lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji z działu Fantasy (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-fantasy/)
-   -   [ASOIAF] Fortunes of War (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-fantasy/16365-asoiaf-fortunes-of-war.html)

Hawkeye 29-07-2016 17:13

[ASOIAF] Fortunes of War
 
2 Miesiąc 212 roku AC. Zachód. Grey River.



Reaver Rest, rodowa siedziba Seaver od kilku dni przypominał ul. Przygotowania do ślubu Mildrith, wdowy po poprzednim dziedzicu Damonie z Seathanem, jego następcą ... szły pełną parą. Wielu znamienitych gości zjechało na ślub, co dodatkowo utrudniało przygotowania. W powietrzy dało się wyczuć napięcie, spowodowane nie tylko zwykłym stresem związanym z taką uroczystością, ale również wszystkimi ukrytymi powiązaniami.

Bunt Blackfyre zakończył się ponad 16 lat temu, bo ciężko było nazwać tak mały zryw, do którego miało dojść w zeszłym roku. Mimo upływu tak długiego czasu, ludzie walczący po przeciwnych stronach patrzyli na siebie nieufnie. Jednak obecność Tybolta Lannistera ich Lorda i Namiestnika Zachódu studziła największe "gorące głowy", przed zrobieniem czegoś głupiego.

Inaczej było z rodziną panny młodej, rodem Cleverly. To byli nuworysze, uszlachetnieni niedawno i cała "stara" szlachta patrzyła na nich z góry. Jako element nowy, obcy, niepożądany i po prostu niestabilny. Dodatkowo smaczku tej sytuacji dodawało to, iż wszyscy wiedzieli, że byli to zwykli zbóje. Obecnie zaś mówiono o nich raubritter (oczywiście nigdy w ich obecności), wszakże jak głosiły wieści nadal trudnili się dawnym procederem. Tym samym mniejsze rody, które mogłyby uznać ich "za swoich", odczuwały do nich nieufność, niechęć lub po prostu złość, gdyż znaleźli się po nieodpowiedniej stronie ich mieczy.

Cała ta kolorowa zbieranina, wraz ze wszystkimi innymi przygotowaniami była głównym problemem dla Burgrabiego Ser Hortona Haigha. Zarządca Seaverów przekonał się, iż nie tylko plany bitewne zazwyczaj nie przetrwają pierwszego kontaktu z "wrogiem". To samo można było powiedzieć, o wszystkich przedsięwzięciach wymagających ogromnych nakładów finansowych i skutecznego planowania. Od problemów z zakwaterowaniem i prowiantem, po incydenty związane z chłopami. Ostatni tydzień był dla niego pouczającym przeżyciem. Był szczęśliwy, iż za parę godzin będzie mógł odpocząć. Myślał, że jeżeli tylko zdoła dotrwać do uroczystości ślubnych i wesela wszystko się rozwiąże.

-Panie, panie ... Jacyś znaczniejsi lordowie zajechali na podwórze! - krzyk młodego służącego, wyrwał go z jego rozmyślań. Ależ jacyś to znaczniejsi panowie mogli pojawić się teraz? Zaproszeni goście byli na miejscu ... Chcąc nie chcąc Horton ruszył obejrzeć sobie przybyłych. Musieli być to jacyś rycerze chętni do uczestnictwa w turnieju.

-Wyciąga nas pewnie po nic, jacyś rycerze przyjechali i tyle. Powinieneś wlepić mu kilka kijów, to nauczy się rozpoznawać znaczniejszych ludzi - powiedział Ser Decimer Appleton, dowódca Hortonowej straży idący z nim ramię, w ramię.

Zamilkł gdy wyszli na podwórze. Faktycznie znajdowało się tutaj kilka osób, a sądząc po ich oporządzeniu i koniach musieli mieć przynajmniej pieniądze. Dopiero po sekundzie Haigh zwrócił uwagę na ich herby. Pierwszego z nich rozpoznał natychmiast. Niebieski Sokół mógł należeć jedynie do Fowlerów ze Skyreach. Podchodzący pod 40 mężczyzna, dobrze zbudowany o krótkich siwych włosach i sumiastym wąsie mógł być tylko Lordem Arvingiem Fowlerem. Horton szybko skojarzył, iż uwielbiał on turnieje, był zresztą jednym ze skuteczniejszych ich uczestników.

Znając tożsamość tego człowieka, nie miał problemu z rozpoznaniem grupy stojącej po przeciwległej stronie podwórza i wpatrującej się w Fowlera i jego ludzi z wyraźną niechęcią. Czarny Wilkor na białym tle, będący herbem prowadzącego ich rycerza mógł należeć jedynie do Ser Addena Snowa zwany "Uśmiechniętym Wilkiem". Był on bękartem nieżyjącego już Lorda Starka i Manderleyówny. Otrzymał ostrogi z rąk księcia Baelora Targaryena za męstwo wykazane podczas bitwy na Redgrass Field. Kolejny turniejowy rycerz, oraz dowódca grupy najemników zwanej "Wilczętami" oraz jeżeli wierzyć plotkom przyszły członek Białej Gwardii. Towarzysząca mu dwójka rycerzy to musiał być jego kuzyn Ser Jedren Manderly oraz Ser Mikel Tarth. Dwaj rycerze wyglądali ponuro. Manderly był wyższy od każdego z obecnych tu ludzi, jednocześnie tak chudy, iż wydawało się, że powinien się przewrócić. Tarth mały, z lekko zarysowanym brzuszkiem, obserwował wszystko z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Ostatnim członkiem tej kompanii był 15 letni chłopak o wyraźnych Valyriańskich rysach. Callor Velaryon był dziedzicem tego rodu i giermkiem "Uśmiechniętego Wilka".

-Kłopoty? - zapytał po cichu Decimer, gdy wszystkie oczy zwróciły się w stronę Burgrabiego.

Tymczasem w Sali Narad


Seathan z zaciekawieniem obserwował Melwyna Reyne'a. Wysoki, chudy, liczący sobie 16 lat młodzieniec o strasznie długich, blond włosach i niebieskich oczach. Jego mina jak zwykle wyrażał raczej smutek, gdy przeniósł wzrok z towarzyszącego mu rycerza, na siedzącego na bogato zdobionym krześle Simona Seavera. Seniora rodu i dziadka Seathana. Lord Reaver Rest był starym człowiekiem, wyłysiał już dawno temu, jednak cały czas zachowywał majestat. Mimo swojego wieku był w dobrej formie i nadal wzbudzał strach we wrogach. Jedynie dziwny kaszel, który pojawił się niedawno wzbudzał zaniepokojenie siedzącego obok Maestra Trevyra. W tym wieku wszystko mogło pociągnąć starego Lorda na drugą stronę. Trevyr aplikował mu różne ziółka, mając nadzieję na poprawę, ale ta jeszcze nie nastąpiła. Tym razem jednak, to jego obowiązki jako rodowego szeptacza sprowadziły go do tej sali.

Atak kaszlu Simona na chwilę wyrwał wszystkich z ich rozmyślań. Lord podniósł kielich napełniony winem i szybkim haustem opróżnił go.

-Lordzie Reyne. Powtórz proszę moim doradcom to, co powiedziałeś wcześniej -

- Farmanowie i Sarsfieldowie zebrali sporo najemników, w związku z ostatnimi najazdami Żelaznych Ludzi. Z tego co słyszałem, chcą współpracować razem w razie kolejnej napaści. Chciałem porozmawiać z Lordem Simonem. Część moich starych doradców niepokoi zbliżenie się rodów, które mogą mieć pewne historyczne pretensje do ... ludzi, którzy mieli inne polityczne poglądy - młody Lord, który musiał objąć rządy nagle, po śmierci swojego brata w Wiosennej Zarazie, wydawał się swobodnym w tej nowej roli. Jednak to co mówił było niepokojące. Aluzje do buntu, sprzed prawie dwóch dekad (choć nadal żywego w pamięciu wielu ludzi), były za to, aż nadto czytelne.
-Myślałem, że o tym wiecie ... - dokończył

-Właśnie. - powiedział Lord Seaver ponurym tonem -Właśnie. Dlaczego nic o tym nie słyszeliśmy Maestrze? - mówiąc to Lord odwrócił się w stronę Trevyra, który nerwowo poruszył się na krześle. Faktycznie jego ptaszki zamilkły jakiś czas temu z wieściami z ziem tych rodów, ale jak do tej pory myślał, że to nic poważnego ... a może jednak?

Sala Rycerska


Vaenor Waters prowadził już dłuższą i ożywioną dysputę z Ser Craigiem Caldwellem. Właściwie to trudno byłoby, któremukolwiek z nich powiedzieć od czego się zaczęło, ale dyskusja o wszystkim i o niczym była fascynująca. Może powodem była pusta butelka Ginu stojąca między nimi. W całej hali rozstawiono już stoły, krzątała się służba, Przy niektórych stołach siedzieli wcześni weselnicy. Vaenor przyszedł tu na początek sprawdzić akustykę, zrobić małą próbę. Przypadkiem natknął się na Caldwella, który jeszcze raz sprawdził salę pod względem bezpieczeństwa, a także dla zabicia czasu postanowił pokrążyć po zamku.

-Rum z Volantis ... tak rum z Volantis. Zdecydowanie - powiedział rozmażony Ser Craig

-Dornijska Grappa - odpowiedział bard Waters i chciał natychmiast coś dodać, gdy ich dysputa została przerwana przez dwa upadające na podłogę krzesła. Dwóch starszych rycerzy, jeden zaprzysiężony Tarbeckom a drugi Presterom podnieśli się ze swoich miejsc, łapiąc rękami za rękojeść swoich mieczy. Nie zostały one wyciągnięte, ale łatwo było zauważyć, że wystarczyła jedna iskra

-Powtórz to zdrajco! - krzyknął rycerz Tarbecków

-Ha! Bardzo odważnie stawialiście przeciwko nam dopiero na Polu Czerwieni! Po przybyciu waszych sojuszników! -

-Zdradziliście królestwo, a ty się jeszcze tym szczycisz?! -

-Szczycę się honorem! -

Widać było, że dwaj ludzie czekali tylko na złe słowo, aby rozpocząć walkę. Zarówno Vaenor jak i Caldwell zdawali sobie sprawę, że jeżeli czegoś nie zrobią dojdzie do walki, być może rozlewu krwi, a tego by nie chcieli. 16 lat ... ktoś mógłby pomyśleć, że powinni dać sobie już z tym spokój.

Krużganek Zamkowy


Lady Mildrith spacerowała. Po części z nerwów, myślała, że drugie małżeństwo przyjmie spokojniej, chociaż nie do końca była to prawda, po części dlatego, że musiała odpocząć chwilę od babinca, w który zamieniła się jej komnata. Zwłaszcza, że część panien potrafiła tylko szczebiotać. Po pewnym czasie mogło to być męczące. Spacer ten mógł okazać się darem od bogów, gdyż zauważyła wjazd dwóch "zbrojnych" grup na dziedziniec a następnie pojawienie się zarządcy Ser Haigha. Mildrith przypatrzyła się całej grupie uważnie. Zdecydowanie nie spodobał się mężczyzna z niebieskim sokołem na tarczy. Lord Arving Fowler. Jego twarz zdradzała niechęć, ale było w nim coś dodatkowego, coś co wzbudzało w niej niepokój.

Drugi z "przywódców", człowiek z Północy o długich ciemnych włosach opadających na ramiona i niebieskich oczach, wzbudzał przyjemniejsze uczucia. Nie był specjalnie przystojny. Jednak jego uśmiech i aura jaką roztaczał, sprawiała, że można było uznać go za przyjaznego człowieka. Był potężnym, 30 letnim mężczyzną, Jego niebieskie oczy zdawały się wyłapywać każdy szczegół otoczenia. Na chwilę podniósł wzrok i popatrzył na Lady, kłaniając się jej. Dopiero po dłuższej chwili Mildrith zdała sobie sprawę, że ostatnie czasy, musiały być dobre dla rycerza. Pewnie jeszcze kilka lat temu, był tylko potężny, teraz dodatkowo doszło trochę tłuszczu. Nie był gruby, ale według niej powinien zgubić parę kilogramów. Słyszała, że ta dwójka była rycerzami turniejowymi. Nie lubili się, ale nie to przyciągnęło jej wzrok do Lorda Snowa. Przypomniała sobie opowieść pewnego najemnika, który brał udział w tłumieniu buntu Blackfyre'ów w zeszłym roku. Mówił on, że Adden Snow, wraz ze swoimi ludźmi brał udział w tej akcji. Nie to było jednak ciekawe. Bardziej interesujące było to, że żył w przyjaznych stosunkach z Bryndenem Riversem. Namiestnikiem Króla zwanym "Bloodraven". Najemnik był pod wrażeniem zdolności obu bękartów, stąd o tym wspominał. Oczywistością było, że przyjechali na turniej. Jednakże czy tylko? Poza tym ciekawiło ją, co zrobi ser Horton, z tymi dodatkowymi szlachetnymi gośćmi. Poza tym, może da się tą sytuację jakoś wykorzystać?

Baird 30-07-2016 16:21

Maester Trevyr spojrzał na lorda Simona.
- Nie mamy uszu na ich ziemiach od czasu zarazy. - Trevyr powiedział spokojnie. Maester nie chciał się teraz tłumaczyć, nie w towarzystwie Rayneów. Sojuszników nie powinien wiedzieć jak słaby jest teraz ród Seaverów.
- Niemniej teraz, gdy lord Rayne uświadomił mi jak poważna jest sytuacja na Fair Island i w Sarsfield pośpiesznie wyślę tam kilka ptaszków.-
Trevyr zrobił krótką pauzę.
- Dodatkowo obydwa rody zostały zaproszone na uroczystość weselną. Za pańskim pozwoleniem lordzie Simon chciałbym przydzielić do ich komnat zaufanych służących, gdy przybędą. Może to pomóc w szybszym zdobyciu informacji.-

Icarius 30-07-2016 18:45

Życie Seathana było niczym fala. Szybkie, intensywne i nigdy nie wiadomo gdzie ta fala zwana życiem cię wyrzuci. Teraz wylądował w domu... Był z tego powodu szczęśliwy. Był tu z woli i życzenia swego dziadka i seniora. Postarał się szybko załatać problemy jakie napotkał. Pierwszym był ojciec. Ponoć zabójcy krewnych są przeklęci a ojcowie dla synów święci. Co zrobić gdy ojciec pierwszy został przeklęty? Gdy zabił matkę? Gdy był bestią w ludzkiej skórze? Gdy w Seathanie wzbierał największy gniew.... kazano mu porzucić zemstę. Zbierać doświadczenie i szlifować umiejętności. Zostawić bestię, dać jej żyć. Usłuchał głosu swego seniora i dziada. Skierował się nie tam gdzie mógł zarówno szlifować co trzeba zgodnie z poleceniem ale i rozładować furię. Gdy był na Żelaznych wyspach wszystko wydawało się prostsze. Żyli tam wojownicy, żelaźni ludzie, łupieżcy nie znający strachu. Brali co chcieli, byli jednak na ogół sprytni na tyle... by uniknąć konsekwencji. Znalazł się u rodziny matki, w objęciach drugiego ze swych dziadków. Ten choć powątpiewał w chłopca z miękkiego kontynentu dał szansę krwi swojej krwi. Obaj nie żałowali swoich wyborów gdy żegnali się kilka lat później Seathan okazał się świetnym wojownikiem i niezrównanym dowódcą. Na tyle wprawionym by pod jego rozkazy napływali inni. Starannie wybrał tych których zabrał ze sobą do domu. Oni za swoim "Młodym Krakenem" poszliby w ogień. Był człowiekiem czynu.... a teraz przyjdzie mu stanąć na przeciw czynów innego rodzaju. Po to się jednak urodził...

Midrith była pierwszą nagrodą jaka mu przypadła. Piękna, sprytna i wiedząca czego chce. Ich pierwsza noc była upojna i drapieżna. Pod szatami pięknej Lady kryła się zupełnie inna osoba. Nie zastanawiał się gdy ich rozmowy zeszły na temat tego, że jest jego w zasadzie macochą... Byłby to problem na dłuższą metę. Był jednak człowiekiem czynu, na wyspach nauczył się brać czego pragnie. Wziął zatem życie bestii i Mildrith uczynił wybranką. Miał w dupie, że czuł jej pchnięcie w całej sprawie. On pchnął ją nie raz i nie mnożył problemów. Zadbał jedynie by Trevyr szybko zajął się sprawą. "Zgon z przyczyn naturalnych" dla pół warzywa rzecz wcale nie nadzwyczajna... Ciekawiło go jedynie kto go tak urządził wcześniej? W przypadki nie wierzył. Patrzył na dziadka Simona, Midrith, Trevyra i Hortona. Każde miało powód....
Z rozmyślań wyrwały go słowa młodego Lorda i tłumaczenia Meastera. Sam dodał co myśli.

- Musimy ocenić ich siły. Ilu mają ludzi i ilu najemników. Każdy ucierpiał w wyniku rajdów żelaznych ludzi. Trzeba zebrać aktualne informacje. Co do jednego mają rację, to jeszcze nie koniec rajdów. Mądrze byłoby powiększać i nasze siły. Dysponujemy chyba odpowiednimi środkami, ród Raynów również. Trzeba by nam jednak ludzi solidnych w mieczu i słownych.

Hawkeye 31-07-2016 11:52

-Tak, tak. Oczywiście - powiedział Lord Simon po czym zaniósł się kaszlem. Maester przypadł do niego, ale został odprawiony ruchem ręki. Ród Reyneów mógł być ich sojusznikiem, ale nie należało okazywać żadnych słabości.

-Najazdy Żelaznych Ludzi mogą być tylko przykrywką. Może jest to prawda, ale nie możemy tego stwierdzić. Lordzie Reyne, Seathanie. Posłuchajcie rady starego człowieka i potraktujcie ją jako dobrą monetę, a nie przyganę. Powinniście zawsze szykować się na najgorsze. Jeżeli nie macie racji nie stracicie nic, jeżeli zaś okaże się, że wydarzył się czarny scenariusz ... będziecie gotowi. W tym wypadku musimy myśleć, jakby ci żołnierze byli zbierani na nas. Potrzeba nam nowego zaciągu ... -

Młody Lord Castemere poruszył się nerwowo na swoim miejscu. Słowa starego Lorda nie pocieszyły go.
-Panie. Dom Reyne będzie was wspierał, jak robiliśmy to wiele razy wcześniej. Nie możemy sobie jednak pozwolić na wojnę. Korona nie patrzy na nas przychylnym wzrokiem. Mój ojciec popełnił błąd, ale to ja muszę za niego płacić - chłopak westchnął głośno

-Jeżeli potrzeba wam monet ... czy innego wsparcia udzielimy go. Nie mogę jednak posłać żołnierzy - młody Lord chciał powiedzieć coś jeszcze. Jednakże drzwi do sali otworzyły się i wszedł posłaniec, który wyszeptał parę słów Lordowi Seaverowi. Gdy skończył mówić starszy mężczyzna poprawił się na swoim miejscu.

-Do naszego zamku przybył Lord Arving Fowler i niejaki Ser Adden Snow. Będę musiał przywitać Lorda. Czy ktoś chce jeszcze coś powiedzieć? -

Cao Cao 31-07-2016 17:26

Sala Rycerska prezentowała się okazale, posprzątana i przyozdobiona girlandami kwiatów. Ser Craig Caldwell był prostym człowiekiem, nawykłym do wojaczki i podróży i zwykle takie szczegóły jak wystrój sali nie zawracały jego uwagi. Tym razem było jednak inaczej. Jego podopieczna a córka jego patrona - Ser Cleverly’ego, wychodziła po raz drugi za mąż. Na zamek przybyło sporo znacznych gości, a co za tym idzie sporo nowych, obcych osób. To oznaczało, że należało mieć oczy otwarte. Obszedł salę w której niebawem miała odbyć się uroczystość, dopilnował, za pozwoleniem Ser Hortona, by w każdej parze strażników wokół rycerskiej sali, był człowiek spod jego dowództwa.

Kiedy już obszedł całą salę i nie miał zastrzeżeń, przysiadł na jednej z szerokich ław, jakie były rozstawione na niższym poziomie, tuż przy podwyższeniu dla wyżej urodzonych gości. Nie łudził się, że znajdzie się wśród zaproszonych na godniejsze miejsca, znał swoje miejsce. Niemniej chciał pokazać swoją wartość i umiejętności w nadchodzącym turnieju. Jego giermek od samego rana dbał o konia i rynsztunek bojowy. Nalał sobie z butelki ginu do kielicha i rozmyślał nad najbliższymi godzinami, kiedy przysiadł się do niego bard - Vaenor Waters - bękart. Bękart bo bękart, ale lubił go, nie żeby mu ufał co to to nie. Miał za długi język, ale znał też dobre powiedzenie na taką okazję Caldwell. “Niejeden już sobie swoim przydługawym jęzorem, własne gardło poderżnął” - tym bardziej, że Waters pilnował pewnego interesu, w którym Craig miał swój udział. Czekał co też ciekawego powie mu muzykant.

Bard rzucił instrument na jedną z ław. Rozejrzał się dookoła, wszędzie biegała służba, przeganiali się z miejsca na miejsce, atmosfera robiła się naprawdę nerwowa. Jednak, Waters był spokojny, naprawdę rzadko, było widać po nim stres. Tym razem, jednak zachowywał się troszkę inaczej, był bardziej zaangażowany w to wszystko.

- Ser Craig, miło zobaczyć twarz, kogoś przyjaźnie nastawionego, oraz nie ogarniętego tym całym szaleństwem - Bard pochylił głowę - To naprawdę niezwykłe, ale dzisiejsza uroczystość, sprawia niezwykłe wrażenie. Tylu wielkich ludzi, a po środku tego, małżeństwo. - Sięgnął kielich od jednej z przechodzących służek - Nie mniej, to wielki dzień dla naszego domu, Ser Craigu. - podstawił swój kielich - Można? To zabawne, ale małżeństwa, to także doskonała okazja, do spotkania z ludźmi, z którymi na co dzień nie chcemy rozmawiać. Każdy ma własny interes, a dzisiaj wszyscy powinni się do siebie uśmiechać, a młodej parze, życzyć będą szczęście. Przez zęby zaś wypluwać będą jad. Wspaniała okazja...

Rycerz pociągnał spory haust z kielicha, orzeźwiający smak ginu rozlał się na jego podniebieniu. - Zaiste, wspaniała okazja - choć ton jego głosu wcale nie podzielał entuzjazmu barda. - Rozumiem, że występujesz dzisiaj? Tylko bez bezeceństw, bo Cię Ser Horton wybatożyć każę, cała ta uroczystość to jego oczko w głowie. Wiesz o tym? - zapytał patrzac na barda znad kielicha.

Bard po skosztowaniu trunku, wykrzywił się. Nie, żeby nie lubił, ale miał kiepską głowę do alkoholu. Przeszedł spojrzeniem z napoju, na rozmówcę.
- Wszystko jest rozplanowane… Dobrze wiesz, że jestem sługą. Pan nakazuje, ja tylko wykonuje. Nie zrobię niczego, co może nam zaszkodzić… Przynajmniej, nie specjalnie - po ostatnich słowach, obdarzył go uśmiechem, nie był złośliwy, raczej bezradny
- Zawsze wolałem wiejskie zabawy, człowiek nie czuł się tak… wyobcowany… Byłeś kiedyś na wiejskim ślubie, Panie?

- Byłem na paru ślubach, nawet tych zamorskich. W Volantis czy Braavos wygląda to trochę inaczej - ziewnął i rozciągnął potężne ramiona - bywałem też na wiejskich weselach, choć dla niektórych to powód bardziej do wstydu, niżeli dumy. Widziałem też już jeden ślub naszej Pani, teraz będę widział drugi… obym nie musiał oglądać trzeciego - zaśmiał się cicho - A wracając do ciekawszych rzeczy Waters, jak idzie interes?

- Mówi się, do trzech razy sztuka, Ser. - Uśmiechnął się pod nosem. - Interes? Ahh.. Widzę, że nie odwiedziłeś jeszcze, naszego skarbu, prawda? To pytanie, możesz zadać zaraz po tym, jak poznasz naszą nową atrakcje. Muszelka… Nie słyszałeś pieśni, o rycerzu i dwóch kopiach? - Był wyraźnie zaskoczony, myślał że wystarczająco rozpowiadał o tym na zamku.
- Jeśli same takie skarby byśmy mieli, moglibyśmy mówić, że Aegon Zdobywca, podbił Westeros, tylko po to, by móc osobiście, sprawdzić te pogłoski. Taki to skarb! - Kiedy o tym mówił, wydawał się nad wyraz dumny.

- Nie rozpędzaj się bardzie… nie rozpędzaj. Nadmierne popadanie w zachwyt nie służy zachowywaniu obiektywności, a to źle robi interesom. Nie chciałbyś źle robić naszym interesom, prawda? - zapytał raczej retorycznie, bo zaraz kontynuował wypowiedź. - A pieśń słyszałem - zaśmiał się już pogodniej - nie omieszkam sprawdzić czy nie przesadziłeś. Tylko cały ten zamęt z weselem musi się zakończyć. Kto wie, może uda mi się godnie stawić w turnieju i coś grosza wpadnie. Jednak nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Cóż tam jeszcze ciekawego usłyszałeś? Jacyś znaczniejsi rycerze zjechali jeszcze dzisiaj?

Bard już myślami liczył monety, jakie można zdobyć podczas turnieju
- Hej! Może by tak, posłać co do lepszych, nasze panienki? Z winem, z czymś mocniejszym, jutro kopia niepewna by była, a my, rach ciach i mamy pieniądze! - Promieniał kiedy o tym mówił
- Wiem, że honor i tak dalej, ale pomyśl, mój Panie. Szczere złoto, a to ich sprawa, co piją, tyś masz siłę, masz doświadczenie ale i trzeźwy umysł! Toż to okazja!

Odstawił z impetem kielich na blat drewnianego, masywnego stołu, aż brzdęknął metal. - Głupiś - warknął - Czy Ty myślisz, że co znaczniejsi nie mają ze sobą niewiast? Mają? A reszta stroni od podobnych uciech przed turniejem. Ci są właśnie groźni, Ci co robią inaczej, odpadną w pierwszych szrankach. Poza tym, nie zapędzaj się z tym My, chłystku. Znaj swoje miejsce, jak ja znam swoje i wszyscy będziemy zadowoleni. I ja i Ty, bardzie - widać było, że propozycja artysty zepsuła mu trochę humor. Zmienił temat: - Opowiadaj lepiej, o czym śpiewać dzisiaj będziesz?

Bard był wyraźnie zaskoczony, jego pomysł był genialny! Dlaczego, Ci “wielcy” zawsze unoszą się, jakimiś dziwnymi wartościami.
- Może i mają dziewki, ale nie naszą muszelkę.... - dopowiedział, raczej do siebie, aniżeli rozmówcy. Nie lubił, kiedy ktoś obrażał jego dzieło.
- Jak mówisz Panie, tak będzie. Nie mnie dyskutować o tym, to tylko propozycja. Nie mniej, jeśli będziesz… Nie, wybacz. - Bard uważnie przyjrzał się rozmówcy
- To nie moja drużyna, dobry Panie. Ja, mam wyraźne wskazówki, co mam odegrać. Reszta, to sprowadzona, ja tylko wspieram. Nie mniej, jeśli dostanę szanse, to mam coś przygotowane. Głównie, jednak głowi mnie, przedstawienie. Mam nadzieje, że wszyscy zrozumieją… - spojrzał na swój kielich, jakby uciekał z niepewności.

- Zrozumieją? Ja nie bardzo rozumiem, co masz na myśli? - odpowiedział bardowi nieco skonfundowany.
- Ehhh… Mam wskazówki, od zarządcy. Przepraszam Panie, dowiesz się podczas przedstawienia. Służba, dla mnie to pierwszyzna…

- Skoro Ser Horton dał Ci jakieś wskazówki, znaczy, że rozsądnie będzie. Oby… oby rodzina Cleverl’ych, nie poczuła się obrażona… bo to bardzo wrażliwi na swoim punkcie ludzie. Tak tylko mówię - przechylił kielich w stronę barda. - Rozumiesz? - uśmiechnął się jakby właśnie opowiedział niezły dowcip, a nie zakamuflowaną groźbę. - A jak nasz poczciwy maester się miewa? Widziałem, jak krzątał się przy przygotowaniach - stwierdził oczywisty fakt.

Bard przełknął ślinę. - Ano, słyszałem. Dlatego, też postanowiłem, nawiązać do nich, w taki dyskretny sposób, to znaczy… Przedstawić coś, co powinno im się spodobać. Może, nie jestem szlachetnie urodzony, ale rozumiem ich podstawę, mimo że się z tym nie zgadzam. - bard popił, coś nie szło mu to dzisiaj.
- Ojciec, jak to ojciec. Pojawia się wszędzie tam, gdzie jest najmniej spodziewany. - po tych słowach, spojrzał pod stół
- Sam jest zakręcony, jak gdyby sam miał dzisiaj ślubować. Zależy mu, na tym.. sam się zastanawiam, dlaczego…

- Maestrzy już tak mają - rzucił setencjonalnie - zależy im na wielu sprawach. W wielu sprawach biorą udział i o wielu sprawach wiedzą sporo. Więcej, niż niektórzy by chcieli by wiedzieli… ale co poradzić - podniósł ze stołu flaszkę ginu i rozlał resztę sobie i bardowi: - Zdrowie młodej pary, bardzie. Oby im się…

Przy toaście, minstrel podniósł się. - Oby im się… powodziło, to najważniejsze, dobry Panie. Reszta przetrwa, jeśli tylko...Dadzą rade, nie ma co wątpić. - Pociągnął z kielicha
- I za ten turniej… Niech wygra… najlepszy! - dokończył z powagą

- Za to wypiję - uniósł kielich i dodał sobie w duchu - “obym to był ja”. Nagroda była niebanalnie wysoka, a jemu samemu zależało na niej bardziej niż chciał przyznać. Lubił złoto i wygodne życie, ale lubił też prestiż, jaki dawało wygranie takich zawodów. Miał na głowie jeszcze komfort i bezpieczeństwo lady Mildreth. Postanowił, że zajdzie jeszcze do niej na dosłownie parę słów przed pójściem się przebrać.

Icarius 31-07-2016 21:27

-Dziękuję my za naukę- uśmiechnął się do dziadka Seathan gdy ten wychodził. Pod słowami powiększania sił miał na myśli zaciąg tradycyjny jak i najemników. Mówiąc o środkach miał na myśli złoto którego im nie brakowało. Dziadek natomiast wykorzystał ten moment by dalej go uczyć. Przywykł do tego, nawet go to cieszyło. Nie ważne czy senior mówił o rzeczach które Seathan już wiedział czy nie. Zawsze przyjmował jego rady z pokorą. Gdy senior rodu opuścił salę. Zwrócił się Malwyna.

- Lordzie Rayne pozostaje nam posłuchać rady Lorda Simona. Mamy odpowiednie środki jak wspomniałem i możemy prowadzić zaciągi. Uczyń tak samo, gdyby zagrożenia okazało się realne. Czy to ze strony żelaznych ludzi czy z innej. Będziemy wspólnie gotowi i razem stawimy czoła zagrożeniu. - po tych słowach wzniósł kielich i uczynił krótki toast.

-Za nasze rody żyjące w wiecznej przyjaźni i sojuszu. - po wypiciu z toastu. Jeśli Rayne nie miał nic do powiedzenia Seathan wykręcił się przygotowaniami do ślubu i opuścił komnatę. Dyskretnie skinął głową Trevyrowi, by podążył za nim.

merill 31-07-2016 21:51

Sala Rycerska, Ser Craig Caldwell, Vaenor Waters,
 
Przewracane krzesła i chrzęst kolczug, szybko wyrwały z rozmowy Caldwella. Odstawił kielich i przerwał rozmowę z bardem. Rycerz podniósł swoją postawną figurę, poprawiając pochwę z długim mieczem na plecach. Sporych rozmiarów rękojeść wystawała zza jego lewego ramienia. Stare spory wróciły, mimo szesnastu lat, rebelia Blackfyrów, nadal rozpalała umysły. Niejednokrotnie umysły tych, którzy w tamtych czasach mieli zaledwie mleko pod nosem. W to Ser Craig Caldwell nie zamierzał wnikać. Z chrzęstem zbroi ruszył ku trzymającym się za rękojeści żelaz rycerzom.

- Szlachetnie urodzeni - zaczął spokojnie, głosem opanowanym ale chłodnym - turniej jest jutro. Nie godzi się to na chwilę przed tak zacną uroczystością, spokój zakłócać. Tym bardziej, że jesteście wszyscy gośćmi Lorda Seavera. Sam władca Zachodnich Krain zjechał na ten ślub, a Panom się bitki zachciewa? Oj nie spodoba się to głowie rodu Lannisterów, że o naszym Panu nie wspomnę - obserwował uważnie obu rycerzy i ich reakcję na jego słowa.

Rycerze nie słuchali słów Craiga, wpatrując się w siebie z nienawiścią w oczach. Jedynie wspomnienie o Namiestniku Zachodu sprawiło, że miecze pozostały w pochwach. Jednakże atmosferę nadal dało się kroić nożem.
- Cóż to Ser, czyżbyś stawał w obronie zdrajcy?- zapytał rycerz Tarbecków zajadle
- Właśnie Ser, miałem o to samo zapytać … - dodał drugi z przeciwników, nie spuszczając wzroku z obiektu swojej nienawiści.

Bard nie chciał interweniować, jednak sytuacja wyglądała naprawdę źle.
- Możni Panowie! - Bard pochylił się teatralnie - Jesteśmy tutaj, ze względu na małżeństwo, wątpię byście wielcy Panowie, chcieli rozlewu krwi, na tutejszej uroczystości. Zostaliście zaproszeni, jako przyjaciele rodziny. Ser Craig, prosił was, o uszanowanie miejsca jak i czasu. To co wydarzyło się kiedyś, już minęło. Dzisiaj kształtujemy jedynie przyszłość, a niszczyć przyszłość przez coś, na co młoda para nie miała wpływu, jest sporym nietaktem. Wydaje mi się, że dzisiaj będzie dzień szczególny, możni Panowie, jeno błagam o cierpliwość i wzajemny szacunek - Nie spoglądał na nich, mówił ze wzrokiem skierowanym w podłogę.

Słowa barda miały zaskakujący wpływ na obu rycerzy. Nagle jakby oprzytomnieli i popatrzyli po sobie. Mowa ich ciała wyraźnie wskazywała na to, że odeszła im chęć do awantur czy burd. Pozostawała sprawa niesmaku, gdy pod dachem, pod którym miało odbyć się wesele, nie doszło niemalże do burdy. Ręce rycerzy odeszły od mieczy, dalej stali jednak wyprostowani, nie wiedząc jak z twarzą zakończyć ten mały wybuch złości.

- Dzisiejszy dzień to dzień wesela. Dlatego też zapraszam na kielich ginu, a potem myślę, że zarówno Wy Panowie, jak i cała reszta będzie musiała przygotować się do uroczystości. - wskazał dłonią stół przy którym siedział wcześniej z bardem. Wzrokiem przywołał służkę, która uprzątnęła i postawiła świeże naczynia. - Dacie się zaprosić? Spory sprzed lat zostawmy na później - czekał na reakcję rycerzy.

Waters i tak wplątał się w te sprawę, nie miał zamiaru przebywać tutaj dłużej. Co jak co, ale lubił mieć spokój, i o ile, znał Caldwella już jakiś czas, to nie miał ochoty poznawać tej dwójki. Bard podniósł swój instrument, po czym powiedział
- Szanowni Państwo, pora mi wracać do obowiązków. To zaszczyt, było was poznać. - Pochylił się grzecznie, po czym odwrócił szybko na pięcie. Zapewne, Ser Horton, będzie chciał się dowiedzieć o tym incydencie. Nim odszedł, chwycił jeszcze swój kielich, opróżniając go na szybko. Po czym, ciężkim krokiem ruszył w stronę wieży mieszkalnej, zarządcy.

Rycerze ruszyli za Ser Craig’iem ku wskazanym miejscom. Atmosfera jednak nie zachęcała do dłuższej rozmowy czy popijawy. Zresztą na tą ostatnią, Caldwell nie za bardzo miał czas. Musiał jeszcze odwiedzić swojego seniora i przygotować się do wesela. Wymienił więc tylko z nimi kilka grzecznościowych formułek i wychyliwszy kielich czy dwa, pożegnał się z nimi. Ruszył w kierunku dziedzińca.

Baird 31-07-2016 23:52

Maester Trevyr odprowadził Seathana do jego komnaty. Była najwyższa pora by młody lord zaczął przygotowywać się do tej jakże ważnej uroczystości.
- Nie martw się Seathanie. Jeśli bogowie pozwolą to niedługo otrzymamy wieści od pierwszych ptaszków. Nie chciałem tego mówić przy lordzie Rayne, ale brak nam ludzi nie tylko jeśli chodzi o miecze. Zaraza nie oszczędzała nikogo. Jeśli szykujemy się na wojnę sami żołnierze nie wystarczą, potrzeba nam będzie zapasów, a mamy braki jeśli chodzi o ręce do pracy.- Trevyr stanął przed drzwiami do komnaty Seathana.- Tym jednak będziemy się jutro martwić. Dziś masz inne problemy na głowie lordzie.-
Maester pożegnał się z Seathanem i ruszył do kuźni.

Asenat 01-08-2016 18:38

Kiedyś uznałaby uśmiech Uśmiechniętego Wilka za wart grzechu. Kiedyś Snow zapewne bardziej przypominał smukłego wilkora, a mniej niedźwiedzia, który zaczął porastać sadłem na zimę. Kiedyś Mildrith Cleverly nie znała Seathana Seavera, który swoją samą obecnością rozgrzewał jej serce każdego dnia, a nocami nie odpoczywał bynajmniej, tylko innym częściom jej ciała poświęcał uwagę...

... Uśmiechnięty Wilk został trafiony z krużganku najpiękniejszym z uśmiechów, w które bogowie wyposażyli Mildrith. Jedna marmurowo biała i smukła rączka przyszłej pani Seaver wsparła się wdzięcznie o kolumnę podtrzymującą sklepienie podcieni, druga spoczęła na panieńsko skromnym naszyjniku ze srebra i kryształów, wachlarze poczernionych rzęs przykryły wstydliwie oczy i dziewczyna wycofała się z szelestem miękkich aksamitów w mrok krużganków.

I tylko ktoś, kto znał przyszłą małżonkę dziedzica Reaver Rest bardzo dobrze, ktoś, kto ją znał gdy była jeszcze panną Cleverly, pogardzaną i wytykaną palcami przez większość tej szlachty, która zjechała tu na jej wesele i niebawem zgotuje jej życzenia pełne fałszywej życzliwości i ciepła – tylko ktoś taki nie zdziwiłby się teraz, gdyby ją spotkał. Smukła, zwiewna i zazwyczaj promienijąca wdziękiem i naturalną elegancją Milly maszerowała korytarzem raźno jak zbrojna piechota do bitwa, aż szamerowane srebrną nicią brzegi sukni kipiały jak bałwany na fali przyboju. Smukłe dłonie w rozszerzanych rękawach zaciskały się w pięści wielkości dzikich jabłek.

Po chwili gromkie trzaśnięcie oznajmiło, że pani dotarła do swych komnat. Zastała w nich Alssę, córkę kowala, przymierzającą przed jej lustrem, jeden z jej naszyjników. I nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby dziewczyna nie trzymała go przed skromnymi piersiami, bojąc się nawet położyć ujętych w złote rozety ametystów na swojej skórze. Na widok Mildrith podskoczyła spłoszona i zaczęła tłumaczyć się tak niezbornie i tak nieskładnie, że aż żal było patrzeć. Milly westchnęła w duchu. Sama była sobie winna. Swoje służki oddała Hortonowi do dyspozycji na czas ślubu i wesela, gości było mnogo i wszędzie brakowało służby, zwłaszcze tej co potrafi coś więcej niż wydukać "szla-lalalalalla-chetna pani"... a Mildrith w odróżnieniu od większości wysoko urodzonych , potrafiła się ubrać i uczesać sama. Od rozdziewania zaś miała Seathana, niebawem pana męża.
- Przestań dukać, dziecino – rzekła łagodnie do Alssy i pogładziła ją po policzku białą dłonią pachnącą subtelnie jaśminem. - Nic się nie stało. Ciebie też musimy godnie przyodziać, wszyscyśmy o tym zapomnieli. Poszukam ci czegoś. A ty nalej mi cydru i pobiegnij po Vaenora.
- Pani chce muzyki posłuchać? - wyszeptała Alssa ze wzrokiem wbitym w podłogę.
- O tak. Lubię Vaenora gdzieś wyprawić... a potem posłuchać, co nowego śpiewa, jak wróci.

Nie dodała, że bękart zawdzięcza otwarte drzwi Reaver Rest bardziej noszonym wieściom niż swoim piosnkom. Takich, co tylko rzępolić potrafili, to po spelunkach i dworach Siedmiu Królestw było na pęczki. Zaś w domu Mildrith Seaver ostać się mógł tylko ten, kto był przydatny.

Fyrskar 02-08-2016 20:59

2 Miesiąc 212 roku AL
Ziemie zachodnie
Reaver’s Rest


- Kłopoty? - zapytał po cichu Decimer, gdy wszystkie oczy zwróciły się w stronę Burgrabiego. Horton pokręcił powoli głową. Raczej kolejny obowiązek na jego głowie. Pomimo przydzielenia większości zadań różnym podwykonawcom, był zmuszony kontrolować niemal wszystko i podejmować decyzje w ich imieniu. Wyglądało na to, że trzeba będzie dołożyć kilka krzeseł do stołu na podwyższeniu. Szczęśliwie po bokach znajdzie się wystarczająco miejsca na dodatkowe miejsca, przy głównej części stołu też. Haigh na szybko dokonał w głowie przemeblowania Sali Rycerskiej i dołożył po krześle w głównej części stołu. Na to po prawej przesadził Eleanor, tym samym przybliżając wszystkich po tamtej stronie o jedno miejsce w prawo, po drugiej zaś stronie ulokował Fowlera. W lewym rzędzie dodał dwa krzesła, tym samym Snow i jego wysoko urodzony giermek siedzieli u szczytu tego skrzydła. Po prawej dorzucił jedno, tym samym sadzając Tartha i Manderly’ego u jego końca. Zanotował sobie w głowie, żeby to było pierwsze, co każe zrobić służącym zajmującym się biesiadną halą.

- Lordzie Fowler - zarządca skinął głową władcy Skyreach, po czym zaadresował ten sam gest do Uśmiechniętego Wilka. Bękart był bratem lorda Berona, a jego ojcem musiał być zmarły lord Brandon. - Ser. Jestem ser Horton Haigh. Mam przyjemność być szwagrem pana młodego i zarządcą Reaver’s Rest. Sprawiliście nam swoją szlachetną obecnością miłą niespodziankę. Słudzy zajmą się waszymi wierzchowcami i zaprowadzą was do komnat w których będziecie mogli odpocząc po podróży. - Wydawało mu się, że kątem oka zauważył pannę młodą na krużganku, ale nie miał czasu, żeby to sprawdzić. - Być może zechcielibyście zaszczycić swoją obecnością turniej z okazji zaślubin? W takiej sytuacji rozkażę mistrzowi gier uzupełnienie listy o wasze nazwiska.

Fowler zaszczycił ser Hortona, krótkim spojrzeniem, jakby sprawdzając z kim ma do czynienia. Burgrabia zanotował sobie w myślach niechęć na twarzy Lorda
- Dziękuję. Oczywiście, że przybyłem tutaj … a jak się okazuje Lord Snow - ostatnie słowa wypowiedziane były z taką dozą ironii, że nawet młody giermek wymienionego skrzywił się. Ten jednak posłał tylko szeroki uśmiech swojemu “przeciwnikowi” i ukłonił się.

- Lord Fowler, jest dla mnie aż nazbyt miły. Wystarczy Ser Snow … lub ten bękart, jak zapewne wolisz mnie nazywać - w słowach rycerzach słychać było ciężki Północny akcent, aczkolwiek przytłumiony przez wymowę z Krainy Burzy.

Tym razem Arving powstrzymał się przed odpowiedzią. Zwracając swoją uwagę na ser Hortona.
-Dziękuję za przywitanie. Czy mógłbym udać się gdzieś na spoczynek? Chciałem przygotować się przed ucztą-

Adden przyglądał się wymianie zdań, ze spokojem. Gdy jednak Fowler skończył mówić odezwał się
-Jestem zaszczycony, że mogę tu przybywać. Mam nadzieję wziąć udział w jutrzejszym turnieju. Ser Hortonie, nie chciałbym być dla was zbyt dużym obciążeniem. Na polu czeka kilku moich ludzi, gdybyście byli tak mili, aby ktoś z waszych ludzi pokazał im odpowiednie miejsce rozłożą oni namioty moje i moich kompanów -

- Oczywiście. Lordzie Fowler, obecny tutaj Ser Decimer zaprowadzi cię do jednej z gotowych komnat. - Horton wskazał na Appletona i wyszptał do niego, nim odszedł: - Zaprowadź go do tej komnaty, którą zostawiliśmy gotową na wypadek, gdyby zjawił się niespodziewany gość. - Haigh zawahał się na chwilę. Miał tylko jedną gotową wolną sypialnię. - Ser Snow, czy tobie i twoim towarzyszom odpowiadałaby sypialnia w mojej prywatnej wieży? Jest tam nieco ciszej niż w pozostałej części zamku, a jedynymi bliskimi sąsiadami w tej kwaterze byłbym ja, moja żona i jej urocze dwórki. Nie chciałbym, żebyście czekali, aż służący uprzątną jakąś starą sypialnie w zapomnianej części zamku z pajęczyn. - Uśmiechnął się łagodnie do rycerza. Appleton może spać w głównej sali na parterze, a jego żona wraz z pozostałymi służkami, a w ich pokojach zamieszkałby Uśmiechnięty Wilk i jego szlachetnie urodzeni towarzysze. Zerknął, czy Marq Charlton jest w okolicy. Jeśli Adden się zgodzi, to Horton wyśle go do wieży, żeby powiadomić służących. Poza tym, Haigh odnotował koleją konieczną zmianę w rozsadzeniu w biesiadnej sali. Snow i Fowler nie mogą siedzieć blisko siebie. Pomodlił się w myślach do Siedmiu, żeby rodzina panny młodej nie uraziła bękarta.

- Dziękuję - powiedział Lord Arving - Ser … Appleton … tak … jeżeli pan zechce - widać było, że Dornijczyk miał problem ze spamiętaniem imion. Jednakże dowódca zbrojnych skinął głową i wskazał mu kierunek. Grupa południowców zniknęła pozostawiając na dziedzincu zarządcę, wraz z bardziej kolorową kompanią.

-Ser Hortonie, robisz mi wielki zaszczyt tą propozycją. Nie chciałbym się narzucać i równie dobrze mogę spać w namiocie. Jestem przyzwyczajony do … mniejszych wygód - po raz pierwszy uśmiech znikł z twarzy bękarta Starków, aby jednak po chwili powrócić na nią.

- Jednakże, jeżeli nie będzie to panu Ser sprawiało kłopotu, chętnie skorzystam z komnat. Mój młody towarzysz - mówiąc to wskazał na swojego giermka - Nie miał jeszcze zbyt wielu okazji uczestniczyć w ślubach, warto więc aby mógł skorzystać z pewnych wygód -

- W ramach wdzięczności za ten gest, proszę przyjąć mały podarek - bękart odwrócił się w swoim siodle i skinął głową Tarthowi, który wyciągnął z sakwy, jakąś butelkę, została ona najpierw podana Snowi, a następnie przekazana przez niego Haighowi. Widniały na niej napisy w języku Volantis. Był to z pewnością alkohol ... kolorowy alkohol. Jak wiedzieli darczyńca i sprzedawca trunku, przyprawiony volanteński rum.

- Dziękuję - Haigh uśmiechnął się do gości. - Proszę za mną, zaprowadzę was na miejsce - powiedział, po czym szturchnął lekko sługę: - Daj im znać, że będziemy mieli gości. Przygotujcie pokój i wszystko inne - wyszeptał i wskazał ręką w stronę Wieży Rzecznej. Poczekał, aż rycerze przygotują się i ruszył poprowadzić ich do celu. - Twoi ludzie też niech pójdą z nami. Na parterze wieży znajduje się wspólna sala, w której ich przenocujemy.

W odpowiedzi rycerz skinął głową.
- W takim razie prowadź Ser - wierzchowce grupy zostały przekazane słudze, który pojawił się na dziedzińcu. Z sakw zabrano kilka najbardziej potrzebnych rzeczy, a po chwili wszyscy ruszyli za zarządcą zamku

- Co sprowadza was w te strony, ser? - Horton zwolnił nieco. Nie zawadzi nieco lepiej poznać Uśmiechniętego Wilka, poza tym lepiej dać odrobinę więcej czasu sługom na przygotowanie sypialni.

- Po części turniej. Po drugie … w domu jest trochę napięta atmosfera. Wolę się odsunąć od wielkiej polityki. Mam paru przyjaciół na Południu, akurat podróżowałem do Królewskiej Przystani, gdy dowiedziałem się o turnieju. Być może to moja słabość, ale musiałem tu przyjechać. A czy wy Ser, bierzecie udział w turnieju? -

- Pozwoliłem sobie na tę przyjemność, choć wątpię, bym dał radę wysadzić was z siodła. O to nie musicie się bać, ser. - Zaśmiał się. - Myślę, że wraz z lordem Fowlerem jesteście w tej chwili faworytami. Manfryd Farman i Walderan Marband raczej nie dzierżą kopii tak pewnie jak kiedyś. Drugi syn Farmana, Cletus i Reynard Tarbeck są z kolei młodzi i znani na zachodzie, ale wciąż brak im doświadczenia. Dziedzic Feastfires, Gylbert Prester często wstępuje w szranki, mam jednak wrażenie, że dość łatwo żegna się ze swoim siodłem. Obawiam się, że ten turniej nie będzie wielkim wyzwaniem.

Snow wzruszył ramionami.
-Zawsze można znaleźć jakieś wyzwanie. Poza tym turnieje mają to do siebie, że potrafią być nieprzewidywalne. Gdyby zaś Ser chciał, mogę spróbować przekazać jakieś drobne rady. Może pomogą przy kolejnych turniejach -

- Byłbym zaszczycony, mogąc wysłuchać rad tak znanego rycerza. - Haigh uśmiechnął się w duchu. - Proponuję, żebyście zobaczyli sypialnię, a kiedy już to uczynicie, szlachetni panowie, zapraszam do pokoju gościnnego piętro wyżej. Udzielisz mi paru rad, ser, a przy okazji odpoczniecie chwilę przy złotym arborskim. - Horton postanowił przy okazji, że przedstawi Snowa swojej żonie. Alerie może żyła po części pomiędzy stronicami baśni i słowami rycerskich ballad, ale znała ze słyszenia większość wielkich rycerzy Westeros i taki gość w ich domu powinien ją ucieszyć. - Niestety, zapewne będę musiał was szybko opuścić. Obawiam się, że obowiązki mi nie dopuszczą. - Wzruszył ramionami przepraszająco.

Złapał przebiegającego sługę.
- Poinformuj lorda Simona o naszych nowych gościach.









Horton musiał przyznać, że bękart był nie tylko wielkim rycerzem, ale też przyjemnym rozmówcą. Zarządca nie był być może tak podekscytowany wizytą sławnego gościa jak Alerie, która wsłuchiwała się w to, co Snow mówił niczym dziewczynka, której dziadek opowiadał bajkę, ale zawarcie jakieś silniejszej znajomości z kimś o klasie i sławie Uśmiechniętego Wilka to same korzyści. Adden był bez wątpienia kurtuazyjny i bardzo uprzejmy, a co najważniejsze, szczery. Tarth również gadał dużo, starając się uzupełniać wszystko, co mówił Snow. Był niegłupi i dysponował całkiem godną wiedzą. O wiele mniej mówił Manderly, czsami jedynie wrzucając pomiędzy zdania bardziej aktywnych kompanów komentarz. Velaryon siedział cicho i słuchał uważnie. Ja jako giermiek mówiłem więcej, pomyślał Horton.

Haigh nie ryzykował narzucania się. Porozmawiali o bitwie na Polu Czerwonej Trawy, o tym, że zarówno Snow i zarządca, jak i Tarth zostali po niej pasowani na rycerzy. Porozmawiali o religii - Adden wyznawał Siedmiu, w innej sytuacji nie mógłby być pasowany - oraz o Baratheonach, zmarłym lordzie i jego synu Lyonelu, Roześmianej Burzy, który przyjaźnił się z Uśmiechniętym Wilkiem. Zarządca uraczył gości winem i tak to trwało przez jakiś czas, dopóki Horton, choć nie był z tego powodu zadowolony, był zmuszony ruszyć dopiąć ostatnie sprawy przed śubem i weselem. Wezwał służki, żeby pomogły dobrać Alerie suknie i kiedy jego żona znikła piętro wyżej, pożegnał się z gośćmi i zszedł na dół. Główna sala była pełna - oprócz towarzyszy Snow nie przywiódł wielu ludzi, ale i tak na parterze zrobiło się tłoczno. Appleton jeszcze nie wrócił. Zarządca nakazał słudze powiedzieć rycerzowi, jak wygląda sytuacja.









Horton wyszedł przed budynek i odetchnął. Był usatysfakcjonowany rozmową ze Snowem, znajomość, choćby przelotna z takim jak ona to korzystna rzecz. Pogładził brodę i rozejrzał się po dziedzińcu. Alerie dobierze suknie, a Uśmiechnięty Wilk z towarzyszami odpoczną.trochę. Pozostawało liczyć, że Fowler jest zadowolony z komnaty i Appleton niczego nie spieprzył. Rozejrzał się dookoła. Dzień był gorący, ale kilba kłębów chmur przesłoniło na chwilę jasny słoneczny krąg. Na horyzoncie jest ich chyba więcej, pomyślał, wpatrując się w niebo. Noc powinna być chłodna. Chciał spuścić wzrok, ale zauważył krzątaninę nad wieżą bramną. Sokół dopadł rybitwę, która resztkami sił próbowała uniknąć jego objęć. Bezskutecznie. Horton obejrzał wątpliwej jakości spektakl w wykonaniu przyrody, ale gdy walka była już przegrana, zmrużył oczy i rozejrzał się dookoła, przeganiając mrugnięciami widmowe plamy światła.

- Marq! - złapał za krawędź wamsu próbującego przemknąć się obok giermka. Charlton stracił równowagę i wpadł na zarządcę. Haigh ustawił go do pionu i stzrelił w ucho. - Gdzie się wybierasz? Mamy jeszcze sporo do zrobienia, chłopcze. Czy wszyscy lordowie już przyjechali na miejsce?

Giermek wyprostował się, odzyskując zarówno równowagę jak i orientację.
- Tak panie. Wszyscy ważni goście, są już na miejscu. Ja właśnie biegłem poinformować ochmistrza o konieczności otworzenia beczki wina-

- Jak cię znam, to spóbowałbyś wychlać połowę kadzi za jego plecami. - Horton zrobił kwaśną minę. - Biegnij. Ale jeśli złapiesz się za kielich przed weselem, to tak pacnę cię w ucho, że dolecisz do Dorne. I dowiedz się przy okazji, czy Fowlerowi pasują jego komnaty.

Podrapał się po karku. Musiał jeszcze sprawdzić kuchnię. Chciał mieć pewność, czy wszystko trafiło ze spiżarni na miejsce i czy wszystko będzie gotowe. Salę Rycerską też musi obejrzeć, a poza tym porozmawiać z Mildreth i Seathanem, ale to wszystko za chwilę. Najpierw musi dowiedzieć się, czy sept jest gotowy na ślub. Miał nadzieję, że Wendel nie zmarł z przejęcia.








Kaplica była przystrojona girlandami małych kwiatów, spleconymi przez córki mieszkańców zamku pod okiem ich matek. Piach i kurz został wymieciony zarówno ze środka, jak i sprzed kamiennego budynku, ale dookoła wciąż kręciło się kilku służących z miotłami. Przepuścił w drzwiach parę pachołków z dodatkową ławą, choć tamci dwaj uparcie chcieli, by wejście do środka odbyło się w innej kolejności, po czym przekroczył próg.

Kaplica jest za mała jak na tylu gości, pomyślał zarządca. Nie był zachwycony z tego powodu. Może upchniemy tutaj jakoś wszystkich gości z pdowyższenia bez konieczności obejmowania się wzajemnie, ale nic poza tym. Paskudnie. Farmanowie nie powstrzymają się przed komentarzami, ale najgorsze było to, że będą mieli rację. Trzeba było zorganizować ślub we wiosce. Prostaczkowie mieliby widowisko, można by było rzucić im parę monet i zorganizować jakiś kondukt konny w jedną i drugą stronę. Elegancko i wygodnie. Zarządca pokręcił głową. Mógł nie zostawiać decyzji innym.

- Wendel! - Zawołał. Kapliczka była tak mała, że nawet echo donośnego głosu Haigha wydawało się jakieś karłowate. - Mój świątobliwy druhu! Jak tam przygotowania do ślubu, do celebracji, do wielkiego zaprzysiężenia dwojga przeznaczonych sobie w imię Siedmiu? Odwróć głowę od tego zwierciadła, piękniejszy już niestety nie będziesz.

- Panie? Zaskoczyłeś mnie niespodziewaną wizytą. - Odwiedziny zarządcy wybiły septona z rytmu. Oblizał usta i zszedł z podwyższenia w tyle kaplicy dwa stopnie w dół, do szwagra pana młodego.

- Wszystko gotowe, septonie? - zapytał Haigh bez zbytniego wstępu. - Dasz radę z tym całym spektaklem. Wcześniej nie udzielałeś ślubów w obecności żadnego Lannistera.

- Prawdę powiedziawszy, dobry Hortonie…

- Doskonale dasz sobie radę, ja w ciebie wierzę. - Zarządca poklepał świętego męża familiarnie po ramieniu. Wendel mógł mieć piękny głos, ale on nie miał czasu go słuchać. - Cieszę się, że podszedłeś do tego na spokojnie. - Klepnął go jeszcze raz, nieco mocniej, po czym opuścił sept, zanim septon zdążył mu odpowiedzieć.








Po drodze do bastionu, zaszedł jeszcze do mistrza gier. Wykręcony jakąś przeszłą chorobą Quincey, pod którego opieką znajdowały się rejestry uczestników zorganizowanego z okazji wesela turnieju, rezydował w małej wieżyczce wciśniętej we wnękę, powstałą pomiędzy bryłą wieży bramnej, a linią muru.

Wcisnąwszy się po wąskich schodkach, Haigh dotarł do pokojów starego organizatora. Nie dziwię się, że jest taki powyginany, jeśli na co dzień wspina się po tych schodach. Z drugiej strony, turniej w Reaver’s Rest zdarzał się rzadziej niż zmiana pór roku, więc Quincey nie miał chyba zbyt wiele roboty. Ku swojemu zaskoczeniu, zarządca nie miał pojęcia, co pomiędzy kolejnymi organizowaniem na pergaminie rzadkich zmagań w szrankach robił na co dzień garbaty mężczyzna. Muszę go kiedyś o to zapytać, uznał Haigh, choć nie miał teraz na to czasu, a potem z pewnością o tym zapomni.

- Przyjacielu - Haigh odsapnął i bez przywitania przeszedł do rzeczy. - Uzupełnij tabelkę o dwa nowe imiona. Lord Arving Fowler i ser Adden Snow.

- Tacy rycerze? - Quincey pokręcił głową. Łysiał, a borda porastała mu policzki bardzo nierównomiernie. Kępy białych włosów pojawiały się na jego jajowatej czaszcze tu i tam, ale i ta sprawiał wrażenie jakby był wyleniały.

Ile on ma właściwie lat?, zastanowił się Horton. Tego też nie był pewien. Mistrz gier był niemal jak duch. Zarządca przyglądał się, jak staruszek wpisywał do pieczołowicie rozrysowanej tabelki kolejne imiona. Miał piękny charakter pisma, a granice pól, w które wpisywane były imiona, były zdobione jakimś roślinnym motywem, którego Haigh nie był w stanie rozcyfrować. Skąd u niego taki talent do pióra?. Rycerz oblizał usta. Dziwny skryba nie przestawał go zadziwiać.

- Proszę - Quincey zaprosił zarządcę do siebie ruchem wygiętej w pałąk. dłoni. - Tak to wygląda.

Światło było słabe i Haigh musiał zmrużyć oczy. Trzy przejazdy podczas pierwszego dnia. Po chwili uwagi znalazł swoje nazwisko w drugim z przejadzów. Ma wyjechać przeciwko Gylbertowi Presterowi. Lepiej zapewne trafić nie mógłbym, pomyślał. Gdybym faktycznie liczył na zaście daleko w tym turnieju, pewnie bym się podekscytiwał tym faktem. Kątem oka zauważył, że Cletus Farman stanie naprzeciwko Snowa w trzecim przejeździe. Wspomnę mu o tym na uczcie. Wyglądało też na to, że Craig zmierzy się z lordem Fowlerem.

- Dziękuję Quincey - Wyprostował się i ruszył na dół, zostawiając za sobą dziwacznego skrybę.









Vaenor, po opuszczeniu głównej sali, znacznie zwolnił krok. Co chwila mijały go różne osoby w pośpiechu, przez służki po strażników. To niesamowite, jak nagle to wszystko stało się tak żywe, zazwyczaj sale były ospałe, a każdy wykonywał swoje obowiązki w milczeniu, dzisiaj jednak, wszystko niezwykle aktywne. Nie lubił tego, w innej sytuacji, często był w centrum uwagi, podziwiali bądź wściekali się na niego, ale dzisiaj, dzisiaj czuł się niewidzialny. Z jego rozmysłu wybił go wypadek, kiedy wpadł na samego Ser Hortona
- Najmocniej wybacz, Panie. - Poprawił swoją koszulę - Tak, właśnie Ciebie, ser Hortonie szukałem. - Pochylił się w nad zbyt teatralnym geście.

- Co się znowu stało? - Haigh poprawił wygnieciony wams. - Mam nadzieję, że nie wywołałeś znowu jakiegoś skandalu.

Bard przez chwilę w milczeniu spoglądał na rycerza
- Skandal? Ja? Mój dobry Panie, dobrze wiesz, że Ja unikam tego jak ognia, a że człekiem skromnym, i wiernym! Tak, tak wiernym mój dobry Panie, to wieści roznoszę. Nie mniej, widzę, i po Tobie, Ser. Że nie coś nie tak, prawda? - Chłopak miał zadziwiający talent, do zmiany tematów, potrafił dużo mówić, niestety nie koniecznie na dany temat

Horton westchnął.
- Tylko jeśli uznamy, że spędzanie całego dnia na pilnowaniu tych półgłówków z zamkowej służby nie jest czystą przyjenością. - mruknął na tyle cicho, by tylko Waters był w stanie go usłyszeć. - Wiedziałeś, że mamy niespodziewanych gości? - dodał już głośniej.

- Dla mnie, to wszyscy są niespodziewani… - Powiedział raczej do siebie, aniżeli rozmówcy - Znowu, jacyś błędni rycerze, szukający strawy i sławy? Czy tym razem, jakieś chętne dziewki? Oj, mój Panie, cóż to byłaby za rozkosz...Ale, znając życie, zapewne problemy… - Walters, wydawał się nieobecny

- Sam jesteś chętna dziewka - Horton wykrzywił się kwaśno. Bywał nieznośny, ale chyba zorientował się, że przez zajmowanie się organizacją ślubu grymasi niemal na wszystko. - Wybacz. Ale powinieneś się domyślić, że nie byłbym podekscytowany jakimś wolnym jeźdzcem lub wędrownym zamtuzem. Na ślub przyjechali Lord Fowler oraz sam Uśmiechnięty Wilk, ser Adden Snow!

Bard szukał w myślach informacji o tych ludziach, naturalnie niektórzy byli znani, ale czego Oni tutaj szukali?
- Snow? To, jakiś bękart? - zapytał bez ogródek - Mam im wysłać, muszelkę? - Kiedy o niej wspomniał, jakby nagle odżył, widać, był zmęczony tym wszystkim.

- Zawsze mogło więcej osób przyjechać, dla tylu, chyba znajdziemy miejsce… - dodał od niechcenia.

- Na Siedmiu, jaką cholerną muszelkę ty chcesz im wysyłać? Może od razu muł rzeczny im do butelki po złotym arborskim każ wlać… - zarządca zawahał się i po chwili uświadomił sobie, że bard mówi o tej złotowłosej dziewce z burdelu. Odetchnął ciężko w swoją jasną brodę i podrapał się za uchem. - Nieważne zresztą, już rozumiem. Nie wysyłaj, ale pamiętaj, żeby była w zamku na ucztę. Kazałem staremu Glendonowi, wiesz o kim mówię, ten siwowłosy sługa ze skórą odbarwioną na policzku… - zamilkł, żeby bard przyswoił sobie informację, ale widząc jaki ten jest nieobecny, ciągnął dalej. - Kazałem mu dać jej ubranie służki. Jeśli będzie potrzebna, pójdziesz powiedzieć jej co ma robić. Więc staraj się nie znikać z sali rycerskiej, dobrze?

Zamyślił się na krótką chwilę i skupił swój wzrok na parze parobków zdejmujących beczki ze sporego wozu.
- Wracając do naszych gości, to gdzie ty materiału do tych swoich ballad i pieśni szukasz? Pod kamieniami leżącymi na skraju gościńca? Snow nie jest może szlachetnie urodzony, ale nie mów mi, że nic o nim nie słyszałeś. Uśmiechnięty Wilk. Otrzymał ostrogi po bitwie na Polu Czerwonej Trawy, jeśli ci to coś podpowie.

Kiedy przemawiał do niego rycerz, on mierzył wzrokiem służki, nakładał ich ubiór na muszelkę. Tak...to mógł być dobry pomysł. Może nawet warto, było włączyć to do cennika? “Poczuj się jak Lord!”
- Ser, obrażasz mnie, nie słyszałeś zapewne mojej najnowszej pieśni, o rycerzu z dwoma kopiami, prawda? - sięgnął lutnie z pleców

- To, prawdziwe dzieło, chłopy chwytliwe jak cholera! Sami lecą do przybytku! No, może nie z kopią, bo to nie lordowiska, ale z widłami, ale zawsze coś! - przejechał palcami po strunach, dźwięk był czysty, instrument był dobrze nastrojony.

- Snow, skoro taki rycerski, winien przyjąć jakieś nazwisko, coś co po nim pozostanie. Kto zapamięta Snowa? Jako, bard - wiem o czym mówie, mój Panie. Musi być chwytliwe, dlatego lepiej zapamiętamy, cycki Yary, aniżeli Snowa rycerza. Toż to nie ma wydźwięku. Nawet, bardziej zapamiętam Glendona, bo ma ryj brzydki jak żona tego rybaka.. jak mu było… A… Nie o tym mowa, mój Panie. Skoro mowa, po Polu Czerwonej Trawy, to jacyś idioci, chcieli się posiekać w głównej sali… - Dokończył od niechcenia.

- Snow ma jedną kopię, ale za to włada nią jak mało który pasowany rycerz w Siedmiu Królestwach - odrzekł dobitnie Horton, między innymi dlatego, że najnowszej pieśni barda faktycznie w żadnym razie nie słyszał. - A ser Adden nie potrzebuje innego nazwiska, bo ma zarówno przydomek, pod którym go zapamiętają, jak i czyny, które będę wraz z owym przydomkiem powtarzać. On jest następny w kolejce do Gwardii Królewskiej. Z kolei Fowler, o nim jeszcze nie wspominałem, to równie słynny w szrankach rycerz… - Zamaszyście uderzył otwartą dłonią w udo, ale po chwili zamarł. Powodowany najgorszymi przypuszczeniami, cicho dodał: - Czy ty właśnie powiedziałeś, że w głównej sali prawie doszło do walki?

Bard nie rozumiał dlaczego tak bardzo zależy im na przydomkach
- Przydomków się nie dziedziczy.... Więc, jego potomkowie, wymarli by jako Snow. I to jest porażka. Mój dobry Panie. - Ciągnął temat - Aaa, walka? Nie, na szczęścia, przekonałem ich, że to nie najlepszy pomysł, a teraz siedzi z nimi Ser Craig. Nie mniej, pragnę podpowiedzieć, że tematem, był niejaki, Daemon Waters, lub Blackfyre jak wolisz. Boje się, że w czasie przedstawienia, może dojść… do komplikacji. - Rozłożył ręce z bezradności.

Horton sprawiał wrażenie, jakby chciał pobiec prosto do Sali Rycerskiej, ale słysząc, że Caldwell jest z nimi, trcohę się uspokoił. Paradoksalnie, jakoś bardziej ufał jego zabiegom dyplomatycznym, niż próbie wcielenia się w rozjemcę przez złotoustego barda. Milczał chwilę, starając się uspokoić.

- Wiedziałem, że to się tak skończy, ale i tak się cieszę, że aż tyle musieliśmy czekać, zanim zaczną się dyskusję o rebelii Blackfyre’ów. Szczególnie teraz, po tych wydarzeniach z Białych Murów - zamyślił się, jego ojciec pojechał na ten feralny turniej z Freyami. - Co do przedstawienia, to staraj się omijać drażliwe tematy, dobrze Waters?

Zamyślił się, miał teraz sporo problemów, by nie urazić rodziny Panny młodej, musi uważać na pierwsze wieki rodu, by nie urazić gości, musi uważać na rebelie Blackfyre, by nie urazić Lannistra, nic nie wspominać o ich mieczu rodowym. Bard wyliczał sobie w myślach
- To… będzie kłopotliwe, przedstawienie, będzie niekompletne, a my musimy opowiedzieć się po jednej ze stron. To, najlepszy moment. Nie możemy, udawać że to nie miało miejsca, raz na zawsze skończyć z historią, by historia nie dopadła nas. - Pochylił się - Panie, proszę byś podjął decyzje!

- Tylko te decyzje - powiedział spokojnie Haigh. - Mam za dużo pieprzonych decyzji na głowie. Lannister jest wierny Targaryenom, ja także. Seaverowie zbyt trzymają się sojuszy z rodami, który odpowiedziały się za Czarnym Smokiem. Nie bój się pokazać, że jesteśmy po stronie króla i jego rodziny i widzimy nasze błędy z przeszłości. Czy też może błędy Seaverów.

Vaenor spoglądał na rozmówce. W głowie układał mu się plan przedstawienia, by tak wylawirować żeby wszystko poszło bez problemów.
- Mój Panie…Może, przedstawimy to inaczej? Nie, jako walka czerni z czerwienią, ale w innych wartościach. By dać powód do zrozumienia, obydwóm stroną, nasze motywacje. Jednak, Daemona, poparło wielu lordów, a to nie był przypadek. Przedstawmy to, jako nie bład samego, Blackfyre, ale Aegona… Kto wie, jakim rycerzem, mógłby zostać, nasz czarny smok, gdyby jego życie nie potoczyło się…. Nie, nie, nie - to nie temat na rozmowy. Po prostu, spróbujmy, pokazać to, jako czynniki ludzkie, nie jako walkę o tron. - Vaenor wyraźnie ożył. Cały czas gestykował swoje słowa, pokazywał oczami wyobraźni te scenę.

Haigh gwałtownie rozejrzał się dookoła, chcąc upewnić się, że nikt ich nie podsłuchuje. Obok nich był tylko jakiś chłopiec z buzią umazaną błotem i głupią miną. Miał co najwyżej cztery lata.
- Uciekaj - Horton pogonił dzieciaka i kontynuował ciszej. - Ani pół dobrego słowa o Daemonie, ani o nikim z rodu Blackfyre’ów. Rozumiesz? Jeśli spróbujesz pokazać go jakoś kogokolwiek niż zawistnego, chciwego i zdradzieckiego bękarta, który chciał to, co mu się nie należało, to sam skrępuję ci kończyny sznurem i na pierwszym statku wyślę cię namiestnikowi do Królewskiej Przystani. Wyraziłem się dość jasno?

Bard był wyraźnie zawiedziony, to mógło stać się czymś wielkim! Złapał jednak głęboki oddech
- Rozumiem Panie, nie mniej, czuje się z tym przykro, że nawet Ty Panie, tak światły nie chcesz dostrzec w tym szansy. Szansy, na zakończenie tej głupiej waśni. Jednak, jeśli jest takie twoje życzenie… To, naturalnie, ustosunkuje się… Nawet, osobiście, odegram rolę, Daemona, by była odegrana, tak źle, tak negatywnie jak tylko potrafię… Potrzebuje, kogoś godnego, by odegrał rolę, miłościwie nam panującego… Ta trupa, jest niezła, ale Oni nie mogą udawać króla. To obraza. - Jego emocje opadły, widać było, że nie podoba mu się oryginalny zamysł.

- Jeśli uważasz, że potrafisz zakończyć waśnie, to chyba faktycznie wyślę cię do stolicy - odrzekł z przekąsem zarządca. - Tutaj nie potrzeba głupich ballad i przedstawień, ale należy poczekać, aż wszyscy z lini Czarnego Smoka spoczną w grobach i całe pokolenie oddzieli nas od tej chwili. Do tego czasu pamięć będzie żywa. - Przygryzł wargę. - Miłościwie nam panujący szczęśliwie żadnego udziału w historii rodu, ani buntu nie miał. Siedmiu tylko wie, ile z tego nieszczęść mogłoby wyniknąć, gdyby ktoś wyciągnął Aerysa z jego pokojów i kazał mu zajmować się wielką polityką. Nie odgrywaj bitew, ogranicz się do skrytykowania błędów przeszłości i historii samego rodu. Najlepiej, jeśli ani Dobry Król Daeron, ani Baelor Złamana Włócznia, czy książę Maekar się nie pojawią. Trzymaj się opowieści o Seaverach.

- Odchodząc na chwilę od tego przedstawienia, to Adden zamieszkał u mnie, to jest w Wieży Rzecznej. On, jego towarzysze, Tarth i Manderly oraz jego giermek, młody Velaryon. Moja żona cieszyła się jak dziewczynka, kiedy przyprowadziłem do naszego pokoju gościnnego jednego z największych rycerzy Westeros. Z dumą muszę przyznać, że dobrze się z nim zacząłem dogadywać. Gdybyś chciał uderzyć ze swoim urokiem osobistym do elity Siedmiu Królestw, to zawsze możesz próbować. Tylko pamiętaj, że on jest nie byle kim, nawet jeśli urodził się po złej stronie łoża.

Vaenor wysłuchał słów możnego, z uwagą. Nie chciał mu sprawiać więcej kłopotów, co jak co, sam starał się by wszystko poszło z godnie z myślą organizatora.
- Rozumiem. Ograniczę się, do kilku prostych historii. Skupię, się na naszym rodzie, nie będę odbiegał od tematów. Niestety, nasze przedstawienie, bardzo na tym ucierpi… Przepraszam, czy powiedziałeś, Velaryon? - Przygryzł wargę - Co..Przecież, to po drugiej stronie królestwa… - Zrobił się nerwowy.

- Giermek? - był wyraźnie zszokowany - I… łatwo go było poznać? Wiesz, Panie… Poznałby mnie? Nie, oczywiście że nie… Nie widzieliśmy się nigdy… ile On ma lat?! - Położył swoją lutnie na ziemie

- To… dziwne uczucie…

- Valyriańskie rysy, wygląda prawie jak ty. Jest tylko trochę młodszy, nie miał jeszcze szesnastego dnia imienia - odpowiedział łagodnie Horton. - Poza tym rozmawiałem z nim, a ser Adden mi go przedstawiał. Callor Velaryon, dziedzic Driftmarku. Wielcy rycerze mają zwykle wysoko urodzonych giermków. Mówiłem ci, że Uśmiechnięty Wilk to nie byle kto. - Haigh na chwilę utnknął w swoim świecie, pełnym polityki. - Czemu jesteś taki zmieszany?

Waters przez chwilę się nie odzywał. Spoglądał przed siebie, jakby chciał dostrzec coś, co znajduje się poza jego zasięgiem.
- To dziwne, całe życie, człowiek pragnął poznać swoją rodzinę, tutaj nagle pojawia się okazja, jednak teraz? Teraz nie wiem, co powinienem zrobić. - był wyraźnie zmieszany - Panie, nadal mam zagrać “Młot i kowadło”?

- Tak, zagraj. - odpowiedział spokojnie Horton.

Craig opuścił Salę Rycerską, po drodze zamieniając jeszcze kilka słów z jednym ze swoich żołnierzy, trzymających wartę z ludźmi Searever’ów. Falstaff bo tak się nazywał, był dziesiętnikiem i piechociarzem ze sporym doświadczeniem. Na widok Ser Caldwella wyprostował się i czekał, aż jego zwierzchnik się odezwie. Craig z zadowoleniem stwierdził, że jego poranny rozkaz o doprowadzeniu się do porządku i wzorowym wyglądzie został wykoanny z należytą starannością. Zbliżył się do wyprężonego żołnierza, stając w bliskiej odległości: - Świetnie wyglądacie, Falstaff - powiedział z uznaniem - Chlałeś? - powiedział już z nieco chłodniejszym tonem.

Dziesiętnik pokręcił energicznie głową: - Nie, Ser, podobnie jak reszta kompanii. - Caldwell poklepał go serdecznie po ramieniu: - Tak ma zostać… wytrzymacie jakoś te trzy dni. Potem obiecuję po gąsiorze gorzały każdej dziesiątce. Chyba, że się który zechleje, to wtedy pożałujecie. Spocznijcie, Falstaff, miejcie oczy i uszy otwarte.

Kiedy wyszedł na dziedziniec zalany słońcem, musiał przez chwilę zmrużyć oczy. Wnętrza zamkowe były raczej ciemne, ruszył na wprost przez podwórzec, kiedy zauważył zarządcę i barda, rozmawiających ze sobą. Przypomniał sobie, że szwagier pana młodego - Ser Horton, też bierze udział w weselnym turnieju. - Witam - skłonił głową prawej ręce seniora. Musiał przyznać, że miał on zmysł organizacyjny i świetnie zarządzał włościami Seaver’ów. - Doszły mnie słuchy, Ser Hortonie, że i Ty staniesz w szranki na jutrzejszych zawodach? - rzucił z uśmiechem.

Bard wykonał dworski ukłon
- Jak sobie życzysz. Jednak, jeśli zaczną mnie ścigać po sali biesiadnej, to schowam się za tobą. Jaśnie Panie! - W tym momencie dołączył do nich, Ser Craig. Bard przywitał go przyjaznym uśmiechem
- Skoro tutaj jesteś, Panie. Rozumiem, że nasi waleczni goście, już nie żyją, a ich ciała będą wieczorem spływać w rzece, prawda? - Brzmiało to tak, jakby mówił to niezwykle szczerze, jednak mina zdradzała, że zaledwie droczy się z rycerzem. Zazwyczaj, przy Ser Hortonie, czuł się znacznie pewniej.
- Rozumiem, że moje mediacje, spisały się, prawda?

- Witajcie, ser. - Horton skinął głową rycerzowi. Poprawił na sobie ubranie i głęboko odetchnął, udając, że nic wielkiego się przed chwilą nie stało. Może i faktycznie jestem przewrażliwiony, pomyślał. Z drugiej strony, lepiej nie ryzykować. Przywołał na twarz uśmiech i zwrócić się do dowódcy straży panny młodej. - Staję, a jakże. Rozmawiałem jakiś czas temu z mistrzem gier i wygląda na to, że skrzyżuję kopię z Gylbertem Presterem. On - rozejrzał się dookoła, szukając sług i zbrojnych z czerwonym wołem na piersi. Szczęśliwie, żadnego nie zauważył. - Niezbyt dobrze trzyma się siodła, pomimo doświadczenia w turniejach. Wiesz już o naszych nowych, niespodziewanych gościach?

- Raczej wspomnienie seniora z Casterly Rock i parę kielichów ginu ich powstrzymało. Nie wiem na jak długo, mam nadzieję, że się będą trzymać w ryzach na uroczystości. - rzucił raczej do Ser Hortona niż barda. - To los Ci sprzyja Haigh, a nie wiesz przypadkiem przeciw komu mnie przyjdzie stawać? I nie, nie wiem nic o nowych gościach. Sprawdzałem warty, a teraz miałem zamiar zajrzeć do mojego seniora. Gdzie ulokowałeś teścia swojego szwagra, Panie?

- Tia…? - Bard był wyraźnie niezadowolony - Następnym razem, Ser. Zostawię to Tobie, nie będę interweniował, skoro alkohol w zupełności wystarczy… - Co jak co, ale czuł się urażony - Jednak obawiam się, że ten sam gin, może nie wystarczyć na turniej, mój Panie. - Oddał ukłon rycerzowi. Po tych słowach, zszedł na bok, opierając się o ścianę

- Lorda Cleverly’ego? - Horton zadumał się przez chwilę. - W pokojach w dolnej części Wieży Oka. Chciałem ich zakwaterować w bastionie, ale Lannisterowie przyprowadzili tyle pasowanych i włąsnych służących, że mieszkaliby zbyt blisko rodziny panny młodej. Sam rozumiesz, wolałbym tego uniknąć. Poczekajcie przez chwilę.

Przerwał na chwilę i ruszył w kierunku dwóch tragarzy, niosących przez podwórze ciężką skrzynię.
- Nie tam - zawołał. - Zanieście skrzynię do głównej sali, są w niej krzesła! Słudzy na miejscu powiedzą wam, co macie z nimi z robić - dodał i zobaczywszy, że robią, co im kazał, wrócił powoli do rozmówców.

- Wybaczcie - odchrząknął. - Wracając do turnieju i nowych gości. Przyjezdni to ser Adden Snow, zwany Uśmiechniętym Wilkiem, wraz z towarzyszami, oraz Lord Fowler ze Skyreach. Jeśli chcesz wygrać turniej to zła wiadomość, bo w przeciwieństwie do większości tych, którzy jutro będą stawać w szranki, to są prawdziwi turniejowi rycerze. Na turnieju w Tumbleton Fowler parę lat temu powalił lorda Tyrella, Leo Długiego Ciernia w pierwszym przejeździe. Z kolei Snow jest w kolejce do Gwardii Królewskiej, ale to tym pierwszym powinieneś się przejmować, bo według losowania stajesz z nim jutro, podczas trzeciej i ostatniej serii przejazdów.

- [i]Fowler i Snow - gwizdnął cicho - Dobrze. Będą godnie stawać a i zaszczyt większy, dla ewentualnego zwycięzcy. Co ma być to będzie, Ser Hortonie, choć przyznam się szczerze, że nie spodziewałem się aż takich sławnych osobistości. No cóż, obym jutro udowodnił, że Caldwellowie, sroce spod ogona nie wypadli. Siła ludzi ze sobą przywiedli?

Bard przysłuchiwał się ich rozmowie, sięgnął po swą lutnie i wypowiedział te słowa

“A gdy dzielny rycerz, zbroję przywdział
Przyłbice opuścił, a kopie ścisnął
W oczach, strachu nie było, a na ustach modlitwa
Dziś w końcu zawalczy, o panienkę śliczną.
Jaj włosy, jak sznury, przywiązują tego Pana,
A serce jej, dla niego pieśnią
Cóż więc zrobi nasz rycerz śmiały?
Czyż zwycięży, czy też zostanie zapomniany?”


Tworzenie tego typu, zawsze pomagało mu, a i tym razem, temat był chwytliwy. Podczas “Występu” spoglądał w stronę, Ser Craiga.

- Pierdolenie - zupełnie bez ogródek i po żołniersku skomentował liryczną wstawkę barda. - Walka nie ma nic wspólnego z pięknem, z panienkami ślicznymi, czy śmiałością. Zajedno czy to turniejowy bieg, czy ogień bitwy. Nie ma w tym nic pięknego… nic, bardzie. Przeważnie to pot, wysiłek, krew i wyprute flaki. Miejmy nadzieję, że jutro obędzie się bez tych dwóch ostatnich - odpowiedział, kończąc z wilczym uśmiechem.

- Zachowaj swój głos na weselny występ, bardzie - mruknął Haigh. - I bądź ciszej, wszyscy patrzą na nas trzech. Jesteśmy nieco dziwną grupką. Wracając do twojego pytania, Caldwell, to Snow przywiódł ze sobą grupę swoich najemników, a Fowler sługi i rycerzy, ale to orszaki mniejsze niż większości lordów.

Bard skrzywił się, na odpowiedź rycerza
- Jedyna bitwa, jaką powinien toczyć mężczyzna, to ta o serce wybranki. Inne, nie są usprawiedliwione, mój Panie. Walka, którą Ja przedstawiam, to ta niosąca nadzieje, gdzie ludzie czują oparcie, kiedy widzą swoich bohaterów, myślisz że ktoś chciałby słuchać o flakach i obsranych zbrojach? - Mówił spokojnie - Te turnieje, dla wielu prostaczków, to coś niezwykłego, dlatego tak lubią o tym słuchać, a nie o tym, gdzie i kiedy Ser Craig rozwalił komuś głowę samymi pięściami. - Teraz zwrócił się do zarządcy - Mój Panie, po naszych konsultacjach, nie za wiele zostało do pokazanie, więc powinienem sobie poradzić. - Nadal nie był przekonany do założeń możnego.

- Zostało do pokazania wiele, bo to, o czym to przedstawienie miało opowiadać, czyli o historii rodu Seaverów - odpowiedział łagodnie. - Bajdy o królach, smokach i Daemonie Blackfyre’rze pozostawiam ci na ewentualny występ przed lordem namiestnikiem.

Caldwell machnięciem ręki skomentował słowa barda. - Nic, na mnie już czas, muszę zajrzeć jeszcze do swojego seniora. Nie będę już zachodził do panny młodej, czy u niej wszystko w porządku, bo tuszę, że o to zadbasz Ser Hortonie. Nawiasem mówiąc - ręką wskazał na biegających wokół jak w ukropie sługi - moje gratulacje. Zaiste organizatorem jesteś świetnym, pozostaje Tobie i nam życzyć by wszystko poszło zgodnie z planem i bez nieprzyjemnych niespodzianek. - Ukłonił się Haighowi z szacunkiem. Może i był nieco zbyt ambitny i czasami surowy, to jednak musiał przyznać, że szwagier pana młodego, zwykle stawał na wysokości zadania. Poza tym był skuteczny i dyskretny, a to cenił sobie Ser Craig.

- Dziękuję, Craig. - Horton uśmiechnął się do rycerza. - Powinienem jeszcze rozmówić się z panem i panną młodą, wie któreś z was może, gdzie mogę ich znaleźć?

- Wielce prawdopodobne jest, że właśnie męczy Pana młodego, mój ojczym. Niestety dobry Panie, nie mam pojęcia gdzie są obecnie. W jego wieży, już go nie było od rana, dzisiaj jest strasznie zabiegany. Ser Craigu, powodzenia i do zobaczenia - pokłonił się grzecznie

- Ja tymczasem, nie będę zabierał już więcej twojego cennego czasu. Chciałem prosić o pozwolenie, jak kiedyś obiecałem. Chciałbym odwiedzić siost...to znaczy, Lady, czy mogę prosić o pozwolenie? - Zrobił się poważny.

- Moja żona szykuje strój na ślub i wesele - odparł poważnie Haigh. - A w pokoju gościnnym zapewne wciąż odpoczywa Snow i jego towarzysze. Ślub już niedługo, przygotuj do końca przedstawienie i swój występ. Przyjdź jutro wierczorem, może przy okazji zrobisz dobre wrażenie na Uśmiechniętym Wilku. Dziękuję wam za rozmowę i do zobaczenia na ślubie. Pamiętaj, co ci mówiłem o przedstawieniu - dodał jeszcze na pożegnanie do Vaenora i ruszył na dziedziniec.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:13.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170