Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-03-2014, 08:32   #201
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Erland


Hwarhen okrył go cudzą przodziewą, woniejącymi ostro tłuszczem skórami fok. Sam odzian podobnie, bez bogatej zamkowej kolczugi, znaków klanu i wielkiego brodziska, w niczym nie przypominał dumnego wojownika Crowlów, brata siostry boga. Twarz miał ponurą i wściekłą. O ile Szepczący miał wcześniej jeszcze jakieś wątpliwości, że niezbyt lotny umysł wojownika nie wychwycił może, co magnar sugerował o tym, co Pająk zrobił zrobił Moruad... o tyle teraz mu się rozwiały. Hwarhen pojął i wyrozumiał wszystko. I nie wybaczy, dopóki Pająk się wykrwawi się, powieszony na własnej sieci. Endehar Magnar mógł kłamać, ale jadowita strzała i tak dobiegła celu, zatruła już Hwarhenowi serce... Czyż nie dlatego Magnarowie od tysiącleci trzymali władzę nad wyspą? Nikt prócz nikt nie dzielił tak kunsztownie ludzi nienawiścią, gniewem i strachem. Z siłą topornika, a jednocześnie precyzją hafciarki...

Moruad siedziała z dala od obozu, ukryta wśród zbiorowiska olbrzymich wapiennych ostańców, oparta o jeden z nich plecami. Szepczący nie widział straży, ale był pewien, że są tutaj, że poukrywali się gdzieś w załomach skał... Przeczuwał również, że miejsce nie jest przypadkowe. O wiele prościej, mniej ryzykując wypatrzenie, mogli się spotkać w obozie. Jednak Moruad musiała dopuszczać myśl, że padną trupy... a zawsze była bogobojna. Nie chciała niepokoić zmarłych wonią świeżej krwi, nie chciała łamać praw. Kradzież w Domu Żywego Boga nie była dla niej łatwa. Zapewne łatwiejsza byłaby dla Endehara, mówił o tym z taką beztroską, jakby nic się nie stało. Ciekawe, skąd wiedział...

Szepczący patrzył na drobną sylwetkę, okutaną w białe skóry, i nie mógł się zdecydować, kogo ma przed sobą: ofiarę, narzędzie czy wspólniczkę boga... czy kogoś, kto dąży do jego obalenia.

Otworzyła oczy, czarne jak noc bez gwiazd, czarne jak ciemności skagoskich kopalni.
- Wraz ze świtem – ozwała się – posłuchasz rozkazu mego brata i opuścisz kurhan. Nie ruszysz jednak do Czarnego Zamku. Zawrócisz w puszczę, gdzie będą na ciebie czekali moi ludzie. Hwarhen zdejmie podążające za wami oczy i uszy mego brata.

Słowa wyskakiwały z jej ust jedno za drugim jak rzeczne otoczaki, wszystkie idealnie takie same, wygładzone, wszystkie idealnie białe, nieskażone żadną emocją.

- Pojedziecie nad morze – rozkazała. - A teraz... mów.
 
Asenat jest offline  
Stary 16-03-2014, 13:33   #202
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Tygon


Dwie tratwy i kilka czółen sunęły ku nim z wolna przez rozlewisko. Po wodzie wpierw niosły się głosy Węży pojmanych na wysuniętych czujkach. Przywiązani na czele tratew jeńcy krzyczeli do ukrytych za ostrokołem ziomków. Żegnali się ze swymi niewiastami i dziećmi, przeklinali Czaszkę. Żaden nie prosił o litość.

Ten, kto dowodził atakiem, musiał też mało znać to plemię, skoro liczył na to, że komukolwiek drgnie tu ręka. Tygon pojął to, jak tylko zobaczył, że na ostrokół wspina się wezwanych przez Susła kilka kobiet i dzieci. Patrzyły w milczeniu na zbliżające się tratwy. Wszyscy czekali w milczeniu, aż będą dostatecznie blisko. Wreszcie jedna z niewiast wyjęła z dłoni wodza łuk, mierzyła długo i strzeliła. Grot utkwił w piersi jednego z jeńców, a kobieta przekazała łuk kolejnej, już niebawem, wdowie. Nikt nie rzekł słowa.

Ten, kto dowodził, zaprawdę nie znał Węży, jeśli liczył, że posieje za ostrokołem strach, że śmierć bliskich pomoże w zdobyciu twierdzy na rozlewisku. To był błąd, a Tygon przekonał się szybko, że walcząc z Wężami, pomylić można się tylko raz. Podczas gdy kobiety niespiesznie odstrzeliwały jeńców, kilku najlepiej pływających wojowników cicho opuściło ostrokół. Jeden z nich gestem zachęcił Tygona, by ruszył za nimi i zabrał broń.
- Odbijemy tratwy. Pomścimy naszych – wyjaśnił krótko.
Na to zaś jak spod ziemi wyrósł Rhun. Góral był równomiernie poparzony na twarzy i rękach, stracił też wszystkie włosy. Nikt nie pomyślał, by go rozwiązać, i nadal paradował ze związanymi rękoma. Podsunął je Tygonowi pod nos i uśmiechnął się ujmująco poparzonymi wargami.
- Idę z wami. Muszę wejść do wody, bo zaraz zwariuję – oznajmił wesolutkim głosem. - Jak sobie kogo zabiję, to też mi ulży. A jak ci udowodnię, że jestem swój, to już w ogóle, w ogóle...

Ten, kto dowodził ludźmi Czaszki, nie tylko nie znał Węży, ale i musiał mieć gorszy dzień. Tygon doprawdy nie wiedział, czego tamten się spodziewał... Zresztą, chyba wiedział jednak. Glorii i chwały. Zdobycia niezdobytej wyspy.

Tymczasem, gdy tratwy zbliżyły się wystarczająco, zza ostrokołu wyleciał rój strzał. Nim atakujący zdążyli się ogarnąć się po salwie, z wody wyprysnęli wojownicy Węży. Tygon wypluł trzcinkę, którą trzymał w ustach podczas płynięcia pod wodą, złapał równowagę na kolebiącej się tratwie i zamachnął się pożyczoną, ale o wiele poręczniejszą w takich akcjach niż jego własna broń siekierką. Przeciwnik miał na sobie napierśnik z brązu. Był Thennem.

***

Przesłuchanie jeńców pojmanych podczas odbijania tratew przyniosło nieciekawe wieści. Na bagna weszło czoło schodzącej z gór armii Czaszki. Tuż przed zmrokiem atakujący zdecydowali się porozmawiać z Susłem. Wojownikowi nie spodobała się jednak propozycja zachowania życia za cenę ukorzenia się przed Raymundem i oddania mu czarownika, wraz z całym dobytkiem, jaki ten sprowadził. Suseł nie wchodził nawet w gadki, tylko bez słowa ubił posła kolebiącego się na dłubance z brzozowej kory.
- Teraz to nie ma co liczyć na gadanie – podsumował wtedy Tygon, a Suseł parsknął śmieszkiem.
- Toć nigdy przecież nie było.

Rhun cierpiał od oparzeń. Co jakiś czas wychodził na ostrokół i wył jak wilk w kierunku pochowanych na drugim brzegu wojowników Czaszki. Był to jedyny dźwięk, jakim oblężeni zaszczycali atakujących.

Freya płakała niemal bez przerwy i Tygon nie mógł dojść, za kim łzy roni – za zabitym chłopcem czy Ormem, ukrywającym się po drugiej stronie, gdzie w każdej chwili mógł zostać schwytany.

Orm jednak powrócił. Gdy tylko się ściemniło, podpłynął wolno do wyspy, przytrzymując się oblepionej porostami kłody. Został w wodzie, a strażom zawołał cicho, że chce gadać z Tygonem.

- Wyjdź, zjemy co, ogrzejesz się – zaproponował Tygon, ale zmiennokształtny pokręcił głową.
- Stary dowie się, jak tylko stopę postawię na wyspie. Rad nie będzie.
- Dowiedziałeś się czego?
- A tak. Chcą tylko starego. Czarownika. Resztę ubiją. Wściekli się, żeście się odgryzli. Z gór schodzi moc ludzi. Niebawem nas tu ogarną. Zostawią dość wojowników, by was tu uwięzić, a reszta pociągnie dalej. Trza uciekać, Tygonie. Póki można.
- Osada...
- Ani pierwszy, ani ostatni raz ją otoczona. Każdy połamał sobie na Wężach zęby. Chcesz być tego świadkiem? Masz czas po temu?
Zmiennokształtny zamilkł. Poruszył się w wodzie z cichym pluskiem i znieruchomiał.
- A niech to zaraza... - wypluł z siebie, wyraźnie się zmuszając. - Idź. Pogadaj z moim starym. Czarownikiem. Cokolwiek postanowisz, on doradzi. Jak zechce, to i pomoże. Ja poczekam.

Dick




Olbart nadział głowę zdrajcy na włócznię i zatknął w ziemię przed związanym i zakneblowanym Olamyrem. Nie tylko poważnie traktował przysięgi, ale i dbał o to, by inny wiedzieli, co ich czeka, gdy nie będą tego czynić jego przykładem. Cudny człek, więcej trzeba mu takich!

Nenneth oplotła go ramionami jak bluszcz wspinający się po rosłym dębie i odruchowo ją objął.
- Żona cię za to zabije – tchnęła mu w ucho ciepłym śmiechem, przygniotła dłońmi jego piersi do ziemi. - Ale jej tu nie ma, za to ja jestem. Jeśli teraz uciekniesz – spoważniała w mgnieniu oka – To ja cię zabiję... - obiecała i nachyliła się nad nim. Przez jej włosy widział wszystko jak przez te zwiewne tkaniny, którymi kazał zdobić swe łoże, gdy był młody. Dawno temu, gdy nie był jeszcze Mocnym Dickiem.

Ostra iście mu nie wybaczy. Od myślenia o żonie, albo od tych wszystkich zmartwień, Czaszki, wojny, Innych, czy czart wie, czego jeszcze, Dicka zaczęła pieruńsko boleć głowa. Jakby coś dusiło mu skronie imadłem.

Przez czarne firany włosów Nenneth zobaczył jeszcze, jak Półręki ostrzący miecz przy ogniu oszacował, co się dzieje, spojrzał mu bez wyrazu w oczy i powstał, by odejść od ognisk. Sorsha ruszyła za wroną i dognała go przy koniach. Dick widział, że zwiadowca ucina dyskusję twardym ruchem okaleczonej ręki i zaciska dłoń na ramieniu łowczyni. Odeszli razem w mrok.

Wrócą. , oszacował Dick leniwie.

***


Okazało się, że wcale wracać nie musieli, bo i nigdzie nie odeszli. Ot, odeszli dalej, pewnie by nie widzieć ani nie słyszeć. Przy porannym posiłku Sorsha była zła i skwaszona jak zepsute piwo, a Półręki jak zwykle milczący.
- Wszyscy czasem popełniamy głupie błędy – odpowiedział zwiadowca, gdy Dick przy siodłaniu koni znalazł chwilę, by zamienić z nim słowo w cztery oczy. - Nawet najmocniejszy duch czasem słabnie. Wszyscy za to płacimy. Czasem po raz ostatni.
Skinął Dickowi głową i wskoczył na siodło, a Dick nie mógł pozbyć się wrażenia, że wrona krakała o swym własnym losie, i dlatego krakała, że mierziło ją, że Dick uparł się, by podążyć jego drogą.

O wiele mniej oględna w słowach była Pszczoła. Z rumieńcami gniewu na pyzatych policzkach, zduszonym szeptem wytknęła Dickowi, że ma żonę i dzieci, i zapytała, czy wszystkie inne obietnice i przysięgi też zacznie sobie lekceważyć, w pogoni za młodą, śliczną dupką.

Nenneth zaś zrobiła się uroczo układna. Rozkazy spełniała w mgnieniu oka i bez ociągania, a także bez słowa komentarza. Wyglądała przy tym na zadowoloną. I to było, w oczach Dicka, zachowanie nad wyraz właściwe.

***


W południe dognała go zdyszana Sorsha. Poinformowała, że idący na przedzie Półręki wyczuł palone mięso i kości, po czym zszedł w bok, by zobaczyć, co się dzieje.

Zastali wronę nad dymiącym jeszcze stosem, grzebiącego patykiem wśród kości.
- Wolni ludzie, którzy przysięgali Czaszce, zabili i spalili Skagosów, którzy szli z nimi – rzekł sucho. - Jak przyszedłem, dwóch z nich pilnowało jeszcze stosu. Rzekli mi, że doszły ich wieści, iż Moruad tak naprawdę dogadała się z Pająkiem. I że oszukali wspólnie dobrego, dzielnego Raymunda, by spędzić wolnych ludzi pod Długim Kurhanem i urządzić tam rzeź, jak przed wiekami. Rzeź, w której tym razem padnie więcej wolnych ludzi niż Skagosów. Taka, rozumiesz, pomsta po wiekach... Jakiś wędrowny skald przyniósł im te słowa, i uwierzyli...

- Aaaaa...ach – Nenneth, przywiązana do siodła, ocknęła się z właściwej zmiennokształtnym bezwładnej śpiączki. Poruszyła zastałymi kończynami i rozwarła powieki. Skrzywiła się, gdy jej wzrok zahaczył o zwiadowcę, ubranego jak wolny człek. Przez chwilę jej twarzą zawładnął pełen niesmaku grymas, jakby gęba Qhorina nie była tym, co pragnęła ujrzeć jako pierwszą rzecz po przebudzeniu. Potem powiodła wzrokiem po pogorzelisku, z lubością wciągnęła w nozdrza woń spalenizny.
- Spaliłeś coś, Dee? - zapytała ochryple. - Trza mnie było budzić... uwielbiam pożary.
Sorsha syknęła ostrzegawczo i rozejrzała się, jakby Henk Trzy Pchły miał wyskoczyć zaraz z krzaków. Zmiennokształtna zaśmiała się złośliwie.
- Znalazlam. To, co myślę, że jest tym, o czym mówił Belram. Nie kłamał... nigdy w życiu nie widziałam czegoś takiego...
- Gdzie? - wciął się brutalnie Qhorin.
- Troszkę dalej na wschód. Zapewne poczujecie coś na kształt zawodu, ale chyba Skagi i wolni ludzie sposobią się tam do bitewki. Oni są tam, a my tu... cóż za niepowetowana szkoda!
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 16-03-2014 o 14:50.
Asenat jest offline  
Stary 16-03-2014, 21:24   #203
 
baltazar's Avatar
 
Reputacja: 126 baltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znany
Sepcie nie śpieszyło się do rozpalonych węgli jakimi mogłyby być traktowane jego stopy. Ani do szczypiec rozrywających jego mięśnie, do wyciągów wyłamującego mu stawy… czy do szczurów wgryzających się w jego trzewia. Ba nawet nie śpieszyło mu się do umierania. Jednak chwilowo jedyne co mógł robić to czekać na lepsze rozdanie… bo aktualnie na ręce miał tylko plichty, a najlepsze co mógł robić to blefować że jest inaczej. Więc nie robił niczego innego… grał tym co miał. Wiedział, że zarówno krótkie łapki Moruad Magnar jak i te dłuższe należące do jej braciszka Endehara na wyrost nazywanego bogiem mogą tak samo go skrzywdzić. Z jednych miał szansę się wywinąć. U magnara Skagos mógł kupić sobie tylko czas.

Czekał cierpliwie i się doczekał. Pierwsza propozycja potwierdziła jego domysły na temat baw matki, która nie chce żeby jej osesek usiadł na kolanach wujka boga. Przyjął podarek ale raczej z myślą o wypróbowaniu go przy innej okazji… Ale los nie dał mu długo rozważać tej opcji bo zjawił się ktoś inny. Znacznie bardziej intrygujący… Mały futrzak szczerzył mordkę do koniuszego, a oczkami świdrował go prawie na wylot. Hmmm czyżby kolejny konfrater. Ciekawe czy znany mu już dziki, czy może kto inny. Kusząco ryzykowne.

Popatrzył na futrzaka z rodziny łasicowatej rodziny i chwilę rozmyślał nad tym stworzonkiem. Znał niejedną chatę gdzie udomowiony szkrab z niezwykłą krwiożerczością tępił myszy, szczury czy nawet żmije ale jednocześnie ta niecnota swarliwie kąsała się z innymi domowymi zwierzakami. Nic nie tracił. Uśmiechnął się, skinął głową i w końcu odrzekł. – Zatem czekamy.




Poczekał aż gronostaj wrócił tam skąd przyszedł. Zbliżył się do Blana i rozwinął skórę przy nim. – Wiesz gdzie to? Ile tam jest koni? Daleko to? Myśl jak stamtąd najszybciej się ulotnić. Myśl kurwa Blane albo tu damy gardła.

Widział, że ciężko było mu to wszystko ogarnąć. – Moruad jest tak samo zdradliwa jak jej brat więc wcale większej szansy na przeżycie to nam nie daje. Nie wiem kto posłał tego gronostaja… ale jak otwiera furtę wolności to przed jej przekroczeniem nie będę pytać o cenę czy miano.

Schował specyfik do cholewy buta i zmrużył oczy. Nasłuchiwał stada… szukał go… chciał poczuć te konie…
 
baltazar jest offline  
Stary 23-03-2014, 10:53   #204
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Kres


Basior nie lubił być przyrównywany do psa. Nagle położył uszy po sobie, sierść na karku zjeżyła mu się jak szczota. Wtedy jednak tamci na szczycie dostrzegli kroczącą ku nim dziewkę. Zawołali wesoło i kpiąco, kilku gwizdnęło przeciągle. Kres poczuł na swej dłoni szybki dotyk zimnego, mokrego nosa i ciepły powiew wilczego oddechu. Szary musnął nozdrzami jego rękę i po chwili uskoczył w zarośla... a zwiadowca nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to nie był zwierzęcy, psi gest dopominania się o uwagę i pieszczotę ręki człowieka. Poczuł się jak na zwiadzie, gdy uzgodniono już, co czynić... tak, jakby jeden z braci uścisnął mu ramię na pożegnanie - bo nie wiadomo, kogo dziś śmierć porwie, a kogo ostawi – i ruszył wypełniać rozkaz. Coś dziwnego było w tym zwierzu i w tym, jak szybko pojmował ludzką mowę.

Dziewka zaś błysnęła niespotykanym talentem... Kres kilka razy oglądał w Winterfell wędrownych komediantów i Skagijka niewątpliwie nadałaby się na robienie z siebie widowiska dla gawiedzi. Gdy tylko wojownicy na szczycie ją zoczyli i powitali, sprośnymi chyba, wrzaskami zatrzymała się gwałtownie. Jedną ręką koło serca się złapała, a drugą za czoło. Trwała tak przez chwilę, wydała z siebie cichy okrzyk zaskoczenia, po czym odwróciła się na pięcie, podkasała wysoko spódnice pod skórami i bieżać poczęła w stronę Kresa.

Skagosi zaś zrobili dokładnie to, czego się Kres po nich spodziewał. Puścili się za nią z góry dzikim biegiem, ścigani wrzaskami swego dowódcy o kostropatej twarzy. Na szczycie prócz Einara został tylko jeden, przytrzymujący żuraw studzienny wojownik. Reszta pognała na złamanie karku za odsłoniętymi wysoko, błyskającymi mleczną bielą udami dziewki.

Pierwszy, ten, który prawie ją dognał, pewnie nawet się nie zorientował, że mu się umarło. Zaczajony za pniem świerku Kres zdjął mu głowę z barków jednym cięciem miecza. Bezgłowe ciało przebiegło jeszcze cztery kroki, nim zwaliło się bezwładnie w dogorywające od nocnych przymrozków kępy niecierpka. Gdy Kres starł się z kolejnym, z zarośli wystrzelił wilk i zawisł następnemu na gardle. Kątem oka, odpierająć wściekłe ataki, Kres zobaczył, że dziewka tłucze solidnym kijem wijącego się na ziemi Skagosa. Potem zaś zobaczył łucznika, z cięciwą przy policzku, wycelowany w Kresa grot pobłyskiwał srebrzyście.

I nagle łucznik rozłożył ramiona jak ptak i pofrunął w górę. Wrzeszczał rozdzierająco. Dziewka porzuciła swą ofiarę, kij wypadł z jej rąk, przytknęła dłonie do ust i też krzyczała, ale bezgłośnie, zatykając się, jakby się dusiła.

Coś, coś, nie człowiek. Istota o długich rękach i nogach, opatrzonych zbyt dużą ilością stawów, porośnięta futrem jak zwierzę, ale o błyszczących zielono, rozumnych oczach, mknęła w górę po pniu, tykając kory tylko gnącymi się w dziwnych miejscach nogami. Rękoma trzymała wrzeszczącego i kopiącego bezradnie powietrze łucznika za głowę.

Przeciwnik Kresa przestał atakować, zatrzymali się biegnący Skagosi. Ci nie mogli uwidzieć tego stworzenia, ale musieli słyszeć rozdzierający krzyk towarzysza, z którym stwór zniknął w złoto-brązowym listowiu, wysoko, w koronach drzew. Nagle zaległa cisza, kompletna, głęboka cisza.

Kres słyszał szum własnej krwi. Potem dobiegły go dwa dźwięki. Pierwszy wydało padające w gęste paprocie ciało jego skagoskiej wspólniczki. Zemdlała z nadmiaru wrażeń. I w sumie dobrze, bo zaraz po tym z góry rozległ się kolejny dźwięk. Trudny do pomylenia z jakimkolwiek innym odgłos łamanego karku, i uszu Kresa dobiegł śpiewny, melodyjny terkot.
 
Asenat jest offline  
Stary 24-03-2014, 08:21   #205
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 1466 woltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumny
- Joran Lannister nie żyje lub został pojmany, na czele Harlenów stoi Agnata, a Iorweth pojmany przez Snowa jedzie na Czarny Zamek. Raczej tam nie dojedzie, bo otrułem go. Najważniejsze jest jednak to - Erland wyjął pudełeczko podarowane mu przez Półrękiego - Qhorin ukrył waszego syna zarówno przed Tobą jak i Pająkiem. Nie zdradził gdzie, ale łatwo odgadnąć, że u kogoś lojalnego Straży i kogoś kto mógłby pogodzić w przyszłości Skagos, górskie klany i Straż. Czy żyje... nie wiem. Może, o ile nie wpadł na morderców Czaszki, twojego brata lub twoich - rzekł cicho.
- Rozumiem, że opuścił Czarny Zamek - pociągnęła Moruad martwym głosem. Oczy też miała martwe. Martwe, puste i złe. - Dlaczego Qorgyle mu na to zezwolił?
- Bo wystarczyła obietnica by mieć nad tobą władzę. Bo Półręki jest mu potrzebny. Bo okazał się sprytniejszy od Pająka... nie wiem. Może gdybym wiedział wcześniej więcej mógłbym udzielić ci odpowiedzi, a tak mogę snuć jedynie domysły. Czy opuścił Czarny Zamek... mam nadzieję, że tak i że ruszył za Cierniem, jak mu doradzałem.
- Na północ, poza Mur… Dlaczego mu to doradziłeś? - siostra magnara nachyliła się ku kapłanowi.
- Dlatego, że Czaszka i Cierń stanowią realne zagrożenie dla Muru. Dlatego, że nastała Zima. Dlatego, że Dzieci Lasu się przebudziły. A w końcu dlatego, że choć widzę dalej niż większość naszych pobratymców to nie znam planów twoich, Czaszki, Pająka czy twego brata. Nie znam nici sojuszy i obietnic, które padły. Stąpając po kruchym lodzie szukasz stałego lądu. Nawet jeżeli czeka tam stado wilków. Jeśli uważasz, że popełniłem błąd to wybacz mi - opowiedział Erland z bolącym sercem. "Powinnaś mi powiedzieć pięć lat temu co się stało" pomyślał gorzko.
Skinęła głową. Jakby chodziło o owcę, która przelazła z ziem Magnarów na ziemie jego klanu i jeden z Crowlów ją zeżarł. Jakby to była bagatelna sprawa, którą darowywała mu wspaniałomyślnie, pańskim gestem. Wiedział, że tak nie było… Stał przed matką, której zabrano dziecko, i nie miał dla niej dobrych wieści. Stał tu, gdzie chciała go widzieć - z dala od zmarłych, których obecność chroniłaby jego życie i los. Szmer szeptów w jego uszach narastał, wzmagał się na sile jak pomruk odległego sztormu.
- Otrzymałeś rozkaz i jasne zadanie do wykonania. Pominę to, żeś tu zawiódł, i żeś zgubił po drodze Tyrię Stane. Tak samo cię to jednak obarcza jak i mego brata - prześlizgnęła się wzrokiem po Hwarhenie. Wojownik skurczył ramiona. - Co jednak pozwoliło ci sądzić, nie mając, jak słusznie zauważyłeś, świadomości o zawieranych sojuszach, by pchać swe palce w te drzwi? Co kazało ci wysłać jedynego człowieka, który wiedział, gdzie może być mój syn, w miejsce, gdzie nie mam na niego żadnego wpływu, gdzie nie mogę do niego sięgnąć? Qhorin jest rozsądny. Prędzej czy później zacząłby mówić - wyjęła z rękawa drewniane puzderko, otworzyła je i przyjrzała się kosmykowi włosów. - A to najlepszy dowód na to, że nastąpiłoby to szybciej niż później.
Dobyła zza pazuchy skórzany woreczek, a z niego kolejny kosmyk włosów, przewiązany zetlałym rzemykiem. Położyła obydwa pukle na dłoni i zamilkła. Porównywała je. I nie musiała mówić, do jakich wniosków doszła, Erland widział sam. Włosy, które otrzymał od zwiadowcy, były ciemniejsze od tych, które miała siostra magnara. Niemal smoliste, takie, jakie miała Moruad i Qhorin. Hwarhen wydał z siebie dziwny odgłos, coś pomiędzy szlochem a zdziwionym westchnieniem. Kobieta milczała, ale podniosła wreszcie oczy na Erlanda. Czekała.
- Tyria sama wybrała swój los, tak jak wiele kobiet ze Skagos - odparł Erland spokojnie. Czasy gdy bał się Magnarów minęły. Widział w nich jedynie ludzi. Groźnych i władczych, ale tylko ludzi - Qhorin ruszyłby za Mur niezależnie od tego co bym mu powiedział. Ważniejsze jest teraz odnalezienie twojego syna i sprawienie byś mogła zrealizować to co planujesz. Poza tym nie byłaś na Czarnym Zamku, gdy nas zaatakowano. Gdy otruto Lannistera i Qhorina. Nie probowałaś powstrzymać Snowa przed wjechaniem do obozu czy by nie obrażał Harlenów, a przystał na warunki Iorwetha - dodał.

- To otrucie to groźna sprawa - oznajmiła, całkiem tak, jakby tam jednak była, i była świadkiem rzeczonych wydarzeń. - Ktoś mnie zdradził. Ktoś próbuje sobie ze mną pogrywać. Ktoś, kto wie podejrzanie wiele. Ktoś podniósł rękę na ludzi, którzy mi byli potrzebni. Teraz jeden przepadł za Murem, a drugi nie żyje lub jest dla mnie nieosiągalny, a więc bezużyteczny. I to ty dopuściłeś do tej sytuacji… Nie będzie wybaczenia, Erlandzie. Nie dopóki nie nauczysz się wypełniania rozkazów. Obecny jest taki, że opuścisz kurhan, utrzymując brata mego w przekonaniu, że ruszasz na Czarny Zamek. Hwarhen i moi ludzie zdejmą oczy i uszy, które z pewnością ruszą za tobą. Pojedziesz nad morze wraz z kilkoma wronami, wypełniając prośbę Pająka co do pomocy w znalezieniu mordercy Enned. Dowiesz się, czy to Bettley mnie zdradził, czy ktoś z jego ludzi. Winowajca w każdym przypadku musi opuścić ten świat. I, Erlandzie… musisz odzyskać Enned. Bez niej mój brat ubije Pajęczycę. Wtedy nigdy nie zobaczę mego syna. Wtedy…

Zaszło coś dziwnego. Uśmiechnęła się. Ten grymas tak nie pasował do jej twarzy, że kapłan aż się wzdrygnął.

- Żyjesz w świecie dawnych pieśni, wśród szeptów umarłych. Pokażę ci to, co stamtąd wyrwałam. Wystarczy, że poprosisz.
- Ty zaś żyjesz w przyszłości, która może nie nadejść - odparł Erland chłodno. - Nie będę cię prosić, jeżeli chcesz to trzymaj mroczne sekrety dla siebie. Tylko nie dziw się gdy inni nie odczytają twych zamiarów - powiedział poważnie, a w jego głosie dało się wyczuć ukrytą reprymendę. - Wykonam twój rozkaz, bo los klanu Crowlów leży w twoich rękach. Wykonam, bo każdy, nawet ja samotny starzec, kogoś kocha. Wykonam, bo martwym już nie pomogę, ale ciągle mogę uratować żywych. Choć patrząc się na to co dzieje się, mam wątpliwości czy bardziej nie przydałby ci się mięśnie Bez Żony.

- Tylko odważni wygrywają - wzruszyła obojętnie ramionami. - Tylko ci, którzy obejmują myślą więcej niż swój klan i jego ziemie, wygrywają bitwy. I rządzą.
- Pamiętaj więc kto stanął przed twoim bratem, gdy cała reszta pochowała się w pieczarach. I nie myl brawury z odwagą.

Zrobił krótką przerwę po której kontynuował:
- Czy Bettley cię zdradził? Może. Ale Lannistera otruł któryś z jego bliskich ludzi. Może Wiotki jego przyboczny, a może któryś z innych oficerów. Diabli wiedzą. Natomiast Lannister sam wybrał swoją śmierć, szarżując na grupę Harlenów. Mógł uciec - odparł zarzuty. - Jakym twierdził, że niemożliwe by twój brat puścił swoją córkę na ląd. Dowiem się prawdy. - Wyjął dwa noże i podał kobiecie i Hwarhenowi - jest na nich Czarny Jad, najsilniejsza trucizna jaką znam. Zrobicie z nimi co tylko chcecie - dodał. - Czy jest coś jeszcze o czym powinniśmy wiedzieć? Z kim mamy się udać nad Morze?

- Oczywiście, że mój brat nie puścił Enned na ląd - powtórzyła za nim Moruad, a jej oczy ziały czernią jak tunele kopalni. - Wiedziałam, że Enned opuści Skagos i ułatwiłam jej to. Stało się to jednak zbyt szybko. A teraz należy liczyć się z tym, że Bettley ją ma… i nie odda po dobroci. Potrzebujesz wron na tę wyprawę. Wyciągnę ci jedną z grobowej jamy. Willam Snow. I, posłuchaj mnie teraz uważnie, żebyś nie miał wątpliwości: nie życzę sobie, aby tego człowieka spotkała jakakolwiek krzywda. Zrozumiałeś? - wyciągnęła rękę po nóż.
- Zrozumiałem. Co mamy czynić, jeżeli okaże się, że Enned nie żyje? - odparł Erland podjąc kobiecie nóż, choć miał ochotę ryknąć na Moruad, że zrobiła szczeniacki błąd który może kosztować ich wszystkich życie.
Chyba nie dopuszczała nawet takiej możliwości. Zastanowiła się. MIlczała długo.
- Zabić wszystkich, którzy mieli z tym cokolwiek wspólnego lub o tym wiedzieli i mogą powtórzyć. Spalić ciało. Zatrzeć wszelki ślady.
Coś takiego spodziewałby się usłyszeć z ust jej brata, nie jej… ale przecież oboje byli Magnarami. W którymś momencie dziejów Skagos krew Achli musiała zostać skażona.
- Snow? - zapytał tylko krótko Erland na stwierdzenie Magnar.
Skinęła głową, po chwili namysłu, która mogła znamionować wahanie.
- Tak. Tylko w takim przypadku, on też.
Erland kiwnął tylko głową, że zrozumiał po czym ukłonił się lekko i opuścił namiot.



Powrót Hwarhena był ostatnią rzeczą na którą miał ochotę. Wojownik był wyraźnie zdenerwowany, zły i zmęczony.
- Gdzie jest moja córka? Muszę wiedzieć! - ryknął Bez Żony.
- Kazałem Erebarowi z Ognia zabrać ją w bezpieczne miejsce. Albo do wolnych ludzi, albo do Białego Portu. Dałem mu całe moje złoto i klejnoty. Kazałem uważać i obserwować to co dzieje się na wyspie. To ostrożny człowiek i lojalny wobec mnie. I taki którego trudno zastraszyć, bo niewielu jest mu bliskich. Jeżeli dotrzymał słowa twoja córka powinna być bezpieczna w Białym Porcie. Daleko od tej zawieruchy.
- Co jeśli coś złego spotka mnie… lub ciebie? Co wtedy? - ryknął Bez Żony.
- Wolałbyś by mała była tutaj lub na Skagos? Mało osób wie, że jedyną rzeczą na której naprawdę ci zależy jest twoja córka? - Erland wyprostował się. Niewielu było takich, którzy mogli spojrzeć Bez Żony prosto w oczy. I którzy nie bali się jego gniewu - Erebrar jest zdolniejszym zielarzem niż ja, w Białym Porcie utrzyma zarówno siebie jak i małą.
- Dobrze - odetchnął Hwarhen. - To dobrze.
- Powiedz czego twa siostra nie chciała bym usłyszał?

Wojownik zacisnął usta tak mocno, że aż zsiniały. Spojrzenie miał ciężkie i ponure. Pokręcił głową i zaczął się wolno podnosić.
- Jak chcesz. Popełniasz jednak ten sam błąd co twoja mleczna siostra.
Odwrócił się gwałtownie, i chyba miał zamiar krzyknąć, ale wypuścił powietrze z sykiem i odezwał się łagodnie i spokojnie.
- Dlaczego nie ruszyłeś ze swoim uczniem?
- Ponieważ miałem nadzieję powstrzymać sztorm który nadciąga. Ponieważ Biały Port, ani żadne inne miasto, wieś czy domostwo nie będą bezpieczne jeśli Mur upadnie. A poza tym każdy kogoś kocha, choć jest mi przykro patrzeć na upadek mojej uczennicy. I jeszcze jedno: każda osoba która zginęła z rąk Moruad Magnar, każde dziecko, które ucierpi obarcza mnie i wyzwanie, które rzuciłem bratu Moruad. To ja podsunąłem ideę Moruad by ruszyła za skarbem ukrytym za Murem. Jak mógłbym uciec przed odpowiedzialnością?
Hwarhen uniósł dłoń, ucinając dalsze wyznania. Chyba nie był ich tak naprawdę ciekawy.
- Najprostszą drogą? Szybko? By żyć? - zasugerował. Oczy miał równie poważne jak ciemne otłchanie źrenic kobiety, którą nazywał siostrą.
- Nie ruszyłbyś za swoją córką w otchłań? Nawet jakbyś miał zapłacić najwyższą cenę - zapytał Erland, ale nie oczekiwał odpowiedzi bo ta była oczywista. - Hwarhenie, czyń co musisz czynić. Będę się modlić byśmy spotkali się gdy opadnie kurz.

“Tylko odważni wygrywają. Tylko ci, którzy obejmują myślą więcej niż swój klan i jego ziemie, wygrywają bitwy. I rządzą.” Erland powtórzył w myśłach słowa Mourad. A potem wstał i udał się na spotkanie z Nyhrem. Po pierwsze chciał się dowiedzieć co z Erebrarem, a po drugie chciał dowiedzieć się co sądzi o tym co się dzieje… i być może zasiaść w nim myśl, której żaden Skagos nie dopuszczał do myśli - zabijania bogów.

***

Gdy Erland dotarł w końcu do Nyhrema było późno. Wódz Crowlów, młodszy o 10 lat, siedział na skórach zapatrzony w ogień. Dopiero gdy kapłan wszedł do środka podniósł wzrok, zmęczony i zły. “Widać nie tylko Rorkowie nie cieszą się z przybycia Boga” pomyślał Erland.
- Zostawicie nas samych - rzucił w kierunku dwóch synów Nyhrema. Pewne rzeczy był przeznaczone wyłącznie dla Niedźwiedzia.

- Kiedy przybyłeś? - zapytał gdy zostali sami.
- Wraz z bogiem - burknął Nyhrem, iście jak zwierzę, od którego dostał przydomek. Tak warczały niedźwiedzie, gdy odkrywały, że nad potokiem pełnym tłustych łososi nie będą same, tylko w towarzystwie swego apetytu. - Słyszałem pewne plotki, że Moruad zamierza złamać dane naszemu klanowi słowo i połączyć Magnarów więzami krwi z dzikimi. Ha…Raymund Tocząca się Czaszka… Czuję się oszukany, krewniaku. Zdradziła nas, wiedząc, że my nie zdradzimy.
- Nie musisz się niczego obawiać - odparł cicho Erland - Moruad Magnar nie pojmie ani Raymunda Toczącej się Czaszki, ani twojego syna. O ile będzie miała cokowliek do powiedzenia w tej kwestii. Kochała jednego człowieka i tym człowiekiem był Qhorin Półręki, który ją zdradził. A potem zawiódł przed oblicze Pająka, który okaleczył Moruad w taki sposób, że nie będzie mieć więcej dzieci. - Widząc zaskoczenie na twarzy Niedźwiedzia dodał. - Mają syna. Erranda. Qhorin go ukrył… gdzie? Tego nikt nie wie poza nim, ale na pewno nie był to dzieciak Flintów. Pozostaję trzy miejsca w których mógł go ukryć: dwór Starków, Gwiazda i wiedźmy przewodzące rybakom. Posłuchaj uważnie bracie tego co ci powiem i nie lekceważ tego. Widziałem nadchodzącą zimę. Będzie inna niż wszystkie, które pamiętamy my, które pamiętali nasi ojcowie i ich ojcowie. A teraz posłuchaj jeszcze uważniej - przełknął ślinę - córka Magnara najpewniej nie żyje lub została pojmana. Rozumiesz co do ciebie mówię?

Niedźwiedź chrząknął. Wyraźnie nie rozumiał, choć po oczach widać było, że intensywnie myśli.
- Ani ździebko, krewniaku - przyznał.
- Mourad ma syna z Qhorinem Półrękim. Zwiadowcą i Wroną. Qhorin ukrył Erranda, zarówno przed matką jak i Pająkiem. Gdzie? Tego nikt nie wie, ale po rozmowie z nim i w świetle ostatnich wydarzeń zgaduję, że jednym z trzech miejsc: u Starków, u Gwiazdy albo u rybaków lojalnych Wronom. Mourad szukała Erranda, ale nie tego z legend, a swojego syna. I odda za niego wszystko. Chcesz mieć Magnarów w rodzinie - znajdź jej syna, a będzie tańczyć jak jej zagrasz. Albo jeszcze lepiej, wychowaj go na uczciwego człowieka z daleka od Magnarów i Wron. Natomiast jeżeli liczysz na dziecko Crowla i Mourad to… to nigdy nie nastąpi, bo Mourad nie może, dzięki Pająkowi, mieć więcej dzieci. I nie kocha twojego syna. Tego jestem absolutnie pewien.
- Hmmmmmmmmmmpf - zza poszarpanych mrozem warg Nieðzwiedzia wydarł się wielce niezadowolony pomruk. Wódz obficie zalał gorycz miodem z rzeźbionego rogu.
- Więc sądzisz, że możemy go znaleźć? Małego Magnara? Podjąłbyś się tego? I jak oceniasz, krewniaku, te pogłoski, co krążą, choć Magnarowie je ucinają? Gadają… - Nyhrem ściszył głos. - Że ktoś ukradł bogu córkę.
- Tak. Moruad. - odpowiedział Szepczący. - Pomogła jej się dostać na ląd. A potem ją zgubiła. Gdybym wiedział wcześniej o synu Mourad ruszyłbym na ląd i szukał go. A teraz... to jak gonieniem za cieniami rzucanymi przez ogień. Poza tym mój los jest przypieczętowany. Co zaś
do pogłosek... tylko brat Moruad zyska na tym sojuszu. Spęta swoją siostrę głupcem, który nawet nie zauważy, że został oszukany, a do tego nasz Bóg dostanie dość sił by móc uderzyć na Czarny Zamek... potem zaś ruszą Starkowie i posprzątają to co zostanie. Niedobitki Skagosów będą zaś wychwalać męstwo i odwagę poległych. Aż zdechną z zimna, bo druga Achla nie nadejdzie.
- Starków bym się na razie nie spodziewał… tylko kogo innego. To złe wieści dla ciebie, złe wieści. Lepiej, byś ode mnie je usłyszał. Nasi zwiadowcy ostrzegali, że widzieli wojowników z czerwonym człowiekiem na piersi - Nyhrem urwał i przyjrzał się uważnie, jak jego krewniak przyjmie te słowa.
- Boltonowie?
Nyhrem skinął głową.
- Mówią, że to syn starego. Roose.
- A ten skurwysyn czego tu szuka? Słyszałeś coś więcej? I gdzie ich widziano?
- Że idzie pod szmatą swoją i pod szmatą Starków. Że wypełnia rozkazy Winterfell, jako chorąży wilków. Że ma trzy setki uzbrojonych po zęby ludzi. Że podporządkowuje sobie klany… Że obiecał Pająkowi zdusić nas pod butem, w zamian za ziemie w Darze. Tak gadają… Moi ludzie widzieli wojowników z czerwonym człowiekiem trzy dni drogi od kurhanu.
- Słyszałem o klanach zbierających się na Darze. Nie sądziłem jednak, że Wilk i czerwone szmaty się ruszą - Erland zamyślił się. - Na starych drogach strzeżonych przez Dzieci Lasu stoją posągi. Porasta je mech który pyli. Jego pył wywołują szaleństwo, zaś porosty wtarte w skórę chronią przed nim. Pamiętaj by złożyć daninę zarówno posągom, jak i Dzieciom Lasu. Może to uratować twoje życie.


Erland zrobił krótką przerwę, tak by Niedźwiedź miał szansę przemyśleć to co mu powiedział.
- Jestem też pewien, że nasz kochany Bóg zrobi wszystko by obietnice Moruad nie doszły do skutku. Co więcej jeżeli nic się nie zmieni to niedługo na Kurhanie lub wokół niego będzie dużo nowych, świeżych trupów.
Kiedy Nyhrem spojrzał w oczy Szepczącemu, nie było w nich ni śladu gniewu czy wcześniejszej goryczy.
- Wtedy odejdziemy, zostawiając ją. Jak i ona nas porzuciła, plując na święte więzy, na to, żeśmy ją wychowali jak własną krew.
- Czyli nie zrobisz nic, choć masz dość sił by rzucić wyzwanie Magnarom. Nawet dziś - Erland się poprawił - szczególnie dziś. Wiesz co powiedziała mi Moruad? "Tylko odważni wygrywają". Choć może masz rację...
- W pięknych słowach ona zawsze mocna była… tylko co nam po pięknych słowach, Szepczący?
- Choć zawierają one ziarno prawdy. Możesz czekać aż nadejdzie sztorm. I zniszczy wszystko co osiągnąłeś handlem i wojaczką przez ostatnie 30 lat. Możesz też działać. Jesteś ciekaw dlaczego atakowałbym dziś. Dlatego, że Magnarowie i większość klanów jest pijana w sztorc. Dlatego że wystarczy 30 ludzi przebranych w czarne szaty by tego dokonać. Dlatego że wszystko można zwalić na Pająka lub Boltonów - powiedział szeptem.


- Powiedz co z córką Hwarhena i twoim synem, a moim uczniem?
- A co ma być? Mój syn szpetny jak zwykle, a mała rośnie, jak wszystkie dzieci. Zanim wypłynęliśmy, Erebar zabrał małą i pojechał do klanu Harlene. Wydałem na to zezwolenie, nie wiedząc jeszcze, że zdradzili Moruad. Ot… uległem słowom syna. Powiedział, że nowej żony dla Hwarhena tam winniśmy szukać. Bo Harlenka oszuka śmierć i przekleństwo, a takie małżeństwo i dla Crowlów będzie korzystne…
- Twój syn jest mądrzejszy niż się wydaje. Nie sądzę by udał się do Harlenów. Nie potem co zrobił jego siostrze i po wszystkich krzywdach, których doznaliśmy. Uspokoiłeś mnie trochę. Muszę się zbierać - Erland podniósł się, nalał miodu sobie i bratu - nie sądzę byśmy się jeszcze spotkali. Zapamiętaj też me słowa upadek Muru i Wron będzie też naszym upadkiem. Obyś był w dobrym zdrowiu bracie - powiedział wychylając kielich miodu. - I żebyś miał nieco lżejsze serce to wiedz, ze Iorweth Harlene nie dożyje jutra i że umrze z mojej ręki - nie dodał, że żałował wyboru Iorwetha i Snowa. A potem wyszedł.

Było późno i zimno. Wiał wiatr zza muru. W pierwszym odruchu Erland ruszył do swojego namiotu, ale potem zmienił kierunek. Zamierzał wspiąć się na jedną z wieżyc. Potrzebował chwili samotności, potrzebował spojrzeć na otaczające go morze Skagosów. A potem... potem zamierzał się udać by odebrać nagrodę od władcy Skagos. I być może by go zabić, jeżeli Bogowie pozwolą i jeżeli nadarzy się ku temu okazja.
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.

Ostatnio edytowane przez woltron : 01-04-2014 o 23:36. Powód: Edycja i dodatki
woltron jest offline  
Stary 28-03-2014, 12:46   #206
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 21817 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
Nie dziwota, że Harleni znani byli z największej chytrości. Skagoskie gaduły i mąciwody. Każdy jeden z tych pierdolonych dzikusów pewnie nadawał się na maestra. No a Kamyk na domiar złego napatoczył się na ich wodza. I wbrew wszystkim swoim postanowieniom czuł, że coś zaczyna w nim powoli pękać od słów tego gagatka.
Zatrzymał konia i wyswobodziwszy prawicę ucapił za wodze iorwethowego wierzchowca. Obrócił go przodem do siebie.
- Komu ty tak właściwie służysz, co? I weź ubierz swoją odpowiedź dla odmiany w jak najmniejszą ilość słów.

Skag zachwiał się w siodle, ucapił się przedniego łęku. A Engan pomyślał, że Iorweth wygląda źle, naprawdę źle.
- Jestem Iorweth Harlene - rzekł obalony wódz, cedząc słowo po słowie. - Oczywiście, że samemu sobie. I memu klanowi.
- Klan Harlene… Sameś rzekł Skagu. Klan Harlene jest teraz diablo łasy na to co zalega w jajcach Endehara. Temu służysz? A sobie? Wiodę cię na Czarny Zamek. I jeśli nie zejdziesz po drodze, to wierzaj mi, że maester cię wyciągnie, a Stary będzie dla ciebie o niebo mniej czuły niż ja. Usłuż więc sobie nieco bardziej i rzeknij mi coś co sprawi, że zmienię zdanie.
- Pozwól zatem, że cię oświecę: klan Harlene sam nie wie, co jest dla niego dobre. Dlatego liże teraz Magnarom jajka, dupy i każde inne ciemne miejsce, gdzie tylko jęzorem dosięże. Tymczasem komitywa z Magnarami nie wyjdzie nam na dobre. Z tymi Magnarami, Endeharem i Moruad. Jestem nawet skłonny wylizać jajka twego dowódcy, by tego uniknąć. Co więcej… - parsknął krótkim śmieszkiem. - Zdążyłem już to zrobić.
Kamyk przez chwilę gapił się na Skaga. Próbował ogarnąć tego dzikusa. No już tak go miał dość, że naprawdę próbował. Przecież gadali w jednym języku. A ni hu hu, nie szło mu wyumać, czego ta łajza chce od niego. Już by żeż kurwa lepiej było jakby zdechł jak należy.
Zagryzł wargi kiwając głową jak ktoś, kto przytakuje oczywistościom.
- Mmm… To i bardzo dobrze. Miast tortur zatem czeka Cię pewnikiem miska gorącego mleka i cytrynowe ciasteczka. Na chuj więc jojczysz bez ustanku o tym niby moruadowym pacholęciu? I jak baba ciuszki zmieniasz raz się pusząc na harleńskiego skurwysyna, a raz na ostatniego sprawiedliwego klanu, obrońcę sojuszy i dobrego wujcia jakiegoś gnojka, o którego istnieniu dowiedziałem się dopiero od Twojej zakłamanej gęby???
Spojrzał kontrolnie na przysłuchującego się tej rozmowie Ulryka, ale Kuternóżka wykazywał obrazem swojej zarośniętej gęby jedyne prawidłowe “o czym kurwa oni gadają”.
- Jedziemy dalej - rzekł i skierował konia na powrót w stronę Czarnego Zamku. Robił to jednak jak na okoliczności, mocno nieśpiesznie. Miał wrażenie, że coraz mniej go potrzeba na przypiecku starego, a coraz bardziej tam w tej pieprzonej, pełnej skagów głuszy. Dlatego wolał przycisnąć Iorwetha by ten zaczął w końcu jak człowiek gadać. Tak dla odmiany w taki sposób, żeby Engan zrozumiał.
Cel osiągnął. Połowiczny.
Kamyk odwróciwszy się usłyszał ostrzegawczy krzyk Kuternóżki. I tyle. Potem łapał równowagę gdy skag wypchnąwszy konia staranował nim Kamykowego wierzchowca.
Zwieje mi. Jak nic. Zwieje. Tak myślał ucapiając się grzywy wkurzonego konika. Ale Iorweth spocony jak mysz, calutki mokry i czerwony jak dobrze wypieczony raczek miast puścić się w jakiś karkołomny cwał jął besztać zarządcę. Zanim Kamyk przedsięwziął cokolwiek, zdążył zostać nazwanym krzywą kuśką i ślepym, niewdzięcznym padalcem prawdopodobnie w więcej niż w jednym narzeczu, bo skag w gniewie przeplatał chyba wszystkie znane mu języki. Potem zrobił przerwę, bo się zmęczył wierutnie i musiał sobie trochę podyszeć. Po chwili zaczął jednak od nowa, od głupca, ale werwy to już nie było w nim za grosz i z każdym kolejnym wyzwiskiem Harlene słaniał się coraz bardziej w siodle.
Engan uspokoił konie co by same nie zadecydowały o ucieczce jeńca. A potem stając obok niego, ucapił go za fraki. Jednocześnie przytrzymując skaga by ten nie spadł i wiążąc go powrozem w taki sposób by pęta zahaczały o przedni łęk kulbaki. Łatwe to nie było bo Skag nadal plwał na niego zarówno słowami jak i śliną i wiercił się jakby na całym pleniu glist siedział. Ale w końcu dało radę. Usadził Harlena głęboko w siodle… a potem nadal trzymając za fraki, uniósł go nieco w powietrze ku sobie. Iorweth nie odwrócił wzroku. Półprzytomny. Kto wie, czy nie zdychający. Nie odwrócił.
- Zrób tak jeszcze raz skagu a jak mi bogi miłe, zdążę ci połamać wszystkie kości nim cię jad zeżre. Na zamek Ulryk.
Skag coś tam jeszcze plwał. Kamyk miał to w dupie. Zachciało mu się słuchać pierdolenia o polityce to oberwał. Drugi już raz. Dać się podejść dzikusowi. Zdecydowanie miał to w dupie.

***

Stai nie ujechał. Zatrzymał się. Przez chwilę nic się nie odzywał póki Kuternóżka nie spytał, czy czego nie obaczył.
- Słuchaj Ulryk… Weźmiesz mi więźnia i zawieziesz Staremu. Od jego córki Alysy - pokiwał głową, że nadal jeszcze mówi i żeby mu nie przerywać - Weźmiesz też te chwasty. One też są od niej. Ta robi z ludzi potwory, a ta temu przeciwdziała. Zresztą on już powinien się poznać na tym. W Darze zebraliśmy. Przy starej drodze. Powiesz mu też to wszystko…

I tu wyłuszczył biednemu Kuternóżce historię ich kilku ostatnich dni. Ile tamten spamiętał tyle spamiętał. Trudno. Na spytkach przed Starym pamięć jakoś wracała…

A potem zabrawszy od Ulryka jeszcze jego racje żywnościowe i obrok, popędził konia. Najszybszą drogą na Długi Kurhan.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 02-04-2014, 20:05   #207
 
Quelnatham's Avatar
 
Reputacja: 161 Quelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie cośQuelnatham ma w sobie coś
Jednooki nawet bardzo się nie zdziwił, że to czarownik jest ojcem Orma. Czarostwo siedzie w rodzinie. Szybko znalazł drogę do chaty tego człowieka.
Chałupa zbudowana z grubych bali wspierała się jedną ścianą o ostrokół. Oblepiona gliną i porośnięta krzewami zdawała się wyrastać wprost z ziemi, u wejścia kołysały się na rzemieniach dwie ludzkie czaszki. Z dymnika snuł się pachnący ostro ziołami opar.

- Czarowniku! Jestem Tygon. Twój syn mówił żeby z tobą porozmawiać.
- Nie mam syna - z chaty rozległ się starczy, skrzekliwy głos. - Wejdź, Jednooki, a pocałuj me żony czule, nim przekroczysz próg.

Czarownik siedział w kucki przy ogniu. Jego nagie, pomarszczone ciało i łysy czerep pokrywały setki blizn i czarne szlaki tatuaży. Musiał być niegdyś potężnym, rosłym mężem, ale czas wyssał jego ciało, pozostawiając chudą, twardą jak kamień skorupę. Nadal jednak widać było, jaki musiał być za młodu. I wbrew jego słowom, nie mógł wyprzeć się syna. Węże byli w większości krzepcy, lecz podłego wzrostu. I czarownik, i Orm byli olbrzymami pośród swego plemienia.
- Pocałuj, pocałuj… Moje niewiasty nie lubią, gdy goście mijają je bez słowa i nie sławią ich urody…
Prócz czarownika w chacie nie było nikogo. Dwie kołyszące się na rzemieniach czaszki patrzyły na Tygona pustymi oczodołami. Musnął je ustami, sam dobrze wiedział magiczni zawsze mieli swoje dziwactwa.
- Ucałowałem - odparł i zaraz przeszedł do rzeczy. - Wiesz, że ludzie Czaszki chcą tylko ciebie. Czemu?
- Liczą, że za moją przyczyną i za przyczyną tego, co ukryto w domu Skadny, obalą Mur - westchnął czarownik. Naczerpał wywaru z kociołka pociemniałą ze starości drewnianą kopyścią. Wpierw sam siorbnął z łyżki, a potem nalał Tygonowi, do drewnianego kubka. Podał napitek gościowi. Palce w dotyku miał twarde jak kamień i gorące jak pożoga.
- Powiedz sam… czy to nie głupie? Wszyscy wiedzą, że wrony kochały Skadnę Przemawiającą do Drzew. To oni zbudowali jej ten dom. Spragnieni byli jej rad. Wszyscy wiedzą, że Skadna ich kochała, jak się kocha niesforne i nie za mądre dzieci, rzadko szanowała, ale nigdy im nie szkodziła. Dlaczego miałaby stworzyć czy ukrywać w swojej sadybie coś, co wyrwałoby im Mur spod stóp? Że niby tak naprawdę ich zwodziła? - zachichotał czarownik. - W coś takiego może odwiedzić zielony jak szczawik Raymund, ale nie takie stare dziady jak ty i ja, co pół życia u boku baby spędzili. Taak. Skadna też była babą. Wiedźmą, i to mądrą, ale nigdy nie przestała być babą. Chroniła wrony jak własne dzieci.
- Znasz moją żonę? Wciągnęła cię w swoją intrygę?
- Qeraha, tak… Śliczne to było dziewczę - czarownik podrapał się po plecach i westchnął. - Silna wiedźma. Nie za bardzo mądra, ale sprytna za to wielce. Tak, tak… znałem ją. Uczyłem ją, dawno temu, to i czasami wracała, mówiła, o różnych rzeczach. O tobie takoż - uniósł oczy na Tygona. - Niech bogowie ukoją twój żal.
Dopiero teraz Jednooki się zdziwił. Żona nigdy nie wspominała mu gdzie nauczyła się czarostwa, ale żeby aż tutaj, u tego człowieka? Dziwny przypadek...
- Jest nadzieja, że Czaszka nic jej nie zrobi. Powiedziała mu, żeby szukać pod domem Skadny. Muszę dostać się na południe przed nim, zebrać ludzi.

- Co mówił ci Rhun?
- Że muszą oderwać wiernych Fionnarowi od głównej armii Czaszki i wyprzedzić go w pochodzie na południe. Dogadali się z plemionami znad morza, próbują dogadać się z wronami. Chcą przejść przez Mur, jeśli wrony pozwolą, albo przeprawić się łodziami przez morze, jeśli Pająk nie przemówi ludzkim językiem. Fionnar chce osadzić się po drugiej stronie. Bronić Muru, za zgodą wron lub bez niej. Wiesz, czemu? Qeraha ci mówiła? Nie? Nie dziwota… Baby. Wiedziała, że byś ją wyśmiał. Eh. Fionnar widział Innych.
“Nie, nie wyśmiałbym”- pomyślał. Na północy gdzie mróz jest największy ludzie wierzą w Innych. Są blisko. A plemię Fionnara mieszka najbliżej wiecznych śniegów.
- Dzicy broniący Muru? To bym wyśmiał.
- Dlatego Fionnar jest wodzem… ty zaś w tym życiu nie zostaniesz nim nigdy - wskazał czarownik. Był rozbawiony, ale w skrzywieniu jego ust nie było niczego szyderczego.
- I dobrze gadał ten chłopak. Trzeba oderwać górali od czaszkowych. Musieliście go wieszać od razu?
- Węże to ostrożne gadziny. Groźne, ale przede wszystkim ostrożne, czasem za bardzo - ale dlatego trwamy - wzruszył ramionami.
- Nie będę tu siedział. Suseł mówił, że nie zdobędą osady, ale na pewno długo ją będą oblegali. Idę na Płonące Obłoki. Porozmawiać z Fionnarem. Gdybyś poszedł ze mną może by odpuścili.
- Może, a może nie… Gdybyś sprzedał mi jedno z tych zaklęć, w które wyposażyła cię twoja niewiasta, na pewno poszłoby im w pięty… no co? Przecież mówiłem, że była silna. Nigdy nie zaprzeczałem jej mocy… czasem tylko wątpiłem w zasadność sądów.
- Nie jestem czarownikiem. Nie wiem co za zaklęcia rzuciła na mnie Qeraha. Ale… słyszę czasem jej głos.
Starzec pokręcił głową.
- Nie jej głos słyszysz, choć może i brzmi tak samo. Ufamy tym, których kochamy, prawda, prawda? - popatrzył na tańczące w futrynie czaszki. - Nawet jeśli to niewiasty… Oni to wiedzą.
- Oni? Jacy oni? Przecież… Inni nie mówią.
- Oto i prawdziwy wojownik… nawet z jednym okiem wszędzie zobaczy wroga - zachichotał Wąż. - Twoja kobieta nie paktowała z wrogiem. Mówiła z leśnym ludem. Ich magię czuję od ciebie. Chcę ją odkupić.
- Leśnym ludem? - zapytał Jednooki z powątpiewaniem. Zaraz jednak pozbył się wątpliwości. Skoro Inni to czemu nie jeszcze inni… - Nawet jeśli… jestem zaczarowany to nie wiem co to za czary. Czemu chcesz ją odkupić? Żeby uratować swoich? I za co chcesz ją kupić?
- Wiem więc więcej o tym, co umiała twa żona niż ty… Nieważne to teraz. Widzę zły los. To, co masz, to kamyczki zdolne zmienić bieg lawiny. Odkupię je od ciebie. Za ludzi, którzy za tobą podążą, i za widomy znak błogosławieństwa bogów. Możesz być wodzem, możesz być wodzem… wodzem być winieneś, jeśli chcesz, by słuchał cię ktokolwiek, czyj głos ma teraz znaczenie.

- Nuże czarowniku! Mów jaśniej, a nie jak moja baba! Co za los? Jakiej lawiny i czemu ja nie mogę zatrzymać? Jaki to niby znak?
Czarownik pokiwał głową… chyba na znak zrozumienia. Chwilę grzebał patykiem w palenisku.
- Każdemu człekowi grozi zły los. Śmierć, zniewolenie, oszustwo… wiele, wiele rzeczy. Zielona magia, którą władali czarownicy leśnych dzieci, pozwala im spojrzeć na los człeka jak na tkaninę rozpiętą na ramie… Co więcej, pozwala znaleźć nić, której pociągnięcie spruje wzór złego losu. Ta nić to na ogół… jakieś drobne wydarzenie. Jeśli pójdziesz w prawo, a nie w lewo, nie trafisz na wroga i nie zginiesz. Jeśli zjednasz sobie druha, kogoś o szczególnych cechach, ten ktoś pójdzie z tobą i potem, kiedyś, obroni cię w potrzebie. Widzę w tobie zieloną magię, widzę, jak lśni wokół twej głowy. Sam byś tego nie zrobił, ha! Więc uczyniła to twa żona. To wielki dar, zwłaszcza że obudzili się Inni. Obudzili się, i zapewne niebawem ruszą. Jak każde błogosławieństwo, można je stracić, oddać albo sprzedać… Tedy powiadam, sprzedaj je mnie. Kogo ty ocalisz tym darem, który masz? Siebie i najwyżej paru ludzi… Ja mogę ocalić tysiące.
- Jak? Ocalisz Błotne Węże i kogo jeszcze? Pójdziesz wtedy ze mną na Płonące Obłoki? Czy powstrzymasz Innych?
Starzec zaplótł razem pomarszczone i popękane jak skorupa błotnego żółwia. Westchnął ze znużeniem.
- Zawrócić ich nie zawrócę. Zabić nie zdołam. Ale liczę, że powstrzymam ich pochód na czas jakiś. I uczynię to, do czego nas, Węży, stworzyli bogowie. Chcę ich okraść, Tygonie z Thennu. Chcę ich okraść z wojowników. I chcę ich okraść z ich broni. Do tego potrzebny mi ten przychylny los, którym obdarzyła cię żona. Cóż znaczy jeden człek, nawet czarownik, bez innych za plecami, i bez uśmiechu bogów, który potrafi odegnać klęskę.
Przerwał na chwilę, chyba się zastanawiał.
- Płonące Obłoki… to dobre miejsce, by zacząć.
Choć po prawdzie Thenn dalej dobrze nie wiedział co zamierza zrobić starzec i jakie będą tego skutki odrzekł wreszcie: - Dobrze zatem. Umowa stoi. Czyń tę swoje czary i ruszamy.
 
Quelnatham jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:54.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167