Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-05-2015, 18:37   #1
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 15872 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
[storytelling, autorski] Morfa. Cz.1. W sieci.

Dni były szczególnie suche i upalne tego lata. Nawet wielkie, tłuste gomygi, wymorfowane jeszcze za czasów Rozdarcia, z którymi sam Zakon Diatrysa nie był w stanie sobie poradzić, nie naprzykrzały się tak bardzo. Bielone na biało budynki odbijały światło słońca, jeszcze bardziej zwiększając żar, dlatego też brukowane kostką z pobliskiego kamieniołomu ulice Sklithry świeciły o tej porze pustkami. Jedynie w podcieniach, wokół centralnego rynku, przy brzdękach strun cytry wprawianych w drżenie pokrzywionymi palcami jakiegoś podstarzałego barda, siedząc lub półleżąc na kamiennych ławach sączyli zfermentowane kozie mleko lub rozcieńczone miejscowe piwo. Kilku drzemało. Inni grali w Drakę, sześcio i czterościennymi kamieniami z wyrzeźbionymi symbolami, których znaczenia nikt już nie znał. Melanż różnych kultur i narodowości zwabiony do miasta obietnicą łatwego zarobku. W większości z nich ciągle jeszcze żyła nadzieja na lepsze jutro. Tymczasem byli tragarzami, posługaczami, różnego rodzaju wyrobnikami czekającymi na odmianę losu. Losu być może nie najgorszego, bo mieli parę rąk zdolnych do pracy, której w Skilthry, na rubieżach cywilizacji, nie brakowało, bo mieli co do miski włożyć i kładli się z pełnym brzuchem. Nie po to jednak tutaj przywędrowali, niejednokrotnie zostawiając rodziny i majątek, kładąc wszystko na szalce wagi zwanej życiem. Oczekiwali czegoś więcej.

***
Po drugiej stronie rynku wznosił się zamek. Jedyny budynek, który zachował się sprzed Skrzywienia. Wzniesiony z szarego kamienia przetrwał cały okres Wypaczenia właściwie bez uszczerbku, jeśli nie liczyć zburzonej wieży centralnej i zapadnięcia się dachu oraz poważniejszych uszkodzeń dwóch z sześciu baszt. Po przybyciu Diatrysów wieżę odbudowano, uszkodzenia naprawiono i cały budynek zamieniono na siedzibę archigosa Skilthry. Oczywiście jedno skrzydło oddano Zakonowi. Drzwi do tej części pilnowała honorowa straż przydzielona przez archigosa, nikt jednak nie był na tyle szalony by podnieść rękę na Diatrysa. Nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, by chociaż głośno wyrazić słowo krytyki pod adresem Zakonu. Słowa Zakonu słuchano. Słowa Zakonu wcielano w życie. Tak było od początku Ery Czystości i tak będzie dopóki Morfa będzie zagrażała ludzkości, czyli po kres świata.

***
W komnacie audiencyjnej panował miły chłód. Grube mury oddawały przez dzień chłód nocy. Przez strzeliste otwory okienne wpadały smugi światła oświetlając pojedyncze, szare jak ściany, kamienne kafle. W tych jasnych strugach, zawieszone w powietrzu unosiły się drobinki kurzu. Jedno z wykuć w grubym murze było szersze niż pozostałe. Wpadające przez niego o tej porze słońce oświetlało podium na środku pomieszczenia. Kiedyś, prawdopodobnie stał tam tron, na którym królewska para przyjmowała poddanych. Teraz nie było mebli. Resztę sali spowijał półmrok.

W najgłębszym cieniu, pod murami, jakby stroniąc od światła, stały grupki ludzi. Od nagich ścian odbijały się echem pojedyncze zawodzenia niemowlaków, uciszane zaraz przez matki, trzymające je na rękach. W pomieszczeniu było wręcz czuć elektryzujące napięcie. Oczekiwanie na nieuniknione.

Wtem rozległ się cichy pomruk, szepty wymieniane pospiesznie, zapowiedź nieznajomego. Wkroczył do sali wejściem wewnątrz zamku. Klapki klaskały głośno, dźwięk rozbijał się o ściany i wracał kakafonią oklasków. Mężczyzna w prostych, czerwonych spodniach i koszuli tego samego koloru, z szerokimi rękawami podszedł do podestu. Słońce padło na jego ogoloną głowę poznaczoną siatką linii. To co można było na początku wziąć za malowidła na skórze znaczone inkaustem, po bliższym przyjrzeniu się okazywało się ranami, bliznami po ostrzu. Nabrzmiałe pręgi przecinały twarz, orały nos i usta nadając jej straszny, zniekształcony kształt, w którym trudno było się doszukać pierwotnych rysów człowieka. Jedna z bruzd ciągnęła się przez oko aż do ucha, rozcinając muszlę na dwie części, inna przecinała usta nadając im niezmienny grymas niezadowolenia. Dopiero dużo później zauważało się, że skaryfikacje przybierają nieprzypadkowe kształty runów oplatające całą głowę i twarz. Stykały się ze sobą tworząc nieprzerwalny wzór.

Diatrysta usiadł na drugim stopniu podwyższenia. Światło objęło aureolą jego postać. Podwinął rękawy ukazując nową sieć blizn ciągnącą się od nadgarstków w górę ręki. Skinął dłonią.

Z głębokiego cienia wyszła z ociąganiem para. Matrona w wystawnej sukni, już około trzydziestoparoletnia tuliła w ramionach kwilące zawiniątko. W połowie drogi potknęła się i byłaby upadła ale idący przy niej mężczyzna, pulchny mieszczanin w kupieckich szatach, z sygnetami nanizanymi na serdelkowate paluchy, podtrzymał ją. Podeszli do zakonnika. Kobieta położyła mu zawiniątko na kolanach. Z białej owijki wystawała głowa niemowlęcia. Dziecko przestało płakać. Uwolniona z ciasno zawiniętego materiału rączka zamachała w powietrzu. W końcu odnalazła usta. Zaczęło ssać kciuk. Mężczyzna położył swoją lewą dłoń na główce malca. Przymknął oczy. Pobliźniona twarz przyjęła wyraz napięcia. Matka wstrzymała oddech. Wbiła palce w obszywany złotymi nićmi kaftan męża. Diatrys trwał nieruchomo sczytując aurę. W końcu otworzył oczy i spojrzał na malca. Przeciągnął dłonią po jego twarzy i niżej pod brodą jak gdyby głaszcząc czule. Maluch otworzył szeroko usta, nie wydał jednak dźwięku. Kobieta krzyknęła wlepiając w męża rozszerzone ze strachu oczy, przytykając usta bladymi dłońmi. Grubas odepchnął ją z wyraźnym obrzydzeniem na twarzy. Biała szata, w która owinięty był dzieciak zabarwiała się na czerwono. Z rozciętego gardła, coraz wolniej płynęła rubinowa krew.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Sicarios. Horror. Storytelling. Meksykańskie kartele narkotykowe
GreK jest offline  
Stary 28-05-2015, 22:00   #2
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 15872 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Zapowiadał się dobry tydzień w Skilthry. Z dziewiątki przedstawionych Diatrysom dzieci, tylko jedno okazało się skażone. Bywało gorzej. Znacznie gorzej.

Wieść szybko obeszła miasto. Nikt jednak nie współczuł kupcowi, któremu Zakon jednym cięciem odebrał pierworodnego i żonę. Nikt nie powiedział słowa współczucia. Ludzie milkli na jego widok, odwracali się. Odchodzili w inną stronę. Dawni przyjaciele nagle zajęci byli swoimi sprawami. Wkrótce od jego kramu odpłynie klientela a on sam, najprawdopodobniej albo się załamie i skończy żebrząc na placu albo jeśli będzie mieć dość siły, spakuje to co mu zostało i wyniesie się do innego miasta najbliższą strzeżoną karawaną.

Origa Torukia
- Od jutra zostajecie przeniesieni do Zaułka!

Zarkhov, pieroczi i przełożony Origi Torukii zawsze przechodził do sedna w pierwszym zdaniu. Nigdy za nią nie przepadał i nie w smak mu był szybki awans dziewczyny na anoterissę. Mimo jednak tego, że pozbywał się jej ze swojego spokojnego rewiru i oznajmiał przeniesienie do najgorszej, lecz o uroczej nazwie dzielnicy Skilthry nic nie stracił ze swego uroku i wręcz kipiał wściekłością.

- Ale dlaczego, przecież…

- Zamknij mordęTorukia! - wrzasnął. - Widocznie komuś podpadłaś i tym kimś nie byłem ja. A teraz zabieraj stąd swoją dupę, poinformuj chłopaków i jutro razew z nimi skoro świt meldujesz się w koszarach na odprawie.

Chciała coś jeszcze dodać ale nienawistny wzrok przełożonego skutecznie odwiódł ją od tego zamierzenia.

Aruldin "Brzechwa" Mayhack
Aruldin pochylił się nad strumieniem. Woda była chłodna. W Borowej, najbardziej oddalonej na południe wsi od Skilthry, ludzie byli hardzi, nawykli do niebezpieczeństwa i zagrożenia ze strony zmorfowanych zwierząt. Mimo tego myśliwy, po przyjęciu zapłaty za zlikwidowanie zmutowanego drapieżnika czuł się, delikatnie rzecz ujmując, niemile widzianym. Mimo panującego upału nie poprosił więc o łyk wody i dopiero tutaj, poza wioską zdecydował się ugasić pragnienie.

Gdy usłyszał szelest szybko dobył dłoni. Zatrzeszczało naciągnięte łęczysko. Odruch wyrobiony od lat na szlaku, który zapewniał przetrwanie.

- Jesteście jeszcze - w głosie mężczyzny słychać było ulgę. Spalona słońcem, surowa twarz nie wyglądała na stropioną wymierzoną w jego stronę strzałą.

Mayhack opuścił łuk zwalniając powoli cięciwę.

- Właśnie…

- Anuk zniknął, poszedł w bór, jakeśmy przyszli już go nie było. Poszliśmy szukać…

Nieskładnymi, prostymi zdaniami, przeskakując między faktami w czasie, wieśniak opisał tragedię która się rozegrała. Czteroletni chłopak został w domu, pod opieką ciotki, podczas gdy ojciec wypasał owce na pobliskim pastwisku. Gdy wrócił, chłopaka nie było. Ciotka tłumaczyła się, że myślała że poszedł z ojcem, tak jak to już robił kilka razy. Pies zaprowadził ich do boru, gdzie zresztą znaleźli odciśnięty w błocie ślad stopy chłopaka. Tam jednak zaczął skomleć i za nic nie chciał dalej podjąć tropu.

- Zapłacę - skończył wreszcie z nadzieją wpatrując się w twarz myśliwego.

Mayhack spojrzał na słońce w zenicie. Pół dnia drogi do Skilthry. Musiał wyruszyć teraz w drogę powrotną jeśli chciał zdążyć przed zachodem. Przed zamknięciem bram. Pozostanie poza murami miasta, nawet zakładając, że któryś z wieśniaków go przyjmie pod dach, nie było bezpieczne. Z drugiej strony, jeśli chłopak nie wróci do domu przed zachodem słońca stanie się karmą dla zmorfowanych drapieżników.



Cyric
Kości toczyły się po nierównym blacie ławy "Pod kocim łbem" z cichym grzechotem ginącym w gwarze rozmów i śmiechów. Cyric obserwował gest z jakim przeciwnik wyrzucił kości, w jaki sposób wykrzywiał nadgarstek nadając im rotacji. Był pewny wygranej. Musiałby mieć niesamowitego pecha aby wypadła Drakma, która skreśliłaby jego dotychczasowy dorobek punktów. Konfiguracja, która zdarza się rzadziej niż czysta dziwka w Różowej Ciżemce. W równych słupkach stały stosy monet - pula o którą grali. Zaryzykował znaczną część dochodu w tym ostatnim zakładzie.

Czterościenna kość zahaczyła o nierówność po sęku, podbiła się w górę, zawirowała i upadła tuż obok sześciościennej, z symbolem Kappa zwróconym w stronę symbolu Ro. Drakma! Przyglądający się rozgrywce krzyknęli z uznaniem. Oponent wyszczerzył poczerniałe zęby w grymasie uśmiechu sięgając po wygraną.

Cyric zgrzytnął zębami. Uderzył otwartą dłonią w blat stołu. Równe słupki monet rozsypały się w nieładzie. Dwóch towarzyszy spróchniałej szczęki położyło dłonie na rękojeściach broni zatkniętej za pasem. Gest był aż nadto wymowny. Złowił spojrzenie Baltarysa przyglądającemu się z boku całej scenie. Ledwie dostrzegalne, przeczące kiwnięcie głową.


Shevi
Shevi obracał w dłoni różowy kwiat astra, który znalazł wepchnięty między framugę a drzwi. Umówiony znak pozostawiony przez Kyletę. Znak oznaczający, że czeka na niego informacja. Informacja oznaczała władzę. Władza oznaczała pieniądze. Potrzebował jednego i drugiego. Spotkanie z informatorką mogło się jednak przeciągnąć a dzisiaj był dzień, w którym musiał zdać raport a Dalaos Biały bardzo nie lubił opóźnień.

Martwiła go jeszcze jedna sprawa. Cały ranek miał wrażenie, że ma za sobą ogon. Postać mężczyzny w kapturze nasuniętym głęboko na głowę pojawiała się za nim kilka razy. Gdy przystawał, znikała w uliczce, w tłumie, za straganem, potem jednak natarczywie pojawiała się znowu. Być może to przypadek, lecz nie zwykł ignorować takie przypadki. Ignorancja najczęściej prowadziła do śmierci.


Shar Srebrzysta zwana Kanią
Dhube stała przy oknie starej wieży strażniczej patrząc zamyślona w kierunku szarej bryły zamku. Ostatnimi czasy coraz częściej bywała zamyślona, jak gdyby coś ją trapiło. Jednak na pytania Shar odpowiadała niezmiennie: “Nic mi nie jest dziecko, nic mi nie jest”. Dziewczyna jednak wiedziała swoje. Coś miało się zmienić.

- Słyszałaś o zniknięciu dziecka ubiegłej nocy? - kapłanka nie zmieniła pozycji, ciągle wpatrując się przed siebie, jej głos był suchy jak powietrze Skilthry. - Wyszło późnym wieczorem przed dom, po jakąś zapomnianą zabawkę i nie wróciło. Matka twierdzi, że usłyszała łopot i zduszony krzyk.

Shar Srebrzysta drgnęła. Zmorfowany tutaj? W centrum Skilthry?

- Złośliwi twierdzą, że pozbyła się jednej gęby do wykarmienia - Dhube nigdy nie potrafiła mówić wprost. Wolała krążyć wokół tematu. - Mani Chromą porzucił mąż.

- Był pijakiem - wtrąciła Kania

Nauczycielka przytaknęła.

- Od czasu jak Mani złamała nogę, która już nigdy jej się dobrze nie zrosła zaczął pić. Zwykł wracać pijany w środku nocy. Aż do zeszłego tygodnia - Dhube oderwała wzrok od okna. Spojrzała na swoją podopieczną. Nie wydała jej polecenia. Nie wyartykułowała go. Lecz przekaz wydawał się być jasny.

Ismael Garrosh
Ismael eskortował Fitzgeralda przez centrum Skilthry. Diuk nie ruszał się bez swojego ochroniarza. Sama sylwetka Garrosha robiła wrażenie i odstraszała potencjalnych złodziei i inne szumowiny. Mieszkańcy w większości przyzwyczaili się już do widoku ciemnoskórego i większość z nich go ignorowała. Ciągle jednak spotykał się z nienawistnymi spojrzeniami, ukradkowymi splunięciami.

Szara budowla zamku wynurzyła się spomiędzy białych zabudowań i wkrótce stanęli u stóp bramy. Strażnicy poznali ich i przepuścili. Dzisiejsze spotkanie Małej Rady miało potrwać do późnego wieczora. Zwykłe, nudne obrady.

- Nie będziesz mi na razie potrzebny. Przyjdź przed zachodem.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Sicarios. Horror. Storytelling. Meksykańskie kartele narkotykowe
GreK jest offline  
Stary 29-05-2015, 10:25   #3
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 15542 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
Główne ulice przecinające Skilthry były wypełnione rozgadanym tłumem. Ismael szedł kawałek przed swoim mocodawcą, pilnie obserwując gawiedź wokół. Gdy ktoś nie zdążył zejść z drogi postawnemu ochroniarzowi, dosłownie odbijał się od niego z impetem. Jak zwykle ten i ów złorzeczył pod nosem, widząc wyróżniającego się z tłumu mężczyznę. Dla Garrosha byli jak robactwo, nad którym szkoda się pochylać.
Wkrótce zaleźli się u celu. Standardowa odprawa przy bramie nie była konieczna, bowiem straż dobrze ich znała. Już za chwilę stali obydwaj przed wejściem do zamku. Diuk przystanął na chwilę w przejściu i nie odwracając się, rzekł:
- Nie będziesz mi na razie potrzebny. Przyjdź przed zachodem.
Ismael kiwnął głową, obrócił się na pięcie i wrócił żwirowaną alejką w stronę miasta. Spojrzał na słoneczną tarczę, wiszącą wysoko na niebie. Żar lał się z nieba, ale to nie przeszkadzało Isamelowi. Nawykł już do podobnych temperatur w swojej ojczyźnie. Nawet pozostając w pełnym rynsztunku, poruszał się swobodnie, a na jego ciele nie szło ujrzeć kropel potu.
Jak sam to określał, był człowiekiem prostych przyjemności. Kiedy miał wolny czas, zazwyczaj spacerował lub zasiadał w cieniu rozłożystego dębu, aby tam kontemplować sobie znane sprawy.
Z drugiej strony gardził bumelanctwem, a prócz krótkiej schadzki nie zrobił dziś nic konstruktywnego. Może by odwiedzić starą znajomą - przebiegło mu przez myśl. Nie była to głupia koncepcja. Z racji swojego zawodu Lucy dużo wiedziała i słyszała, nigdy nie szkodziło popytać co w trawie piszczy. No i miała wobec niego dług. Ile to już minęło lat? Trzy, cztery? Pamiętał to jak dziś. Jej przerażone oczy i banda cuchnących drabów w jednej z ulic Zaułka. Zwykły powrót do posiadłości Fitzgeralda zamienił się w nieoczekiwaną konfrontację. Grupka chciała wziąć darmo to, za co płacono ciężarem Lwów. Plus jej życie, gdyż w pierwszym rzędzie kobieta poleciałaby kapować o zajściu sutenerowi. Do dziś nie wiedział dokładnie czemu kontynuował znajomość. Miał wszakże o wiele lepsze i bardziej wiarygodne źródło informacji. Może to przez pozostałości niegdysiejszej delikatności, które jak na ironię, uchowały się w obyciu młodej ulicznicy.
Ruszył jedną z arterii miasta, po drodze wstępując na mały straganik. Zakupił jedno jabłko, w którego miąższ ochoczo się wgryzał. Kwaśnawy sok spływał mu po brodzie, jego smak nie był jeszcze dojść dojrzały. I tak miał szczęście, że nie kupił robaczywej sztuki. W miarę zbliżania się do Zaułka, kolejne rogatki zdawały się przechodzić metamorfozę. Wybielone fronty budynków zastąpiły byle jak zbudowane fasady kamienic. W ciasnych uliczkach kryły się istoty, nazywane niegdyś ludźmi. Sylwetki bezdomnych uciekały przed wzrokiem w sterty swoich bibelotów. Śmierdziało moczem, ekskrementami i mokrym włosiem wałęsających się kundli.
Bez problemu zlokalizował swój cel. Lucy Mensch przechadzała się ze zblazowanym wyrazem twarzy przy wysokim murze. Na czerwonej cegle uliczny artysta dał upust deklaracjom wobec władzy. Zwyczajowo kilka kobiet zleciało się do potencjalnego klienta, ale Ismael zbył je groźnym mruknięciem.


Lucy była drobnej postury, właściwie wyglądała na zachudzoną. Jej talia, kryjąca się za szarą suknią była zapadnięta i bardziej przypominała rachityczny szkielet niż kobiecą kibić. Twarz poznaczona siniakami i rozmazanym makijażem zastygła w smutnym zamyśleniu. Na ramieniu znajdował się całkiem ładny tatuaż, przedstawiający śnieżnobiały kwiat. W ustach kobiety spoczywała niedbale wetknięta, osmolona lufka. Z jej końca zwisał niedopałek tytoniu.
Garrosh zrównał się z nią, niby to stając przypadkiem. Jako ochroniarz szlachcica nie mógł zbyt ostentacyjnie spoufalać się z kurwami. Przez kilka chwil tkwili obok siebie, ramię w ramię; patrząc w przestrzeń. Ismael nieznacznie nachylił się do ucha nierządnicy.
- Coś, o czym warto wiedzieć? Ponoć diatrysi znów uczynili kogoś wdowcem.
 
Caleb jest offline  
Stary 29-05-2015, 15:01   #4
 
Felidae's Avatar
 
Reputacja: 5096 Felidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputację
Drobny, może sześcioletni chłopiec o płowej czuprynie, siedział na niskim, kamiennym murku i strugał zardzewiałym scyzorykiem figurkę z kawałka drewna.
Język zaciśnięty wargami w kąciku ust i zacięty wyraz twarzy świadczyły o wielkim skupieniu małego rzeźbiarza.
Na ziemi, wokół bosych stóp dziecka, zebrała się już spora kupka strużyn.

Kania przyglądała się chwilę chłopcu ukryta w cieniu sąsiedniego budynku, rozkoszując się przy tym lekkim podmuchem wiatru, który przyjemnie chłodził jej twarz.
Lato było wyjątkowo gorące tego roku, dlatego większość ludzi mieszkających na obrzeżach miasta chowała się w swoich domostwach, wychodząc na zewnątrz dopiero po zachodzie słońca.
Shar wyjątkowo wcześnie wyruszyła w miasto. I równie wyjątkowo wybrała drogę miejskimi traktami, odpuszczając sobie przyjemność spaceru po „górnym piętrze” miasta jak nazywała dachy Skilthry. Tutaj, w bocznych uliczkach ruch był dużo mniejszy i dziewczyna nareszcie mogła swobodnie oddychać.
Martwiło ją dziwne ostatnio zachowanie Dhube. Zwykle nie miały przed sobą tajemnic, a teraz jej opiekunka budowała między nimi jakiś niewidzialny mur. A może po prostu się starzała?
Nie! Zaraz odepchnęła tę myśl od siebie. Po prostu coś wydawało się ją martwić.
A teraz to nieme wezwanie, aby sprawdziła zagadkę dziwnych zniknięć w mieście.
Zwykle pracowały za pieniądze, ale przecież nie mogła odmówić prośbie kogoś, kto uczynił dla niej tak wiele. Poza tym jakby nie było sprawa niezmiernie ją zaintrygowała.

Zmorfowany w mieście!

Rozpytywanie matki zaginionego dziecka nie wniosło za wiele. Kobieta była ciągle jeszcze w szoku. Choć sama informacja o łopocie skrzydeł, wskazywałaby na jakieś latające stworzenie.
Poza tym jak zwykle nikt niczego nie widział i niczego nie słyszał. Nowina.
Ale jaki morf odważyłby się atakować w dużym mieście? Nocą? Musiał świetnie poruszać się w takich warunkach. Poza tym, jeśli obydwa zniknięcia faktycznie się łączyły musiał być na tyle duży i silny aby unieść dorosłego mężczyznę. I na tyle sprytny aby nie pozostawić śladów.
Musiała się dowiedzieć. I zniszczyć to wynaturzenie.

Miała nadzieję, że dowie się czegoś więcej od kobiety, której zaginął mąż. Znała praczkę z widzenia i mimo tego, że jej mąż pił i to niemało, współczuła jej, bo musiała teraz sama utrzymać rodzinę i sama radzić sobie z kalectwem.
Ale takie właśnie było życie w Skilthry. Brutalne i bez sentymentu.

Zawsze czujna jak drapieżnik, którego imię jej nadano, Kania ruszyła w końcu nieśpiesznie w stronę zajętego dzieciaka.
- Języka sobie nie odgryź – powiedziała do chłopca zaczepnie oddalona zaledwie o kilka kroków od murku, na którym siedziało dziecko.

Mały podniósł ze zdziwieniem wzrok na zbliżającą się kobietę, ale za chwilę wyszczerzył się w uśmiechu pokazując dziecięce braki w uzębieniu mlecznym.
- Się nie boję, wsuwam go w scerbę, pani. Widzicie? – odpowiedział szybko, po czym nie omieszkał zademonstrować swoją umiejętność.

Shar roześmiała się.
- Sprytny z ciebie dzieciak – rzuciła przysiadając się do chłopaka. – Co to będzie za zwierzę?

- Ano, jak zem myślał, to musi być konik. Taki jakowym wielkie pany jezdzą, z pięknym siedziskiem i długą gzywą.

Piękny – kobieta uśmiechnęła się do chłopaka – Jak cię zwą?

- Matyjas, pani. – powiedział chłopak i ponownie zabrał się za struganie

- Ty jesteś synem Mani Chromej? – spytała ponownie

- Tak, a co? – spytał mały trochę nieufnie
- A matka w domu? Chciałam z nią porozmawiać.

- Ano u Wilgowej siedzą i lulkę palą, a co? – mały ciekawie przyglądał się Kani.
- U Wilgowej powiadasz? A zaprowadzisz mnie?

Mały patrzył niezdecydowany na swoje rękodzieło i potem na kuszę, którą Shar miała przytroczoną do boku.
- Dam ci dwa lisy jak mnie zawiedziesz do matuli. – Shar sprytnie wysunęła monety z kieszeni.
Mały wytarł ręce w spodnie i schował scyzoryk za pasek.
- No dobze… ale matce nie mówicie, bom pyry w chałupie miał obrać. – dodał po chwili.

Kania uśmiechnęła się i rozczochrała włosy dziecka w przyjaznym geście.
- A jakże tam Matyjasie, przecież jesteśmy teraz kamratami. – rzekła mrugając okiem.

Kwadrans nie trwało kiedy Kania stanęła przed jednym z wielu podobnych do siebie domów zamieszkiwanych przez biedotę.

- Drugie piętro, po lewej. Do dzwi was nie poprowadzę, bo mi matula zyć oklepie. Pytajcie sama.
Kania rzuciła chłopakowi dwie miedziane monety.
- Zmykaj w takim razie. A uważaj na siebie Matyjasie. I dziękuję.

Kiedy chłopiec zniknął za winklem, łowczyni weszła do budynku i wspiąwszy się po schodach zastukała do drzwi, o których mówił Matyjas.
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!

Ostatnio edytowane przez Felidae : 29-05-2015 o 15:06.
Felidae jest offline  
Stary 29-05-2015, 19:49   #5
MTM
Komendant Pazur
 
MTM's Avatar
 
Reputacja: 18081 MTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputację
Po łagodnym błękicie z rzadka leniwie przetaczały się białe kożuszki, robiąc miejsce licznym grotom promieni słonecznych, które gęsto zraszały cichą okolicę. Natura natomiast z dumą dzierżyła swą zieloną szatę, która mieniła się w blaskach światła gammą odcieni.
Strumień w tym miejscu nie był bardzo bystry, a w korytku wodnej żyły bujnie osadzały się pierzyny opadniętych liści oraz istne palisady przemoczonych gałązek.
Osoba nachylająca się nad lustrem cieczy życia niemalże wtapiała się w otoczenie. Zastygła w nieruchomej pozie nad strumieniem, ostrożnie napełniając blaszane naczynie. Była odziana w nieskomplikowany skórzany strój, a na barkach zarzucony miała bury płaszcz. Cała postać była jednak pokryta plamami zaschniętego błota oraz kurzu, tak więc nie wiadomo było, czy owa istota była człowiekiem, czy raczej leśnym skrzatem.

W jednym momencie borowe stworzenie odwróciło się, jednym błyskawicznym ruchem dobywając jakiś przedmiotów, które leżały nieopodal pogrążone w ściółce. Tak oto odsłoniła się męska postać, pogrążona w przyklęku z jedną dłonią na majdanie, a drugą przytrzymującą upierzoną brzechwę na cięciwie. Łuk był naprawdę długi, toteż strzelec musiał trzymać go poziomo.
Ostre rysy twarzy, z pyłem i kurzem zagnieżdżonym w licznych zmarszczkach styranego życiem oblicza, zdawały się nie eksponować żadnych emocji. W długiej brodzie koloru popiołu zamieszkała jedna mała gałązka, którą właściciel musiał przeoczyć. Natomiast niekrótkiej długości włosy opadały związane w kuc na plecy posiadacza, gdzieniegdzie akcentując pojedyncze siwe pasma.
Całość wieńczyły oczy koloru stali, z których można było odczytać zmęczenie życiem i ciężki los.

Aruldin Mayhack, bo tak nazywał się łucznik, był gotowy do strzału zanim drugi mężczyzna pojawił się w jego polu widzenia.

- Jesteś jeszcze - zagaił mężczyzna wyłaniający się z kępy krzaków. Widać było, że znał Aruldina, bowiem nie czuł się skrępowany rozmawiając z właścicielem łuku.

Myśliwy był jednak zaskoczony wizytą chłopa, gdyż nie spodziewał się spotkać żadnego po wykonaniu zadania. Wiedział, że ludzie trzymają się od tropiciela z daleka i to bynajmniej nie ze względu na jego opłakany wygląd.

- Właśnie... - zaczął Mayhack odkładając broń, jednak gość przerwał mu w pół słowa.

- Anuk zniknął, poszedł w bór, jakeśmy przyszli już go nie było. Poszliśmy szukać mojego synka i jego wierny piesek naprowadził nas na pewien trop, ale dalej bał się już iść. Mój biedny synek, sam w lesie! Zlituj się i pomóż w niedoli!

- Powoli, opowiedz od początku, dobrodzieju. Kiedy i jak to się stało? -
Myśliwy wstał na równe nogi i zaczął otrzepywać spodnie. Szybko jednak się poddał, bowiem błoto dość mocno się z nimi spoiło.

- Wszystko przez moją głupią siostrę, niech ją cholera weźmie! Zostawiłem chłopaka pod jej opieką, jakem szedł na pastwisko. Wracam potem, a chłopca nie ma. Siostrze się ubzdurało, że pewnikiem za mną poleciał, ale nika go nie ma. Kilka godzin temu to było, nie mógł sam odejść za daleko. Błagam, wyście tropiciel, wytropcie mojego synka. Zapłacę.

Brzechwa zadarł głowę do góry. Nieciekawa sytuacja. Chciał dziś wrócić do Skilthry. Miał do sprzedania kilka zaległych skór. Musiał uzupełnić zapasy i wziąć kąpiel oraz porządnie wyprać ubrania. Był na szlaku już od tygodnia i odczuwał doskwierające zmęczenie. I jeśli chciał zdążyć przed zamknięciem bram, musiał wyruszać w tym momencie.

Z drugiej strony nie mógł zostawić dziecka samego w puszczy, gdzie niechybnie spotkałaby go śmierć. Może gdyby cała wioska zorganizowała poszukiwania, coś by wskórali. Nie było na to jednak stu procentowej pewności. Aruldin wiedział, że obecność tropiciela zwiększy szanse na odnalezienie chłopca.
Poza tym jeśli chciał w przyszłości szukać tu zleceń oraz swobodnie się przemieszczać, lepiej było nie podpadać miejscowym.

- Prowadź do tych śladów, dobrodzieju.


Tobołki i resztę zapasów zostawił w domostwie chłopa. Ze sobą wziął tylko rzeczy, które nie ograniczały jego mobilności. Nie musiał się aż tak śpieszyć, gdyż słońce stało dopiero w zenicie. Myśliwy nie wiedział jednak, ile zajmą poszukiwania i wolał wrócić do wioski przed zmierzchem.

Do boru, w którym znaleziono ślad pozostawiony po chłopaku, odprowadził go zatroskany ojciec i jego siostra oraz kilku najbliższych sąsiadów. Wyglądali na zdezorientowanych. Chcieli pomóc w poszukiwaniach, ale chyba nie mieli pomysłu jak tego dokonać.

- Posłuchajcie mnie - powiedział Brzechwa tym swoim niskim i trochę zachrypniętym głosem, kiedy podniósł się na nogi. Ślad małej stopy wyraźnie wskazywał na dziecko, tak jak wspominał mężczyzna.

- Uformujcie linię równolegle do mnie. Odstępy między sobą pięćdziesiąt kroków. Będziecie powoli za mną podążać i nawoływać chłopca. Ja w tym czasie poszukam reszty śladów i złapię jakiś trop, jeśli się uda. Miejcie się w zasięgu wzroku i sami się nie zgubcie. Jeśli na coś natraficie, krzyczcie. Zrozumiano? - Myśliwy dał czas wieśniakom, by mogli przyswoić polecenia i powiódł zmęczonym wzrokiem po ich obliczach.
W normalnej sytuacji zapewne nigdy by się go tak nie słuchali, ale teraz w grę wchodziło życie chłopca i uprzedzenia schodziły na drugi plan. Był im potrzebny, więc nie protestowali.

- Pośpieszmy się ino - pokwitował ojciec Anuka.

No to do dzieła - pomyślał tropiciel, pochylając się nad glebą.

Kto wie, może to była jedyna okazja, aby polepszyć swój wizerunek w tej społeczności. Nikt bowiem nie przepadał za ludźmi polującymi na stworzenia morfy, jeżeli nie należeli do Diatrysów. Taki okrutny świat.
 
__________________
"Pulvis et umbra sumus"
MTM jest offline  
Stary 30-05-2015, 00:00   #6
 
Ognos's Avatar
 
Reputacja: 95 Ognos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znanyOgnos wkrótce będzie znany

- Nieee…. nieee… – zaczął szeptać pod nosem Cyric – to jest przecież niemożliwe… Nie pamiętam kiedy ostatni raz ktoś wyrzucił Drakmę! Parszywy fuksiarz!!! – wrzasnął do próchnogębego, co tylko spowodowało u niego napad gwałtownego śmiechu.

- Hahahaha, gra jest grą, a ty chyba właśnie przegrałeś cały swój tygodniowy zarobek, co? Hahaha, frajerze. – dogadywał wygrany, zbierając ze stołu wszystkie Łanie i Lisy do swojej sakiewki. Oczy mu się świeciły, gdy w głowie przeliczał całą swoją wygraną na czas jaki będzie mógł spędzić w domu uciech. Już sięgał ręką po ostatnie monety na stole, gdy Cyric gwałtownie wstając, położył na nich otwartą dłoń, blokując do nich dostęp.

- I co się cieszysz?! Zamknij pysk, bo następnym razem będziesz grał nie kośćmi, lecz swoimi czarnymi zębami!Baltarys widząc, że Cyric’a zaczynają ponosić nerwy, a przydupasy czarnej gęby wyciągają sztylety, szybko wstał i podszedł do awanturnika, zagradzając mu drogę do stołu i potencjalnych przeciwników.

Nie chciał, żeby jego przyjaciel wszczynał burdę, nie tutaj „Pod Kocim Łbem”. Wiedział, że Gormug nie będzie zbytnio zadowolony, w końcu, który szynkarz byłby uradowany z rozlewu krwi w jego przybytku i to w samo południe. Chłopak musiał temu zapobiec, nie mógł pozwolić, żeby do karczmy ze zwykłej głupoty zwalił się kordon Tagmaty.

- Uspokój się! Zawijamy się stąd jak najszybciej, zanim znowu narobisz sobie kłopotów, zostaw to! – powiedział Cyric’owi prosto w twarz. Objął go ramieniem, odwrócił sprytnie w stronę drzwi wyjściowych i zaczął go prowadzić. Zdziwił się, gdy nie stawiał mu oporu i szedł z nim ramię w ramię. Czuł napięte mięśnie swojego przyjaciela pod ubraniem. Węch również upewnił go, że gra była bardzo emocjonująca, gdyż od Cyric’a zaczynało czuć potem. Upał i zaduch, jaki panował w karczmie w niczym nie pomagał.

- Szefie…? - powiedział pytająco jeden z koleżków spróchniałej szczęki, trzymając sztylet gotowy do użycia.

- Olejcie ich, to tylko młody gówniarz – podniósł rękę w geście zatrzymania – jego życie nie jest warte ani jednego Lisa, a popatrzcie ile właśnie wygraliśmy dzięki niemu. Tak po prawdzie to powinniśmy mu postawić kielicha, hahahaha – upajał się dalej swoim zwycięstwem patrząc jak dwójka chłopaków wychodzi z gospody trzaskając za sobą drzwiami.

Słońce wisiało wysoko na niebie, gdy wyszli na światło dzienne. Na ulicy panował gwar, ludzie przeciskali się ze swoimi tobołami w jedną i drugą stronę. W końcu był to dzień targowy, jeden z dwóch takich w tygodniu. Każdy, kto tylko miał coś w kieszeni i mógł sobie na to pozwolić, szedł na rynek. Jedni po to, aby zobaczyć co się dzieje na mieście, drudzy po to, aby zakupić niezbędne rzeczy do przeżycia, a inni po to, aby po prostu zarobić na handlu.

- Cyric, czy ty zwariowałeś?! – odepchnął go Baltarys, gdy oddalili się kawałek dalej w głąb uliczki – Już nie pamiętasz jak ostatnim razem po bijatyce w knajpie dochodziłeś do siebie ze dwa tygodnie?! O mało wtedy nie zginąłeś! Gdyby nie ta pożal się Boże Anoterissa, co Ci dupę uratowała, pewnie już nigdy byś nie rzucał tymi swoimi durnymi kośćmi!

- Widziałeś to kurwa?! Drakmę wyrzucił! Przecież to jest niemożliwe, wygrana była już moja! – wywrzaskiwał dalej hazardzista, aż przechodnie zwabieni krzykami spoglądali na niego ze zdzwiwieniem.

- No już dobra, dobra. Ważne, że udało mi się Ciebie stamtąd wyciągnąć na czas. – odsapnął Baltarys wyciągając zza pasa srebrną monetę. Pstryknął nią w stronę przyjaciela – masz nagrodę pocieszenia.

- Ha, skąd to masz?

- A widzisz, sztuka zamieszania, dobry w tym jesteś. Ale to nie wszystko, mam coś jeszcze – sięgnął pod swoją pazuchę i wyciągnął butelkę wina – kupiłem u Gormug’a widząc, że wygrywasz. Byłem przekonany, że będziemy opijać zwycięstwo, a tu taka niespodzianka. Ale cóż, każdy powód jest dobry. Chodź, posadzimy gdzieś dupska w cieniu i zwilżymy gardła, bo mam dość już tego słońca.

Przeszli długą ulicą, która była mocno zapaskudzona odchodami zrzucanymi z okien domów mieszkalnych i wylewanymi przez otwarte drzwi. Przyzwyczaili się już do tych warunków, w końcu bardzo dużo czasu spędzali w tej dzielnicy. Mówi się, że Zaułek jest najgorszą dzielnicą w Skilthry. Cud, że Morfa się jeszcze za nią nie zabrała i nie zmutowała wszystkich jej mieszkańców. Skierowali się na wschód, aby dotrzeć do bardziej cywilizowanego zakątku miasta, gdzie w taki piękny dzień mogli znaleźć kawałek zielonego placu, bardzo ładnie porośniętego trawą i różnego rodzaju krzewami. Na terenie rosło kilka pokaźnych drzew, które swoją rozłożystą koroną osłaniały mieszkańców chcących odpocząć od upału.

- O, tam jest dobre miejsce – krzyknął Cyric, dał kuksańca przyjacielowi i pobiegł w stronę kilku krzewów. Gdy do nich dobiegł, rzucił się na trawę, przekoziołkował i rozłożył ręce i nogi na boki głęboko biorąc wdech i wydech.– Dawaj brachu to winko, bo mnie nieźle suszy!
 

Ostatnio edytowane przez Ognos : 30-05-2015 o 09:07.
Ognos jest offline  
Stary 01-06-2015, 23:32   #7
 
Dale Cooper's Avatar
 
Reputacja: 0 Dale Cooper nie jest za bardzo znanyDale Cooper nie jest za bardzo znanyDale Cooper nie jest za bardzo znanyDale Cooper nie jest za bardzo znanyDale Cooper nie jest za bardzo znanyDale Cooper nie jest za bardzo znanyDale Cooper nie jest za bardzo znany
Aster powoli gubił swe płatki co najprawdopodobniej było winą wysokiej temperatury panującej na zewnątrz. Chociaż stwierdzenie, że była ona wysoka to jak powiedzenie, że woda w morzu jest mokra, a piaski pustyni suche. Niemiłosierny upał zmuszał Sheviego do ciągłego ocierania czoła rękawem koszuli. Mężczyzna nie chciał dopuścić do tego aby zbierający się na skórze perlisty i niesamowicie słony pot spływał do oczu, powodując tym samym ograniczenie pola widzenia. Poza tym cholerne pieczenie doprowadzało go do szału. Sięgnął po umiejscowiony przy pasie skórzany bukłak po czym pociągnął z niego solidny łyk by uspokoić nieco napadające go, niczym sęp padlinę pragnienie. Po chwili splunął siarczyście na bruk. Woda. Może to i lepiej, gdyż musiał zachować trzeźwość umysłu, w końcu ktoś przyczepił się do niego jak pierdolony rzep psiego ogona. Dzisiaj nie mógł sobie pozwolić na ciąganie za sobą tego niechcianego towarzysza, gdyż miał do załatwienia kilka spraw. Kyleta prosiła o spotkanie co było równoznaczne z tym, iż posiadała ciekawe wieści, którymi była skłonna się podzielić. Czy były one na tyle ważne by Shevi pozwolił czekać pieprzonemu Dalaosowi? Tego jeszcze nie był pewien. Ta decyzja musiała jeszcze poczekać. W pierwszej kolejności postanowił, że pozbędzie się zakapturzonego mężczyzny, który z niewiadomych celów podążał za nim całe przedpołudnie. Ze Szramą i jego zakapiorami u boku poszłoby mu jak z płatka, ale tym razem musiał się obejść bez nich ponieważ na dzisiejsze rozpracowywanie ulicy wybrał się sam. Widocznie był to błąd, ale niegdyś radził sobie całkiem bez wsparcia kamrackiego opiekuna. Miał tylko nadzieję, że nie wysłano za nim lewara czy też nożownika, gdyż z nimi mógłby mieć nielichy problem.

Zatrzymał się na chwilę by rozejrzeć się wokół. Szukał. Wiele osób mijało go, a on oparty o ścianę jednej z kamienic wypatrywał konkretnych sygnałów bądź zachowań. Po jakimś czasie zniesmaczony odepchnął swe plecy od nagrzanego słońcem kamienia. Albo cholerny gorąc spowodował pewnego rodzaju przytępienie zmysłów, albo rzeczywiście w tłumie nie kręcili się żadni doliniarze, informatorzy czy też inni przedstawiciele szeroko pojętego półświatka. Bez nich nie miał jak zorganizować żadnej akcji mogącej spowolnić jego wytrwały jak dotąd ludzki ogon. Nagle jego wzrok spoczął przeciwległym straganie z owocami. Niespiesznie podszedł do niego po czym wybrał jabłko, dorodny okaz z okołomiejskich sadów. Rzucił osobie doglądającej interesu dwa lisy co było nader hojnym wynagrodzeniem za jeden owoc. Młoda dziewczyna o płomiennie rudych włosach wybałuszyła oczy, co nieco oszpeciło jej zgrabną twarzyczkę nadając jej komiczny wyraz, po czym szybko schowała monety w odmętach swej płowej, workowatej sukienki. Mężczyzna nie zamierzał od razu odejść co wzbudziło u niej oznaki lekkiego niepokoju.

- Zastanawiam się czy interes dopisuje panience dzisiejszego dnia. – rzekł obracając w ręce srebrną łanię, którą przed momentem dobył ze swej skórzanej sakiewki.

- Całkiem dobrze proszę pana, ale zawsze może być lepiej. - odparła rudowłosa spoglądając pożądliwie na monetę pobłyskującą pomiędzy palcami Sheviego. - To dla mnie? - bezczelnie spytała po chwili z typowym błyskiem w oku. Wszelka wcześniejsza płochliwość znikła, a zastąpiła ją chłodna kalkulacja potencjalnego zysku i kosztów. Czego od niej chciał? Czy mogła naciągnąć go na więcej? A może po prostu mężczyzna chciał wykręcić jej jakiś numer? To zachowanie utwierdziło handlarza informacją w przekonaniu, iż wybrał właściwie. Ryzykował, gdyż nie wiedział kto go śledzi, ani czy i jeżeli to do jakiej grupy przynależy. Prawdopodobieństwo, ze dziewczyna go zna było jednak na tyle małe, że zamierzał podjąć to ryzyko.

- Słuchaj uważnie, bo nie będę owijał w bawełnę. – odezwał się po chwili milczenia. Mówiąc cały czas uśmiechał się – Nie teraz mam czasu wysłuchiwać ulicznych rewelacji czy to wąskich czy też szerokich choć jeśli się spiszesz może tu kiedyś wrócę. Coś taka zdziwiona? Jeszcze jak widać potrafię poznać miejscowy talent. Widzisz tego mężczyznę tak usilnie starającego się wtopić w tłum? Na miłość wszystkich bogów, nie gap się tak ostentacyjnie!

- Jegomość zdaje się lubić moje towarzystwo, a ja jego już trochę mniej, więc byłbym wdzięczny gdybyś coś z tym faktem zrobiła. Oskarż go o kradzież, wyzwij od najgorszych szumowin z powodu wywrócenia kilku skrzynek z towarem. Cokolwiek przyjdzie Ci do głowy. Jeśli się spiszesz pomyślimy o dalszym rozwijaniu twych zdolności. Rozumiemy się? – mężczyzna mrugnął dziewczynie okiem po czym upuścił srebrną monetę do drewnianej miski służącej do zbierania opłat za owoce po czym chwycił dojrzałą śliwkę i odwrócił się od straganu nie widząc już jak dziewczyna dyskretnie kiwa porozumiewawczo głową.

Tak to właśnie wygląda jak nie ma się akurat pod ręką własnych ludzi. Zapłata była dość wygórowana jak za coś czego jeszcze nie otrzymał, ale wierzył w tę rudą dziewuchę. Zazwyczaj miał nosa do tych spraw co pomogło mu znaleźć się w miejscu, w którym się aktualnie znajdował. Zastanawiał się czy nie sprawił dziewczynie problemów. Jeżeli pracowała już na stałe u miejscowego szefa to ta krótka wymiana zdań mogła spowodować nawałnice niewygodnych pytań. Cóż, to już nie był problem Sheviego. Nawet jeśli ta akcja spali na panewce to nic wielkiego się nie stanie. W ostateczności mógł sypnąć garścią monet by pozwolić motłochowi zając się swoją sprawą, a samemu zniknąć wśród krętych skilthryjskich uliczek. Oddalając się od straganu schował do kieszeni kupione jabłko zostawiając je na później, po czym nadgryzł pieczętujący inną transakcję owoc śliwki, który okazał się być tak soczysty, że lepki sok popłynął mu obficie po brodzie.

Shevi musiał jeszcze dokonać wyboru co robić dalej. Nie zajęło mu to jednak wiele czasu i ruszył żwawym krokiem w stronę burdelu o wdzięcznej nazwie „Pod Rozpiętym Gorsetem” by spotkać się z Drapieżną. Wyboru dokonał z dwóch względów. Pierwszym z nich było niebezpieczeństwo, że fortel zastosowany nie tyle przez niego, ale przez oczy i uszy ulicy w postaci młodej dziewczyny doglądającej straganu z owocami zawiedzie. Gdyby tak się stało z pewnością nie chciał by depczący mu po piętach łachmyta był świadkiem jego spotkania z Dalaosem Białym. Mogło to cholernie zaszkodzić zarówno jemu jak i periocziemu, z którym się spotykał. Ulica nie lubi plotek o brataniu się z Tagmatą i każdy uliczny talent mógł chcieć wtedy zabłysnąć i uciszyć zawszonego konfidenta. Drugim z powodów wyboru dokonanego przez Sheviego był fakt, iż nie cierpiał on Białego i chciał po prostu kazać mu na siebie czekać. W każdym bądź razie miał jak usprawiedliwić swoje zachowanie a to, że stary cap będzie się pieklił? Zawsze była to mała wygrana w ich niemającej końca grze wzajemnych uszczypliwości. Nie miało to w każdym razie prawa zburzyć ich pozornego sojuszu.
 
__________________
Precz z fantasy! - Moja ulubiona kwestia wypowiadana jak mantra za każdym razem, gdy zagłębiam się w kolejny świat magii i miecza...
Dale Cooper jest offline  
Stary 03-06-2015, 22:25   #8
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 15872 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Kilka słów od MG.
Niestety mimo wielu prób porozumienia z Mag prowadząca Origę Torukię, ta nie chciała usunąć posta, w którym zawarła treści, jakie nie miały miejsca w sesji.
Z powodu braku współpracy z graczem, jedynym rozwiązaniem okazało się usunięcie jej z sesji.


Cytat:
Napisał Mag
Drzwi trzasnęły z taką siłą, że aż ościeżnice się zatrzęsły. Towarzyszyła temu soczysta wiązanka przekleństw. W korytarzu było zadziwiająco tłocznie. Origa spojrzała po zastygłych w bezruchu strażnikach, którzy najwyraźniej przybyli tu by podsłuchać. Kłótnia między Perioczim, a Anoterissą zawsze przysparzała dodatkowej rozrywki w strażnicy.
Każdy z zebranych widząc kobietę nagle przypomniał sobie o swych obowiązkach i korytarz szybko opustoszał. Pozostał tylko jeden młodzianin oparty o ścianę, który powoli ruszył za rozzłoszczoną panią kapitan, gdy ta minęła go bez słowa.

Szli w milczeniu przez korytarze. Chłopak zachowywał bezpieczną odległość czyli był trzech łokci za nią.
- Zarkhov to kutas. Mogę zagadać z ojcem... - powiedział Logan przerywając milczenie.
- Obaj chuja mogą - ucięła. Idąc przez przyjemnie chłodne korytarze zastanawiała się jak w to się wpakowała. Perioczi nienawidził jej strasznie, ale nie miał takiej mocy sprawczej, żeby ją przenieść. Ba, on gdyby taką moc miał to by ją raczej wywalił na zbity pysk licząc, że skończy jako kurwa w tanim burdelu. Teraz po trochu, żałowała, że nie przywaliła Zarkhovowi w tą jego wredną gębę. Nie podejrzewała, żeby ta szuja dogadała się z kimś wyżej. "Cholera go wie, może komuś laskę zrobił" przeszło jej przez myśl.

Dotarli do jej dotychczasowego biura, gdzie w napięciu czekała jeszcze trójka Tagmatos.
Origa spojrzała po nich wszystkich, gdy jej towarzysz zamknął drzwi. W sumie to jej było wszystko jedno w jakiej dzielnicy przyjdzie pracować, ale szkoda było jej ludzi. Nie zasłużyli sobie na taką degradację warunków pracy.
- Macie przekazać wszystkie swoje sprawy innym Tagmatos. - powiedziała i rzuciła papierami na blat stołu.
- Ale jak to ? - zapytała ze zdziwieniem Amber. Była to młodsza od kapitan kobieta o płowych włosach zaplecionych w warkocz. Ten, który przyszedł z Anoterissą spojrzał na Tagmatisse z politowaniem.
- Przenoszą nas - odpowiedział za Origę wysoki młodzieniec.
- Nawet nie żartuj Logan! - z obawą w głosie dziewczyna spojrzała na kapitan.
Origa stała teraz do nich tyłem pochylona nad rozrzuconymi po blacie papierami i nerwowo stukała w nie paznokciami. Podwładni przyglądali się jej w napięciu. W końcu odwróciła się do nich, usiadła na blacie i skrzyżowała ręce na piersi.
- Dobra moje dziubaski - zaczęła - Od jutra naszą bazą wypadową jest strażnica w dzielnicy Zaułk.
Te słowa wywołały jęki jej podwładnych.
- Bez kwękania mi tu - spojrzała po nich mrużąc oczy.
- Ale za co nas tam zsyłają? - dociekał Wshem. Był najmłodszy w towarzystwie, miał burzę krótkich kasztanowych włosów na głowie i znudzoną minę.
- Za zasługi - odparła z ironią Origa. Jedynie Bates szeroki w barach gość bujający się na krześle przy stole. Siedział cicho i wyglądał na mało poruszonego tym jaki otrzymali rozkaz.
- Pakujcie manatki i na dzisiaj koniec roboty. Tylko mi nie chlać całą noc, jutro o świcie macie świecić przykładem na tamtym zadupiu. - dodala i odpowiedziało jej markotne "tajest" podwładnych. Szybko rozeszli się.

Została sama.
Usiadła na krześle przy stole i podparła się łokciem na blacie wpatrując w rozkaz przeniesienia. Najchętniej wywaliłaby go do ognia i udawała głupią, że tego nie dostała, nigdy na oczy nie widziała.
- Kurwa. Żeby go morfa... - warknęła pod nosem i walnęła pięścią w blat, że aż kartki podskoczyły. "Diatrys, który tego przygłupa uznał za nieskażonego musiał być ułomny".

Po zakończeniu wszystkich spraw związanych z przeniesieniem pożegnała się ze swoimi podwładnymi dając im instrukcje odnośnie jutrzejszego stawienia się w nowym miejscu. Rozeszli się i sama z ostatnimi raportami udała się do Periocziego. Bez pytania wparowała do jego pokoju i bez słowa rzuciła tekę z papierami na jego biurko tak, że przy okazji przewrócił się kubek z jakimś płynem. Zapewne wino, a może i coś mocniejszego zalało jego spodnie. Wymienili nienawistne spojrzenia i Origa niedbale salutując wyszła. Oj ręka ją świerzbiła niemiłosiernie.
Z przełożonym darła koty i tylko cudem nie przekroczyła granicy, w której mogła dostać dyscyplinarne zwolnienie. Ale dla reszty Anoteros tej dzielnicy jej przeniesienie było równie dużym zaskoczeniem co i dla niej samej.

Wyszła przed budynek strażnicy i od razu uderzył w nią zaduch parnego południa. Stała z wypakowanymi torbami przewieszonymi przez plecy i zastanawiała się co zrobić z wolnym czasem. Przeklęła po raz kolejny pod nosem. Westchnęła przeciągle i ruszyła przed siebie.
- Będę musiała codziennie latać na drugi koniec miasta - ubolewała. Tu miała raptem parę kroków. - Eh... Trzeba będzie poszukać nowego lokum. - nie łudziła się, że kiedyś wróci do tej dzielnicy.
Idąc w skwarze spociła się jak mysz. Dotarła do swojego małego mieszkanka i rzuciła wszystko co miała w kąt. A było tego sporo, bo na wszelki wypadek nie liczyła, że w nowym miejscu będzie odpowiedni przydział ekwipunku.
Dzielnica, do której ją przeniesiona miała złą sławę. Chodziły o niej nawet żarty, że tamtejsi Tagmatos nie wychodzą ze strażnicy już gdy zaczyna się popołudnie, a broń z przydziału opychali dla dodatkowego zarobku - bo przecież i tak ich nie używali.
Wyciągnęła z kieszeni pomiętą kartkę. Wyprostowała ją w rękach i przyjrzała się. Usiadła na łóżku. Patrzyła na raport podsumowujący statystyki poszczególnych dzielnic. Każda dzielnica co kwartał dawała do najwyższej instancji podsumowanie swoich działań i później dostawała w zwrocie owy raport. Nowa dzielnica Origi przodowała w liczbie incydentów, gdzie strażnik został zaatakowany (nawet ze skutkiem śmiertelnym).
- Na pewno nie będę się nudzić - podsumowała.

Wstała i zaczęła wypakowywać swoje tobołki, bo musiała jakoś zabić czas, a i nie chciało jej się chodzić po upale, dlatego rozłożyła krótki miecz i dwa sztylety na stole by je naostrzyć. Na krześle ułożyła do czyszczenia swoją zbroję strażnika. Może i czekała ją praca w najgorszej dzielnicy, ale nie zamierzała obniżać przez to własnych standardów.
- Cholera, muszę jeszcze dziś odebrać nowy pancerz - przypomniała sobie. - Teraz przyda się jak nigdy
Ismael Garrosh

Jakiś mężczyzna z rękami brudnymi od gliny podszedł do jednej z „dziewcząt”. Zniszczonej przez życie kobiety. Szybko wymienili kilka zdań, dogadali się co do ceny i zniknęli za załomem muru. Brudna i szybka miłość w cuchnącej szczynami wąskiej uliczce Zaułka.

- Ludzie mówio, że gziła się ze zmorfowanym – mówiła cicho, zasłaniając usta dłonią, by ukryć braki w uzębieniu, wynikające z braku higieny czy może jakiejś bójki, - że spuścił w nio płynno morfę i że z tego bękart mutanta się narodził.

Zamilkła na chwilę, by zakokietować przechodnia. Chudego jak tyka garbusa w podniszczonym ubraniu. Przeszedł niezainteresowany.

- Mówio, że kupiec lubił patrzeć jak się rżno i że tamten mu złoto za to dawał. Mówio, że to złoto przesiąkniete morfą. Mówio, że sie na niego ludzie zasadzajo i że go kijami obijo i wygnają z miasta na zatracenie. A i dobrze mu tak - wyciągnęła z ust lufkę i splunęła pod nogi, gęstą, ciemną z tytoniu plwociną.

Przez ulice przeszedł starzec z jednym kikutem miast ręki i dwoma kundlami ujadającymi na niego. Schylił się, zdrową ręką podniósł kamień i rzucił w psy, pudłując żałośnie. Te odskoczyły na chwilę, by rzucić się na niego z nową zajadłością. Przeklął coś pod nosem. Gdy zniknął za rogiem Lucy kiwnęła w tamtą stronę pustą już lufką.

- Mówio, że mu zmorfiały rękę odgryz. Tutaj w samym środku Zaułka. Mówio, że niebezpiecznie po ulicach w środku nocy tera iść. Ci co żyjo na ulicach po zmroku, dziwnie gadajo.

Zza rogu wyszedł mężczyzna sznurując pospiesznie brudnymi rękami spodnie. Za nim pokazała się dziwka, chowając zapłatę w kieszeni podartej sukni. Lucy uśmiechnęła się do niej smutno.

- Idź już. Klientów mi straszysz.

Cyric.

Czy to wino sprzedane przez Gormuga było tak silne, czy też upał mu dodał mocy, dość że po paru łykach w głowie zaczęło szumieć, język się plątać a obraz zamazywać jakby morfa w głowie mąciła. Takie objawy miał przynajmniej Baltarys bo Cyric głowę miał mocniejszą i odczuwał działanie trunku jedynie przyjemnym szumem i kołysaniem.

- A fiesz sze osiec sienyszmaszy? - zabełkotał Baltarys coś niezrozumiale.

Zamlaskał. Pociągnął jeszcze raz z bukłaka i otarł usta rękawem.

- Ojsa nie ma jusz kilka dni - powiedział tym razem wyraźniej. - A jesss slecenie. Pilne - czknął. - Cza wykonaś, so?

Cyric wiedział tyle, że zlecenia przychodzą bezpośrednio do Browna i ten rozdzielał je według własnego uznania. Mistrz jednak czasami znikał na kilka dni i nie zwykł się z tego tłumaczyć. Jego syn wiedział jaką drogą przychodzą zlecenia i podczas nieobecności ojca sam je przyjmował, by później mu je przekazać.

Z jednej strony Brown mógł mieć za złe, że podjęli się zadania pod jego nieobecność, z drugiej za dobrze wykonane zlecenie mógł odpowiednio wynagrodzić.

- Tagmata - rzucił Cyric, widząc zbliżający się patrol. Zebrali się pospiesznie i zniknęli w uliczkach Skilthry.


Shar Srebrzysta

Otworzyła jej Wilgowa, chuda, drobna kobieta o zniszczonej, niezdrowie żółtej cerze i zapadłych policzkach. W ręce, poznaczonej ciemnymi plamami trzymała tytońca.
Mania Chroma była jej przeciwieństwem. Pulchna, o rumianej twarzy. Kiedyś była zapewne piękna lecz teraz nieprzespane noce zaznaczyły się zwisającymi workami pod podkrążonymi oczami. No i chodzenie sprawiało jej problem. Źle zrośnięta noga przyprawiała ją o widoczny ból. Kulała przy każdym kroku.
W niewietrzonym pomieszczeniu było siwo od dymu i śmierdziało starym potem i tytoniem. Wilgowa była zapewne krawcową bo po stołach porozrzucane były kawałki materiałów a w kącie stało rozchybotane krosno.
Kobiety początkowo podeszły do Kanii nieufnie. Później jednak, gdy przedstawiła powody swojej wizyty otworzyły się trochę.
Z rozmowy zarysował się taki obraz. Mąż Mani był dobrym i uczciwym człowiekiem. Do czasu aż jego żonę spotkało nieszczęście. Coraz rzadziej bywał w domu. Zaczął pić. Owego feralnego dnia pił w Zaułku w „Karczmie pod kocim łbem”. Gormug, właściciel przybytku pamięta go dobrze, bo wykłócał się z nim o rachunek. Rozeźlony małżonek wyszedł z knajpy sam i do domu nie wrócił.
- To – Chroma wyciągnęła z kieszeni kamień przewleczony przez rzemień – znalazłam na Zduńskiej. Nosił zawsze przy sobie.
Po rumianym policzku kobiety popłynęła pojedyncza łza. Było jasne, że niczego więcej się nie dowie.



Aruldin Mayhack

Początkowy entuzjazm, gdy obiecał pomóc przerodził się w niechęć, gdy kazał im ustawić się szpalerem i wejść między drzewa. Chłopi może i byli hardzi i przywykli do niebezpieczeństw ale nikt wcześniej nie kazał im leźć prosto w objęcia morfie. Przeświadczenie, jakoby morfa niczym rozpięta sieć czaiła się po borach i lasach wciąż było w gminie mocno zakorzenione. Po prawdzie nie mógł się temu do końca dziwić. Stężenie morfy rosło poza siedzibami ludzkimi, powodując mutacje zwierząt i roślin. Nie wynikało to jednak z tego, jak myśleli prostaczkowie, że morfa unika skupisk ludzkich a z tego, że Diatrysi starannie wybierali miejsca pod nowe osady unikając tych skażonych.

Z kilkunastu ludzi zrobiło się więc nagle, nie wiedzieć jak i kiedy kilku, i pozostali tylko ojciec i ciotka dziecka oraz najbliższy sąsiad a i ci szli ciasno przy sobie rozglądając się na boki jakby coś miało ich lada moment zeżreć. Z takiego towarzystwa, które musiał pilnować i które zadeptywało mu ślady więcej mial kłopotu niż pożytku, zatem czym prędzej odesłał ich i sam ruszył tropem chłopaka.

Tak poruszał się znacznie szybciej. W cieniu drzew ziemia była miękka, toteż ślad był wyraźny i tylko miejscami się rwał. Tam musial przystawać i uważniej przyglądać się śladom nim ruszał dalej. Malec nie szedł prosto w oznaczonym kierunku tylko krążył i kluczył, z czego Mayhack mógł wywnioskować, że zgubił drogę. Drzewostan zagęszczał się dając schronienie przed upałem. Zaczął jednak zauważać też niepokojące oznaki. Drzewa zmieniały swój wygląd im głębiej zapuszczał się w las. Zgarbiały, wykrzywiały się. Miast zwykłych szyszek, na pokręconych sosnach wyrastały włochate, dorodne owoce. Może i nie był Diatrysem, lecz wiedział co to oznaczało. Zbliżał się do uroczyska promieniującego morfą. Zimny pot zlał jego plecy. Słońce prześwitujące przez gałęzie mówiło mu, że czas zawrócić jeśli nie chce by noc zastała go na szlaku. Noc, która mogła być jego ostatnią.

Origa Torukia.

Wzięła się za pracę systematycznie. Broń. Ostrzenie. Polerowanie. Olejenie. Pancerz. Piaskowanie. Polerowanie. Olejenie.

Praca, którą znała, jednostajna, pozwalająca zatracić się w tej regularności i precyzji. Zatrzymać bieg natrętnych myśli. Wyciszyć.

Po półtorej godzinie miecz był ostry i lśnił czystością tak samo jak zbroja.

Właściwie skończyła przygotowania do jutrzejszej odprawy gdy na kwaterę zwalił się Mossmond Sator. Był wyjątkowo z siebie zadowolony, co kontrastowało z jej wisielczym nastrojem.

- Cześć kwiatuszku, skąd ta mina? - pytał, lecz energia rozpierała go i było widać, że nie specjalnie jest zainteresowany powodem zmartwienia swej kochanki.

- Piękny dzień, nieprawda? Przyniosłem ci coś.

Uchylił drzwi a do środka wszedł przygarbiony człowiek z belą czerwonego sukna w dłoniach i metrem krawieckim przerzuconym przez szyję. Spojrzała na niego pytająco.

- Pomyślałem, że pięknie ci będzie w czerwonym.

Wiedziała, że Moss miał pełną kiesę, ale nie zdobył się dotychczas na taki gest, którego zresztą od niego nie wymagała.

Shevi.

Krzyki dochodzące z targowiska upewniły go w przekonaniu, że ruda dziewczyna zamierzała uczciwie zapracować na monetę. Shevi kluczył uliczkami Skilthry. Dopiero po przebyciu kolejnych kilku przecznic stwierdził, że musiał pozbyć się ogona. Chyba, że zakapturzony człowiek zrobił się ostrożniejszy i podążał jego śladem w bardziej dyskretny sposób. Tego nie mógł jednak sam zweryfikować. Odrzucił pestkę śliwki do przepływającego rynsztoku i ruszył wprost " Pod Rozpięty Gorset".

Trzeba było przyznać, że ten dom uciech, położony w najlepszej dzielnicy Skilthry, znajdujący się w pokaźnym trzypoziomowym budynku, nie tak znowu daleko od zamku miał klasę. Wokól frontowej bramy stały po bokach dwie białe, jak cały budynek kolumny z wyrzeźbionymi ornamentami w kształcie liści oplatających cały filar. Jej podstawę okalały, trzymające się za dłonie rusałki uchwycone w tańcu. wypinając ponętnie swe niczym nie osłonięte wdzięki, w ostrym słońcu dnia wydawały się kręcić wokół kolumny. Klienci byli wpuszczani przez ubranych w liberię lokajów, dość pokaźnej postury, którzy jednocześnie robili weryfikację gości, nie wpuszczając kogoś o wątpliwej aparycji. Salon wyłożony czerwonymi dywanami ociekał wprost przepychem a śliczne dziewczyny o orientalnej urodzie sprowadzano z zamorskich krain. Kto nie miał złota w kieszeni nie miał tutaj czego szukać.

Nic więc dziwnego w tym, że też klienci "Rozpiętego Gorsetu" należeli do pierwszego sortu.

Shevi minął główne wejście i wąską boczną uliczką obszedł budynek by znaleźć się na jego zapleczu. Tam, sprawdziwszy raz jeszcze czy nikt za nim nie podąża, wystukał raz jeszcze umówiony sygnał. Po chwili ciszy wizjura drzwi rozsunęła się i po wstępnej weryfikacji został wpuszczony do środka. W niewielkim, skromnym pokoiku, który zwykł odwiedzać już nie raz jak zwykle na misternie rzeźbionym stoliku stała rubinowa nalewka i pucharki. Jak zwykle też Kyleta Drapieżna kazała na siebie długo czekać nim zjawiła się w powłóczystej, drapowanej, czerwonej sukni z głębokim dekoltem. Swoje lata świetności miała już za sobą, lecz wdziękiem i sposobem bycia była w stanie ująć jeszcze nie jednego mężczyznę. Nie musiała już sprzedawać własnego ciała. Teraz zarządzała tym przybytkiem opłacając suto miejscowy tong "za ochronę" dziewcząt. Stać ją jednak było na to.

- Shevi, kochanie - uśmiechnęła się rozbrajająco, zaczynając tym samym zwyczajny rytuał, który poprzedzał przejście do interesów.

Przerwanie tej ceremonii groziło skończeniem rozmów, bowiem Kyleta uwielbiała kokietować a przy tym była kapryśna niczym arudjańska księżniczka. Po wymianie komplementów i uprzejmości, nic nie znaczących uwag o pogodzie i kursie złota, przeszli do konkretów.

- Ktoś zapłacił komuś, by pozbyć się jednego z członków Wielkiej Rady - kontynuowała nie zmieniając wesołego tonu, jakby w dalszym ciągu rozmawiali o pogodzie.

- Ach, to doprawdy ciekawe - kontynuował Shevi naśladując jej styl. - Którego?

- Och kotku - musnęła dłonią jego policzek, - przecież wiesz, że informacje kosztują.

- Ile?

- Doprawdy niewiele za tak cenną wiadomość, z której zapewne zrobisz dobry użytek. - Upiła łyczek trunku. - Sześćdziesiąt lwów.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Sicarios. Horror. Storytelling. Meksykańskie kartele narkotykowe

Ostatnio edytowane przez GreK : 12-01-2016 o 18:24. Powód: Mag
GreK jest offline  
Stary 04-06-2015, 00:15   #9
MTM
Komendant Pazur
 
MTM's Avatar
 
Reputacja: 18081 MTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputacjęMTM ma wspaniałą reputację
Myśliwy przeklął pod nosem, ukradkiem obserwując, jak kolejne osoby odłączają się od jego grupy ratunkowej. Ale nie mógł ich winić. Całe życie spędzili w tych okolicach i wiedzieli, czego mogą się spodziewać z dala od w miarę bezpiecznych domostw.
Jeszcze nie zmierzchało, ale wszem i wobec wiadome było, że zagrożenie ze strony morfy nie pojawiało się tylko po zachodzie słońca. Chociaż pod osłoną mroku na pewno wyglądało bardziej przerażająco.

Na całe szczęście ślad nie urywał się za często, toteż Aruldin mógł podążać za nim niemal z zamkniętymi oczami. Biedy chłopiec musiał się czegoś przestraszyć i pogubił drogę, rozpaczliwie poszukując swojego domu. Niepokojące było jednak to, że jego kroki wciąż kierowały głębiej w las.

- Dość - syknął tropiciel, na co pozostała trójka ratowników omal nie wyskoczyła ze swojego obuwia. Strach rysował się na ich obliczach tak wyraźnie, że nawet kat by się nad nimi zlitował.
- Dalej pójdę sam. Na nic mi się nie przydacie, wpadając na moje plecy i dzwoniąc zębami. - Spojrzał na nich niemalże z troską, a wiadomo było, że twarz Brzechwy nie była skora do okazywania uczuć.

- D... Dobrze, proszę pana. Wrócimy do domu i zaczekamy na wasz powrót. Niech mi pan tylko obieca, że odszuka mojego synka - powiedział łamiącym się głosem ojciec chłopaka. Uwadze Mayhack'a uwadze nie uszedł fakt, iż chłop nagle zaczął się do niego zwracać per pan. Co ta morfa robiła z ludźmi.

- Zrobię, co w mojej mocy. A teraz zmykajcie mi stąd - skwitował rozmowę myśliwy, po czym nie oglądając się już na nich więcej, ruszył dalszym tropem.


Niedobrze - skomentował w myślach mężczyzna. Zaszedł naprawdę daleko. Nawet on sam tak daleko się nie zapuszczał bez potrzeby. Nigdy nie ścigał zmorfowanej zwierzyny na uroczyskach. Raczej czekał, aż same je opuszczą. Tak było znacznie, naprawdę znacznie bezpieczniej.
Przeklęte uroczyska. Istne kolebki zła tego świata. Im bliżej źródła, tym otoczenia stawało się coraz bardziej wypaczone i niebezpieczne. Niczym wirus atakowały wszystko co żywe. Oszpecały naturę i posługiwały się nią jako środkiem rozprzestrzenienia choroby.

Był blisko. Wpływ morfy rzucał się w oczy. Nienaturalne rośliny. Człowiek obawiał się, że zaraz natrafi na jakiś niespotykany okaz zwierza, zdeformowanego od ogona aż po pysk.

Nie powinien tu być. To nie miejsce dla ludzi ani żadnych zdrowych stworzeń.
Aruldin mógł po prostu zawrócić. Zdążyłby do wioski jeszcze przed zmierzchem. Ojcu powiedziałby, że trop się urwał. Albo, że zaatakowało go jakieś stworzenie i musiał ratować życie.

To nie wstyd obawiać się i uciekać przed morfą. Tylko Diatrysi zwykli z nią się siłować i radzili sobie z tym całkiem nieźle.
I nie o tchórzostwo oskarżono by Aruldina. Jednak ojcowska troska o dziecko wzięłaby nad chłopem górę. Kto wiedział, jakby zareagował. Mógł zrozumieć Aruldina. Mógł też kazać iść mu po prostu precz, a może nawet w rozpaczy zaatakowałby go.

Szlag mnie trafi. Po cholerę się na to godziłem? - walczył ze sobą w myślach. Stał wyprostowany i patrzył przed siebie, jakby wypatrywał małego Anuka schowanego za najbliższym drzewem. Im dłużej się wpatrywał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że los chłopaka jest spisany na straty. Ile warte było dla tropiciela życie jakiegoś dziecka, by miał narażać własne?

Może jednak powinien zawrócić?


Nie tym razem.
Już dawno stracił w swoim życiu wyższy cel. I właśnie taki cel odnajdował, wykonując zlecenia na stworzenia morfy. To morfa odebrała mu żonę i szczęśliwe życie. I jeśli miał okazję, robił co mógł, by również jej coś odebrać.
I odbierze. Wyrwie chłopca z paskudnych łapsk tej zarazy.
Najważniejsze, by wykonać robotę.

Nie był Diatrysem, a zwykłym myśliwym. Zostanie więc łowcą.


Jeszcze raz sprawdził, czy w łatwy sposób dobywa łuku i sięga do kołczanu, a następnie podskoczył kilka razy, by upewnić się, że nic z jego ekwipunku wyjątkowo nie brzęczy. Błoto, którym był oblepiony, ułatwiało sprawę. Dodatkowo roztarł glebę na twarzy, by ulepszyć swój kamuflaż.
Teraz rzeczywiście wyglądał jak skrzat. Trochę tylko wyrośnięty i uzbrojony.

Dobył łuku i ruszył pochylony przed siebie. Tym razem starał się jak najbardziej przekradać i unikać otwartej przestrzeni. Poruszając się wystarczająco ostrożnie, miał możliwość uniknięcia spotkania z fauną uroczyska.
W ostateczności musiał być gotowy oddać precyzyjny strzał. Jego długi łuk świetnie nadawał się do wyborowych salw na dużą odległość, potrafiących zdjąć jeźdźca z siodła, przebijając go przy tym na wylot. Nie radził sobie już tak dobrze w walce na krótkim dystansie z grupą przeciwników, czego tropiciel najbardziej się obawiał.

- Złoję skórę temu bękartowi, jak go znajdę - mruknął pod nosem, zagłębiając się w zarośla.
 
__________________
"Pulvis et umbra sumus"

Ostatnio edytowane przez MTM : 04-06-2015 o 00:33. Powód: Jedno słówko zjadłem :D
MTM jest offline  
Stary 08-06-2015, 13:47   #10
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 15542 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
W zasłyszanych nowinach nie było nic zaskakującego. Zwyczajowo okazały się stekiem plotek napędzanych obawami prostego ludu. Zmorfieni w mieście byli już kanonem miejskich legend. Pomijając fakt, że wygląd połowy mieszkańców Zaułka pasował do ich rysopisu. Niemniej Garrosh dobrze zapamiętał sobie słowa Lucy. Zawsze gdzieś tam tkwiło ziarno prawdy i warto było mieć na to baczenie.
- Idź już. Klientów mi straszysz - powiedziała kobieta, obserwując jak enty przechodzeń omija Ismaela szerokim łukiem.
- Ta. Bywaj - odpowiedział z typową dla siebie wylewnością.
Wojownik niespiesznie wrócił pod zamek z szarego kamienia. Patrząc na pozycję słońca stwierdził, że ma jeszcze trochę czasu do zakończenia obrad. Odnalazł wolną, kamienną ławę na uboczu. Z namaszczeniem wyjął ko-pai.


Broń Garrosha stanowiła dla niego prawdziwe sacrum. Była to najważniejsza pamiątka z ojczyzny. Na dworze Fitzgeralda mówiło się, że Ismael darzy większa atencją własny miecz niż ludzi. Oczywiście były to uwagi rzucane cicho w alkierzach i kątach pałacu. Nawet jeśli o tym słyszał, nie zamierzał otwarcie negować teorii.
Zakrzywiona głownia nosiła plemienne zdobienie obrazujące płomień. W ojczystym języku Garrosha nazwa ko-pai oznaczała ,,język ognia”. Była to długa broń sieczna wykonana z wysokowęglowej nierdzewnej stali.
Ismael przejechał po ostrzu palcem. Z dezaprobatą stwierdził, że skóra pozostała nietknięta. Karygodne - zganił się sam w myślach. Powinno przecinać na pół rzuconą w powietrze chustę. Przy obecnym stanie byłoby to problematyczne. Wyjął więc prostokątną osełkę i ostrożnie przyłożył ją do broni. Pilnując się aby zachować stały kąt, pociągnął nią kilka razy aż do sztychu. Potem ściągnął opiłki szmatką i nałożył polerski puder. Na drugi fragment materiału nalał niewielką ilość olejku, który delikatnie wtarł w broń. Trwało to dłuższą chwilę. Garrosh wykonywał każdy swój ruch bardzo pieczołowicie. Podobne zabiegi traktował niczym medytację. Jego myśli mogły odpocząć - ręce poruszały się automatycznie. Kiedy wreszcie skończył, powstał i ruszył na spotkanie z mocodawcą.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 09-06-2015 o 13:26. Powód: kosmetyka
Caleb jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166