Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-01-2014, 20:27   #1
 
Karmelek's Avatar
 
Reputacja: 68 Karmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znanyKarmelek wkrótce będzie znany
[Autorski] Arkadia: Krwawy Miecz

Zastrzegam, że wszelkie obrazki użyte w sesji, nie są moje (chyba że napiszę, że jest inaczej). Nie usuwam podpisów. Jeśli są bez, oznacza to, że ktoś inny to zrobił. Jedyne co, to czasami coś przytnę, nieudolnie zmienię kolorystykę (będzie widać), albo zmienię rozmiar.



Nasza historia zaczęła się parę tygodni temu. W sumie postacie dramatu, w który zostały podstępem wciągnięte, nie miały pojęcia, co się dokładnie dzieje. Obecnie z drużyny pozostał jedynie Stephen, jednak nawet on nie zna całej historii, nie wie, co się za tym wszystkim naprawdę kryje. Dołączył dopiero w portowym mieście królestwa Minarii, w Coinkin.

Ale... jak to dokładnie się zaczęło?
Sytuacja Minarii nie była pewna. Zbrojne grupki Imperium Wschodu robiły wypady na tereny królestwa, porywając i karząc niewinne osoby, tłamsząc wszelkie przejawy magii, czy inności. Dwójka przybyszów z obcego świata trafiła właśnie na taką grupę, która usiłowała ich wywieźć do Imperium w niewiadomym celu. Nieszczęśnicy zostali jednak uratowani za sprawą obcej dziewczyny i kolejnych przybyszów. Znaleźli ich partyzanci i zabrali do swojego obozu, gdzie wyjaśnili gdzie są i co tak właściwie się dzieje.
Kalart był przybyszem z podobnego do Arkadii świata. Musiał uciekać ze swojego, ze względu na... pewne okoliczności. Jego charakter był przyczyną konfliktów z kolejnym cudzoziemcem, Coenem. Ich pierwsze starcie dotyczyło niewiasty – przyczyny pierwszej potyczki w nowym świecie.
Sławek był studentem z naprawdę dziwnego świata i w miarę szybko okazało się, że jest to ten sam świat, z którego pochodziła Kate, owa waleczna niewiasta, która zaatakowała zbrojną grupkę zupełnie sama. Ostatnim przybyszem był olbrzymi barbarzyńca, Korn, którego dusza związana była z Królem Demonów z jego świata.
Jednak wróćmy do obozu partyzantów...
Przybysze dowiedzieli się kilku istotnych rzeczy, a mianowicie, że król Minarii biernie przyglądał się sytuacji na granicy swego królestwa, twierdząc, że Imperium nie odważyłoby się popełnić podobnych okropieństw. Że jest to niezgodne z rozejmem i dobrymi obyczajami. Cóż. Elfy, które stanowiły trzon partyzantów, widziały to nieco inaczej, od przejedzonych szlachciców ze stolicy.

Tej samej nocy doszło do makabrycznego, groteskowego wręcz ataku. Przerażające stwory, ofiary wojny, powstały i kierowane niewidzialną ręką złowrogiego nekromanty, ruszyły na obóz partyzantów.
Wtedy też pojawił się na chwilę dziwny jegomość odziany w czernie, jednak wybrał on moment w którym walka dobiegła końca, a waleczna Kate została ranna. Alfred, jak ochrzcił go Sławek, wyjawił, że jest bogiem z innego świata i to za jego sprawą znaleźli się w tym położeniu. Przedstawił też warunek powrotu do ich rodzimych światów. Muszą pokonać nekromantę, albo na własną rękę zebrać tajemnicze kryształy, służące do aktywowania portalu. Zaznaczył dodatkowo, że nie wyjawił im wszystkiego na temat działania przejść międzywymiarowych, a im samym będzie ciężko je aktywować.
Tej samej nocy poznali pierwszego maga z tego świata – Waelleosa. Inkwizytora, który został wysłany tutaj z królestwa Cell w celu odnalezienia i powstrzymania nekromanty. Mag ów, widząc powiązanie między przybyszami i nekromantą, postanowił im pomóc.
Tej samej nocy wydarzyło się jeszcze sporo rzeczy. Przybył jednen z tutejszych bogów, Diabeł, który wywołał przerażenie wśród partyzantów i dopiero ingerencja kolejnego, którego nazwano Wieżą, uratowała sytuację.
Nad ranem życie stracił Kalart. Diablę, którego naturę bez problemu przejrzał mający do czynienia z demonami barbarzyńca, usiłował zabić olbrzyma, jednak demon pokierował ręką Korna, ocalając swoje „naczynie”, jednocześnie mordując Kalarta.

Następnego ranka, młoda drużyna niemal w popłochu wyruszyła w nieznany świat, wraz z Inkwizytorem Waelleosem i elfim zwiadowcą Jaskrem. Ich celem było Coinkin, nadmorskie miasteczko, w którym żył niejaki Mehelios, znany z kunsztu uzdrowiciel, gdyż młoda Kate, której wszyscy postanowili pomóc, nie odzyskała przytomności po ataku umarłych.


Przy „bramach” miasta, okazało się, że jest ono zamknięte ze względu na tajemnicze ataki zabójcy. Z trudem udało im się dostać do środka, jednak zostali odeskortowani prosto do uzdrowiciela. Cóż. Mehelios nie przyjął ich z otwartymi ramionami, a po krótkiej rozmowie i oni nie pragnęli zostać, jednak Kate potrzebowała pomocy.
Sprawy jednak się skomplikowały... po ingerencji Pana Studni, w której na czas długi utknął barbarzyńca, ataku zabójcy i pojawieniu się kolejnego przybysza – tym razem dziewczyny, Justyny, cała drużyna trafiła do celi, gdzie poznali Stephena, jeszcze jednego przybysza! Teraz była ich szóstka.
Justyna, Kate, Sławek, Coen, Korn i Stephen – przybysze, a dodatkowo Jaskier i Waelleos z tego świata. Jednak nie miało to pozostać w podobnym porządku już długo...
Zrzędliwy uzdrowiciel stracił życie w wyniku działań zmiennokształtnego (jak się okazało) zabójcy, jednak zdołał pomóc Kate. Wyszło też na jaw, że kapitan straży nie jest tym, za kogo się podaje. Adoptowana córka kapitana, którą ten przygarnął kilka lat temu, pochodziła z tej samej rasy, co zabójca. Była zmiennokształtną i to właśnie na nią agresor polował.
Złowrogi zabójca jednak został zabity. Córka pomściła ukochanego ojca i zapanowała dziwaczna atmosfera. Podczas tego całego zamieszania Justyna poprzez podsłuchanie pewnej rozmowy, dowiedziała się, że zmiennokształtny był sługą nekromanty i to na jego polecenie ścigał dziewczynkę. Młoda zmiennokształtna była jednak już bezpieczna
Kiedy Kate się obudziła, wyszło na jaw, że przestroga Meheliosa, dotycząca tego, że dziewczyna może stracić pamięć, nie była czcza. Kate nie pamiętała nic z tego świata. Nie miała pojęcia gdzie, ani dlaczego jest. Nie dowierzała wszystkiemu, o czym mówili, nawet, kiedy przedstawili dowody. Pozostała jednak z drużyną, ze względu na perspektywę powrotu do siebie.
Drużyna wyruszyła więc dalej, w stronę królestwa Cell i jego stolicy, Celltown.
W lasach poznali Fafnirka, smoka, który bardzo chciał nawiązać przyjazne stosunki z męską częścią drużyny (szczególnie z wiedźminem) i niechętnie odnosił się do kobiet. Kiedy dowiedział się, że szukają złowieszczego nekromanty... cóż... przyniósł im Meheliosa. Maga, który również stracił pamięć.


Umarła wtedy Justyna. Swoimi słowami uraziła smoczą dumę, a rozjuszony gad cisnął delikatną niewiastą, łamiąc kości, powodując, że się udusiła (a on naprawdę nie przepadał za kobietami).
Niosąc żałobę w sercach, ruszyli dalej. Niedługo natknęli się na nietypową drużynę: maga Revigdena, którego chowaniec zdawał się nie przepadać za swoim „towarzyszem”, wojownika Athanra i piękną cygankę Esmeraldę (której prawdziwe imię brzmiało Shiobhan, jednak mag i wojownik stwierdzili, że jest mało poetyckie. Dodatkowo nikt, poza nią samą nie wiedział, że również jest przybyszem z innego świata).
Jechali dalej, w większej grupie, a ich dotarcie do Celltown, stolicy Cell, zostało znacznie opóźnione, kiedy w najbliższej wiosce nagle Meheliosowi powróciła pamięć. Wyszło na jaw, że Fafnir wcale się tak bardzo nie pomylił i dziwaczny mag był nekromantą, który nieco wcześniej spalił wioskę, pozostawiając jedynie karczmę.
Po dwóch, długich i wyniszczających walkach z hordami umarłych, udało im się pokonać potężnego przeciwnika.


Pomóc mógł fakt, że ponownie zaszczycił ich swoją obecnością powszechnie nielubiany Alfred, który po tym postanowił z nimi pozostać. Bóg oznajmił, z niemałym zadowoleniem zresztą, że wypełnili misję i może ich odprawić do ich rodzinnych światów.
Po dotarciu do Celltown, wiedźmin oraz barbarzyńca, postanowili skorzystać z oferty. I w ten oto sposób z przybyszów z innych światów, pozostali Stephen, Shiobhan i Kate... no i Alfred, bóg, który był przyczyną całego zamieszania.
Bohaterowie nie mieli jednak pojęcia, że nekromanta, którego pokonali, nie był tym samym, który stanowił przyczynę ich wszystkich kłopotów. Nikt... może poza irytującym bogiem z innego świata...

* * *


To był dzień, w którym do miasta powrócił Inkwizytor Waelleos, wraz z pojmanym nekromantą i przybyszami z innych światów. Cudowny, ciepły dzień... gdyby nie ciało.


Poprzedniego dnia urocza Elizabeth była widziana na prywatnym przyjęciu lady Rosphorth. Teraz, w zdobnej sukni, wysoka adeptka magicznej akademii, specjalistka w czarach transmutacyjnych, leżała wyschnięta w rynsztoku. Jej niegdyś kasztanowe włosy, były teraz zupełnie siwe, jakby ktoś wyssał z niej całe życie.
Król osobiście stawił się na miejscu, w towarzystwie aż czterech Dragonów, co było dla ludzi niecodziennym widokiem. Maris Rioni wydawał się zaniepokojony zaistniałą sytuacją. W jego płomiennorudych włosach igrały promienie słońca, sprawiając wrażenie, jakby spowijały go płomienie, jednak ze zmęczonej twarzy nic nie dało się wyczytać.


Wielka tygrysica, chowaniec króla, ostrożnie podeszła do ciała i obnażyła zęby, machając nerwowo ogonem. Postronni mogli się jedynie domyślać, co przekazała Marisowi.
- Rozumiem... – mruknął, kiwając głową, po czym ruszył szybkim krokiem w stronę Bramy Szlacheckiej. -Inkwizytor Shadowbow ma się o tym dowiedzieć! – polecił, na co jeden z Mieczy opadł na kolano, to on będzie teraz odpowiedzialny za dostarczenie wieści.
Maris przemierzał ulice pieszo. Nigdy nie korzystał z powozów, szczerze oznajmiając wszystkim, że przez nie za szybko wraca do swoich obowiązków. A teraz potrzebował nieco spokoju, żeby przemyśleć niektóre kwestie.
Przyjezdni mogą się dziwić podobnemu zachowaniu. Jak to tak?! – zawołają. – Król nie może tak chodzić ulicami! Tak się nie godzi! A co, gdyby ktoś chciał to wykorzystać?!
Jednak wydarzenia sprzed kilku lat, zanim ojciec Marisa zmarł, ktoś zaatakował księcia. Okazało się, że obstawa w postaci tylko dwóch Mieczy to nadto, żeby powstrzymać doświadczonego, zawodowego zabójcę. Skazano wtedy nie tylko zamachowca, ale i szlachcica, który go wynajął. Nie zapominajmy również o Firze, wiernej tygrysicy! Król nie mógł być bardziej bezpieczny.
- Niepokoi mnie to – mruknął pod nosem. - Żałuję, że nie możecie wytropić odpowiedzialnej za to osoby... jednak nie jesteście tak wszechmocni, jak powiadają... – zerknął na jednego z Dragonów, dowódcę grupy.
- Wybacz, panie – odparł ten, nie obracając nawet głowy.
- Podwoić straże. Chcę, aby w nocy nic się nie działo. Nikt więcej nie może stracić życia. Macie również ponaglić magów. Mają się dowiedzieć, co się dzieje, dlaczego ciała tak wyglądają. – Maris nie musiał mówić głośno. Wystarczyłby szept, jednak z każdym słowem do jego głosu wkradała się pasja. Widać było, że król jest wściekły.
 
__________________
"Większość niedoświadczonych pisarzy Opowiada zamiast Pokazywać, ponieważ jest to łatwiejsze i szybsze. Trenowanie się w Pokazywaniu jest trudne i zajmuje dużo czasu."
Michael J. Sullivan
Karmelek jest offline  
Stary 04-01-2014, 01:46   #2
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7204 Kelly ma wyłączoną reputację
Dzień był gorący. Pot lał się ze wszystkich strumieniami i panował dziwny wręcz spokój. Na korytarzach, które młody Stephen przemierzał nerwowym krokiem, nie było zupełnie nikogo. Co za utrapienie. Nie miał kogo zapytać o Kate.
Szukał dziewczyny, bo był zaniepokojony. Ich pokoje znajdowały się obok siebie, więc kiedy rano obudziły go jej krzyki, był na miejscu w kilka sekund. Okazało się, że nikt bezpośrednio nie zagraża dziewczynie. Spała... chociaż zdecydowanie bezpieczniej nazwać to cierpieniem, bo koszmar, jaki miała, z całą pewnością nie należał do tych łagodnych niepokoików, po których budzimy się zlani potem.
Młodzian zrobił to, co każdy normalny człowiek by na jego miejscu uczynił. Spróbował ją obudzić... i omal nie przypłacił tego życiem, kiedy Kate rzuciła się na niego.
No dobrze. Zły sen raz na jakiś czas można mieć... ale kilka dni z rzędu?!
A teraz zniknęła...
Stephen miał równocześnie w pamięci rozmowę z królem.

Trzy dni temu król zaprosił go na rozmowę. Audiencja odbiegała nieco od wyobrażeń Stephena i wydawała się taka... taka... pospolita? Nie spotkali się bowiem w olbrzymiej sali tronowej, a w (bynajmniej olbrzymiej) bibliotece! Maris siedział w wygodnym fotelu, a u jego nóg leżała wielka tygrysica. Młodzieniec nie widział nigdzie owych Dragonów, którzy w każdym (w nim też) budzili nieopisany lęk.
Przez niemal godzinę Stephen streszczał, jak znalazł się w tej krainie, kim jest Alfred i w jaki sposób pokonali nekromantę. Młodzieniec był przekonany, że życzliwy król obdaruje go za chwilę jakąś nagrodą za pomoc przy schwytaniu groźnego kryminalisty, jednak ten tylko uśmiechnął się ponuro.
- To był inny nekromanta, niż ten, który zaatakował was za pierwszym razem.
Te słowa bynajmniej dawały sporo do myślenia.
Uśmiechnięty Dorian wolałby kląć, gdyby właściwie mógł kląć przedwładcą. Spodziewał się ładnej nagrody, wyszła ładna chała oraz uśćisk dłoni króla.
- To niedobrze, wasza królewska mość, ale pomimo wszystko był to niebezpieczny przeciwnik, który palił wioski oraz zabijał niewinnych. Radziśmy spowodowali, że przestał być groźny - delikatnie dał do zrozumienia władcy, że tak czy siak uczynili dużo, dlatego nagroda byłaby baardzoo wskazana. Nie wiedział jednak, czy genialny król pojmie wspomnianą aluzję.
- Chodzi o to, że jeśli to wy byliście powodem pierwszego ataku, wspomnianego nekromantę interesujecie wy. W dzień, który przybyliście do miasta, miał miejsce kolejny atak nekromanty. Kolejna osoba nie żyje. - Król mówił spokojnym głosem, jednak w jego oczach paliła się furia. Wydawał się być wściekły, że nie zdołał jeszcze powsytrzymać złoczyńcy. Jednak winą nie obarczał nikogo.
- Terefere - pomyślał sobie Stephen, któremu myśli na temat posiadłości, zamku oraz nagrody gdzies uleciały na antypody. Wściekał sie oraz wskazywał, ze to przez nich, chociaż rzeczywiście nie jakoś bezpośrednio.
- Przykro wszystkim, Wasza Królewska Mość, że ów nekromanta uderzył na niewinnych poddanych. Jedyne jednak, co możemy uczynic, to zadeklarować dalszą pomoc, bowiem jeśli ów osobnik uderza wedle podanego przez Waszą Wysokość prawidła, nie mam pojęcia dlaczego. Jedynie pewnie Alfred mógłby wiedzieć, ale jakoś nie raczył nas poinformować. Jednak właściwie przyznaję, że nie rozumiem, dlaczego atak na obcą osobę wskazywałby, że próbuje nas dorwać. Gdybym bowiem był na jego miejscu, siedziałbym cicho nie atakując postronnych, tylko czekając na trafienie tych, których chce się trafić precyzyjnie. Chyba jednak, że to po prostu wyzwanie rzucone wszytskim, pokazanie siły - domyslał się Stephen głośno wysnuwając jakąś teorię.
- Chodzi o to, że wzorzec działania nekromanty, który was zaatakował, nie pasuje do pojmanego przez was Meheliosa… za to pasuje idealnie do nekromanty, który działa na terenie Cell - wyjaśnił król. - Przynajmniej tak twierdzi Inkwizytor Shadobow, który zajmuje się tą sprawą - dodał. - I nie twierdzę, że oczekujemy waszej pomocy. Pragnę was raczej przestrzec i zapytać, co zamierzacie teraz zrobić. - Król nachylił się ku Stephenowi. - Nie ukrywam, że nekromanta jest solą w mym oku. Mogę zapewnić wam ochronę tak długo, jak pozostaniecie w mej gościnie, w zamku.
- Wasza Kroólewska Mość, wspomniałem, że pochodzimy z daleka oraz mogąc opuścić ten kraj, woleliśmy pozostać. Nie mieliśmy, albo przynajmniej, nie miałem oraz nie mam jakiegoś jasnego, sprecyzowanego planu działania. Dziękuję Panie za twe ostrzeżenie oraz całkiem możliwe, iż wspomniany Shadobow ma wiele racji. Musimy pomyśleć dopiero, co robić - odpowiedział elegancko królowi, choć ogólnie wewnątrz umysłu wkurzony był mocno.
- Możesz więc zgłosić się do kapitana straży. Powiedz, że ja ciebie przysyłam. Może znajdzie się jakieś zajęcie… a tymczasem pragnę ci podziękować za pomoc w pojmaniu nekromanty i ocalenie naszego maga. Wiem, że Akademia przygotowuje jakąś nagrodę, jednak podejrzewam, że Talizmany nie będą zbyt przydatne. Dlatego też przygotowałem to. - Z tymi słowami, król położył na stole brzęczącą sakwę i miecz.
Stephen udał się więc do kapitana straży, który zaproponował mu dołączenie do regularnych treningów. Nie mając nic lepszego do roboty, młodzieniec szybko udowodnił, że wie, jak posługiwać się mieczem. Zostało mu nawet zaproponowane, żeby dołączył do królewskiej gwardii (czymkowiek to było). Niezłe perspektywy się mu tu szykowały…
 
Kelly jest offline  
Stary 05-01-2014, 10:23   #3
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7204 Kelly ma wyłączoną reputację
praca wspólna Karmelek, Juva, Kelly

Gwardzista jakoś, niech to gęś kopnie, królewski, nie zaś pan na włościach, przechadzał się po mieście. Akurat miał wolne, ale chciał poznać okolicę, żeby łatwiej było mu pełnić służbę, ponadto szukał Esmeraldy. Niestety wysiłki w tej mierze, póki co, nie przyniosły oczekiwanego odnalezienia młodej kobiety. Dobrze przynajmniej, że Kate pozostała. Lubił uroczą dziewczynę oraz niepokoił się o jej zdrowie. Owe napady wyglądały bowiem dosyć kiepsko. Szedł ulicą rozmyślając, co powinien robić, kiedy nagle rozwiązanie pojawiło się dosłownie niemal po drugiej stronie ulicy. Alfred jasny gwintas, który wykpił się ze wszelkiego wsparcia. Miał jakieś towarzystwo dwóch kolesi, nawet wyróżniających się jakoś pewnie ze wszędobylskiego tłumu szaronudnych postaci. Lecz jednak stanowczo bardziej zależało mu właśnie na Alfredzie. Mógł wszak znać odpowiedzi zarówno, jak pomóc Kate oraz odnaleźć Esmeraldę. Podszedł więc do owej trójki kłaniając się lekko.
- Wybaczcie panowie, że przeszkadzam, ale mości pan jest moim starym znajomym. Czy bylibyście uprzejmi wypożyczyć mi go na krótka chwilę, jako że być może potrafiłby mi nieco pomóc, udzielając odpowiedzi na kilka pytań? - uprzejmość przede wszystkim. - Mości Alfredzie - zwrócił się bezpośrednio do niego - to co, będziesz łaskaw poświęcić się nieco?
- O nie… - stęknął nieznajomy w czerniach, spoglądając na Stephena w nowym stroju. - Jeśli chcesz powrócić do swojego świata, to przykro mi, ale straciłeś szansę - odparł, po czym zamiklkł i wpatrzył się w niego. - Eee… cygankę znajdziesz w zamtuzie, a po moją znajomą właśnie się wybieramy - odpowiedział na niezadane pytanie.
- Alfred…? Ohh, to tak ma na imię ten rzezimieszek! Kapitanie, tak, tak - skoro piastujesz tak wysokie stanowisko, to zapewne wiesz kim jestem! Wybieramy się do zamku i nie za bardzo podoba mi się pomysł, że nam przerywasz, ale skoroś jest strażnik, mam dla Ciebie zadanie! Przeszukaj go, ukradł co nieco i muszę mieć pewność że wiemy o wszystkich jego występkach! Prawo prawem, potem udamy siędo zamku, po jakąś wielko biustoną dziewczynę! To wspaniały cel! Podobno potrzebuje AŻ dwóch mężczyzn! Nie spodziewałem się tego! Ale ciekawi mnie, dlaczego ten Alfred sam nie wziął tego pod uwage! Sądzę że może mieć problemy… Wiesz, jest na to pare sposobów! Nie wstydź się! Opowiedz o swoim problemie! - Zachęcał przyjaźnie, na jego twarzy cały czas gościł uśmiech.
Podczas tego monologu, Alfred schował twarz w dłoniach i kręcił głową.
Sachim kompletnie nie słuchając reszty warknął w stronę boga:
- Alfred? Ja pierdole, kto Ci nadał tak durne imię? - wybuchnął siarczystym śmiechem, gdy przestał się śmiać dodał -A w ogóle dawaj broń jak mam walczyć skoro łazisz z nią w łapie przez cały czas co? Nie przejmujcie się bóg Alfred raczył się zagapić na tyłek pokraki. - odparł lekko wnerwiony faktem, że nie ma broni przy sobie.
- Powtórzę to, co mówiłem niespełna dwa miesiące temu - mruknął bóg. -[i] Możecie mnie nazywać jak tylko chcecie. Nie obchodzi mnie to.[i] - Ziemia zaczęła lekko drżeć, a w powietrzu ponownie dało się wyczuć napięcie. - Tylko, do jasnej cholery, ruszcie swoje dupy i chodźmy stąd.
- Widzisz co zrobiłeś baranie rozgniewałeś Boga? W ogóle od obrazy urzędnika państwowego powinny być jakieś kary nie? - pachnął ni stąd ni z owąd, jakby sympatyzując z pokraką.
- Hej! Ja sugeruje tylko, że bycie… zwiędlakiem… jest uleczalne! Nie musi się załamywać! Znów może być… bogiem - spojrzał raz jeszcze na Alfreda - Cóż… przynajmniej facetem w sypialni. A wy robicie wielkie halo! Człowiek z sercem i zmartwieniem! A Wy?! - oburzył się czarodziej
- STARCZY! - wrzasnął Alfred, a z dachów posypał się pył. Runiczny Mur wydał z siebie jakiś niepokojący dźwięk, kiedy ziemia zadrżała. Jak najbardziej było to w stanie uciszyć nawet najśmielszego. To był też pierwszy raz, kiedy Stephen widział, że ów dziwny jegomość unosi głos. Że w ogóle ukazuje rozdrażnienie. - Nie wiem, czym podpadłem… dobrze, wiem, czym podpadłem tutejszym bogom, jednak karanie mnie wami chyba było lekką przesadą. - spojrzał z góry na wojownika i maga. - O tak… wasi bogowie wyznaczyli was, żebyście pomogli w zadaniu, które wam przedstawiłem. Tylko że wy nie chcecie współpracować. Wariat i nie znający szacunku człowiek, który jest na tyle głupi, żeby rzucić wyzwanie komuś, kto właśnie oznajmił, że jest bogiem. Wyśmienicie! Może od razu was pozabijam i będzie mniej roboty?!
- Dość tej zabawy, jak chcecie tak sobie pogadać, magiel dwie ulice dalej - rzucił wreszcie Stephen, który czuł się niczym pajac na karuzeli w potoku słów całej trójki. Gadali niczym jakieś przekupy dosłownie. - Nie jestem kapitanem, tylko cieciem najniższej rangi, dodatkowo od niedawna, nie znam więc pana - zwrócił się do tego, który przydzielił mu takie wysokie stanowisko. - Chodźmy jednak do zamku, jeśli tam się udajecie, porozmawiamy po drodze - nie komentował zachowania. Jednak jeśliby Alfred chciał przemyśleć, dlaczego tak go pokarało, wystarczyłoby, żeby przeanalizował swoje wredne zachowanie wobec Stephena. Łaskawie jednak tego nie zrobił woląc się wydzierać. - Chciałbym pogadać z tobą o Kate, jak można jej pomóc oraz spytać, gdzie mógłbym konkretnie znaleźć Esmeraldę - wyjaśnił owemu krzykliwemu osobnikowi troche nie wierząc, że w zamtuzie. Ponadto pewnie stolica kraju owych zamtuzów miała kilka, on zaś nie planował osobiście kontrolować całej burdelowej obsługi.
- Ohhhh…. - Czarodziej był wyraźnie zaskoczony, jak ON mógł się pomylić?! Zresztą, nie ważne! Szczególnie wtedy, kiedy mógł zabłysnąć mądrą przemową!
- Nic się nie martw chłopcze! Nawet takie ciecie! Mają ogromną rolę do odegrania, w naszej drabinie społecznej, to dzięki takim małoważnym ludzią! Szlachta i możni mogą czuć się bezpiecznie [co nie znaczy że nie moglibyście się postarać bardziej] Ale cóż, i tak jest nieźle! - Mówiąc to, trzymał palec prawej ręki w górzę. Widać było, że starał się zignorować bożka, na którego z jakiegoś powodu się obraził [lub wystraszył]
- Tak tak - machnął dłonią Stephen dosyć obojętnie, co jednak można było wziąć za potwierdzenie myśli wspomnianego osobnika mającego wielkie przeświadczenie na temat swojej wielkości. Stanowczo kłócić się nie lubił, szczególnie wtedy, kiedy specjalnie nie widział jakiegoś powodu. - Alfred, więc jak? Nawet jeśli idziemy do niej, chyba wiesz, co się dzieje - ni pytał ni to przypuszczał. - Niepokoję się, czy nic jej nie jest? - przyznał głosem, jakby wyznawał jakąś tajemnicę.
- Właśnie rozważam, czy was wszystkich nie pozabijać… chociaż nie, nie wszystkich. Ty możesz się jeszcze przydać. - Wskazał Stephena, jednak na resztę spoglądał spode łba.
Nagle bóg uniósł głowę i spojrzał w stronę słońca. Każdego normalnego człowieka już dawno by to oślepiło, a on tylko przewrócił oczami. - Serio? - Wskazał na maga. -[i] Ty staniesz się przydatny, kiedy ktoś zabije nekromantę i powróci twoja witalność -[i] spojrzał na Sachima - a ty ponoć jesteś dobry w machaniu mieczykami. - Rzucił mu pod nogi jego miecz i prychnął. - Chociaż podejrzewam raczej, że Wieża poleciła ciebie tylko dlatego, że jesteś jej wyznawcą…
- Alfred właściwie nie wiem, co jest grane oraz nie wiem, jakie miałeś przygody z tą dwójką, ale to nie jest moja sprawa - odparł Stephen przyzwyczajony, że facet potrafi pieprzyć od rzeczy, jest kanciarzem oraz osobą która potrafi nie okazać odrobiny wdzięczności. Oceniał przydatność pozostałych. Doskonale proszę pana, ale możeby rozpocząć mógł od samego siebie? Ech Alfred cały, który uwielbia gadać. Dlatego pewnie Stephen jakoś zachowywał spokój, kontynuując rzeczową wypowiedź. - Czy możemy wrócić do tematu. Gdzie dokładnie jest Esmeralda? Nie planuję odwiedzać wszytskich burdeli pytając o nią, bowiem po pierwsze wstydziłbym się, po wtóre po prostu powiedz, który to przybytek. Natomiast Kate, jak jej pomóc? Pewnie masz jakąś koncepcję, skoro właśnie chciałeś ją odwiedzić.
- Gdzieś tam! - odparł poirtowany bóg. - Zdaje się, że chcieli się jej pozbyć…
- Chciałbyś jakoś właściwie jaśniej odpowiedzieć? - Stephen wysiłkiem woli trzymał nerwy na wodzy. Ponadto był niespokojny. Kogo chcieli się pozbyć: Esmeraldy, czy Kate oraz co oznacza tam, poza tym, że nic nie oznacza właściwie. - Chciałbym pozwolić sobie przypomnieć, że im konkretniej będziesz mówił, tym szybciej przekażesz informacje oraz tym szybciej dam ci spokój. Nie lubię bezsensownego pytlowania oraz grania wzajemnego sobie na nerwach.
- Jak pomożesz mi ich zabrać (nie wiem, dlaczego, ale tutejsi bogowie twierdzą, że się przydadzą), to możemy po drodze zgarnąć Siobhan, a następnie pójdziemy znaleźć Kate - rzucił Alfred, przewracając oczami.

praca wspólna całej ekipy

Sachim z początku całego tego zjawiska zląkł się trochę i zamknął swoją niewyparzoną gębę. Jednak nie długo zajęło mu pozbieranie się po tym, teraz w jego mniemaniu drobnym zjawisku. Bóstwo zaczynał go obrażać i Wieżę przy okazji. Dodatkowo rzucił jego mieczem o glebę. Cóż zgodził się mu pomóc ale zastanawiał się czy jak już nie skończy to dziewki głowy nie pozbawi. Jednak gdy usłyszał, że zawitają do burdelu odkrzyknął wesoło, zapominając o poprzednich rozmyślaniach, w końcu kogo jedna dziewka obchodzi jak tam będzie ich pełno?:
- Dobry plan. - by podnosząc miecz dodać. - A na ciorta! Idziemy co będziemy tak stać, pokrako w tę stronę. - wskazał pierwszy lepszy kierunek i ruszył, wierząc, że jego nowo poznały towarzysz mag ruszy wraz z nim kontynuował - Co znaczy słowo mieczykami jedyne z czym mi się to kojarzy to z łapami?
- Super, tylko proszę, skoro mamy iść do zamku, to może tamtędy, gdzie on poskaże. Kimkolwiek jest owa wspomniana Siobhan - mruknął ciesząc ogólnie się tyle słowami Alfreda, co decyzją nowo poznanego wojownika, aby ruszać gdziekolwiek. Jakby bowiem nie było, był to ruch we własciwym kierunku. - Wasza szlachetność pozwoli, że będę pana eskortował po drodze. Tak wielkiemu panu nie wypada chodzić bez odpowiedniej obstawy - uśmiechnął się słodziutko Stehen do drugiego mężczyzny. - Prosimy tędy - wskazał dłonią za Alfredem.
- Przydatny?! Witalność! Mój stan jest DOSKONAŁY - powtórzę D-O-S-K...K.,-N...A...K-Konały! DOSKONAŁY! Jestem chodzącym przykładem na to, w jakiej formie powinien być człowiek, tym bardziej urzędnik! Ale chwila… Mówisz że będziemy polowali na nekromante?! Hmm… TO trudne, trudne - ale znam na takich sposób! Nawet nie będziemy musieli go zabijać… to znaczy, zabić.. Muszę udać się do króla! Weźmiemy zapasy, weźmiemy broń, oraz, oraz jeden przedmiot! Haha! Żołnierzu o stopniu cieciu! - wyglądało, jakby nie zrozumiał aluzji rozmówcy. - Prowadź mości naszą drużyne! Zygfrydzie! Aż krew mi się buzuję na myśl o tej chwalę i skarbach albo krabach!
- Doskonale mości państwo - oświadczył mocarnie Stephen, liczył bowiem na to, że tym razem Alfred jakoś wesprze ich oraz pomoże dziewczynom.
Alfred tymczasem szedł żwawym krokiem w stronę slumsów. Był wyraźnie niepocieszony i nie obracał się za siebie.
- Okropny świat - burknął pod nosem tak, że reszta ledwie go usłyszała.
Owszem właściwie, Alfred bowiem niemało się starał, by mieć swój wkład do takiej sytuacji. Nie mniej Stephen ruszył za nim licząc na to, że deklaracje innych są poważne oraz także za nim ruszą. Jednak słyszeli tylko coraz cichsze głosy, które pozostawili za sobą:
- A… Zamek?! Wino?! - zawołał za nimi zaskoczony czarownik. - Ohhh! Zygfryd! Gdzieś Ty był tyle czasu! Że co?! U dowódcy Straży ?! Kto Cię do cholery tam wysłał! Ja?! Nie kłam, nie wolno! Hej, hej!
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 12-01-2014 o 10:47.
Kelly jest offline  
Stary 12-01-2014, 09:36   #4
 
juva's Avatar
 
Reputacja: 655 juva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemu
To był chyba najgorszy dzień w jej życiu. Właściciel lokalu, w którym pracowała dalej był na nią wściekły, a siedzenie samej w zamkniętym na cztery spusty pokoju, jeszcze w taką duchotę, do przyjemnych nie należało. Chociażby mogła uchylić okno! Ale nie, bo ktoś urwał klamki, żeby nie mogła wyjść. Okropieństwo. Czuła się jak... niewolnica? Ale co ją czekało na zewnątrz? Nie była pewna, czy gdziekolwiek znajdzie pracę, jeśli rozniesie się wieść o tym, że najpierw „uciekła”, a następnie wróciła i wybrzydza. Nie. Lepiej zostać na miejscu... w końcu jej odpuszczą, prawda? Żeby chociaż mogła przeczekać duchotę, ale nie. Tylko zmrużyła oczy, a ktoś jął walić w drzwi.
- Dlaczego jest zamknięte? – usłyszała gderliwy głos i oczami wyobraźni ujrzała tłustego szlachcica, który poci się jak świnia.
Wielce się nie pomyliła. Szlachcic ów, gdy stanął w drzwiach, przywiódł jej na myśl wielką ropuchę, którą ktoś właśnie wyciągnął z bagna. I wcale nie lepiej pachniał. Miała praktykę w ukrywaniu wstrętu, jednak tym razem ciężko się było opanować, by nie wykrzywić ust w grymasie zniechęcenia.
- Pan sobie życzy? - zapytała siląc się na frywolność.
Odrażający człowiek zamknął za sobą drzwi na klucz i zaczął wgapiać się w Siobhan. Po chwili bez słowa rzucił się na cygankę, jednak nie w szale namiętności… jego grube palce zacisnęły się na szyi kobiety. Dyszał. Dziewczyna szamotała się na tyle silnie, na ile tylko pozwoliło jego cielsko. Dłońmi szukała wokoło czegokolwiek, czym mogłaby się posłużyć. Instynktownie chciała uderzyć grubasa, zrzucić go z siebie, przeżyć. Nie myślała racjonalnie. Nagle jej ręce natrafiły na dzban z wodą, chociaż sama tak naprawdę nie była w stanie tego zarejestrować. Szukała przedmiotu - przedmiot znalazła i to się liczyło. Chwyciła wystającą część i z całej siły przywaliła przybyszowi w potylicę.
Dzban poszedł w kawałki, a w ręku cyganki pozostał jeden, dosyć spory. Kiedy uderzyła jeszcze raz, było nieco inaczej. Odłamek wbił się głęboko w mięśnie i tłuścioch ryknął, puszczając jej szyję. Rzężąc i kaszląc zerwała się z podłogi. Zgięta w połowie jak po ciężkiej chorobie rzuciła się najpierw do drzwi. Zaczęła szarpać za klamkę, a z jej piersi raz po raz wydobywało się świszczące hargotanie. Drzwi były jednak zamknięte, a klucz miał tłuścioch. Inną opcją było okno, ale musiałaby ponownie minąć agresora, a i pokój był na piętrze. Przez chwilę zupełnie nie wiedziała co robić. Wołać o pomoc? Czy to coś da? Nie takich rzeczy można się było w tym przybytku nasłuchać - różni ludzie mieli różne upodobania. W końcu jednak postanowiła przypuścić atak na grubasa. Jednym ruchem zerwała szarfę z biodra po czym doskoczyła do cielska z zamiarem zaciśnięcia szarfy na jego krtani. Niech on się teraz poddusi, kutas! Nie chciała zabijać, za bardzo interesowało ją, kim był i czego chciał. Czemu zależało mu na jej śmierci?
Grubas zaczął się krztusić, jednocześnie jednak jął wierzgać, usiłując zrzucić z siebie cygankę. Siobhan uderzyła o kant łóżka, przez co poluzowala chwyt i napastnik się wywinął. Stanął ciężko na nogach, lecz w jego oczach nie zobaczyła niczego. Jakby był pustą marionetką!
Jednak coś osiągnęła. Klucz do drzwi uderzył o podłogę, pod nogami grubasa.

* * *

Dla ściskającego pięści Stephena nie było problemem przestać interesować się tamtą dwójką. Niby bowiem dlaczego miałby cokolwiek innego? Ani kumple, ani znajomi, ot jacyś obcy, którzy słodko woleli wywrzaskiwać coś na siebie oraz Alfreda, niźli cokolwiek innego. Szczęśliwie jednak Alfred pomimo braku pomocy przy doprowadzeniu owych dziwnych osobników, zachował się wreszcie przyzwoicie, wskazując mu owe drzwi, za którymi mogły się dziać dwie rzeczy:
- pierwsza mozliwa: walka kilkunastu kotów,
- druga prawdopodobna: ktoś się bił oraz krzyczał.
Ewidentnie bowiem dało się rozpoznać uderzenia, jakieś okrzyki, może rzężenie.
- Esmeralda - wyrwało mu się, kiedy pełen obawy o towarzyszkę spróbował otworzyć dzrwi. Nie dało się. Szarpnął za kołatkę. Nic ponownie. Wreszcie cofnął sie kilka kroków oraz rozpędem przyrąbał barkiem we drzwi próbując wydarzyć oraz zapominajac, że mógł poprosić Alfreda, bowiem pewnie dla niego byłaby to jakaś malusieńka błachostka.
Zawiasy poddały się z jękiem i młodzieniec wpadł do środka, upadając siężko na podłogę.
W tym czasie Siobhan właśnie rzucała się na klucz. Huk za jej plecami przeraził ją, obawiała się, że puste oczy grubasa rzuciły na nią jakąś magiczną klątwę. W skoku obejrzała się za siebie. Rozpoznawała ludzki kształt, jednak nie wiedziała do kogo należał, widok trwał jedynie ułamek sekundy, a ważniejszy był klucz.
Udało jej się. Przynajmniej częściowo.
Napastnik chwycił ją za włosy i zaczął okładać pięścią.Cyganka nawet nie pisnęła, za szybko się to wszystko działo, a adrenalina robiła swoje. Starała się schwycić pięść i ugryźć jak najmocniej. Nie dbała w tej chwili o to, że ryzykuje całkiem sporym puklem włosów. Niestety na napatniku nie zrobio to wrażenia, a jej coraz bardziej kręciło się w głowie.
Oszołomiony nieco Stephen wpadł na drzwi, które walnęły o drewniana podłogę izby. Zerwał się błyskawicznie, przez moment nie wiedząc, gdzie przód, gdzie tył oraz cokolwiek się dzieje. Jednak stanowczo był to jedynie moment. Jakiś krzyk, jakiś wrzask, jakiś jęk, jakiś huk zwalonego ciała, kiedy przyskoczył do grubasa oraz płazem broni przyrąbał mu na odlew po półłysej głowie. Kilo, albo półtorej, bowiem tyle waży stal miecza, musiały zrobić swoje. A przynajmniej tak się wydawało… grubas ani myślał puścić cygankę, czy przestać ją okładać. Dlatego krzycząc:
- Zostaw Esmeraldę! - wymienił płaz na klingę zakłądając, ze może bez głowy będzie owemu grubasowi łatwiej. Jeśli właściwie to by nie pomogło, miał potem ochotę pozbawić go ręki oraz tak dalej. Jego towarzyszka była w potrzebie, natomiast Stephen nigdy nie zostawiał swoich kompanów, nawet, jeśli nie byliby przy okazji seksownymi, ładnymi panienkami.
Ostrze spadło na szyję tłuściocha. Krew się polała… jednak ponownie nie zaowocowało to w żaden sposób.
- Mi to wygląda na sprawkę nekromanty! - zawołał od wejścia Alferd. - Pa pilnuję drzwi, ty odrąb mu głowę, rękę, albo coś!
- Właśnie próbuję. Trzymaj się Esme, zaraz dostanę gada! - krzyknął Stephen, który doszedł do podobnych wniosków. Dlatego zamachnął się najpierw na okładającą dziewczynę dłoń, która przeszkodziła mu przy dobrym walnięciu przez szyję zombiaka.
Tak się nieszczęśliwie złożyło, że owszem, odciął łapsko… jednak teraz pięść okładająca kobietę, zamieniła się w krwawy kikut. Nie to, żeby robiło to Esmeraldzie jakąkolwiek różnicę… Jednak kolejne, silne cięcie, pozbawiło w końcu stwora głowy.
Grubas zamarł, po czym cielsko zwiotczało i opadło bezwładnie na podłogę.
 
juva jest offline  
Stary 12-01-2014, 10:51   #5
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7204 Kelly ma wyłączoną reputację
Tymczasem szybki Stephen przyskoczył do dziewczyny.
- Panno Esmeraldo, panno Esmeraldo! - krzyknął - Wszystko w porządku, czy nic pani nie zrobił? - widać było mocny niepokój na jego twarzy, co zdradzały nerwowe drgania powieki oraz niepokój głosu.
Okrwawiona twarz kobiety niewiele zdradzała. Nie wiadomo nawet, ile z tej krwi należało do niej. Siobhan była przytomna... na własne nieszczęście.
- Alfred, Alfred! Trzeba jej pomóc - krzyknął do stojącej przy drzwiach postaci oraz chwycił dziewczynę na ręce. Chiał ułożyć ją gdzieś na jakiejś ławie, czymkolwiek, przetrzeć twarz wodą, obejrzeć … - Alfred, pomocy!
- Sam jej nie uniesiesz? - zdziwił się bóg. - Zabierajmy się stąd, zanim kolejnego nekromanta naśle… - Wskazał drzwi.
- Ale jest cała we krwi - wykrzyknął. - Nie wiem, co jej jest.
- Sugeruję, że została pobita… - odparł ze stoickim spokojem Alfred, ściągając czarną marynarkę i otulając nią Siobhan. - Spokojnie, chodź stąd - powtórzył. - No, moja droga… chyba twoja kariera jest tutaj skończona… a mogłaś skożystać z mojej oferty… ale teraz już za późno… ech… ludzie są dziwni… - tak mrucząc pod nosem, wyszedł z pokoju. Zaś ruszył za nim Stephen niosąc Esmeraldę na rękach. Skoro bowiem Alfred nie był bardzo nerwowy, stan dziewczyny musiał być względnie przyzwoity. Jednak wiadomo, niepokoił się o swoją towarzyszkę, która wyglądała bardzo uroczo i niewinnie, biorąc pod uwagę naturalną piękność, oraz nieszczęśliwie oraz ogólnie paskudnie, biorąc pod uwagę okrwawioną twarz.
Ta zamrugała szybko powiekami, chociaż nie było to łatwe wbrew pozorom. Lewe oko skutecznie zlepiła jej krew, miała nadzieję, że nie jej własna.
- Kto to jest Esmeralda? - zapytała nieprzytomnie. - Nie żyje? - dodała równie letargicznie.
- Żyjesz! Chyba! - zawołał zza drzwi Alfred. - Tylko nasz toważysz nie wie, jak masz na imię! Eeeeej! Ejże! Z drogi ćwoku! - Po chwili dał się słyszeć odgłos spadającego po schodach ciała. - Radziłbym się pospieszyyyyyć!!
- Zaraz nas zatrzymają z moją twarzą. - dodała irracjonalnie martwiąc się o swój wygląd. Jednak nie było czasu na zastanawiania się i zadawanie pytań. - Zarzucę kaptur. - sprostowała już bardziej trzeźwo.
Kiedy wyszli na korytarz, zobaczyli, jak Alfred kopie kolejnego nadciągającego ochroniarza. Było ich dwóch, w tym jeden leżał na dole, przygniatając właściciela przybytku.
Cóż powiedzieć, niósł Esmeraldę na rękach, ale widocznie jakoś nie skorzystała z tego sposobu komunikacji. Kompletnie nie wiedział jak, ale zeszła mu jakoś oraz zajęła się sobą. Jak gdyby nigdy nic zarzuciła płaszcz. Widocznie jakoś Alfred miał rację nie martwiąc się o wspomnianą dziewczynę. Dlatego skoro rzeczowo to rzeczowo:
- Mamy sakiewkę od króla. Trzecia część jest twoja. Nie wiem, co jest grane, ale Alfred coś wspominał, że musisz wymienić miejsce pracy. Pewnie jakieś grosze ci sie przydadzą - rzucił. - Alfred, trafiaj mięsień udowy - doradził kompanowi - wtedy będzie skuteczniej.
- Nie ucz ojca dzieci robić! - odwarknął bóg. - Problem w tym, że jeśli im zrobię trwałą krzywdę, tutejsi bogowie… jak wy to mówicie... dobiorą mi się do dupy!
- Tak.. - Siobhan nagle jakby straciła na animuszu. Podeszła chwiejnie do Stephena. - Wiesz co? Jednak weź mnie na ręce! - wyciągnęła do niego łapki jak bezbronne dziecko. Trochę straszne, zakrwawione dziecko z sennych koszmarów, gdzie wszystko nabiera fantasmagorycznych kształtów i kąpie się w gęstej jusze na twoich oczach. No, ale zawsze to jednak dziecko.
Nagle rozległo się głośniejsze uderzenie i do pokoju wpadł Alfred, chwytając walajacą się po ziemi marynarkę. Popatrzył na nich niezadowolony i poderwał Siobhan na ręce.
- To może ja ją wezmę, a ty zajmiesz się przedzieraniem przez tłum? - zaproponował.
Normalnie protestowała by głośno, jednak tym razem nie była w komfortowej pozycji. Wtuliła się w Alfreda żeby nie widzieć, co dzieje się na zewnątrz pokoju. Niech się dzieje co chce!
Wolałby nosić, ale cóz, skoro tak, to tak. Skoczył naprzód oraz zgodnie z poleceniem Alfreda rzucił się do przodu odpowiednio wystawiając łokcie oraz robiąc groźne miny. Właściwie nawet odpowiedziałby Alfredowi, że jeśli to problem, to on rozumie, ale mogą sie podzielić: Alfred mógłby trzymać, natomiast Stephen solidnie tłuc.
- Nic z tego. Już i tak się naraziłem - warknął Alfred, stając przy drzwiach. - Nie biadol, tylko się stąd wynośmy! Trupa tu mamy! Trupa! Szlachcica jakiegoś, zakichanego! Jak im udowodnisz, że to zombiak był?!
- Przecież spylam już - odparł Stephen osobnikowi, który odczytał jego myśli, dajac niewątpliwie do zrozumienia, że musi uważać nie tylko na to, co właściwie powiada. Po prostu drałował byle dalej. Skoro Alfred czyta mysli to uznał, że jesli pomyśli, iż ubity w burdelunie powinien być problemem. Po pierwsze burdel to burdel, po drugie własnie takie miejsca bywają niebezpieczne.
- Ale jeśli stwierdzą, że ty jesteś odpowiedzialny za ubicie szlachcia, na jakiego tamten wyglądał, nawet ja nie będę w stanie pomóc - odparł poirytowany.
Zbiegli po schodach, roztrącając po drodze kilku nieprzyjemnych osobników, po czym wydostali się na zewnątrz. Alfred, mimo ciężaru niewieściego ciała, biegł zadziwiająco lekko. Tanecznie, chciałoby się powiedzieć. Poprowadził Stephena przez plątaninę uliczek tak długo, aż przestali słyszeć odgłosy pogoni. Młodzieniec dyszał ciężko, a bóg spoglądał na niego z politowaniem.
- Odpocznij chwilę, a potem zastanowimy się, co dalej. Chociaż zastanawiać się możemy nawet teraz… - powiedział, sadzając Siobhan na jakimś pudle. - Nekomanta ciebie znalazł i chyba nie ma zamiaru zostawić w spokoju - powiedział cygance.
- Powiedz własciwie, jak to jest. Czy jesli namierzył ją, to może trzymać cały czas na nią oko, czy jeśli gdzieś zmieni miejsce pobytu, musiałby ją szukać od nowa? - spytał Alfreda dumając nad średnio ciekawą sytuacją.
- Nie mam pojęcia - przyznał zapytany. - Nawet nie wiem, po co na nią poluje. Chociaż domyślam się, że gdybyś nie siedział w zamku, na ciebie również by się połasił… co znowu kieruje nas ku mojej drogiej Kate… - Alfred skrzywił się, zerkając przez ramię, jakby mógł spojrzeć przez ściany budynków.
- Wobec tego - odetchnął głeboko wojownik - Jeśli Esmeralda przebywałaby w zamku, także nie powinno jej się nic stać. Przynajmniej zaś mielibyśmy czas na obmyślenie ratunku. Pytanie, czy dałoby się to jakoś zainicjować? Może przyjęli by ją do jakiejś służby - rzucił propozycję niepewnie.
- Oczywiście, jeśli nekromanta nie przeniknie do zamku, co też może się zdażyć. Bezpieczniej byłoby trzymać się razem i podążyć za Kate. - Alfred westchnął ciężko, siadając obok Siobhan. - I staraj się tu utrzymać kogoś przy życiu, a ten wypnie się na ciebie i ucieknie z miasta… - Wyglądał na załamanego.
- Właściwie kogo masz na myśli? - próbował jakoś wojownik zrozumieć, co Alfred chce powiedzieć, bowiem sugerował, iż Kate uciekła. Jakoś nie mógł uwierzyć. Co, po co, dlaczego miałaby uciekać? Lubił Kate, która wprawdzie miewała odchyłki od normy, ale byłasympatyczną oraz ogólnie niegłupią dziewczyną.
- Za długo, żeby wyjaśniać… - przewrócił oczami. - Chodzi o to, że ona… niekoniecznie za mną przepada… a jeszcze jest ten nekromanta, świat jest niebezpieczny… potrzebuję kogoś, kogo stosunkowo lubi i komu pozwoli sobie pomóc.
- Wobec tego chyba najlepszy byłby Jaskier. Wiesz doskonale, że mam zasadę pomagania swoim kompanom. Chętnie pomógłbym także Kate, jednak stanowczo nie wiem, czy ona miałaby na to ochotę. Jednak właściwie - zaiwsił głos wojak - niekiedy pomaga się nawet wtedy, kiedy ktoś niekoniecznie tego chce. Dobra, powiedz, co robić. Nie powiem, że dla ciebie, bowiem wiesz, co myślę, Alfred, ale trzeba pomóc to trzeba pomóc.
- Poszukajmy najpierw wody i jakichś szmat, żeby doprowadzić naszą uroczą kompankę do jako takiego stanu - zasugerował bóg.
- Skoro tak powiadasz, to poczekam. Pewnie nie problem. Wolisz szukać wody, czy mam to zrobić? - spytał Alfreda.
- W każdym pomieszczeniu jest woda i szmaty. Minimum higieny trzeba zachować… - cyganka nie wyglądała na kogoś, kto był przy pełni władz umysłowych.
- Owszem, być może, tyle, że siedzimy sobie na ulicy - wyjaśnił jej spokojnie wojownik.
- Już? To wejdźmy do środka! - dla Siobhan nie było rzeczy niemożliwych. Przynajmniej w tym stanie.
- Hmm… to może ja pójdę, a ty spróbuj jej wytłumaczyć, co się dzieje - zaproponował Alfred, czym prędzej się oddalając.
- Dobrze, Esmeraldko, spokojnie wszytsko. Trochę próbowano cię zaatakować, ale świetnie broniłaś się. Ten nekromanta, tramta tamta. Jego wysłannik dostał po głowie, dlatego własnie zastanawiamy się, co robić. Dodatkowo jeszcze Kate uciekła ponoć. Pamietasz Kate? - spytał dziewczynę.
- W porządku, w porządku… Pamiętam. Brak tlenu przez chwilę, trochę mnie zmroczyło. - spuściła głowę i machała ręką, jak gdyby chcąc odgonić te myśli od siebie. - Pamiętam Kate, powiedz mi, co tu się dzieje u diabła? Kto to był w ogóle? Ten typ na górze?
 
Kelly jest offline  
Stary 12-01-2014, 14:36   #6
 
juva's Avatar
 
Reputacja: 655 juva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemu
Po chwili wrócił Alfred, niosąc wiadro z wodą i jakąś szmatką. Kiedy popatrzyli na niego zdumieni, wzruszył ramionami.
- Leżało sobie, to wziąłem. - wyjaśnił. - Ja bym się raczej na waszym miejscu zastnowił, co teraz. Zakładam, że nekromanta już dawno wysłał coś do obserwowania bram. Plus jest taki, że odciągnęliśmy jego uwagę od Kate. Ale nie wiem, na jak długo… - westchnął, stawiając wiaderko obok Siobhan.
- Jak on w ogóle wylazł z więzienia? Wypuścili go? - Siobhan nie mogła najwyraźniej pojąć tej całej akcji.
- Chyba właściwie nie był w więzieniu, przynajmniej wydaje mi się tak jakoś właśnie. Wypoczełaś neico, jak się czujesz, możesz sama wytrzeć sobie lico - spytał Esmeraldę. - Wobec tego właściwie, albo szukając jej, ściągniemy na nią wredoty, albo pozostaniemy osobno.
- I tak ją ścigają. Wszystkich was ścigają… a ten nekromanta, który się napatoczył… Mehelios, to nie był nekromanta, który na was poluje - wyjaśnił cierpliwie Alfred.
- Wobec tego pomóc jej trzeba, tyle że jak? Nie mogę się zbytnio ruszyć, ponieważ podlegam rozkazom króla obecnie. Musiałbym albo się zwolnić, co całkowicie rozwaliłoby moje kiepskie tak czy siak, ale lepsze od niczego, jakieś perspektywy. Albo prosić, o zgodę na czasowe zwolnienie od obowiązków. Może zgodziłby się, gdyby wiedział, że to kwestia tego łajdaka. Tylko wtedy albo pozostawiamy Esmeraldę narażając ją na takie coś jak tamten napastnik, albo jedziemy wspólnie, jednak to także niełatwa droga dla zacnej panny - dumał młodzieniec.
- Robisz z igły widły… powiedz królowi, że bóg ci kazał ruszać - Alfred przewrócił oczami. - A na razie znajdźmy jakąś kryjówkę na noc… gdzieś w pobliżu musi być jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy się zatrzymać na jeden wieczór.
Dumający mocno nad sytuacją Stephen skrzywił się słysząc początkowe słowa.
- Alfred, jestem normalnym facetem, ale nie rób ze mnie jakiegoś cymbała. Albo masz tutaj, jakieś chody, wtedy mógłbym tak powiedzieć królowi, albo wręcz przeciwnie, jak twierdziłeś wcześniej, wtedy tak powiedzieć nie mogę. Zdecyduj się, bowiem pomóc chcę, ale nie będę udawał pajaca. Może przykładowo poślij królowi jakies widzenie, czy coś takiego przynajmniej. Dobra ruszajmy - podniósł się oraz pomógł wstać Esmeraldzie, jeśli chciała ową pomoc przyjąć. - Pewnie będzie jakiś pusty dom, albo szopa choćby.
- W mieście? Wątpliwe… prędzej za bramami - odparł uprzejmie bóg. - No dobra… co do tego, że nie mam tutaj wpływów, masz rację. Jednak nie zmienia to faktu, że jestem bogiem. A to, co zinterpretuje król, to już nie nasza sprawa, co nie?
- Alfredzie, chyba … właściwie wydaje mi się, że kompletnie nie rozumiesz świata ludzi. Twoja sprawa pewnie to nie jest, ale mogę gwarantować, że każdy ludzki król się wścieka, kiedy uciekają bez słowa jego gwardziści. Takie właśnie postępowanie nosi nazwę paskudnej dezercji. Chyba nawet ty wiesz, jakie groziłyby mi za to kary. Tobie pewnie nie, ale mi właśnie tak. Dlatego kwestia to dla mnie istotna, nie jakiś tam złośliwy kant, tylko dokładnie tak funkcjonuje ludzka społeczność. Jeśli trudno ci to sobie wyobrazić, po prostu uwierz mi, że tak jest. Jak poznałeś mnie to wiesz, że nie lubię sobie robić głupich dowcipasów - tłumaczył mu spokojnie wojownik, gdyż Alfred rzeczywiście wydawał się nie zdawać sobie sprawy ze sposobu hierarchizacji systemu społecznego.
- Aaaaa! - jęknął bóg. - Dobra! To bierz ją i lecimy do króla! - polecił.
- Wobec tego chodźmy, panno Esmeraldo, proszę nakryć twarz kapturem. Proszę także przetrzeć twarz chusteczką, zawszeć to cokolwiek lepiej będzie. Mam czystą. Chyba jednak, iż woli pani abym to właśnie zrobił - zwrócił się do dziewczyny podając jej faktycznie nową chusteczkę, którą kupił na targu wschodnim miasta. - Czy odpoczęła pani nieco oraz może iść sama? Mogę oczywiście także pomóc, wspierając ramieniem lub niosąc - przedstawiał obolałej dziewczynie bardzo konkretnie możliwości. Mówił stonowanym głosem, dosyć monotonnym. Siobhan wzięła z wdzięcznością chustkę by szybko i ze wstrętem otrzeć twarz z juchy. Gdy jej oko przestało być zlepione czerwoną mazią spojrzała przyjaźnie na Stephena.
- Ale ja nie jestem Esmeralda. Mów mi Siobhan. - wsunęła mu pod rękę swoje ramię przyjmując zaproszenie. Lubiła szarmanckich mężczyzn, bo w końcu ile razy do roku ladacznica może czuć się jak dama?

Pojął doskonale jej pomysł. Była celem jakiegoś ataku, dlatego właśnie musiała zmienić imię. Chciała Siobhan, niechaj będzie, chociaż właściwie do Esmeraldy się przyzwyczaił. Jednak właściwie czegóż nie robi się dla własnego bezpieczeństwa. Dlatego spokojnie Faeruńczyk skinął, kiedy przedstawiła się nowym imieniem ora zpowtórzył je parę razy dla pewności.
- Swoją drogą… będziesz skłonna towarzyszyć nam w kolejnej wyprawie, jaka się nam tu szykuje? - zapytał Alfred, zerkając na cygankę przez ramię.
- Nie zostanę w tym burdelu, jestem skłonna twierdzić, że w dzikiej puszczy jest bezpieczniej… - zgodziła się.
- A więc szukasz przygody! - zawołał uradowany jegomość. - Wyśmienicie! Jeśli się nam powiedzie, może będę skłonny wznowić ofertę odesłania was do waszych światów! - kusił.
- Masz ty tupet… Aż tak źle mi życzysz? - odcięła się Siobhan. Zachowywała się tak, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Być może w pewnym momencie granica się zaciera i człowieka niewiele już rusza.
- Ach… odsyłanie do domu byłoby złe? Co wolisz? Dom, czy nekromantę, który na ciebie poluje?
- W domu polują na nas magowie. Co mi za różnica, czy to nekromanta czy ogniomiot? Powiedz mi? Przywlokłeś mnie tutaj, tak jak i całą resztę i największą nagrodą dla ciebie za wysługiwanie się nami jest powrót do domu? Rozum cię opuścił! - sarkała jak zdenerwowana wiewiórka. Od początku nie podobał jej się kontrakt, w którym de facto nie było żadnej nagrody. Wydawało jej się, że umawiali się inaczej, ale nie była już tego taka pewna. W każdym razie zawsze mówiła, co jej ślina na język przyniesie i nie zamierzała się powstrzymywać nawet przed bogiem. - Za te komplikacje będziesz się musiał bardziej wysilić. Umożliwienie powrót do domu u nikogo już nie powoduje tutaj wzwodu w pantalonach. Ci co się na to połasili to byli idioci, nie oszukujmy się.
- W takim razie, niechaj nagrodą dla ciebie będzie fakt, że nie jesteś w domu… - Mogła przysiąc, że Alfred przewraca oczami. - I owszem. Tamci byli idiotami… Aaaaale… mogę wam zdradzić tajemnicę, o której nie mieliście pojęcia… jak sama definicja słowa “tajemnica” wskazuje… ech… przez was zaczynam bredzić. - Pokręcił głową zrezygnowany. - Ale ostrzegam. Wiedza ta może się wam przydać, ale nie spodoba się ani wam (w sumie raczej tobie, moja droga), ani co zazdrośniejszym magom tego świata.. - Zmarszczył brwi, po czym dodał: - I być może tutejszym bogom…
- Mów, nie motaj - cyganka lubiła konkrety. A może po prostu próbowała zamaskować narastające w niej podniecenie i ekscytację. Miała nosa do interesów, a to wydawało jej się życiową szansą.
Alfred zatrzymał się i obrócił w ich stronę.
- Hmm… tylko proszę, żebyście nikomu więcej nie wyjawiali tego - odparł, patrząc prosto na nich, jednak nie poruszając ustami. Więc znowu gadanie w myślach… - Jako że jesteście przybyszami z innych światów, posiadacie w sobie magię. Nikt bez magicznych predyspozycji nie byłby w stanie przejść przez portal. Tak więc… i w tym świecie możecie kożystać z magii. A skoro tak, to zdobądźcie te ich śmieszne Talizmany i sru! - Wyszczerzył zęby, spoglądając na nich niczym głodny pies na bezbronnego katka, który nie ma dokąd uciec.
Siobhan zbladła i przystanęła.
- Ostrzegałem… - westchnął, już na głos, Alfred.
 
juva jest offline  
Stary 12-01-2014, 21:44   #7
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7204 Kelly ma wyłączoną reputację
- Przyajmniej jakas dobra nowina, czymkolwiek wspomniane Tali … - gwałtownie ściszył głos po nagłym “cii” Alfreda - …zmany są, ale jest to niewątpliwie jakaś szansa. Jak wspomniałem, chcę budować swoją przyszłość na terenie tego państwa, czy krainy. Chcę mieć swoje nagrody konkretne na miejscu przebywania, natomiast przygody, jak mnie znasz, przecież nie odmawiam. Niechaj się jedynie król zgodzi. Nie mniej Alfred, jeśli tak jest, jak mówiłeś, chciałbym poprosić, żebyś mipowiedział więcej na temat magii. Jak się rzuca czary oraz wszystko, co mógłbyć wyjaśnić kompletnemu laikowi, aby pojął - poprosił Stephen nie mający pojęcia, jakie Talizmany własciwie powinni pozyskać.
- A skąd mam wiedzieć? Nie jestem tutejszym bogiem! - odparł Alfred prosto do ich głów, streszczając Siobhan treść pytania.
- Jednak właściwie kogo mam wobec tego pytać? Może powiedziałbyś choc tyle - odparł niechętnie, bowiem to jest mniej więcej tak, jakby Alfred powiedział komuś, iż ma muzyczne zdolności, zas na pytanie, co to muzyka, odrzekł, iż nie ma jakiegokolwiek pojęcia.
- Magów - odparł bóg, wzruszając ramionami.
- Czyli takiego Waellosa?
- Bingo…
- Wiesz właściwie co - nieco inny temat poruszył, ale także istotny - cieszę się, że Esme … tego Siobhan jedzie z nami. Kate również, ale czy nas nieco nie za mało. Wtedy mieliśmy Waellosa, Jaskra, wojowników. Przydałby się ktoś kolejny normalny na owej wyprawie ...
- Damy radę… byleby nie zabierać tamtej dwójki popaprańców - odparł nieco poddenerwowany Alfred. - Omal ich tam nie pozabijałem… gdyby tylko byli pod moją jurysdykcją… czemu nie mogli być tacy jak wy?! Wami można przynajmniej czasami pomanipulować! ...Stęskniłem się. - Wyciągnął białą chusteczkę i otarł niewidoczną łezkę.
- Chusteczkę mogę ci pożyczyć swoją, nawet niespecjalnie posmarkana - mocno pokrzywił się stephen, kiedy Alfred wspomniał na temat manipulowania.
- Eee… wolę swoją - podziękował jegomość, chowając biały kwadracik do kieszeni.
- Natomiast jednak nie łapię jednego. Mamy utrzymać bowiem tajemnicę, jednocześnie pytając magów, co sprawi, że tajemnica juz nie będzie tajemnicą - powiedział skomplikowanie, ale chyba logicznie wojownik.
- Możecie pytać na zasadzie zainteresowań. Albo porównywania różnic… wymyślcie coś… - burknął Alfred.
- Aleś genialny - mruknął leko pod nosem Stephen, ponieważ pomysłyAlfreda rozbawiły go. - [i]Więc przypuszczasz, że magowie miło porobią wykłady na temat swojej niełatwej dziedzny, jak im powiem, żem ciekaw. Wobec powiem szczerze, tego, masz większe zauanie do ich altruizmu niżeli moja właśnie osoba.
- Magusy to szuje i nic więcej. A ja jestem plugawa… - Siobhan była niemal na skraju histerii, kiedy w końcu udało jej się wyjść z szoku. Nie za bardzo przysłuchiwała się rozmowie kompanów. Nie zastanowił jej nawet brak zdziwienia ze strony Stephena, że tak ni stąd ni z owąd zmieniła imię. - Lepiej mi powiedz, czy można się tego pozbyć?
- Eee… raczej nie… - odparł Alfred, udając zdumienie, jednak na jego ustach gościł uśmieszek rozbawienia. - Chyba, że pozwolisz, żeby nekromanta ciebie zamordował - zaśmiał się.
- Plugawa eee? - spojrzał na nią zaskoczony. Właściwie mogła być, biorąc pod uwagę miejsce, gdzie ją znaleźli. Choroby charakterystyczne dla owego miejsca rzeczywiście splugawiały. Jakieś syfilisy oraz inne, rzeczywiście. Jednak ogólnie wygladała całkiem nieźle, nie licząc pozostałości walki. - Pewnie jakoś da się tego pozbyć, może magicznie? - spytał stojącego obok Alfreda starajac się pocieszyć dziewczynę.
- Magii magią? Ajjj… - Siobhan teatralnie przesadzonym gestem złapała się za głowę i opuszkami kciuka i palca wskazującego poczęła masować skronie, jak gdyby dając sobie czas do namysłu. - Może mają jakieś księgi na ten temat? Nie trzeba by wtedy rozmawiać z nikim osobiście i narażać się na zdradę i zazdrość? - myślała głośno w nadziei, że uda im się uporządkować te luźne myśli i pomysły. Tymczasem właściwie myslał identycznie intensywnie wojownik zastanawiając się, co mają owe księgi do syfilisu. Jednak zachował dyplomatyczne milczenie na zasadzie: lepiej siedzieć cicho i zostawić niepewność w sprawie własnej inteligencji, niżeli cokolwiek rzec pokazując jasną sytuację.
Alfred tymczasem chichrał pod nosem.
- Proponuję zostawić tę kwestię i udać się do zamku.
- Taugenix! - przeklęła go cyganka w swoim języku po czym jak małe dziecko najzwyczajniej w świecie wywaliła na niego język. Jegomość jednak niespecjalnie się tym przejął.
- Co to znaczy, to słowo - spytał Stephen przypuszczajacy, że to nazwa owej wenerycznej przypadłości. Oczywiście szli do zamku rozmawiając na rozmaite tematy.
- Że Alfred to łajza i na nic się pożytecznego nie przydaje. To taki relikt języka moich przodków. Funkcjonował, dopóki nie został prawie całkowicie wytrzebiony przez tych, co się zwali wyższymi. Czyli czaromiotów… - zrobiła krótką pauzę by zaczerpnąć powietrza. Źle jej się mówiło w marszu. - Uznali niemagicznych nawet nie za plagę. Traktują nas tam jak trzodę chlewną, coś, co ma na pana zarabiać i nie rozprawiać zbyt wiele. Naszym dzieciom nie daje się uczyć i nie mogą zdobywać nawet podstaw wiedzy. Co więcej, w obecności wyższego nie masz prawa się odezwać nawet w ich czystym i wspaniałym języku, a co dopiero w twoim. Chcą z nas zrobić zwierzęta. Teraz masz przynajmniej małe pojęcie, czemu ich tak nienawidzę. Magia - najgorsze plugastwo, pfuj!!! - splunęła przez lewe ramię na znak najwyższej odrazy.
- Właściwie wydaje mi się, że bywa różnie. Ktoś mający miecz mógłby narobić identycznie szkód, jak właśnie magia. Rzucanie jakichś czarów to raczej narzędzie, zaś twoje społeczeństwo jest faktycznie łajdackie. Nie oceniaj jednak innych wobec niego - odparł dziewczynie Stephen patrząc na własne doświadczenia, albo precyzyjniej: doświadczenia własnej krainy. Siobhan popatrzyła na niego spod byka. Jednak być może coś w tym było? Postanowiła przemyśleć sprawę przy lepszej po temu okazji.
- Wiesz właściwie, tam skąd pochodzę bywaja rozmaici magowie. Istnieją takie krainy, jak powiadasz, gdzie magowie tłamszą innych, choćby Thay. Istnieją takie, gdzie kapłanki rządzą całymi społeczeństwami. Jednak wiele innych jest takich normalnych. Magowie przypominają wtedy inne zawody, zaś czarami parają się także inne profesje. Główne jednak role raczej odgrywają wojownicy - opowiadał co nieco na temat Faerunu.
W międzyczasie dotarli do bramy do szlachetniejszej dzielnicy. Alfred jednak skrzywił się i warknął coś pod nosem.
- Widzicie tego strażnika po prawej? - zapytał, wskazując na jednego z dwóch stacjonujących strażników. - Jest zainfekowany przez nekromantę. Coś jak kiedyś z Kate, pam… ech, nie pamiętacie… no więc nekromanta go naznaczył i w każdym momencie może przejąć kontrolę. Obecnie strażnik jest pod wpływem, więc nekromanta obserwuje wszystko za jego pośrednictwem… Proponuję spróbować przejść… ale uważać.
- Wobec tego uważajmy, cokolwiek to oznacza. Najlepiej, gdyby jakieś inne osoby przechodziły oraz uczynić to wspólnie przy innych osobach - rzucił średnio genialnie Stephen swoim kompanom.
- Ano. Nie wiemy, jakie ma zamiary. Ale nie sądzę, że nas zaatakuje w pojedynkę… chyba. - Bóg wzruszył ramionami.
- A sądzisz, że w ogóle nas wpuszczą? - zapytała podejżliwie cyganka.
- Przecież nasz towarzysz jest teraz w tej ich straży wiejskiej... czy jak to się zwie? - zapytał Alfred, jednak sprawiał wrażenie, że niespecjalnie jest zainteresowany odpowiedzią na pytanie. - Powiedz, że prowadzisz więźnia, czy pobitą służkę jednego ze szlachciców - doradził, wzdychając i wzruszając ramionami.
- Nikt ciebie za służkę nie weźmie, Alfredzie, nie wyglądasz na kobietę - stwierdził krzywo wojownik. - Dobra, idziemy - rzucił spokojnie, bowiem skoro pomysł przechodzenia wśród gromady osób nie mógł wypalić, pozostawała bezczelność. Najlepsza pewnie broń wobec nższych stanem, chamska, ale jednak dosyć skuteczna. Poszedł więc do wejścia mając gromkie spojrzenie, które wściekle omiatało cała przestrzeń, jakby był co najmniej kapitanem, księciem, albo osobistym faworytem Jego Królewskiej Mości. Owo spojrzenie mówiło: z drohi hałastro, czy wiecie, kto ja jestem oraz stanowczo odradzało jakiekolwiek przeszkadzanie.
Cyganka w mig pojęła koncept Stephena, w myśl zasady, że najciemniej zawsze pod pochodnią. Szła za nim licząc, że jego pewność utoruje mu drogę do miasta. Co do Alfreda… No cóż, od jakiegoś czasu miała wrażenie, że i tak nikt poza nimi go nie widzi. Zastanawiała się, czy nie stworzyła go sobie w głowie?
 
Kelly jest offline  
Stary 13-01-2014, 18:56   #8
 
juva's Avatar
 
Reputacja: 655 juva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemu
Wydawało się, że plan się powiódł. Przeszli przez bramę, a strażnicy nawet nie myśleli zatrzymywać Stephena. Co innego Siobhan, na którą obaj spojrzeli podejrzliwie, jednak bliskość młodzieńca i jedno jego zerkniecie na kobietę wystarczyło, żeby nie zadawali pytań.
Praca to praca i nikt na służbie nie ma obowiązku się tłumaczyć z poleceń przełożonych.
Ale co z Alfredem, zapytacie?


Siobhan zauważyła truchtającego obok siebie wielkiego, czarnego psa o pogodnej mordzie. ;p
- Pogłaskać chyba go można pomiędzy uszkami - pomyślał sobie głośno wojownik, że całkiem fajnie piesek macha ogonem.
Siobhan była jednak wciąż sztywna z nerwów. Krótkim, ostrym spojrzeniem omiotła Alfreda w swojej futrzanej postaci, jak gdyby chcąc go skarcić za nadmiar radości, którą wyrażał jego pysk. Nawet dla niej było to wysoce niestosowne.
- No i co teraz? Z psem i zakrwawioną kurtyzaną chcesz iść do króla i prosić o dyspensę na wolne? -zapytała Stephena usiłując nie oglądać się za siebie.
- To jest szaleństwo, on cię nigdzie nie puści! Musiałby mieć w tym swój własny interes. Oni się nie pozbywają straży od tak.
- Wspomnę władcy na temat owego wrednomagicznego łotra. Król całkiem dobrze zdaje sobie sprawę, czym jest ów osobnik dla jego państwa, dlatego chyba nie będzie robił problemu. Nie wezmę ciebie do króla, zaś Alfred obecnie moze spokojnie przybrać postac człowiecza, keidy nikt nie będzie patrzył. Jestes bowiem na terenie zamku dla twojego bezpieczeństwa. Myślałem także, żeby spytać Waellosa, jeśli jest, czy nie moze poprzeć mojej prośby - odparł spokojnie.
Pies szczeknął radośnie, merdając ogonem.
- Tylko żywych osób nie mogę atakować - usłyszeli w głowach głos boga. -[i] Ale jak tak, to spoko. Coś damy radę ogarnąć.

Stephenowi udało się wprowadzić Siobhan na tereny zamkowe i nawet do samego zamku. Jednak nie wiedział, co dalej. Wolał zakrwawionej kobiety nie zabierać na audiencję u króla, jednak nie mógł jej od tak zostawić (nawet z Alfredem). Na całe szczęście z pomocą przyszła mu pokojowa samego króla, która akurat przechodziła.
Skąd Stephen wiedział, że to pokojowa króla? Cóż… tylko Hellie mogła ustawiać wszystkich innych do pionu (ponoć z królem włącznie). Była to stara, siwowłosa kobiecinka o miłych oczach.
- A co tu się stało? - zapytała ostrzegawczym tonem.
Kiedy Stephen wyjaśnił, że to jego znajoma i została pobita, Hellie od razu zmieniła nastawienie. Widać podejrzewała, że to on jej to zrobił.
- Dobrze, dobrze… to ja się nią już zajmę, a ty idź bić się z innymi kijami po głowie, czy co wy tam robicie… - zbyła go machnięciem ręki, zamiast tego otaczając Siobhan swoją opieką.
Cyganka nie miała nic przeciwko kąpieli i obejrzeniu twarzy w lustrze. Najwyraźniej będzie musiała sobie radzić z podbitym okiem i rozciętą brwią, jednak nie takie rzeczy przytrafiały się ludziom.
- A teraz, moja droga, ubierz się w coś, bo się przeziębisz! - zarządziła Hellie, wchodząc do pokoiku, wktórym zostawiła Siobhan owiniętą ręcznikami. Starsza pokojowa kazała jednej z młodszych (swoich podwładnych, jak z tego wynikało) zabrać rzeczy cyganki do prania, więc Siobhan nie miała się w co teraz ubrać. - Mam tu coś w sam raz dla ciebie - oznajmiła kobiecina, pokazując pakunek. Była w nim szara, robocza suknia, jakie nosiły służące w pałacu. - Niestety nic lepszego nie znalazłam. Na razie musi wystarczyć.
Kiedy cały proces związany ze zdrapywaniem brudu z ciała Siobhan, czesaniem włosów, schnięciem i ubieraniem dobiegł do końca, na dworze już zmierzchało, a cyganka była wycieńczona. Pokój, w którym doprowadzono ją do w miarę przyzwoitego stanu nie był zajęty, więc pozwolono jej w nim zostać.
Czarny pies, który do tej pory czekał grzecznie pod drzwiami (ku rozbawieniu służby), naskoczył teraz na klamkę i wszedł, zamykając tylną łapą za sobą, po czym bezceremonialnie wskoczył na siennik i ułożył się do snu.
 
juva jest offline  
Stary 13-01-2014, 20:11   #9
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7204 Kelly ma wyłączoną reputację
Co do Stephena...
Kiedy młodzieńcowi została odebrana Siobhan, ruszył on na poszukiwania Waelleosa. Jednek było to zadanie nierealne. Liczył na to, że mag wesprze go w rozmowie z królem, jednak Stephen nie był w stanie nigdzie Waelleosa znaleźć. Po dwukrotnym obejściu całego zamku (i jednym przebiegnięciu ogrodów), było już ciemno i młodzieniec dał sobie spokój.
Dobrze, że przynajmniej zdołał wyprosić o audiencję na dzień następny. Siobhan zajmowała pokój Kate, była więc tuż za ścianą, jakby coś się działo. Tyle jednak, iż liczył na to, że królewski zamek ze swoimi gwardzistami oraz szczekajacy Alfred ochronią kogo potrzeba. Dlatego wykąpał się wewnątrz wspaniałej łaźni, przynajmniej wspaniałej wielkością. Składała się bowiem z kilkunastu drewnianych balii, gdzie można było się wypluskać oraz izby wypełnionej gorącymi kamieniami. Para wszędobylska, wypełniająca ową saunę oczyszczała naskórek, zaś okładanie się giętkimi witkami dawało dodatkową przyjemność oraz rozluźniało organizm. Później zaś nocna koszula, szlafmyca oraz można było połozyć się spać, rzecz jasna trzymając miecz pod poduszką, tak na wszelki wypadek.
Świt powitał go radosnym trelem ptaków oraz słoneczkiem, które piękną czerwienią zdobiło linię widnokręgu. Przyzwyczajony do wstawania wczesnego wojownik zerwał się, zrzucił koszulę oraz nago, tylko przyodziany szlafmycą, zrobił kilkanaście przysiadów, pompek oraz ogólnie poruszał się co nieco rozprostowując kości. Potem mycie, golenie oraz ogólnie myślenie na temat gadki - szmatki, którą planował wcisnąć Jego Królewskiej Mości.

Miał jeszcze chwilę do spotkania. W sumie dziwiło go, że władca ustanowił godzinę na przedpołudniową. To władcy wstają tak wcześnie w czasach pokoju? Widocznie jednak własnie ten wstawał, wystawiając królewskiemu gatunkowi całkiem dobrą markę. Ewentualnie lubił zwyczajnie poranne pobudki. Skoro jednak tak, to cieszył się, że będzie mógł przedstawić swoja prośbę, zaś wcześniej liczył na dobre śniadanie. Hm, może poprosić Siobhan? Zastanowił się chwilę, myślącprzy okazji, że jej wcześniejsze miano było cokolwiek sympatyczniejsze, takie bardziej kobiece. Cóż jednak, jej sprawa. Ubrany, ogolony, wyczesany ruszył do dziewczyny, aby zaproponować wspólne śniadanie, jesli miałaby ochotkę.
 
Kelly jest offline  
Stary 15-01-2014, 17:29   #10
 
juva's Avatar
 
Reputacja: 655 juva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemujuva to imię znane każdemu
Cyganka zaś spała tej nocy jak dziecko w wygodnym w jej mniemaniu łożu z czystą pościelą, z pachnącymi włosami i w odzieniu, które co prawda było lekko sztywne od zabiegów dezynfekujących, jednak naturalne i przyjemne dla skóry. Nie pamiętała już co jej się śniło, natomiast otwierając leniwie prawe oko stwierdziła, że Alfred całkiem przyjemnie grzeje stopy, gdy przybiera psią formę. Zdecydowanie bardziej lubiła go w tej wersji, pomimo ogólnej niechęci do zwierząt wszelkiej maści. Zaburczało jej potężnie w brzuchu i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że od wielu godzin nic nie jadła. Nie wiedzieć czemu przeszło jej przez myśl, że należy jej się po tym wszystkim śniadanie do łóżka. Kto wie? Może się ziści. W dobrej wierze usiadła na łóżku otulając ramionami zgięte kolana i beznamiętnie wpatrywała się w budzące się do życia królestwo.
Tyumczasem czarny pies zeskoczył z łóżka, podszedł do stołu i chwycił delikatnie jabłko za ogonek i przyniósł je cygance, spoglądając na nią z rozbawieniem w ślepiach.
- Zapomniałam, że masz szpetną duszę i czytasz w myślach… Ale dziękuję, doceniam! - uśmiechnęła się chytrze i z błyskiem w oku wgryzła się białymi ząbkami w jabłuszko.
- Mógłbyś dla odmiany poczytać w myślach komuś innemu, powęszyć za nowinkami, plotkami na zamku… To zawsze jest ciekawsze niż to, co się roi w głowie głupiej cygance. - Siobhan mówiła z pełnymi ustami, nie przejmując się, że kawałki owocu spadają na czystą do tej pory pościel.
- Mogę czytać tylko w waszych myślach - usłyszała głos w głowie. - Poza tym, tak jest ciekawiej.
Po chwili do drzwi ktoś zapukał. Był to Stephen, który przyszedł, proponując wspólne zjedzenie śniadania.
- Witajcie panno Siobhan oraz Alfredzie - powiedział obydwojgu wojownik dzień dobry wchodząc. - Niedługo królewska audiencja, jednak śniadać jeszcze zdążę, czy chciałabyś się do mnie przyłączyć? - spytał dziewczynę.
Siobhan krytycznie popatrzyła na ogryzek spałaszowanego przed chwilą owoca i stwierdziła, że ma jak najbardziej ochotę na konkret.
- Bardzo chętnie, jak powiodło się z Waellosem? Widziałeś się już z królem?
- Kompletnie chybiłem, co do Waellosa. Bywa niekiedy na zamku, lecz osoby pytane przeze mnie widywały go wcześniej, lecz akurat nie wczoraj. Nieco lepiej powiodło się, co do spotkania Jego Wysokości. Mam akurat po śniadaniu. Natomiast co do śniadania, chodźmy do zamkowej kuchni. Najistotniejsza kwestia, którą uczy się gwardzista brzmi: najlepsze jedzenie można dostać prosto od kucharek. Świeże oraz smaczne. Ponieważ zaś kuchnia rankiem nie ma wiele pracy, jest to też dla obcych najlepszy moment, żeby cos przekąsić. Zapraszam - otworzył drzwi wyprowadzajac dziewczynę oraz kierując się ku pomieszczeniom gospodarczym.
Jako że młodzieniec już wcześniej poznał drogę z pokoju do kuchni, bezproblemowo tam trafili. Krzątało się tam sporo osób. Część kobiet ugniatała chleb, część kroiła warzywa. Jednak główny zarządca tego całego cyrku oderwał się od poganiania kucharek i przywitał gości.
- Ach! Mości strażnik i piękna niewiasta! Co też was tutaj sprowadza? - zapytał, wycierając ręce o fartuch. Cyganka nie chciała się wychylać. Uśmiechnęła się tylko niewinnie i wyczekująco popatrzyła na swojego towarzysza.
- Dobra jajecznica, mleko, oras świezo pieczone bułeczki, których zapach rozchodzi się aż na korytarzu łechcąc swoja cudowna wonią kazde głodne nozdrze - odpowiedział owemu kucharzowi wojownik usmeichając się promiennie, bowiem faktycznie nęciły zmysły wręcz zapraszając do skosztowania. - Witajcie wszyscy, jestem tutaj nowy, zaś stojąca przy mnie dama jest gościem na zamku. Jednak nawet wśród nowych oraz gości rozległa się sława waszej świetnej kuchni.
Szef kuchni uśmiechnął się szeoko, wypinając pierś.
- A więc siadajcie, siadajcie! - zawołał, wskazują zastawiony różnymi garnkami stolik. - Randiel! Zrób stół! - nakazał jednej z dziewczynek, które pomagały w kuchni.
Mała podleciała i sprawnie zaczęła ogarniać chaos i po chwili były wolne miejsca, zaś Siobhan oraz Stephen radoście z owych miejsc skorzystali obiecując sobie pałaszować wszelkie smakołyki, które, jak mogło się wydawać, zaraz pojawią się przed nimi.
I rzeczywiście. Jeszcze dobrze się nie rozsiedli, a już wylądowały przed nimi zastawione smakołykami talerze.
- Jedzcie, jedzcie, a za chwilę możecie podzielić się opowieściami - zachęcił mężczyzna.
Przynajmniej głodny Stephen nie nalegał, aby jeszcze go zachęcać, tylko zaczął wcinać, aż mu sie uszy trzęsły. Aczkolwiek dosyć mocno starał się nie wywalić niczego na ubranie, jakby nie było, audiencja królewska zobowiązywała.
- Przepymsznłe - wymamrotał pełnymi ustami. - Jednak co do opowieści, to już panna Siobhan - wskazał na swoją kompankę. - Opowiem cokolwiek od siebie przy okazji, bowiem niedługo mam audiencję. Jednak niewątpliwie panna Siobhan jest doświadczoną osoba biorąc pod uwagę kontakty międzyludzkie. Na pewno coś wspaniałego wam opowie - rzekł prostodusznie wojownik.
- Pozostaje mi tylko trzymać kciuki! - rzuciła na odchodne cyganka, nie dbając, że znów mówi z pełną buzią. Co innego zajmowało jej głowę, a było to najzwyczajniejsze w świecie złe przeczucie. Gdy została już sama z ludźmi z królewskiej kuchni poczuła się zdecydowanie lepiej, chociaż nie na tyle komfortowo, by tryskać dobrym humorem i rozmownością. Zastanawiała się w jakie słowa ubrać to, co im się przytrafiło, a następnie ile z tego może zdradzić.
- Niespokojne czasy nastały! - zagaiła mało elokwentnie w nadziei, że nie nastąpi niezręczna cisza, chociaż w miejscu takim jak kuchnia, gdzie z natury jej istnienia wrzało jak w ulu, ciężko było mówić o ciszy.
- Mój towarzysz stara się o dyspensę na wyprawę u jego miłości. Żywię nadzieję, że uda się nam dotrzeć do zarodka niespokojnych wydarzeń. - delikatnie chciała wybadać, co już wiadomo prostaczkom. Niemądrym wydawało jej się podawanie całości nowinek na tacy.
- Ach! Miłościwie nam panujący czasami tu bywa. Wspominał coś o tych nieszczęśnikach, którzy stracilo życia w mieście i pod miastem - odparł szef kuchni. - Czyżbyś mówiła o tych wydarzeniach?
Alfred, który siedział spokojnie pod stołem, ziewnął rozdziewająco, trącając cygankę łapą. Zachowywał się jak najzwyklejszy w świecie pies… no, może nieco grzeczniejszy.
Siobhan popatrzyła na niego z przerażeniem. Powiedziała o jedno słowo za dużo czy co?
- Tak, tak właściwie to nie wiadomo, w jakim garze się to ugotowało wszystko i co z tego wyjdzie ostatecznie. - mówiła nie mogąc oderwać oczu od wielkiego kotła w kącie kuchni. Myślała, że Alfred mógłby jej wreszcie “wyszeptać” do głowy, o co mu chodzi. Czułaby się mniej stremowana.
Tymczasem ten tylko zapiszczał, wlepiając w nią ślepia.
- Ha! - zaśmiał się szef kuchni. - Coś mi się zdaje, że cierpliwość mu się skończyła! - Chwycił obrany z mięsa gnat i rzucił na podłogę. Pies pochwycił go i wrócił pod stół.
Siobhan przyjęła to z godnością, której w tym momencie najwyraźniej brak było dziwnemu bóstewku i postanowiła nie komentować, uśmiechając się jedynie delikatnie.
- W zasadzie to mężczyźni nie wtajemniczają w nic niewiast, chcąc je chronić przed złem i to jest bardzo rycerskie, ja bardzo takie zachowanie obdarzam… szacunkiem. - starała się przez chwilę wyjść swoimi możliwościami erudycji z rynsztoka i dla odmiany dobrać parę ładniejszych zwrotów niż jej cygańskie przekleństwa (których nota bene nikt nie rozumiał w tymże kraju) i powstając z ławy szturchnęła lekko Alfreda stopą, dając mu znaki, że pora stąd emigrować, jednak ten odpowiedział jej spojrzeniem spode łba i warknięciem. - Bardzo dziękujemy ja i mój kosmaty towarzysz za wspaniały wikt, udam się na wypoczynek, jeszczem nie doszła do siebie po wydarzeniach ostatnich dni, z których i tak niewiele pamiętam. - W jej mniemaniu idealnie naśladowała sposób wypowiedzi dam dworu i gdyby nie fakt, że się spieszyła z wyjściem, pewnie dłużej by się bawiła w kogoś, kim nie była.
- Ależ nalegamy, żeby panienka jeszcze została i nam coś poopowiadała. Tak mało wieści do nas trafia… - pożalił się szef kuchni, jednak zabrzmiało to bardziej jak przyjacielskie, ciekawskie wypytywanie.
- Ja bym chciała sama wiedzieć co to się działo, jednak obawiam się, że wciąż znajduję się w szoku po napaści na mnie wczorajszej. - opowiadała zupełnie, jakby mówiła o kimś innym, a nie o sobie. - Nie pamiętam zbyt wiele, muszę poukładać myśli. Na pewno jeszcze nie raz będzie okazja, może już mój towarzysz znajdzie więcej czasu, on na pewno wie więcej o ogólnej sytuacji, a i ja tak naprawdę nie podróżowałam z nim zbyt wiele, nie byłam naocznym świadkiem nigdy… - motała się, cały czas robiąc małe kroczki do tyłu, w kierunku wyjścia.
- Ach… więc zapraszamy ponownie później - odparł zawiedziony mężczyzna.
Dygnęła zatem niezgrabnie po czym wyruszyła w zamek, szukając Stephena. W końcu się na niego natknie, tego była pewna. Miała tylko nadzieję, że audiencja nie przedłuży się, a co gorsza, że nie zamkną Stephena gdzieś w podziemnych, obmierzłych lochach za niesubordynację. Na samą myśl wzdrygnęła się i przeszły ją ciarki. Popatrzyła wokoło siebie sprawdzając, czy Alfred nadal jej towarzyszy. Jednak on pozostawał pod stołem, pałaszując świński(?) gnat.
Wzruszyła ramionami nie znalazłwszy go i postanowiła mądrze, że nie należy jednak odchodzić zbyt daleko kuchni. Myślała, że jednak lepiej poczekać na Stephena, który niechybnie po nią wróci. A jak nie on, to na pewno ktoś będzie jej szukał tutaj celem powiadomienia, że jej towarzysz zgnije w lochach. Nie chciała się zbytnio napędzać w kierunku czarnego myślenia. Zakręciła się wokół własnej osi w nadziei, że znajdzie jakieś zajęcie, albo coś, co ją zainspiruje. Albo chociaż Alfreda...
Słyszała jednak jedynie odgłosy dobiegające z kuchni. Na korytarzu trwał ruch. Służki chodziły z naręczami prania, strażnicy zmierzali do swych zajęć. Każdy miał tu jakieś miejsce, swoje zadania. Tylko ona jak te piąte koło u wozu… Głupio jej było jednak wracać do kuchni. Źle odczytała sygnały Alfreda, myślała, że to jego czepianie łapskiem to jakieś ostrzeżenie, nie musiała przecież udawać, że boi się dosłownie każdego po tym, co przydarzyło jej się wczoraj. A tu proszę, taki psikus! Starała się wtopić w ścianę i w ten sposób poczekać na przyjście wojownika.
 
juva jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169