Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-01-2014, 20:27   #1
 
Karmelek's Avatar
 
[Autorski] Arkadia: Krwawy Miecz

Zastrzegam, że wszelkie obrazki użyte w sesji, nie są moje (chyba że napiszę, że jest inaczej). Nie usuwam podpisów. Jeśli są bez, oznacza to, że ktoś inny to zrobił. Jedyne co, to czasami coś przytnę, nieudolnie zmienię kolorystykę (będzie widać), albo zmienię rozmiar.



Nasza historia zaczęła się parę tygodni temu. W sumie postacie dramatu, w który zostały podstępem wciągnięte, nie miały pojęcia, co się dokładnie dzieje. Obecnie z drużyny pozostał jedynie Stephen, jednak nawet on nie zna całej historii, nie wie, co się za tym wszystkim naprawdę kryje. Dołączył dopiero w portowym mieście królestwa Minarii, w Coinkin.

Ale... jak to dokładnie się zaczęło?
Sytuacja Minarii nie była pewna. Zbrojne grupki Imperium Wschodu robiły wypady na tereny królestwa, porywając i karząc niewinne osoby, tłamsząc wszelkie przejawy magii, czy inności. Dwójka przybyszów z obcego świata trafiła właśnie na taką grupę, która usiłowała ich wywieźć do Imperium w niewiadomym celu. Nieszczęśnicy zostali jednak uratowani za sprawą obcej dziewczyny i kolejnych przybyszów. Znaleźli ich partyzanci i zabrali do swojego obozu, gdzie wyjaśnili gdzie są i co tak właściwie się dzieje.
Kalart był przybyszem z podobnego do Arkadii świata. Musiał uciekać ze swojego, ze względu na... pewne okoliczności. Jego charakter był przyczyną konfliktów z kolejnym cudzoziemcem, Coenem. Ich pierwsze starcie dotyczyło niewiasty – przyczyny pierwszej potyczki w nowym świecie.
Sławek był studentem z naprawdę dziwnego świata i w miarę szybko okazało się, że jest to ten sam świat, z którego pochodziła Kate, owa waleczna niewiasta, która zaatakowała zbrojną grupkę zupełnie sama. Ostatnim przybyszem był olbrzymi barbarzyńca, Korn, którego dusza związana była z Królem Demonów z jego świata.
Jednak wróćmy do obozu partyzantów...
Przybysze dowiedzieli się kilku istotnych rzeczy, a mianowicie, że król Minarii biernie przyglądał się sytuacji na granicy swego królestwa, twierdząc, że Imperium nie odważyłoby się popełnić podobnych okropieństw. Że jest to niezgodne z rozejmem i dobrymi obyczajami. Cóż. Elfy, które stanowiły trzon partyzantów, widziały to nieco inaczej, od przejedzonych szlachciców ze stolicy.

Tej samej nocy doszło do makabrycznego, groteskowego wręcz ataku. Przerażające stwory, ofiary wojny, powstały i kierowane niewidzialną ręką złowrogiego nekromanty, ruszyły na obóz partyzantów.
Wtedy też pojawił się na chwilę dziwny jegomość odziany w czernie, jednak wybrał on moment w którym walka dobiegła końca, a waleczna Kate została ranna. Alfred, jak ochrzcił go Sławek, wyjawił, że jest bogiem z innego świata i to za jego sprawą znaleźli się w tym położeniu. Przedstawił też warunek powrotu do ich rodzimych światów. Muszą pokonać nekromantę, albo na własną rękę zebrać tajemnicze kryształy, służące do aktywowania portalu. Zaznaczył dodatkowo, że nie wyjawił im wszystkiego na temat działania przejść międzywymiarowych, a im samym będzie ciężko je aktywować.
Tej samej nocy poznali pierwszego maga z tego świata – Waelleosa. Inkwizytora, który został wysłany tutaj z królestwa Cell w celu odnalezienia i powstrzymania nekromanty. Mag ów, widząc powiązanie między przybyszami i nekromantą, postanowił im pomóc.
Tej samej nocy wydarzyło się jeszcze sporo rzeczy. Przybył jednen z tutejszych bogów, Diabeł, który wywołał przerażenie wśród partyzantów i dopiero ingerencja kolejnego, którego nazwano Wieżą, uratowała sytuację.
Nad ranem życie stracił Kalart. Diablę, którego naturę bez problemu przejrzał mający do czynienia z demonami barbarzyńca, usiłował zabić olbrzyma, jednak demon pokierował ręką Korna, ocalając swoje „naczynie”, jednocześnie mordując Kalarta.

Następnego ranka, młoda drużyna niemal w popłochu wyruszyła w nieznany świat, wraz z Inkwizytorem Waelleosem i elfim zwiadowcą Jaskrem. Ich celem było Coinkin, nadmorskie miasteczko, w którym żył niejaki Mehelios, znany z kunsztu uzdrowiciel, gdyż młoda Kate, której wszyscy postanowili pomóc, nie odzyskała przytomności po ataku umarłych.


Przy „bramach” miasta, okazało się, że jest ono zamknięte ze względu na tajemnicze ataki zabójcy. Z trudem udało im się dostać do środka, jednak zostali odeskortowani prosto do uzdrowiciela. Cóż. Mehelios nie przyjął ich z otwartymi ramionami, a po krótkiej rozmowie i oni nie pragnęli zostać, jednak Kate potrzebowała pomocy.
Sprawy jednak się skomplikowały... po ingerencji Pana Studni, w której na czas długi utknął barbarzyńca, ataku zabójcy i pojawieniu się kolejnego przybysza – tym razem dziewczyny, Justyny, cała drużyna trafiła do celi, gdzie poznali Stephena, jeszcze jednego przybysza! Teraz była ich szóstka.
Justyna, Kate, Sławek, Coen, Korn i Stephen – przybysze, a dodatkowo Jaskier i Waelleos z tego świata. Jednak nie miało to pozostać w podobnym porządku już długo...
Zrzędliwy uzdrowiciel stracił życie w wyniku działań zmiennokształtnego (jak się okazało) zabójcy, jednak zdołał pomóc Kate. Wyszło też na jaw, że kapitan straży nie jest tym, za kogo się podaje. Adoptowana córka kapitana, którą ten przygarnął kilka lat temu, pochodziła z tej samej rasy, co zabójca. Była zmiennokształtną i to właśnie na nią agresor polował.
Złowrogi zabójca jednak został zabity. Córka pomściła ukochanego ojca i zapanowała dziwaczna atmosfera. Podczas tego całego zamieszania Justyna poprzez podsłuchanie pewnej rozmowy, dowiedziała się, że zmiennokształtny był sługą nekromanty i to na jego polecenie ścigał dziewczynkę. Młoda zmiennokształtna była jednak już bezpieczna
Kiedy Kate się obudziła, wyszło na jaw, że przestroga Meheliosa, dotycząca tego, że dziewczyna może stracić pamięć, nie była czcza. Kate nie pamiętała nic z tego świata. Nie miała pojęcia gdzie, ani dlaczego jest. Nie dowierzała wszystkiemu, o czym mówili, nawet, kiedy przedstawili dowody. Pozostała jednak z drużyną, ze względu na perspektywę powrotu do siebie.
Drużyna wyruszyła więc dalej, w stronę królestwa Cell i jego stolicy, Celltown.
W lasach poznali Fafnirka, smoka, który bardzo chciał nawiązać przyjazne stosunki z męską częścią drużyny (szczególnie z wiedźminem) i niechętnie odnosił się do kobiet. Kiedy dowiedział się, że szukają złowieszczego nekromanty... cóż... przyniósł im Meheliosa. Maga, który również stracił pamięć.


Umarła wtedy Justyna. Swoimi słowami uraziła smoczą dumę, a rozjuszony gad cisnął delikatną niewiastą, łamiąc kości, powodując, że się udusiła (a on naprawdę nie przepadał za kobietami).
Niosąc żałobę w sercach, ruszyli dalej. Niedługo natknęli się na nietypową drużynę: maga Revigdena, którego chowaniec zdawał się nie przepadać za swoim „towarzyszem”, wojownika Athanra i piękną cygankę Esmeraldę (której prawdziwe imię brzmiało Shiobhan, jednak mag i wojownik stwierdzili, że jest mało poetyckie. Dodatkowo nikt, poza nią samą nie wiedział, że również jest przybyszem z innego świata).
Jechali dalej, w większej grupie, a ich dotarcie do Celltown, stolicy Cell, zostało znacznie opóźnione, kiedy w najbliższej wiosce nagle Meheliosowi powróciła pamięć. Wyszło na jaw, że Fafnir wcale się tak bardzo nie pomylił i dziwaczny mag był nekromantą, który nieco wcześniej spalił wioskę, pozostawiając jedynie karczmę.
Po dwóch, długich i wyniszczających walkach z hordami umarłych, udało im się pokonać potężnego przeciwnika.


Pomóc mógł fakt, że ponownie zaszczycił ich swoją obecnością powszechnie nielubiany Alfred, który po tym postanowił z nimi pozostać. Bóg oznajmił, z niemałym zadowoleniem zresztą, że wypełnili misję i może ich odprawić do ich rodzinnych światów.
Po dotarciu do Celltown, wiedźmin oraz barbarzyńca, postanowili skorzystać z oferty. I w ten oto sposób z przybyszów z innych światów, pozostali Stephen, Shiobhan i Kate... no i Alfred, bóg, który był przyczyną całego zamieszania.
Bohaterowie nie mieli jednak pojęcia, że nekromanta, którego pokonali, nie był tym samym, który stanowił przyczynę ich wszystkich kłopotów. Nikt... może poza irytującym bogiem z innego świata...

* * *


To był dzień, w którym do miasta powrócił Inkwizytor Waelleos, wraz z pojmanym nekromantą i przybyszami z innych światów. Cudowny, ciepły dzień... gdyby nie ciało.


Poprzedniego dnia urocza Elizabeth była widziana na prywatnym przyjęciu lady Rosphorth. Teraz, w zdobnej sukni, wysoka adeptka magicznej akademii, specjalistka w czarach transmutacyjnych, leżała wyschnięta w rynsztoku. Jej niegdyś kasztanowe włosy, były teraz zupełnie siwe, jakby ktoś wyssał z niej całe życie.
Król osobiście stawił się na miejscu, w towarzystwie aż czterech Dragonów, co było dla ludzi niecodziennym widokiem. Maris Rioni wydawał się zaniepokojony zaistniałą sytuacją. W jego płomiennorudych włosach igrały promienie słońca, sprawiając wrażenie, jakby spowijały go płomienie, jednak ze zmęczonej twarzy nic nie dało się wyczytać.


Wielka tygrysica, chowaniec króla, ostrożnie podeszła do ciała i obnażyła zęby, machając nerwowo ogonem. Postronni mogli się jedynie domyślać, co przekazała Marisowi.
- Rozumiem... – mruknął, kiwając głową, po czym ruszył szybkim krokiem w stronę Bramy Szlacheckiej. -Inkwizytor Shadowbow ma się o tym dowiedzieć! – polecił, na co jeden z Mieczy opadł na kolano, to on będzie teraz odpowiedzialny za dostarczenie wieści.
Maris przemierzał ulice pieszo. Nigdy nie korzystał z powozów, szczerze oznajmiając wszystkim, że przez nie za szybko wraca do swoich obowiązków. A teraz potrzebował nieco spokoju, żeby przemyśleć niektóre kwestie.
Przyjezdni mogą się dziwić podobnemu zachowaniu. Jak to tak?! – zawołają. – Król nie może tak chodzić ulicami! Tak się nie godzi! A co, gdyby ktoś chciał to wykorzystać?!
Jednak wydarzenia sprzed kilku lat, zanim ojciec Marisa zmarł, ktoś zaatakował księcia. Okazało się, że obstawa w postaci tylko dwóch Mieczy to nadto, żeby powstrzymać doświadczonego, zawodowego zabójcę. Skazano wtedy nie tylko zamachowca, ale i szlachcica, który go wynajął. Nie zapominajmy również o Firze, wiernej tygrysicy! Król nie mógł być bardziej bezpieczny.
- Niepokoi mnie to – mruknął pod nosem. - Żałuję, że nie możecie wytropić odpowiedzialnej za to osoby... jednak nie jesteście tak wszechmocni, jak powiadają... – zerknął na jednego z Dragonów, dowódcę grupy.
- Wybacz, panie – odparł ten, nie obracając nawet głowy.
- Podwoić straże. Chcę, aby w nocy nic się nie działo. Nikt więcej nie może stracić życia. Macie również ponaglić magów. Mają się dowiedzieć, co się dzieje, dlaczego ciała tak wyglądają. – Maris nie musiał mówić głośno. Wystarczyłby szept, jednak z każdym słowem do jego głosu wkradała się pasja. Widać było, że król jest wściekły.
 
__________________
"Większość niedoświadczonych pisarzy Opowiada zamiast Pokazywać, ponieważ jest to łatwiejsze i szybsze. Trenowanie się w Pokazywaniu jest trudne i zajmuje dużo czasu."
Michael J. Sullivan
Karmelek jest offline  
Stary 04-01-2014, 01:46   #2
 
Kelly's Avatar
 
Dzień był gorący. Pot lał się ze wszystkich strumieniami i panował dziwny wręcz spokój. Na korytarzach, które młody Stephen przemierzał nerwowym krokiem, nie było zupełnie nikogo. Co za utrapienie. Nie miał kogo zapytać o Kate.
Szukał dziewczyny, bo był zaniepokojony. Ich pokoje znajdowały się obok siebie, więc kiedy rano obudziły go jej krzyki, był na miejscu w kilka sekund. Okazało się, że nikt bezpośrednio nie zagraża dziewczynie. Spała... chociaż zdecydowanie bezpieczniej nazwać to cierpieniem, bo koszmar, jaki miała, z całą pewnością nie należał do tych łagodnych niepokoików, po których budzimy się zlani potem.
Młodzian zrobił to, co każdy normalny człowiek by na jego miejscu uczynił. Spróbował ją obudzić... i omal nie przypłacił tego życiem, kiedy Kate rzuciła się na niego.
No dobrze. Zły sen raz na jakiś czas można mieć... ale kilka dni z rzędu?!
A teraz zniknęła...
Stephen miał równocześnie w pamięci rozmowę z królem.

Trzy dni temu król zaprosił go na rozmowę. Audiencja odbiegała nieco od wyobrażeń Stephena i wydawała się taka... taka... pospolita? Nie spotkali się bowiem w olbrzymiej sali tronowej, a w (bynajmniej olbrzymiej) bibliotece! Maris siedział w wygodnym fotelu, a u jego nóg leżała wielka tygrysica. Młodzieniec nie widział nigdzie owych Dragonów, którzy w każdym (w nim też) budzili nieopisany lęk.
Przez niemal godzinę Stephen streszczał, jak znalazł się w tej krainie, kim jest Alfred i w jaki sposób pokonali nekromantę. Młodzieniec był przekonany, że życzliwy król obdaruje go za chwilę jakąś nagrodą za pomoc przy schwytaniu groźnego kryminalisty, jednak ten tylko uśmiechnął się ponuro.
- To był inny nekromanta, niż ten, który zaatakował was za pierwszym razem.
Te słowa bynajmniej dawały sporo do myślenia.
Uśmiechnięty Dorian wolałby kląć, gdyby właściwie mógł kląć przedwładcą. Spodziewał się ładnej nagrody, wyszła ładna chała oraz uśćisk dłoni króla.
- To niedobrze, wasza królewska mość, ale pomimo wszystko był to niebezpieczny przeciwnik, który palił wioski oraz zabijał niewinnych. Radziśmy spowodowali, że przestał być groźny - delikatnie dał do zrozumienia władcy, że tak czy siak uczynili dużo, dlatego nagroda byłaby baardzoo wskazana. Nie wiedział jednak, czy genialny król pojmie wspomnianą aluzję.
- Chodzi o to, że jeśli to wy byliście powodem pierwszego ataku, wspomnianego nekromantę interesujecie wy. W dzień, który przybyliście do miasta, miał miejsce kolejny atak nekromanty. Kolejna osoba nie żyje. - Król mówił spokojnym głosem, jednak w jego oczach paliła się furia. Wydawał się być wściekły, że nie zdołał jeszcze powsytrzymać złoczyńcy. Jednak winą nie obarczał nikogo.
- Terefere - pomyślał sobie Stephen, któremu myśli na temat posiadłości, zamku oraz nagrody gdzies uleciały na antypody. Wściekał sie oraz wskazywał, ze to przez nich, chociaż rzeczywiście nie jakoś bezpośrednio.
- Przykro wszystkim, Wasza Królewska Mość, że ów nekromanta uderzył na niewinnych poddanych. Jedyne jednak, co możemy uczynic, to zadeklarować dalszą pomoc, bowiem jeśli ów osobnik uderza wedle podanego przez Waszą Wysokość prawidła, nie mam pojęcia dlaczego. Jedynie pewnie Alfred mógłby wiedzieć, ale jakoś nie raczył nas poinformować. Jednak właściwie przyznaję, że nie rozumiem, dlaczego atak na obcą osobę wskazywałby, że próbuje nas dorwać. Gdybym bowiem był na jego miejscu, siedziałbym cicho nie atakując postronnych, tylko czekając na trafienie tych, których chce się trafić precyzyjnie. Chyba jednak, że to po prostu wyzwanie rzucone wszytskim, pokazanie siły - domyslał się Stephen głośno wysnuwając jakąś teorię.
- Chodzi o to, że wzorzec działania nekromanty, który was zaatakował, nie pasuje do pojmanego przez was Meheliosa… za to pasuje idealnie do nekromanty, który działa na terenie Cell - wyjaśnił król. - Przynajmniej tak twierdzi Inkwizytor Shadobow, który zajmuje się tą sprawą - dodał. - I nie twierdzę, że oczekujemy waszej pomocy. Pragnę was raczej przestrzec i zapytać, co zamierzacie teraz zrobić. - Król nachylił się ku Stephenowi. - Nie ukrywam, że nekromanta jest solą w mym oku. Mogę zapewnić wam ochronę tak długo, jak pozostaniecie w mej gościnie, w zamku.
- Wasza Kroólewska Mość, wspomniałem, że pochodzimy z daleka oraz mogąc opuścić ten kraj, woleliśmy pozostać. Nie mieliśmy, albo przynajmniej, nie miałem oraz nie mam jakiegoś jasnego, sprecyzowanego planu działania. Dziękuję Panie za twe ostrzeżenie oraz całkiem możliwe, iż wspomniany Shadobow ma wiele racji. Musimy pomyśleć dopiero, co robić - odpowiedział elegancko królowi, choć ogólnie wewnątrz umysłu wkurzony był mocno.
- Możesz więc zgłosić się do kapitana straży. Powiedz, że ja ciebie przysyłam. Może znajdzie się jakieś zajęcie… a tymczasem pragnę ci podziękować za pomoc w pojmaniu nekromanty i ocalenie naszego maga. Wiem, że Akademia przygotowuje jakąś nagrodę, jednak podejrzewam, że Talizmany nie będą zbyt przydatne. Dlatego też przygotowałem to. - Z tymi słowami, król położył na stole brzęczącą sakwę i miecz.
Stephen udał się więc do kapitana straży, który zaproponował mu dołączenie do regularnych treningów. Nie mając nic lepszego do roboty, młodzieniec szybko udowodnił, że wie, jak posługiwać się mieczem. Zostało mu nawet zaproponowane, żeby dołączył do królewskiej gwardii (czymkowiek to było). Niezłe perspektywy się mu tu szykowały…
 
Kelly jest offline  
Stary 05-01-2014, 10:23   #3
 
Kelly's Avatar
 
praca wspólna Karmelek, Juva, Kelly

Gwardzista jakoś, niech to gęś kopnie, królewski, nie zaś pan na włościach, przechadzał się po mieście. Akurat miał wolne, ale chciał poznać okolicę, żeby łatwiej było mu pełnić służbę, ponadto szukał Esmeraldy. Niestety wysiłki w tej mierze, póki co, nie przyniosły oczekiwanego odnalezienia młodej kobiety. Dobrze przynajmniej, że Kate pozostała. Lubił uroczą dziewczynę oraz niepokoił się o jej zdrowie. Owe napady wyglądały bowiem dosyć kiepsko. Szedł ulicą rozmyślając, co powinien robić, kiedy nagle rozwiązanie pojawiło się dosłownie niemal po drugiej stronie ulicy. Alfred jasny gwintas, który wykpił się ze wszelkiego wsparcia. Miał jakieś towarzystwo dwóch kolesi, nawet wyróżniających się jakoś pewnie ze wszędobylskiego tłumu szaronudnych postaci. Lecz jednak stanowczo bardziej zależało mu właśnie na Alfredzie. Mógł wszak znać odpowiedzi zarówno, jak pomóc Kate oraz odnaleźć Esmeraldę. Podszedł więc do owej trójki kłaniając się lekko.
- Wybaczcie panowie, że przeszkadzam, ale mości pan jest moim starym znajomym. Czy bylibyście uprzejmi wypożyczyć mi go na krótka chwilę, jako że być może potrafiłby mi nieco pomóc, udzielając odpowiedzi na kilka pytań? - uprzejmość przede wszystkim. - Mości Alfredzie - zwrócił się bezpośrednio do niego - to co, będziesz łaskaw poświęcić się nieco?
- O nie… - stęknął nieznajomy w czerniach, spoglądając na Stephena w nowym stroju. - Jeśli chcesz powrócić do swojego świata, to przykro mi, ale straciłeś szansę - odparł, po czym zamiklkł i wpatrzył się w niego. - Eee… cygankę znajdziesz w zamtuzie, a po moją znajomą właśnie się wybieramy - odpowiedział na niezadane pytanie.
- Alfred…? Ohh, to tak ma na imię ten rzezimieszek! Kapitanie, tak, tak - skoro piastujesz tak wysokie stanowisko, to zapewne wiesz kim jestem! Wybieramy się do zamku i nie za bardzo podoba mi się pomysł, że nam przerywasz, ale skoroś jest strażnik, mam dla Ciebie zadanie! Przeszukaj go, ukradł co nieco i muszę mieć pewność że wiemy o wszystkich jego występkach! Prawo prawem, potem udamy siędo zamku, po jakąś wielko biustoną dziewczynę! To wspaniały cel! Podobno potrzebuje AŻ dwóch mężczyzn! Nie spodziewałem się tego! Ale ciekawi mnie, dlaczego ten Alfred sam nie wziął tego pod uwage! Sądzę że może mieć problemy… Wiesz, jest na to pare sposobów! Nie wstydź się! Opowiedz o swoim problemie! - Zachęcał przyjaźnie, na jego twarzy cały czas gościł uśmiech.
Podczas tego monologu, Alfred schował twarz w dłoniach i kręcił głową.
Sachim kompletnie nie słuchając reszty warknął w stronę boga:
- Alfred? Ja pierdole, kto Ci nadał tak durne imię? - wybuchnął siarczystym śmiechem, gdy przestał się śmiać dodał -A w ogóle dawaj broń jak mam walczyć skoro łazisz z nią w łapie przez cały czas co? Nie przejmujcie się bóg Alfred raczył się zagapić na tyłek pokraki. - odparł lekko wnerwiony faktem, że nie ma broni przy sobie.
- Powtórzę to, co mówiłem niespełna dwa miesiące temu - mruknął bóg. -[i] Możecie mnie nazywać jak tylko chcecie. Nie obchodzi mnie to.[i] - Ziemia zaczęła lekko drżeć, a w powietrzu ponownie dało się wyczuć napięcie. - Tylko, do jasnej cholery, ruszcie swoje dupy i chodźmy stąd.
- Widzisz co zrobiłeś baranie rozgniewałeś Boga? W ogóle od obrazy urzędnika państwowego powinny być jakieś kary nie? - pachnął ni stąd ni z owąd, jakby sympatyzując z pokraką.
- Hej! Ja sugeruje tylko, że bycie… zwiędlakiem… jest uleczalne! Nie musi się załamywać! Znów może być… bogiem - spojrzał raz jeszcze na Alfreda - Cóż… przynajmniej facetem w sypialni. A wy robicie wielkie halo! Człowiek z sercem i zmartwieniem! A Wy?! - oburzył się czarodziej
- STARCZY! - wrzasnął Alfred, a z dachów posypał się pył. Runiczny Mur wydał z siebie jakiś niepokojący dźwięk, kiedy ziemia zadrżała. Jak najbardziej było to w stanie uciszyć nawet najśmielszego. To był też pierwszy raz, kiedy Stephen widział, że ów dziwny jegomość unosi głos. Że w ogóle ukazuje rozdrażnienie. - Nie wiem, czym podpadłem… dobrze, wiem, czym podpadłem tutejszym bogom, jednak karanie mnie wami chyba było lekką przesadą. - spojrzał z góry na wojownika i maga. - O tak… wasi bogowie wyznaczyli was, żebyście pomogli w zadaniu, które wam przedstawiłem. Tylko że wy nie chcecie współpracować. Wariat i nie znający szacunku człowiek, który jest na tyle głupi, żeby rzucić wyzwanie komuś, kto właśnie oznajmił, że jest bogiem. Wyśmienicie! Może od razu was pozabijam i będzie mniej roboty?!
- Dość tej zabawy, jak chcecie tak sobie pogadać, magiel dwie ulice dalej - rzucił wreszcie Stephen, który czuł się niczym pajac na karuzeli w potoku słów całej trójki. Gadali niczym jakieś przekupy dosłownie. - Nie jestem kapitanem, tylko cieciem najniższej rangi, dodatkowo od niedawna, nie znam więc pana - zwrócił się do tego, który przydzielił mu takie wysokie stanowisko. - Chodźmy jednak do zamku, jeśli tam się udajecie, porozmawiamy po drodze - nie komentował zachowania. Jednak jeśliby Alfred chciał przemyśleć, dlaczego tak go pokarało, wystarczyłoby, żeby przeanalizował swoje wredne zachowanie wobec Stephena. Łaskawie jednak tego nie zrobił woląc się wydzierać. - Chciałbym pogadać z tobą o Kate, jak można jej pomóc oraz spytać, gdzie mógłbym konkretnie znaleźć Esmeraldę - wyjaśnił owemu krzykliwemu osobnikowi troche nie wierząc, że w zamtuzie. Ponadto pewnie stolica kraju owych zamtuzów miała kilka, on zaś nie planował osobiście kontrolować całej burdelowej obsługi.
- Ohhhh…. - Czarodziej był wyraźnie zaskoczony, jak ON mógł się pomylić?! Zresztą, nie ważne! Szczególnie wtedy, kiedy mógł zabłysnąć mądrą przemową!
- Nic się nie martw chłopcze! Nawet takie ciecie! Mają ogromną rolę do odegrania, w naszej drabinie społecznej, to dzięki takim małoważnym ludzią! Szlachta i możni mogą czuć się bezpiecznie [co nie znaczy że nie moglibyście się postarać bardziej] Ale cóż, i tak jest nieźle! - Mówiąc to, trzymał palec prawej ręki w górzę. Widać było, że starał się zignorować bożka, na którego z jakiegoś powodu się obraził [lub wystraszył]
- Tak tak - machnął dłonią Stephen dosyć obojętnie, co jednak można było wziąć za potwierdzenie myśli wspomnianego osobnika mającego wielkie przeświadczenie na temat swojej wielkości. Stanowczo kłócić się nie lubił, szczególnie wtedy, kiedy specjalnie nie widział jakiegoś powodu. - Alfred, więc jak? Nawet jeśli idziemy do niej, chyba wiesz, co się dzieje - ni pytał ni to przypuszczał. - Niepokoję się, czy nic jej nie jest? - przyznał głosem, jakby wyznawał jakąś tajemnicę.
- Właśnie rozważam, czy was wszystkich nie pozabijać… chociaż nie, nie wszystkich. Ty możesz się jeszcze przydać. - Wskazał Stephena, jednak na resztę spoglądał spode łba.
Nagle bóg uniósł głowę i spojrzał w stronę słońca. Każdego normalnego człowieka już dawno by to oślepiło, a on tylko przewrócił oczami. - Serio? - Wskazał na maga. -[i] Ty staniesz się przydatny, kiedy ktoś zabije nekromantę i powróci twoja witalność -[i] spojrzał na Sachima - a ty ponoć jesteś dobry w machaniu mieczykami. - Rzucił mu pod nogi jego miecz i prychnął. - Chociaż podejrzewam raczej, że Wieża poleciła ciebie tylko dlatego, że jesteś jej wyznawcą…
- Alfred właściwie nie wiem, co jest grane oraz nie wiem, jakie miałeś przygody z tą dwójką, ale to nie jest moja sprawa - odparł Stephen przyzwyczajony, że facet potrafi pieprzyć od rzeczy, jest kanciarzem oraz osobą która potrafi nie okazać odrobiny wdzięczności. Oceniał przydatność pozostałych. Doskonale proszę pana, ale możeby rozpocząć mógł od samego siebie? Ech Alfred cały, który uwielbia gadać. Dlatego pewnie Stephen jakoś zachowywał spokój, kontynuując rzeczową wypowiedź. - Czy możemy wrócić do tematu. Gdzie dokładnie jest Esmeralda? Nie planuję odwiedzać wszytskich burdeli pytając o nią, bowiem po pierwsze wstydziłbym się, po wtóre po prostu powiedz, który to przybytek. Natomiast Kate, jak jej pomóc? Pewnie masz jakąś koncepcję, skoro właśnie chciałeś ją odwiedzić.
- Gdzieś tam! - odparł poirtowany bóg. - Zdaje się, że chcieli się jej pozbyć…
- Chciałbyś jakoś właściwie jaśniej odpowiedzieć? - Stephen wysiłkiem woli trzymał nerwy na wodzy. Ponadto był niespokojny. Kogo chcieli się pozbyć: Esmeraldy, czy Kate oraz co oznacza tam, poza tym, że nic nie oznacza właściwie. - Chciałbym pozwolić sobie przypomnieć, że im konkretniej będziesz mówił, tym szybciej przekażesz informacje oraz tym szybciej dam ci spokój. Nie lubię bezsensownego pytlowania oraz grania wzajemnego sobie na nerwach.
- Jak pomożesz mi ich zabrać (nie wiem, dlaczego, ale tutejsi bogowie twierdzą, że się przydadzą), to możemy po drodze zgarnąć Siobhan, a następnie pójdziemy znaleźć Kate - rzucił Alfred, przewracając oczami.

praca wspólna całej ekipy

Sachim z początku całego tego zjawiska zląkł się trochę i zamknął swoją niewyparzoną gębę. Jednak nie długo zajęło mu pozbieranie się po tym, teraz w jego mniemaniu drobnym zjawisku. Bóstwo zaczynał go obrażać i Wieżę przy okazji. Dodatkowo rzucił jego mieczem o glebę. Cóż zgodził się mu pomóc ale zastanawiał się czy jak już nie skończy to dziewki głowy nie pozbawi. Jednak gdy usłyszał, że zawitają do burdelu odkrzyknął wesoło, zapominając o poprzednich rozmyślaniach, w końcu kogo jedna dziewka obchodzi jak tam będzie ich pełno?:
- Dobry plan. - by podnosząc miecz dodać. - A na ciorta! Idziemy co będziemy tak stać, pokrako w tę stronę. - wskazał pierwszy lepszy kierunek i ruszył, wierząc, że jego nowo poznały towarzysz mag ruszy wraz z nim kontynuował - Co znaczy słowo mieczykami jedyne z czym mi się to kojarzy to z łapami?
- Super, tylko proszę, skoro mamy iść do zamku, to może tamtędy, gdzie on poskaże. Kimkolwiek jest owa wspomniana Siobhan - mruknął ciesząc ogólnie się tyle słowami Alfreda, co decyzją nowo poznanego wojownika, aby ruszać gdziekolwiek. Jakby bowiem nie było, był to ruch we własciwym kierunku. - Wasza szlachetność pozwoli, że będę pana eskortował po drodze. Tak wielkiemu panu nie wypada chodzić bez odpowiedniej obstawy - uśmiechnął się słodziutko Stehen do drugiego mężczyzny. - Prosimy tędy - wskazał dłonią za Alfredem.
- Przydatny?! Witalność! Mój stan jest DOSKONAŁY - powtórzę D-O-S-K...K.,-N...A...K-Konały! DOSKONAŁY! Jestem chodzącym przykładem na to, w jakiej formie powinien być człowiek, tym bardziej urzędnik! Ale chwila… Mówisz że będziemy polowali na nekromante?! Hmm… TO trudne, trudne - ale znam na takich sposób! Nawet nie będziemy musieli go zabijać… to znaczy, zabić.. Muszę udać się do króla! Weźmiemy zapasy, weźmiemy broń, oraz, oraz jeden przedmiot! Haha! Żołnierzu o stopniu cieciu! - wyglądało, jakby nie zrozumiał aluzji rozmówcy. - Prowadź mości naszą drużyne! Zygfrydzie! Aż krew mi się buzuję na myśl o tej chwalę i skarbach albo krabach!
- Doskonale mości państwo - oświadczył mocarnie Stephen, liczył bowiem na to, że tym razem Alfred jakoś wesprze ich oraz pomoże dziewczynom.
Alfred tymczasem szedł żwawym krokiem w stronę slumsów. Był wyraźnie niepocieszony i nie obracał się za siebie.
- Okropny świat - burknął pod nosem tak, że reszta ledwie go usłyszała.
Owszem właściwie, Alfred bowiem niemało się starał, by mieć swój wkład do takiej sytuacji. Nie mniej Stephen ruszył za nim licząc na to, że deklaracje innych są poważne oraz także za nim ruszą. Jednak słyszeli tylko coraz cichsze głosy, które pozostawili za sobą:
- A… Zamek?! Wino?! - zawołał za nimi zaskoczony czarownik. - Ohhh! Zygfryd! Gdzieś Ty był tyle czasu! Że co?! U dowódcy Straży ?! Kto Cię do cholery tam wysłał! Ja?! Nie kłam, nie wolno! Hej, hej!
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 12-01-2014 o 10:47.
Kelly jest offline  
Stary 12-01-2014, 09:36   #4
 
juva's Avatar
 
To był chyba najgorszy dzień w jej życiu. Właściciel lokalu, w którym pracowała dalej był na nią wściekły, a siedzenie samej w zamkniętym na cztery spusty pokoju, jeszcze w taką duchotę, do przyjemnych nie należało. Chociażby mogła uchylić okno! Ale nie, bo ktoś urwał klamki, żeby nie mogła wyjść. Okropieństwo. Czuła się jak... niewolnica? Ale co ją czekało na zewnątrz? Nie była pewna, czy gdziekolwiek znajdzie pracę, jeśli rozniesie się wieść o tym, że najpierw „uciekła”, a następnie wróciła i wybrzydza. Nie. Lepiej zostać na miejscu... w końcu jej odpuszczą, prawda? Żeby chociaż mogła przeczekać duchotę, ale nie. Tylko zmrużyła oczy, a ktoś jął walić w drzwi.
- Dlaczego jest zamknięte? – usłyszała gderliwy głos i oczami wyobraźni ujrzała tłustego szlachcica, który poci się jak świnia.
Wielce się nie pomyliła. Szlachcic ów, gdy stanął w drzwiach, przywiódł jej na myśl wielką ropuchę, którą ktoś właśnie wyciągnął z bagna. I wcale nie lepiej pachniał. Miała praktykę w ukrywaniu wstrętu, jednak tym razem ciężko się było opanować, by nie wykrzywić ust w grymasie zniechęcenia.
- Pan sobie życzy? - zapytała siląc się na frywolność.
Odrażający człowiek zamknął za sobą drzwi na klucz i zaczął wgapiać się w Siobhan. Po chwili bez słowa rzucił się na cygankę, jednak nie w szale namiętności… jego grube palce zacisnęły się na szyi kobiety. Dyszał. Dziewczyna szamotała się na tyle silnie, na ile tylko pozwoliło jego cielsko. Dłońmi szukała wokoło czegokolwiek, czym mogłaby się posłużyć. Instynktownie chciała uderzyć grubasa, zrzucić go z siebie, przeżyć. Nie myślała racjonalnie. Nagle jej ręce natrafiły na dzban z wodą, chociaż sama tak naprawdę nie była w stanie tego zarejestrować. Szukała przedmiotu - przedmiot znalazła i to się liczyło. Chwyciła wystającą część i z całej siły przywaliła przybyszowi w potylicę.
Dzban poszedł w kawałki, a w ręku cyganki pozostał jeden, dosyć spory. Kiedy uderzyła jeszcze raz, było nieco inaczej. Odłamek wbił się głęboko w mięśnie i tłuścioch ryknął, puszczając jej szyję. Rzężąc i kaszląc zerwała się z podłogi. Zgięta w połowie jak po ciężkiej chorobie rzuciła się najpierw do drzwi. Zaczęła szarpać za klamkę, a z jej piersi raz po raz wydobywało się świszczące hargotanie. Drzwi były jednak zamknięte, a klucz miał tłuścioch. Inną opcją było okno, ale musiałaby ponownie minąć agresora, a i pokój był na piętrze. Przez chwilę zupełnie nie wiedziała co robić. Wołać o pomoc? Czy to coś da? Nie takich rzeczy można się było w tym przybytku nasłuchać - różni ludzie mieli różne upodobania. W końcu jednak postanowiła przypuścić atak na grubasa. Jednym ruchem zerwała szarfę z biodra po czym doskoczyła do cielska z zamiarem zaciśnięcia szarfy na jego krtani. Niech on się teraz poddusi, kutas! Nie chciała zabijać, za bardzo interesowało ją, kim był i czego chciał. Czemu zależało mu na jej śmierci?
Grubas zaczął się krztusić, jednocześnie jednak jął wierzgać, usiłując zrzucić z siebie cygankę. Siobhan uderzyła o kant łóżka, przez co poluzowala chwyt i napastnik się wywinął. Stanął ciężko na nogach, lecz w jego oczach nie zobaczyła niczego. Jakby był pustą marionetką!
Jednak coś osiągnęła. Klucz do drzwi uderzył o podłogę, pod nogami grubasa.

* * *

Dla ściskającego pięści Stephena nie było problemem przestać interesować się tamtą dwójką. Niby bowiem dlaczego miałby cokolwiek innego? Ani kumple, ani znajomi, ot jacyś obcy, którzy słodko woleli wywrzaskiwać coś na siebie oraz Alfreda, niźli cokolwiek innego. Szczęśliwie jednak Alfred pomimo braku pomocy przy doprowadzeniu owych dziwnych osobników, zachował się wreszcie przyzwoicie, wskazując mu owe drzwi, za którymi mogły się dziać dwie rzeczy:
- pierwsza mozliwa: walka kilkunastu kotów,
- druga prawdopodobna: ktoś się bił oraz krzyczał.
Ewidentnie bowiem dało się rozpoznać uderzenia, jakieś okrzyki, może rzężenie.
- Esmeralda - wyrwało mu się, kiedy pełen obawy o towarzyszkę spróbował otworzyć dzrwi. Nie dało się. Szarpnął za kołatkę. Nic ponownie. Wreszcie cofnął sie kilka kroków oraz rozpędem przyrąbał barkiem we drzwi próbując wydarzyć oraz zapominajac, że mógł poprosić Alfreda, bowiem pewnie dla niego byłaby to jakaś malusieńka błachostka.
Zawiasy poddały się z jękiem i młodzieniec wpadł do środka, upadając siężko na podłogę.
W tym czasie Siobhan właśnie rzucała się na klucz. Huk za jej plecami przeraził ją, obawiała się, że puste oczy grubasa rzuciły na nią jakąś magiczną klątwę. W skoku obejrzała się za siebie. Rozpoznawała ludzki kształt, jednak nie wiedziała do kogo należał, widok trwał jedynie ułamek sekundy, a ważniejszy był klucz.
Udało jej się. Przynajmniej częściowo.
Napastnik chwycił ją za włosy i zaczął okładać pięścią.Cyganka nawet nie pisnęła, za szybko się to wszystko działo, a adrenalina robiła swoje. Starała się schwycić pięść i ugryźć jak najmocniej. Nie dbała w tej chwili o to, że ryzykuje całkiem sporym puklem włosów. Niestety na napatniku nie zrobio to wrażenia, a jej coraz bardziej kręciło się w głowie.
Oszołomiony nieco Stephen wpadł na drzwi, które walnęły o drewniana podłogę izby. Zerwał się błyskawicznie, przez moment nie wiedząc, gdzie przód, gdzie tył oraz cokolwiek się dzieje. Jednak stanowczo był to jedynie moment. Jakiś krzyk, jakiś wrzask, jakiś jęk, jakiś huk zwalonego ciała, kiedy przyskoczył do grubasa oraz płazem broni przyrąbał mu na odlew po półłysej głowie. Kilo, albo półtorej, bowiem tyle waży stal miecza, musiały zrobić swoje. A przynajmniej tak się wydawało… grubas ani myślał puścić cygankę, czy przestać ją okładać. Dlatego krzycząc:
- Zostaw Esmeraldę! - wymienił płaz na klingę zakłądając, ze może bez głowy będzie owemu grubasowi łatwiej. Jeśli właściwie to by nie pomogło, miał potem ochotę pozbawić go ręki oraz tak dalej. Jego towarzyszka była w potrzebie, natomiast Stephen nigdy nie zostawiał swoich kompanów, nawet, jeśli nie byliby przy okazji seksownymi, ładnymi panienkami.
Ostrze spadło na szyję tłuściocha. Krew się polała… jednak ponownie nie zaowocowało to w żaden sposób.
- Mi to wygląda na sprawkę nekromanty! - zawołał od wejścia Alferd. - Pa pilnuję drzwi, ty odrąb mu głowę, rękę, albo coś!
- Właśnie próbuję. Trzymaj się Esme, zaraz dostanę gada! - krzyknął Stephen, który doszedł do podobnych wniosków. Dlatego zamachnął się najpierw na okładającą dziewczynę dłoń, która przeszkodziła mu przy dobrym walnięciu przez szyję zombiaka.
Tak się nieszczęśliwie złożyło, że owszem, odciął łapsko… jednak teraz pięść okładająca kobietę, zamieniła się w krwawy kikut. Nie to, żeby robiło to Esmeraldzie jakąkolwiek różnicę… Jednak kolejne, silne cięcie, pozbawiło w końcu stwora głowy.
Grubas zamarł, po czym cielsko zwiotczało i opadło bezwładnie na podłogę.
 
juva jest offline  
Stary 12-01-2014, 10:51   #5
 
Kelly's Avatar
 
Tymczasem szybki Stephen przyskoczył do dziewczyny.
- Panno Esmeraldo, panno Esmeraldo! - krzyknął - Wszystko w porządku, czy nic pani nie zrobił? - widać było mocny niepokój na jego twarzy, co zdradzały nerwowe drgania powieki oraz niepokój głosu.
Okrwawiona twarz kobiety niewiele zdradzała. Nie wiadomo nawet, ile z tej krwi należało do niej. Siobhan była przytomna... na własne nieszczęście.
- Alfred, Alfred! Trzeba jej pomóc - krzyknął do stojącej przy drzwiach postaci oraz chwycił dziewczynę na ręce. Chiał ułożyć ją gdzieś na jakiejś ławie, czymkolwiek, przetrzeć twarz wodą, obejrzeć … - Alfred, pomocy!
- Sam jej nie uniesiesz? - zdziwił się bóg. - Zabierajmy się stąd, zanim kolejnego nekromanta naśle… - Wskazał drzwi.
- Ale jest cała we krwi - wykrzyknął. - Nie wiem, co jej jest.
- Sugeruję, że została pobita… - odparł ze stoickim spokojem Alfred, ściągając czarną marynarkę i otulając nią Siobhan. - Spokojnie, chodź stąd - powtórzył. - No, moja droga… chyba twoja kariera jest tutaj skończona… a mogłaś skożystać z mojej oferty… ale teraz już za późno… ech… ludzie są dziwni… - tak mrucząc pod nosem, wyszedł z pokoju. Zaś ruszył za nim Stephen niosąc Esmeraldę na rękach. Skoro bowiem Alfred nie był bardzo nerwowy, stan dziewczyny musiał być względnie przyzwoity. Jednak wiadomo, niepokoił się o swoją towarzyszkę, która wyglądała bardzo uroczo i niewinnie, biorąc pod uwagę naturalną piękność, oraz nieszczęśliwie oraz ogólnie paskudnie, biorąc pod uwagę okrwawioną twarz.
Ta zamrugała szybko powiekami, chociaż nie było to łatwe wbrew pozorom. Lewe oko skutecznie zlepiła jej krew, miała nadzieję, że nie jej własna.
- Kto to jest Esmeralda? - zapytała nieprzytomnie. - Nie żyje? - dodała równie letargicznie.
- Żyjesz! Chyba! - zawołał zza drzwi Alfred. - Tylko nasz toważysz nie wie, jak masz na imię! Eeeeej! Ejże! Z drogi ćwoku! - Po chwili dał się słyszeć odgłos spadającego po schodach ciała. - Radziłbym się pospieszyyyyyć!!
- Zaraz nas zatrzymają z moją twarzą. - dodała irracjonalnie martwiąc się o swój wygląd. Jednak nie było czasu na zastanawiania się i zadawanie pytań. - Zarzucę kaptur. - sprostowała już bardziej trzeźwo.
Kiedy wyszli na korytarz, zobaczyli, jak Alfred kopie kolejnego nadciągającego ochroniarza. Było ich dwóch, w tym jeden leżał na dole, przygniatając właściciela przybytku.
Cóż powiedzieć, niósł Esmeraldę na rękach, ale widocznie jakoś nie skorzystała z tego sposobu komunikacji. Kompletnie nie wiedział jak, ale zeszła mu jakoś oraz zajęła się sobą. Jak gdyby nigdy nic zarzuciła płaszcz. Widocznie jakoś Alfred miał rację nie martwiąc się o wspomnianą dziewczynę. Dlatego skoro rzeczowo to rzeczowo:
- Mamy sakiewkę od króla. Trzecia część jest twoja. Nie wiem, co jest grane, ale Alfred coś wspominał, że musisz wymienić miejsce pracy. Pewnie jakieś grosze ci sie przydadzą - rzucił. - Alfred, trafiaj mięsień udowy - doradził kompanowi - wtedy będzie skuteczniej.
- Nie ucz ojca dzieci robić! - odwarknął bóg. - Problem w tym, że jeśli im zrobię trwałą krzywdę, tutejsi bogowie… jak wy to mówicie... dobiorą mi się do dupy!
- Tak.. - Siobhan nagle jakby straciła na animuszu. Podeszła chwiejnie do Stephena. - Wiesz co? Jednak weź mnie na ręce! - wyciągnęła do niego łapki jak bezbronne dziecko. Trochę straszne, zakrwawione dziecko z sennych koszmarów, gdzie wszystko nabiera fantasmagorycznych kształtów i kąpie się w gęstej jusze na twoich oczach. No, ale zawsze to jednak dziecko.
Nagle rozległo się głośniejsze uderzenie i do pokoju wpadł Alfred, chwytając walajacą się po ziemi marynarkę. Popatrzył na nich niezadowolony i poderwał Siobhan na ręce.
- To może ja ją wezmę, a ty zajmiesz się przedzieraniem przez tłum? - zaproponował.
Normalnie protestowała by głośno, jednak tym razem nie była w komfortowej pozycji. Wtuliła się w Alfreda żeby nie widzieć, co dzieje się na zewnątrz pokoju. Niech się dzieje co chce!
Wolałby nosić, ale cóz, skoro tak, to tak. Skoczył naprzód oraz zgodnie z poleceniem Alfreda rzucił się do przodu odpowiednio wystawiając łokcie oraz robiąc groźne miny. Właściwie nawet odpowiedziałby Alfredowi, że jeśli to problem, to on rozumie, ale mogą sie podzielić: Alfred mógłby trzymać, natomiast Stephen solidnie tłuc.
- Nic z tego. Już i tak się naraziłem - warknął Alfred, stając przy drzwiach. - Nie biadol, tylko się stąd wynośmy! Trupa tu mamy! Trupa! Szlachcica jakiegoś, zakichanego! Jak im udowodnisz, że to zombiak był?!
- Przecież spylam już - odparł Stephen osobnikowi, który odczytał jego myśli, dajac niewątpliwie do zrozumienia, że musi uważać nie tylko na to, co właściwie powiada. Po prostu drałował byle dalej. Skoro Alfred czyta mysli to uznał, że jesli pomyśli, iż ubity w burdelunie powinien być problemem. Po pierwsze burdel to burdel, po drugie własnie takie miejsca bywają niebezpieczne.
- Ale jeśli stwierdzą, że ty jesteś odpowiedzialny za ubicie szlachcia, na jakiego tamten wyglądał, nawet ja nie będę w stanie pomóc - odparł poirytowany.
Zbiegli po schodach, roztrącając po drodze kilku nieprzyjemnych osobników, po czym wydostali się na zewnątrz. Alfred, mimo ciężaru niewieściego ciała, biegł zadziwiająco lekko. Tanecznie, chciałoby się powiedzieć. Poprowadził Stephena przez plątaninę uliczek tak długo, aż przestali słyszeć odgłosy pogoni. Młodzieniec dyszał ciężko, a bóg spoglądał na niego z politowaniem.
- Odpocznij chwilę, a potem zastanowimy się, co dalej. Chociaż zastanawiać się możemy nawet teraz… - powiedział, sadzając Siobhan na jakimś pudle. - Nekomanta ciebie znalazł i chyba nie ma zamiaru zostawić w spokoju - powiedział cygance.
- Powiedz własciwie, jak to jest. Czy jesli namierzył ją, to może trzymać cały czas na nią oko, czy jeśli gdzieś zmieni miejsce pobytu, musiałby ją szukać od nowa? - spytał Alfreda dumając nad średnio ciekawą sytuacją.
- Nie mam pojęcia - przyznał zapytany. - Nawet nie wiem, po co na nią poluje. Chociaż domyślam się, że gdybyś nie siedział w zamku, na ciebie również by się połasił… co znowu kieruje nas ku mojej drogiej Kate… - Alfred skrzywił się, zerkając przez ramię, jakby mógł spojrzeć przez ściany budynków.
- Wobec tego - odetchnął głeboko wojownik - Jeśli Esmeralda przebywałaby w zamku, także nie powinno jej się nic stać. Przynajmniej zaś mielibyśmy czas na obmyślenie ratunku. Pytanie, czy dałoby się to jakoś zainicjować? Może przyjęli by ją do jakiejś służby - rzucił propozycję niepewnie.
- Oczywiście, jeśli nekromanta nie przeniknie do zamku, co też może się zdażyć. Bezpieczniej byłoby trzymać się razem i podążyć za Kate. - Alfred westchnął ciężko, siadając obok Siobhan. - I staraj się tu utrzymać kogoś przy życiu, a ten wypnie się na ciebie i ucieknie z miasta… - Wyglądał na załamanego.
- Właściwie kogo masz na myśli? - próbował jakoś wojownik zrozumieć, co Alfred chce powiedzieć, bowiem sugerował, iż Kate uciekła. Jakoś nie mógł uwierzyć. Co, po co, dlaczego miałaby uciekać? Lubił Kate, która wprawdzie miewała odchyłki od normy, ale byłasympatyczną oraz ogólnie niegłupią dziewczyną.
- Za długo, żeby wyjaśniać… - przewrócił oczami. - Chodzi o to, że ona… niekoniecznie za mną przepada… a jeszcze jest ten nekromanta, świat jest niebezpieczny… potrzebuję kogoś, kogo stosunkowo lubi i komu pozwoli sobie pomóc.
- Wobec tego chyba najlepszy byłby Jaskier. Wiesz doskonale, że mam zasadę pomagania swoim kompanom. Chętnie pomógłbym także Kate, jednak stanowczo nie wiem, czy ona miałaby na to ochotę. Jednak właściwie - zaiwsił głos wojak - niekiedy pomaga się nawet wtedy, kiedy ktoś niekoniecznie tego chce. Dobra, powiedz, co robić. Nie powiem, że dla ciebie, bowiem wiesz, co myślę, Alfred, ale trzeba pomóc to trzeba pomóc.
- Poszukajmy najpierw wody i jakichś szmat, żeby doprowadzić naszą uroczą kompankę do jako takiego stanu - zasugerował bóg.
- Skoro tak powiadasz, to poczekam. Pewnie nie problem. Wolisz szukać wody, czy mam to zrobić? - spytał Alfreda.
- W każdym pomieszczeniu jest woda i szmaty. Minimum higieny trzeba zachować… - cyganka nie wyglądała na kogoś, kto był przy pełni władz umysłowych.
- Owszem, być może, tyle, że siedzimy sobie na ulicy - wyjaśnił jej spokojnie wojownik.
- Już? To wejdźmy do środka! - dla Siobhan nie było rzeczy niemożliwych. Przynajmniej w tym stanie.
- Hmm… to może ja pójdę, a ty spróbuj jej wytłumaczyć, co się dzieje - zaproponował Alfred, czym prędzej się oddalając.
- Dobrze, Esmeraldko, spokojnie wszytsko. Trochę próbowano cię zaatakować, ale świetnie broniłaś się. Ten nekromanta, tramta tamta. Jego wysłannik dostał po głowie, dlatego własnie zastanawiamy się, co robić. Dodatkowo jeszcze Kate uciekła ponoć. Pamietasz Kate? - spytał dziewczynę.
- W porządku, w porządku… Pamiętam. Brak tlenu przez chwilę, trochę mnie zmroczyło. - spuściła głowę i machała ręką, jak gdyby chcąc odgonić te myśli od siebie. - Pamiętam Kate, powiedz mi, co tu się dzieje u diabła? Kto to był w ogóle? Ten typ na górze?
 
Kelly jest offline  
Stary 12-01-2014, 14:36   #6
 
juva's Avatar
 
Po chwili wrócił Alfred, niosąc wiadro z wodą i jakąś szmatką. Kiedy popatrzyli na niego zdumieni, wzruszył ramionami.
- Leżało sobie, to wziąłem. - wyjaśnił. - Ja bym się raczej na waszym miejscu zastnowił, co teraz. Zakładam, że nekromanta już dawno wysłał coś do obserwowania bram. Plus jest taki, że odciągnęliśmy jego uwagę od Kate. Ale nie wiem, na jak długo… - westchnął, stawiając wiaderko obok Siobhan.
- Jak on w ogóle wylazł z więzienia? Wypuścili go? - Siobhan nie mogła najwyraźniej pojąć tej całej akcji.
- Chyba właściwie nie był w więzieniu, przynajmniej wydaje mi się tak jakoś właśnie. Wypoczełaś neico, jak się czujesz, możesz sama wytrzeć sobie lico - spytał Esmeraldę. - Wobec tego właściwie, albo szukając jej, ściągniemy na nią wredoty, albo pozostaniemy osobno.
- I tak ją ścigają. Wszystkich was ścigają… a ten nekromanta, który się napatoczył… Mehelios, to nie był nekromanta, który na was poluje - wyjaśnił cierpliwie Alfred.
- Wobec tego pomóc jej trzeba, tyle że jak? Nie mogę się zbytnio ruszyć, ponieważ podlegam rozkazom króla obecnie. Musiałbym albo się zwolnić, co całkowicie rozwaliłoby moje kiepskie tak czy siak, ale lepsze od niczego, jakieś perspektywy. Albo prosić, o zgodę na czasowe zwolnienie od obowiązków. Może zgodziłby się, gdyby wiedział, że to kwestia tego łajdaka. Tylko wtedy albo pozostawiamy Esmeraldę narażając ją na takie coś jak tamten napastnik, albo jedziemy wspólnie, jednak to także niełatwa droga dla zacnej panny - dumał młodzieniec.
- Robisz z igły widły… powiedz królowi, że bóg ci kazał ruszać - Alfred przewrócił oczami. - A na razie znajdźmy jakąś kryjówkę na noc… gdzieś w pobliżu musi być jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy się zatrzymać na jeden wieczór.
Dumający mocno nad sytuacją Stephen skrzywił się słysząc początkowe słowa.
- Alfred, jestem normalnym facetem, ale nie rób ze mnie jakiegoś cymbała. Albo masz tutaj, jakieś chody, wtedy mógłbym tak powiedzieć królowi, albo wręcz przeciwnie, jak twierdziłeś wcześniej, wtedy tak powiedzieć nie mogę. Zdecyduj się, bowiem pomóc chcę, ale nie będę udawał pajaca. Może przykładowo poślij królowi jakies widzenie, czy coś takiego przynajmniej. Dobra ruszajmy - podniósł się oraz pomógł wstać Esmeraldzie, jeśli chciała ową pomoc przyjąć. - Pewnie będzie jakiś pusty dom, albo szopa choćby.
- W mieście? Wątpliwe… prędzej za bramami - odparł uprzejmie bóg. - No dobra… co do tego, że nie mam tutaj wpływów, masz rację. Jednak nie zmienia to faktu, że jestem bogiem. A to, co zinterpretuje król, to już nie nasza sprawa, co nie?
- Alfredzie, chyba … właściwie wydaje mi się, że kompletnie nie rozumiesz świata ludzi. Twoja sprawa pewnie to nie jest, ale mogę gwarantować, że każdy ludzki król się wścieka, kiedy uciekają bez słowa jego gwardziści. Takie właśnie postępowanie nosi nazwę paskudnej dezercji. Chyba nawet ty wiesz, jakie groziłyby mi za to kary. Tobie pewnie nie, ale mi właśnie tak. Dlatego kwestia to dla mnie istotna, nie jakiś tam złośliwy kant, tylko dokładnie tak funkcjonuje ludzka społeczność. Jeśli trudno ci to sobie wyobrazić, po prostu uwierz mi, że tak jest. Jak poznałeś mnie to wiesz, że nie lubię sobie robić głupich dowcipasów - tłumaczył mu spokojnie wojownik, gdyż Alfred rzeczywiście wydawał się nie zdawać sobie sprawy ze sposobu hierarchizacji systemu społecznego.
- Aaaaa! - jęknął bóg. - Dobra! To bierz ją i lecimy do króla! - polecił.
- Wobec tego chodźmy, panno Esmeraldo, proszę nakryć twarz kapturem. Proszę także przetrzeć twarz chusteczką, zawszeć to cokolwiek lepiej będzie. Mam czystą. Chyba jednak, iż woli pani abym to właśnie zrobił - zwrócił się do dziewczyny podając jej faktycznie nową chusteczkę, którą kupił na targu wschodnim miasta. - Czy odpoczęła pani nieco oraz może iść sama? Mogę oczywiście także pomóc, wspierając ramieniem lub niosąc - przedstawiał obolałej dziewczynie bardzo konkretnie możliwości. Mówił stonowanym głosem, dosyć monotonnym. Siobhan wzięła z wdzięcznością chustkę by szybko i ze wstrętem otrzeć twarz z juchy. Gdy jej oko przestało być zlepione czerwoną mazią spojrzała przyjaźnie na Stephena.
- Ale ja nie jestem Esmeralda. Mów mi Siobhan. - wsunęła mu pod rękę swoje ramię przyjmując zaproszenie. Lubiła szarmanckich mężczyzn, bo w końcu ile razy do roku ladacznica może czuć się jak dama?

Pojął doskonale jej pomysł. Była celem jakiegoś ataku, dlatego właśnie musiała zmienić imię. Chciała Siobhan, niechaj będzie, chociaż właściwie do Esmeraldy się przyzwyczaił. Jednak właściwie czegóż nie robi się dla własnego bezpieczeństwa. Dlatego spokojnie Faeruńczyk skinął, kiedy przedstawiła się nowym imieniem ora zpowtórzył je parę razy dla pewności.
- Swoją drogą… będziesz skłonna towarzyszyć nam w kolejnej wyprawie, jaka się nam tu szykuje? - zapytał Alfred, zerkając na cygankę przez ramię.
- Nie zostanę w tym burdelu, jestem skłonna twierdzić, że w dzikiej puszczy jest bezpieczniej… - zgodziła się.
- A więc szukasz przygody! - zawołał uradowany jegomość. - Wyśmienicie! Jeśli się nam powiedzie, może będę skłonny wznowić ofertę odesłania was do waszych światów! - kusił.
- Masz ty tupet… Aż tak źle mi życzysz? - odcięła się Siobhan. Zachowywała się tak, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Być może w pewnym momencie granica się zaciera i człowieka niewiele już rusza.
- Ach… odsyłanie do domu byłoby złe? Co wolisz? Dom, czy nekromantę, który na ciebie poluje?
- W domu polują na nas magowie. Co mi za różnica, czy to nekromanta czy ogniomiot? Powiedz mi? Przywlokłeś mnie tutaj, tak jak i całą resztę i największą nagrodą dla ciebie za wysługiwanie się nami jest powrót do domu? Rozum cię opuścił! - sarkała jak zdenerwowana wiewiórka. Od początku nie podobał jej się kontrakt, w którym de facto nie było żadnej nagrody. Wydawało jej się, że umawiali się inaczej, ale nie była już tego taka pewna. W każdym razie zawsze mówiła, co jej ślina na język przyniesie i nie zamierzała się powstrzymywać nawet przed bogiem. - Za te komplikacje będziesz się musiał bardziej wysilić. Umożliwienie powrót do domu u nikogo już nie powoduje tutaj wzwodu w pantalonach. Ci co się na to połasili to byli idioci, nie oszukujmy się.
- W takim razie, niechaj nagrodą dla ciebie będzie fakt, że nie jesteś w domu… - Mogła przysiąc, że Alfred przewraca oczami. - I owszem. Tamci byli idiotami… Aaaaale… mogę wam zdradzić tajemnicę, o której nie mieliście pojęcia… jak sama definicja słowa “tajemnica” wskazuje… ech… przez was zaczynam bredzić. - Pokręcił głową zrezygnowany. - Ale ostrzegam. Wiedza ta może się wam przydać, ale nie spodoba się ani wam (w sumie raczej tobie, moja droga), ani co zazdrośniejszym magom tego świata.. - Zmarszczył brwi, po czym dodał: - I być może tutejszym bogom…
- Mów, nie motaj - cyganka lubiła konkrety. A może po prostu próbowała zamaskować narastające w niej podniecenie i ekscytację. Miała nosa do interesów, a to wydawało jej się życiową szansą.
Alfred zatrzymał się i obrócił w ich stronę.
- Hmm… tylko proszę, żebyście nikomu więcej nie wyjawiali tego - odparł, patrząc prosto na nich, jednak nie poruszając ustami. Więc znowu gadanie w myślach… - Jako że jesteście przybyszami z innych światów, posiadacie w sobie magię. Nikt bez magicznych predyspozycji nie byłby w stanie przejść przez portal. Tak więc… i w tym świecie możecie kożystać z magii. A skoro tak, to zdobądźcie te ich śmieszne Talizmany i sru! - Wyszczerzył zęby, spoglądając na nich niczym głodny pies na bezbronnego katka, który nie ma dokąd uciec.
Siobhan zbladła i przystanęła.
- Ostrzegałem… - westchnął, już na głos, Alfred.
 
juva jest offline  
Stary 16-01-2014, 22:19   #7
 
Karmelek's Avatar
 
Zabrali Siobhan po drodze, a paplająca cały czas Oria prowadziła ich do celu.
- Wiecie. Bo nasz król to cudowny człowiek jest. Jak niemal pół roku temu go koronowano, to niemal cały czas przesiadywał w kuchni z tymi swoimi Mieczami. Ja wiedziałam, że coś z nimi jest nie tak, oj wiedziałam - mówiła, kiedy szli. - Ale! Co ważniejsze! Już pal licho te zamachy na jego wysokość! Było włamanie! Ale jakie włamanie! Bo mieśiąc przed śmiercią poprzedniego króla, bogowie miejcie go w opiece, zatrudniła się tu przemiła dziewczyna! Zarządca dawał jej cały czas najgorsze prace. Mycie górnych pięter, które od wieków były nieużywane, to nie przelewki. Tym bardziej w pojedynkę. Wiem, co mówię, oj wiem… no więc pracowała tu długo. Sue, ją nazywaliśmy. No i okazało się, że tak naprawdę chciała okraść króla! Doprawdy! Nie wiem, co sobie myślała! Ale! Król wiedział, że nie jest tym, za kogo się podaje! Ona była magiem! Magiem! A magom nie wolno pracować, jak nam, oj nie wolno. Magowie siedzą w tej swojej akademii i pożerają książki, jak to kiedyś Renri powiedział. Ja tam nie wnikam w ich dietę, ale wracając do Sue, albo, jak się później okazało, Lysy.
Niedługo po koronacji naszego małego księcia, postanowiła w końcu zrobić ów wypad. Usiłowała ukraść jakiś tam stary pierścień… ale mniejsza z tym! No i jak pewnego wieczoru, kiedy Miecze wpadły do kuchni, zabierając strażnikom wino, które im podała Sue, to już wiedzieliśmy, że coś się kroi. No ale! Kazano nam wracać do pracy. No to pracujemy, a potem idziemy spać. I tu nagle trzask jaki, w środku nocy!
Okazało się, że nasza kochana Sue walczyła z królem! Z samym królem! Ona go wodą, on ją ogniem. Najprawdziwsza walka magów! Fira, chowaniec króla, jak wiecie, ponoć czekała pod drzwiami, bo chłopiec chciał się pobawić. Doprawdy… kiedy on się nauczy…
No i nagle doszło do wielkiego wybuchu, po czym wszystkie okna we wschodnim skrzydle poszły w kawałki. Nie wiem, czy to prawda, ale Sue uciekła królowi i wpadła dopiero w ręce Inkwizytorów.
Ale to nie jest najlepsze w tym wszystkim! Oj nie jest! -
Oria przerwała na chwilę spoglądając, czy jej słuchają. - Bo nam się młodzieniec zadurzył! Oj wiem, co mówię, wiem! Po prawdzie Dera uważa inaczej, jednak ja jestem przekonana, że nasz kochany Maris stracił głowę dla naszej drogiej Sue… znaczy Lysy.
Ach! Bo nie wiecie!
- kobieta klepnęła się w biodro.
- Ano nie wiem - uprzejmie właściwie wyrwało się wojownikowi, przysłuchującemu się paplaniu kucharki. zadowolony, że tyle rzeczy się dowiedział, zachęcał ją do dalszych wyznań.
- Ona uciekła! - kontynuowała entuzjastycznie. - Nie wiem, czy to prawda, ale ponoć poprzedniego króla, bogowie miejcie go w opiece, zamordował jeden z Mieczy! Psubrat, przepraszam psinko - zerknęła na Alfreda, który wzruszył ramionami… co nieco dziwnie wyglądało - chciał przejąć władzę w królestwie! Ale całe szczęście reszta Mieczy pozostawała wierna… ale nie o tym! To są niepotwierdzone plotki, a takich tu nie chcemy, prawda? A więc… na czym to ja… - Zamilkła na momencik.
- Na tym, że Sue to tak naprawdę nazywała się Lysa - podsunął uprzejmie. - Właściwie skąd to wiadomo?
- Ach! Bo nie skończyłam! Chodzi o to, że po prawdzie ją zamknięto, jednak nie uwięziono! Dziwna sprawa. Król nakazał, żeby mu towarzyszyła przy śniadaniu! Wiem to od Myry, której kazano się zająć Sue! No więc udekorowały ją z osobistą pokojową naszego Marisa i posłały!
Sue nie mogła uciec, bo król miał jej chowańca. Taki, mały, dziwny ptaszek… Myra powiedziała, że Hellie, która go kiedyś widziała, powiedziała, że zwisał głową w dół z żerdzi! Nie wiem, czy nie był chory…
- zastanowiła się na głos.
- Tego także nie wiem, ale istnieją zwierzęta, które tak właśnie dziwacznie się zachowują. Nazywają się nietoperze, więc możliwe, że to był on, albo faktycznie jakiś dziwaczny ptak.
- Ach! Możliwe, możliwe! Ale daj mi skończyć, skarbeńku! - przytaknęła mu, ochoczo kontynuując swoje wywody.
- Proszę wybaczyć - przeprosił za swoje wtrącanie się wojownik.
- No więc to był czas, kiedy zaczynały zjeżdżać się wszystkie te możne panny, żeby kusić biednego Marisa. A on co rano śniadał z naszą Sue. - Zaśmiała się głośno, wyraźnie zadowolona, po czym westchnęła ze smutkiem. - No i ten Miecz, który to chciał zamordować naszego kochanego Marisa, namawiał Sue, żeby go otruła. Tak mówiła Myra, bo ponoć król zdradził to Hellie, która jej to powiedziała… No i Sue wlała mu truciznę do kieliszka, mówiąc cicho, co robi. No ale dziewczyna nie pomyślała, że ten Miecz będzie ją obserwować. No i się rzucił, żeby sam dokończyć dzieła! Ach! To musiał być widok!
Sue jakoś uciekła. Ha! Sama widziałam, jak wyrywa wodze jednemu szlachcicowi z rąk i w sukni wskakuje w siodło! Nie miałam pojęcia, co się dzieje! A potem wybiegł z ogrodów zakrwawiony Maris, w towarzystwie kilkunastu Mieczy! Kilkanaście Mieczy w jednym miejscu!! Byłam przekonana, że dziewczyna targnęła się na jego życie! Król kazał szybko osiodłać konie i ruszyli za nią…
- westchnęła głośno, kręcąc głową. - Ale wrócili sami. Niektórzy mówią, że zabili ją i zostawili na drodze, inni, że jej nie znaleźli… ale ja wiem swoje. Nie po tym jak, król się zachowywał później. I w stosunku do innych dam.
Myślę, że nie mogli być ze sobą, bo ona jest z niskiego stanu. Ale mógł ją chociaż na kochankę wziąć! A tu nic… nasz kochany król jest wielce honorowym człowiekiem. Ech… a byliby taką ładną parą. Jestem ciekawa, co się z nią stało…

Kiedy tak paplała, dotarli do dzielnicy szlachciców, gdzie zakręcili w uliczkę między domostwami. Kierowali się do zdecydowanie gorszej części tej dzielnicy, bliżej murów.
 
__________________
"Większość niedoświadczonych pisarzy Opowiada zamiast Pokazywać, ponieważ jest to łatwiejsze i szybsze. Trenowanie się w Pokazywaniu jest trudne i zajmuje dużo czasu."
Michael J. Sullivan
Karmelek jest offline  
Stary 19-01-2014, 18:52   #8
 
Kelly's Avatar
 
- Nie byłem tutaj jeszcze - przyznał oglądający się dookoła wojownik. - Natomiast co do tamtego, mam podobną opinię, co pani. Dwójka czarodziejów byłaby naprawdę mocna parą, dobrze stojącą na czele królestwa. Oraz wedle tego, co pani powiada, kochającą się. Wprawdzie stan jest ważny dla powagi panny młodej, ale są cechy oraz umiejętności, które pozwalają je przeważyć. Widzi pani, pochodzę właściwie z bardzo daleka, mój szanowny rodziciel posiada tam niewielki majątek ziemski, wedle więc pani oceny, byłaby to szlachta. Ale cóż, miast wracać, wybrałem przygodę oraz odnalezienie swojej ścieżki. Wierzę jednocześnie, że król pewnie także mógłby taką odnaleźć. Szczególnie własnie z czarodziejką. Ponadto powiedziała pani, że wspomniany łajdak namawiał ją, by otruła króla. Jednak przecież nie wiadomo, czy się na to zgodziła. Albo raczej inaczej, wiadomo, że odegrała scenkę. Przynajmniej tak wynika z pani opowieści. Kto właściwie wie, jak było … - zawiesił na chwile głos. - Szczęśliwy zaiste jest - powiedział jakby do siebie - kto odnajdzie drugą osobę, ktorą pokocha ze wzajemnością pełną - rzucił półgłosem w ciepłe, miejskie powietrze. Trudno było wywnioskować, czy myślał o kimkolwiek, czy po prostu tak zwyczajnie usiłował zgrywać mądralę. Tonacja jednak głosu wkazywała na zadumanie prędzej, niżeli popisywanie się. - Może jeszcze żyje ta ukochana króla, może, któż wie, może uciekła gdzieś, może straciła pamięć, może milion innych możliwości - mówił powoli, dumając jakby młodzieńczymi, niepewnymi słowy. - A wiadomo pani coś o Waellosie? spotkałem go niedawno oraz zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, jesli prosty gwardzista może tak się odnieść do takiej istotnej persony.
- Ach! Znam też wiele historii o naszym kochanym Waelu! - zawołała uradowana Oria. - Wiecie, bo on to taki znowu grzeczny nie jest, jak się wydaje… Słyszałam kiedyś, jak Krist opowiada Dery o tym, że słyszała od Urii, której powiedział to Palo, że nasz mały magik zalecał się Hellie! Chociaż jak Myra próbowała wypytywać o to Hellie, ta zaprzeczyła… ale wiecie, jak to jest, co nie? - zapytała z uśmieszkiem.
- Ależ kontynuuj - usłyszeli za sobą znajomy głos.
- A z miłą chęcią! - powiedziała nieświadoma Oria. - No więc słyszałam jeszcze, jakoby Wael zalecał się do pewnej damy dworu… uwierzycie…? - zerknęła na nich i dopiero teraz zauważyła, kto idzie za nimi. - Eee…
- To bardzo ciekawe, co mówisz - odparł Waelleos. - Jakie to jeszcze plotki krążą na mój temat?
- Takie, o których grzeczne kobiety nie rozmawiają za dnia… - odparła zadziornie.
- Witaj Waellosie - podał magowi rękę wojownik - Miło cię znowu widzieć oraz słyszeć, że, jakby to powiedzieć, ów twardy, odpowiedzialny przywódca, ma także delikatniejszą stronę - lekko zaśmiał się faktycznie ciesząc się wspólnym spotkaniem, gdyż rzeczywiście miał do Waellosa szacunek, ale trochę uważał go za taką posągową postać. Nieco jakby nierzeczywistą, tymczasem siedzący wewnątrz serca magika podrywacz nadawał mu całkiem sympatycznych rumieńców. - Jednak pozwoliłem sobie odwiedzić cię dla nieco innej przyczyny. Masz trochę wolnego, żeby nieco pogadać - spytał konkretnym tonem wskazującym, że nie ma na mysli jego erotyczno - romantycznych przygód.
- A i owszem. Jednak pragnę zaznaczyć - spojrzał wymownie na Orię - że żadne z owych pogłosek na mój temat nie są prawdziwe. To, że nie mam damy mego serca, nie oznacza, że pytam wszystkie napotkane kobiety o rękę. - Przewrócił oczami, wzdychając.
- Haha wobec tego jesteśmy pod tym względem podobni - wtrącił Stephen.
- A mógłbyś zdradzić, dlaczego? - dopytywała kobieta, podchodząc do Inkwizytora. Zabrała Stephenowi koszyk i wręczyła Waelleosowi. - Nooo? Wszystkie damy się zastanawiają, dlaczego taki przystojny jegomość nie ma wybranki…
- Oria, wystarczy. - Przerwał jej mag. - Dziękuję za te specjały z królewskiej kuchni, ale musimy teraz omówić pewne sprawy z tą dwójką. - Spojrzał na Siobhan i Stephena, na co pies się oburzył i szczeknął głośno, domagając się uwagi. Puścił nawet kość!
- Trójką Waellosie, trójką - wyjaśnił spoglądając na szczekającego Alfreda - przypuszczam, że zaraz zobaczysz, dlaczego. Rzeczywiście, mamy cos ważnego do obgadania, może nawet będziesz zainteresowany tym, co usłyszysz - uśmeichnął się, ale tak jakoś bardzo konkretnie, wojownik, jakby istotnie miał istotną kwestię do omówienia ze świetnym przedstawicielem magowskiego stanu.
- W takim razie do zobaczenia - westchnęła Oria, ruszając w drogę powrotną.
- Tymczasem zapraszam w moje skromne progi… - mruknął mag, ruszając przodem.
Doszli do jednego z domostw blisko muru. Inkwizytor otworzył drzwi i zaprosił ich do środka. Spodziewali się jakiegoś.. godniejszego lokum, a nie zapuszczonego budynku z dwoma, może trzema pokojami i kuchnią. Może i był to wyższy standard, niż w slumsach, jednak poziomem nie zachwycało.
- Cóż Waellos, skromnie, ale wygodnie - uznał wchodzący do domku wojownik - Ale sprawa tak naprawdę jest prosta jak drut. Chciałbym cię prosic, żebyś ruszył z nami na kolejną wyprawę. Wiem doskonale, że masz wolne od króla, ale pozwolił spytać cię oraz pozostawić to do twojej decyzji - zaczął wstęp Faeruńczyk oraz przeszedł do konkretów opowiadając wydarzenia wczorajszego oraz dzisiejszego dnia całkiem szczegółowo. - Przy okazji, Alfredzie, mógłbyś już się odmienić - spytał pieska, który ani myślał wcześniej wymienić czterech łap na bardziej normalna formę. Jednak ten dalej zapamiętale przygryzał swoją kość.
W końcu jednak, jakby westchnął i podniósł gnat z ziemi, niosąc go do okna, po czym cisnął nim na dwór. Wyglądałoby to komicznie, gdyby chwilę potem nie przybrał swojej ludzkiej formy.
- Dzień dobry - powiedział, podchodząc do stołu, przy którym wszyscy siedzieli. Usiadł na wolnym krześle. - Ależ, panie Shadobow, proszę nie robić takiej zdumionej miny.
Waelleos zamknął usta i potrząsnął głową.
- Ach… - mruknął.
 
Kelly jest offline  
Stary 29-01-2014, 00:18   #9
 
Kelly's Avatar
 
Siobhan popatrzyła na niego krytycznie, jak gdyby niezadowolona, że Alfred przypomniał w tak ostentacyjny sposób o swoich magicznych sztuczkach. Nadal wlepiając w niego gniewny wzrok zaczęła mówić.
- Nekromanta wrócił… Zasadził się na mnie w moim… domu. I to nie było już posługiwanie się pachołkami, napadł mnie za pomocą prawdziwej szychy, jakiegoś szlachcica. Gdyby nie oni dwaj… - zawahała się na moment. - W dodatku nigdzie nie ma Kate. Przepadła.
- Dokładniej… obraziła się i sobie poszła - uściślił Alfred.
- Gdzie? - zapytał Inkwizytor, wyraźnie usiłując zorientować się w sytuacji. Biedaczek niestety zdawał się być zbity z tropu przez nagłą zamianę “psa” w “człowieka”.
Cyganka przewróciła oczami dając do zrozumienia, że więcej spodziewała się po kimś, kto pełnił funkcje inkwizytora. - Gdybyśmy wiedzieli, nie byłoby to problemem i zapewne nie byłoby tematu. - sarknęła.
- Właściwie Waellosie, chcieliśmy prosić własnie, byś ruszył z nami za Kate. Przypuszczalnie będzie ona pod okiem tamtego łajdaka. Wiesz chyba doskonale, jak wielką uwagę przywiązuje władca do tego zadania. Zgodził się przydzielić nam uzdrowiciela, dwa Miecze oraz pozwolił zachęcić ciebie, jeśli wyrazisz zgodę na kolejną wycieczkę, tym razem za Kate - powtórzył swoją prośbę Stephen do królewskiego magika. - Natomiast co do Alfreda, niekiedy jakoś przedstawia się jako bóstwo - dorzucił.
- Miecze?! Bóstwo?! - zawołał zdumiony.
- Jakoś tak wyszło - Alfred przewrócił oczyma. - Jednak nie twoje, magiku… Jakby to… troszkę nie z tego świata… - Wzruszył ramionami.
Waelleos spoglądał na wszystkich, jakby go ktoś zdzielił w głowę. Wyglądał, jakby nie mógł tego poukładać, zaakceptować.
- O Mocy… - westchnął cicho.
- Przyznaj właściwie Waellosie, że wyprawa za Kate zapowiada się ciekawie, zaś towarzystwo wyborowe. Wprawdzie pewnie średnio dotyczy to mnie, ale panna Siobhan oraz Alfred niewątpliwie potrafią zapewnieć, że nie będziesz tęsknił za stolicą, zaś Miecze gwarantują jakie takie bezpieczeństwo - podkręcał magika wojownik.
Siobhan uniosła wysoko jedną brew i popatrzyła na Stephena ze zdziwieniem i lekką nutką niesmaku. Nie podzielała poglądu kuchennej dziewki co do przystojności Waellosa i wcale nie miała zamiaru pomagać mu w uśmieżaniu tęsknoty… Z resztą jaki w tym udział miał mieć Alfred? Czyżby Waellos nie wybrzydzał pomiędzy “strzałą, a kołczanem”, jak zwykło się mówić potocznie o tymże upodobaniu? Co ten Stephen gadał, najadł się czego, czy też król go otruł? A shay’se! (Przeklęła w myślach po swojemu, co pewnie w powszechniej rozumianym języku znaczyłoby coś brzydko pachnącego i mało urodziwego). Nie będzie się już bawić w te interesy pościelowe, o mało co nie straciła przez to życia, a coraz trudniej o dobrego opiekuna...
- W zasadzie to chodzi bardziej o nasze bezpieczeństwo i myślę, że o twoje także. Nekromanta pewnie będzie kąsał cały czas, zaś nie wiem, czy nie rozsądniej wyjść mu naprzeciw, a przede wszystkim upewnić się, czy Kate jest bezpieczna. - dyplomatycznie wyprowadziła temat na właściwe ścieżki.
- Ach! Oczywiście, że z wami wyruszę… jednak to jest nieco… niepokojące, że któl posyła swoje Miecze… - odparł Inkwizytor. - Miecze to nie byle kto.
- Mi też się nie podobają te typki spod ciemnej gwiazdy… - Siobhan wzdrygnęła się na samo wspomnienie ostatniego spotkania z Mieczami i drenażu umysłu, który jej wtedy zafundowali. -Ale królowi się podobno nie odmawia. To znaczy, nie możemy mu kazać się, za przeproszeniem, wypchać i posłać osobną wyprawę, skoro Stephen jest niejako w jego zaprzysiężonej służbie. Dobrze myślę?
- Ach… moja droga… - Alfred zaśmiał się cicho. - Jedynym, który może czytać w twoich myślach, jestem ja… Miecze raczej takiej zdolności nie posiadają. Podejrzewam, że to zwykły przesąd prostych umysłów. - Wyglądał na rozbawionego… w odróżnieniu do Waelleosa.
- Nie wolno tak mówić o królu… a na pewno nie w mojej obecności, więc prosiłbym, żeby panienka w przyszłości się powstrzymała. - Inkwizytor wstał z miejsca i ruszył do innej izby. - Podejrzewam, że wam spieszno, żeby odnaleźć młodą Kate… Zbiorę kilka najważniejszych rzeczy i możemy ruszać.
Siobhan nie przejęła się specjalnie ględzeniem starego maga, jednak Alfred przyprawiał ją o febryczne trzęsawki z nerwów. Pomyślała, że sam jest prosty jak faja Merlina i że nic nie wie o świecie. Dodatkowo chcąc mu dopiec (na wypadek, gdyby właśnie ją lustrował) pomyślała, że nie będzie słuchać morałów bożka, który żywi się gnatami jak byle kundel. O! Przeniosła wzrok na Stephena ucinając tym samym “dyskusję”. Starała się wyglądać przepraszająco i niewinnie. Wojownik nie czytał w końcu w jej myślach i marne szane, by ją przejżał, a wolała żyć z nim w przyjacielskich stosunkach.
- Przepraszam… - pisnęła cicho.
Alfred tylko westchnął cicho, kręcąc głową.

Gdyby spokojnie stojący przy owej wymianie zdań Stephen miał pojęcie, co myślała Siobhan, pewnie zrywałby boki. Skąd bowiem mogły jej przyjść do głowy takie kwestie, jak zaspokajanie cielesne, nie miałby pojęcia. Jeszcze właściwie ona mogłaby ze względy na paranie się nierządną profesją, ale Alfred? Jednak nawet ją wszak wojownik traktował zawsze z pełnym szacunkiem, jaki przystoi dziewczynie, dlatego po prostu powiedział Waellosowi, że przecież nie każdemu trafia się podróż, gdzie kompanami jest bóstwo oraz ładnej urody dziewczyna. Jednak ponieważ nie poznał jej myśli, stał uśmiechając się obok oraz zaprzeczając dopiero jej opinii, co do “wypchania się”. Wprawdzie Waellos wyprzedził go, ale rzekł od siebie potem jeszcze.
- Panno Siobhan, przepraszam iż założyłem jakoś automatycznie, że rusza pani także. Jeśli wolałaby pani jednak pójść inną drogą, słowo honoru, nie będę przymuszał, ani zachęcał - powiedział tym bardziej dobitnie, że taki niewinno - przepraszający obraz dziewczyny dawał jasno do zrozumienia, iż jest ona istotą niezwykle wrażliwą oraz taka, która mogłaby nie mieć ochoty na dalsze przygody. wprawdzie groziło jej tutaj pewnie niebezpieczeństwo, lecz właściwie, któż zgadłby, gdzie byłoby ono większe? Ech trudna sprawa stała przed nimi. - Jeszcze ponownie panią przepraszam, nie chciałbym nakłaniać oczywiście panią na coś, na co nie ma pani ochoty. Przyznaję bowiem, że chcę rozwiązać tą sprawę oraz sprowadzić Kate bezpieczną, bez polecenia królewskiego. Jak pani wie, sam bowiem zaproponowałem to Jego Wysokości. Wyprawą jednak rzeczywiście powinna kierować dobra wola oraz chęć uczestników. Rzecz jasna poradzimy sobie spokojnie, jeśli będzie trzeba, tylko zastanawiam się, czy nie wolałaby pani może pozostać na zamkowych terenach dla własnego bezpieczeństwa - zaproponował prosto. - Pewnie Waellos potrafiłby jakoś wprowadzić panią do służby zamkowej, ot chociazby kuchnia, gdzie już pani poznała kilka osób. Byłoby pewnikiem to bezpieczniejsze, niżeli siedzenie na terenie samego miasta - rzekł spoglądając pytająco do magika, ponieważ rzeczywiście widać było, że dziewczyna się średnio podniecała wyjazdem. Traktowała chyba to jako przymus, tymczasem nikt jej nie rozkazywał ani ruszać, ani trzymać się wojownika. Chciała: dobrze, nie chciała: drugie dobrze.
- Natomiast Waellosie, spokojnie oraz wiesz, dziękuję - dodał ucieszony decyzją magusa. - Jednak oczekujemy jeszcze na uzdrowiciela oraz Miecze, kimkolwiek oni są. Właściwie mógłbyś cokolwiek opowiedzieć, jaki to rodzaj wojska? Walczą mieczami chyba - domyślał się Stephen oceniając tamtych wedle miana, które im przysługiwało na terenie królestwa.
- Podejrzewam, że Renri będzie zachwycony perspektywą przyjęcia panny Esmeraldy - zapewnił mag, krzątając się w innym pomieszczeniu. - Zaś co do Mieczy… - Przerwał, a po chwili wrócił z workiem w rękach. - Tym razem muszę zabrać nieco więcej rzeczy - wyjaśnił. - A więc… - dodał, zniżając głos. - Miecze… oni tak naprawdę nie potrzebują broni. Oni sami są jak broń. Jak miecz. Miecz, który broni króla. Nikt już nie pamięta, skąd wziął się ten przydomek, jednak pozostał. Walczą niemal wszystkim. Zwykła drzazga w ich rękach może stać się śmiercionośną bronią. Żaden mag nie ma w starciu z Mieczem szans.
- Wiesz właściwie stamtąd, skad pochodzę, jest podobnie. Czarodziej nie dostoi wojownikowi, który zaatakuje go na bliskaodległość, ale jeśli magik miałby mozliwość przygotowania się oraz nieco dystansu, wtedy wojownik nawet nie mógłby pisnąć - rzekł Waellosowi, który powiedział coś, co wydawało się całkiem sensowne. - Natomiast panno Siobhan, jesli tak pani będzie chciała, podejdziemy kiedys po wyprawie do pani oraz skosztujemy steków czy ciasta, które pani przyżądzi, albo inne danie - uśmeichnął półgębkiem sie do dziewczyny wojownik.
Cyganka gdyby mogła, złapałaby się pewnie za głowę. Szaleju się najadł?
- Ja… Chętnie poczęstuję, ale wypadałoby najpierw żebym była “domna”, a nie “bez”. To znaczy, nie wiem, czy rozumiem… Ja nie chcę zostać w zamku w kuchni. Ja idę z wami, mogę się przydać, nawet jeżeli nie umiem walczyć drzazgą! - plątała się oglądając niepewnie na Alfreda, jak gdyby licząc na jego podpowiedzi u siebie “w głowie”. Nieświadomie zaczęła traktować go jak swoje własne sumienie -z jego wszystkimi przypadłościami. A gdyby się głębiej nad tym zastanowiła, pewnie stwierdziłaby, że nawet lubi tego gościa, pomimo, że para się tą całą obrzydliwą magią… Ale na szczęście nie zastanawiała się nad tym, a jedynie nad tym, co mówił do niej Stephen i czy nie podpowiedzieć delikatnie Waellosowi, że ona nie nazywa się Esmeralda. Poza tym ciekawił ją też ten nowy… Renri? Czy jak mu tam nadano… A może to ktoś stary, tylko zapomniała imię? Ten czerwonooki mutant był jakby taki trochę “Renri” jak na jej gust. Nie chciała jednak drażnić maga, chyba bardzo się przejął, że najchętniej kazałaby jego królowi się wypchać. To samo Stephen. Ludzie! Z kim ona tak w ogóle musi pracować?
Tymczasem Alfred robił bardzo uradowaną minę, podpierając brodę na rękach i spogladając to na Siobhan, to na Stephena z rozbawieniem.
- Ekhm… może już pójdziemy? - zaproponował. - Słyszę konie na zewnątrz - dodał, w odpowiedzi na pytające spojrzenie maga.
- Wobec tego pewnie prowadzą je wspomniani Miecze oraz uzdrowiciel -mruknął właśnie ucieszony wspomnianym faktem Stephen, który także miał ochotę działać. Liczył na to, że konie będą miał w jukach odpowiedni opierunek oraz potrzebne rzeczy, co obiecał przecież sam władca Celltown.
Kiedy wyszli na zewnątrz, zobaczyli osiem koni, w tym na czterech ktoś siedział, trzymając wodze kolejnego zwierzęcia. Byli to trzej Miecze i jeden skulony chłopak.
Miecz siedzący na koniu, najbliżej drzwi, zeskoczył i spojrzał na Waelleosa.
- Król prosi o wiadomość, czy wyruszasz, Inkwizytorze Shadobow – powiedział na „dzień dobry”.
- Wyruszam – skinął głową mag, odbierając wodze jednego z koni.
I w sumie z tym jednym słowem pożegnali się z Celltown.
 
Kelly jest offline  
Stary 29-01-2014, 00:21   #10
 
Kelly's Avatar
 
Konie były osiodłane i gotowe do drogi. Po krótkim przeglądzie, każdy znalazł w jukach nieco prowiantu, bukłak z wodą i kilka monet. Okazało się, że ów skulony (z powodu Mieczy, jak się domyślali) chłopak, to nie kto inny, ale Jack, uzdrowiciel, którego mieli okazję poznać przy okazji pokonania Meheliosa.
Postanowili wyjechać od razu. Miecz, który „rozmawiał” z Waelleosem, zniknął, za to pozostało jego dwóch pobratymców, kompanów, czy jak ich tam zowią...
No więc, w składzie Siobhan, Stephen, Waelleos, Jack, Alfred i dwa Miecze, wyruszyli w drogę. Alfred, ku zdumieniu Inkwizytora, przed wyjściem z jego domu, ponownie przemienił się w psa, demonstrując swoje umiejętności.
- Jak pojedziecie za mną, szybko ją znajdziemy – przekazał Stephenowi w myślach Alfred, jednak zanim młodzieniec zdążył cokolwiek zrobić, ktoś zagrodził im drogę.
- Ach! Ach! Jesteście! – zawołał bosy człowieczek, przestępując z nogi na nogę, kiedy się zatrzymywali.
Czarny pies, który biegł przodem również się zatrzymał. Usiadł przy nieznajomym i kręcił łbem, zakrywając pysk łapą. Kiedy Siobhan zerknęła na Inkwizytora, który jechał za nią, zauważyła, że zbladł.
- No, bo czekałem na was! Coby pomóc! – zawołał nieznajomy.
W powietrzu dało się czuć dziwne drżenie, jak wtedy, kiedy ktoś rzucał czary, albo jak na początku, kiedy pojawiła się Wieża...
- Czy mamy przyjemność z... – Waelleos zaczął, jednak przerwał, wyraźnie bojąc się dokończyć pytanie.
- Tak, tak! To ja! Głupcem mnie nazywacie... to trochę niemiłe... chociaż mniejsza z tym! No więc! Pojedziecie prosto w tamtym kierunku! – zawołał, wskazując w las. - Tylko dokładnie tak! – powtórzył.
Jack rozkaszlał się nagle, wytrzeszczając oczy na człowieczka. Waelleos jęknął cicho, a pies zaskomlał. Miecze pozostali niewzruszeni.
- Przepraszam jednak - odezwał sie grzecznie Stephen - Ale stanowczo tak pana nie nazywam. Przecież nawet pana nie znam, niby dlaczego miałbym tak pana nazywać? Rzeczywiście bowiem to nieco niemiłe - przyznał mężczyźnie rację. Bowiem faktycznie chłop był chyba pechowcem, jeśli inni wyzłośliwiali się tak na jego temat. Przykre właściwe, bowiem pojawiający się nieznajomy miał jakąś aurę wyraźnej charyzmy, która wręcz wymuszała jakiś szacunek oraz powagę. - Natomiast dlaczego mamy tam właśnie jechać? Pewnie Jego Jasność przekazuje przez pana jakieś nowe wiadomości - domyślił się całkiem zadowolony. Bowiem wszak Alfred sam przyznawał, że akurat pomimo swojej pozycji boskiej, ma ograniczone mozliwości na planie Celltown.
- Ciśś… - usłyszał za sobą ostrzegawcze, jednak było już za późno…
- Ach! Ach! Jaki miły młodzieniec! - zawołał nieznajomy. - Jeśli chcesz, mogę ciebie pobłogosławić!
- Nie! - zawołał Waelleos. - Eee… znaczy się… oni nie są z tego świata, więc nie wiemy, czy to im nie zaszkodzi… - wyjaśnił. - Ogólnie to my, magowie podlegamy pod Moc i Arcykapłanów… ale dziękujemy pięknie za pomoc!
- Ach… ach… no tak… - zasmucił się Głupiec. - W takim razie ja już sobie pójdę… - I ruszył w swoją stronę… jednak po kilku krokach wpadł w kretowisko i padł na ziemię, z której zaczął się zbierać.
- Dlaczego … może trzeba pomóc - spytał odruchowo na uciszanie oraz dostrzegając upadek biedaka. Pewnie był kapłanem, skoro chciał ofiarować błogosławieństwo. Waellos jednak odprawił go dziękując uprzejmie, pewnie miał powody, dlatego nie ruszył się bez aprobaty magika. Ale jakoś Stephenowi uśmiech sam wpełzł na usta, taki życzliwy na zasadzie: trzymaj się facet! oraz posłał go ku odchodzącemu człowiekowi.
Kiedy nieznajomy zebrał się z ziemi, rozejrzał się dokoła, po czył złapał za głowę, wskazał jakiś kierunek i zrobił krok… po którym rozpłynął się w powietrzu. Magowie odetchnęli z ulgą.
- To był Głupiec. Jeden bogów… chyba… czeka nas coś… ekhm… interesującego - spróbował wyjaśnić Waelleos. - No dobrze. Ruszajmy więc!
Alfred, chcąc niechcąc, ruszyl we wskazanym kierunku, węsząc intensywnie i rozglądając się dokoła.
Siobhan wmurowało i stwierdziła, że najlepiej będzie jak się zamknie, zanim znowu kogoś urazi. Wszelkie wątpliwości zostawiała dla siebie w nadziei, że ktoś sam prędzej czy później jej wszystko wyjaśni.
Celltown znajdowało się na sporym polu, na w miarę równej przestrzeni. W promieniu kilometra od murów miasta nie było ani jednego krzaczka… jednak im dalej, tym roślinności było więcej i więcej… i tak oto znaleźli się w gęstym lesie i manej ścieżynce, którą musieli jechać gęsiego. Juczne konie, prowadzili Jack i Siobhan (przywiązany był do jej siodła, więc nie mieli wyboru). Zwierzęta szły spokojnie, od czasu do czasu zerkając w stronę przemienionego Alfreda, jakby wyczuwały zagrożenie.
- Coś się przed nami dzieje - poinformował Stephena i Siobhan w myślach Alfred, wybiagając jednocześnie przed grupę.
- Ktoś tam jest - poinformował jednocześnie jeden z Mieczy, ruszając za psem.
Reszta grupy podążyła za nimi nieco wolniej. Kiedy wyjechali za linię drzew, dostrzegli wzburzone (z niewiadomych przyczyn, hehe) jezioro. A nad jeziorem dwójkę jegomościów. Jeden był odziany od pasa w górę, drugi od pasa w dół…
Po chwili Stephen ich rozpoznał. To byli ci dziwni jegomoście, którzy poprzedniego dnia zmierzali w stronę zamku w towarzystwie Alfreda… a co do niego, leżał na ziemi, zakrywając łeb łapami, jakby ziściły się jego najstraszliwsze koszmary…

Tymczasem grupa podróżników ścigających biedną Kate nadjeżdżała nie spoidziewając się owej dwójki. Ich widok stanowił dla nowoprzyjętego gwardzisty widok zaiste dziwny oraz średnio średni. Chyba jednak, że to inni, bowiem tamtą dwójkę spotkał na ulicach stolicy jedynie przez chwilę.
- Alfred popatrz, ale jaja - wyrwało mu się - albo bardzo podobni, albo spotkałeś właśnie ponownie swoich ulubieńców. Cieszysz się, czy wkurzasz? - spytał swojego towarzysza wyjasniając jednocześnie reszcie skąd zna ową niezwykłą parkę kolesi.
Pies jednak nie zareagował inaczej, niż burknięciem, w dalszym ciągu nie odsłaniając pyska.
-Czyli wkurzasz, pojmuję cię, stary
Podumał moment.
- Cóż jedźmy, kij wie co tutaj robią, ale co nas to obchodzi, tak samo mają pewnie jakieś swoje sprawy - stwierdził rzucając innym kompanom, bowiem własciwie jaka kwestia, ze spotkali jakichś znajomych nieco osobników? Trzeba jakoś przejechać obok oraz ruszyć za panną Kate.
- Byle szybko i byle się nie zorientowali… - usłyszał w głowie.
- Wobec tego jedziemy, postarajcie się do nich nie odzwywać oraz nie reagować na ewentualne zaczepki. Jak zwyczajnie na obcych ludzi, trzeba się minąć, tylko minąć nic więcej nie robiąc, potem wam wyjaśnimy - powiedział cicho wojownik oraz ruszył dając lekko koniowi ostrogę.
- Dlaczego? - zapytał Jack, który podjechał obok Inkwizytora.
- Owi osobnicy nie są całkiem przewidywalni - wyjaśnił uzdrowicielowi.
W tym momencie jeden z nich zagwizdał na Alfreda, który jednak unikał go jak mógł.
- Nie podobają mi się. Jak słowo daję, jeszcze jeden głupi ruch z ich strony, a rzucę w nich kamieniem. Prosto w klejnoty. - Siobhan postanowiła, że może i Alfred jest irytujący, ale jest przede wszystkim jej piesem, którego skrzywdzić nie da. Ot, dziwna kobieca logika podróżująca własnymi ścieżkami.

* * *

Sachim stał i przyglądał się zdziwiony po czym ukłonił się złapał swojego nowopoznałego przyjaciela za resztki ubrań i ruszył dalej. Guzik go obchodzą Ci ludzie najpierw gacie!
Czarodziej przyglądał się uważnie dziwnym wojakom. Miał dziwne wrażenie… tak, z całą pewnością
- Ee...Słuchaj, sądzę że powinniśmy uważać, pamiętasz tych narwanych kastratów, którzy ścigali nas po mieście, kiedy spowodowałeś alarm? Cóż, to są właśnie Oni, mimo iż głosy mają piszczące to jednak, cóż… Mają inne miecze, ale sprawne. - Powiedział półszeptem.
- Ciiicho głąbie - mruknął szeptem
- Kaaastracja! - wtrącił się szybko z szerokim uśmiechem na ustach
- Jaka kastracja znowu? Idź psa wykastruj a nie mi tu o kastracji pierniczysz jak Ci się nudzi. - dodał spoglądając na wojownika.
- Wieża mówi, że macie do nich dołączyć - powiedziała niespodziewanie Aerie.
- P..pp...pies! PIES! Pies! Uwielbiam psy! Psy są kochane, kochane jak pokojówki i prostytutki! Każdy kocha psy! Psy są wspaniałe, jak chcę tego psa! - Jego oczy niemal zabłysneły
- *gwizd* no chodź, psina, psina, chodź, chodź, chodź do Pana!
Jeźdźcy zbliżyli się, jednak pies pozostawał z tyłu, jakby celowo uich unikał. A chyba żeden pies by się tak nie zachowywał? I po co zabierać psa? Przecież nie nadąży za koniami.
- Ej strażniku gdzie ta pokraka bożek? - odparł w stronę jeźdźca - mam do niego interes i nawet nie będę za mocno z niego kpił
- Prosta kwestia, szanowny panie -odpowiedział wymuszenie miło wojownik pytającej osobie - jak sam wspomniałeś, masz na myśli bóstwo, pewnie więc poproś go uprzejmie, może ci się pojawi oraz spełni twoje prośby dając kpić ze swojej osoby niezbyt mocno. Jednak jeśli uważasz inaczej, nic doradzić nie potrafię tobie.
- Głupi pies, nie słucha mnie! - poskarżył się, po czym spojrzał na przybyłego strażnika
- Hej, hej! To nie jest ten strażnik, którego spotkaliśmy w mieście? Ten… Jak On to nazwał? Argh! Ty, strażniku! Przypomni mi, jak się wtedy nazwałeś! - rzucił w jego stronę poważnie. Strażnik jednak po prostu przejechał obok, jakby zamyślony nie dosłyszął pytania.
- Chwila moment z tego co wiem to ten dureń chciał, żebym mu pomógł i jeszcze narobił mi bigosu u mojego bóstwa więc niech łaskawie pokaże swoje jajca i dojdziemy do porozumienia a jak nie to niech się użera z Wieżą. - Spojrzał na Revildera - Hańba pies Cię olewa. - dodał śmiejąc się.
Jednak grupa pojechała dalej, nie zważając na dwójkę półnagich mężczyzn… pies pognał przodem do wioski, gdzie oni pojechali kłusem.
 
Kelly jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168