Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-12-2013, 23:45   #1
 
Karmelek's Avatar
 
Reputacja: 67 Karmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znany
[Autorski] Arkadia: Polowanie Bogów

Zastrzegam, że wszelkie obrazki użyte w sesji, nie są moje (chyba że napiszę, że jest inaczej). Nie usuwam podpisów. Jeśli są bez, oznacza to, że ktoś inny to zrobił. Jedyne co, to czasami coś przytnę, nieudolnie zmienię kolorystykę (będzie widać), albo zmienię rozmiar.[/center]



Nasza historia zaczęła się parę tygodni temu. W sumie postacie dramatu, w który zostały podstępem wciągnięte, nie miały pojęcia, co się dokładnie dzieje. Obecnie z drużyny pozostał jedynie Stephen, jednak nawet on nie zna całej historii, nie wie, co się za tym wszystkim naprawdę kryje. Dołączył dopiero w portowym mieście królestwa Minarii, w Coinkin.

Ale... jak to dokładnie się zaczęło?
Sytuacja Minarii nie była pewna. Zbrojne grupki Imperium Wschodu robiły wypady na tereny królestwa, porywając i karząc niewinne osoby, tłamsząc wszelkie przejawy magii, czy inności. Dwójka przybyszów z obcego świata trafiła właśnie na taką grupę, która usiłowała ich wywieźć do Imperium w niewiadomym celu. Nieszczęśnicy zostali jednak uratowani za sprawą obcej dziewczyny i kolejnych przybyszów. Znaleźli ich partyzanci i zabrali do swojego obozu, gdzie wyjaśnili gdzie są i co tak właściwie się dzieje.
Kalart był przybyszem z podobnego do Arkadii świata. Musiał uciekać ze swojego, ze względu na... pewne okoliczności. Jego charakter był przyczyną konfliktów z kolejnym cudzoziemcem, Coenem. Ich pierwsze starcie dotyczyło niewiasty – przyczyny pierwszej potyczki w nowym świecie.
Sławek był studentem z naprawdę dziwnego świata i w miarę szybko okazało się, że jest to ten sam świat, z którego pochodziła Kate, owa waleczna niewiasta, która zaatakowała zbrojną grupkę zupełnie sama. Ostatnim przybyszem był olbrzymi barbarzyńca, Korn, którego dusza związana była z Królem Demonów z jego świata.
Jednak wróćmy do obozu partyzantów...
Przybysze dowiedzieli się kilku istotnych rzeczy, a mianowicie, że król Minarii biernie przyglądał się sytuacji na granicy swego królestwa, twierdząc, że Imperium nie odważyłoby się popełnić podobnych okropieństw. Że jest to niezgodne z rozejmem i dobrymi obyczajami. Cóż. Elfy, które stanowiły trzon partyzantów, widziały to nieco inaczej, od przejedzonych szlachciców ze stolicy.

Tej samej nocy doszło do makabrycznego, groteskowego wręcz ataku. Przerażające stwory, ofiary wojny, powstały i kierowane niewidzialną ręką złowrogiego nekromanty, ruszyły na obóz partyzantów.
Wtedy też pojawił się na chwilę dziwny jegomość odziany w czernie, jednak wybrał on moment w którym walka dobiegła końca, a waleczna Kate została ranna. Alfred, jak ochrzcił go Sławek, wyjawił, że jest bogiem z innego świata i to za jego sprawą znaleźli się w tym położeniu. Przedstawił też warunek powrotu do ich rodzimych światów. Muszą pokonać nekromantę, albo na własną rękę zebrać tajemnicze kryształy, służące do aktywowania portalu. Zaznaczył dodatkowo, że nie wyjawił im wszystkiego na temat działania przejść międzywymiarowych, a im samym będzie ciężko je aktywować.
Tej samej nocy poznali pierwszego maga z tego świata – Waelleosa. Inkwizytora, który został wysłany tutaj z królestwa Cell w celu odnalezienia i powstrzymania nekromanty. Mag ów, widząc powiązanie między przybyszami i nekromantą, postanowił im pomóc.
Tej samej nocy wydarzyło się jeszcze sporo rzeczy. Przybył jednen z tutejszych bogów, Diabeł, który wywołał przerażenie wśród partyzantów i dopiero ingerencja kolejnego, którego nazwano Wieżą, uratowała sytuację.
Nad ranem życie stracił Kalart. Diablę, którego naturę bez problemu przejrzał mający do czynienia z demonami barbarzyńca, usiłował zabić olbrzyma, jednak demon pokierował ręką Korna, ocalając swoje „naczynie”, jednocześnie mordując Kalarta.

Następnego ranka, młoda drużyna niemal w popłochu wyruszyła w nieznany świat, wraz z Inkwizytorem Waelleosem i elfim zwiadowcą Jaskrem. Ich celem było Coinkin, nadmorskie miasteczko, w którym żył niejaki Mehelios, znany z kunsztu uzdrowiciel, gdyż młoda Kate, której wszyscy postanowili pomóc, nie odzyskała przytomności po ataku umarłych.


Przy „bramach” miasta, okazało się, że jest ono zamknięte ze względu na tajemnicze ataki zabójcy. Z trudem udało im się dostać do środka, jednak zostali odeskortowani prosto do uzdrowiciela. Cóż. Mehelios nie przyjął ich z otwartymi ramionami, a po krótkiej rozmowie i oni nie pragnęli zostać, jednak Kate potrzebowała pomocy.
Sprawy jednak się skomplikowały... po ingerencji Pana Studni, w której na czas długi utknął barbarzyńca, ataku zabójcy i pojawieniu się kolejnego przybysza – tym razem dziewczyny, Justyny, cała drużyna trafiła do celi, gdzie poznali Stephena, jeszcze jednego przybysza! Teraz była ich szóstka.
Justyna, Kate, Sławek, Coen, Korn i Stephen – przybysze, a dodatkowo Jaskier i Waelleos z tego świata. Jednak nie miało to pozostać w podobnym porządku już długo...
Zrzędliwy uzdrowiciel stracił życie w wyniku działań zmiennokształtnego (jak się okazało) zabójcy, jednak zdołał pomóc Kate. Wyszło też na jaw, że kapitan straży nie jest tym, za kogo się podaje. Adoptowana córka kapitana, którą ten przygarnął kilka lat temu, pochodziła z tej samej rasy, co zabójca. Była zmiennokształtną i to właśnie na nią agresor polował.
Złowrogi zabójca jednak został zabity. Córka pomściła ukochanego ojca i zapanowała dziwaczna atmosfera. Podczas tego całego zamieszania Justyna poprzez podsłuchanie pewnej rozmowy, dowiedziała się, że zmiennokształtny był sługą nekromanty i to na jego polecenie ścigał dziewczynkę. Młoda zmiennokształtna była jednak już bezpieczna
Kiedy Kate się obudziła, wyszło na jaw, że przestroga Meheliosa, dotycząca tego, że dziewczyna może stracić pamięć, nie była czcza. Kate nie pamiętała nic z tego świata. Nie miała pojęcia gdzie, ani dlaczego jest. Nie dowierzała wszystkiemu, o czym mówili, nawet, kiedy przedstawili dowody. Pozostała jednak z drużyną, ze względu na perspektywę powrotu do siebie.
Drużyna wyruszyła więc dalej, w stronę królestwa Cell i jego stolicy, Celltown.
W lasach poznali Fafnirka, smoka, który bardzo chciał nawiązać przyjazne stosunki z męską częścią drużyny (szczególnie z wiedźminem) i niechętnie odnosił się do kobiet. Kiedy dowiedział się, że szukają złowieszczego nekromanty... cóż... przyniósł im Meheliosa. Maga, który również stracił pamięć.


Umarła wtedy Justyna. Swoimi słowami uraziła smoczą dumę, a rozjuszony gad cisnął delikatną niewiastą, łamiąc kości, powodując, że się udusiła (a on naprawdę nie przepadał za kobietami).
Niosąc żałobę w sercach, ruszyli dalej. Niedługo natknęli się na nietypową drużynę: maga Revigdena, którego chowaniec zdawał się nie przepadać za swoim „towarzyszem”, wojownika Athanra i piękną cygankę Esmeraldę (której prawdziwe imię brzmiało Shiobhan, jednak mag i wojownik stwierdzili, że jest mało poetyckie. Dodatkowo nikt, poza nią samą nie wiedział, że również jest przybyszem z innego świata).
Jechali dalej, w większej grupie, a ich dotarcie do Celltown, stolicy Cell, zostało znacznie opóźnione, kiedy w najbliższej wiosce nagle Meheliosowi powróciła pamięć. Wyszło na jaw, że Fafnir wcale się tak bardzo nie pomylił i dziwaczny mag był nekromantą, który nieco wcześniej spalił wioskę, pozostawiając jedynie karczmę.
Po dwóch, długich i wyniszczających walkach z hordami umarłych, udało im się pokonać potężnego przeciwnika.


Pomóc mógł fakt, że ponownie zaszczycił ich swoją obecnością powszechnie nielubiany Alfred, który po tym postanowił z nimi pozostać. Bóg oznajmił, z niemałym zadowoleniem zresztą, że wypełnili misję i może ich odprawić do ich rodzinnych światów.
Po dotarciu do Celltown, wiedźmin oraz barbarzyńca, postanowili skorzystać z oferty. I w ten oto sposób z przybyszów z innych światów, pozostali Stephen, Shiobhan i Kate... no i Alfred, bóg, który był przyczyną całego zamieszania.
Bohaterowie nie mieli jednak pojęcia, że nekromanta, którego pokonali, nie był tym samym, który stanowił przyczynę ich wszystkich kłopotów. Nikt... może poza irytującym bogiem z innego świata...

* * *


To był dzień, w którym do miasta powrócił Inkwizytor Waelleos, wraz z pojmanym nekromantą i przybyszami z innych światów. Cudowny, ciepły dzień... gdyby nie ciało.


Poprzedniego dnia urocza Elizabeth była widziana na prywatnym przyjęciu lady Rosphorth. Teraz, w zdobnej sukni, wysoka adeptka magicznej akademii, specjalistka w czarach transmutacyjnych, leżała wyschnięta w rynsztoku. Jej niegdyś kasztanowe włosy, były teraz zupełnie siwe, jakby ktoś wyssał z niej całe życie.
Król osobiście stawił się na miejscu, w towarzystwie aż czterech Dragonów, co było dla ludzi niecodziennym widokiem. Maris Rioni wydawał się zaniepokojony zaistniałą sytuacją. W jego płomiennorudych włosach igrały promienie słońca, sprawiając wrażenie, jakby spowijały go płomienie, jednak ze zmęczonej twarzy nic nie dało się wyczytać.


Wielka tygrysica, chowaniec króla, ostrożnie podeszła do ciała i obnażyła zęby, machając nerwowo ogonem. Postronni mogli się jedynie domyślać, co przekazała Marisowi.
- Rozumiem... – mruknął, kiwając głową, po czym ruszył szybkim krokiem w stronę Bramy Szlacheckiej. -Inkwizytor Shadowbow ma się o tym dowiedzieć! – polecił, na co jeden z Mieczy opadł na kolano, to on będzie teraz odpowiedzialny za dostarczenie wieści.
Maris przemierzał ulice pieszo. Nigdy nie korzystał z powozów, szczerze oznajmiając wszystkim, że przez nie za szybko wraca do swoich obowiązków. A teraz potrzebował nieco spokoju, żeby przemyśleć niektóre kwestie.
Przyjezdni mogą się dziwić podobnemu zachowaniu. Jak to tak?! – zawołają. – Król nie może tak chodzić ulicami! Tak się nie godzi! A co, gdyby ktoś chciał to wykorzystać?!
Jednak wydarzenia sprzed kilku lat, zanim ojciec Marisa zmarł, ktoś zaatakował księcia. Okazało się, że obstawa w postaci tylko dwóch Mieczy to nadto, żeby powstrzymać doświadczonego, zawodowego zabójcę. Skazano wtedy nie tylko zamachowca, ale i szlachcica, który go wynajął. Nie zapominajmy również o Firze, wiernej tygrysicy! Król nie mógł być bardziej bezpieczny.
- Niepokoi mnie to – mruknął pod nosem. - Żałuję, że nie możecie wytropić odpowiedzialnej za to osoby... jednak nie jesteście tak wszechmocni, jak powiadają... – zerknął na jednego z Dragonów, dowódcę grupy.
- Wybacz, panie – odparł ten, nie obracając nawet głowy.
- Podwoić straże. Chcę, aby w nocy nic się nie działo. Nikt więcej nie może stracić życia. Macie również ponaglić magów. Mają się dowiedzieć, co się dzieje, dlaczego ciała tak wyglądają. – Maris nie musiał mówić głośno. Wystarczyłby szept, jednak z każdym słowem do jego głosu wkradała się pasja. Widać było, że król jest wściekły.
 

Ostatnio edytowane przez Karmelek : 08-12-2013 o 17:23.
Karmelek jest offline  
Stary 08-12-2013, 15:59   #2
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 6994 Kelly ma wyłączoną reputację
Dzień był gorący. Pot lał się ze wszystkich strumieniami i panował dziwny wręcz spokój. Na korytarzach, które młody Stephen przemierzał nerwowym krokiem, nie było zupełnie nikogo. Co za utrapienie. Nie miał kogo zapytać o Kate.
Szukał dziewczyny, bo był zaniepokojony. Ich pokoje znajdowały się obok siebie, więc kiedy rano obudziły go jej krzyki, był na miejscu w kilka sekund. Okazało się, że nikt bezpośrednio nie zagraża dziewczynie. Spała... chociaż zdecydowanie bezpieczniej nazwać to cierpieniem, bo koszmar, jaki miała, z całą pewnością nie należał do tych łagodnych niepokoików, po których budzimy się zlani potem.
Młodzian zrobił to, co każdy normalny człowiek by na jego miejscu uczynił. Spróbował ją obudzić... i omal nie przypłacił tego życiem, kiedy Kate rzuciła się na niego.
No dobrze. Zły sen raz na jakiś czas można mieć... ale kilka dni z rzędu?!
A teraz zniknęła...
Stephen miał równocześnie w pamięci rozmowę z królem.

Trzy dni temu król zaprosił go na rozmowę. Audiencja odbiegała nieco od wyobrażeń Stephena i wydawała się taka... taka... pospolita? Nie spotkali się bowiem w olbrzymiej sali tronowej, a w (bynajmniej olbrzymiej) bibliotece! Maris siedział w wygodnym fotelu, a u jego nóg leżała wielka tygrysica. Młodzieniec nie widział nigdzie owych Dragonów, którzy w każdym (w nim też) budzili nieopisany lęk.
Przez niemal godzinę Stephen streszczał, jak znalazł się w tej krainie, kim jest Alfred i w jaki sposób pokonali nekromantę. Młodzieniec był przekonany, że życzliwy król obdaruje go za chwilę jakąś nagrodą za pomoc przy schwytaniu groźnego kryminalisty, jednak ten tylko uśmiechnął się ponuro.
- To był inny nekromanta, niż ten, który zaatakował was za pierwszym razem.
Te słowa bynajmniej dawały sporo do myślenia.
Uśmiechnięty Dorian wolałby kląć, gdyby właściwie mógł kląć przedwładcą. Spodziewał się ładnej nagrody, wyszła ładna chała oraz uśćisk dłoni króla.
- To niedobrze, wasza królewska mość, ale pomimo wszystko był to niebezpieczny przeciwnik, który palił wioski oraz zabijał niewinnych. Radziśmy spowodowali, że przestał być groźny - delikatnie dał do zrozumienia władcy, że tak czy siak uczynili dużo, dlatego nagroda byłaby baardzoo wskazana. Nie wiedział jednak, czy genialny król pojmie wspomnianą aluzję.
- Chodzi o to, że jeśli to wy byliście powodem pierwszego ataku, wspomnianego nekromantę interesujecie wy. W dzień, który przybyliście do miasta, miał miejsce kolejny atak nekromanty. Kolejna osoba nie żyje. - Król mówił spokojnym głosem, jednak w jego oczach paliła się furia. Wydawał się być wściekły, że nie zdołał jeszcze powsytrzymać złoczyńcy. Jednak winą nie obarczał nikogo.
- Terefere - pomyślał sobie Stephen, któremu myśli na temat posiadłości, zamku oraz nagrody gdzies uleciały na antypody. Wściekał sie oraz wskazywał, ze to przez nich, chociaż rzeczywiście nie jakoś bezpośrednio.
- Przykro wszystkim, Wasza Królewska Mość, że ów nekromanta uderzył na niewinnych poddanych. Jedyne jednak, co możemy uczynic, to zadeklarować dalszą pomoc, bowiem jeśli ów osobnik uderza wedle podanego przez Waszą Wysokość prawidła, nie mam pojęcia dlaczego. Jedynie pewnie Alfred mógłby wiedzieć, ale jakoś nie raczył nas poinformować. Jednak właściwie przyznaję, że nie rozumiem, dlaczego atak na obcą osobę wskazywałby, że próbuje nas dorwać. Gdybym bowiem był na jego miejscu, siedziałbym cicho nie atakując postronnych, tylko czekając na trafienie tych, których chce się trafić precyzyjnie. Chyba jednak, że to po prostu wyzwanie rzucone wszytskim, pokazanie siły - domyslał się Stephen głośno wysnuwając jakąś teorię.
- Chodzi o to, że wzorzec działania nekromanty, który was zaatakował, nie pasuje do pojmanego przez was Meheliosa… za to pasuje idealnie do nekromanty, który działa na terenie Cell - wyjaśnił król. - Przynajmniej tak twierdzi Inkwizytor Shadobow, który zajmuje się tą sprawą - dodał. - I nie twierdzę, że oczekujemy waszej pomocy. Pragnę was raczej przestrzec i zapytać, co zamierzacie teraz zrobić. - Król nachylił się ku Stephenowi. - Nie ukrywam, że nekromanta jest solą w mym oku. Mogę zapewnić wam ochronę tak długo, jak pozostaniecie w mej gościnie, w zamku.
- Wasza Kroólewska Mość, wspomniałem, że pochodzimy z daleka oraz mogąc opuścić ten kraj, woleliśmy pozostać. Nie mieliśmy, albo przynajmniej, nie miałem oraz nie mam jakiegoś jasnego, sprecyzowanego planu działania. Dziękuję Panie za twe ostrzeżenie oraz całkiem możliwe, iż wspomniany Shadobow ma wiele racji. Musimy pomyśleć dopiero, co robić - odpowiedział elegancko królowi, choć ogólnie wewnątrz umysłu wkurzony był mocno.
- Możesz więc zgłosić się do kapitana straży. Powiedz, że ja ciebie przysyłam. Może znajdzie się jakieś zajęcie… a tymczasem pragnę ci podziękować za pomoc w pojmaniu nekromanty i ocalenie naszego maga. Wiem, że Akademia przygotowuje jakąś nagrodę, jednak podejrzewam, że Talizmany nie będą zbyt przydatne. Dlatego też przygotowałem to. - Z tymi słowami, król położył na stole brzęczącą sakwę i miecz.
Stephen udał się więc do kapitana straży, który zaproponował mu dołączenie do regularnych treningów. Nie mając nic lepszego do roboty, młodzieniec szybko udowodnił, że wie, jak posługiwać się mieczem. Zostało mu nawet zaproponowane, żeby dołączył do królewskiej gwardii (czymkowiek to było). Niezłe perspektywy się mu tu szykowały…
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 08-12-2013 o 16:01.
Kelly jest offline  
Stary 08-12-2013, 17:08   #3
 
Rock's Avatar
 
Reputacja: 14 Rock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znany
Wedle kalendarza Wysp, był to Księżyc Mieczy, wedle tego z Imperium, szósty miesiąc roku, a wedle jeszcze kogoś tam innego... ach, mniejsza z tym! Było gorąco i to się liczy!
Od kilku dni panował nieznośny upał, który doskwierał wszystkim, a w dolinie Cell, gdzie przepływ powietrza jest jaki jest, wręcz nie dało się wytrzymać.
Co za szaleniec wpadł na pomysł, żeby taki gorąc był najlepszym czasem na trenowanie się w walce na miecze? Nawet na Wyspach był to okres najwyższych temperatur! Dlaczegóż więc?!
Sachim usiłował schronić się w jakimkolwiek cieniu, jednak wychodziło na to, że w całym tym cholernym mieście, wszystkie cienie są zajęte, albo płatne!
Nagle ktoś na niego wpadł, wytrącając z głowy rozważania na tematy mniej lub bardziej ważne.
- Ała… - usłyszał i kiedy spojrzał pod nogi, zobaczył dziewczynę w zdobnej sukni, rozcierającą czoło. Wyglądała jak arystokratka, która nie wiadomo, dlaczego, nagle znalazła się na brudnej ulicy, pośród slumsów.
Brązowowłosa niewiasta uniosła wzrok i zamarła, spoglądając na Sachima.
Sachim wyglądał na jeszcze bardziej zdziwionego osobą, która właśnie go potrąciła. Może to on potrącił ją. “Co za różnica” Tak czy inaczej zrobił lekko zdezorientowaną minę po czym huknął:
-Buuu! - z początku szorstko i poważnie, by koniec końców przerodziło się to w uśmiech i dłoń wyciągniętą ku nieznajomej by ją podnieść. Głos miał jak pięć a nawet sześć huraganów, doniosły, stanowczy ale i za razem spokojny i ciepły. Ciężko było go określić po samym tonie, który lawirował między ciepłem a zimnem niczym najwytrwalszy, najzadziorniejszy żeglaż na wietrze.
Dziewczyna drgnęła, jakby wystraszona, po czym czym prędzej wstała o własnych siłach.
- Przepraszam najmocniej - powiedziała, a wzrok miała utkwiony w mieczu, który Sachim nosił u pasa.
Wojownik skrzywił się sam do siebie, od kiedy to był aż “tak bezduszny dla niewiast!? no cóż zasadniczo od zawsze.” Ta postać trochę go intrygowała ale nie miał w zwyczaju zaczepiać obcych mu ludzi. Chodziło tu o zasady. Zresztą ta osóbka wyraźnie się go wystraszyła, co nie wróżyło dobrze na dalszą gadkę. Śmiało więc odparł:
- To moja wina, chodzę jak polątany po tym skwarze, może mi coś już odbija od tego gorąca. - odwrócił się od nowopoznałej twarzy i zaczął maszerować, no właśnie gdzie? Ach tam będzie się kurwa przejmował, ruszył przed siebie, jak zawsze.
- Skąd masz taki miecz? - usłyszał cichy głos.
- To… - mina trochę mu zrzedła jednak dziewczyna nie widziała tego bowiem był on już plecami do dziewczyny - pamiątka, towarzysz, członek rodziny, jedyny jaki mi pozostał.
- Ładna. - stwierdziła, wzdychając, po czym ruszyła gdzieś dalej.
Nie trudno się domyślić, że tak charakterystyczną osóbkę zaraz ktoś zaczepił. Jednak zwięzłe słowa, niezrozumiałe przekleństwo z ust “damy”, skutecznie każdego zniechęcało od dalszych prób. To, a może raczej niesamowity gorąc.
Sachim miał już się ruszyć dalej gdy jednak zawiał wiatr. Silny i nieokiełznany. Deptał mu po piętach. Zawsze. Zefir, który pojawiał się z nienacka nakazując mu iść odmiennie od swego własnego chędożonego zdania. Już miał zrobić, krok w przód już miał, już widział siebie pijącego jakiś palący trunek. By jednak zawrócić i spojrzeć na niewiastę raz jeszcze. Tym razem spokojniej, ustatkowanie, bez pośpiechu. By przejrzeć na oczy. Wstęga. To wszystko sprawiało wręcz mistyczne uczucie, które jednakoż trwały zaledwie garść sekundy. Garść czasu, którą nikt nie zauważał. Miastowe alejki zlewał ciemnozłoty żar. Topiły się i chłonęły.
- A po co Ty masz tak piękną suknię? - oddał ripostę, tym razem odwracając się niczym mgła szybko i bezszelestnie. Ah!... ta mina, mimo usilnych prób nadal wygięta. Te grymasy.
Dziewczyna zatrzymała się w pół kroku i zerknęła na niego obojętnie, niemal z niezadowoleniem.
- A co? - syknęła, mrużąc oczy. - Pan wybaczy, ale muszę już iść… chyba że byłby mi skłonny oddać swoją broń. W co wątpię… Tak więc żegnam.
Sachim wybuchnął śmiechem, który przepełnił uliczki. - Ha ha ha - złapał się tak za brzuch i obrócił na pięcie po czym dodał - zgoda jeśli udowodnisz, że umiesz się nim posługiwać, w końcu nie chciałbym byś sobie zrobiła krzywdę, a no i musisz wygrasz ze mną w kości - odparł z uśmiechem na ustach.
W oczach dziewczyny pojawiło się zdziwienie.
- Że co…? - mruknęła, po czym rozejrzała się podejrzliwie. Piorunowała wzrokiem każdy ciemniejszy kąt. - Jeśli to twoja sprawka, wredny kundlu, lepiej wyjdź… - rzuciła w przestrzeń. - To, że chcę zdobyć miecz, nie oznacza, że znowu nabiorę się na durne sztuczki! - wrzasnęła wściekła, po czym ruszyła w stronę bram miasta, nie oglądając się za siebie.
- Dobrze więc ale po co Ci ten miecz, to nie zwykły blaszak i nie każdy umie się nim posługiwać, prawdopodobnie tutaj nie znajdzie się wielu, którzy umieją? - odparł zdumiony i zaintrygowany jeszcze bardziej, może to wariatów coś jednak do siebie przyciąga? Wyciągnął miecz i rzucił przed niewiastę. Upadł on nadzwyczaj lekko ale w tym suchym klimacie nie obyło się bez drobnego strumienia kurzu.
Jednak ona była już kawałek dalej, a na dźwięk metalu uderzającego o kamienie ulicy, syknęła głośno i przyspieszyła kroku. Nerwowego kroku poirytowanej kobiety.
Sachim więc chwycił miecz, schował i wrócił do wałęsania się po mieście bez celu w poszukiwaniu cienia. Dziwadło skwitował. Już miał nawet zamiar oddać jej braterską broń.
Po kilku krokach, kolejna dziwaczna persona zwróciła uwagę Sachima…
 
Rock jest offline  
Stary 08-12-2013, 18:13   #4
 
Cao Cao's Avatar
 
Reputacja: 185 Cao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie coś
Od dłuższego czasu Revilder nie opuszczał terenów zamkowych. Kiedy niejako doszedł do siebie i tu nie chodzi wyłącznie o zdrowie fizyczne, zaczął wychodzić na zewnątrz, do ogrodów. Jednak nigdy nie zostawał w nich po zmroku. Ogólnie to prawie nigdy nie był sam.
Pierwsze dni po Wydarzeniu spędził w Akademii, w skrzydle uzdrowicieli. Badali go na przeróżne sposoby, jednak nikt nie był pewien, jak mu pomóc.
Młody mężczyzna szybko odkrył, że to towarzystwo zwierząt jest najbliższe jego sercu. Kiedy słudzy go szukali, niemal zawsze znajdowali go w stajniach, gdzie otoczony przez psy i koty, siedział odpoczywając. Potem przychodził czas na spotkanie z rodziną.
Król nalegał, żeby Revilder został w zamku, tłumacząc to obawą o bezpieczeństwo młodzieńca. Nie wiadomo, kto go wtedy zaatakował i nie wiadomo, czy ów ktoś nie będzie chciał dokończyć dzieła.
Dlaczego więc mijał właśnie bramę prowadzącą do slumsów?
Był tu kilka razy, kiedy razem z kolegami wybierali się zasmakować życia. Jedak nawet w tak jasny, gorący dzień, Revilder widział tu cienie. Złowrogie cienie.
- Nie jestem pewien… Czy to dobry pomysł! Dobrze wiesz, wiesz, że dużo ludzi, jeśli nie zdążymy wrócić przed zmrokiem do zamku?! Król… Ehh.. Może, może się… tak! Może się martwić! – Było widać, że nerwowo rozgląda się dookoła.
- Właściwie, właściwie… to, Co mamy zamiar dzisiaj zrobić? Może, może… Może dziś powinniśmy dać sobie spokój? Wiesz, tak dla pewności, nie – Nie żebym Ci nie ufał, ale pogoda, zawroty głowy, możesz zasłabnąć, a Ja.. Ja jestem wykończony, to znaczy… fizycznie, źle znoszę… - We włosach nadal miał sporo siana, z całą pewnością nie przypominał kogoś, kto opuścił właśnie zamek królewski. Odziany był w znoszony już płaszcz, oraz brudne buty, na pewno nie przypominał szlachcica.
Strażnicy, którzy stali przy bramie, spoglądali nań z niepewnością. Jednak co mogli poradzić? Jeśli nie miał zamiaru wracać, nie mieli nic przeciwko. Z resztą nie tylko oni spoglądali podejrzliwie na młodzieńca. Ludzie obracali za nim głowy, szeptali do siebie, podśmiewywali się pod nosami.
Chłopak starł się nie zwracać uwagi na przechodniów, starał się iść blisko swojego towarzysza, jak gdyby bałby się zostać sam.
- Tak, więc dokąd mnie zabierasz? Może chcesz pojeździć konno! Lancel, byłby wówczas zazdrosny, zostawiłem go samego, obiecałem, że go dziś wyszczotkuję, strasznie narzekał na stajennych! Nie mają za grosz delikatności!
Było to dziwne, był ubrany naprawdę grubo, ale nie wydawało się żeby mu to przeszkadzało, dłonie zaś trzymał cały czas w kieszeniach.
Niespodziewanie usłyszał znajomy głos. Kobiecy głos.
Chwilę trwało, zanim przypomniał sobie, do kogo należy. Była to tamta dziwna dziewczyna, która od kilku dni przychodziła do stajni, do koni. Witała się też z nim, jednak podobnie, jak u Revildera, obecność zwierząt ją uspokajała.
Głos jednak rozlegał się nie tuż obok niego, a nieco dalej.
Czarodzieja widocznie zaskoczyła obecność kobiety. Chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, z kim właśnie się spotkał.
Wśród tłumu gapiów, szyderców oraz ogólnie – nie miłych person, znalazła się jedna istota, która przywitała się z nim. Wyraźnie go to zaskoczyło, jednak po chwili odpowiedział.

- W…Witaj – jego słowa były niepewnie zaś oczy przyglądały się jej dokładnie. Nie wiedział czy zna jej imię lub była tak mało istotną osobą, że być może nie zapamiętał? Ostatnio miał problemy ze skupieniem się, tak, więc mimo wysiłku nic nie przychodziło mu do głowy.
- Jesteś tą dziewczyną, którą bardzo lubi, Lancel… Panno…? – Zapytał, nadal niepewnie. Nie chciał być niegrzeczny, ale wśród ludzi… Cóż, nie czuł się komfortowo. Tym bardziej, że padł na niego wzrok człowieka, z którym do niedawna rozmawiała niewiasta.
Kate. Tak własnie się przedstawiła, kiedy kilka dni temu po raz pierwszy pojawiła się w stajni. Była gościem zamku, albo przynajmniej tak Revilderowi się wydawało.
Jego słowa, rzucone w powietrze, wywołały kolejne chichoty grupki dzieciaków, które obserwowały go z odległości. Niewiasta odeszła w swoją stronę, a on znowu został sam na ulicy.
To właśnie to zagubienie przyciągnęło spojrzenie Sachima.
~Dlaczego mu nie odpowiedziała? Tak! To była zła osoba! Lancel z pewnością się myli, co do niej! Nie pozwolę jej już wchodzić do stajni! A co jeśli jest kimś z rodziny króla? ~Z jego przemyśleń wyrwało go spojrzenie dziwnego osobnika. Chłopak odwzajemnił Je i powiedział
- Zygfrydzie! Ten człowiek jest dziwny… Pamiętaj! Eee.. Znaczy, pamiętasz?! Jeśli spotkasz takiego osobnika! – Wyciągnął dłoń z kieszeni i wskazał palcem na mężczyznę.
- Nie kupuj od niego żadnych roślin! Ani mikstur! Ani tym bardziej książek! Toż to oszust i złoczyńca! Zygfrydzie?! Dlaczego mnie nie słuchasz! Nie dostaniesz dziś nic! Będziesz płacił za swoje!
- Kurwa, to miasto jest pełne czubków! - skwitował siarczyście Sashim słysząc młodzieńca i jego dyrdymały - Kogo nazywasz oszustem? Toć zdarzyło mi się kantować ale bez przesady! odparł poważnie zirytowany Sachim.
- Cisza! Nie wypluwaj z siebie kłamstw, podły oszuście! Raz kupiłem od was buty! Buty nie miały żadnych magicznych właściwości, poza tym oszukaliście też Zygfryda! Co nie?! Chciał kupić sobie płaszcz niewidzialności to by podglądać służki a okazało się że nie działa! Prawda, powiedz mu Zygfryd! Wydał na niego, niemal 3 sztuki złota! Przeklęci oszuści! Powiadam wam ludzie, nie słuchajcie jego kłamstw! 3 sztuki złota, Zygfryd nie mógł się pozbierać! Żona! Żona go zostawiła, zabrała dzieci! Musiał błagać Lancela o pomoc w handlu! Lancel wtedy miał wydać przyjęcie na cześć nowych podków! Zniszczyliście mu życie!
- Złapał niezłej zadyszki podczas przemówienia
- Wieżo kurwa czy Ty to słyszysz? Chroń mnie bo utnę mu łeb, a przyczyny nie mam. Co to za czubek? I czemu szydzi z mej osoby? - odparł w stronę nieboskłonu a krew się w nim gotowała.
- Szydzę?! Jak śmiesz zwracać się w ten sposób do szanowanego obywatela! Jestem tutejszym szlachcicem, za mną stoi Herb oraz tytuł! Winny jesteś mi posłuchu oraz szacunku! Mówię prawdę, zaś twój ekwipunek powinienem zabrać, by rzucić w czeluści piekieł czy innym wrogom królestwa! Spoglądasz na mnie, boś wiesz o tym, że jestem bystry! Na tyle bystry by wykryć kłamstwo i cień w twojej duszy, a spojrzenie twoje – zwiastuje chęć zagarnięcia majątku tutejszym mieszczuchom!
- Mężczyzna cały czas wskazywał palcem na rozmówcę, a dookoła zbierał się coraz większy tłum.
Sachim wyciągnął swą broń, jednak dobrze, że jej nie oddał tej niewiaście. Miał dość, piekielnie dość tych oszczerstw w jego kierunku. - szlachcicem powiadasz? Mój miecz masz na myśli? Głowę chcesz stracić głupcze? Bystry to Ty jesteś jak kaczka w stawie, prowokując Mavrellskiego wojownika, oszczerstwami bez pokrycia. - odparł tym razem już nie będąc miłym i próbując powstrzymać swą minę od pogardy.
- Popełniłeś błąd głupcze! Podnosisz broń na królewskiego Maga! Mam immunitet a moje ciało jest częścią królestwa, każda groźba pod mym imieniem jest srogo karana! A tyś, nędzny zbóju, padnij na kolana, o łaskę błagaj! Straż mnie słucha, ten tłum winien także służbę! Dodatkowo Zygfryd! Zygfryd powalił nie jedną bestię czy nicponia! On jest największą bronią tego królestwa, każdy drży przed jego imieniem! Prawda! Zygfrydzie?! Haha!
- Złapał się dłoniami w biodrach, po czym zaprezentował swoje białe zęby w uśmiech…”zwycięstwa”
- No dalej! Błgaj!
- Teraz to przegiąłeś chędożony łachmyto - odparł złowieszczo biorąc zamach, który powędrować miał...
- Panowie! Panowie! - zawołał niespodziewanie nowy głos. Z kręgu gapiów, jaki zdążył się utworzyć dookoła “przedstawienia” wyszedł dziwaczny jegomość. Odziany był w czarne spodnie i równie czarną, dziwaczną koszulę, którą można było rozpiąć od przodu. Spod niej wystawały białe jak śnieg fałdy materiału. Podszedł ów dziwny jegomość do kłócących się. - Jeśli panowie pozwolą, mam pewną propozycję… - dodał, a w jego ręku błysnęło złoto. Spojrzał na nich, jakby czekał na przyzwolenie.
-Ah… Masz szczęście! Zygfrydzie, schowaj broń, ten chłop prosi o jałmużnę, za to że byłeś dzielny, nie musisz nic dawać.
Czarodziej sięgną z płaszcza małą sakwę, wyrzucając na dłoń kilka monet, po czym dorzucił dziwnemu przybyszowi do dłoni.
- Znaj pańską łaskę… A teraz zmiataj, nie jest tutaj za bezpiecznie! Pamiętaj! Twoje pole, to przyszłość narodu! a teraz, sio wskazał wymownym gestem
Sachim nie zareagował na błysk nawet odrobinę ale czekał dalej na sensowną propozycję, może wyniknie z tego coś ciekawego. Zresztą aktualnie i tak był gotów ubić szanownego dziwaka bez mrugnięcia okiem. A skoro i tak miał mieć przejebane to czemu nie ubić dwóch? Dwa razy więcej zabawy.
-Eee… chodziło mi raczej o to… - nieznajomy wyraźnie został zbity z tropu. - Chciałbym panów prosić o…
- Ciii!! Rozumiem… - Po tych słowach, czarodziej zabrał pieniądze przybysza
- Chciałeś wesprzeć finansowo królestwo? Dobry z Ciebie człowiek, miej moje błogosławieństwo!
- To jak? Moge go już zabić czy nadal chcesz gadać z tą pokraką? - odparł zniecierpliwony Sachim.
- Chciałem panów prosić o przysługę związaną z pewną niewiastą, którą obaj panowie poznali - powiedział przybysz w miarę szybko, żeby mieć pewność, że nikt mu już nie wejdzie w słowo. Spojrzał na nich pytająco.
- Ją też z chęcią ubiję ale najpierw pokraka, trzymajmy się jakiejś kolejności bo zwariuję. Tyle osób ubić na raz nie miałem ochoty od dawna - bąknął zniesmaczony samą gębą “pokraki” A żyła na jego czole zaczynała powoli pulsować.
- Chodziło mi raczej o… - usiłował sprostować nieznajomy, jednak nie było mu to dane.
- Z całym szacunkiem Panie! - schował monety do sakwy, nie zwracając uwagi, że wcześniej odebrał je temu mężczyźnie
- Ale z niewiastą poradzę sobie sam! Nie sądze, by potrzebna była dwójka! Sam jestem wystarczająco zdolny! I sądzę że będzie zadowolona! Co nie, Zygfrydzie?! - Wypiął dumnie pierś
-eee Mówisz że to brzmi źle?! Co masz na myśli?! W końcu mogę się pochwalić, prawda?!
- I jak ja mam tu stać spokojnie jak ten czubek obraża nawet moje męstwo hę? Zmieniłem zdanie najpierw ubiję Ciebie a potem jego! Przyda mi się rozgrzewka. - bąknął w stronę przybysza z zabójczymi zamiarami.
- Tak się składa… - Nagle jakby powietrze zgęstniało, a obu panom, mimo nieamowitego żaru spływającego z nieba, zrobiło się nagle zimno. Tłum również poczuł się niesfojo i nieco stopniał. -...że nie o to mi chodziło - dokończył, wymawiając dokładnie każde słowo.
- To zjeżdżaj mi stąd bo ja tu mam interes do tego pajaca - odbąknął.
- O nie. - przerwał mu, unosząc dłoń. - Nic z tych rzeczy. Cisza, teraz ja mówię.
- Hej… Ten mieszczan jest czarodziejem! Zgadłem?! Prawda?!
- Bynajmniej. - zerknął na nich z wyższością i niejaką drwiną. - Tak się składa, że jestem bogiem i pragnąłbym prosić was o przysługę, ludziki.
Sachim podrapał się po łbie, jednocześnie trzymając swój miecz w tej samej ręce. - Bóg! - odparł, drugą ręką sięgając po kostkę do gry, pocierając ją. - To co wyrzucę Bogu?
- Hahahahaha! - widać było, że mężczyźnie ciężko się powstrzymać od śmiechu
- Dobrze, dobrze… Szanowny… Panie, boże - powiniśmy coś sobie wyjaśnić, Ja rozumiem, że tolerujemy tutaj szaleńców, ale cóż… Jest pewien limit głupoty, dam Ci radę, dobry Panie - może odejdziesz i… Cóż? Nie odwrócisz się tutaj? Lub! Mam lepszy pomysł! Przetrwasz atak Zygfryda lub tego zbója! Co Ty na to?! - Zaproponował
- Nic - odparł z uśmiechem nieznajomy na pytanie Sachima, ignorując drugiego rozmówcę.
- Kurwa głupi czy co? Jak nic, mam kostkę coś wypadnie nie? Ludzie co ten gość gada? - odparł rzucając kostką. Nieznajomy jedynie szerzej się uśmiechnął i tupnął nogą. Ziemia zadrżała i pojawiła się niewielka szczelina, ledwie zauważalna, która pochłonęła kości i zamknęła. Obaj, wojownik i mag, nie zdołali ustać na nogach. Tłum gapiów zniknął, a jedyną uśmiechniętą osobą pozostał tajemniczy jegomość.
- Panie złodz...eee….wojowniku! Mam propozycje! Załatwmy tego błazna a potem my dokończymy swoje sprawy? - Proponował tymczasową ugodę. Powiedział to, kiedy upadł na ziemię…
Sachim rutną dupą o glebę. Dopiero od tego zadrżało mu w kopule. - Ej moje kostki! Zresztą pies kostki dmuchał. Jesteś bogiem czy nie chcę pojedynku! Na miecze cholibka jego mać!
- A więc założymy się. Jeśli wygram pojedynek, będziesz musiał spełnić moje życzenie - odziany w eleganckie czernie jegomość uśmiechnął się. - Jeśli przegram, spełnię twoje.
Sachim przełknął ślinę, coś mu podpowiadało, że robi najgłupszą rzecz w swoim życiu. Ale co tam!
- No, no… Ciekawy zakład ale urozmaićmy go, jakoś. nie ma magi a Ty jako Bóg użyjesz przeciętnego ciała. Chyba, że nie jesteś w stanie tego zrobić. - zwątpił, by ktoś mógł bo i jak do cholery.
- Chwila, chwila, Panowie! Niema tak łatwo! Od tego pojedynku, będzie pobrana opłata! Poza tym, państwo zabiera 10% od zwyciężcy! Początkowa suma, to 50 miedziaków, opłata teraz w innym wypadku, będzie to nielegalne działanie! Tak mówi Zygfryd!
Nieznajomy przewrócił oczami i wsypał na dłoń maga kilka srebrnych monet.
- I tak używam przeciętnego ciała… nawet mniej, niż przeciętnego. - Spojrzał po sobie. - Wolę inne powłoki.
- Umowa stoi hue hue... - odparł już myśląc nad tym co zrobi z nim jak już mu wybije z głowy te dyrdymały.
- Jako urzędnik… Bo chyba nim jestem… Będę sędziował tej walce! Niech tylko Złodz...Wojownik opłąci swoją część i możecie zaczynać!
- Opłaciłem za nas obu - odparł bóg i skinął na wojownika. - Dam ci… fory. Możesz zaczynać. Chyba że mam stanąć tyłem, albo chcesz mi zawiązać oczy? - zakpił.
Miecz był już w ruchu cięcie poszybowało. Nieznajomy usunął się tanecznie z drogi ostrza, a siłę cięcia wykożystał przeciwko Sachimowi. Po chwili wojownik nie miał miecza w rękach, ani gruntu pod nogami. Upadając chyba uderzył się w głowę, bo szumiało w niej z lekka.
Ostrze jego własnego miecza lśniło przy jego krtani.
- Dobrze Panowie, wystarczy!
- Oszukiwał jak nic tańczył a miałabyć to walka nie? - odparł nie przejmując się mieczem przy gradle, do sędzego.
- Chwila złodz… Wojowniku! Walka zaczeła się bez mojego polecenia, co czyni Ją nieważną, nie ma w niej zwyciężcy! Poza tym, to nawet nie była walka - Ogłaszam więc wynik! W imieniu Moim oraz Zygfryda - by było uczciwie! Zygfryd ogłasza! REMIS, Ja zaś… REMIS!. Dziękuje wam obu i zachowuje pieniądze, albowiem niema tutaj nikogo kto wygrał! - Czarodziej poprawił kołnierz - Dziękuje wam.
- Co to w ogóle było! - odparł skołowany niczym woda w rynsztoku Sachim.
- - bóg wydawał się zgoła zaskoczony. - Nienawidzę tego świata - mruknął pod nosem. - Litości! Może zapanujecie nad swoimi wyznawcami?! - rzucił ku niebiosom.
- Do kogo on gada? Właśnie położył mnie na łopatki i jeszcze marudzi. - był zdruzgotany faktem, że nie stanowił najmniejszego wyzwania dla przybysza.
- Panie bożku… Chwileczkę, jako urzędnik nie mogę puścić tego płazem, albowiem dokonałeś kradzieży. Jest mi przykro, ale myliłem się co do Wojownika, to Ty! Jesteś tym nędznym łobuzem który wciska ludziom tandete! A teraz! proszę zwrócić kości, natychmiast! W innym wypadku, zostanie podjęte przeciw tobie działanie… - Wysunął dłoń w stronę obcego
- Ech… chyba zaczynam ciebie rozumieć - rzucił domniemany bóg w stronę Sachima, spoglądając na maga z nietęgą miną. - Jednak. Jakby na to nie patrzeć, wygrałem pojedynek. Jesteś mi coś winien. Stchórzysz, czy przyjmiesz wyzwanie?
Sachim zaczynał powoli wierzyć w te dyrdymały o bogu. - Istna prowokacja, widoczna na pierwszy rzut oka ale chyba nie ma wojownika, który pokonałby mnie z taką łatwością więc oznacza to, że faktycznie jesteś bogiem. Pytanie brzmi jakim? - odrzekł Sachim zbierając się z gleby i masując głowę po upadku.
- Dobrze… Więc… tyle...hmm, nie, nie… dodając to do tego, to będzie… hmmm… 50 srebników, tyle jesteś zmuszony zapłacić za popełnione przestępstwo, ze względu na fakt, że nie jesteś tutejszy, musisz umieścić opłate natychmiast, w innym wypadku zostaniesz oskrażony i uwięziony za zbrodnie przeciw społeczeństwu. Zastrzegam, że zbrodnia nie była poważna, tak więc nie musimy bawić się w sądy, wystarczy zwrócić skradzioną rzecz, oraz umieścić opłatę, prawda Zygrdyd? - powiedział poważnie
- Dobrze. Trzymaj, jednak bądź już cicho… - warknął do maga bóg, wręczając mu garści srebrnych monet, które nie wiadomo skąd wyciągał. - Wracając do naszej srpawy… chcę, żebyś pomógł komuś odzyskać bardzo ważny przedmiot, który został skradziony.
- Tia… złodziej mówi że coś mu skradziono, he… Podejrzana sprawa, chyba przyjże się temu osobiście… Coś mi się wydaje, że to może być bardzo ciekawe znalezisko. Zastrzegam jednak, że przedmiot będzie należał do korony, jedynie Król będzie miał prawo podjąć kolejne decyzje. Sprawę zgłoszę także do straży… eee… Zrobi to Zygfryd! Zygdrydzie! Idź po Lancela i udajcie się do kapitana straży! Nie, nie, nie! Niema żadnego Ale! Oh, tak… możesz, możesz wypić to wino, tak, tak winogrono? Nie! Nie dotykaj go! Jest MOJE! Ale możesz wziąść jabłko, nie, nie - tylko jedno… Dobrze więć, na czym to skończyliśmy? - Zapytał zaciekawiony
- Na tym, że ruszamy dalej - odparł nieznajomy, wskazując w dół ulicy, ku bramom miasta.
Sachim zgłupiał i teraz już kompletnie nie wiedział co ma ze sobą zrobić stał jak kołek na środku placu, skwar grzał mu kopułę a jakiś bóg chciał jego pomocy. Dodatkowo zupełnie nie rozumiał pokraki obok i co się kurwa stało z jego monetą. No i dodatkowo jego miecz przywłaszczył sobie Bóg, po kiego ciorta? W końcu wszystkie emocje skumulowały się i wrzasnął:
- Dobra ale najpierw idziemy się urżnąć Bogu! i Ty pokrako też! - odparł z uśmiechem zarzucając ramiona na dwójkę ludzi czy też boga, z którymi już kompletnie osiwiał.
- Proponuję jednak nie zwlekać, gdyż za chwilę może się okazać, że ktoś ubił podmiot zlecenia - odparł bóg, wskazując na bramy miasta.
- Popieram wojownika, i tak udałem się na miasto… Zygfryd! Po co udałem się do miasta? Ahh… poszedł, no cóż. Musimy na niego i tak poczekać, a łatwiej będzie nas znaleźć tutaj, aniżeli poza miastem.
- A więc mag o tak ważnym stanowisku ma zamiar pozwolić niewinnej damie zginąć tylko dlatego, że sam chce się upić? - zapytał uprzejmie nieznajomy.
- Jesteś Bogiem skołuj wino czy tam rum i ruszamy. To nie pownien być problem - odparł.
- To uwłaczałoby mojej godności… - odparł. - Poza tym, specjalizuję się w innej dziedzinie…
- W takim razie, udajmy się do zamku, weźmiemy coś na drogę, sądzę że Jego Miłość, nagrodzi mnie za dzisiejszą służbę. W końcu, mamy złodzieja oraz jeden pojedynek….! Weźmiemy troszkę z pałacowej piwnicy i udamy się na przygodę! Poza tym, weźmiemy Zygfryda i On nam pomoże w bojach!
- Wolałbym, żeby mag równie wątłego zdrowia nie wyprawiał się z nami w tak ciężką podróż… zależy nam przecież na twoim zdrowiu… - przekonywał nieznajomy.
- A w czym się specjalizujesz? w wódce? - odparł zaniepokojony stanem zdrowia boga. W końcu to mocny trunek. - A! A! a! w ogóle jak możesz odmówić nam picia z nami? Co? co to za maniery? - powiedział po chwili zastanowienia.
- Jeśli chodzi o trunki, preferuję dobre, czerwone wino - odparł w końcu zapytany. - I chyba lepiej nie wracać do zamku. Sugeruję, żeby od razu udać się na poszukiwania owej damy.
- Ale po co się nią tak przejmujesz co? - zadał kolejne już pytanie.
- Hmm… jakby to na wasze… - zastanowił się bóg, czy może raczej udał, że się zastanawia. - Jest ona czymś w rodzaju mojej kapłanki. I potrzebuję jej. Dbam o bezpieczeństwo moich ludzi... - Przewrócił oczyma. - ...a o nią naprawdę cieżko dbać.
- Cóż… Może nie powinienem o tym wspominać! Ale, czy by zwać się bogiem, nie powinno być się osobą wszechmocną? Lub Panować nad jakąś domeną? A skoro władca to też bóg, dba o pojedyńczą osobę, to raczej nie może poszczycić się ich dużą liczbą… Sądzę że w moim rodzinnym dworze, może być więcej pracowników niż twoich wyznawców… Więc… Właściwie, to powinno się pobierać opłaty od wyznać religinych! Szczególnie od tych mniejszych! Naprowadziłoby to innowierców na prawdziwą drogę! Lub… wykończyłoby ich finansowo! Ohh… wybaczcie, głośno myślałem - Skwitował z przyjaznym uśmiechem
-Dobra już dobra. I tak Cię zabiję tylko później! - odparł do pokraki Sachim. - dobra ruszymy się ale w zamian obiecaj, że po skończonej robocie schlasz się z nami w trupa jak na prawdziwego boga przystało! Nie pokraka - suszy mnie od tej gadaniny skończymy robote szybko i idziemy pić! - bąknął jak widać pijus wojownik.
- Zrobię co w mojej… - nieznajomy zaczął odpowiadać, jednak ponownie mu przerwano:
- Dobrze więc! Moi mili, no może, nie mili, ale uroczy… Nie, nie, nie … Nie macie jędrnych pośladków oraz biustów, więc… sympatyczni… Poza tym! bożku! Nadal wisisz kostkę wojownikowi! Idziemy, idziemy! Niema czasu, musimy uratować, jędrne pośladki oraz duży biust, bo taki ma ta dziewka, prawda? Wspaniale, Zygfryd też uwielbia! Pra… Ah,... niema go, brakuje mi go… Strasznie… Ehh… Do bramy! Do bramy! - Po tych słowach, ruszył szybkim krokiem w stronę zamku
- Mówie wam! Musicie spróbować jabłek z mojego sadu! Smakują jak gruszki! Naprawdę! Były tak wspaniałe, że próbowałem zmienić ich wygląd by zarobić na tym! Sądzę że niedługo mi się uda! Ha ha!
- Niech to… - warknął pod nosem bóg. - Cholerna Wieża. Musiała wyznaczyć takiego… - Po czym ruszył w ślad za magiem, nawołując do powrotu.
- A temu co… Kurwa mój miecz oddawaj jak mam walczyć z łachudrami. wrzasnął jak bóg tylko ruszył za pokraką - jak chcesz już wracać to idziemy pić! Ej stój no! Dawaj miecz i idę do bramy. - ruszył za bogiem.
I tak oto radosna trójka ruszyła w stronę zamku. Przez pierwszą bramę przedostali się bez problemu, jako że strażnicy byli świadkami toczonej rozmowy i z niejakim lękiem spoglądali na maga i boga. Jakoś nikt nie przejmował się przybyszem z Wysp.
I tak dotarli pod Runiczny mur, gdzie bóg złapał maga, a wojownik z Wysp boga. I jeszcze ktoś inny...
 
Cao Cao jest offline  
Stary 09-12-2013, 00:44   #5
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 6994 Kelly ma wyłączoną reputację
Gwardzista jakoś, niech to gęś kopnie, królewski, nie zaś pan na włościach, przechadzał się po mieście. Akurat miał wolne, ale chciał poznać okolicę, żeby łatwiej było mu pełnić służbę, ponadto szukał Esmeraldy. Niestety wysiłki w tej mierze, póki co, nie przyniosły oczekiwanego odnalezienia młodej kobiety. Dobrze przynajmniej, że Kate pozostała. Lubił uroczą dziewczynę oraz niepokoił się o jej zdrowie. Owe napady wyglądały bowiem dosyć kiepsko. Szedł ulicą rozmyślając, co powinien robić, kiedy nagle rozwiązanie pojawiło się dosłownie niemal po drugiej stronie ulicy. Alfred jasny gwintas, który wykpił się ze wszelkiego wsparcia. Miał jakieś towarzystwo dwóch kolesi, nawet wyróżniających się jakoś pewnie ze wszędobylskiego tłumu szaronudnych postaci. Lecz jednak stanowczo bardziej zależało mu właśnie na Alfredzie. Mógł wszak znać odpowiedzi zarówno, jak pomóc Kate oraz odnaleźć Esmeraldę. Podszedł więc do owej trójki kłaniając się lekko.
- Wybaczcie panowie, że przeszkadzam, ale mości pan jest moim starym znajomym. Czy bylibyście uprzejmi wypożyczyć mi go na krótka chwilę, jako że być może potrafiłby mi nieco pomóc, udzielając odpowiedzi na kilka pytań? - uprzejmość przede wszystkim. - Mości Alfredzie - zwrócił się bezpośrednio do niego - to co, będziesz łaskaw poświęcić się nieco?
- O nie… - stęknął nieznajomy w czerniach, spoglądając na Stephena w nowym stroju. - Jeśli chcesz powrócić do swojego świata, to przykro mi, ale straciłeś szansę - odparł, po czym zamiklkł i wpatrzył się w niego. - Eee… cygankę znajdziesz w zamtuzie, a po moją znajomą właśnie się wybieramy - odpowiedział na niezadane pytanie.
- Alfred…? Ohh, to tak ma na imię ten rzezimieszek! Kapitanie, tak, tak - skoro piastujesz tak wysokie stanowisko, to zapewne wiesz kim jestem! Wybieramy się do zamku i nie za bardzo podoba mi się pomysł, że nam przerywasz, ale skoroś jest strażnik, mam dla Ciebie zadanie! Przeszukaj go, ukradł co nieco i muszę mieć pewność że wiemy o wszystkich jego występkach! Prawo prawem, potem udamy siędo zamku, po jakąś wielko biustoną dziewczynę! To wspaniały cel! Podobno potrzebuje AŻ dwóch mężczyzn! Nie spodziewałem się tego! Ale ciekawi mnie, dlaczego ten Alfred sam nie wziął tego pod uwage! Sądzę że może mieć problemy… Wiesz, jest na to pare sposobów! Nie wstydź się! Opowiedz o swoim problemie! - Zachęcał przyjaźnie, na jego twarzy cały czas gościł uśmiech.
Podczas tego monologu, Alfred schował twarz w dłoniach i kręcił głową.
Sachim kompletnie nie słuchając reszty warknął w stronę boga:
- Alfred? Ja pierdole, kto Ci nadał tak durne imię? - wybuchnął siarczystym śmiechem, gdy przestał się śmiać dodał -A w ogóle dawaj broń jak mam walczyć skoro łazisz z nią w łapie przez cały czas co? Nie przejmujcie się bóg Alfred raczył się zagapić na tyłek pokraki. - odparł lekko wnerwiony faktem, że nie ma broni przy sobie.
- Powtórzę to, co mówiłem niespełna dwa miesiące temu - mruknął bóg. -[i] Możecie mnie nazywać jak tylko chcecie. Nie obchodzi mnie to.[i] - Ziemia zaczęła lekko drżeć, a w powietrzu ponownie dało się wyczuć napięcie. - Tylko, do jasnej cholery, ruszcie swoje dupy i chodźmy stąd.
- Widzisz co zrobiłeś baranie rozgniewałeś Boga? W ogóle od obrazy urzędnika państwowego powinny być jakieś kary nie? - pachnął ni stąd ni z owąd, jakby sympatyzując z pokraką.
- Hej! Ja sugeruje tylko, że bycie… zwiędlakiem… jest uleczalne! Nie musi się załamywać! Znów może być… bogiem - spojrzał raz jeszcze na Alfreda - Cóż… przynajmniej facetem w sypialni. A wy robicie wielkie halo! Człowiek z sercem i zmartwieniem! A Wy?! - oburzył się czarodziej
- STARCZY! - wrzasnął Alfred, a z dachów posypał się pył. Runiczny Mur wydał z siebie jakiś niepokojący dźwięk, kiedy ziemia zadrżała. Jak najbardziej było to w stanie uciszyć nawet najśmielszego. To był też pierwszy raz, kiedy Stephen widział, że ów dziwny jegomość unosi głos. Że w ogóle ukazuje rozdrażnienie. - Nie wiem, czym podpadłem… dobrze, wiem, czym podpadłem tutejszym bogom, jednak karanie mnie wami chyba było lekką przesadą. - spojrzał z góry na wojownika i maga. - O tak… wasi bogowie wyznaczyli was, żebyście pomogli w zadaniu, które wam przedstawiłem. Tylko że wy nie chcecie współpracować. Wariat i nie znający szacunku człowiek, który jest na tyle głupi, żeby rzucić wyzwanie komuś, kto właśnie oznajmił, że jest bogiem. Wyśmienicie! Może od razu was pozabijam i będzie mniej roboty?!
- Dość tej zabawy, jak chcecie tak sobie pogadać, magiel dwie ulice dalej - rzucił wreszcie Stephen, który czuł się niczym pajac na karuzeli w potoku słów całej trójki. Gadali niczym jakieś przekupy dosłownie. - Nie jestem kapitanem, tylko cieciem najniższej rangi, dodatkowo od niedawna, nie znam więc pana - zwrócił się do tego, który przydzielił mu takie wysokie stanowisko. - Chodźmy jednak do zamku, jeśli tam się udajecie, porozmawiamy po drodze - nie komentował zachowania. Jednak jeśliby Alfred chciał przemyśleć, dlaczego tak go pokarało, wystarczyłoby, żeby przeanalizował swoje wredne zachowanie wobec Stephena. Łaskawie jednak tego nie zrobił woląc się wydzierać. - Chciałbym pogadać z tobą o Kate, jak można jej pomóc oraz spytać, gdzie mógłbym konkretnie znaleźć Esmeraldę - wyjaśnił owemu krzykliwemu osobnikowi troche nie wierząc, że w zamtuzie. Ponadto pewnie stolica kraju owych zamtuzów miała kilka, on zaś nie planował osobiście kontrolować całej burdelowej obsługi.
- Ohhhh…. - Czarodziej był wyraźnie zaskoczony, jak ON mógł się pomylić?! Zresztą, nie ważne! Szczególnie wtedy, kiedy mógł zabłysnąć mądrą przemową!
- Nic się nie martw chłopcze! Nawet takie ciecie! Mają ogromną rolę do odegrania, w naszej drabinie społecznej, to dzięki takim małoważnym ludzią! Szlachta i możni mogą czuć się bezpiecznie [co nie znaczy że nie moglibyście się postarać bardziej] Ale cóż, i tak jest nieźle! - Mówiąc to, trzymał palec prawej ręki w górzę. Widać było, że starał się zignorować bożka, na którego z jakiegoś powodu się obraził [lub wystraszył]
- Tak tak - machnął dłonią Stephen dosyć obojętnie, co jednak można było wziąć za potwierdzenie myśli wspomnianego osobnika mającego wielkie przeświadczenie na temat swojej wielkości. Stanowczo kłócić się nie lubił, szczególnie wtedy, kiedy specjalnie nie widział jakiegoś powodu. - Alfred, więc jak? Nawet jeśli idziemy do niej, chyba wiesz, co się dzieje - ni pytał ni to przypuszczał. - Niepokoję się, czy nic jej nie jest? - przyznał głosem, jakby wyznawał jakąś tajemnicę.
- Właśnie rozważam, czy was wszystkich nie pozabijać… chociaż nie, nie wszystkich. Ty możesz się jeszcze przydać. - Wskazał Stephena, jednak na resztę spoglądał spode łba.
Nagle bóg uniósł głowę i spojrzał w stronę słońca. Każdego normalnego człowieka już dawno by to oślepiło, a on tylko przewrócił oczami. - Serio? - Wskazał na maga. -[i] Ty staniesz się przydatny, kiedy ktoś zabije nekromantę i powróci twoja witalność -[i] spojrzał na Sachima - a ty ponoć jesteś dobry w machaniu mieczykami. - Rzucił mu pod nogi jego miecz i prychnął. - Chociaż podejrzewam raczej, że Wieża poleciła ciebie tylko dlatego, że jesteś jej wyznawcą…
- Alfred właściwie nie wiem, co jest grane oraz nie wiem, jakie miałeś przygody z tą dwójką, ale to nie jest moja sprawa - odparł Stephen przyzwyczajony, że facet potrafi pieprzyć od rzeczy, jest kanciarzem oraz osobą która potrafi nie okazać odrobiny wdzięczności. Oceniał przydatność pozostałych. Doskonale proszę pana, ale możeby rozpocząć mógł od samego siebie? Ech Alfred cały, który uwielbia gadać. Dlatego pewnie Stephen jakoś zachowywał spokój, kontynuując rzeczową wypowiedź. - Czy możemy wrócić do tematu. Gdzie dokładnie jest Esmeralda? Nie planuję odwiedzać wszytskich burdeli pytając o nią, bowiem po pierwsze wstydziłbym się, po wtóre po prostu powiedz, który to przybytek. Natomiast Kate, jak jej pomóc? Pewnie masz jakąś koncepcję, skoro właśnie chciałeś ją odwiedzić.
- Gdzieś tam! - odparł poirtowany bóg. - Zdaje się, że chcieli się jej pozbyć…
- Chciałbyś jakoś właściwie jaśniej odpowiedzieć? - Stephen wysiłkiem woli trzymał nerwy na wodzy. Ponadto był niespokojny. Kogo chcieli się pozbyć: Esmeraldy, czy Kate oraz co oznacza tam, poza tym, że nic nie oznacza właściwie. - Chciałbym pozwolić sobie przypomnieć, że im konkretniej będziesz mówił, tym szybciej przekażesz informacje oraz tym szybciej dam ci spokój. Nie lubię bezsensownego pytlowania oraz grania wzajemnego sobie na nerwach.
- Jak pomożesz mi ich zabrać (nie wiem, dlaczego, ale tutejsi bogowie twierdzą, że się przydadzą), to możemy po drodze zgarnąć Siobhan, a następnie pójdziemy znaleźć Kate - rzucił Alfred, przewracając oczami.
 
Kelly jest offline  
Stary 12-12-2013, 00:22   #6
 
Cao Cao's Avatar
 
Reputacja: 185 Cao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie coś
Sachim z początku całego tego zjawiska zląkł się trochę i zamknął swoją niewyparzoną gębę. Jednak nie długo zajęło mu pozbieranie się po tym, teraz w jego mniemaniu drobnym zjawisku. Bóstwo zaczynał go obrażać i Wieżę przy okazji. Dodatkowo rzucił jego mieczem o glebę. Cóż zgodził się mu pomóc ale zastanawiał się czy jak już nie skończy to dziewki głowy nie pozbawi. Jednak gdy usłyszał, że zawitają do burdelu odkrzyknął wesoło, zapominając o poprzednich rozmyślaniach, w końcu kogo jedna dziewka obchodzi jak tam będzie ich pełno?:
- Dobry plan. - by podnosząc miecz dodać. - A na ciorta! Idziemy co będziemy tak stać, pokrako w tę stronę. - wskazał pierwszy lepszy kierunek i ruszył, wierząc, że jego nowo poznały towarzysz mag ruszy wraz z nim kontynuował - Co znaczy słowo mieczykami jedyne z czym mi się to kojarzy to z łapami?
- Super, tylko proszę, skoro mamy iść do zamku, to może tamtędy, gdzie on poskaże. Kimkolwiek jest owa wspomniana Siobhan - mruknął ciesząc ogólnie się tyle słowami Alfreda, co decyzją nowo poznanego wojownika, aby ruszać gdziekolwiek. Jakby bowiem nie było, był to ruch we własciwym kierunku. - Wasza szlachetność pozwoli, że będę pana eskortował po drodze. Tak wielkiemu panu nie wypada chodzić bez odpowiedniej obstawy - uśmiechnął się słodziutko Stehen do drugiego mężczyzny. - Prosimy tędy - wskazał dłonią za Alfredem.
- Przydatny?! Witalność! Mój stan jest DOSKONAŁY - powtórzę D-O-S-K...K.,-N...A...K-Konały! DOSKONAŁY! Jestem chodzącym przykładem na to, w jakiej formie powinien być człowiek, tym bardziej urzędnik! Ale chwila… Mówisz że będziemy polowali na nekromante?! Hmm… TO trudne, trudne - ale znam na takich sposób! Nawet nie będziemy musieli go zabijać… to znaczy, zabić.. Muszę udać się do króla! Weźmiemy zapasy, weźmiemy broń, oraz, oraz jeden przedmiot! Haha! Żołnierzu o stopniu cieciu! [wyglądało, jakby nie zrozumiał aluzji rozmówcy]. Prowadź mości naszą drużyne! Zygfrydzie! Aż krew mi się buzuję na myśl o tej chwalę i skarbach albo krabach!
- Doskonale maści państwo - oświadczył mocarnie Stephen, liczył bowiem na to, że tym razem Alfred jakoś wesprze ich oraz pomoże dziewczynom.
Alfred tymczasem szedł żwawym krokiem w stronę slumsów. Był wyraźnie niepocieszony i nie obracał się za siebie.
- Okropny świat - burknął pod nosem tak, że reszta ledwie go usłyszała.
Owszem właściwie, Alfred bowiem niemało się starał, by mieć swój wkład do takiej sytuacji. Nie mniej Stephen ruszył za nim licząc na to, że deklaracje innych są poważne oraz także za nim ruszą.
- A… Zamek?! Wino?! - Powiedział zaskoczony czarownik
- Ohhh! Zygfryd! Gdzieś Ty był tyle czasu! Że co?! U dowódcy Straży ?! Kto Cię do cholery tam wysłał! Ja?! Nie kłam, nie wolno! Hej, hej! Czekajcię na mnie! - ruszył za nimi szybkim krokiem.
- Zło...Wojowniku, nie chcesz wina z królewskiej winnicy?!
Sachim stanął jak wryty. Wino czy dziewki. Dziewki czy wino. Ciężki wybór, jednak po chwili namysłu stanęło na winie. Zrobił szybki obrót na stopie w stronę pokraki, w końcu nie wypada odmawiać wina, w dodatku z KRÓLEWSKIEJ WINNICY.
- Wlejmy trochę trunku w swe usta. - odparł ignorując boga, który obrażał go, jego boga i wszystkich w około. Złapał czarownika i pociągnął go w drugą stronę, parę kroków po czym szepnął:
- A co jak to diabeł i mąci nam w głowach? - cicho niczym myszka mrucząc magowi do ucha. - wtedy lepiej wypijmy bo potem możemy nie mieć okazji
- Potem?! Hahahaha - zbliżył twarz blisko do wojownika - weźmiemy zapasy! W końcu, urzędnikowi nie wypada na sucho podróżować! Poza tym, nasza trójka ma podrózować! Co nie Zygfryd! W drogę, w drogę drużyono! - Ruszył chwiejnym krokiem, jak gdyby narąbał się samymi wspomnieniami o alkoholu!
- Tak, tak - odparł by wybuchnąć śmiechem i dodać - [/i] Ci nieobyci Bogowie. [/i] - ruszył za nowopoznałym przybyszem magiem. - Sachim, mów mi Sachim. - znalazł w końcu kogoś podobnego sobie, więc był zadowolony z tego spotkania. Czuł się jak na statku piracki. Wyśmienicie.
- Jam jest Baron… Nie… jeszcze nie, hmm… tata… więc? Ah, dobrze, dobrze - wiem Zygfrydzie! Jam jest Baron Revilder Arh`Vinersan - zwany wspaniałym! Pan ziemski, oraz wielki wielbiciel kobiet oraz koni… psy też są niezłe! Właściwie, wszystko co żywe się nadaje…!- Ryknął ze szczęścia
- Być może ten dzień! Dzień pokonania boga - no… zremisowania, nie będzie dniem straconym! Po tych słowach ruszył w stronę przeciwną w stosunku do Alfreda oraz strażnika. Udając się w stronę zamku.
Jednak strażnicy, którzy pilnowali bramy, prowadzącej na tereny zamkowe, nie podzielali entuzjazmu maga. Spojrzeli na niego z powątpiewaniem.
- Przepustka! - nakazał jeden z nich.
- Ty tępy cepie! Jak śmiesz w ogóle pytać osobistego maga jego wysokości! Nie dłużej jak dwie godziny temu wychodziłem z tego zamku! Jak ktoś taki może bronić bramy do zamku?! Od kiedy to przyjmujemy na służbę ślepców oraz głupców! - Warknął wyraźnie zły!
- Będę musiał porozmawiać z jego wysokością, twoje imię żołnierzu! Możesz być pewien, że od jutra będziesz pilnował wychodka! I to nie królewskiego, ale… ale… ale… W stajni! Lancel będzie szczęśliwy!
Wtrącając się w rozmowę Sachim ryknął:
- Jak śmiesz w ogóle się odzywać do barona i do mnie władcy mórz, kto Ci dał prawo, głowę chcesz stracić. - odparł zasłaniając maga, trzymając rękę na mieczu. - Nie masz prawa na niego nawet patrzeć!
- Wybaczcie panowie, jednak nie przypominam sobie waszych twarzy - odparł sceptycznie jeden ze strażników, oceniając spojrzeniem brudne odzienie maga. - Prawo jest prawem. Bez imiennej przepustki nikogo nie wpuścimy. Rozkazy króla.
- Na miłość bogów, zaraz was rozniosę a wasze głowy dam tym grubym urzędasą do porzarcia! Lepiej! Osobiście będę zdobił nimi pokój albo jeszcze lepiej! Stajnia Lancela będzie wyglądać bosko! Ha ha! Jestem BARONEM, dziedzicem oraz herbowanym szlachcicem, czy wy banda kmieci potraficje to pojąć! Potraficie w ogóle czytać?! Możecie udać się do akademii magii, sprawdzić moją godność, kończyłem tutaj akademie, kiedy wy sprzątaliście wychodki lub wasze rodziny wiązały koniec z końcem. Ja miałem możliwość pić wina - co gorsza, na którę mam teraz ochotę - całymi dniami, jedna butelka wina jest więcej warta aniżeli wasze wynagrodzenie roczne. Wy przeklęte czarcie syny, to jest polecenie, moje! Lekarza Jego miłości, Pana tych ziem - oraz moje, jego wiernego wasala! Zapewniam cię! Bić będę, aż mi ręka spuchnie! Wtedy chwycę twoje łachmany drugą dłonią, i druga ręka pojdzie w bój. A kiedy nie będę miał dłoni, wówczas Zygfryd nagrodzi cie gradem ciosów, kiedy On się wszak zmęczy, mój towarzszysz dokończy działa, zmieniając twoją twarz w… Tylną część mojego konia! Będziesz kwiczał niczym prosie o które twój ród tak walczy! Tak, ty prosta gnido! Powtarzam to JA Baron Revilder, nadworny mag! - czarodziej zaczął głośno dyszeć, całe przemówieniu powiedział na jednym tchu.
- Prawo jest prawem - odparł strażnik. Wyglądało na to, że żadnemu z czterech mężczyzn przemowa nie przypadła do gustu.
- Dość! - warknął - z drogi węgouste poczwary. - miecz został dobyty Sachim stał na przeciw czterem strażnikom zasłaniając sobą maga. Robiąc cięcie zachaczył o piaszczyste podłoże mieczem chcąc oślepić piaskiem strażników. Nie miał zamiaru ich zabijać a jedynie ogłuszyć użył więc tępej części miecza. Wiatr został przecięty.
W okół czarodzieja zaczęło robić się naprawdę zimno… Mówiąc szczerze, z pewnością zrobiło się przyjemniej w tak upalnym dniu… aż naglę
- Cholera! Jest upał, jest tutaj strasznie sucho! - Po tych słowach odskoczył do tyłu.
- Za królewskie wino - rozległ się wrzask.
Chyba nie trzeba dodawać dwóch do dwóch, żeby wiedzieć, że przeciwko czterem uzbrojonym w halabardy, wyszkolonym mężczyznom w sile wieku, nie należy stawać z samym mieczem. Nawet wyśmienity wojownik, jak przybysz z Wysp Gryfów, nie miał szans. Szybko został rozbrojony i związany, podobnie mag.
W kilka minut obaj zwiedzili tereny zamkowe i dotarli do chłodnej Wieży Ciszy, gdzie została im sprezentowana przyjemna cela, tuż pod powierzchnią ziemi.
- To jest chamstwo! Jesteśmy niewinni! Jedno spragnieni! Zaskarżę was! Będziecie błagać o łaskę jego miłość! Chcę rozmawiać z dowódcą, lub królem! Albo moim ojcem! Jest poważanym obywatelem! Zastrzegam was na miłość mojej mamusi! Zygfryd mnie pomści! Wciąż jest na wolności! Czarcie syny! - Widać było że mag jest naprawdę zły
- Wypuszczą nas, to kwestia chwili, musi pojawić się sędzia lub ktoś upoważniony do wydawania wyroków, wtedy powinien mnie poznać…
- No to czekamy! koniec końców jak bogów kocham tych czterech znajdę i wbiję im do głów swe imię! - odparł Sachim.
- Mogli by dać coś do picia… Co kolwiek… - dodał zmęczony mag.
- Potrzebny nam Rum i statek. - powiedział ni stąd ni z owąd, przybysz.
- Na ładne dziewki też bym nie narzekał… Ah… Spotkałem dziś wiele dziwnych osobistości, co nie? Niestety nie okazałeś się wędrownym oszustem, liczyłem że wepchnę mu te buty w… dupe! - Na jego ustach zagościł uśmiech.
-Tak! Tak! Ale dziewki skonfizkujemy jako zapłatę a potem ładnie je wychodujemy. To będzie statek hodowlano-królewski. Ja będę kapitanem a Ty będziesz konfiskował w imię królestwa! - wyjawił swe plany nowopoznałemu baronowi.
- Konfiskata, to jedynie część obowiązków urzędnika! - poprawił przyszłego kapitana
- Tak! Ja się na tym nie znam rzecz jasna więc Ty będziesz miał dziewki do pomocy i będziesz żądził urzędniczo oczywiście, w imię królestwa. A ja zajmę się biciem po łbie nieposłusznych kanali. - dodał by nie wyjść na głupka nie obeznanego w świecie.
- Hm… Potem zmobilizujemy wielką armię! Będziemy podbijać to kolejne królestwa, zasiadając ostatecznie na tronie - jako dwaj królowie - niezaprzeczalni władcy tego świata! Nasz głos będzie prawem, a myśl życzeniem, nasze spojrzenie wiarą a ciało boskością! - Rozmarzył się młodzieniec.
- Ale teraz! WINA kurwa! - krzyknął w stronę straży, która pilnowała celi. - razem mamy większą siłę przebicia. - dodał skandując dalej.
Nie został głuchy na wołanie towarzysza, podniusł się szybko po czym dołączył do okrzyków
- Wina! Wina! Wina!
Wołania jednak pozostały bez odpowiedzi.
Okazało się, że pierwsze słowa maga, zaraz po wylądowaniu w celi, nie były bezpodstawne, jednak jakimś trafem, wiadomość o pojmaniu dwójki awanturników, dość późno dotarła do odpowiednich osób. Zanim ich wypuszczono, minęło kilka długich godzin.
Sachima w trybie natychmiastowym odeskortowano do slumsów, a Revildera do komnat, gdzie dostał swoje wino i reprymendę za wychodzenie poza tereny zamkowe.
 
Cao Cao jest offline  
Stary 19-12-2013, 21:37   #7
 
Rock's Avatar
 
Reputacja: 14 Rock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znany
Było już prawie ciemno, kiedy strżnicy “wyrzucili” wojownika za bramę, do slumsów. Chwilę potem zdobione kraty zatrzasnęły się, zamykając przejście do bogatszych dzielnic.
Sachim wsunął miecz na miejsce, drugi już raz dostał wpierdziel jednego dnia cóż było ich ciut za dużo. - No nic! - mruknął, zadowolony z spędzonego dnia. W końcu znalazł bratnią duszę. Strząsnął kurz z ramion, postanowił ruszyć do burdelu. Tylko gdzie on jest? W końcu miał kogoś uratować. Z tym, że zapomniał jej imienia. Problematyczna sprawa ale postanowił uratować wszystkie dziewki w takim razie. Czas pogadać z chołotą. Ruszył przed siebie bacząc na kroki bowiem był w slumsach a doświadczenie podpowiadało, że wariatów nie brakuje a i żezimieszków też.
- Ej wy tam. - podszedł do najgroźniej wyglądającego typka i szepnął mu na ucho. - gdzie znajdę najważniejszą osobę w tym mieście?
Drab spojrzał na niego z góry i ryknął śmiechem.
- Won mi stąd! - zawołał.
Sachim rozejrzał się czy w pobliżu nie ma jakiegoś strażnika. Nie było, za to pół tuzina umięśnionych pijanych chłopów nie wyglądała zbyt optymistycznie nastawiona do rozmów.
- Ja tu chciałem kufel piwa postawić nowopoznałemu a on mnie wygania. No cóż skoro tak chcesz ale znam cudną karczmę a jakie dziewki mają. - odparł Sachim sądząc po wyglądzie, że drab do najbystrzejszych nie należy.
- Hmm… to co innego… - odparł mężczyzna. - Czego chcesz? - dodał jednak, mniej ufnie.
Nachylił się do draba by szepnąć - włamać do komnat królewskich jeśli mam być szczerym. - odparł najwierniej jak się da pokazując palcem by ten ruszył za nim.
Odpowiedział mu jednak gromki śmiech zebranych.
- Ten to już chyba za dużo wypił, nie? - zaśmiał się towarzysz draba.
- Ano! Zmiataj stąd, pókim dobry! - dodał drab, zanosząc się śmiechem.
Sachim westchnął tylko będąc zdziwionym głupotą tego człowieka, ale co zrobić. Odparł więc tylko - A można tu może gdzieś walczyć na pieniądze? - zapytał, zaciekawiony bardziej odpowiedzią draba niż samym miejscem, które możliwe, że odwiedzi, kwestia czy takie istnieje w tych slumsach.
- A można! My cię obijemy i zabierzemy pieniądze! - Wyglądało na to, że bardzo spodobał im się ten pomysł, bo było nieco mniej śmiechów, a pijackie spojrzenia nieco nabrały ostrości.
Sachim był znów w tarapatach. W takiej sytuacji zaczynało w nim powoli wrzeć, w sumie co się dziwić dostał już dwa razy bęcki. Nie bał się zwykłych łachudrów ale ich ilość była mocno przytłaczająca. Sachim warknął na gościa:
- Masz rację, najpierw stłukę Cię na kwaśne jabłko a potem powiesz mi wszystko co chcę wiedzieć - odparł, chcąc przydzwonić drabowi klingą miecza w splot słoneczny.
Drab cofnął się chwiejnie, jednak niewątpliwie Sachim zachaczył o jego ubranie, zanim ten runął na ziemię.
- Straż, straż! Biją! Atakują! Mordują! - wydzierali się kompani nieprzyjemnego mężczyzny.
- Zamknąć mordy pijaki! - wrzasnął jednak tym razem w jego oczach na prawdę było widać rządzę mordu. - Albo zanim strażnicy mnie złapią conajmniej pięciu z was straci głowy. dodał starając się zastraszyć durnych idiotów. - Ja tu kurwa grzecznie się zapytałem, zaproponowałem coś do picia a wy psy chcecie mnie okraść i od morderców wyzywacie? A i macie rację wam powiem, jestem nim. Więc stulcie pyski zanim mnie wkurwicie.
Jednak tamci najwyraźniej nie wychwycili sensu jego słów. Zaczęli uciekać, wpadając na siebie i innych, tworząc najprawdziwszy chaos na ulicach. Inni ludzie, nie wiedzieć dlaczego, również zaczęli uciekać. Bali się o własne życia, czy co?
Kiedy Sachim podszedł do leżącego, ten zaczął jęczeć, żeby go nie zabijał.
- Ja mam żonę, dzieci! Litości!
Sachim złapał gościa za szmaty, spojrzał dokładnie na faudy szmat uprzednio czy nie ma przy sobie jakiegoś ostrza lub czegoś wyglądającego groźnie. Spojrzał na niego jeszcze raz uśmiechając się teraz.
- Idziemy się napić do karczmy rozumiesz? - i nie czekając na odpowiedź kontynuował - bądź grzeczny, to się dogadamy.
- Eee… - odparł ten iście inteligentnie. Chwilę zastanawiał się, czy wstać, czy może lepiej nie, ale kiedy powziął już decyzję, okazało się, że nie był w stanie. I bynajmniej nie dlatego, że ucierpiał podczas upadku.
- Dobra więc… gadaj gdzie znajdę tu kogoś ważnego jeśli wiesz o co mi chodzi. A żeby było Ci łatwiej myśleć to dodam, że nie chodzi mi o karczmarza czy dziewkę z kwiatami tylko o kogoś… hm… podobnego do mnie rozumiesz? - bąknął zniesmaczony gębą niedoszłego zbira, który pewnie do końca swych dni już nie pomyśli o takim absurdzie jak rozbój.
- Na zamku, panie - jęknął zapytany.
- A tu w slumsach? - zapytał wątpiąc w resztki rozumu pijaka, które mogłyby załapać w końcu o co chodzi Sachimowi dla własnego zdrowia. No a dokładnie można rzec by ta pusta makówka trzymała się jeszcze na szyi.
- Może w karczmach… nie wiem!
Sachim nie wyrobił sieknął pijakowi z buta w łeb zabrał sakiewkę i zaczął się rozglądać w całym tym chaosie, poszukując kogoś odrobinę bardziej rozsądnego. Akurat dobrze się złożyło, że ta banda idiotów narobiła chaosu, wiele osób uciekało do ciemnych zaułków co pozwoliłoby Sachimowi w końcu może dowiedzieć się czegoś sensownego.
Nagle ktoś pociągnął go za rękaw.
Wojownik spojrzał na zakapturzoną postać, która skinęła, żeby podążył za nią.
Sachim odpowiedział jedynie skinieniem i ruszył za zamaskowaną osobą a był to chyba cud. Chaos wydawał się mieć jakiś plus, choć równie dobrze może wpaść w zasadzkę więc przyglądał się teraz wszystkiemu z podójną siłą, nasłuchiwał.
Kiedy znaleźli się w odosobnieniu, postać zatrzymała się i obróciła w stronę wojownika. Nie odrzuciła kaptura.
- Dlaczego ignorujesz zadanie, jakie tobie wyznaczyłam? - zapytała, a w jej słowach była moc.
Sachim chyba pierwszy raz spoważniał dzisiejszego dnia. Po czym odparł:
- Ten drań obrażał Ciebie i mnie. Jak mam zaufać komuś takiemu. - normalnie zapewne znowu wyzwałby przybysza albo przetestował ale dzisiejszy dzień był inny. Wierzył każdemu kto podawał się za Boga. Choćby to był diabeł.
- Nie jest to istotne. Wypełnij swoje zadanie, a otrzymasz dar. - Uniosła dłoń i dotknęła miecza przy pasie wojownika. Powietrze zadrżało. - Obyś dzierżył go z rozwagą - dodała, po czym cofnęła się i zniknęła pośród cieni.
Sachim w końcu spoważniał. Co prawda skinął lekko głową gdy postać się oddalała dodając:
- Dobrze więc… - odparł i ruszył przed siebie, zakładając, że Wieża jakoś go nakierowała wprowadzając w tą uliczkę. Spojrzał również na miecz, przyglądając się jego wyglądowi.
Nie zauważył, żeby cokolwiek się zmieniło. Ciężar ten sam, wygląd ten sam.
Idąc dalej uliczką, wyszedł na główną ulicę Celltown. Ulicę, gdzie wcześniej spotkał dziwacznych nieznajomych. W prawo prowadziła do bram miasta, w lewo, do bramy do kolejnej dzielnicy. O tej porze, obie były już zamknięte..
Syknął pod nosem siarczyste i typowe dla niego już - Kurwa. - po czym skierował się gdzieś w uliczki szukając karczmy, burdelu lub czegoś wartego do zobaczenia, przy okazji oczywiście rozglądając się czy aby nie ma tu tej dziewki, boga lub kogokolwiek innego. W końcu potrzebuje jakiś informacji albo szczęścia inaczej utknie szukając tej dziewczyny tutaj na amen. No cóż pamiętał, że dwójka nowopoznalskich mówiła coś o burdelu więc warto było zerknąć i tam. Karczma to dobre miejsce by dowiedzieć się co się dziś działo, przespać i ruszyć rano, za bogiem a na pewno będą o tym ciecie mówić.
Sachim wszedł do pierwszej karczmy, jaka przypadła mu do gustu… czyli w sumie do pierwszej. W pomieszczeniu było gwarno i tłoczno. Ze strzępów rozmów, wojownik wychwycił, że stało się coś niecodzeinnego. Rozejrzał sie, po twarzach i ubiorze lustrując ludzi tu obecnych, patrząc również na to co piją i jaka jest do nich odległość. Zarejestrował również, rozmieszczenie stolików po czym ruszył do barmana:
-Witaj dobrodzieju, uracz mnie kuflem piwa - odparł kładąc miedziaki przed karczmarzem dodając - co tu tak gwarno?
- Dzisiaj mamy promocję. Pięć miedziaków za piwo! - odparł zapytany. - A wiesz, panie… wiele się tutaj ostatnio dzieje! Ale ja to nie jestem od plotek… no, może jeśli dorzucisz jeszcze trochę grosza, to i zdradzę kilka ciekawych tajemnic!
Kilka dodatkowych monet wylądowało na starym blacie. Sachim siedział zaś bez słowa czekając na nowiny i plotki, które mogłyby go nakierować na boga. Choć oczywiście nie tylko to go interesowało a cena paru miedziaków często może być warta informacji. Dodał więc:
- Wypij więc w domowym zaciszu, gdy będziesz miał chwile wytchnienia. -
- Wyśmienicie! - odparł karczmarz, zgarniając sprawnym gestem moenty. - No więc dzisiaj, w białby dzień, ktoś ubił w burdelu pewnego możnego szlachcica! Wierzyć się nie chce! Powiadają, że to zazdrosny kochaś, który przyszedł do ulubionej dziwki, a znalazł ją z innym. Potem porwał ją razem z jakimś gwardzistą i uciekli. Szuka ich teraz po całym mieście…
- Tak może mógłbym pomóc w poszukiwaniach, zdolny ze mnie wojownik. Kto ich szuka? - odparł zaciekawiony.
- Jacyś się tutaj kręcili - odparł, rozglądając się dokoła. Po chwili uśmiech rozjaśnił jego nalaną mordę i wskazał kogoś w kącie. - O, tam są!
Sachim zerknął we wskazanym kierunku. Ledwie dostrzegł ciemne płaszcze i cztery osoby, siedzące w rogu karczmy.
- A wiesz może gdzie jeszcze można sobie szybko dorobić - odparł ukradkiem i szeptem mrużąc przy tym dyskretnie oczy. Każdy mądrzejszy od osła domyślił się o co mu chodziło.
- Takim, jak ty, polecałbym gildię łowców. - Karczmarz wzruszył ramionami. - Oni dostają zazwyczaj jakieś płatne zlecenia… ale to nie jest proste! Nie dość, że trzeba umiec machać mieczem, to jeszcze czytać każą!
- Wiesz a nie chciałbyś może receptury na piwo z Maavrel? Stamtąd pochodzę a i trunek wyśmienity. - dodał próbując wszcząć negocjacje. - ma też jedną ważną zaletę, jest smaczny jak diabli i daje uczucie pieczenia jakoby był mocny, zaś szybko się nim nie spijesz. Dzięki temu sprzedarz może Ci wzrosnąć. - dodał z poważną miną.
- Pff… nie takie rzeczy usiłowali mi wcisnąć. - Karczmarz przewrócił oczami, wracając do kufli, wyraźnie nie zainteresowany.
- Gdybym miał więcej czasu udowodniłbym swe racje jednak czas mnie nagli bowiem nie wiem czy Ci jegomoście nie zniknął. - odparł kiwając głową i łapiąc kufel z którego nie upił nawet łyka. Zaczął iść w kierunku rogu karczmy. Gdy dotarł tam stanął i z poważną i przeszywającą miną odparł:
-Pozwolą jegomoście mi się przysiaść?
Czwórka zebranych spojrzała na niego z oczami bez wyrazu.
- A wiesz coś o osobach, których szukamy? - zapytał jeden z nich, równie beznamiętnym tonem.
Tymczasem miecz u pasa wojownika jakby drgnął.
- Nie podoba mi się to… - Sachim usłyszał cichutki głosik tuż przy uchu…
Sachim wybabałuszył oczy niczym by właśnie dostrzegł smoka. Upuścił kufel z piwem, który rozlał się na drewniane deski karczmy.
- Kto to powiedział? - odparł ignorując chwilowo czwórkę ludzi z beznamiętnymi głosami.
- No ja! - dobiegło go nieco przytłumione wołanie dziewczęcego głosiku.
- Jaki znowu Ja? - odwrócił się nerwowo w drugą stronę choć wiedział, że nikogo tam nie ma, czuł to i dostrzegłby cień na deskach pokrytych pianą piwa.
- No jaaa…. - odpar ponownie głosik, wyraźnie poirytowany. Wojownik stiwerdził, że rozlega się on bezpośrednio w jego głowie. Zebrani dokoła ludzie, spogladali na niego zdumieni.
- Wybaczcie panowie, wrócę tu niebawem ale najpierw muszę rozprawić się z jakimś magiem najwidoczniej, gada mi coś w głowie, przez niego. - odparł będąc pewnym, że to sprawka Revildera. - zaraz wrócę potrzebuję chwilki czasu. - wychodząc znowu dało się słyszeć jak mówi do głosu w głowie tym razem - Revilder nie rób ze mnie głupca! Co Ci się niepodoba? Muszę wykonać pewne zadanie ale obiecuję, że później po Ciebie wrócę.
- Ale ja nie jestem żaden Revilder! - zaszlochał głosik. - I idę spać. Dobraaaanoooc…
- To kim jesteś? Wieżą? - odparł zdziwiony i zmieszany już kompletnie Sachim wyglądał jak zbity pies. Kompletnie zgłupiał i nie wiedział co się dzieje stojąc na zewnątrz karczmy. Jednak głosik zamilkł...
- Nie bądź taki przedstaw się. stał mówiąc sam do siebie, a tak z tego przynajmniej wynikało chwilowo. Wyciągnął miecz patrząc na niego i machając nim. Potem zaczął go oglądać dokładniej. I dokładniej. Jednak nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło, nic nie zobaczył. Wszystko było jak należy.
Sachim wrócił więc do czterech zamaskowanych ludzi. Stanął przed nimi i odparł kontynuując rozmowę jakby nic się w ogóle nie zdarzyło:
- To zależy, nie jestem pewien kogo dokładnie szukacie ale jeśli mowa o… - nie zdązył dokończyć bo stanął jak wryty z wybabałuszonymi oczętami.
- Znowu mnie buuuuudziiiiisz! - przerwał mu ponownie głosik.
- Może któryś z was mi wyjaśnić jakim cudem słyszę głos w głowie za każdym razem jak do was podejdę? - odparł kompletnie skołowany Sachim do czwórki ludków, zaś do miecza (prawdopodobnie do miecza lub własnej głowy) odparł - Przedstaw się do stu beczek rumu? Jam jest Sachim a Tyś jest?
- Nie nadałeś mi jeszcze imieniaaa! - zaszlochał głosik. - I przestań z nimi romzawiaaaać!
- Myślę, że za dużo wypiłeś, przyjacielu - odparł ponownie ten jeden, kelpiąc miejsce obok siebie. - Może usiądziesz, zanim się wywrócisz?
I wywalił się z łoskotem na tyłek. Złapał się za dupsko po czym wstał i otrzepał:
- Moment po kolei bo zgłupieję! - odparł do czwórki nieznajomych - muszę chwilę pogadać z gościem w głowie bądźcie wytrwali. - przełknął ślinę, podrapał się po głowie, no ale miała rację imię mieć musi każdy. A skoro nikt jej go nie nadał to będzie zaszczycony nadając jej imię - A jakiego typu imiona lubisz? Twarde, czy może miękkie w brzmieniu? - zapytał w pustkę.
- Hmm… twarde! jestem przecież twarda, co nie? - odparł uradowany głosik.
- Może Aerie? W wiosce w której się wychowałem imię to oznacza “smoczy pazur” i jest kobiece. Co o tym myślisz? zapytał mając nadzieję że dziewczynie spodoba się twarde imię z jego rodzinnych stron choć dobrze wiedział, że większość ludzi a już na pewno kobiet woli nie posiadać takich imion.
- Dlaczego wolą takich nie mieć? - zdziwił się głosik. - Mi się podoba! Możesz tak do mnie mówić!
I w samą porę doszli do porozumienia, gdyż czterech mężczyzn, jak na komendę wstało z miejsc i wyciągnęło broń.
- Obronię Cię Aerie! - warknął a oczy przepełniły mu się płomieniami. Nie wiedział kim jest ów głosik ale nie pozwoli jakimś pijusom utłuc niewinną dziewczynkę. Udawał, że dalej się chwieje i zatoczył się krok w tył, poza zasięg mieczy. By równie szybko wrócić na poprzednie miejsce i wyjmując miecz zadać cięcie.
- Ała! Yuł! - usłyszał dziewczęcy pisk w głowie, kiedy miecz ciął rękę trzymającą wycelowane w niego ostrze.
Napastnik nie wydał z siebie jednak żadnego jęku. Ani okrzyku, kiedy nacierał. Z rany trysnęła krew, jednak nie wyglądało na to, żeby w jakikolwiek sposób przeszkadzało to atakującemu go mężczyźnie.
Sachim wybabauszył oczy po raz kolejny. To już chyba trzeci raz w tej karczmie powinni zmienić oni nazwę na Wybabauszona Karczma. Tak czy inaczej nie Sachim nie mógł się poddać odparł:
- Coś się stało Aerie? Nie wiem czy dam sobie radę z tymi łachudrami - wrzasnął starając się tym razem odciąć głowię napastnikowi.
Cięcie, mimo że przejechało pięknie po gardle, nie odjęło głowy napastnikowi. W karczmie już dawno wybuchła panika, kiedy tylko pojawiły się miecze, a teraz, kiedy człowiek z podciętym gardłem, dalej nacierał, jak gdyby nigdy nic, na Sachima, panika tylko nabrała na sile.
Sachim złapał przebiegającego no właśnie kogo? A co za różnica. I wywalił mu z kopa tak by ten wylądował wprost na przeciwniku. A przynajmniej taki był plan.
Okazało się, że była to jedna z dziewek karczemnych. Zakrzyknęła przerażona, kiedy wylądowała na osobniku z poderżniętym gardłem. Usiłowała zmienić tor litu, jednak nadziałą się na jego wyciągniety nóż. Po chwili osunęła się na podłogę, a złowrodzy napastnicy przeszli po niej, chociaż wiła się i jęczała.
- Kurwa - mruknął widząc, że plan spalił na manewce. - Jakiś pomysł Aerie? - mówiąc to przeskoczył w bok i schylił się i spod stojącego stolika spróbował podciąć napastnikowi ścięgna. Jedyny skutek był taki, że stwór złapał się stołu, żeby nie upaść, lecz dalej sunął w jego stronę. Za to kolejne trzy go minęły...
- Przecież mówiłam, że to zombie!! - wydarł się głosik. - Fuj, fuj, fuuuuuuj!
Z tego, co Sachim wiedział, pokonać sługusów nekromanty można jedynie poprzez spalenie, albo odcięcie głowy. A jako że nie chciał (i nie miał jak) wzniecać ognia, pozostawała druga opcja.
Sachim podniósł się nagle i chciał odrąbać głowę opierającemu się nieumarłemu bez względu na skutek po tym manewrze odskoczył w tył. Stwór nie zdążył, jak poprzednio, szarpnąć się w tył i miecz przeszedł przez tkanki, pozbawiając głowę połączenia z tułowiem. Po chwili cielsko runęło na ziemię.
Zapanowała podejrzana cisza. Kiedy wojownik zerknął przez ramię, zobaczył, że został sam jeden z trzema ostatnimi stworami… no i walającym się po podłodze cielskiem.
- Obrzydliwe poczwary! - warknął, strzelając z kopa w stolik by ten rozbił się na nieumarłych. Postanowił jednak nie ustępować im, przebiegł obok jednego z nieumarłych tnąc głowę po raz kolejny. A przynajminiej tak chciał zrobić, koniec końców jak się rozpędzi to wyląduje w drugim końcu izby.
Manewr nie wyszedł najszczęśliwiej. Wojownik potknął się o przewrócony stołek i zarył plecami o ścianę. Stwory spojrzały na niego beznamiętnie. Cholera. Gdyby chociaż się zaśmiały, zadrwiły…
Było jednak nieco gorzej… bo miecz gdzieś przepadł. Nieopacznie Sachim wypuścił go z ręki i leżał teraz bliżej sługusów nekromanty, niż jego. Zanim zdołał się pozbierać z ziemi, stracił szansę na odzyskanie broni.
Już było po nim, gdyby nie odsiecz. Ni stąd ni zowąd głowy pozostałych trzech stworów runęły na ziemię.
Zdumiony wojownik zobaczył dwie osoby, stojące z mieczami w rękach. Byli odziani cali na czarno, a na głowach mieli dziwaczne hełmy z długimi rogami. Bez słowa rozejrzeli się po izbie i wyszli, a na ich miejsce wbiegła straż.
Sachim wstał i krzyknął do strażników:
- Dziewka ratujcie ją! - wskazał na leżącą po między truposzami dziewuchę. Podbiegł szybko i złapał swój miecz, po czym schował go.
- Stać! Ktoś ty! - zawołał jeden ze strażników, celując w niego halabardę. Reszta poszła za jego przykładem.
- Zostawili go, więc jest czysty… - mruknął inny z wojskowych.
Sachim stał jak wryty z schowanym mieczem - Zabiłem jednego nieumarłego, restę dokończyli odziani w rogi wojownicy. podszedł do trupów nieumarłych by się im przyjrzeć.
Tumczasem strażnicy podeszli do leżącej na ziemi kobiety, która łkała cicho, spoglądając na nich błagalnie..
- Suczy syny… mogli ją dobić… - splunął jeden z nich. - Kapitanie?
- Nie bądź baba, zrób to - przewrócił oczami zapytany.
Sachim przyglądał się zwłokom bez głów, przeglądał ich rzeczy ich twarze i łachmany. Słuchając równocześnie co chcą zrobić strażnicy. Postanowił jednak się chwilowo nie wtrącać.
- Głupio tak… - burknął strażnik, podchodząc do kobiety.
- Błagam, pomocy… - łkała. - N-n-niee…
- Zrób to! Szybko! - warknął kapitan.
Strażnik skrzywił się, jednak wypełnił polecenie. Ostrze spadło na szyję niewiasty, odłączając jej głowę od reszty ciała. Szloch się urwał, nastała niezręczna cisza.
- Mam nadzieję na sowite wynagrodzenie - mruknął zduszonym głosem strażnik.
- Hej! Zostaw ich, bo też to złapiesz! - ryknął do Sachima dowódca. - A może ciebie też mamy od razu głowy pozbawić?!
- Nie martw się jestem specjalistą od nieumarłych, ubiłem w końcu tu jednego. - odparł zręcznie przeszukując zwłoki, tak by nie dotknąć rozerwanych tkanek. - choć trzech na raz to spore wyzwanie nawet jak na mnie. - odparł przekonując strażników by byli spokojni, dodając - zaraz gdy skończę ciała będzie trzeba spalić. Podołacie?
- Mniemam, że my znamy się lepiej na tych sprawach, niż jakiś tam przybysz… - prychnął kapitan. - Nic przy nich nie znajdziesz. Tylko to, co mieli za życia, czyli zapewne kilka godzin temu… a moiże i przed chwilą… Nie są już niebezpieczni.
Złapał mieszki przy truposzach i położył je na stoliku obok - weźcie je więc, nie tego szukam. odparł przyglądając się trupom dalej i rozmyślając. - potrzebuję chwili w samotności moglibyście to dla mnie zrobić? odparł, pytająco.
- Aerie masz jakiś pomysł by dowiedzieć się czegoś o tych trupach? - odparł zaciekawiony jej zdaniem.
Jednak miecz nie odpowiadał, a strażnicy nie byli zbyt optymistycznie nastawieni do tego pomysłu i bezceremonialnie wywalili go za drzwi.
Drobne strugi pyłu przebijały się w promieniach błyszczących lamp. Piaskowe podłoże zamortyzowało upadek, co prawda Sachim postanowił dać im się zasadniczo wyrzucić bez oporu ale… następnym razem miał zamiar pogruchotać im kilka kości za takie traktowanie. Wiecie, każdy ma szansę popłenić jeden błąd. Przy drugim dostaje się z reguły nauczkę. Ruszył… no właśnie gdzie? Błąkał się po mieście jak nawiedzony, wszędzie wszczynając zadymy. Zaczynało go to irytować, znaczy przywykł do tego i z pewnością nazajutrz będzie głośno o przybyszu, który narobił wszędzie bałaganu i bigosu. Ale… no czas się ogarnąć. Tylko jak do stu diabłów. Na prawdę starał się odnaleźć tego głupiego bożka z tym, że nie wiedział jak. W końcu stwierdził, że gadali coś o burdelu, postanowił tam zawitać. O ile ją znajdzie, cóż pewnie znowu wstąpi do pierwszego lepszego miejsca, które będzie nietypowe lub pełne alkoholu ale co tam.
- Aaaaa! - wrzasnął nagle łapiąc się za głowę - moje piwsko! Do stu diabłów - po czym ruszył z smutną miną.
Szybko trafił do dzielnicy czerwonych latarni, gdzie niemal każdy lokal miał wywieszone czerwone światła przed drzwiami. Szedł chwilę tłoczną uliczką, na której kobiety zachęcały wdziękami do wejścia, a mężczyźni się tłoczyli, dwa razy skopał złodzieja, który wyciągał łapska po jego pieniądze, aż w końcu trafił pod lokal, gdzie latarnie były zgaszone. Ludzi również jakoś mniej tu było, a ze strzępków rozmów, wychwycił, że lokal jest zamknięty, bo kogoś w nim zamordowano.
Dziwna sprawa…
- Nie podoba mi sie tu - usłyszał znajomy, dzewczęcy głosik w głowie.
Nie był już aż tak zaskoczony tym głosikiem jednak nadal wzbudzał on w mnim lekkie zdziwienie i zmieszanie. Odparł cicho:
- Dlaczego tym razem? - zapytał nadal nasłuchując i dokładnie przyglądając się zamkniętemu lokalowi. Dodając:
- Musisz mówić głośno bo Cię nie słyszę często… -
- Bo spaaaaałaaaam - odparł, ziewając. - A nie podoba mi sie tu, bo tu jest strasznie… czuć magią nekromanty… I są te straszne panie…
- A co się dziwić idealne miejsce dla nekromanty, no i tych pań także. Tylko co on tu nawyczyniał i gdzie jest teraz? - dodał swoje zdanie uśmiechając się - Tak w ogóle to co Ty potrafisz? pominąwszy niuchanie nieumarłych i nekromantów z daleka, no i spanie jak suseł - zapytał.
- Nie obrażaj mnie! - oburzył się głosik. - Po prostu, jak nie ma w pobliżu dziwnej magii, to sobie śpię… co w tym złego? Poza tym, nie “niucham”. Nie mam nosa! I na pewno nie nekromantów. A magię… pff… głupek. - Skończył obrażony miecz.
- No już dobrze, dobrze. Przepraszam. Kupię Ci później smarowidło. - dodał śmiejąc się cicho sam do siebie - Więc co za czary tu rzucono? - spoważniał nagle rozglądając się tym razem uważnie do okoła.
- Nie wiem. Jakieś brzydkie… nekromanta wstrętny. I to nie tu. Tutaj tylko przyszło - wyjaśnił Aerie. Miecz nie wydawał się zachwycony bytnością w tym miejscu… na dodatek miał… mentalność małej dziewczynki! Brakowało jeszcze, żeby zażądała wstążek, kucyków, czy czego tam małe dziewczynki mogą chcieć.
Idziemy pozwiedzać? Czy może się boisz i chcesz wracać? Tylko gdzie bym miał iść, ja tu nic nie znam. - odparł drapiąc się po głowie.
- To idź sobie zwiedzać… wtedy pójdę spać… jakby co, to się odezwę - oznajmił miecz, ziewając. - Ach! I nigdy więcej nie waż się rzucać mną o ziemię!! Zrozumiano?!
Kiwnął głową potakująco - choć w sumie ja przydzwoniłem równie mocno ale nadal to moja wina więc postaram się - ruszył a raczej miał ruszyć.
- Nie prawda! Rzuciłeś mnąąąąąą! - zaszlochał miecz. - Już nawet nie pamiętaaaaaasz! Nienawidzę cię! Buuuuuuu!
- Aaaa wtedy, eee… nie przypuszczałem, że będziesz ze mną rozmawiała i że masz duszę. A i ta kobieta wyglądała na zdesperowaną więc chciałem jej pomóc. - tłumaczył się idąc w stronę burdelu bez światła. Po czym się zorientował, że przydałoby mu się coś świecącego. Obrócił się na pięcie i spojrzał na latarnię. - Dasz radę to przeciąć? Potrzebne mi światło nie wlezę do tej ciemności bez światła. O NIE! - powiedział, jakby bał się ciemności. W sumie kto go tam wie, nie był do końca normalny.
- Spadaj - odparł rzeczowo miecz.
Kiedy wojownik usiłował wyciągnąć go, ignarując zwięzły przekaz, okazało się, że ostrze ani drgnie. No pięknie… miecz się na niego obraził...
- Już ja Ci pokarzę, jak wylądujesz w łapach Revildera to on Cię ustawi, bo ja nie mam na to czasu teraz. - odparł machając palcem, że miecz się nieładnie zachowuje. - muszę kupić drugi miecz bo z tym zwariuję. Może pójdą na wymianę czy coś? zaczął się głośno zastanawiać próbując ściągnąć latarnię.
- Głuuuuuupek! - zaszlochał miecz. - A wymień mnie, wymień! Może trafię na kogoś mądrzejszeeeeeego!
Starania Sachima zaowocowały, kiedy latarnia zeszła gładko z obejmy. W prawdzie była gorąca i jakiś jegomość coś zakrzyknął gniewnie, jednak szybki bieg i wkroczenie do środka nieczynnego zamtuzu, skutecznie zniechęciły pogoń. Oczywiście wszystko do wtóru szlochu małego mieczyka...
- No już dobrze, dobrze nie oddam Cię w końcu sporo razem przeszliśmy ale nie zrób mi takiego numeru przed przeciwnikiem bo zginę. odparł jedynie zaznaczając, że nie ma zamiaru zginąć. Podniósł latarnię rozglądając się w około.
Odpowiedziało mu ciche chlipanie.
Parter był sporą salą, przypominającą karczmę. Dokoła rozstawione były stoły z wygodnymi na oko ławami, a na piętro prowadziły szerokie schody. Bar znajdował się, z niewiadomych powodów, tuż przy wyjściu.
Sachim wybrał oczywiście najrozsądniejszą z opcji. Czyli przeszukanie baru. A jak! Może znajdzie trochę monet albo coś do picia.
Szybko jednak zorientował się, że nie jest jedynym, który znajduje się w budynku. Odtsawił latarnię i zakradł się na górę, gdzie zobaczył dwóch ludzi z halabardami. Straż! Stali z dwóch stron korytarza, jakby czegoś pilnowali. Co chwilę któryś z nich ziewał przeciągle, zarażając w końcu i Sachima. Mężny wój uległ i też rozdziawił gębę we w miarę bezgłosnym, acz rozdzierającym ziewnięciu. <jeśli ziewnąłeś, daj lajka ;p>
Podrapał się po głowie.
- Kto idzie? - zawołał niemrawo jeden ze strażników.
- Stary… mam nadzieję, że przyniosłeś wino… - mruknął drugi.
Sachim milczał. A co miał im powiedzieć? Że też by się napił. Czy jak?
- I teaz jeszcze każą nam tutaj stać, bo zarnżnęli w środku jakiegoś frajera… już nawet ciała tu nie ma! Co za bezsensowna robota…
- Co z tym winem?!
Sachim złapał za miecz i przesunął go delikatnie niby wyjmując coś spod tuniki, sprawdzając czy ten wyjdzie z pochwy czy raczej nie. Najwyraźniej jednak Arie był ciągle obrażonym mieczem, nieskorym do współpracy.
- Tylko zabijanie ci w głowie… głupek - mruknęła.
-AAAa.- wrzasnął - A od czego myślisz, że jesteś co? - dodał wściekle.
- Kto tam?! - zawołali z góry strażnicy, podkręcając mocniej płomienie lamp. Zrobiło się nieco jaśniej.
- Jestem tu by zająć się tą popapraną sprawą morderstwa. Choć do stu diabłów nie rozumiem czemu ja? - odparł podchodząć - To jakaś kara najwidoczniej za wszczęcie burdy w karczmie. Po prostu kurwa pięknie. - lazł pewnie przed siebie, bluźniąc pod nosem, sam na siebie zasadniczo. I włażąc na górę.
- Już zabrano ciało i obejrzano miejsce. Kapitan powiedział, że nikt więcej nie przyjdzie. Że mamy tutaj pilnować. Poza tym, dlaczego przychodzisz tak późno, co? - warknął strażnik, chwytając mocniej broń. Cóż. Przynajmniej mieli tyle oleju we łbach, żeby wymienić teraz długie nieporęczne halabardy na miecze.
- A mi kurwa kazał tu przyjść bo znam się na ubijaniu nekromantów. Widzieliście jakiegoś na Wyspach Gryfów? Nie… Teraz dlatego, że byłem w celi i mam to tak odpokutować, a jak wam się nie podoba to idźcie się go spytać. Tylko nie zapomnijcie wspomnieć o piciu wina na służbie. - odparł podirytowany zachowaniem strażników.
- A wynocha! - warknął drugi. - Co innego, gdyby przyniósł wino… co nie? - dodał po chwili, zerkając na towarzysza.
Sachim odwrócił się na pięcie - Jak sobie chcecie przyjdę jutro ale dokładnie poinformuję kapitana o waszym zachowaniu. Dostaniecie opierdol jak nigdy dotąd, nastoicie się tu w diabła. Zamiast iść sobie do domów. Mi tam bez różnicy - dodał schodząc powoli po schodach, czasem odwrócenie się zmienia zdanie innych i to derastycznie. No w większości wypadków skutkuje ale zobaczymy, w razie czego po prostu przyniesie im wino i już. Ruszył przeszukać barek.
Szybko rzekonał się, że nie ma za nim niczego do jedzenia, ani tym bardziej, niczego do picia. W sumie nie dziwota. Wejście do burdelu było niestrzerzone, więc w sumie każdy mógł tu wejść i się obsłużyć.
Wylazł więc z budynku i postanowił rozejrzeć się do okoła przy okazji po ludziach jak i budynku do którego starał się dostać. Oczywiście zabierając lampę wychodząc.
- Ty! Oddawaj moją lampę! - ryknął na niego jakiś człowiek, stojący nieco za blisko...
- Ty! Oddawaj moją lampę! - powtórzył przedżeźniając gostka, irytował go. Spojrzał tylko po czym wystrzelił niczym proca przed siebie. I tak czuł tu stare klimaty co go trochę irytowało, skończył bowiem z dziwkami. Więc przebieżka będzie odpowiednia.
Jednak domniemany właściciel lampy miał zadziwiająco długie łapska. Chwycił Sachima za ramię, wytrącając go z równowagi. Lampa zakołysała się niebezpiecznie, grożąc rozlaniem dorgocennego oleju.
Sachim obrócił się i przyłożył nóż myśliwski do krtani głąba.
- Ty! Oddawaj swoją sakiewkę, miecz(chyba że miał coś innego) albo się pożegnamy. odparł.
- Dupek - odparł iście inteligentnie gbur.
“- Dupek -” irytował głosik w głowie ale się powstrzymał i bąknął jedynie - puszczaj barani łbie albo żegnaj się z życiem a nie mi tu dupkujesz… po za tym oddawaj sakiewkę. - bąknął wkurzony tym całym gburem.
- Straż! Złodziej! Złodziej! - wydarł się na cały głos wnerwiony mężczyzna.
- Nie złodziej tylko pożyczyłem, tak czy inaczej - gość nie grzeszył rozumem więc nóż poleciał w stronę ręki trzymającej go. Po czym Sachim ruszył pędem przed siebie.
Mężczyzna puścił latarnę, drąc się i łapiąc za okaleczoną rękę. Ludzie ustępowali wojownikowi drogi, kiedy pędził ulicami, jednak i tak słyszał jakies poruszenie za sobą. Straż? Zerknął przez ramię, co potwierdziło jego przypuszczenia. Ludzie w uniformach byli gdzieś daleko z tyłu, jednak biegli za nim.
Sachim zgasił w biegu latarnię, po czym skręcił gdzieś tam i zaczął zwinnie wspinać się na dach slumsowego domu. Z początku szło to straszliwie mozolnie, jednak jak sparzył sobie rękę o rozgrzaną lampę, kiedy omal mu nie wypadła, musiał zmienić taktykę. Albo zostawić, albo zrobić z nią coś innego.
Zaczął biec dalej pędząc ile sił w nogach zmieniając cały czas kierunki. Jako że pogoń była daleko, szybko ich zgubił. Teraz należało się zastanowić, co teraz. Był sam, w nieznanym mieście, w samym sercu slumsów i nie wiedział, jak się wydostać… ani gdzie pójść spać.
Rozejrzał się do okoła dokładnie lustrując wszystko i nasłuchując. W sumie nie miał innej opcji chwilowo. Czas się rozejrzeć ruszył delikatnie i ostrożnie przed siebie. W takich miejscach łatwo o błąd, który może kosztować życie a bywał w nich nie raz i nie dwa. Spróbował wyciągnąć miecz, tylko by sprawdzić, czy małej wiedźmie przeszło w końcu.
Miecz wysunął się z pochwy bez problemu. Milczał.
Nikogo też nie było w zaułkach… a przynajmniej tak to wyglądało.
Cóż Sachim równie ostrożnie ruszył dalej w sumie było mu obojętne gdzie dotrze ale wyjście z tych slumsów byłoby całkiem miłe więc postanowił nie ustępować podszedł do niskiego budynku postawił na nim lampę i wdrapał się na niego wchodząc tak coraz wyżej w miarę możliwości, by rozejrzeć się i rozpoznać sytuację.
W ciemnościach, jakie panowały, ciężko było cokolwiek dostrzec. Omal nie zleciał z wysokości, kiedy jakiś ptak zakrzyknął coś tuż obok jego ucha. Dopiero po pewnymczasie zauważył jaśniejsze światła w oddali, uliczkę oświetloną od dołu i większą, jaśniejszą plamę, zapewne dzielnica wyżej urodzonych. Niewiele mu to w sumie mówiło, ale lepsze to niż nic.
A co mu zostało? Zlazł ostrożnie i ruszył w tamtą stronę. Chowając się jednak w cieniu i trzymając plecami do ścian nie chciał zarobić sztyletu w plecy. Co jakiś czas sprawdzając, czy idzie we właściwym kierunku, szedł… aż trafił na wysoki mur.
Ruszył w szukając wejścia i trzymając się oczywiście muru, w końcu jakieś musi być nawet jeśli to slumsy. W końcu natrafi na tę samą bramę, przez którą już przechodził. I oczywiście była zamknięta.
Cóż nie miał za dużego wyboru postanowił wleźć na najwyższy obiekt jaki znajdzie i poczekać trochę udając śpiącego. Myśląc obiekt chodziło o dach. Owszem, znalazł odpowiedni dach i ułożył się do snu. Nie chciał jeszcze zasypiać, jednak było to silniejsze od niego.

Obudziły go z samego rana pierwsze promienie słońca.
Rozejrzał się dokoła, przejżał wszystko co miał przy sobie po czym spojrzał w dół by zobaczyć czy jest tu jakaś żywa dusza. Okazało się, że o dziwo nikt go nie okradł w nocy.
Był to piękny, słoneczny dzionek. Zapowiadało się, że znowu będzie ciepło, jednak wszyscy niewątpliwie mieli nadzieję, że nie aż tak, jak poprzedniego dnia.
Sachim spojrzał i zmierzył odległość do ziemi tak by się nie połamać po czym skoczył z zadowoloną miną zmierzając w stronę dzielnicy dla bogaczy. Guzik się dowiedział przy latarniach a szkoda kusić wzroku.
-Wooooaaaa! - - odparł spadając.
Spadł na ziemię, a kolana się pod nim ugieły i musiał wykonać przedziwne przetoczenie przez ramię, żeby się nie połamać. Latarnia niestety przy tym ucierpiała i kilka szybek wyleciało z trzaskiem. Na szczęście Sachim się o nie skaleczył (a było blisko). Sachim olał kompletnie latarnię. <taki ukłąd ma większy sens>
Kiedy szedł, z daleka dostrzegł, jak otwierają bramę prowadzącą do dzielnicy wyżej urodzonych. W tym mieście takie stwierdzenie nawet miało sens…
Niestety. Kiedy znalazł się przy strażnikach, nie chcieli go przepuścić. Spojrzeli na jego odzienie krytycznie i zagrodzili drogę halabardami. Jeden z nich, jakby dla pewności, położył rękę na mieczu.
- Ojej jak niemiło. Ja do barona Revildera. Jak nie dajecie wiary to idźcie się go spytać czy chce widzieć Sachima. - odparł nieco zdziwiony, w końcu nosił tunikę z Wysp więc na łachudrę nie wyglądał.
- Nienawidzę, kiedy tak robią… - warknął jeden ze strażników, przewracając oczami.
- Nie wiem, co ci ten baron obiecał, jednak bez przepustki nie możemy cię wpuścić. Wystarczyłby nawet list polecający z jego pieczęcią. Znamy wszystkie wzory, więc nie byłoby problemu. Bez tego nie możemy ciebie wpuścić - wyjaśnił drugi.
- Cóż powiedział, że go bawi jak biegacie w tę i z powrotem, ogólnie to dupek ale kazał mi przekazać, że macie iść i się go spytać. A z tego co wiem, to właśnie im służy straż strzegąca wejścia. A przynajmniej ma o nich dbać. Ja spokojnie poczekam. - odparł siadając obok muru.
- A ja słyszałem, że po rozmowie świętej pamięci, poprzedniego króla ze szlachcicami, żaden tak więcej nie robi… - odparł ten sam strażnik, który komentował szlachciców wcześniej. - Idź stąd, zanim cię pogonimy - warknął. - Widać, że nietutejszy…
Poważnie? Nie macie za grosz respektu dla bogaczy, ja w sumie też ale nie omieszkam mu przekazać i tak zmierza tutaj. - odparł oczywiście kłamiąc, nie wiele jednak się przejmując pogróżkami a tych nienawidził, co tylko go złościło.
- Wyśmienicie! Więc wcale nie musisz nas mijać! - zadrwił ten irytujący strażnik.
- Tak… nie mniej sam wylądujesz w slumsach. O ile baron nie pozwoli mi Cię najnormalniej w świecie zarżnąć jak świnię. Do czasu panowie. - Siedział sobie dalej głaszcząc miecz, który leżał na kolanach, a czas mijał…
Ludzie przechodzili. Odzianych w zdobne szaty i powozy, przepuszczano niemal bez sprawdzana, jednak służba musiała się wylegitymować. Oczywiście były też osoby, które strażnicy kojarzyli. Starsze służące z koszami pełnymi owoców, wracające z targów, czy magowie z kosturami i chowańcami biegnącymi, lecącymi, albo stąpającymi dumie tuż obok swoich podopiecznych (albo siedzące na nich). Jednak magów było zatrważająco mało. Sachim naliczył ich w sumie czterech. Chowaniec ostatniego z nich, wiewiórka, podbiegł do wojownika i spojrzał ciekawsko.
- Sciurus! - zawołał mężczyzna, idący ze sporą ilością ksiąg. - Zostaw tego człowieka!
Urażone stworzenie, podbiegło do niego i wspięło się po nogawce, żeby usadowić się wygodnie w kieszeni maga, który pomaszerował dalej.
Sachimowi znudziło się siedzenie więc wstał spojrzał, na zwierze, po czym na maga odparł do niego:
- Pomóc Ci z księgami? - zapytał proponując pomoc. - znudziło mi się siedzenie tu i czekanie, na znajomego. - odparł najbardziej przekonująco jak umiał do maga.
- Eee… w sumie…
- Podejrzany typ, usiłował się przedostać do środka jakiś czas temu, mości adepcie - rzucił strażnik, spoglądając nieprzychylnie na Sachima.
- Och? W takim razie, dziekuję za ofertę, ale już pójdę - odparł wojownikowi mag, ruszając w swoją stronę.
- Ja Ci dam podejrzany! Nie mam po prostu przepustki od znajomego bo drwi ze strażników. A Ci jak te panienki się poobrażali na mnie zamiast na niego. - powiedział całkowicie zirytowany absurdalną sytuacją.
- Prawo to prawo - odparł strażnik, zerkając na Sachima z uśmiechem.
- Daj mu już spokój - westchnął drugi, opierając się na halabardzie, wyraźnie znudzony.
- To mogę wejść? - zapytał.
- Hmm… niech się zastanowię… Nie - zadrwił ów radosny strażnik.
- Dobrze, poczekam a wtedy zabawię się twoimi zębami. - odparł najwidoczniej dla wszystkich tym razem wkurwiony. Wtedy coś, czy może raczej ktoś, przyszedł mu z… pomocą…?
 
Rock jest offline  
Stary 19-12-2013, 22:00   #8
 
Cao Cao's Avatar
 
Reputacja: 185 Cao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie coś
Kiedy opiekun Revildera dowiedział się o tym, że mag trafił do Wieży Ciszy, omal nie zaczął rwać włosów z głowy. Ojciec panicza płacił mu przecież za pilnowanie młodziana, a ten zniknął i przez kilka godzin był nie wiadomo gdzie… aż do teraz.
Po wygłoszeniu długiej mowy o tym, że nie wolno mu wychodzić poza bramy terenów zamkowych samemu i o tym, że nie wolno zadawać się z nieznajomymi (jakie to było przykre…), opiekun wyszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Jakim prawem On go tak potraktował?! On miał się nim opiekować, jednak skoro zawiódł, to chyba nie wina jego ale opiekuna, prawda? Chłopak się zdenerwował, ale to była jego szansa, przede wszystkim co zrobił, to przebrał się - ubrał najbrzydsze (najbardziej zdobione) szaty jakie miał w pokoju. Tak! Tym razem na pewno go nie pomylą z żadnym chamem! Po czym próbował wywarzyć drzwi.
- Hej! Hej! Słyszy mnie jakaś pokojówka?! Najlepiej by była to słodka elfka lub ewentualnie inna urocza dziewica! Halo! Jest tam ktoś!? - zawołał donośnie
- T-tak? - usłyszał nieśmiałą odpowiedź.
- Dzięki niech będą bóstwom! - odetchnął z ulgą
- Będę potrzebował twojej pomocy, w kilku kwestiach, pierwsza to… Znajdź kogoś, kto wywarzy te drzwi… Resztę Ci wyjaśnie już prywatnie - Obiecuję, naprawdę na tym zyskasz…. Poza tym, jaki masz kolor włosów? - zapytał wyraźnie zaciekawiony
- Eee… czarne, panie. Pójdę kogoś poszukać… - odparł słodki głosik.
Minuty mijały nieubłaganie. Potem godziny… chyba rzeczywiście znalezienie kogoś było wyzwaniem… W każdym razie dziewczyna nie wracała.
Noc mijała spokojnie… jednak mag miał sen, a w nim objawienie. Objawienie o takiej silne, że nie mógł zignorować wezwania.
Czarodziej obudził się z nieco zmieszanym poczuciem humoru. Wczorajszy dzień z całą pewnością był dziwny, jednak zapowiadało się że będzie jeszcze ciekawiej… Obmył się po czym ubrał bardzo ładne szaty, co było do niego w ogóle nie podobne, zaczął przeszukiwać pokój w celu znalezienia jakiegoś sygneta który poświadczy o jego statusie społecznym
A jakże! Znalazł! Sygnet z pieczęcią rodową.
Kiedy podszedł do drzwi i nacisnął klamkę, okazało się, że są otwarte. Dziwna sprawa…
Chłopak nie próżnował, włożył sygnet z herbem na palec, po czym udał się w stronę pokoju, w którym znajdował się zarządca piętra - musiał załatwić coś ważnego, coś co pomoże mu w podróży.
Kiedy zapukał do pokoju, odpowiedział mu gderliwy okrzyk:
- Czego?!
- Otwierać! Ja z rozkazów Jego miłości, nędzny szczurze, nikt nie uczył Cię szacunku dla lepszych od Siebie?! - Odpowiedział zirytowany, tego dnia był zły… naprawdę.
- Chwila! Dajże mi, człowieku, gacie na tyłek naciągnąć! - odparł ponownie głos i po chwili drzwi stanęły otworem. Wyjrzał z nich niepocieszony mężczyzna, lustrujący spojrzeniem maga. Po chwili mina mu zrzedła. - Eee… słucham, panie? - zapytał.
- Kto pełnił wczoraj służbę na tym piętrze? Mam na myśli pokojówkę, która zajmowała się tym miejscem. Zapewne by zapobiegać kradzieżą czy szpiegą, prowadzisz taką liste, czyż nie? - Odpowiedział już spokojniej.
- Tak, panie! - odparł ten i rzucił się do stołu, na którym leżały równe stosiki dokumentów. - To była… Rita… biegała wczoraj jak szalona, szukając jakiegoś klucza. Czy coś ukradła? Mam ją ukarać?
- Od karania, to jestem Ja… Puki co, wystarczy jak sprowadzisz ją do mnie, w trybie natychmiastowym. I spokojnie, dobrze spełniasz swoje obowiązki, jak się postarasz, to szepnę pare słów o tobie, przełożonym… A teraz, w drogę. Będę u siebie w pokoju, to ten trzeci po prawej ścianie. Zachęcił
- Tak, panie! - zawołał mężczyzna, wyglądając na korytarz. Zawołał pierwszą służącą, jaka się napatoczyła i polecił sprowadzić do niego ową Ritę.
Nie minęło piętnaście minut, kiedy ktoś zapukał do drzwi pokoju maga.
- Wejść! - Powiedział donośnie, sam właśnie otworzył butelkę wina, którą opiekun zostawił mu wczoraj.
Drzwi uchyliły się i osóbka weszła do środka. Jednak kiedy mag na nią spojrzał, mina mu zrzedła. Owszem, głos się zgadzał, jednak jego wyobrażenia o pięknej, nadobnej dziewicy, były co najmniej błędne. Otyła szkarada, dygnęła niezdarnie.
- Pan wzywał? - zapytała.
Pierwsze co zrobił, to zwrócił uwagę na kolor jej włosów. Ciemne, krótkie kosmki wystawały spod czepca.
- Tak… Zdaję sobię sprawę z tego, że ciężko znaleźć klucz w tak dużym zamku, jednak nie łatwiej było poprosić nadzorcę o pomoc? Zresztą, mimo wszystko, okazałaś mi życzliwość której trudno szukać w tym miejscu… - Czarodziej uśmiechnął się, po czym podszedł do kobiety.
- Chciałem CI podziękować
- Wybacz panie… szukałam klucza, ale pan Herreld zabronił… - odparła, powołując się na opiekuna maga.
- Więc, zabronił dawać klucz, do osoby która odpowiada za zdrowie jego wysokości? Powiesz o tym królowi, dobrze? Poinformujesz go, że może być spiskowcem, który pragnię uniemożliwić mi wykonywanie obowiązków. - Z szafy wziął jeden ze srebnych pierścieni ozdobnych po czym podał go kobiecie
- to twój prezent za służbę…
- Eeee… tak, panie. Dziękuję, panie - odparła, nieśmiało przyjmując podarek.
- Jednak nie idź tam teraz, obserwuj tego gbura. Miłego dnia życzę - Czarodziej nieco zawiedziony odprowadził kobiete do drzwi, po czym opuścił pokój zaraz za nią, na ponów udając się do zarządcy piętra, po czym uderzył pare razy pięcią w drzwi
- Taaaaak? - tym razem zarządca przezornie wyjrzał na zewnątrz. - Coś nie tak, panie? - zapytał.
- [i]Mam dla Ciebie zlecenie, przyjacielu… - uśmiechnął się szydrczo
- W tym zamku mijam co chwila, jakąś piękną istotę, przyprowadź mi najładniejszą pokojówkę w tym zamku, nie martw się o nią, potrzebuje jej pomocy…
- Hmm… a Rita nie była ładna? Miała piękne, kobiece kształty…
- Miała piękną dusze… Jednak widziałeś zapewne kobiety szczupłe z dużymi piersiami! Blond lub czarne długie włosy, biały uśmiech - takie jak królowe! Lub drogie kurtyzany! Sprowadź tutaj wszystkie, wybiore…. - powiedział załamany czarodziej
- Eee… wybacz panie, ale jeśli ktoś się dowie… lepiej zrób jak wszyscy inni i pójdź do dzielnicy czerwonych latarni, panie…Tam są doświadczone kobiety, nie to co służki. I wie, o czym mówię.
- Ehhh… Mój drogi… to JA jestem od myślenia, zrób o co proszę, a wtedy Ja i Ty będziemy szczęśliwi! Nie potrzebuje doświadczonych, ja chcę służkę, nie chcę dziwki, kurwy czy innej przechędożonej przez półmiasta kobiety! Chcę opiekunki, którą będę mógł traktować jak mamusie! Mimo że jest w moim wieku, ma być uczynna, opiekuńcza, miła! Ma mi gotować napary z ziół czy obierać owoce! A teraz, do roboty! Sprowadź wszystkie, a Ja wybiorę moją prywatną pokojówkę!
- Może po prostu wyślę do pana te, które są wolne? - odparł mężczyzna.
- Wyśli, jednak jeśli nie będę usatysfakcjonowany wtedy wykonasz moje polecenie… - Powiedział już wyraźnie zirytowany. ~Czy naprawdę tak trudno znaleźć jedną, która pomoże mi wyjść z zamku?!~
Nie minęła godzina, kiedy w pokoju maga zebrało się sześć kobiet. Żadna nie była nadmiernie urodziwa. Były raczej przeciętne urody.
Mężczyzna podniósł palec… Jak gdyby chciał wygłosić przemowę, po czym jedynie głośno westchnął.
- Idę… - Po czym ruszył w stronę wyjścia z zamku, przyglądając się po drodze służką, skoro ten gbur nic nie potrafi, to być może po drodze mu się poszczęści. Naturalnie przed odejściem wziął ze sobą cały zapas (skromny) alkoholu, który miał w pokoju.
- Idę Zygfrydzie, już idę, przepraszam że musiałeś tyle czekać…
Jednak albo wszystkie urodziwe damy się pochowały, albo były już zajęte…
No nic… Jeszcze tu w końcu wróci, tym razem jednak wołał wykonać powieżoną mu misje, jego nowy przyjaciel z pewnością był jeszcze w mieście, być może dzięki niemu, odnajdzie kolejne cele? Cóż, warto było spróbować - Naglę przyśpieszył, nie miał czasu do stracenia. Właściwie, gdzie powinien się udać? Może ten stary głupiec miał racje? Najlepszym miejscem będzie burdel, przynajmniej tam być może zobaczy jakieś ładne dziewczyny...
Mag jakimś cudem nie miał najmniejszych problemów z wydostaniem się z zamku. Przemierzał spacerkiem różane ogrody, zbliżając się do bramy w Runicznym Murze. Miał niejakie wątpliwości, czy uda mu się przez nią przedostać bez problemu, jednak wystarczyło machnąć ręką z rodowym sygnetem.
Kto by pomyślał, że kawałek srebra, jest w stanie zdziałać takie cuda? Naprawde, jesteśmy dziwnym społeczeństwem skoro dbamy o takie głupoty a nie potrafimy uszanować człowieka ze względu na jego wiedzę, ale status społeczny. Kiedy minął brame, stanął dokładnie w tym samym miejscu, gdzie spotkał strażnika, który wyjawił mu imię domniemanego bożka… Gdzie teraz? Rozejrzał się do okoła, czy ktoś przebywa w tym miejscu. Było kilku szlachciców, nieco służby uwijającej się dokoła, lecz nikogo nadzwyczajnego.
Chłopak podszedł do jednego ze służących, po czym klepnął go w ramię.
- Czy możesz mi wskazać kierunek? - zapytał z uśmiechem.
- Oczywiście, panie! - odparł zaczepiony starzec, kłaniając się niezgrabnie.
- Zapewne kojarzysz, domy uciech, co nie? W jaką stronę muszę się udać, by złożyć im wizytację, sprawdzając czy mają pozwolenie na prowadzenie takiego przybytku?
- Takie rzeczy, panie, to tylko w slumsach! - odparł obruszony starzec.
- Dzięki Ci wielkie… - Po tych słowach, ruszył w stronę ubóstwa, ciekawy jak to się potoczy dalej. Kiedy znalazł się w pobliżu bramy szlacheckiej, zauważył, że ktoś kłuci się ze strażą. Okazało się, że jest to ów wojownik z Wysp, z którym wczoraj spędził sporo czasu.
Mężczyzna uradowny podszedł natychmiast.
- Panowie, co się tutaj dzieje?
- Ten pies nie chciał mnie wpuścić gdy powoływałem się na twe imię. Tak jak mi kazałeś. - odparł licząc, że Revilder nie przypomni sobie, że wcale nie kazał. - mogę obić mu ryja? - zapytał w prost Revildera poważnie zirytowany.
- Moje imię…? I nie posłuchał?! Nędzny głupiec, za kogo się uważasz nędzny ogrze?! - Czarodziej stanął naprzeciw strażniką pokazując swój sygnet.
- Czy ty wiesz co to oznacza?!
- Owszem. Że prawo to prawo i za chwilę będziemy musieli wysłać wiadomość do kapitana, który uda się ze sprawą do króla, jak dwa miesiące temu - odparł starszy ze strażników, wzruszając ramionami. - Panowie. Wykonujemy swoją pracę i naprawdę nie mamy obowiązku tłumaczyć się z poleceń przełożonych.
Młodszy strażnik, ten który cały czas dogadywał Sachimowi, wyglądał na wyraźnie zadowolonego.
- Dobrze, pozwólcie że wam przedstawie… Oto mój szacowny krewniak a zarazem gość, co prawda daleki bo daleki ale jednak! Pochylcie oto głowy! To jego miłość książę Aldernwaldes III Url Gadner`Ahrgim El Idiomrol var Udytgnen! Syn jego miłości księcia Aldernwaldesa II Url Gadner`Ahrgim El cuaeder - to ważna zmiana - El Idiomrol var Edghhhyn. Z rodu wielkich książąt Xandvew`eeer. Uddygnar elto Under Ifiten fon Ferden! Którzy to pochodzą z takich oto domów… Chyba nie muszę opowiadać dalej, co nie? Dobrze, uklęknijcie i błagajcie o wybaczenie a my pójdziemy dalej… Mówił to niezwykle poważnie .
Tymczasem strażnicy zaczęli dziwacznie się przygladać magowi.
- Hej… czy to nie ten z wczoraj? - zapytał młodszy z nich.
- Ano… kogoś kazali nam nie puszczać - mruknłą drugi. - Jak ciebie zwą, panie? - zapytał, przerywając monolog.
- Zamknij się! - warknął na strażnika - Aerie jeśli go polubiłaś to oszczędzę mu, życie. I sobie pójdziemy, jeśli zaś i Ciebie doprowadził do szału. To co stoi na przeszkodzie? - dodał.
- Czekaj, czekaj! Mam lepszy pomysł! Dzisiaj załatwimy to pokojowo! - Kiedy to mówił, podał wino które zabrał ze sobą.
- Ty sobie wypij, obiecane, królewskie. Panowie, dziś ten człowiek jest ze mną, mam dowód mojego statusu społecznego, tak więc nie będzie problemów, prawda? To tylko chwilowa wizyta. Będę odpowiadał za Jego miłość, On nie jest złą osobą, tylko tak wygląda - Po chwili coś sobie uświadomił.
-
Kto to jest Aerie…?

- Jak kto kur…? dobra dam Ci się z nią przywitać ale chwila Aerie mała jesteś? - bąknął magia, przecież to mag do cholery powinna się obudzić z tego co wiedział.
Miecz jednak nie odpowiadał. Milczał.
- Właśnie! To mnie w niej wkurwia nie odpowiada. Masz przyjżyj się temu może jest chora. A ja wypiję sobie wino w tym czasie. - odparł podając miecz.
Czarodziej w chwili kiedy ten wysunął mu miecz, zrobił spory krok za strażników, było to niezwykle zsynchronizowane!
- Jestem… Uczulony na magiczną broń, mam katar i skóra mi żółknie. To nie najlepszy pomysł!
- JESTEŚ magiem jak możesz być uczulony? W ogóle... Bierz albo pokroję strażnika! dodał, dość wymownie.
- Panowie! Idźcie już stad! - warknął poirytowany strażnik. Sachim spojrzał na strażnika spodełba dając mu do zrozumienia samym wzrokiem “zamilcz”. Jednak ten odpowiedział równie wymownym spojrzeniem, które mogło oznaczać jedynie “spierdalaj”. Odpowiedzą było spojrzenie w stylu “zaraz nie wyrobię i Cię pokroję”. W odpowiedzi obaj strażnicy chwycili mocniej broń.
- Jestem magiem! Bo maga płynie w moich żyłach! To nie oznacza wcale że nie mogę być uczulony na magiczne przedmioty! To jest żadki przypadek, mówiąc szczerze, jestem czarną owcą wśród magów, taki jednorożec bez roga! Taki strażnik bez halabardy! Czy wojownik bez miecza. A Wy panowie, grzecznie proszę. - Popatrzył w ich stronę zasłaniając się ich plecami.
- Tylko na chwilę nie będę podróżował z kimś kto nie zna Aerie. - mówiąc podał raz jeszcze miecz. Mając ich głęboko gdzieś znaczy tego jednego, drugi był zjadliwy.
- Cholera! Ty! Jak się nazywasz! - Spojrzał na młodszego strażnika, wyraźnie zdenerwowany.
- Terence, panie - odparł zapytany.
- ehh… Ja… Ja...wrr.. Terence! Weź od Pana miecz, wyciągni go z pochwy, ale odejdź ode mnie, na jakieś dwa metry! Do roboty…! - Po tych słowach, wykonał jeszcze krok w tył.
Sachim podał miecz strażnikowi. Dodając: - przy okazji zrób coś z nią, żeby się mnie słuchała - skierował słowa do Revildera.
- Panowie. Ale my tu nie od tego jesteśmy - odparł starszy ze strażników.
- Mam tu magiczne lekarstwo na wszelkiego rodzaju schorzenia… nie chciałem go marnować tak głupio ale masz - wyciągnął bukłak i podał Revilderowi, by za chwilę podać miecz. - tylko wypij do końca bo nie będzie działać!
Niemal gotowało się w młodym magiku, dawno nie czuł się tak zirytowany.
- Dobra! Wyznam to! Ja się boję mieczy! Szczególnie magicznych! Wywołują we mnie strach, strach tak wielki że aż… nie, nie mogę tego powiedzieć. Może twój miecz jest przeklęty? Myślałeś nad tym? Może w nocy wychodzi z niego ponętna elfka? Ahh… Albo stara sflaczała jędza, która dokona na Tobie, niewyobrażalnej zbrodni! Lepiej wywal go do rynsztoku, a Ja Ci kupie nowy miecz, albo zabiore któremuś z tych, za odmowę w wykonaniu rozkazu… zasugerował, miał nadzieje że przekona to towarzysza
A tam dupa. Napój działać miał na wszystko więc na strach też. Notabene ona jest małą dziewczynką o biuście bym zapomniał. No i dostałem ją od Boga więc raczej nie jest przeklęta. - westchnął po czym dodał - Do tego nie przejawia innych magicznych zdolności pominąwszy ględzenie i niechęć do wyjścia z pochwy, plus spanie. Weź no rzuć jakiś czar to się może obudzi. I nie będziesz musiał jej dotykać.
- O-od boga? Nie, nie, nie… To na pewno jakiś podstęp. Ogólnie… to wiesz, magiczne miecze, to kwestia dość kontrowersyjna, wielu mówi że to tylko i wyłącznie objaw jakiejś choroby lub z powodu przemęczenia, inni zaś że jest to nadzieja na zostanie naznaczonym lub czegoś takiego… Rozumiesz, prawda? - Ciągnał dalej.
- Tak więc nie ma się czego bać! Pij potem czaruj albo bierz ją w ręce. Notabene nogi mnie bolą i dupa zaliczyłem upadek! Zrób coś z tym. - odpowiedział magowi.
- Macie jakąś manierkę z wodą? - Powiedział już zrezygnowany czarodziej do strażników.
- Ano mamy… ale on, z tego co widzę, też - odparł młodszy strażnik, Terence. - Magiczne napoje… pff…
A widzisz magiczny miecz? - odparł - To i magiczny napar mam kutwa jego mać. Wypij najpierw napój będziesz się lepiej czuł zapewniam. dodał podając Revilderowi napój.
- Cholera, ja potrzebuje wody! zwykłej ze studni! Ty, daj mi swoją - wskazał na wygadanego.
- Chwila… skoro mówiłeś, że magia może coś zrobić z mieczem, to czemu nie może tego zrobić magiczny napój - zapytał strażnik, bynajmniej nie spiesząc się z oddawaniem własnego bukłaka.
- Ty geniusz może sam mi powiesz czemu? Już próbowałem, ale jak ktoś czaruje to się budzi. Więc nie trajkotaj tam tylko daj wodę. Co ona taka cenna dla Ciebie? Nalejesz sobie nowej. - odbąknął, irytował go strażnik.
- Dobra, chłopcze dostaniesz coś lepszego, byś nie był smutny. - Po tych słowach szarpnął strażnika, zabierając mu bułak.
- Dobra, wypnij się… Muszę widzieć miejsce które Cię boli… Zwrócił się w stronę wojownika.
Sachim wypiął dupę na czarodzieja.
Mężczyzna wziął głęboki wdech.
- Niech cię szlak, Ciebie i twoją dupę! Po czym wylał troszkę wody na dłoń, wykonując kilka małoskomplikowanych gestów, po czym wycelował w jego siedzenie.
Revilder bynajmniej coś wyczarował, jednak żadnych efektów to działanie nie miało. No i oczywiście Aerie milczała.
- Jeśli już skończyliście, odejdźcie - warknął starszy strażnik, któremu najwyraźniej skońćzyła się cierpliwość. - Albo będziemy musieli was odprowadzić.
- Chwila… a nie powinniśmy zająć się tym tutaj? Myślę, że to o niego chodziło… powinniśmy go odprowadzić do zamku, albo chociaż kogoś posłać - rzucił młodszy, ten, któremu Sachim najwyraźniej się nie podobał.
- Idziemy dość mam tego wyszczekanego bałwana. A ty weź wyczaruj coś porządnego a nie mnie po tyłku macasz. Ja wiem, że to tyłek pierwsza klasa ale ja nie z tych. - odparł Sachim poirytowany niepowodzeniem planu. Trzeba jebnąć jakąś kulę czy coś a nie pocierać dupsko.
Czarodziej był wyraźnie zdruzgotany! Nie dość że zaklęcie nie wyszło, to z niego się pewnie wszyscy śmieją! Dodatkowo Ci żołdacy go traktują jak chama, mimo drogich szat i sygnetowi! Toż to już godne pożałowania.
- Ehh… Chodźmy stąd, może wpierw do jakiegoś burdelu? - Zaproponował, zawsze chciał zobaczyć burdel.
- No dobra ale przedyskutujemy to po drodze. - odparł idąc od bałwanów strażników, najwidocznniej skusił się na usługi w burdelu. Miał dość tych dwóch strażników, jeden z nich to totalny bakłażan.
- Ano, panowie, racja! - zawołał starszy strażnik. - Jak pana zwą? - zwrócił się do Revildera.
- To Sachim podróżnik i żeglaż baron, rzecz jasna ptasie móżdżki. - odparł Sachim wskazując na Revildera.
- Nazwisko rodowe… albo lepiej… pokaż, panie, sygnet - poprosił starszy ze strażników, wyraźnie zmęczony całą tą sytuacją.
- Przecież Ci pokazywał lepiej nie forsuj moich nerwów. - dodał.
- Czyżby strażnik za pierwszym razem, potraktował to jako zbyt mało ważny szczegół? Jestem zawiedziony, tutejszymi działaniami straży miejskiej! Chodź przyjacielu, pora nam w drogę, zostawmy tych ludzi samych, zanim wpakują się w większe kłopoty a Ja zachcę zgłosić moje zażalenia u kapitana - powiedział oburzony.
- Byliśmy zbyt zajęci zatrzymywaniem tego, który usiłował wtargnąć do wyższych kregów. To bynajmniej nas usprawiedliwia.
- Chcesz zobaczyć jak wygląda wtargnięcie? Ja Ci zaraz dupę przetrzepię. Nie obrażaj mnie buraku! wrzasnął zdenerwowany.
- Ciii… Po prostu chodźmy, niema sensu marnować słów na takich jak Oni, nie godni nawet naszego oddechu. To którędy do burdelu? - zapytał.
- Chodź za mną. A teraz skoro znacie cel naszej podróży to użyjcie mózgu i będziecie wiedzieć czemu baron nie poda wam swego imienia. - odparł do strażników.
- Ach… i dlatego też pokazywał wcześneij sygnet?
- Zdążyłem już dojść do siebie, co symbolizuje mężczyzna który idzie z butelką wina przez miasto…? Chyba nie muszę wam tłumaczyć, prawda?- Strał wczuć się w role.
- Chyba jednak poprosimy o pozostanie w tym rejonie - odparł strażnik, wskazując za bramę, na wyższe strefy.
I właśnie do tego mnie zatrudnił - złapał barona za barki i pchnął na zewnątrz - Dość tych pierdół baby. - wyciągnął miecz - Chcecie krwi czy puścicie jegomościa na spacer? zapytał.
- Zastanów się dwa razy, nim podniesiesz miecz na nas, chłopcze - warknął ostrzegawczo starszy ze strażników.
- Zostaw tych głupców, nie mogą nas tknąć bez powodu, schowaj broń i poprostu chodź ze mną, jeśli podniosą na mnie broń, będą w tarapatach,więc nie prowokuj ich. Poza tym, jest pewna kwestia… Opowiem Ci o tym po drodze, ale teraz jesteśmy bezpieczni… - Nie podszedł jednak do wojownika, unikał go jak ognia, kiedy ten miał broń w dłoni.
- Idźemy. - odparł idąc w stronę burdelowej uliczki, z wyciągniętym mieczem, jeśli ich jakoś zatrzymają to ich po prostu pozabija. Rzucił jedynie ostrzegawcze spojrzenie i tyle.
- Stać! Chwila! - ryknął za nimi strażnik, ruszając ich śladem.
- Cóż jeden z was to żadne wyzwanie w uliczkach slumsów, nawet nie będziesz wiedział kied… - ruszył powoli.
- Stój! Nie rób nic głupiego, Ja się tym zajmę. Idź do slumsów, tam porozmawiamy - Czarodziej zawrócił i podszedł do strażnika
- O co chodzi? - kiedy zbliżał się, moczył cały czas swoją dłoń, ponieaż nie oddał strażnikowi, jego wody
- Sugerowałbym, albyś poszedł z nami, panie - odparł strażnik, wskazując bramę. - W zamku wyjaśnimy całą sytuację.
- Przykro mi Panie, ale muszę odmówić. Nie mam obowiązku siedzieć całe dnie w zamku, mam prawo przemieszczania się po całym mieście a wy mi to utrudniacie, jeśli teraz zawrócisz, zapomnę o cały zamieszaniu, z korzyścią dla Ciebie jak i dla mnie. - zaproponował
- Wybacz panie, jednak wiesz, że nie mogę - mężczyzna wyglądał na poirytowanego całą tą sytuacją. - Jednak po twych słowach nabieram pewności, że się nie pomyliłem. Proszę po dobroci wrócić do zamku.
- Jest to ciężkie, ze względu na fakt, że jestem uzdrowicielem, ale nie mam wyboru, wybacz mi - Jego dłoń była cała mokra, woda zaczęła opadać na kamienną drogę, On sam zaś był niepewny, ale musiał zaryzykować, musiał spróbować, albowiem zawiedzie. Szybkim gestem, nie myśląc zbyt wiele, starał się rzucić zaklęcie w oczy strażnika, chciał go tylko czasowo oślepić, lub po prostu wybić z rytmu na tyle, by mógł zacząc uciekać. Chociaż uświadomił sobie, że nie jest w stanie nic takiego zrobić, w końcu jest medykiem… Po czym szybko odwrócił pojemnik, po czym po prostu chlusnął mu w twarz.
- Masz magie, skurwysynu! - Krzycząc. Po czym ruszył z kopyta, w stronę swojego towarzysza!
Sachim zaśmiał się w duchu, słyszał co prawda tylko jak czarodziej krzyczał “masz magie, skurwysynu” Szedł dalej powoli licząc, że mag go wyprzedzi a zaraz za nim strażnik. Wtedy miał zamiar przydzwonić strażnikowi klingą w ryło. Oczywiście zaraz po krzykach odwrócił się by oszacować odległość, jeśli byłaby nadwyraz duża planował po prostu spieprzać z czarodziejem.
Strażnik szybko przetarł twarz zdezorientowany, po czym ruszył pędem za Revilderem. Kondycja maga pozostawała wiele do życzenia, w porównaniu z wysportowanym strażnikiem, który regularnie musiał pechodzić treningi. Szybko skracał dystans.
- Gnoj...gno..ehhh..eeh….gn….Skurwiel!... Ehh - Ciężko wzdychał na przemian rzucając bluzgami w stronę strażnika - w między czasie odwrócił się próbując rzucić go pustym pojemnikiem mając nadzieje że trafi go
- Nie….Na...wid...widzę...ehh eh - Starał się wejść na wyższy poziom samego siebie, chciał dać z siebie 120%!
Sachim spoglądał ukradkiem przez ramię na dystans. Mierząc cios w strażnika.
Bynajmniej wyprowadził cios. Bynajmniej trafił. Bynajmniej strażnik padł na ziemię… i jego towarzysz to widział. Zaczął coś wołać, w ruch poszedł też dziwny dzwon.
Sachim wziął nogi za pas spoglądając na czarodzieja i wskazując losową drogę przez slumsy by dojść do burdeli. Miał nadzieję, że nie trafi na ślepą uliczkę. Trzymał tempo czarodzieja będąc trochę przed nim.
Młodzieniec starał się przede wszystkim nie stracić z oczu swojego towarzysza, kiedy usłyszał przeklęty alarm zaklnął w duchu, w końcu była ich tylko dwójka! Ile ludzi na nich puścili?
- Nie-nie dam rady…
Mijali kolejne uliczki jak szaleni i wbiegli do pierwszej, lepszej gospody.
- I na chuj tu wbiegliśmy? - odparł zdziwiony ale nie jakoś mocno zmęczony, trochę tak ale musiał trzymać odpowiednie tempo do czarodzieja więc tragedii nie było. - ale skoro tak to napijmy się.
Kiedy czarodziej wbiegł do karczmy, pierwsze co zrobił, to usiadł, gdzie kolwiek, Jego oddech był głośny, jak gdyby wydawał ostatnie tchnienie, łapczywie próbując chwytać się życia, cóż właściwie to było bardzo podobne.
- P...Pi...Piwa, wody, czego kolwiek…. ehee- jego głowa z dużą siłą zdeżyła się z drewnianym stołem
- Ha! Ha! Ha! To było coś brawo dobiegłeś. - odparł śmiejąc się i podając mu manierkę z wodą.
Czarodziej przyjżał się uważnie jej zawartości
- T...to chyb,ba nie jest, ta, to lekarstwo? - zapytał zaciekawiony
- Jest…. pij nie będziesz się bał miecza no i ugasisz pragnienie a może wolisz jeszcze pobiegać? - zapytał śmiejąc się.
- Nie chcę tego! To jest złe, ja umre! - próbuje mu wcisnąć manierkę
- Zaraz zawołam tych panów to pobiegamy jeszcze trochę, wtedy na pewno umrzesz… Wołać czy pijesz? - zapytał przekonując i śmiejąc się.
- Mnie zabiorą do zamku, Ciebie ukatrupią! - Odpowiedział szybko, chwytając się ostatniej deski ratunku
- jeśli mnie złapią zresztą myślę, że będzie im wtedy obojętne kim jesteś. Widziałem jak działają. - wstał do drzwi zostawiając manierkę na stole.
- Jesteś podły! Nie chcę.. nie, nie, nie! - Zaczął zapraczywie powstrzymywać się
Sachim otworzył drzwi od karczmy po czym odparł:
- ostatnia szansa. dalej śmiejąc się, niczym wariat.
- Wykastruje Cię, obiecuje… - Wtedy wziął ze stołu dziwny wywar, po czym szybko przechylił do ust. Smakowało jak nazwyklejsza w świecie woda...
Sachim zamknął drzwi, podszedł zaciekawiony i zapytał:
- I jak się czujesz? Lepiej nie? - położył miecz na stole. - dotknij i zobacz.
- Nie! Nie lubię go, boje się go! Podły, podły miecz, idź precz, nie lubie mieczy, mieczy magicznych a przede wszystkim świętych! - Nie czuł nic dziwnego, cóż było to za lekarstwo?
- Już dobrze - zabrał miecz - cóż warto było spróbować nie uważasz? To jak pijemy wino? - wyciągnął butelkę na zachętę.
- HEJ! Bo was wywalę! Kupować, albo wynocha! - ryknął zza szynkwasu gospodarz.
- To jedno wino, na dwóch za chwilę się skończy to podejdziemy pasuje? Albo dawaj dwa piwa od razu. - odparł typowo w takich miejscach.
Mężczyzna wyszedł do nich, niosąc dwa kufle. Rzucił im długie spojrzenie, czekając na zapłatę.
Sachim dał mu pieniądze typową zapłatę za dwa piwa.
- U nas kosztuje sześć miedziaków, nie cztery - warknął gospodarz, zabierając monety i czekając na resztę.
- O ile uraczysz mnie ploteczkami później zgoda? - zapytał wysuwając monety po raz drugi. Mężczyzna bez słowa zgarnął je i wrócił za szynkwas.
- Przynajmniej jedna dobra rzecz dzisiaj. Jeszcze ładne Panie by się przydały, byłbym wówczas uradowany. Wracając jednak do tematu, to skąd masz ten miecz? - zapytał wyraźnie zaciekawiony
Będziemy musieli pomóc tej dziewce… przyszło, dało, kazało pomóc dziewce i poszło a ja wiem? Jakby ten durny miecz się mnie słuchał to by może coś z tego było ale nie potrzebnie nadawałem jej imię… Poszła w piz du gdzieś i jej nie ma, nawet pochwalić się przed Tobą nie mogę. - fuchnął. - Będę musiał się przebrać w coś zanim pójdziemy do burdelu albo jakiś płaszcz załatwić bo miałem tam mały incydent. - odparł.
- Dlaczego temu czemuś zależy na tym, by pomóc temu śmiesznemu bożkowi? Jaki mają interes w tym wszystkim? Ogólnie, jest to dość kłopotliwe, ale martwi mnie inna kwestia, dlaczego przestała się odzywać i czy słyszał Ją ktoś inny poza Tobą? - Wziął łyk piwa, w końcu po tym tanim browarze wypiją najlepszej klasy wino
- Obraziła się bo zapomniałem, że nią rzuciłem wcześniej. To mała dziewczynka a przynajmniej taki ma głos… Ale najgorsze z tego jest to, że czasem jak się obrazi to nie mogę jej wyjąć z pochwy! No i jeszcze jedno słyszę ją tylko ja, wyczuwa magię i wtedy się budziła. Ogólnie nic specjalnego. - odparł też łapiąc ręką za piwsko.
- Obraziła? Hah, to przedmiot ma uczucia - zapytał z niedowierzaniem
- Inna kwestia, fakt że nie możesz wyciągnąć tego z pochwy, jest dość problematyczny, ale czy pochwa od miecza też stanowi część jej samej, czy jest to jedynie przedmiot? Wiesz, to ważne pytanie bo w takim przypadku, możemy rozwalić samą pochwę… - zasugerował, po czył pociągnął długi łyk napoju.
- Jest jeszcze jedna kwestia, jakiego rodzaju magie wyczuwa, każdą czy raczej sprawdzałeś na jakiś specyficznym rodzaju
- Jakąś trupią na pewno i to chyba tyle z eksperymentów jakie przeprowadziłem. Rozpoznała nieumarłych i mnie próbowała ostrzec ale niewyraźnie ją słyszałem zresztą byli na tyle ciekawi, że wolałem im łby uciąć. W sumie jednego załatwiłem! HA! - chwalił się! - wypytamy karczmarza to puści nas jakimś tylnym wyjściem. Może jeszcze czegoś się dowiemy! A co do miecza to nienawidzę dzieci!
- Nekromanci, tutaj? Hah, ciekawe co planują. Wiesz, martwi mnie to, sami w sobie może nie są zbyt niebezpieczni, ale tak naprawdę, kto by się nimi samymi przejmował? Bardziej martwi mnie, że to wszystko to znaczy ostatnie dni, za dużo się tutaj dzieje, za dużo - Po tych słowach, czarodziej skończył dopijać piwo - Mamy bożka, święty miecz, nekromantów, nadgorliwych strażników, brzydkie pokojówki oraz słabe piwo, czy może być gorzej?- W tym momencie za oknem rozległ się grzmot. - Ogólnie to mam propozycje, powiedz dziewczynce że znajdziesz jej świetną pochwę w tyłku jakiegoś konia, to być może da sobię spokój i zacznie się odzywać? - spojrzał na butelkę wina.
- To nic nie da… chyba, w każdym razie już chciałem nią rzucać, rozwalić i nic. W sumie znajdźmy jakiegoś konia i sprawdźmy. To co... - wypił na raz trzymane w ręku piwo, otarł ręką piankę -... to co koń potem burdel? A teraz wino?

- Pomyślimy nad tym mieczem, ogólnie ciekawe czy mają tutaj jakieś owoce? - podstawił kufel.
- Użyjmy ich do wina. Ogólnie mnie ciekawi, jak u Ciebie w rejonach spoglądacie na magie, jako magie - np. uzdrowienia czy nekromancji, czy wasza religia jak się do tego odnosi
- Jeśli chodzi o magię to jest uniwersytet tam się szkolą choć pełni zasad nie znam to magowie są w miarę różni szanowani, mniej bardziej. Ale nekromanci nie mają racji bytu giną zanim rzucą zaklęcie. Także pierwszy raz walczyłem z truposzem. Ja tam wierzę w Wieżę. Każdy w co chce ale morze dominuje. - otworzył wino i nalał do kufli.
- Życie, życie jest pełne zaskakujących zwrótów akcji, ale to nie rozmowa na te chwilę. Teraz pora delektować się tym winem. Spróbuj, to jest aromat, bukiet! Najlepsze w tej części kraju. Król takie pija, teraz my, poszukiwani głupcy Czarodziej nie mógł się powstrzymać, więc niemal odrazu opróżnił kufel.
- Ciekawe co się dzieje na zewnątrz.
- Mogę iść sprawdzić. - zaproponował biorąc przykład i wypjając wiono na raz.
- Nie, lepiej nie rozdzielać się. Pijemy coś jeszcze, czy idziemy do domu uciech? - zapytał przyglądając się dnu kufla.
- Do domu! - odparł bez zastanowienia.
- Więc, do domu!.
- A może pogłaszczesz miecz to się odbrazi? zapytał Revildera.
- To nie dziecko! nie obrazi się, chodźmy! - dokończył z uśmiechem
Sachim wstał puknął piąstką delikatnie w miecz, mówiąc:
- Puk puk, jest tam kto? - zdziecinniałym głosem.
- Może hartowanie stali czegoś go nauczy? W mieście na pewno pracują jeszcze jacyś kowale! - zasugerował, z jego ust nie schodził uśmiech
-Dobra chodź idziemy stąd - ruszył w stronę burdelu a raczej ulicy czerwonych latarni.
Wyszli na zewnątrz, nie zważając na to, że pogoń za nimi może trwać. Jakimś cudem udało im się dotrzeć do dzielnicy czerwonych latarni, jednak tam już czekali strażnicy. Na szczęście Sachim zdążył zareagować i odciągnąć Revildera na bok, zanim ich zauważono.
- Kutwa - mruknął bardzo cicho. - Co teraz? Udajemy pijaków? - zapytał.
- Wiesz, jest pewien problem. Pomyślałem że znów bedą problemy tak jak ostatnio… Więc ubrałem troszkę droższę szaty Odziany był w jedwabną szatę czarodzieja, przeszywaną złotą nicią oraz z drogimi zapięciami
- Ciężko będzie… Sądzę że najlepszym wyjściem, będzie udać się do najbliższego miasta lub portu i tam poszukać przybytku… - Sytuacja robiła się napięta, a On był już zmęczony
- no… Dobra to idziemy do wyjścia z tego cyrku. Uf… to miasto jest chore. - odparł ruszając w stronę wyjścia z miasta. Skoro debile obstawiają burdele to idziemy do wyjścia.
Jednak zmarnowali zbyt dużo czasu i bramy miasta były również obstawione. W prawdzie nie zatrzymano ruchu, jednak starano się sprawdzić każdego.
Czarodziej był wyraźnie zirytowany ich obecną sytuacja, wszystko właściwie wszystko stwało przeciwko nim
- Musimy zdobyć przebranie! Może straży miejskiej? Lub kapłanów! Oni chyba nie przeszukują kapłanów, co nie?
- A skąd mam wiedzieć poczekaj aż jakiś przejdzie to się dowiesz… A może, poczekajmy? Zrobiliśmy taką zadymę, że półświatek się nami zainteresuje na pewno. Trzeba na nich tylko poczekać. Oni już nas jakoś wyprowadzą. Nie?
-[i] Albo sprzedadzą naszę głowy za całkiem pokaźną sumkę. Właściwie, to Oni wiedzą tylko ogólnikowo jak wyglądamy, co nie? - chłopak przyjżał się uważnie towarzyszowi - Nie chciałeś nigdy pobawić się w arystokrate? zapytał z parszywym uśmieszkiem
- Mogę a co? - zapytał zaciekawiony.
- Możemy się zamienić ciuszkami, wtedy będziemy wyglądać na cyrkowców! Lub Ty na dziwnego człowieka który ma pieniądze i lubi chłopców… Ja na chłpca haha! rozbawił go jego żart
- Dobra niech będzie z braku lepszych pomysłów tak głupi pomysł może przejść. - odparł poszli się zamienić ciuchami i faktycznie wyglądali komicznie.
- To co idziemy? Raz się żyje nie? - w sumie kto byłby na tyle głupi by robić zadymę i gdy wszyscy ich szukają pójść na pałę przez bramy pełne strażników. No nikt. Pominąwszy dwójkę idiotów ale tego nikt się nie spodziewał. Chyba.
Jak sobie życzysz, mój Panie… - sługa wykonał dworski ukłon
Sachim cieszył się, że nie musi się kłaniać bo nie miał bladego pojęcia jak to robić. Ruszyli na bramę! Miecz był na swoim miejscu ładnie ułożony w za małej szacie. Wyglądał zabawnie, taki ot wystający szpikulec.
 
Cao Cao jest offline  
Stary 20-12-2013, 01:26   #9
 
Rock's Avatar
 
Reputacja: 14 Rock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znanyRock nie jest za bardzo znany
Do bramy doszli, kiedy prości ludzie swoje sprawy już załatwili, a możni zaczęli udawać się na wycieczki, pikniki, przyjeżdżali, wyjeżdżali. Nie była to może najidealniejsza pora. Lepiej byłoby zaczekać do wieczora, jednak jakimś cudem udało im się przejść. Po prawdzie straży było teraz mniej, niż wcześniej i zmniejszono kontrolę, ale sukces to sukces. Tylko co teraz…?
- Dobra dość tej szopki odparł gdzie teraz? wymieniając się z powrotem ciuchami.
- Eeee… Myślisz że powiniśmy zabrać się za te misje? Szukać ten panienki z ładnym biustem, bo taki ma, prawda? - zatrzesywał włosy ręką, widać było że nie zabardzo orientuję się w terenie.
- Pff… można ale gdzie mielibyśmy się niby udać by ją znaleźć co? - niezbyt ochoczo podchodził do pomysłu buforowej panny, z jednej strony by poszukał jej ale z drugiej gdzie miałby leźć? Przecież jej nie wyczaruje, raptem z nieba.
- Cholera, cholera, nie potrafie sobię jej przypomnieć, gdybym wiedział jakie ma piersi! Argh! Najlepiej gdybym złapał trop, musiałbym chwycić i upewnić się! Zygfryd! Która to była Panienka! - krzyknął głośniej - Jesteś pewien?! Nie, niem oże być.
- Najpierw załatwimy sprawę z bronią! Ten miecz mnie irytuje najpierw zaczyna gadać, potem płakać,choć to muzyka dla moich uszu mniejsza z tym, a potem się zamyka i nie odzywa. KONIEC! Przez duże jebane K! - wrzasnął - Wiem, że mnie bekso słyszysz więc masz dwa wyjścia albo zaczniesz się zachowywać jak przystało na młodą damę i raczysz się do mnie odzywać, przywitać z gościem i pomóc nam jakimiś informacjami o sobie albo zaraz wołam diabła i mu Cię oddam w piz du. Na pewno będzie uradowany takim podarunkiem, choć wieża mnie pewnie za to zabije to mam to w dupie! Przez mniejsze d. - Złapał powietrze po monologu najwyraźniej poważnie wkurwiony i tym razem nie żartował sobie. Co wystarczyło zresztą wyczytać z jego wzroku i tonu, który był zdecydowanie dewastujący dla otoczenia. Coś w stylu napatocz się, nie słuchaj a Cię zabiję z miejsca!
Chłopak był wyraźnie zaskoczony wybuchem druha, nawet cofnął się o pare kroków.
- Hej, hej… Uspokój się. To nie twoja wina, że masz dziecinny miecz, no, no - nie załamuj się, znajdziemy CI nowy! Lep…
Spojrzał na Revildera dając wyraźnie do zrozumienia, że lepiej, żeby się nie wtrącał bo zaraz sam będzie mu niósł miecz.
- Akhm, Panie mieczu, nie bądź Cip… dziecko! Nie obrażaj się, inaczej przerobimy Cię na sztylek i będzie Ci smutno, bo ani rozmiarem ani wyglądem! - Stanął po stronie woja, jak gdyby chciał pokazać że nadal go popiera.
Jednak miecz nie odpowiadał. Nie reagował w żaden sposób. Jakby znowu był zwykłym mieczem.
- Dość! Umiesz czarować więc masz pierdolnąć kulę ognia w ten miecz kumasz? - spojrzał na Riveldera wymownie.
- eeeh… Jestem magiem wody, potrzebuje tego żywiołu, nie dam rady nic zrobić w taki upał, bez całego zbiornika, jakieś oczko wodne, jezioro lub fosa, ale tutaj nic nie ma! Chwila, chwila, przez stolice powinna płynąć jakaś rzeka, co nie? - Zamyślił się.
- Ale wysłchła! byłem pewien że jeszcze przed wczoraj tutaj była…!
- Idziemy w końcu spotkamy wodę. A wtedy są dwie opcje albo miecz przemówi albo go komuś oddam tak, żeby Wieża więcej ze mnie nie kpiła. - warknął - Gówno na razie nie szukamy dziewki z cycami. Kumasz? - Ruszył żwawym krokiem przed siebie jakąś tam pierwszą lepszą ścieżką.
- Jasne, tylko nie do lasu! Żadnych lasów! Nigdy, nigdy! - powiedział wystraszony, ale starał się to ukryć - w lesie...lesie… jest pełno odchodów i można w coś wpaść!
- Chcesz nieść miecz czy idziemy do czasu aż spotkamy wodę? - a był wyraźnie zły.
- Chodźmy na pustynie! Tam niema drzew - zasugerował.
- A wodę masz na pustyni głąbie? No to idziemy - podskoczył złapał Revildera za rękaw i ciągnął za sobą jakąś tam ścierzką. To tchóż boi się nawet pierdnięcia.
Celltown umiejscowione było w największej dolinie Cell. Ze względów bezpieczeństwa, postawiono mur i pilnowano, aby nic nie zasłaniało pola widzenia, na kilometr od nich. Pierwsze krzaki zaczynały się więc spory kawałek od bramy miasta, a pierwsze drzewa, kawałek dalej. Jednak nie dało się ukryć, że były to tereny górzysto-lesiste, więc nie było mowy o nie wchodzeniu do lasu.
- Stój! - przeszedł za Revildera - Masz wybór miecz albo las? Idziemy. Bąknął machając mieczem za tyłkiem Revildera. Dość blisko zresztą a nawet pozwolił sobie tępą częścią smagnąć mu po tyłku… a przynajmniej zamierzał, bo mag robił naprawdę przezabawne wygibasy, byleby uniknąć oręża.
Jego oczy zrobiły się tak duże, że przypominały monety, niemalże napłyneły do nich łzy.
- Nie, nie, nie, nie, nie, nie - nie wejdę, możesz mnie zabić, zmasakrować, zgwałcić - ale niew wejdę! Nie, nie nie - nie ma takiej możliwości. - Czarodziej mówił to, robiąc uniki od miecza, co wychodziło mu całkiem sprawnie.
A tam zabić zgwałcić, nie bądźmy nudni. Wcisnę Ci na siłę miecz w ręce. - odparł doskakując do Revildera to bliżej to bliżej a za razem dalej w las.
- Nie wejdę, nie wejdę… - zobaczył że pod jego nogami znajduję się spory kij, dobył go szybko, po czym powiedział.
- Nie przejdziesz! Ty też nie przejdziesz - albowiem zginiesz!
Sachim westchnął po czym machnął mieczem przecinając badyl przy samej dłoni Revildera. Po czym wystartował za nim. Goniąc go dalej w las.
Kiedy czarodziej uświadomił sobie, że wbiegł do lasu, szybko położył się na ziemi, zwijając się. Po czym zasłonił oczy.
- Nie, nie...nie pójdę! - powiedział, niemal płacząc
Zapewne poczuł uścisk na kostce a potem szuranie zębami o piach, bowiem wojownik ciągnął go za kostkę trzymając i pogwizdując sobie dalej w las, przy okazji machając mieczem we wszystkie strony.
Czarodziej nie ruszał się dalej, zachowywał się jak szmaciana lalka, nie otwierając oczu
- To łatwiej będzie jak wstaniesz i Cię popchnę mniej się zmęczę i się nie utytłasz? Co ty na to? Możesz mieć zamknięte oczy. - Zapytał ciągnąc go dalej.
Nagle obaj usłyszeli perlisty śmiech dochodzący z lasu. Byli już na tyle daleko, żeby korony drzew przesłoniły niebo. Promienie słońca dzielnie przebijały się przez listowie, nadając wszystkiemu odcieni zieleni.

Sachim też wybuchnął śmiechem ładnie się zgrywając z kimś kogo nie widział. Ciągnął czarodzieja dalej jedynie bacznie obserwując.
Między czasie, czarodziej nie wykonał żadnego ruchu, no po za jednym, podrapał się koło ucha.
- Jesteście naprawdę zabawni! - zawołał kobiecy głos gdzieś z głuszy.
- Ooo! Kobieta. Puścił Revildera tak, że noga jego gruchnęla o błotsko ścieżki rozchlapując się. - Masz się nie ruszać Revilder. Dobra? - chociaż obawiał się że ten zareaguje pozytywnie na potencjalną parę cycków, nawet jeśli to las.
Na ustach czarodzieja za gościł ogromny uśmiech, ale nadal nie otworzył oczu.
- Nn-nadal jesteśmy w lesie, prawda… Ale słyszałem głos, błagam, powiedz że to pokojówka elfka z dużym biustem! - można stwierdzić, że nawet lekko się poślinił
- Czekaj właśnie czekam aż się pokaże. - odparł wesoło, stojąc blisko Revildera w razie tarapatów lub gdyby tamten chciał wiać.
- Dokąd zmierzacie, panowie? - zapytał głosik kokieteryjnie.
-[i] A żebym ja wiedział? Wody szukamy w dużej ilości, no i pięknych kobiet, złota też. No i musimy walnąć czar w mój miecz. Albo… w sumie to nie wiem a kim jesteś? Może zechciałabyś nas uraczyć swym widokiem?-[i] zapytał, z początku zmieszany by końcówkę powiedzieć z dużym zaciekawieniem.
Czarodziej lekko otworzył jedno oko, szukając elfo-pokojówki z dużym biustem
Nagle jedno z drzew się poruszyło… zmieniło, nabrało kształtów.

- Więc chyba jestem w stanie wam pomóc, panowie - powiedziała driada, bo ta istota niewątpliwie nią była.
- Ej! chyba się zakochałem rozumiesz Revilder? - zapytał niedowierzając swoim oczętom,
Czraodziej szybko podbił się na nogi, po czym padł na kolana
- Wyjdziesz za mnie?! - mówiąc to, zdjął swój rodowy sygnet, by użyć go jako pierościonka zaręczynowego.
- Nie zwracaj na niego uwagi, Jestem lepszym materiałem!
- Przecież śmiertelnie boisz się lasu głąbie? - odparł zdziwiony reakcją Revildera. Ale cóż przynajmniej wiedział, że ten jest w stanie iść o własnych nogach.
- Ja? Ja.. b-boję się...się… las-lasów?! G-głupoty! O-oopowiadasz! Ja, ja kocham, las, las… kocham… - powiedział blady
To idź przytul to drzewo - wskazał palcem na bylejakie drzewo obok.
- Sam idź przytul drzewo! Wole przytulić Ją!
- Ale ja jestem drzewem… technicznie rzecz biorąc… - powiedziała zmieszana driada, spoglądając na nich, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi. - Ale mogę wam wskazać drogę do jeziora…
Czarodziej spoglądał na drzewo-kobietę z otwartymi ustami…
- J...jesteś drzewem?! M-możesz, moższesz p-pp-podejść? - powiedział niepewnie
- A co myślałeś że stonką głąbie? - wybuchnął śmiechem
- z-zamknij się!
- Bo zaraz będziesz szedł o własnych nogach, zastanów się porządnie. To miłe z Twojej strony a znasz się może na mieczach magicznych? Albo dzieciach? - Zapytał zaciekawiony.
- Z tym wam nie pomogę… ale może nimfy coś wiedzą… one mają kilka błyskotek u siebie… - rozmyślałą na głos, ruszając zadziwiającym, tanecznym krokiem przez las.
- Czekaj! Drzewiasto kobieto, nie ruszaj się chwilę. - Czarodziej wziął głęboki wdech. Po czym rozłożył ręcę jak gdyby do przytulenia, po czym ruszył niepewny krokiem w stronę driady
~ Tyle lat treningów, doskonaliłem swoje ciało, sprawiłem że stało się idealne! Mój umysł stał się twierdzą nie zdobycia, moje myśli są nie zachwiane, wzrok potężny, a ciało niezniszczalne. tak, lata ćwiczeń nie poszły na marnę, dam radę! Dam radę przytulić to drzewo! ~
Sachim wlazł mu na tor jego drogi i dał się przytulić, łącznie z mieczem. Szyderczo się uśmiechając. Na szczęście mag w porę został ostrzeżony.
- Znęcasz się nad biedactwem… - skarciła wojownika driada, nagle znajdując się przy Revilderze i obejmując go niczym matka małe dziecko.
Co do biedactwa to bym uważał na słowa, to chytry drań jest, wycyskał nawet jednego boga. - bąknął do driady, zawiedziony niepowodzeniem swojego planu.
- Ohhh… Kochane drzewo… Szkoda! Szkoda że nie wszystkie są takie jak Ty!- Rev był poruszony, jego życie się spełniło, mógł tak zostać do końca świata.
- A gdzie spotkamy te nimfy? zaprowadziłabyś nas później? czy może wskazała kierunek zaraz jak załątwimy sprawę z wodą? - zapytał. - od dziś jak wystraszysz się lasu to wbiję Ci miecz w tyłek. A jeszcze jedno driady to duchy lasów, także. No wiesz…
- Chwila… jak to boga? - wystraszyła się driada.
- To straszna historia, mamusiu! Pilnowałem porządku w mieście, spotkałem wówczasz oszusta który sprzedaję podrobione magiczne przedmioty, co gorszę okazało się że nie jest On oszustem który sprzedaje podrobione magiczne przedmioty! Wtedy przyszedł drugi, który był podejrzany, ponieważ wyglądał jak oszust który sprzedaje podrobionę przedmioty - co gorszę okazało się że też nie jest oszustem sprzedającym podrobione magicznę przedmioty! Potem Ci dwaj walczyli, bóg był za słaby żeby wygrać, dlatego musiał zapłacić za walkę a skoro nie wygrał, to nie odzyskał pieniędzy - innymi słowami, nie ma co, tylko krzyczał na mnie… Bałem się… Naprawdę! Nie pozwolisz więcej krzyczeć na mnie, prawda!? Boje się być tutaj, naprawdę, naprawdę… - odpowiedział zrozpaczony mag
- To fakt, był za słaby dostał ode mnie bęcki jak nikt. Nie? - zapytał się Revildera szyderczo.
Czarodziej cały czas ocierał się głową o driadę
- No, nie miał szans. Aż smutno się nam zrobiło, więc nie biliśmy go za bardzo, ale mieliśmy plan wrzucić go do rynsztoku! - potwierdził
Sachim kiwnął potakująco głową i dumnie wypiął pierś. - To gdzie to jezioro i nimfy? Oo może znasz jakieś cycaste niewasty jeszcze? - zapytał w żywe oczy wyzyskując informacje.
- W tamtą stronę - odparła driada, wskazując kierunek i czym prędzej popędziła między drzewa, znikając im z oczu.
- Mamusiu!!! Nie porzucaj mnie! - Czarodziej upadł na kolana, do jego oczu napłyneły łzy.
- Nieeeee! Dlaczego?!
- To podła bestia! Tak mi Revildera urządzić najpierw omamiła go cyckami i uściskami a teraz zostawiła. Chodź no chodź, następny raz ją posiekamy na kawałeczki i urządzimy sobie ognisko a nad jej płonącym ciałem upieczemy dziczyznę. - no chodź wskazał ręką na drogę, którą wcześniej wskazała driada - odnalazłem drogę do jeziora jest już blisko moje magiczne umiejętności są niesamowite.
- Nie, nie, nie! czarodziej uderzył pięścią w ziemię
- Nie możemy tego tak zostawić! Musimy spalić ten las! Niech płonie wraz z całą niegodziwością i złem tego świata! Niechaj pogrąży się w otchłani śmierci, oraz mojej rozpaczy! Płoń, płoń,płoń! eee A nimfy maja cycki? - zapytał poważnie
- Mają jeszcze większe z tego co słyszałem trzeba gnać. No i pamiętaj o kolejności miecz, nimfy ustąpię Ci miejsca w spaleniu lasu, potem poszukamy dziewki i boga. - ruszył w stronę którą wcześniej wskazał, a jeszcze wcześniej wskazała driada.
- Zanieś mnie… Boję się lasów, teraz mam jeszcze uraz… - Powiedział bez przekonania
- Gówno mnie to interesuje zmienił raptem ton możesz wrócić jak chcesz siedzieć dłużej w tym lesie z tymi driadami. - fuchnął wkurzony.
- Z-z-zostawisz mnie?! Swojego druha i przyjaciela?! Wole zostać już chyba drewnem, niż być zdradzony!
- Ciągnąłem Cię taki kawał, zresztą wyobraź sobie cycki nimf i jak do nich biegniesz będzie lepiej. Nie zdradzam Cię w plecach mnie łupie już. przełknął ślinę - Jak widzisz to Ty mnie zdradzasz! Nie idąc ze mną bo nie mogę Cię nieść już dłużej draniu! - wyrzucił z ust.
- Ja… Ja, jestem… baronem… Ja… uhhh… ja! Ja.. Ja chcę pokojówke elfkę! Ja… tylko chce cycuszka, lub dwóch… ewntualnie jakiejś drewnianej kobiety, ostatecznie siostra mi wystarczy! - Na jego ustach zagościł ponury uśmiech
- Ale Ona słabo gotuje…
Sachim udawał, że notuje. - zapisałem załatwimy to jak skończymy z mieczem, nimfami, lasem, dziewką i bogiem. To zajmiemy się pokojówkami. Ale teraz nie zdradzaj mnie i chodź!
- Dobrze… - Ruszył niepewnie za zdradzonym towarzyszem.
 
Rock jest offline  
Stary 30-12-2013, 21:14   #10
 
Cao Cao's Avatar
 
Reputacja: 185 Cao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie cośCao Cao ma w sobie coś
Szli jakiś czas, zagłębiając się coraz bardziej w las. Minęło wiele czasu, zanim usłyszeli szum rzeki. Wkrótce zobaczyli wodę. Rzeka… jeszcze nie jezioro. Jednak w którą stronę iść? W górę, czy w dół?
Sachim spojrzał na nurt i ruszył wraz z nim woda spływa z gór więc pędzi do jeziorska. Cóż było to bardzo trudne zadanie dla wyspiarza i trwało niemal parę sekund nim na to wpadł.
Czarodziej to z pewnością fajtłapa, często ślizgał się na mokrych kamieniach, czy potykał o korzenie i pnie, ale dzielnie stawiał opór i starał się nadorzyć za towarzyszem, można było usłyszedź dźwięki, podobne do płaczu z jego strony...
Po pewnym czasie dojrzeli w oddali niewielkie obniżenie terenu.


W końcu dojrzeli owo “jeziorko”, o którym wspominała driada, a kawałek za nim niewielką osadę. Na wodzie kołysała się leniwie łódka, a w niej siedziało dwóch mężczyzn z wędkami.
- Dobra do roboty - oparł miecz o pniak obok jeziora - pokaż pełnię swojej mocy, pieprznij z całej siły, dawaj! - wrzasnął Sachim.
Czarodziej wszedł po kolana do wody
- Aaaaargh! Czuję te moc! Teraz dam radę! Arghe Erghhh! uhhh - ohh… przepraszam… Czarodziej wykonał kilka dziwnych gestów, po czym miotnął sporą kulę wody w wojownika!
- Pogrzało Cię? próbował przeturlać się do miecza by go chwycić.
- działa! Mogę czarować! Hahahaha! Dobra, trzymaj tego gnoja, zmieciemy go z powierzchni ziemi!
- moment debilu zabijesz mnie! - zostawił miecz i zaczął uciekać.
W tym momencie, czarodziej zaczął bombardować teren wodnymi kulami o różnej wielkości, starając się wycelować kilka razy w miecz, tymi największymi
- Ośmieszyłeś mnie o jeden raz za dużo! Teraz cierp hahahahahaha
- Kur… widzisz Aerie było się przywitać! - mrukną spieprzając z pola rażenia kul wody.
Jednak nic konkretnego z mieczem się nie stało…
- Arhg! Co to za kurewskie nasienie! Walni go do wody, zrobimy mu pranie, rozwalimy gnoja na kawałki! Przeklęte, przeklęte cholerstwo, z czego to do kurny nędznej jest zrobione?! Z moczu bożków?! Może mamy walic temu pokłony?! Hej, hej! Skoro jesteś mieczem bogów, to dlaczego nie świecisz… Oszczam cię! Tak zrobię! - Czarodziej ruszył gniewnie w stronę miecza, rozwiązując po drodzę szatę
Podbiegł rzucił miecz i zwiajał z powrotem na bezpieczny dystans.
Kiedy Sachim chwycił miecz, zdawało mu się, że coś usłyszał, jednak za szybko nim rzucił, żeby się przekonać na pewno… chociaż brzmiało to jak gniewny okrzyk.
- <gwizd> Umyjemy cię… Rev zaczął bardzo staranie celować strumień w stronę niegrzecznego miecza
- czekaj! kurwa! nie stój! - warknął biegnąc do miecza. Rzucił się by go osłonić.
No i udało mu się osłonić miecz… żółty strumień poleciał prosto na wojownika, zamiast na miecz.
- Nie ruszaj się! To jeszcze trafię! krzyknął, po czym starał się celować tam, gdzie jego ciało najmniej zakrywa miecz… Czyli głowe
Złapał miecz i przeturlał się a przynajmniej tak planował - zapomniałem, że ona nic nie powie jak jej nie trzymam! - - wrzasnął udając, że o tym wiedział. - A Ciebie to ubiję! sikaj gdzie indziej baranie! - zaczął się rozbierać trzymając miecz w łapskach, stanął nago przed Revilderem i wrzasnął: - Teraz mnie umyj baranie! I nie zapomnij o ubraniach
- NO WŁAŚNIE, IDIOTOOOOOO! - usłyszał głośne zawodzenie. - On… on… chciał na mnie… - nastąpiła nagła zmiana tonu, na histeryczny, a po chwili dołączył szloch. Oczywiście tylko wojownik to słyszał. - Buuuuuuuu! Nie lubię go! On jest głupi! Wolę ciebie! Chciałeś mnie wyrzucić, zostawić! Nie chcesz mnie! I nie lubisz Wieży! Powiem jeeeej!
Nie płacz, chciałem Ci pomóc z tym głupim mieczem! Czarodziej ubrał dolną część odzienia, po czym związał szatę. - Histeryk! - po czym udał się w strone jeziorka.
- Jak ci niby miałam powiedzieć, jak nie mogłam ci nic powiedzieć! Nie jestem jeszcze na tyle silna, żeby z tobą od tak sobie rozmawiać! Jestem jeszcze mała! Młoda! Piękna i młoda! - Głosy kumulowały się, a jedno “mówiło” przez drugie.
- AAAaaaskąd miałem o tym wiedzieć po protstu nie chciałem na debila wyjść przed Revilderem. - bąknął. - Szoruj mnie bo Ci tyłek każę umyć! - do Revildera.
- Nie będę ci tyłka myć! - obruszyła się Aerie.
W tym czasie koło wojownika udeżyła ogromna kula wody, zaraz kolejna - czarodziej rozpoczął kolejnę bombardowanie.
- Nie chowaj się! Zaraz Cię umyję! - Kule był coraz większę
- To nie do Ciebie Aerie. Eee… Dobra to jak można się z Tobą komunikować? - zapytał miecza. - Zabijmy go bo mnie irytuje tylko jak? - dodał odskakując i uciekając, nago.
- Kiedy jest w okolicy slaba magia, nie mająca związku z nekromancją, to tylko jak mnie wyciągniesz, albo będzie więcej magii. Jak będzie nekromancja, to mam ciebie ostrzec. Proste! - odparła. - Jak będę silniejsza, to może będziemy mogli bez magii się porozumiewać…
HA! czarodziej z Ciebie jak z koziej dupy trąbka jestem pewien, że w tą łódkę to nie trafisz - wrzasnął do Revildera. Machając mu przed oczami, wiadomo czym. -[i] zastanowił się - masz dziesięć strzałów wal w łódkę!
Czarodziej aż się zaczął gotować ze złości, można odnieść wrażenie że woda wraz z nim! Tym razem starał się znacznie zwiększyć kule, pragnął wynieść całe jezioro i zdzielic go nim!
-[i] W łódkę we mnie to za prosto co? Na skróty się idzie cienias a nie mag nawet wyzwania nie może podjąć tylko nieczyste zagrania. Baron pfff… - splunął na ziemię.
- Zaraz sprawię że jedynym mieczem u Ciebie będzie tylko ten, który trzymasz w rękach!
- Jakiś pomysł? - zapytał miecza - A tak w ogóle to co jeszcze potrafisz? - pomachał innym mieczem w stronę Revildera.
Woda w okół złego maga, zaczęła dziwnie się zachowywać, na tafli jeziora zaczęły pojawiać się falę, które z chwilą stawały się coraz większę i większę.
- Łap to! Aż naglę woda opuściła obszar jeziora by ruszyć niczym szarża konnicy na przeciwnika. Fala zalała wojownika, zanim ten zdołał się gdziekolwiek schować. W sumie nawet nie miał szasn na ucieczkę. Zwalony z nóg, uderzył siedzeniem o coś twardego, możliwe, że kilka kamyków wbiło mu się w nagie pośladki. Zdenerwowany Sachim chciał zrobić krzywdę Revilderowi, jednak nigdzie go nie zobaczył. Zdumiony zaczął przyglądać się wzburzonej tafli wody i zobaczył, że mag unosi się bezwładnie.
- Dobra odpowiedź szybko, bo idiota się utopi. - powiedział lekko zdziwiony obrotem sytuacji Sachim do miecza. Chwilowo nie przejmując się tonącym kompanem.
- Jestem mokra… - burknął miecz.
- Dobra taka ilość magi w powietrzu powinna starczyć jeszcze na chwilę. Najpierw uratuję czarodzieja pokrakę a potem Cię wyrtę więc możesz śmiało mówić jak będę nurkował po idiotę. - odparł wskakując do wody.
- Chyba mnie tam nie… aaa! - zawołała Aerie.
Zanurzył się wynurzył, wrócił na brzeg położył miecz orientując się, że zapomniał, że jest nago. I wskoczył zanurkować jeszcze raz po maga. - Przepraszam zapomniałem się.
Zanurkował wyciągnął Revildera położył go na ziemi i ułożył tak by ten mógł wypluć wodę i się nie zachłysnąć, tyle z filozofii leczniczej. Złapał miecz wyciągnął i odparł:
- Wracając do tematu… to jak?
- ...senna jestem… czego chcesz? - zapytał miecz.
- Co jeszcze istotnego muszę wiedzieć żeby nie było jaj później i co potrafisz? wycierał miecz szatami maga.
- Nie wiem. Cały czas się uczę. Ale dużo pamiętam… nie traktuje się tak driad… no i jak dotknę jakiegoś człowieka, będę mogła powiedzieć, czy ma coś wspólnego z nekromancją. No i jeszcze jak będzie jakiś nekromanta w pobliżu, powiem. Bo to o aurę chodzi… wiesz… jak taki podejdzie, to z kilometra wyczuję. No i jeszcze… ej! Nie machaj mną, jak mówię! - ożywiła się nagle, poirytowana.
Sachim usiłował dotknąć ramienia maga, jednak ten lekko odczołgał się na bok, udając cały czas nieprzytomnego.
- Nie przerywaj mi! A z resztą! To tobie zależy, żeby się wszystkiego dowiedzieć. Dobranoc! - fuknęła Aerie, milknąc.
Kopnął maga w jajca. Stojąc nad nim i świecąc tyłkiem odparł - Chciałeś mnie zabić czy co?
- Argh! Głuuuupi jesteś! - wrzasnął siedając naglę!
- Kazałeś się umyć! Wraz z ubraniami, co nie?! - dodał oburzony!
- UBRANIA! wrzasnął rzucając się po ubrania. Jednak nigdzie ich nie widział. Fala… gdzie mogła je zanieść?!
Zaczął rozbierać Revildera trzymał nadal miecz.
- Oddam Ci ubrania, oddam! Tylko wywal miecz! wywal miecz! - powiedział piszczącym głosem.
- Dawaj ubrania moje popłynęly i są obsikane.
- podzielimy się! Po połowie! - mówił ze łzami w oczach
- Jesteś magiem wyciągnij moje ubrania zróbmy tak… co ty na to? - odparł wpadając na genialny plan.
- Jestem magiem! Nie cudotwórcą! Mam pewne limity, poza tym, przemęczyłem się falą i bombardowaniami! Gdybyś stał w miejscu, nie mielibyśmy problemów! - odparł groźnie
- Dobra więc biorę dół!
- Ale Ja biorę szatę i paski! - Powiedział, zdejmując spodnie
- No to ustalone, trzeba znaleźć moje szaty a jako, że boisz się lasu to pójdziemy razem tak? - zapytał ubierając spodnie cały czas trzymając miecz w łapskach bo nie miał go gdzie podziać.
- Nie łatwiej będzie wypalić las a potem szukać w zgliszczach? zasugerował
- Łatwiej ale jak spalisz mi gacie to Cię ubiję. Cierpliwości.
Czarodziej właśnie strał się związać szatę w niższych partiach ciała
- to cholernie przewiewne! Poza tym, może pomogą nam te nimfy Zawsze chciałem zobaczyć ich cyc.. szlachetne ciała! eee… istoty, te, te szlachetnę! Pokojówka! Pokojówka Nimfa! urwał, jakby naglę zapomniał o reszcie
- Ładnie proszę mieczu powiesz mi jak wywołać nimfę? - zapytał nietypowym dla siebie tonem bo potulnym, w miarę. No jak na niego to szczyt potulności.
- Hej! Twój miecz działa?! Możesz z nim rozmawiać?! zapytał zaskoczony
- Hmm… jak tak ładnie proooosisz… - usłyszał cichy, zaspany głos. - Nimfy nie da się wywołać. A po tym, co ten idiota zrobił z jeziorem, dzisiaj sę już raczej nie pokażą. Dobranoc.
- Tak mogę wiem już jak, chwilowo pewnie pełno tu magii po twoich wyczynach więc mogę ale dam jej spać bo się jeszcze przemęczy.
- Znów mogę zwiększyć jej moc! Za pomocą mojej magicznej różdżki! Jest niezawodna, jak widzisz! powiedział uradowany
- Dupa przez ten cyrk możemy zapomnieć o nimfach dziś! One lubią spokój więc trzeba jutro przyjść i posiedzieć spokojnie. - powiedział trzymając się za głowę w akcie rozpaczy po stracie ciuchów.
Hmm… Ciekawe czy jest tu jakaś wioska… Może mają jakieś pokoje, dla arystokracji?
Tak i do jutra będzie tu pół tuzina ludzi z halabardami idziemy spać do najtańszego pokoju. I nie zapomnij sępić od ludzi kasy w ciula jak się tylko da. Bo jak nie znajdziemy mojej tuniki to będzie dylemat
Ale czy jest tutaj jakieś miasteczko! Masz jakąś mape? Zapytał, drapiąc się po głowie, było mu źle, był przemoczony i zmęczony
Przecież było widać wioskę i wioskowych wsioków na łódkach. bąknął ruszając w stronę wiochy.
- Ale czy przypadkiem, nie zniszczyliśmy im jeziorka? - Dodał przyglądając się, pobojowisku
- A ja wiem coś im naściemniamy. - bąknął.
- w takim razię, ruszajmy przygodo! Haha! - Mimo tych słów, czekał aż wojownik ruszy przodem. Sachim zebrał, co znalazł z pozostałych rzeczy (czyli buty) i wtedy użył mózgu czegoś czego nie używał za często. Przypomniał sobie, że fiolki i cała reszta bzdetów trochę ważyły więc niektóre rzeczy nie mogły od tak pójść na dno razem z nimi tylko są gdzieś blisko brzegu. Rozebrał się zanurkował w poszukiwaniu. Wylazł ubrał się, zabrał co znalazł i ruszył z buciksa.
Ruszyli więc w stronę wioseczki, która znajdowała się z drugiej strony jeziora. Mężczyźni na łódce wiosłowali w stronę zabudowań, bijąc się z falami niewiadomego pochodzenia……..
Sachim szedł dalej przyglądając się mężczynom z daleka z lekką frustracją, że nie umieją lepiej sobie radzić. Chociaż trzeba było przyznać, że fale wyglądały naprawdę imponująco.
Westchnął tylko przyglądając się i idąc dalej swoim krokiem. Złapał miecz i zapytał:
- Fale na jeziorze to raczej nie do końca normalne co? - w sumie nie wiedział, czy liczyć na odpowiedź czy nie ale co tam. Nie był pewien, czy usłyszał “głupi mag”, czy mu się tylko zdawało.
Skwitował te słowa słyszane czy też nie jedynie arogancki uśmieszek.
Czarodziej nucił sobię dziwną melodie, niezwykle go to pochłoneło, to też nie zwracał uwagi na nic co się dzieje do okoła. Nic więc dziwnego, że nie zauważył wielkiego, czarnego psa, który wybiegł z lasu. Psisko zatrzymało się w pół kroku, po czym przypadło do ziemi, zakrywając pysk łapami.
Za psem wyjechał ktoś konno. Wojownik odziany cały w czernie. Jego spojrzenie padło na Revildera i Sachima. Po chwili wyjechało z lasu więcej jeźdźców, a Sachim rozpoznał pośród nich owego strażnika miejskiego, którego poznali jeszcze poprzedniego dnia, kiedy pałętało się za nimi tamto bóstwo.
Sachim na szybko naliczył osiem koni, z czego dwa były juczne. Na jednym z wierzchowców siedziała urocza niewiasta, która trzymała się raczej z tyłu. Był jeszcze jeden odziany w czernie jegomość. Kiedy Revilder zobaczył, że jego towarzysz na coś patrzy i się obrócił, rozpoznał, że owi dziwaczni jegomoście to Miecze. Mag nieco się speszył. Miecze uchodzili za niesamowitych wojowników, z którymi nawet tacy, jak Inkwizytorzy nie mają szans. A propos… czy ten tam, to nie Inkwizytor? Ach! I jeszcze jakiś inny mag! Sądząc po szatach, uzdrowiciel.
 
Cao Cao jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166