Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-09-2012, 15:25   #1
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
[Gra o tron] Głód

Głód



Zło konieczne





Roddard Worsworn


Jechali w milczeniu pod milczącymi drzewami. Mort od rana kiedy rozwarł gębę, odzywał się tylko do swojego szczurka, popiskującego czasami w wygodnym legowisku w kapturze. Roddarda smarkacz nie zaszczycał nawet spojrzeniem, już żeby nie słowem nawet. Mort miał focha, a Roddard zagwozdkę – co do cholery powiedział nie tak i jak to teraz odkręcić. Oprócz obrażonego szczeniaka, którego wszyscy traktowali już niemal tak, jakby Roddard zmajstrował go swoją osobistą kuśką, starszy zwiadowca miał zmartwienie rzeczywiste i większego formatu, które żarło go jak robak. Trzy tygodnie temu Ulmer posłał go z młodzikiem, aby znaleźli zagubiony w głuszy zwiad. Trzech dobrych, doświadczonych ludzi, którzy na walkach z dzikimi zżarli własne zęby. Mijał dzień za dniem, a Roddard nie tylko nie odnalazł zaginionych braci – nie trafił na żaden, choćby najmniejszy, ale dający nadzieję na to, że jeszcze żyją, ślad. Zawiódł, po raz pierwszy odkąd przywdział czerń zawiódł i miał wrócić z niczym... bo oto przecież już wracali, pokonani nie przez dzikich, ale przez ciągnącą się w nieskończoność puszczę. Znalazł zamiast braci kilka opuszczonych wiosek. Ukryte w głębi bagien lub poprzytulane do skalnych ostańców, jeszcze niedawno rozbrzmiewały głosami dzikich... teraz były puste i Roddardowi piekielnie się to nie podobało.


Czuwasz?

Tak, o tym też myślał. Zżymał się i wściekał na samego siebie, ale nie potrafił wyrzucić z pamięci kilku rzuconych szeptem słów. Nie mógł zapomnieć i ciągle obracał je w myślach, jak kobieta wracająca raz po raz do wspomnienia pierwszego kochanka. Wieczór zresztą temu sprzyjał, jak na złość. Był taki jak tamten, pół roku temu z okładem. w którym zmysł polityczny Roddarda Worsworna zawiódł. Chwycił lekki przymrozek, powietrze stało w miejscu, nieruchome i przejrzyste, nie poruszały się gałęzie śpiących drzew, na granatowym niebie migotały zamrożone gwiazdy.

Czuwasz?

Oczywiście, że czuwał. Co, na wszystkich bogów starych i nowych, miałby czynić innego? Był zwiadowcą, bratem z Nocnej Straży. Mieczem w ciemności, tarczą, która osłania krainę człowieka. Tak, jak mówiła przysięga. Czuwał i osłaniał, był w tym dobry. Najlepszy. I nikt, żaden z braci, nawet sam Lord Dowódca, nigdy nie zadał mu takiego pytania. Odpowiedź była przecież oczywista. Ona zapytała i do dziś Roddard w bezsenne noce, kiedy... czuwał przy ognisku, obok Mort mamrotał przez sen, nogi chłopaka mimowolnie wierzgały i biegły w jakiejś ucieczce ulicami Królewskiej Przystani, która wracała do niego po latach – w takie noce Roddard sam siebie wyzywał od idiotów i wracał uporczywie myślami do tych paru chwil, w których stał obok drobnej Skagijki na szczycie Muru. Czy zapytała dlatego, by go obrazić, podać w wątpliwość jego lojalność i siłę, czy dlatego, że ta odpowiedź była jednak dla niej ważna? Dlaczego, dlaczego?

Czuwasz?. Szeleszczący szept. Osypujący się, skrzący igiełkami śnieg. Pytanie, na które nie ma mądrej odpowiedzi. Pytanie, które ciągle obracał w myślach. Strach w jej oczach i ulga, kiedy odpowiedział. Nie. Nic nie widzi. Nic tam nie ma, prócz śniegu i nocy.

Oto i był - jasno jak na dłoni – powód, dla którego baby powinny trzymać się z dala od Muru. Roddard nie znał nigdy mężczyzny, który jednym rzuconym w przelocie zdaniem mógłby wbić się w myśli na długie miesiące. Ona to potrafiła. Kobiety to potrafiły.

A Roddardowi unikanie Skagijki szło przez pięć bitych lat tak dobrze, że prawie uwierzył, iż ma w sobie jakiś głęboko ukryty, nieużywany na co dzień polityczny zmysł. Ten zmysł pozwalał mu iść długie miesiące gładko w zgodzie z rozkazami starszyzny i nie wkurwiać Moruad Magnar. Roddard Worsworn giął się niczym drzewo na wietrze i unikał kontaktu z wizytującymi Czarny Zamek Skagosami, biorąc na swoje barki każdy możliwy zwiad, a nawet nudnawą jazdę na wozach idących z dostawami do Wieży Cieni. Nie spotykał siostry magnara z własnego wyboru, więc nie miał okazji jej wkurwić. Dzięki temu... sam też się nie wkurwiał. Plan był taki dobry i działał. Niestety nawet to, co dobrze żre, w końcu musi zdechnąć.

***

Chwycił lekki przymrozek, powietrze stało w miejscu, nieruchome i przejrzyste, nie poruszały się gałęzie śpiących drzew, na granatowym niebie migotały zamrożone gwiazdy. W wielkiej sali Lord Dowódca podejmował hucznie Skagosów, jedzono, pito i śpiewano. Roddard wyślizgał się z tej pożegnalnej uczty z gracją węża, zamieniając się na warty z Septą i Krane'em, choć dopiero powrócił ze zwiadu i mógł odpoczywać. To był jednak ostatni dzień gościny barbarzyńców. Jutro odjadą, bladym świtem Roddard będzie mógł im pomachać na pożegnanie ze szczytu Muru i odetchnąć dyskretnie z ulgą. A potem wszystko wróci szczęśliwie na utarte tory codzienności... chociaż Mort jeszcze parę dni będzie pewnie obrażony za te kilka słów, które się Roddardowi wypsnęły w komentarzu do Mortowej chęci obejrzenia barbarzyńców. Mimo wszystko – zwiadowca stał na warcie, uśmiechał się sam do siebie i podziwiał własny spryt.

I wtedy dobrze żrący przez pięć lat polityczny plan Roddarda Worsworna zwanego Krukiem wziął i zdechł bez uprzedzenia. Za jego plecami skrzypnął śnieg, zwiadowca odwrócił się i zamarł. Moruad Magnar z niewiadomych przyczyn wolała zamienić pełny kielich i miskę w ciepłej sali w towarzystwie Lorda Qorgyle'a na zimny szczyt Muru i osobiste towarzystwo zwiadowcy zarazem. Musiała wejść po schodach, bo nie słyszał skrzypienia kołowrotów. Stanęła mu cicho za plecami, tak jak tego nienawidził.

- Czuwasz? - zapytała szeleszczącym, zniżonym do niemal niesłyszalnego szeptu głosem, od którego zjeżyły mu się wszystkie włosy na karku. I to była ona. Zaciskała drobne dłonie na tym paskudnym klejnocie, o którym opowiadali mu bracia. Wygrzebanym z paszczy czardrzewa obrzydlistwie, którego żadna kobieta godna tego miana nie tknęłaby nawet palcem. Zakutana w białe skóry siostra magnara na kobietę też raczej nie wyglądała. Wyglądała na zagubione w głuszy zagłodzone dziecko, krucha i niska, z wielkimi czarnymi oczami w drobnej, piegowatej twarzy.
- Czuwasz? - zapytała raz jeszcze i podeszła, by obok niego oprzeć się dłońmi o szczyt Muru i spojrzeć w noc nad nawiedzonym lasem.
Wszystkie odpowiedzi na to pytanie były głupie, więc Roddard skinął tylko głową, w nadziei, że to wystarczy. Nie wystarczyło.
- Widzisz coś? - ciągle szept. Przebijała wzrokiem ciemności, kłykcie drobnych palców pobielały. Odwróciła się do niego. W oczach miała coś strasznego, coś, co ścisnęło mu serce i trzewia w jedną zbitą, zmrożoną kulę. Strach. Siostra magnara miała ponoć za sobą setki wrzeszczących Skagosów, z których każdy z radością oddałby dla niej życie. Stała bezpieczna na najpotężniejszej budowli wzniesionej ręką człowieka – i bała się.
- Nie. Nic nie widzę – usłyszał własny zgrzytliwy głos i zobaczył na drobnej twarzy ulgę.
- To dobrze – odszeptała, nachylając się ku niemu lekko. Zaczął podejrzewać jakąś okrutną krotochwilę, jakąś kpinę, ale jej obecna powaga była tak samo prawdziwa jak poprzedni strach. - Ja... ja też nic nie widzę...
Uścisnęła mu rękę, zanim odeszła. Szybko i lekko, nie obejmując dłoni, ale nadgarstek – tak, jak żegnali się Skagosi i niektórzy z dzikich. Dłonie miała twarde od odcisków jak mężczyzna i zimne jak Mur.

***


To był wieczór taki jak tamten... oprócz podobieństw pogodowych miał jeszcze to jedno: Mort się na Roddarda obraził. Śmiertelnie. Objawiło się to tym, że młody zwiadowca zawarł zęby aż do szczękościsku i milczał jak zaklęty od rana, kiedy to fakt obrażenia miał miejsce. Świtem podkradli się pod wioskę dzikich. Kolejną, która okazała się opuszczona – ale zanim się taką okazała, Mort uniósł się dumą.

- Nie ma dymów – wyszeptał przyczajonemu za rozłożystym jałowcem Roddardowi prosto w ucho, zionąc intensywnie zepsutymi zębami i solonym śledziem. Oparł rękę na ramieniu Kruka i wyślepiał się na wioskę ponad jego ramieniem.
- Zejdź ze mnie – syknął Roddard w odpowiedzi, choć powinien ugryźć się w język.
- Przecież zawsze mówisz – zdziwił się Mort i ani drgnął, oczywiście – Zawsze mówisz: patrzaj oczami, słuchaj uszami!
- Po pierwsze – warknął Worsworn – mów ciszej. Po drugie: mówi się patrz, a nie patrzaj. A po trzecie i najważniejsze: czy mówiłem, że kiedy patrzysz i słuchasz możesz mi włazić na plecy?

Więc Mort się obraził. A Roddard Worsworn, brat z Nocnej Straży, szlachcic i szanowany zwiadowca, znalazł sam siebie bezbronnym wobec focha szesnastoletniego szczeniaka. Nie pierwszy zresztą raz. Przez ten rok, od kiedy chłopak pozostawał pod jego skrzydłami, Worsworn wielokrotnie znalazł ten zaszczytny poniekąd obowiązek straszliwie męczącym. Wielokrotnie miał dość – zwłaszcza kiedy ten cholerny szczurek, którego chłopak targał ze sobą, obszczywał mu w nocy przyodziewę albo dobierał się do prowiantu. Nie raz i nie dwa chciał uprzejmie podziękować i zrzucić ten ciężar na barki kogoś innego. A jednak bywały i takie chwile, kiedy patrzył na Morta i czuł rozpierającą mu piersi dumę. Jak wtedy, gdy wyjeżdżali po raz pierwszy, i dzieciak porzygał się rzęsiście ze strachu przed tunelem. A potem obtarł gębę, wdrapał się na siodło, przyjął nonszalancko bohaterską pozę, którą musiał podpatrzeć na jakimś pomniku w Królewskiej Przystani i rzucił „jadziem” piskliwym, ale zdecydowanym głosem. Albo wtedy, gdy na dziesięć strzał przez Morta wypuszczonych po raz pierwszy pięć poszło w tarczę. Albo gdy dziki wytrącił Worswornowi miecz i zamachnął się toporem, a Mort wskoczył atakującemu na plecy i wbił palce w oczy. Bywały takie chwile. Były cenne. Tymczasem jednak jechali w milczeniu, Mort miał focha, a Roddard zagwozdkę, jak chłopaka ugłaskać.

Siedlisko niemożliwej Gwiazdy i jej niemożliwej siódemki braci było ostatnią nadzieją Roddarda na zasięgnięcie języka. Raz, że Bennet, dowódca zaginionego zwiadu uwielbiał kuchnię dzikiej i nadkładał wielokrotnie drogi, by się nażreć do syta pod jej gościnnym dachem. Dwa, że Gwiazda była przyjacielem Straży i jeśli coś wiedziała, nie zachowałaby tego na siebie. Trzy, że z taką masą bachorów, z czego jednym według wiedzy Kruka przy piersi a kolejnym w drodze, dzika w obliczu zagrożenia prędzej okopałaby się w swoim siedliszczu i poprawiła ostrokół, a nie skazywała siebie i dzieci na ryzykowną tułaczkę nie wiadomo dokąd i w jakim celu.

Nie zmieniało to faktu, że sam Roddard z Gwiazdą dogadywał się z dużym trudem. Nie szło nawet o to, że dzika nazywała go uparcie „tuptusiem”, to przełykał gładko jak pelikan... innych zwiadowców nazywała „bąbelkami”, „misiami”, „orzeszkami” i „pszczółkami”. Roddard miał świadomość, że on sam żyje w swoim własnym świecie, regulowanym rozkazami i słowami przysięgi o niebo mocniej niż większość jego braci. Gwiazda, niestety, też żyła we własnym świecie, regulowanym rytmem poczęć i porodów, sraczek i chorób dziecięcych, nauki chodzenia i mówienia jej kolejnych pociech, które zdawały się wyskakiwać z dzikiej za każdym razem, gdy tylko Roddard się odwrócił na chwilę. W świecie Gwiazdy nie było miejsca na przysięgi, honor, rozkazy i wojny, a jedynym obowiązkiem było zapewnienie dzieciom pełnej michy. Gwiazda Straży nie rozumiała i rozumieć nie chciała, wszystkich ich uważała za trochę wyrośnięte, ubrane na czarno dzieci. Za każdym razem, kiedy Roddard zasiadał przy palenisku w jej domu dziwiła się też głęboko, że taki duży i śliczny tuptuś nie ma jeszcze baby. Mimo wszystko Roddard doceniał ciepły, przyjazny dom dzikiej, a gdy zaczęły się przymrozki, docenił i dar, który mu kiedyś wcisnęła przy pożegnaniu – śpiwór z wyprawionej na miękko foczej skóry.

Pomiędzy wapiennymi ostańcami, między które wciśnięte było siedlisko dzikiej, snuł się blady dym. Zmierzchało już i w tej ciszy zmierzchu rozlegał się ostro odgłos rąbania siekierą. Mort milczał i należało rozwiązać kwestię jego focha, zanim pójdą do dzikich.

- Mort – ozwał się Roddard. - Gwiazda chyba doma... Weź no wleź na drzewo i popatrzaj, co tam porabiają.
Tego tylko gówniarzowi było trzeba. Wyjął szczurka z kaptura, posadził go na łęku siodła i zadarł nos pod wieczorny nieboskłon.
- Mówi się wejdź, a nie wleź. I mówi się popatrz, a nie popatrzaj – oznajmił z wyższością i Roddard z ulgą stwierdził, że zostało mu chyba wybaczone. Mort stanął na siodle i chwycił się gałęzi, zręcznie i szybko piął się w górę i po chwili siedział pewnie na rozwidleniu dębowych gałęzi.
- Hm, Roddard – wyszeptał podniecony. - Widzę.
- Co?
- Gwiazdę widzę, ale ma kałdun jak bęben wielki!
- Dajcie jej bogowie bliźniaki... - mruknął Worsworn pod nosem.
- Co?
- Nico. Co robią?
- Gwiazda stoi przed ostrokołem i komenderuje. Lorn, Torn, Horn i Mały Jon rąbią drwa – relacjonował Mort z dębu, a Roddard zdziwił się dogłębnie. On braci Gwiazdy nawet z bliska nie rozpoznawał. Wszyscy mieli dla niego takie same zakazane mordy. - Wern, Kern i Carmichael układają stos. Wieeeeeelkiii stos, Roddard. Myślisz, że im zimno?
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 26-09-2012 o 16:49.
Asenat jest offline  
Stary 26-09-2012, 15:30   #2
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Engan

Engan miał dwa dobre konie i głodową rację spyży, by ich nie obciążać. Engan miał też szczęście – nie wiało, od dwóch tygodni też nie padało i śnieg w cieniu Muru był gracko ubity przez idące zwiady, wozy z dostawami i ciężkie konie braci Budowniczych. Engan miał też rozkazy.

- Prawdziwy człowiek z Nocnej Straży przejeżdża ze Wschodniej Strażnicy do Czarnego Zamku w dwa i pół dnia – powiedział mu Bettley przy bramie, a w jego jadowitym spojrzeniu Engan wyczytał jasno, że w mniemaniu komendanta Engan takowym prawdziwkiem w czerni nie jest i nie będzie nigdy. Tym się nie przejął zbytnio. W mniemaniu sir Oswyna Bettleya nikt prócz jego samego prawdziwym Strażnikiem nie był.

To nie chęć pokazania Bettleyowi ani szczerzącemu zza pleców dowódcy Hadleyowi pchała go do przodu. Kiedy zamykał oczy, widział przywiązany do skalnej kolumny okrwawiony kadłub dziewczyny, jej głowę obwiniętą jasnymi włosami na ziemi i ręce i nogi, rzucone dalej na piasek jak śmieci. Przez miarowy łomot kopyt galopującego konia słyszał przerażony szept Gorne'a „krew, psy wyczuły krew” i jazgot, jakim wybuchnęli Skagosi, gdy Bettley podniósł głowę dziewczyny za włosy i zobaczyli jej twarz.

Bettley mógł sobie pozować na prawdziwego człowieka z Nocnej Straży i zaciskać swoje wielkopańskie szczęki. Mógł się nadymać jak świński pęcherz i twierdzić, że Straż rozłoży Skagosów na łopatki w polu i oblężeniu, wiosną, latem, jesienią i po pachy w zimowym śniegu też, bo my są miecze w ciemności, a Skagosi to tylko barbarzyńcy. A Engan już wtedy, na wybrzeżu, kiedy łupnął wojownikowi z klanu Stane kamieniem między oczy poczuł, że pada na niego cień wojny, która będzie długa i straszna, której Straż nie będzie w stanie wygrać... bo wojny toczone w zimie wygrywa tylko zima.

Jechał co tchu końskiego i własnego, bo wiedział, że Lord Dowódca nie jest, na szczęście, Bettleyem. Qorgyle usadzi Engana za stołem, poleje mu wina i nie będzie oceniał. Zada zamiast tego masę pytań o szczegóły. Dlatego też Engan wtulony w końską grzywę obracał sobie wszystkie szczegóły raz za razem, by nie uciekły z pamięci. Engan Kamyk pędził w cieniu Muru i w cieniu wojny jak diabeł, i był na najlepszej drodze do udowodnienia, że tę trasę można zrobić w dwa i pół dnia.

***


- A ostry? - powątpiewał Skagos, oglądając trzymany przez Engana nóż, więc Engan mu go podał. Barbarzyńca podwinął skóry i sprawdził ostrość na własnym przedramieniu. Jego trzej towarzysze nachylili się tłumnie nad czerwoną kreską i rozjazgotali się w swojej mowie. Engan wyszczerzył zęby w uśmiechu. Po chwili dobili targu i Kamyk stał się właścicielem pokracznej kamiennej figurki cycatej i brzuchatej baby, skórzanego pasa ozdobionego tu i ówdzie wytartymi monetami, skóry zwierzęcia określanego przez wyspiarzy mianem „snag”, oraz woreczka z tajemniczym proszkiem, który miał dodawać odwagi w walce i sił w łożu. Nie żeby Engan potrzebował... ale znajdą się tacy, co dadzą za taki woreczek więcej niż dobry nóż.
Olram z klanu Stane poklepywał go właśnie po ramieniu, dopytywał się o drogę na Długi Kurhan i zdążył się zwierzyć, że będzie tam szukał przodka zwanego również Olramem, kiedy brama Wschodniej Strażnicy się uchyliła i na dziedziniec chwiejnym krokiem wbiegł Aidan.

- Potwór! - wrzasnął, aż poderwały się ze skrzekiem siedzące na dachu stajni mewy. - Potwór, potwór...

Engan dopadł go w chwili, gdy Aidan padał już na ziemię. Z ręki nieszczęśnika wypadła złota ozdoba, pobłyskiwała w błocie dziedzińca.
- Potwór – wyszeptał jeszcze Aidan, nim zamknął oczy i pogrążył się w odmętach swojego szaleństwa. - Morze... wie...

Engan przeklinał tę chwilę, krótszą niż parę uderzeń serca. Mógł zapobiec, a przynajmniej oddalić w czasie tę wojnę. Złota ozdoba leżała w błocie. Mógł ją wtedy podnieść i ukryć w rękawie choćby, nim nadbiegli Skagosi. Wtedy nie pojechaliby z nimi. Nie zobaczyliby Enned, sprawionej niczym świniak przez rzeźnika. Olram by nie uciekł. Ale Engan więcej uwagi niż złotu poświęcił rozpaczającemu bratu i to się zemściło.

Barbarzyńcy rozjazgotali się nad błyskotką rzekomo skagoskiej roboty i wymogli na Bettleyu uczestnictwo w poszukiwaniach. Olram z klanu Stane jak wcześniej przyjacielsko poklepywał Engana po ramieniu, tak teraz milczał zajadle, i już wtedy miał w oczach oskarżenie. Pojechali w dziesięciu, sześciu braci pod dowództwem samego komendanta i czterech Skagosów. Psy Gorne'a prowadziły ich tropem Aidana jak po sznurku. Świt był pogodny i bezwietrzny niemal. Kiedy doszli do skał, Gorne z psami przesunął się do tyłu, by puścić przodem Bettleya. Ślad prowadził lekko w dół, wąskim gardłem pomiędzy skałami. Morze szemrało delikatnie. „Krew – ozwał się nagle Gorne do Engana – psy wyczuły krew”. I nagle czoło pochodu stanęło. Bettley warknął, by Gorne trzymał mocno psy. Ruszyli dalej.

Kiedy Engan wyszedł z wąwozu, powitało go bladoniebieskie morze. Fale smyrały pieszczotliwie piasek. Tuż przy linii przyboju wznosiła się wygładzona przez fale skalna kolumna ze śmiesznym prześwitem przy szczycie, całkiem jak otworem strzelniczym dla łuczników. Zabawne, pomyślał sobie Kamyk, całkiem jak ta, pod którą mnie zwiadowcy złapali.... Bettley zsiadł z siodła i podniósł coś z ziemi. Gorne jęknął. Rozszczekały się psy. Skagosi zaczęli wrzeszczeć po skagosku. Bettley trzymał za włosy głowę młodej dziewczyny. Olram pierwszy wyciągnął broń, za nim inni. Psy wywróciły Gorne'a i padł z rozpłataną głową jeden ze zwiadowców. Kamyk rzucił się szczupakiem na największego ze Skagosów, tarzali się po ziemi. Wszyscy wrzeszczeli, a najgłośniej darł się Bettley, choć Kamyk za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, co komendant krzyczał. Kiedy złapał wreszcie głowę wielkoluda i walnął nią o kamienisty grunt, kiedy przeciwnik oklapł w jego uścisku Engan mógł już tylko jęknąć. Olram z klanu Stane wciśnięty w konia zabitego zwiadowcy znikał w wąwozie. Gorne wrzeszczał „Wydżha Jazgot, wydżha Piekieł, wydżha Płomień!”. Psy powiewając rzemieniami postronków pomknęły za uciekinierem, za nimi na złamanie karku pognał Gorne i Arthur. Wrócili po dwóch godzinach z niczym.

Trzech Skagosów w więzach pociągnęli do Wschodniej Strażnicy. Po drodze Engan, Gorne i zwiadowcy usłyszeli od wściekłego Bettleya, że prawdziwy człowiek z Nocnej Straży nawet w ferworze walki nie zadeptuje śladów.

I dupa tam ślady. O tym, że zabita to Enned, córka magnara, dowiedzieli się od jeńców jeszcze na wybrzeżu. Pocięte, okrwawione ubrania dziewczyny leżały przy wygasłym ognisku. Zabójca jej nie okradł. Na nadgarstku odciętej w ramieniu ręki ciągle tkwiła gruba złota bransoleta o misternym wzorze. Pomiędzy kamieniami poniewierał się również złoty naszyjnik. Zabójca odciął dziewczynie wszystkie kończyny i głowę. Głowę złożył u stóp skalnej kolumny, a do samej kolumny rzemieniami przywiązał nagi kadłub, z którego rozprutego brzucha zwisały pęki jelit. Miała najwyżej piętnaście lat i bladą skórę kogoś, kto rzadko wychodzi na słońce.

Aidan w zamkniętej celi milczał jak zaklęty, tylko popłakiwał cichutko. Bettley oczywiście odgórnie założył, że skoro milczy, to jest winien, i tak też przykazał powiedzieć Lordowi Dowódcy. Nie milczeli za to pojmani Skagosi. Ci wrzeszczeli przez kraty nieustannie – o wojnie, zemście i krwi.

***


- Długi Kurhan masz minąć w pędzie, znam ja cię, co ci w głowie... Jedziesz prosto do Czarnego Zamku! Bez popasania po barłogach Skagijek! - przykazał Enganowi Prawdziwy Człowiek z Nocnej Straży Bettley.

I łatwo powiedzieć... trudniej zrobić. Po całym dniu w siodle, z tyłkiem pokrytym pęcherzami Engan marzył tylko o tym, by się chwilę przespać. Do tego pod ruiny strażnicy zajechał późnym wieczorem, a koń na którym jechał odmówił dalszej współpracy. Drugi zaś, gdy Engan próbował się na niego wdrapać, klapnął mu przed nosem żółtymi zębami i tak się spojrzał, tak wymownie, że Kamyk przez chwilę poczuł, jak to jest być tym osławionym wargiem. Końskie oczy mówiły bez słów, ale dosadnie: „Wszystko, kurwa, powiem Willamowi, wszystko. Zobaczysz, zrywkę drzew będziesz kozami robił. No tylko spróbuj, skurwysynu, a się policzymy po mojemu!”.

Rozpalił malutkie ognisko w ruinach i z jękiem przysiadł na ziemi. Oprócz rwącego bólu poobcieranej dupy doskwierał mu głód. Co miał z prowiantu, zdążył zjeść w ciągu dnia. Teraz mógł się najeść przekonaniem, że Prawdziwy Człowiek z Nocnej Straży może nie jeść przez tydzień. Niestety Blane, który przyjechał po zmroku, by zobaczyć, kto się szwenda po strażnicy, nie pomyślał o zabraniu czegoś do żarcia. Przywiózł za to swoje rozżalenie na przykry obowiązek i wiadomość, że zmarłych w kurhanie chowano w pośpiechu. Razem z bronią i dobytkiem, który mieli przy sobie. Spod łopat i kilofów Skagosów razem z ziemią sypały się pierścienie, zapinki i bransolety. Moruad Magnar powiesiła dwóch wojowników, którzy połaszczyli się na trupie błyskotki i ponoć szabrowanie już się nie zdarzało.

Blane odjechał i Engan został sam. Od Muru odbijały się echem gardłowe śpiewy Skagosów i głos bębnów. Engan obracał w myślach wspomnienie zamordowanej Skagijki. Lord Dowódca będzie pytał. Posadzi go za stołem, poleje wina i będzie pytał, aż mózg Engana spuchnie i pokryje się pęcherzami całkiem jak jego dupa. Engan siedział przy ognisku i myślał intensywnie. Już wtedy, na nabrzeżu, coś mu nie pasowało.

Więc: wygasłe ognisko i obok sterta szmat. Dalej rzucony złoty naszyjnik. Na piasku ręce i nogi... równo ucięte, ktoś miał siłę. Skalna kolumna na granicy przyboju, przywiązany do niej rzemieniami kadłub. Głowa na ziemi obok. Przejście na prawo i lewo zamknięte wysokimi skałami, można tu dotrzeć tylko wąskim gardłem wąwozu albo morzem. Morze było bladoniebieskie. Spokojne, w miarę. Tylko wokół Skagos jak zwykle kotłowało się i wełniło.

Już wtedy coś mu nie grało, ale była bitka, Bettley wrzeszczał jak posrany i nie było czasu na dumanie. Teraz zaś Engan czuł się trochę jak przeszłego roku, kiedy leżał w Czarnym Zamku ze złamaną nogą i maester Aemon dał mu księgę, żeby nie oszalał z nudy. Księga była myrijska, dotyczyła burdelu, w którym toczyły się rozmaite i wielce pouczające rozmowy jakowyś mędrców, i miała wielce pouczające i wielce fikuśne obrazki. Na samym zaś końcu na dwóch stronach przedstawiono dwa pozornie takie same obrazki wnętrza burdelu. Myk polegał na tym, by w tym morzu na pierwszy rzut oka jednakich cycków, ud i bioder odnaleźć dziesięć różnic. Engan znalazł wszystkie w dwa dni i bardzo był wtedy z siebie dumny.

Teraz też szukał różnic drogą mozolnego porównywania, sięgając do wielce pouczających obrazków z własnych przeżyć. Skagijka w drodze na ląd nie była w końcu stworzeniem, które było Enganowi obce i nieznane.

A więc pierwsza... Pierwszą zawsze pamięta się najlepiej. Przedstawiła się jako Foczka, i może faktycznie tak się nazywała. To było jeszcze w czasach, kiedy Engan pływał z Uhorisem... Skagosi podpłynęli jedną łodzią nocą i wdarli się na pokład. Pod koniec bitki jeden zaczął wrzeszczeć cienko i raz dwa doszli do wniosku, że to żaden wojownik, a najprawdziwsza baba, do tego ruda. Całkiem ruda, wszędzie... Pewnie skończyłoby się to dla niej ciężką zabawą z całą załogą i wyrzuceniem za burtę po fakcie, ale Foczka miała tupet i gadane. Zastrzeliła Uhorisa stwierdzeniem, że pirat nosi imię wielkiego skagoskiego bohatera i tak jak stała, na wpół rozebrana pośród ciał współplemieńców, zaśpiewała chwacką pieśń o czynach mniemanego Uhorisa. Stary ryknął śmiechem, aż się zapluł cały. Foczka z kapitańskiego wyrka wędrowała całą noc po barłogach całej załogi i każdemu wpierała, że nosi imię bohatera. Zanim pokazała Enganowi kilka foczych sztuczek, które śniły mu się często a gęsto do tej pory, zachłysnęła się z zachwytu nad własnym Engana imieniem. To szlachetne i stare imię, szeptała mu do ucha, a jej ręce w tym czasie zajmowały się inną sztuką, również starą i szlachetną. Engan według słów Foczki był Orłem z Morza, ostatnim z rodu. Kamyk zaśmiał się, że chce zrobić z niego rybołowa, a Skagijka spoważniała nagle i boleśnie ścisnęła go za fragment ciała stworzony do bolesnego ściskania. Rybołów jest rybołów, a Orzeł z Morza jest Orzeł z Morza! Engan i Achli, który był jego zmiennoskórym, u zarania świata tańczyli na wietrze poza lądem! Engan strącił turnie z Królewskiego Domu i cisnął je w morze! Engan pomagał pierwszym wronom budować wroni Mur! Tak mu wpierała, wpierała, więc w końcu dla świętego spokoju poświadczył, że może to i prawda... Kiedy następnego dnia wpakowali Foczkę do łodzi, obłożoną suto prowiantem i prezentami, niejeden z wilków morskich miał łzy rozpaczy w oczach. Ale Uhoris nie chciał targać baby ze sobą.

Była też Diona... pierwsza po tym, jak Engan przywdział czerń i służył jeszcze we Wschodniej Strażnicy. Miała czarne włosy i może trochę zbyt wiele przeżytych zim, najładniejsza też nie była. Za to miała niespożyty apetyt i fantazję... i z niewiadomych przyczyn koniecznie chciała się kochać w łodzi...

Horlah, ta ostatnia... jasnowłosa i śliczna, ta przez którą Engan został podejrzany o dezercję. Kiedy wykradł się ze Strażnicy i dotarł do ogniska, Horlah zamiast czekać z rozłożonymi ramionami i udami płakała nad uszkodzoną na skałach łódką. Engan się wziął i ulitował. Przekradł się z powrotem i podprowadził z magazynu gwoździe i narzędzia. Naprawiał tę cholerną łódź bite dziesięć godzin, i nie starczyło już czasu na nic więcej. Wsadził Horlah do łodzi i wrócił do swoich galopem. A za bramą czekał już Bettley, z Hadleyem za plecami. To gdzie, bracie, szwendasz się po nocy?

Brrrr... Potem była długa podróż do Czarnego Zamku, na wozie, w kajdanach. Na szczęście Qorgyle nie był Bettleyem. Jedyne, co chciał wiedzieć to to, z jakiego klanu była dziewka, której Engan okazał dobre serduszko.
- Jak zamiast poruchawki podajesz pomocną dłoń, Engan – pouczył go Dornijczyk. - To się przedtem wypytaj dokładnie o miano, żebyś wiedział na przyszłość, komu podajesz i od kogo możesz wyczekiwać wdzięczności. Tydzień czyszczenia latryn powinien ci pomóc utrwalić tę prawdę, hm?

***


Przysypiał już, kiedy przyszła. Kiedy rozwarł ciężkie powieki, stała nieruchomo pod wyszczerbionym murem, zakutana po szyję w wilcze futra i chyba czekała, aż się obudzi. Jej blada twarz o drobnych, miękkich rysach odznaczała się białą plamą pod czarnymi włosami. W ręku trzymała jakieś małe zawiniątko. Patrzyła na niego. Skagijka. Oczywiście, że łażą po ruinach, niby czemu mieliby nie łazić?! Wszystkie ogólne rozkazy Qorgyle'a o trzymaniu się z dala od Skagosów i jadowite szczegółowe nakazy Bettleya, by trzymać się z dala od Skagijek Engan mógł sobie niniejszym wsadzić w swoją odparzoną od siodła dupę. Przecież jej nie przerzuci przez ramię i nie zaniesie na kurhan, gdzie jej miejsce. Zaraz zlecieliby się jej bracia, kuzyni i pociotki i zaczęliby jazgotać, i kto wie, czy wojna nie wybuchnęłaby już teraz.

Engan chrząknął i uniósł się na ramieniu. Plecy zaraz eksplodowały mu rwącym bólem.
- Nie powinno cię tu być – uznał mimo wszystko za stosowne zaznaczyć.
- Wiem – odparła cichym, szemrzącym mile głosem. - Pomyślałam, że możesz być głodny. Przyniosłam ci to – uniosła trzymane w ręku zawiniątko i dalej stała jak wmurowana. Oczywiście. Dzicy tak mieli, to i Skagosi pewnie też. Przysiadali się do ogniska tylko zaproszeni... albo po wymordowaniu tych, którzy ognisko rozpalili. Skagijka była jednak sama, z żadnego z załomów ruin nie dobiegał dźwięk zdradzający ewentualnych towarzyszy zbrodni... i dziewczyna nie wyglądała też na stworzenie żądne krwi.
- Siądziesz? - poddał się Engan i sam usiadł, dokładając do ognia. Skagijka podeszła, drobiąc małymi kroczkami i przycupnęła naprzeciw niego. Była starsza niż początkowo przypuszczał, czarne oczy spoglądały z powagą i smutkiem raczej obcym ledwie odrosłym od ziemi podfruwajkom.


Zawiniątko położyła na kamieniach. Aha, prezent. Jak handlują, to wpychają przedmiot handlu w ręce i jazgoczą, tacy są. A jak przychodzą z darem, to kładą go z boczku i czekają w napięciu, czy obdarowany raczy się zainteresować. Przez skórę, w którą owinięty był prezent przesiąkała wolno świeża krew.
- Jesteś sam – stwierdziła bardziej niż zapytała.
- Takie rozkazy. - to zawsze była dobra odpowiedzieć. Doskonała odpowiedź z zaszytym uprzejmym „nie twój interes”.
- Nikt nie powinien być sam. Nigdzie i nigdy. A na pewno nie tutaj. Jak ci na imię?
Engan się przedstawił. Szeptem – bo i ona cały czas szeptała i mu się mimowolnie udzieliło. Przedstawił się i zobaczył w jej oczach cień tego zachwytu, który widział u niezapomnianej Foczki.
- To bardzo piękne imię. Stare i szlachetne – powiedziała dziewczyna wolno. - Mam nadzieję, że nosisz je godnie.
- To tylko... stare opowieści – Engan podjął dzielnie próbę zbagatelizowania tematu, w którym nie czuł się za dobrze. Pokręciła tylko głową.
- W starych opowieściach, Enganie, Orle z Morza... śpią na ogół stare zapomniane prawdy.
- Tooo... jak ty masz na imię?
- Moje... imię? - powtórzyła wolno i po jej reakcji Kamyk zaczął podejrzewać, że właśnie urwał się z jakiejś wyjątkowo rosłej choinki i z niewiedzy strzelił straszną głupotę. To pewnie jakaś ichnia kapłanka świętego tego czy tamtego, i nikt nie może poznać jej imienia, nikt nawet pytać nie może, a kto zapyta, temu w mordę... Dziewczyna dziwnym gestem przeciągnęła dłonią po swoich piersiach. Oderwała spojrzenie od twarzy Engana i przeniosła je na Mur wiszący nad ruinami strażnicy, potem na dalekie ogniska na kurhanie, z których dobiegał zawodzący zaśpiew. Kiedy Kamyk już miał na końcu języka, że nie ciekawi go w sumie jej imię wcale, z grzeczności pytał, ot co, nie musi odpowiadać wcale jak nie chce, spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się po raz pierwszy od początku spotkania.
- Achli. Mam na imię Achli.
- Z klanu? - pociągnął szybko, pomny nauki, którą hojną ręką zeserwował mu Lord Dowódca.
- Magnar.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 26-09-2012 o 18:34.
Asenat jest offline  
Stary 27-09-2012, 12:45   #3
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Tyria Grey


Patrzył na nią. Dzień i noc czuła na sobie badawcze spojrzenie. Miał oczy jak wilk, brązowe z żółtymi plamkami, czujne i głodne. Mówili, że Hwarhen przez trzy lata opłakiwał ostatnią zmarłą żonę, uczynił już zadość jej pamięci i teraz szuka nowej. Nawet Moruad rzuciła do Tyrii mimochodem, że Hwarhenowi trzeba znaleźć babę, bo żal, by tyle dobra leżało w nocy bezczynnie na udzie wojownika. To był dobry dzień na rozmowy, dzień w którym opuścili Skagos i siostra magnara zdawała się szczęśliwa i swobodna. Dlatego Tyria odparła jej, nadając głosowi pozory żalu, że choćby Moruad obłożyła Hwarhena po czubek jego kudłatej głowy całą solą z kopalni Skagos i posypała całym złotem, na którym śpią w Domu Żywego Boga zmarli magnarowie wyspy, to nie znajdzie się żadna kobieta, która wojownika zechce, i żaden klan nie da mu swojej córki na zatracenie. I nie o to chodzi, że Hwarhen jest szpetny, bo mógł uchodzić nawet za przystojnego, nie o to też, że nie miał sławy czy dóbr, bo tych miał pod dostatkiem... nawet nie o to, że był okrutny i gwałtowny – bo nie był. Szło o klątwę, przemożną, druzgocącą siłę, która zabierała każdą kobietę, którą pokochał. Moruad wyciągnęła wtedy bukłak miodu i kazała Tyrii pić – choć wcześniej koso patrzyła na swą przyboczną sięgającą po jakikolwiek trunek.
- Tyria, dziecko... jesteś taka młoda. Gdyby kobiety patrzyły tylko na bogactwo i sławę, wszystkie miałybyśmy trzech mężczyzn na krzyż na spółkę. Gdyby kobiety bały się głupich plotek, sprzeciwu rodziny, złych spojrzeń, to dzieci nie rodziłyby się wcale. Zobaczysz, kiedyś, być może. Kobieta, która kocha, nie boi się ani ludzi, a i bogom napluje w oko, byle dopiąć swego.
Tyria siedziała obok siostry magnara przy ognisku i pomału w jej sercu budziły się niedobre podejrzenia. Długie lata żyła obok Moruad spokojnie i bezpiecznie. Siostra magnara dotrzymała słowa i odprawiała wszystkich zalotników Tyrii... choć dziewczyna wiedziała, że niektórzy oferowali za nią niemało, Moruad się nie ugięła. Co innego jednak bogactwo, obietnica sojuszu nawet... a co innego prośba mlecznego brata. Tyria nie miała wątpliwości, że gdy Hwarhen poprosi, jeszcze tego samego wieczoru Tyria będzie mu grzała posłanie, a Moruad nie mrugnie nawet okiem. Jej związek z Hwarhenem był w końcu dużo bliższy niż z Tyrią. Nie chronił jej nawet obyczaj. Mleczne rodzeństwo nie mogło się ze sobą parzyć... ale następnego pokolenia ten zakaz już nie dotyczył.
- Nie chcę żadnego mężczyzny – mruknęła wtedy z ustami lepkimi od miodu.
Moruad tylko uniosła brwi.
- Naprawdę?

Po drodze na Długi Kurhan którejś nocy ścisnął mróz i Tyria przebudziła się, gdy ktoś pchał się jej pod futra.
- Łapy przy sobie! - warknęła i sięgała już po nóż.
Zaspany Hwarhen ziewnął jej tylko w twarz i bezceremonialnie rąbnął się obok niej, obwijając się szczelnie wilczurą.
- Zimno jak pierun. Schowaj pazury, wilczyco.
Moruad siedziała przy ognisku i nie odezwała się ani słowem. Oczy miała otwarte, ale nieobecne, może zresztą spała? Zanim Tyria zdążyła odwarknąć coś Hwarhenowi, ten już spał głęboko, z nosem wciśniętym w jej łopatki i chrapał jak stary niedźwiedź. Jego wielka dłoń, którą ją objął w pasie nie drgnęła przez całą noc, więc może faktycznie chodziło mu tylko o ciepło. Następnej nocy przymrozek puścił i Hwarhen spał już sam. Tyria zaczęła mieć nadzieję, że może się w swych rachubach omyliła. Jechali na Długi Kurhan, by wyrwać z gardła Nocnej Straży kości Erranda Greystarka. Do ciągnącego wolno po bezdrożach pochodu dzień i noc dołączali kolejni wyspiarze. Zaś z każdą milą, która oddalała ich od Skagos, a przybliżała do Muru, Moruad Magnar coraz bardziej i bardziej zaczynała wyglądać i zachowywać się... jak magnar.

***


- Moruad.
- Hm?
- Myślałam o tym, co mówiłaś?
- Hm? Skagos, a myśli? To niecodzienne. Naprawdę masz obcą krew.
- Nie miałaś racji.
- Nie miałam? - dopiero teraz na nią spojrzała.
- Sahayeda kochała tę wronę, Greystarka.
- Tak mówią pieśni.
- A nie dopięła swego. Zginęła. A była magnarem, nie zwykłą kobietą.
Moruad zacisnęła dłonie na Sercu Zimy, milczała długą chwilę i Tyria zaczęła myśleć, że odpowiedzi się jednak nie doczeka.
- Czy gdy pasterz idzie przepędzić wilki, które zakradły się do jego stada, nawet gdy w ich obronie zginie, Tyria... czy robi to dlatego, że kocha swoje owce?
- Ludzie to nie owce.
- Ludzie w większości to owce. A pasterz idzie bronić swoich owiec nie dlatego, że je kocha. Robi to dlatego, że je posiada. Są jego własnością. Rozumiesz?

***


To było trzy miesiące temu. A teraz Hwarhen Bez Żony, wojownik z klanu Crowl, śledził ją dzień i noc swoimi wilczymi ślepiami. Uniknąć go nijak nie miała sposobu – dzielili obowiązek strzeżenia Moruad. Nie był nachalny... ale patrzył. Dzień i noc. Bywały takie chwile, że doceniała jego obecność. Gdy już na kurhanie od słowa do słowa i od słowa do bitki Ygwen i Walram z klanu Stane zaczęli ją szarpać, Hwarhen wzniósł się na niemożebne wyżyny ponad urazą własnego klanu, który Tyria przecież również śmiertelnie obraziła. Stanął wpierw milcząco za plecami Stane'ów i strzelał kostkami wielkich dłoni. Kiedy już uznał, że Tyria nie poradzi sobie sama, zapytał, czy klan Stane wypowiedział klanowi Magnar przymierze, bo Tyria należy teraz do Moruad Magnar. Stane'owie zgłupieli z lekka. Hwarhen wycedził jeszcze, że gdy klan Stane przymierze z Magnarami będzie chciał zerwać, byłoby uprzejme z ich strony, gdyby się wstrzymali do zakończenia sprawy ze Strażą. On osobiście bardzo chce znaleźć swego przodka, który padł w bitwie, ale nie chciałby też, by ominęła go chwacka, klanowa wojenka.
- Uważaj, wilczyco – westchnął, kiedy wracali do namiotu Moruad. - Uważaj na każdy krok i słowo. To, co tu robimy, to ważna sprawa. Możemy wygrać życie o niebo lepsze niż to do tej pory. Albo możemy wszyscy razem zdechnąć.

Bywały i chwile, w których się go bała. Jak wtedy, gdy weszła do namiotu Moruad po południowe wino, którym jej pani chciała podjąć Alraun i Borroka, przybyłych właśnie przywódców klanu Rork z północy wyspy. Tyria grzebała po pakunkach, i nagle spomiędzy rozluźnionych rzemieni posypało się złoto. Ciężkie bransolety i zapinki, i monety, i naszyjniki... wszystkie pokryte brudem i grubym, czerwonawym nalotem skagoskiej soli. I było tego... mnóstwo. Szeroko otwartymi oczami ogarniała to niewyobrażalne bogactwo i wtedy do namiotu wszedł Hwarhen. Z szybkością zaskakującą u kogoś jego postury pozbierał błyskotki, a potem zamknął Tyrię w żelaznym uścisku swoich wielkich łap.
- Nie widziałaś tego! Nie widziałaś nic! - wysyczał. - Chroń siebie, głupia dziewczyno!

Tyria rozsądnie milczała. Pośród rosnących w siłę na Długim Kurhanie Skagosów patrzyła, słuchała i milczała. Nad zmarłymi płakała rzadko, tylko by nie wzbudzić podejrzeń. To nie byli jej przodkowie. Nic jej z nimi nie łączyło.

***


W dzień, w którym wszystko się zaczęło Moruad około południa zachciało się świeżego mięsa. Tyria zrzuciła więc obowiązek strzeżenia siostry magnara na barki Hwarhena i poszła polować. Wrzaski i śpiewy na kurhanie odstraszyły już dawno zwierzęta z okolicy, musiała więc odejść naprawdę daleko. I kiedy wreszcie się udało i wyciągała strzałę z ubitego koziołka, z chaszczy na rzężącym, słaniającym się na nogach koniu wyjechał Olram z klanu Stane. W stanie niewiele lepszym niż koń. Zsunął się z siodła i w tej samej chwili zmordowany koń padł na ziemię i zajął się już na poważnie umieraniem.

Olram, który nigdy nie zwracał się do Tyrii inaczej niż „ty zdradziecka suko” wyciągnął do niej dłonie.
- Pić – bardziej wyczytała z ruchu jego warg. Podała mu swój bukłak, pił długo i chciwie.
- Enned Magnar nie żyje! - ryknął chrapliwym głosem. - Zarżnięta... jak świnia – dyszał ciężko.
- Kto?
- Wrony!
Tyria przerzuciła sobie przez ramię truchło koziołka. Nigdy w życiu nie widziała córki Endehara, i jej życie mało ją w sumie obchodziło. Miała jednak świadomość, co będzie oznaczać jej śmierć. I miała świadomość, co się stanie, gdy Olram zacznie krzyczeć o tej śmierci na kurhanie.
- Moruad będzie chciała wiedzieć. Na razie tylko ona. Idziemy. Trzymaj gębę zawartą.

***


Nigdy dotąd nie mogła powiedzieć, że widziała swą panią wściekłą. Aż do tej pory. W czarnych oczach Moruad po relacji Olrama błyskało coś okrutnie złego.
- Dziękuję ci, Olramie, żeś ni chwili nie tracił – rzuciła do wojownika. - Siądź przy mym ognisku, bądź mym gościem... Zgryź na razie swe pragnienie zemsty i milcz. Niebawem ruszysz w drogę na Skagos, do mego brata.
Olram wyszedł, a Moruad milczała. W jej oczach czaiło się coś złego, niczym to monstrum z morza, którego kapłanami był jej ród.
- Taki młody kwiatuszek – mruknął współczująco Hwarhen. - Taka tragedia.
Siostra magnara powiodła zimnym wzrokiem po nim i po Tyrii, jedynych obecnych w namiocie i wycedziła gniewnym, zduszonym szeptem:
- Od pięciu lat daję Qorgyle'owi wchodzić sobie na głowę. Od pięciu lat się układam z wronami, każdego dnia płacę za te układy cenę. Ryzykuję własną głową wobec magnara. I więcej – ryzykuję i obrażam bogów. Bo trzeba i bo warto. I po pięciu latach wyrzeczeń i zginania karku, kiedy jesteśmy już blisko celu, mogę sobie to wszystko w dupę wsadzić. Wszystko dlatego, że durnej dziewce zachciało się rżnięcia, ale rozmyśliła się w trakcie, więc ją równie durna wrona w szale sprawiła jak kawał mięcha. Gdybym wiedziała, że ją zaswędzi, wyruchałabym ją sama zanim odpłynęłam, trzonkiem od kilofa. Tragedia? Hwarhen. To pieprzona katastrofa!
- Nikt na kurhanie jeszcze nie wie – wtrąciła się Tyria. - Zaprowadziłam go prosto do ciebie. Z nikim nie gadał po drodze...
- Tyle dobrego – rzuciła Moruad i zapadła się we własne myśli. Odezwała się po dłuższej chwili, znów spokojna i zimna. - Skoro nikt nie wie... to nikt nadal nie będzie wiedział. Tyria, Hwarhen... powiedzcie dzielnemu Olramowi, że rozkazałam mu jechać do mego brata i powiedzieć słowo w słowo to, co rzekł mi. Odprowadźcie go z dala od kurhanu. Zabijcie i ukryjcie ciało. Przynieście mi jego głowę. Potem wracajcie.

Erland Crowl


Gdy Endehar zabił swego ojca i brata i został magnarem Skagos, klan Crowl zrobił to, w czym był najlepszy i dlatego przetrwał.
- Nic! - krzyknął Alabar, który im przywodził, a echo w jaskini zwielokrotniło jego tubalny i tak głos. - Nic! - wrzasnął raz jeszcze i nieliczne sprzeciwy zgasły, zduszone jego niebywałą siłą perswazji. - Zrobimy dokładnie nic!

Erland stał wówczas obok Hwarhena, poszturchiwany przez kotłujący się tłum. Młody wojownik nachylił się do jego ucha i wyszeptał pośród wszechogarniającego jazgotu:
- Nic nie mówili o Moruad.
- Wiem.
- Ona ma pięć lat.
- Wiem.
- To tylko mała dziewczynka.
- Wiem. Zamknij się, zanim powiesz jedno słowo za dużo.
- Jest bardziej moją siostrą niż jego.
- Milcz. Endehar jest naszym bogiem.

Kiedy jednak więc się skończył, Erland nie mógł sobie znaleźć miejsca. Hwarhen miał rację. Czy chcemy żyć w świecie, w którym małe, bezbronne dziewczynki spotyka krzywda i giną, nawet w imię woli boga? Erland gryzł się długo z myślami, by w środku nocy wyciągnąć ze skrzyni swe najlepsze odzienie. Potem pożyczył od kuzyna jednorożca i pojechał do Królewskiego Domu, by paść Endeharowi do stóp i przypomnieć bogu, że jego siostrę wiążą z klanem Crowl silne więzy.

Gdy wrócił dwa dni potem z maleńką Moruad, wielu z jego własnego klanu zarzuciło mu bluźnierstwo i zdradę. Jaskinie zamieszkiwane przez klan Crowl znowu wypełnił jazgot zbyt wielu gardeł. Erland postawił Moruad na ziemi i krzyknął tak głośno, że mógłby obudzić śpiących wiecznym snem zmarłych magnarów Skagos.
- Endehar, magnar, przemówił! Oto jego słowa! - ryknął i zapadła cisza. - Klan Crowl to klan wielkich wojowników! Klan Crowl to bogobojni ludzie wierni przymierzom! Dlatego Endehar, magnar Skagos, daje klanowi Crowl swą siostrę na wychowanie! Niech rośnie wśród was, dzielni mężowie, przy swym mlecznym bracie! Gdy dorośnie, poślubi jednego z was, by przypieczętować nasze przymierze!

Niesnaski, okrzyki gniewu i oskarżenia zamilkły jak ucięte nożem.
- Magnar przemówił! - wydarł się Alabar. - Magnar pobłogosławił klan Crowl!
- Endehar!
- Crowl! Crowl! Crowl!

Tłukli styliskami toporów i kilofów w tarcze, pośród wrzasków prócz imienia Endehara i triumfalnego „Crowl, Crowl, Crowl!” Erland słyszał i własne imię. Poderwali go w górę, zawisł nad rozedrganym morzem rąk i głów i krzyków. Rozłożył ramiona i w tej jednej chwili w swoim życiu czuł się bohaterem z dawnych pieśni. W tej jednej chwili klan wrzeszczał jego imię, a Erland rozkładał szeroko ramiona i czuł się jak Engan, Orzeł z Morza, potężna istota, która oszukała pierwszego magnara Skagos i ukradła koronę z Królewskiego Domu, by zapewnić ludziom ochronę przed zimnem. I tak jak o triumfie Engana rzadko śpiewano, tak i on musiał ukryć swoje zwycięstwo głęboko we własnej duszy. Na Skagos bunt musiał przybrać pokorne oblicze.

Gdy razem z Hwarhenem zaprowadził Moruad do dzieci, patrzyły na nią krzywo. Patrzył z oddali, czy sobie poradzi. Stała z boku i patrzyła, jak dwóch chłopców drażniło kraby, podjudzając je do walki. Wreszcie przykucnęła obok nich, maleńka i krucha.
- Dlaczego każecie im walczyć? - mówiła cicho. Już wtedy zawsze mówiła cicho i ostrożnie, ważąc każde słowo.
- Bo możemy. To zabawne jest, weź patrz...
Dziewczynka nachyliła się nad walczącymi krabami. Przysunęła się jeszcze bliżej. A potem nagle uszczypnęła jednego z chłopców w policzek.
- Ałaaaa! - po plaży poniósł się urażony wrzask. - Czemu to zrobiłaś?
- Ponieważ... mogłam – oznajmiła z wyższością.
Wtedy skoczyli na nią we dwójkę, a reszta dzieci wrzeszczała zachwycona. Nie miała szans ze starszymi i wprawionymi w bójce chłopakami. Po chwili siostra magnara leżała z rozbitym nosem i twarzą wciśniętą w piasek.
- Nawet nie próbowała wygrać – mruknął skwaszony Hwarhen. - Jest słaba.
- A ty jesteś ślepy, przyjacielu – odparł Erland miękko. - Wygrała.
- Nieee.
- Tak. Popatrz. Kraby im uciekły. Gówniarze przegrali. Nawet im do głowy nie przyszło, o co poszła bitka.

Moruad zlana krwią uśmiechała się blado, pokazując usiane piaskiem ząbki.

***


Minęły lata, Moruad z cichej dziewczynki wyrosła na równie cichą i ostrożną kobietę. Często odwiedzała Erlanda w świętym gaju i chciwie słuchała jego słów. Ale nigdy, dopóki nie wróciła z wyprawy za Mur w bohaterskiej glorii pogromczyni Weylanda Wędrowca, nigdy wcześniej nie zobaczył w niej magnara. Jednak cały czas pamiętał o tej chwili na plaży, w jego wspomnieniach dwa kraby pomiędzy nogami wrzeszczącej dzieciarni uciekały bezpiecznie ku wolności, jaką dla nich oznaczało morze.

Potem zaś... potem Moruad zabrała go ze sobą, kiedy w środku nocy wyprawiła się do Domu Żywego Boga i okradła swych przodków. Erland stał obok, patrzył jak Hwarhen odsuwa kamienie grobowców, i jak Moruad własną ręką wybiera złoto spomiędzy kości dawnych magnarów. Patrzył na to i zrobił to, w czym klan Crowl był najlepszy. Nic. Zrobił dokładnie nic.

***


Do grobowca Sahayedy zszedł pierwszy, z Hwarhenem tuż za plecami. Moruad wybierała jeszcze kosztowności w jaskini obok, okradając Svena o Piersi Szerokiej jak Stół, wielkiego wojownika i równie wielkiego przyjaciela Straży. To trzeba jej przyznać – zabierała złoto tylko tym magnarom, którzy za życia sprzyjali wronom... więc po śmierci możliwe, że im to nie przeszło.

Erland uniósł pochodnię i zamarł. W grobowcu Sahayedy leżały wśród niemożliwych bogactw dwa szkielety. Jeden o drobnym kośćcu i straszliwie zmiażdżonej czaszce, na której ciągle tkwiły sploty białych włosów. Drugi był szkieletem potężnego mężczyzny. Tu pieśni mówiły prawdę. Errand Greystark zaiste był olbrzymem pośród ludzi. Pomiędzy żebrami w suchej i przesyconej solą jaskini zachowały się zetlałe resztki czarnej przyodziewy... Pieśni zatem kłamały, a przynajmniej nie mówiły całej prawdy. Ktoś, kiedyś, jakimś sposobem wykradł wronom kości Erranda Greystarka i złożył je w tajemnicy obok kobiety, która dla niego zginęła. A wojna trwała sobie w najlepsze setki lat. Moruad obiecała Endeharowi, że wydrze kości Greystarka Qorgyly'owi z gardła – i oto się okazało, że nie ma czego wydzierać... Już szła. Jaskinie rozbrzmiewały jej lekkimi krokami.

- Bacz na słowa – ostrzegł go Hwarhen. - Chcesz żyć?

Erland chciał. I zrobił dokładnie to, w czym jako Crowl był najlepszy. Nic. Dokładnie nic.

Moruad nie poświęciła szkieletowi Sahayedy więcej niż jedno spojrzenie. Nad Errandem nachyliła się nisko, zaplotła palce na jego żebrach i przytuliła do czaszki piegowaty policzek.
- Ciekawe – powiedziała. - Pieśni mówią, że w ostatnich słowach kazała się pochować obok niego. Ciekawe. Jak mogła mówić ze zmiażdżoną czaszką?
- Była magnarem – Erland usłyszał własny głos. - Magnar może wszystko...

I to była właściwa odpowiedź. Moruad zgarnęła kości Greystarka do worka, uprzednio ściągając z palca szkieletu pierścień z herbem. Kiedy zabezpieczyli grobowce i wyszli na zewnątrz, Moruad kazała kapłanowi, który ich wpuścił do jaskiń, skoczyć w przepaść.
- Mam rodzinę – powiedział ten niemłody już człowiek.
- Zatem wybieraj. Ty zginiesz i oni zginą. Albo ty zginiesz, a ja będę o nich pamiętać.

Nieszczęśnik skoczył. Następnego dnia Erland i Moruad wracali morzem do siedzib klanu Crowl. W połowie drogi Moruad przechyliła się nad szalejącymi falami i wrzuciła w morską toń worek z kośćmi Greystarka.

***


- Bogowie pokazali mi przyszłość – powiedział jej, gdy wyszła go powitać na Długim Kurhanie. - Widziałem kobietę, i wronę, i czarne słońce nad nimi.
- Zapowiedź wielkiej zimy – skinęła mu głową. - Spójrz teraz w dół i powiedz mi, Szepczący, co widzisz.

Przed nimi rozpościerał się zasnuty dymem obóz na kurhanie. Obok siebie w wykopach pracowali w zgodzie wiecznie się wadzący Crowlowie i Stane'owie... nawet przerażający Rorkowie z północy wyspy, którzy bili się z każdym klanem i nigdy nie zawierali przymierzy.
- Widzę trzy setki ludzi... którzy nie walczą.
- Widzisz cztery setki. Wrona zwana Blane jest tak miły, że liczy nas co wieczór. Widzisz cztery setki, a zobaczysz jeszcze więcej. I to wszystko są ludzie, których nie ma już mój brat.
 
Asenat jest offline  
Stary 27-09-2012, 12:45   #4
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację

Tyria i Erland


Tyria znalazła go, gdy śpiewał nad szkieletem wojownika z klanu Rork. O tym, że to był Rork, świadczyły miedziane bransolety z misternym wizerunkiem rosomaka. Alraun, jedna z przywódców klanu na Długim Kurhanie klęczała przed szkieletem i wcierała sobie ziemię w świeże cięcia na przedramieniu. Klan mógł po sześciu wiekach odbyć godnie żałobę i to było ważne. Obok opierał się o łopatę Blane, który szkielet wykopał. Milczał i patrzył się w dal nad głową Alraun.

- Erland. Musisz iść ze mną.
- Nie mogę teraz.
Po twarzy dziewczyny przebiegł grymas.
- Uwierz mi. Musisz.

Chwilę później siedział w namiocie przed obliczem Moruad, w towarzystwie poddenerwowanej Tyrii i milczącego ponuro Hwarhena.
- Erlandzie – głos Moruad smagnął go jak biczem. - Godzinę temu przybył Orlam z klanu Strane. Doniósł mi, że jakaś wrona zabiła pod Wschodnią Strażnicą moją bratanicę. W sposób okrutny. Orlam nikomu już swoich wieści nie powtórzy. Nie muszę mówić, że nikt nie może się dowiedzieć? Nie muszę mówić, jak to się skończy, gdy wieści dojdą do magnara?
- Jesteś pewna, że on nic nie wie? - mruknął Erland cicho.
- Jestem. Wrony schwytały wszystkich świadków i jeśli byli mądrzy, też to trzymają w tajemnicy. Tylko Orlam się wymknął... a on, dzięki przytomności Tyrii, z nikim nie zdążył się tym podzielić. Pojedziesz do Qorgyle'a. Oboje pojedziecie, ty też, Tyria. Powiecie Lordowi Wronie, że oczy Olrama z klanu Stane widziały zbyt dużo, a jego język za dużo mógł powiedzieć... dlatego oczy Olrama nie zobaczą już niczego, a jego język zamilkł na wieki. Powiecie Lordowi Wronie, że moim ludziom ani memu bratu nie dam prawdy, która przyniesie nam wszystkim wojnę. Dla nich Czarny Pająk musi upleść taką prawdę, którą będzie im można bez strachu przekazać. I wy mu w tym pomożecie. Zaś niewygodne i straszne prawdy zachowacie tylko dla siebie. I przekażecie je tylko mnie. Ruszacie natychmiast.
Hwarhen poruszył się na swoim miejscu.
- Moruad? Tyria jest młoda... a Elrand stracił już dawną siłę.

Och nie, przemknęło przez głowę Tyrii. Nie nie nie, nie zostawiaj mnie z nim samej. Strzegłam cię wiernie, nie zrobisz mi tego. A Moruad, oczywiście, to zrobiła.

- Pojedziesz z nimi. Tyria, podejdź.

Jakaś słabość ogarnęła dziewczynę, nogi miała jak z drewna. Bała się. Bała się, że zaraz usłyszy, że zostanie oddana jak rzecz, jak owca, że stanie się własnością i nigdy już nie będzie mogła odejść. Moruad pogładziła ją po pobliźnionym policzku, a potem ściągnęła Serce Zimy i powiesiła je Tyrii na piersi.

- Nie wszystkie wrony to honorowi ludzie. To im przypomni, kim jesteś i kto za tobą stoi. Twoje słowa to odtąd moje słowa, twoje czyny będą w oczach wron moimi... nie zawiedź mnie.

Alysa Qorgyle


W pierwszym wspomnieniu Alysy Qorgyle, w zalanych słońcem komnatach Piaskowca, nogi siedzącego za stołem Marbrana były wielkie i mocarne niczym braavoskiego Tytana, a jego twarz ogromna niczym księżyc w pełni. Pewnie dlatego, że dla trzyletniej dziewczynki bawiącej się u ojcowskich stóp wszystko było ogromne. W miarę jak dorastała i sama robiła się większa, jej ojciec jakby się kurczył, ale dopiero na Murze zobaczyła go takim, jakim był naprawdę. Mężczyzną o niespożytej energii, wielkiej charyzmie... ale nikczemnego wzrostu, nabitego twardymi, węźlastymi splotami mięśni.

Wtedy jednak, gdy przesuwała się na czworaka przy jego krześle, był Tytanem, królem z dawnych czasów, bohaterem z pieśni i Aegonem Zdobywcą w jednym. Pamiętała, jak jej małe, pulchne rączki poradziły sobie z zamkiem skrzynki, i jak spod wieka wysunęła się z sykiem piaskowa żmija, rozpościerając swój ogromny, upstrzony żółtymi plamkami kołnierz. Żmija wystrzeliła do przodu, i w tej samej chwili wystrzeliła rączka Alysy. Oplotła żmiję palcami tuż pod łbem, zwierzę tłukło wściekle ogonem aż w końcu poddało się i obwisło w jej uścisku. Matka krzyczała przenikliwie, a Alysa patrzyła na ojca z niemym pytaniem, czy dobrze zrobiła.

- Moja córeczka – powiedział olbrzym, Tytan i Aegon Zdobywca w jednym, idąc ku niej z rozczapierzonymi dłońmi o mocnych, krótkich palcach. - Trzymaj mocno.

Wyjął jej delikatnie węża z ręki i schował na powrót w skrzynce. Matka dała potem Alysie karę, nie pamiętała już jaką. Ale ojciec oderwał się wtedy na cały dzień od swych zapisków, moździerzy, buteleczek i tajemniczych słojów, i cały dzień nosił ją na barana po wiszących ogrodach, wśród zieleni na tarasach uczepionych ścian Piaskowca.

- Moja córeczka – nucił, a ona oglądała świat z ramion Tytana i czuła się najważniejsza na świecie. - Moja córeczka.

***


Nigdzie jednak nie czuła się tak bardzo córką swego ojca jak na Murze. Tu miano Alysy Qorgyle, córki Marbrana, otwierało większość drzwi. Tu miano Alysy Qorgyle nakładało też obowiązki i regulowało zachowanie, które miało być takie, by nie przyniosło ujmy jej ojcu. Otwierało też serca... lub zamykało je szczelnie.

- Halysha – nalegał Nuk, pierwszy Skagos, którego czternastoletnia lady Qorgyle zobaczyła w życiu i który trochę zawiódł jej oczekiwania. Był mało barbarzyński jak na jej gust. Ale o nabrzeże Wschodniej Strażnicy uderzał oto w upiornym tańcu drugi Skagos, jakiego zobaczyła w życiu. Ten był zdecydowanie bardzo barbarzyński, z tatuażami na policzkach i twarzą zastygłą w gniewnym grymasie. Był też martwy, ryby i kraby wyżarły mu oczy, a w wodzie jak wodorosty unosiły się pęki wyprutych z brzucha jelit. - Halysha! - nalegał Nuk. - Idzie teraz. Twój ojciec Pająk. On nie chcieć mała malutka oglądać takie rzeczy.
- Jestem już kobietą – odpaliła i nadal patrzyła, a Nuk cmoknął z niesmakiem.
- Głupia głupia malutka Halysha. Córka dla ojca zawsze wszędzie malutka.
- Czemu ten człowiek umarł. Nuk? Twoi go zabili? - dała mu się odciągnąć od nabrzeża i od trupa.
- Może może. Może ucieczka. Może wypadek. Ofiara. Może wola.
- Sam chciał się zabić?
- Wola magnara. Na Skagos śmierć – wiele wiele może. Ale nigdy poza wolą magnara.

Były i serca, które zatrzaskiwały się przed nią z hukiem.
- Lady Qorgyle – Qhorin skłonił z szacunkiem głowę i wstał od stołu, gdy tylko się przysiadła. - Wybacz, czas na mnie.
Zawsze miał warty, gdy tylko pojawiała się w polu widzenia, albo inne niecierpiące zwłoki obowiązki, o których nagle sobie przypominał.
- On mnie nie lubi – mruknęła do kołyszącego się nad kielichem Ulmera.
- Nie lubi? - zdziwił się Pierwszy Zwiadowca, zamrugał przekrwionymi oczyma i dostał czkawki z wrażenia. - Kto by cię tam nie lubił... Ooo-ep!-on ma problem, mój dzielny brat.
- Jaki?
- Mamy tu na północy dużo lodu, uważasz... I pośród małych jak psie gówienka kawałeczków mamy dwie naprawdę wielkie bryły lodu. Jedna to Mur, sporo lodu. A ta druga jest jeszcze większa – i to właśnie jest, ep!, Qhorin.
- Nadal nie widzę problemu.
- Już ci pokazuję palcem. Sokole oczko mego dzielnego brata spoczęło na twojej buźce i zasady zaczęły mu rozmarzać. Pobiegł co tchu wsadzić łeb w śnieg, coby mu zamarzły na powrót. Problem jest taki, że polubić chciałby, ale, ep!, zasady. Córki Marbrana nie wolno.
- Plotkujesz obrzydliwie jak baba, Ulmer.
- Co racja to racja – pociągnął z kielicha i dowalił jej w swoim mniemaniu na odlew. - Ktoś w tym towarzystwie babą być musi. Bo ty żadną babą nie jesteś. Jesteś Marbranem w kiecce!
- Miałbyś wstydu trochę. To legenda Straży, sam mi to mówiłeś. To twój brat.
- A tak. Ale ani jedno, ani drugie nie czyni go jeszcze tym tam... Baleronem Błogosławionym!
- Czy nie wychodzi, że ty nie masz żadnych zasad? - zaśmiała się i dolała mu wina.
- Ależ skąd. Mam. Ale moje zasady nie zamarzają w cieniu Muru, to i nie ma czego brać odwilż. To dlatego, że piję. Wino zamarza trudno, a grog nigdy. Jestem bezpieczny! Nawet jak wszystkich popierdoli, ja jeden myślę normalnie.

Była i ta straszna całonocna popijawa, kiedy się zapomniała i przegięła, z wielu powodów. A powinna przestać chlać już kiedy ten olbrzym, Engan, zsunął się miękko pod stół i zasnął w objęciach z psem. Ale Ulmer z Joranem Lannisterem wykłócali się nad kielichem coraz zajadlej i nie chciała zostawiać ich samych.
- Wyrżnąłeś pół wioski – cedził Lannister przez zęby czerwone od dornijskiego wina.
- Zabili mi pięciu ludzi.
- Wyrżnąłeś pół wioski, a drugie pół zieje teraz nienawiścią do Straży – nie popuszczał Joran i Ulmer też nie zamierzał. Mierzyli się przez stół nienawistnymi spojrzeniami i popijawa pomimo mitygujących wtrąceń zalanego w pesteczkę Willama, koniuszego Czarnego Zamku, zmierzała prostą drogą do bijatyki.
- On ma trochę racji, Ulmer – wcięła się bezlitośnie.
- Zabili mi pięciu ludzi!
- Więc trzeba było otoczyć wioskę, wybrać na chybił trafił pięciu mężczyzn, ich pięć bab i pięć bachorów i dla wszystkich ukręcić po pętli. Potem mężczyzn obwiesić, a kobiety i dzieci puścić wolno. Bo Straż nie zabija kobiet i dzieci.
Zaległa wtedy cisza. Ulmer wyglądał tak, jakby mu wino nagle w kielichu zmieniło się w ocet, a Joran polał jej tak hojnie, że poplamił jej winem rękaw.

***


Miała ochotę wsadzić mu tę halabardę w dupę osobiście, nie fatygując Tytusa. Przejechała cały świat, by zobaczyć się z ojcem, a teraz ten pajac w czerni krzywił się na jej widok i zastawił jej drogę do wieży.
- Lady Alyso – odezwał się drugi ze strażników i uniósł halabardę, piorunując spojrzeniem swego brata. - Twój ojciec czeka. Niech... niech bogowie ukoją twój ból.
Nie pamiętała jego imienia ani twarzy, wierutnie zresztą pospolitej i zwyczajnie po chłopsku brzydkiej. Nie pamiętała, by kiedykolwiek zamieniła z nim choć słowo. Ale ten obcy człowiek oczywiście wiedział o Willemie. Wiedział i zdobył się na współczucie.

Ojciec się nie zmienił. Zgolił tylko głowę na łyso, w czym było mu o dziwo do twarzy. Osiągnął już ten wiek, w którym ząb czasu przestawał gryźć mężczyzn z rodu Qorgyle'ów. Za dziesięć czy dwadzieścia lat nadal będzie taki sam – wyprostowany jak struna, bez jednej zmarszczki czy śladu starczej słabości, ta smagła twarz nigdy nie wyblaknie. Takim go do grobu położą, pomyślała Alysa, kiedy ramiona ojca otoczyły jej głowę i suche usta musnęły jej policzek. Pomyślała i przeraziła się tej myśli – że jej odległy ojciec, którego znała tak słabo, kiedyś umrze. Umrze tutaj wśród śniegów, pochowają go ponurzy mężczyźni, których nazywał braćmi, a jej przy nim nie będzie, tak jak nie było jej przy Willemie.

- Co tu robisz? - zapytał, gdy tylko wypuścił ją z objęć.
- Wysłałam ci kruka... - zaczęła, a ojciec wtedy przysiadł na ławie i pociągnął ją za rękę, by usiadła przy nim.
- Ja też wysłałem. Z przejrzystym poleceniem, żebyś nie przyjeżdżała.
- Musieliśmy się zatem minąć – odparła lekko.
- Tu nie jest bezpiecznie! - wybuchnął. - To nie jest miejsce dla ciebie!

Na skroni wyszła mu pulsująca krwią, obrzmiała żyła i Alysa przeraziła się własnego ojca. Ocalił ją niezawodny Fallon Farwynd, ze swoim niezawodnym taktem.
- Marbran, sraczka jest! - rzucił wypełniając swoim wielkim brzuszyskiem całe odrzwia. - O, witaj piękna, czy to lato wróciło, czy to ty jako żywa? Marbran, chodź no ino. Ulmer przetrzeźwiał, odliczył ludzi i mu wyszło, że trzech brakuje. Chce pchnąć zwiad za Bennetem. Zgłosił się Roddard, ale Ulmer chce posłać Półrękiego...
- Czyli nie wytrzeźwiał wcale – wycedził ojciec Alysy. - Zabroniłem Qhorinowi opuszczać Czarny Zamek... czy może śniło mi się?
- Rusz się, bo już polazł do Septy po konie.

- Najdalej za dwa dni dam ci ludzi, którzy odprowadzą cię do Winterfell – rzucił jej jeszcze od drzwi i poszedł. Zanim przydreptał Hugo Flint, by zaprowadzić ją do „najlepszej komnaty w Czarnym Zamku”, Alysa przeczytała sobie dokładnie listy z biurka ojca. Lord Tywin Lannister polecał Lorda Dowódcę i dzielnych braci z Nocnej Straży opiece bogów... na odwrocie listu, w którym Marbran prosił o wspomożenie Muru. Garlam Bolton domagał się natychmiastowego wyjaśnienia, kiedy Skagosi wrócą na wyspę. Nieco bardziej oględny w słowach był Rickard Stark, ale i tak jego list był przebity po wielokroć sztyletem.

Kiedy zaś próbowała odpocząć w przydzielonej sobie najlepszej komnacie, drzwi nagle skrzypnęły i do środka wsunęła się z rumorem wielka drewniana balia, przytrzymywana przez mocarne łapska zarządcy Engana.
- Flint gadał, że szlachetne panny myją się raz na tydzień, a zostaniesz na tyle długo, że lepiej byś miała własną, a nie plątała się po łaźni.
I pomyśleć, że uważała, że życie na Murze jest proste. Klanowiec wykazał się iście dworską finezją. W tym podarunku zdołał upchnąć kolanem informację, że ojcu wściek już przeszedł i zdanie się odmieniło, Alysa zostanie na Murze na dłużej... i że sam Flint nieustannie będzie dokładał starań, aby podczas pobytu było jej w miarę wygodnie. I tak też było, przez bite trzy tygodnie...

Jednego wieczoru, gdy ojciec poszedł już spać, Alysa przekupiła Mance Raydera bukłakiem wina, aby zaśpiewał jej tę słynną pieśń, której ojciec zakazywał śpiewać, jeśli nie gościli akurat Skagosów. Pieśń o Errandzie i Sahayedzie. „Durnej cipie i jej kurwigrajku”, jak napisał jej ojciec w ostatnim liście, który otrzymała. Język sprzed sześciu setek lat był ciężki i twardy, ale pewnie i wśród śniegów inaczej kochać się nie dało. Alysa nie znalazła w pieśni niczego, co by ją oburzyło. Znalazła za to coś, co było bardzo zastanawiające.
- Errand umarł w Wieży Cieni. Tam go pochowano.
- Ano.
- Macie w zwyczaju wożenie zmarłych wzdłuż Muru przez... jakieś czterysta mil?
- Był szlachetnego urodzenia... sama wiesz, Alyso, jakie wy szlachta cuda wyprawiacie. Nawet po śmierci nie dacie człowiekowi spokoju, wstydu nie macie żadnego.

***
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 28-09-2012 o 13:33.
Asenat jest offline  
Stary 28-09-2012, 13:42   #5
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację

W nocy ścisnął mróz i na nocnym niebie rozpaliły się warkocze migotliwych, drgających świateł, które obserwowała zachwycona z okna swej komnaty. Spała źle, dręczyły ją koszmary i wstała równie zmęczona jak się położyła. Rano zaś mróz puścił i Mur zaczął płakać.
- Warkocz Kusicielki – powiedział jej maester Aemon przy śniadaniu. - Niezwykłe zjawisko. Mówią, że przynosi szaleństwo i ludzie stają się tacy, jakimi są naprawdę. Pod Warkoczem Kusicielki spadają maski.
- Pod Kudłami Kurwy wszystkich pierdoli ze szczętem, od góry do dołu – zgodził się Ulmer. - Uważaj, Alyso – dodał już ciszej. - To prawdziwa prawda. Trzymaj swojego pięknisia blisko siebie i miej oczy wokół głowy.
- Ile to potrwa?
- Dzień, może dwa – ocenił measter Aemon. Fallon Farwynd snuł płaczliwą opowieść o tym, jak jako dziecko na Ostatnim Świetle zgubił obciążnik do sieci i ojciec wlał mu wiosłem, a potem zostawił na plaży na całą noc. Marbran milczał ponuro, dopóki Septa nie zaczął kłócić się z Ulmerem. Oczy Flinta mówiły jasno, że Pierwszy Zarządca przepłakał pół nocy, a drugie pół nie spał. Już przy śniadaniu wybuchnęły dwie bitki i Alysa zaszyła się w swoim pokoju i próbowała zdrzemnąć.

Obudziło ją walenie do drzwi. Było późne popołudnie.
- Maester Aemon cię wzywa, pani.
- Coś się stało?
- Septa spadł z konia.

Willam Snow już przy śniadaniu wydawał się jej blady i niewyraźny i prawie nic nie jadł. Jednak myśl, że jakiś koń mógłby go zrzucić była jakaś taka... nieprawdopodobna.
A jednak leżał bez ducha na wąskim łóżku w komnatach Aemona, z wywróconymi białkami oczu, przez nogi i ręce przebiegał mu raz za razem dziwny dreszcz. Był nieprzytomny i rozpalony jak piec. Jakiś cuchnący stajnią jasnowłosy młodzik poklepywał go po policzkach.
- Spadł – rzucił do Alysy.
- Uderzył się? - obmacała czaszkę kawalkatora i nie trafiła na nic niepokojącego.
- Nieee... zsunął się po boku. Zemdlał chyba.
- Ta gorączka jest dziwna, dlatego cię wezwałem – zaznaczył maester Aemon i w trójkę nachylili się nad chorym.
- Może się zatruł?
- On nie jadł prawie nic od dwóch dni – wyznał młody. - I nie pił bebłot Ulmera – zaznaczył na wszelki wypadek.

Usta Willama Snowa drgnęły i poruszyły się.
- On coś powiedział! Co on powiedział?
- Nic nie słyszałem.
Młody chrząknął. - Powiedział, że wali mu z mordy padliną.

Nachylili się jeszcze niżej nad ustami Willama.
- Pierwiosnki to to nie są – oceniła Alysa. - Ale padlina też nie.
- Ja nic nie czuję – zaznaczył Aemon.
- Śmierdzi jak każdemu – wyznał młody.

Willam Snow


Biegła ku niemu, mała kulka szarych futer, zanosząc się śmiechem. Willam wytrząsnął spod kaftana mokry śnieg, który mu tam wepchnęła pełną garstką. Uciekała i zawracała, aż wreszcie ją dopadł, też roześmiany i wtarł w jej policzki śnieg z błotem, ten pierwszy śnieg, który spadł wczesną jesienią i zaraz począł topnieć. Pierwszy i zarazem ostatni śnieg w jej życiu.

Odwinęła się w jego uścisku i zatopiła ostre zęby w jego przedramieniu.

***

Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Ogniem w ciemności.
Rogiem, który budzi śpiących.
Tarczą, która osłania krainę człowieka.

A gówno prawda. Starym człowiekiem jestem.

Jestem napierdalającą głową Septy.
Jestem flakami Septy, zawiązanymi w supeł wokół Septy kręgosłupa i będę rzygał, niech no tylko wstanę...


Willam Snow otworzył oczy i jęknął, bo blady świt za oknem oślepił go jak cios buzdyganem między oczy. Uniósł się na łóżku i pomału spuścił stopy na zimną podłogę. Głowa gibała mu się na szyi wte i we wte, dla równowagi nogi miał sztywne jak z drewna. Żeby jeszcze pił coś, ale gdzie tam. Cierpiał skutki przepicia bez picia. Struł się czymś i nie wiedział czym. Już wczoraj było fatalnie, a dzisiaj będzie jeszcze gorzej.

Ledwie odnotował wejście Marudy... nie, wróć. Eddisona Tolleta. Tak się nazywał. Nowy rekrut.
- W nocy przeszedł Warkocz Kusicielki – zagaił chłopak, a gardła Septy dobył się w odpowiedzi bliżej nieokreślony bulgot.
- To cudownie. Czy ktoś już kogoś zabił? - wydusił wreszcie Septa z głębin ściśniętych trzewi Septy, przez przelewające się wodospady nadprodukcji żółci.
- Zamknąłem stajnie – odparł szybko chłopak. Będą z niego ludzie, znaczy.
- Trzeba łajno wygarnąć, bo po pęciny już koniom sięga.
- Tak też sobie pomyślałem, jak zobaczyłem światła na niebie i jak zobaczyłem ciebie...
- Że co?
- Że wstał nam dzisiaj naprawdę gówniany dzień.

Willam próbował się zerzygać, ale mu nie szło. Poczołgał się więc na śniadanie, a gówniany dzień rozlewał się po horyzont nieprzebytym morzem łajna.
- Nie dam ci pieniędzy, Willam – oczy Flinta mogły być przekrwione i załzawione, ale Pierwszy Zarządca i tak okopał się w twierdzy swoich racji.
- Jak mam kupić konie bez pieniędzy?
- Ja nie wiem – Flint rozłożył ręce, z rękawów posypały mu się pomięte karteluszki. - Przecież ja ci nie ze sknerstwa odmawiam. Nie dam, bo nie mam.
Koniuszemu Czarnego Zamku odbiło się żółcią.
- Dobrze. Dobrze! Ulmer, Mordeczko, kiedy za Mur jedziesz?
- Będzie za trzy cztery dni...
- To nie pojedziesz, bo ja ci koni nie dam. Nie ze sknerstwa, nie, skąd. Nie dam, bo nie mam!
- Jak ci zaraz...
- Spokój – rzucił Marbran, przerywając szeptaną rozmowę z córką i Aemonem. - Willam, nie ma pieniędzy. Oprócz wielu innych rzeczy nie ma też złota. Musisz znaleźć inny sposób. Może rozmnóż te konie, co je mamy?
- W cztery dni? Poza tym, żadna klacz się nie grzeje i... - zamilkł, bo Marbran najpierw uniósł palec, a potem przechylił się przez stół, objął go dłonią za kark i przycisnął czoło do jego czoła.
- Właśnie przyjechał Joran. Właśnie mi doniósł, że dzicy przełażą przez Mur w okolicach Długiego Kurhanu, bo bardziej niż Skagosów boją się Toczącej się Czaszki. Czaszka ponoć skrzykuje ludzi. Lord Stark wespół z Boltonem ślą kruka za krukiem, bo im się dupy marszczą ze strachu przed Skagosami. W nocy przeszły Kudły Kurwy i jeszcze przed świtem musiałem rozsądzać bójki... Willamie. Oszczędź mi w taki dzień jak ten szczegółów z pożycia intymnego koni z łaski swojej. I. Znajdź. Nam. Wierzchowce.

Willamowi opadło wszystko, co nie opadło mu do tej pory. Jak przez gruby mur słyszał, że Farwynd żali się Joranowi, że ojciec go bił, a matka nie kochała. Zwiadowca o dziwo słuchał tego rzewnego smucenia, nawet z pewnym współczuciem. I temu się Septa nie dziwił, bo wiedział, że Żelazny Człowiek, który łupił Lannisterów i łupiony Lannister na Murze zapałali do siebie niezwykłą przyjaźnią. Dziwił się, że Fallon miał rodziców. A Septa zawsze myślał, że grubasa może wywaliło podczas sztormu na brzeg jak gnijące truchło wieloryba.
- Snow, wezmę za ciebie wartę – rzucił mu cicho Qhorin i Septa poczuł coś na kształt wdzięczności. Mógł się zaszyć u siebie i pocierpieć w spokoju. Oraz, oczywiście... Znaleźć. Nam. Wierzchowce.

Cztery godziny potem znajdywanie wierzchowców dalej tkwiło na etapie „Do Lorda Rickarda Starka, Namiestnika Północy, Lorda Winterfell...” oraz brzydkiego kleksa pod spodem. Na tym też etapie znalazł go Joran Lannister, który był wysyłał kruki do Wschodniej Strażnicy i przy okazji zgarnął list, który przyszedł do Willama. Pergamin skakał w rękach Septy jak mysz, a oczy nie mogły się skupić na literach.
- Przeczytam ci – zaoferował Lannister i przeczytał. - Czy pamiętasz takiego konia, Horna, takiego kudłatego trochę, gniadego, ze śladem po zaleczonej grzybicy wokół ucha, który nie porósł sierścią. Spod twojej ręki. Czy myślisz, że koń może oszaleć? Co by zrobiło, żeby koń oszalał? Lars, koniuszy Wschodniej Strażnicy, ręką maestera Mikaela.
- Oni tam wszyscy nad morzem poszaleli! - eksplodował Septa. - Lars że wysyła kruka w sprawie konia! I Najlepszy też dobry, że mu tego kruka wysłał! Jasssssne!
- Nie wygląda to składnie – przyznał Joran.
- Składnie? To się kupy nie trzyma! Żarty się was tam trzymają?! Dupie uszy chcecie dorabiać?!

I urwał, bo własny eksplodował mu w czaszce miriadami igiełek bólu.
- Połóż się.
- Nic mi nie jest.
- Oczywiście. Połóż się, bracie.

Septa się jednak nie położył, bo oprócz tego, że go bolało, to go jeszcze zaczęło nosić i nie mógł patrzeć ani na jeden, ani na drugi list. W stajni Ed Maruda machał dzielnie widłami.
- Łajno tu, łajno tam, wszędzie łajno – podśpiewywał sobie przy pracy i nagle zamierzył się na Willama widłami.
- Gdzie? - huknął Willam.
- Wybacz, panie – zmitygował się Ed. - Zlałeś się z tłem.
- Bardzo kurwa śmieszne. Osiodłaj Pioruna, objadę go kawałek po dziedzińcu chociaż. Niech coś będzie dobrego z tego gównianego dnia.

I przy drugim okrążeniu wszystkie problemy Willama nagle cudownie się rozwiązały. Zrobiło mu się naprawdę słabo. Najpierw spod tyłka odjechał mu koń, a potem styrana dusza Septy odjechała w mrok.

***


Była noc, ale niebo nad Murem drgało i pobłyskiwało w światłach Warkocza Kusicielki. Maester Aemon ostrzegał go, że może to sprowadzić dziwne sny i dziwne myśli, ale nic takiego mu się nie przydarzyło... choć niektórych z braci faktycznie popierdoliło ze szczętem. Willam po prostu nie mógł spać, bo mu światła zaglądały w okno. Więc snuł się po dziedzińcu jak smród po portkach i podziwiał. W końcu, piękne to to było, i zdarzało się ponoć nieczęsto, warto popatrzeć.

Tedy i łaził z zadartą głową, chociaż zimno było, że aż strach. Ostatni taki mróz poprzedniej zimy. Właśnie dlatego był pierwszym, który powitał przy tunelu powracającego z dalekiej wyprawy za Mur Qhorina. Wpierw poczuł niemożebny wkurw, bo choć tego konia na którym zwiadowca zjechał widział po raz pierwszy, to niewątpliwie koń nadawał się już tylko na kiełbasy. Qhorin był w lepszym stanie... ale tylko niewiele lepszym, wychudzony jak śmierć, blady jak śmierć i cuchnący jak psujący się trup. A potem zobaczył, kogo zwiadowca przyciągnął ze sobą na drugim koniu, którego jeszcze można było wielkim nakładem sił i środków ratować. Zobaczył i go zatkało.

Dziewczyna tkwiła na siodle wczepiona dłońmi w łęk jak kot. Równie zabiedzona jak Qhorin, z wielkimi czarnymi oczami rozpalonymi ogniem gorączki, piegami odcinającymi się ostro od bladej twarzy. Miała najwyżej kilkanaście lat, dziecko niemal.
- Moruad zsiadaj – polecił jej zwiadowca, dziewczyna posłusznie uniosła się i oklapła zaraz z powrotem.
- Posikałam się – jęknęła ze wstydem i schowała twarz w futra. - Posikałam się i przymarzłam do siodła...
- Willam, ściągnij ją – warknął Qhorin, a dookoła nich nagle się zaroiło od braci. Septa próbował wykonać polecenie, dziewczyna leciała mu przez ręce, miękka i bezwładna. I gorąca jak piekło.
- Qhorin, do Lorda Dowódcy!
- Zaraz! Ona ma gorączkę! To nie zaraza jakaś? - zaprotestował Septa i został zignorowany doszczętnie. Qhorin odszedł, za nim inni, a Septa został sam. Kiedy zaś wreszcie oderwał dziewczynę od siodła, na własne oczy się przekonał, że nawet jeśli się posikała, to nie stanowiło to sedna problemu. Futra, w które była owinięta były przesiąknięte gęstą, czarną niemal krwią, krew zamarzała parując na siodle.

- Ktoś mi może pomóc? - mruknął Willam pod Warkoczem Kusicielki. - Nie? Tak myślałem, kurwa. Jak zwykle. Hopla, dziewczyno. Idziemy do maestera.

Nie mogła iść, więc wziął ją na ręce.
- Jesteś ranna?
- Ranna... - poświadczyła, albo tylko powtórzyła za nim drewnianym głosem.

Kiedy położył ją w komnatach Aemona i pilnował, dopóki maester nie wróci z baterią swych tajemniczych buteleczek i flakoników, nagle się rozpłakała. Pomiędzy jednym a drugim spazmem Willam wyłowił tyle, że chciała tylko złota. Tylko złota i rudego Flinta i czy innego Norreya, żeby ją wziął za żonę, a teraz wszystko stracone. Rozpaczliwe dramaty dziewczątek płaczących, że nigdy nie znajdą męża nie były Sepcie obce. Miał w końcu siostry. Toteż odpowiedział najlepiej jak umiał, że maester zaraz przyjdzie, że twarzy jej nie poharatało i dalej jest ładna, że dla takiej twarzy całe stada Flintów i Norreyów będą się tłuc po mordach. Łzy wyschły jej w jednej chwili.
- Masz dobre serce. Ale nie masz racji.

Lord Dowódca zszedł do niego nad ranem do stajni i zastał go czyszczącego zapamiętale okrwawione siodło, na którym przyjechała dziewczyna.
- Wywal to. Nie. Spal to. Jeszcze dzisiaj, teraz. I, Willamie... nic nie widziałeś. Durne plotki to ostatnia rzecz, jakiej mi trzeba.

***

Biegła ku niemu, mała kulka szarych futer, zanosząc się śmiechem. Kiedy ją złapał, odwinęła się w jego uścisku i zatopiła ostre zęby w jego przedramieniu. Czuł się źle, dlatego jej się udało. Czuł się słabo i okropnie śmierdziało mu z gęby.

I wtedy zdał sobie sprawę, że jest obserwowany. Na polu śniegu rosły trzy czardrzewa. Usta wszystkich trzech twarzy drgnęły, otworzyły się trzy pary oczu. Gałęzie jednego z drzew wyciągnęły się ku niemu i gładziły po nagiej piersi. Korzenie innego boleśnie przebiły skórę na boku i Willam wrzasnął.
- Patrz! - rozkazała Twarz Pierwsza.
- Słuchaj! - rozkazała Twarz Druga.

- Dlaczego tak mi z mordy jedzie? - poskarżył się Twarzom. - Padlinę żarłem?

- Obudź się! - rozkazała Twarz Trzecia i nadeszło światło.

I niewiele się, generalnie, zmieniło. Wisiały nad nim trzy Twarze.

- Pierwiosnki to to nie są – powiedziała Twarz pośrodku, twarz należąca do Alysy Qorgyle. Coś smyrało Willama po piersi i nie były to wcale gałęzie czardrzewa, tylko włosy Alysy. - Ale padlina też nie...
- Ja nic nie czuję – oznajmiła Twarz po Lewej, otoczona wianuszkiem siwych włosów twarz Aemona. Maester właśnie ugniatał mu sękatymi palcami okolice wątroby, czy może trzustki.
- Śmierdzi jak każdemu – oceniła Twarz po Prawej, ani chybi twarz Marudy Tolleta. - Dajmy mu lekarstwa Ulmera. Pomoże mu albo zabije. O patrzcie! Chyba nas słyszy! Lekarstwo Ulmera działa nawet niepodane!

Samotny


Leżał w wykrocie już drugi dzień. Nie powinien, wiedział, że nie powinien tykać tego łosia, mięso leżało zbyt długo i cuchnęło, ale głód był silniejszy. Teraz leżał, cierpiał i czekał, aż przejdzie. Mimo wszystko z pełnym brzuchem. Przejdzie, jak zawsze przechodziło. Usłyszał głos rogu, ale nie wyszedł ze swojej kryjówki. Żył tu nie od wczoraj i wiedział, że jeśli słychać rogi, to jacyś czarni jadą z lasu, by zniknąć w trzewiach lodowej góry. Tacy go nie interesowali. Ułożył się wygodniej i zasnął.

Biegła ku niemu. Mała kulka szarego futra.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 28-09-2012 o 13:58.
Asenat jest offline  
Stary 01-10-2012, 11:37   #6
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Joran Lannister


Cisza, kiedy już złożysz przysięgę, staje się pojęciem względnym. Podobnie jak samotność. Brat z Nocnej Straży nigdy nie jest sam. Zostaje przeklęty lub pobłogosławiony towarzystwem podobnych sobie martwych ludzi, którzy na południu nie mają już czego szukać.
Przy kominku parowała armia przemoczonych butów. Wysokie, wyłożone krecią skórką buty Jorana przy rozdeptanych buciorach jego zastępcy Wiotkiego wyglądały niemal na buty kobiety. Joran miał małe, wąskie stopy o wysokim, arystokratycznym podbiciu. Wiotki miał nogi wielkie jak czółna i szerokie jak końskie kopyta... dzięki temu, jak sam twierdził, nie zapadał się w bagnach Przesmyku. Wiotki gadał do siebie przez sen, przez kotarę dobiegał jego zaaferowany głos. Nawet przez sen składał raporty. Albrecht Snow pojękiwał przy każdej zmianie pozycji, rana musiała mu doskwierać i nie dziwota – zanim Wiotki zszył go, jeszcze za Murem, przez cięcie wyglądały sploty kiszek. Ale Albrecht przeżyje, Joran był tego pewien, przeżyje nawet pomimo leczenia Najlepszego Maestera, na jakiego zasłużyli martwi ludzie. Aenys Florent, Tregar Piątka i Czerwony Desmond chrapali w tercecie, Aenys cienko i przenikliwie, Tregar zachłystując się własnym oddechem, a Desmond głośno i burkotliwie, jak wszystko, co robił. Joran jako szlachcic i dowódca mógł mieć własną, niepozbawioną pewnych wygód celę. Odmówił. Był martwym człowiekiem. Wolał sypiać obok swych martwych braci, dzień i noc słuchać, jakie są ich radości i smutki. Piętnastu jego najlepszych ludzi – jeszcze niedawno było ich dziewiętnastu – wykończonych długim pościgiem za dzikimi, walką i powrotem na Mur w jesiennej upierdliwej, marznącej mżawce – spało lekkim snem zwiadowców i bezpiecznej komnacie Wschodniej Strażnicy. Ktoś zakaszlał przez sen, ktoś się poruszył. Lionel wyszeptał nieobecnym głosem imię kobiety, ktoś jęknął „nie umieraj”. Albrecht jęczał i Joran wstał, by dać bratu wody.
Wiotki poderwał się, gdy tylko Joran postawił stopy na podłodze.
- Dokąd idziemy? - zapytał, zanim jeszcze otworzył oczy.
- Nigdzie. Śpij.
Poprawił Albrechtowi opatrunki i przysiadł przy kominku, by jeszcze raz przeczytać listy.

Do Jorana Lannistera, starszego nad zwiadowcami Wschodniej Strażnicy
Gdy tylko znajdziemy maestera godnego by dołączyć do odważnych braci na Murze, szlachetny pan będzie wiedział o tym pierwszy.
Gunthor, maester Cytadeli, sekretarz


Aha, czyli nie. Czyli pocałujcie Cytadelę w dupę, dzielni bracia, nie mamy dla was nikogo. Nawet nie szukamy, ale nie wypada nam tego powiedzieć wprost. Joran przez chwilę miał ochotę zmiąć pergamin i cisnąć go w płomienie, zamiast tego wsadził go do kamionkowego dzbana po miodzie, obok trzydziestu innych, podobnych odpowiedzi. Cytadela słała dworne odpowiedzi, a jemu umierali ludzie, których można było uratować. W walce stracił tylko jednego... trzech zmarło już we Wschodniej Strażnicy. Derekowi sam wbił nóż w serce, bo maester Najlepszy rozłożył bezradnie ręce nad zapapraną raną, a Joran nie mógł patrzeć, jak Derek się męczył. Mieli ginąć w obronie Królestwa. Ginęli od chorób, na które były leki – ale oni ich nie mieli, ginęli od ran, które można było zamknąć – ale potrzebny był ktoś, kto wiedziałby jak. Umierali, tym razem prawdziwie – bo nikogo nie obchodzili.

Joran,
Harga 30 mil od Czarnego Zamku, 90 ludzi. Przysiągł pokój. Zostaje na zimę. Latający Wąż martwy, biją się. Wodzem jego syn lub brat. 100 ludzi. Arrec Złamany Topór idzie morskim brzegiem na południe, 200 ludzi lub mniej. Kobiety i dzieci. Trwaj w zdrowiu, bracie.
Qhorin, ręką maestera Aemona


Potarł oczy i sięgnął po wino. Należało za to wypić. Harga był starym, złośliwym, wrednym dziadem, ale skoro ruszył zad pod czardrzewo i wydusił zza połamanych zębów, że nie ruszy Straży, będzie się tego trzymał aż do roztopów. Joran żałował, że Półręki nie wzniósł się na wyżyny elokwencji i nie napisał, jak zginął Latający Wąż. Polowali na niego obydwaj... a teraz dopadł go kres. I bardzo, kurwa, dobrze. Jego oddział rozbije się teraz pomiędzy wodzuniów mniejszego formatu. A mniejszych łatwiej skubnąć. Arrec trochę go zmartwił, bo Joran wolał, by siedział tam, gdzie siedzi, a nie właził Żmiji na jej tereny – ale trudno. Idzie zima, dzicy jako zwykle się ruszają, każdy chce sobie wymościć wygodny, cieplutki barłóg przed mrozami. Ktoś będzie się musiał usunąć, ktoś dostanie w łeb, aż wreszcie zapadnie spokój, przysypany zaspami. Nowy kształt sił za Murem nie wyglądał tak źle i Joran naprawdę mógł się za to napić. Napił się i za Qhorina, którego Lord Dowódca praktycznie uwięził w Czarnym Zamku. Joran się temu nie dziwił ani trochę – gdyby głowa Półrękiego sfrunęła z barków na jakimś zwiadzie, ugoda ze Skagosami mogłaby pójść w zdecydowanie nieciekawym kierunku. Moruad rzadko bo rzadko, ale czasami brała sobie do serca słowa zwiadowcy. Mimo wszystko – żal mu było brata. Rozumiał, że serce może się rwać za Mur. Zwiadowca zamknięty w zamku był bezużyteczny i gnuśniał.

- Joran! - ktoś go poklepał po twarzy. - Pany Lannister! Trzeba wstać!
Nachylało się nad nim brodate oblicze Nuka i łasicowata gęba Wiotkiego.
- Już, co...
- Żmija przyszła. I syn Gormunda. I Szybki Jyck. I Cedrica Ręka Sztormu. I...
- I cholera idę już. Wprowadźcie ich, do sali wieczernej, dajcie...
- Pany Lannister. Pany Bettley zakazał dzikich wpuszczać za Mur. Są pod bramą. Ognisko sobie rozpalili.

Żmija się wścieknie.

- Jest jeszcze coś, o czym nie wiem?
- W nocy przyleciał kruk z Czarnego Zamku – westchnął Wiotki. - Qorgyle każe ci złożyć kurtuazyjną wizytę Skagosom. Blane doniósł, że łażą po strażnicach i Pająk się wkurwił. Masz przemówić Skagijce do rozumu.
- Nuk, znajdź jakiś kawał mięsa. I wino, dużo wina – skoro Bettley zabronił puszczać dzikich za bramę, Joran podejmie ich pod bramą. Sojusze z dzikimi trzeba pielęgnować i podlewać winem, inaczej usychają.

A Żmija faktycznie była wściekła. Nawet podlana winem była wściekła i Joran diabelnie dobrze ją rozumiał. Ile to już lat... dużo. Obydwoje byli młodzi, choć nie... to on był młody. Żmija była tylko... młodsza niż teraz. Jego pierwszy sojusz, i choć zawarł potem znaczniejsze i ważniejsze, ten okazał się najtrwalszy. Jego pierwszy błyskotliwy plan na Murze – by zawrzeć sojusz z dzikimi rybakami i na ich łodziach przeprawić się na tyły plemienia, które szarpało i ludzi Żmii, i Straż. I choć były potem plany o niebo bardziej błyskotliwe i lepiej przeprowadzone, ten był pierwszy i zajmował w sercu Jorana poczesne miejsce. Teraz zaś Żmija siedziała przy ognisku, wiatr targał jej siwymi kłakami, i pluła mu jadem w twarz. Jej córka Cedrica milczała gniewnie, a inni przywódcy rybackich wiosek pchali się na wyprzódki przed siwowłosą Żmiję o przywiędniętej twarzy, by uzupełnić ten obraz nędzy i rozpaczy własnymi spostrzeżeniami.

- Ja się ciebie nie czepiam – syczała Żmija przez ognisko. - Ale wychodzi mnie, żeście poszli ze Skagosami baraszkować i my teraz nieważni są.
- Nic z tych rzeczy. Miałem do ciebie jechać. Arrec idzie na twoje ziemie.
- Arrekiem ty mi Czarne Serce gęby nie zatkasz – parsknęła. - Nie znasz go. Ja znam. Pobijemy się trochę, potem pogodzimy i spokój będzie. Mi o to idzie, żeś poszedł ze Skagosami do łóżka.
- Nie przypominam sobie... musiała być niezła popijawa.
- Joran – odezwała się milcząca dotąd Cedrica i przysiadła się bliżej. Jej miedziane włosy pachniały skrzypem i dębową korą. Była piękna – tak piękna, jak potrafią być dzikie kobiety. - Matka jest gniewna. Skagosi od paru lat częściej nas... odwiedzali. Ale nie wszczynali burd, pytali tylko o stare opowieści, o Sahayedę i Erranda. Tośmy i ich puszczali. Potem znikli. Teraz znowu przypływają, i znowu łupią, mordują i porywają kobiety. Obiecałeś nam ochronę. Przysięgałeś. Czy słowo Jorana nic nie znaczy?

Wtedy, lata temu, gdy zawierał z nimi sojusz, właśnie to im dał. Chcieli broni – ale powiedział, że da im coś lepszego. Ochronę i swoje słowo.

- Jest coś jeszcze – mruknęła Żmija i zamachała pustym bukłakiem, więc podał jej własny. - Doszły nas słuchy, że magnar Skagos dogaduje się z Toczącą się Czaszką. Że płaci mu solą za sojusz. I że Czaszka zbywa go tylko dlatego, że chce więcej soli. Wiesz o tym, Czarne Serce? Nie? A to by znaczyło, żeście tę sukę Moruad dopuścili pod własną pierzynę, głaskacie w każdą stronę i cieszycie się durni, że wam mruczy pod ręką... a podczas gdy wy słuchacie jej kłamstw, jej brat dogaduje się ponad waszymi głowami z przyszłym Królem za Murem!
- Czaszka ogłosił się królem?
- Jeszcze nie. Ale nie liczyłabym, że poczeka, aż wam wrony rozum wróci!
- Obiecałeś nam, Joran!
- Przyrzekłeś nam ochronę!
- Znalazłeś nowych przyjaciół, toś o starych zapomniał?!

***


Skagoski wojownik o twarzy naznaczonej czerwonym wykwitem oparzeliny górował nad nim wzrostem. Miał wielkie bary, wielkie łapy i wielki topór. Zza jego pleców szczerzyła do niego dziwnie ostre zęby wysoka, smukła kobieta o dzikich oczach w wytatuowanej twarzy i miękkich ruchach polującego kota. Te zęby chyba ktoś jej połamał, tak dziwnie równo. To była bezpieczna myśl... bo taka, że spiłowała je sobie sama, żeby były ostrzejsze, mogła zaburzyć spokojny sen na długie noce. Druga z kobiet stojących za Hwarhenem z klanu Crowl była młodziutka, przez gładką twarz ciągnęła się cienka blizna, ta stała spokojnie i spoglądała z rozwagą.
- Joran? - wyraził powątpiewanie Hwarhen Crowl. - Joran Czarne Serce? - zmierzył go powtórnie wzrokiem. - A nie wyglądasz!
Wiotki oderwał zafascynowane spojrzenie od wytatuowanej Skagijki i szturchnął Lannistera w bok.
- Hwarhen? Hwarhen Bez Żony? - pokazał palcem na dwie kobiety za plecami Skagosa. - A nie wygląda, co, bracie?

Ryk śmiechu odbił się echem od ruin opuszczonej strażnicy. Skagosi wybuchnęli jazgotem i poklepywali się z uciechy po udach. Najgłośniej śmiał się Hwarhen. Miał łzy w oczach i chichotał nawet wtedy, gdy doprowadził czarnych braci przed Moruad Magnar.

Nie zmieniła się od czasu poprzedniego spotkania. Miał wrażenie, że wcale się nie zmienia.
- Joran. Wiele czasu minęło. Usiądź. Jedz. Pij.
„Snag”, szeptał tłum za jej plecami. „Snag, snag”. Tak go nazywali. Wydra. Śmiał się kiedyś z tego przezwiska, dopóki Nuk mu nie wytłumaczył, że według skagoskich wierzeń wydra to najsprytniejsze zwierzę, które ukradło promień słońca i dało je ludziom, by mogli rozpalać ogień wśród długich nocy wiecznej zimy, w czasach, w których nie było lata.

***


Nie zmieniła się w ogóle. Joran miał wrażenie, że mówi do ściany lodu, jego słowa wylatują z jego ust i rozbijają się miękko o jej niewzruszony, lodowaty zimny spokój.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Skąd przypuszczenie, że mój brat zwierza mi się ze swych planów, trosk swego serca... czy czegokolwiek.
- Jesteś jego siostrą.
- Jestem Skagijką. On jest magnarem. Jestem jego owcą, a nie siostrą.
- Straż jest zaniepokojona, że Skagos może zawrzeć sojusz z Toczącą się Czaszką.
- Rozumiem zaniepokojenie Straży, Joranie z klanu Lannister.
- Ale go nie podzielasz?
Miała wielkie, czarne oczy. Oczy, w których jeśli patrzyło się zbyt długo, można zatonąć razem z głową, by nigdy się nie wynurzyć.
- Rzekłam. Czego z moich słów nie pojąłeś, Czarne Serce? Jeśli magnar będzie chciał przymierza z Czaszką, to je zawrze. Magnar jest bogiem. Jego wola jest wszystkim.
- Jeśli magnar będzie miał wolę uderzyć na Mur?
- To zapłaczę. Nad tobą. Nad sobą. Nad wszystkimi, którzy zginą. Ale moje łzy nie będą miały żadnego znaczenia, Joranie. Tak jak i moje zdanie.
Wbił wzrok w ognisko.
- Na razie twoje słowo traci na znaczeniu. Obiecałaś trzymać ludzi z dala od Muru.
- Obiecałam. I dotrzymuję.
- Czyżby?
- Och. Czy coś zostało zniszczone?
- Nie?
- Czy ktoś z moich ludzi zabił wronę?
- Nie.
- Zatem moi ludzie trzymają się z dala od Muru, Joranie. Uwierz mi – gdybym nie dotrzymała słowa, które dałam Półrękiemu, od razu poczułbyś różnicę.

Nie. Moruad Magnar zdecydowanie nie była owcą. Kiedy zapadła noc i przyszła, by go obudzić, bo niezbliżajacy się do Muru Skagosi wypatrzyli dzikich, którzy przez Mur przeszli, bynajmniej nie beczała jak owca. Za to wymogła na nim, by do pościgu za dzikimi dołączyła Alraun z klanu Rork, ta ze spiłowanymi zębami, i jej ludzie.
- Qorgyle wpuścił mnie ziemię Straży. Powiedz mu. Powiedz mu, Czarne Serce, że póki tu jestem, będę tej ziemi bronić. Nie przyjmę odmowy.

Joran Lannister w środku nocy poczynił jeszcze jedno ważne spostrzeżenie. Jeśli magnar Skagos będzie miał wolę uderzyć na Mur, a zapłakana Moruad będzie wówczas wolała być owcą – Joran chciałby zająć każde miejsce, które nie będzie znajdowało się naprzeciwko klanu Rork. Wszyscy mieli spiłowane zęby. Wszyscy wyglądali, jakby żywcem wyszli z dawnych czasów, kiedy magnarowie Skagos byli władcami ludzi i bestii, Boltonowie obdzierali żywcem Starków ze skóry, a posyłanie sobie uciętych głów, rąk i innych części ciała było powszechnie uważane za wyszukaną dyplomację. Rorkowie nie mieli koni, ale w niczym to im nie zawadzało. Alraun przytrzymywała się lekko jego strzemienia i biegła, nadążając za koniem w kłusie. Kiedy dopadli dzikich, nie miała nawet zadyszki. Miała za to mord w oczach.

***


- Piętnastu. Z jednej rodziny. Jedna miała nawet dziecko przy piersi – relacjonował Qhorinowi przy śniadaniu cztery dni później.
- Musieli się potwornie bać, skoro ryzykowali wspinaczkę z dziećmi.
- I bali się. Wiotki przycisnął jeńca. Powiedzieli, że uciekali, bo doszły ich słuchy, że Czaszka ruszył się na południe.
- Mówiłeś Moruad?
- Mówiłem. Powtórzyła raz jeszcze, że skoro dopuściliśmy ją na Długi Kurhan, będzie bronić tej ziemi. Kazała powiedzieć Qorgyle'owi...
- ... że żąda przebicia bramy pod Długim Kurhanem.
- Jako żywo.
- Mówiłem ci, bracie. Ona jest magnarem.
- Nie jest... jeszcze.
W szarych oczach zwiadowcy, z którym się przyjaźnił i rywalizował jednocześnie, pojawił się błysk rozbawienia.
- Oczywiście, bracie. A ty nie jesteś – już – Lannisterem.
- Byłeś już u Marbrana?
- Idę za dwie godziny.
- Ja za dwie godziny mam wartę za Septę – odparł wolno. - To nam daje dużo czasu na sprawdzenie, czy nauczyłeś się jakiejś podłej sztuczki od poprzedniego razu.

Joran wyszczerzył zęby. Nauczył się, i to niejednej, a kilka było naprawdę podłych. Nie dokończyli śniadania i niebawem dziedziniec rozbrzmiał pieśnią stali i krzykami gapiów. Najgłośniej darł się Fallon, któremu chyba już odpłynęły obudzone Kudłami Kurwy wspomnienia trudnego dzieciństwa, by zakopać się znowu głęboko w pamięci. Grubas klaskał i machał bukłakiem.
- Z prawej go, z prawej, Joran, tak jak wtedy!

Przerwał w połowie wyjątkowo podły wybieg, bo Qhorin odskoczył i zadarł głowę wysoko, pokazując mu coś końcem miecza. To była prosta sztuczka, ale zbyt często działała. Joran się zaśmiał. Fallon krzyknął przenikliwie. Qhorin zamknął oczy.

Jeden z wartowników na Murze, mała czarna sylwetka, odbił się od krawędzi i runął w dół.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 01-10-2012 o 12:56.
Asenat jest offline  
Stary 06-10-2012, 23:33   #7
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 1466 woltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumny
Minęły dwa tygodnie odkąd Erland i Moruad powrócili do siedziby klanu Crowl. Przez ten czas kobieta unikała towarzystwa Erlanda - zajęta przygotowaniami do wyprawy na Długi Kurhan, przyjmując kolejne delegacje, wydając rozkazy. Stary kapłan także nie szukał towarzystwa, bo co mógł jej powiedzieć? Że wręcz zgwałciła wszystko w co wierzył Szepczący, że odrzuciła wszystko czego jej nauczył w imię swoich celów. Starzec był zły i rozżalony, ale nie zrobił nic, dokładnie nic.

Był późny wieczór gdy Moruad przybyła do świętego gaju. Była sama, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie było z nią ani Hwarhena, ani tej bladej ciemnowłosej dziewki postępującej za nią jak cień... za którą z kolei postępował cicha śmierć, biały wilk. Byli sami. Czardrzewo wbite korzeniami w skałę, w której czarnych, przepastnych trzewiach Erland żył i śpiewał zmarłym wojownikom z klanu Crowl, roniło czerwone liście. Twarz drzewa była obliczem młodej dziewczyny, ze słodkimi ustami wygiętymi w delikatnym uśmiechu pełnym tajemnic.
- Wejdź i napij się ze mną - powiedział cicho Szepczący. - Powiedz w czym mogę ci pomóc Moruad z rodu Magnar - dodał szybko.
Weszła, schylając uprzednio głowę przed drzewem i po raz kolejny, by zmieścić się w niskim przejściu. Kapłan, który przed Erlandem zajmował tę grotę przed śmiercią powiedział Szepczącemu, że to dobre miejsce. Ta skała uczy pokory, nawet magnarów. Jeśli chcieli wejść i wysłuchać słów bogów, musieli zgiąć do ziemi sztywne karki... nie przewidział jednak, że magnarem może chcieć zostać kobieta tak niska, że wystarczy, by lekko uchyliła głowę. Przysiadła przy ognisku i położyła na płaskim kamieniu suszoną rybę i przysmak, w którym Erland wielce gustował, tłuczone owoce głogu z miodem.
- Unikasz mnie, Erlandzie Szepczący - mówiła zbyt cicho, by w grocie obudziły się echa, które tak przerażały jego gości. Tych zwielokrotnionych głosów nie musiała się jednak bać. Były niczym w porównaniu z echem, jakim odbił się w zaświatach jej czyn. - Zaszyłeś się wśród drzew i zmarłych i zostawiłeś swój klan bez opieki. Żywi potrzebują cię teraz bardziej niż zmarli. Wyruszamy jutro i wielu może zginąć. Poślesz ich do przodków bez błogosławieństwa? Chcę, byś ruszył ze mną na Długi Kurhan, Erlandzie, będą tam zmarli, którym nikt nie dał jeszcze pieśni i żałoby, i ich dusze błąkają się samotne pod Murem. Chcę, żebyś wstał, zszedł na wybrzeże, pobłogosławił łodzie, ludzi i wyprawę. Ale przedtem chcę, żebyś przestał milczeć, a zaczął znowu szeptać - ujęła w dłonie gliniany pucharek i uroniła kroplę miodu na ziemię, dla zagubionych duchów. - Nadal pamiętam... choć tobie chyba się zdaje, że to zbyt dla mnie odległe czy nieważne. Pamiętam, że kiedy wszyscy pochowali się w jaskiniach ze strachu przed nowym bogiem, ty znalazłeś w sobie siłę, odwagę i... bunt. Dla mnie. Czas, byś uczynił to po raz kolejny. Tym razem nie dla mnie. Tym razem dla wszystkich. Dla Crowlów i Stane’ów, dla mego klanu, dla Rorków z północy i Harlene’ów z południa. Złamałam twoje serce... przestań milczeć i szepcz. Jak ja mogę tobie pomóc, byś znowu znalazł siłę?*
- Nie możesz mi pomóc dziecko – odpowiedział Erland – nie przywrócisz mi młodości, nie dodasz siły, nie przebłagasz zmarłych. Wiedz, że nawet tysiąc pieśni na Długim Kurhanie nie spowoduje, że oni zapomną i że ja zapomnę… Widziałem ich twarze, twarze zapomnianych bogów, których imiona pamięta garstka ludzi na tej wyspie. Twarze wykrzywione w gniewie na mnie i na ciebie… - starzec zrobił krótką przerwę i zmęczonym głosem dodał – Prosisz o wiele dziecko, o bardzo wiele. Nie jestem młody Moruad, nie przypadkowo nie opuszczałem wyspy przez pięć ostatnich lat, ale dla ciebie magnar – słowo to Erland wymówił bardzo wyraźnie – udam się na Długi Kurhan i zaśpiewam zmarłym Crowlom, Stane’om, Magnarom, Rorkom i Harlen’om, dokładnie tak jak sobie tego życzysz. I będę prosić bogów by byli nam przychylni – wniósł kielich do góry, po czym wypił całą jego zawartość. – A teraz udaj się do mojego mlecznego brata i powiedz mu, żeby przygotował jednorożca na ofiarę. Odnalezienie kości Erranda Greystarka zasługuje na coś więcej niż kilka kropel pitnego miodu. Przybędę za dwie godziny. Idź.
Uśmiechnęła się. Lekko, samymi kącikami warg. Ze wspomnień Erlanda wypłynęło wspomnienie innego uśmiechu, krabów brnących w stronę morza, i własnych słów. “Gówniarze nie wiedzieli nawet, o co była bitka”.
- Nie, Szepczący. Twoje serce jest złamane i wahasz się. Nie potrzebuję mężów, którzy się wahają. Nazwałeś mnie magnarem ze strachu. Nie potrzebuję już takich, co się mnie boją, mam ich na pęczki. Złożysz ofiarę i pobłogosławisz wyprawę. Ale dołączysz do mnie na Długim Kurhanie dopiero wtedy, gdy będziesz pewny własnego serca. Zostaniesz i będziesz pytał bogów tak długo, aż raczą dać ci odpowiedź. Może to był mój błąd, że nie kazałam dla ciebie otworzyć innych grobów, tych, w których śpią magnarowie, którzy władali wyspą po Sahayedzie... Tak, to nie był pierwszy raz, kiedy zeszłam w otchłanie Domu Żywego Boga i zobaczyłam prawdę... źle, że nie pozwoliłam ci jej zobaczyć. Zapytaj więc bogów. Zapytaj, dlaczego w grobach tych, którzy panowali po Sahayedzie złota jest mało lub tyle co wcale... a we wcześniejszych leżały bogactwa prawdziwe. Zapytaj, choć odpowiedź ci się nie spodoba. Złóż ofiarę, lej krew na kamienie i pal zioła. Zapytaj Svena o Piersi Szerokiej jak Stół, czy jego słowo i jego hojność skończyły się wraz z jego śmiercią, czy sięgnęły poza jej granicę. A gdy to wszystko zrobisz, rozważ i moje słowa: Errand Greystark także był moim przodkiem. I jeśli mam wybierać, czyjego szeptu z zaświatów mam słuchać - jego, człowieka, który postawił własną cześć i dobre imię, by nie dopuścić do wojny, czy szalonej dziewki, która dla swego kaprysu poprowadziła dzielnych ludzi z klanów na pewną śmierć... zgadnij, kogo wybrałam. I przyjmę wszystko, co za tym wyborem idzie, tak jak i on to zrobił. Mówią, że na północy nie ma dróg, dlatego całe nasze życie zawsze jest pełne wyborów trudniejszych niż ludzi, którzy żyją na południu. Zapytaj bogów, Szepczący. A potem dokonaj wyboru. Dla siebie, dla klanu. I dla Skagos.

Wstała, otrzepując skóry z drobnego popiołu.
- Jeszcze jedno, Erlandzie - powiedziała cicho i łagodnie, odwracając się od wylotu jaskini - Nie chcę, abyś się mnie bał. Nie jestem moim bratem. Ale ostatni raz wydałeś mi rozkaz. Zrób to raz jeszcze, zrób to w obecności klanów, a zginiesz.
- A więc pomyliłem się - pomyślał gorzko Erland słysząc ostatnie słowa Magnar. - Masz mnie za tchórza i głupca - stwierdził, ale nie odpowiedział nic. Zrobił to w czym Crowlowie są najlepsi nic, dokładnie nic.

Gdy Moruad Magnar opuściła jaskinię Erlanda, starzec wstał i podszedł do starej skrzyni. Otworzył ją i wyjął z niej kilkadziesiąt monet różnego rodzaju, parę klejnotów. – Powinno wystarczyć – pomyślał oglądając je dokładnie, po czym schował je do worka. Pakowanie nie zajęło mu dużo czasu, bo i niewiele majątku kapłan posiadał. W plecaku znalazło się miejsce na różnego rodzaju maści i zioła, kości potrzebne do przepowiadania przyszłości i odczytywania woli bogów, miedzianą misę i przybory do przygotowywania maści. Reszta rzeczy była zbędna.
- Jeszcze jedna rzecz zanim wyruszę – stwierdził Erland i skierował swoje kroki w stronę świętego gaju. Chciał dowiedzieć się jaka czeka ich przyszłość i jak jest wola bogów.
Bogowie milczeli. Erland rzucał kości raz za razem, ale nie doczekał się odpowiedzi. Rozgarnął dłonią poznaczone runami Pierwszych Ludzi otoczaki, ostatni raz, bo czas mu już było iść. Wojownicy czekali przy łodziach na jego słowa, prowadzono już ofiarę. Spojrzał szybko na kości.
- Orzeł. Wydra. Szczenię. Pajęczyca na lodowej sieci. Mysz. Jednooki basior. Kruk. Kwiat. Czardrzewo. Rosomak.

Tylko tyle. Żadnej porady ani wskazówki.


***

Był późny wieczór gdy Erland znalazł w końcu czas by porozmawiać prywatnie z Nyhremem Niedźwiediem, wodzem Crowlów. Młodszy o 10 lat mężczyzna z postury był podobny do Hwarhena, ale z charakteru był zupełnie inny – nie tak otwarty i ostrożniejszy, choć w boju równie okrutny jak Bez Żony.
- Wyglądasz na zmęczonego bracie – powiedział Nyhrem do Erlanda – napijesz się miodu?
- Chętnie – odpowiedział kapłan – I tak jestem zmęczony Niedźwiedziu. Ofiara z jednorożca nie należy do łatwych, ale nie o tym chciałem z tobą porozmawiać.
- Sprawiłeś się zacnie! Padł za trzecim ciosem... nawet Wręcemocny potrzebuje pięciu! Ciągle jesteś silny, braciszku, ciągle dowalić możesz - zaśmiał się, zadowolony z ofiary, wziął to chyba za dobrą wróżbę. - A o czym mówić chciałeś?
- Zanim udam się z Moruad na Mur chcę poznać twoje zdanie na temat całej sytuacji.
- Ach - Nyhrem zatarł ręce - Idzie nam dobre, przyjacielu. Nie wiesz? Pewnie, że nie wiesz, boś ze swej groty łba nie wystawiał. Moruad przerobiła Stane’ów... oddadzą nam Wyspę Morsów. Na Długim Kurhanie zawrzemy przymierze... to dobre miejsce, dobre... Nikt nie będzie się bił na kościach zmarłych, bo nie uchodzi. I to dobre, dobre - dodał i dolał Erlandowi miodu - Spójrz, tyle lat przeszło, tylu bogów Skagos widziało, mniejszych i większych, odważnych i bitnych... ale tyle lat musieliśmy czekać, by odbyć wreszcie żałobę. Będzie dobrym bogiem, gdy Endehar, oby żył wiecznie, odejdzie do przodków. Tak, wiem, Endehar ma córkę... ale zbyt młodą i zbyt słabą. Moruad zasiądzie na kamiennym tronie w Królewskim Domu, Erlandzie, a wtedy dla Crowl’ów nastaną prawdziwie dobre czasy. Naciskać na nią nigdy nie chciałem, sam wiesz, jaka jest. Ale mają się ku sobie z moim najstarszym, ha! Powiadam ci, Erlandzie, dożyjemy jeszcze obydwaj czasu, w którym pod kamiennym tronem Skagos będzie się bawił nowy bóg, i krew Crowlów będzie płynęła w jego żyłach!
- Tak, masz rację bracie - stwierdził spokojnie Erland. Bo co innego mógł zrobić? Opowiedzieć Niedźwiedziowi o tym co widział w grobowcach Domu Żywego Boga? Zaśmiać się z przekonania Niedźwiedzia o Moruad mając się ku synowi Nyhrema? Szepczący znał Moruad dobrze i jeżeli miała się ku komukolwiek to ku wronie zwanej Qhorinem Półrękim. A i w to było Erlandowi trudno uwierzyć - Wypijmy za to, za krew Crowlów! - Erland wniósł wysoko kielich.
Nyhrem wyszczerzył w uśmiechu wszystkie zęby, które jeszcze miał i przepił suto do swego brata. A potem wypili jeszcze parę kielichów za pomyślność wyprawy Maruad, za przodków, za braterstwo.

Spotkanie z Nyhrem poprawiło humor Erlandowi, ale nie rozwiało jego wątpliwości. - Stąpamy po kruchym lodzie bracie - pomyślał, żegnając się z Niedźwiedziem. I była to prawda, prawda której pozostali Crowlowi nie chcieli dojrzeć... albo co gorsza którą odrzucili. - Zwycięstwo albo śmierć oto co nas czeka - stwierdził udając się do swej samotni. Tej nocy, po raz pierwszy od powrotu z Domu Żywego Boga, spał spokojnie.

***

Następnego dnia Erland wraz z wieloma innymi Crowlami, Stane’ami stali na wysokim brzegu i obserwowali jak kilkanaście potężnych statków Skagosów robi się coraz mniejszych i mniejszych, aż w końcu znikły daleko na horyzoncie. Wiatr im sprzyjał, co było dla Szepczącego dobrym znakiem.

Pożegnanie z Moruad była krótkie. Kobieta powtórzyła, że ma nadzieję że Erland dołączy do niej na Murze. Starzec spokojnie odpowiedział, że jak tylko bogowie dadzą mu odpowiedź to przybędzie do niej. Życzył jej też pomyślnych wiatrów - i tylko tyle, bo cóż więcej mogli sobie powiedzieć.

***

Minęły miesiąc zanim bogowie zlitowali się nad Szepczącym i ukazali mu przyszłość w kościach w jednej z najgłębszych jaskiń Crowlów i ich świętego gaju, gdzie nie schodził nikt oprócz Szepczącego i kapłanów przed nim.

Kobieta. Wrona. Czarne słońce nad nimi.

Palce mrozu na ziemi.
Palce mrozu na wodzie.

Dwa pierwsze znaki były jasne, Kobieta - Moruad, Wrona - Mur. Trzeci znak przeraził starca, ponieważ nigdy wcześniej go nie widział, choć wiedział aż za dobrze co oznacza. Czarne Słońce - znak nadchodzącej Długiej Zimy, znak przebudzenia Innych. Starzec nie potrafił jednak odczytać połączenia tych trzech znaków. Nie był pewien czy Czarne Słońce pochłonie zarówno kobietę jak i wronę, czy też wręcz przeciwnie tylko sojusz tych dwóch sił jest w stanie je powstrzymać. Nie miało to jednak znaczenia, jasnym było bowiem, że bogowie chcieli by dołączył do swych pobratymców na Długim Kurhanie.

Mężczyzna zebrał kości z kamiennego kręgu, wylał resztę pitnego miodu z bukłaku w podzięce bogom za pomoc i ruszył w górę gdzie czekał na niego Erebrar z Ognia, uczeń Erlanda. Mężczyzna miał 20 lat i potwornie zdeformowaną twarz, pamiątkę po pożarze który cudem przeżył. Jednocześnie był jednym z bystrzejszych spośród Crowlów, znał wiele zapomnianych pieśni i miał otwartą głowę. No i był najmłodszym synem Nyhmera Niedźwiedzia, a także osobą która opiekowała się Szepczącym gdy ten powrócił chory pięć lat temu i znalazł się zawieszony pomiędzy życiem, a śmiercią.

- Erebrarze - powiedział Szepczący głośno - Bogowie przemówili do mnie i kazali udać mi się na Długi Kurhan. Pomożesz mi się spakować i pod moją nieobecność będziesz opiekować się tym świętym gajem, a także śpiewać naszym przodkom pieśni.
- Nie jestem gotów...
- Milcz. Przez ostatnie pięć lat przekazałem ci wszystko co sam wiedziałem. Nie tylko zmarli na Długim Kurhanie potrzebują pieśni, nie tylko wojownicy którzy udali się z Moruad potrzebują naszej porady. Poza tym co mam zrobić Erebrarze z Ognia? Mam błagać bogów by zmienili zdanie, bo masz wątpliwości? Nie, Erebrarze, nie sprzeciwię się woli bogów. A teraz przynieść mi mój plecak.

Chłopak niechętnie spełnił rozkaz Szepczącego i parę minut później przyniósł jego plecak i niewielką torbę w której były głównie zioła i różnego rodzaju maści.

- Mam jeszcze jedną prośbę Erebrarze - powiedział Szepczący wyjmując worek z całym swoim majątkiem. - Gdy nadejdzie czas... gdy nadejdzie czas wykorzystasz to złoto i udasz się z córką Hwarhena albo za Mur, albo do Wolnych Ludzi.
- Nie rozumiem Szepczący.
- Wiem. Zrozumiesz gdy nadejdzie czas... - odpowiedział cicho. - A teraz chodź. Zanim wyruszę na Mur chcę zobaczyć jeszcze Trzy Palce Niebios.



***

Łódź kołysała się rytmicznie, a wysokie brzegi Skagos ginęły w oddali. Wiał zimny, jesienny wiatr, zawierający w sobie zapowiedź zimy. Mimo to Szepczący czuł ulgę - cokolwiek go czekało na Murze nie było już odwrotu, zastanawiał się tylko czy towarzyszący mu Stane’owie, Crowlowie, a nawet okrutni Rorkowie staną za Moruad gdy nadejdzie chwila próby. Zastanawiał się też co planuje Endehar, ponieważ Szepczący nie wierzył, że stary magnar będzie czekał z założonymi rękoma aż jego siostra powrócił w glorii chwały z Długiego Kurhanu, aż stanie się zbyt potężna by sprawę móc załatwić jednym prostym rozkazem bóstwa. A potem pod nosem zaczął cicho śpiewać pieśń, którą usłyszał kiedyś na ziemiach Starków od podróżnego barda.

Był sobie król
Był sobie paź
i była też królewna
żyli wśród róż
nie znali burz
rzecz najzupełniej pewna
Kochał ją król
kochał ją paź
kochali ją oboje
i ona ich kochała też
kochali się we troje

Lecz srogi los
okrutna śmierć
w udziale im przypadła
króla zjadł pies
pazia zjadł kot
królewnę myszka zjadła
Lecz żeby ci
nie było żal
dziecino ukochana
z cukru był król
z piernika paź
królewna z marcepana.
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.

Ostatnio edytowane przez woltron : 08-10-2012 o 18:09. Powód: Ujednolicenia imię młodszego kapłana :P
woltron jest offline  
Stary 10-10-2012, 18:00   #8
 
McHeir's Avatar
 
Reputacja: 22 McHeir jest na bardzo dobrej drodzeMcHeir jest na bardzo dobrej drodzeMcHeir jest na bardzo dobrej drodzeMcHeir jest na bardzo dobrej drodzeMcHeir jest na bardzo dobrej drodzeMcHeir jest na bardzo dobrej drodzeMcHeir jest na bardzo dobrej drodzeMcHeir jest na bardzo dobrej drodzeMcHeir jest na bardzo dobrej drodzeMcHeir jest na bardzo dobrej drodze
Kieł kłapnął zębami wyczuwając krew. Tyria położyła na łbie wilka swoją dłoń, próbując go uspokoić. Sytuacja już bez tego była napięta. Spojrzała jeszcze raz na Moruad jak gdyby czekając na propozycję innego rozwiązania sytuacji. Ale rozkaz już został wydany, Olram Stane jeszcze dzisiaj będzie oglądać bogów. W jednej chwili bez zbędnego rozmyślania, Tyria w duchu podjęła decyzję zgodną z wolą Moruad. Nie widziała bowiem żadnych korzyści z wojny, która mogłaby rozpętać się między Skagosami a wronami, gdyby Olram dotarł do magnara. Zło konieczne, pomyślała.
Skłoniła się Moruad i zatrzymała się przy wyjściu z namiotu, gdzie czekał już na nią Hwarhen. Tyria znacząco dotknęła swojego łuku i podeszła bliżej do wojownika.
- Jadąc na wschód z Olramem, w dogodnym momencie odjadę na bok, a ty zadasz mu cios. Od tyłu. Niech przed śmiercią patrzy w stronę swego domu, a po tamtej stronie niech stanie twarzą w twarz z bogami. Tyle przynajmniej dla niego zrobimy.
Potężny wojownik ściągnął usta w wąską kreskę.
- Dużo o tobie myślałem, wilczyco - powiedział ledwie słyszalnym szeptem - ale nigdy to, żeś mściwa i okrutna. Olram usiądzie wśród przodków w niesławie, bo odmawiasz mu godnej śmierci w walce - wilcze oczy zwęziły się w szparki. - Ale może i przy racji jesteś. Nie możemy ryzykować. Będzie po twojemu.
- Nie myślałam o zemście. A też nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby Olram jednak wypełnił zadanie.
Popatrzyła na białego wilka, który siedział teraz przy jej boku.
- Kieł będzie ci towarzyszył - dodała. - Przyda się jak Olram spadnie z konia. Gdyby coś nie wyszło to pamiętaj, że będę go mieć cały czas na celu.
Nie czekając na odpowiedź, Tyria wyszła z namiotu, by dołączyć do siedzącego przy ognisku Olrama. Stanęła za jego plecami i przemówiła jak najgrzeczniej.
- Olramie Stane, Moruad Magnar wydała polecenie, by wszystko to, co zobaczyłeś, dotarło do magnara Skagos. I tylko do niego, do nikogo innego. Tak więc będziemy ci towarzyszyć - i tutaj wskazała na Hwarhena - aż do morza. Bądź pewny, że magnar wynagrodzi ci trud, nagrodzi za odwagę i lojalność.
Jeden rzut oka na twarz Olrama jej wystarczył, by zobaczyć, że jej obecność mu nie w smak, że poczytuje to sobie za obrazę. Po chwili jednak na gębę Stane’a wypełzł grymas jakiejś okrutnej uciechy, jakby za jego niskim czołem przemknęła jakaś radująca go myśl. Rzucił szybkie, szacujące spojrzenie na Hwarhena, a potem oblizał wargi w bezwstydnym geście.
- Nagrodę odbiorę sobie sam, jak zawsze - zapewnił. - Ruszajmy.

Olram, skoro ubił jednego konia, dostał od Moruad drugiego na drogę. Trójka podróżnych wskoczyła na siodła i skierowała się na wschód, nad morze. Uśmieszek Stane’a towarzyszący jego słowom o nagrodzie zmroził Tyrii krew w żyłach skuteczniej niż chłód bijący od Muru.
- Nie zdążysz, - pomyślała z dziwną satysfakcją – nie zdążysz. Jeszcze dzisiaj zobaczysz bogów.

Po krótkiej jeździe głównym traktem łączącym morze z Czarnym Zamkiem, wyspiarze skręcili nieco na południe. Olram pytająco spojrzał się na Crowla.
- Nie chcemy chyba wjechać na wrony ze Wschodniej Strażnicy, prawda? – rzucił Hwarhen. – starczy nam przygód i bez tego…
Wojowie zaczęli rozmawiać między sobą, a Tyria po raz pierwszy od dłuższego czasu była wdzięczna Hwarhenowi, że podtrzymywał konwersację z Olramem. Pomogło jej to uniknąć pewnych jak zbliżająca się zima złośliwości Stane’a.

Jechali już dobre dwie godziny, czuć było morskie powietrze. Tyrię z zamyślenia wyrwał Hwarhen, który zwolnił i poczekał na Skagijkę. Wypuścili Olrama nieco do przodu, a Tyria spojrzała w wilcze oczy Crowla. Determinacja, lojalność, pewność siebie. Oto, co z nich wyczytała.
Zostając nieco w tyle, odjechała na północ tak, by miała dwójkę w zasięgu strzału. Zatrzymała się, zdjęła łuk z pleców i poprawiła nerwowo kołczan, który przyprawiła sobie do siodła. Hwarhen dostrzegł, że Kieł biegnie w ich stronę, by zaraz zatrzymać się przy koniu Crowla.
- Tchórzliwa, zdradziecka psia suka – mruknął Olram pod nosem jakby chciał oskarżyć Tyrię o ucieczkę.
- Poszła na zwiady. - odpowiedział Hwarhen – Jesteśmy blisko wron.
Wojownik z rodu Stane skierował konia na wschód, by kontynuować jazdę. Hwarhen natomiast rozejrzał się po okolicy, czy rzeczywiście nie mieli nikogo na karku. Byli tylko w trójkę. Za chwilę dołączyć miała Śmierć.

Hwarhen wyciągnął znienacka topór, podjechał do Olrama i sieknął wojownika w plecy.
A Tyria obserwowała z daleka.
Olram krzyknął, a jego chrapliwy wrzask wystraszył konia, na którym jechał. Wałach stanął dęba i zrzucił jeźdźca. Na to tylko czekał Kieł, który rzucił się rannemu do gardła. Olram ostatkami sił wpił palce w białą sierść, a później znieruchomiał w szkarłatnym śniegu.
Skagijka przyjechała na miejsce chwilę później. Spojrzała z niepokojem na ofiarę zabójstwa.
- Nie trafiłeś – rzuciła sucho.
- A ty może strzeliłaś, łuczniczko? – odparował.
- Nie, ale dobiłam go.
Hwarhen spojrzał na białego wilka, który na pysku miał jeszcze świeżą krew. Przeniósł wzrok na Tyrię.
- Nazwał mnie tchórzliwą, zdradziecką psią suką. Jak zawsze zresztą.
- I ty mówiłaś mi, że nie myślisz o zemście? – zapytał.
Nie odpowiedziała. Jedynie otuliła się szczelniej futrem jakby chciała pozbyć się uczucia, że bogowie patrzą na nią lodowatym wzrokiem.
Pół godziny później, po zatarciu śladów, jechali z głową Olrama na Długi Kurhan.
 
__________________
Yup!
McHeir jest offline  
Stary 11-10-2012, 21:25   #9
 
Kovix's Avatar
 
Reputacja: 60 Kovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znany
Stos… o kurwa, zaraz komuś może być naprawdę ciepło – pomyślał Roddard, patrząc na siedzącego na drzewie Morta. Trzeba było działać ostrożnie, ale szybko.
- Dobra, złaź stamtąd i czuwaj tutaj. Postaram się zobaczyć coś więcej i wrócę po ciebie. Nie rób nic durnego i nie zgrywaj bohatera. Od nas może zależeć życie naszych braci – dodał poważnie, patrząc na schodzącego z drzewa chłopaka.
- I bądź przygotowany na ucieczkę. Obserwuj, czuwaj cały czas.
Po tych słowach, Roddard nałożył kaptur, sprawdził broń i ruszył naokoło, by podejść możliwie najbliżej siedliska , pozostając niezauważonym.

- Lorn - usłyszał przenikliwy, wysoki głos Gwiazdy, kiedy czołgał się pomiędzy porośniętymi mchem głazami. - Przynieś te włócznie, co je wczoraj opalałeś...
Nie usłyszał odpowiedzi Lorna. Za to coś w głosie dzikiej go zaniepokoiło. Mówiła tak, jakby płakała.
- Gówno mnie obchodzi, że twoje! Bennetowi nie dasz? W zaświaty go bez broni wyprawisz?
Chyba naprawdę płakała. A przynajmniej oczy miała czerwone i mokre. Mort miał rację - kałdun rzeczywiście miała wielki jak bęben, ale i tak wydawał się bagażem doczepionym przez pomyłkę do jej smukłej, wytwornej sylwetki, tak jak i stadko dzieci uczepionych postrzępionych skór, w które była ubrana. Na południu kobiety po jednej ciąży wyglądały jak cielne krowy. Gwiazda z tuzinem bachorów wyglądała nieodmiennie jak księżniczka... Stos... i tu Mort miał rację, stos też był wielki. U stóp Gwiazdy leżały nieruchomo trzy ciała w czarnych płaszczach. Głowa jednego z trupów była odsłonięta i po rzadkich, pożółkłych kłakach Roddard poznał Benneta.
Przez otwartą bramę z siedliska wybiegł pies o skudłaconej sierści, z nosem nisko przy ziemi.

Roddardowi to wystarczyło. Zanim pies pierwszy zdążył wyniuchać jego, zwiadowca wyszedł z krzaków w zasięg wzroku kobiety i jej braci. Nie czekając na ich reakcję, która mogłaby być dość gwałtowna, zawołał:
-Gwiazdo! Zaczekaj z tym stosem, z łaski swojej. Mógłbym wejść?
Lorn wycelował w jego piersi jedną z przyniesionych włóczni, pies skoczył z ujadaniem... Lorn opuścił włócznię po chwili z zagubionym i zawstydzonym uśmiechem... a ten drugi, Carmicheal chyba, poczęstował psa kopniakiem. Gwiazda rozłożyła ramiona, bachory przywarły do niej szczelniej.
- Roddard! - jęknęła rozdzierająco. - Nieszczęście takie! Wielkie nieszczęście! Bennet, orzeszek biedny, taki młody, martwy całkiem na śmierć! Andrew i Tomas też martwi na śmierć! Nieszczęście takie!

Roddard westchnął z ulgą. Nie zdziwiłoby go, gdyby jeden z braci nie wytrzymał i cisnął włócznią przed upewnieniem się, w kogo celuje, no ale na szczęście tak się nie stało. Byli zbyt wolni albo zbyt bystrzy, jednak Worsworn podejrzewał to pierwsze.
- Powiedz mi szybko, co się z nimi stało - rzucił sucho. Widok trzech martwych braci zasmucił go bardziej, niż to okazywał, ale od emocji zdecydowanie była tu Gwiazda.
- Powiedz mi, kto to zrobił.
Dzika zacisnęła zęby tak mocno, aż usłyszał trzask. Wlokąc za sobą uczepione skór dzieci ruszyła do Roddarda, jakby chciała go staranować swoim obrzmiałym obietnicą nowego życia brzuchem. Złapała go za rękę i na poły prowadząc, na poły wlekąc doprowadziła do ciał. Spod zabrudzonych i poszarpanych płaszczy wyglądały bose stopy.
- Patrz! - krzyknęła Gwiazda, a jej głos zaczął przypominać warczenie psa. - Patrz, co im zrobili! Potwory! Pół dnia drogi od mego domu!
Szarpnięciem zmusiła go do klęku i odrzuciła płaszcze z trupów. Ktoś inny pewnie zasłoniłby dzieciom oczy albo kazał im odejść, ale nie Gwiazda. Inne dzieci zapewne by zapłakały z przerażenia... bachory dzikiej patrzyły się na trupy nie wydając ani jednego dźwięku. Andrew miał podcięte gardło, zapewne dopadli go we śnie. On też był najkompletniej ubrany. Z Benneta i Tomasa zdarli prawie wszystko, resztki czarnej przyodziewy zwisały z pobladłych ciał w długich, okrwawionych strzępach. Oni musieli walczyć, choć trudno było stwierdzić, który cios ich zabił. Obydwaj mieli wyprute wnętrzności i skórę na udach poznaczoną długimi, pewnymi cięciami.
- Widzisz?! Widzisz?! - ręka Gwiazdy dotąd obejmująca brzuch w ochronnym geście spoczęła na karku Roddarda i poczęła go naciskać coraz mocniej i niżej, by schylił się nad martwą twarzą Benneta, by zajrzał w zasnute mgłą nieobecne oczy. - Zabij ich! - wyszeptała dzika żarliwie i ujęła go za policzki brudnymi dłońmi o wąskich palcach księżniczki. - Zabij te bestie dla mnie! Zabij ich wszystkich!

Roddard znowu westchnął. Popatrzył chwilę na Gwiazdę, na ciała, a w końcu na Morta.
- Miałeś siedzieć w krzakach. - zawołał. - Chodź tu teraz.
Mort wystawił spomiędzy rzadkiego listowia jasną jak wiecheć słomy głowę. Uśmiechnął się nieśmiało do dzikiej i równie nieśmiało do Roddarda, wybadując sytuację.
- Pokój, eeeee, temu... domowi - wypalił. - To ja po konie pójdę...
Spojrzał znowu na Gwiazdę.
- Wybacz. To mój... towarzysz. Nie chciałem, żeby zawracał ci głowę, ale najwyraźniej boi się ciemności. Nie będzie ci przeszkadzał. Powiedz mi proszę, ale spokojnie - tu Roddard zmusił się do uśmiechu - gdzie ich znalazłaś. I kto to zrobił.
Raz jeszcze spojrzał na Morta. Będzie go musiał porządnie opieprzyć. Czasem zapominał, że chłopak nie jest wyćwiczonym bratem z Nocnej Straży, ale gówniarzem, który wciąż ma mleko pod nosem i może z byle powodu narobić w gacie.

Gwiazda chyba się uspokoiła, choć piersi nadal falowały jej w szybkim oddechu jak smagane wiatrem korony drzew. Przeciągnęła jasny warkocz przez ramię i przytuliła mocniej dzieci do bioder. Niemowlę w chuście na jej plecach przebudziło się i zaczęło miauczeć, iście jak głodny kot.
- Ja... nie, ja nie, tuptusiu głupi. Gdzie po wertepach z takim brzuchem chodziłabym, a? Wern z Kernem na baby się wybrali, i im nie poszło, jako zwyczajno. Wracali i znaleźli Benneta, orzeszka biednego, nad Jelenim Skokiem. Pół dnia drogi stąd. I zostawili, głupie bydlaki z braci moich. To i kazałam im jechać nazad i przywieźć te biedne pszczółki - przyklękła i pogładziła martwego Tomasa po policzku. - Napatrzył się już, tuptusiu? Bo trzeba ich spalić!

- Oczywiście okradziono ich z tych wszystkich rzeczy ZANIM ich znaleźliście, prawda? - spytał Roddard, patrząc na Gwiazdę i jej braci i starając się, by pytanie brzmiało niewinnie.

- Za kogo ty nas masz?! - oburzyła się do głębi Gwiazda w imieniu swoim i swoich siedmiu braci zbójów. - Za złodziei?
- A ty chciałaś, siostra, żebym trupom własne włócznie oddał - dodał Lorn. - To patrz ich teraz, czarnych niewdzięczników!

Kurwa, nigdy nie był dyplomatą. Uśmiechnął się i powiedział coś w stylu “przecież nie to miałem na myśli”, ale to pewnie też nie brzmiało wiarygodnie. No nic, będą musieli to przeboleć. Jego głowę zaprzątało teraz jedno pytanie - kto. Kto zabił jego braci, kto im wyrwał organy wewnętrzne, pokaleczył i na końcu pośmiertnie okradł.

Właściwie wszystko wskazywało na Skagosów. Oni mieli zwyczaj odkrajania mięsa z zabitych wrogów, żeby to potem zjeść. Nie miał właściwie pojęcia, czemu mieliby to robić, ale znając ich dzikość i skłonność do agresji, każdy powód mógłby być dobry. Ktoś też mógł tak zaaranżować to morderstwo, by wyglądało na robotę kanibali. Na przykład ktoś, kto chciałby ich skłócić ze Strażą. Był tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć - trzeba było jechać nad Jeleni Skok.

- Dziękuję za wszystko Gwiazdo, i zapewniam, że nie chciałem was urazić. Wyświadczyliście wielką przysługę Straży, znosząc tu ich ciała i przygotowując do ceremonii pochówku. Na pewno tego nie zapomnimy. Jednak teraz nie mogę zostać tu ani chwili dłużej - muszę jechać nad Jeleni Skok odkryć, kto zabił naszych braci. Mam nadzieję, że to zrozumiesz.

- Pffff... - dzika machnęła ręką lekceważąco. - Trupom życia nie wrócisz.

Przerwał na chwilę, obserwując Gwiazdę i jej braci. Bo tej wpadce raczej nie będzie chciała, by został na kolację, a jemu zdecydowanie to odpowiadało. Ludzie tacy jak Gwiazda męczyli go.

Kiepski był z niego mówca, ale samopoczucie gospodyni naprawdę niewiele go teraz obchodziło. Jeszcze raz pożegnał się, zapewnił o swojej wdzięczności i kłaniając się, odszedł w stronę Morta.

- Biedaczek - zagruchała Gwiazda - zasmutkował się, popatrzcie... Jesteście niedobrzy dla miłego tuptusia! Czekajcie, dam wam czego na drogę... Musisz być silny, jak będziesz polował na te bestie - pobiegła w stronę otwartej bramy. Lorn pokręcił głową z niesmakiem zasłonił twarze martwych wron resztkami przyodziewy i podniósł ciało Benneta, by złożyć je na stosie.
- Gwiazda na dniach zlegnie - mruknął jeden z braci, chyba Wern, ale Roddard nigdy nie był tego pewien. - Zawsze jej wtedy odwala. Trzeba to znieść, wrono, taka rzeczy kolej - westchnął. - Martwimy się. Zabili Benneta prawie pod naszym domem. A do tego siostra magnara Skagos męża sobie bierze, Raymunda Toczącą się Czaszkę. Ślubny gościniec może winniśmy im wysłać, i wy też, wrony. Najlepiej duży, ostry topór. Razem z kimś, kto będzie potrafił się nim zamachnąć... - Pewnie się tu Skagów zaroi jako muchów na gównie. Powiedz mi, Roddard, jako myślisz... Powinniśmy uciekać?

Mort trzymający konie i oganiający się od wspinających się na wierzchowce bachorów dzikiej rozwarł gębę na pełną szerokość.
- Cza... Cza... Czaszkę?

- Nie wiem nawet, kto to jest ten czaszka, ale uciekać z całą pewnością nikt stąd nie powinien - odparł Roddard z pewnością w głosie.
- Póki ten teren jest pod ochroną Straży, żaden Skagos, który będzie miał złe zamiary, nie postawi tu stopy. Nie musicie się ich obawiać.

Sam do końca nie wierzył w to, co mówił, ale postarał się, by jego słowa brzmiały wiarygodnie. Zagrożenie ze strony Skagosów było więcej niż rzeczywiste; Roddard był prawie pewien, że wkrótce poleje się krew. Nie było jednak potrzeby dzielenia się swoimi wątpliwościami z ludźmi, za których bezpieczeństwo, bądź co bądź, Straż była odpowiedzialna.
- Czas już na nas - rzekł, odbierając od Gwiazdy jakieś zapasy i pakując je do juków. Jeżeli rzeczywiście coś w okolicy będzie się działo, nie wahajcie się szukać opieki na Murze. Każdy Skagos, który będzie się tam kręcił, dostanie pięć strzał w dupę. Na początek.

Ruszyli razem z Mortem pod wskazane miejsce, ignorując propozycję jednego z braci Gwiazdy, który oferował się zaprowadzić ich tam. Roddard nie ufał żadnemu z nich, a poza tym nie wierzył, że którykolwiek byłby w stanie szybko i sprawnie dojść tam bez gubienia istotnych tropów czy śladów. W całym Czarnym Zamku było zaledwie kilkoro zwiadowców, mogących konkurować z Worswornem w kwestii poruszania się w dziczy. Ufał swoim zdolnościom.

Po drodze postanowił złajać Morta za brak szacunku do jego rozkazów:
-... i nie kazałem ci tego robić, bo lubie oglądać chłopców na czatach, tylko dlatego, że akurat potrzebowałem czujki i chciałem się podkraść do tej ich cholernej chaty. Wyobraź sobie, co by było, gdyby zauważyli cię pierwszego i nie rozpoznali! Miałbyś włócznię w brzuchu szybciej, niż zdążyłbyś krzyknąć “Nie strzelajcie”.
Jeżeli daję jakiś rozkaz, to to nie jest moje widzimisię, tylko część jakiegoś planu...

Roddard jeszcze chwilę nawijał tak naburmuszonemu chłopakowi, licząc, że choć parę zdań zostanie w tej łepetynie. Głupi to on nie był ponad normę, ale krnąbrny i lekkomyślny. Czasami zanadto wierzył w swoje możliwości. Roddard zdążył się już z tego wyleczyć.

***

Przez Jeleni Skok pędziły masy wody, jakby chciały zdążyć do morza przed mrozami. Choć nurt był wartki, nie przetarł sobie jeszcze szerszej drogi, szczyt wodospadu był wąski i zaiste, jeleń w biegu mógłby przeskoczyć z jednej skały na drugą nad białą kipielą. Na dole pomiędzy mokrymi, porosłymi mchem skałami na rozlewisku pływały butwiejące liście.
- Patrzałem, słuchałem... - oznajmił Mort, wyłażąc z krzaków - i nie ma nikogo. Nikogo prócz nas.
Stanął na krawędzi skały obok Roddarda i zapatrzył się w rozlewisko na dole.
- Chyba widzę ryby, ha! Roddard, dobra ryba nie jest zła.
Worsworn odwrócił się od wodospadu i wrócił do śladu po ognisku. Duża plama krwi ciągle była widoczna na zrytej wieloma stopami ziemi. Tutaj zapewne zginął Andrew... Nisko pochylony, przytrzymując zsuwający się kołczan, szukał dalej. Parę metrów zaledwie, pod starym, pokręconym grabem, kolejne plamy krwi, zryta ziemia, dalej wygniecione krzaki i ślady wleczenia czegoś ciężkiego po ziemi. Z cierniowej gałązki ściągnął kilka włókien czarnej wełny. Dobrej, ciepłej wełny... i wtedy zdał sobie sprawę, że za plecami ma cudowną, lecz podejrzaną pustkę, nikt mu nie zadaje tysiąca pytań, nikt nie łapie za ramię. Morta nie było! Odwrócił się gwałtownie. Na skale, na której poprzednio stał chłopak, leżał zwinięty czarny płaszcz. Ruprecht siedział na nim jak Szczurzy Król na włościach i obracał orzeszek w zwinnych łapkach. Obok leżał pas z mieczem i buty.

Przechylił się przytomnie przez krawędź skały, zanim krzyknął... ręce mu opadły. Jego podopieczny właśnie stał na skałce pośrodku rozlewiska i musiał ściągnąć gacie i podwiązać sobie powyżej pasa resztę przyodziewy. W półmroku świeciły niczym latarnie jego blade, chuderlawe półdupki. Ubezpieczając się przy użyciu sporawego kijaszka, chłopak zsunął się w wodę i począł dźgać kijkiem kamienie na dnie. Roddard zagryzł zęby. Jak zacznie teraz wołać gówniarza, będzie go słychać w całej okolicy. Mort przesuwał się pomału w stronę płycizny, aż wreszcie pochylił się i podniósł coś z wody. Wreszcie zobaczył Roddarda, i podniósł rękę. Jego twarz rozjaśniał triumfalny uśmiech. I ciągle się uśmiechał, kiedy wylazł z powrotem na skałę, z nożem w zębach.
- Patrz - podał mu nóż. - Polazłem rybkę nam złapać, a patrz, co w wodzie leżało. Ale wypatrzyłem, co? No powiedz, Roddard? Wypatrzyłem, co nie? Oczami patrzyłem!

Nóż był z brązu, szeroki, ale tępy jak nieszczęście, choć zadbany i zgubiony widać niedawno. Ostrze i rogową rękojeść pokrywały runy Pierwszych Ludzi.

- Co ja ci kurwa poprzednio mówiłem o słuchaniu poleceń - Roddard musiał uważać, by nie podnosić głosu i przez to karcenie brzmiało trochę komicznie. Chłopak był niereformowalny.
Ale zdolny. Wziął od niego nóż i obejrzał go ze wszystkich stron. Mógł należeć do każdego, chociaż...
- Dobra, panie bystre oko. Na pewno usłyszy o tym Lord Dowódca, może dostaniesz dodatkową łychę gulaszu - uśmiechnął się półgębkiem. Powinniśmy teraz wracać do Czarnego Zamku.
- To nie idziemy za nimi? - zacukał się młody.
Roddard westchnął. Spodziewał się tego pytania. Sam bił się z myślami.
- Moglibyśmy, ale jest dużo przeciw. Najprawdopodobniej już ich nie znajdziemy, bo poruszają się co najmniej tak szybko, jak my. A jeśli na nich trafimy... Widziałeś, co zrobili tamtym. Ich było trzech. Trzech wyszkolonych, zaprawionych w boju braci. Obdartych ze skóry i okaleczonych. Nas jest... dwoje.
Przez chwilę chciał powiedzieć, że półtora, ale dał sobie spokój ze złośliwościami, nie był to najlepszy moment. Najchętniej wysłałby chłopaka do Zamku, by nie ryzykować jego zdrowia, a sam popędził za oprawcami. Mort jednak by się na to nie zgodził.
- Jak każesz, Roddard... ale głupio trochę, nie? - Mort smarknął przeraźliwie. - Jakby mnie tak sprawili, to chciałbym... no żeby ktoś... żeby kogoś obeszło. Damy konikom trawy pożreć? Tam taka całkiem zielona jeszcze.

Braci się nie zostawia. Kilkunastoletni młodzik zwracał mu uwagę. Przygryzł wargi. Nie powinien w ogóle mieć wątpliwości.
- Szukaj śladów. Jedziemy za nimi.
Mort wyszczerzył się w uśmiechu, obwinął się płaszczem i ruszył, pochylony nisko nad ziemią. Roddard został sam z końmi i wtedy zauważył, że od dłuższego już czasu wyraźnie, i z wyraźnym upodobaniem, gadziny żrą coś z ziemi. Pośród źdźbeł zbrązowiałej trawy tkwiły drobne, nie większe niż paznokieć małego palca pokruszone grudki. Czerwone jak krew.

Wziął do ręki, obejrzał, powąchał i ostrożnie dotknął wargami. Smakowało... solą. Wziął kilka z ziemi i zapakował do kieszeni. Ktoś z Zamku na pewno będzie wiedział.

Po obejściu całej okolicy ślady nietrudno było odnaleźć.Szły początkowo na wschód - pięcioro ludzi, sześć koni. Jednak z niektórych wynikało, jakby dwoje ludzi wlokło trzeciego. Mógł być rannym.

Albo jeńcem.
 
__________________
Incepcja - przekraczamy granice snu...
Opowieść Starca - intryga w ogarniętej nową wojną Północy...
Samaris - wyprawa do wnętrza... samego siebie...
Kovix jest offline  
Stary 11-10-2012, 22:05   #10
 
baltazar's Avatar
 
Reputacja: 126 baltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znany
Oni chyba powariowali. Jeden zachowywał się tak jakby Septa chciał wyciągnąć mu z kasy wszystkie smoki i jelenie co najmniej na jakieś ruchańsko… za to Stary Qorgyle chyba stuknął się w tą łysą łepetynę i zapomniał, że pod Murem zamiast pastwisk mają wielkie zalegające wszędzie białe ścierwo. Ponadto konie są tak wycieńczone zwiadami i innymi pracami, że im się odechciewa amorów. Dlatego Nocna Straż prędzej zacznie bazować na poborze bękartów jakie wyszył z trzewi jej lekko traktujących przysięgę braci niż hodować konie! Te które dzięki bogom udaje się jakoś dochować do zdatności to ledwie kropla w morzu potrzeb. No ale kogo to obchodziło… Septa się przyzwyczaił… przyjął to ze spokojem, co nie znaczy że z zamkniętą gębą. Burknął pod nosem tylko – Taaa, jakoś mi nie idzie oduczenie ich żarcia tej trawy, owsa czy chociażby siana i jakoś na śniegu kiepsko rosną… może to nie chędożone bałwany… Z dezaprobatą zareagował na wałkowany od wielu lat temat „Dlaczego nie hodujemy koni”- Ulmer, czy aby jeden z twoich chłopaków… jak mu tam Vince Trzy Palce nie jest u nas za koniokradztwo? W sumie to paru braci zna się na cudownym rozmnażaniu wierzchowców bez funduszy. Trzeba by z nich zrobić jakąś grupę „hodowlaną”, a potem to już jakoś wierzchowce same do nas będą przyłazić.

- Eh… zrobię co się da. Pożebrzę u lordów… Wstał, dygnął na pożegnanie i niewesoło ruszył do swoich kwater.

Mało tego, że czuł się jakby dojadał po jakimś Skagosie zatęchłego trupa… w brzuchu mu się kotłowało. We łbie mętliło…Z ryja mu capiło gorzej niż z beczki przegniłych i przeleżałych pod ziemią kilka miesiące śledzi Surströmming czy jak oni zwali to cholerstwo. Chędożony rarytas Żelaznych Ludzi… mało, że normalny człowiek nie potrafi dłużej tego utrzymać w gębie niż parę uderzeń serca… że opróżnia to trzewia równie skutecznie co żelazo to jeszcze smród włazi tak głęboko że przez dwa tygodnie nie idzie się domyć. I właśnie on taki smród czuł… Co jak kurwa zżarłem? Zachodził w głowę Septa.

Jakby tego było mało pod Kudłami Kurwy wszyscy dostawali pierdolca i na dobrą sprawę Willam idąc dziedzińcem nie wiedział czy napotkany brat nie wyzna mu miłości… albo nie przywali w ryj… A na deser zjawił się jeszcze Lannister… No tak jak się chrzani to się chrzani na całego.

Rzecz jasna nic tam nie miał do Czarnego Serca. Ten okazał się dużo wartościowszy niż na początku Septa mógł przypuszczać… jak tamten przyczłapał na Mur. Nie mniej jednak teraz zamiast jak prawdziwy Lannister wysrać się złotem i wspomóc koniuszego w jego problemach to przyniósł równie czarne wieści co krucze pióra. Na pozór pozbawiony sensu stek bzdur o szaleństwie konia… na pozór, bo jeżeli to się mogło potwierdzić to coś poważnego mogło zawisnąć w powietrzu i Wschodnia stajnia mogła się dość niepokojąco skurczyć… Dlatego pomimo, że wydawało mu się to raczej efektem Kudłów Kurwy to wolał chuchać na Mur. Był przekonany, że jak Qorgyle się o tym dowie to czeka go wycieczka… a dowie się na pewno. Od Septy.

Zamiast do Lorda Starka, Namiestnika Północy zaczął klecić wiadomość do Larsa, Cymbała Wschodu… Łeb pękał, ręka drżała tak, że ledwo trzymał pióro… a oczy płatały figla – raz widział wszystko wyraźnie by zaraz potem na stole nie móc dostrzec nie tylko liter ale i skrawka papieru.

- Joran, bądź tak dobry i skleć te parę słów w odpowiedzi bo albo mnie starość łapie albo jakaś Skagoska pinda klątwę rzuciła na mnie… za to, że brzydkiego dzieciaka jej zmajstrowałem. Nic spisać nie dam rady.

Czy inne wierzchowce też wykazują dziwne objawy? Odseparuj od reszty i obserwuj. Pogadaj z tym kto ostatnio go dosiadał. Sprawdź zapasy owsa czy aby nie wdała się do nich wilgoć i nie gniją. Willam Septa Koniuszy Czarnego Zamku.

***

Była noc, ale niebo nad Murem drgało i pobłyskiwało w światłach Warkocza Kusicielki. Maester Aemon ostrzegał go, że może to sprowadzić dziwne sny i dziwne myśli, ale nic takiego mu się nie przydarzyło... choć niektórych z braci faktycznie popierdoliło ze szczętem…

Willam siedział w stajni i szorował siodło Moruad Magnar tak zapamiętale, że nie zauważył wchodzącego Pająka. Nie zauważył też jak wychodził. W uszach przebrzmiewało mu tylko „spal to”… tak też uczynił. A to dobre siodło było.

Kiedy wrócił do biesiadnej aby napić się wina na rozgrzewkę zauważył Aemona siedzącego w kącie… Napełnił kubek i dla niego. – Wyżyje? Zapytał bez zbędnych ceregieli. Maester przytaknął. – No to jej zdrowie. Stuknął w spoczywający na stole drugi kubek i jednym haustem opróżnił zawartość swojego.

- Poroniła? Pytanie ciężko zawisło nad nimi. Maester popatrzył na niego uważnie i nieco zdziwiony… - A zresztą co mnie to mnie to wszystko…

Aemon potarł tylko smętnie czoło i bardzo cicho zaprzeczył. – Znaczy się trudno jednoznacznie ocenić… dziewczyna twierdzi, że nie…

Temat zginął śmiercią naturalną kiedy to do stolika dosiadł się Ed Wieprz i zaczął wygłaszać swoje dość radykalne poglądy na temat skagijskich niewiast.

***

Kiedy się ocknął gapili się na niego jak wilki na cielę… Pajęczyca, Aemon i Maruda… Na usta już mu się cisnęły jakieś cierpkie słowa aby przykryć swoją słabość ale jednak odpuści. Pierwsze „nic mi nie jest” szybko odbili a on nie miał siły na jakąś fintę aby skutecznie ich uciszyć… odpowiadał na pytania… przeplatając tym swoim „nic mi nie jest”. I chyba tylko przez obecność Alysy nie dodawał przekleństwa dla wzmocnienia tego „nic”. Wysłuchali, podumali, odrzekli jakieś swoje mądrości i o dziwo dziewka sięgnęła po butelkę z panaceum… tak… gorzoła tego mu trzeba było.

Już wyciągał rękę po flaszkę, już witał się z gąską… aż tu nagle spotkał go jej karcący wzrok i bańka prysła… Płyn popłynął do szklanicy… w ślad za nim jakiś proszek… Zaprotestował – Nie tylko wóda… Potem jakieś zioła… - Nie… I nagle ta cudowna obietnica ugaszenia pożaru w przełyku, wyciszenia myśli i zabicia bólu prysła… i została tylko jakaś wściekle różowa ciecz… o zapachu, który drażnił jego dziwnie wyostrzone zmysły. Nie, to nie był smród… to nie był nawet przykry zapach… ba, on go znał… może jakby lepiej poszukał w pamięci to skojarzyłby co to było… ale teraz to było coś co drażniło jego nos w bardzo przykry sposób. A do tego ten wściekle różowy kolor… Nie przełknąłby tego nie dzisiaj… dzisiaj musiał sięgnąć po sprawdzone lekarstwo Ulmera. To mu pomoże…

- Eh… Jęknął smętnie. – Panienko ja jednak spasuję bo to nie dla mnie cudeńka. Może tam u was na południu to, to jakieś takie chłopy piją ale ja mam wrażenie że jakbym to przełknął to jurto by mi włosy z klaty pospadały. Spróbował doprowadzić się do pionu. Spuścił nogi na podłogę i usiadł na łóżku. – Zresztą już mi dobrze.

Zacisnął pięść na poręczy i z trudem wstał. – O widzicie, jestem jak nowy.

Nie znał się tak dobrze na babach jak na koniach to jednak z jej ciemnych głęboko osadzonych oczu mógł wyczytać informację „zapamiętałam”. Po tym świecie chodził natomiast na tyle długo żeby wiedzieć, że mu odbije się to jeszcze czkawką to jednak wywracający się żywot skutecznie przytępił w nim racjonalność…

***

Wóda Ulmera zrobiła swoje… przepaliła mu gardziel i trzewia. Rozgrzała żołądek i poprawiła nastrój… Kiedy zasypiał czuł przyjemne szumienie w głowie… i ostatnią myśl jaka przyszła mu do głowy to ta w której szedł do Marbrana żeby opowiedzieć mu o szalonym Hornie… W sumie Aemon też mógłby się nadać bo to łebski facet był… no ale teraz bawił się już z małą kulką szarych futer…

***

Wstał jak nowo narodzony… ból jak ręką odjął. Łepetyna nie trzaskała a i w żywocie wszelakie sztormy się uspokoiły. Wniosek zatem z tego jeden wszelkie choróbsko bierze się z niedostatecznej ilości wypitego alkoholu.

I wszystko było by dobrze gdyby go tak Długi Tim nie denerwował… zupełnie irracjonalnie. Bez powodu… ale działał na niego tak, że aż Septą trzepało. Willam nie rozumiał dlaczego ten Hornwood po tylu latach obnosi się jeszcze z tym swoim herbem. Chędożony w zadek łoś jeden…
 
baltazar jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:17.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167