Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-10-2012, 14:48   #1
 
GreK's Avatar
 
[storytelling] Wilczy pazur.

#1. Tęsknota.

Pogoda była piękna i chociaż jesienne słońce nie grzało już tak jak kilka tygodni wcześniej to miło było postać w jego cieple. Ptaszki śpiewały wesoło, ruda wiewiórka wbiegła po pniu do dziupli, uzupełniała zapasy przed nadchodzącą zimą. Wszystko zdawało się być radosne o tym uroczym poranku, tylko duży basior, jakby wbrew temu od dłuższego już czasu wyczuwał nieodgadniony niepokój. Od kilku dni nie mógł sobie znaleźć miejsca. Obchodził swój rejon już po raz wtóry, niespokojny warczał co chwilę. Reszta stada, łącznie z waderą nie rozumiejąc jego zachowania uchodziła mu z oczu. Nawet małe wilczki szybko zrozumiały, że nie warto wchodzić mu w drogę. Jakaś siła, której nie rozumiał, coś nieodgadnionego pchało go w jednym kierunku. Ciągle nie dawało mu to spokoju. Nie rozumiał dlaczego miałby opuścić teren, w którym się wychował, w którym spędził całe swoje życie, który znał, w którym rządził. Wiedział jednak, że dłużej tego nie wytrzyma, że musi to zrobić. W końcu podjął decyzję.


Nena Deacair, Rednas Kella, Ellfar Ravil, Orin Sorley.
Karczma na rozstajach.
Karczma na rozstajach była... karczmą na rozstajach dróg. Niewielkim zajazdem u skrzyżowania szlaków.

***

Wysoka brunetka o dużych oczach o delikatnym odcieniu fioletu, w których można utonąć bez pamięci, włosach spływających łagodnymi falami za talię musiała zwracać na siebie uwagę mężczyzn. Gładka, opalona cera podkreślała pełne usta. Usta idealne do całowania. Dlatego też wszyscy, może z małym wyjątkiem, mężczyźni siedzący w karczmie na rozstajach zauważyli siedzącą przy ławie dziewczynę i zerkali na nią co chwilę, mniej bądź bardziej ukratkowo. Szczególnie trzech głośnych typków, którzy najwyraźniej mieli już w czubie, mimo wczesnej pory, wpatrywało się w nią nadzwyczaj natarczywie.

Nena kończyła właśnie śniadanie. Z tego co mówiła miła, pulchna i rozszczebiotana karczmareczka, zajazd był ostatnim w jej podróży do podnóża Gór Dawnych Szlaków. Tutaj musiała zejść z wygodnego, szerokiego traktu i zapuścić się w bardziej dzikie tereny. Nie bała się puszczy i tego co w niej może spotkać. Nena Deacair podobnie jak stary basior czuła tęsknotę do miejsca, którego nigdy nie widziała. Przynajmniej nie w rzeczywistości.

Skruszyła kromkę chleba na stół a Niloufar, ciekawska łasiczka wystawiająca do tej pory łepek z poły jej płaszcza, wyskoczyła zwinnie na stół i sprzątnęła okruchy. Zwierzątko rozglądnęło się wokół, zatoczyło trzy rundki wokół pustego talerza, po czym wskoczyła spowrotem w cieplutkie poły płaszcza swojej pani.


***

Małym wyjątkiem, który nie zwrócił uwagi na piękną dziewczynę był elf w średnim wieku siedzący samotnie w najdalszym, najciemniejszym kącie sali. W jego wyglądzie było coś... szlachetnego. Czego nie można było powiedzieć o jego zachowaniu. Nawet pulchna karczmareczka nie była taka rozszczebiotana gdy podchodziła do jego stolika.

Rednassa Kella trapiło zmartwienie. Już od ponad miesiąca był w podróży. Gdy otrzymał zadanie od swojego mistrza od razu wyczuł kłopoty. Zamiast jednak odmówić, co wydawało się najrozsądniejsze, rzekł tylko:

- Tak mistrzu. Uczynię jak każecie.

Po czym wycofał się tyłem i przygotował do podróży by jeszcze tego samego dnia opuścić osadę. Nie bardzo rozumiał celu swojej misji, w który nikt go nie zagłębił. Polecenie było jasne.

- Dotrzesz do podnóża Gór Dawnych Szlaków. Odnajdziesz arcymaga Meradiona i zaoferujesz mu swoje usługi.

Jasne. Jasne. Jasne...

A teraz, żeby zdążyć przed zimą nie mógł iść wygodnym, w miarę bezpiecznym szlakiem, lecz musiał przebyć Puszczę Gór Krańca. Dlaczego miał złe przeczucia?

***

Chudy elf o długich blond włosach i czujnych, ruchliwych oczach obserwował wszystkich uważnie. Widział piękność siedzącą pod oknem w pierwszych promieniach wstającego słońca. Zauważył jej zwierzątko nim jeszcze wskoczyło na stół. Widział mężczyzn śliniących się na jej widok - trzech nad wyraz głośnych opijusów, z których szczególnie jeden miał wyjątkowo tępy wyraz twarzy i którego elokwencja była odwrotnie proporcjonalna do jego wzrostu. Zauważył, że jeden z dwóch kupców dyskutujących o czymś zawzięcie rozsupłał mieszek i pokazał jego zawartość kompanowi, na co ten rozejrzał się nerwowo po sali. Widział niezadowolony wzrok karczmarza, gdy jeden ze znajomków tępaka trzepnął rozgadaną karczmareczkę w okrągły tyłek. Zauważył też jej spąsowiałą twarz i uśmieszek czający się w kącikach ust. Jednak ponad wszystko przyglądał się ponuremu elfowi siedzącemu w kącie sali jadalnej.

Przykuł jego uwagę już wczoraj wieczorem. Miał dziwne przeczucie, nie... miał pewność, że dumny elf był magiem. Chyba nikt poza nim nie spostrzegł jak światło świecy stojącej na stole nieznajomego nachyla się nad jego strawą. Jak, gdy skończył posiłek i oparł się o ścianę wręcz utonął w mroku. Lecz Ellfar Ravil wystarczająco dużo czasu spędził wśród magów, by zauważyć te subtelne różnice w grze świateł.

Zatęsknił za czymś, co nie było mu dane.

***

Orlin Sorley, chuderlawy niziołek, zszedł powoli do sali. W głowie jeszcze huczało mu od wypitego wina. Rozejrzał się mętnym jeszcze wzrokiem po gościach zajazdu. Niewielu ich zostało od wczorajszego wieczora. Większość wyruszyła przed świtem. Okrąglutka karczmareczka powitała go uśmiechem. Odwzajemnił jej go. Czuł, że jeszcze wieczór lub dwa i grzałaby jego łoże. Minął ponurego elfa, trzech wesołych kompanów, którzy pozdrowili go wzniesionymi kuflami i głośnym okrzykiem. Podniósł dłoń na przywitanie i uśmiechnął się do nich. Pamiętał, że wczoraj bardzo dobrze się bawili przy skocznych, sprośnych przyśpiewkach i im w szczególności zawdzięczał dzisiejszy szum w głowie. Westchnął na widok pięknej dziewczyny siedzącej pod oknem. Zajął stolik na środku sali i zamówił zsiadłe mleko z jajkiem sadzonym - najlepszy sposób na ciężkie poranki.

Bawił w karczmie już dwa dni i czuł, że musi w końcu podjąć decyzję o dalszej podróży w kierunku Gór Dawnych Szlaków. Gdyby tylko znalazł kogoś z kim mógłby się tam wybrać. Samotna podróż nie wchodziła w grę. Była zbyt niebezpieczna. Co innego podróżowanie szlakiem, co innego zapuszczanie się w dzikie ostępy.

Trafił na stare legendy, nie do końca jasne i różniące się wersjami w zależności od regionu, o wielkiej bitwie stoczonej w Mrocznych Wiekach gdzieś w sercu Puszczy Gór Krańca. Jeśli bitwa była choć w połowie tak duża, jak mówią o niej starcy przy ogniskach, to powinien znaleźć jej ślady. Tym bardziej, że wszystkie wersje legendy zgodne są w jednym; magia była w tej bitwie decydującym orężem.

Rozmarzył się. Widział siebie na dworach królewskich opiewający czyny dzielnych wojowników. Potrzebował tylko natchnienia. Natchnienia, za którym tutaj przyjechał.


Cathil Mahr
Puszcza Gór Krańca.
Jeszcze nigdy nie zapuściła się tak daleko na zachód. Wszystko zaczęło się od jelonka.Piękne zwierzę, z pięknym porożem, za którego skórę mogła dostać trochę brzdęku wypatrzyła tydzień temu przy wodopoju. Podchodziła go już kilka razy i kilka razy była tuż tuż od upolowania go. Stary byk jakby wodził ją za nos. Trzymał na dystans, a gdy już miała odpuścić ukazywał się niby przypadkiem i pozwalał do siebie podejść, lecz gdy tylko zajmowała dogodną pozycję do oddania strzału on płoszył się i uciekał.
Ostatecznie minęło siedem dni, w której jej zapasy żywności zmalały do zera, zapuściła się w nieznane jej tereny a teraz przyszła pora, w której musiała zadbać o swój brzuch coraz głośniej domagający się aby go napełnić. Zwierzyny zresztą wydawało się tutaj dosyć i upolowanie czegoś było tylko kwestią czasu. Pod warunkiem, że głośne burczenie jej brzucha nie wypłoszy za chwilę wszystkich z lasu.

Kesa
Ruczajowe sioło.
Obudziło ją natarczywe pukanie w drzwi. Spojrzała za okno. Była głęboka noc. Narzuciła coś szybko na siebie. Pukanie nie ustawało.

- Pani! Otwórzcie! - głos nieznajomego mężczyzny.

- Człowieku, przestań się tłuc - głos wójta wsi, człowieka poczciwego i dobrego. - Toć pani śpi jeszcze. Poczekajże do rana!

- Kiedy teraz trza! - niecierpliwił się.

Otworzyła drzwi. Oczy oślepiło światło pochodni. W progu stał znajomy jej burmistrz i wieśniak, którego widziała pierwszy raz na oczy. Na pewno nie był z Ruczajowego sioła. Twarze miejscowych już poznawała. No cóż... wieść o jej zdolnościach rozchodziła się po okolicy.

- Wybaczcie pani, próbowałem... - wójt zaczął się tłumaczyć lecz umilkł gdy Kesa podniosła dłoń.

- Dobry człowieku - zwróciła się do nieznajomego - bądźcie łaskaw nie świecić mi tym po oczach - skinęła na pochodnię - i mówcie co was sprowadza w środku nocy.

Nieznajomy odsunął pochodnię, zdjął czapkę i rymnął przed nią na kolana.

- Dobrodziejko... ratujcie! Dziecko moje jedyne... źle z nim... rana zła... goić się nie chce... Gorączka... Ratujcie!

Z nieskładnej i pośpiesznej mowy wieśniaka wyciągnęła po dłuższej chwili taką oto historię. Kilka dni temu podczas zabawy chłopak nieszczęśliwie przeskoczył parów i złamał sobie nogę. Miejscowy kapłan zrobił co mógł ale dziecko dostało wysokiej temperatury a noga spuchła. Od tego czasu minęły trzy dni, z czego dwa zajęła podróż. To daje pięć dni jeśli wyruszą natychmiast.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Atrofia Baydura. Postapokaliptyczny świat tonący w strugach deszczu.
GreK jest offline  
Stary 07-10-2012, 21:05   #2
 
kanna's Avatar
 
Kesa była zmęczona.

Dziecko – wnuk wójta – długo nie chciało przyjść na świat i Kesa spędziła ostatnią dobę czuwając przy rodzącej i wyciągając noworodka. Teraz maluch spał pewnie wtulony w pierś matki, a ją znów zrywali… Przez chwilę miała ochotę wyrzucić nieznajomego wieśniaka i wrócić na siennik, ale coś ją powstrzymało. Spędziła w Ruczajowym Siole dwie niedziele. To długo, zaczynała czuć niepokój, który pojawiał się zawsze, gdy gdzieś zbyt długo zabawiła. Czas było ruszać dalej a wieśniak dawał jej ku temu powód.

- Wójcie – powiedziała – nakarmcie tego człowieka.
Przeniosła spojrzenie na klęczącego mężczyznę.
- Wstańcie człowieku – nie potrafiła wyzbyć się poczucia zażenowania, kiedy ludzie w wieku jej rodziców klęczeli przed nią i całowali po rękach. Mimo, że była dojrzałą kobietą – wiosną skończyła 19 lat - i wiedziała, że szacunek jej i jej zdolnościom się należy.
- Zjedzcie i odpocznijcie – spojrzała w ciemne niebo. – Ruszymy przed świtem. Dzieci są silne, mają dużą wolę życia. Zdążymy.

Wróciła do izby, ubrała się i owinęła peleryną, nocne powietrze było chłodne, czuło się mroźny powiew zimy. ”Za wcześnie„ pomyślała ogarnięta nagłym niepokojem, wchodząc do chaty, gdzie spała córka wójta z dzieckiem. Niemowlak popiskiwał lekko, wiercąc się na piersi matki.

- Cii – powiedziała miękko. – Daj mamusi pospać.
Podniosła dziecko i ułożyła je nieco wyżej, wsuwając mu brodawkę do buzi. Przyssało się i zasnęło.

Uśmiechnęła się, dotknęła rozpalonego czoła matki, a potem odsunęła przykrycie i położyła rękę na jej podbrzuszu. Wyszeptała cicho kilka słów. Oddech kobiety wydłużył się, napięcie w ciele spadło.

- Będzie dobrze – powiedziała do żony wójta. – Dbaj o jej czystość, tak jak będziesz dbała dziecko. Niech nie wstaje przez dwa dni. Powinna dużo pić, wody, albo mleka, rzadkiej zupy, rozpuść to w wodzie- wsunęła zioła do ręki kobiety. – Podawaj wieczorem przez 3 dni.
- Dziękuję wam, pani
– w oczach kobiety pojawiły się łzy. – Gdyby nie wy, straciła bym i córkę, i wnuka.
- Dbajcie o nich
– powiedziała Kesa i wyszła. Nie lubiła, kiedy jej praca szła na marne.

Zabrała swoją torbę, kołczan przewiesiła ukośnie przez pierś i weszła do kuchni w domu wójta. Przyjęła od niego zapłatę, prowiant na drogę, a potem usiadła za stołem, żeby zjeść podany - znali już jej gusty - chleb i ser.

Wieśniak, pochłaniając swoją kaszę z omastą, patrzył na nią z szacunkiem i nadzieją.
Ona też miała nadzieję, że wieś będzie miała jak jej zapłacić...
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
Stary 07-10-2012, 21:26   #3
 
F.leja's Avatar
 
Była wściekła, że dała się tak wodzić rogaczowi za nos. Głód dawał jej się porządnie we znaki. Najwyższy czas dać za wygraną i zapolować na coś, co nie stosuje jakichś magicznych sztuczek. Kiedyś Łowczy opowiadał jej o duchach lasu, które przyjmują postać szlachetnych jeleni i ukazują się królom. Zarechotała do siebie i splunęła pod nogi. Cathil - Królowa Puszczy, długo będzie ją to jeszcze bawiło.
Porzuciła trop jelenia i zaczęła szukać innych zwierzęcych ścieżek, tych bardziej uczęszczanych. Króliki, na królikach można było polegać, najczęściej łaziły wciąż tymi samymi traktami. Rozstawiła parę pętli i ruszyła w dół, szukając jakiegoś strumyka - tam napełni bukłak i spróbuje złowić parę ryb.
Po drodze rozglądała się za dobrymi miejscami na rozbicie obozu. Pomyślała, że najlepiej będzie spać dziś na drzewie. Szukała więc przjemnie rozłożystych gałęzi, między którymi będzie mogła się umościć.
A jutro? A jutro będzie musiała wrócić bliżej osad ludzkich. Póki co jednak, z upodobaniem pałętała się po puszczy, czuła się niemal jak dzikie zwierze.
 
__________________
I don't mean to sound bitter, cold, or cruel, but I am, so that's how it comes out. ~~ Bill Hicks
F.leja jest offline  
Stary 08-10-2012, 09:39   #4
 
Issander's Avatar
 
Karczmy są takie przygnębiające. Wszyscy ci ludzie, wmawiający sobie, że ich codzienne troski cokolwiek znaczą, wkładający w handel, picie i podryw tyle zaangażowania... Teraz obsiedli jakąś dziewczynę, licząc na to, że wieczorem wpuści któregoś z nich do swej izby. Dla nich było to sensem istnienia, może nie całego, lecz w tym właśnie momencie wszystkie ich działania były mu podporządkowane. Dla Rednasa było to smutne.

Zdecydował, że wyruszy szybko. No, nie od razu - wszak nie spieszyło mu się. Z drugiej strony chciał zostawić to miejsce za sobą. Czekająca go puszcza była o wiele przyjemniejsza. Zwierzęta zachowują się dokładnie tak samo jak ludzie, lecz nie zastanawiają się, nie wmawiają sobie że robią to w imię jakichś wyższych celów. Las rośnie tak samo jak miasto, lecz jest mu wszystko jedno, czy zostanie ścięty. Poza tym, lasy przypominały mu o domu...

Pozwolił, by przez chwilę lenistwo walczyło z obowiązkiem. To pierwsze wygrywało, lecz zmusił się by wstać, zabrać swoje rzeczy i ruszyć w drogę.

Jeżeli ma spotkać swój koniec w tej niebezpiecznej i trudnej podróży, niezbyt grzecznie byłoby kazać mu zbyt długo czekać.
 
Issander jest offline  
Stary 08-10-2012, 17:09   #5
 
Michaliev's Avatar
 
Ellfar czuł, że zaczyna się kolejny radosny dzień. Wszystko go bawiło-kobieta i jej szczurowate zwierzątko wyskakujące z płaszcza, oraz mężczyźni, łudzący się, że zostaną zauważeni przez ową piękność. Obserwował samotnego elfa, właśnie kończącego poranny posiłek. Rozpoznał w nim maga, wszystko przez tańczący płomyk świecy- magowie, często nieświadomie kontrolują żywioły w nieznaczny sposób. A może chciał na siebie zwrócić uwagę? Nie, przecież mają na to o wiele lepsze sposoby. Myślał, czy nie podejść do niego, poprosić go o pomoc, o użyczenie swojej wiedzy, ale wiedział, że magowie niechętnie dzielą się takimi rzeczami z 'zwykłymi ludźmi'. A nawet jeśli się zainteresują, to wymagają za to monet, albo złożenia jakieś dziwnej przysięgi. Za dużo Ellfar stracił na takich ludzi czasu i pieniędzy, żeby znowu popełnić ten błąd. A może on jest inny? Szybko odrzucił tę myśl, 'znowu się zacznie' pomyślał. Potrzebuje znaleźć potężnego maga, a tacy nie siedzą w tanich karczmach.
Lubił takie oberże,mimo iż piwo było paskudne, to można wysłuchać plotek, co czasem ułatwiało poszukiwania- czasem ludzie gadają o dziwnych błyskach, smrodzie, lub zmutowanych zwierzętach biegających wokół domostwa na obrzeżach wioski. Wtedy łatwo połączyć fakty, i zrozumieć, że ma się do czynienia z magiem. Jednak wszyscy których napotkał dzięki plotkom okazywali się zdziwaczali. Zostałby jeszcze dzień, ale i tak już zastał tu za długo.
Wstał, poprawił pusty plecak na plecach, chwycił łuk w rękę, i kupiwszy trochę chleba u karczmarza wyszedł w poranne słońce. Zauważył przed sobą maga, tego samego, którego obserwował w karczmie, idącego w stronę puszczy. Ellfar stracił dobry humor. Nie dość, że będzie musiał iść wolniej, żeby go nie wyprzedzić, to jeszcze będzie cały czas widział jego plecy.
Może to i dobrze? -Pomyślał. W końcu zobaczę czym tak na prawdę zajmują się magowie.
 
Michaliev jest offline  
Stary 14-10-2012, 17:37   #6
 
Felidae's Avatar
 
Karczma wciśnięta w kępę rozłożystych, wiekowych dębów wyglądała zachęcająco. Co prawda, szary kamień przywieziony z nad rzeki Matu pokrył się już dawno ciemnozielonym mchem, otulającym każdą ścianę gospody, a drewniana dachówka poczęła murszeć pozwalając ciężkim kroplom, przy każdej ulewie dostawać się do środka, jednak oferowała solidne schronienie dla wędrowców, a to w tej okolicy było rzadkością.

Gdyby ktoś podróżujący leśnym traktem zajrzał przez okopcone okno, nie wchodząc do środka, dojrzałby ogień, trawiący grube bale drewna, zawsze wesoło szumiący w kominku, dodający otuchy podróżnym i ogrzewający zmarznięte członki. Izba nie była duża, wystarczała jednak, aby każdy siedział wygodnie nie narzekając na ścisk. Dębowe stoły porozrzucane niczym kostki do gry zapełniały pomieszczenie. Każdy z nich o czterech nogach, topornie wbitych w podłogę wydawał się raczej karykaturą mebla.

Przy jednym z owych stołów siedziała zamyślona kobieta.
Od tak wielu dni była już w drodze, że nieomal nie pamiętała zapachu Lawendowych Wzgórz. Słodkiego, wonnego aromatu, który osiadał na odzieży, we włosach i przenikał w głąb skóry.
Westchnęła cichutko z tęsknotą, żując powoli świeży chleb z miodem i popijając mlekiem.
Świat migotał w odwiecznym cyklu przemian i ponownie po gorącym lecie wielkimi krokami nadeszła jesień. Poranki były rześkie, a matka natura malowała krajobraz całą paletą ciepłych barw. Jej podróż do Wieży Czterech Wichrów zdawała się nie mieć końca.

„…Tylko tam znajdziesz odpowiedzi na nurtujące cię pytania moje dziecko…”

Słowa Vilgara tak wyraźnie zabrzmiały w jej głowie, że aż odwróciła ją szybkim ruchem szukając wzrokiem ojca na sali. Niestety nie było go.

Dziewczyna zmarszczyła na chwilę czoło jakby walcząc ze swoją niecierpliwością i w końcu zagadnęła karczmarkę o dalszą drogę. Wieści nie były pomyślne. Przyjdzie jej zejść z głównego traktu i nocować pod gołym niebem. Nie martwiła się o wygody. Las mógł je zapewnić całkiem wygodny odpoczynek, jednak samotna kobieta w dziczy była sporą pokusą dla tutejszych łobuzów. Widziała te natrętne spojrzenia jakimi obdarzali ją mężczyźni tutaj w gospodzie. Lecz rumieniec, który palił jej lica, nie wynikał z zawstydzenia. Te spojrzenia budziły w niej gniew. Gniew i obrzydzenie.

Niloufar niecierpliwie trącała Nenę noskiem, domagając się porannego pożywienia. To na chwilę odwróciło jej uwagę. Skruszyła kawałek chleba, a łasiczka skwapliwie pochłonęła oferowane jej smakołyki.

- Później upolujesz sobie coś w lesie mój łasuchu. Za chwilkę ruszamy. -powiedziała cicho do zwierzątka

Nena przyjrzała się jeszcze raz wszystkim biesiadnikom. Widziała jak dwóch mężczyzn opuszcza gospodę osobno, widziała jak skacowany niziołek pałaszuje ze smakiem smażone jajka. Uśmiechnęła się pod nosem na ten ostatni widok. Młodemu niziołkowi śmiesznie trzęsły się uszy kiedy tak zajadał. Zupełnie jak kiedyś jej samej, kiedy Vilgar gotował przepyszną zupę z młodych kłączy...

Tęsknota ponownie szarpnęła ją za serce. Zerwała się z ławy prawie strącając z niej płaszczem dzban z resztką mleka. W ostatniej chwili zdołała go schwycić i ponownie ustawić na stole. Lekko zawstydzona wywołanym zamieszaniem skinęła ręką na karczmarkę. Uregulowała należność za pobyt, zebrała rzeczy i swobodnym krokiem ruszyła w kierunku wyjścia. Dzień był słoneczny i ciepły. Trzeba było wykorzystać przyjazną aurę i nadrobić drogi. Dość czasu zmitrężyła już przy śniadaniu.

Nie uszła nawet kilku kroków kiedy za plecami usłyszała wołanie…
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!

Ostatnio edytowane przez Felidae : 14-10-2012 o 17:40.
Felidae jest offline  
Stary 14-10-2012, 21:16   #7
 
aveArivald's Avatar
 
Po sytym posiłku Orin oblizał się i przetarł usta wierzchem dłoni. Cały jego dobytek, który stanowił pękaty worek przyczepiony do solidnego kija, spoczywał tuż obok. Niziołek wyjrzał na zewnątrz z przerażeniem stwierdzając, że kolejny raz wyrusza w drogę zdecydowanie za późno. Jednak zanim wszedł w las, musiał się jeszcze o coś popytać. Podbiegł w podskokach do karczmarza, takie osoby często okazywały się źródłem ciekawych informacji.

- Panie, wiecie może co o wielkiej bitwie, która kiedyś miała miejsce w tych lasach?

Właściciel gospody podniósł wzrok znad lady i nie przestając wycierać naczyń ścierką wzruszył ramionami
- Legendy? Co to za legendy mogą być o puszczy? Las jak las. Drzewa i zwierzęta. Nic tam nie ma panie. Wybaczcie na chwilę... - Podszedł do karczmareczki, która coś za długo zamarudziła przy stoliku trzech głośnych kompanów i szepnął jej coś do ucha. Dziewczyna zniknęła w kuchni.
- A o czym ja to?

- O legendach dobry panie... legendach, które niedługo pozna cały świat! - niziołek rozpromienił się w jednym momencie by po chwili zmartwionym tonem zapytać - No nie mówcie mi, że nic a nic ciekawego w okolicy się nie działo!

- A co tutaj dziać się może? Ot ludzi się trochę przewinie bo jeżdżą w tę i we wtą, toż w karczmie różni bywają. Niektórzy może i w puszczę się zapuszczą ale żeby kto z niej wychodził... nie pamiętam. Z resztą co mi do tego...

- O! Oooo... to jest niezłe - stwierdził nizołek próbując zapamiętać zdanie o tym, że nikt nie wraca z puszczy - A jak tam jest? Tylko mi nie odpowiadajcie, że puszcza jak puszcza. Coś tam przecie być musi, jaka osada opuszczona, zapomniane cmentarzysko, no choćby drwale! No, gadajcież śmiało. - zachęcał bard.

Karczmarz westchnął wyraźnie zniecierpliwiony. Odstawił wytarty kufel na blat i spojrzał niziołkowi prosto w twarz.
- Osada? Cmentarz? Drwale? Gdzie? Nie... nie wiem... Może gdzie indziej... nie tutaj... Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo... ale... - zamyślił się przez chwilę. - Ja tam panie na prawdę nie wiem ale teraz tak mi się wspomniało...

- No, no?

- Ale to pewnie nie warte waszego zachodu - machnął ręką jakby odganiając natrętną muchę i wrócił do wycierania naczyń.

- J-jj, jak to panie mój dobrodzieju!? Akurat o tej puszczy, to chcę wiedzieć wszystko!

- A bo widzicie... jeśli co o tej puszczy wiedzieć kto tutaj może to jest tu taka jedna... no... wariatka jakaś, wiedźmą ją zwą... Chodzi po lasach... tylko, że ona jest - tutaj zakręcił znacząco wskazującym palcem wokół skroni.

- Bardzo ciekawe... intrygujące wręcz... - stwierdził nizołek niezbyt zachwycony odpowiedzią, miał nadzieję usłyszeć coś o legendzie, którą właśnie badał, jednak się zawiódł - Tak hmm... A nie wiecie, kto mógłby mnie przez ten las przeprowadzić? Tylko nie jakaś wariatka hehe... Chodzi o przejście przez środek, rozumiecie, na drugą stronę puszczy. Bezpiecznie i, no, tanio hehe... Znacie kogo kto orientuje się tu w terenie?
Karczmarz wzruszył ramionami.

- A bo ja wiem? Nie znam nikogo... Może tych trzech - skinął głową w kierunku jednego ze stolików.
- Co? Puszcza? - osiłek z tępą twarzą odezwał się zgodnie z wyglądem.
- Czy znamy puszczę? - wszedł mu w słowo najmniejszy z nich trzech odsłaniając w uśmiechu spruchniałe zęby. - Ba... jak własną kieszeń, tylko widzisz... jesteśmy baaaardzo zajęci.
Mówiąc to wsadził mały palec do ucha i wygrzebał coś, czemu przyglądał się przez chwilę, po czym wytarł to w kubrak. W tym czasie osiłek przyglądał mu się z rozdziawionymi ustami a trzeci z nich milcząc sączył piwo.
- No... chyba, żeby nas ktoś bardzo przekonał, żeby tam pojechać. Ale... - tutaj spojrzał na niziołka podnosząc brwi - nie wyglądasz na kogoś kto by miał wystarczające... hmmm... argumenty.

Cóż. Orin nie dysponował zbędnymi monetami ani nie był też piękną niewiastą. Prawdobodobnie nie miał nic czegoby tamci mogli chcieć dlatego też z góry zrezygnował z dyskusji. Orinowi została jeszcze jedna szansa. Piękna, milcząca kobieta, która siedziała w jednym z rogów sali a przed chwilą uregulowała rachunki z córką karczmarza. Ktoś taki z pewnością podróżuje z obstawą albo przynajmniej wie co robi. Czasem takie osoby były bardzo niebezpieczne i o to właśnie niziołkowi chodziło. Miał tylko nadzieję, że nieznajoma ma zamiar udać się do puszczy. Nie było już czasu dłużej się zastanawiać bo kobieta najwyraźniej zbierała się do wyjścia.

- Piękna pani! - zaczął gdy już podszedł do stolika, przy którym siedziała - Pozwoli pani, że się przedstawię. Orin Sorley, wędrowny bard i poeta - nieznajoma popatrzyła na niego w milczeniu jakby oczekując dalszej części - Pomyślałem... ekm... Pani może udaje się w kierunku puszczy?

- Tak - odpowiedziała krótko.

- Ha! To się świetnie składa bo ja też! Z własnego doświadczenia wiem, że samotna wędrówka strasznie się przykrzy, więc pomyślałem, że może piękna pani życzyłaby sobie jakiegoś towarzystwa. Tym bardziej takiego, które potrafi czas podróży jakoś umilić i wypełnić w sposób twórczy, pożyteczny... Rozumiecie piękna pani?

- Jestem Nena - odpowiedziała a spomiędzy fałd jej płaszcza, niemal niezauważalnie, wyjrzała łasiczka i obwąchała stojącego blisko niziołka.

- O! Haha, a ja Orin, Orin Sorley znaczy. Też lubię zwierzęta. Znaczy lubiłem. Znaczy lubię nadal ale tych co mięso jedzą to nie bardzo, wie pani o czym mówię prawda? - Orinowi najwyraźniej gęba się nie chciała zamknąć - Więc jak to będzie? Znaczy z tą puszczą?

Nena skinęła tylko głową po czym skierowała swe kroki do wyjścia. Ucieszony Orin na odchodnym odwrócił się tylko do trzech gości których wcześniej prosił o pomoc i widząc ich zgłupiałe twarze zastanawiał się czy właśnie nie zdobył “wystarczającego argumentu”, dzięki któremu pomogliby mu w wędrówce. Teraz jednak ich pomoc nie miała najmniejszego znaczenia. Zarzucił kij z zawiniątkiem na barki i ruszył za kobietą.

- Więc gdzie pani wóz? - zapytał wesoło Orin spoglądając nieco w górę bo ledwo co sięgał Nenie po piersi.

- Wóz?

- To może wierzchowiec? No chyba nie podróżuje pani pieszo? - zapytał zdziwiony niziołek
- No nie wierzę, przez puszczę pieszo? Moment, Neno, chcesz mi powiedzieć, że podróżujesz sama? Bez ochrony? Po puszczy? Po co? Gdzie? Dlaczego? - pytania posypały się same a przerwała je dopiero Nena.

- Jestem druidką.

Orin ze zdziwienia otworzył szeroko oczy.
- D-d-druidką?! Znaczy takim magiem? Tym od zwierząt i roślin? - zaczął autentycznie zachwycony - Umiesz z nimi tego, no... gadać? Bo wiesz, słyszałem wiele opowieści o druidach, o tym, że potrafią zmieniać się w wilki i niedźwiedzie, i że czarują dzikie zwierzęta i...

Druidka i bard wędrowali dalej i dalej. W przeciwieństwie do Neny, która potrafiła poruszać się po lesie szybko i z gracją, Orin co chwilę się ślizgał i potykał zahaczając o każdy możliwy korzeń a mimo to młodemu niemal w ogóle nie zamykała się gęba...
 
__________________
Wieża Czterech Wichrów - O tym co w puszczy piszczy.

Ostatnio edytowane przez aveArivald : 14-10-2012 o 21:19.
aveArivald jest offline  
Stary 15-10-2012, 09:38   #8
 
GreK's Avatar
 
#2. W drodze.
Od kiedy wyruszył ciągle był w drodze. Niezmordowany. Ciągnący za sobą swoją watahę. Przystawał tylko, żeby ugasić pragnienie i zaspokoić głód. W dzień zatrzymali się, żeby odpocząć. Przebiegli już ponad osiemdziesiąt kilometrów. Dwa małe wilczki, które wcześniej psociły nieznośnie, położyły się dysząc ciężko i popiskując. Wadera obeszła je wokół, wylizała zmęczone pyszczki i położyła się obok aby ogrzać je swoim ciałem.

Kesa.
Ruczajowe sioło.
Wieśniak skończył kaszę w mgnieniu oka. Nie widziała jeszcze, żeby ktoś tak szybko mógł pochłonąć zawartość miski. Później siedział tylko i ze spuszczonym łbem nerwowo łamał kłykcie. Widziała, że najlepiej od razu wyruszyłby w drogę ale bał się odezwać czy choćby na nią spojrzeć. Lecz mimo tego milczenia cała postać krzyczała sobą RUSZAJMY RUSZAJMY!!!

Westchnęła więc cicho, odgryzła jeszcze dwa kawałki sera po czym zawinęła resztę w czyste płótno i schowała na później.

- No dobrze, ruszajmy więc. Jak cię zwą?

Chłop wstał niezdarnie, omal nie przewracając ławy na której siedział.

- Co? Mnie? Bućko. Wołają na mnie Bućko. Pani...

Spojrzała jeszcze raz na jego proste oblicze. Zarośniętą twarz i burzę włosów na głowie. Wyglądał trochę jak niedźwiedź w ludzkiej skórze ale mimo wszystko sprawiał wrażenie poczciwego człowieka.


Wójt podziękował jej raz jeszcze.

- Niech wam bogi będą przychylni. A kiedy byście gdzie w okolicy byli, to dla szanownej pani zawsze izba będzie przygotowana i chlebem się podzielim.

Wójtowa ze łzami w oczach wcisnęła jej w ręce jeszcze zawiniątko w ręce, pachnące jabłkami.

Wyszli w końcu z chaty, bo Bućko drobił już nogami i rzucał błyskawice w kierunku wójta i jego żony. Świtało dopiero i ludzie w pole wychodzili a widząc ich pozdrawiali ją.

Dzień zapowiadał się pięknie chociaż poranek był jeszcze chłodny. Szybko zostawili wieś za sobą. Chwilę szli wzdłuż ściany lasu, by w końcu wejść między drzewa. Z początku szło się przyjemnie, szeroką ścieżką, lecz i z tej w końcu zeszli. Brodacz nadał wysokie tempo, do którego był chyba przyzwyczajony, a Kesa z trudem dotrzymywała mu kroku. Czuła, że nie wytrzyma dalej takiego morderczego marszu.

Cathil Mahr
Puszcza Gór Krańca.
Gdy przestała ganiać za jeleniem od razu szczęście uśmiechnęło się do niej. Najpierw natrafiła na spore skupisko jadalnych grzybów i jagody. Później spod nóg wystrzelił jej królik, potem drugi. I choć pierwszy uciekł, to drugiego przebiła strzałą. Przytroczyła go do pasa i zajadając jagody, w dobrym humorze ruszyła przed siebie w poszukiwaniu wody.

Pogoda była piękna, a ona nigdzie się nie spieszyła. Po chwili trafiła na ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta, którą doszła do płytkiego strumienia, który przyjemnie szemrał. Przyklękła, jagody i grzyby wysypała na zieloną trawkę, po czym odpięła bukłak i zanurzyła go w wodzie. Gdy już go napełniła, obmyła twarz i szyję. Woda była przyjemnie zimna. Odwróciła się i... zamarła. Na ścieżce do wodopoju stał samotny wilk i patrzył w jej stronę.


Rednas Kella, Ellfar Ravil
Puszcza Gór Krańca
Rednas szybko zagłębił się w lesie. Gra świateł, słońca przebijającego przez korony drzew i rzucanych przez nie cieni, mimowolnie zafascynowała go.


Idąc wciąż przed siebie zaczął plątać promienie słońca, przeplatać je między sobą. Tak zapamiętany w ćwiczeniach nawet się nie spostrzegł jak minęło południe. Dopiero też po tak długim czasie zorientował się, że ktoś idzie za nim. W sporej odległości i cicho. Korzystając ze starego dębu, który właśnie mijał, zagęścił mrok rzucany przez jego gęstą koronę i wtopił się w jego cień. Przystanął. Czekał.

Ellfar Ravil podążał w bezpiecznej odległości za nieznajomym i podziwiał jego zabawy światłem. Czasami nieznajomy znikał, za kolejnymi drzewami lub wykrotem, by później pojawić się znowu. Tak szli całe dopołudnie. Nie zaskoczyło więc Ravila, gdy elf znikł za większym dębem i dopiero gdy minął drzewo a śledzony nie pojawił się zastanowiło go to.

Nena Deacair, Orin Sorley.
Na skraju Puszczy Gór Krańca.
Zaiste niezwykła z nich była para. Piękna półelfka, poruszająca się z gracją, płynąca przez wykroty kołysząc biodrami niczym brygantyna po lekko wzburzonym morzu. No i niziołek, gaduła nad gadułami, trajkoczący bez przerwy niczym przekupka na Akwizgrańskim targu.

Pewnie usłyszeliby ich wcześniej, pewnie nie zaskoczyliby ich tak niespodziewanie, tyle że przez to niziołkowe gadulstwo zauważyli ich dopiero gdy osadzili wierzchowce tuż przed nimi. Trzech wesołych kompanów z Karczmy na rozstajach zsiadło z koni. Jeden znich złapał lejce

Nena wyczuła niepokój zwierząt.

- Ach, witam, panowie... - Orin pomyślał wpierw, że znajomi z knajpy zdecydowali się mimo wszystko zaoferować mu swe usługi.

- Nie do ciebie przyszliśmy - przerwał mu ten ze spróchniałym uśmiechem, podchodząc na pół metra przed nich. Za nim kroczył z głupim uśmiechem przyklejonym do tępej twarzy wielkolud trzymając w rękach drewnianą pałkę nabijaną kamieniami - więc upraszam grzecznie abyś nie przeszkadzał gdy będę z damą rozmawiać.

Stanął bokiem do niziołka, ignorując go zupełnie.

- A gdzież to paniusia się wybiera samotnie? - prawą ręką oparł się o drzewo ziejąc odorem starego piwa prosto w twarz dziewczyny. Poszczerbiony miecz zwisał przypięty sznurkiem do pasa. - Okolice niebezpieczne, to pewnie się paniusi ochrona przyda, a i noce chłodne tutaj, to i ogrze...

- Panowie, ta rozmowa...

Orinowi nie dane było dokończyć, bo siarczysty policzek, wymierzony przez spróchniałą gębę posłał go na liście.

- Prosiłem grzecznie. Ładnie to tak przerywać? Radziłbym abyś oddalił się czem prędzej. Pókim dobry!

Osiłek zaśmiał się tubalnie.

Niloufar, która opuściła poły płaszcza Decair, gdy tylko weszli do lasu i podążała za nimi, polując, wspięła się na drzewo i oglądała całą scenę z konara tuż nad ich głowami.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Atrofia Baydura. Postapokaliptyczny świat tonący w strugach deszczu.
GreK jest offline  
Stary 16-10-2012, 08:43   #9
 
F.leja's Avatar
 
Cathil zamarła i powoli starała się stać mniejsza - przykucnęła, opuściła głowę i zaczęła ostrożnie, kątem oka sprawdzając drogę, wycofywać się rakiem wzdłuż strumyka.
Spokojnie, spokojnie, jak największy dystans zanim zaczniesz uciekać, jak największy dystans. Obserwowała wilka jak sokół i modliła się by nie był głodny. Zawsze mogła próbować ucieczki przez strumień, albo walki - zacisnęła rękę na łuku, gotowa błyskawicznie zerwać go z ramienia, ale póki co powoli, spokojnie, spokojnie.

Wilk przypatrywał jej się cały czas w spokoju. Nieruchomy. Piękny młody basior. Gdy odeszła rakiem kilkadziesiąt metrów, spokojnie podszedł do strumienia. Obwąchał pozostawione na brzegu grzyby i jagody, spojrzał na nią i przysunął pysk do wody. Zaczął chłeptać zupełnie nią już nie zainteresowany.

Przycupnęła na krawędzi strumienia i trwała w całkowitym bezruchu i skupieniu. Jeżeli zacznie uciekać, wilk może uznać to za wyzwanie. Starała się więc pozostać jak najmniejszym zagrożeniem i przeczekać wizytę stworzenia.

W pewnym momencie basior podniósł głowę. Zastrzygł uszami i wyciągając pysk w górę wciągnął powietrze. Odwrócił się w kierunku ścieżki, którą przed chwilą przyszedł i rozstawiwszy szeroko łapy, przysiadając lekko na zadzie podniósł wargi odsłaniając uzębienie.

Serce Cathil ścisnęło się w piersi. Coś groźniejszego od wilka? Nie, wtedy by uciekł. Inny wilk? Więcej wilków? Spojrzała w górę ścieżki w miejsce, na którym skupił swoją uwagę drapieżnik. Lepiej wiedzieć, co cię zaraz rozszarpie.


[MEDIA]http://25.media.tumblr.com/tumblr_m1wrfeLvZy1r7gnggo2_500.gif[/MEDIA]

Z lasu wyłoniło się powoli pięć dorosłych wilków. Stanęły naprzeciwko młodego basiora. Ten, który wyszedł pierwszy szczeknął krótko. Młody cofnął się jeszcze trochę prawie wchodząc do wody. Pozostałe wilki zaczęły go okrążać półkolem szczerząc kły. Na tą manifestację siły młody położył po sobie uszy i podkulił ogon. Odwrócił się i przeskoczył strumień uchodząc w las. Wilki podeszły do strumienia. Ze ścieżki zeszło ich jeszcze trzy z młodymi wilczkami.

Stała kilkadziesiąt metrów od nich w dół strumienia od nawietrznej. Wataha jeszcze jej nie zwietrzyła.

Zaczęła się wycofywać, by jak najbardziej zwiększyć dystans zanim rzuci się do ucieczki. Wataha to już nie przelewki, zwłaszcza z młodymi.
 
__________________
I don't mean to sound bitter, cold, or cruel, but I am, so that's how it comes out. ~~ Bill Hicks
F.leja jest offline  
Stary 18-10-2012, 23:26   #10
 
kanna's Avatar
 
Kesa była niezłą piechurką. Jak na medyczkę, oczywiście. W swoim, spokojnym tempie, po równym gościńcu mogła wędrować nawet cały dzień, z jednym, lub dwoma krótkimi popasami.

Tempo, które narzucił wieśniak, było jednak dla niej zdecydowanie za szybkie. Nawet na równiej drodze, a co dopiero przez leśne poszycie… Poza tym – była niewyspana, a ostatnie dwa tygodnie spędziła w jednym miejscu. Już po paru kilometrach rozleniwione mięśnie zaczęły protestować.

- Poczekajcie, Bućko – powiedziała do pleców mężczyzny – Nie nadążam za wami. Rozumiem, ze niepokoicie się o dzieciaka, ale musimy zwolnić.

Mężczyzna zatrzymał się. Popatrzył na Kesę smutnymi oczami zahukanego zwierzęcia.

- Tak pani... A bo to widzicie szyćko przez to, co ja tak mego synka kochanego kochom. Ech...

Chlipnął. Pogładził brodę. Machnął ręką i ruszył dalej w drogę, lecz tym razem wolniej, zważając żeby nie odskoczyć za bardzo od pani, co to miała jego synka ratować.

- Myślicie, że go uratujecie? - spytał po chwili nie przerywając marszu. - Pewnikiem, że inaczej być nie może... - odpowiedział sobie zaraz sam. - Bidulek. Taki zawsze wesoły był... Jako się to nieszczęście zdarzyło, to ojciec od razu pado: “idźcie Bućko do wsi, ino wartko, bo tu trza kogoś, kto się zna na rzeczy”, no to żem pobiegł, jakom stał... wiecie... Nie za szybko? - spytał lękliwie oglądając się za siebie.

- Jak nie będę dawać rady, to powiem. Ale pamiętajcie, że jak mnie zgubicie to małemu nie pomogę. Zdążymy na czas. Dzieci mają silną wole życia - uśmiechnęła sie pokrzepiająco Kesa. Co innego mogła powiedzieć? Zresztą, powiedziała prawdę – zawsze wierzyła, ze zdąży do chorego na czas. Bywało, niestety, różnie. Nie znosiła być wzywana, szczególnie daleko,. Dużo łatwiej radziła sobie ze śmiercią na jej ręekach, po nieudanych próbach interwencji, niż wtedy, kiedy docierała za późno. Jej poczucie bezradności i milczący, niewypowiedziany żal i złość bliskich zmarłego tworzyły przytłaczającą mieszaninę.

Bućko znowu lekko przyśpieszył. Westchnęła. Była raczej drobnej postury i wykroty oraz pnie, które wieśniak pokonywał nie gubiąc rytmu, ją znacznie opóźniały. Zagadała do mężczyzny wiedząc, ze to go zmusi do zwolnienia - Ojciec was posłał po mnie? dziadek małego? Skąd wiedział, że zabawiam w Ruczajowym Siole?

- Dziadek? Eee tam....
- roześmiał się po raz pierwszy od kiedy go poznała - Jaki on tam dziadek... Nie dziadek. Kapłan od nas. No nie godoł, co mom po was, jako po was pani iść, ino co by kogo co na rzeczy się zna ze wsi ściągnąć. No to widzicie, do Ruczajowego Sioła rzech poszedł bo to przeca najbliżej i prosto do sołtysa. To on mi pado, co jest tukej taka jedna, no i sami resztę znacie.

- Teraz rozumiem. Powiedzcie jeszcze o wypadku chłopca. jak to się stało. I co kapłan robił. No, i jak noga wygląda. Krew była, czy tylko krzywa? Wyszła kość przez skórę?

- Ano, jak się stało... Dziecka, wieta... biegają, to sie ganiali po polu... Tako ten smarkacz od Józwa, co to ino utrapienie z nim przychodzi z pola i ryczy, co naszemu sie co stało i że szybko trza...
- podrapał się po kudłach i westchnął. - No to wieta... pobieglimy a tu Bogdek leży w wykrocie. Z początku to nie wiedzielim co jest, bo bezsilny był i blady ino jako zjawa. Wzielim go na rence i w te pędy...

- Ojciec dziecko wzion do sie i wieta... Dobry człek z niego... a i na chorobach sie zna... bo to jak nam nasza krówka onego roku...

- Bućko -
upomniała go łagodnie.

- A no... Tedy oglondnął go i wieta... noga to mu tak spuchła... kości widać nie było, ale ojciec godoł, co ona musik być złamana. Zaraz jakieś zioła jon mu przykładać ale goronc taki na niego przyszedł i... - tutaj chlipnął cicho - Padoł ojciec, co źle z nim i żeby iść, to żem poszedł...

- I jak ta noga wyglądała, jak do mnie szliście? Mówił, że go boli? Mógł nią ruszać? Ropa szła?

- Sina była jako nos Lanmara co go zeszłej zimy odmroził. A Bogdek nasz nie godoł nic, nic co by sens miało, ino rzucał się a gorąc wielki od niego bił. Ropy rzadnej żem nie widzioł.


Kesa tylko pokiwała głową i dalej szła w milczeniu. Gorączka, zsinienie.. stan zapalny, jak nic. Ale ropa iść powinna. dziwne.. Skupiła się na drodze, odganiając niedobre myśli, które ją nachodziły. Zdążą.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168