaznaczony nos. Zabije go. Zgubiła netsuke starej Yogo. Zapłaci za to zdradą. Gniewne linie prostych brwi. Zapłaci za to krwią. Nierówność blizny przecinającej czoło, niknącej pomiędzy splątanymi włosami. Piekące, szeroko rozwarte oczy. Nie ślepota, tylko ciemność. Strach. Zgroza. Przeklęli ją. Zepchnęli w ciemność. Zostawili samą.

Pod czarnym, zimnym śniegiem.

Ciało pamięta. Kierowana pierwszym odruchem ręka sama sięga w bok, gdzie powinien leżeć jej łuk i kołczan. Nie ma. Zaciska usta w wąską kreskę. Wakizashi. Nie ma. Aikuchi. Nie ma. Spokojny rytm drugiego oddechu. Trze powieki, jakby chciała wycisnąć gromadzące się pod nimi łzy.

Odratowali go. Ona płaci jego ból.
Zaleczył mu dziurę w plecach. Dziurę w krtani.
Wypalił ogniem.

Kto? Nie wie. Potrząsa głową, ściera przedramieniem szczypiący pot. To lekki oddech. Spokojny. Kobiecy. Więc nie on. Jeszcze nie Yuichi. Nie może jechać na Przełęcz. Nie może go spotkać. Nie może ICH spotkać. Musi najpierw... Michiko...

Michiko jest Akodo. Michiko walczy.
Nie! Zostaw! Sanzo! Ratuj! Proszę! Zostaw! Nieeeee...
Coś jej zrobiono. Coś jej zabrano.

W ciemnym pomieszczeniu wychwytuje kolejne kontury, kolejne kształty. Nocną szarość papierowych ścian, ascetyczną ikebanę, nakreślone ciemnym tuszem kakemono, origami przy jej futonie, niski stolik, na którym starannie poustawiane zostały medyczne utensylia. Odrzuca przykrycie.

Sanzo...

Sanzo czeka. A potem Przełęcz Beiden, na której czekają głodni mięsa przodkowie. Musi dać Michiko wiatraczek leżący w skrzyni z jej dziecinnymi rzeczami. Zanim lina się przetrze. Zanim zmarli złapią trop, rzucą na nią swój cień a one stracą twarze i głos jak córka Shi Tsuna ponad Jeziorem Godziny Wilka trzy lata temu.

Michiko płaci za jej ból. Jej błąd.
Przegrywa.
Przegrała.

Spóźniła się! Zrywa się na nogi jednym ruchem. Widzi zarys stojaków na broń, na zbroję. Ciemny zarys lakowanego pudła, w którym powinno być jej daikyu. Musi być. Jej łuk. Zaciska zęby, próbując powstrzymać mdłości. Odgania odległe, nierealne teraz wspomnienie opiekującego się nią po bitwie Hakusho. Tamtego bólu, tamtych mdłości. Widoku jabłka rozbryźniętego na podłodze.

O włos, Yanagi, o włos i byłaby to twoja głowa.
Tetsubo to przerażająca broń.

Nie tak przerażająca jak łuk.
Udowodni im. Choćby miała zdechnąć.

Stawia chwiejne kroki. Ciemny pokój wiruje, czuje smak żółci w gardle. Nie odrywa wzroku od prostokątnego kształtu, w którym śpi daikyu. Śnił jej się trakt, pamięta. Wiele dni temu. Mały ronin bez dumy, pełen wstydu. Heimin kryjący się za jego plecami. Pamięta. Strzały, juzimai w lasach na rozstaju żurawich dróg. Okrwawione ciało przyszpilone brutalnie do wozu. Na cudzym nadgarstku bransoleta z bursztynów jak małe, rozjarzone słońca. Nieznany ronin, nieznany heimin. Martwi. Nieważni. Jej własny czarny warkocz zwinięty w błocie jak truchło, jak martwy wąż. Jak jego porzucona skóra. Pokryte liścimi leśne oni. Niepodobna. A jednak pamięta. Ludzkie oczy w czarnej twarzy. Pamięta je dokładnie - ich kształt, ich wyraz. Widziała. Chciał strzelić.

Mamy dziewczynę.
Maro się ucieszy.

Pamięta, że też strzelała. Pamięta ból poszarpanego grotami mięsa. Pamięta ogień przepalający ją od środka. To było tak realne. Tamten sen, tamta agonia. Tak realne jak wszystko inne. Jak choćby ta obecna słabość przeklętego ciała. Nogi uginają się pod nią, do mdłości dołączają zawroty głowy, fale dreszczy, zimnego potu. W ostatniej chwili podpiera się zdrową ręką, łagodzi upadek. Zawsze była szybka i nawet teraz - gdy zdaje się, że pomiędzy jej pragnieniem ruchu a reakcją mięśni rozciąga się trakt liczący wiele ri - wciąż jest.

- Chikusho... - syczy przez zaciśnięte zęby, głosem tak schrypniętym, że sama go nie poznaje.

Wyciągając w ciemności rękę ku stojakowi z bronią, nie jest pewna, co jest prawdziwe. Jej sny nie są tylko snami. Nigdy nie były. Są jak inna jawa. Jak to, co istnieje poza Murem strzeżonym przez Kraby. Ten sam świat - inne ziemie. Jak ciemne zwierciadło. Jak żyjący obraz. Drugi świat równie realny jak pierwszy.

Gdzie martwi powstają.
I PATRZĄ na nią. I patrzą na NIĄ.

A ona bez mapy, bez przewodnika, bez wyznaczonego kierunku - gubi się i nie potrafi odnaleźć w nim ani innych, ani nawet samej siebie.
 
__________________
"[...] specjalizował się w zaprzepaszczonych sprawach. Najpierw zaprzepaścić coś, a potem uganiać się za tym jak wariat."

Ostatnio edytowane przez obce : 31-10-2011 o 15:26. Powód: wskazany przez Abiego babol. Dzięki :)
obce jest offline  
Stary 31-10-2011, 15:16   #8
 
obce's Avatar
 
Reputacja: 231 obce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie coś
- Akodo-san? - zza jej pleców dobiega niepewne, zwodniczo miękkie pytanie, jakby jeszcze dochodzące z drugiej strony snu.

Wraz z kolejnym zduszonym przekleństwem Keiko wypuszcza powietrze z płuc, próbuje zmusić nieposłuszne ciało do koniecznego wysiłku. Ktoś porusza się za nią. Słychać cichy szelest materiału ocierającego się o materiał, przesuwającego się po skórze. Wierzba nie odwraca się, bo - nawet nie odwracając - prawie widzi gest ręki odgarniającej z twarzy długie, czarne włosy.

Jeśli to twarz, a nie połać gładkiej, mięsistej bieli.

- Akodo-san? - drugie pytanie jest już bardziej przytomne, twardsze, pewniejsze. I bardziej kobiece. Pozornie przecież, bo choć ciemność nie ma oczu, nie ma ust – przemawia wszystkimi głosami świata.

Nie odpowieda. Ma wrażenie, że czuje wilgoć na jednej z nóg, szorstki dotyk wrzynającego się w ciało płótna. Jakby przesunęła opatrunek, naruszyła ranę. I znowu krwawiła, znacząc im trop. Jak upolowana zwierzyna. Tylko gdzie? Wtedy? Na trakcie? Na Przełęczy Beiden? W Zamku Osy? Gdzie? Zapach tego miejsca jest jej obcy, podobnie jak kontury pomieszczenia, zarys kakemono, układ rusztowania papierowych ścian. Głos też był nieznany i na pewno nie był głosem Michiko.

Yanagi, głuptasie, co robisz?

Gubię się.

Przymyka na moment suche i piekące powieki. Jeszcze kawałek, kawałeczek. Jeszcze jedno, może dwa shaku i dosięgnie pudła z łukiem, dosięgnie stojaka z bronią. Będzie mogła zacisnąć palce na łęczysku, na rękojeści. I to będzie realne. To będzie prawdziwe. To powie jej jak głęboko znajduje się w labiryncie koszmarów.

- Akodo-san - trzecie pytanie. - Czy mnie słyszysz? - cierpliwe, wyraźne słowa, pokryte patyną znużenia. Ich ton jest prawie kojący, taki, jakiego odruchowo używa się do dziecka, chorego lub głupca, dla którego tak wiele spraw pozostaje poza zasięgiem zrozumienia.

Wbrew sugestii tego miękkiego głosu, nieznana kobieta porusza się nagle. Opadają z szelestem na tatami fałdy materiału, lecz zaraz potem cisza rozlewa się po pomieszczeniu niczym gęsta oliwa. Nieruchomieją obydwie, obydwie zastygają w bliźniaczym bezruchu. Ile może on trwać? Oddech? Na pewno. Dwa? Także. Potem jednak oddechy mieszają się ze sobą, pulsująca w skroniach krew na powrót tłumi pozostałe dźwięki.

Yanagi zwija się, próbując powstrzymać mdłości.

Poruszyły się prawie równocześnie. Odgłosy krzątaniny dobiegające od strony drugiego posłania nakładają się na jęk, gdy Wierzba sięga w końcu zdrową ręką do swojej kotwicy, opiera się ciężko o lakowane pudło, w którym śpi jej daikyu, wstaje, odwraca powoli. Co robi kobieta? Szuka broni? Szuka więzów? Szuka lampionu? Zakłada ubranie? Zakłada maskę? Cudzą twarz? Czyją?

Nie pomogłaś mi - mówi niewyraźnie Michiko.
Cień jej ust porusza się pod wrastającą w jej twarzy wężową skórą
Kiedy tego potrzebowałam. Zawiodłaś mnie.
Opuściłaś mnie. Musiałam stać się taka.
Musiałam wszystko stracić.

Jeden, cichy krok w stronę posłania, na którym leżała jeszcze chwilę temu. Keiko przechyla głowę, wyłapuje kolejne dźwięki. Czeka. Pokój kołysze się mdląco, bezustannie, aż zaciska mocniej palce na pudle, swojej jedynej podporze.

Jeden krok. Kolejny. Chwila wahania. Powrót. Moment później zdecydowane uderzenia stóp zbliżające się do parawanu rozstawionego koło jej futonu. Parawan dla chorych. Parawan dla niegodnych. Parawan dla umierających... Tych wszystkich, którzy muszą pozostawać oddzieleni od reszty świata zasłoną, kotarą, przegrodą, tak, by ci po jej drugiej stronie mogli żyć, nie będąc narażeni na ich widok. Ich hańbiącą obecność.

Martwi powstają.
Powoli, niezręcznie, niewprawnie...
Jak ona sama.

Przesuwa się nieznacznie, zmienia dłoń opierającą się o pudło. Sięga po wakizashi i jednym, wprawnym ruchem nadgarstka zrzuca z niego saya, które upada na podłogę z wytłumionym przez tatami stukotem. Ostrze natychmiast kieruje się ku wyglądającej zza parawanu postaci. Nie tak szybko jak powinno. Nie tak płynnie. Nie tak pewnie. Wystarczy jednak błysk nagiej stali, by kobieta zareagowała. Szybko. Płynnie. Pewnie. Dokładnie jak powinien reagować bushi. Miękko odskakuje w tył a rękawy jej kimona furkoczą...

...jak biało-czerwony wiatraczek.
Prezent od wujka Etsuyi.

...gdy rozkłada ramiona na boki w zapraszającym geście. Jakby rozkładała skrzydła. Jakby witała dawno niewidzianego kochanka. Albo zaginioną siostrę. W ciemności jej oczy i usta są ledwie plamami głębszego cienia na jasnej skórze.

- Wstrzymaj się, Akodo-san – szybkie, całkowicie przytomne już słowa. - Nic ci nie grozi, a ja nie mam zamiaru cię atakować bądź krzywdzić.

Choć mogłabym, dopowiada wspomnienie koszmaru.

Wakizashi dygocze w spotniałej dłoni, aż musi poprawić chwyt na rękojeści wyślizgującej się z wilgotnych palców. Tak dobrze znany oplot leży teraz niewygodnie, niewprawnie, prawie jak gdyby broń nagle przestała należeć do niej. Jakby nawet ona została jej odebrana.

- Zapalę światło – głos nieznajomej dziwnie brzmi w przydechach przyśpieszonego oddechu - byś mogła rozejrzeć się lepiej. Wszystkie twoje rzeczy, jakie znaleźliśmy na szlaku powinny być przy posłaniu, poza siodłem i jukami. One znajdują się w stajni. Jesteś bezpieczna, w murach Shiro Tengu nic ci nie zagraża. Samuraje Daidoji odparli napastników.

Kłamała. Kłamała jej. Nikt nie był bezpieczny ani w Shiro Tengu, ani na ziemiach Żurawia. Nikt nie był bezpieczny, skoro Michiko zaginęła. Nikt a już na pewno nie noszący mony jednej z rodziny klanu Lwa. Idzie wojna. Prawdę mówił gunso. Prawdę mówił stary rybak w wiosce przy granicznej rzece. Nieznajoma kłamała dla swojego daimyo, a Michiko krzyczała jego imię.

Krzycz - rzekł cicho.
Pamiętaj, by krzyczeć, jeśli jeszcze możesz.
Duchy powinny słyszeć twój głos i twój ból, pani Akodo
.

Krzyczała wtedy. Płonęła. A one przyszły. Wróciły, przybierając twarze przodków. Znalazły ją.

Z trudem rozkleja suche wargi.

- Ilu? – pyta chrapliwie, wpatrując się w blady blask niewielkiego płomyka, który płonie za parawanem. Niepewna tego, o kogo tak naprawdę pyta. - Ilu zabili?

- Przepraszam? - blask przesuwa się w jej stronę płynnym, pełnym gracji ruchem, drży jak trącony lekkim oddechem. Wraz z nim drżą cienie. Wraz z nimi drży Keiko.

Skręca nieznacznie nadgarstek, odruchowo ustawia ostrze tak, by nie ślizgał się po nim blady poblask kaganka. Mruga gwałtownie, gdy łaskotliwa, piekąca kropla potu spływa z grzbietu nosa do kącika oka. Nie widzi wyraźnie.

Gubi się.
Gubi.

- Akodo-san, nie dosłyszałam. Podejdę, nie będzie trzeba wtedy podnosić głosu. Jest późno. Jest godzina... - waha się, milknie na uderzenie serca - ...Wołu.

Godzina Wołu. Określenie narodzone w niskim języku półludzi, ale stosowane w zasadzie przez wszystkich. Nie budzi niepokoju, nie budzi strachu. Nie przynosi koszmarów, nie ślizga się po języku gorzkim widmem potworności zza Muru, trudem bezustającej i nierównej walki. Zdaje się bezpieczne. Łagodne.

- Godzina Fu Lenga – szepcze na bezdechu Wierzba. Na przekór swojemu własnemu strachowi i wahaniu nieznanej kobiety, nie mogąc odgonić wrażenia, że rzuca czemuś wyzwanie, że coś przyzywa, ściąga ku sobie.

Nie obawiaj się – szepcze
oślizgłym, robaczym szelestem szlachetny ród jej przodków.

Nie bój się, Yanagi – szepcze
wykrzywiony przymilnością głos jej ojca.

Szarpie w odpowiedzi całym ciałem, prostuje się jak dźgnięta rozżarzonym żelazem.

- Nie boję się – warczy rozeźlona, próbując słowami przekuć kłamstwo w prawdę.

Jeśli chce wrócić nad Aka Mizu-Umi, nad Czerwone Jezioro, nie może dygotać jak strachliwa heiminka przed obliczem kapryśnego pana. Jeśli chce tam wrócić i spojrzeć prosto w mgłę, wsłuchać się w niesione nocą krzyki, nabrać w dłonie wody i zobaczyć czy barwi ją czerwień krwi... nie może się kryć, nie może chować. A chce przecież. Musi.

Pochwa od wakizashi leży zbyt daleko, by mogła schylić się i chwycić ją bez utraty równowagi. Odkłada więc ostrożnie obnażone ostrze na katana-kake i jak zawsze, gdy odrywa palce od oplotu, gdy broń spotyka się z lakowanym drewnem czuje krótkie bolesne ukłucie, bo nawet po tylu latach widok samotnego wakizashi spoczywającego na stojaku, odbija się w niej jakąś przykrą nutą, wyrzutem, cieniem wstydu.

Stojąc w ciemności, czekając na bezimienną kobietę, czuje się jak lew pozbawiony kłów, któremu nie pozostało nic oprócz żądła osy i honoru.

Dobrze, myśli, zaciskając zęby. To wystarczy.
 
__________________
"[...] specjalizował się w zaprzepaszczonych sprawach. Najpierw zaprzepaścić coś, a potem uganiać się za tym jak wariat."

Ostatnio edytowane przez obce : 31-10-2011 o 15:31.
obce jest offline  
Stary 19-11-2011, 23:59   #9
 
Sakura's Avatar
 
Reputacja: 12 Sakura nie jest za bardzo znany
Shiro Tengu, terytorium Klanu Żurawia; ranek 11go dnia miesiąca Hantei, rok 1114

Sakura siedziała na posłaniu rozglądając się po pokoiku. Broń. Rękojeść i saya w barwach feniksa. Pamiątka po ojcu. Pamiątka po rodzinie. Co mówił dziadek? Śmierć wnuka? To znaczy... To znaczy, że Eizo nie żyje. Jak? Gdzie? Kiedy? DLACZEGO?!?
Czy to znaczy, że została sama?
Myśli kołatały się w jej głowie powiększając uczucie strachu, osamotnienia i pustki w sercu. Kochała ojca. Miała przed oczami żywo jego śmierć. Jego białe kimono.
Kochała brata, choć często się sprzeczali. Kochała ich obu bardzo mocno.
Mimo to, właśnie dziadek był jej wzorem i bożyszczem, którego podziwiała, choć tak rzadko się widywali. A teraz... Teraz spartoliła wszystko na całej linii. Jak to możliwe, żeby aż tak zawiodła? Dziadek... Shiba Akito... Jak to możliwe, żeby się aż tak rozgniewał...

Sakura powoli wstała z posłania. Na wpół machinalnie podeszła do okna i rozsunęła do końca okiennice. Jakby po raz kolejny powtarzając dawne ruchy, stanęła naprzeciw wschodzącym promieniom i pokłoniła się matce Amaterasu. Później długą chwilę stała w jej promieniach napawając się ich ciepłem. Jeszcze niedawno nie myślała, że będzie miała okazję jeszcze je ujrzeć. Poczuć ich kojący dotyk na skórze.
Skóra...
Dziewczyna z niepokojem otworzyła oczy. Odetchnęła kilka razy głęboko i spojrzała na swoją rękę. Bała się. Nie przyznała by się do tego nikomu, ale bała się, że zobaczy łuski. Bała się, że coś z nią jest nie tak.

Podeszła do miejsca, gdzie zostawiono posiłek i ujęła pałeczki, aby przy posiłku zastanowić się nad ostatnimi wydarzeniami.
Co się stało tam, na trakcie? Kto przyszedł jej z pomocą? Kto ją ocalił? Była pewna, że bez szybkiej pomocy nie oglądała by teraz jasnego oblicza Bogini Matki.
Co się działo, gdy jej świadomość przeniosła się w dziwne miejsca? Co to za stworzenia widziała, gdy straciła przytomność? Kim... Czym był szept i złowieszcze „Przybywam...”, od którego ciarki przechodziły jej po plecach? O czym mówił dziadek, wspominając o poszukiwaniu w przeszłości? Jaką w tym wszystkim rolę odgrywała woda? O co w tym wszystkim chodzi?
Sakura nie rozumiała.
Miała nie pić wody? Nie myć się? Czy nie wchodzić do rzeki? Do każdej? Czy tylko do tej, która przepływała obok jej dawnego domu?

- Baka! Baka, baka, baka!
Powiedziała cicho besztając się po skończonym posiłku. Odłożyła miseczkę. Pochyliła głowę pełna wstydu. Dopiero teraz powoli zaczynała sobie uświadamiać, jak bezdennie głupim była dzieckiem. Jak koszmarnie nierozważnym było opuszczenie domu. Po co? Co chciała w ten sposób udowodnić? Czego dokonać?
Oczy Sakury zrobiły się szkliste. Chciało jej się płakać z ogromu własnej głupoty i bezsilności.
Wzięła głęboki oddech. Nie wiedziała co robić. Wypuściła powoli powietrze.
Dziewczyna ostrożnie wstała, nie wiedząc w jakim stanie jest jej ciało po... wydarzeniach na trakcie, bo walką niestety nawet tego nie mogła nazwać. W ogóle, nie wiedziała ile czasu minęło. Podeszła do stojaka z bronią i swoich rzeczy. Rozpakowała, wyciągając kilka drobiazgów i układając z nich znany sobie ołtarzyk. Przeszukała zawiniątko w poszukiwaniu choćby jednego kadzidełka. Nie pamiętała, czy jakieś zostało. Bała się składać modły. Siedziała tylko w pokornej pozie, z głową ułożoną na złączonych dłoniach przy ziemi. Bała się wymawiać imienia tych, których zawiodła. Wspomnienia jednak same napływały do jej głowy. Śmiech brata i kuzyna, gdy nosili ją na barana. Widok latawca puszczanego na przełęczy i jednego z ludzi ojca, który w ostatniej chwili uratował ją przed stratowaniem. Zadowolenie na twarzy ojca, gdy patrzył na matkę układającą kwiaty w wazonie. Dziadka, gdy ściągał z głowy mnisi kapelusz, przekazując go małej dziewczynce... W oczach Sakury znów zakręciły się łzy. Zobaczyła ponownie jego zagniewaną twarz. Policzek nadal piekł od siarczystego uderzenia. Była głupim dzieckiem. Cóż takiego strasznego działo się w domu, że musiała z niego uciekać? Kilka kłamliwych słów rzuconych przez jakiegoś zawistnika? Cóż z tego? Przecież matka radziła sobie z takimi doskonale i bez jej wyczynów, które i tak na nic się zdały. Co, takie straszne były lekcje w dojo, w którym niezmiennie przegrywała? To nic w porównaniu z tym, czego doświadczyła na trakcie i podczas podróży. Żadne z wcześniejszych słów nie były tak nikczemne i bolesne jak to, co spotkało ją później. Ile goryczy i zgryzot stało się jej udziałem, gdy wyruszyła na szlak. Czy tylko jej? A matka? Po raz pierwszy pomyślała o niej w ten sposób i o tym, co musiała przeżywać po jej odejściu. Najpierw straciła rodzinę, później odszedł ojciec, dalej jej syn, a na koniec ostatnia córka. Kto jej pozostał? Czy nie powinna teraz trwać przy niej i wspierać?
Przeszłość... Czyja przeszłość? O jakiej przeszłości mówił dziadek?
Przodkowie...
Sakura zadrżała, po raz pierwszy zadając sobie pytanie, jakich przodków tak naprawdę wzywała? Kim jest ten, który szeptał, że przybywa? Przed kim, bądź przed czym dziadek kupuje jej czas? Czas do czego?
Czas... Kupił jej czas... Tylko na co? Co ma zrobić? Jak postąpić? Gdzie szukać odpowiedzi, skoro prawie cała jej rodzina nie żyje...
Prawie. Matka? Czy ona wie? Czy zna odpowiedź? Eizo coś wiedział. Ojciec wiedział. Na pewno! Zwój! Ame przesłała ojcowi zwój! Były tam przedziwne wieści.
- Eizo, dlaczego mi nie powiedziałeś, zanim odszedłeś!?
Powiedziała do siebie, nie zdając sobie do końca sprawy, iż słowa wydobyły się z jej ust.

Sakura podniosła się z pokłonu ostatni raz oddając przodkom z ołtarzyka cześć. Pochowała rzeczy, zostawiając tylko broń. Podeszła do okna, aby rozglądnąć się po otoczeniu. Wertowała w pamięci wszystkie informacje na temat klanu Feniksa, jakie zgromadziła do tej pory. Przecież lubiła chodzić do biblioteki, a z Hasi było o wiele łatwiej dostać co ciekawsze zwoje w ręce. Szukała również informacji o Żurawiach w nadziei, że skojarzy jakieś fakty z matką. Być może to od tej strony powinna zacząć?

Z rozmyślań wyrwał ją ruch budzącej się do życia posiadłości. Gdzie właściwie była? Kim byli jej wybawiciele? Komu powinna teraz podziękować? Zaciągnęła niewątpliwie dług życia i musi go spłacić. Tylko komu? I jak? Co ona, głupia dziewczynka, która jak do tej pory wszystkim naokoło sprawia jedynie kłopoty, mogła godnego zaoferować swojemu wybawicielowi? Jej umiejętności szermiercze były łagodnie rzecz biorąc co najwyżej mizerne. Ledwie raz, jedyny raz udało się jej ledwie musnąć wuja w czasie treningu. Raz... Równie dobrze mógł to być łut szczęścia. I tak później uratowało ją tylko i wyłącznie nadejście matki.
Co z Fumio? Faktycznie nie żyje? Jego też zawiodła? Tak radośnie opowiadał o swojej narzeczonej. Tak był przejęty... Co teraz powinna zrobić?

Nie wiedziała. Jedyne co przychodziło jej w danej chwili do głowy było znalezienie i podziękowanie osobie, dzięki której żyje. Sakura zebrała się w sobie i doprowadziła szybko do porządku. Ubrała zapasowe kimono, przeczesała starannie włosy i ruszyła na poszukiwania.
 
Sakura jest offline  
Stary 29-02-2012, 23:43   #10
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 112 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
Shiro Tengu, terytorium Klanu Żurawia; ranek 11go dnia miesiąca Hantei, rok 1114

Zjadła wszystko, ale nie pamiętała smaku choćby kęsa. Czuła się słaba, głupia i bezsilna, a pochłonięta czarnymi myślami nie potrafiła znaleźć żadnej przyjemności w jedzeniu.

Nawet nie próbowała szukać. Gniew dziadka, śmierć brata, jedno i drugie zwiększyło jedynie już dotąd dotkliwą samotność.

Przodkowie, przeszłość, ten co przybywał, wszystko to wirowało jej w głowie, kiedy próbowała wpasować to w kształty posiadanej wiedzy.

Nie było jej znowu tak mało. Wręcz było jej za dużo, by niesprecyzowane pytania dziewczyny przyniosły konkretną odpowiedź, która mogłaby ustabilizować grunt pod nogami, dać pomysł, plan działania.

Opowieści rodu Haetsu były bogate w duchy. Przymierza, obietnice. Ziemia, nad którą ród sprawował pieczę, nie była zwykłą.

"Inaczej panowie Isawa nie interesowaliby się nią tak dalece" - szepnęło coś złośliwie w głowie dziewczyny.

Niestety, genealogia nie była nigdy mocną stroną dziewczyny. Wymienienie trzech imion przodków w prostej linii było kłopotem, co dopiero przeszukiwanie bogatego ich drzewa od czasów zamierzchłych.

Szkolne opowieści sensei Shiba nasunęły jedynie przestrogi przed tymi, którzy w poszukiwaniu wiedzy zeszli na złe ścieżki, ścieżki mocy, ale także klątw. Niektórzy obracali się przeciw swoim bliskim. Inni - wiązani wypaczonym, lecz wciąż w jakiejś formie żywym, honorem - starali się tych, których uznawali za 'swoich' - chronić.

W przynajmniej trzech opowieściach nie kończyło się to 'tylko' na ochronie. Sakura nie pamiętała żadnej z tych opowieści, która miałaby dobre zakończenie dla rodziny takiego kogoś.

W pewien sposób poszło lepiej z przodkami ze strony matki. Pani Doji - zawsze starająca się podkreślić żurawie dziedzictwo córki - niejeden raz potrafiła w kilku słowach nakreślić postać jakiegoś przodka. Wiedza ta była może płytka, ale zawsze jakaś. Sakura ze zdziwieniem przypomniała sobie kilkanaście postaci o nazwisku Doji, których mogła zaliczyć do grona szlachetnych przodków. Byli tam dyplomaci, politycy, mężowie stanu, artyści, poeci, szermierze, jeden generał.

Żaden, ale to żaden nie wydawał się choćby odlegle związany z jej snem, czy wydarzeniami na trakcie.

Czarne, łuskowate coś nie przewinęło się przez żadną opowieść - choć skromniutka wiedza o magach krwi, tych eta najgorszego pokroju, przeklętych po stokroć wrogach Cesarstwa, sugerowała, że oni może być wiele rodzajów. O ile to było oni.

Zastanawiający był wodnik. Bo tu Sakura była niemal pewna, przynajmniej teraz, to stworzenie, które przewróciła... przewróciło to coś w jej wizji, to był wodnik. Tylko, że nie sądziła, by coś na kappa polowało. Na pewno nie było to żadne zwierzę. Tak przynajmniej sądziła.

* * *

Kadzidełka znalazła. Pięć. Wszystkie w kawałkach. Zapaliła to, z którego zostały dwie trzecie. I tak było największe z pozostałych.

Znowu pogrążyła się w myślach. Zwój. Zawsze można było napisać. Ame czasami odpowiadała na listy. Tyle, że była spora szansa, że taki listy przeczytają jej sensei z jej nowej szkoły.

Z rozmyślań wyrwał ją ruch budzącej się do życia posiadłości, który nasunął szereg nowych pytań. Przynajmniej tym razem zdobycie niektórych odpowiedzi okazało się łatwiejsze.

Rzut oka przez okno pozwolił dojrzeć wiele szczegółów. Znajdowała się w warownym zamku. Mogła z poziomu swej komnaty obejrzeć mury, oglądnąć parę patroli, czyjeś ćwiczenia na dziedzińcu. Dojrzeć stajnie.

Niestety, taktyki sensei uczyli w innej pagodzie niż ta, do której ona i Hasi uczęszczały. Zatem nie powiedziało jej to wszystko zbyt wiele. Zawsze jednak coś.

Flagi były Żurawi.
Mon dowódcy nie był znany.
Szmaragdowa flaga powiewała w przynajmniej dwu miejscach. Co to jednak miało znaczyć?

* * *

Pierwszą osobą, jaką jednak zobaczyła w chwilę po tym, jak zamknęła za sobą drzwi komnaty, gdzie spała, wcale nie był Żuraw. Młody mężczyzna idący ku niej, chłopak właściwie, niewiele starszy od niej samej, miał mon doskonale jej znany.

Szedł ku niej Isawa. Tensai Szkoły Ognia.
 
Tammo jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:37.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166