Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-06-2014, 03:42   #1
 
Ajas's Avatar
 
[Fantasy sandbox] Tysiąc opowieści

Terra Isilieva
Ordilion , czwarty dzień jesieni, roku wielkiej gwiazdy.



Kolejny raz słońce wschodziło nad Ordillionem, okrywając lasy i pola swym bladym blaskiem. Były początki jesieni, ciemne deszczowe chmury od rana wisiały na niebie. Leśne trakty pokrywała czerwonobrązowa skorupa z listowia, zaś z dnia na dzień robiło się coraz zimniej. Nawet teraz macki chłodu wdzierał się między deskami, wprost do domostw, zatrzymując mieszkańców dłużej pod pierzynami.
Ordillion nie był dużym państwem, była to nizinna kraina pełna poletek i lasów. Niektóre drzewa w starych puszczach, pamiętały zamierzchłe czasy, gdy ziemia jeszcze obfitowała w magię. W swym długim życiu wiele widziały. Drzewa oglądały smutki jak i radości, miłostki i gwałty. Byli to dobrzy obserwatorzy, zawsze mieli czas by przyglądać się upływającemu czasowi.

Chłodne jesiennie powiewy, dotarły też do domu na obrzeżach miasta. Na pewno nie było to domostwo prostego chłopa, zbyt wiele terenu zajmowało. Przypominało bardziej posiadłość zamożnego kupca, który postanowił uciec od zgiełku miasta.
W przylegającej do domostwa, niedużej stajni rżały dwa konie. Jeden czarny niczym smoła, o potężnie zarysowanych mięśniach i lśniącej grzywie, ciemnej jak krucze skrzydła. Był to Barty koń pociągowy, którego właściciel tego domostwa potrzebował w swej kuźni. By przewieść do warsztatu potrzebne materiały, potrzebna była nie mała siła, czarna szkapa zaś od lat pomagała w tym zadaniu.
Drugi z koni był mniejszy i smuklejszy. Maść miał brązową, niczym młody, dopiero co zerwany z drzewa kasztan. Charakterystyczna biała plama na pysku, była znakiem rozpoznawczym Cezika, wojskowego konia Terry. Był to jeszcze młody i krnąbrny wierzchowiec, jednak kobieta nie mogła wyobrazić sobie lepszego kompana na nadchodzącą misję.

Terra Isilieva, córka jednego z najlepszych płatnerzy w państwie, oraz żołnierz armii jego królewskiej mości, Khana III Szczodrego, leżała jeszcze w łóżku. Ciepła pierzyna przykrywała jej nagie, młode ciało, zaś ciche senne pomruki wydobywały się z ust. Wiedziała, że zaraz będzie musiała wstać, ale chciała jak najdłużej nacieszyć się błogim lenistwem. Słyszała już swych dwóch braci, najmłodszych z całej czwórki. Sigfried pomagał chyba matce w kuchni, natomiast Johan rąbał drwa na podwórzu.
Jej ojciec i najstarsi bracia, zapewne byli już w mieście, ciężko pracując w kuźni. Markus oraz Filius kształcili się w płatnerskim fachu, pod okiem jej ojca. Mieli dobra krew, teraz było trzeba utwardzić przekazany w niej talent, poprzez ciężką pracę.

Terra otworzyła powoli oczy. Był to ostatni dzień, w którym mogła się tak beztrosko wylegiwać. Jutro skoro świt miała wyruszać w stronę Tyrym. Małego miasteczka dwa dni drogi na północ od jej domostwa. Tam spotkać się miała z trójką innych żołnierzy, by razem udać się do obozu niedaleko miasta Asurgatt . Był to duży port na wschodzie, jeden z najbardziej wysuniętych punktów Ordilionu.
Sytuacja ostatnio się tam zaogniła, ludność Asurgatty okrzyknęła się wolnym miastem. W jedną noc doszło do mordu na stacjonujących tam żołnierzach armii królewskiej, zaś bramy zostały zamknięte dla wszystkich noszących flagi Ordilionu. Król nie mógł pozwolić sobie na stratę tak ważnego punktu handlowego, dla tego wszyscy żołnierze zostali powołani do spotkania się w obozie. Mieli odbić miasto i przywrócić dawny porządek.
 
__________________
It's so easy when you are evil.

Ostatnio edytowane przez Ajas : 29-06-2014 o 21:34.
Ajas jest offline  
Stary 30-06-2014, 00:30   #2
 
Ajas's Avatar
 
Fauryn Ehernex
Ordilion , czwarty dzień jesieni, roku wielkiej gwiazdy.



Mężczyzna o imieniu Fauryn po raz kolejny uderzył piętami w bok swego wierzchowca. Jego kara szkapa zarżała, informując jeźdźca co myśli o tym poganianiu. Ehernex po części nie dziwił się jej, od trzech dni byli w drodze. Nocowali pod gołym niebem, robili jedyne krótkie przerwy by cos zjeść lub się wysrać. Wstawali skoro świt, wraz z resztą małego orszaku zwijali posłania i ruszali w dalszą podróż.
-Przeklęty Ordilion, lasów więcej niż kurew które miałem. –zaklnął jeden z braci Fauryna, spluwając gęsta ślina na trakt.
- Mają tyle drzew psie syny, a porządnej karczmy nie umieją postawić. –zawtórował mu drugi.

Słońce dopiero wchodziło, na pokryte ciemnymi chmurami jesiennie niebo. Burza od kilku dni wisiała w powietrzu, kiedy w końcu spadnie deszcz lepiej będzie mieć dach nad głową. Fauryn szczelniej otulił się płaszczem, gdy zimnym powiew uderzył w jego twarz. Złoto pobrzękiwało mu w sakiewce, jednak co po nim, kiedy od kilku dni nie byli nawet w żadnej wiosce.

Do stolicy tego zawszonego kraju, mieli jeszcze bite dwa tygodnie drogi. Szmaragd bo tak nazywali to miasto, znajdował się daleko w głębi Ordilionu. Jednak każdy, kto kiedyś tam był, chętnie powracał do królewskiego miasta. Było to miejsce pełne przepychu, dobrego wina i chętnych kobiet. Oczywiście jeżeli miało się dość złota. Korona dbała o to, by ich miasto prezentowało się dla kupców i posłów jak najlepiej. Biedota została zepchnięta na same obrzeża miasta, by swym smrodem i żebractwem nie psuć Khanowi III Szczodremu widoku. Taka była kolej rzeczy, nie miałeś złota nie miałeś nic do powiedzenia. Król mógł ruchach cie w dupę, a ty i tak musiałeś przyjmować to z uśmiechem na twarzy.

- No oczom nie wierzę! – ostatni z trójki braci, który jechał na czele pochodu, swym głosem wytrącił Fauryna z letargu. – Chłopaki, jakaś karczma przed nami! –krzyknął uradowany, najmłodszy wiekiem. – W końcu zeżremy coś porządnego! – dodał poganiając konia w tamtą stronę.
- Znając nasze kurewskie szczęście, opuszczona. –mruknął sceptycznie inny z jeźdźców. Mimo to, pognał swego konia za bratem. Kto wie, może uda im się napełnić żołądki porządną strawa i trochę uzupełnić zapasów.
 
__________________
It's so easy when you are evil.
Ajas jest offline  
Stary 01-07-2014, 15:02   #3
 
Ajas's Avatar
 
Ansley Aldursdottir
Eresdur,czwarty dzień jesieni, roku wielkiej gwiazdy.

Muzyka


Daleko na północ od linii brzegowej Ordillionu leży wyspa. Jest to kraina niewielka, o chłodniejszym klimacie, pokryta licznymi pagórkami i strzelistymi wzgórzami. W przeciwieństwie do państwa Khana III Szczodrego, wysokich lasów prawie tu nie ma. Terytorium dominuje niska roślinność, trawy i krzewy wybrały ten ląd na swe siedlisko. Z tego tez powodu, mimo długiej drogi między Eresdurem a Ordilionem, handel drwem kwitnie w najlepsze. Minimum jeden statek wypełniony ciężkimi dębowym belami, lub delikatnymi deskami z sosny, zawsze stoi w Bakkadur, największym porcie na wyspie. Mały wschodni cypel, na którym stoi miasto, otwiera tak zwaną „Czarcią Paszczę”, miejsce którego wystrzega się każdy żeglarz. Wszystkie brzegi za portem, aż po Fanjar na północnym-wschodzie wyspy, są skaliste i zgubne. Ostre igły, zahartowane przez tysiące lat batów wymierzanym ich przez fale, są zgubą niemal każdego statku. Wysokie, zdradliwe i nieokiełznane. Każdy żeglarz który przepłynąłby przez „Czarcią Paszczę” bez straty chociażby jednego człowieka, z miejsca zostałby legendą.
Ta opowieść, zaczyna się jednak z dala od Bakkadur, czy nawet wielkich Samotnych gór. Mała chatka na skraju Upiornego Lasu targana była przez silne podmuchy jesiennego wiatru. Wiał on dziś od strony morza, zimny i przenikliwy wciskał się między deski i pod pierzyny. Ansley Aldursdottir szczelniej otuliła się gruba skórą niedźwiedzia. Ciężkie, przesycone zapachem ziół, futro było jej ostatnia linia obrony, przed chłodem poranka. Przez te wiele lat spędzonych wraz z babcią, przywykła do ciężkich warunków jej rodzimej wyspy, jednak nawet wtedy chłód nie był niczym przyjemnym.
Czuła na swoim brzuchu przyjemny włochaty ciężar. Lucyfer czarny kot jej babci, wybrał sobie jej łoże na schronienie przed chłodem. Zwinięty w kłębek smacznie spał, pogrążony w kocich marzeniach.
Drewniana okiennica załopotała po raz kolejny tego ranka, gdy pięść wiatru bezlitośnie w nią ugodziła. Młoda zielarka słyszała, swoją opiekunkę w drugim pokoju. Sądząc po odgłosach dorzucała drewna do pieca. Jej babcia przeżyła już nie takie mrozy, Ansley wiedziała, że płomień ma głównie zapewnić ciepło jej młodemu ciału.
Leżała jeszcze chwile w łóżku pogrążona w rozmyślaniach, kiedy niespodziewanie druga mieszkanka chatki, wkroczyła do jej pokoju.


Corliss Aldursdottir była kobietą sędziwego wieku. Mimo to znajomość sztuki alchemii i zielarstwa opóźniła upływ czasu. Jej twarz, mimo, że pokryta wieloma zmarszczkami, dalej miała w sobie cos z młodzieńczej urody. Wąskie usta, silne oczy i mały lekko zadarty nos, nadawał jej iście szlacheckiego wyglądu. Otulona szalem, oraz odziana w grubszy fartuch z zajęczych skór, spojrzała surowo na swoja wnuczkę.
- Koniec wylegiwania się pannico. – zakomunikowała, szorstkim acz dźwięcznym głosem. Żwawo podeszła do łóżka, by mocno klepnąć w wybrzuszenie, które tworzył Lucyfer. – A ty stąd zjeżdżaj darmozjadzie. Myszy gonić, a nie spać o takiej porze! – pogoniła czarnego kota.
Zwierzak prychnął obrażony, wynurzając się spod skóry niedźwiedzia. Zeskoczył na ziemię, lekko smagając ogonem nogę starszej kobiety.
- A ty co na zaproszenie czekasz? Wstawaj i ubieraj się. – ponagliła po raz kolejny młoda zielarkę. – Dziś w południe przyjeżdża Anzelm, chce byś mi z czymś wtedy pomogła. Ale zanim to nastąpi, musisz zając się ogrodem. Kilka z roślin już jest gotowych do zebrania. – mówiąc to obróciła się i wyszła z izby, kierując się na skraj lasu. To tam kobiety trzymały szczapy drewna, zaś Corliss mimo swego wieku, nie potrzebowała żadnej pomocy w ich rąbaniu.
 
__________________
It's so easy when you are evil.
Ajas jest offline  
Stary 01-07-2014, 18:44   #4
 
Falcon911's Avatar
 
Z opowiadań starych mieszkańców Bisell, Fauryn wnioskował, że obalenie złego króla i włożenie na własne skronie złotej korony jest całkiem łatwe - przybyć do stolicy, przebić się wraz z wiernymi kompanami przez szwadron gwardii, króla obalić na ziemię i łaskawie darować mu życie, samemu siadając na tronie. Te bajki dawały mu nadzieję, że kiedyś może jakimś królem zostanie.
Gówno.
Teraz głowę miał zaprzątniętą masą problemów i żadnym z nich nie był wybór odpowiedniej szaty na audiencję zamorskiego posła. Zamiast tego martwił się, co włoży jutro do garnka, czy zmoknie jeszcze dzisiaj, czym zapłaci lordom, którzy obiecali mu poparcie w walce o tron i jak zapewni sobie większe wpływy w państwie. Miał już pewność, że Khan III Szczodry wie już o pretendencie do korony, pozostawało tylko pytanie, kiedy wyśle swoich zabójców. Dwa razy zastawiano na Fauryna i jego braci zasadzki, dwa razy też udawało im się uciec.

Mijał już dziesiąty rok, odkąd Fauryn dowiedział się, że ma królewską krew. I to nie jakieś popłuczyny, które dają mu uprawnienia równe portowej dziwce, ale rodowód na tyle silny, by można było ubiegać się o cały Ordilion. A to już było coś. Krążył więc po kraju, starając się dowieść swoich racji wśród możnych, jednak z różnym skutkiem. Najlepiej działała oczywiście wizja uszczknięcia części skarbca. Trzech przeszło na jego stronę ze względu chęci wywarcia zemsty za dawne zniewagi. Pozostałych ośmiu zwyczajnie przekupił obietnicą majątku, jaki im przekaże. Teraz nie był do końca pewny, czy ta obietnica dała mu ich lojalność, jednak pełny trzos przy pasie świadczył, że rokują przynajmniej jakieś nadzieje.
Braci nie musiał przekonywać - brat jako władca zapewniał nieustanne wyżywienie, dziwki, dach nad głową, dziwki, wino, dziwki i całe dnie nieróbstwa. I oczywiście dziwki. Drugą zaletą była sukcesja tronu, bowiem gdyby Fauryn nieoczekiwanie zmarł nie spłodziwszy potomka, to najstarszemu, Nevellowi, przypadałaby korona. Fauryn ufał braciom, jednak nie na tyle, by mieć pewność o ich odporności na wizję złotej korony.

Jechali już dość długo, grało im w kiszkach, pogoda wyraźnie się psuła. Fauryn w milczeniu znosił narzekania braci, planując kolejne wizyty wśród władyków, wójtów lub choćby sołtysów, mogących wystawić choć kilku zbrojnych w walce o koronę. I nagle Dassen, średni z braci, ujrzał gospodę. Cała trójka popędziła na złamanie karku w tamtą stronę. Fauryn klnąc na czym świat stoi popędził za nimi.
- Niech was szlag trafi, matoły! - syknął - Mówiłem, żeby najpierw sprawdzać takie miejsca.
Bał się kolejnego zamachu. Potrafił się bić, bracia także, ale na bełt wypuszczony zza węgła żadne umiejętności szermiercze na nic by się zdały.
 
Falcon911 jest offline  
Stary 01-07-2014, 19:29   #5
 
Ajas's Avatar
 
Fauryn Ehernex
Ordilion , czwarty dzień jesieni, roku wielkiej gwiazdy.

Właśnie dla tego to Fauryn z całej czwórki miał zasiąść na tronie. Nie z racji wieku, siły czy większych do niego praw. Jego siłą była zdolność do używania mózgu, do czegoś innego niż wymyślanie sprośnych żartów czy nowych obelg.
Tym razem on i jego bracia mieli jednak szczęście, żaden morderca króla nie czaił się w pobliżu. Jeżeli nawet, to nie postanowił zaatakować.
Budynek karczmy nie napawał optymizmem, wyglądała smętnie i staro. Deską przydałaby się porządna porcja żywicy, a niektórym całkowita wymiana. Stary pordzewiały łańcuch z trudem trzymał drewniany szyld, na którym ktoś dużymi literami wygrawerował:

Samotne Drzewo


Nazwa przybytku pochodziła zapewne od wielkiego i starego dębu, który rósł obok zachodniej ściany. Jego grube gałęzie, zasłaniały niemal połowę dachu, jak gdyby chciał ochronić budynek przed deszczem i nadmiarem słońca. Sękate, porośnięte wieloma grzybami i całkowicie pozbawione liści, obserwowało w milczeniu czterech jeźdźców.
Karczma była jednak czynna, bowiem dwa uwiązane wierzchowce, młóciły kopytami ziemie przy ganku. Oba białe niczym świeży przebiśnieg, smukłe o długich zadbanych grzywach. Mimo pojawienia się braci, zachowywały się spokojnie, wydawało się, że zerkając wręcz z wyższością na ich szkapy. Właściciele koni, musieli zatrzymać się tu na noc, nadjeżdżając z drugiej strony traktu. W innym wypadku Fauryn czy któryś z jego braci na pewno by je zapamiętał.

Pierwszy na ziemię zaskoczył Ystern najmłodszy z całej czwórki. Chwycił za wwodzę swego konia i obwiązał je dookoła grubej, drewnianej beli. Przerzucił duży wór ze swymi rzeczami przez ramię, poprawił buzdygan wiszący u boku i ruszył do drzwi. W międzyczasie reszta gromady zdążyła zając się swoimi rzeczami i końmi.

Kiedy Fauryn, Dassen oraz Nevell, weszli do przybytku ich łysy brat rozmawiał z karczmarzem. Właściciel przybytku, był wysokim mężczyzną, odzianym w grube futro z dzika. Długie blond włosy opadały mu na ramiona, plącząc się z rudawą brodą. Niebieskie, przenikliwe oczy obserwowały wchodzące, mimo że uszy słuchały słów najmłodszego z jeźdźców.



Przywitał ich skinieniem głowy, po czym mruknął coś chrapliwym głosem do Ysterna, wyjmując spod lady cztery butelki. Jeden srebrnik wylądował na stole, kiedy łysol odebrał trunek i ruszył do ławy na której rozsiedli się jego druhowie.
- Niedawno wstali, on i żona. – zaraportował, podając im sikacz, na który zmuszeni byli w takich podrzędnych karczmach. Smakował jak szczochy a pachniał dwa razy gorzej, ale przynajmniej był mokry. – Tamta dwójka której konie stoją na zewnątrz zamówiła już wczoraj pokaźne śniadanie, więc nam też coś przygotują. –dodał, odkorkowując butlę zębami i wlewając potężny łyk trunku w usta. – Do najbliższego miasta dwa dni jazdy, jakaś zasrana wiocha. Darkmar czy coś takiego. –dodał, spluwając na ziemię.
 
__________________
It's so easy when you are evil.
Ajas jest offline  
Stary 02-07-2014, 13:01   #6
 
Ribesium's Avatar
 
Ansley nie należała do osób mających lekki sen. Jak na tak młodą osobę spała zadziwiająco twardo i długo. W chatce z dala od ludzi, pod czujnym okiem babci, czuła się bezpiecznie i błogo, co ułatwiało odpoczynek. Noc była też jej ulubioną porą doby. Po dniu wypełnionym po brzegi obowiązkami marzyła tylko by rzucić się na łóżko, przykryć niedźwiedzią skórą po samą brodę i oddać się rozmyślaniom bądź sennym marzeniom. Początkowo sny były sporadyczne, kompletnie irracjonalne i nic niewnoszące w jej życie. Z biegiem czasu nauczyła się jednak je kontrolować. Zauważyła, że jeśli wystarczająco długo i uporczywie będzie o czymś myśleć przed zaśnięciem, to potem fantazja ta powróci, w pełnej gamie kolorów, zapachów i dźwięków. Najczęściej śniła o odległych krainach i miastach. Starała się wyobrazić je sobie ze wszystkimi szczegółami, takimi jak detale na budynkach, rodzaje roślinności, język, jakim posługują się mieszkańcy, a nawet zapach powietrza i jego temperatura. Teraz jednak, jej dwudziestoletnie jestestwo zaczęło wchodzić na nowe nieznane grunty wyobraźni. Nie miała pojęcia, skąd się to bierze. Zaczęło się rok temu, kiedy to starego i schorowanego kupca Caldwella zastąpił jego młody pomocnik – Anzelm. Ansley doznała niemalże szoku widząc, jak w drzwiach staje dwudziestoparoletni młodzieniec. Do tej pory miała kontakt jedynie z ludźmi w średnim bądź sędziwym już wieku, nieoczekiwane spotkanie wytrąciło ją zatem z równowagi do tego stopnia, że nie odezwała się ani słowem, jedynie spojrzeniem wyrażając zdziwienie pomieszane z zainteresowaniem. Następne wizyty kupca przebiegały już lepiej. Ansley pomału otwierała się przed nieznajomym, aż w końcu okazało się, że mają dość sporo wspólnych tematów do rozmów. Niedawno zauważyła wręcz, że czeka na każdy jego przyjazd. Nie inaczej było i tym razem. Długo nie mogła zasnąć, niczym dziecko czekające na prezent zostawiany pod świątecznym drzewkiem przez Świętego Mikołaja. Kiedy w końcu sen przyszedł, był nadzwyczaj miły. Śniło jej się, że spaceruje z Anzelmem po łące. Była wiosna, przyroda budziła się do życia, a płynący nieopodal strumień odbijał nieśmiałe promienie słońca. Nie wiedziała o czym rozmawiali – ich słowa zlewały się ze szmerem wody. Nagle Anzelm zaczął ją łaskotać. Ona, podkasawszy suknię do kolan, zaczęła uciekać, zanosząc się od śmiechu. Mężczyzna jednak okazał się szybszy. Dogonił ją, złapał wpół, uniósł, zakręcił nią parę razy w powietrzu i postawił na ziemi, twarzą do siebie. I wtedy…



Koniec wylegiwania się, pannico! – jak przez mgłę usłyszała poranne fukanie babci. Zamruczała z niezadowoleniem i wciągnęła okrycie na głowę. Cudowny sen odleciał w niebyt. Świetnie. Czy ona musi się tak tłuc po domu od bladego świtu? Coś klepnęło w pościel na wysokości jej brzucha. Z trudem otworzyła oczy.

A ty stąd zjeżdżaj darmozjadzie. Myszy gonić, a nie spać o takiej porze! – najwyraźniej babcia wstała dziś lewą nogą. Kochała ją bardzo, ale doprawy, czasami bywa wyjątkowo nieznośna i upierdliwa. Lucyfer chyba miał podobne odczucia, gdyż przepędzony z posłania prychnął pogardliwie, zeskoczył z łóżka, z wyraźną nonszalancją otarł się o nogę staruszki, po czym z gracją i lekkością odbił się od podłogi i wskoczył na parapet. Tam, z godnością zaczął wykonywać poranną toaletę. Ansley obserwowała te czynności tłumiąc siłą woli ziewnięcie.

A ty co na zaproszenie czekasz? Wstawaj i ubieraj się.Corliss nie dawała za wygraną – Dziś w południe przyjeżdża Anzelm, chcę byś mi z czymś wtedy pomogła. Ale zanim to nastąpi, musisz zająć się ogrodem. Kilka roślin już jest gotowych do zebrania – to powiedziawszy babcia opuściła w końcu pokój, klnąc pod nosem na czym świat stoi i mamrocząc coś o darmozjadach i nieudacznikach. Po paru chwilach uszom dziewczyny dobiegł dźwięk rąbanego drewna.

Ansley usiadła na łóżku. Normalnie zrobiłaby babci na złość. Dziś jednak był ten wyjątkowy dzień, na który czekała od kilku tygodni. Przeciągnęła się więc i ziewnęła, po czym postawiła obie stopy na zimnej posadzce. To ją nieco otrzeźwiło. Zarzuciła na plecy leżący opodal szal i podeszła do okna. Lucyfer przerwał lizanie łapy i przysięgłaby, że spojrzał na nią pytająco. Pogłaskała go za uchem.

To co łobuzie, idziemy do ogrodu, czy najpierw śniadanie? – przy słowie „śniadanie” Lucyfer zamruczał kilka razy.
Czyli śniadanie.

Szybko zmieniła koszulę nocną na jedną z ładniejszych i mniej zszarganych sukien. Na wierzch założyła fartuch, żeby się nie pobrudzić. Przywdziała pantofle i owinęła się szalem. Poranki były już chłodne. Palcami przeczesała włosy i zaplotła je w długi gęsty warkocz. W kuchni zagrzała na piecu nieco mleka. Część nalała Lucyferowi do drewnianej miski. Sobie dokroiła pszennego placka. Miała co prawda ochotę na jajecznicę, jednak kury ostatnio coś słabo się niosły. „Może brakuje im koguta” pomyślała figlarnie. Po posiłku wzięła spod ławy wiklinowy kosz i wraz z kotem wyszła przed chatkę. Słońce świeciło już nieco pewniej, za kilka godzin ziemia się nagrzeje. Babcia nadal mocowała się z drewnem. Ansley przecisnęła się między grządkami ziemniaków i kapusty i dotarła do ziołowej rabatki.
Szybko i zręcznie zaczęła skubać obciążone kwiatostanami gałązki. Bylica piołun, krwawnik pospolity i dziurawiec zwyczajny. Z piołunu zrobi goryczkowatą nalewkę na choroby żołądka. Resztę ziół ususzy na napary i herbatki. Ale najpierw musi ujarzmić jeszcze zalegającą w chatce wiecheć lawendy. Jej zapach uwielbiała najbardziej.



Co jakiś czas zerkała na babcię. Staruszka z niezmordowaną energią narąbała chyba drewna na całą zimę. Skąd w niej ta niczym niewytłumaczalna siła? Czy ona naprawdę ma swoje lata? W końcu Corliss, z naręczem drewna, udała się z powrotem do chatki. Ansley postanowiła wykorzystać ten moment. Weszła za nią i grzecznie przycupnęła na ławie pod piecem. Lucyfer natychmiast wskoczył jej na kolana.

W czym takim mam Ci dziś pomóc, babciu? – spytała przymilnie mając nadzieję, że humor staruszki nieco się poprawił. Odruchowo podrapała kota za uchem.
Starsza kobieta otarła kilka kropel potu z czoła. Dopiero co skończyła wnosić zrąbane wcześniej drewno do kuchni. Nim odpowiedziała, nalała sobie wody do drewnianego kubka, upijając kilka łyków.

-Potrzebuję paru rzeczy z miasta. Oczywiście dam Anzelmowi odpowiednie przykazy, jednak jest jedna rzecz, której mu nie sprzedadzą. Chciałabym, byś zabrała się z nim, załatwiła co trzeba i wróciła. - stwierdziła bez ogródek. Był to chyba pierwszy raz, kiedy babcia wysyłała dziewczynę do miasta. Ansley nigdy wcześniej nie słyszała o rzeczach, których Anzelm nie mógłby kupić osobiście.

Cóż to za rzecz? – spytała zdziwiona –I dlaczego myślisz, że skoro Anzelmowi jej nie sprzedadzą, to zechcą sprzedać mnie? No i najważniejsze – podróż do miasta to tydzień w jedną stronę. Musiałabym wziąć naszego konia, by mieć jak wrócić. Z tego co wiem, Anzelm jedzie jeszcze dalej nim wróci z powrotem do Galdur – dziewczyna wyrzucała z siebie pytania niemal jednym tchem, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo cieszy ją możliwość wyrwania się z domu.

Takie tam, kobiece sprawy… – zbyła pytanie o istotę rzeczy. – Sprzedawczyni to moja dawna znajoma, dam ci coś, co będzie znakiem, że mnie znasz. Jest uprzedzona do mężczyzn, więc temu młodzikowi w życiu by tego nie przekazała. – wyjaśniła staruszka, po raz kolejny mocząc usta w wodzie. –Szkapa i tak nie jest mi potrzebna, tobie przyda się trochę ruchu. Może jak sobie porządnie żyć obijesz w podróży, to zrozumiesz, że najlepiej siedzieć u siebie. – dodała z przekąsem, widząc błysk podniecenia w oczach swej wnuczki, który zapłonął na słowa o podróży.

Ansley aż korciło, by przycisnąć babcię bardziej. Najwyraźniej staruszka miała jakiś sekret i dziewczyna zamierzała go poznać. Z drugiej strony zaś, skoro posyła ją samą po sprawunki, to przecież i tak zobaczy, co też takiego zawiera przesyłka. Zachwycona własną inteligencją dziewczyna zmarkotniała jednak po kolejnej wypowiedzi Corliss. A więc i ona została rozgryziona. Przez chwilę zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem babcia nie czyta jej w myślach, bądź też nie wnika w jej sny. E nie, wtedy wspomniałaby coś o Anzelmie. Swoją drogą, czy ona naprawdę się nie boi, że jej wnuczka będzie sama przez tydzień tułać się po bezdrożach, narażona na ataki zwierząt, ludzi i nie-ludzi? I to w dodatku na koniu, który na pewno nie ma kondycji, gdyż większość życia spędził w stajni?

No dobrze, daj mi więc ów przedmiot. Postaram się nie dać zabić po drodze, choć dziwię się, że nie boisz się o mój samotny powrót. Może jednak zabiorę się dalej z Anzelmem i wrócimy o tydzień później, ale przynajmniej razem – zaryzykowała ciekawa, czy babcię ruszy sumienie.

Staruszka przygryzła na chwilę wargi zamyślona. To musiało jej umknąć, widać wiek powoli robił swoje – czasem zapominało się o rzeczach oczywistych.

No tak... no tak… – zamyśliła się na głos, cmokając głośno ustami. Był to jej nawyk, który Ansley znała bardzo dobrze. Kiedy Corliss borykała się w myślach z trudną decyzją, jej usta mimowolnie zaczynały wydawać ten, na dłuższą metę, irytujący dźwięk. Najczęściej dochodziło do tego kręcenie małym nożykiem do ziół, między palcami.

Wrócisz sama, ale weźmiesz ze sobą w podróż Lucyfera. – przemówiła po dłuższej chwili. – Ten zwierzak wie jak unikać kłopotów, więc w razie czego będzie ci przewodnikiem. – podjęła zaskakującą decyzję.

Ansley, która także zaczęła pić wodę, omal się nie zakrztusiła.

Babciu, a cóż mi kot pomoże w razie napaści?! Przecież to nie tygrys, nie rozszarpie nikogo. Może wezmę chociaż nóż… tak na wszelki wypadek – nie dawała za wygraną – No chyba, że jest coś czego nie wiem o Lucyferze – ot, tak się droczyła, mając cichą nadzieję, że babcia zasypie ją rewelacjami na temat bojowych właściwości kota, który podczas pełni zmienia się w krwiożerczą bestię, czy coś równie efektownego.

A ty od razu myślisz, że cię napadną i zgwałcą! – odparła poirytowana staruszka, uderzając dłonią w stół. – Nie miej o sobie już tak wysokiego mniemania, nawet niewiele rzeczy masz, które można by ci ukraść! Weźmiesz Lucyfera, a Anzelm na pewno ma jakiś krótki mieczyk, który będzie mógł ci użyczyć na drogę powrotną. I już mnie nie denerwuj! – dodała, gniewnie zarzucając szal na ramię, bowiem ten w czasie uderzenia postanowił się ześlizgnąć. –Lepiej spakuj sobie czystą suknię i bieliznę, byś na dzikuskę nie wyszła. – fuknęła jeszcze na koniec i zaczęła układać porąbane drewno pod ławą.

Wnuczka wiedziała, że nic już nie wskóra. Zepsuła babci humor i lepiej było się teraz do niej nie zbliżać. Sądząc po wysokości słońca, zbliżało się południe. Poszła więc potulnie do swego pokoju. Zgodnie z poleceniem zawinęła w szal suknię i dwa komplety bielizny na zmianę, a z kuchni zgarnęła butelkę z ziołową nalewką, trochę suszonego mięsa i kilka kawałków placka, które to wiktuały zawinęła w ścierkę. Po namyśle postanowiła też wziąć zielnik. Co prawda okoliczne rośliny znała na wylot, ale kto wie, podczas tak długiej drogi może trafi na jakiś nowy, ciekawy okaz. Położyła pakunek na zewnątrz przed drzwiami wejściowymi, a na wierzch, ku pamięci, położyła płaszcz, który miał ją chronić przed chłodem i służyć jako koc w nocy. W ostatniej chwili przypomniała sobie o mydle. Nożem odcięła połowę i zawinęła w szmatkę. Babcia na pewno się nie obrazi. W końcu kazała jej nie wyglądać na dzikuskę. Zgarnęła też trochę listków szałwii do gryzienia. Doskonale dezynfekują i pomagają na nieświeży oddech. Do pasa sznurkiem przywiązała sobie sakiewkę z połową swego skromnego dorobku. Pierwszą rzeczą, jaką kupi w mieście, będzie grzebień. Jej długie ciężkie włosy mają nieznośną tendencję do plątania się. No i może jeszcze klamrę do włosów. Lucyfer przysiadł koło tobołka, najwyraźniej również gotowy do drogi. Dziewczyna poszła jeszcze nakarmić i napoić przed drogą klacz, po czym z westchnięciem opadła na ławkę przed chatką. Twarz oparła na dłoniach, łokcie na kolanach. Czekała.

Po jakimś czasie z oddali dobiegł ją odgłos końskiego człapania i kół sunących po ziemi. Serce zaczęło jej bić szybciej. Miała ochotę wybiec na spotkanie, jednak siłą woli się powstrzymała. Dopiero babcia miałaby kolejne powody do dogryzania jej. Cierpliwie czekała, aż Anzelm podjedzie bliżej, zsiądzie z wozu i podejdzie do niej. Najwyraźniej babcia również, mimo lat, miała słuch doskonały, gdyż wyszła z chatki wycierając ręce w fartuch.

Pochwalony! – krzyknął na powitanie Anzelm. Ubrany był w bawełnianą koszulę i spodnie, a na to narzuconą miał sznurowaną płócienną tunikę. Babcia kiwnęła głową, jednak „na wieki wieków” nie przeszło jej przez gardło. Niezrażony tym młodzieniec podszedł bliżej i uśmiechnął się do Ansley. Odwzajemniła uśmiech. Biedak nie wiedział jeszcze, co go czeka.



Chłopak wszedł z babcią do chatki, gdzie rozmawiali przyciszonymi głosami. Przez chwilę zapadła cisza. Dziewczyna dałaby sobie rękę uciąć, iż kupiec stoi teraz zdumiony na wieść o tym, że ma ją ze sobą zabrać. Po chwili jednak rozmowa potoczyła się dalej. Niedługo oboje wyszli. Anzelm chował do kieszeni babcine zamówienie. Ona sama zaś podeszła do wnuczki z małym zawiniątkiem.

Masz, tylko nie zgub. I pod żadnym pozorem nie zaglądaj do środka. Wścibska jesteś, to będzie trudno, ale zrób to dla mnie. W Venjar popytaj o Lachelle. Kiedyś prowadziła wraz z mężem kuźnię. Gdy ją spotkasz, daj jej to zawiniątko, a ona już będzie wiedziała, co chcę w zamian. No. To uważaj na siebie Corliss pocałowała wnuczkę w czoło. Wypadło to dość niezdarnie. Staruszka nie była najlepsza w okazywaniu uczuć. W międzyczasie Anzelm przyprowadził ze stajni konia. Wrzucił pakunki dziewczyny na swój wóz, a jej samej pomógł się wdrapać na klacz. Dziewczyna konno jechała może ze trzy razy, nie była więc wybitnie wprawiona. Lucyfer bez specjalnego zaproszenia wskoczył na jej tobołki i otoczony ciepłym płaszczem bezceremonialnie zasnął. Ansley przez chwilę się wydawało, że kot uśmiecha się do niej nieco szelmowsko. Pomachała jeszcze babci na pożegnanie i oboje z kupcem ruszyli dalej traktem na północny-wschód.

 
Ribesium jest offline  
Stary 03-07-2014, 14:02   #7
 
Ajas's Avatar
 
Ansley Aldursdottir
Eresdur,siódmy dzień jesieni, roku wielkiej gwiazdy.


Upłynął już trzeci dzień od kiedy Ansley wyruszyła z domu swej babki. Jeżeli najpierw przesycona była niezwykłą ekscytacją, co do podróży, to zaczęła się ona ulatniać. Droga nie należała bowiem do ciekawych i komfortowych. Pierwszego dnia po wyruszeniu złapała ich ulewa, tak mocna, że musieli zatrzymać się na całe dwie klepsydry. Tyle dobrego, że dziewczyna miała ze sobą nalewkę rozgrzewającą, inaczej pewnie zmogłaby ich choroba.
Tyłek bolał od twardego siodła, w którym spędzała teraz prawie każdą chwilę. Zielarka nie mogła pojąć, jak niektórzy mogli tak lubić jazdę konno, było to nie dość, że nie przyjemne, to męczące.
Jedynym promykiem tej wyprawy był czas wspólnie spędzony z kupcem Anzelmem, rozmawiali w trakcie jazdy naprawdę długo, a tematy zdawały się nie kończyć. Raczył dziewczynę opowieściami o miastach i żyjących tam ludziach, o swych nielicznych i niezbyt ekscytujących p[przygodach na szlaku, jak i straszył historiami o duchach lasu. Dla młodej zielarki były to jednak wspaniałe opowieści, które zapierały dech w jej młodej piersi. No i jej serce biło tak jakoś szybciej, gdy Anzelm mówił tylko dla niej…

Dziś pogoda im dopisywała. Słońce świeciło cały dzień, przyjemnie grzejąc w karki. Na niebie nie było niemal żadnej chmury, co Lucyfer wykorzystał by rozwalając się na wozie, wygrzewać czarny brzuszek. Późnym popołudniem młody kupiec zarządził przerwę.
- Tutaj zawsze się zatrzymuje, nie ma sensu jechać teraz dalej. Nie będzie tam dobrego miejsca by się zatrzymać. – wyjaśnił, sprowadzając swój niewielki powóz na bok traktu. Uwiązawszy konie, zajęli się przygotowywaniem obozu.

Okolica była naprawdę ładna, niedaleko z krzaczastą gęstwiną znajdowało się niewielkie jeziorko, staw można by powiedzieć. Korzystając z dzisiejszej, ciepłej pogody mogło się to okazać idealne miejsce na kąpiel. Druga taka okazja może prędko się nie trafić.
Anzelm zajął się przygotowywaniem królika, który został im jeszcze z dnia wczorajszego. Co prawda dziewczyna wiedziała, że w kwestii przypraw przyda mu się jej pomoc, ale nie była to trudna praca.

Kiedy Ansley zbierając drewno na ognisko przeszła się nad spokojną tafle stawu, dostrzegła kolejną rzecz, która zachęcała do późniejszej eksploracji.


Na powierzchni wody, przy zwykłych liliach jeziornych, pływały piękne kwiaty. Błękit liści był tak głęboki, że zdawały się być jeszcze piękniejsze niżeli czyste niebo. Cienkie płatki były niemal przezroczyste, zdawały się kruche jak niemowlak. Wszystko zbiegało do centrum kwiatostanu, który płonął czerwienią tak mocną, że nawet serca ognistych gór mogłyby mu pozazdrościć. Zielarka nigdy wcześniej nie widziała takiej rośliny, była ona piękna i tajemnicza.
 
__________________
It's so easy when you are evil.
Ajas jest offline  
Stary 03-07-2014, 23:59   #8
Ryo
 
Ryo's Avatar
 
Terra przeciągnęła się, w paru kościach jej strzeliło. Przewróciła się na bok i stęknęła. Sama chciała jeszcze skorzystać z ostatków tego przywileju. Kto wie, czy też nie samego życia. To mógł być ten ostatni raz.
Ociężale wstała z łoża, które niezbyt chętnie opuszczała. Ogarnęła z oczu zmierzchwione włosy koloru ciemnej czekolady, sięgające jej do ramion. Przeczesała je lekko palcami, ogarnęła część włosów za uszy, żeby kosmyki nie właziły jej do oczu. Poczuła chłód powietrza okalającego jej ciało wyrzeźbione wieloletnim treningiem szermierki, łucznictwa i jeździectwa. Gdyby nie rozliczne blizny na jej ciele będące pozostałościami po walkach na miecze i postrzałach, oraz kilka paskudnych, zielonożółtych, sporych sińców na ramionach, lewym boku i na prawym goleniu, trudno byłoby oderwać spojrzenie od jej wyraźnie, acz ładnie umięśnionego ciała i niezbyt obfitych, acz kobiecych krągłości. Długa, jasna blizna przechodząca przez ponad połowę jej lewego uda, kilka krzyżujących się ze sobą ‘kresek’ przechodzących przez lewę ramię skutecznie psuły razem z tymi sińcami tę ponadprzeciętną urodę. Na szczęście sińce się goiły i tylko kwestią czasu było, kiedy te całkowicie znikną.
Jasne, piwne oczy spoglądały jeszcze niezbyt przytomnie na rozgardiasz w pokoju. Torba leżała spakowana, otwarty kufer stojący w pobliżu łóżka został opróżniony z najpotrzebniejszych rzeczy do misji.
Dziewczyna rozmasowała sobie twarz. Trudno było zaprzeczyć temu, że mimo licznych szram Terra była naprawdę urodziwa. Jej twarz cechowała się ładnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi, małym, kształtnym nosem, cienkimi brwiami i delikatnie wyostrzonymi rysami.
Drżące z zimna ciało odbiło się zgrabnie z łóżka. Terra ubrała szybko na siebie lniane spodnie i lekko zmiętoloną koszulę, którą znalazła w kufrze, odszukała też parę wełnianych wiązanych skarpet, by nie zmarzły jej stopy. Podeszła do stolika znajdującego się w pobliżu kufra, na którym stała gliniana misa, dzbanek z wodą oraz ręcznik. Dziewczyna nalała wody, umyła swoje zgrabne, acz twarde i pełne odcisków dłonie, obmyła twarz i wytarła się ręczniczkiem, który rozłożyła na rozgrzanej pierzynie.

Weszła do kuchni, zastała w niej niezbyt wysoką kobietę o jasnych, nieco wypłowiałych, prostych włosach i jasnej karnacji, odzianą w długą burą spódnicę i szarą koszulę.
Wyrabiała ciasto na podpłomyki. Koło jej nóg plątała się dwójka małych szkrabów, podobnie jasnowłosych co kobieta, ubranych w białe podomki. Maluchy miały na oko pewnie z 4-5 lat. Mali chłopcy chcieli skosztować surowego ciasta, ale ich matka zbeształa swoje urwisy, żeby je zostawiły.
- ...dzień dobry Annika - ciemnowłosa odezwała się ciepło do blondynki. Terra nie cierpiała na chrypkę, głos miała może nieco niski, ale kobiecy i przyjemny dla uszu.
Annika Lassedottir, obecnie Annika Isilieva, żona Markusa, była w podobnym wieku co Terra, miały niewiele ponad 20 lat, ale kobiety bardzo się od siebie różniły. Annika pochodziła z północy, miała bledszą karnację, typową dla ludów Eresduru, była delikatniejszej postury niż silna, wytrenowana w boju Terra. Była poszczycićw stanie błogosławionym, oczekiwała już czwartego dziecka, które miało się pojawić na świecie za niecałe kilka miesięcy. Była też wzorową gospodynią, żoną i matką, którą mógł chlubić się jej ukochany brat.
Terra natomiast była starą panną. Nie było dzieci, nie było pokornej, posłusznej żonki walonej regularnie w dupę na żądanie męża i jego fiuta, która miała być na każde skinienie, i nie było jej zwyczajnie w domu. Latała po polach bitwy, taszcząc na sobie kilkanaście kilogramów żelastwa, albo strzelała z łuku, albo machała mieczem, albo jechała na zwiad, ryzykując tym, że prędzej będzie żarła kilka łokci pod gruntem ziemię z robakami i gównem niż wróci cała z pola bitwy. Nawet gdy była w domu, nie dało się odczuć specjalnej różnicy. Terra była cichą osobą, cieniem przekradającym się z jednego kąta do drugiego.

Gdy słowa Terry rozebrzmiały w pomieszczeniu, dwie pyzate, piegowane buzie skierowały się w stronę Terry. Chłopcy uspokoili się na moment… jedynie po to, by odstawić niedoszły smakołyk i cicho wyjść z kuchni. Chyba się krępowali przy dziewczynie, wstydzili się, może bali. Kiedy znaleźli się poza zasięgiem wzroku żołnierki, zaczęli rozrabiać i bawić się. Świadczył o tym tupot nóżek i wesołe krzyki.
- Usiądź sobie Terra, przygotuję ci śniadanie - Annika rzekła do dziewczyny. W jej głosie słychać było akcent ludów północy, ale nie kaleczyła tutejszego języka. - Co sobie życzysz?
- Widziałam że piekłaś podpłomyki. Chętnie skosztuję - oznajmiła Terra siadając do stołu.
Wkrótce do stołu zasiadły też dzieci Anniki, Sigfried oraz Johan. Bracia podobnie jak Terra mieli ciemne włosy, choć pierwszy miał nieco jaśniejsze. Byli też szczupłej budowy ciała, choć drugi wydawał się szczuplejszy. Widać, Sigfried ciężej pracował fizycznie, ale obaj siłą nie dorównywali Terrze. Żaden z nich nie parał się wojaczką, a Johan był zakonnikiem. Ale za to obaj byli częściej w domu niż dziewczyna, bo małe łobuzy zachowywały się przy nich swobodniej i ich poznawały, natomiast Terra była dla nich obcą osobą i tak ją traktowały.
Tamci też byli ze sobą znacznie bardziej zżyci, choć starali się Terrę traktować dobrze i wymieniali z nią więcej niż parę słów. Nie było co jednak się oszukiwać. Wojowniczka po raz pierwszy od kilku lat odwiedziła swój rodzinny dom, w którym sporo rzeczy się zmieniło. Z drugiej strony bracia na kilkanaście godzin odzyskali swoją siostrę żywą. Następnym razem mogli zobaczyć ją jako pokrwawione truchło otulone białym materiałem, przywiezione z bitwy. Albo nie zobaczyć już wcale.
Terra w spokoju jadła podpłomyk i popijała maślanką, dopóki ktoś ze stołu się do niej nie odezwał.
- Jak minęła ci ostatnia misja siostro?- zapytał jej brat który wybrał drogę zakonnika. - Plotki niosły, że ostatnio rozbijałaś się na południu jako ochrona naszych możnych. - dodał, upijając ciepłego mleka z cynowego kubka.
Dziewczyna pokiwała głową na drugą kwestię.
- Jeszcze cieszę się życiem - odpowiedziała krótko. - a misja się powiodła - stwierdziła skromnym tonem.
Najwyraźniej nie chciała rozmawiać o sprawach związanych z wojnami ani misjami. Chciała jeden dzień żyć jak normalny człowiek, który nie musi martwić się o to, by wrócić cało z pola bitwy, martwić się o osobę, której życie ochrania, ani myśleć o tym, że osoby, które kocha i są jej bliskimi, może ujrzeć po raz ostatni. A może byłoby zbyt wiele do opowiadania.
Johan pokiwał ze zrozumieniem głową. - Nam ostatnio się kozy obrodziły, miot był na tyle duży, że mój zakon może trochę w końcu zarobić. - stwierdził, płynnie zmieniając temat. - Ludzi ostatnio ciągnie do fałszywych proroków i ich wymyślonych bożków. smutne czasy nastały, gdy nie wiedzą kto tak naprawdę wskazuje im drogę przez życie. -westchnął.
Terra spojrzała na Johana, kończąc śniadanie i dopijając maślankę. Nadal myślała nad tym, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy dom, czy ją poznają… czy ona ich pozna.
- Bardziej martwi mnie to, co dzieje się na wschodzie Ordillionu - wyznała. - i to, jak zakończy się sprawa z rebelią w Asurgatcie.
- Jedno miasto na przeciw armii królewskiej? Nie sądzę by wytrwali długo. -przyznał zakonnik. - Gdyby nie znaczenie handlowe, wystarczyłoby ich zamknąć w środku i poczekać, aż skończą im się zapasy. Nie masz się czym martwić siostro. -starał się ją pocieszyć.
- Wybito żołnierzy w tym mieście. Król raczej nie wyśle całej armii na jedno butne miasto. Jeśli misja się nam nie powiedzie, mogę mieć kłopoty ze strony władcy - powiedziała Johanowi. - Tego też się obawiam.
Westchnęła, po czym dodała: - Chociaż może właśnie dlatego powinniśmy z dzisiejszego dnia wyciągnąć tyle dobrego, ile się da - lekko się uśmiechnęła.
- W takim razie powinnas posiedzieć z ojcem w kuźni. -stwierdził zakonnik. On zawsze był najpoważniejszy z jej rodzeństwa. Śmierć nigdy nie była dla niego tematem tabu, nie bał się jej. Wierzył, że w zaświatach i tak wszyscy znowu się spotkają. - Ciężka praca potrafi oczyścić umysł ze zmartwień.



Następny dzień

Wczesnym rankiem Terra spakowała ostatnie najpotrzebniejsze rzeczy na wyprawę oraz prowiant na kilka dni, a także manierkę i piersiówkę. Zdążyła posiedzieć poprzedniego dnia z ojcem w kuźni, popracować razem z nim, pomóc matce przy kolacji i porozmawiać oraz pożegnać się z najbliższymi.
Oporządziła Cezika, przypięła do niego tobołki i odjechała, po raz ostatni zerkając na rodzinny dom.
Przez następne kilkanaście godzin dominowała niezbyt przyjazna jeździe pogoda. Dużo popadało deszczu, przez co trakty zmieniły się w rzekę kamieni i błota. To właśnie pogoda, a nie bandyci chowający się w obsranych krzaczorach najbardziej przeszkadzały Terrze w wyprawie do Tyrymu.



Dwa dni później

Dotarli na miejsce. Terra zwinnie zeskoczyła z konia i odprowadziła go za lejce w kierunku czwórki żołnierzy. Cezik zaparskał cicho, łbem trącił płaszcz dziewczyny. Powoli kroczył razem ze swoją panią kilkanaście kroków, po czym się zatrzymał. Uparł się na coś, bo nie chciał się dalej ruszyć.
- Wiem co chcesz, Cezik. Poczekaj - dziewczyna rzekła do konika.
Sięgnęła za pazuchę, dobywając sakwy z zielonawymi, soczystymi jabłuszkami. Cezik obwąchał ją i miał chyba ochotę wsadzić do niej łeb.
- No, łobuzie, bo jeszcze ci zwiążę pysk tą sakwą! - upomniała łagodnym, acz stanowczym tonem swoją szkapę. - Już, dostaniesz swój smakołyk - uśmiechnęła się do swego wierzchowca, a wnet w jej dłoni pojawiło się jabłko, piękne, zielonawe, może lekko obite. - Jak będziesz grzeczny, to za niedługo dostaniesz kolejne.
Konik był mądrą gadziną, chyba zrozumiał, o co jego pani chodzi. Ten szybko spałaszował jabłko. Terra pogłaskała konika po grzywie, po czym dodała:
- Dobrze. Chodź, panowie nie będą na nas czekać - to co od strony drugiej wyglądało na przejaw lekkiego świra, dla Terry nie było niczym zdrożnym. Cezik towarzyszył jej często w misjach, więc traktowała go jak partnera.
Jak chodziło o ludzi… to różnie szło.
Żołnierka podeszła do trójki wojaków, z którymi się zmówiła.
- Witam towarzyszy - powitała ich poważniejszym głosem niż tym, którym zwracała się do swego wierzchowca. - Już jestem. Wszyscy gotowi?
Terra znała dwóch z obecnych żołnierzy, zdarzyło im się już razem współpracować. Jednym z nich był Bor, osobnik o bujnym zaroście i głowie łysej jak kolano. splątana wielka broda, zasłaniała pół gęby, zaś sumiaste wąsiska, sterczały tak, że można by na nich podkowę zawiesić. Widza kobietę, uniósł pozbawiona dwóch palców dłoń. Bor nie był człowiekiem wielu słów.
Drugi jednak był bardziej gadatliwy, czego zresztą Isilieva nieraz doświadczyła na własnej skórze. Targen Loutimens brzmiało jego pełne miano. Najmłodszy syn z zubożałej w czasie wojny rodziny szlacheckiej, przez naturalny talent do szermierki trafił do służby wojskowej. Był to młody szczupły mężczyzna, w przetartej kolczudze. W przeciwieństwie do Bora chodził gładko ogolony. Terra widziała raz próby jego zapuszczenia zarostu. Po dwóch tygodniach zamiast koziej bródki, miał coś co wyglądało jak patyki powtykane w gówno. Od tamtego czasu nie eksperymentował już więcej ze swym owłosieniem.
- Toć ty jak zawsze ostatnia, my już dawno moglibyśmy wyruszać. - powitał dziewczynę, swym lekko piskiliwym głosem. Uścisnął jej dłoń, drugą ręka klepiąc po plecach jak starego druha.
- Nie znasz jeszcze Harmonijki prawda? -zagadnął, ruchem głowy wskazując ostatnią osobę.
Była to persona w wysokim i spiczastym stalowym hełmie. Przyłbica przysłaniała całą twarz, zakończona ostrym dziobem niczym u dzięcioła. Stalowe zbroja paskowa, była dobrze wykonana, wyglądała na wmiarę nową. Harmonijka był jeszcze szczuplejszy od Targena, zaś przy jego boku wisiał rapier- broń dobra na pokazy, jednak nie do prawdziwej walki. Żołnierz kiwnął głową w stronę Terry, oczekując aż skończą powitania, by ruszać w drogę.
- Jeszcze nie - odparła Terra swemu wesołemu kompanowi, lekko klepiąc go w ramię. - Terra Isilieva - przedstawiła się Harmonijce, po czym dodała. - Skoro aż tak się guzdrałam, to może lepiej ruszajmy - dodała po chwili, ratując nowo poznanego żołnierza od dalszego czekania. Cezik chyba był podobnego zdania… ale z drugiej strony - na dobre jabłuszko zawsze była dogodna pora.
Na szczęście Cezik był dobrym koniem, więc się nie domagał jak poprzednio. Po jabłuszku miał chyba lepszy humor niż podczas podróży.
- Słyszałaś, że ostatnio coraz więcej band grasuje po traktach? - zagadnął Targen, przypinając tobołek do swej burej szkapy. - Dla tego tu na Ciebie czekaliśmy, samotne jazdy to teraz niebezpieczna sprawa.
- Samotne jazdy zawsze były obarczone takim ryzykiem. Ale na szczęście nie zetknęłam się po drodze z takimi atrakcjami jak bandyci - odpowiedziała Terra.
Ci którzy znali Terrę, wiedzieli, że nie była mistrzynią świata w rozmowach. Jej zdania często sprowadzały się do konkretów. Ale nie oznaczało to, że pogardzała nimi.
- Bardziej niż bandyci przeszkodziła mi pogoda - dodała, karmiąc Cezika kolejnym zielonym jabłkiem.
- Nadchodzi czas burz. -przytaknął młody szlachcic. - Miejmy nadzieję, że deszcz będzie jedynym co spotkamy po drodze. - stwierdził wskakując na koń. - No to jedziem. -zakomunikował, uderzając piętami w bok swego konia, który zarżał cicho i powolnym stępem ruszył przed siebie.
- To jedziem, bo uschniem.
Terra również zachęciła Cezika do dalszej jazdy. Nie oczekiwała bandytów po drodze, ale na wszelki wypadek miała przy sobie łuk ze strzałami i miecz. Potrafiła dobrze strzelać z łuku, jednocześnie ujeżdżając konia, więc nie obawiała się w takim stopniu zbirów jak Targen. Nie przeszkadzało to jej mieć czujne oko na otoczenie. W końcu od tego była.
 
__________________
Every time you abuse Schroedinger cat thought's experiment, God kills a kitten. And doesn't.

Na emeryturze od grania. Dobra, na razie nie
Ryo jest offline  
Stary 04-07-2014, 20:34   #9
 
Ribesium's Avatar
 
Ansley długo nie mogła ochłonąć po wydarzeniach minionego poranka. Była przekonana, że póki babcia żyje nie uda jej się wyściubić nosa poza chatkę i okolice między lasem, łąka i rzeką. Jakoś nie przekonywało jej stwierdzenie staruszki, że jeśli obije sobie porządnie żyć, to odechce jej się dalekich wypraw. Skąd babcia może to wiedzieć. W końcu różnią się – i charakterem i poglądami. Mieszkają razem już 10 lat i niby się znają – ale czy aż tak dobrze? Odkąd pamięta babcia była bardzo zamknięta w sobie, nigdy nie opowiadała o przeszłości, a jakiekolwiek próby wydobycia informacji szybko ucinała, bądź wręcz zaczynała ziać jadem i złośliwością. No i te wieczne niedomówienia i tajemnice. Bo o cóż chodziło z tymi nocnymi rozmowami? Z kim babcia tak gaworzy, skoro nikogo nie ma w pokoju? Wytłumaczenie mogło być dwojakie – albo Corliss, z racji wieku i przeżyć zaczynała już tracić rozum, bądź też rację mają ludzie, którzy omijają chatkę szerokim łukiem, wykonując przy tym znak krzyża i spluwając przez lewe ramię. Czarownica. Wiedźma. Zaprzedała duszę diabłu. Biedny Lucyfer bynajmniej nie pomagał w ociepleniu babcinego wizerunku. No a jeśli to prawda – przynajmniej częściowa – to czy w jej, Ansley żyłach, nie płynie także skażona krew? No i jeszcze ta wyprawa. „Jedź do miasta, przekaż przedmiot, odbierz przesyłkę i wróć sama”. Czy tak naprawdę babcia nie chciała się jej po prostu pozbyć na jakiś czas?

- Wyjątkowo milcząca dziś jesteś – wyrwał ją z rozmyślania Anzelm. Nawet nie zauważyła, kiedy zwolnił na tyle, by jej koń mógł się zrównać z kupieckim wozem.

- Tak jakoś się zamyśliłam – bąknęła nie chcąc się wdawać w szczegóły.

- Pewnie się zastanawiasz, dlaczego po dziesięciu latach babcia postanowiła nagle wypuścić cię w świat – trafił w sedno. Jak to możliwe, że rozumie ją niemal bez słów? Spojrzała na niego, po raz pierwszy odkąd wyruszyli.

- Wiem niewiele więcej od ciebie – odparł szybko – Ale uważam, że nie powinnaś sama wracać. Niby droga prosta i bezpieczna, ale jednak młoda dziewczyna, nie mająca w dodatku pojęcia o samoobronie, powinna mieć jakąś obstawę. Tak już nawet myślałem… Że jak tylko załatwimy twoje sprawy w Venjar, odwiozę cię z powrotem. Caldwell nie urwie mi głowy, jeśli interesy opóźnią się o tydzień.

Na początku chciała się obrazić. A więc tak ją widzi? Jako bezbronną wystraszoną pannicę? Potem jej serce roztopiło się w przypływie wdzięczności i… chyba czegoś jeszcze. Na końcu zaś ukłuły ją wyrzuty sumienia. Akurat w to, że Caldwell nie ukarze Anzelma za taki wyskok, szczerze wątpiła.

- Dam sobie radę. W tę stronę poznam trasę, a z powrotem Lucyfer będzie mnie eskortował – na dźwięk swojego imienia czarny kot, drzemiący na powozie, otworzył leniwie jedno oko – Wiesz, jeśli tak się martwisz, to może w czasie postojów nauczyłbyś mnie walczyć? Masz chyba ze sobą jakiś miecz.

Anzelm uchylił poły swej tuniki. Rękojeść błysnęła w słońcu.

- Mogę cię poduczyć. Co nie zmienia faktu, że nie zmienię zdania. Jestem jeszcze bardziej uparty od ciebie – w jego oczach ujrzała rozbawienie. Nie mogła się nie zaśmiać. Oczywiście nie chciała wracać sama, głównie ze względu na uczucie do chłopaka, postanowiła się jednak jeszcze trochę podroczyć.

- A jeśli Caldwell wyrzuci cię na zbity pysk?

- Wtedy będę miał motywację, by poszukać innej roboty. Ta nie jest oczywiście zła – poznaję dużo miejsc i ludzi, a i ciekawe nowiny się usłyszy, ale tak prawdę mówiąc myślę o jakiejś robocie na stałe, w jednym miejscu. Wiesz, tak żeby gdzieś osiąść, dorobić się kawałka własnej ziemi, założyć rodzinę.

Tego się nie spodziewała. Nie śmiała jednak drążyć tematu. Na szczęście dla niej z nieba lunął deszcz, który zmusił ich do postoju na mniej otwartej przestrzeni. Znaleźli schronienie pod jednym z rozłożystych przydrożnych drzew i usiedli pod nim, wycierając się jakimiś szmatami. Ansley przypomniała sobie o nalewce. Wypili prawie połowę. Dziewczynie zaczęło się kręcić w głowie – nie wiedziała jednak czy to ze zmęczenia, z emocji, czy też trunek był za mocny na jej głowę. Starała się skupić na słowach Anzelma, który opowiadał jej o przygodach, jakie spotkały go na szlaku oraz o mieszkańcach Fanjar, Venjar i Galdur („I wiesz – raz do roku w Venjar jest wielki festiwal rybny. Można wtedy dostać nie tylko przepyszną świeżą rybę, ale też pamiątki związane z rybołówstwem. Widziałem na przykład przepiękne kolczyki w kształcie ryb, wykonane ze złota i masy perłowej. Myślę, że bardzo by Ci pasowały…”), jednak jej powieki stawały się co raz cięższe i cięższe. W końcu, sama nie wiedząc kiedy, zasnęła.

Śniło jej się błękitne morze, a w nim skaczące ponad falami ryby, których srebrne łuski lśniły w promieniach słonecznych niczym klejnoty. Wiatr był lekki i ciepły, a rybacy, korzystając z pogody, wyciągali pełne sieci. Wyrzucali żywy srebrzysty potok na pokład, by po chwili znów zarzucić sieci. Ansley stała na bosaka na brzegu i obserwowała rybaków. Co jakiś czas przypływ obmywał jej stopy nagrzaną od słońca wodą. Nagle poczuła, że coś ociera się o jej stopę. Spojrzała w dół i zobaczyła, że jest to jedna ze srebrzystych ryb. Biedaczka leżała teraz na piasku i szybko łapała powietrze. Czemu morze wyrzuciło ją aż tak daleko? Dziewczyna schyliła się i wzięła ją na ręce, by zanieść ją na głębszą wodę i wrzucić ponownie w otchłań. Przeszła parę kroków i gdy woda sięgała jej pasa, wypuściła dyszące stworzenie. I wtedy, ku jej zaskoczeniu, ryba przemówiła ludzkim głosem:

-Dziękuję ci, Ansley. Dobra z ciebie dziewczyna. Za to, że okazałaś mi serce, podzielę się z tobą pewną tajemnicą. Pod żadnym pozorem nie możesz oddać babci tego, po co cię wysłała. Sprowadzi to nieszczęście na ciebie i cały Eresdur. Przedmiot ten posiada bowiem moc, którą nikt nie powinien władać. Pamiętaj – nie może on trafić w ręce Corliss.

Ryba odpłynęła, a Ansley ujrzała, jak z oddali napływa ogromna fala, wysokości kilkunastu metrów. Dziewczyna rzuciła się do ucieczki, jednak woda była szybsza. Ogłuszona i zbita z nóg potężnym przypływem zaczęła tonąć. Czuła, jak woda wdziera jej się przez nos i usta do płuc, jak nie może złapać oddechu. Zaczęła się szamotać, rozpaczliwie próbując wypłynąć na powierzchnię. I wtedy się obudziła.

- Hej wszystko dobrze? Spałaś bardzo niespokojnie – słowa Anzelma pomału docierały do jej świadomości. Otworzyła oczy, czując upiorny ból głowy. Siedziała na wozie obok Anzelma, który jedną ręką podtrzymywał ją w pasie. Lucyfer nadal leżał wśród tobołków. Jej szkapa, przywiązana lejcami do wozu, powoli szła obok nich.

- Nie bardzo. Zatrzymaj się.

Dziewczyna zeskoczyła z powozu i nie bacząc na nic podbiegła do rowu, by oddać hołd matce naturze. Trochę pomogło. Anzelm zeskoczył za nią i podtrzymując jej włosy, by ich nie zarzygała, pocieszająco głaskał ją po ramionach.

- Tak się kończy nadmiar picia. Głowę masz słabą jak ho ho.

Nie była w stanie odpowiedzieć. Wytarła rękawem usta i ruszyła w kierunku wozu. Z tobołków wygrzebała bukłak z wodą i upiła kilka łyków.

- Już mi lepiej, możemy jechać – starała się uśmiechnąć. Wypadło to nieco blado. Wyjęła z sakiewki listek szałwii i zaczęła go rzuć. Gorzki smak nieco pomógł.

- No dobrze. Ale zapamiętam, żeby trzymać cię z dala od butelek z wysokoprocentową zawartością – próbował rozładować napięcie Anzelm. Usadowił się ponownie na miejscu woźnicy i strzelając lejcami cmoknął na konia. Powoli ruszyli dalej.

Reszta dnia upłynęła spokojnie. Ansley, wyraźnie na kacu, nie była skora do rozmów. Humor psuło jej też wspomnienie snu. Nie chciała jednak dzielić się nim z Anzelmem. Jeszcze wziąłby ją za wariatkę. Nie mogła jednak odgonić ponurych myśli, każących jej wątpić w sens całej wyprawy. Na szczęście w nocy nic jej się nie śniło.

Trzeci dzień wyprawy rozgonił nieco posępny nastrój. Od rana świeciło słońce, a kolorowe o tej porze roku liście opadały wolno na trakt. Byli już prawie w połowie drogi do Venjar i perspektywa ujrzenia miasta za kolejne trzy dni dodała jej otuchy. O tyle o ile – w końcu musi odnaleźć Lachelle i uporać się z babciną tajemnicą. Wyjęła z tobołka zawinięty w chustę przedmiot, który miał się stać elementem przetargowym. Po wadze i kształcie próbowała się domyślić, co też takiego jest w środku. Było dosyć ciężkie. Potrząsnęła zawiniątkiem. Coś zagrzechotało. Przez długą chwilę walczyła ze sobą, ale ostatecznie odłożyła pakunek na miejsce. Nie będzie go otwierać. Czasem po prostu lepiej nie wiedzieć. Zresztą – Anzelm mógłby ją nakryć. Nie dość, że już pewnie myśli o niej jak o bojaźliwej histeryczce ze słabą głową, to jeszcze teraz będzie mógł jej zarzucić wścibstwo. Co to, to nie. Podjechała do przodu równając swoją szkapę z koniem kupca.

Późnym popołudniem młody kupiec zarządził przerwę.
- Tutaj zawsze się zatrzymuje, nie ma sensu jechać teraz dalej. Nie będzie tam dobrego miejsca by się zatrzymać – wyjaśnił, sprowadzając swój niewielki powóz na bok traktu.

Posłusznie ruszyła za nim. Uwiązała swoją szkapę do drzewa. Ta od razu zaczęła skubać trawę. Lucyfer, wybudzony nagłym bezruchem, zeskoczył z wozu. Ziewnął ukazując ostre jak szpilki zęby i przeciągnął się rozkosznie, podwajając prawie swoją długość. Okolica była przepiękna. Z pomiędzy krzewów dało się zobaczyć mieniącą się w zachodzącym już prawie słońcu taflę jeziora. Anzelm rozpalał ognisko nieopodal. Dziewczyna pokręciła się po okolicy i wróciła z naręczem patyków oraz garścią ziół, idealnie komponujących się z oprawianym przez mężczyznę królikiem – lubczykiem, estragonem i czosnkiem niedźwiedzim.

Korzystając z tego, że do kolacji była jeszcze chwila, postanowiła szybko się wykąpać. Rozebrała się aż do bielizny (wolała nie ryzykować jej zdejmowania) i zaplotła włosy na czubku głowy. Lucyfer podążył za swoją opiekunką, trzymając się jednak w odpowiedniej odległości od brzegu. Woda, jak na tę porę roku, była jeszcze dość ciepła. Długie w tym roku lato nagrzało skutecznie ziemię, która teraz powoli oddawała swoje ciepło. Co prawda Ansley nie umiała pływać, jednak stanie po ramiona w wodzie i rozgarnianie rękami gładkiej tafli było bardzo relaksujące.

Wtem, kątem oka dostrzegła, że coś błyszczy nieopodal. Kiedy odwróciła głowę dostrzegła w odległości kilkunastu metrów kilka kwiatów – tak niezwykłych, że niemal nierealnych. Wydawały się dziełem sztuki wykutym w górskim krysztale, tak czystym jak czyste bywa powietrze w zimie. Niespotykane zazwyczaj połączenie błękitu z czerwienią sprawiało, iż nie była w stanie się im oprzeć. Podeszła nieco bliżej, strofując się pod nosem za swą lekkomyślność. W dzieciństwie wystarczająco dużo nasłuchała się legend o Potworze z Jeziora, który wabi ludzi na głębinę tym, co jest dla nich najważniejsze, by potem wciągnąć ich na dno i tam uwięzić ich dusze na wieki. Kiedy była już jakieś pół metra od najbliższego kwiatu zatrzymała się. Pochyliła się, by lepiej mu się przyjrzeć. Delikatnie falujące na tafli przezroczyste płatki zdawały się niezwykle kruche, a czerwony, ognisty niemal środek pulsował w rytm pływu niczym serce. Co ciekawe, nie czuła żadnego zapachu. Nie mógł to więc być normalny, naturalny kwiat, zapylany przez pszczoły. Miała ogromną ochotę go dotknąć, jednak zawahała się. Ostrożnie, przez materiał swojej koszuli, zerwała jeden z nich. Kiedy to jednak uczyniła, płatki opadły, niczym igły na martwej choince. Ognisty środek chwilę jeszcze błyszczał, po czym zgasł, jak wypalona pochodnia. Obsypane płatki unosiły się na tafli stawu, gdy jednak próbowała któryś wziąć – i on się pokruszył. Przeszedł ją nagły dreszcz. To, co się tu dzieje, nie jest normalne. Ten kwiatek również nie jest normalny. Woda jakby się ochłodziła. Ostrożnie, krok za krokiem, zaczęła się wycofywać tyłem w kierunku brzegu, nie spuszczając oczu z kwiatów. Nagle potknęła się o jakiś korzeń i straciła równowagę.

- Anzelm! – zdążyła jeszcze krzyknąć nim zniknęła pod wodą.

 
Ribesium jest offline  
Stary 06-07-2014, 21:39   #10
 
Ajas's Avatar
 
George Hazard
Wolne miasto Asugartta, dziesiąty dzień jesieni, roku wielkiej gwiazdy.



Nowy dzień wstawał nad dachami kamiennych domostw. Silny wiatr wiał od morza, niosąc ze sobą intensywny zapach ryby. Niebo był zachmurzone, lekka mżawka od rana uderzała w okna, wygrywając prywatny koncert dla każdego mieszkańca. Proporce łopotały by na wietrze, gdyby nie fakt, że wszystkie znaki Ordilionu zostały zerwane.
Bramy miasta dalej pozostawały zamknięte, jedynie port działał sprawnie. Mimo to wystawiono tam kilka ciężkich balist, które miały posłać na dno zatoki wszelakie bojowe okręty, które Khan III Szczodry mógłby tu wysłać. Był to dobry punkt do obrony, do portu prowadził ciasny kanał, przez który naraz mogły przepłynąć maksymalnie dwa okręty. Zaraz potem zatoka rozszerzała się, w ogromny port, który dziennie obsługiwał wiele barek, galer, statków rybackich i transportowych. Jednak by przeprowadzać na miasto atak ze strony morza, trzeba było być szaleńcem.

Po murach kręciło się kilku ochotników. Uzbrojenie w ciężkie kusze, patrolowali teren dookoła miasta. Wszyscy rycerze króla którzy pełnili tu na co dzień role patroli miejskich, zostali wybici co do nogi. Głowy niektórych z nich dalej wisiały nabite na włócznie, umieszczone na blankach jako przestroga.
Nad miastem górowała olbrzymia huta żelaza, jedyne takie miejsce w obrębie Ordilionu i Breuvine, nawet daleki Ersedur nie może pochwalić się tak wspaniałym zakładem. Jej olbrzymie kominy od rana wyrzucały z siebie kłęby pary i dymu, przetapiając setki ton rudy. Kruszec był tu transportowany statkami z wielu państw, tylko po to by huta Hazardów w najlepszy sposób przerobiła go na stal najwyższej jakości. Ponoć używali tam technik krasnoludzkich mistrzów z oddalonych, trudnodostępnych Ostrych gór.

Konflikt z królestwem wyniknął z pewnej mierze właśnie przez Hutę. To ona uczyniła Asugartt tka silnym ośrodkiem handlowym. Dzięki niej złoto przesypywało się z rąk do rąk, a robotnicy i marynarze mieli pełne ręce roboty. Z racji wojny Ordilionu z Breuvine miasto zostało mocno opodatkowane, głównie gotówka uciekała właśnie z huty. To właśnie młody George Hazard, jako pierwszy poruszył kwestie okradania miasta przez Khana III Szczodrego. Poparli go inni kupcy i możni, których mieszki robiły się coraz lżejsze. To właśnie pieniądze przyczyniły się do buntu przeciw władzy, oraz zadania mocnego ciosu w skarbiec Ordilionu.

George właśnie wstawał z łóżka, miał dziś wiele do zrobienia. Musiał zajrzeć do huty, po południu zaś miała odbyć się rada z innymi przywódcami rebelii. Martin Basko, bogaty handlarz jedwabiami oraz Rust Flamek jeden z głównych zarządców poru, mieli ponoć ogłosić dziś coś ważnego.

Ragis Elvin
Rosemvale, ósmy dzień. Jesieni, roku wielkiej gwiazdy


Mewy skrzeczały w porcie, a silna bryza targała włosy Ragisa Elvina gdy wchodził powoli na pokład zniszczonego brygu. W końcu po kilku dniach przygotowania, mała flotylla była gotowa do wyruszenia.
Małe państewko na wschód od Breuvine, wystawiło cztery okręty do tej eskapady. Mieli pewna przewagę czasową nad Ordilionem i ich zachodnim sąsiadami. Mimo, że państwo Khana III Szczodrego słynęło z najlepszego drewna na statki w królestwie, oraz z kilku dobrych stoczni, to osłabione wojna i buntem w Assugart nie mogli pozwolić sobie na wysłanie statków. Sytuacja podobnie wyglądała w pogrążonym w wojnie domowej Breuvine, natomiast ogromne królestwo na północnym wschodzie Bruma nie miało odpowiednio mocnych statków i wytrwałej załogi, by szybko mieć sposobność do tego wyścigu. Ten jeden raz malutkie Rosemvale mogło być w czymś najlepsze.

Niedawno odkryta nowe lądy daleko na północy, to właśnie tam miała wybrać się ekspedycja. Zbadać je i jeżeli będzie istniała taka możliwość wbić tam flagę z symbolem nadmorskiego królestwa. Taka eskapada mogła uczynić z Rosemvale gracza na światowej politycznej planszy.

Ragis Elvin nie trafiły na flagową Stokrotkę, lecz na podległego jej Czarnego Knura. Była to dwumasztowa galera, wyposażona w potężne żagle i rząd wioseł które miały pozwolić jej pływać, nawet gdy wiatr nie dopisywał. Najemnik znał swoją rolę, w czasie rejsu miał być jednym z nawigatorów, zaś na lądzie jego celem będzie rozprawić się ze wszystkim co groźne, dla wysłanników króla. Fircyki zamku, upchane były na Stokrotce, ciekawe czy uda im się rzygowinami zmienić barwę morza.


- A ty to kto? – starszy jegomość z fajką między zębami ,trzymał długi zwój pergaminu. Odhaczał na nim imiona poszczególnych załogantów. Jego broda sprószona była już siwizną, zaś twarz orały głębokie zmarszczki. Poprawił tunikę, która okrywała jasna lnianą koszulę, gdy najemnik podał mu swe miano. – Nawigator ta? W takim razie robisz razem ze mną, obaj podlegamy Flarnomi Robelgowi.- Mówiąc to podbródkiem wskazał na głównego nawigatora, który wydawał właśnie kilka rozkazów.


Był to mężczyzna którego jedno oko pokrywało bielmo. Twarz miał oszpeconą bliznami, które sprawiały, że jego ostre rysy były jeszcze straszniejsze. Wysoki i dość muskularny, chował łysa głowę pod kapeluszem. W jego głosie słychać było ostry obcy akcent z Eresdur. Ragis słyszał o nim, była to swoista legenda morskiego światka. Jegomość ten, próbował kiedyś przepłynąć przez ”Czarcią Paszczę”. Przeliczył się jednak, stracił całą załogę oraz okręt. Sam ledwo uszedł z życiem tracą jedno oko, oraz szpecąc strasznie swoją twarz. Od tamtego czasu służyć zaczął pod sztandarem Rosemvale, jako jeden z głównych nawigatorów floty królewskiej.

- Według planów mamy dopłynąć do Fanjar, uzupełnić tam zapasy po czym ruszać prosto do celu. – usłyszał przyciszone słowa, człowieka z fajką, skierowane do niego. – Mam nadzieje, że stary Robelgow nie będzie chciał się zemścić na Czarcie i nie wpłynie znowu w jego paszczę. – dodał wypuszczając z nosa siwy dym.

Do’khar
Eresdur, szósty dzień jesieni, roku wielkiej gwiazdy

Silny północy wiatr targał mokrym od deszczu futrem. Ulewa złapała go niespodziewanie, nim zdążył schronić się w jednej z jaskiń, przemókł odo suchej nitki. Siedział skulony, obserwując deszcz rozbijający się o ziemie strzygąc uszami.
Samotne Gory, jedyne wysokie szczyty w całym Eresdur, były zdradliwe nie tylko jeżeli chodzi o obsuwające się kamienie, ale i pogodę. Jeszcze dwie klepsydry temu niebo było całkowicie czyste.
Gęsta i lepka ślina z odrobina włosów została wypluta przez tygrysołaka na ziemię. Jaskinia do której wlazł była całkiem głęboka, dalej wiódł jakiś tunel, kto wie co się w ni czaiło.
Jednak nie przybył tutaj badać zapomnianych korytarzy, dostał zlecenie od starosty pobliskiej wioski. Ponoć gdzieś wśród tych ostrych szczytów czaiła się wiedźma, która swymi przekleństwami zsyłała zła pogodę na pola uprawne. Nikt jednak nie chciał podjąć się wcześniej tego zadania- uważali szczyty za zbyt niebezpieczne.
Tygrysołak nie znał jednak misji które mogłyby być zbyt trudne. Kiedy dostawał zlecenie, to należało je wykonać- bez względu na trudy. Pieniądze z tej misji pozwoliłby mu bez problemu dotrzeć do stolicy, kto wie może tam znajdzie się jakieś zadanie.

Błyskawica rozerwała niebo, a on poczuł delikatny powiew na plecach. Jaskinia musiała być otwarta z innej strony, skoro silny północny wiatr docierał z jej wnętrza. Może warto byłoby się skusić by ruszyć w nią głębiej…
 
__________________
It's so easy when you are evil.

Ostatnio edytowane przez Ajas : 07-07-2014 o 01:22.
Ajas jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:23.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171