Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-11-2015, 22:30   #1
 
Seachmall's Avatar
 
Reputacja: 7306 Seachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputację
[Autorski, 18+] Tylko jednego: Posłuszeństwa

Josun, Port Soli, jest jedynym miastem w Septimonii, które nigdy nie śpi. Nawet teraz w środku nocy, kiedy księżyc w spokoju przemierzał niebo słychać było zawołania załóg rozładowujących zawartość statków.

Wysoko nad nimi na wieży obserwacyjnej Stary Quink, Exalri z rodu Onhera, wyglądał na morze. Latarnia bezpiecznie zagarniała statki do portu, ale morze miało kilka niespodzianek poza skałami. Quink miał najbystrzejsze oczy w swojej załodze, a krew Onhera sprawiała, że dzień i noc wyglądały dla niego tak samo. Za kilka dni mieli opuścić port, ale do tego czasu jego oczy lepiej przysłużą się portowi tam gdzie są teraz. Poniżej Exalri w jednej z tawern jego załoga bawiła się w najlepsze pijąc, jedząc i śpiewając. Chociaż to ostatnie pod wpływem alkoholu zdegradowało do powtarzania w kółko tej samej sylaby w rytm muzyki.
Quink sam miał pokaźny kufel ciepłego trunku, aby dotrzymał mu towarzystwa. Posiedzi tu jeszcze godzinę i zejdzie na dół, może znajdzie jakieś cieplejsze towarzystwo na noc. Do tego czasu jednak wpatrywał się w fale. Lata minęły od ostatniego czasu kiedy Utopieni wyszli na ląd, niektórzy sądzili, że dno morza ma już tylko rybie ości do wyrzucania z siebie.
Quink wstał na chwilę i przetarł oczy, przez chwilę wydawało mu się, że widział jakieś światło w wodzie. Najpewniej od latarni… Morze Umarłych jest już przecież jałowe…
Pamiętał ostatni najazd, Utopieni przemierzający ulice Josun, mordujący wszystko co spotkają. Potomek Siedmiu sięgnął po kufel i upił trochę, aby uspokoić nerwy. Delikatnie się zachłysnął. Alkohol zdążył zrobić się zimny od czasu kiedy go ostatnio pił? Odstawił naczynie i jeszcze raz wyjrzał na morze. Nic. Żadnych świateł. Usiadł ponownie i przetarł twarz. Wiek chyba zaczynał go doganiać. Kapitan nie będzie zadowolony, że jego najlepszy obserwator zaczyna mieć zwidy. Oparł się wygodnie na krześle, w roztargnieniu spojrzał na niebo… i zamarł.

Za późno było dla Starego Quinka, za późno spojrzał w górę, za późno poczuł chłód na swojej skórze, za późno spostrzegł szron, którym zaczął obchodzić jego kufel, za późno zobaczył okrągły cień na księżycu, który zdawał się "patrzeć" prosto na niego. Jego serce zamarło, jego oczy zaczęły się zamykać. Ostatnią rzeczą jaką Stary Quink usłyszał w swym długim życiu była piosenka jego załogi, oraz ciche, suche i pełne smutku.

Przepraszam.
 
__________________
Mother always said: Don't lose!

Ostatnio edytowane przez Seachmall : 16-11-2015 o 23:01.
Seachmall jest offline  
Stary 20-11-2015, 20:43   #2
 
Seachmall's Avatar
 
Reputacja: 7306 Seachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputację
Prolog
Martwy Piasek


Karmazynowy Pierścień - Brama Suchej Wody

[media]https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/236x/7b/99/5d/7b995d2472d1ce8f2dd67846cf2d4db2.jpg[/media]


Tiacia

Nie znosiła przenosin. Pakowanie wszystkich niezbędnych rzeczy, składanie ostatniego raportu przełożonemu, odbieranie ostatnich raportów od podwładnych, pięciokrotne sprawdzanie stanu jej pokoju, jedynym miłym akcentem tego było pożegnanie jakie zgotował Tiacii jej oddział. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Oreuse-Dimeri nie chciała tych przenosin.
Doskonale oczywiście wiedziała, czemu do nich doszło.
Matka i ojciec znowu się pokłócili i Pani Generał Dimeri postanowiła ukarać Lorda Oreuse przenosząc ich córkę jak najdalej od stolicy gdzie urzędował.
Tiacia podejrzewała, że matka nie wywiozła jej na drugi koniec muru dla własnej wygody i z braku pretekstu.
Tutaj pretekst był, czy dobry nie wiedziała. Brama Suchej Wody graniczy z Pustynią Golbu, a konkretnie z jedną z trzech rzek, która wypływa z niej. Golbu był Bogiem Śmierci Królestwa Shaiaru, które znajdowało się po jego drugiej stronie. Septimonia przygarnęła tą nazwę, zastępując wcześniejszą "Północną Pustynię", po pierwszym kontakcie Onheri z Shaiaru.
Rzeka natomiast, nazwana Suchą Wodą, wysycha raz w roku w porze suchej i zostaje tak przez jakieś trzy miesiące. Obecnie mija pół roku od wyschnięcia rzeki, a poprawy nie widać.
Co ciekawsze Shili - nomadyczny lud, który jakoś był wstanie przeżyć Golbu w porach wilgotnych - nie zaatakowali jak to mają w zwyczaju, kiedy następuje pora sucha.
Brak rzeki kłopotem dla Septimonii nie był, tym bardziej brak dzikusów atakujących bramę.
Sytuacja jednak budziła niepokój, rzeka w momencie przepłynięcia przez Pierścień była WŁASNOŚCIĄ Septimonii, jeżeli ci barbarzyńcy w jakiś sposób zmienili koryto rzeki, okradali Dzeci Siedmiu.
Lord Generał Sagat -z tego co pamiętała Tiacia na temat genealogii swojej rodziny, wuj jej matki- rozpoczął szybki werbunek nowego batalionu, aby sprawdzić "Co się dzieje za pierwszymi dziesięcioma wydmami", oraz może zagarnąć trochę więcej terenów dla Septimonii.
Tiacia zastanawiała się, czy krewny miał zamiar również przenieść mur, aby ochraniał wspomniane ziemie, ale matka zapewniła ją, że Sagat jest po prostu żądnym chwały "zdobywcą".
O wilku mowa.
Tiacia zeskakując z wozu, który dostarczył ją do bramy zobaczyła Lorda Generała. Kobieta rzadko widywała Progeri, dzieci Pierwszych wyglądały naprawdę nieziemsko.
Sagat był rosłym mężczyzną pełnym mięśni. Pani Oreuse-Dimeri ledwo powstrzymała uśmiech, kiedy zdała sobie sprawę z groteskowego wyglądu krewnego. Ciało Sagata było naprawdę imponujących rozmiarów, przynajmniej dwa metry wzwyż i jakieś półtora wszerz, wszystko składające się z drżących mięśni. Obraz ten wieńczyła filigranowa głowa, która wydawała się tonąć w górach mięsa jego barków. Sagat zapewne miał szyję, ale ten fragment musiał gdzieś zniknąć w odmętach jego anatomii.
No cóż, krewnych się nie wybiera, a to na kilka najbliższych dni miał być jej przełożony.
Sagat, który obecnie wydzierał się na jakiegoś swojego podwładnego spojrzał na Tiacię i uśmiechem zaprosił ją do siebie gestem ręki.


Krucza, Tarin

Tarin obudził się czując ciepłą i nieprzyjemnie pachnącą ciecz na swej twarzy. Następnie zauważył, że jest notorycznie okładany mokrym, śmierdzącym kawałem mięsa. Dopiero przez chwili, kiedy świadomość w pełni do niego wróciła spostrzegł, że Hero wyrwał go ze snu. Wielki pies leżał obok swojego właściciela, ale najwyraźniej dzień trwał dostatecznie długo, że bestia zaczęła się nudzić.
Hytosi zobaczył swoją towarzyszkę, która już powoli zaczęła zwijać obóz. Jemu została ta mniej przyjemna część obowiązków. Obudzenie ich najnowszego pracodawcy.

[media]https://girlsofwar.files.wordpress.com/2009/10/osu5g0.jpg[/media]

Everard Tasmil był młodym Taneusi, którego para wyratowała tydzień wcześniej od bandy zbójów. W podzięce za ratunek Tasmil zaproponował dwójce zatrudnienie w roli jego ochroniarzy. Everard miał zamiar wziąć udział w ekspedycji Lorda Generała Sagata.
Już po kilku dniach para najemników zaczęła zastanawiać się czy "rozbójnicy" których odgonili od młodziana, nie byli czasem jego poprzednimi ochroniarzami. Żadne z nich nigdy nie miało kontaktu z Taneusi na dłuższą metę, ale swoje słyszeli.
Everard uosabiał sobą wszystkie najgorsze cechy jakie słyszeli o Złotych Dzieciach.
Zadufany w sobie, arogancki, zrzędliwy maminsynek, który najpewniej sam nie uniesie miecza żeby zadać cios. Płacił jednak przyzwoicie, a jego manieryzmy dawało się znieść.
Kiedy zjedli śniadanie i skończyli się pakować ruszyli w dalszą drogę.
Daleko na południe za ich plecami Krucza mogła zobaczyć zarys jej domu, Wielki Szmaragdowy Las znajdował się kilka dni drogi od ich obecnej pozycji, ale każdy krok tylko ją od niego oddalał.
Tarin nie miał szans spostrzec swych rodzinnych stron. Tanesa była daleko stąd, a Biała jeszcze dalej.
Oboje zdecydowali się na takie życie, ale czasem każdego nachodzą myśli o domu. Zważając, że kontrakt zakłada udanie się na ekspedycję razem z Everardem. Będą dalej od domu niż kiedykolwiek wcześniej. Opuszczą bezpieczeństwo Pierścienia i wejdą na ziemie dzikusów, potworów.
Najpierw jednak trzeba pewnie będzie dokonać wszelkich formalności. Kiedy przekroczyli granice obozu pod Bramą Suchej Wody przywitał ich hałas przygotowań, krzyki rozkazów, zawołania zamówień, ogólne obelgi. Życie.
Everard ruszył przez obóz w poszukiwaniu dowódcy zostawiając Kruczą i Tarina samym sobie.

Tantalus, Socrato

[media]http://wallpaperswa.com/thumbnails/detail/20140227/video%20games%20fantasy%20art%20tristram%20concept %20art%20diablo%20iii%20caravan_wallpaperswa.com_5 .jpg[/media]

Drzewo, drzewo, kamień, farma.
Tantalus mógł przysiąc, że po raz setny mijali to samo rozdroże. Nie przepadał za podróżowanie karawaną. Tempo było żółwie, warunki średnio wygodne, a towarzystwo trudne do zniesienia. Jedyne co mógł zrobić to grać w starą zabawę z dzieciństwa kiedy wymieniał rzeczy, które mijali. Teraz niestety mógł robić to tylko w myślach.
Krowa, świnia, płot, wyschnięta rzeka…
W tym wypadku niestety nie miał wyboru, jego… przełożeni zlecili mu niezwłocznie dotrzeć do Bramy Suchej Wody przekazać jakąś wiadomość do niejakiej Cille Nosyt, jednej generał stacjonującej na tej bramie. Niestety posłanie pojedynczego gońca, według nich, zwróciłoby zbytnią uwagę i stanowiło zagrożenie dla samej wiadomości. Został więc przymuszony do zatrudnienia się jako ochroniarz w karawanie zmierzającej właśnie do tejże bramy.
Karawana, którą wybrał zmierzała aż z Exor i była pełna Ozdali. Wynalazcy głównie trzymali się siebie i swoich rozmyślań, ale był pewien, że przynajmniej dwóch z niezdrowym zaciekawieniem przyglądało się jego tatuażom. No cóż, nie da się wytępić trzeba tolerować.
Kamień, znak, podróżnik, mur…
W końcu dotarli na miejsce. Weweni musi teraz znaleźć w tym kilkuset osobowym obozie jedną Progeri… w tej chwili zdał sobie sprawę, że może mieć kłopot z tym przedsięwzięciem. Dobrze, że zabrał ze sobą ten zwój i węgiel.

~~~

Socrato był podekscytowany. Ekspedycje poza mur były rzadkie, jeszcze rzadsze ekspedycje, które nie mają na celu eksterminacji istot spoza muru. Da mu to sporo okazji do zbadania tak zwanych "dzikusów". W swoim własnym dążeniu do udoskonalenia tego co jest, od dawna frapowało go czym różnią się Dzieci Siedmiu od innych istot i czemu tak jest. Widzał ryciny, rysunki i malunki przedstawiające tych spoza muru. Najpewniej przesadzone, pokazywały jednak, że są bardzo podobni do mieszkańców Septimonii, najbardziej do Megeri, w których krew bogów jest najrzadsza. Socrato zastanawiał się jakie inne podobieństwa mogły być między dwoma odmiennymi ludami. Dawało to też plany na przyszłe badania ponieważ istniały inne, bardziej odmienne ludy w innych partiach świata.
Septimonia będąc jednak całkowicie odcięta od świata, nie zezwalała mu osiągnięcie żadnych postępów w swoich badaniach. Teraz miał okazję zbadać i porównać Dziecko Siedmiu do dzikusa. Szczęście obdarowało go przy okazji jakimś Weweńskim Megeri.
Niemym najwyraźniej, albo po prostu mało mównym, ale cóż… do tej pory nie odmówił mu pomocy.
 
__________________
Mother always said: Don't lose!

Ostatnio edytowane przez Seachmall : 20-11-2015 o 20:52.
Seachmall jest offline  
Stary 21-11-2015, 20:50   #3
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 46499 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Zwijając obóz, starała się by Tarin nie dostrzegł błąkającego się na jej ustach uśmiechu. Nie bez powodu wstała jako pierwsza, zrzucając nieprzyjemny obowiązek na barki towarzysza. To, że nie pałała miłością do ich nowego pracodawcy było widoczne gołym okiem, gdyż żadna cena nie była w stanie zmusić jej do udawania. Polityczna poprawność, układy międzyludzkie, wymogi etykiety… Cała ta fałszywa otoczka była dla niej dokładnie tym czym była - kłamstwem. Ona zaś nie zamierzała niepotrzebnie marnować na nie swego czasu czy energii. Nie zależało jej na przyjaźniach osób, które zapewne widziała pierwszy i ostatni raz. Nie obchodziło jej czy znienawidzą ją czy pokochają. Istotne było tylko to, by trzymali się na odległość i pozwolili jej wykonywać zadanie, którego akurat się podjęła. Tym zadaniem zaś, w chwili obecnej, było dbanie o bezpieczeństwo młodego Everarda. Bezpieczeństwo, lecz nie wygody. Nie obchodziło jej czy on uważał inaczej, ani ile płacił. Te sprawy zostawiała Tarinowi.
Przerwała swą pracę na krótką chwilę i uniosła twarz ku słońcu. Si szybował nad jej głową. Wierny towarzysz przygód i cichych nocy, w trakcie których wspominała dom. Nie było jej już dwa lata. Nie słyszała także by ktokolwiek za nią tęsknił. Byłoby to dość niezwykłe, wszak była dzieckiem wyrodnym, tą która odmówiła dostosowania się do życia, jakie planowano jej narzucić. Roześmiałaby się gdyby nie to, że zapewne jej śmiech mógłby się w pewnej chwili załamać.
Potrząsnęła głową by wyzbyć się owych niepotrzebnych jej do niczego myśli. Długie, krucze włosy, które bardziej wyglądem swym do skrzydeł były podobne niż do faktycznych włosów, zafalowały przy tym lekko, jakby niechętne. Lubiła w nich tą niechęć, oszczędzała czasu, który kobiety zwykły poświęcać na ułożenie swych wymyślnych fryzur. Lubiła także dotyk delikatnego puchu, tuż przy skroni, poruszanego podmuchami wiatru i pieszczącego bladą skórę.
Przeciągnęła się rozciągając mięśnie, które w przeciwieństwie do ich właścicielki, budziły się nieco wolniej. Nie należała do kobiet wysokich ani też nadmiernie rozbudowanych w lubianych przez mężczyzn strefach. Była niska, drobna i preferowała stroje, które bardziej kryły niż uwydatniały kobiece walory. Spodnie, koszula, lekka zbroja na to. Czerń na czerni i czernią przykryta. Czarny płaszcz z czarnym kapturem, nieco tylko kryjącym czarny fragment dziobu, który czernią swą zdobił jej czoło. Pytanie zatem o kolor najbliższy jej sercu zdawało się zbędne i póki co nie miała okazji na wykpienie osoby, która by się na nie zdecydowała. Nie znaczyło to jednak, że takowa prędzej czy później się nie nawinie.

- Ty zarazo... - Tarin odepchnął Hero, któremu nagle zebrało się na czułości. - Idź obudzić jaśnie pana. Tam śpi! - Popchnął psa w stronę namiotu, z którego dobiegało chrapanie.
Nie, nie... Z pewnością słowo "chrapać" nie pasowało do dostojnego Everarda Tasmila. Z pewnością młody Taneusi nawet nie słyszał takiego słowa, a stwierdzenie, ze to właśnie on jest źródłem tych dziwnych dźwięków spotkałoby się z bardzo dostojnie wyrażoną dezaprobatą.
Hero spojrzał na swego pana z wyraźnym wyrzutem.
Stosunek Everarda do czworonożnego przyjaciela Tarina nie można było nazwać zbyt pozytywnym. Biedny Hero nie spełniał wysokich wymagań, jeśli chodziło o kwestie estetyczne, a niemal natychmiast po pierwszym spotkaniu Everard poinformował o tym wszystkich, nie zważając na to, czy ktoś chce, czy nie chce słuchać..
Zresztą Taneusi nader chętnie dzielił się z otoczeniem swymi poglądami na wszystko, uważając przy tym, ze owo otoczenie powinno być mu wdzięczne za wszystkie uwagi, nawet te krytyczne i niemiłe. Zaś otoczenie jakoś wdzięczności nie okazywało. Szczególnie Hero, który na panicza się obraził.

Tarin, nie znajdując w otoczeniu nikogo, kto zechciałby wyręczyć go w tym przykrym obowiązku podszedł do namiotu, zastanawiając się, w jakim humorze tym razem Everard przywita dzionek.
- Dzień dobry - powiedział. Na tyle głośno, że nawet największy śpioch powinien usłyszeć te słowa.
Chrapanie urwało się i zastąpił je suchy kaszel. Najwyraźniej Everard tak długo zasysał powietrze otwartymi ustami, że gardło mu wyschło. Taneusi spojrzał na swojego ochroniarza półprzytomnym spojrzeniem.
- Co? A tak, dzień dobry. Już ranek? - młodzian zebrał się powoli z posłania.
- Śniadanie gotowe - oznajmił Tarin. - Niedługo musimy ruszać, jeśli mamy dosyć wcześnie zjawić się w obozie Lorda Generała.
- Oczywiście, oczywiście. - Taneusi wygrzebał się z namiotu, przeciągnął jak przystało na szlachcica i spojrzał na swych towarzyszy - Co dziś jemy?
- Niewiele już zostało. - Tarin spojrzał na Kruczą.
- Chleb - mruknęła tamta w odpowiedzi, nie zniżając się nawet do tego by spojrzeć w ich kierunku. - Zostało też jakieś suszone mięso - dorzuciła od niechcenia.
Everard westchnął i spojrzał na Weweri.
- Słyszałem, że twój lud zna się na przetrwaniu w głuszy. Nie mogłabyś upolować nam czegoś konkretniejszego? - chyba ugryzł się w język przed powiedzeniem "i ugotować to".
- Słyszałam że chleb i suszone mięso to konkretne jadło - odparowała, tym razem jednak obdarzając go niezbyt przychylnym spojrzeniem, zarezerwowanym dla tych, którzy przeszkadzali jej w pracy, a ten jegomość dokładnie to teraz czynił. - Widać nie wszystko co mówią jest prawdą dla każdego kto słucha.
- Jest jeszcze trochę wina - wtrącił szybko Tarin.
Uniesienie oczu ku niebu jasno dawało do zrozumienia co Krucza sądzi o pojeniu tego paniczyka winem o tak wczesnej porze. Jak nic język mu się przy tym rozwiąże i nie będzie się go dało zawiązać aż do chwili dotarcia do obozu.
- Lord Sagat z pewnością przyjmie odpowiednio takiego dostojnego gościa. - Tarin nie bardzo w to wierzył. Raczej sądził, że Lord Generał nie będzie zachwycony. Ale nie zamierzał ich "podopiecznemu" psuć humoru.
- Oczywiście, że przyjmie. Mój Lord Ojciec sam wysłał do Sagata zawiadomienie o moim przybyciu. Sam widziałem jak pisał "I upewnij się, że potraktujesz go należycie." - Młodzieniec najwyraźniej nie wiedział co takie słowa mogłyby implikować w przypadku Hytosi.
- Proszę jeść, a ja wszystko zwinę do końca. - Gdyby ten obowiązek pozostawić w rękach Taneusi, to pewnie wyruszyliby wieczorem.
Niezadowolony, że jego podniebienie będzie musiało zadowolić się posiłkiem dobrym dla… no innych, Everard spokojnie uraczył się chlebem, suszonym mięsem i winem. Przynajmniej wcześniej rozcieńczył to wino. Kiedy posiłek dobiegł końca, Tarin zdążył zwinąć obóz i grupa była gotowa do dalszej drogi. Drogi, która minęła dwójce najemników na dalszym słuchaniu Everarda o wspaniałych wyczynach jego przodków.

Hero trzymał się z dala od podróżującej grupki. Na tyle daleko, że tyrada autorstwa Everalda niemal nie docierała do jego uszu. Tarin nie miał tyle szczęścia. I miał okazję zastanowić się, czy Taneusi, koloryzuje, maskuje się tak sprytnie, udając niedorajdę, czy też po prostu jest wyrodkiem.
Towarzyszka Tarina miała inne sprawy na głowie niż słuchanie idioty z rodu Taneusi. Tęsknota za domem, tak nagle obudzona, nie chciała posłuchać głosu rozsądku i uparcie jątrzyła ranę. Nic zatem dziwnego, że od samego poranka począwszy była mrukliwa i źle nastawiona do wszystkiego co ośmieliło się stanąć na jej drodze. Bez względu na to czy było to zwierzę, człowiek czy przypadkowy kamień. Jedynie Si został potraktowany ulgowo, jako ten, który wiedział co w jej duszy tkwi.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 21-11-2015, 21:02   #4
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 90005 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Gdy dotarli do obozu jedno zło drugim zostało zastąpione. Krucza z niechęcią przyglądała się licznym namiotom i jeszcze liczniejszym ich mieszkańcom. Nie lubiła zgromadzeń, nie lubiła miast, a już całkowitą niechęcią darzyła zgromadzenia w miastach. Przynajmniej jednak była szansa na chwile wytchnienia od paniczyka, któremu uparcie odmawiała w swych myślach prawa do posiadania zarówno imienia jak i nazwiska.

- Gdzie pana znajdziemy, panie Everardzie? - spytał Tarin, zanim Tasmil zdążył zrobić choćby dwa kroki w stronę namiotu Lorda Generała, pozostawiając swych obrońców z bagażami i koniem na karku.
- W namiocie dowódczym oczywiście. Jestem ważną osobistością, muszę być z tymi którzy decydują. - Najwyraźniej takie tłumaczenie mu wystarczyło i ruszył dziarskim krokiem w stronę namiotu. Krucza i Tarin zostali sami ze swymi zwierzęcymi towarzyszami, otoczeni błogą ciszą braku Everarda.
- Niedobrze mi - stwierdziła Krucza, śledząc wzrokiem oddalającego się paniczyka. Zazwyczaj nie miała nic przeciwko osobom, które eskortowali, jednak tym razem miała ochotę sięgnąć po łuk i w sposób szybki i ostateczny zakończyć swe męki. Niestety, zadanie było zadaniem, a ona preferowała by takowe dobiegały końca okraszone dźwiękiem monet. Trupy zaś wyjątkowo marnie płaciły. - To gdzie teraz? - zapytała swego towarzysza, jedyną bodajże osobę w całym tym zgromadzeniu, która zdawała się być bezpieczna.
- Koniec języka za przewodnika - mruknął Tarin, po czym rozejrzał się dokoła w poszukiwaniu kogoś, kto wyglądał na osobę dobrze poinformowaną.
- To już twoja działka - mruknęła pod nosem, starając się wziąć głęboki, uspokajający oddech, jednak na niewiele się to zdało. Na dodatek było za głośno, za tłoczno, za...
- Zawsze możemy wysłać Hero na poszukiwania naszego kochanego pracodawcy. - Tarin uśmiechnął się.
- Coś taki wesoły? - spojrzała na niego nieco podejrzliwie.
- Bo to by był zabawny widok - rzucił w odpowiedzi, po czym podszedł do wojaka, który wyglądał na strażnika.
- Gdzie można zostawić wierzchowce, i gdzie, do kogo, trzeba zgłosić swoje przybycie - spytał.
Strażnik wskazał w kierunku wschodnim.
- W tamtą stronę są stajnie, podążaj za węchem. Co do zgłoszenia to zależy. Jesteście najemnikami, którzy chcą zarobić? Mieszkańcami, którzy chcą oddać się sprawie? Ciurami obozowymi?
- Przybyliśmy jako eskorta szlachetnie urodzonego Everarda Tasmila, Taneusi, który przybył na spotkanie z Lordem generałem - odparł Tarin.
- Kolejny Taneusi? Na Siedmiu, czemu ci "szlachetnie urodzeni" nie trzymają się swego. Ja kurna nie wchodzę na sale balowe. Jeżeli macie zamiar walczyć zgłoście to jednemu z generałów. Sagat powinien być w namiocie tam. - Strażnik wskazał na namiot, do którego zmierzał Everard. - Jest jeszcze pani generał Cille Nosyt, ona jest w namiocie przy wejściu do obozu. Oraz "Architekt Wojenny" Sergeus, to Ozdali i szczerze nie mam pojęcia gdzie go znaleźć. Podejrzewam, że tam gdzie są wybuchy.
- A ty, kogo byś wybrał? Sagata, czy generał Nosyt? - Tarin zadał kolejne pytanie.
- Zależy, jeżeli nie przeszkadza ci góra mięsa, która nie słyszała, że krzyk uszkadza słuch, to idź do Sagata. W przeciwnym wypadku polecam Nosyt. Jest metodyczna i do tego jest na czym zawiesić oko. Chociaż ma ostatnio kiepski humor.
- Generałowie czasami miewają kiepski humor... Dzięki wielkie. - Tarin skinął głową.
Również Krucza zdobyła się na lekkie skinięcie głową, jednak nie zamierzała głosu zabierać. Przynajmniej dopóki nie zrobili paru kroków, tak by ucho ich informatora nie dosłyszało o czym to radzić będą. Nie bez przypadku także, kroki owe skierowane były ku wejściu do obozu.
- Nawet nie próbuj mnie przekonywać do Sagata - ostrzegła Tarina.
- Nawet nie będę próbować - zapewnił ją. - Odprowadźmy konie, pożegnajmy się z Everardem i chodźmy do generał Nosyt.
- Nie lepiej od razu załatwić sprawę z panią generał? - Wizja ponownego spotkania z paniczykiem, nie była tą, która mogłaby uśmiech na jej twarz wywołać.
- W takim razie ty pójdziesz porozmawiać z Nosyt, a ja dopilnuję, by konie nie zniknęły - zaproponował.
Propozycja ta także nie za bardzo Kruczej pasowała ale zbytnio przeszkadzać kobiecie także nie przeszkadzała.
- Jak wolisz - mruknęła w odpowiedzi. Udało się jej przy tym powstrzymać przed wypomnieniem mu, że rozmowy nie do jej obowiązków należały.

Zostawiwszy Tarina samego z końmi i psem, ruszyła w stronę wejścia do obozu, gdzie wedle słów zapytanego wojaka, miała stacjonować będąca w kiepskim humorze kobieta.
Cille Nosyt siedziała w swoim namiocie na dość skromną mapą przedstawiające tereny po drugiej stronie muru. Co jakiś czas dla zabicia nudy wbijała w kawałek materiału nóż… dość głęboko. Kiedy zauważyła przybycie Weweri wstała, zostawiając nóż wbity w stół i dokonała wojskowego przywitania Septimonii.
- Witam, Jestem Cille Nosyt. W czym mogę pomóc? - jej głos wydawał się zmęczony, chociaż nutka irytacji w nim została.
Dwukrotne uderzenie prawą pięścią w pierś, a następnie pocałowanie owej piersi było tradycyjnym powitaniem wojska w Septimonii. Krucza w odpowiedzi na nie schyliła tylko głowę. Nigdy nie była dobra w tego typu oficjalnych niuansach życia i wciąż nie znalazła dobrego powodu by się ich nauczyć.
- Zwą mnie Krucza - odparła, jako że nawet ona zdawała sobie sprawę iż przedstawić się należy, szczególnie gdy druga strona zrobiła to jako pierwsza. - Wraz z towarzyszem przybyliśmy jako eskorta Everarda Tasmil. Chcemy dopisać się do wyprawy.
- Tasmil, Tasmil... - Cille przez chwilę zastanawiała się nad tym nazwiskiem - Zaraz.. on przysłał tu swojego gnoja? Ogniu mojej krwi… kazałam Sagatowi wysłać wiadomość, że nie jesteśmy cholerną szkółką i nie zmienimy jego smarkacza w "szlachetnego wojownika" po drugiej stronie cholernego muru. - usiadła ciężko patrząc ponownie w mapę - Jeszcze raz, jak ci jest? Ptasia?
- Krucza - poprawiła ją z uśmiechem na ustach. Ktokolwiek podzielał jej zadanie na temat paniczyka zasługiwał na przychylne traktowanie.
- Krucza, jasne wybacz. Czy ty i twój towarzysz będziesz wstanie utrzymać tego smarka przy życiu, na zdrowiu mi nie zależy. Przez jakiś tydzień po drugiej stronie? Bo ja niańką nie mam zamiaru być i nie będę mu wycierać nosa.
Uśmiech zgasł niczym płomień świecy.
- Tydzień? - zapytała, licząc na to, że słuch ją zwodzi.
- Jeżeli szybko znajdziemy powód czemu ta rzeka ciągle jest sucha. Przewidujemy zabrać ze sobą zapasy wody na tydzień z maksymalnym obsunięciem na dwa dni. - Kobieta westchnęła. - Pytam dlatego, że niestety musimy zgodzić się na obecność tego gnojka i muszę wiedzieć, czy dacie sobie radę niańczyć go do czasu naszego powrotu?
Dla Kruczej milsze byłoby gdyby ktoś zaczął wyrywać jej piórka niż kolejny tydzień w towarzystwie młodzika. Niestety… prócz prośby pani generał było także zadanie, które należało dokończyć.
- Żywy, niekoniecznie cały. Powinno się udać - oznajmiła, oczami duszy widząc tą przypadkiem wystrzeloną strzałę, która ląduje w ciele paniczyka. Oczywiście omijając zbyt istotne organy… - Gdzie mamy się stawić do czasu wymarszu?
- Znajdźcie sobie namiot, zgłoście się do… kurcze będziecie z Tasmilem więc… - kobieta zapętliła się chwilę - Dobrze, znajdźcie sobie namiot, nie musicie się nigdzie zgłaszać bo ja dam Sagatowi do słuchu i czekajcie na komendę wymarszu gdzieś pojutrze. Do tego czasu możesz spokojnie unikać swojej pociechy. Czy coś jeszcze?
- Zapasy? - zapytała, bowiem kwestia ta była raczej istotna w tego typu wyprawie.
- Ruszają z nami. Jeżeli dla pewności chcesz zaopatrzyć się sama, mamy kilku handlowców na terenie obozu. Oprócz tego przysługuje ci przydział z zapasów batalionu. Czym przyjechaliście? Jeżeli końmi to radzę je zostawić tutaj, stajenni się nimi zajmą. Bestie nie są stworzone na temperatury pustyni.
To akurat Kruczej odpowiadało. Nigdy jakoś nie udało się jej dogadać ze swoim wierzchowcem więc zostawienie zwierzęcia za sobą było niczym uśmiech losu.
- Konie - odpowiedziała na pytanie generał. - Mój towarzysz ma także psa. Kruk raczej nie będzie sprawiał problemu, prawda? - Uznała za właściwe ostrzeżenie pani generał o istnieniu zwierząt, a także upewnienie, czy nie będą one problemem.
- Na pewno nie dla mnie. Wy będziecie musieli się upewnić, że wam nie zejdą. Jeżeli są sprytne będą się trzymały koło wozów z zapasami, będzie to pewnie jedyne źródło cienia.
- W takim razie - zaczęła, jednak urwała gdy przypomniała sobie o drobnym szczególe, który jej nie pasował. - Nikomu nie będzie przeszkadzało który namiot wybierzemy? Oczywiście z tych pustych - dodała, gdyż wyrzucanie właścicieli z ich namiotów nie należało do jej zwyczajów. Zazwyczaj przynajmniej.
- Tak, tak. Teraz i tak niewiele z nich jest zajętych, bo wszyscy biegają i szukają czegoś. Jeżeli spotkasz swojego pracodawcę… nie mów mu gdzie mnie znaleźć.
- Oczywiście - odparła, ponownie się uśmiechając. - Z przyjemnością skieruję go w przeciwną stronę.
Cille po raz pierwszy odkąd zobaczyła ją Krucza również się uśmiechnęła.
- Będę wdzięczna. Odmaszer… to wszystko.
Krucza skłoniła głowę bez słowa i wycofała się poza zasięg wzroku generał.

Dotarcie do Tarina, który czekał wraz z końmi w miejscu, w którym go zostawiła, zajęło jej więcej czasu niźli by sobie tego życzyła. Ogólnie panujący ruch sprawił, że nie mogła narzucić tempa, które by ją zadowalało. Humor jednak miała dość dobry, głównie za sprawą generał, która okazała się kobietą rozsądną i wyjątkowo pasującą do gustów Kruczej. Opinia ta była mocno związana z niechęcią, jaką Cille żywiła do paniczyka.

- I jak się udała rozmowa? - spytał Tarin. - Jak ci się spodobała pani generał?
- Generał okazała się być wyjątkowo zgodna - odparła Krucza, z uśmiechem. - Niestety zrzuciła nam także naszego paniczyka na cały tydzień, poczynając od pojutrza - dodała, umniejszając nieco ów radosny wyraz twarzy.
- Żartujesz? - Tarin w pierwszej chwili nie mógł uwierzyć w ten brak szczęścia. - Nie żartujesz... Mamy go mieć na karku przez tydzień? W czasie wyprawy w dziką głuszę?
- Czy i tak nie mieliśmy o niego dbać w jej trakcie? - przypomniała mu. - Przynajmniej będziemy mieli sprzymierzeńca i to wysoko postawionego. Mamy też dwa dni względnego spokoju. Zawsze można znaleźć kogoś kto zapłaci więcej za to, by nasz paniczyk nie ukończył tej wyprawy wśród żywych.
Propozycja ta nie współgrała zbytnio z jej zasadami, jednak w tym jednym, jedynym wypadku, była w stanie nagiąć je w sposób znaczny.
- Oj, widzę, że nie przypadł ci paniczyk do gustu... - Tarin pokręcił głową. Był to jedyny komentarz do wysuniętej przez Kruczą sugestii. - A co mamy robić przez te dwa dni?
- Wino, hulanki i swawole - odparła wzruszając ramionami. - Nie sprecyzowano. Mamy sobie wybrać namiot i czekać na sygnał do wymarszu. Możemy też zaopatrzyć się na drogę, ale konie trzeba zostawić w stajniach. Podobno źle znoszą upał na pustyni.
- Również wolę zieleń i chłód, niż piasek i upał. Trzeba będzie załatwić jakieś białe szaty. - zaproponował. - W ostateczności prześcieradła. Coś jeszcze ciekawego się dowiedziałaś?
- Że naszej generał zależy tylko na życiu tego wymoczka, zdrowie nie jest wymagane. - Uznała, iż należy o tej drobnej sprawie wspomnieć. - Poza tym zwyczajowo… Więcej pewnie dowiemy się w samej drodze. O białych szatach jednak zapomnij, chyba że tylko dla ciebie. - Uznała, że o jego pomyśle z prześcieradłami zapomni, co by uratować ich przyjaźń.
- Z pewnością nie będę cię nakłaniać do zmiany barw - zapewnił. Przywiązanie Kruczej do koloru czarnego było legendarne, ale Tarin miał cichą nadzieję, że po paru godzinach podróży jego towarzyszka zmieni zdanie.
- A zatem konie do stajni i szukamy przytulnego namiotu, do którego nikt nam się nie dokwateruje? - zmienił temat.
- Dokładnie - zgodziła się z nim. - Najlepiej takiego z dala od centrum obozu. A… - zaczęła przypominając sobie prośbę generał. - Gdyby paniczyk chciał wiedzieć gdzie znaleźć Nosyt, kieruj go w przeciwną stronę, dobrze?
- Sądzę, że jeden generał jak na dziś wystarczy Everardowi. Ale gdyby się uparł, to postaram się zaoszczędzić pani generał przyjemności rozmowy z nim.


Nazwisko pani generał miało magiczną niemal moc. Dla koni natychmiast znalazło się miejsce w całkiem porządnych boksach, a to, że miały tu zostać ponad tydzień nie stanowiło - jak zapewniali stajenni - najmniejszego nawet problemu.
- On też tu zostaje? - spytał najmłodszy z nich, wskazując na Hero, który sprawiał wrażenie głodnego.
- Nie, jego zabieramy ze sobą. - Tarin uśmiechnął się lekko. - Wrócimy z nim dopiero za tydzień.
- O ile - mruknęła Krucza, jak zwykle pałając optymizmem.


Namiotów było do wyboru, do koloru.
A wyboru dokonywała Krucza, której przyświecał tylko jeden cel - znaleźć lokum znajdujące się jak najdalej od panującego w centrum zamieszania.
Natychmiast po zostawieniu bagaży (i zostawieniu Hero na straży namiotu) udali się na poszukiwania szlachetnie urodzonego Everarda.
 
Kerm jest teraz online  
Stary 23-11-2015, 15:55   #5
 
Zaalaos's Avatar
 
Reputacja: 15974 Zaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputację
Tantalus rociągnął mięśnie i ostatni raz spojrzał na członków karawany. ~ Wielu. Irytujący. ~ pomyślał oszczędnie. Równie oszczędnie oklepał swoje ciało by sprawdzić czy wszystko jest na miejscu. Nie musiał tego robić, wiedział że nic nie zaginęło, ale czy była w tym jakaś szkoda? Trochę gotówki, włócznia przewieszona przez plecy, lekka skórzana zbroja w niemal niemożliwy sposób złożona i wepchnięta do wora służącego za plecak, kilka noży o nieprzyjemnie wyglądających ostrzach, krótki miecz u pasa, trochę dodatkowego żelastwa, jakieś dziwne fiolki i wyraźnie nie pasująca do reszty tuba przypominająca te używane przez skrybów. Ale po co takiej górze mięsa byłby papier? Otóż papier był dla niego niezbędny, był narzędziem równie ważnym jak wszystkie paskudne ostrza które nosił na swym ciele. Oderwał mały kawałek tego bezcennego wynalazku i węglem napisał kilka słów.

“Szukam Cille Nosyt. Wiadomość. Ważne.”


Litery nakreślone jego ręką były ostre i lekko pochylone w prawą stronę. Trochę jakby szarżowały na przeciwnika, zdawały się epatować irytacją i pośpiechem. Jakby litery mogły cokolwiek mówić pojedynczo, oderwane od kontekstu słowa. Mężczyzna uniósł głowę znad papieru i zaczął przeczesywać tłum w poszukiwaniu kogoś kto umie czytać i byłby chętny poświęcić mu parę sekund uwagi. Robił to w zaskakująco prosty i dosadny sposób. Po kolei zaczepiał wszystkie osoby i pokazywał im papier, grubym palcem postukując w wolne miejsce pod wiadomością.

Poszukiwania zajęły Tantalusowi lepszą część godziny. Wielokrotnie spotkał się ze spojrzeniami irytacji, zażenowania czy politowania. Kilka razy też spotkał się z odpowiedziami: "Nie wiem, nie znam", "Tak kojarzę, ale nie wiem gdzie", "Co ty tu robisz trawojadzie?".
W końcu został pokierowany we właściwym kierunku. Po niespełna dwóch minutach i jak się okazało dwudziestu metrach od miejsca, z którego zaczął, Tantalus ujrzał kobietę, która miała być Cille Nosyt.



Kobieta była najwyraźniej wzburzona.

Weweni pomachał kobiecie i zdecydowanym krokiem skierował się do niej. Podetknął jej zapisaną wcześniej kartkę pod nos i nadał swojej twarzy wyraz zapytania, co przyszło mu z niemałym trudem. W drugiej ręce trzymał wiadomość otrzymaną od przełożonych.
Pani generał uniosła delikatnie brew na mężczyznę i przeczytała kartkę.
- Ja jestem, Cille Nosyt. O co chodzi?
Włócznik wyciągnął w jej stronę rękę z wiadomością z którą został wysłany, po czym jeszcze raz wcisnął jej przed oczy kartkę i poklepał paluchem słowo “Ważne”. Miał nadzieję że pani generał przeczyta wiadomość od ręki i potwierdzi jej otrzymanie, wtedy będzie mógł wrócić.
- Corusi… - pokręciła głową Cille - Nieźle cię urządzili. Język też ci pewnie wycieli? - kobieta otworzyła list i spojrzała na Tantalusa, odchrząknęła i zaczęła czytać list.
"Szanowna Lady Generał Cille Nosyt, z przykrością muszę przekazać informację o tragedii, która dotknęła naszą rodzinę. Twój ojciec Wieczny Generał Tysonus został zdradziecko zgładzony przez jedno z najmłodszych dzieci naszego rodzaju… bla, bla, bla... wielka tragedia… na Siedmiu dojdź do sedna… o, jest. Proszę udać się razem z naszym wysłannikiem do stolicy w celu ujrzenia sprawiedliwości.
Z szacunkiem Ósmy Cień Missar" - ponownie spojrzała Tantalusa - Więc jesteś popychadłem jednego z ósmych co? No cóż, ja się jeszcze nigdzie nie wybieram. Mam ekspedycje do przeprowadzenia. A ten Megeri, który zabił mojego ojca jest w rękach mojego stryja. Wiem co go czeka i na prawdę nie muszę tego oglądać, aby "poczuć sie lepiej". Masz ruszyć tam ze mną prawda? Inaczej pewnie ci się oberwie?
Tantalus skinął twierdząco głową po czym podwinął rękawy. Jego ręce pokryte były tatuażami, po bliższym przyjrzeniu się można było zauważyć że te układały się w słowa. Weweni poklepał jedno z nich. “Siostra”. Jeszcze raz wskazał słowo “Ważne” zapisane na kartce. Potem obrócił lewe przedramię. “Ja”. Obrócił je jeszcze raz. “Strażnik”. Na koniec wskazał panią generał. Na swoim ciele nosił znaki odpowiednie do tej sytuacji, ale nie czuł potrzeby by się rozbierać. Nosyt zdawała się być inteligentną osobą, powinna zrozumieć jego przekaz.
- To miłe kolego, ale nie potrzebuję ochroniarza. Jestem duża dziewczynką, sama zakładam zbroję i czyszczę sobie miecz. Trzymaj się blisko mnie jeżeli ci zależy, ale nie myśl, że chcę abyś blokował dla mnie strzały. Jak ci na imię? - kobieta schowała wiadomość do szkatułki i wróciła do map rozłożonych na jej stole.
Mężczyzna obrócił już solidnie wymęczony skrawek papieru, wyciągnął węgiel i napisał kilka słów.

“Tantalus. Zdobędę jedzenie. Wrócę.”


Położył wiadomość obok dłoni pani generał i znowu wszedł w tłum, swym bystrym wzrokiem szukając posiłku i wody.
 

Ostatnio edytowane przez Zaalaos : 23-11-2015 o 22:41.
Zaalaos jest offline  
Stary 28-11-2015, 21:28   #6
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 38960 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
- Śrubokręt.- mruknął. Młody mężczyzna o dość długich czarnych włosach okalających jego szczupłą wyrazistą twarz pracował nad małym tłokiem.Jego oblicze okryte dość skąpym zarostem wyrażało skupienie. Oczy ukryte za przyciemnianym szkiełkami spoglądały beznamiętnie na leżący przed nim mechanizm. One jedyne były nieludzkie w całym ciele. Każdego oko było kulką żywego metalu, ze żłobieniami wypełnionymi płynnym złotem. Jedyny widoczny dowód, że wywodził się od Primari. Szkarłatny ni to pancerz ni to kamizelka jaką nosił, była zaś dowodem, że pochodzi od Ozdala - Pana Postępu
Socrato, bo to on był właśnie, rozejrzał się dookoła być może w oczekiwaniu na reakcję sługi. Jakiegoś sługi. Ale weweńskiego Megeri nie było.
Gdzieś w głębi umysłu, pojawiła się iskierka myśli, że tak być nie powinno… ale znikła szybko. Dla Socrato ów mało gadatliwy Megeri nie stanowił większego obiektu zainteresowań. Obyczaje jego ludu go nie obchodziły, rozmawianie o naukowych kwestiach natury, czy wreszcie o technologii mijało się z celem. Dzikus wszak by nic nie zrozumiał.
Dla Socrato był tylko obiektem porównawczym, więc póki nie było go z czym porównać. Cóż.. nie był wart uwagi. Zresztą sam Megeri jakoś nie był skory do odzywania się, toteż Socrato dotąd ledwo zauważał jego obecność. W końcu byli w karawanie znacznie ciekawscy rozmówcy. Choćby Shand- medyk, kowal Jaro, Sin i Demi oraz sam Valtus- twórca broni.

- Śrubokręt.- powtórzył i przedmiot wskoczył mu do dłoni. Przy akompaniamencie skrzeku Zezika. Puchacz nastroszył pióra, gdy Socrato mruknął spokojnie.- Tylko mi tu bez takich. Jesteś na diecie. Ostatnio twoja waga wykracza poza normy określone dla twego rodzaju.-
W odpowiedzi ptak nastroszył pióra. A Socrato wrócił do pracy. Ten tłok bowiem wymagał przeróbek, nie działał tak gładko jak powinien. Oczywiście winne było środowisko, ale to była obiektywna trudność. Mechanizmy nie potrafiły się bowiem adaptować do zmiennych warunków, a ten problem wynikał z innych problemów.
Socrato siedział więc w swoim wozie pełniącym też rolę jego mieszkania na ten czas i… trzeba przyznać, że młody Ozdali wydawał się być bałaganiarzem. Metalowe płytki, śrubki, nakrętki, różnego rodzaju zębatki i fragmenty mechanizmów były rozrzucone po całym wozie, gdzie popadnie. Socrato jakoś się tym nie przejmował, czym znacznie się różnił od reszty Ozdali, w większości wyznawców nie tylko postępu, ale i pedantycznego porządku.
- Hmm.. hmmm..- mruczał do siebie przez chwilę kręcąc śrubokrętem i sięgając po inny metalowy przedmiot. Sprawa tłoka była dość absorbująca, przez jakiś czas przynajmniej.
Potem bowiem Socrato zasępił się nad innymi problemami. Skręcił tłok wymieniając jedną część i ruszył do wyjścia z wozu. Część uszczelek, blaszek, zębatek i dźwigni potoczyła się za nimi, przyciągana jakby magnetyczną siłą.
Sam Ozdali zaś podążył w kierunku miejsca w którym znajdował się wóz Shanda, a on sam urzędował sprawdzić czy przypadkiem medyk nie potrzebuje pomocy.

Delikatne światło dobiegało z wnętrza wozu Shanda, a powietrze opuszczające jego drzwi wypełnione było zapachem chemikaliów i ziół. Całą drogę medyk spędził na tworzeniu różnego rodzaju wywarów, które jak twierdził koiły ból, przyspieszały leczenie i naprawę ciała, oczywiście w teorii. Brakowało mu osób, na których mógłby je przetestować.
-Żadnych kłopotów tego ranka?- zapytał Socrato podchodząc do wozu.
- Nie, nie. Udało mi się nawet w końcu wydestylować ten niebieski mech, który pokazałem ci przed wczoraj. - Shand znalazł odrobinę niebieskiego mchu na pograniczu Wiecznego Lasu. Według alchemika miał on mieć kilka leczniczych właściwości - Jak na razie, destylat działa świetnie jako smar.
- To niewątpliwie pomoże w rozwiązaniu tego problemu. Co wiesz jednak o florze za murem? Chyba nie ma tam zbyt wielu roślin. Tam jest chyba tylko pustynia, prawda?- zapytał Socrato i nie poprzestał na tym pytaniu mówiąc do siebie.- Ciekawe jakie rozwiązania w swej budowie wytworzyły tamtejsze organizmy, by chronić się przed suszą.
- Jakąś metodę na przetrzymywanie wilgoci w organizmie… pewnie to samo jest z roślinnością.
- Orientujesz się może, czy Flish bywał za murem?- zmienił temat Socrato.
- Nie wydaję mi się. Jedyna cywilizacja w tamtą stronę wiedzie przez jakiś miesiąc drogi przez pustynię. Tylko Armada zdołała bezpiecznie tam się przedostać, a dzikusy z pustyni nie są chętni do handlowania z nami. Możesz popytać jeżeli coś cię ciekawi.
- Nieee… chyba sobie odpuszczę.- stwierdził po namyśle Socrato i podrapał się po karku.- Jeśli nie jestem ci przydatny, to pójdę zajrzeć do Valtusa i popatrzę nad czym dziś pracuje.
- Dam sobie radę. Uważaj, nasz drogi mistrz nie spał całą noc, może być drażliwy. - czarny dym wydobył się z wozu medyka - Cholera… spaliła mi się kanapka.
Socrato pomachał dłonią na pożegnanie i ruszył do Valtusa, ciekaw czym zajmuje się mistrz, gdy tkwili na tym postoju. Przed nimi wszak był ostatni z bezpiecznych etapów tej drogi, a potem… Valtus z pewnością będzie miał na kim testować swe pomysły.

Progeri stał na zewnątrz swego wozu podskakując wokół jednego ze swych dzieł. Urządzenie wyglądało jak niewielki popychany wózek z masą rur na nim. Valtus właśnie wykorzystywał Moc swojego pochodzenia, aby dospawać kolejną rurkę na szczycie machiny.
Sam wynalazca wyglądał niebywale. Socrato był wstanie dostrzec niektóre elementy jego anatomii, które faktycznie były organiczne. Jego oczy, zęby i język na przykład. Reszta twarzy natomiast stanowiły dziesiątki drobnych, białych, ceramicznych płytek, które doskonale naśladowały mimikę twarzy organicznych Dzieci Siedmiu. Reszta ciała była pokryta szaro-czerwonym płaszczem. Jedynie jego szyja i ręce były widoczne i były wykonane z metalowych rurek. Całe dłonie były wykonane z tego samego materiału co twarz wynalazcy.
- O Socrato, dzień dobry. Bądź tak miły i podaj mi tamtą puszkę z pędzlem co stoi niedaleko ciebie. Puszka wydziela z siebie zapach nafty i wydawała się być pełna.
- Co to będzie o wielki wynalazco?- zapytał Socrato bez nuty sarkazmu w głosie. Wszak rozmawiał z Progeri, najdoskonalszą istotą z jego ludu jaką widział Szkarłatny Szaleniec. Któż mógłby mieć w sobie więcej iskry geniuszu jeśli nie Valtus?*
- Nie mam jeszcze konkretnej nazwy. Tytuł roboczy to "Wyrzutnia… 1,2,3… trzydziestu ognistych strzał na raz". Mechanizm jest dość prosty. Wkładamy strzały z bibułą w otwory tu. - Mistrz Broni wskazał na jeden z końców rurek, przeciwny do tego skierowanego w stronę uchwytów wózka - Następnie namaczamy ten sam koniec naftą, podpalamy, stajemy z tyłu. - Ozdali usytuował się za machiną - Przyzywamy Moc Ozdala, aby zebrać powietrze w naszych rękach i… - Valtus wykonał gwałtowny ruch w stronę machiny, która delikatnie zakołysała się od potężnego podmuchu, który dobiegł od wynalazcy. Tak jak powiedział trzydzieści strzał opuściło drugi wylot rurek i pognało w stronę jednego z wozów solidnie wbijając się w niego - Szlag, zapomniałem o ogniu, ale tak to będzie wyglądało, tylko, że z ogniem.
- Aaacha… tym na murze powinno się spodobać.- zastanowił się Socrato przyglądając się maszynie i mówiąc bez sarkazmu.- Szkoda że za murem jest piasek, a on się nie pali.
- Ale topi i daje szkło. To też ciekawa taktyka… nie potrafisz kontrolować ognia, prawda?
- Nie moja broszka… pracuję nad kinetyką bardziej… zwłaszcza złożoną kinetyką. Trochę moc błyskawic.. ale w dużej miniaturze.- zastanowił się Socrato drapiąc po głowie.- Gwałtowne spalanie, jest zbyt… chaotyczne jak na mój gust. Brak mu finezji i precyzji.
- Ale jest piękne… - Valtus rozmarzył się chwilę - Wybacz, potrzebowałeś czegoś?
- Niezupełnie… właściwie majstrowałem przy pewnym tłoku i miałem… zrobić obejście problemu, ale stwierdziłem że nadmierna komplikacja nie jest rozwiązaniem. I potrzebowałem świeżego podejścia, więc poszedłem do Shanda by sprawdzić co u niego i czy mógłbym mu pomóc. I rozmawialiśmy o florze i… o czym to ja mówiłem?- zaplątał się na moment Socrato.
- Że pracowałeś przy tłoku. - przypomniał Valtus i oparł się o swoje dzieło - Co ma robić tłok w twoim urządzeniu?
- Otóż nic… to nie jest część urządzenia, raczej prototyp ulepszonego ściagacza, właściwie mięśnia ściągającego łopatki… ale ściągacz brzmi krócej. W każdym razie utknąłem na tym problemie i postanowiłem od niego odpocząć i ostatecznie… przyszedłem obejrzeć co ty robisz.- wyjaśnił w końcu potomek Ozdali.
- A tak, ty robisz metalowe zwierzęta… hm… mogę mieć sugestię? - Valtus delikatnie poprawił swój płaszcz.
- No… oczywiście.- rzekł Socrato z grzeczności nie próbując wyjaśniać że nie robi metalowych zwierząt. Zwierzęta przy całej swej złożoności, są pełne niedoskonałości, a on planuje tworzyć maszyny idealne, bez wad i ograniczeń żywej tkanki.
- Moje plecy składają się z systemu rur i płyt. Nie porównywałem swojej anatomii do anatomii organicznej, ale może tam znajdziesz coś co cię zainspiruje?
- Intrygujące… - mruknął Socrato i sięgnął do swej sakwy z której wysunęła się mechaniczna łapka podająca szkicownik i węgiel. Propozycja Valtusa była niezwykle szlachetna i wstyd byłoby z niej nie skorzystać. I zabrał się do rysowania.
Ciało Valtusa składało się z skomplikowanego systemu rur i kabli i różnym poziomie sztywności. Kilka elementów ewidentnie mimikowało istoty organiczne. Na przekład dwie płytki na plecach Ozdali ewidentnie pełniły rolę łopatek. Przy dokładnym spojrzeniu Socrato dostrzegł, że przemieszczanie się ich polega na dużym zespole bolców pod łopatką, który unosi się i opada pod łopatką przesuwając ją.
Było to intrygujące rozwiązanie, toteż Ozdali przyjrzał mu się badawczo i zaczął szybkimi ruchami dłoni tworzyć schemat w swym szkicowniku.
- I jak to się sprawuje? Odczuwasz jakieś ograniczenia wynikające z konstrukcji?- dopytywał się.
- Czasem chciałbym się wygiąć w w sposób w jaki moje ciało najwyraźniej nie jest wstanie bez uszkodzenia. Problem, który jak zauważył organiczne stworzenia są wstanie czasem ominąć. Udało mi się kiedyś wygiąć rękę jakiegoś gagatka do pozycji, która powinna zakończyć pęknięciem kończyny, on tylko krzyknął wyrwał się i miał odczucia bólu przez resztę dnia.
- Elastyczność wiązadeł… jak przypuszczam. I inny rodzaj połączeń, kuliste…- mówił ni to do siebie, ni to Valtusa.
- Mam nadzieję, że jakoś to pomogło. - Valtus ubrał się i spojrzał za Socrato - Hm… wygląda na to, że mistrz karawany się zbiera. Chyba zaraz ruszymy dalej.
- Pomogło, pomogło… tylko muszę to… przemyśleć.- mruknął do siebie Socrato.
- Przemyślanie spraw zawsze pomaga. Ja podchodzę do problemu zawsze z podejściem, że się mylę. Po czym szukam dowodów, że jednak nie. - Valtus się uśmiechnął i zaczął pakować swój wynalazek z powrotem na wóz.
A Socrato w pośpiechu ruszył do swego wozu, wraz z podążającymi za nim małymi metalowymi elementami.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 29-11-2015, 20:26   #7
 
Zell's Avatar
 
Reputacja: 12707 Zell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputację
Tiacia podeszła bliżej Sagata i zatrzymawszy się przed nim, po czym zasalutowała na sposób septimoński.
- Lordzie Generale. - skłoniła głowę.
Hytosi odpowiedział podobnie i przyjrzał się dokładnie kobiecie. Po czym przemówił, a nie było to coś na co Tiacia była gotowa. Sagat najwyraźniej nie sądził, że krzyki są potrzebne tylko podczas bitew kiedy zgiełk normalnie by cię zagłuszał.
- Więc ty jesteś najnowszym polem bitwy mojej bratanicy? - bliskość źródła jego głosu o mało nie ogłuszyła Virturi - Dobrze więc, jaką pozycję chcesz utrzymywać podczas eskapady?
Najnowszym polem bitwy matki… Cóż, można było to i tak nazwać. Tiacia całymi siłami zachowała godność i nie skrzywiła się na te krzyki… a było to ciężkie.
- Na przedzie. - odparła kobieta wiedząc, że generał Avaline Dimeri i lord Perisenous des Oreuse nie życzyliby sobie czego innego - I to raczej łoże jest tym polem bitwy.
- Wole nie myśleć, ze przegrałaby na nim… jednak oto tu jesteś. - westchnął, a nawet to było niezwykle głośne - Tak czy inaczej wyruszamy najpóźniej pojutrze. Znajdź sobie lokum, zbierz potrzebne ci bezpośrednio zapasy. Wieczorem dam ci przydział. Żebym wiedział, w jaki sposób Boska krew się w tobie obudziła?
Gdyby Tiacia w tym momencie jadła lub piła - zakrztusiłaby się. To nie był temat, na jaki chciałaby rozmawiać…
- Potrafię robić pewne rzeczy z przedmiotami… Na przykad z bronią. - powiedziała wymijająco.
- "Pewne rzeczy"? Co podpalać, powodować że rdzewieją na odległość? Śpiewają?
- Nie, one… Są… Jakby nadać im nuty perfekcji, chociażby w… wyglądzie? - uśmiechnęła się nerwowo Tiacia - Krew mojego ojca
.
Sagat przez chwilę tylko patrzył tępo na kobietę po czym zaczął się śmiać. Na początku dość cicho, ale szybko śmiech urósł do pełnego ryku. Łzy delikatnie ściekały po policzkach generała i miał przez chwilę kłopot ze złapaniem oddechu.
- No.. cóż… ewidentnie przegrała na tym polu bitwy. Twój dziad i pradziad będą mieli ubaw. - Sagat się uśmiechnął - No na pewno znajdziemy dla tego jakieś zastosowanie. Idź już lepiej. Znajdę cię wiecz…

- SAGAT! - szybkim krokiem do dwójki zbliżyła się kobieta, której Tiacia nie znała. Kobieta niczym się nie wyróżniała. Bluszcz brązowych włosów przykrywał opaloną twarz, na której obecnie utknął grymas absolutnej furii. Jej piwne oczy niemalże płonęły gniewem.
- Cille? O co chodzi? - nie odpowiadając kobieta chwyciła generała za podbródek i wymierzyła mu potężny cios w twarz, który delikatnie zachwiał potężnym Hytosi.
- Wysłałeś tą wiadomość do Tasmila jak ci kazałam? - Lord Sagat delikatnie potrząsnął głową, aby najwyraźniej pozbyć się otępienia po ciosie. Zastanawiało Tiacię kim jest ta kobieta, ponieważ jej stryj przemówił normalnym głosem.
- Tak. Wczoraj posłaniec opuścił… - kolejny cios dosięgnął twarzy generała, który wylądował na swych czterech literach na ziemi.
- Wczoraj. A jego gnój wylądował u nas dzisiaj. Kazałam ci to wysłać miesiąc temu, bo mnie ten popapraniec nie słucha. - kobieta, drżała jak cięciwa z gniewu - Teraz mamy wymuskanego Taneusi na naszych rękach, który musi przeżyć to wszystko. Spodziewam się, że zejdzie od samego upału jak tylko znajdziemy się po drugiej stronie muru! - świadomość Sagata zdołała najwyraźniej wrócić podczas tyrady kobiety.
- Cille słuchaj, wiem że jesteś wzburzona od czasu śmierci twojego ojca, ale mogłabyś nie robić scen przy córce mojej bratanicy? - trzeci cios położył Sagata na plecy, a Tiacia nie była pewna czy generał ciągle był przytomny.
- Nawet nie śmiej poruszać tematu mojego ojca, schrzaniłeś sprawę, więc teraz ty to naprawisz! - kobieta splunęła w stronę generała i spojrzała na Tiacię - Przepraszam, że musiałaś to widzieć. Twój krewny właśnie zrobił nam spory problem.

Tiacia patrzyła na to nie wiedząc czy i jak powinna zareagować. Nie skrzywiła się na widok ciosów tylko dlatego, że widziała podobne wymierzane ojcu przez matkę, niemniej wyglądało naprawdę… boleśnie. Nawet zbyt boleśnie i kobieta nie chciałaby odczuć czegoś podobnego na swojej skórze.
- Nie… Nie szkodzi. - odparła Tiacia i zerknęła kątem oka na nieprzytomnego krewnego - On raczej już nie usłyszał, że ma to naprawić.
- Nie jest, aż tak tępy, żeby nie wiedzieć, że ma. - westchnęła - Cille Nosyt. Jestem jednym z trzech dowódców tej ekipy. Sagat tutaj zajmuje się samą walką, ja upewniam się, że faktycznie tam dojdziemy. Jest jeszcze Sergeus, on zajmuje się naszym zapleczem wsparcia, medycy, żywność i takie tam. Więc skoro twoja matka cię tu przysłała, to zakładam, że znowu pokłóciła się z tym Taneusi, którego musisz nazywać ojcem?
- Tak.. Matka pokłóciła się z tym Taneusi, którego dumnie nazywam ojcem. - uniosła się dumą Tiacia - Czy wszyscy w tym obozie wiedzą o tych kłótniach?
- Och, podziękuj Sagatowi za to. To najwyraźniej jedyna ciekawa rzecz jaka dzieje się w twojej rodzinie. Opowiedział, że spędziłaś raz miesiąc wymalowana niczym porcelanowa lalka, tylko po to, aby tatuś dopiekł mamusi.
Tiacia stała przez chwilę skrzwiona zanim się odezwała:
- Niepotrzebne to przypomnienie. - zerknęła na nieprzytomnego Sagata, któremy wyrósł dziwny uśmiech na nieprzytomnej twarzy. Kobieta zamknęła oczy, ale stanęła dumnie - To nie jest powód do radości. - mruknęła.
- Rozumiem, jeszcze raz wybacz. Zakładam, że będziesz na przedzie z Sagatem, więc nie jesteś moim problemem. Mam tylko prośbę. Będzie z nami podróżował jeden Taneusi w towarzystwie jednego Hytosi i Weweni. Jeżeli spostrzeżesz, że mają kłopoty spróbuj im pomóc. To dzieciak Lorda, który finansuje tą ekspedycję i nie może mu się nic stać.
- A umie choć broń trzymać?
- Nie wiem i szczerze nie obchodzi mnie to. Musi przeżyć, to czy ze wszystkimi kończynami nie jest istotne. To nie priorytet, ani rozkaz. Tylko prośba.
- Jeżeli coś zobaczę, zareaguję. Nikt nie próbował mu przemówić do rozumu?
- Zakładam, że go nie ma. Spędziłam pół godziny próbując przekonać go, żeby sobie odpuścił. Smarkacz śmiał mi powiedzieć i tu cytuję "Mój tato finansuje to przedsięwzięcie więc musisz robić co ja chcę.". Smarkacz miał szczęście, że usłyszałam Sagata.
- Komuś przydałoby się pranie… i to nie takie, jakim zajmuje się służba.

- Może dostanie na wyjściu. W sumie Sagat, widzę, że się obudziłeś. Co wzbudziło w tobie ten rechot? - Generał właśnie się podniósł z ziemi.
- Tiacia tu odziedziczyła moc bogów po ojcu. Potrafi sprawić, że broń jest ładniejsza. - Cille zasłoniła dłonią usta, ale Tiacia podejrzewała jaka była jej reakcja.
- Ekhem… rozumiem. Jestem pewna, że z wiekiem będziesz w stanie wykrzesać coś… co zadowoli twoją matkę bardziej niż ojca. Tak czy inaczej. Sagat wiesz co masz robić i jeżeli smarkaczowi coś się stanie, TY pojedziesz do stolicy się z tego tłumaczyć.
- Ta, ta. Idź popatrz sobie na mapy. - kobieta fuknęła i odeszła - Krewni. No cóż rodziny nie wybierasz. - Sagat spojrzał na Tiacię - Wybacz, że twój pierwszy dzień dzień w naszym obozie, wyglądał w ten sposób. Na ogół jest tutaj spokojniej.
- Nie szkodzi, nie szkodzi… Nic ci nie jest,generale?
- Nie. Cille potrafi przyłożyć, ale nie byłbym generałem -gdyby coś takiego było w stanie mnie uszkodzić. Ona jest po prostu… drażliwa od kilku dni.
- Jakiś powód tego? - zapytała Tiacia.
- Jej ojciec, Tysonus, "Wieczny Generał" został zamordowany. Przez jakiegoś Megeri. Mocno to nią wstrząsnęło.
- Wieczny Generał zamordowany? - Tiacia otworzyła szeroko oczy - I to przez Megeri? Ale…
- Nikt nie jest lepszy od innych w Legionach. Sądziłem, że matka wtłukła ci to do głowy. Czy to przemawia przez ciebie twój ojciec?
- To bardzo… skomplikowana kwestia, ale bardziej się dziwię temu z powodu nie tyle równości czy nierówności, a z powodu porównania sił.
- Tak wiem. Nie znam szczegółów, zważając, że Tysonus nie był żywy w taki sam sposób jak ty czy ja, skurczybyk musiał poznać jakąś sztuczkę, albo miał wsparcie. Tak czy inaczej mój ojciec ma tego Megeri. Z tego co słyszałem chce go zabrać przed Senat.
- Mam nadzieję, że rozwiążą tę kwestię…
- Tak czy inaczej, to nie dotyczy nas. Dostałaś polecenia, idź się zaaklimatyzuj.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline  
Stary 02-12-2015, 13:03   #8
 
Seachmall's Avatar
 
Reputacja: 7306 Seachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputacjęSeachmall ma wspaniałą reputację
Socrato

Z momentem dotarcia do obozu Socrato wraz z innymi Ozdali zostali poprowadzeni przed "Architekta Wojennego" Sergeusa. Socrato słyszał o nim, jeden z młodszych Primari, stworzony przez Ozdala niedługo przed odejściem bogów, Sergeus znał się doskonale jak przeprowadzać wojny od strony zasobów. Ponoć podczas pierwszej wojny Septimonii z istotami, które zamieszkiwały te tereny, Sergeus doprowadził do upadku jednego z wrogich miast bez wystrzelenia jednej strzały czy zadania jednego ciosu.
Opowieści nigdy nie opisywała Primari, pewnie dlatego, że jego wygląd był dość przeciętny i można by go pomylić z kimś uboższym w boską krew. Wysoki na jakieś 160 cm mężczyzna o szarych włosach trzymanych w nieładzie, miał na sobie brązową kurtkę, zieloną koszulę oraz brązowe spodnie. Jego oczy były zasłonięte parą grubych czarnych gogli, a Socrato nie był pewny czy Sergeus jest wstanie je zdjąć ponieważ wyglądały na wrośnięte w jego twarz.

[media]http://images.fineartamerica.com/images-medium-large-5/the-steampunk-sci-fi-gary-heller.jpg[/media]


Ozdali przywitał otwarcie swych gości.
- Witajcie, witajcie. - Architekt uścisnął dłoń każdemu kto został mu przedstawiony. Zatrzymał się na chwilę przy Socrato - Ty jesteś uczniem Xersusa, prawda? Opowiadał mi sporo o tobie, mam nadzieję, że po tym wszystkim będziemy mieli czas porozmawiać. - uśmiechnął się i ruszył dalej. Kiedy zakończył zaczął przydzielać wszystkim role w eskapadzie.
- Socrato ty i Shand będziecie na oddziale medycznym. Oprócz was będzie jeszcze sześciu innych, będziecie jeździć w środku karawany, mamy specjalne wozy o szerokich kołach aby dać sobie radę z piaskiem. Oprócz leczenia, chcę abyście zajmowali się wydawaniem racji żywnościowych i co ważniejsze wody. Wiem, że to sporo jak na kilkaset osób, ale jestem pewny, że dacie sobie radę. - rozejrzał się po swych podkomendnych - To wszystko, rozejść się. Wyruszamy pojutrze.
~~~

Socrato, Tantalus, Tiacia, Krucza, Tarin

Kolejny dzień nie sprzyjał interakcjom socjalnym. Obóz sprawiał wrażenie jakby zwlekał ze wszystkim i postanowił nadrobić to w ostatni dzień. Pomimo tego, po kolejnej nocy ekspedycja ruszyła w pełni przygotowana.

Tiacia została przypisana do dywizji "Kieł" w przypadku bitwy miała razem z Sagatem zaszarżować na wroga od przodu, skupiając na sobie całą jego uwagę. Wtedy dywizje "Szpon", w którym znajdowali się Tarin i Krucza, oraz"Pazur" , w której jest Tantalus mają zaatakować wroga z flanki. Socrato wraz z medykami mają trzymać się z tyłu i zajmować rannymi, kiedy ci zostaną im dostarczeni. Taki przynajmniej był plan działania. Rzeczywistość niestety nie zawsze słucha planów i gra na własne zasady.

Droga mijała im dość spokojnie. Nie licząc Tiacii, która musiała znosić bycie źródłem rozrywki dla Sagata i jego świty, oraz Kruczej i Tarina, którzy musieli znosić ciągłe narzekania, zażalenia i rozkazy Everarda. Jedynym kłopotem Tantalusa, było to co zawsze, czyli blokada "językowa", ale członkowie jego dywizji szybko się nauczyli porozumiewać z Weweni.
Socrato natomiast był w niebo wzięty. Wóz w którym podróżował, był pełen notatek z autopsji poprzedniego medyka, w tym kilka na temat Kassi - ludu, który zamieszkiwał Golbu. Wóz dostarczał również dostatecznie dużo cienia, aby gorąc pustyni nie przeszkadzał mu tak mocno. Nie żeby był faktyczny gorąc.

Każde z nich słyszało o absurdalnych temperaturach jakie panowały na Golbu, czuli nawet ten upał jak tylko opuścili mur. Teraz jednak, trzeci dzień ich ekspedycji, coraz częściej łapali się na ściślejszym opatulaniu się ubiorami, aby tylko się odrobinę ogrzać. Sytuacja budziła niepokój i to nie tylko w szeregowcach. Tiacia kilkukrotnie została poproszona o odejście od Sagata, kiedy ten wykłócał się z Cille i Sergeusem na temat dalszej eskapady. W końcu na początku czwartego dnia, odkryli coś…

[media]http://static.panoramio.com/photos/large/7900585.jpg [/media]

Mapy, które posiadali oznaczały to miejsce jako oazę, niewielkie jeziorko przez które przepływała rzeka, która dalej podążała do muru. Teraz jednak była wysuszona. Spojdzewali się tego, zważając na stan rzeki. Jednak nie to przykuło uwagę ...


[media]https://c1.staticflickr.com/1/20/72291736_a82eea4d7a.jpg[/media]

Czaszki, szkielety i zasuszone mumie leżały wszędzie wokół oazy, niektóre wyglądały dość świeżo. Czyżby jakieś plemię Kossi, starało się dostać do tego miejsca w poszukiwaniu wody i zginęła, kiedy ich trud był na marne.
Ekspedycja rozbiła obóz i szybko padł rozkaz.
- Przeczesać to miejsce, znaleźć cokolwiek co by nam wytłumaczyło co powaliło tą grupę.
 
__________________
Mother always said: Don't lose!
Seachmall jest offline  
Stary 03-12-2015, 17:47   #9
 
Zaalaos's Avatar
 
Reputacja: 15974 Zaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputacjęZaalaos ma wspaniałą reputację
Weweni włożył włócznię pod trupa i obrócił go na bok. ~ 21. ~ Niestety nie zobaczył niczego interesującego. Jak przy poprzednich dwudziestu zwłokach. Wyprostował się i przeciągnął, zbroja zaczynała mu ciążyć. Ograniczała jego możliwości „lingwistyczne”, ale nie mógł podejmować nadmiernego ryzyka. Jakby nie patrzeć był w nieznanym terytorium. Robota była też nad wyraz upierdliwa. Nie przepadał za takimi zleceniami, ale rozumiał powód tego rozkazu. On sam też czuł że coś jest bardzo nie tak, dlatego też nie dotykał bezpośrednio zwłok. Nachylił się nad kolejnymi. Te zdawały się być w niezłym stanie. Wbił włócznie w piaski i wyciągnął z pochwy jeden z licznych noży. ~ 22. ~ pomyślał rozcinając zwłoki. Odpowiedź mogła kryć się wewnątrz.
Niestety bisekcja zwłok nic nie ujawniła. Zwłoki ciągle miały w sobie wszystkie organy, ale całość wydawała się całkowicie pozbawiona wody. Kiedy wiatr się zmienił Tantalus musiał przyznać, że nie czuł fetoru jaki normalnie jest nad zwłokami. W sumie nie czuli nic jak zbliżali się do tej oazy. Kiedy Weweni podchodził do kolejnych zwłok mógł przysiąc, że usłyszał głos niesiony przez wiatr.
Mężczyzna poderwał głowę. Gładkim ruchem otarł ostrze i schował je do pochwy. Wyrwał włócznię z piasków i ruszył w kierunku źródła dźwięku.
Nie doszedł daleko. Dźwięk szybko się urwał i zmienił kierunek pochodzenia, szybko wydawał się dobiegać z każdego miejsca.
Włócznia podskoczyła w górę, trzymał ją teraz nad głową, ostrzem skierowaną w dół, na podobieństwo żądła skorpiona. Zresztą taką roboczą nazwę nadał tej postawie w swoim dawnym życiu. Gdy był jeszcze dumnym mistrzem tej broni. Na lekko ugiętych nogach zaczął iść w przód, wypatrując źródła wszechobecnego dźwięku. Bo jakieś musiało istnieć. Niestety nic nie widział, natomiast wszyscy wokół zaczęli się bacznie przyglądać Weweni.
Pomachał najbliższej osobie z jego batalionu i przyłożył rękę do ucha w geście nasłuchiwania. Możliwe że tylko on słyszał ten dziwny dźwięk. Nie byłoby to zaskakujące. Najbliżej niego był inny Megeri, nie poznał jego imienia, który spojrzał ze zdziwieniem na Tantalusa, ale zaczął nasłuchiwać. Po chwili otworzył szerzej oczy.
- Co do…?
Tantalus położył palec na swoich ustach, po czym wskazał gardło i Megeri którego uwagę zwrócił. Potrzebował ciszy. A by wyciszyć resztę pracujących ludzi potrzebował głosu. Megeri gwizdnął na swych towarzysz i wykonał gest ucinania przy swoim gardle. Natychmiast nastąpiła względna cisza. Po dłuższej chwili nasłuchiwania Tantalus ciągle nie był wstanie określić miejsca, z którego pochodził głos, był natomiast pewny, że był to głos jednej osoby. Był też również w stanie usłyszeć pojedyncze słowa.

Maregus[..] Viamo[...] Scytos.
Varene[..] Suo[..] Scytos

Głos powtarzał sekwencję obco brzmiących słów jak mantrę. Słowo "Scytos" pojawiało się najczęściej. Weweni poczuł jak na skórę występuje my zimny pot. Coś w tym głosie napełniało go przerażeniem. Chwilę stał w miejscu, ale w końcu się przemógł. Ostrym końcem włóczni zabrał się za rysowanie. Chwilę później w piasku pojawiły się trzy koncentryczne kręgi z krótką notką pod nimi.

Stwórzmy okrąg. Rozchodźmy się by pokryć dużo ziemi. Szybko.

Usatysfakcjonowany swoim dziełem szturchnął najbliższe Dziecię i wskazał na rysunek.
 
Zaalaos jest offline  
Stary 03-12-2015, 21:38   #10
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 38960 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Jechali przez pustynię, co dla Socrato nie wiązało się z żadną nie wygodą. Wokół niego zawsze unosił się w powietrzu wiatraczek , który umilał mu podróż. Zadania zlecone mu nie były uciążliwe, a o weweńskim słudze całkiem zapomniał. W ogóle mało go interesowały inne grupy uczestniczące w tej wyprawie. Nie zawracał sobie głowy tak trywialnymi sprawami jak imiona uczestników tej podróży. Zresztą dla czego miałby?
Nie byli interesujący dla niego w żadnym calu. Mieli swoje sprawy, a on miał swoje. Niestety to się zmieniło, gdy odkryli wpierw wyschnięte jezioro… nic nadzwyczajnego w takim miejscu prawda?
A potem znaleziono zwłoki, co wywołało poruszenie w całej karawanie. Ale nie u Szkarłatnego Szaleńca.
Trupy… nie były czymś co robiło na Socrato jakiekolwiek wrażenie. Ot, puste skorupy pozbawione życia i duszy.
- Zezik.. zrób parę kółek na dużej wysokości i daj piskiem znać jakbyś zobaczył jakiś ruch.- szturchnął siedzącego na ramieniu septimońskiego puchacza. Ptak szczególnie polubił siedzenie na ramieniu swego pana odkąd mały unoszący się w powietrzu wiatraczek zapewniał przyjemny nawiew z tej strony.
Zaprotestował z piskiem, ale pofrunął, a Szkarłatny Szaleniec podrapał się po głowie.- Nooo… tak…. trzeba zabrać trupy do jednego z wozów i zrobić im sekcje zwłok.
Wzruszył ramionami.- Panowie… do dzieła?
I zabrał się za wyciąganie z piasku jednej z mumii.
Zwłoki były relatywnie lekkie. Brak wody zmniejszył ich wagę do zaledwie kilkunastu kilogramów. Mumia, którą akurat udało mu się wyciągnąć miała dość niecodzienny wyraz twarzy. Socrato mógłby przysiąc, że wyglądała na przerażoną.
Co akurat nie dziwiło Socrato, śmierć z powodu odwodnienia była przerażająca. Niemniej w grę mogły wchodzić i inne czynniki. Jak choćby toksyny. Ale wpierw podstawy.
Należało wraz z Shandem sięgnąć po skalpele i zbadać wnętrza trupów i określić czy przyczyną śmierci nie były uszkodzenia mechaniczne, takie jak choćby pchnięcie włócznią między żebra.

Dwaj medycy szybko zabrali się za pracę. Nie była łatwa ponieważ wysuszone zwłoki, o ile łatwe do otworzenia, nie za bardzo chciały zmienić pozycje. Więc po kilku złamanych kończynach, wyrwanych żebrach i urwanej skórze oczom Ozdali ukazało się wnętrze mumii.
Brak jakichkolwiek obrażeń, nie licząc tych zadanych przez medyków. Zasuszone, pomarszczone ograny, które nie przejawiały żadnej oznaki opuchlizny pośmiertnej.
- Dziwne… w tym upale, nawet na pustyni ciało powinno się poddać fermentacji i opuchnąć. Na organach powinny też być oznaki martwicy. Tu wygląda, jakby ktoś wyciągnął wszystko co było mokre z naszego kolegi. - Shand przyglądał się przez lupę żołądkowi denata - Chyba pusty.
Socrato nie kwestionował tej logiki, bowiem nie znał specyfiki terenu i jego wpływu na martwe tkanki. - Odrzucając wpływ środowiska, są więc dwie możliwości. Substancja dehydratacyjna lub moc… jakiegoś stworzenia. Najpierw więc należy wykluczyć chemiczny efekt.
Naprędce złożonym skalpelem Socrato wykroił coś… co kiedyś było wątrobą i podał Shandowi.- Mógłbyś się zająć tego analizą?
Sam był… rozczarowany, że budowa wewnętrzna i zewnętrzna zwłok była zaskakująco identyczna z tymi zza muru. Żadnych spektakularnych przystosowań do panujących na pustyni warunków.
Shand pobrał również próbkę skóry denata, jeżeli była to substancja działająca z zewnątrz, mógł również znaleźć jej resztki na skórze. Denat najwyraźniej był zadowolony ze swej obecnej sytuacji, gdyż nie miał najwyraźniej zamiaru się ruszyć.
Socrato pozostało więc czekać na wyniki działań Shanda i powrót Zezika. Bądź co bądź, był medykiem, a nie eksploratorem czy żołnierzem. Więc nie miał ochoty, czy potrzeby łazić po postu w poszukiwaniu wiatru w polu.

Zezik wrócił dość szybko. Usiadł na jednym ze stołów i zaczął popiskiwać energicznie.
- Co się stało i… gdzie?- zapytał Socrato podrzucając swojemu pomocnikowi martwą mysz i wskazując na swe ramię.
Sówka wskoczyła na ramie swojego pana po czym zaczęła wykonywać kolisty ruch jedną nogą, a skrzydłem wskazywała w górę.
- Znaczy nad nami?- mruknął Socrato wychodząc z wozu i spojrzał w górę manipulując pokrętłem przy swych okularach. Ustawienie przyciemnienia i powiększenia powinny ułatwić dostrzeżenie tego co wskazywał Zezik.
Zaćmienie słońca. W swoich przyciemnionych okularach Socrato był wstanie zobaczyć ciemną tarczę powoli nachodzącą na złoty dysk. Coś jednak było nie tak… cokolwiek miało zasłonić słońce, było znacznie mniejsze od księżyca.
-Hmm… dobrze się spisałeś.- mruknął Socrato drapiąc pieszczotliwie podgardle ptaka. -No i…
Właściwie nie wiedział co zrobić. Takie fenomeny nie były jego domeną. Nie znał się na astronomii, czy pogodzie. Ustawił maksymalne powiększenie okularów, by dostrzec jak najwięcej szczegółów, zastanawiając się przy tym kogo powinien powiadomić.
Zapatrywanie się w dziwne zjawisko przerwał mu głos Shanda.
- Hm.. to ciekawe. Socrato, widziałeś kiedyś w swoim życiu gejzer?
- Niezupełnie… znam zasadę działania. Jest fascynującym efektem hydraulicznym związanym z temperaturą, ale nie widziałem żadnego.- odparł Socrato.
- Tak wiem, chciałem spróbować zastosować ten mechanizm w jednym ze swych dzieł, ale na razie potrafię tylko stworzyć wersję stacjonarną. Mi bardziej chodziło o kształt. - Shand zbliżył swoje dłonie do siebie i wyprostował je tak mocno jak się dało imitując kształt gejzera - Kopczyk, albo miniaturowa góra z dziurą w środku, z której w dość brutalny sposób wydobywa się woda. Wątroba i skóra naszego pacjenta jest w całości pokryta nimi.
- Interesujące… a przyczyny takiego efektu?- spytał Socrato próbujący dostrzec szczegóły obiektu zakrywającego słońce.
- Wątroba i skóra są czyste. No, czyste jak na te warunki. Żadnej chemii, ani toksyn. Podejrzewam, że któreś z nas byłoby stać na coś takiego, korzystając z Krwi Bogów… ale nie na taką skalę. Co tam widzisz?
- Zaćmienie… przez obiekt znacznie mniejszy od słońca… ergo znacznie bliższy nam.- zamyślił się Socrato i podrapał po brodzie. - Wypadałoby kogoś poinformować o tym… ale nie wiem dokładnie, kogo.-
Szkarłatny Szaleniec jakoś nie przejmował się takimi detalami jak imiona lub łańcuszek dowodzenia tak długo, jak nie przeszkadzały mu w jego sprawach. Teraz jednak nie wiedział komu podlega cała karawana i kogo informować o odkryciach.
- Ktoś najpewniej to zaraz zauważy. Wszyscy są z przodu przeczesują oazę. Chodź pomóż mi z tym tutaj, zobaczymy, czy reszta jego organów też chciała pobawić się w imitację zjawisk geologicznych.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169