Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-06-2016, 23:16   #1
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 27232 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Drugi świat [18+]


Salisbury.
Miasto położone nad rzeką Avon, słynące głównie z jednego obiektu - katedry. Budowla ta, jak i znajdujące się niedaleko, słynne na cały świat Stonehenge, skutecznie napędzają ruch turystyczny. Ludzie przyjeżdżają, zostają dzień, dwa, a niekiedy nieco dłużej, po czym opuszczają miasto by powrócić do swojego doskonale znanego, monotonnego trybu życia. Niektórzy decydują się na odważny krok i zapuszczenie korzeni w malowniczym, pełnym historycznych budowli mieście. Nie da się bowiem ukryć tego, że Salisbury samo w sobie stanowi dość przyjemne miejsce do zamieszkania. Nie brak tu zieleni, szkoły nie są najgorsze, ceny także nie umywają się do tych Londyńskich, chociaż bez wątpienia mogłyby być niższe.



Żadna z tych rzeczy nie miała jednak znaczenia dla tych, którzy tego sobotniego wieczoru ruszyli na miasto by skosztować jego uroków korzystając z licznych, otwartych do późna lokali. Było ciepło i pogodnie. Lekki wiatr rozwiewał włosy zapowiadając powoli zbliżające się lato. “Pełnia” bez wątpienia cieszyła się popularnością wśród stałych czy też tymczasowych mieszkańców Salisbury. Lokal tętnił życiem, kolorami i dźwiękiem muzyki. Skórzane sofy były tłumnie oblegane, podobnie jak bar zza którego witały gości pogodnie uśmiechnięte barmanki. Drinki, jak to miano w zwyczaju, z okazji otwarcia nowego miejsca, sprzedawano w cenach promocyjnych, z czego wielu korzystało w ilościach zdecydowanie większych niż należało. Tych, którzy nieco zbyt szybko wkroczyli na ścieżkę stanu kompletnego upojenia, odprowadzali do drzwi ochroniarze, których nie brakowało. Widać właściciele dużą wagę przywiązywali do bezpieczeństwa, co bez wątpienia się im chwaliło. A może była to jedynie próba wywarcia dobrego, pierwszego wrażenia? Jakkolwiek by nie było, zapewniało spokój zarówno na parkiecie jak i w częściach lokalu przeznaczonych dla tych, którzy szczególnie skłonni do występów tanecznych nie byli.

Czas mijał w doskonałych humorach. Muzyka wibrowała w ciałach, przyspieszając krążenie zawartych w nich płynów, które z każdą chwilą miały w sobie większe ilości promili. Nie tylko jednak… Jak na każdej imprezie, tak i tu wkrótce pojawiły się kuszące dodatki, z których niektórzy korzystali, inni zaś kręcili na nie głowami. Ci ostatni należeli przy tym do mniejszości.

Wraz z wybiciem północy w lokalu zgasły wszystkie światła, a muzyka zamilkła. Mrok i cisza trwały jedynie krótką chwilę, minutę może, może dwie. Wystarczająco jednak by z parkietu, z sof czy też krzeseł barowych, zniknęła niewielka grupa gości lokalu. Dlaczego akurat ci, a nie inni? Co się z nimi stało? Cóż, o tym właśnie będzie ta historia.



Historia zaś zacznie się od miejsca szczególnego. Stonehenge. Nie da się ukryć, że miejsce to od lat przyciągało różnego rodzaju ludzi. Jego aura tajemniczości oddziaływała na ludzkie umysły w szczególny sposób. Zwykle jednak wędrówki te odbywały się dobrowolnie, z celem będącym wiadomą, świadomą decyzją. Nie tym razem jednak, nie tego stosunkowo ciepłego, niedzielnego poranka.
Ci, którzy powoli otwierali oczy by pozwolić im ujrzeć miejsce, w którym przyszło im powitać nastanie nowego dnia, nie podjęli takiej decyzji. Było ich ośmioro, cztery kobiety i czterech mężczyzn. Ich pamięć, zamglona wciąż i ledwo pozwalająca na odszukanie tak podstawowej informacji jak własne imię, nie podsuwała żadnego wyjaśnienia sytuacji, w której się znaleźli. Podpierające plecy kamienie, uwierały ciała, budząc do życia ból. W jakikolwiek sposób dotarli do tego miejsca, nie był on delikatny. Opinię tą potwierdzał także stan ich ubrań. Podarte, brudne, noszące ślady błota i trawy. Także we włosach można było znaleźć kawałki gałązek, liści i… krwi. Tej ostatniej nie brakowało. Plamiła dłonie, twarze i ubrania. Jej zapach wgryzał się w nozdrza, jej smak podrażniał kubki smakowe.
Nawał informacji, które napływały wraz z kolejnymi bodźcami, powodował stan oszołomienia. Głowy pulsowały niczym gotowy do pęknięcia balon, w który wtłoczono zbyt wiele powietrza.

- Kim… Kim jesteście? - Padło wreszcie pytanie, zadane drżącym głosem.
Właścicielka była w takim samym stanie jak i pozostali. Odgarnęła dłonią kosmyk krótkich, czarnych włosów i wbiła wzrok w najbliżej niej siedzącego mężczyznę. Zaraz jednak jej spojrzenie powędrowało dalej, powoli obejmując każdego z zebranych.
- Dobre pytanie - odpowiedziała jej kolejna uczestniczka tego zebrania, próbując przy okazji wstać, co jednak zakończyło się gwałtownym powrotem jej tyłka na pokrytą soczystą trawą ziemię. - Cholera…
Było to na wpół warknięcie, a na wpół jęk, po którym nieznajoma oparła głowę o blok kamienia, pod którym się znajdowała i przymknęła oczy.

Nastała cisza nie burzona żadnymi dźwiękami. Nie słychać było samochodów, ptaków czy chociażby świerszczy. Nic. Kompletna cisza, która wgryzała się w głowy zmuszając niemal by ją przerwać.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 07-06-2016, 17:24   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 61679 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Zabawa w "Pełni", w nowo otwartym klubie, z pewnością nie znajdowała się wysoko na liście priorytetów Jacka. Ale na samym szczycie tych priorytetów znajdowała się Lucy, która, niestety, zapałała wielką ochotą na spędzenie paru godzin w "Pełni".
Czyż można było odmówić prośbie ukochanek kobiety?
Można było, ale Jack tego nie zrobił i miast ruszyć na romantyczny spacer brzegiem Avon, pod gwiazdami, wybrał się podziwiać znacznie mniej romantyczny sztuczny księżyc i ryk dobiegający z głośników miast szumu fal...
Zresztą... Rzeka nigdzie się nie wybierała, Lucy też się nie wybierała do Stirling. Przynajmniej nie od razu. Na wszystko znajdą czas.

* * *

W sumie nie było aż tak źle.
Stroje wieczorowe nie obowiązywały, partnerka była wspaniała, reszta towarzystwa całkiem niezła, pijacy w mig się dematerializowali, muzyka nie raniła uszu (aż tak bardzo), a napoje były zjadliwe.
Dało się przeżyć.... co też powiedział, gdy Lucy spytała go o wrażenia.
- Północ się zbliża, godzina duchów - rzucił ktoś za plecami Jacka.
W duchy Jack nie wierzył, przynajmniej nie w takie, co się snują po salach popularnych klubów. Wśród jego szkockich przodków chyba również nikt nie nawiedzał rodowych siedzib.
No i z tego powodu uznał wyłączenie wszystkiego, co się świeciło, za zwykły chwyt reklamowy.

* * *

Szumiało mu w głowie jak wtedy, gdy wraz z Lucy i Brianem dobrali się do barku wuja Iana.
Ale wtedy nie szlajali się po kolczastych zaroślach... Za to teraz... Teraz wyglądał, jakby go kto przywiązał do zderzaka samochodu i pociągnął przez krzewy i chwasty.
Nie tylko on zresztą. Pozostała siódemka również wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy.
Co tu się działo?
Przez moment przyszło mu do głowy, ze nagle stali się bohaterami jednej z audycji typu 'w ukrytej kamerze'. A nuż ktoś ich filmuje, a potem tysiące widzów będzie się śmiać z grupki naiwniaków, co się dali nabrać na stary jak świat numer i zachowują się jak banda idiotów.
Z drugiej strony... Najlepszy nawet makijaż nie byłby taki realistyczny. Krew też wyglądała na autentyczną. Za taką 'zabawę' można by oskarżyć autorów owej audycji. Wystarczyłoby mieć odpowiedniego prawnika.
Nie, to odpadało...

Na pytanie jednej z dziewczyn nie odpowiedział. Nie sądził, by tamtej chodziło o rozważania natury egzystencjonalnej, ale również nie sądził, by jego imię dało cokolwiek. Nie znał jej, nawet z widzenia, podobnie jak i pozostałych. On też nie był jakąś znaną osobistością...

Ponownie przyjrzał się tamtym.
Dziewczyny...?
Lucy go zabije!
Jack przypomniał sobie nagle ostatnie wspólne chwile. Byli w "Pełni", stała się ciemność... i co było dalej?
Jeśli ją tam zostawił i zniknął... Lucy się wścieknie. I słusznie. Do końca życia się nie wytłumaczy.
Sięgnął do kieszeni po komórkę... której nie było. Podobnie jak i zegarka.
Okradli go. Okradli i wywieźli na jakieś zadupie? Po co?
Ale dlaczego nie zabrali portfela? Zostawili i prawo jazdy, i garść funtów. Przeliczył. Nie zniknął ani jeden banknot.
Nie zdążyli zabrać?
Na Boga... Była wiosna, słońce wstawało. Między północą a wschodem słońca było jakieś pięć godzin. Każdy złodziejaszek zdążyłby go oskubać ze wszystkiego. A - ponownie przyszła mu Lucy na myśl - złoty wisiorek, prezent od dziewczyny, mu zostawiono.

- Ma ktoś z was komórkę? - spytał.
Parę numerów znał na pamięć. Mógłby zadzwonić do kogoś z prośbą o pomoc.

Uświadomił sobie coś jeszcze.
Stonhenge.
Był tu już parę razy.
Niedaleko był parking. Co prawda o tej porze zwiedzających raczej nie było, prócz paru oszołomów, przepędzanych zresztą przez strażników, którzy dbali o to, by nikt...
Podniósł się i oparł o najbliższy głaz.
Powinni stąd iść. Jak najszybciej. Jak strażnicy ich dopadną, to będa kłopoty. Duże.
Nie dość, że znajdowali się w miejscu, gdzie przebywać nie wolno było, to jeszcze wyglądali, jakby niedawno brali udział w orgii. Ostrej...
Na pouczeniu się nie skończy, bez wątpienia.

Między Stonehenge a Salisbury było dobre dziesięć mil. Przy odrobinie szczęścia dotarłby do miasta nie rzucając się zbytnio w oczy. A potem do szpitala. Dowiedziałby się, czym go załatwione, jakie prochy wsypano mu do pepsi.
A może Avebury? Godzina marszu, stacja benzynowa, telefon... Na to było go stać. Nawet na taksówkę do Salisbury.

Przetarł okulary, po czym spojrzał na północ, w stronę parkingu.
Trochę go dziwiło, że nie widział strażników.
Nie, żeby mu na nich zależało. Bez stróżów prawa ze spokojem by się obył. Dałby sobie radę.
Ale prócz strażników brakło mu jeszcze jednej rzeczy.
Oznak cywilizacji.
Gdzie się podziały samochody? Byli raptem ze dwieście jardów od A630. Powinni je słyszeć. I widzieć. W końcu nie znaleźli się na pustyni. Nagle wszystko przestało jeździć? Ktoś zablokował szosę?
Przypomniał sobie różne książki, od 'Dnia Tryfidów" Wyndhama po 'Rok 1632' Webera.
Jednak nic z tego nie tłumaczyło ciszy. Jakby wszystko co żyje nagle zamilkło i pochowało się.

- Pamiętacie coś? - spytał. - Bo ostatnie, co mam w pamięci, to chwilę, gdy w klubie "Pełnia" zgaszono światło.

A może to jemu 'film się urwał'?
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 07-06-2016 o 17:27.
Kerm jest offline  
Stary 07-06-2016, 21:28   #3
 
Morri's Avatar
 
Reputacja: 1859 Morri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłośćMorri ma wspaniałą przyszłość
Barbara nie otwierała jeszcze oczu. Wiedziała, że jeśli to zrobi, świat zawiruje. Leżenie na trawie było dobre. Gwarantowało trochę spokoju. Najpierw powinna nastąpić krótka ocena potencjalnych szkód oraz należałoby spróbować odgadnąć, u kogo albo gdzie skończyła się impreza. Tak, najlepiej bez otwierania oczu. Stare zasady były dobre, ale…stare. Przecież nie upijała się do nieprzytomności, nie urywał jej się film, z rzadka plątał jej się język albo mieszały wątki w rozmowie, ale totalna nieświadomość?
- Nie – jęknęła sama do siebie, podnosząc się do siadu. Jęk przedłużył się w krótki syk, kiedy Barb poczuła pieczenie w kilku miejscach na ciele.
Ręka powędrowała do czoła, pod palcami poczuła wilgoć, nieprzyjemną, zbyt lepką jak na jej gust wilgoć. Ostrożnym ruchem przeniosła dłoń przed oczy i po chwili krótko dotknęła ust, nadal mając nadzieję, że to może co innego. Metaliczny posmak, który poczuła, pozbawił ją złudzeń. Krew, nie pot, nie alkohol, nie czyjś ledwo rozlany sok, tylko krew.
Od rodzących się w głowie pytań i rosnącej w żołądku guli niepokoju odwróciło jej uwagę drżące „Kim… kim jesteście?”. Barbara spojrzała na osobę zadającą pytanie, przesuwając wzrokiem po jej idealnej fryzurze i manicure.
- Dobre pytanie – odpowiedziała kolejna dziewczyna, uprzedzając Barb i próbując przy tym wstać, dość niefortunnie i bez sukcesu.

Barbara, nadal siedząc, wydobyła z kieszeni spodni chusteczkę higieniczną i przykładając ją do nadal bolącego miejsca na czole, rozejrzała się ostrożnie.
- Wyglądamy jak banda sierot po przejściach – powiedziała pod nosem, bardziej do siebie, niż do kogolwiek innego, energicznym ruchem próbując zetrzeć krew z twarzy.
- Ma ktoś z was komórkę? – padło pytanie z ust blondynka, który jeszcze chwilę temu, dość gwałtownie przetrząsał wszystkie swoje kieszenie i rozglądał się w trawie pod nogami.
- Pewnie, że mam, co to za głupie pytanie – odpowiedziała, sięgając do tylnej kieszeni spodni. Zamarła na sekundę, po czym powtórzyła „taniec” blondasa, metodycznie przeszukując wszystkie swoje kieszenie oraz macając w wilgotnej trawie wokół siebie – Dupa. Nie mam.
Barb podniosła się ostrożnie, nauczona już porażką kolorowowłosej towarzyszki niedoli.

Blondyn ponownie rozejrzał się wokół siebie i zadał kolejne pytanie:
- Pamiętacie coś? Bo ostatnie, co mam w pamięci, to chwilę, gdy w klubie "Pełnia" zgaszono światło.
- Nic. Nada. Zero – odpowiedziała, zaskoczona pustką w swojej głowie. Tak, pamiętała, wizytę w MacDonaldzie, tuż przed imprezą, z całą jej ekipą. Pamiętała, że wypłacała pieniądze w bankomacie, żeby mieć na ewentualne napiwki przy barze, nigdy nie mogła liczyć na dobre oko barmanów inaczej, niż sypiąc hojnie funtami, więc zawsze to wykorzystywała. Tak, pamiętała, że jeden, ten z najbardziej niebieskimi oczami, chyba ją nawet kojarzył z innych imprez, w innym klubie i pilnował, żeby była szybko obsługiwana, gdy tylko podchodziła do oświetlonego rzęsiście baru. Rozmawiała z Ianem o filmach, rozwalona na skórzanej sofie, jak najbardziej oddalonej od parkietu, kiedy nagle zgasły światła i… nic. Kompletna pustka, aż do obudzenia się w trawie.

Odgarnęła mankiet koszuli, chcąc sprawdzić godzinę, ale zegarek również zniknął. Zegarek, który dostała od Taty, kiedy dostała się na swój filmowy kierunek.
- Kurwa – zaklęła z furią.
Barbara po raz pierwszy rozejrzała się nie tylko po najbliższym otoczeniu, po obcych twarzach, poszarpanych ubraniach, czy wygniecionej trawie. Wątpiła przez chwilę w to co widzi. Zamknęła oczy i otworzyła je ponownie. Tak. Stonhenge.
- KURWA – oznajmiła, sięgając do kieszenie na piersi, gdzie powinny być papierosy, których przecież i tak tam nie było.
Powoli odwróciła się do pozostałych i z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia na lekko pulchnej twarzy, pokręciła głową.
 

Ostatnio edytowane przez Morri : 07-06-2016 o 21:31.
Morri jest offline  
Stary 08-06-2016, 02:12   #4
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 57293 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Dawid "Dave" Nowakowski - optymistyczny Europolak



~ No świetnie. Po prostu świetnie. Normalnie superbajerancko i w ogóle zajebiście... ~ skrzywił się gdy już z grubsza się ocknął i nie zasnął ponownie. Z drugiej strony no już musiałby być nieźle spruty by zasnąć ponownie. Nie co dzień zdarzało mu się budzić w Stonhenge. Właściwie to dotąd ani razu. W pierwszej chwili te wielgachne głazy skojarzyły mu sie od razu z jedną z ikon planety ale druga myśl była nieco trzeźwiejsza bo co by niby miał robić w Stonhenge? Bez sensu. Przecież był... Noo... Był... Na imprezie. No właśnie, na imprezie w klubie, tym nowy a nie w jakimś... Tylko kurwa jak się rozejrzał drugi i trzeci raz to się okazało, że jednak jest mimo wszystko w tym sławnym Stonhenge. ~ Co ja tu kurwa robię? ~ rozejrzał się dookoła pewnie równie inteligentnym spojrzeniem jakim miała większość jego towarzyszy.

Przypatrzył im się. Nieco podejrzliwie. Wywieźli go? Starał sobie przypomnieć czy kojarzy któreś z nich z imprezy w klubie. Bo skądby ich miał znać? Przecież nie znał więc pewnie poznał ostatniej nocy w tym klubie. Ale jakoś nic nie kojarzył nikogo. Wywieźliby go i siebie też? Ktoś jeszcze tu był co ich zostawił i gdzieś pojechał? Rozejrzał się dookoła licząc, że zobaczy dach samochodu czy co. Całkiem chyba nawet spory jak ich pomieścił na raz. Pewnie jakiś minibus czy co. Albo kilka aut. Zastanawiał się. Sprułby się wczoraj aż tak bardzo by pojechać z obcą bandą do Stonhenge? Po cholerę? No dobra, przyznał, że jak obczaił z jedną czy dwie "cholery" dla których faktycznie dałby się pewnie skusić. Tylko że...

Coś co mu szwendało się po zmęczonych oczach gdzieś na marginesie postrzegania jakoś teraz dotarło wreszcie pod kopułkę. ~ O kurwa! Biłem się? ~ zdumiał się normalnie widząc swój stan. No jakby się z kimś bił czy szarpał chociaż.I ta krew... No może nie był nią zalany jak z jakiegos wiadra ale miał jej tu i tam. No krew. Na pewno. Znał się na tym. Przecież nie raz oberwał no to wiedział jak to jest z tą krwią. W sumie głupio bo najczęsciej z nosa a niby w sumie nic a lecieć potrafiła jak z kranu. Ale to było na macie a tam jakoś tak było bezpieczniej bo pod kontrolą, z instruktorami, znajomymi, kolegami, kumplami a tutaj... W tej dziczy? Z tymi obcymi? Czuł jak momentalnie zaschło mu w ustach i kark zrosił mu pot. Mógł być ranny? Dumał chwilę czy mógłby być w szoku po tak długim czasie by nie czuć ran. Obmacał sobie noc i twarz szukając opuchnięć, zadrapań i otarć. Skrzywił się trochę gdy brudne palce przejechały po świeżych urazach. Ale drobnica. Nie powinno być chyba tyle krwi. Podniósł więc bluzę razem z koszulą i sprawdził tors. No podobnie. Siniak tu czy tam, jakieś zadrapanie, trochę piekło ale w sumie nic poważnego. Potem do oględzin poszł ramiona i nogi ale wreszcie z ulgą stwierdził, że nic specjalnego. Chyba nie powinno byc tyle krwi. Tylko kurwa... Jak to nie była jego krew...

Rozejrzał się znowu po zebranych towarzyszach. Ale wyglądali podobnie do niego. Wszystkich tak poszarpało na raz? On się z nimi szarpał? Ich ktoś szarpał, oni z kimś jeszcze? Może biegli? Po pijaku? Po ciemku? Całą ósemką? Bez sensu.Po co? Ścigali się? Po pijaku? Po ciemku? W Stonhege? No kurwa... To było tak głupie, że leżało gdzieś na skrajnym pograniczu sensownych pomysłów Polaka. Choć nie wykluczał takiej opcji, po pijaku to człowiek robi różne rzeczy. No ale on. A oni też? Cała ósemka? No ganiałby się z jedną czy dwoma osobami ale całą czeredą? Musiałoby by chyba ich pojebać bardziej od niego by się na to zgodzić czy wpaść w ogóle. Bo on chyba by na to nie wpadł... Chyba... Ale już, że by się podpiął pod taki numer to nawet było już całkiem sensowne. Bo co? Ja nie dam rady?! Taa... Ale z całą ósemką? Chyba, że... Uciekali. No tak, to mogło by ich całkiem od ręki spiąć w ten pijacki peleton po nocy. Tylko przed kim? I skąd? Miał niezłą formę ale nie był maratończykiem by do Stonhege dobiec z tego klubu. I po pijaku. I po nocy. Niee... brednia jakaś. Ktoś ich musiał tu przywieźć no i coś na miejscu musiało się stać, że ich popędziło. Tyle,że paru skinów jedną osobe czy parę mogło ale osiem to już niezła banda. To ilu było musiało być tamtych?

Kolejna niezgodność wyszła gdy za śladem innych zaczął się trzepać po kieszeniach. No miał portfel i te podarte ubranie. Koonieec. Dowód, karta, kasa, wizytówki, bilety no w sumie wszystko jak powinno. Ale telefon wcięło tak samo jak i innym. Bez sensu ten rabunek. Jeśli by uciekali i ich jednak zmogło czy dopadli no to przecież kasę powinni mu zabrać w pierwszej kolejności a telefon? Po co? Teraz każdy miał jakiś czy kilka nawet więc bez sensu było je kraść, sam kłopot jedynie.

- Jestem Dave. - wychrypiał wreszcie ciężkim głosem. Od przyjazdu na Wyspy zrezygnował się z przedstwiania "kontynentalnym" imieniem na rzecz miejscowej wersji swojego imienia. Odcharchnął i splunął po czym odkaszlnął bo jakoś dziwnie mu się mówiło. Ale na kacu żadna nowość. - Też mi zabrali telefon. - wychrypiał już nieco mniej i stęknął podnosząc się na nogi. Zamarł tak na chwilę gdy świat mu zawirował więc zgiął się opierając dłonie na kolanach. - Poszukajcie. Może leżą gdzieś w trawie. Jeden chociaż. - mruknąl wodząc wzrokiem po trawie wokół kręgu stardawnego obserwatorium czy co to tam miało być. Miał nadzieję, że może sami w jakimś pijackim amoku wywalili precz telefony. Albo jak ktoś kto ich tu zostawił. Albo jak zajumał to zgubił gdzieś który po nocy i gorączce... No tego co się działo.

- Cali jesteście? Obejrzyjcie się. Czasem się nie czuje bo szok czy co. Znaczy jak rana jakaś... - odezwał się już prawie normalnym głosem. Jeszcze trochę i w sumie będzie mógł zastosować się do powiedzenie z rodzimej tradycji, że najlepsza na kaca jest ciężka praca. Nie chciało mu się pracować ale w końcu zaczął dość flegmatycznie brodzić po trawie wślepiając się w nią i mając nadzieję, że znajdzie jakiś telefon.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 09-06-2016, 10:12   #5
 
Wila's Avatar
 
Reputacja: 5377 Wila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputację

- Może być? - Nela Bill ustawiła telefon komórkowy z włączonym Skype na biurku, podpierając go o chaotycznie ułożone książki. Oddaliła się na kilka kroków by zaprezentować babci całą swoją sylwetkę. Ubrana była w luźne, podarte, dżinsowe ogrodniczki. Obcisła biała bluzeczka odsłaniała prawe ramie prezentując widniejący na nim tatuaż koliberka. Całe szczęście, babcia nie znała angielskiego, gdyż cekiny na bluzce układały się w świecący napis “Kiss My Ass”.
- Na dyskotekę powinnaś założyć spódniczkę, a nie takie podarte spodnie. Co to za modę ma ta dzisiejsza młodzież. - Głos starszej kobiety wydobył się z telefonu. Nela uśmiechnęła się do ekraniku. Ujęła telefon w dłonie.
- Nie lubię spódniczek, babciu... - Najwyraźniej miała powiedzieć coś jeszcze, kiedy drzwi do jej pokoju otworzyły się. Ukazała się w nich pociągła, końska twarz jej matki zaglądającej do wnętrza pokoju. Z sekundy na sekundę ogarnięta coraz większym grymasem. Panujący w pomieszczeniu bałagan, najwyraźniej nie służył pedantycznej mamusi. Kobieta ścisnęła mocniej trzymaną w dłoni ścierkę kuchenną, zupełnie jakby to mogło jej w czymś pomóc - chociażby powstrzymać niekontrolowany wybuch złości i wyrzuty w stylu “tyle razy Ci mówiłam”.
- O. Rozmawiasz z babcią? - Nela w odpowiedzi pokazała ekran swojego telefonu. Widniejąca w nim starsza kobieta pomachała.
- Właśnie kończymy. Muszę jeszcze się pomalować. - Przekierowała ekranik na powrót w swoją stronę i pomachała do niego. - Paaaa babciu, kocham Cię.
- No pa pa. Powiedz mamie, że zaraz do niej zadzwonię.
- Okej.
- Nela wyłączyła Skype i odłożyła telefon do tylnej kieszeni spodni. Wyczekująco spojrzała na matkę.
- Wychodzisz gdzieś? - Zapytała kobieta. - Bo zrobiłam naleśniki i myślałam, że może chciałabyś…
- Wychodzę.
- Przerwała jej córka.
- Aha. - Matka przygryzła w zamyśleniu policzek. Robiła tak zawsze kiedy była na coś zdenerwowana. Milczała tak przez chwilę. W końcu cofnęła się i zatrzasnęła za sobą drzwi. Cisza nie trwała jednak długo. Lada moment otworzyła je z powrotem.
- Mogłabyś tu trochę posprzątać. - Oznajmiła, teraz już zimnym tonem głosu.
- Mhm. Nie dzięki. Wolę tak jak jest. - Nela nawet nie spojrzała na nią, zajęta odsuwaniem w bok wszystkich rzeczy znajdujących się na biurku. Usilnie próbowała znaleźć wśród bałaganu odrobinę miejsca na postawienie lusterka. Mocny makijaż zrobiony z samego rana wart był poprawienia przed nocnym wypadem.
Kolejne zatrzaśnięcie drzwi zwiastowało rychły koniec rozmowy matki z córką.

Zaledwie kilka minut później rozległ się dzwonek do drzwi.
- To do mnie! - Krzyknęła Nela. Mimo, że drzwi jej pokoju były zamknięte, spodziewała się, że rodzice usłyszą ją. Pośpiesznie zaczęła wrzucać do torebki kosmetyki, które z założenia mogłyby się przydać do poprawienia makijażu. Profilaktycznie zajrzała do wnętrza torebki, próbując upewnić się czy wszystko ma. Nie było to łatwe. Po chwili szperania zrezygnowała.
Wnętrze torebki przypominało wnętrze jej pokoju. Było tam wszystko i wszędzie. Dzwonek rozległ się jeszcze raz. Ponaglająco.
- Już idę! - W końcu wyszła pośpiesznie z pokoju. W korytarzu minęła ojca, udającego się ze szklaneczką whisky do salonu. Burknął coś do niej pod nosem. Ale o cokolwiek chodziło, zignorowała to, gdyż dzwonek do drzwi znów niecierpliwie zajęczał.


***


Nela przebudziła się z okropnym bólem pleców. Ba, bolały nie tylko plecy. Cała była jakaś taka obolała i zdrętwiała od spania w niezbyt wygodnej pozycji. Musiało to oczywiście zwiastować brak dobrego humoru i kaca mordercę. Ale nie… kaca jakoś nie czuła. Miała ochotę zapytać co za cham zabrał jej poduszkę, tyle że zaspany umysł dziewczyny przyswoił informacje o braku łóżka.

Braku łóżka…

Siwowłosa otworzyła gwałtownie oczy. Rozejrzała się, a na jej twarzy z każdym uderzeniem serca pojawiało się coraz większe zdumienie. Nie przypominała sobie, że aż tak zabalowała. Piła, owszem. Ale przebudzenie się x kilometrów od domu w Stoneheng, było lekkim przegięciem.
- Ja pierdole… - w ojczystym (polskim) języku wyraziła swoje uczucia. Oderwała plecy od zimnego niewygodnego kamienia. Rozejrzała się jeszcze raz, tym razem po towarzyszach niedoli szukając wśród nich znajomych twarzy. Chwilę dużej zatrzymując spojrzenie na usiłującej wstać kolorowowłosej. Znajomych twarzy nie było. Gdzie w takim razie podziała się Lexi i Jacob? W dodatku wszyscy wyglądali jak po przejściach... Ona też!

Otrzepując się i oglądając, Nela podjęła próbę przeszukania zakamarków swojej pamięci. Cała trójka i kilka innych znajomków byli na otwarciu klubu “Pełnia”. Byli. Siedzieli. Pili. Tańczyli. Jacob rozważał plusy i minusy swojego złamanego serca. Nela miała tego już po dziurki w nosie. Czuła, że jeśli jeszcze raz usłyszy imię jego ex dziewczyny zwymiotuje. Zostawiła ich samych przy stoliku przygarniając do tańca jakiegoś blondynka o niebieskich oczach. Gdy wróciła Jacob dalej rozważał, akurat plusy. Podejmując walkę sama ze sobą, by nie wykrzyczeć mu kilku rzeczy w twarz, Nela poszła do baru po fajki i nowego drinka dla siebie i Lexi.
Ładniutka rudowłosa kelnerka podała jej paczkę LM, którą schowała do przedniej kieszeni ogrodniczek. Mrugnęła do niej okiem, podając również dwa kolorowe drinki. Neli wydawało się, że skądś ją zna. Dziewczyna zaczęła coś mówić, ale co to było? Siwowłosa nie pamiętała. Zgasły światła a muzyka przestała grać… co było później?

- Ma ktoś z was komórkę?
- Pewnie, że mam, co to za głupie pytanie.
- Pamiętacie coś?...


Z zamyślenia o tym co pamiętała wyrwały ją głosy towarzyszy. Większość zaczęła przeglądać kieszenie. Dziewczyna przyłączyła się do owczego pędu. Jej torebki nigdzie nie było. Sama więc obmacała swoje kieszenie. Jeszcze nie otwarta paczka fajek (zapłaciła w ogóle za nią?), zapalniczka, portfel. Zajrzała do środka tego ostatniego. Dokumenty, kilka funtów, podręczny miniaturowy zestaw do makijażu: mini kredka do oczu, cień do powiek, próbnik pomadki i pilniczek. Podjęła krótką walkę sama ze sobą by nie użyć pilniczka. Widząc stan swoich paznokci miała ochotę zacząć wyć. Zamiast tego odpieczętowała LM, wywalając papierki niedbale koło siebie. Włożyła fajkę do ust. Po chwili rozległ się miły dla ucha pstryk zapalniczki.

- Zgasły światła. Dalej też nic nie pamiętam. Telefonu brak, ale niedaleko jest parking. Ludziska, proponuję iść… - Oznajmiła spoglądając w kierunku o którym myślała. I choć wyglądała jakby miała zamiar coś jeszcze powiedzieć i do tego zacząć wstawać, zamilkła i zamarła marszcząc tylko czoło. Zaciągnęła się papierosem.
- Hmmm… - Dodała po chwili z wyrazem głębokiej analizy wymalowanej na twarzy.

Coś było nie tak. Ale jak już wiemy, nie tylko ona to zauważyła.

 
__________________
To nie ja, to moja postać.
Wila jest offline  
Stary 09-06-2016, 15:11   #6
 
cyjanek's Avatar
 
Reputacja: 3121 cyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputacjęcyjanek ma wspaniałą reputację
Czekanie nie było łatwym zajęciem. Nie to, że jest coś trudnego w siedzeniu i sączeniu drinka, nawet jeśli po pierwszym pojawia się następny, a później pewnie i trzeci. Męcząca była niepewność. Kolejne pary wchodziły, obejmując się i całując, a nawet jeśli ktoś pojawiał się bez towarzystwa, to wkrótce obejmowały go mniej lub bardziej znane ramiona. A on? Siedział i czekał, z coraz większym zrezygnowaniem przyglądając się przychodzącym. - Przyjdzie, czy nie przyjdzie? Lecz czemu miałaby nie przyjść skoro to ona go zaprosiła. No właśnie i po cholerę przychodził, skoro już za pierwszym razem stało się coś, czego… czego w ogóle nie pamiętał? “Bo mam się dobrze bawić. Poznawać ludzi. Zaszaleć i zapomnieć. Zostawić za sobą!”. Przekonywał sam siebie z coraz mniejszym przekonaniem. Nieco zataczając się ruszył przez tłum i dudniącą muzykę do baru, by znaleźć jeszcze trochę cierpliwości w płynie. Nawet nie czekał długo aż barman naleje mu drinka. Nic to, że zupełnie innego niż zamawiał, że różowego i z flamingiem. Ważne że z wódką.
Dopiero pod koniec, gdy słomką wysuszał ostatnie kropelki z dna kieliszka zdał sobie sprawę, że coś mu nie pasuje. Jakaś mdłość w żołądku zaczynała cisnąc narastającym wierceniem. Poczuł jak cierpnie mu skóra, a w głowie zakręcił się wir. “Zapewne z nadmiaru cukru” - przełknął drażniąco słodką ślinę i stracił przytomność.

Było tak cicho i spokojnie. Powietrze tchnęło łagodnym zapachem łąki, gładziło twarz dotknięciami lekkiego zefirku. Przeciągnął się nastawiając na te pieszczoty i nagle, z impetem usiadł. Omiatając widok dookoła siebie zastanawiał czemu do cholery widzi to co widzi. Ustawione w krąg potężne głazy znane były chyba każdemu na świecie - Stonehenge, lecz albo ich nie powinno tu być, albo jego.
Podniósł się, nie bez trudności, i zaraz opadł na ręce. Na czworaka, ciężko dysząc odczekał aż znikną mu mroczki przed oczami i dopiero wtedy powrócił do pozycji siedzącej. W głowie kręciło się nadal, lecz na szczęście udało mu się stłumić mdłości. Spokojnie, uważając by znowu nie obudzić drzemiącego w żołądku potwora, znowu się rozejrzał, tym razem dostrzegając więcej.

- Kim… kim jesteście? - cichy, lecz melodyjny głos należał do Królewny Śnieżki, a przynajmniej do kogoś do złudzenia ją przypominającego . Rozchylił usta, lecz szybko zamknął z powrotem, przynajmniej na teraz zachowując odpowiedź dla siebie.
- Dobre pytanie… - tą rozpoznał po tęczy we włosach. Z pewnością bawiła się w Pełni, z wysokim chudzielcem... , którego tutaj nie było. Pozostali - znów się rozejrzał, lecz w ich twarzach nie dostrzegł już więcej niczego znajomego. W zastanowieniu wsunął palce we włosy i nagle wrzasnął jak dziecko, gdy ożył patyk, który chciał usunąć.
- Zwykły robak - wyjaśnił, gdy spojrzenia wszystkich skierowały się w jego stronę, po czym udając obojętność wstał i kuśtykając ruszył do najbliższego menhira.
“Co ja tutaj robię? Co oni tutaj robią?” - obudzone myśli huczały niczym osy w kopniętym ulu. Sytuacja tak bardzo wyglądała na żart, że nim być musiała. Wczorajszy wieczór więc nie był przypadkiem, lecz preludium do tego… Obejrzał się na pozostałych, zastanawiając się, czy tak jak on padli ofiarą psikusa, czy też z wielką autentycznością odgrywają role. Z wahaniem stuknął kłykciami w wyglądający na prehistoryczny kamień, sprawdzając, czy nie jest ze styropianu. Niestety, jeśli i on był aktorem, to równie dobrym, jak pozostali. Był twardy i chropowaty niczym najprawdziwszy granit.
 
cyjanek jest offline  
Stary 11-06-2016, 13:23   #7
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 17782 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Cytat:
Napisał Jimmy, roGER, Alexis, MaZi, Angela i Sam
Dziś otwarcie "Pełni"! O 21 tam, gdzie zawsze.

Jimmy
To rozumiem, ziomeczku!

MaZo
Będę.

Alexis
No to mamy randkę, hi hi.

Tylko tym razem się nie rozbieraj.

roGER
Hahahahaha! Bro, rządzisz!

Wszystko zaczęło się od facebookowej wiadomości wysłanej do znajomych. Jak na porządną ironię przystało, jej inicjatorem był nie kto inny jak Barry Williams.

Co oznaczało otwarcie nowego lokalu? To, że musiał się wypromować, pokazać z jak najlepszej strony. Czyli darmowy lub prawie darmowy wstęp, znany DJ, alkohol za połowę ceny i... może nie tylko alkohol...




- Siedem dużych piw! - krzyknął Barry do zielonowłosej barmanki z czapką z logiem Chicago Bulls skierowanym do tyłu.
Białą bluzkę związaną miała tuż pod biustem.

- Siedem funtów! - nieco zbyt wysoki głos przebił się przez muzykę, kiedy ostatni kufel ze złocistym trunkiem wylądował na ladzie.

- Skąd pomysł na kolor? - zapytał spoglądając na włosy kobiety, a ta spojrzała na niego ukradkiem, jakby dotknął jakiejś tajemnicy. Nie odpowiedziała, zaś Barry wiedział już, że uderzył w niewłaściwą strunę i nic z tego nie będzie. Położył banknot na ladzie, a na serwetce zapisał własny numer.

- Reszta za miłe towarzystwo - powiedział z szerokim uśmiechem i odszedł. Nie spodziewał się, by się odezwała, ale... co szkodzi spróbować?
Machnął ręką do swojego towarzystwa zajmującego jeden ze stolików. Z pomocą w noszeniu przyszedł, oczywiście, Jimmy O'Connor rudy rugbysta z młodzików Salisbury RFC i najlepszy kumpel Barry'ego.
Jak wiadomo, każdy sportowiec musi być idiotą. Ha! Nie prawda. Jimmy, prócz beztroskiego stylu bycia oraz medali miał również na koncie dyplomy z olimpiad fizycznych. Ta góra mięcha miała łeb nie od parady.

- Zarwałeś?

- Stary, nie pytaj o jej włosy. Drażliwa na tym punkcie. Bierzcie i pijcie to wszyscy, lecz ostrożnie bowiem następnym razem idzie kto inny - zakończył już przy wszystkich.

- Alexis, po którym piwie teraz zaczniesz się rozbierać? - zapytał złośliwie brodacz o diabelskim spojrzeniu i swetrze w biało-zielone paski. Ronald Gerber zawsze taki był, a teraz dopiero się rozkręcał. Trzydziestodziewięcioletni wieczny student z duszą rozkapryszonego, cynicznego, zgrzybiałego ze starości bachora.
Barry zadał mu kiedyś bardzo poważne pytanie: dlaczego nie kończy studiów, tylko ciągle za nie płaci? Przecież to marnotrawstwo ciężko zarobionych w warsztacie samochodowym pieniędzy. Odparł jednym zdaniem, spokojnym rzeczowym tonem, zaciągając się blantem: "Bo dziwki wyszłyby drożej."

Nieszczególnie atrakcyjna dziewczyna, do której się zwracał, spiorunowała go spojrzeniem. Alexandra Jenkins zawsze lub prawie zawsze, gdy alkohol uderzał jej do głowy, czuła w sobie wewnętrzną striptizerkę. Stawała się wtedy seksbombą, na którą każdy chciał patrzeć. W jej mniemaniu. Barry miał nieprzyjemność widzieć jej kościstą sylwetkę w całej okazałości. Od dawna podejrzewał ją o anoreksję, bulimię albo skretynienie mózgu ze wskazaniem na to ostatnie. Chciała być modelką. Nawet koń by się uśmiał, choć prawdę mówiąc Alexis miała coś z konia. Chyba szczęki i kopyta.

- Wal się, Roger...

- Ja nie robię tego przy wszystkich - odciął się mechanik.

- Jimmy! Jak mecz? Nie udało mi się zjawić... - zmieniła temat Marry Zimmerman nim koń zdążył zarżeć. Urocza blondyneczka o żydowskich korzeniach nie trawiła konfliktów. Była najbardziej bezproblemową osobą, jaką znał Williams. I zawsze patrzyła na wszystko pod kątem rozwiązania problemu. Kto by się spodziewał, że tak uległa na co dzień dziewczyna ma tak bardzo dominującą naturę w łóżku?

- Przerżnęliśmy, ziomala. Nie było na co patrzeć - machnął lekceważąco ręką nie wyglądając przy tym na zmartwionego.

- MaZi żałuje, że cię w tych gatkach - odezwał się Barry. Jasnym było, że Marry robiła maślane oczy do Jimmy'ego, zaś epizody, nierzadkie, z Williamsem były... cóż... tylko epizodami.

- Nie pierdol, chodź potańczyć - warknęła Angela Scott. Uwielbiał zanurzać twarz w jej bujnych, kruczych lokach. Śniada cera, ciemne oczy... Ta dziewczyna musiała mieć w sobie cygańską krew. Nie mówiąc już o jej wybuchowości. Dynamit i tancerka dancehall. Dlatego tak często miała luźne bluzy z kapturem. Szkoda.

W zasadzie to poza kucem zaliczył każdą z ich paczki. Włącznie z Samanthą Reed, dziewczyną kieszonkową. Nieco ciemniejsza niż Marry blondynka miała coś w sobie z surykatki. Jednak w jej przypadku było to urocze podobieństwo. No i te jej dłonie... Takiego masażu jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył. Tak dużo potrafiły tak małe rączki! Nie można było odmówić Sam delikatności. Inteligencji także. Mało mówiła, ale wiele widziała. Matka Barry'ego zawsze mówiła, że byłaby doskonałą śledczą.

- Żebym się przy tobie zbłaźnił? Dobra - złapał Angelę za rękę i pociągnął na parkiet.





- Białą tequilę - poprosił zielonowłosą barmankę. Zbliżała się północ. Postanowił, że zdecydowanie częściej będą przychodzili do "Pełni". Lokal miał kopa!

- Dwa funty! - rzuciła cenę, lecz Barry nie zdążył zapłacić. Do baru, tuż obok niego, bezceremonialnie dosiadła się dziewczyna z tatuażami pokrywającymi całą lewą rękę i część prawej.


Pod rozpuszczonymi, rudymi włosami perlił się pot. Koszulka z wizerunkiem nagiej kobiety lepiła się do ciała, a krótkie spodenki przypominały bardziej nieco dłuższe majtki.

- Krwawą Marry!

Tym razem barmanka nie powiedziała ani słowa. Spojrzała tylko z ukosa na klientkę.
Nowa była całkiem niczego sobie pomimo niewielkiego biustu... a może zwłaszcza ze względu na ów? Jedyne, co Barry'emu przeszkadzało to okrągły kolczyk między dziurkami nosa.

- Morrine - przedstawiła się, gdy tylko odwrócił głowę.

- Barry - uśmiechnął się promiennie przyjmując wyciągniętą w jego kierunku dłoń z długimi, czerwonymi paznokciami. Miała zadziwiająco mocny uścisk. Bardzo męski.

- Palisz? - zapytała.

- No ba! Różne rzeczy się już paliło. Raczej nie pytasz bez powodu.

- Może... - odparła tajemniczo przygryzając lekko koniuszek języka.

- Chodź zatańczyć - parła dalej. Williams był lekko zaskoczony tym, że to on był podrywany, nie odwrotnie. Nie, żeby wątpił we własną urodę, ale zwykle się to nie zdarzało.

Wstał i pociągnął Morrine na środek tak gwałtownie, że aż krzyknęła zaskoczona, ale muzyka grała. Oboje szybko złapali rytm, zaś początkowy taniec dla zabawy zaczął powoli przeradzać się w występ prywatny. Jej ciało wyginało się i prężyło, dłonie przywierały do jego torsu. Jej skóra pachniała żywicą.
Było jasne do czego zmierzała, zaś on dawał się prowadzić w wyznaczonym przez nią kierunku.

Usta złączyły się na chwilę. Poczuł we własnej dłoni jej palce i już przeciskali się przez tłum, przechodzili pustym korytarzem służbowym. Nikt ich nie zatrzymał. Drzwi z napisem "Nie wchodzić" nie stanowiły przeszkody. Skrzynki wypełnione brzęczącymi butelkami z rozmaitymi alkoholami posłużyły za najwygodniejszą z kanap.

- Poczekaj... - westchnęła odrywając się od jego ust, po czym z kieszeni wyciągnęła woreczek strunowy z proszkiem.

- Po tym czeka nas mocna jazda.

- Co to? - zapytał z ciekawością.

- Specjalność "Pełni". Dziś zakupiona. To co? Gotowy na trip życia?

Zastanowił się przez chwilę. Przyjmowanie narkotyków od kobiety, z którą się nawet nie przespał było wyjątkowo lekkomyślne. Szczególnie tych, których nazwy i pochodzenia się nie znało. Skrajnie nieodpowiedzialne, by nie powiedzieć głupie.

- Zawsze - odparł z szelmowskim uśmiechem.






Z wolna otworzył oczy i przez chwilę zastanawiał się co ocean robi na górze. Po chwili zrozumiał, że nie ma w tym nic dziwnego. Po prostu znudziło mu się leżeć na dole.

Musiał zawadzić jeszcze o cukiernię, bo jakiś zwariowany pracownik fabryki wpuścił na niego ptasie mleczko. Idiota. Mógł to zjeść. No cóż... głupich nie sieją, sami się rodzą.

Tylko ten cholerny motocykl mógł wyłączyć światło, bo daje prosto w oczy. Halogena sobie skurwiel zamontował i na długich jedzie. W zasadzie czy można było jechać na długich pod wodą w ptasim mleczku? Czy cholerne prawo tego nie zakazywało? W końcu można było się rozbić o piankę. Będzie musiał zapytać matkę. Powinna wiedzieć.

O nie! Ktoś rozsypuje kreskę na oceanie! Przecież to zaraz się rozmyje! Szkoda towaru!

Podźwignął się na łokcie. Świat zawirował, więc opadł ponownie. Ktoś coś mówił.

- Przestańcie kręcić tym światem... bo się porzygam... - burknął pod nosem.

Zamrugał szybko. To bez sensu... Uniósł się jeszcze raz i zobaczył kamienny krąg. Na rękach dostrzegł coś, co do złudzenia przypominało krew i pewnie nią, w pewnym stopniu, było. Jego krew. Porozdzierane ubrania oraz liczne, niegroźne rany. W końcu był synem lekarza, potrafił to rozpoznać.

- O kurwa...

Miranda... Madison... M... Morrigan... Martha... M... cośtam miała rację, takiego odjazdu to jeszcze nigdy nie miał. Szkoda tylko, że niczego nie pamiętał. Oddałby wszystko za pamięć tej nocy. No... może pewnych rzeczy by nie oddał.

Ostatnie, co zapisało się w jego mózgu to "tarzanie się" po podłodze składu z Morrigan. Nie... Morri... ne! Morrine!
Potrząsnął głową zmuszając świadomość do zagoszczenia na stałe w umyśle. Stonehange.

W jednej chwili zrobiło mu się gorąco. Jeśli znajdą go tutaj w takim stanie, to matka mu łeb urwie. Natychmiast podźwignął się na nogi wspierając o kamień.

- Barry - przedstawił się wyciągając z kieszeni srebrną tabakierkę.


Dopiero po chwili doszło do niego, że nie ma niczego prócz niej. Ojciec go zabije i rozpuści zwłoki. Nie miał co do tego żadnych, ale to absolutnie żadnych wątpliwości. Dostał tego iPhone'a przedwczoraj. Może powinien sam się zabić? Będzie mniej boleśnie.
Im dalej brnął w to, czego nie ma, tym bardziej pogrążony się czuł. Portfel z kartą debetową. Dobrze, że miała limit 100 funtów tygodniowo. Pal licho te piętnaście funtów w gotówce. Karta autobusowa. Dowód osobisty. Legitymacja studencka.

Rozsypał czerwony proszek na dłoni, po czym wciągnął w jedną i drugą dziurkę. Kichnął dwukrotnie.

- Ja chcę jeszcze raz!

Wyglądał na jedynego rozentuzjazmowanego w tym towarzystwie.

- Hej! Też idę! - zawołał biegnąc nieporadnie.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.

Ostatnio edytowane przez Alaron Elessedil : 11-06-2016 o 13:37.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 12-06-2016, 15:23   #8
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 61679 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
- Nie ma po co tutaj tkwić. - Jack zaczął wprowadzać w życie propozycję siwowłosej miłośniczki papierosów i ruszył w kierunku parkingu. - Komuś potrzebna pomocna dłoń?
- Jack
- przedstawił się z pewnym opóźnieniem.
- Nela - odparła siwowłosa. Powoli zaczęła wstawać otrzepując się przy tym. Poruszyła każdą z kończyn z osobna, upewniając się, że wszystko z nią okej. Wyglądało na to, że nie potrzebuje pomocy. Nerwowo zaciągając się swoją miłością (czyt. papierosem) ruszyła za Jackiem.
- April - odparła ta, która odezwała się jako pierwsza. Powoli i z pewnym trudem podniosła się z ziemi i poświęciła chwile na otrzepanie jeansów. Nie wyglądało na to by jej obrażenia były gorsze od tych, jakie stały się udziałem pozostałych. Zaraz też z ochotą dołączyła do pierwszej dwójki, która postanowiła opuścić niespodziewane miejsce pobudki.
- Myślicie, że na parkingu znajdą się jacyś wcześni turyści? Albo chociaż budka z pamiątkami otwarta od rana? - zapytała, rozglądając się jeszcze dookoła, widocznie licząc na to, że może jednak uda się jej znaleźć zgubiony lub też ukradziony telefon.
- Nie o tej porze - odparł Jack. - Zwiedzanie zaczyna się koło dziewiątej, cała obsługa, wszystko, co jest związane z turystami, zaczyna się godzinę wcześniej.
- Ale są strażnicy
- dodał. - Tak przynajmniej słyszałem - zaznaczył - że nocą ktoś tu wszystkiego pilnuje.
Osobiście wolałby, by nikogo tam jednak nie było. Osoby, mimo zakazu łażące po tym terenie, raczej nie były mile widziane.
Ci, którzy jako pierwsi opuścili zewnętrzny krąg kamieni, mogli ujrzeć rozpościerającą się przed nimi łąkę. Trawa falowała lekko, poruszana porannym wiatrem, który nie był ani zimny, ani też szczególnie ciepły. Owe morze zieleni przecinała, niczym wstęga, droga. Była ona szeroka, nawet z miejsca w którym stali byli w stanie to dostrzec, jednak kolor miała inny. Nie ciemny, który z asfaltem zwykle był kojarzony, a jasny, kolorem wyschniętą ziemię przypominający. Nigdzie także, jak okiem sięgnąć, nie widać było innych śladów ludzkiej obecności na tym terenie.

Jack przystanął.
- Co jest grane? - powiedział. Ściągnął okulary i przetarł oczy. - Gdzie jest ścieżka widokowa? I ogrodzenie?
 
Kerm jest offline  
Stary 12-06-2016, 17:46   #9
 
Wila's Avatar
 
Reputacja: 5377 Wila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputacjęWila ma wspaniałą reputację

Nela zrównawszy się z Jackiem zaciągnęła się powoli papierosem. Jej analityczny umysł bardzo, bardzo powoli analizował... piękny widok. Mieszkała w Sailsbury od jakiegoś czasu, ale tu w Stonehenge była zaledwie dwa razy. Pierwszy raz z Lexi, drugi z babcią która przyjechała w odwiedziny i jakoś nie mogła darować wnuczce by nie pozwiedzała z nią okolicy. Zdecydowanie, nie tak zapamiętała to miejsce.
- Powiedziałabym, że ktoś robi sobie jakiś kiepski żarcik i zadał sobie wiele trudu… ALE, nie widzę kamer - odparła ponuro.
- Słyszałem, że w Stanach wybudowali dokładną kopię Stonehenge - odparł Jack. W jego głosie jakoś nie było słychać nadziei, że mają do czynienia z nagłą podróżą do Ameryki Północnej.
Alex ominął menhir i ruszył przed siebie, lecz już parę kroków później przystanął. Kolejne, wyłaniające się z otoczenia szczegóły tak bardzo różniły się od spodziewanego, że porzucił zamiar jak najszybszego odejścia bez oglądania się na resztę.
Zawrócił i nieśpiesznie, ociągając się zbliżył do rozmawiających ze sobą ludzi.
- W Chinach też niejedno skopiowali - z bliska dokładniej dojrzał opłakany stan pozostałych. Nie, to nie mógł być makijaż, zadrapania miały swoją fakturę, a zeschnięta krew, w niektórych miejscach zaczynała się już kruszyć. - Ale po cholerę przewozić mnie… nas za Chiński Mur? Lub do Ameryki? - dodał gniewniejszym głosem.
Szarowłosa aż jęknęła cicho na samą myśl, co mogli by teraz zrobić, gdyby ktoś z nich miał przy sobie głupi telefon! Sprawdzić swoją lokalizację, zadowolić umysły wiedzą wujaszka Google i przeczytać o wspomnianej przez Jacka kopii Stonehenge i jej okolicach, wyznaczyć trasę do domu, nie mówiąc już o wezwaniu pomocy.
- I teleportowaliśmy się nie wiadomo kiedy do Stanów? Pieprzona Pełnia… ciekawe, kurwa, co było w tych jebanych drinkach… - Zaciągnęła się mocno papierosem. Jakkolwiek chciałaby zachować spokój w ów nietypowej sytuacji, widok który się przed nią rozpościerał, perspektywy i przede wszystkim pewne braki w elektronice nie sprzyjały temu.
Alex ze zdziwieniem oglądał poranione palce, lecz gdy usłyszał o drinkach uniósł głowę i pokiwał nią energicznie.
- To musiało być to, na koniec dostałem bardzo dziwnego - wspomnienie nadmiernej słodyczy w różu wstrząsnęło nim.
- Jestem Alex - przedstawił się.
- A co za różnica - kawałek bliżej, kawałek dalej. - Jack nie zwrócił uwagi na słowa Alexa. On pił colę prosto z puszki. - Nawet nie wiemy, czy minęło pięć godzin, czy pięć dni. - Potarł brodę. Wyglądało jednak na to, że pięć godzin. Chyba że go ktoś ogolił. W ramach urozmaicenia eksperymentu. - Skoro jest droga, chociaż jakaś dziwna, to pewnie dokądś prowadzi. Tam - machnął ręką w stronę mniej więcej północy - powinno być Avebury. I jeszcze większy krąg. I wioska - dodał ciszej.
- Ten kamień, w samym centrum, leży tak jak leżał, czyli raczej nie cofnęliśmy się w czasie o cztery tysiąclecia - spróbował pocieszyć swoich współtowarzyszy. Żart co prawda nie był najlepszy, ale lepsze to, niż nic.
W gruncie rzeczy byłoby to ciekawe spotkanie. Zionąca dymem Nela pewnie zostałaby uznana za demona. Zapalenie ognia pstryknięciem palców również by było efektowne. Pewnie najwięksi szamani nie potrafiliby tego zrobić.
Jack uśmiechnął się lekko na myśl o takiej scenie.
- Avebury? - Nela uniosła lekko brwi. - Na piechotkę… bez pamiątek? Może zaczniemy jednak od Amesbury? Hmm?
- Mówisz, że bliżej? - uśmiechnął się Jack. - Może i racja, że warto od tego zacząć.
Nela wzruszyła lekko ramionami. Wskazała ruchem głowy drogę, dokładnie tę jej stronę, nad którą rozpościerało się słońce.
- Proponuję iść drogą, na wschód.
- Chodźmy więc.
- Jack, zgodnie z tymi słowami, ruszył w stronę drogi, nieco na skos.
Nela z pewnością miała rację, więc dlaczego miałby postąpić wbrew rozsądkowi.
Szarowłosa obejrzała się by sprawdzić co robią pozostali towarzysze dziwnej sytuacji nim ruszyła z Jackem.

- Może sprawdzić, czy nie ma tu żadnych śladów? Zanim pójdziemy dalej - Alex wiedziony nagłym impulsem uniósł głowę próbując uchwycić filmującego ich z powietrza drona. W powietrzu wisiała jakaś sylwetka. Uniósł dłoń do czoła by osłonić oczy przed światłem. “Acha” pomyślał tryumfalnie. “A jednak”. Cieszył się zbyt szybko, naniebny krzyż uderzony podmuchem wiatru przeobraził się w półksiężyc, a później całkowicie zniknął.
- Albo wskazówek gdyby to jednak był program tv - mruknął ciut wstydząc się tego co mówi.
- Jeśli chcesz, to tam wróć. - Jack machnął ręką w stronę kręgów, które przed momentem opuścili. - Według mnie nie ma tam czego szukać.

- Czyyliii… Dobrze mi się wydaje, że nie powinno być tu tak pusto? I ktoś zwinął cały beton i asfalt z okolicy? - spytał Dave, którego tak naprawdę widok zamurował. No Stonhenge po pijaku i kacu to już było coś. Byłoby o czym opowiadać. I to z obcymi jeszcze, co go od początku dziwiło. Owszem miał w swojej biografii, zwłaszcza pijacko-imprezowej taki czy inny numer, no ale właśnie najczęściej był ze swoją bandą no chociaż na dwie, trzy “swoje” osoby. A tu nie znał nikogo. Zupełnie jakby go zgarnięto z łapanki i wrzucono do busa i zostawiono… Tutaj. Tylko gdzie jest kurwa te “tutaj”?!
Więc to już było nad czym do podumania i poopowiadania potem. Ale tooo?! To co właśnie widział przed sobą?! Nosz kurwa! Akurat na sianiu trawy i tych wszystkich gardenowych robotach trochę się znał. Kupa roboty by taki kawał pola zasiać. No i właśnie gdzie te drogi? Ktoś zdarł asfalt do gołej ziemi?! Bez sensu! Byli w jakiejś cholernej dziczy! Gdzie oni kurwa znaleźli tyle pustego pola w południowej Anglii, jednym z najgęściej zaludnionych fragmentów Europy? Wszędzie jak nie dom to płot, droga, murek czy żywopłot oznaczający czyjąś własność czy granicę. A tu nic. Puste, gołe pole po horyzont poza jedną gównianą drogą co by mogła być co najwyżej jakąś poboczną dojazdówką dla pojedynczego farmera, a nie jedyną oznaką cywilizacji w okolicy. Dzicz jak w jakimś pieprzonym średniowieczu! Nie chciał jednak robić paniki. Może jakoś sprawa się wyjaśni. Na razie pomysł by iść drogą był całkiem niezły.
- Dobrze ci się zdaje. - Jack nie zatrzymał się nawet na moment. - Powinno tu wyglądać całkiem inaczej.
 
__________________
To nie ja, to moja postać.
Wila jest offline  
Stary 13-06-2016, 22:39   #10
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 27232 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Inaczej jednak nie wyglądało i mogli to zobaczyć gołym okiem. Brakowało tych objawów ludzkiej ingerencji, które stały się tak dobrze znanymi. Asfalt, wytyczone ścieżki, samochody… Nawet niebo nad ich głowami było czyste, pozbawione smug kondensacyjnych, pozbawione samolotów. Jedynie chmury sunęły po jego błękicie, raz po raz przysłaniając słońce. Śpiewu ptaków, który w końcu dotarł do ich uszu, nie zagłuszał ryk silników, ani jęki klaksonów. W okolicy Stonehenge było tak sielsko, że niemal nienaturalnie. Przynajmniej dla osób, które większość życia spędzili w hałasie miasta, a wieś odwiedzali jedynie w trakcie wakacyjnych wypadów.


Droga, do której to w końcu dotarli, nie prezentowała się szczególnie okazale. Oczywiście była urokliwa, jeżeli ktoś lubił takie klimaty, jednak zdecydowanie nie była tym, co powinno się tu znajdować.
- Chyba nie ma co liczyć na stopa - mruknęła kolorowowłosa, która dołączyła w końcu do reszty. Zachowywała się nad wyraz spokojnie, biorąc pod uwagę okoliczności. Jej wzrok błądził gdzieś po morzu zieleni, nie zaszczycając przy tym towarzyszy dłuższym, niż kilkusekundowe, spojrzeniem.
Bez wątpienia jednak miała rację. Ani z jednej, ani też z drugiej strony nie widać było obłoków kurzu, które mogłyby zwiastować nadchodzącą odsiecz. Nigdzie także nie było strażników, o których wspomniał Jack. Także parking jakby wyparował, nie pozostawiając po sobie najmniejszego nawet śladu.
Czy jednak na pewno?

Nagły wstrząs. Lekki ból, niczym po dotknięciu naelektryzowanej barierki. Przez chwilę na ich oczach świat przybrał właściwy wygląd. Był asfalt, były ścieżki, a poboczem w ich stronę zmierzał ubrany w uniform mężczyzna. Samą drogą z kolei przemknął zielony ford fiesta, rażąc ich oczy odbłyskiem słońca, które przejrzało się w jego szybach. Hałas silnika zagłuszył ćwierkanie ptaków, a świeże powietrze, które docierało do ich nozdrzy zostało zastąpione wyziewem z rury wydechowej. Wrażenia były mocne, zupełnie jakby dawka, którą otrzymali została zwielokrotniona przez nieznany im czynnik.

Równie jednak szybko jak przybyło, wrażenie znikło. Ponownie stali tuż przed rowem oddzielającym ich od pokrytej wysuszoną, żółtą glebą drogi.
- Co do diabła - pisk ów wydobył się z gardła April, która to następnie dość zwinnie przeskoczyła zaporę oddzielającą ją od miejsca, w którym uderzenie serca wcześniej znajdował się dobrze znany pas czerni. - Widzieliście? To nie może się dziać naprawdę, nie ma mowy…
Okręciła się na pięcie, szukając czegoś, czego jednak nie było.
Czy jednak na pewno?

Kolejny wstrząs i ból. I dźwięk. Głośny, wdzierający się pod czaszki dźwięk klaksonu ciężarówki, która nagle pojawiła się tuż przy dziewczynie. April zamarła niczym łania, która właśnie w oczy śmierci spojrzała. Pisk hamulców o sekundę wyprzedził dźwięk jaki wydało ciało, zderzając się z twardą powierzchnią. Trzask kości dotarł do stojącej za rowem siódemki, nad wyraz wyraźnie. Nawet dźwięk powietrza opuszczającego przekuwane żebrami płuca, był doskonale słyszalny. Niczym szept tuż przy ich uchu. Ciche, acz wyraźne
- Huuuuuuuuh….

I trel skowronka, który napłynął ze zniknięciem rozgrywającej się na ich oczach sceny. Wraz z ciężarówką, April i oznakami cywilizacji. Zupełnie jakby nigdy ich tam nie było.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”

Ostatnio edytowane przez Grave Witch : 14-06-2016 o 00:14.
Grave Witch jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:38.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169