lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji z działu Fantasy (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-fantasy/)
-   -   [Autorski] Arkadia: Krwawy Skarb (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-fantasy/14195-autorski-arkadia-krwawy-skarb.html)

Kerm 30-07-2014 23:29

- To co teraz? - zapytał Vlad, podchodząc do włamywacza. - Poza tym, po co ci byli mali złodziejaszkowie? Czy oni nie są za nisko w hierarchii?
- Mogli kogoś znać, pracować dla kogoś. A my, cóż, poczekamy na kogoś chętniejszego do rozmów - odparł Roger. - Albo poszukamy. Na takim targu powinno być złodziei jak mrówek.
- A ja jestem doskonałym celem? Mogłeś uprzedzić - powiedział urażony Maavrel. - Ale w sumie racja… ciekawe tylko, dlaczego uciekli.
W miarę jak zagłębiali się w ludzką masę, coraz trudniej było utrzymać się razem. Co dziwne, im głębiej w targ, tym mniej było małych złodziejaszków. Czyżby tutaj robotę przejęli starsi koledzy? Nie, przecież to nie miało sensu… małemu łatwiej porwać coś ze stoiska i zniknąć w tłumie.
Nagle tłum zaczął rzednąć. Ludzi było coraz to mniej i mniej. Stragany też jakoś rzadziej rozstawione, a wystawione rzeczy były podejrzanie przecenione.
- Dziwne… - mruknął pod nosem Vlad. - Przepraszam! - Lord najwyraźniej postanowił sam się dowiedzieć, o co chodzi, zagadując jakiegoś handlarza.
Tymczasem Roger z racji musu postawił na obserwację. Szybko namierzył miejsce, gdzie było najmniej ludzi. Obok stoiska z warzywami i owocami. Przeróżnymi, również egzotycznymi, jakich nazwy włamywacz w życiu nie mógłby wymówić. Coś więc było nie tak z egzotyką? Nie… w sumie można było wysnuć nieśmiałe przypuszczenie, że chodziło raczej o “osobę”, która sprzedawała owe cuda. Zielonej skóry nie można było przeoczyć, a broda nawet z daleka wyglądała na krzywo doczepioną.
- No prosz... - mruknął z przekąsem Roger. - Przybysz zza sinych mórz, albo z podziemnych światów.
Podszedł do straganu.
- Skąd cię prowadzą bogowie, cudzoziemcze? - spytał, przy czym to ostatnie słowo miało nieco ironicznie zabarwienie.
Z bliska “handlarz” wyglądał jeszcze gorzej. Chwila… czy spod tej ohydnej brody, która nieustannie się ruszała, właśnie wystaje macka??? Lord Maavrel przezornie został z tyłu, usiłując dalej rozmawiać z kupcem.
- Com? - zapytał, nieco ccmkając stwór. - Jam tutejszym. Coś podać? - zapytał, wskazując trójpalczastą łapą na warzywa i owoce. - Mamym pysznem ziemniakim - pochwalił, wskazując cebulę.
- Tutejszy? Ciekawe. Skąd masz więc tę piękną zieloną opaleniznę? - spytał Roger. - I, tak na marginesie, to cebula, a nie ziemniak.
Broda niebezpiecznie zafalowała i coś mówiło włamywaczowi, że lepiej nie drażnić tego pozornie nieogarniętego… cosia.
- Poprosimy kilka jabłek - powiedział pospiesznie Vlad, niemal podbiegając.
- Mnie akurat jabłka nie interesują - powiedział Roger, z pewnym zainteresowaniem przypatrując się towarowi, jaki znajdował się na straganie. - Mnie by interesowała piłka do metalu. Taka malutka. - Pokazał palcami wielkość. - Albo mikstura, która by przegryzła stal.
- Można tu gdzieś coś takiego znaleźć? - zwrócił się do kupca, z którym poprzednio rozmawiał Vlad.
Jedyną reakcją zielonego cosia na odejście Rogera, było rzucenie mu spojrzenia spode łba. Kupiec, z którym wcześniej rozmawiał Vlad, wyglądał na nieco wystraszonego.
- Nie wiem - odparł pospiesznie. - Na pewno nie tu! Proszę iść.
- Jak nie tu, to gdzie? - mruknął Roger. - W tym mieście nikt nic nie wie. To może jest gdzieś ktoś, kto udzieli odpowiedzi na jakieś pytania?
- Gdzie indziej. Proszę odejść, nie rozmawiam z panem! - zawołał, wyraźnie wystraszony.
- Chodźmy więc - powiedział do Vlada zniechęcony Roger. - Musimy gdzie indziej znaleźć miejsce, gdzie można wydać pieniądze.
Lord zapłacił zielonemu kupcowi kilka monet i z nietęgą miną odebrał kilka pomidorów, całych w jakimś szlamie, po czym czym prędzej udał się byle dalej.
- Tak, chodźmy - dodał Vlad, idąc szybkim krokiem. - Wszyscy się go tutaj boją - dodał, kiedy się oddalili. - Mówią, że to nie człowiek i ciężko im nie wierzyć na słowo. Ponoć bardzo niebezpieczna osoba, z którą walczy całe podziemie. Nie rozumiem tego.
- W ostateczności i jego wiedza mogłaby się nam przydać - powiedział Roger. - Ale skoro jest w konflikcie ze wszystkimi, to lepiej trzymać się od niego z daleka.
- Nie jestem pewien, czy on cokolwiek wie… - westchnął lord, rozglądając się z ponurą miną.
Szybko znaleźli stragan, który odpowiadał kryteriom włamywacza. A w sumie to stragan znalazł ich.
- Panowie szukają czegoś… konkretnego - stwierdził zakapturzony nieznajomy, odchylając połę płaszcza. Widniało tam całkiem sporo małych fiolek. - Panowie pozwolą za mną. - Nieznajomy ruszył przodem, nie oglądając się za siebie. Zdumiony Vlad zerknął na Rogera, niepewny, co robić.
- Idziemy - potwierdził Roger, kierując te słowa bardziej w stronę Vlada, niż nieznajomego, oferującego różne ciekawe rzeczy.
Zmierzali w stronę centrum targu, ledwie nadążając za przewodnikiem, który zdawał się być częścią masy, tego niezwykłego organizmu, jakim był targ. W ścisku ledwie dali radę iść.
- Panowie - odezwał się ktoś z boku. Był to ów zakapturzony. - Tędy.
Wszedł do budyneczku, którym okazała się karczma. Zadymione pomieszczenie było pełne, jednak oni nie zamierzali siadać. Poszli dalej, trawieni coraz większym niepokojem. Kiedy, wchodząc do wąskiego przejścia, Roger zdecydował się sięgnąć po ukrytą broń, okazało się, że nigdzie jej nie ma. W tym momencie drzwi za nimi zatrzasnęły się z łoskotem.
- Dalej, panowie - powiedział głos z ciemności.
- Nie podoba mi się to - jęknął cicho Vlad.
Rogerowi też się to nie podobało, ale cóż miał zrobić. Bez wątpienia znaleźli się w miejscu, gdzie mogli zdobyć pożądane informacje. Pytanie tylko, co mogło się stać jeszcze.
- Jako że drzwi są już zamknięte, to może by tak, dla odmiany, trochę światła? - zaproponował.
- Za mną - powtórzył głos z ciemności.
W tym momencie rozległ się cichu pisk, jakby myszy? Lord Maavrel chwycił Rogera pod ramię i pociągnął głębiej. Widać jego nietoperzy chowaniec okazał się bardziej niż przydatny.
- Schody - powiedział cicho.
Rzeczywiście, po chwili zaczęły się stopnie w dół. Kolejne przejście, kolejny zakręt i cholerne schody w dół. Włamywacz nie miał pojęcia, ile tak schodzili, ale zaczął podejrzewać, że wdrapanie się na górę będzie bardziej, niż męczące. Po dłuższej chwili ujrzeli przysłowiowe światełko w tunelu.
- Jesteśmy na miejscu - powiedział ich przewodnik.
Kiedy weszli do sali, okazało się, że została wykuta w kamieniu - albo że to zaadaptowana jaskinia. W cieniach czaiło się sporo osób, a ja środku ustawiono dwa krzesła.
- Siadajcie, panowie - odezwał się inny głos z ciemności.
- Dziękuję bardzo - powiedział Roger. Poprawił nieco krzesło, a potem usiadł. - Aż takie ceregiele nie były potrzebne - powiedział.
Vlad również zajął miejsce, biorąc przykład z towarzysza.
- Były potrzebne - odparł kolejny głos z ciemności. - Widać, że jesteś z branży, jednak twój pan nie jest. Jesteście na naszym terenie. Czego tu szukacie?
- Kogo - poprawił go Roger. - Słyszeliśmy o pewnej śmiałej kradzieży. Nieudanej ponoć. W Celltown.
- Wieści szybko się rozchodzą. Jednak czego oczekujecie? - zapytał inny głos.
- Chcielibyśmy porozmawiać z tą osobą - odparł Roger. - A jestem pewien, że wiecie, gdzie można ją spotkać.
- Jest to niemożliwe - odpowiedział pierwszy głos.
- Dlaczego niby?! - Vlad aż zerwał się z miejsca.
I wtedy rozpętało się piekło. Coś poleciało w stronę lorda, jednak ten zasłonił się połą peleryny. Na ziemię spadło coś ciężkiego, kamień, jak Roger się domyślił. Jednak ów nieznaczący atak pociągnął za sobą nieco nieprzyjemne konsekwencje. Vlad, zazwyczaj spokojny człowiek, zaklął pod nosem i pchnął gwałtownie rękoma.
Włamywacz zdążył zapomnieć, że Maavrelowie władają magią, jednak silny podmuch, który zwalił go z krzesła, z całą pewnością przypomniał o tym szczególiku. Oczywiście ta akcja wywołała reakcję pośród członków podziemia, którzy z okrzykami rzucili się do boju.
- Niech was diabli! - wrzasnął Roger, zrywając się z ziemi i kierując w stronę mroku. A dokładniej - braku światła. - Uspokójcie się! Przyszliśmy rozmawiać! Spokój!
Niestety było już za późno na rozmowy. W jaskini rozpętał się huragan, który miotał przedmiotami i tymi, którzy nie zdążyli się niczego złapać. Przez Rogera ktoś się przeturlał. Niespodziewanie wszystko ucichło jak cięte nożem.
- Gdzie ona jest? - pytanie lorda Maavrela w ciszy, która zapadła, zabrzmiało niczym krzyk. Rozległo się kilka jęków, czyjeś skomlenie.
- Vlad Maavrel w końcu zaczął szukać swojej córki? - zapytał zupełnie nowy głos - wyzuty z emocji, zimny głos.
- Kim…?
- Zapraszam do mojego gabinetu. Porozmawiamy na osobności. - Zabrzmiało to jak polecenie, chociaż nieznajomy w ogóle nie zmieniał tonu głosu.
Roger w końcu jakoś stanął na nogi. Vlad trwał w miejscu, a z drugiej strony sali stał brodaty mężczyzna z opaską zasłaniającą jedno oko.
- Nie “w końcu”, jeśli się orientuję - ze średnią uprzejmością w głosie sprostował (w imieniu Vlada) Roger. - Ale powinien pan z nim porozmawiać, Vlad.
- Proszę posłuchać swojego towarzysza, lordzie Maavrel - powtórzył nieznajomy. Nagle otworzyło się kolejne przejście, jasny prostokąt pośród cieni. - Zapraszam.
Ponownie rozległ się pisk nietoperza i Vlad ruszył pewnym krokiem przed siebie. Całą grupką przeszli oświetlonym korytarzem do kolejnej sali, gdzie przez kolejne drzwi i kolejny korytarzyk do małego pokoju, w którym stało proste biurko i kilka krzeseł. Nie wyglądało to na siedzibę szefa szajki, jednak czego mogli się spodziewać.
Nieznajomy jegomość usiadł za stołem jako pierwszy i sięgnął po przygotowaną karafkę. Rozlał ciemnego w świetle świec płynu do kubków i jako pierwszy pociągnął łyk. Lord Maavrel dalej stał, zaciskając nerwowo pięści.
- Gdzie ona jest? - wycedził słowa wyraźnie zdenerwowany.
W sumie Roger nie miał pojęcia, co może siedzieć w głowie szlachcica. Córka, którą praktycznie uznał za martwą, nagle, po tylu latach pojawia się w sąsiednim królestwie, napada na pałac królewski i ucieka. Jak najbardziej żywa i jak najbardziej wyjęta spod prawa.
- W nocy miałeś okazję ją spotkać - odparł rozbawiony jegomość. - Liczyłem, że nastąpi jakaś ckliwa scenka, a ona nawet ciebie nie rozpoznała. Przypomnij mi, co krzyknęła, zanim rzuciła się do ucieczki?
Powietrze w pomieszczeniu jakby zgęstniało.
- W nocy? - spytał zaskoczony Roger, któremu najwyraźniej nie dopisała pamięć.
- Nasz drogi lord usiłował na własną rękę odnaleźć Lysę. Cóż… udało się, jednak ukochana córeczka uciekła z krzy…
- Dosyć - warknął Vlad. - Gadaj, gdzie ona jest.
- Nie, mości lordzie. Nie powiem - poszedł w zaparte mężczyzna. - Tak się składa, że pańska córka jest mi coś winna. Co więcej, takie informacje kosztują.
- Nie pogrywaj ze mną.
- Jesteśmy głęboko pod ziemią. Tamten huragan, który raczył pan wywołać nieco naruszył filary, z czego zresztą doskonale zdaje sobie pan sprawę. Jeszcze jedno podobne użycie pańskiej magii i wszyscy zostaniemy tu pogrzebani. - Obojętność, chłód z jakim ten człowiek mówił, zdawał się wysysać resztki ciepła z pomieszczenia.
- No to znajdziemy się w dobrym towarzystwie - stwierdził Roger. - A może raczej należałoby powiedzieć “interesującym” - poprawił się. - A człowiek żyje ponoć tak długo, jak to zapisano w księgach przeznaczenia. Ale zanim sobie zrobimy ten przytulny grobowiec, to może powiesz, jakie to niby zobowiązania ciążą na dziewczynie.
- Uratowałem ją i wyszkoliłem. Sam, osobiście, zanim jeszcze się dowiedziałem, kim jest - odparł. - Gdybym jej nie przygarnął, umarłaby z głodu, albo wzięliby ją do burdelu. Zapewniłem jej rozwój.
Vlada zatkało. Stał nie odzywając się, tylko patrząc na obcego mężczyznę, który nie wiadomo, czy mówi prawdę.
- A z czyich to rąk ją pan uratował? - spytał Roger. - I kiedy się pan dowiedział, czyją jest córką? Możemy się dowiedzieć?
- I gdzie ona jest - dodał ponuro Vlad.
- Widzieliście panowie może dzieci na ulicach? - zapytał nieznajomy. - Jest ich cała masa. Kradną, żeby przeżyć, przymierają głodem, niektóre nie dają rady. Jeśli trafi tam dziecko, które nie urodziło się na ulicy, ma marne szanse na przetrwanie. Nie potrafi kraść, a więc nie będzie jeść.
- Uratowałem i wyszkoliłem - powtórzył z ironią Roger. - A czy już czasem nie odpracowała tego wkładu dziesięciokrotnie? A poza tym, wystarczyło ją odwieźć do domu. Nie trzeba było męczyć się z jej edukacją.
- To. - Mężczyzna wskazał na dwie równoległe blizny biegnące od szczęki do lewego oka skrytego za przepaską. - Oraz poświęcenie swoich ideałów dla ratowania tego dzieciaka. Trzy lata temu umożliwiłem jej ucieczkę z tego miasta, co przysporzyło mi sporej ilości problemów. - Spojrzał na Rogera zimno. - Powiedz, złodziejaszku. Ile osób już zabiłeś? Pamiętasz pierwszego…?
- Czego chcesz? - przerwał mu Vlad.
Pan tego podziemia zerknął na lorda uprzejmie.
- Chcę wyeliminowania pewnej niebezpiecznej osoby - odparł.
- Już nie pamiętam - odparł Roger. - To było dość dawno temu. Stale nie wiem, czemu po prostu nie odesłałeś jej do domu, skoro wiedziałeś, z kim masz do czynienia. Bo nie sądzę, byś nagle, w tej chwili, doznał olśnienia. Ale, jak rozumiem, to jest niewygodny temat. O kogo zatem chodzi, skoro twoi ludzie nie są w stanie poradzić sobie z tą osobą?
- Dokładnie. Wiedziałeś, że otrzymasz nagrodę, jeśli tylko dałbyś informację o mojej córce - dorzucił Vlad.
- O tym, że Lysa jest z Maavrelów, dowiedziałem się ledwie dwa lata temu - odparł mężczyzna. - Tak się składa, że miałem tu wystarczająco dużo problemów, żeby nie mieć czasu na zajęcie się pańską córką, która była nie wiadomo gdzie.
- A skąd się dowiedziałeś, jeśli można spytać? - zapytał Roger.
- Torturowałem mojego poprzednika tak długo, aż wyjawił, dlaczego chciał ją zabić.
- A dlaczego ją chciał zabić? - spytał obojętnym tonem Roger.
- Imperium - odparł mężczyzna, wzruszając ramionami. - Myślę, że nasz drogi lord wie, o co chodzi.
Vlad mruknął coś wściekły pod nosem, po czym warknął do nieznajomego:
- Gdzie ona jest?
- A więc wracamy do punktu wyjścia - podsumował ich rozmówca. - Nie mam pojęcia. Ma wykonać dla mnie pewne zadanie.
- Dobrze… więc każesz jej wykonywać je samej? - zapytał zimno Vlad.
- Tak, dokładnie.
- Wypuść go - zażądał lord.
Mężczyzna spojrzał na niego zdumiony, jednak nawet nie usiłował udawać, że nie wie, o co chodzi. Vlad przemierzył pokoik, jednak nieznajomy nie pozwolił mu podejść za biurko.
- A więc jednak. - Uniósł dłoń, zatrzymując lorda. - Wypu… nie… sprzedam klucz do klatki.
Vlad bez słowa zaczął wyciągać mieszek z pieniędzmi.
Roger nie miał pojęcia, co się dzieje. Nie mógł się nawet tego domyślić, zanim nieznajomy wyciągnął zza biurka klatkę z małym stworzonkiem zwisającym z żerdzi. Nietoperz… chowaniec córki lorda?
- Czemu w klatce? - spytał Roger, przyzwyczajony do tego, że nietoperze Maavrelów są przywiązane psychicznie, a nie fizycznie.
- Bo inaczej poleciałby do Lysy - odpowiedział Vlad, wyraźnie zdenerwowany.
- I wtedy ona mogłaby uciec bez wykonywania zadania - dodał mężczyzna.
Mały nietoperek w klatce cały czas spał, nieświadom, co się dzieje dookoła. Lord położył sakiewkę na stole i bez pytania sięgnął po klucz. Ich gospodarz nie protestował. Po chwili Vlad delikatnie wyciągnął chowańca z klatki i wsadził do kieszonki na piersi, w której do tej pory przesiadywała jego nietoperzyca.
- Idziemy - zarządził, ruszając w stronę drzwi.
- A więc nie jesteś ciekaw, gdzie jest twoja córka? - zapytał zaciekawiony mężczyzna.
- Z chowańcem bez problemu ją znajdę.
- Dostał zioła nasenne. Nie obudzi się za szybko, a Lysa… jeśli jej się nie udało, może być w sporym niebezpieczeństwie. - Głos mężczyzny dalej był wyzuty ze wszelkich emocji.
Roger chwilowo postanowił nie włączać się do dyskusji, żeby czasem nie zaognić sytuacji..
Miał tylko nadzieję, że Theodio również śpi...
- Jak bogów kocham. Za chwilę ciebie zabiję, znajdę jakiegoś nekromantę, każę z twojego umysłu wyciągnąć informacje, później ponownie zabiję, zabiję nekromantę i wszystkich, którzy staną mi na drodze.
- Dlaczego tak nerwowo? Wystarczy spełnić moją prośbę i Lysa sama się znajdzie.
- Najwyraźniej owa prośba nie jest taka prosta, skoro nie potrafisz sobie z tym sam poradzić - wtrącił się Roger. - Poza tym to nie prośba, tylko zwykły szantaż.
- Wolę określenie prośba. Wiem, że widzieliście już zielonoskórego dziwaka. Zadaniem Lysy było dowiedzenie się więcej o nim. Głupia nie chciała podjąć się zabicia go. - Westchnął, kręcąc głową. - Chodzi mi oczywiście o zabicie tego czegoś. Ty, lordzie, nie powinieneś mieć oporów. Szczególnie teraz.
- Idź do Diabła - warknął Vlad, wychodząc.
Roger, nie fatygując się powiedzeniem “Do zobaczenia”, wyszedł za lordem.

Wydostanie się na powierzchnię okazało się nieco trudniejsze. Ich “przewodnik” czekał w sali i bez słowa nakazał iść za sobą. Problemem okazały się wszystkie te stopnie, po których lord najzwyczajniej kondycyjnie nie dawał rady wejść. W prawdzie usiłował nie dać po sobie tego poznać…
Po wyjściu na powierzchnię priorytetem było znalezienie odpowiedniejszego miejsca na odpoczynek. Okazała się nim inna karczma, niż ta z przejściem do podziemia.
- Co robimy? - spytał Roger, gdy znaleźli się daleko od ciekawskich uszu.
- Idę po moją córkę - odparł lord.
- Dokąd? W tej chwili?
- Chociażby w tej chwili! - oznajmił, wstając. - Nie pozwolę, żeby jakiś złodziejaszek bawił się jej życiem!
- A nie lepiej troszkę odpocząć? Coś zjeść, wypić? Ale możemy iść.
Vlad rzucił Rogerowi posępne spojrzenie i ruszył do wyjścia. Włamywacz ledwie mógł za nim nadążyć, kiedy lord przemierzał ulice. Ludzie, jakby wyczuwali zagrożenie i usuwali mu się z drogi. Tak dotarli na targ, gdzie z racji tłoku, musieli zwolnić. Do miejsca, gdzie miał stoisko zielonolicy kupiec przyszli jednak za późno. Minęło zaledwie parę godzin odkąd byli tutaj rano, jednak stoisko było zamknięte.
Lord podszedł do najbliższego kupca i pokazał srebrną monetę:
- Gdzie on jest?
- J-ja… - Zapytany mężczyzna rozejrzał się niespokojnie.
- Gdzie?! - Vlad wyraźnie stracił cierpliwość.
- Jakiś problem? Nikogo tu nie ma - wtrącił się Roger.
- No właśnie - przytaknął lord, chwytając kupca. - Gdzie go znajdę?
- P-panie - jęknął mężczyzna, więc Vlad nieco nim potrząsnął. - P-pewnie w-w-w jego r-re-zydencji! - Lord puścił nieszczęśnika, jednak to wcale nie był koniec.
- W którą stronę?
- Mogę panów zaprowadzić - odezwał się kobiecy głos za ich plecami. Była to wysoka, blondwłosa kobieta w szkarłatnej kreacji, a w rękach trzymała kosz kwiatów, które nie tak dawno wywołały u młodego hrabiego oczopląsu.
- Chodźmy więc - zaproponował Roger. - Zapłacimy za kwiaty - dodał.
- Ach, dwóch panów na mnie jedną? - Zerknęła na nich figlarnie. - Zazwyczaj to chłopi tak robią, a nie szlachta. Szlachta woli wynająć kilka dziewcząt, ale ja rozumiem.
- Bez żartów, jeśli łaska - powiedział Roger. - Zaprowadź nas do tej rezydencji.
- Wieczorem, panowie - odparła.
- Teraz - poprawił ją lord, sięgając po sakiewkę, jednak nie było jej na miejscu. Przeklął pod nosem.
Roger wyciągnął z kieszeni sztukę złota i podał dziewczynie. Miał nadzieję, że mimo wzystko Vlad okaże się wypłacalny.
- Ach - ucieszyła się i wyjęła z koszyka jeden ze swoich kwiatów, po czym podała go włamywaczowi. - Proszę za mną - rzuciła, chowając skrzętnie monetę.
Szli dość długo, a im bliżej byli celu, tym ulice robiły się coraz bardziej opustoszałe. Nie było w ogóle małych dzieci, ani bezdomnych zwierząt. Zatrzymali się dopiero przed potężną bramą, która strzegła dostępu do terenu rezydencji.
- Oto tu, do widzenia - powiedziała dziewczyna, ruszając w drogę powrotną.
Vlad całkowicie ją zignorował. Podszedł do furty i rozejrzał się. Z drugiej strony stało czterech strażników w zielonych uniformach.
- Chcę się zobaczyć z waszym panem! - zażądał lord.
- Mistrz nie oczekuje gości - odparł bezbarwnym głosem jeden z mężczyzn.
Rogera za to uderzyło coś innego. Strażnicy zazwyczaj opierali się na swoich halabardach, a ci trzymali je, stojąc na baczność, jakby właśnie wizytował ich sam król. Co ciekawsze, nie zmieniali w ogóle pozycji.
- Stoją niczym posągi - mruknął do ucha Vlada. - Ciekawe, czy w ogóle ruszają się z miejsca. Zobaczę co będzie, jak udam, że chcę sforsować płot.
Przeszedł kawałek dalej i zaczął bacznie się przyglądać płotowi. Okazało się, że pod zaroślami krył się kamienny mur, a nie drewniany płot i był sporo wyższy od włamywacza tak, że ten musiałby stanąć na palcach, żeby złapać krawędź. Lord stał, zaciskając bezradnie pięści. Nigdzie jednak nie było widać jego chowańca.
Roger wrócił do Vlada.
- Przy niewielkiej pomocy pewnie udałoby mi się wspiąć na otaczający posesję mur - powiedział. - Zainteresowany?
- Vidi mówi, że z drugiej strony jest niższy mur, ale wygląda to podejrzanie - odpowiedział cicho. - Ogród z drzewami owocowymi i nie ma straży, tylko tu. Można się łatwo dostać, ale trudno wydostać. Przez okna nic nie widać, nikogo poza kilkoma służącymi. I żadna nie jest moją córką… cholera… chyba trzeba poczekać do wieczora - warknął pod nosem. - W biały dzień chyba lepiej takich rzeczy nie robić.
- Zawsze można odwiedzić posiadłość na grzbiecie gryfa - mruknął Roger. - W takim razie wrócimy tutaj wieczorem - zgodził się z propozycją Vlada. - I troszkę lepiej przygotowani.
- Wypadałoby też sprawdzić, co u hrabiego - burknął Vlad.
Udali się więc do karczmy Pod Gryfami, gdzie zostawili padniętego Theodia. Biedak, wedle domysłów lorda, powinien spać jeszcze jakiś czas. Jednak kiedy tylko weszli po schodach, zobaczyli hrabiego stojącego na korytarzu. W towarzystwie! Towarzystwie trzech osób, które Roger pamiętał z budynku aukcyjnego i jakiegoś starca dzierżącego laskę.
- Kłopoty? - cicho spytał Roger swego towarzysza.

Kelly 19-08-2014 00:42

Waelleos wzruszył ramionami.
- Niemniej jednak musimy opuścić miasto - powiedział. - Czekanie jest równoznaczne z daniem większej ilości czasu dla straży na przygotowanie się. Orveld mówi, że jak na razie oddziały się nie uformowały. Jak tylko znajdziemy się na zewnątrz, będziemy musieli jak najszybciej udać się w stronę granicy, albo w drugą stronę. Wybór pozostawiam tobie, panie Stephen.
- Proponuję tam, gdzie nie będą się nas spodziewać, potem zaś ewentualnie możemy spokojnie zawrócic robiąc odpowiednie koło - zaproponował Stephen, który pojęcia wiele nie miał na temat geografii, dlatego zdziwił się, iz pozostawiono mu wybór. Właściwie ponadto nie wiedział, jaką grupą idą, czyli Kate zdecydowała się dołączyć do Waellosa, czy też jednak wolała wędrować swoją drogą. Trudno rzecz, oczywiście dobrze, ze jej pomógł, jakby trafiło się Stephenowi uczyniłby podobnie, jednak Kate grała swoją grę, dla której potrafiła traktować innych, niczym pionki na szachownicy. Nawet jeśli lubił ją, dusił wewnątrz siebie owo uczucie, nie chcąc się dawać ograć takiej osobie.
- Więc udajemy się wszyscy razem - zawyrokował Inkwizytor, zerkając na Kate, która niechętnie skinęła głową. - Więc wyruszajmy.
Drzwi otworzył ktoś z zewnątrz, dając znak ręką, że można iść. Był to Dragon, którego brak w pokoju zauważyli dopiero teraz. W ręku trzymał kilka płaszczy, które podał teraz Kate, Waelleosowi i Stephenowi.
- Wasza trójka jest najbardziej podejrzana - rzucił. - Idźcie główną drogą. - I odszedł.
- Najlepiej będzie się go posłuchać - powiedział Waelleos, zarzucając płaszcz, krzywiąc się przy tym.
Płaszcze śmierdziały i nie wyglądały na zbyt czyste. Jack westchnął tylko, jednak nie protestował. Ruszył jako pierwszy, zostawiając swojego chowańca Inkwizytorowi… a właściwie to chciał ruszyć…
Jedne z bocznych drzwi otworzyły się nagle i wytoczył się z nich na wpół przytomny człowiek. Stephen po chwili rozpoznał w nim jednego z ludzi, z którymi uciekali z budynku aukcyjnego. Tego najmniej rozgarniętego ze wszystkich, nie wampira.
- Yaaaag sie źle csuje - jęknął półwyraźnie.
Ale jakie to miało znaczenie, czy goście są podpici oraz mają kaca? Wytrzeźwieją, dlatego właśnie Stephen nie chciał z nimi nic kombinować, tylko iść własną drogą. Czego chcą od nich? Niech sobie robią, co im pasuje, byle daleko. Skoro panna Kate zdecydowała za namową Waellosa iść wspólnie, trzeba było jakoś znieść taką dosyć niesympatyczną sytuację. Zwyczajnie chyba najlepiej było traktować ją, jak kogoś spotkanego kogoś, kogo przypadkiem los postawił ponownie na naszej drodze. Właściwie jednak największe pretensje miał Stephen do siebie za swoją głupotę oraz naiwność. Trzeba było pozostać w Celltown zamiast udawać błędnego rycerza, albo pewnikiem obłędnego. Jednak Faeruńczyk potrafił uczyć się, kiedy strzelił jakieś głupoty.
Ledwie zdążył to pomyśleć, a ktoś nadszedł od strony schodów…


* * *

Stephen od razu rozpoznał owego “wampira”, z którym mieli “przyjemność” wcześniej. Wydawał się poirytowany. Obok niego szedł drugi z ludzi, którzy z nim wtedy byli.
Na korytarzyku znajdowali się więc teraz w siedem osób (i jedną wiewiórkę). Stephen jeszcze nie zdążył założyć płaszcza, Kate nie zarzuciła kaptura, za to Waelleos zdążył i wyglądał jak pustelnik, czy inny mędrzec. Rogerowi przypominał nieco nawet maga, szczególnie ze względu na trzymaną, białką laskę.
Właściwie co do poirytowania, tamten nie był jedyny. Właściwie większość ich grupy była, łącznie ze Stephenem.
- Witam, coś się stało? - spytał wojownik pragnący jak najszybciej dać drała.
- Dzień dobry - odparł “wampir”. - Widzę, ża nasz drogi Theodio niepokoił państwa. Przepraszam najmocniej. - Chwycił pod ramię chwiejącego się hrabiego i wciągnął do pokoju.
Waelleos przeczesał palcami siwą brodę i patrzył na nieznajomego chwilę.
- Lord Maavrel? - zapytał, zanim ten wszedł do pokoju. “Wampir” zatrzymał się w pół kroku i obejrzał przez ramię.
- A kto pyta? - rzucił. Widać było, że nie ma najlepszego nastroju.
- Inkwizytor Waelleos Shadobow - odparł ten od razu.
Cóż, ciekawe dlaczego Waellos zdradza swoje personalia, zastanawiał sie Faeruńczyk. Może słyszał o tych osobach oraz przypuszczał, że byliby zainteresowani współpracą. tylko niby dlaczego, skoro mieli zwyczajnie czym prędzej pryskać byle dalej.
Inkwizytor? - pomyślał Roger. - Magik, jednym słowem, co zadek posadził na bardzo wysokim stołku. Zapewne przyszedł innym dupę truć. Ale to od Vlada wszystko będzie zależeć, co robic dalej.
- Co wasz tu sprowadza? - zapytał lord, zerkając po zgromadzonych. Nie było wątpliwości, że ich poznał, więc wiedział, że ukrywają się przed władzą. Na głupca nie wyglądał.
- Możemy chwilę porozmawiać? Na osobności? - zapytał go Waelleos.
Lord nie wyglądał na przekonanego.
- Jeśli musimy - odparł niechętnie.
- Nie powinniśmy raczej czym prędzej wyjść? - zapytała cicho Kate.
- Poczekajcie w pokoju - rzucił Waelleos, zapraszając Vlada gestem, żeby z nim poszedł. Lord westchnął cicho, skinął Rogerowi i poszedł.
- Poczekam - rzucił Roger za wychodzącym Vladem.
- Jak samopoczucie? - zwrócił się do hrabiego. Theodio jednak nie był w stanie odpowiedzieć. Zachwiał się mocno i poleciał prosto na framugę. Roger natychmiast rzucił się do przodu, by nie pozwolić Radkroftowi zwalić się na podłogę.
- Co robimy? - zapytał Stephena Jack.
- Wygodnie go ułożymy, bowiem niby co więcej możemy. Waellos ma swoje interesy, ale przynajmniej wydawał się przyzwoitym gościem. Zaś ten skoro osłabiony, to niechaj odpocznie chwilę jakąś. Zerknij, czy aby nie chory, jesli możesz pomóż mu - doradził Stephen.
Uzdrowiciel zerknął niepewnie na Theodia i Rogera, jakby się wahał.
- Zabiorę go do pokoju - powiedział Roger. - Jak poleży, to troszkę odpocznie.
Nie miał zamiaru dzielić się informacjami na temat powodów osłabienia, jakiemu uległ Theodio.
- Spokojnie, proszę bardzo - podobnie właśnie rozumował Stephen, także chciał uskutecznić ucieczkę czym prędzej, oczekiwał tylko Waellosa.
Trwało kilkanaście minut, zanim Waelleos wraz z lordem Maavrelem wrócili.
- Lord Maavrel zaoferował pomoc w ucieczce z miasta, pod warunkiem, że my pomożemy jemu w działaniach tutaj - oznajmił cicho Inkwizytor.
- Pytanie brzmi, czy owo wsparcie jest nam potrzebne oraz jakiej pomocy oczekuje. Bowiem wspomniałeś, że wypada uciekać jak najszybciej. Pewnie udział w jego sprawach spowolniły ucieczkę - Stephen oczekiwał więcej wyjaśnień.
Roger wiedział dokłądnie, o co chodzi, ale nie zamierzał dzielić się z obcymi swoją wiedzą.
- To wy sobie porozmawiajcie, a ja się zajmę moim podopiecznym - powiedział. - Zaraz wracam.
Przygodnie spotkany człowiek odszedł, ale ogólnie miał rację: nic było im do jego spraw, nic było jemu do ich spraw. Oczekiwał wyjasnień od Waellosa, bowiem takie postawienie sprawy stało w sprzeczności z tym, co Inkwizytor powiadał wcześniej.
- Lord Maavrel dysponuje gryfami, które mogłyby nas stąd wynieść bez zbędnego ryzyka, nad głowami straży - odparł Waelleos.
- Gryfy? - jęknął cicho Jack.
- W zamian mamy pomóc mu w dostaniu się do pewnej rezydencji. - Inkwizytor całkowicie zignorował wyraźnie przerażonego uzdrowiciela. - Jednak wtedy nasz ucieczka przesunęłaby się do nocy.
- Jak ty uważasz? Powinniśmy przyjąć, a może sami spróbować, bowiem pewnie owo dostanie się do rezydencji byłoby niebezpieczne - dumał Stephen głośno pytając Inkwizytora.
- Na pewno bezpieczniej będzie przelecieć nad głowami strażników, niż próbować obok nich przejść - odparł zapytany. - Orveld przekazał mi, że straż zorganizowała już silne jednostki u wyjść z miasta. Można by spróbować jeszcze przedzierać się bagnami, ale nie mam pojęcia, na co możemy się tam natknąć.
- Roger, zostaw go i omówmy tę sprawę razem - zawołał przez drzwi Vlad Maavrel.
Włamywacz zdążył ułożyć bezwładnego hrabiego w łóżku i nie zapowiadało się (jak na razie), żeby Theodio był w stanie wstać ponownie.
- Już jestem - odparł Roger, zamykając za sobą drzwi i wychodząc na korytarz..
Tymczasem leciutko kręcący nosem Stephen dostosował się. Nie znał ani strażników tego miasta, ani drogi do Celltown, dlatego uznał, że lepiej przyjąć umowę Waellosa. Chociaż rzecz jasna, wcale miasto mu się nie podobało, zaś niektórzy spośród kompanów także średniawo. Chciał także usłyszeć, niby co powinni zrobić dla lorda, bowiem cena za pomoc wydawała się dosyć wysoka. Właściwie jedynie nadzieja w rozsądku Waellosa, który dla własnego dobra nie przyjąłby bezsensownych warunków umowy.
- Za dużo was - mruknął Vlad. - Dwie osoby mogą pójść, nie więcej, Inkwizytorze.
- Rozumiem - przytaknął ten. - Jack - zaczął, zerkając na uzdrowiciela, który aż się wzdrygnął - wybacz, ale czy mógłbyś zostać z panną Kate?
- Oczywiście - odparł ten. Widać było, że mu ulżyło.
- A co to za zadanie, może będę w stanie pomóc? - zainteresowała się młoda kobieta
Lord spojrzał na nią tylko z góry, a jego mina dobitnie świadczyła o tym, że nie przekonała go o swojej przydatności.
- Wolałbym, żeby poszedł z nami Stephen - odparł Waelleos. - Oczywiście, jeśli nie masz nic na przeciw - dodał, spoglądając pytająco na młodzieńca.
- Możecie się pospieszyć? - syknął na nich Vlad, wyraźnie poirytowany. - Roger, mam nadzieję, że również idziesz. Twój talent może się przydać.
- Oczywiście, idę - potwierdził Roger. - Mówiłem już. I w zasadzie jestem gotowy.
- Oczywiście, że mam coś przeciw, skoro pojęcia nie mam, o co chodzi. Jednak chyba jednocześnie, skoro padła decyzja, że pomagamy temu panu, to trzeba pomóc oraz wynosić się czym prędzej - odpowiedział Waellosowi Stephen, ostrożnie raczej podchodząc do tamtych, nieznanych sobie osobników.
- Jack, zajmij się hrabią Radkroftem - rzucił jeszcze Waelleos, wskazując drzwi, z których wyszedł Roger, czyli do pomieszczenia, gdzie leżał Theodio. - Nie trzeba go leczyć i lepiej nie próbować - dodał.
Ruszyli. Waelleos zarzucił kaptur, żeby skryć twarz. Obecność lorda Maavrela skutecznie odganiała wszelkich strażników, nawet tych bardziej śmiałych. W sumie nic dziwnego. Vlad wyglądał jakby chciał kogoś gołymi rękami rozerwać na strzępy.
Po drodze Stephen został wtajemniczony w plan, czy raczej w brak planu. Sytuacja miała się następująco: musieli włamać się do dobrze strzeżonej rezydencji, odnaleźć i wydostać stamtąd córkę lorda. Oczywiście Vlad wspomniał, że rezydencja należy do jakiejś odrażającej, zielonej szkarady, potwora, który nieudolnie udaje kupca.
- Brama jest pilnowana - rzucił Vlad, prowadzący grupkę. - Możemy przejść tyłem, gdzie mur z zewnątrz jest niższy, a od wewnątrz wysoki. Później będziemy musieli włamać się do środka. Nie mam pojęcia, na jaki opór się natkniemy.
- Nie lepiej wejść tam i zażądać żeby wypuścili Lysę? - zapytał Waelleos. Zdawało się, jakby znał dziewczynę.
- Strażnicy stoją jak wmurowani - odparł posępnie lord. - Nie udało nam się z nimi zamienić ani słowa. Podejrzewam, że nawet, jeśli byśmy rzucili im pod nogi złote monety, nie zrobiliby kroku. A ze względu na brak dobrych relacji z tutejszymi władzami, nie ma sensu nawet występować do nich o pomoc.
- Wobec tego pewnie lepiej wejśc z boku, przez ten mur, potem okno, czy cokolwiek, bowiem jak można dostrzec, przeprowadził pan wstępny zwiad - uznał Stephen.
Po kilkunastu minutach znaleźli się na tyłach rezydencji, jak ocenił Roger. Znajdował się tu ten sam mur, co od frontu, jednak tutaj był niższy, dodatkowo leżały pod nim jakieś skrzynie i beczki, jakby zapraszały do przejścia na drugą stronę. W uliczce, w której się znaleźli, roznosił się słodkawy, świeży zapach, jaki panuje czasami w lasach, czy w sadach.
Znamiennym było, że nigdzie po drodze nie dostrzegli bezpańskich zwierząt i bezdomnych dzieci, jakby cała tego typu menażeria trzymała się jak najdalej od tego miejsca. Dziwne, tym bardziej, że okolica wydawała się wręcz stworzona dla wszelkich, małych lokatorów.
Jakby coś pozjadało stąd wszystkie żywe istoty, pomyślał Roger.
- Drzewa owocowe - mruknął pod nosem Waelleos, zerkając w stronę muru.
- Jabłonie, grusze, śliwy. A samą rezydencję obrastają winogrona - przytaknął Vlad, krzywiąc się.
- I to co najmniej trzy rodzaje - dodał Inkwizytor, zamyślając się. - Nie uważacie, że to nieco...
- Ktoś tu jest - przerwał mu lord, unosząc rękę i nasłuchując.
Do uszu Stephena i Rogera dobiegło ciche szurnięcie, jakby coś wielkości psa chowało się pomiędzy kartonami.
Roger obszedł szerokim łukiem owo mityczne stworzenie. Miał nadzieję, że zdoła wypłoszyć to tajemnicze “coś”, które nie przestraszyło się panującej tu atmosfery, i nakierować to stworzenie na swoich towarzyszy. Zaś prostoduszny Stephen po prostu stał z bronią w pogotowiu, gotowy ciąć mieczem wszelkie pojawiające się wredne bydlę.
- Nie trzeba - powiedział cicho Vlad do Stephena, robiąc krok w stronę kryjówki “cosia”.
Roger wiedział, że słuch lorda jest niebywale czuły. Może przez więź z nietoperzym chowańcem, może to sam chowaniec w jakiś sposób mu przekazuje, co słyszy. Niemniej jednak szlachcic nie zdradzał oznak niepokoju.
- Nie zrobimy ci nic, wyjdź. - Głos Maavrela był wręcz zdumiewająco łagodny, tym bardziej, jeśli pamiętało się jego niedawne zdenerwowanie. Odczekał chwilę, po czym ponowił prośbę: - Wyjdź, nie jesteśmy tu po to, żeby cię skrzywdzić.
Dopiero teraz coś się wydarzyło. Pod skrzynią rozległ się odgłos szorowania i po chwili z dziury wyjrzały nieufne, wielkie oczy. Umorusana rączka dzierżyła kawałek ostro zakończonego kijka, a wyraz buzi świadczył o gotowości bojowej… małej dziewczynki.
- Dobry wieczór - powiedział cicho Roger. Słysząc głos z drugiej strony, dziewczynka odwróciła głowę w stronę Rogera i uświadomiwszy sobie, że jest otoczona, z cichym piskiem cofnęła się do kryjówki.
Stephen schował miecz.
- Po prostu nie przeszkadzajmy jej. Chyba czasami kazdy potrzebuje swojego schronienia, to jest jej, więc nie naruszajmy jej miru. Aczkolwiek nie ma się co łudzić, jeśli zrobimy to, co zrobimy, to lepiej żeby jej tu nie było, bowiem ci co przyjdą, mogą chcieć ją przesłuchać oraz sprawdzić, co wie. Dlatego lepiej, żeby zmieniła lokum. Nie będzie bowiem dobrze tam pozostać. Jeśli może jej pan to wyjasnić, będzie lepiej dla niej - rzekł Faeruńczyk, zaś w jego głosie była jakaś dziwna tkliwość, jakby samotna dziewczynka przypominała mu pod jakimś względem niego samego. - Róbmy czym prędzej to, co musimy oraz uciekajmy stąd. Chcę być jak najdalej od tego miasta oraz wszystkiego, co ma związek z tą właśnie wyprawą - dorzucił Waellosowi.
Roger nie miał zamiaru zrezygnować z rozmowy z dziewczynką. Mieli oto przed sobą żywe źródło informacji, a te wielkie oczy musiały niejedno widzieć.
- Nie jadamy dzieci - zapewnił dziewczynkę. - A ten pan - wskazał na Maavrela - chętnie zapłaci za wszystkie informacje. A ty z pewnością wiesz wszystko o okolicy.
Dziewczynka jednak z piskiem wcisnęła się głębiej, usłyszawszy o jedzeniu dzieci. Usłyszeli cichy szloch. Vlad westchnął głośno i przystąpił do rozbierania kryjówki, a gniew, jaki narastał w nim od rozmowy z tutejszymi złodziejami, nareszcie znalazł ujście.
Inkwizytor w międzyczasie cofnął się do wylotu uliczki i zerkał, czy nikt nie nadchodzi.
Lord sprawnie uwinął się z dokopaniem do dziecka, które w panice rzuciło się na niego z kijkiem, usiłując wbić go w oko mężczyzny. Wystarczyło jednak gwałtowne machnięcie ręki, żeby “broń” potoczyła się pod przeciwległą ścianę.
- Posłuchaj - zaczął, chwytając dziewczynkę za ramię. - Tam, za tym murem jest moja córką i mam zamiar ją uratować. Jeśli nam pomożesz…
- Uratujesz też innych? - ciche pytanie przerwało Vladowi i wprawiło w osłupienie.
- Innych? Jakich innych? - spytał zaskoczony Roger. - On uwięził kilka dzieci?
Hm, pewnie wchodziły w grę kwestie znacznie szersze, niżeli córka lorda. Wiadomo, trzeba było dziewczyne uratować bez dwóch zdań, ale skoro tamten więził więcej dzieci, to stawała się tym pilniejsza. Okazało się, iż tamten miał rację, żeby przepytać dziewczynkę. Stephen uznał dziecko po prostu za kogoś, kto znalazł tutaj swoje domostwo pomimo wcześniejszych słów lorda. Jednak widocznie sprawa była bardziej zagmatwana oraz wymagająca interwencji.
Chwilę zajęło uspokojenie dziewczynki i wyciągnięcie sensowniejszych informacji.
Jakiś czas temu w mieście pojawił się ten dziwny kupiec, który dysponował pieniędzmi. Dużą ilością pieniędzy. Szybko został jednym z bardziej wpływowych ludzi w mieście, chociaż za człowieka mało kto go uważał. Otoczył się kilkoma osobami, które o dziwo zjawiły się w mieście w tym samym czasie. Byli to jego zaufani strażnicy.
Kupił i ogrodził rezydencję na skraju miasta, właśnie tę. I wtedy z okolicy zaczęły znikać dzieci, psy, koty, a czasami młode kobiety. Niektóre odnajdywano w szeregach Czerwonych Spódnic, czyli dziwek, niektóre nigdy nie wracały. Kidy było coraz mniej dzieci, służący zaczęli wieszać na drzewach za murem owoce. Był to miód na głodne maluchy. Od czasu do czasu jakiś śmiałek przeskakiwał mur, żeby wynieść owoce, ale wtedy nie mógł się wdrapać z powrotem, a jak któryś próbował go wyciągnąć, albo też wpadał, albo nie dawał rady.
Krążyły pogłoski, że kupiec zjada złapane dzieci (co w sumie tłumaczyło reakcję dziewczynki na stwierdzenie Rogera). Poprzedniego wieczora jej starszy brat przeskoczył mur. Zdążył przerzucić kilka owoców, zanim przyszli strażnicy. Robili obchody nieregularnie, czasem jeden po drugim, więc nigdy nie wiadomo, kiedy się mieli zjawić.
- Zabrali Pfina - powiedziała dziewczynka ze łzami w oczach.
Nie da się ukryć, że dzieci nigdy zbytnio Rogera nie interesowały. Z tego, co wiedział, swoich nie miał, cudze zwykle plątały się pod nogami. Ogólnie teza, iż dzieci są przyszłością narodu, niezbyt do niego przemawiałą. Z drugiej jednak strony nie uważał, że porywanie dzieci było czymś godnym pochwały.
- Uwolnimy ich wszystkich - obiecał.
- Ano trzeba - dopowiedział Stephen.
Vlad nie wyglądał na przekonanego, jednak skinął głową. Dziewczynka nie wiedziała, gdzie zabierano dzieci, jednak wszystkie dostawały się tak samo: po skrzyniach i przez mur, który okazał się pułapką na maluchy.
- Nie podoba mi się to - mruknął pod nosem Vlad, wyglądając przez mur. - Za sadem są żywopłot, ścieżka i drzwi kuchenne. Na razie jedyną strażą jest ta przy bramie. Roger, dasz radę otworzyć szybko drzwi?
- Jeśli nie ma tam jakiegoś specjalnego zamka, to otworzę szybko - powiedział Roger. - A skoro dzieci dają radę przejść przez mur, to i mi się uda. Nie wiem jednak, czy to miejsce nie jest pod jakąś specjalną obserwacją, skoro dzieci prawie natychmiast wpadały w ręce tamtych.
- W takim razie będziecie musieli mnie szybko wspomóc - dodał, wspinając się na mur.
- Ano zrobimy tak - przyznał wojownik.
- Na razie nikt nie obserwuje terenu - zapewnił Vlad, również wspinając się na górę. Lord nie miał żadnej broni. Żadnego miecza, sztyletu. Nic. Jednak nie wyglądał na zaniepokojonego tym faktem, czym prędzej ruszył w stronę drzwi, zostawiając resztę z tyłu.

Kelly 28-08-2014 19:24

Zejście z muru było bardzo proste. Ześliznęli się na miękką trawę. Od razu wyszło też na jaw, dlaczego dzieciom nie udało się wyjść: mur z drugiej strony pochylony był do środka, co sprawiało, że wspięcie się na niego, nawet dla dorosłego, było nie lada wyzwaniem. Dodatkowo, Roger nie był w stanie dosięgnąć górnej krawędzi. Tutaj ziemia była o wiele niżej, niż na zewnątrz.
Waelleos wrócił do nich, kiedy Stephen miał skakać. Leciwy Inkwizytor zerknął w dół i skrzywił się wyraźnie.
- Wspólnymi staraniami uda się wydostać - stwierdził Roger. - Ale pułapka jest, nie da się ukryć, całkiem zmyślna.
- Chodźmy do tej kuchni. Zostajesz, czy idziesz z nami? - zwrócił się do Waelleosa.
- Pójdę, jednak obawiam się, że nie dam rady tak łatwo zejść - odparł niechętnie. Rzeczywiście. Stephen wiedział, że mag potrafi wysiedzieć w siodle cały dzień, jednak wsiadanie i zsiadanie zawsze szło mu nieco ciężej. - Idźcie przodem - rzucił, zdenerwowany, że dalej stoją.
- Jak wolisz, ale wobec tego raczej po prostu nie schodź, tylko pozostań oraz obserwuj - uznał Faeruńczyk. Obecnie wszak mogli mu pomóc przy schodzeniu, podejść, podstawić barki, zaś jakiekolwiek oczekiwanie kompletnie nie miało sensu.
Inkwizytor niechętnie skinął głową.
- Orveld poleci z wami - powiedział. - Postaram się obserwować okolicę.
- Ciekawe, czy te owoce są jakoś magicznie zabezpieczone - mruknął Roger, po czym ruszył ścieżką w stronę domu.
Co prawda to ścieżka mogła być pod obserwacją, ale bardziej prawdopodobne było podłączenie jakich alarmów do owoców.
Przy drzwiach niecierpliwie czekał lord Maavrel, rozglądając się cały czas dokoła.
- Poradzisz sobie? Nic nie ruszałem na razie - powiedział cicho, jednak w jego głosie słychać było ponaglenie.
Roger sięgnął za pazuchę i wyciagnął zestaw narzędzi przydatnych podczas otwierania drzwi, jeśli przypadkiem nie posiadało się klucza. Zanim jednak zabrał się za próbę dobrania instrumentu bacznie się przyjrzał tak dziurce, jak i całym drzwiom. A nuż właściciel posiadłości zamontował tu jakiś alarm.
Wprawne oko szybko wychwyciło wszystkie szczegóły. Drzwi na pierwszy rzut oka nie wyglądały na solidne, jednak z całą pewnością były grube i ciężkie - świadczyły o tym solidne zawiasy i ślady przy framudze, jakby ktoś już je usiłował otworzyć metalowym prętem. Sam zamek również wyglądał na często używany. Wielki i ciężki. Roger mógł jedynie mieć nadzieję, że nie połamie narzędzi. Żadnego zabezpieczenia w postaci linki, czy dzwonka włamywacz nie zauważył. W swojej karierze na wiele się natknął i potrafił ocenić, że nie są niczym zabezpieczone. Spróbował delikatnie sprawdzić nacisk klamki, czy niczego nie uruchomi, kiedy nagle drzwi ustąpiły. Były otwarte!
- Szybko ci poszło - mruknął Vlad, jednak w jego głosie nie słychać było wesołości.
- Dziwnie szybko - odparł cicho Roger, po czym spróbował jeszcze ciszej otworzyć mocniej drzwi i rzucić okiem do środka.
- Były otwarte - wyjasnił. - Albo ten gość nic a nic się nie boi, albo ktoś wyszedł i zaraz wróci.
- Albo właśnie liczy na to, że ktoś wejdzie własnie tędy, skoro to najprostsza droga. Może sprawimy mu niespodzianke oraz wejdziemy choćby oknem, bowiem jeśli ten człowiek zainstalował za drzwiami pułapki, to chyba lepiej w nie nie wpaść. Nie mam wprawdzie doświadczenia pod tym względem - przyznał, jakoś średnio przekonany do pchania się wskazaną trasą - jednak zgadzam się, że poszło dziwnie szybko - Faeruńczyk powtórzył słowa swojego poprzednika - zbyt dziwnie.
Już wcześniej zauważyli, że w żadnym oknie nie było światła - a przynajmniej nie było widać z tej strony. Rezydencja wznosiła się trzy piętra do góry i nie wiadomo, ile było poziomów pod ziemią. A pod ziemią niewątpliwie coś było! Świadczyły o tym niewielkie kratki zainstalowane nieco nad poziomem trawnika. Roger dostrzegł takie dwie, skryte w krzakach.
- Więc co niby mamy zrobić? - zapytał, wyraźnie zdenerwowany Vlad. - Nie mamy czasu na takie zabawy - dodał, ruszając do środka.
- Pójde przodem - powiedział cicho Roger, wysuwając się przed Vlada. - Czy Vidiessa może nam w jakiś sposób pomóc?
Rozglądając się dokoła i patrząc pod nogi ruszył powoli korytarzem. Skoro nie mieli czasu na takie zabawy, Faeruńczyk ruszył za nimi, tylko podwójnie ostrożnie z wyciągnietym mieczem. Widać decydował tu ów Vlad, czy jak mu tam, zaś on nie miał wiele do gadania. Nie było więc sensu strzępic sobie jęzora tylko reagować. Po prostu robić swoje. Szedł więc powoli za tamtymi, starając się na coś nie wpaść przypadkiem.
- Vidiessa została z Waelleosem - oparł cicho lord. - Ostrzegą nas, jeśli coś się stanie. Chowaniec maga pilnuje strażników przy bramie. Nie poruszyli się jeszcze ani o centymetr. Musimy w sumie sprawdzić jedne drzwi. Nie wiemy, dokąd prowadzą, ale znajdują się przy schodach, gdzieś na prawo, jeśli się nie mylę.
- Skąd wiesz? - mruknął cicho Roger, idąc dalej, chcąc znaleźć owe schody. I drzwi, oczywiście. Podobnie czynił Stephen, przy czym starał się też zwracać uwagę na potencjalnych łajdaków, którzy ukrywając się w ciemnościach korytarza, mogliby ich zaatakować. Jednak to cisza, zalegająca w budynku, była ich jedynym przeciwnikiem - potęgowała poczucie wyobcowania i nieprzynależności w tym miejscu.
- Orveld krąży nad okolicą, przekazuje wszystko Waelleosowi, a on mówi to Vidiessie, która przekazuje to mi - wyjaśnił, machając ręką.
Do schodów dotarli szybko, jednak każdemu wydawało się, jakby minęło kilka godzin. Nieustanne napięcie i oczekiwanie, kiedy coś w końcu na nich wyskoczy, było nieznośne. Schody wiły się niczym wąż ku górze, zaś w miejscu, gdzie niegdyś była ich kontynuacja ku dołowi, znajdowały się potężne drzwi. Roger stwierdził, że z tyloma zamkami tak szybko by sobie nie poradził, ale, na szczęście (bądź nie), drzwi były uchylone i gdzieś daleko, w dole, sączyło się światło.
- Albo gospodarz odwiedza akurat swoich gości - szepnął Roger - albo trafiliśmy na porę karmienia więźniów.
Były oczywiście i inne możliwości, ale o nich wolał chwilowo nie wspominać. Po co kusić los.
Delikatnie spróbował popchnąć drzwi, by móc zobaczyć, co się znajduje po ich drugiej stronie. W ciemnościach, które tam zalegały (światło z dołu było zbyt nikłe, żeby cokolwiek zobaczyli) włamywacz niewiele mógł dostrzec.
- Idę - oznajmił cicho Vlad, mijając Rogera. Bez swojego chowańca Lord nie poruszał się tak sprawnie w ciemnościach.
Roger pokręcił z pewnym niedowierzaniem głową, po czym ruszył za Vladem. Nie za blisko, żeby nie wpaść na niego, gdyby tamten się nagle zatrzymał. Zaś Stephen dalej za nimi.
Trójkę włamywaczy uderzył nagle obrzydliwy smród. Odór krwi i zepsutego mięsa. Jednak nie to zaprzątnęło teraz ich głowy. Znaleźli się w ciemnym korytarzu, który ciągnął się. Po bokach znajdowały się zamknięte drzwi. Zza niektórych dobiegał cichy płacz. Jednak lord Maavrel nie zatrzymywał się, szedł prosto przed siebie.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:45.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169