Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 15-04-2012, 19:46   #1
Aro
 
Aro's Avatar
 
Reputacja: 4316 Aro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputację
[Autorski/Storytelling] Polowanie na czarownicę

POLOWANIE NA CZAROWNICĘ

Ouriad, stolica Sunveru
Słońce powoli układało się do snu, barwiąc nieboskłon na ciemno-złoto. Strażnicy krążyli po ulicach stolicy, zapalając pochodnie umocowane na budynkach, by rozproszyć coraz dłuższe cienie. Grzeczniejsi mieszkańcy powoli kierowali swe kroki do sypialni, zamykając drzwi i zatrzaskując okiennice. Reszta kierowała swe kroki do tawern, coby napić się złocistego „napoju bogów”, wdać się w bójkę bądź runąć pod stół, będąc zalanym w trupa. Inni jeszcze odwiedzali liczne w mieście domy uciech, w celach każdemu wiadomych. Sam Pałac Książęcy, ulokowany na Gnieździe Gryfów, zdawał się cichnąć z każdą upływającą chwilą. Gdzieniegdzie tylko słychać było odgłosy kroków gwardzistów i służących, cicho przemykających po chłodnych korytarzach. Jednak w prywatnym gabinecie Wielkiego Księcia daleko było od ciszy. Ogień trzaskał w kominku, pożerając drewno mu rzucone, a sam władca krążył niecierpliwie po komnacie, od czasu do czasu rzucając obecnym zirytowane spojrzenie. Zatrzymał się w końcu przy płomieniach, zakładając ręce na piersiach. Spojrzał na ser Coriaga tr'Estyna, rycerza Płomienia.
- Czwórka? Znalazłeś jedynie czwórkę ochotników?
- Nie, Wasza Łaskawość. Chętnych były niemal dwa tuziny. Większość zbyt młoda i niedoświadczona. Głupcy, mający nadzieję na łatwą fortunę i honory. Uciekliby z podkulonym ogonem przy pierwszym niebezpieczeństwie. Czwórka, którą Waszej Wysokości przedstawiłem, jest wystarczająca.
Yrnis podszedł do stołu i wziął do rąk papiery, które ser Coriag przyniósł ze sobą, wczytując się w nie.
- Urvyn ze Złotych Ostrzy, niemal trzy dekady na karku. Wychowany na Żelaznym Wybrzeżu. Solidny i lojalny tak długo, jak jest opłacany. Dobry wybór. - Kiwnął głową z aprobatą. - Vonmir, dwie dekady i rok. Tutejszy. Wyrzucony ze szkoły oficerskiej, zdążył jednak otrzymać podstawowe szkolenie. - Rzucił uważne spojrzenie Coriagowi, nie odzywając się jednak ani słowem. - Yngvar, dwie dekady i osiem lat. Meintyńczyk. Były najemnik, oskarżony i szukany listem gończym w Meincie za morderstwa, szantaże, gwałty i porwania. - Podniósł wzrok. - Jeśli zacznie sprawiać problemy, skrócić o głowę. - Przyjrzał się ostatniemu papierowi. - Narsainka? - W tonie księcia wyraźnie dźwięczało zdziwienie.
- Owszem, Wasza Łaskawość. Yithnee z Szarych Pól, w Sunverze od niedawna. Jak każdy Narsain była wychowana w dziczy, a Wasza Łaskawość wie, że południe nazywamy Dzikimi Krainami nie bez powodu. Jej zdolności przydadzą się.
Książę odłożył papiery na blat i uważnie przyjrzał się Coriagowi.
- Jako rycerz Zakonu przewodzicie pogoni za wiedźmą i jesteście odpowiedzialni jedynie przed Radą waszego bractwa. Nalegam jednak, aby towarzyszyła wam garstka moich gwardzistów. Lord Kapitan... - Tu wskazał na trzeciego, dotąd pogrążonego w milczeniu, mężczyznę. - ...osobiście wyznaczy ludzi odpowiednich. Znajdźcie swych najemników, ser, i sprowadźcie ich do Pałacu. Niższe komnaty będą do ich dyspozycji. Po południowym dzwonie chcę widzieć was i waszą grupę galopującą w stronę Dzikich Krain.

(...)

Zgodnie z rozkazami księcia, ser Coriag tr'Estyn wysłał ludzi, by znaleźli najemników i sprowadzili ich do Pałacu. Nie trwało to długo. Wrócili, zanim nastała północ. Służący odprowadzili ich do komnat, które zostały im oddane. Pokoje nie były na miarę koronowanych głów, jednak zostały udekorowane wystarczająco bogato. Stoły z dobrej jakości drewna, ciężkie zasłony i puchate dywany. Wielkie łoże z baldachimem i duża ilość poduch na nim leżących. Ogień trzaskał wesoło w każdym z pokoi, odganiając mrok i chłód. Każdy z najemników miał własną komnatę do swego użytku, a w pobliżu zawsze krzątał się jakiś służący, w razie gdyby ktoś miał jakieś życzenie bądź pytania.

(...)

Słońce wisiało wysoko na nieboskłonie, kiedy w Ouriadzie rozległy się dzwony. Ich śpiew rozniósł się po całym mieście, przebijając zgiełk, który zazwyczaj panuje o tej porze. Grupa jeźdźców galopowała książęcym traktem, zostawiając stolicę Sunveru w tyle. Na przedzie jechali gwardziści, wznosząc wysoko sztandar z gryfem. Dowodzeni przez Errica Ceuesa, mężczyznę w sile wieku z pierwszymi pasemkami srebra w czarnych włosach. Otaczała go szóstka innych gwardzistów. Jedni młodzi, drudzy starsi. Wszyscy jednak odziani w lekkie zbroje i szmaragdowe płaszcze, z włóczniami w dłoniach i mieczami przy pasach. Za nimi jechał ser Coriag tr'Estyn, który swą ciężką zbroję i biały płaszcz zmienił na lżejszy pancerz i dobrej jakości ciemny płaszcz. Za nim podążała owa grupa ochotników, którzy zostali zwerbowani wczoraj. Rycerz Zakonu odwrócił się na chwilę, nadal będąc przekonanym, że bardziej zróżnicowanej grupy nie dałoby się znaleźć. Cóż, najważniejsze, żeby okazali się skuteczni.

(...)

WSZYSCY
Książęcy Trakt
Słońce schowało się już za horyzontem, kiedy wasza kompania skręciła z traktu, by znaleźć dobre miejsce na obóz. Zarówno i jeźdźcy, jak i wierzchowce byli wycieńczeni. Pędziliście ile sił od południa, pragnąc jak najszybciej skrócić dystans pomiędzy wami, a waszą zwierzyną. Każdy musi jednak kiedyś odpoczywać. Czekały was jeszcze trzy dni drogi, tyle dowiedzieliście się od Coriaga. Jeden dzień więcej kierowania się na wschód, by dotrzeć do miasteczka na rozdrożach, zwanego Ouamen, w którym mieliście spędzić następną noc. Stamtąd, droga prowadziła prosto na południe, do Fortu Laedaz. Dalej na południe znajdowały się już tylko Dzikie Krainy, do których zmierzaliście.
Ciemność powoli otulała świat wokoło, a większość z waszych towarzyszy krzątała się, próbując jak najszybciej rozpalić ognisko, zjeść kolację i zażyć trochę snu przed kolejnym dniem na trakcie. Kiedy w końcu ogień zaczął trzaskać, wszyscy zaczęli rozkoszować się ciepłem, które dawał. No, prawie wszyscy. Urvyn siedział w ciemności owinięty płaszczem, plecami oparty o jeden z kamieni, które zdobiły miejsce ich noclegu. Coriag, mimo pozostania w okręgu światła, rzucanego przez ognisko, pozostawał na uboczu. Yithnee natomiast pozostała przy swym koniu, rzucając niechętne spojrzenia na płomienie. Gwardziści zebrali się wokół źródła ciepła i wesoło rozmawiali o różnych błahostkach, żując chleb i pieczone mięso. Vonmir i Yngvar siedzieli wystarczająco daleko od nich, by móc zignorować ich głosy, jednak na tyle blisko ognia, by ten dostarczał im miłe uczucie ciepła. Srebrny sierp wisiał wysoko nad waszymi głowami, a gwiazdy mu towarzyszące migotały wesoło. Chłodny wiatr od czasu do czasu owionął was, nie przebijając jednak ciężkich płaszczy. Była to wasza pierwsza noc, kiedy mogliście porozmawiać z innymi. Poprzednia noc, spędzona przez was w Pałacu, minęła szybko. Zostaliście oderwani od swych zajęć, sprowadzeni do Pałacu i umieszczeni w komnatach, by następnego dnia wyruszyć z samego rana. Nie mieliście czasu, by zadać jakiekolwiek pytania czy poznać współtowarzyszy. Teraz jednak, kilkanaście metrów od Książęcego Traktu, na równinach i pod rozgwieżdżonym niebem, mieliście w końcu chwilę wytchnienia.
 

Ostatnio edytowane przez Aro : 18-07-2012 o 19:23.
Aro jest offline  
Stary 28-04-2012, 22:47   #2
 
Zara's Avatar
 
Reputacja: 9583 Zara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputację
Vonmir spojrzał na stojącą przy koniu kobietę, nie mającą jakoś zamiaru zbliżać się do ogniska. Od razu w jego głowie pojawiła się myśl, że pewnie źle się tu czuje, pośród samych facetów. Mimo wszystko, chciał dodać jej jakiejś odwagi, czy otuchy, choć nie miał żadnej pewności, jaki będzie tego efekt, zwłaszcza w jego wykonaniu.
- Pani, może przysiądziesz do nas, pogwarzymy, skoro mamy być jedną drużyną. He he, w końcu jesteśmy wybrańcami. Wybranymi z tłumów. Choć nie mam pojęcia, jak to się stało, że wybrali mnie, zwłaszcza, że tak mało nas przystąpi do tego zadania. To jak będzie, gwarzymy, czy patrzymy się tak na siebie spode łba do końca? - Nie wiedział, czy reszta osób znajdujących się przy nim, czyli zarówno Yngvar, jak i kobieta będą chciały włączyć się do rozmowy z nim. Ale miał taką nadzieję, bo średnio podobała mu się perspektywa tak sztywnej atmosfery wśród kompanii.
Yithnee odruchowo rozejrzała się, chcąc znaleźć tę panią, do której przemawiał, ale, zorientowawszy się, że to do niej mówił, uśmiechnęła się nieco, spoglądając na mężczyznę. Miał zapewne jak najlepsze chęci, chociaż wypowiedź nie zabrzmiała raczej tak, jakby chciał, by zabrzmiała. Narsaince pozostało zatem tylko odpowiedzieć.
- Starczy ,,Thynn”, nie ,,pani” - poprawiła na początek. - Jeżeli faktycznie mamy być jedną drużyną, to chyba lepiej, żebyśmy nazywali się nawzajem mianami, które rozpoznajemy? Mówiąc szczerze, chwilę się zastanawiałam, do kogo mówisz. - Chcąc złagodzić ostrzejszy wydźwięk tej wypowiedzi, znów się uśmiechnęła. Odruchowo pobawiła się końcem czarnego warkocza, przerzuconego do przodu przez prawe ramię, skarciła się w duchu za ten nawyk, omal nie odrzuciła włosów do tyłu i z trudem zostawiła dłonie w spokoju. - Wybacz, ale chyba się nie dosiądę, nieswojo bym się czuła pośrodku gromady ludzi i w kręgu światła, oddzielającego mnie od... - szerokim gestem ręki pokazała drzewa, gwiazdy, las, noc. - Pogawędzić owszem, mogę, i bardzo chętnie to uczynię. - Pomilczała trochę. - I nie patrzę spode łba, jak się kulturalnie wyraziłeś.
Mężczyzna nie miał pojęcia, kim jest kobieta, wypowiadająca rzeczy o przeszkadzającej jej gromadzie ludzi, a przede wszystkim ogniu. Zdziwił się lekko, ale uznał, że może to być zawsze jakiś temat do rozmowy. Uśmiechnął się też lekko, chwilę odczekując, czy może ktoś inny nie ma zamiaru włączyć się do rozmowy, ale kiedy to nie nastąpiło, ponownie odezwał się w jej stronę.
- O, sam się nie przedstawiłem. Jestem Vonmir, rodowity Sunveryjczyk, a nawet z miasta Ouriad, które na pewno znasz. - Nawet pasowało mu to, że przeszli na “ty”. Jakoś średnio podobałoby mu się odzywanie do innych per “pani” i “panie”. - A może opowiesz i więcej o sobie? Bom niestety niezbyt światły człowiek i na geografii niezbyt się znam. Coś mi świta, po tym, co powiedziałaś, ale zawsze lepiej byłoby znać wiadomości o tym z pierwszej ręki.
Yithnee nie zdołała powstrzymać uśmiechu. Nie trafiła na osobę przesadnie domyślną. Albo wziął ją za przybysza z Południa, albo nie miał pojęcia o Narsinach, albo nie mógł zrozumieć, jak można źle się czuć w obozowisku, przy raźnie trzaskającym ogniu itp.
- Mówiąc szczerze, nie znam dość dobrze Ouriadu, niewiele czasu spędziłam w Sunverze. To, co widziałam, wystarczyło mi jednak, by stwierdzić, że to na pewno piękne miasto. Na geografii także się nie znam. - Aż wstyd przyznać, ale Yithnee niespecjalnie radziła sobie z mapami. Znalezienie na nich jakiegokolwiek miejsca było prawdziwą męczarnią, a dostrojenie mapy do rzeczywistości... hm... może zmienić temat rozmyślań? Zresztą, ton wypowiedzi sugerował, że Vonmir uważał ją za osobę na geografii się dobrze znającą, ale - gdyby było jasno - wątpiła, czy doszedłby do tego wniosku. Dość się już napatrzyła na ludzi, by wiedzieć, że nie jest ubrana jakoś wytwornie. Chyba pierwszy raz w życiu źle się poczuła w swojej niegdyś bezpretensjonalnej, choć przydużej granatowej koszuli, kupionej w Narselymie za bezcen, wąskich skórzanych spodniach i płaszczu, który - choć przez Narsainów uważany za elegancki - z elegancją nie miał nic wspólnego.
- A tak z pierwszej ręki - dorzuciła - to ja także się właściwie nie przedstawiłam. Wybacz nietakt. Jestem Yithnee z Szarych Pól, rodowita Narsainka z Lasu. Dla tych, którzy mają problem z moim imieniem zwę się Thynn. - uśmiechnęła się ponownie. Nie do wiary, jak ludzie prowokowali uśmiechy. - Jeżeli to właśnie ci świtało, to muszę stwierdzić, że domyślny z ciebie człowiek.
Co prawda Vonmir nie domyślał się wcale, czy może chodzić o Narsainkę z Lasu, nie miał zamiaru od razu wyprowadzać Thynn z błędu. Spojrzał jednak również na resztę ludzi, oczekując, czy może kto inny zechce się przyłączyć do rozmowy, czy chociaż im przedstawić. Dalej w ogóle nie odezwał się facet siedzący obok niego przy ognisku. Albo był to prawdziwy mruk, albo coś w nich mu nie pasowało. Wolałby takie rzeczy wiedzieć od razu, więc wymownie patrzył się po reszcie osób blisko się znajdujących. A kto wie, może zdecydują się wreszcie zrobić coś konkretniejszego niż tylko siedzieć przy ognisku.
 
Zara jest offline  
Stary 29-04-2012, 14:02   #3
 
Irregular's Avatar
 
Reputacja: 158 Irregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znany
Yithnee dyskretnie odetchnęła z ulgą. Większość ludzi była trudnym materiałem do rozmowy - czasem ciężko było ich zrozumieć, czasem sami nie próbowali niczego zrozumieć, a wszystko zazwyczaj kończyło się tym, że obie strony się na siebie obrażały. Na razie przynajmniej zrobiono dobry początek, choć Narsainka chętnie zamieniłaby parę słów z pozostałymi ochotnikami. Szczerze mówiąc, po prostu była ciekawa, dlaczego właściwie się zgłosili. Cóż, sądząc po poziomie wypowiedzi, Vonmira skusiło złoto, świetnie udaje lub jest najdziwniejszym kandydatem na bezinteresowne działanie, jakie można by sobie wyobrazić. ,,Zaraz, stop. Zaczniesz obgadywać wszystkich w myśli, zaraz zrobisz to na głos" - upomniała samą siebie. Jako że zazwyczaj słuchała własnych rad, jej myśli zwróciły się w inną stronę.
,,Właściwie nie powiedzieli nam za wiele. Przydałby się rysopis albo chociaż, bo ja wiem, znak rozpoznawczy? Ściganie kogoś, o kim nic się nie wie, nie ma jakiegoś wielkiego sensu. Poza tym, ciągnięcie ze sobą gwardzistów... wystarczy, że jednemu koń okuleje i będzie problem, a jeśli czarownica ma chociażby minimum wiedzy na temat ucieczki, to nie będzie zwiewać gościńcem. Innymi słowy, nie wiemy wiele, ale chyba liczą na cud, dysponując większą ilością gwardzistów niż ochotników.". Jednak Yithnee nie chciała na razie wypytywać, w końcu przyjdzie jeszcze na to czas. Nie powiedziała więc już nic. Liczyła jednak na to, że albo Vonmir, albo któryś z pozostałym ochotników, albo ktokolwiek inny zacznie kolejną rozmowę i nie spędzą reszty wieczoru w ciszy.
Nie żeby miała coś przeciw ciszy, oczywiście. Rozmowy przynajmniej zagłuszały trzask ognia, który dla ostrego słuchu Narsainki brzmiał jak jęk umierającego drewna, które było powoli zamęczane na śmierć przez niosące zagładę płomienie.
 
__________________
Mole książkowe są zagrożone. Chrońmy ich naturalne ostoje! (biblioteki!)

Wkurzyłam kogoś? Coś pomyliłam? Sorry, ale biblioholik na odwyku to jeden wielki kłębek nerwów. Wybaczcie.
Irregular jest offline  
Stary 05-05-2012, 01:31   #4
 
Boreiro's Avatar
 
Reputacja: 31 Boreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodze
Yngvar rozejrzał się po obozowisku. Gwardziści siedzieli w swoim gronie, grzejąc się przy ogniu. Banda mamisynków z bogatych domów, którzy nie wiedzą za którą część miecza chwycić - pomyślał, po czym splunął. Niedaleko od niego stała dwójka najemników, która rozmawiała wesoło. Doświadczony najemnik przyglądał się kątem oka zachowaniu i uzbrojeniu rozmówców. Pieprzeni amatorzy - swierdził i ponownie splunął. Nie miał najmniejszego zamiaru zdobywać tutaj nowe znajmości albo chociaż porazmawiać z towarzyszami. Zależało mu tylko na jak najszybszym ukatrupieniu czarownicy i wiążącym się z tym wydarzeniem książęcym srebrze. Podniósł się i ruszył do swojego wierzchowca. Wyjął gruby koc, suchary i suszone mięso. Jakoś nie miał zaufania do posiłków jakie zabrała ze sobą kompania. W milczeniu zjadł swoją zimną kolację i położył się na swoim posłaniu niedaleko ogniska. Obok siebie ułożył swój wielki duręczny topór z którym niegdy się nie rozstawał. Cały czas trzymał na rękojeści dłoń, aby w razie potrzeby móc natychmiastowo się nim posłużyć. Życie nauczyło go, że atak przychodzi zawsze w najmniej oczekiwanym momencie. Przyjemne ciepło oraz długa droga sprawiły, że od razu zasnął. Śniły mu się wysokie, ośnieżone góry, gdzie nieustannie wiał silny, huczący wicher.
 
Boreiro jest offline  
Stary 19-06-2012, 23:01   #5
Aro
 
Aro's Avatar
 
Reputacja: 4316 Aro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputację
VONMIR, YITHNEE & URVYN
Yithnee i Vonmir, pogrążeni w rozmowie, nie zauważyli Urvyna, który opuścił swe miejsce przy jednym z głazów i obecnie przysłuchiwał się wymianie ich słów, skryty w cieniach zaledwie kilka kroków dalej. Gdy po raz kolejny zapadła cisza, przerywana jedynie trzaskaniem płonącego drewna i okazjonalnym wybuchem śmiechu gwardzistów, podszedł do Narsainki i człowieka z lekkim, życzliwym uśmiechem na ustach.
- Miło widzieć, że podróż niekoniecznie minie nam w milczeniu. - Jego głos był niski i zachrypnięty, a w Sunveryjskich słowach, które padły, krył się cień śpiewnego akcentu tak charakterystycznego dla Azaveryjczyków. Kolejny powiew zimnego wiatru sprawił, że jego twarz skryła się za kurtyną ciemnych, gęstych włosów. Najemnik jedynie zaklął i owinął się szczelniej znoszonym płaszczem. - Zwą mnie Urvyn. Swego czasu jeden ze Złotych Ostrzy, obecnie wasz towarzysz.
Kończąc swą wypowiedź, ukłonił się Yithnee i wyciągnął prawicę do Vonmira, mierząc ich przyjaznym, aczkolwiek czujnym spojrzeniem.
Vonmir na pewno nie miał zamiaru odtrącać okazanego wobec niego gestu, więc jak najszybciej wyciągnął dłoń i stosunkowo mocnym, żołnierskim uściskiem odpowiedział Urvynowi.
- Widzę, że mamy dosyć różnorodną drużynę. - Powiedział mając na myśli pochodzenie zarówno Thynn, jak i Urvyna. Jednak aby nie zabrzmieć jakoś rasistowsko, po chwili dodał, uśmiechając się. - Ale powinno to wyjść z korzyścią dla nas wszystkich.
- Zgadzam się. - Odparł najemnik, którego wzrok przeniósł się z Vonmira na Yngvara, obecnie szykującego się do snu. - Z tamtym mogą być jednak problemy. - Mówiąc to, w jego głosie pojawiła się niechęć, a i usta wykrzywiły się w lekkim grymasie. - Podobno w Meincie szukają go listem gończym. Jakim cudem nasz dowódca, wielmożny rycerz Zakonu, go przyjął, nie wiem. - Kończąc swój wywód, splunął na ziemię i zaklął pod nosem.
- Cóż, Sunver to nie Meinta, a przynajmniej tak sądzę - zauważyła Yithnee. - Nie wspominając o tym, że - niezależnie od tego, za co list gończy został wystawiony - w innym miejscu można się jeszcze poprawić. - Westchnęła, znowu bawiąc się końcem warkocza. Na zmianę splatała i rozplatała niewielkie kosmyki czarnych włosów. Robótka śmigała, tworząc maleńkie warkoczyki. Nagle jej palce zamarły, a warkocz wrócił do poprzedniego stanu. - Albo i nie. To zależy od osoby, a mam nadzieję, że ze względu na cel naszej wyprawy z nikim nie będzie problemów. - Spuściła bursztynowe, jak to w końcu u Narsainów, oczy i na odmianę zainteresowała się guzikiem przy mankiecie koszuli. Lubiła mieć czymś zajęte ręce.

VONMIR & YITHNEE

Po wymianie kilkudziesięciu słów ze sobą nawzajem, powoli zaczął was morzyć sen. Również od strony trzaskającego ognia dochodziło do was coraz mniej odgłosów. Młodzi gwardziści powoli szykowali się do snu, owijając się płaszczami i szukając wygodnego, ciepłego miejsca w bezpiecznej odległości od ognia. Dwóch starszych mężczyzn jednak rozmawiało w najlepsze, a włócznie pozostające w zasięgu ich dłoni dały wam do zrozumienia, że zamierzają wziąć pierwszą wartę. Coriag i Erric jednakże, zniknęli gdzieś w cieniach, poza zasięgiem światła i uszu. Widać było jedynie ich sylwetki, po których wywnioskować się dało, że prowadzą właśnie nerwową rozmowę, by nie powiedzieć kłótnię. Zbyt zmęczeni by przejąć się ową ciekawą sytuacją, w końcu udaliście się na spoczynek. Zimny wiatr z początku nie pozwalał wam zasnąć, lecz gdy przywykliście do jego podmuchów i chłodu, sen dopadł i was.

WSZYSCY
Kolejny dzień przywitał was ciepłymi promieniami słońca na waszych twarzach i wesołymi rozmowami młodszych towarzyszy. Po szybkim posiłku i zwinięciu obozowiska, zostawiliście równiny za sobą i ponownie skierowaliście swe wierzchowce na Książęcy Trakt. Atmosfera była porównywalnie lżejsza aniżeli ostatniego dnia. Mimo Yngvara nadal trzymającego się na uboczu, rozmawialiście pomiędzy sobą, a i kilku gwardzistów zrównało się z wami, nawiązując przyjacielską pogawędkę czy dzieląc się z wami bukłakiem wina, jak i owocami zerwanymi z drzew, których z każdą przebytą ligą przybywało coraz więcej. Gdy minęło południe, waszym oczom zaczęły ukazywać się również farmy i pola uprawne, sady i zwierzęta. Ser Coriag, zrównawszy się z wami, oznajmił jedynie, że niedługo dotrzecie do Ouamen.

(…)


Ouamen

I rzeczywiście, gdy słońce zaczęło kłaść się do snu, a niebo nad wami nabrało krwawego odcieniu, przed wami wyrosły kamienne mury miasteczka na rozdrożach. Co prawda nie równało się z Ouriadem, jednak posiadało w sobie coś z naturalnego piękna. Otoczone złotymi polami i licznymi farmami, dumnie przyjmowało przybyszów, a znajdując się na głównym szlaku handlowym Sunveru, na ich brak nie narzekało. Wielu kupców zatrzymywało się w licznych gospodach ku uciesze ich właścicieli, a kilka karczm i zamtuzów również zyskiwało na ich pobycie. Wam jednak nie dane było przekroczyć bram Ouamenu. Miast tego zatrzymaliście się tuż przed jedną z nich, pod gospodą nieposiadającą nazwy. Przywitał was gospodarz, ogarniając całą grupę wzrokiem. W jego oczach pojawił się błysk, na myśl o tym, ile monet zarobi, oferując kwaterę wam i waszym wierzchowcom.

(…)

WSZYSCY
Jedynymi osobami siedzącymi teraz we wspólnej izbie byliście wy, Urvyn i trójka młodych gwardzistów, których imion nie znaliście. Reszta waszych towarzyszy zniknęła zaraz po kolacji, udając się na zewnątrz lub do swych pokojów. Ser Coriag opuścił was chwilę później, przepraszając i tłumacząc, że musi uzupełnić zapasy i wypytać mieszkańców o czarownicę. Tak też pozostaliście zostawieni samym sobie, w ciepłej izbie, z jedzeniem i napitkami przed sobą, podczas gdy za oknami powoli zaczynała panować ciemność. Urvyn, pociągając zdrowo z kufla po raz kolejny, zaoferował wam udanie się do miasteczka, jako że „noc jeszcze młoda, a tu zginąć idzie z nudy”. Wstając, poprawił płaszcz i rzucił wam pytające spojrzenie.
Yithnee zerwała się na równe nogi.
- Chętnie pójdę. - oznajmiła. Zżerała ją ciekawość. Co też można robić w mieście w nocy? Tę kwestię koniecznie należało rozważyć. Nie mogła się powstrzymać. - A co właściwie można robić w środku nocy poza domem? - Miała nadzieję, że nikt opacznie jej nie zrozumie. Narsaini w takiej sytuacji zwykli siedzieć przy świetle lub w ciemnościach, grunt, że raczej nie spacerowali po nocach. Raczej. Były, oczywiście, wyjątki, ale nie zawsze należy się nimi przejmować.
Póki co, mogąc korzystać z dobrodziejstw podmiejskiej gospody, zwłaszcza w postaci złocistego trunku, Vonmir czuł się jak u siebie. Co prawda zdecydował się na to zadanie między innymi dlatego, by móc zerwać z wcześniejszymi nałogami, to każdy mógł zauważyć, że łapczywie pociągał każdy kolejny łyk. Gdy już samo siedzenie zdawało się być dużo radośniejsze, Urvyn wyszedł z propozycją wyjścia na miasto.
- Jakbyś mi w myślach czytał. Chociaż myślałżem, czy w ogóle chcą nas stąd wypuszczać, skoro od razu nie ugościliśmy się w mieście. Ale skoro tak, to tylko dokończę kufel, coby się trunek nie zmarnował i ruszam. - Po czym poczynił wymienione przygotowania do drogi, obserwując, czy kto jeszcze nie zamierza wybrać się z nimi.

VONMIR, YITHNEE & URVYN

Opuściliście gospodę, zostawiając za sobą resztę waszych towarzyszy, mniej chętnych na opuszczenie ciepłego zabytku obfitego w złocisty trunek i jedzenie. Wieczór był chłodny, jednak wiatr był o wiele bardziej znośny niż poprzednio. W spokoju pozostawiał wasze włosy i płaszcze, jeno czasami oferując lekki powiew, który po zaduchu gospody stanowił miłe orzeźwienie. Przekroczyliście bramę bez żadnych problemów, mimo że strażnicy wymienili kilka cichych komentarzy między sobą, ich wzrok utkwiony w Yithnee. Miasteczko, o dziwo, mimo wielu przejezdnych było schludne jak na Sunver. Schludniejsze niż Ouriad, w którym unosiła się nieprzyjemna woń, stanowiąca kombinację wszystkiego, co leżało na ulicach stolicy. Tutaj jednak, próżno szukać było podobieństw do Miasta Gryfów. Ouamen było miastem cichym i spokojnym, nawet o tak późnej porze. Brukowana droga prowadziła was pomiędzy drewnianymi, niskimi budynkami z zamkniętymi okiennicami. Jedynie z niewielu z nich dochodziły was głosy czy kroki. Również na ulicach panował względny spokój, mijało was niewiele ludzi, jednak z tego i owego zaułka słychać było podniesione głosy pijanych mężczyzn, a czasami i głośne śmiechy kobiet, co było dowodem, że tutejsze tawerny i zamtuzy nie narzekają na brak klienteli. Dopiero jednak dotarłszy do przestronnego rynku w środku miasteczka, napotkaliście większą grupę Sunveryjczyków. Co było jednak dziwne, wpatrywali się w coś w tyle, za wami, szeroko otwartymi oczami. Nim zdążyliście się obrócić, obok was przebiegła dwójka strażników, krzycząc „pożar! Pali się!”, kierując się w stronę z której dopiero co przybyliście. I nie kłamali. Ponad budynkami harcował czerwony kur, a zza murów wznosił się gęsty dym. Pod tamtą stroną murów znajdował się tylko jeden budynek. Gospoda, w której się zatrzymaliście. Urvyn zaklął.

YNGVAR

Kiedy za twoimi towarzyszami zamknęły się drzwi budynku, w pomieszczeniu zapanowała cisza. Gwardziści, którzy jeszcze nie tak dawno głośno rozmawiali przy sąsiednim stole, udali się na górę do swych pokoi. Teraz we wspólnej izbie pozostałeś jedynie ty i gospodarz, który zerkał na ciebie co jakiś czas, krzątając się po sali i sprzątając. Nie minęło nawet kilkanaście minut, kiedy ciszę rozdarł głośny dźwięk wybitego okna, przez które do środka wrzucono dwie szklane fiolki dziwnej substancji. Płyn w nich miał barwę intensywnego pomarańczu, na którą nie dało się patrzeć przez dłuższy czas. Mimowolnie podniosłeś się z siedzenie, śledząc lot naczyń. Ciszę przerwał kolejny dźwięk, tym razem zbitego szkła. A potem rozpętało się piekło.

VONMIR & YITHNEE

Przekleństwo Urvyna jeszcze na dobre nie dotarło do was, kiedy, nie myśląc, rzuciliście się biegiem za strażnikami. Właściwie jedno z was.

YITHNEE

Yithnee natomiast stała w miejscu, wpatrując się w łunę na niebie. Niemalże mogłaś usłyszeć odległy ryk płomieni i zobaczyć tańczące płomienie. Nie, nie mogłaś tam wrócić. Strach sparaliżował twoje ciało, wbijając cię w bruk rynku, podczas gdy wokół ciebie biegali zaaferowani ludzie. Część z nich nawoływała strażników, a część przemykała zaułkami, spragniona widowiska. Rynek opustoszał w niecałą minutę, lecz ty nadal nie mogłaś zrobić chociażby kroku. Wyczułaś czyjąś obecność za swoimi plecami. Przełamując niemoc, odwróciłaś się...

YNGVAR

Nim jeszcze ostatnie kawałki zbitych fiolek dotknęły ziemi, pochłonął je pomarańczowy ogień. Ryk płomieni i podmuch gorącego powietrza zmusił cię do cofnięcia się. Cała gospoda płonęła na twoich oczach, a ogień rozprzestrzeniał się niewiarygodnie szybko, pełznąc po podłodze i wspinając się po kolumnach, pochłaniał kolejne elementy drewnianej konstrukcji. Gospodarz zniknął ci z oczu, jednak otwarte drzwi kuchni sugerowały, że wziął nogi za pas. Zostałeś jedynie ty. Ty i ogień niczym z piekielnych czeluści. Z pokoi na górze dobiegał cię mrożący krew w żyłach krzyk płonących żywcem, słyszalny nawet mimo ryku płomieni. Dym zaczął wypełniać pokój, wdzierając się do twych ust i nozdrzy, napełniając twe płuca masa małych igieł, a twe oczy łzami. To ostatnie jedynie próbował zrobić, co z góry skazane było na porażkę, jako że żar skutecznie wysuszał jakiekolwiek płyny w pobliżu. Zaledwie dwa dni temu słyszałeś o stosie dla czarownicy, teraz jednak los napisał swą własną wersję zdarzeń. Stos zastąpiła gospoda, a czarownicę - ty, jeśli nie uda ci się wydostać z budynku na czas.

VONMIR

Biegłeś wraz z Urvynem ile sił w nogach i powietrza w płucach, niemalże dobywając miecza. W twej głowie kołatały się myśli. Co? Jak? Nie wiedziałeś, co zastaniesz, kiedy dotrzesz do celu, teraz jednak nie mogłeś się tym przejmować. Ważniejszy był bieg. Coraz dalej, coraz szybciej. Jeden zakręt, drugi. Mógłbyś przysiąc, że droga zdawała się krótsza jeszcze nie tak dawno temu. Przed sobą widziałeś Urvyna, który to klął, to łapał oddech. Kolejny zakręt i... jest! Brama. A za nią strażnicy, okoliczni mieszkańcy i płonąca gospoda. Jeszcze trochę i będziecie na miejscu. Los miał jednak inne plany. Z zaułka przed Urvynem wypadła ciemna sylwetka, szybka niczym demon nocy, i powaliła najemnika. Błysnęło ostrze. Nie miałeś czasu by się przyjrzeć, ani by zareagować. Poczułeś uderzenie od tyłu, jak by ktoś właśnie skoczył z dachu na ciebie. Może tak właśnie było? Poszybowałeś na spotkanie z brukiem i mógłbyś przysiąc, że zobaczyłeś gwiazdy, kiedy ów spotkanie nastąpiło. Odruchy i instynkt przetrwania jednak zwyciężyły i nadal zamroczony, zerwałeś się na równe nogi z mieczem w ręce. Wyuczonym ruchem chwyciłeś go pewniej, unosząc ręce i składając na szybko paradę. Stal zaśpiewała, a ty zatoczyłeś się do tyłu. Dopiero teraz, kiedy na powrót widziałeś dobrze, mogłeś się przyjrzeć przeciwnikowi. Nie spodobało ci się to, co widziałeś. A widziałeś...

YITHNEE

Postać w czerni, z tkaniną owiniętą wokół jej twarzy, odsłaniającą jedynie oczy, osadzone w twarzy niemalże tak czarnej jak jej ubiór. W dłoniach dzierżyła długi sztylet, a jej wzrok utkwiony był w tobie. Znałaś to spojrzenie. Spojrzenie, którym łowcy obdarzali swą zwierzynę przed zadaniem ostatecznego, finalnego ciosu. Wiedziałaś, co za chwilę się zdarzy. Kiedy czarna postać skoczyła w twym kierunku, a sztylet mignął w powietrzu, zawirowałaś. Z gracją i szybkością tak charakterystyczną dla Narsainów, wyminęłaś przeciwnika, jednocześnie dobywając swych własnych ostrzy.

VONMIR

Miecz po raz kolejny pomknął w twoją stronę, lecz napotkał opór w postaci kolejnej parady. Postać w czerni była szybka, jednak jeszcze nie dosięgnęła twego ciała ani razu. Za sobą słyszałeś śpiew ostrzy Urvyna i drugiego z napastników, który nadawał rytm ich tańcu. Tańcu, który zakończył mógł się w jeden tylko sposób. Wtedy, kiedy jeden z instrumentów umilknie. Napotkałeś wzrok swego przeciwnika. Jego spojrzenie mówiło jedno: „Giń!”. Wiedziałeś, że jedno z was zaraz zginie. Teraz jednak był czas działania, nie myślenia. Czas tańca i czas śpiewu ostrzy.
 

Ostatnio edytowane przez Aro : 20-06-2012 o 02:55. Powód: Format i poprawa literówek.
Aro jest offline  
Stary 20-06-2012, 17:35   #6
 
Irregular's Avatar
 
Reputacja: 158 Irregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znanyIrregular wkrótce będzie znany
Wciąż jeszcze sparaliżowana strachem, jaki ogarnął ją, gdy zobaczyła płonącą gospodę, Thynn usiłowała zanalizować sytuację. Postać w czerni najwyraźniej miała zamiar zabić, zatem logiczne było odpowiedzieć tym samym. Gdy tylko to do niej dotarło, Narsainka zaczęła szybko planować kolejne cięcia. Dobyła obu sztyletów i zaatakowała.
Prawa ręka śmignęła do przodu, gdy Yithnee uznała, że najłatwiej będzie po prostu wbić sztylet w klatkę piersiową napastnika. Gdy już umknęła ciosowi, możliwe, że przeciwnik straci równowagę. Jednocześnie jednak zamachnęła się także lewą ręką - drugi sztylet szerokim cięciem powinien dokończyć ewentualnie spartaczoną robotę albo zasłonić przed ciosem, bo w końcu nigdy nic nie wiadomo, nieprawdaż? Wierna tej zasadzie, Thynn pozostała skupiona na tym, by błyskawicznie odskoczyć i umknąć gdzieś w noc, gdyby ciosy nie odniosły skutku. ,,Dachy to prawie jak drzewa. Gdy zdołam wejść na jeden z nich, powinnam jakoś umknąć... chyba, że załatwię go za jednym zamachem. Albo za drugim".
Przejęta walką, prawie zapomniała o szalejących płomieniach. Prawie - wciąż w wyobraźni czuła palący oddech ognia na plecach. Rozpraszało ją to i niepokoiło. Czuła się trochę jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce, do której wsadzono też pochodnię. ,,Skup się, skup się...".
Wszystkie te przemyślenia zawarły się w ułamku sekundy, które zużyła na to, by zaplanować swoje działania. Teraz już tylko patrzyła, jak jej własna dłoń ściskająca sztylet podąża ku celowi. Mogła tylko mieć nadzieję, że zdoła zabić napastnika.
Nawet nie przyszło jej do głowy, by zawołać o pomoc. Zresztą, czy by przyszła?
 
__________________
Mole książkowe są zagrożone. Chrońmy ich naturalne ostoje! (biblioteki!)

Wkurzyłam kogoś? Coś pomyliłam? Sorry, ale biblioholik na odwyku to jeden wielki kłębek nerwów. Wybaczcie.
Irregular jest offline  
Stary 23-06-2012, 17:37   #7
 
Zara's Avatar
 
Reputacja: 9583 Zara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputację
*No, no, no, jeszcze wszystkiego na szczęście nie zapomniałem.* pomyślał i uśmiechnął się Vonmir, gdy udało mu się powrócić do sprawności umysłowej po zamroczeniu. Wszystko działo się szybko, jeszcze dawno wyuczonymi odruchami udało mu się uratować nawet życie. Wiadomo, leżenie jest pozycją bardzo wygodną, ale nie jest najlepszą postawą do walki. Po wstaniu, mógł także przyjrzeć się przeciwnikowi. Nie dało się za dobrze ocenić jego wieku, wyglądu, pochodzenia, czegokolwiek przez te dziwne, czarne ubranie. Ale zarówno ono, jak i zwierzęce ślepia mówiły o tym, że jest to jakiś dziwak, przybysz nie wiadomo skąd, ale co najważniejsze z długim sztyletem. Niby długim, ale zawsze sztyletem, nie mającym porównania do jego miecza. Choć przeciwnik był cholernie szybki, w większym swoim zasięgu upatrywał swej przewagi, jaką musiał wykorzystać. Trzymanie zasięgu było rzeczą najważniejszą. Kilka kroków odstępu dawało mu te milisekundy więcej czasu przy uniku, co mogło okazywać się zbawienne w bronieniu swego ciała, ale i mogło dać mu okazję do kontry, bowiem sztylet nie dawał takich możliwości obronnych. Więc po kilku drobnych krokach w tył dla uzyskania odpowiedniego zasięgu, jeśli przeciwnik atakuje, to oczywiście unika, czy paruje, w razie próby przysuwania się do niego, gwałtownie atakuje. Wóz albo przewóz, w końcu trzeba było pokazać, że jest się mężczyzną.
 
Zara jest offline  
Stary 24-06-2012, 01:03   #8
 
Boreiro's Avatar
 
Reputacja: 31 Boreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodzeBoreiro jest na bardzo dobrej drodze
Yngvar nie zważając na piekło wokół niego ruszył szybkim, pewnym krokiem w kierunku w kierunku głównego wejścia do gospody. W swoim życiu przeżył już 2 pożary w gospodach z tą różnicą, że obydwa zaprószył on sam. Wiedział dobrze, że strach może go poparzyć znacznie bardziej niż ogień. Podstawową rzeczą w takich przypadkach jest racjonalne działania i nie uleganie emocjom. Drzwi wejściowe były najbliżej, a więc to był najlepszy wybór. Istniało duże prawdopodobieństwo, że za drzwiami czekają przygotowani na niego śmiertelnie groźni wrogowie, ale nie przejmował się tym. W końcu nie dla zabawy nosił ze sobą wielki dwuręczny topór, który nie raz i nie dwa ratował mu życie. W połowie droga usłyszał dźwięk. Dźwięk pękającej pod wpływem żaru belki. Belki, która podtrzymywała część dachu. Dachu, który właśnie walił się najemnikowi prosto na głowę. Przeciętny człowiek nie wykonał by najmniejszego ruchu i zginąłby na miejscu. Doświadczony żołnierz zorientowałby się w sytuacji i zrobił szybki unik, ale i tak dach byłby zbyt wolny aby uniknąć swojego końca. Mistrz fechtunku także nie dałby rady. Jednak Yngvar nie należał do żadnych z nich. Był jednym z tych ludzi w których instynkt brał górę nad rozsądkiem. Było w nim coś pierwotnego co niewielu pośród żyjących nosi w sobie. W czasie krótszym niż wypowiadał przekleństwo, zdjął swoją broń z pleców i całą siłę jaka miał w mięśniach rąk i ramion włożył w potężne zachmachnięcie się. Drewniany dach rozszczepił się na dwie połowy, które opadły na ramiona Yngvara. Gwałtownym ruchem strząsnął je z siebie. Nie czuł bólu, ale miejsca na które spadł rozżarzony dach będą odczuwały tego skutki jeszcze przez długi czas. Teraz doga do drzwi była zablokowana i buchał w niej taki ogień, że sam diabeł nie wyszedł by bez szwanku, gdyby tam wszedł. Rozejrzał się po sali i spostrzegł drzwi prowadzące do kuchni. Okrążył epicentrum pożaru, gdzie spadły fiolki z substancją i po kilku chwilach był przy drzwiach. Nie zatrzymując się przebił się przez cienkie drzwi i wbiegł do pomieszczenie kuchennego. Naprzeciwko niego były kolejne drzwi. Biegnąc przez kuchnię kątem oka dostrzegł wciąż żyjącego młodego pomocnika kuchennego przygniecionego przez regał z ciężkimi metalowymi naczyniami. Nawet w jego nikczemnym sercu znalazła się odrobina litości dla chłopca, którego czekała śmierć w płomieniach. W pełnym biegu zrobił zamach swoim toporem i głowa chłopca potoczył się po podłodze zostawiając za sobą czerwoną smugę. Drzwi przed nim były wykonane z znacznie grubsze niż poprzednie i dodatkowo okute żelaznymi wzmocnieniami, więc zdecydował się nie wyważać ich. Podejrzewając, że za drzwiami zapewne już ktoś na niego czeka i raczej nie chce mu dać całuska, nacisnął klamkę.
 
Boreiro jest offline  
Stary 25-06-2012, 22:42   #9
Aro
 
Aro's Avatar
 
Reputacja: 4316 Aro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputację
YITHNEE
Narsaini byli szybcy i zwinni, powiedziałby każdy, kto kiedykolwiek zmierzył się z Dzieckiem Lasu w walce. Teraz dałaś nieme potwierdzenie owym opowieściom, którym niektórzy nie dawali wiary. Zawirowawszy i dobywszy sztyletów, w ułamku sekundy doskoczyłaś do swego przeciwnika, wbijając jeden ze sztyletów głęboko pomiędzy jego żebra. Cisza, która królowała na rynku, nie została przerwana przez chociażby ciche jęknięcie. Zupełnie jakby postać w czerni nie poczuła bólu, a przecież czułaś gorącą krew spływającą po ostrzu na twą dłoń. Skupiwszy się na ów dziwnym zjawisku, nie zauważyłaś łokcia pędzącego w twoją stronę. Poczułaś nagły ból po prawej stronie głowy i przysiąc mogłaś, że usłyszałaś symfonię dzwonów. Dłoń opuściła rękojeść sztyletu, zostawiając go w ciele napastnika, a ty sama zatoczyłaś się do tyłu. Kątem oka uchwyciłaś ruch postaci. Twoje odruchy i wrodzony instynkt przetrwania wzięły górę, gdy wróg ponownie natarł. Zbijając jego uderzenie, zawirowałaś ponownie, tym razem jednak z nieco mniejszą gracją i rękojeścią sztyletu uderzyłaś w styk czaszki i szyi. Mimo ograniczonej siły, jaką posiadałaś jako Narsainka, udało ci się posłać go na bruk rynku i w końcu miałaś odrobinę czasu, by uciszyć dzwony grające w najlepsze w twej głowie.

k100 na zwinność: 60 SUKCES
k100 na szczęście, modyfikator + 25 za trudności w koncentracji: - 57 PORAŻKA
k100 na szczęście: 24 SUKCES

VONMIR
Mimo lat odkąd ostatni raz miałeś lekcje walki mieczem, wiedza nadal pozostała w twej głowie. Mądrze wykorzystując przewagę zasięgu, parowałeś lub unikałeś kolejnych ciosów wroga. Zza pleców nadal słyszałeś śpiew stali i taniec płomieni, jednak bardziej skupiony pozostałeś na dokończeniu swej własnej walki. A koniec zbliżał się z każdym kolejnym zamachem i każdą kolejną paradą. W końcu napastnik, zamiast po raz kolejny wyprowadzić cios, natarł na ciebie. Był to moment, na który czekałeś. Nie tracąc ani sekundy dłużej, wziąłeś zamach i wyprowadziłeś silny cios, który głęboko wgryzłby się w ciało napastnika, gdyby ten nie sparował uderzenia. Właściwie ciężko było nazwać to, co nastąpiło paradą. Stal zaśpiewała, owszem, ale jego długie ostrze wyleciało mu z dłoni, wirując w powietrzu i zniknęło gdzieś w cieniu. Sama postać odrzucona została przez ów cios i tym razem to ona wylądowała na ziemi. Nadszedł czas na ostatnią figurę w tańcu...

rzut k100 na siłę: 39 SUKCES

YNGVAR
Drzwi otworzyły się. Jedynym co powitało cię, był powiew świeżego powietrza, co po owym piekle powitałaś niczym bukłak wody po wędrówce przez pustynię. Nie tracąc ani chwili, oddaliłeś się od szalejących płomieni, które harcowały w najlepsze, przeganiając jakiekolwiek cienie z okolicy. I to właśnie dzięki temu, pod jednym z drzew oddalonych o kilkadziesiąt kroków zauważyłeś sylwetkę skulonej postaci. Nie zbliżyłeś się jednak do niej, stojąc niepewnie w miejscu. W końcu na plecach nadal czułeś gorąc ognia, który ktoś niewątpliwie wszczął, by pozbyć się ciebie i twych towarzyszy. Owa sylwetka mogła być wszak pułapką, zastawioną przez te same osoby.
 
Aro jest offline  
Stary 29-06-2012, 22:29   #10
 
Zara's Avatar
 
Reputacja: 9583 Zara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputację
Jego przewaga była oczywista, nie miał problemu, by znaleźć właśnie ten punkt zaczepienia i z niego skorzystać. Wokół słyszał odgłosy stali autorstwa mieczy drugiego zamaskowanego i Urvyna. W przelotnych myślach, na które nie miał za wiele czasu, nie martwił się o niego, bo na pewno był to wprawny wojownik. On za to nie walczył na śmierć i życie nigdy, bo choć w karczemnych bójkach zdarzało się czasem komuś oberwać za mocno i nawet odejść na inny świat, czy uciec się do innego wcielenia, to raczej był to taki sam wypadek, jak przebicie się rozgrzanym ostrzem podczas wyrabiania broni. Czyli, potocznie zwany, wypadek przy pracy. On na szczęście po ojcu nieco rozumu odziedziczył, jak i pamięć nie zawiodła, co doprowadziło go do korzystnej sytuacji podczas walki. Jego przeciwnik leżał przy nim, pozbawiony ostrza. Choć wątpliwe, aby był bezbronny, bo całkiem możliwe, że może wyciągnąć coś w zanadrzu, to jednak Vonmir, który dotychczas nie miał pojęcia o zabijaniu, musiał podjąć szybką decyzję. Zapewne byłoby mu trudniej, gdyby nie już te kufle piwa, które odsączył w gospodzie. Alkohol sprawił, że poczuł się pewniej i bez skrupułów, z mocno wyciągniętym przed siebie mieczem, by wciąż trzymać jakąś pozycję obronną, postanowił wykonać pchnięcie w klatkę piersiową przeciwnika.
 
Zara jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:11.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169