Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-04-2013, 00:13   #101
 
Hellian's Avatar
 
Reputacja: 135 Hellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znany
Trochę wstydziła się tej ulgi, z jaką opuszczała Czarny Zamek. Może dlatego jej pożegnanie z ojcem, to na osobności, w komnacie Marbrana, było wyjątkowo czułe. Najpierw ucałowała ojcowską rękę, lecz zaraz potem bezwstydnie przylgnęła do Lorda Dowódcy, tuląc się do jego piersi i chowając twarz w długi włos futrzanego płaszcza, w który mężczyzna był odziany. Przez chwilę nawet czuła ten bezgraniczny spokój, tę ułudę bezpieczeństwa, którą daje tylko bliskość kogoś kochanego, a której zazwyczaj potrafią doświadczać jedynie dzieci i pewien szczęśliwy rodzaj kobiet przekonanych, że całą odpowiedzialność za ich życie ponoszą mężczyźni; ojcowie, mężowie albo bracia.

Spędziła tu pełen wrażeń miesiąc. Choć doświadczyła omamów, omal nie spłonęła żywcem, stanęła sama naprzeciw żądnego krwi tłumu i wyjeżdżała przekonana, że coś z jej głową jest zdecydowanie nie w porządku, jednocześnie w porównaniu z momentem przybycia na Mur, obecnie wręcz tryskała energią i radością. Nie pozbyła się ciężaru, który nałożyła na jej barki śmierć brata, a decyzja o pomszczeniu jego śmierci jedynie się w niej utrwaliła, ale zyskała przestrzeń, dzięki której mogła dalej żyć. Zamykała oczy i nie zawsze już widziała ciało Willema. Właściwie to zgadzała się z Tytusem, że powinni wracać na statek, nadchodziła zima, na Południe wzywały ją obowiązki. Tam czekała ta właściwa kobieta, ta, którą była gotowa zabić. To wszystko tutaj, choć ojciec próbował złożyć na jej barki swój ciężar, to nie było jej życie, a wiedziała, że jeśli będzie zwlekać zbyt długo, niepostrzeżenie może nim się stać. To samo wiedział chyba i Tytus choć jak na sługę przystało nie formułował pochopnych wniosków.

W momencie pożegnania zdała sobie sprawę jak bardzo podziwia ojca. Niczym udzielny Monarcha, Pan Muru i Zamarzniętej Ziemi, prowadził skomplikowaną polityczną grę, do jakiej ani ona, ani nikt kogo znała, nie byłby zdolny. Czy robił to dobrze czy źle, nie potrafiła orzec, z pewnością jednak nie popełniał grzechów powszednich; tchórzostwa ani zaniedbania.

Bez wątpienia pozwalała się wydarzeniom unosić również z ciekawości. Świat Północy, barbarzyński, surowy i ponury bywał niezwykle atrakcyjny. Wszystko tu zdawało się trwać na pograniczu realności, legendy materializowały się tu w kieliszkach wina, pożółkłych czaszkach i podejrzliwych koniuszych, a gwiazdy sprowadzały szaleństwo. Ona sama poczuła się wiedźmą. Tylko odrobinę brakowało jej czarnego stroju, sękatego kija i złowieszczego chichotu.

Na szczęście, gdy patrzyła jak odjeżdża Ulmer, chciało jej się śmiać z wcześniejszych przeczuć.

Cóż. Tak jak powiedziała Tytusowi, to tylko przygoda, zobaczą legendarnych, straszliwych Skaagosów w ich naturalnym środowisku. Będą oglądać się za siebie, zasypiać z mieczem pod posłaniem, będą odmawiać mięsa póki nie upewnią się skąd pochodzi, i zerkać na boki w poszukiwaniu ołtarzy ze świeżymi śladami krwi. Tytus przekona się, gdzie Skaagijki nie mają zębów. Po powrocie on dzięki temu będzie pił za darmo w nadmorskich spelunkach, a jej do szczęścia wystarczy, że odwlecze moment konfrontacji z prawdziwym życiem. No i Engan. Ale o tym z Tytusem nie rozmawiała.

Od początku drogi trzymała się blisko zarządcy Kamyka. Łatwo było to wytłumaczyć. Poza Mortem i Urregiem, jedynie Engan miał w tym towarzystwie dobry humor. Mort był dzieckiem, a Urreg nie mówił w cywilizowanym języku. Za to Engan nucił, żartował i rozmawiał. Wyglądał na krępym silnym koniku pokracznie. Nie został stworzony do konnej jazdy. Plejada innych rzeczy, do których został stworzony, prześladowała wyobraźnię Alysy.

Joran i Roddard z identycznie stanowczymi minami wyglądali jak wisielcy odcięci w od sznura w ostatniej chwili, a przecież było to prawdą tylko w przypadku tego pierwszego. Rozpoznawała też sposób, w jaki patrzył na nią Erland, szacując jej wartość do swoich celów. Znała to spojrzenie z dawnych czasów. Podobnie patrzył na nią kiedyś Ulwyck Uller, gdy po nieudanej ucieczce wróciła do mężowskiego grodu, a on przeliczał wartość zależnego od jego woli życia w walucie gniewu Pani Królewskiego Grobu. Wyrachowany skaagoski starzec budził w niej niebezpieczny, zestarzały resentyment.
A gdy tylko Septa zrównywał z nimi swego konia, od razu miał ochotę pytać o wilki.

To wszystko niezbicie dowodziło, że zwyczajnie musiała trzymać się blisko Engana. Niestety dobrze wiedziała, że kieruje nią coś więcej. Niemądra ochota na coś, co może zaszkodzić.

Chwilami dokuczała jej ranna ręka, ale mimo wszystko wspaniale czuła się na koniu. Nawet szczypiący w policzki mróz wydawał się idealną pogodą na konną wyprawę. Biała klacz rwała do przodu, po zbyt długim postoju zupełnie nie mając cierpliwości do wędrówki stępa. Alysa rozumiała tę niechęć i często popuszczała wierzchowcowi wodze na krótkie galopy. Obie wracały z nich równie rozgrzane i podobnie zadowolone. Tuż po powrocie z jednej z takich eskapad, Engan pokazał Alysie nadjeżdżającego.
Pewnie najmniej ze wszystkich zdziwiła ją gorliwość i słowa Gerolda Smalwooda. Podziękowała bibliotekarzowi serdecznie, właściwie wzruszona poświęceniem, jakie wykazał pędząc za nimi konno.
- Powtórz Lordowi Dowódcy – poprosiła i zawahała się przy doborze słów –… powiedz mu, że to moje słowa i że ośmielam się zasugerować, by w politycznych kalkulacjach zaczął brać pod uwagę legendy równie silnie jak współczesne namiętności. Zresztą –stwierdziła nagle –odprowadzę cię kawałek z powrotem, moja klacz potrzebuje więcej ruchu niż nieruchawe koniki Septy.

Ruszyła nie dając Willamowi czasu na odpowiedź na tę zaczepkę. Zabroniła też Tytusowi jechać za sobą. Nie wynikało to z beztroski. Choć i nią wstrząsnęły wieści o morderstwach na sojusznikach Straży, uznała za bezsensowne męczenie gorszego konia, który po kradzieży przypadł w udziale jej ochroniarzowi.
Odjechała z bratem Geroldem tylko kilka mil. Cały czas zastanawiając się nad słowami, które chciała przekazać ojcu. Zaczęła od końca.
- Pół roku temu miałam sen.
Gerold aż zamrugał, nic nie rozumiejąc z tego wstępu ewidentnie dotyczącego nie jego spraw. Alysa kontynuowała nie zwracając uwagi na zmieszanie bibliotekarza.
- W tym śnie mój brat Willem, przebywający wtedy w Starym Mieście, właściwie na wybrzeżu, na plaży, bo to był piękny dzień, pełnia lata, utonął w morzu. I wiedziałam, że to się dopiero wydarzy. Wyruszyłam żeby go ostrzec, ale nie zdążyłam. Za to przybyłam na czas, żeby obejrzeć na jawie końcówkę mego snu.
Teraz znowu mam przeczucia –przy tym ostatnim słowie żachnęła się z wyraźną złością - i wydaje mi się, że znaczenie mają inne rzeczy niż sądzi ojciec. I że to jest główny problem. Nie Moraud i nie Czaszka, tylko zwierciadła, jednorożce i to coś, z czym kiedyś wspólnie ze Skagoosami Straż walczyła na morzu. To powtórz ojcu. A potem szukaj dalej, czegoś o tym zagrożeniu.
Możesz też dodać, że go kocham, ale na pewno nie spełnię tej prośby której nie wypowiedział. Ale nie musisz – roześmiała się – tylko jak będziesz chciał Marbranowi dokuczyć. –mrugnęła do kompletnie zaskoczonego Smalwooda i zawróciła swoją klacz.
Gdyby Henk ukradł Białą wściekłaby się naprawdę.

***

Gdy wróciła czekało na nią kilka zaniepokojonych osób. Pierwszy odciągnął ją na bok Septa.
– Co to za tałatajstwo o którym mówił Smalwood? Skąd to się wzięło i po co było. A właściwie przed czym to była ochrona?
- Nie mam pojęcia. Znaczy Gerold mówił o zwierciadłach służących do komunikacji, tych, które znalazłam w podziemiach pod Zamkiem. Przed jakim niebezpieczeństwem ostrzegano się nawzajem nie mam pojęcia. Ale sądzę, że jednorożce mają z tym więcej wspólnego niż, hmm, Czaszka i jego ludzie. Kojarzysz legendy o morskim potworze, co mu Skagosi oddają cześć? Szłabym w tym kierunku. Pewnie warto by pogadać z Wiedzącym. Ale,Willam, powiedz mi co innego – nagle i ona rozejrzała się na boki i jeszcze bardziej ściszyła głos - jeśli Moraud powie nam, że szykuje wesele, powinnam spełnić polecenie mego ojca?
Septa chwilę milczał. Nawet dłuższą chwilę. A upewniwszy się, że to co mówi trafi tylko do uszu Alysy odrzekł. - Każdy z nas wie co trzeba będzie zrobić jak zajdą pewne okoliczności. Czy to będzie akurat wesele tego nie wiem. Wiesz, równie dobrze powodem może być kolejne żądanie jak chociażby ten tunel... a wesele może być tylko podstępem na Czaszkę. NIe wiem.
Alysa nieoczekiwanie uśmiechnęła się.
-Lubię odpowiedź nie wiem. Niewiele jest równie prawdziwych.
Na zakończenie ich miłej pogawędki Septa postanowił też wygłosić kilka oczywistości - Wiesz, że jak coś ci się stanie to Stary nas wszystkich wykastruje? Wiesz, że jak ktoś będzie się chciał dobrać do Lorda Dowódcy to ty będziesz najlepszą okazją do tego? No co się tak na mnie patrzysz? Odpowiedział Septa na zdziwiony wzrok Alysy. – Wiem, że wiesz… ale chciałbym żebyś o tym pamiętała. Bo chcąc nie chcąc tylko ty jesteś niezastąpiona… i paradoksalnie szantaż, jakiemu została poddana Moraud może się na tobie cholernie źle odbić.
-Willem, to Wy jesteście jego rodziną. Swoją dawną mordował, za to tu trafił. Musiałeś coś słyszeć. Ale rozumiem. Nie martw się, kojarzę oczywistości i będę wśród Skagoosów ostrożna. Zresztą mam Tytusa. I Urrega zdaje się – roześmiała się. – Właściwie to jestem cholernie trudnym celem.
- Właściwie to jak Moraud będzie chciała na Długim Kurhanie kogokolwiek z nas obedrzeć ze skóry to to zrobi. –odpowiedział Willam, a ona znowu się roześmiała.
- Krwiożercza suka. Ale wiesz, ja cię nie dam obedrzeć ze skóry. To za bardzo boli.

***

Zeskoczyła z konia i podeszła do Morta. Pierwszy raz widziała coś takiego i powodowała nią zwyczajna ciekawość. Robaki były dużo bardziej fascynujące niż obrzydliwe.
-Czekaj. –Powstrzymała chłopaka – Tu. –Wskazała miejsce gdzie robakowy wąż zwężał się miedzy dwoma pieńkami – Spróbujemy przerwać cały pochód?
Co prawda Septa kazał się Młodemu wycofać nim zaczęli zabawę, ale jej zakaz nie dotyczył.
-Węże z robaków, krowy z rogami. Czy u was na Północy nic nie może być normalne? –śmiejąc się zapytała Septę. –No to czemu nie można w tym pogrzebać.
Dowódca tego pożal się panie boże korpusu dyplomatyczno skrytobójczego zdziwił się. No bo jak można inaczej zareagować na ciekawość i chęć babrania się w robactwie, które nie wiadomo jak bardzo będzie niezadowolone z faktu takiej ciekawości. Widać jednak, że nie tylko Mort miał takie niezdrowe ciągoty. Popatrzył na Alysę i bardzo spokojnie odpowiedział – Bo są miejsca gdzie panienkom z dobrych domów nie wypada grzebać.
Jednak pomyliła się na początku tej drogi. To Septa był najbardziej zabawny w tym towarzystwie.
-Te lubię najbardziej –odparła z pełną powagą i wsadziła kij między robaki.
 
__________________
"Kobieta wierzy, że dwa i dwa zmieni się w pięć, jeśli będzie długo płakać i zrobi awanturę." Dzienniki wiktoriańskie
Hellian jest offline  
Stary 30-04-2013, 11:17   #102
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
W Leśnej Strażnicy


Ptaki przestały śpiewać, jakby w jednej chwili jakaś magiczna siła zadusiła wszystkie pierzaste gardziołka w całym lesie.

Mort patrzył na sposobiącą się do badania Alysę szeroko otwartymi oczami. Jego szczupła, ruchliwa twarz wyrażała całą sobą to dogłębne uwielbienie, jakim w pieśniach cechują się na ogół biedni pastuszkowie zakochani na zabój w królewnach i wielbiący z oddalenia każdy ich krok. Hwarhen próbował szarpać brodę, której nie miał, popatrywał na Erlanda skonfudowany. Chyba chciał się zaśmiać z wywodów o grzebaniu, może i z samej sytuacji.
- Kobiety rodzą się odważne. Mężczyźni odważnymi muszą się stać – mruknął do Szepczącego.
Stara prawda, w którą wyspiarze wierzyli od wieków. I znów chyba okazała się prawdą najprawdziwszą. Oto dzielni zwiadowcy z Nocnej Straży, tęga głowa kapłana ze Skagos i skagoscy wojownicy, wszyscy, wszyscy mężczyźni, uzbrojeni po zęby, wszyscy boją się oślizgłych glist, a kobieta się nie boi.

Roddard skoczył ku córce Lorda Dowódcy, ale nie zdążył powstrzymać wydarzeń. Alysa wbiła koniec kija w kłębowisko wijących się, brnących naprzód ze ślepym uporem ciał.

W zaległej ciszy wszyscy wstrzymali oddech. Lady Qorgyle uniosła oblepiony robactwem kij w górę, na wysokość swojej twarzy. Kilka larw spadło z powrotem w pochód, między swoich towarzyszy. Zerwał się lekki wiaterek, przygięły się gałęzie drzew, obsypały ich poskręcane, barwne liście. Mur nadal stał i oni wszyscy stali, jak stali przed chwilą, prócz klęczącej przy pochodzie robactwa Alysy i coraz bardziej zaaferowanego Morta. Pleń pełznał wśród liści i zwiędłych traw spokojnie i cierpliwie, ku swemu tajemniczemu celowi i przeznaczeniu.

- Aleeee jazdaaaa – oznajmił w ciszy zduszonym szeptem słomianowłosy zwiadowca i z dzikim uśmiechem na ustach, na czworaka podsunął się do Alysy, by przyjrzeć się jej kijaszkowi. - Mogę potrzymać? Moja pani?

Urreg ciągle się uśmiechał, szczerząc spiłowane zęby, nic nie rozumiał i chyba rozumieć nie chciał. Hwarhen popatrywał to na Mur, to na niebo, to na okolicę.
- Chyba jednak bogowie nie ubiją nas za to gromem – wysunął ostrożny wniosek i w końcu ryknął śmiechem.

Z zarośli z szelestem wyszedł Willamowy wilk. Musiał polować, bo pysk miał okrwawiony. Zbliżył się do plenia, powąchał i naparskał na robactwo jakby trochę z pogardą. Usiadł na zadzie obok Septy i przekrzywił łeb, by przyjrzeć się koniarzowi swym jedynym okiem. W uszach Septy, na pograniczu słyszalności, narastał cichutki, denerwujący szelest.
Zachęcony bezkompromisowym podejściem swego nowego bożyszcza do tajemnicy Mort złapał jedną larwę w palce, wsadził ją w usta, rozgryzł i połknął.
- Smakuje jak robal – zaraportował. - Znaczy się, jest robalem. Wiem to. Zjadłem w życiu dużo robaków – pochwalił się. - Takie miękkie jak te są dobre, więc się chowają, żeby ich nic nie zjadło, bo wszyscy chcą je zjeść – podsunął Alysie uczynnie garść larw. - Trudno je znaleźć. One zawsze siedzą w ciemnych miejscach, gdzie coś gnije, bo mają tam cieplutko. Potem robią się twarde i niesmaczne. Potem wyrastają im skrzydełka i odlatują. No to, eeee... wyszły za wcześnie, jak są miękkie i bez skrzydełek, nie? - zagapił się na Engana. - Kamyk ma rację. Coś je wypłoszyło z ich dziury. To może... eeeee... ja pójdę znaleźć tę ciemną dziurę i w niej pogrzebać, jak Septa gada, że panience nie wypada? - zaproponował gorąco i zamrugał. Ruprecht Trzeci obudził się w jego kapturze, wystawił łeb ponad ramieniem chłopaka, ziewnął na Alysę rozdzierająco i też zamrugał.
- Roddard mówił, że czasem ważniejsze od tego, gdzie kto idzie, jest to, dlaczego wylazł. Tylko że Roddard to mówił o dzikich... - Mort uraczył wszystkich mądrością ze skarbnicy mądrości zwiadowcy Worsworna, do której chyba tylko on dostał dopuszczony. Roddard za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, kiedy i w jakich okolicznościach powiedział smarkaczowi coś takiego.
- To idę – zadecydował Mort wśród ciszy.

To było dziwne. Alysa miała rację, Północ była dziwna. Legendy ożywały i chodziły wśród ludzi, pokazując się i pozwalając się tropić... innym żywym legendom. Roddard i Joran ruszyli razem z Mortem, by pobuszować wśród ruin. Robili to z absolutną powagą, na jaką stać było tylko prawdziwe żywe legendy.

Gdy znaleźli ową ciemną dziurę, z której wylazł pleń, jeszcze przez chwilę było zabawnie. Mort wlazł do połowy w otchłań rozebranego częściowo kamiennego muru, tak że tylko chudy tyłek wystawał mu na zewnątrz. Zawołał wesoło, że to tu, że robali jest jeszcze sporo i że starczy dla wszystkich. Sam już się poczęstował, ciamkał smakowicie, dzielił się zdobyczą ze szczurem i śmiał się z tego, jak dziwnie brzmiał w czarnej dziurze jego zmieniony echem głos.

Roddard i Joran się nie śmieli. Lannister położył rękę na ramieniu Kruka i powiódł dłonią wokół, po rozebranych tu i ówdzie ruinach, wokół których na stosach poskładano kamienie z rozbiórki. Worsworn chrząknął i wskazał palcem na zrytą wieloma stopami miękką ziemię.

Kamyk trzymał się z tyłu. Starał się tak iść, by nie wdepnąć w pełzające tu i ówdzie, na szczęście pojedynczo, obrzydliwe glisty. Walczył też z niemiłym przeczuciem, że zaraz z krzaków wyskoczy kolejna legenda. Ta, co go sobie upatrzyła na ofiarę i prześladowała z uporem. Ten cały Orzeł. Orzeł krążył w niebiosach nad życiem biednego Engana, a Engan stał na ziemi i pocił się jak mysz.

Oczywiście, miał rację. Już wiedział, czego szukać, więc wypatrzył to pierwszy. Kamienny słup był częścią zawalonej wieży, odsłoniły go te świeże, niedawne, chaotyczne prace budowlane. Miał wzorki. Miał runy Pierwszych Ludzi. Miał głębokie żłobienia u podstawy i dziurkę na szczycie, chuj jeden. Stał tam jak chuj całkiem i Engan by przysiągł, że słup się z niego naigrywa. Potem słup zobaczyła Alysa, i odwróciła się do Kamyka, by zapytać, czy on też widzi i czy poznaje.

Nie zdążyła. Słup zobaczyli Skagosi. Hwarhen jęknął, padł na kolana, by za chwilę paść twarzą w błoto i stężeć w tej pozycji jak trup. Erland zachował więcej godności. Osuwał się na klęczki pomału jak padające drzewo. Z jego twarzy odpłynęła cała krew. Z ust Szepczącego popłynęła trwożliwa pieśń. Żadna z tych, których nauczył się jako kapłan, nie. Tylko modlitwa, jakiej nauczył go w dzieciństwie jego ojciec, którą mały Erland jako chłopiec powtarzał przed zaśnięciem, błagając, by straszliwy bezimienny stwór żyjący w głębinach nie zaciekawił się jego małym życiem.
- Niech twe oczy patrzą ku innym lądom, niech twe oczy patrzą ku innym lądom...

Urreg przestał się uśmiechać. Uniósł dłonie przed twarz. Kolana mu drżały. Nagle odwrócił się na pięcie i jednym susem dopadł do Alysy. Stojący obok Kamyk zdążył jęknąć. Lady Qorgyle wzleciała w górę jak kłębek pajęczyny, poderwana silnymi dłońmi. Rork przerzucił sobie Alysę przez ramię jak dziecko i razem ze swym łupem puścił się dzikim biegiem w zarośla. Za nimi pobiegł Tytus, klnąc i dobywając miecza.

Skagos postawił ją na ziemi dopiero w miejscu, gdzie zostawili konie. Dyszał ciężko, jakby zaraz miał umrzeć, i rzucał za siebie niespokojne spojrzenia kogoś, kto obawia się pościgu, i bardzo nie chce zostać dogonionym.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 30-04-2013 o 13:08.
Asenat jest offline  
Stary 04-05-2013, 07:37   #103
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Dick


Kruki w tym samym momencie odwróciły głowy. To było nienaturalne. Dick zawsze czuł dreszcze, gdy patrzył na ptaki. Było coś demonicznego w tym, jak potrafiły obkręcić głowy, niemal dookoła szyi. Jedno ptaszysko krzyknęło przenikliwie, ale wysoki skrzek wygłuszyła otulająca bagna mgła. Obydwa kruki patrzyły mu w oczy. Nie przestawały wisieć mu nieruchomym spojrzeniem na twarzy i na duszy, kiedy drzwiczki klatki odskoczyły i czarne obrzydliwce wyskoczyły ufnie na ręce Nenneth.

- Chcesz czegoś ode mnie, Dee?

Zawsze wiedziała, gdy ktoś na nią patrzył, nawet z daleka, nawet gdy była odwrócona plecami i zajęta czym innym, zawsze. To też było nienaturalne. Cała Nenneth była nienaturalna. Wzbudzała niepokój, była zarzewiem kłótni i konfliktów. Zabranie jej ze sobą było błędem. Gdy Dick wybierał ludzi na wyprawę, chyba coś go zaślepiło. Ale gdy wtedy zapytał, czy ktoś chce się dołączyć, i Nenneth wyszła przed szereg... naprawdę uważał, że to doskonały pomysł. Z sześciu dialektów dawnej mowy, którymi mówili wolni ludzie za Murem i Skagosi, Nenneth nie znała tylko jednego. To mogło się przydać. Wzbudzała niepokój, oczywiście, już wtedy to widział – ale wtedy uznał, że to wyśmienicie – skoro towarzysze dziewki czują przed nią respekt, wrogowie też powinni. Dick z początku odczuwał jakieś idiotyczne podbechtanie własnej dumy, że taka piękna, dzika dziewczyna o drapieżnej duszy wysłuchała jego słów i zechciała za nim iść. Szybko jednak zaczął przeczuwać, że to, co brał za dzikość i drapieżność, było jakimś trudnym do określenia i nazwania złem. O tym, że Nenneth wcale nie należała do grupy Hargi, tylko dołączyła do nich niedawno w drodze na Mur, którą stary wybrał gdy obraził Czaszkę mordując mu posłańców – dowiedział się już za późno. Szli już wtedy na wschód drugi dzień, i musiał utrzymać przy sobie wszystkich ludzi, których zabrał ze sobą. Każdy mógł okazać się potrzebny, mogło nie być okazji na znalezienie innych. Każdy był potrzebny, nawet nienaturalna, budząca niepokój i strach Nenneth.


- Chcesz czegoś ode mnie, Dee? - zawsze wiedziała, gdy na nią patrzył. Zawsze zniekształcała jego imię. I zawsze, nawet gdy rzucała niewinną uwagę, Dickowi się zdawało, że Nenneth coś sugeruje, coś wcale nie niewinnego.
- Powinnaś była mi powiedzieć, że jesteś wargiem – rąbnął jej Dick.
- Nie.
- Nie jesteś?
- Nie powinnam. Bo i nic ci winna nie jestem, Dee.
- Jesteś wargiem? - nie odpuszczał Dick.
- Lubią mnie – Nenneth pogładziła palcem krucze pióra.
- Zwierzęta?
- Och nie. Tylko ptaki – pocałowała kruka w czarny łepek nad oczami. Coś w kpiącym skrzywieniu warg kazało Dickowi domniemywać, że dziewka jest absolutnie świadoma dwuznaczności wszystkich wypowiedzianych właśnie słów.

***


Wzbudzała niepokój i ludzie mieli jej dość. Nawet Sorsha, której wierności i cierpliwości zdawałoby się, że nic nie jest w stanie przełamać. Wysoka, koścista łowczyni o policzkach pociętych głęboko bliznami – oznakami żałoby po zmarłym mężu i dzieciach – już drugiego dnia przyszła do Dicka i zażądała – tak jak nigdy nie żądała – oddzielenia od Nenneth, to albo odejdzie... Dick posłał Sorshę przodem. Miało to swoje dobre strony – Sorsha umiała znaleźć w głuszy ludzi, którzy nie chcieli zostać znalezieni, a gdy ich znalazła, umiała z nimi gadać. Dzięki temu Dick dowiedział się, że Skagosi za Murem znów się ożywili. Znów, jak parę lat temu, krążą od osady do osady, twierdząc, że handlują – ale coś zbyt bacznie przyglądają się dzieciom, tak bacznie, że nie uszło to uwadze wolnych ludzi. Do tego znów pytają o dawne legendy, i pytają o święte kamienie. Co w głazach ma być świętego, znalezieni przez Sorshę ludzie nie wiedzieli – wszyscy jednak rysowali na ziemi coś powiedzmy na kształt ptaka, którego to znaku mieli szukać wędrujący Skagosi... Tak, Sorsha umiała zbierać informacje, to, że szła przodem miało swoje dobre strony. Miało też złe – skoro była na przedzie, nie było jej przy Dicku, a Mocnemu brakowało towarzystwa kogoś, komu mógłby tak po prostu, bezgranicznie zaufać. A do tego, z Sorshą solidarnie poszło dwóch ludzi, Jesion, najlepszy łucznik w ich grupie i Orm Dzik. Coś się zaczynało sypać, jeszcze zanim dotarli na miejsce.

A wszystko przez nienaturalną Nenneth. Wszyscy jej unikali. Wszyscy oprócz Kalena, wrony, którą mu przydzielił Ulmer, gdy Mocny zażądał zarządcy, co kruka potrafi z wieścią wysłać. Kalen miał brodę i kudły prawie tak samo czarne jak płaszcz, który nosił i jak kruki, które wiózł w klatce przy koniu. Kalen wybuchał śmiechem z byle powodu i gadał niemal bez przerwy. Kalen lubił wszystkich... więc lubił i Nenneth. Wszyscy inni jej unikali, a ten jej szyszki z ziemi wybierał spod posłania, aby jej się żadna w plecy w nocy nie wrzynała. Sam spał oczywiście obok, a Nenneth przyjmowała to wszystko z godnością i dystansem królowej. Gdyby w nocy od ich posłania dobiegły Dicka jakieś westchnienia czy jęki, Mocny poczułby się spokojniejszy. Bo to by było naturalne. Ale Nenneth była nienaturalna, więc w nocy słyszał tylko ciszę.

***


Nad mokradłami snuły się mgły. Cuchnęło gnijącą roślinnością. Nie było w tym nic niezwykłego, ani szczególnie nienaturalnego. Miejsce zwane, nie wiedzieć czemu, Dołkiem Starego Gorada, leżało w głębokim obniżeniu terenu na wysokości, mniej więcej, Dębowej Tarczy po drugiej stronie Muru. Wpływało tu siedem strumieni, a nie wypływał żaden. Było więc wilgotno, mgliście i bagniście. W lecie było jeszcze pełno robactwa... to przynajmniej zostało Dickowi oszczędzone.

Miał jakieś takie złe przeczucie, kiedy rozkładali obóz, dlatego wysłał czterech łowców, by przepatrzyli okolicę. Sorshy nie było i szlag jeden wiedział, gdzie poszła, miała na nich czekać przed Dołkiem...

Kalen gadał nad kociołkiem z pęczakiem. Nenneth drzemała chyba, oparta plecami o poskręcaną wierzbę. Dick zamknął oczy i też się zdrzemnął. Obudził go krzyk, odległy, wygłuszony przez mgłę, pełen bólu. Gdy się zrywał, Kalen rozrzucił już kopniakiem ognisko i zadeptywał żar. Wszyscy stali, z dobytą bronią. Wszystkie oczy zwróciły się ku Mocnemu.

Prócz Nenneth.Poruszyła się pod swoim drzewem dopiero po chwili, otworzyła oczy.
- Skagosi. I wolni ludzie. Zabili Myeda. I tego drugiego. Idą tu – urwała i ziewnęła przeciągle, jak kot, pokazując Dickowi różowe podniebienie i wąski język. - Mogłabym w sumie do nich iść. Ten co ich prowadzi mnie zna. Mogłabym w sumie im powiedzieć, że jesteśmy od Czaszki. Ale w sumie... dlaczego miałabym to zrobić?
 
Asenat jest offline  
Stary 09-05-2013, 23:48   #104
 
baltazar's Avatar
 
Reputacja: 126 baltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znany
Alysa wtykając kijka w pełzającą kupę robactwa coś zapewne próbowała udowodnić… i pewnie udowodniła. Komuś. Pewnie Snow by nawet się nad tym pochylił na chwilę lub dwie jednak szelest wypełniający mu uszy nie pozwolił się na niczym skoncentrować. Wiedział, że nikt inny tego nie słyszał. Nikogo on nie drażnił. Nie wiedział co to jest. Do czasu. Trochę się pokręcił. Odchodził od grupy na parę metrów a potem wracał. To w przód to w tył. Rozglądał się. Wrócił do plenia… Popatrzył. Splunął na ziemię. Siarczyście przeklną. Wskoczył na konia i ruszył.

Szary niczym cień podreptał za nim.

Im dalej od hordy robactwa był tym świdrujące umysł dźwięki oddalały się i cichły.

Popatrzył z wyrzutem na wilka.

***

Willam Snow nie miał tego miejsca, tego słupa i tego bóstwa w takiej estymie jak ich przyjaciele ze Skagos. Właściwie bogów nie darzył zbyt wielkim poważaniem. Starych, Siedmiu czy jakichkolwiek tam. Ich relacje były dość jasne on ich o za wiele nie prosił, a oni od niego za wiele nie oczekiwali. W końcu kto jak kto ale Oni doskonale wiedzieli, dla Septy dość istotne miejsce w hierarchii pełnią konie, niewieście zadki jak również ciepła micha pełna gulaszu… być może ci bogowie ze Skagos o tym jeszcze nie wiedzieli… ale się dowiedzą. Zrozumieją. Zaakceptują. A jak nie… to cóż. Nie jego kłopot.

Nie był w tej kompani z tych najszybszych ani z tych co to za wszelką cenę i za każdym razem dbali o to by Pajęczej Księżniczce nie spadł włos z głowy. Tym bardziej po buńczucznej deklaracji jakim to wspaniałym obrońcą jest Tytus i jak będzie mogła na nim polegać w obozie Wyspiarzy. Ta sytuacja jasno i dobitnie pokazała jej jaka jest prawda… i Sepce też. Nim zdążył się zerwać na ratunek a kilku z Czarnych Braci i Południowcem na czele było parę ładnych metrów przed nim. I zdążyli przystąpić do odpowiedniej pacyfikacji Urrega rzecz jasna pod komendą lady Alysy… nic tam po nim!

Usiadł na jednym z kamieni i chwile przyglądał się słupowi i Skagosom mamrotającym jakieś modlitwy lub bijącym pokłony. Słyszał o dziewczynie i słupie. Słyszał o jednorożcu i słupie. Słyszał o morskiej współpracy. I teraz zobaczył słup… z wizerunkiem jakiegoś stwora. Nic a nic nie przepełniała go radość z takie odkrycie. Nie cieszył się z tego nagłego szczęścia jakie ktoś zostawił na jego drodze. Nic kurwa a nic!

Kiedy Erland skończył robić to co tam robił w pokorze Septa zagadnął do niego. Na twarzy zarządcy malowała się raczej bardzo przykry obowiązek niż szczera ciekawość. – Szepczący, posłańcu naszej drogiej przyjaciółki Moraud byłbyś rad mnie oświecić i rzec mi tak na chłopski rozum. Co to u licha jest? Co to tutaj robi? I dlaczego jacyś twoi pobratymcy jeżdżą od strażnicy do strażnicy w poszukiwaniu czegoś takiego… bo zabij mnie ale jeżeli powiesz mi, że to jakaś pielgrzymka, a nie cholernie bieżąca sprawa to nie uwierzę.

- Słup przedstawia Bezimiennego Morskiego Potwora. Straszliwe bóstwo do którego nikt się nie modli - odpowiedział Erland cicho. - Nie mam pojęcia co tutaj robi i dlaczego ktokolwiek miałby ich szukać. Im szybciej opuścimy to przeklęte miejsce tym lepiej. - dodał kapłan.

- Bezimienny Morski Potwór. Powtórzył bardzo spokojnie Septa jakby rozważając znacznie każdego słowa osobno. Właściwie jedynie tyle był mu łaskaw Skagos dać. Nic ponad to. Bezimienne miano owego potwora… Żadnych przypuszczeń. Żadnych mitów i podań z wysp o tajemnym kulcie. Nic więcej… ale być może przyjaźń trzeba było sobie zaskarbić. Septa wykazał się dobrą wolą. I rzekł znacznie więcej niż jego rozmówca wyszeptał. - To nie pierwszy i nie ostatni taki słup jaki w ostatnim czasie się pojawił. To nie ostatni słup jaki jest na naszej drodze. Ten tutaj nie odsłonili ani Dzicy ani Czarni Bracia. to byli Skagosi. Może Willam nie był tropicielem tak dobrym jak Kruk czy Czarne Serce to mimo wszystko bezbłędnie poznawał niepodkute kopyta… a ostatnio nawet pozostawiony zapach. To nie byli Dzicy… nie po tej stronie Muru.

Dał Szepczącemu chwilę żeby te słowa, nieomalże zarzut przebrzmiał. - Dziewczyna zginęła pod takim właśnie słupem. Być może była darem dla tego Bezimiennego Morskiego Potwora. Dlatego sobie tak myślę, że ciekawość niewieścia, jak również ciekawość Straży narazi nas na przekleństwo obcowania z tym paskudem. Bo to może nam dać jakieś pojęcie… skoro teraz w naszej grupie go nie ma.

***
Zwrócił się do zwiadowców. Z uprzejmą prośbą zbadania sprawy. – Ilu ich było? Skąd przyszli? Gdzie poszli? Czy czymś obciążyli konie? I do stu tysięcy francowatych kurew kiedy zleźli na ląd i dlaczego tak tutaj łażą jakby po swoim ogródku… Sprawdźcie co i jak.
 
baltazar jest offline  
Stary 12-05-2013, 23:53   #105
 
Kovix's Avatar
 
Reputacja: 60 Kovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znany
Do przeszukiwania terenu Roddard zabrał się od razu, właściwie automatycznie. Obok miał Jorana,z którym o czasu do czasu wymieniał porozumiewawcze spojrzenia albo krótkie komunikaty. Zresztą większych trudności z prawidłowym odczytaniem śladów nie miał – wszystkie byłby dobrze zachowane i co najważniejsze, było ich dużo. Wszystkie swoje spostrzeżenia Kruk wypowiadał na głos, tak, by każdy, kto się przyglądał, a zwłaszcza Mort,mógł usłyszeć.

Ludzi ze 20 – 30. Przyjechali konno, na nie podkutych koniach. Z południa, i na południe też zawrócili. Zwarta wyprawa, z celem i zdyscyplinowana. Byli tutaj raczej o świcie i zebrali się zaraz po nim. W trakcie pobytu tutaj nie zakładali obozu – oglądali miejsce, chodzili po nim. Potem zajęli się rozbiórką zabudowań. Robili to chyba bez planu – to, co akurat wpadło im do w łapy, burzyli, rozwalili, rozkopali…

Na pewno mieli narzędzia, skonstatował Roddard, nie dało rady uczynić tego gołymi rękoma. Dalsze, szczegółowe przeszukanie ruin przez dwójkę ( a właściwie trójkę ) zwiadowców ujawniło ukryte w dziurze narzędzia, liny i zwierzęce skóry. Wyglądało na to, że grupa nie dokończyła roboty i zamierzała jeszcze tu wrócić. Nic dziwnego, pomyślał Kruk, zważywszy na to, co tu zrobili. Oczywiście ani śladu łap czy sierści tych stworów, które Roddard widział na swojej samotnej wyprawie.

Jednak Kruk był prawie pewien, że to ta sama grupa, albo przynajmniej ten sam… rodzaj. Może wrócą tu jeszcze z tymi rogatymi bestiami z piekła? Swoimi wątpliwościami podzielił się z Joranem i Mortem. Gonić ich – to było bez sensu, nie mieliby szans nawet, gdyby przygotowali jakąś zasadzkę. Mogli zaczekać i ewentualnie z ukrycia obserwować, czy tamci nie wracają, ale nie mieli żadnych gwarancji, poza tym jeśli ktokolwiek z tamtej grupy byłby sprytniejszy od dorsza, szybko poznaliby, że ktoś oprócz nich tu był i byliby o wiele ostrożniejsi.

Kruk był więc za tym, żeby skontaktować się ze Strażą – takich incydentów na pewno będzie, lub już było, więcej, a on sam nie miał pojęcia, kto mógł tak metodycznie i planowo rozpieprzać stare ruiny bez wyraźnego celu.
 
__________________
Incepcja - przekraczamy granice snu...
Opowieść Starca - intryga w ogarniętej nową wojną Północy...
Samaris - wyprawa do wnętrza... samego siebie...
Kovix jest offline  
Stary 13-05-2013, 02:43   #106
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 21817 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
Starał się. No bogowie mu świadkiem, że się starał. Robił swoje jak należy. Nawiać nigdy nie próbował. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że czarną brać traktował naprawdę jak brać. Nie kradł. Nie opierdalał się. Nie oglądał na innych. Kupił też w ciemno ten wymyślony na potrzeby chwili przez starego powód dla którego miał uczestniczyć w tej wyprawie. Naprawdę Engan zwany Kamykiem powinien uchodzić za prawdziwego człowieka Czarnej Straży. Nie legendę. Człowieka.
Dlaczego więc u licha właśnie jego musiało to gówno prześladować???

Jakiś taki krzywy uśmiech pojawił się na jego twarzy na widok słupa. Potem zniknął i zarządcy zadrgały mięśnie policzka. I znów się pojawił. Nim jednak sam Engan się ruszył, rozgorzało nowe zamieszanie. Skagosom jak się okazało jego odkrycie też się nie podobało. Dobywszy siekierki, którą w przeciwieństwie do zosawionego przy koniu miecza, nosił zawsze przy sobie, puścił się pędem za wierzgającymi w powietrzu nogami Alysy.

Polować na Urrega jak się okazało nie było trzeba. Ani zresztą ratować Alysy, która wypuszczona przez Skagosa wykazywała coś pomiędzy lekkim roztrzęsieniem, a rozbawieniem całą sytuacją. W przeciwieństwie zresztą do swojego porywacza. Urreg nie dość, że w ogóle rozbawiony nie był, to zdawał się tak przerażony, że Engan do tej pory nie wiedział, że wyspiarze potrafią się aż tak bardzo bać.
Urregowe tłumaczenie się zostawił Alysie. I Tytusowi, który choć już nie chciał zabijać Skaga, miecza chować również nie zamierzał.

Wrócił pod słup. Tak samo chętnie jakby podchodził do tego plenia. A teraz i do Morta z mordą pełną robactwa. Niby wiadomym było, że jak głód przypilał to człowiek różne rzeczy żarł. Ale ten smarkacz najzwyczajnie w świecie był smakoszem glizd. A zgodnie ze światopoglądem Engana, człowiek może zjadać nie robaki, a co najwyżej to co zżera robaki. Co nie stawiało zbyt wysoko Morta w hierarchi zjadania. Choć jakby się zastanowić, Engana i jego strachy też nie. Ale co do tego zarządca nie miał wątpliwości. Znał głód. I wiedział, że nie skłoni on go ani wpierdzielania robali ani czegokolwiek innego równie obrzydliwego.

Słup jak stał tak stał. Stary, wysoki... Mający w dupie fakt, że nie dość, że nie powinno go tu być to nie powinno go tu być właśnie dzisiaj. Miał te same wzorki co wszystkie inne słupy widziane przez Engana. Tą samą budowę. Kamień tylko się różnił. Choć to akurat Kamyk wiedział, że kamień zawsze i wszędzie się różni do siebie. A jednak nie wiedzieć czemu, coś w duszy zarządcy w jakiś sposób zaczęło uosabiać słupy z jakąś... wolą. Wolą, która go zaczynała niebotycznie mierzić.
Obszedł go już na spokojnie szczególną uwagę poświęcając otworowi w jego górnej części i podstawie na której był osadzony. W międzyczasie słuchając krótkiej rozmowy Septy z Wiedzącym. Przyjrzał się raz jeszcze swojemu imiennikowi. I kopnąwszy kilka razy podstawę obejrzał sobie dokłdnie sposób osadzenia słupa w ziemi. A potem skierował się w kierunku Septy. Koniuszy wyglądał jakby opił sie stoutowego wina. Alysa też już wróciła.
- Z tego co mówi Roddard wychodzi mi, że szukali właśnie tego cholernego słupa. Albo może raczej czegoś co pod nim złożono... - to rzekłszy wskazał rozgrzebaną ziemię wokół podstawy - Wiesz Willam... Patrzę Ci ja na naszych Skagosów i sobie myślę... Czemu Roddard nie zauważył, by tamci co tu kopali przed nami klękali, czy padali na pyski? Może to jednak ludzie Czaszki byli? A zresztą... Jeden pies to teraz.
Koniuszy nie odpowiedział, ale widać było po jego gębie, że nie za bardzo rozumie do czego Kamyk pije.
- Mówiłem ci, że pół życia na łajbach spędziłem... Gadano tam o potworach. Różnych. Babach z ptasimi nogami, krakenach, wodjanojach... no mnóstwo niestworzonych rzeczy. Żadnego nie widziałem. Ale ten bezimienny też się doczekał kilku historyjek. Że zjada ludzi. Że wywołuje Długie Zimy. I że w ogóle jak wyjdzie na ląd to wszystkim nam zrobi z dup Długą Zimę. Bajki po prostu. Nic czym byśmy powinni sobie głowy zawracać. Gorzej, że ktoś kto robi straży koło nosa, w te bajki wierzy. A jeszcze gorzej jeśli nie wierzy i wykorzystuje.
I na tym skończył dzielenie się swoimi bezcennymi przemyśleniami z dowódcą ich wyprawy. Septa co prawda go o nie nie prosił, ale Engan w jakiś sposób czuł się winny, że znaleźli ten słup. Nie że go odsłonił, ale w ogóle, że słup tu był. Tak czy inaczej zostawiwszy Septę jego własnym myślom, wrócił do miejsca przeznaczonego na obóz i zajął się obowiązkami. Zaczynając oczywiście od zorganizowania opału na ogniska.
W zasadzie nic takiego się nie wydarzyło... Porwanie Alysy skończyło się równie gwałtownie co zaczęło. Mort w końcu wylazł z dziury z gębą pyzatą od pałaszowania. Nawet Hwarhenowi i Wiedzącemu nie odbijało już. A jednak coś Engana złapało od wzmianki o morskim potworze. Magia morskich opowieści, w które nikt oficjalnie nie wierzy, a od których niejedna koja napatrzyła się na niemogącego zasnąć marynarza? Teraz jego dopadła? Nieeeeee... To było coś innego... Coś z czym musiał coś zrobić.
I zrobił.
Było już po zmroku. Poza jego wartą.
Wrócił w ruiny. Że niby wyszczać się...

Sam na sam tym razem z Enganem Orłem z Morza.
Uspokoił oddech.
Podszedł.
Wyryte w kamieniu ptaszysko mieniło się w świetle opartej w gruzach pochodni.
Objął słup. Przymierzył się. Znowu uspokoił oddech i odczekał kilka chwil.

Już...

Stęknął z wysiłku gdy skalna struktura zaczęła nieprzyjemnie zgrzytać...

Za trzecim razem spoiwo, które trzymało słup na osadzeniu pękło z głuchym trzaskiem. Ciężki filar zachwiał się, gdy mierzący się z nim człowiek naparł na niego po raz ostatni. A potem runął na ziemię. Wydając z siebie, wysoki piskliwy gwizd.

Engan ciężko oddychał patrząc na własnoręcznie obalony relikt. I stał tak przez dobrych kilka chwil.
Aż w końcu zabrał pochodnię i wrócił do obozowiska.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin

Ostatnio edytowane przez Marrrt : 13-05-2013 o 12:38.
Marrrt jest offline  
Stary 13-05-2013, 23:27   #107
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 23238 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Skagosi. I wolni ludzie. Zabili Myeda. I tego drugiego. Idą tu – urwała i ziewnęła przeciągle, jak kot, pokazując Dickowi różowe podniebienie i wąski język. - Mogłabym w sumie do nich iść. Ten co ich prowadzi mnie zna. Mogłabym w sumie im powiedzieć, że jesteśmy od Czaszki. Ale w sumie... dlaczego miałabym to zrobić?

Myed i ten drugi ludzie Hargi ponoć tropiciele. Dali się podejść i to dużej grupie, cholerni amatorzy. Dick zawsze był wściekły gdy coś szło nie tak. Teraz było cholernie nie tak. Zaraz tu będą i pewnie będzie ich za dużo. Zginiemy lub zostanie nas garstka niezdolna kontynuować zadania. Chyba, że dogada się z tą dziewuchą. Na szybko przypomniał sobie co o niej wie...

Nenneth mówiła, że przyłączyła się do Hargi, bo się obawiała wron.
Hargowi ludzie twierdzili, że przyszła razem z takim młodym myśliwym, i że zdecydowała się dołączyć dopiero gdy Harga powiedział, że zamierza osiedlić się pod Murem. Jej myśliwego żmija pogryzła krótko po tym, jak zaczęli sadyby stawiać. Jak się okazało, że myśliwy nie przeżyje, Nenneth straciła nim zainteresowanie. Ten młody mężczyzna zmarł krótko po tym.

-Ptaki cię lubią, jeśli chcesz by polubili cię ludzie z którymi podróżujesz rzeknij odpowiednie słowa. Sama wybrałaś ich towarzystwo i tę wyprawę. Jeśli chcesz bym cię polubił, sama wykaż dobrą wolę-po czym dodał bezwiednie jakby dla podkreślenia.- Mogę na ciebie liczyć?-

Wstała, otrzepując dłonie z ziemi. Była niemal jego wzrostu, i bezczelnie patrzyła mu się wprost w oczy.

- A co mi zrobisz, Dee, i co dla mnie zrobisz, jak już będziesz mnie lubił? - tym razem nie kpiła, a przynajmniej jej głos nie brzmiał, jakby drwiła. Chyba naprawdę ciekawiła ją odpowiedź.

- A czego byś chciała?- wyszeptał jej do ucha pochylając się nad nią. Chciał poznać odrobinę jej pragnień. Na dobry początek ich kierunek, w dalszym ciągu postara się wybadać motywacje.

Uwierzyła w słowa i gesty, albo udawała, że wierzy. Drobna, szczupła dłoń prześlizgnęła się po Dickowym policzku i zagłębiła w włosach. Przysunęła się bliżej, gorący oddech parzył mu skórę.

- Ciebie. Ciebie zabierającego mnie za Mur.

-Dla przyjaciół mogę zrobić wiele.-powiedział szczerze.-Jednak musisz na tej wyprawie udowodnić, że jesteś tego warta.

- Ja niczego udowadniać nie muszę, Dee - ciągle obejmowała go ramieniem, muskała ustami ucho. - Bo jestem warta wszystkiego. Jak ty zamierzasz mi udowodnić, że jesteś w stanie zabrać mnie na południe?

Nie przejmowała się, że reszta patrzy. Ale wszyscy patrzyli, miny mieli coraz bardziej nietęgie i coraz bardziej poirytowane. Najbardziej krzywił się Kalen. Gdzieś zza mgły dobiegł jazgot psów.

-Mocnego słowo jest mocne niczym stal. Każdy ci to powie, ja swojej części dotrzymam. Przejdziesz za Mur.-wyrwał jej się choć delikatnie.-Mamy umowę dziewczyno?

- Ciekawe. Ja pytam o możliwości. Lub o umiejętności. A ty mówisz o chęciach i dotrzymywaniu słowa. Ciekawe... - jedna jaskółcza brew wygięła się w górę. Psi jazgot narastał. Słychać już było też ludzkie nawoływania pomiędzy ujadaniem.

-Odpowiedziałem ci ja swojej części dotrzymam, znaczy się mam możliwości. Metoda pewnie mało cie obchodzi, więc ważne jest teraz tylko to jak bardzo można polegać na moim słowie.-uśmiechnął się szczerze- Pójdziesz na południe za Mur jeśli to cię zadowoli.

Po czym szybko spojrzał po obozie..
-Wybacz wrono czas na małe przedstawienie. Związać go, jakby co jesteśmy od Hargi a cześć z nas od Czaszki. Nie dać się ciągnąć za język, upić ich jeśli się da i czekać na sygnał. “Spać psie syny” znaczy idziemy spać. Inaczej czekacie na dźwięk krzyżowanych oręży.

- Nie wiążcie go mocno. Tak, żeby mógł się wyswobodzić - rzuciła Nenneth. - Jakby co, jego zabiją pierwszego. Potrzebujemy go.

Dziewczyna nie była głupia. Faktycznie potrzebowali wrony by wypuszczała wrony.

Zrzuciła kaptur na plecy, szarpnięciem głowy rozrzuciła włosy. Potem poluzowała rzemienie pod szyją i rozchyliła lekko futra. Nie na tyle, by pokazać cokolwiek, ale na tyle, by każdy zdrowy mężczyzna zaczął się zastanawiać, co tam chowa pod spodem.

- Ich wódz nazywa się Olamyr Pięć Turni, syn Sigrun. Jego matka zabiła jego ojca i stoi teraz na czele jakoś tak ćwierci Thennów. Dlatego nie używa imienia ojca. Zrób gniewną minę, Dee. Olamyr zabił ci ludzi, głupek jeden.

Musi na nią uważać, cholernie uważać. O ile przeżyje dzisiejszy wieczór bo właśnie oddaje się w jej moc.

Pierwszy z mgły wypadł potężny ogar. Dick widywał już takie psy. Niektórzy z wolnych ludzi przywiązywali suki w lesie, licząc na szczenięta z krwi wilków lub nawet wilkorów. Nenneth ruszyła do zwierzęcia bez chwili wahania. Warczał na nią, kiedy się zbliżała, ale zdawała się tym nie przejmować. Spojrzała psu w oczy i bestia przypadła do błotnistej ziemi. Kiedy z mgły wyszli Thennowie, Nenneth przyduszała stopą głowę psa do gleby. Ogar skomlał jak szczenię.

Olamyr był wysoki i smukły jak wierzbowa witka. Był też młody, zarost ledwie mu się wysypał na policzkach. To pewnie jego pierwsza wojenna wyprawa. Na jego pancerzu z brązu pobłyskiwała krew. Za nim stało tuzin wojowników, ale Dick wiedział, że to nie wszyscy. W mgle czekali inni. Jeszcze inni obchodzili wokół ich mały obóz.

Wódz Thennów ściągnął rękawicę i jednym wysuniętym palcem pogładził Nenneth po twarzy. Rzekł kilka słów, a dziewczyna przytuliła mocniej jego dłoń do swojego policzka. Mówiła coś, szybko i z naleganiem. Co jakiś czas odwracała się, by wskazać palcem na Dicka. Wreszcie wróciła do Dicka.

- Powiedziałam mu, Dee. Powiedziałam mu wszystko - rzekła na głos. - Powiedziałam mu, że jesteś gniewny i że żądasz czterech jego ludzi za dwóch twoich, których zabił. Że inaczej go wyzwiesz i pokonasz. Ale Olamyr mówi, że głowa jest głowa. Da tylko dwóch.

Dick splunął -Da czterech albo niech się szykuje.- Dick przybrał wkurwioną minę, co nie było trudne bo psi syn zabił dwóch jego ludzi. Co prawda kilka dni temu to byli jeszcze ludzie Hargi, teraz byli jednak kurwa jego, mimo że schędorzyli sprawę. Dick wyznawał zasadę krew za krew. Zaczął demonstracyjnie sprawdzać broń, wykonał nią kilka szybkich cięć i ruchów. Ot tak tylko by pokazać z kim przyjdzie młodemu kruszyć miecze. Szybkość jego niesamowita szybkość- Powiedz mu, że każdy następny wypadek płacić będzie potrójnie, nawet za jeńca wskazał na wronę. Teraz to oferta ulgowa, bo wypadek podobno.

Nenneth pokiwała głową i powróciła do Olamyra, drobiąc małymi kroczkami. Kilku więcej Thennów wyszło z mgły, pewnie nie chcieli przegapić początku nieźle zapowiadającej się chryji. Wszyscy trzymali ręce na broni. Dziewka mówiła i mówiła, jakby ktoś rozpruł worek ze słowami. Często padało imię Raymunda. Z tych skrawków, które Dick był w stanie zrozumieć wynikało, że Olamyr jest właśnie uświadamiany co do powagi misji, z jaką Czaszka wysłał Dicka nad morze. Nenneth z każdą chwilą robiła się też coraz mniej słodka, a coraz bardziej gniewna. Wódz Thennów w końcu wybuchnął śmiechem i rzekł parę słów. Nenneth ponownie pokonała dzielący obu wojowników dystans.

- Olamyr rzecze, że da dwóch - oznajmiła. - Da ci też pancerz z brązu. Będziesz mógł w niego ubrać któregoś ze swoich ludzi, to może ten dłużej pożyje. Olamyr rzecze, że krew się w tobie burzy, Dee, zupełnie niepotrzebnie. Da ci więc też dziewkę. Młodą, ładną i ponoć nieruszaną jeszcze. Mówi, że to osłodzi ci stratę. Weź dwóch wojowników, pancerz i dziewkę. Zadrzyj jej kieckę na głowę i przerżnij, a jak się już uspokoisz, to Olamyr siądzie z tobą przy ogniu i pomówi jak z bratem i sojusznikiem przystało, bez gniewu i swar.

-Powiedz Olamyrowi-Dick sięgnął po bukłak, lekko się rozluźniając- że jeden z nich był moim kuzynem. Stąd głowy muszą być cztery, jednak rozsądnie gada dziewkę zaliczę w poczet tych głów. Powiedz, że jednym za to dużym skurczybykiem z tych ogarów też nie pogardzę. Jak da parę może zatrzymać pancerz-wzruszył ramionami i wypił łyk z bukłaka- Zgoda? -poczekał aż dziewczyna skończy tłumaczyć i wyciągnął go w stronę Olamyra.

Młody Thenn skinął głową i przyjął bukłak. Pił długo, a potem puścił według zwyczaju po swoich ludziach. Potem wyciągnął do Dicka rękę i potrząsnął nią mocno.

- On mówi, że zgoda. Da ci parkę psów.

Dick skinął głową.

-Niech tych dwóch ludzi wystąpi, niech nie mają rodzin bowiem dostaną dziś nową.-powiedział z namaszczeniem i powagą- Straciłem doświadczonych wojowników więc liczę na podobnych.

-Szykować jadło i napitek powitajmy naszych gości-zwrócił się w kierunku swoich ludzi.

Wystąpi dwóch zacnych Thennowych kawalerów. Widać, że nie świeżaki. Prawdziwą wartość ciężko było ocenić. Przyprowadzono też dziewkę miała 14 lat. Czy ładna spytałby każdy mężczyzna? Kwestia gustu należało uczciwie przyznać. Miała inny feler ewidentnie pochodziła z tej spalonej wioski Torrgrima. Poznała Dicka i zaczęła się drzeć. Na szczęście, wrzaski nie były mową, każdy krzyk można interpretować na wiele różnych sposobów.
Szybki Ben w moment podskoczył do dziewczyny. Solidny cios w brzuch aż się zgięła. Kopniak posłał ją na ziemie, wsadził w knebel w usta i zaczął wiązać.

-Zawołaj jakby była potrzebna-zwrócił się do Dicka przerzucając dziewczynę przez ramię. W tym czasie Skała dostał parkę ogarów na solidnym sznurze. Przywiązał do drzewa i gapił się na nie jakby były zaczarowane. Należało uczciwie przyznać, Wilkory to nie były jednak bestie dalece groźniejsze od zwykłych psów czy nawet wilków.

Nenneth zaczeła wisieć Olamyrowi na ramieniu, co jakiś czas smyrała Thenna rączką to tu, to tam. Dick na nią spojrzał.

-Znajdź pozostałą dwójkę wartowników. Szybki, Czapla idziecie z nią chyba że da wam odpowiednią wskazówkę żeby nie było problemów.

Później zamierzał powitać gości. Dwójka Thennów już chlała drugą butelkę gorzałki duszkiem. Flaszka wmawiał im uporczywie, że inaczej ich nie przyjmą. Choć robił to na migi i sam był już co nieco wypity, udało mu się ich przekonać. Dick musi pogadać z młodym Olamyrem. Wybadać gdzie zmierza i po co. Sam zasłoni się tajemnicą w razie pytań. Może sprytna Nenneth mu coś podpowie... W zależności od słów Olamyra wykona swój ruch.
 
Icarius jest offline  
Stary 15-05-2013, 12:21   #108
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Dick


Przy rozpalonym na nowo ognisku zasiadł Olamyr Pięć Turni, syn Sigrun, i Dick zwany Mocnym, który miana swych rodzicieli nie znał i do niczego mu ta wiedza nie była nigdy potrzebna. Na rożen nad ogniskiem trafiła zadnia część dzika, przytachana przez dwóch Skagosów z grupy Olamyra. Cuchnęła palona sierść, krążyły bukłaki.

Dziwna to była zbieranina. Dick szybko odkrył, że poszczególne jej części dogadują się między sobą słabo lub wręcz wcale. Z dziesiątki skagoskich wojowników, należących do klanu Magnar, w ludzkim języku jako tako gadało dwóch. Z dwudziestki Thennów żaden. Z tuzina ludzi, których dał Olamyrowi Czaszka, górali z jakiegoś odległej, położonej na granicy wiecznej zimy doliny trzech dogadywało się z Thennami, jeden ze Skagami, a reszta tylko między sobą. I tak jak się słabo dogadywali, tak samo za sobą nie przepadali. Wzajemną niechęć można było kroić nożem. Taką zbieraninę w kupie mógł trzymać tylko charyzmatyczny wódz. Olamyr takim wodzem nie był. Takim przywódcą był Raymund Tocząca się Czaszka, którego wola pchnęła ich pod Mur. Ale teraz Czaszka był daleko.

Jeden z Czaszkowych, Fionnar zwany Kiścieniem, poważny, w sile wieku wojownik o dziwnie delikatnych i cienkich jak u dziewczyny jasnych włosach, tłumaczył słowa Olamyra Dickowi i Olamyrowi Dickowe wywody. Szło mu to wolniej i trudniej niż Nenneth, często urywał i milkł, mówił pomału, jakby ważył każde słowo. I często mówił: nie wiem. Nie wiem, nie znam, nie mogę przetłumaczyć. To od razu ustawiło go w Dickowym osądzie jako jednego z pierwszych, których będzie trzeba – w razie czego – wyprawić do przodków. Ktoś, kto bez żenady przyznaje się innym do słabości dobrze zna samego siebie. Fionnar nie rzuci się walczyć na hurra, nie będzie myślał, że jest nieśmiertelny. Fionnar zwany Kiścieniem upił tylko łyk miodu przy pierwszym toaście, potem odmawiał. Fionnar był rozsądny i krytyczny wobec samego siebie, będzie walczył rozważnie i ostrożnie. I jeszcze ten jego kiścień, końska szczęka na długim kiju. Paskudna broń. Dick już widział, co paskudnego ta broń może zrobić z ludzką głową, i to zanim przeciwnik zdąży podejść na odległość miecza. Z drugiej strony – żal mu było. Żal mu było, że Fionnar znalazł się po drugiej stronie.

Flaszka rozpijał Skagów. Znał w ich języku całe pięć słów, z czego dwie groźby i dwa zaproszenia do barłożenia, oraz jedną piosenkę treści niewiadomej. Nie było to jednak ważne. Skagosi piosnkę tę również znali i ryczeli ją razem z nim chóralnie, bijąc się dłońmi po udach z uciechy. Jeden wyciągnął piszczałki.

- Olamyr rzecze – tłumaczył wolno Fionnar pijackie wywody wodza Thennów – że... jeśli... skoro? Skoro Mocny idzie... jedzie... do? Hm. Nad? Tam, gdzie morze. To Mocny niech jedzie z nami. My też na... wschód – dla pewności, że został dobrze zrozumiany, wskazał jeszcze ręką właściwy kierunek.
- Nad morze idziecie?
- Nie. Nie tam, gdzie woda. Wcześniej. Znaczy... Poprzednio. Tam, gdzie wielka bitwa. Dawno temu. Nie wiem, kiedy. Wolni ludzie, Skagosi i wrony.
- Długi Kurhan?
- Niee. Nie wiem co to Długi Kurhan. Zimny Dom.

Dickowi zajęło chwilę pokumanie, że jednak chodzi o to samo miejsce. Zimny Dom przemianowano po bitwie 600 lat temu. Wyraźnie sześć wieków to za mało, by zmiana nazwy dotarła na ziemie Thennów.
- Aleeeee – Dick czknął sobie z głębin trzewi. - Ale po co? Nic tam nie ma. Nie lepiej iść gdzieś, gdzie będzie komu w mordę dać? Ja idę nad morze, tam będzie – wyznał od serca.
Olamyra chyba ujęło pod serce to wyznanie. I chyba siedzenie w głuszy nie było mu do końca w smak, wolałby bitkę i chwałę.
- Jest. Dom Skadny – przetłumaczył Fionnar rzewne wyznanie, jakie wypluł z siebie Olamyr w ramach wzajemności. - Wiedźmy z lasu. Ho ho. Czary mary. Raymund chce mieć jej dom. Mamy tam... strzyc? strzec? Pilnować tam. Żeby Czaszka miał, co chciał.

Do ogniska powróciła Nenneth. Zaćwierkała do Olamyra takim głosem, że w Dicku obudziło się idiotyczne poczucie żalu za tym, czego nie miał nigdy. Do niego tak nie mówiono. Ostra nie miała w zwyczaju ćwierkać. Była to jedna z wielu rzeczy, których nie miała w zwyczaju. Wódz Thennów został też obdarzony pocałunkiem, stosownie krótkim, ale zapowiadającym kolejne dłuższe i ciekawsze. A gdy Nenneth oderwała od Olamyra usta, ponad ramieniem Thenna ruchem oczu wskazała Dickowi zarośla, z których wyszła. Stał tam Szybki Ben. Stał i ziewał. Wreszcie podrapał się po kroczu i cofnął się w chaszcze.

Dick podniósł się wolno. Zamarkował pijackie zatoczenie się, przez co niemal wylądował na Olamyrze i wdzięczącej się do niego dziewce, ale podtrzymały go krzepkie ręce Fionnara.
- Ha! Za dużo niezdrowo. Za mało niezdrowo – skomentował Kiścień.
- Życie – zgodził się Dick. - Starość.

Po czym potoczył się się w zarośla. Ben ruszył przed siebie, gdy tylko go usłyszał, zatrzymał się kawałek od obozu.
- Co jest? Znaleźliście naszych?
- Nie. Ktoś ich znalazł przed nami.
- Żyją?
- Wrona, którą znaleźliśmy, twierdzi, że i owszem. Tam czeka, w tamtym wykrocie.

Nie zobaczył go, dopóki tamten się nie poruszył. Okutany w futra jak wolny człowiek, twarz i przyodziewę miał wysmarowaną bagiennym błotem. Czarny jak matka noc, tylko białka czujnych, siwych oczu lśniły w ciemności. Dick znał te oczy, znał i okaleczoną rękę, którą mężczyzną wyciągnął ku niemu na przywitanie. Nie raz i nie dwa ściskał tę dłoń i życzył dobrej drogi.
- Qhorin Półręki.
- Mocny Dick – zwiadowca skłonił lekko ku niemu głowę. - Idę za tą grupą cały dzień. Poluję na skagoski język. Spotkałem w głuszy twoich ludzi.

No to już po Sorshy.

Qhorin zabił męża łowczyni. Nad płonącym stosem Sorsha przysięgła, że zwiadowcę obedrze ze skóry i obetnie palce, które mu jeszcze zostały. Skóry spod błota co prawda nie było widać, ale palce zdawały się być na swoim miejscu.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 15-05-2013 o 13:34.
Asenat jest offline  
Stary 15-05-2013, 15:48   #109
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Post autorstwa Woltrona

-Czy jesteś tego pewien? Tego, że dziewczyna zginęła pod takim słupem? – odpowiedział Septcie zszokowany Erland. Za jego życia nigdy nie złożono ofiary Bezimiennemu Morskiemu Potworowi z człowieka lub on nic o tym nie wiedział. Choć z drugiej strony w ciepłych jaskiniach Crowlów nikt nie śmiał o nim rozmawiać, nawet mistrz Szepczącego niechętnie dzielił się starymi pieśniami. – Opowiem ci o zmiennokształtnej Achli, Enganie, Orle z Morza i o ich miłości, opowiem ci o Bezimiennym Morskim Potworze – dodał cicho, ledwie słyszalnie. W starych kościach kapłan poczuł przenikliwe zimno – ale dopiero gdy siądziemy przy ognisku z daleka od tego przeklętego miejsca. Czy jeszcze o czymś nasi przyjaciele z Nocnej Straży zapomnieli wspomnieć? – dodał równie uprzejmie tonem co Septa. „Być może powinienem zatrzymać wiadomość o jednorożcach dla siebie” pomyślał, ale nie rzekł nic.

*

Gdy opuścili dziurę udali się z powrotem do obozu. Milcząc. Erland nie miał nic do powiedzenia swojemu krewniakowi, obaj wiedzieli, że nie będą nocować w pobliżu słupa nawet jeżeli pozostali mieli taki zamiar. Poza tym informacja o śmierci dziewczyny pod słupem poświęconym Bezimiennemu Morskiemu Potworowi była kolejną o której Maruad powinna się dowiedzieć z ust kapłana, a nie z ust Wrony. Gdy dotarli do miejsca w którym zostawili wierzchowce starzec rzekł do swego krewniaka:

- Osiodłaj konie, ruszamy jak tylko skończysz. Przenocujemy dalej na wschód – po czym spojrzał na Septę i rzekł. – Jeżeli ciągle chcesz usłyszeć o Bezimiennym Morskim Potworze to możesz nam towarzyszyć, jeżeli nie to opowiem ci o nim gdy spotkamy się na Długim Kurhanie – i zanim Septa cokolwiek powiedzieć dodał – Nie chcę by widziano jak wspólnie wjeżdżamy na Długi Kurhan, choć większość Skagosów jest lojalna za Moruad to zapewne nie wszyscy. Zapowiem przybycie świty dostojnej Alysy, córki Lorda Dowódcy. I jej samej.
 
Asenat jest offline  
Stary 28-05-2013, 13:21   #110
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Alysa, Engan, Roddard, Willam i Joran


- Co on robi? - Lady Qorgyle nachyliła się ku Lannisterowi, wskazując mało dyskretnie palcem na zwiadowcę Worsworna. Roddard siedział ze skrzyżowanymi nogami, oparty plecami o porośnięty mchem kamienny murek. Jego ręce spoczywały bezwładnie i lekko na kolanach. Oczy miał szeroko otwarte, ale nieobecne. Alysie zdawało się, że skóra na twarzy Kruka obciągnęła się, opinając kości jak to się działo u trupów. Zdawało się jej również, że Roddard oddycha zbyt rzadko.
- Mamy podejrzenia, że ci od słupa mogą tu wrócić. Z jednorożcami. Na każdej warcie musi zostać jeden zwiadowca. Roddard powiedział, że bierze drugą i trzecią wartę, a teraz się prześpi, póki wszyscy są na nogach – odparł Joran znad perfekcyjnego stosu drewnianych szczapek. Poprawił jeszcze chrust, otrzepał krzepkie dłonie i sięgnął po krzesiwo. - On teraz tak jakby śpi – uzupełnił poważnie, bo faktycznie wymagało to uzupełnienia.
- Czy on nas teraz widzi? Słyszy?
- Rozmawiałem z nim kiedyś o tym. Twierdzi, że tak, ale wszystko postrzega jak przez gęstą mgłę. Słyszy wszystko, co się mówi, ale jakby ktoś wołał z bardzo daleka.
- Mogę go dotknąć? Nic się nie stanie?
- Najwyżej się obudzi – Lannister wzruszył ramionami.

Alysa ujęła bezwładną rękę Kruka. Ta dłoń była zimna jak ręka martwego człowieka, na nadgarstku z trudem wyczuła puls. Piersi zwiadowcy unosił płytki i zbyt rzadki oddech.
- Bogowie – mruknęła Alysa. - On prawie nie ma pulsu. Niemal nie oddycha... Jest jak trup.
- Można się pomylić – przyznał Joran. - Ja się pomyliłem. Pochowałem go... w grupie byli sami nowi, nikt nie wiedział, jakie Kruk cyrki w nocy wyczynia. On też nic nie powiedział, jak zwykle. Złożyłem go do grobu, powiedziałem kilka słów jak trzeba, zakopaliśmy go i pojechaliśmy dalej. Zgonił nas następnego dnia...
- To musiało być zabawne.
- Cóż... nie było.
- On bierze jakieś zioła, że tak ma?
- Nie. Zawsze tak miał. Mało śpi. Rzadko naprawdę się kładzie i zamyka oczy. Częściej – wskazał Worsworna patykiem – robi coś takiego. Maester Aemon twierdzi, że to jest smutne kalectwo, skaza i powinniśmy mu współczuć. Są różne rodzaje kalectwa, w tym takie, których nie widać gołym okiem. Ma wszystkie ręce, nogi... ale bogowie zabrali mu sen. On nigdy nie śni.
Tytus wyszedł spomiędzy zabudowań z wiązką chrustu w objęciach. Usłyszał ostatnią wymianę zdań, pozbył się swego brzemienia i podzielił się swoim podejściem do niezwykłości. Chłodnym i niebywale praktycznym.
- No to już wiemy, czemu jest takim popieprzeńcem. Siedzi za blisko ognia – ocenił. - Jak jest taki bezwładny, to jeszcze się wywali na mordę w ognisko. Engan, chodź no, przeniesiemy go. Jak usmaży ryj i oczy, będzie kaleką rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka. I jak my się z nim w towarzystwie pokażemy?
- Roddard zawsze mówi... - wtrącił z urazą Mort znad czaszki jednorożca, którą czyścił piaskiem razem z Urregiem.
- Nieciekawym – uciął Tytus Sand nie bez wdzięku.

Roddard słyszał wszystko, jak zawsze. Słowa ze świata sączyły się w jego uszy jakby musiały omijać wiele przeszkód i przejść długą drogę, ale przecież zawsze docierały do celu. Widział też, widział jak przez mgłę, albo przez grubą taflę lodu na jeziorze. Wszystko było zniekształcone i zamazane, postacie poruszały się wolno jak duchy, tylko ognisko pluło czerwienią płomieni w szarym, zasnutym oparami świecie. Poczuł jak go ujęli pod ramiona i podnieśli, jego nogi wlekły się za nim bezwładnie i bezużytecznie jak kłody.

To nie jest prawda, pomyślał sobie wolno, bo i jego myśli poruszały się wolno jak ciągnione przez ociężałe woły wozy taborów. To nie jest prawda. Mam sny..

W snach Roddarda Worsworna, który śnił od niedawna, w szary, cichy świat wdzierały się ostre skrzypnięcia śniegu pod butami Moruad. Skrzył się śnieg, powietrze nagle stawało się nieruchome i przejrzyste, na granatowym niebie migotały zamrożone gwiazdy. Czasem siostra magnara stawała obok niego, tak blisko, że czuł bijący od niej ciepły zapach potu i woń futer, w które była ubrana. Czasem ściskała wtedy szybko jego rękę. Częściej stawała naprzeciw niego, zawieszała spojrzenie czarnych oczu na jego twarzy. Serce Zimy na jej piersi, klejnot, który teraz nosił Erland, czasem był skłębioną, plującą śniegiem zadymką, a czasem okiem krwawej pożogi. Czasem Moruad nie było, słyszał tylko jej głos. Cichy, ale uparty, narzucający swoją wolę, niedopuszczający sprzeciwów czy dyskusji. Nie do pomylenia z żadnym innym. Mówiła zawsze to samo.
Czuwasz?

Czuwał. Cały czas miał otwarte oczy. Ale za skłębionymi oparami szarego świata, które otulały go zawsze, gdy ona odchodziła, nie było nic. Tylko noc i śnieg.

Mort z Urregiem cały wieczór czyścili czaszkę jednorożca. Potężny Rork wahał się tylko chwilę, gdy Erland z Hwarhenem odeszli, by spędzić noc z dala od kamiennego słupa. Został przy Alysie. Nadal się bał, i całego siebie wkładał w to, żeby tym razem nie było tego po nim widać. Wił się i męczył sam ze sobą tak wierutnie, że Kamyk postanowił mu ulżyć i zaoferował mu znieczulenie, w postaci wyciągniętej z ruin baryłki. Urreg dostał po zawartości baryłki ognistych rumieńców i tak przemożnej chęci do gadania, że aż żal, że nikt tego gadania nie potrafił wyrozumieć dogłębniej. Z tych nielicznych słów, które znał Joran, i z wymownej gestykulacji Rorka nad czerepem Engan wyrozumiał jednak tyle, że Alysa szczęśliwie lub też z rozmysłem utrafiła z prezentem. Skagosi zdawali się otaczać ta wielkie bestie szacunkiem, i takim samym szacunkiem otaczali ich kości. Z krótkiej demonstracji postępowania z czaszką wydawało się wynikać, że wieszali je w swoich jaskiniach, całkiem jak Targaryenowie czaszki swoich smoków w sali tronowej w Królewskiej Przystani.

Nad czołem Septy niemal widocznie zmaterializowały się burzowe chmury, i tylko było patrzeć, jak koniarz zacznie gromami z oczu ciskać, a zamiast słów plunie z ust gradem. Septa był niewąsko podkurwiony. Raz, że pleń. Dwa, że słup. Trzy, że morski potwór, o którym jego dostojność Wielka Broda, poseł drogiej Moruad, aż nazbyt widocznie nie chciał rozmawiać. Cztery, że w towarzystwie tych robaków, słupa, oględnych w słowach posłów i nie dajcie bogowie, jeszcze większej liczby Skagosów, bo Roddard ostrzegał, że grupa budowlana może zechcieć tu wrócić, znalazł się on sam. A tak nie cierpiał polityki. To wszystko to jednak było mało. Najbardziej szarpało mu nerwy poddenerwowanie wilka, które czuł każdym skrawkiem swojego ciała. Basior krążył po okolicy i coś wyczuł, tylko sam za bardzo chyba nie wiedział co, był zagubiony i wściekły na własne zagubienie. W powietrzu ciągle wisiał zapach mokrej sierści i zwierzęcej chuci... a te zapachy i myślenie nigdy nie chodziły u Willama pod rękę.

Najlepszy zaś był sen, kiedy Septa łyknął samogonu, zawinął się w płaszcz, złożył na korzeniu głowę huczącą od zbyt wielu myśli, zmartwień i sugestii własnego ciała, co ze swoim ciałem uczynić. Wreszcie udało mu się zasnąć, i nagle zrobiło się lepiej. Nawet, całkiem dobrze...

Ziemia drżała pod Willama stopami. Pnie stuletnich drzew trzaskały pod jego krokami jak wątłe trzciny. Toczył się pomału i dostojnie przez las, a wszystko, co żyło i mogło biegać, uciekało przed nim w popłochu. Pachniało mokrą sierścią i zwierzęcą chucią. Gdzieś daleko za sobą zostawił inne stworzenie swojego rodzaju, stworzenie bardzo chętne do spółkowania i... tworzenia nowych istot im podobnych. Czas był odpowiedni. Ale on szedł tutaj, a ona była daleko. Jeszcze zdąży... Równie wolno, lecz równie potężnie jak jego chód toczyły się jego myśli. To były proste myśli, których zapewne nie podzielał ten, którego dotyk był ledwie muśnięciem na jego grzbiecie. Willam czasem się zastanawiał, co mały ktoś na jego grzbiecie myśli, ale nigdy nie zastanawiał się zbyt głęboko, jak zresztą nad niczym. Oprócz własnej siły.
Był ogromny i potężny. Był mocarzem pośród mocarzy. To było najważniejsze z ważnych. Teraz... szedł. Rozwarł pysk i zadarł ozdobiony twardym rogiem łeb w górę. Wciągnął powietrze w płuca i oznajmił światu, że on, mocarz, idzie.

Kamyk wracał właśnie ze swej małej eskapady, uwieńczonej małym sukcesem w porachunkach z morską kokoszką i jej kamulcem. Łomot padającego słupa i śpiew, jaki wydał z siebie padając, oczywiście nie mógł'przejść niezauważony. Nie kiedy podróżuje się w towarzystwie prawdziwych żywych legend. Z krzaków wylazł Joran Lannister i z miejsca naskoczył na Kamyka, co on wyprawia. Po wielkopańsku, jak to wielkopaństwo miało zawsze w zwyczaju. Engan właśnie układał sobie w myślach, czy lepiej będzie powiedzieć prawdę, czy też może skłamać, i jak nakłamać, kiedy od obozu dobiegł ich przeciągły krzyk. Lannister stracił zainteresowanie Kamykiem i Kamykowymi sprawami, puścił się biegiem z powrotem. Kamyk ruszył za nim. Skonfudowany, bo poznał, kto krzyknał. To był Willam. Ale nie brzmiało to jakby wzywał pomoc... bardziej jakby oznajmiał, komu, z jaką siłą i w jakie miejsce zaraz przypierdoli.

Alysa obudziła się, gdy zimna dłoń dotknęła jej policzka. Klęczał przy niej Roddard, oczy miał znowu przytomne. Przytknął palec do ust, a potem ujął jej dłoń za nadgarstek i skłonił, by dotknęła ziemi. Grunt drżał lekko. Kruk pokazał jej na migi, że idzie się rozejrzeć i zniknął w ciemności, cichy jak duch.
- Tytus, obudź się – wyszeptała, targając Sanda za nogawkę.
Mort patrzył na nią znad ogniska oczami okrągłymi jak monety. Urreg chrapał jak niedźwiedź. I wtedy Willam wstał. Wstał, zadarł głowę ku niebu, otworzył usta i ryknął przeciągle w nocne niebo. Dopiero wtedy otworzył oczy.

Z daleka, z leśnych ostępów dobiegł przeciągły, pełen mocy ryk.
ROOOOOOOOoooooooooo...
 
Asenat jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167