Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-12-2019, 19:00   #121
 
Asuryan's Avatar
 
Gveir zamachnął się łańcuchem i raz jeszcze i postanowił wskoczyć na schody z pozorowanym odwrotem, aby zyskać przewagę dystansu. Dopóki Esmond i Hektor nie zakończą swojego starcia, nie było sensu atakować frontalnie wielkiego wojownika.

Hektor, trzymając się za krwawiącą szczękę skinął Esmondowi i wskazał na rycerza.
- Trzgrheba go przewrócić… albo unieruchomić - zasugerował.
Póki rycerz poruszał się żwawo, ciężko było wrazić sztych pomiędzy płyty. Utopiec ruszył w jego kierunku. Zamierzał go zaatakować, skrócić dystans i złapać w uścisku blokując ramiona przy ciele.

Esmond ruszył w ślad za towarzyszem z zamiarem osłaniania go przed ciosami rycerza. Żałował że zebrane przez niego kusze bandytów znajdowały się w wozie. Byłyby nieocenione w walce ze zbrojnym.
Zrównał się z utopcem i zamachnął się na rycerza, markując cios, tak aby odwrócić uwagę od Hektora.

Gveir uskoczył na schody, łapiąc równowagę. W tym samym czasie Hektor i Esmond wpadli na rycerza z drugiej strony. Z łatwością sparował atak łowcy, a potem utopca. Nie starczyło mu już czasu aby uniknąć złapania. Zamarł na moment i fuknął wściekle widząc, że jego towarzysze leżeli na ziemi. Szarpnął się nagle burząc równowagę. Poleciał wprost na Gveira wyrywając się z uścisku. Najemnik w ostatniej chwili uniknął spadającego rycerza. Głośny gruchot metalu ustał. Wszyscy usłyszeli jęk i ciężkozbrojny zaczął się podnosić. Z trudem.

Gveir, korzystając z okazji, zamachnął się łańcuchami, celując w okolice karku, aby opleść nimi wojownika i przymusić go do zwarcia, podczas gdy jego kompanioni dokończą sprawę.

Hektor wolał uniknąć zamieszania na dole karczmy, ale stało się. Dał susa po schodach hamując tylko po to by nie wpaść na Gveira i ominąć zbrojnego na dole.
Szybkim rzutem oka ocenił czy nie ma na sali innych kompanów paladyna. Zamierzał doskoczyć do powalonego i wrazić mu sztych między płyty korzystając z unieruchomienia łańcuchami.
Gdyby jednak towarzystwo było liczniejsze…

Esmond towarzyszył Hektorowi zamierzając pomóc mu w unieruchomieniu zbrojnego. Zbiegając po schodach schował jeden z mieczy by uwolnić dłoń. Drugi pozostawił by być w stanie uchronić się przed potencjalnym atakiem. Zbliżył się do rycerza od przeciwnej strony niż Hektor, usiłując przyblokować uzbrojoną w miecz rękę.

Gveir zauważył, że jego broń zachowuje się inaczej. Od kiedy założył maskę była jakby zwykła. Jej nadzwyczajne umiejętności nie objawiały się. Być może dlatego zabrakło mu centymetra aby ten zjechał na szyję ciężkozbrojnego. Zatrzymał się na hełmie i zsunął się jak tylko przeciwnik zrozumiał, że na nowo jest atakowany. Hektor oraz Esmond zeskoczyli na dół kiedy do uszu wszystkich doszło wezwanie.
- Panie sprawiedliwy, obrońco ludzkości wzywam cię! Wspomóż swego sługę w walce z heretykami!
Coś się zmieniło. Powietrze w karczmie zgęstniało. Hektor kątem oka zobaczył, że w głównej sali leżą dwa ciała. W rogu stał przerażony Dizi z kuszą w rękach, a Hebald właśnie wpadł przez drzwi. Brakowało mu dłoni.
- Musimy uciekać! - ryknął lecz ciężkozbrojny zdążył wykonać ruch. Machnął ręką i niewidoczna siła odrzuciła odrzuciła Hektora oraz Gveira w tył. Z jakiegoś powodu Esmond pozostał na miejscu.

Kierując się wyuczonymi odruchami, Esmond nie zmarnował czasu na zastanawianie się dlaczego nie zadziałała na niego niewidzialna siła. Choć sądził że mogło to mieć coś wspólnego z demonem. Zauważając Diziego, rzucił się przez salę w jego stronę, wyszarpujac kuszę z jego drżacych dłoni.
- Dosyć tego!- krzyknął celując w łączenie zbroi na szyi zbrojnego. Ustawił się tak aby potencjalny rykoszet nie trafił w towarzyszy, dając im możliwość na podniesienie się z ziemi.

Gveir spróbował powstać z podłogi. Jeśli miało się okazać, że jego nowa broń przestała działać z powodu maski, zamierzał ją zdjąć na parę chwil. Zamierzał natrzeć ponownie, aby przymusić zbrojnego do odwrotu.

Widok rannego Hebalda przywołał na nowo dziwną wizję której rycerz doświadczył kilka dni temu. Dlatego też trochę opieszale podniósł się z ziemi - nie tak szybko jak Gveir. Gdy jednak najemnik natarł ponownie, wstrzymał się gdyż ujrzał jak Esmond łapie za kuszę. Zamiast ruszyć do ataku, Hektor poświęcił chwilę by złapać za jeden ze stolików. Gdyby bełt nie okazał się śmiercionośny, zamierzał przygwoździć paladyna do ściany.

Ciężkozbrojny spojrzał na Esmonda chłodno zatrzymując się. Wyraźnie mierzył swoje szanse. Atak nadszedł na niego skąd indziej. Wystarczyło aby Gveir uchylił maskę a na nowo poczuł siłę broni. Łańcuch zafalował radując się z odzyskanego połączenia z najemnikiem. Niczym wąż z łatwością się oplótł wokół ręki ciężkozbrojnego unieruchamiając ją. Ostrza zapragnęły krwi i niemal poprowadziły rękę Gveira wprost pomiędzy płyty zbroi. Rycerz zawył ze wściekłości i bólu.
- Demoniczne pomioty! - zawył chcąc sięgnąć najemnika wolną ręką.
- Zabij go! - ryknął Hebald.

Gveir, zachęcony przez Hebalda, odskakiwał z zasięgu ciężkozbrojnego, siłując się z nim i czasem tylko chłoszcząc pozostałym łańcuchem. Los przeciwnika pozostał zatem w rękach kompanów, choć Gveir zapewne sam był w stanie dokończyć roboty, widząc, że łańcuch odżył na nowo. Miało się z czasem okazać, jakie to zmiany w jego umyśle wyrządzi łańcuch. Póki co jednak, nie myślał o tym.

Esmond spojrzał na maga zaskoczony zmiana jego zachowania.
- Mieliśmy unikać kłopotów. Czy zabijając rycerza nie ściągnięty na siebie gniewu jego bliskich?
Mówiąc to nie opuszczał kuszy, celujac w zbrojnego na wypadek gdyby zamierzał stawiać dalszy opór.

- Strzelaj! - ryknął mag wściekle. Esmond nigdy go nie widział w takim stanie. Dopiero teraz zauważył, że brakowało mu też dłoni. Nie krwawił jednak.

Hektor podszedł bliżej trzymając stół lecz nie atakował. Był przygotowany by rzucić się na platyna gdyby temu udało się wyswobodzić z rąk Gveira.
Sam też nie miał wątpliwości względem losu jaki zgotował sobie zbrojny. Może miał błędne pobudki, lecz nie było sposobu by go przekonać do własnych racji.
- Zakończ to - poparł decyzję Hebalda spokojniejszym tonem.

Gveir, mitygując się, obserwował maga. Choć Ristoff był czasem skłonny do gniewu, takim jeszcze go nie widział. Nie był do końca pewien, co stało się, zanim wkroczył do akcji. Postanowił nie spuszczać go z oka aż do zakończenia całej sprawy.

Nie opuszczając kuszy, Esmond zbliżył się do Hektora i wcisnął mu broń do rąk.
- Zrób to zatem, skoro już wydaliśmy osąd, wszakże szukał Ciebie i Gviera. Choć nie sądzę by jego śmierć pomogła rozwiązać ten problem.

Utopiec odstawił stół, który wciąż trzymał w pogotowiu i przyjął kuszę. Rybie oczy przez moment patrzyły na Esmonda jakby ważąc jego słowa. Przez moment wyglądało jakby chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Zamiast tego wycelował broń w paladyna.
- Zhańbghriłeś rycerskie ostrogi nie przyjmując wyzwania od równego sobie - oznajmił ze smutnym bełkotem w głosie. - Fanatyzm cię zaślepił i zapomniałeś o wszelkich cnotach nicponiu.
Hektor skończył bić się z myślami.
- Mnie również jednak zaślepiła pycha. Szczęściem dla ciebie i dla mnie, mój towarzysz zachował zimną krew. Nie będzie ani honoru, ani nauki jeśli życie ujdzie z ciebie w tym momencie. Nie szukamy zwady z twoim kościołem. Wiedz jednak, że jeśli raz jeszcze rzucisz na nas niczym nie poparte oskarżenia, bądź dążyć będziesz do naszego uwięzienia i potargania honoru, pardonu nie okażę.
- Hmpf! Samą swoją egzystencją obrażacie naszego boga! A dowodem waszej winy są wasze akcje. Moc mojej wiary pozwala mi to dostrzec! - odpowiedział ciężkozbrojny. Wyprostował się zadzierając głowę do góry.
- Strzelaj, gdyż ja nie spocznę. Nie pozwolę wam odejść z tego miasta wolno!

Obserwujący Ristoffa Gveir zobaczył jak mag porusza bezgłośnie ustami czyniąc ukradkowe znaki sprawną dłonią. Z jego oczu biła lodowata wsciekłość.

- Ristoff! - krzyknął Gveir. - O co tutaj chodzi? - rzekł, patrząc na maga, który wyraźnie odczyniał jakieś zaklęcia.

Słysząc słowa towarzysza Esmond obejrzał się na maga, dopiero teraz zauważając co się dzieje. Zdawało mu się jakby Ristoff nie był sobą. Wyraz jego twarzy świadczył że z zaklęcia nie wyniknie nic dobrego.
- Hebald! Uspokój się do cholery!- zawtórował Gvierowi, idąc w stronę maga. Złościł go fakt, że Ci którzy dopiero odebrali mu prawo do zemsty, teraz tak bardzo palili się do zabijania. Nie sądził jednak by był w stanie zdążyć przed rzuceniem zaklęcia.

Utopiec ściągnął usta w długą rybią kreskę słysząc odpowiedź paladyna. Czy spodziewał się innej? Raczej nie. Miał jednak cień nadziei, że tamten okaże się mądrzejszy.
Strzelił.

Utopiec nacisnął spust. Bełt poleciał wbijając się w tors ciężkozbrojnego. Ten stęknął i cofnął się kilka kroków opierając się o ścianę. Nie umarł od razu. Osunął się na podłogę ciężko dysząc. To dyszenie zaraz zmieniło się w harkot. Zakaszlał krwią. Niewątpliwie miał uszkodzone płuco.

Widząc to Ristoff przerwał inkantację. Zdawał się wręcz zaskoczony. Jego rozbiegane spojrzenie przepłynęło od umierającego na Gveira i Esmonda. Skrzywił się brzydko.
- Zbierajcie się. Było ich więcej… a może być jeszcze więcej jeśli ci już nie wrócą do swoich. Gdybym wiedział, że ta sekta ma tutaj swoją siedzibę to bym się w życiu tutaj tak długo nie zatrzymał z wami dwoma - wywarczał kierując swoje spojrzenie na najemnika i utopca. Kiedy już się opanował kurczowo trzymał się za nadgarstek swojej brakującej dłoni. Nie czekał na odpowiedzi i pytania. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z karczmy. Tymczasem zza drzwi prowadzących do kuchni dało się słyszeć szemrania przerażonych ludzi.
- Co my zrobimy..? Demony w naszym lokum..! Biada nam..! Oooch, co zrobimy…
Dizi wypuścił z siebie powietrze i choć cały się trząsł podszedł do Hektora i wystawił ręce po kuszę.
- Z-zabiorę to. Heb-bald ma r-rację. Musimy się zbier-rać. - jąkał się, ale sprawiał wrażenie mniej przerażonego niż dotychczas. - Tyle śśmierci.

Gveir wzruszył ramionami. Gniew Ristoffa nie sprawił na nim żadnego wrażenia. Ostatecznie, wykonywał swoją robotę. Hebald powinien być za to wdzięczny jego zdaniem. Wyciągnął jedno z ostrzy i wprawnie poderżnął gardło siepacza, zakańczając jego mękę,

Bez zbędnego ociągania przeszukał go pobieżnie, oceniając wartość zbroi i miecza, które wszakże można było sprzedać. Złoto zawsze było przydatne. Zamierzał zaciągnąć trupa za ladę lub wyciągnąć go na zewnątrz, na zaplecze, aby ukryć w jednej z beczek lub skrzyń, których było tutaj całkiem sporo. Był pewien, że korzenne zapachy, które jeszcze wczoraj czuł przy posiłku mogły długo maskować rozkładające się zwłoki. Potem pozostało wskoczyć na Karhu i dalej w drogę.

Mając przy sobie wszystkie rzeczy osobiste, Esmond jako pierwszy opuścił budynek nie oglądając się na Ristoffa.
Obecna sytuacja nie zapowiadała się ciekawie. Choć liczył że unikną pogoni, szybko upewnił się czy wóz i zwierzęta są gotowe do wyruszenia. Następnie wskoczył na wóz i dla pewności załadował pozostałe ze zdobytych w ostatnich dniach kusz.

Utopiec z ciężkim sercem pożegnał w duchu paladyna. Nie odpowiedział Hebaldowi, ani Dizziemu. Czarodziej miał rację. Należało opuścić to miejsce. Rycerz był rad, że zdążyli załatwić sprawunki Esmonda i Ao, zanim… sprowadzili na siebie to nieszczęście.

Naprędce ruszył z powrotem do pokoju, podnosząc po drodze swój miecz. Musiał zabrać swoje pakunki, w tym zbroję. Był do niej zbyt przywiązany, by zostawiać w pierwszej lepszej karczmie.

Nie miał jednak jasnych myśli. Niemal od początku tej wyprawy czuł jakby co jakiś czas spoczywało na nim ciężkie spojrzenie… i bał się czyje to może być oko.
 
__________________
Once the choice is made, the rest is mere consequence
Asuryan jest offline  
Stary 03-01-2020, 21:43   #122
 
Asderuki's Avatar
 
Demoniczne ostrze Gveira pierwszy raz zakończyło żywot. Najemnik dostrzegł jak krew zwykle płynna przykleiła się do broni. Przez moment wisiała jak sznur. Potem zassała się i zniknęła. Nic więcej się potem nie stało. Trup został przerzucony za ladę i najemnik wyniósł się z karczmy. Hektor sam powrócił po swój ekwipunek. Dlatego tylko on był świadkiem przerażającej sceny. Gdy wszedł po schodach zobaczył jak jeden ze zbrojnych trzęsie się. Kiedy podszedł bliżej zobaczył, jak pierze czarne jak noc zasłania głowę mężczyzny. Kilka uderzeń serca później znikły w ustach nieszczęśnika. Ten dalej się trząsł, piana toczyła mu się z ust. Uspokoił się i zamarł w bezruchu. Wyglądał na martwego. Wtem zachłysnął się powietrzem nagle powracając do życia. Jego szeroko otwarte oczy były zupełnie czarne. Jego skórę przecinały dziwne blizny. Był nabrzmiały i ściągnięty jednocześnie. Spojrzał na rycerza uśmiechając się.
- Witaj Hektorze – zaskrzeczał obrzydliwie mlaskającym głosem.


- Nareszcie możemy porozmawiać... – uśmiechnął się przerażająco.



Pozostali

Izabela czekała na pozostałych w wozie. Była blada ze strachu. Jak tylko zobaczyła Esmonda rzuciła mu się na szyję. Trwało to chwilę, ale go ostatecznie puściła. Karhu tknęła nosem Gveira wyraźnie stęskniona. Rybożer zaczął machać ogonem, ale kiedy nie zobaczył rycerza smutno popatrzył po pozostałych.

- Gdzie Pan Ryba? – zapytał. Faktycznie rycerzowi się schodziło. Musiał wrócić po swoje rzeczy w przeciwieństwie do łowcy i najemnika, ale mógł się pospieszyć. Dizi i magini tylko nerwowo po sobie patrzyli, a Hebald z ponownie rosnącą wściekłością wpatrywał się w wejście do stajni.
 
Asderuki jest offline  
Stary 18-02-2020, 07:02   #123
 
Santorine's Avatar
 
- Idę sprawdzić - Gveir wzruszył ramionami i poszedł do karczmy jeszcze raz. Postanowił nie wchodzić frontem, tylko przez zaplecze.

Wiecznie pesymistyczny głos w głowie Esmonda sugerował mu aby towarzyszył Gvierowi. Obawiając się jednak konsekwencji ich działań w zajeździe wolał być w stanie jak najszybciej opuścić miasto. Uspokoiwszy Izabellę kontynuował przygotowania do wyruszenia.

Rycerz obserwował to się wydarzyło ze zdumieniem, lecz i z ręką na mieczu. Wytrzeszczył oczy jakby próbując zrozumieć sytuację. Był bystry… wiedział co się stało, lecz zastanawiał się “jak”.
Czy tak się rodzą opętani? – wyszeptał.
- Hehehehe… oooch, nie… nie tak. W ogóle nie tak. Moge ci powiedziec jak… ale co mi za to dasz? - mężczyzna przekrzywił głowę w nie do końca naturalny sposób.
Hektor pokręcił głową.
Nie… jeszcze nie chcę wiedzieć. Zbyt mocno kupgrhczysz jeśli chodzi o wiedzę. Pozwoliłem ci wejść do tego śwghriata, choć na bagienne uroki, sam nie wiem czemu. Nie mamy jednak czasu, by gawędzgrić. Nasuń kaptur głębiej na głowę. Na pierwszy rzut oka widać, żeś demon.
Zachichotał w odpowiedzi po czym nasunął kaptur na głowę.
- Jak sobie życzysz rycerzu cztery ryby. Co jeszczę moghę dla ciebie uczhynić? - zabulgotał kłaniając się delikatnie. Był rozbawiony.
Przez moment Hektor zastanawiał się, lecz pokręcił głową zniechęcony.
Po prostu, nie sprawiaj kłopotów… – wzdrygnął się słysząc kroki na schodach – Porozmawiamy jak opuścimy miasto.

Gveir nałożył maskę po drodze do karczmy. Kiedy stanął u stóp schodów i zobaczył Hektora rozmawiającego z zakapturzoną postacią, rzekł:
- Hektor. Wybywamy natychmiast. Pal licho, co żeś zostawił w komnacie.
Po czym rzucił spojrzenie na nowego towarzysza Hektora.
- Ten tutaj się Hebaldowi nie spodoba - dodał jeszcze na odchodnym.

Hektor zwrócił zdziwiony spojrzenie na Gveira. Czyż nie widział że to giermek, którego chwilę wcześniej położyli trupem? Spokój najemnika zadziwiał za każdym razem.
- Hebald nie ma wyjścia - oznajmił gdyż wciąż uważał że to mag był poniekąd odpowiedzialny za pojawienie się demona. - Już idziemy… Gveir, czy ten tu ujdzie za człowieka jak kaptur nasunie?

- Ohoho… - zaśmiał się cicho zakapturzony. - Jak się schowam w wozie to mnie nikt nie zobaczy… torba była jednak znacznie znacznie milsza.

Gveir wzruszył ramionami.
- Dopóki nie będzie śmierdzieć rozkładem i śmiercią, chyba ujdzie.

Hektor krytycznie popatrzył na ożywione zwłoki.
- Na pewno nie zacznie od razu… zdążymy wyjechać.
Rycerz złapał pozostałe elementy swojego dobytku i skinął na ożywieńca wskazując wyjście.

- Hmpf, nie jestem martwy… - demon zabulgotał pod nosem urażonym tonem. Nie ociągał się jednak i chwiejnym krokiem podążył za dwójką. Kiedy wchodzili do stajni do pozostałych dołączył Aurarius. Trzymał swoje rzeczy w nieładzie jakby właśnie wbiegł. Kiedy do stajni wszedł jednak demon jego twarz zmieniła się niemal nie do poznania. Porosły ją złote łuski, a sam smok zasyczał.
- Co tu robi ta plugawa istota?!

Gveir wzruszył ramionami, spodziewając się takiej sytuacji. Był to jednak towarzysz Hektora, więc wolał, żeby to ten przemówił pierwszy.

Słysząc kroki Esmond obrócił się stojąc na wozie. W dłoniach trzymał świeżo załadowaną kuszę, którą przygotowywał na drogę. Wpierw zdziwił się widząc giermka, jednak zauważając jego stan, oraz reakcję Aurariusa, dość szybko połączył fakty.
-Coście zrobili?

Rycerz pokręcił głową spodziewając się tych pytań, ale do końca nie wiedząc co odpowiedzieć. Jak zwykle jednak mógł odwołać się do swych cnót. Jedną z nich było to, że nigdy nie kłamał. Nie miał jednak pewności co do natury “demona”, a pamiętał że tamten się obruszył gdy został tak nazwany podczas pierwszego spotkania.
- Istota z którą rozmgrwhawialiśmy w śnie Izabeli. Wyciągnąłem ją na zewnątrz, a teraz opętała ciało tego nieszczęśnika. Porozmawiajmy jak już wyjedzghriemy z miasta.

Aurarius zasyczał, zawarczał i zacisnął swoje notatki gniotąc je.
- Nie pojadę razem z tym w jednym wozie!
- I tak zaczęło być ciasno - Ristoff odezwał się po raz pierwszy. Jego chłodne spojrzenie mroziło.
- Jak zagwarantujesz rycerzu, że to nas nie zaatakuje to nie mam problemu. Jeśli zrobi jeden fałszywy ruch zgniotę go jak robaka, którym jest.
Groźba musiała podziałać na "demona" bo cofnął się za Hektora.
- Może twój dzielny zwierz nas poniesie?

- Mogę tylko zagwarantować że jeśli uniesie na was swą dłoń, spotka się z moją stalą - odpowiedział. - Pojedzie ze mną na wargu jeśli Rybożer wytrzyma. Rybożer!?
Podniósł głos pytająco kierując uwagę na wierzchowca.

Gveir wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język. Zastanawiał się, czy przypadkiem, choć rycerz gwarantował bezpieczeństwo fizyczne, co mogło się stać z ich duszami - choć po prawdzie na magii się nie znał, zastanowił się, co mogła oznaczać obecność demona w drużynie. Był to bowiem już drugi, jeśli tylko jego broń miała się zaliczać jako demon właśnie.

Esmond pokręcił głową z dezaprobatą. Jemu również nie odpowiadała obecność demona, zwłaszcza że i tak przyciągali zbyt dużo uwagi. Nie było jednak czasu na kłótnie, musieli ruszać.
- Później rozstrzygniemy sprawę tego...czegoś. Wpierw musimy opuścić miasto- przypomniał, pospiesznie wracając do przygotowywania wozu.

Rybożer na pytanie rycerza położył uszy po sobie i pochylił głowę do dołu.
- No… no… jak tak pan prosi… to wytrzymam - wyjęczał podchodząc bliżej. Niepewnie patrzył swoimi ogromnymi oczyma, ale grzecznie czekał. Karhu natomiast fuknęła na broń swojego jeźdźca, ale również nie sprawiała problemów. Aurarius popatrzył po wszystkich. Zacisnął usta w kreskę i wpakował się do wozu. Widząc to Ristoff również wsiadł. Kiedy sięgał aby się oprzeć zatrzymał się na moment i spojrzał na kikut z brakującą dłonią. Warknął pod nosem i podciągnął się drugą ręką. Był wściekły.

Wóz ruszył. Dizi wraz z Esmondem na siedzisku woźnicy, a pozostali w środku lub na wierzchowcach. Demon zaciągnął mocniej kaptur i przytulił się wręcz do rycerza aby ukryć swe oblicze. Z początku yataki szły wolno. MInęli kilka przecznic i Ristoff zatłukł w ścianę. Karzeł niechętnie pospieszył zwierzęta. Jadący za wozem jeźdźcy uważnie się rozglądali szukając kłopotów. Chwile upływały niemiłosiernie długo. Rycerz widział jak przechodnie z zaciekawieniem patrzą na jego pasażera i na niego samego. Gveir również zbierał na swojej niedźwiedzicy spojrzenia. Esmond zaś dojrzał jak Dizi coraz bardziej się denerwuje. Był blady i mocno zaciskał dłonie na lejcach.

W końcu dotarli do bram po drugiej stronie miasta. Strażnicy uważnie przyglądali się każdemu z nich.
- A temu co? - zapytał nagle bardziej gorliwy wskazując na demona.

Rycerz spodziewał się, że takie pytania mogą się pojawić, więc zawczasu przygotował w głowie odpowiedź. Nie mógł kłamać, więc powiedział prawdę.
- Po tym jakeśmy się urządzili w gospodzie, ledwo na nogach się trzyma - odrzekł spokojnie. - Ale śpieszno nam, więc wydobrzeje po drodze.

- Hej, kolego? Wszystko w porządku? - strażnik mimo wszystko zapytał podchodząc bliżej. Sięgnął ręką do demona, a ten odtrącił go ręką.
- Wody… - jęknął swoim charczącym głosem.
- Fiu, fiu! Faktycznie zabalowaliście. Nie męczcie go za bardzo. He he - wraz ze strażnikiem zaśmiało się kilku innych. Nawet wam pomachali kiedy ruszyliście dalej.

Mięła godzina nim niektórzy się rozluźnili. Póki co nikt was nie gonił. Słońce leniwie przeświecało spomiędzy chmur. Nie zapowiadało się jednak aby miał padać śnieg. Obciążony Rybożer nieco bardziej niż zwykle sapał lecz z jego pyska nie poszły słowa skargi. Dopiero gdy już brzuchy wołały o cokolwiek Ristoff zarządził odpoczynek. Wóz zatrzymał się przy wiacie stojącej obok szlaku. Nie dane było jednak podróżnikom odpocząć w spokoju.
- Nie będę dzielił przestrzeni z plugawcem! - wysyczał Aurarius kiedy obaj z demonem próbowali wejść do środka.

Esmond zeskoczył z wozu, oglądając się jeszcze na drogę którą przyjechali.
- Dlaczego to z nami ciągniesz Hektorze.- zapytał spokojnie. Do tej pory miał rycerza za rozważną osobę, liczył więc na dobry argument, dla którego ten postanowił zabrać ożywione zwłoki.

Hektor sam do końca nie wiedział. Działał pod wpływem impulsu. Zeskakując z Rybożera pogłaskał i poczochrał go namyślając się. Odpowiedź w końcu przyszła.
- To jest ta istota, którą spotkaliśmy w śnie Izabeli. Twierdzi że dużo wie, a ja jestem utopcem Esmondzie… mam mnóstwo pytań o to czego nie pamiętam.
Spojrzał na opętane ciało szukając potwierdzenia swych przypuszczeń.

Demon mierzył się spojrzeniami ze smokiem. Odwrócił się jednak do utopca uśmiechając się.
- Skoro już o tym mówimy. Nazywaj mnie po imieniu. Kruk? Pamięta to ktoś jeszcze? - zażartował przenosząc wzrok na Gveira.
- Parszywa istoto! Wykorzystujesz ich potrzeby dla swoich własnych niecnych planów! - zawarczał nagle Aurarius. Kruk spojrzał na niego gniewnie.
- Och tak jakbyś ty tak ładnie nie zmanipulował Gveira i Esmonda do wykonania dla ciebie brudnej roboty.
- Wcale nie!
- Oooch, ukradli mi rzeczy, zrobię ci coś w zamian jak mi je znajdziesz.
- Skąd..! To co innego!
- Ta, jasne. Układ to układ smoczątko. Nie spinaj się tak.

Hektor, choć miał mieszane odczucia względem istoty ze snu musiał uznać jej logikę. Rozumiał też Aurariusa. W obu przypadkach jednak to była jednak logika zwykłych kmieciów, czego nie omieszkał wspomnieć.
- To jakie intencje stały za waszymi prośbami to jedghrno. To dlaczego ktoś godzi się pomóc to drugie. Czyste serce nie odmówi potrzebującemu. - rzekł stanowczo. - Nawet jeśli chcę odpowiedzi, w tamtej chwili myślałem o podgrhaniu pomocnej dłoni. Nie uwierzghrę, że po wizycie w umyśle pięknej Izabeli, włamywaniu się do cudzych pokoi, wspólnej walce i przelewaniu krwi, a wreszcie po spotkaniu smoka… towarzystwo Kruka miałobhry być problemem.

- Demon prawdę rzecze - rzekł Gveir spod swojej lisiej maski. - Każdy układ jest warty swojej ceny, jeśli tylko w istocie cena jest odpowiednia - dodał, dotykając lekko ostrzy zawieszonych na łańcuchach, które chrzęściły cicho na mroźnym powietrzu.

Sam niewiele miał do dodania, bowiem myślał bardziej o następstwach zamordowania jednego z paladynów. Czy pogoń będzie długa i zajadła? Cóż, zanosiło się na to, że nawet jeśli pofatygują się po nich, Ostrza Furii i ramię Hektora były więcej, niż czemu mogli sprostać ludzcy wojownicy.

Pozostało zatem dalej zdążać do ich celu.

Gveir zastanawiał się jednak… W jaki sposób Hebald stracił rękę? Nie był jeszcze pewien, w jaki sposób mógł się spytać maga o to, by nie sprowokować jego gniewu.

Aurarius przygnieciony opinią rycerza jak i najemnika cofnął się. Nikt ostatecznie nie staną po jego stronie i widać było, że źle mu z tym. Spojrzał tylko smutno na Esmonda.
- To ja zostanę na zewnątrz. Zimno mi nie szkodzi - wymamrotał pod nosem i obszedł wiatę. Wszyscy usłyszeli jak ciężko usiadł w śniegu.

Trzeba było wam rozpalić ognisko i ogrzać się. Dizi jak zwykle się za to zabrał. Suche porcje jedzenia zostały rozdane. Kruk, również wziął jedną dla siebie. Ristoff westchnął.
- Masz szczęście, że uzupełniłem zapasy.
Demon nie odpowiedział pozwalając ciszy wedrzeć się pomiędzy siedzących.

Hektor postanowił pierwszy przerwać ciszę. Nie chciał jednak jeszcze rozmawiać z demonem. Nie miał nic na wymianę. Wskazał więc na kikut maga.
- Co się stało? Myślałem że tylko my walczylghriśmy.

Gveir przysłuchiwał się rozmowie. Także ciekaw był odpowiedzi na to pytanie.

Ristoff wściekle wbił spojrzenie w kikut.
- Nie tylko wy. - warknął. - Do stajni też weszła grupka. To, że nic nie widzieliście to zasługa magii. Nic z nich nie zostało.
Dopiero teraz kiedy była chwila spokoju Esmond jako jedyny dostrzegł, że kikut nie wygląda naturalnie. Nie była to otwarta rana, odcięte ciało lub choćby zrośnięte. Wyglądało raczej jakby ktoś ułamał kawałek bardzo starego… czegoś. Dłoń nie została ucięta, a urwana lub wręcz złamana.

- A na mnie narzekają , że niby pakty z demonami robię, a tu grubsze sprawy się kroją... - mruknął po cichu Gveir, zobaczywszy kikut Ristoffa.

-Więc co się stało z Twoją dłonią? dociekał Esmond. Mag miał zbyt wiele sekretów, liczył więc że choć raz się czegoś dowie.

Ristoff milczał. Uderzał palcami drugiej dłoni o kolano. Dizi w końcu nie wytrzymał.
- Hebaldzie… chyba możesz nam powiedzieć. Wystarczająco dużo razem przeszliśmy…
- Walka, to walka, czego oczekujecie? Ja ich zabiłem, a oni ucieli mi dłoń. To nie jest teraz istotne - mag nerwowo zaczął miętosić swój wisior w dłoni. - Zbliżamy się do celu naszej podróży. Dzisiaj powinniśmy dotrzeć do wieży strażniczej. Tam powinno nam się udać przenocować. Zostanie jedna wioska od której będzie już blisko. Proponowałbym zostawić tam osoby niezwiązane z tą wyprawą. Nie chcę aby ktoś mi się plątał pod nogami, albo co gorsza naruszył ślady. Nie wiem co nas tam czeka, a wystarczy mi osób jakie mam już na sumieniu.
Dłoń maga zacisnęła się na wisiorze. Lily zaczęła z nimi podróż lecz ją zakończyła dużo wcześniej. Młoda magini umarła z własnych błędów lecz widać Ristoffa ciągle to męczyło. Izabela jednak nie przyjęła za dobrze jego słów.
- Potrafię o siebie zadbać jeśli trzeba!
- Mnie to też dotyczy? - zapytał rozbawiony demon. Dizi postanowił przemilczeć.

- Poza tym - zauważył Gveir - nadal możemy się obłowić na skarbach pozostawionych przez wyprawę. Należy mi się moja dola.

- Kto będzie chciał odejść odejdzie - rzekł Hektor - Nie obciążaj swego sumienia kimkolwiek kto dołączył do tej wyprawie Hebaldzie, gdyż każdy czyni to z własnej woli. - skinął na jego kikut i zakłopotał się - Czy… czy potrafisz wyczarować nową dłoń?

- To pewnie jedna z tych reguł magii, które wszyscy czarodzieje znają - sarknął Gveir. - Znaczy się, nie można. No chyba, że się złoży ofiarę bogom. I trzeba rzucić kośćmi. Koniecznie muszą być w to zamieszane kości - Gveir odchrząknął z zadowoleniem.

Ristoff westchnął.
- Nawet w żartach nie mieszaj magii z resztą bogów - mag splunął - W ogóle co ci po głowie chodzi aby o nich wspominać kiedy brudzisz swoje ręce demonicznym paktem i nosisz maskę Pań Lasu na twarzy?? W życiu nie spotkałem bardziej nierozważnego człowieka! Prosisz się aby spotkał cię zły los. Nie dziwię się, że mamy tyle problemów odkąd dołączyłeś. Sprowadzasz ich uwagę na nas wszystkich nawet bardziej niż nasze akcje.
Mag znowu się zezłościł. Jego gniew skończył się tylko na zbielałych knykciach zaciśniętej pięści.
- Dostaniesz swoje monety jak dotrzemy do obozu ekspedycji. A co do mojej ręki… tak mógłbym ją “wyczarować”. Musiałbym tylko mieć chętnego do oddania swojej dłoni. Tradycja biologii pozwala na takie rzeczy bez niepotrzebnych ofiar… wszystkie są potrzebne. - żachnął się.

Gveir nim odpowiedział usłyszał szept. Znajomy kobiecy głos.
“Jesteś gotów? Nudzę się”
Marza niecierpliwiła się.

Głos, który zapewne wydobył się z maski, nie zdziwił Gveira. Przypomniał mu o czymś odległym… Czymś, co być może kiedyś pamiętał, zupełnie jak jakaś odległa myśl, która czasem przychodzi i odchodzi w tym samym momencie.

- Kimkolwiek jesteś, zostań tam, gdzie jesteś - syknął Gveir cicho w stronę szeptu, uważając, by inni nie zauważyli tego.

Po czym odparł na uwagę maga:

- Te artefakty, które zdobyłem, warte są swojej ceny - rzekł. - Chętnie wezmę inną broń, jeśli tylko posiadasz coś równie efektywnego. Co do bogów zaś… Wątpię, żeby to, co robię, ściągało ich uwagę.

Tu zrobił pauzę.

- Zapewne przyciągamy ich uwagę, bowiem natura tej wyprawy urąga im prawom - domyślił się. - Moje pakty z demonami i maska to zapewne nic w porównaniu z tym, co zobaczymy u jej kresu.
 
__________________
Evil never sleeps, it power naps!
Santorine jest teraz online  
Stary 19-02-2020, 20:47   #124
 
Asuryan's Avatar
 
- Lecz jeśli kres wyprawy chcemy ujgrzeć, lepiej nie wołać Ich otwarcie. Ani po imieniu, ani w ogóle - rzekł Hektor - Ze zbrojnym można walczyć. Strzały można uniknąć. Lecz złego losu czy uroku… lepghiej nie prowokować. Wystarczy już to co robimy. Wszyscy. No… może oprócz Diziego.
Hektor uśmiechnął się słabo do woźnicy.

- No… powiedzmy, że nie urągam im, ale też… też zdaje mi się, że Panie Lasu mnie… lubią - odpowiedział zakłopotany karzeł - Teraz to… skoro jestem z wami to już chyba nie ma znaczenia panie rycerzu.
- Broń może i by się znalazła, ale nie od razu i nie za darmo. W monetach co prawda wystarczyłaby zapłata - odpowiedział mag Gveirowi - A propos Pań, zamierzasz się zmierzyć z Marzą? Może by zima lżejsza była jakby jej się zmarło.

- Nie mam powodu, by z nią walczyć - Gveir wzruszył ramionami, lekko zdziwiony. - Sypnąłbyś groszem, dobrodzieju, to może coś się zmontuje… He he he.

- To ty chciałeś z nią walczyć jeszcze niedawno. - Ristoff uważnie zmierzył spojrzeniem najemnika. - Skąd ta zmiana?

- Zapewne przelotny zapał - mruknął najemnik. - Wszakowoż pojedynek z nią niewiele da… Prawda?

- Jak niewiele da? Przecież to cała kwintesencja! Walka dla walki! Artamen. Och nie mogę tego słuchać! - Izabela nagle wybuchła. - Po to przecież chciałeś broń od smoka, a potem tego… tego DEMONA! Po to aby się z nią zmierzyć! Jak możesz tego nie pamiętać?
- Ups… - wyrwało się Krukowi.

Hektor był zaskoczony wybuchem Izabeli. Nie spodziewał się, że akurat maginii będzie przejawiać takie poglądy. Kwestia pamięci była jednak bardziej intrygująca.
- Ups? - zwrócił się do Kruka. - Co żeś zrobił Gveirowi?

- Pozbawiłem go jednego konkretnego wspomnienia w zamian za broń. Wygląda to jednak jakby ktoś pociągnął za sznurek na kołowrotku. Nić się nie urwała, a szpula coraz mniejsza.

Gveir zmrużył oczy z podejrzliwością, patrząc na Izabelę. Wydało mu się, jakby usłyszał znajome słowo, ale nie był pewien, co dokładnie to oznacza.

- Arta- co? - zapytał. - Od czasu, kiedy żeśmy do weszli do twojego umysłu, nieco chyba się w nim pomieszało - mruknął, choć nie wyglądał na całkowicie przekonanego co do swoich słów.

Słowo wzbudziło w nim emocje, choć sam do końca jeszcze nie potrafił powiedzieć, co to było. Jakby Izabela przypomniała mu bardzo stary sen, który kiedyś miał i który cały czas wymykał mu się.

- O co tutaj chodzi? - zapytał Gveir w stronę magini i Kruka, zdezorientowany.

- Hmm - Kruk wyglądał na wyraźnie zaintrygowanego. - To bardzo ciekawe. To tak jakby twoje wspomnienie wpadło do głowy magini.
- Słucham? To moje wspomnienie! Artamen jest moją ścieżką życia, którą nauczył mnie mój mistrz!
- Tyle, że uczył cię mistrz Aspirago. - wtrącił się Ristoff marszcząc brwi.
- No tak! Przecież to jego… hmm - Izabela urwała, a na jej twarzy pojawiła się konsternacja. - Nie… to nie była jego ścieżka.
Magini odwzajemniła zdezorientowane spojrzenie na najemnika.

Hektor przez moment patrzył na towarzyszy szukając sensu w ich słowach.
- Przed rytuałem opowiadaliśmy co nieco o sobie - wspomniał - Gveir, mówiłeś wtedy o swoim mistrzu ale nie nazwałeś go z imienia. Ale potem, podczas snu, gdy zawierałeś pakt z Krokiem wyglądało to jakby coś w istocie oderwało się z twej głowy wraz z wiatrem.
Rycerz zamrugał niepewnie wiedząc jak głupio to brzmi.
- Jeśli twoje wspomnienie utknęło w głowie Izabeli… wpływa na nią. Może ją zmienić albo już zmieniło. Ty zaś… jeśli dobrze rozumiem wciąż tracisz pamięć? Pytanie czy przepada bezpowrotnie.
Skierował uwagę na maginię.
- Piękna Izabelo, co wiesz na temat Marzy?

- Nie wiem - skwitował rzecz Gveir, po czym zwrócił się do demona. - Ty! To z tobą zawierałem jakiś układ z pamięcią? Ha! Nic nie pamiętam, więc twoja magia zdaje się działać.

Po czym wyszczerzył zęby.

- Oby ten układ był dobry -rzekł - Ciężko przypomieć sobie rzeczy, które się zapomniało. Rozumiem, że odkręcenie paktu także by mnie kosztowało.

Kruk się skrzywił.
- A taki dobry to jest pakt… Nie ma siły, którą normalnie wyciągnąłbyś ze mnie takie informacje. Jestem jednak ciekaw, chcę wiedzieć co zrobisz, co wybierzesz. - Demon nachylił się do najemnika. - Twoja broń jest częścią paktu. Musiałbyś ją poświęcić w rytuale zerwania paktu. Mało kto o nim wie, ale ja znam i mógłbym się nawet podzielić… za dodatkową cenę oczywiście.
Szeroki uśmiech pojawił się na twarzy demona. Przy jego obecnej aparycji nie wyglądał on zachęcająco.
- Twoje wspomnienia, to już jednak inna sprawa. Wykracza ona poza moją moc. To co zostało u panienki Izabeli pewnie dałoby radę odzyskać, ale czy to powstrzyma dalsze zapominanie? Ach, chciałbym wiedzieć. Domyślam się czemu tak jest, ale tak za darmo się dzielić wiedzą? No nie wiem, nie wiem.

Oblicze Gveira spochmurniało na słowa demona, choć spod maski niewiele można było poznać. Jeszcze.
- Twoja cena? - zapytał.

- Sprzedasz całego siebie nim zrozumiesz, że już nie będzie lepiej? - Izabela wybuchła nim Kruk miał w ogóle szansę odpowiedzieć. - Chciałeś zdobyć broń aby walczyć z Marzaną Panią Zimy, a teraz się z tego wycofujesz?!? I co? Pozbędziesz się broni na którą poświęciłeś kawałek siebie? Co ci zostanie? Nic! Opanuj się!
- Panienko… - Dizi z niepokojem patrzył na maginię. - To jego życie i decyzje.
- Hmpf! Chwała z walki jest najważniejsza! - magini pokręciła głową wychodząc na zewnątrz.
Kruk milczał ciekawsko oglądał się to na maginię to na Diziego, to na Gveira i czasem na rycerza. W końcu jego spojrzenie powróciło na najemnika.
- Czemu chcesz się pozbyć broni? Zaspokój moją ciekawość a potem powiem ci jaka jest moja cena.

Gveir podszedł nieco bliżej demona.
- To nie o broń chodzi, ale o wspomnienia, które być może mi zabrałeś – rzekł groźnie. - Cóż to mogło być? I czy miało znaczenie? I czy może jest warte więcej od tego?
Łańcuchy zabrzęczały w powietrzu groźnie.
- Dopóki cena za towar była dobra, wtedy nie mam nic przeciwko – Gveir zagrzmiał. - A co, jeśli wspomnienie było warte więcej niż to? A co, jeśli padłem ofiarą twoich sztuczek, jeśli zabrałeś mi coś znacznie wiecej wartego?/i]
Gveir smagnął zaczepnie demona jednym z łańcuchów. Był ciekaw jego odpowiedzi.

Kruk zwęził powieki krzywiąc się na twarzy i kurcząc od uderzenia.
- Sam się o to prosiłeś człowieku zawierając pakt w cudzym umyśle. Nie wymyśliłeś ceny, nie dałeś mi nic, to zabrałem co uznałem za najciekawsze. Trzeba było być mądrzejszym. Teraz idź i szukaj z magią tych ziarenek rozwianych na WIETRZE. - demon podkreślił ostatnie słowo - Ale odpowiedziałeś mi, to teraz dostaniesz wiedzę.
Zerwał się dotykając czoła maski, a jego palec momentalnie przepalił się przez drewno stykając się ze skórą najemnika. Mroczne niezrozumiałe słowa wydobyły się z ust Kruka i już po chwili Gveir wiedział co miał zrobić aby zerwać pakt z demonem. Wiedza ta zaciążyła mu na umyśle gdyż musiałby poświęcić kogoś na kim mu zależy, lub jest blisko niego aby pozbyć się paktu.

Gveir odskoczył od demona czym prędzej. Splunął. Oczywiście, wiedział, kogo musiałby poświęcić, jednak nie zrobiłby tego nawet za jakąkolwiek broń lub wspomnienie. Odgadł plan demona: było to doprowadzanie do sytuacji, w której Gveir tracił coś bezpowrotnie.

- Znajdę inny sposób na odzyskanie wspomnień – rzekł, kręcąc młyńca jednym z ostrzy. - Hektor przyprowadził cię po coś. Uszanuję tę jego decyzję i powstrzymam się... Od tego. – dodał, pochwycając jedno z ostrzy w dłoń.

- Kiedy odnajdę, co mi zabrałeś, rzeczy mogą przybrać nieco inny obrót – rzekł, chowając ostrza.



Hektor
Może Izabela nie odpowiedziała bezpośrednio na pytanie rycerza, ale jej zachowanie w zupełności wystarczyło. Hektor zadumał się i wyszedł w ślad za Izabelą.
- Trzeba żyć z konsekwencjami własnych uczynków, lecz ty zostałaś obarczona cudzym wspomnieniem. Nie chcesz tego zmienić?
Magini energicznie odwróciła się do utopca. Zmierzyła go uważnym spojrzeniem.
- To tak jakbym chciała pozbyć się odpowiedzi na życie. Może nie są to moje wspomnienia, ale mają one w sobie tyle siły. Pozwalają mi nie mieć rozterek… - kobieta westchnęła. - Z drugiej strony czasem one wracają i nie wiem co jest lepsze.
Rycerz odpowiedział dopiero po chwili.
- A wcześniej? Co było najważniejsze dla Ciebie?
Magini spojrzała w bezchmurne niebo.
- Zdaje mi się, że… lubiłam pomagać. Chyba nie miałam za dużych oporów nieco wspomóc się magią w osiągnięciu zupełnie samolubnych celów - uśmiechnęła się kwaśno spuszczając spojrzenie. - To ja miałam tobie pomóc z pamięcią a wychodzi zupełnie inaczej.
- Jeszcze mi pomożesz Izabelo - rzekł Hektor i dotknął jej ramienia by zwrócić na siebie jej spojrzenie - Wiedz jednak że cudze wspomnienia jakkolwiek by nie były obiecujące nie dadzą Ci satysfakcji. Może prości ludzie potrafią żyć bajkami, lecz my wiemy lepiej. Gdyby walka w istocie przemawiała do twej duszy, już wcześniej, obserwując Gveira, podzieliłabyś jego światopogląd.
Kobieta zacisnęła usta w kreskę.
- To jak pozbycie się części siebie… ale masz rację. Nawet jeśli mi się to nie podoba.

- Rozchmurz się piękna Izabghreelo - rzekł Hektor uśmiechając się potwornie - Poradzisz sobie. Jeśli zaś trzeba, razem temu zaradzimy. Od biedy możemy raz jeszcze wybrać się na wędrówkę po twej głoghrwie. Tym razem za twoim przyzwoleniem - dodał szybko.
- Ostatnio skończyło się to nie najlepiej… chyba wolę sama nad tym popracować - magini uśmiechnęła się z zakłopotaniem. - Wróćmy do środka. Zimno.

Rycerz skinął i wrócił wraz z Izabelą pod wiatę. Akurat w chwili gdy wchodził Gveir kończył rozmowę z Krukiem. Nie skomentował jednak ani nieprzyjaznych spojrzeń, ani brzęknięć łańcucha.




Esmond

Esmond nie był zaskoczony tym, że mag uniknął odpowiedzi. Nie spodziewał się poznania prawdy. Po skończeniu posiłku opuścił wiatę i znalazł siedzącego nieopodal Aurariusa i przykucnął u jego boku.
- Czy jesteś w stanie powiedzieć mi coś na temat istoty, której obecność tak Cię odraża?
Smok podniósł spojrzenie znad papierów.
- Nie znam się dokładnie na rodzajach tych plugawców. Po prostu… wiem, że są niebezpieczne. Sprowadzają korupcję w serca śmiertelników, bawią się ich kosztem dla własnej uciechy albo korzyści. Lub dla obu. Patrz, co zrobił? Ten biedny człowiek musi strasznie cierpieć będąc tak kontrolowanym przez tego potwora! - smok zrobił bardzo smutnął i przejętą minę.
-Nie jestem pewien czy on coś jeszcze czuje.- mruknął łowca, mając przed oczami moment gdy pachołek zbrojnego stracił życie. Zmarszczył brwi.
- Ta istota stale zdaje się rozwijać. Powiększać swoją formę. Słyszałeś wcześniej o czymś podobnym?
- Powiedziałbym, że próbuje się całkowicie przedostać do nas. Wyjść zza zasłony. Co masz na myśli z tym czuciem? Ten biedak ma jakoś uszkodzone ciało? Nie czuje bólu?
- Walczyliśmy wcześniej z tymi ludźmi. Co prawda byłem zbyt skupiony by obserwować starcie Hektora, ale nie sądzę by jego przeciwnik wyszedł z niego żywy.
- A ty? - wraz z pytaniem Esmondowi przypomniało się, że ostatnim ciosem jaki zadał pachołkowi był głowicą w szczękę. Niewątpliwie ją złamał, ale czy go ostatecznie zabił? Nie sprawdził ciała.
-Nie sądzę, nie zadałem śmiertelnego ciosu.- zastanowił się - łudziłem się, że będziemy w stanie rozwiązać ten spór nie zabijając ich na oczach świadków. I bez tego sytuacja jest nieciekawa.
Smok pokiwał głową.
- No to jestem teraz pewien, że dobrał się do żyjącego… wiesz, że dusze są zabierane z ciał prawda? Eee… w sensie, że bóg śm… eee… no wiesz o co mi chodzi, nie? Takie ciało jest puste i martwe. Nieruchome niczym głaz. Nic z nim się nie da więcej zrobić. Zbezcześcić, oczywiście, ale nie o to mi chodzi. Od czasu wojny mamy te przypadki opętanych. tylko, że oni w bardzo tego naukowym określeniu nie są “opętani” a… naznaczeni? Tak, to najlepsze określenie. Emanacja grzechu demonów sprawiła, że ich ciała się wypaczają tak jak i dusza. Pisałem o tym nawet referat, choć nie powiem abym miał najlepsze źródło wiedzy. Teraz z kolei nastąpiło prawdziwe opętanie. Mamy fizyczną formę demona, który dosłownie zawładnął ciałem tego nieszczęśnika. On żyje, ale jest kontrolowany przez tamtą istotę. Jak widać również forma została przekształcona. Jestem święcie przekonany, że ten nieszczęśnik cierpi, gdyż jego świadomość tam wciąż jest.
Esmond spoglądał przez chwilę na smoka, zastanawiając się nad tym co powiedział. Niewykluczone, że zabicie mężczyzny wtedy w karczmie, byłoby dla niego lepszym losem, niż to przez co obecnie przechodził.
-Czy jest możliwe aby uwolnić go spod wpływu demona?- zapytał, choć przemawiała przez niego bardziej ostrożność niż poczucie winy.
- Hmm… na pewno. Póki ofiara żyje myślę, że się da. O ironio najlepiej się na tym znają wyznawcy tego całego boga człowieka. To jakby jest ich motto aby wszystkie demony unicestwić. Nie przyglądałem się temu dokładnie, więc nie wiem czemu.
- Dobrze choć wiedzieć, że jest jakieś wyjście na wypadek gdyby sprawy przyjęły zły obrót.- a z reguły tak właśnie jest' dodał w myślach- czy widziałeś ci się stało w stodole? Jak Ristoff stracił dłoń?
Smok się podrapał po rudej czuprynie.
- Nie do końca się przyglądałem… ale mam wrażenie jakby po prostu mu się ona złamała. Nawet nie krzyknął jakby to go w ogóle nie zabolało. Po prostu w jednej chwili miał dłoń, a w następnej widziałem jak już ją trzyma w drugiej ręce. Nie lubię walczyć, a jak nas napadli to się schowałem. Między jednym, a drugim wyjrzeniem z mojej kryjówki tylko tyle dostrzegłem.
Smok zamilkł na moment lecz na jego twarzy było widać wciąż zmartwienie, ale także pewną niepewność.
- Uważaj na niego… na wszystkich swoich towarzyszy Esmondzie. Jesteście zaplątani w coś czego nawet ja nie do końca rozumiem. Nie wiem czy chcę rozumieć. Odzyskałeś dla mnie moje rzeczy i jestem ci za to wdzięczny i bardzo chciałbym móc odwzajemnić pomoc… jesteś całkowicie przekonany do tego łuku z piorunami? Nie powiem w zimie ciężko o burze z piorunami. Musiałbyś chyba poprosić o pomoc jakiegoś żywiołowca.
- Tak, nie do końca to przemyślałem. Nie wiem jednak co byłoby osiągalne. Nie znam się na magii. Myślałem o czymś co pozwoliłoby mi lepiej radzić sobie ze zbrojnymi, lub chociaż ułatwić mi skradanie się.
Smok się zamyślił. Para buchała z jego ust. Po chwili sięgnął po śnieg układając kupkę na swoich dłoniach. Chuchnął na nią. Puch momentalnie zaczął topnieć.
- Mógłbym coś takiego zrobić. Nie idealne, ale zawsze coś. Gdybym wykorzystał motyw tego jak śnieg topnieje tracąc swoją białość na rzecz przezroczystości wody… ach ale to musiałaby być iluzja. Wygłusza z kroków? Banał i trudny do zrobienia… Coś na zbrojnych powiadasz? Hmm… Chcesz korzystać z łuku, chciałeś pioruny. Pokaż z jakiego ty drewna masz tę broń - smok nie czekał na odpowiedź. Przyjrzał się łukowi, a potem samemu Esmondowi. Myślał intensywnie.
- Chyba mam pomysł. Co powiesz na to aby… twój płaszcz potrafił zmieniać się przystosowując się do otoczenia?
- To możliwe? - zapytał, sam na moment zapominając jak wiele jest się wstanie osiągnąć przy pomocy magii. Przypominając sobie jednak wymogi swojego poprzedniego życzenia zapytał- czy ciężko będzie otrzymać taką...właściwość?
- O tyle ciężko, że będziesz potrzebował przykładów takiego otoczenia. - Kory różnych drzew, liście, śnieg, piach, kamień… różne kamienie w zasadzie w zależności od tego jakie warunki, woda. Będzie działać póki będzie pasować.
- Cóż, czeka mnie sporo pracy, ale chociaż jest to wykonalne.-łowca zastanowił się chwilę- jak juz mówiłem, nie znam sie na magii, ale.. gdyby tak zamiast fragmentów otoczenia zadbać o odpowiednie farby i barwniki? Czy efekt nie byłby taki sam?
- Eee… no nie do końca. Bo po prostu będzie się kolor zmieniał. Macie chyba jeszcze tylko jedno miasto przed sobą. Możesz nie znaleźć barwników, a piach, korę i śnieg masz zaś dookoła. Hmm - smok zamyślił się na moment - Mogę dorzucić od siebie kilka run, dzięki którym mógłbyś sam dołożyć od siebie kawałki jakiegoś otoczenia. Co ty na to?
Esmond skinął głową z aprobatą.
-To dobra myśl- przyznał- zabiorę się za zbieranie materiału, by jak najszybciej to skończyć.
 
__________________
Once the choice is made, the rest is mere consequence
Asuryan jest offline  
Stary 25-02-2020, 23:42   #125
 
Asderuki's Avatar
 
Kruk już nie odpowiedział Gveirowi. Odpoczynek się zakończył i ruszyli dalej. Karhu otarła się o najemnika, gdy ten na nią wsiadał.

- Jestem z tobą- mruknęła. Rybożer zaś był cicho ponownie niosąc na swoim grzbiecie demona.

Póki co nikt ich nie gonił. A przynajmniej tak wyglądało. Oglądając się za siebie nie dostrzegali nikogo na horyzoncie. Im dłużej jednak jechali tym większa ogarniała ich niepewność. Niebo pokryło się chmurami, a niedługo potem zaczął padać śnieg zmniejszając widoczność. Z każdą mijaną godzina opad nasilał się sprawiając, że nie było pewności czy dotrą do strażnicy na noc.

W ciągu całej drogi Esmondowi zdarzało się zsiadać z wozu i zbierać różnego rodzaju kawałki kory, igiły, kamyczki i zmrożone trawy. Dizi przyglądał się temu ze zdziwieniem, ale nie komentował. Łowca słyszał jak z jego ust spływają modlitwy. Nie były one jednak do bogów, a do pań. Zauważając spojrzenie karzeł uśmiechnął się smutno.

- Całe życie się bałem. Zawsze truchlałem w obliczu najwyższych i wszystkich ich przedstawicieli. Tyle się stało w trakcie tej podróży, że... chyba nie mam już sił się bać. Panie zawsze były w moim życiu. Odkąd się urodziłem i wychowałem na wsi, blisko natury, one zawsze się pojawiały. Wiesz, mam smykałkę do zwierząt. Zawsze mi to powtarzano “błogosławiony przez Panie”. Tego też się bałem, że zostanę nazwany heretykiem i mnie zabiją albo coś gorszego. Za stary już na to jestem.

Na tyłach Kruk odezwał się do utopca.

- Lepiej zacznij zadawać pytania, albo twój towarzysz nie da ci na to szans. Jeszcze się powstrzymuje, ale nie wydaje mi się aby długo to trwało. - Choć rycerz nie mógł się obejrzeć na demona jego ponury tyn wskazywał, że nie jest zbyt zachwycony wizją bycia zabitym. Ewentualnie, że zostanie zabite ciało, które wykorzystuje.

***

Opad śniegu nasilił się tak bardzo, że ledwo widzieli siebie nawzajem i tylko wiara w yataki i ich spokój dawały nadzieję, że się nie zgubią. Mimo to wokół panowała przyjemna cisza. Nie wiało, wiatr nie świszczał i tylko przyjemny szum śniegu wraz z klekotem wozu dało się słyszeć. Mogłoby to być nawet magiczne gdyby z ciemności nie wyłoniła się duża sylwetka. Jej białe pierze z czarnymi końcówkami i zlewało się niemal z padającym śniegiem. Głos jej jednak był znajomy. Marzana.

- Gveir! Daje ci czas do jutrzejszego świtu wyzwać mnie na pojedynek! Napraw swoją głowę albo zapomnij wszystko. - Świetnie było ją słychać w panującej dookoła ciszy. - I nie musicie dziękować za ten śnieg. Ci co was gonią będą mieli większy problem was śledzić.

Po tych słowach znikła a przed nimi pojawiła się strażnica.
 
Asderuki jest offline  
Stary 28-03-2020, 13:55   #126
 
Santorine's Avatar
 
Zanim oczom towarzyszy ukazała się strażnica, Hektor, sprowokowany przez Kruka, w końcu zadał mu pytanie. Jeszcze chwilę zbierał myśli zastanawiając się nad tym jak je skonstruować. Z początku chciał zapytać “kim jest?” albo “kto go zabił?”. Po chwili zastanowienia jednak, na te pytania mógł sam sobie odpowiedzieć.
- Czego nie zdążyłem zrobić przed śmiercią? Po co zostałem przywrócony do życia? - zapytał ostatecznie wciąż wierząc że Pan Toni stworzył utopców gdyż ci mieli niedokończone sprawunki w świecie żywych.
Kruk westchnął ciężko.
- Zapewne nie skończyłeś żyć - choć słowa brzmiały jak żart, ale były wypowiedziane zupełnie poważnie. - A czemu teraz żyjesz? Byłeś w złym miejscu w złym czasie. Ten, który niewoli dusze zrobił z ciebie bezwartościową kukłę. Bez urazy, ale pewnie wiedziałeś coś czego nie chciał aby wyszło.
- Coś czego nie chciał żeby wyszło? - powtórzył rycerz chłodno, gdyż nie spodobały mu się insynuacje Kruka. - Gdyby tak miało być, nie powinien mnie raczej pozostawić martwym?
- A kto powiedział, że kiedykolwiek umarłeś?
- Co? - rycerz aż zachłysnął się tą myślą. - Nie umarłem? Zostałem zmieniony za życia? Dla…
Dlaczego? To pytanie cisnęło się na usta Hektora. Kruk jednak odpowiedział już wcześniej. Zła pora. Złe miejsce.
- Czy… czy jestem w stanie to odwrócić? Stać się człowiekiem, odzyskać pamięć, wiem że była w moim życiu niewiasta… wrócić do niej?
- Odczynić boskie dzieło? Nie wiem czy ktokolwiek ma taką możliwość… może poza innym bogiem. Magia na ten przykład pewnie byłaby w stanie coś takiego uczynić.
-[i] Magia… - powtórzył za Krukiem dziwiąc się niepomiernie. - Magia jest boginią?
Nie bał się o Nich wspominać. W tej śnieżnej zamieci nikt nie mógł ich dostrzec.

- Nie słyszałem o niej Kruku… nikt o niej nie mówi. Czy… magowie się do niej modlą?
- Nie… hmm… co powiesz na mały układ? Z chęcią zdradzę ci tajemnice zza zasłony ale mam też wielką potrzebę, która ty mógłbyś zaspokoić. Widzisz przydałby mi się ktoś do obrony. Nie tu lecz TAM, po drugiej stronie.
Rycerz wzdrygnął się gdyż w pamięci miał to jak się układanie z Krukiem skończyło dla Gveira. Stawka jednak kusiła…
- Jak to miałghroby wyglądać?
- Cóż, związałbym z tobą pakt, byłbyś moim czempionem… lecz najpierw musiałbyś się pozbyć mojego obecnego… co oznacza, że musiałbyś porzucić to życia i przejść na drugą stronę. Zanim spanikujesz, da się wrócić zza zasłony. Jak się domyślasz… nigdy nie będziesz taki sam - Kruk wyszeptał te słowa tak aby tylko utopiec je usłyszał.
- Zastanów się i odpowiedz mi jutro.

- Idźmy czym prędzej do strażnicy - rzekł Gveir, który mimo wszystko nie chciał skomentować ostatnich zajść z demonem i Marzą.
Miał nadzieję, że wiele rzeczy rozwiąże się u kresu ich wędrówki.
- Diabli by wzięli - mruknął Gveir do smoka. - Twoja oferta była warta więcej, niźli tych czarcich pomiotów, choć zanim by się rzecz dokonała, zapewne nasza wędrówka skończyłaby się.
Smok wyglądający przez okno wozu uśmiechnął się triumfalnie zadzierając nos do góry.
- A jakże! Ee.. znaczy nie no… może by się nie skończyła. Zależy co byś mi przyniósł… Najlepsze by były niespotykane elementy, ale równie dobrze mogłeś to uznać za metaforę i no nie wiem… przynieść mi to co uważasz za najostrzejszą rzecz na świecie i tym podobne.
Kruk prychnął z tyłu karawany. Aurarius spojrzał w tamtą stronę ściągając brwi.
- Coś masz do dodania pomiocie? - zapytał chłodno.
- Tylko tyle, że człowiek jest zły na układ, ale nie zaproponował nic w zamian. Nigdy nie daje się demonowi wolnej ręki co do ceny za układ. Sam jest sobie winien - demon zacharczał ledwo wyglądając zza rycerza kryjąc się za nim.
-Winien czy nie, Marza jasno się wypowiedziała co do terminu pojedynku- wtrącił się Esmond- nie pozostawia nazbyt wiele czasu na przygotowania. Czy wiemy chociaż co może się stać gdyby Gvier nie stawił się do walki?

- Kimkolwiek była, z pewnością nie ma sensu wycofywać się z pojedynku - rzekł Gveir. - Demony i magia, tym właśnie są te bestie. Z pewnością miałem jakiś zamysł w tym pojedynku, niechybnie można na tym zarobić. Nie biłem się jednak z nimi wcześniej. Oby ta para ostrzy pomogła. Wolałbym jednak serum na pamięć, być może to by mi pomogło.

- Jak uda się nam nocować w strażnicy to możemy spróbować transu. Może uda mi się odróżnić twoje wspomnienia od moich i ci je wrócić. Jesteś gotów zaryzykować? - Izabela przepchnęłą na bok smoke samej teraz wyglądając przez okno.

- Ależ Izabelo - Gveir odsłonił oblicze spod maski i uśmiechnął się - zostałem stworzony do tego, żeby ryzykować życie za garść miedziaków. Garść wspomnień to chyba wcale nie wiele więcej.

- Póki jeszcze pamiętasz żeś najemnik, nic straconego - dodał rycerz. - Ja obudziłem się bez pamięci więc na końcu ścieżki, z której ty możesz jeszcze zawrócić. Cokolwiek będzie trzeba zrobić, masz moją pomoc - zadeklarował.
Skierował Rybożera w kierunku stanicy, przepraszając go szeptem za dodatkowy ciężar.

Dizi pospieszył yataki za rycerzem. Stanęli pod strażnicą.

- Spróbujmy wejść na zwiad do środka - rzekł Gveir. - Być może uda nam się rozbić obóz i ochronić się przed pogodą.

- Nie sądzę żeby była opuszczona - rzekł Rycerz schodząc z Rybożera i podchodząc do drzwi. - Ale z uwagi na pogodę, mogą się nie spodziewać podróżnych…
Załomotał pięścią w drzwi wieży.
- Hej tam! Otwórzghrbcie! - odchrząknął i jeszcze raz załomotał. - Halooo!

Esmond zeskoczył z wozu. Powoli obszedł budowle od boku, rozglądając się za miejscem w którym mogłyby przenocować yataki. Przy okazji przejrzał się samej strażnicy.

Strażnica nie wydawała się zbyt przygotowana na to aby zwierzęta mogły na dłużej przy niej zostać. Szczególnie przy tak gęstym opadzie śniegu. Trzeba im będzie przygotować jakieś zadaszenie. Łowca zdążył obejść dookoła bunek kiedy to drzwi się otworzyły i wyjrzał zza nich karzeł.
- Co? Czego? Kim wy u licha jesteście?

- Podróżnikami - rzekł Gveir, co było poniekąd zgodne z prawdą. - Szukamy kąta na nocleg, jedzenie mamy. Ale piwem nie pogardzimy, jak jakieś dobre macie.
Nawet nie wiesz, co cię czeka, zapraszając nas do środka, - pomyślał z rozbawieniem najemnik.

- Panie, to nie karczma aby piwo było. Sam bym nie pogardził… Dużo was trochę. - burknął karzeł wciąż nie ustępując miejsca i podejrzliwie patrząc.

- Ano, było nas więcej, ale zaginęło na szlaku. Niczego złego nie szukamy, tylko miejsca, gdzie by położyć głowę i stopy. Znajdzie się?

- Z pewnością nas pomieścicie. Przyjmijghrcie nas karle - odezwał się Hektor. - Odpoczniemy, wyśpimy się i ruszamy dalej w drogę. Obaczcie jaka pogoda.

Karzeł mlasnął.
- Asz, kur. Dobra właźcie. Nie wiem jak się pomieścicie.
Drzwi zostały szerzej otwarte i podróżnikom ukazała się dość pusta przestrzeń wnętrza strażnicy. Po drugiej stronie od wejścia były schody prowadzące na piętro. Wnętrze rozświetlał kominek wbudowany w ścianę.

- Dziękghrujemy - oświadczył rycerz i wszedł do środka kiwając ręką na Rybożera, by podążył. - Są jakieś niepokoje? Prócz nas?

Karzeł rozdziawił usta kiedy utopiec zaczął zapraszać swojego worga do środka. Rybożer również wydawał się mało przekonany, ale podążył za swoim panem. Wszyscy musieli się wstrzymać z wchodzeniem lub na prędce odsunąć aby nie zostać przewróconym.
- Ha ha! - zaśmiał się triumfalnie worg jak już udało mu się przecisnąć.
- Co do..? - karzeł aż się cofnął.
- Ups… - Rybożer przestraszył się i przepraszająco spojrzał na Hektora.
- No pięknie - Hebald zasłonił twarz dłonią.

No tak… Hektor doświadczył i widział przez ostatnie dni naprawdę dziwne rzeczy. Zapomniał że dla zwykłych ludzi… i karłów gadające zwierzęta nie są codziennością w której żyją.
- Nie widzieliście gadających zwierząt? Każdy dzień przynosi coś nowego przyjacielu.
Rycerz zaśmiał się próbując zachowywać się jakby nic szczególnego się nie stało.
- Rybożer. Kładź się pod ścianą.

Esmond wszedł do środka, dźwigając rzeczy niezbędne przy noclegu.
-Faktycznie dość tu ciasno - zgodził się ze wcześniejszą uwaga gospodarza-sami tu mieszkacie panie…?

- Spora dziura do utrzymania jak dla jednego - zauważył Gveir, który dotychczas milczał. Gveir nasłuchiwał wokół. Nie podobała mu się ta strażnica.

Karzeł podrapał się po czuprynie na głowie.
- Jano! Słyszał tyś kiedyś aby zwierzęta gadały? - zakrzyknął.
- Nie! - doszło z góry. - Wszystko w porządku?
- Gości będziemy mieć na noc!
- Dobra!
Karzeł ponownie podrapał się po czuprynie.
- Nie próbujcie niczego głupiego. Jutro przyjeżdża nasza zmiana.

Nim ktokolwiek odpowiedział Rybożer otrzepał się ochlapując wszystkich wodą.
- Oj, przepraszam. - jęknął i uwalił się pod ścianą z głuchym tąpnięciem.
- Zajmę się yatakami. Karhu też przykryje - powiedział Dizi wychodząc. Drugi karzeł niepewnie i nieufnie wycofał się na górę do swojego towarzysza.
- No dobrze… Gveir? Rozłożymy posłania i będziesz gotów?

- Zróbmy to - rzekł Gveir, szczerząc zęby dziarsko

- Czy możemy jakoś pomóc? - zapytał rycerz odwiązując z juków posłanie i starannie je układając przy worgu.

-Czy proces będzie podobny do tego co działo się ostatnio?-- zapytał Esmond- Czy i tym razem powinniśmy się spodziewać zagrożeń wewnątrz umysłu?

- Myślałam raczej, że podobnie jak u ciebie Esmondzie to będzie prywatna sesja… aczkolwiek może nie jest zły pomysł abyście dołączyli. poprzednio nie najlepiej się to dla mnie skończyło. Gveirze, czy zgadzasz się aby mieli oni wgląd w twój umysł?

- Nie ujrzą niczego gorszego niż poprzednio - Gveir zauważył ze zjadliwym uśmiechem. - Bramy mojego umysłu są otwarte… Mam nadzieję, że nie będą się bali do nich wejść.

- Bah! - żachnął się rycerz - dzielimy trudy podróży. Nie ma mowy o strachu. Strach nie przystoi rycerzghrbowi.

-A więc czym prędzej bierzmy się do roboty. Kto wie ile zajmie sesja, a im szybciej Gvier będzie gotów do potyczki z Marzą, tym lepiej.

Izabela kiwnęła potwierdzająco głową. Zaczęła dyrygować co jej potrzebne. W ciasnej przestrzeni ciężko było spełnić wszystkie warunki. Rybożer kilkukrotnie był przesuwany aż w końcu worg usiadł i nie dał się więcej ruszyć. Co więcej kiedy rycerz się kładł aby zapaść w magiczny sen położył mu swój wielki łeb na nogach.
- Pilnuje - powiedział stanowczo zerkając co jakiś czas na schody. Karzeł ze strażnicy patrzył na całe to zamieszanie podejrzliwie. Drugi strażnik - człowiek - również pojawił się na ich szczycie przyglądając się zamieszaniu.
Tymczasem Dizi poszedł zająć się yatakami i wozem biorąc do pomocy smoka. Hektor stał przy drzwiach z założonymi rękoma na piersi. Na jego czole rosła zmarszczka zaniepokojenia. W końcu westchnął głęboko.
- Uważajcie na siebie.

Rycerz skinął Hektorowi głową. Spojrzał na jego kikut i widać było że chce coś powiedzieć ale przyzwoitość go powstrzymała.
Poklepał po głowie wiernego worga. Zamknął oczy szykując się na spotkanie z umysłem Gveira.

Gveir położył się bez słowa, zostawiajac sobie komentarze na później. Wyglądało na to, że koncentrował się na zadaniu, którego wkrótce miał dokonać. Spojrzał jednak na Izabelę i rzekł:

- Jakieś wskazówki na koniec? - zapytał jeszcze.
 
__________________
Evil never sleeps, it power naps!
Santorine jest teraz online  
Stary 30-03-2020, 19:09   #127
 
Asderuki's Avatar
 
W końcu położyli się spać. Zapach kadzideł rozstawionych po pokoju pomagał im odpłynąć do krainy snu... lub raczej wejść w umysł jednego z ich towarzyszy: Gveira. Odkąd Izabela dołączyła do grupy coraz częściej zdarzało im się odbyć taką podróż. Można by było się zastanowić, ile problemów tak naprawdę kryje się w samej ludzkiej głowie.

Pierwszym co ich przywitało były dźwięki szczęku metalu. Brzmiało to jakby ktoś walczył. Potem pojawił się obraz. Zielone zasnute mgłą pole z ruinami budynków oraz kilkoma statuami niedźwiedzi. Gdzieś nad nimi przebijało się niebo spomiędzy pasów kłębiastych chmur.


Metaliczny szczęk nie ustawał. Nie nastręczał się, lecz ciągle trwał. Po chwili słuchania dało się poznać, że ten szczęk to odgłosy walki na miecze. Dobre ucho mogło jednak jeszcze dodatkowo wyciągnąć dźwięk uderzających o siebie monet.

- Dobrze. Jesteście wszyscy. - głos Izabeli rozbrzmiał w powietrzu. Jej samej nie mogli jednak dostrzec.

- Nie martwcie się wkrótce się spotkamy. Jesteście na krawędzi umysłu Gveira i musicie wejść głębiej. Hektorze, Esmondzie bądźcie proszę ostrożni. Jak już mieliście okazje doświadczyć umysły są delikatną strukturą. Stąpajcie ostrożnie tak aby nic nie zniszczyć. Gveirze, to twoja domena prowadź ich bezpiecznie. Spotkamy się, kiedy uda się wam wejść głębiej.

Po tym głos ucichł. Spoglądając po sobie senni podróżnicy mogli dostrzec, że nie wyglądają tak samo jak wcześniej. Esmond znów wyglądał jakby jego oczy były wykonane z pustki, w której ktoś zawiesił bladozielone światła. Tym razem jednak dodatkowo ciążył mu owad z dużym odwłokiem przyklejony mocno do jego głowy. Od czasu do czasu bzyczał nienaturalnie małymi skrzydełkami.

- ...Zzzzembzzztaaa... - brzmiało to ciche bzyczenie.

Hektor zaś wyglądał... ludzko. Przynajmniej po części. Niczym nie do końca ułożona układanka, jedno jego oko było ludzkie, a drugie utopcze. Nos miał cały, ale usta wciąż rybie. Lewa skroń pokrywała się zdrową skórą, prawa wciąż była zielonkawa. Trochę jakby odzyskiwane wspomnienia sprawiły, że odzyskiwał samego siebie.

Gveirowi brakowało kawałka głowy. Tego samego, który odleciał, kiedy zawarł pakt z Krukiem. Tylko teraz dziura była większa. Kiedy pozostali dwaj przyjrzeli mu się dokładnie dostrzegli, że z krawędzi odchodzi cieniutka nić niknąca gdzieś w powietrzu. Na ich oczach naciągnęła się powiększając minimalnie dziurę.
 
Asderuki jest offline  
Stary 22-05-2020, 09:13   #128
 
Santorine's Avatar
 
Gveir spojrzał na samego siebie. Z jakiegoś powodu, nie zdziwiło go i nie przeraziło to, że nie ma kawałka głowy.

Otoczenie wydawało mu się… Znajome. Jak te rzeczy, które czasem widzi się u kramarza, któremu sprzedało się stare miecze lub kawałek ubrania wiszący na garderobie, którego się nie wkładało już dawno. Ot, starocie, do których nawet by miało się jakiś sentyment.

Gveir nie miał jednak żadnych sentymentów. Z jakiegoś powodu, czuł w sobie pustkę - czy była to ta sama pustka, która była powodowana przez coś, co zdawało się wysysać jego wspomnienia?

Cóż, istniał tylko jeden sposób, żeby się przekonać.

Cienka nić, która odchodziła z jego głowy, zdawała się umykać gdzieś na wschód. Ścieżka, która rysowała się przed nimi była wyboista, pełna wertepów i wykrotów, gdzieniegdzie także rosły kolczaste krzewy.

- Powinniśmy iść w tamtą stronę - rzekł Gveir, wskazując, dokąd snuła się nić.

Na wschodzie, w dali, widać było łunę ognia i horyzont zasnuty dymem.

Hektor rozejrzał się po umyśle Gveira z nieukrywanym podziwem. Zdecydowanie wolał to miejsce niż labirynt Izabeli. Na wspomnienie żywopłotów zadrżał mimowolnie. Tutaj jednak też nie było kolorowo. Głównie z uwagi na jego własnych towarzyszy. Otoczenie było akceptowalne. Dziwne... łącznie z dźwiękiem, którego źródło uporczywie pozostawało ukryte. Elementy "wystroju" niosły ze sobą jakieś sensowne znaczenie. Posągi niedźwiedzi... Karhu. Miecze i dźwięki bitwy... życie wojownika. Dźwięk monet... Gveir był najemnikiem.

Rycerz wzdrygnął się dopiero gdy jego spojrzenie padło na towarzyszy. Dziura w głowie Gveira była niepokojąca. Wyglądał... niekompletnie i obco. Esmond zaś... w pierwszej chwili Hektor ruszył by strząsnąć robala z jego głowy, ale zaraz spojrzenie padło na jego dłonie. Zatrzymał się, zamarł i uświadomił że coś jest nie tak. Dziwne uczucie jakie towarzyszyło przebudzeniu... jakby nie był w swoim ciele. Wyszarpnął miecz i przejrzał się w mdłym odbiciu. Układanka dwóch różnych rzeczywistości była zatrważająca. Dotknął twarzy pancerną rękawicą wpierw w tym miejscu, w którym była ludzka, a potem tej która należała do utopca.

To było... zastanawiające. Jednak naraz Hektor uświadomił sobie że są tu z powodu Gveira. Zmusił się by opuścić broń i schować ostrze do pochwy.

- Khm... Ruszajmy zatem. - rzekł niezbyt pewnie.

Esmond długo próbował pozbyć się owada uczepionego jego głowy, który przerwał mu podziwianie otoczenia. Poddał się dopiero gdy obracając się zauważył to co przydarzyło się pozostałym. Gvier wyglądał niczym żywcem wyjęty z koszmaru, stale poszerzająca się dziura w jego głowie, nadawała mu upiornego wyglądu.
Mimo to bardziej zaskoczyła go zmiana, którą przeszedł długi z towarzyszy. Będąc przyzwyczajonym do jego formy utopca, jego ludzki wygląd zdawał się niemal nienaturalny.
Otrząsnął się dopiero na dźwięk głosu Gviera. Przytaknął i ruszył za pozostałymi, co jakiś czas ponawiając próbę pozbycia się owada.

Ruszyli ku łunie ognia. Kiedy szli ich kroki stawały się coraz cięższe. Płaska ziemia zmieniła się we wzgórze i teraz się wspinali po jego zboczu. MIeli wrażenie jakby godzinami się wspinali. W końcu dym zasnuł okolice, a łuna ognia zmieniła błękitne niebo w pomarańcz. Słyszeli krzyki umierających ludzi i dużo wyraźniejsze odgłosy walki. NIkt jednak nie ukazał się ich oczom. Aż nie wspięli się na szczyt. Koło nich pojawiła się Izabela. Stała patrząc na rozciągający się przed nimi widok. Domostwa, pole walki, rzeka, dzieci bawiące się na ulicy a obok dorośli walczący na wojnie. W oddali zaś najbardziej niepokojący widok z tego wszystkiego. Dziura na niebie. Zniekształcała okoliczne drzewa, któe gięły się i wyciągały w jej stronę. Chmury przeistaczały się w nicość na jej krawędzi. Dziura rosła. Był to powolny proces lecz z pewnością niepowstrzymany spowoduje prawdziwe spustoszenie.

[media]https://i.pinimg.com/564x/ee/42/58/ee42581aa8f03777933d99df6067d0be.jpg[/media]

- Jednym będzie oddać ci to co znalazłam w swoim umyśle, drugim powstrzymać to co się tu dzieje. - odezwałą się magini.

Widok wielkiej dziury na środku jego umysłu był niepokojący. Ba! W gruncie rzeczy, patrzać w wielką dziurę, Gveir poczuł strach. Dogłębny, instynktowny, paraliżujący strach.

Wyglądało na to, że właśnie tutaj znajdowało się centrum spustoszenia, jakie w jego umyśle wyrządził pakt z demonami. Tu i ówdzie słyszał także odgłosy walki - kiedy tylko spojrzał w tamtych kierunkach, widział sylwetki ludzi, którzy toczyli walkę z cienistymi istotami. Wyglądało na to, że zwyczajny stan konfliktu, który był wszędzie w umyśle Gveira, tutaj przemienił się w istne pandemonium, gdzie siły otchłani były reprezentowane przez te właśnie sylwetki.

- Ale w jaki sposób mogę zatrzymać tą otchłań? - zapytał Gveir magini, rozglądając się wokół. Zastanawiał się i patrzył, dokąd wiódła nitka wychodząca z jego głowy - Dokąd odchodzą te wszystkie wspomnienia?

Gorączkowo myślał nad następnym krokiem.

- Jeśli nić wiedzie do środka tej… Dziury… Czy to oznacza, że to tam właśnie powinniśmy się skierować? W jakiś sposób muszę znaleźć sposób, żeby przypomnieć sobie

Pochwycił w dłonie oba z ostrzy i bacznie je zlustrował. Ile jeszcze czasu mu zostało? Wyglądało na to, że niewiele. A jeśli tak, to co trzeba było zrobić? Rozglądał się tu i ówdzie, to na otoczenie, to na ostrza, to na swój stary miecz przypasany przy jego pasie. Nie był jeszcze pewien, co będzie jego następnym krokiem. Ale wiedział, że będzie musiał go podjąć szybko.

Rycerz był zaś zdezorientowany kontrastem krajobrazu. Z jednej strony bawiące się dzieci, a z drugiej potyczka dorosłych? O co tu chodziło? Czy to było dzieciństwo i dorosłość Gveira? Może połączenie obu było czynem tej dziury. Jeśli wsysała do siebie fragmenty umysłu najemnika, to oznaczało, że każdy z tych elementów był coraz bliżej siebie, a w końcu i przenikał się wzajemnie z innymi.
Naraz wspomniał ich zmagania w umyśle czarodziejki. Tam było coś podobnego...
- W twym umyśle, piękna Izabelo, widziałem bramę prowadzącą do Toni. - wspomniał Hektor. - Miejsce z którego wyzierały inne dusze. Czy to jest to samo?

Izabela ściągnęła brwi na uwagę Hektora.
- Możliwe, nie sądzę jednak aby prowadziło do tego samego miejsca. Pierwsze co powinniśmy zrobić to zatrzymać dalszą utratę pamięci i rozrost dziury. - zwróciła się do Gveira. Na jej twarzy widać jednak było niepewność, a nawet i strach.

- Jakieś pomysły, jak to zatrzymać? - zapytał najemnik.

- Może jest w twym umyśle jakieś wspomnienie na tyle silne by użyć go jako broni? - zasugerował utopiec.

- To zupelnie cos innego niz poprzednio. Nie słyszę dźwięków które towarzyszyły bramie do toni. Mimo wszystko ostatnio wystarczyło pchnac wyrwę mieczem- przypomniał Esmond- mało finezyjne rozwiązanie, ale jeśli wszystko inne zawiedzie…

- Coś na pewno wyciąga twoją pamięć. Widać nić, może z tym coś zadziałać? - mruknęła Izabela, której ewidentnie sytuacje również umykała.

- W takim razie podążajmy za nicią - najemnik wzruszył ramionami. - Oby tylko doprowadziła nas do celu.

Po czym zwrócił się w kierunku, gdzie zdążała nić.
 
__________________
Evil never sleeps, it power naps!
Santorine jest teraz online  
Stary 23-05-2020, 16:54   #129
 
Jaracz's Avatar
 
Z braku lepszego pomysłu, Esmond ruszył w ślad za towarzyszem, po drodze raz jeszcze próbując pozbyć się natarczywego insekta.

- Chwila… - utopiec zatrzymał towarzyszy. - nić ciągnie się do tej dziury… zapomnienia - rzekł Hektor z braku lepszego określenia. Chcemy przecież uniknąć pochłoghrnięcia wszystkich wspomnień. Powinniśmy znaleźć sposób by to zatrzymać…
Mówiąc to Hektor chwycił za nić i pociągnął za nią jakby wyciągał ją z tej dziury.

Gveir poczuł się jakby ktoś mu dotknął palcami wnętrza jego jestestwa. Nić się napięła, a rycerz musiał wytężyć swoje mięśnie… tylko czy we śnie ma się mięśnie? Nić zaczęła go ciągnąć w stronę dziury. Sam na pewno jej nie zatrzyma.

- Uch… pomóżcie. Może to jest aż i tylko takie proghrste - rzekł utopiec łapiąc nić obiema dłońmi i ciągnąc w stronę Gveira.

Esmond doskoczył do rycerza, łapiąc nić.
Czując opór mocno zaparł się nogami i raz jeszcze z całych sił pociągnął za nić.

- To zły pomysł - zawyrokował Gveir, który, mimo tego, złapał za nić.

Jeśli jednak to był jego umysł, to… Musiał mieć jakąś kontrolę nad tym, co tutaj się działo. Czy istniała jakaś inna metoda leczenia jego umysłu? Choć sam uważał magię i wszystko z nią związane za wariactwo, postanowił zrobić coś niespodziewanego. Choć nie uważał, że to coś da, to właśnie zrobił to, co uważał za nonsens: Wyobraził sobie, że nić odwraca kierunek.

Esmond wraz z Hektorem zaparli się próbując wyciągnąć nić. Gveir tymczasem spróbował innej metody. Z początku nie wydawało się aby jego intencje cokolwiek dały. Gveir myślał jednak prosto i po chwili wszyscy zobaczyli jak poszczególne postacie z pamięci wojownika zaczęły biec do nici i ją złapać.
- Tak! Dobrze! To jest dobry pomysł! Gveir skoncentruj się mocno - Izabela przyklasnęła na pomysł. - Podejdę bliżej i spróbuje oddać ci to co twoje. Może zmniejszy to wyrwę.

Magini zniknęła i pojawiła się bliżej wyrwy. Choć była daleko każdy widział dokładnie co robi. Wyglądało to dość niepokojąco. Kobieta sięgnęła do swojej głowy. Jej dłoń zanurzyła się w jej bujnych włosach i zaraz sięgnęła tak głęboko, że było to niemożliwe aby nie pojawiła się gdzieś z drugiej strony. W końcu zaczęła coś wyciągać. Z początku nikt nie był w stanie powiedzieć co to. Po chwili jednak wszyscy zrozumieli, że była to jakaś postać. Wyrzucona z głowy magini zrobiła kilka kroków w tył. Rozglądała się przez moment bez zrozumienia a potem dostrzegła Gveira.
- Chłopcze! Co ty wyprawiasz? Nie tak się walczy! - mężczyzna o kręconych, siwiejących włosach nakrzyczał na niego i Gveir sobie przypomniał. Artamen.

Po pojawieniu się postaci dziura jakby się ustabilizowała. Jej krawędzie przestały być tak rozmyte, a wspomnienia dookoła niej tak wymieszane. Co ciekawe Esmond jak i Hektor doznali nagłego wrażenia, że również znają tego człowieka. Nie potrafili jednak powiedzieć skąd i czy nie był to wpływ trzymania nici wspomnień. Ta jednak pomimo wspólnego trzymania nagle wszystkich szarpnęła do przodu przewracając na ziemię. W dziurze stał mężczyzna trzymający drugą stronę nici. Miał niemożliwie czarne włosy, przejrzyste oczy niczym niebo w letni dzień i uśmiechał się niepokojąco.
- Naprawdę myślicie, że możecie powstrzymać… mnie? - zapytał i zaczął wiać ciepły wiatr.

- Oj... - stęknął Hektor podnosząc się. - Gdy ciepły wiatr wieje… - zaczął ale urwał patrząc na nieznajomego. W sercu drgnął niepokój - Pan Snów?
Rycerz sięgnął po miecz.

Wstający ociężale Esmond cofnął się odruchowo, gdy zdał sobie sprawę z kim ma przyjść im się mierzyć.
-Na Pustkę… Bandyci i bestie to jedna sprawa, ale próbować się z Panem Snów..?

Gveir na początku nie wiedział, kim jest ten starzec. Po paru chwilach jednak, zrozumiał, że był to jakby kształt kogoś innego, kogoś z innego wcielenia Gveira, niemalże kogoś z zupełnie innego życia. To był jego dawny mistrz, Therion!

Zamrugał, jeśli to tylko było możliwe w śnie. Wydawało się, że sztuka, którą przekazał mu jego mistrz, powoli zaczęła do niego wracać. Jej zasady. I jego umiejętności. W międzyczasie zdało mu się, że dziura zaczyna zanikać, robić się mniejsza. A może była to tylko senna mara?

Gveir przypominał sobie rzeczy, które zapomniał podczas dokonania paktu z demonem. Wspomnienia były zamazane i nie wszystkie miały sens. Wyłoniły się jakby z mgły. Jedno jednak było szczególnie wyraźne. Artamen.

- Wynocha z mojej głowy! - zakrzyknął Gveir, dobywając swoich ostrzy.

Jeśli istniała jakaś szansa pokonania Pana Snów tutaj - jak sądził Gveir - była ona przypomnieniem sobie tego wszystkiego, co próbował wykraść mu bóg. Skoncentrował się… I przed nieuchronną bitwą, spróbował sobie przypomnieć jeszcze więcej.

Nić napięła się mocno, przez moment wyglądało jakby zaczynało to działać. Część z niej wyrwała się z rąk Siewcy. Ten się jednak pobłażliwie uśmiechnął. Zacisnął dłoń i mocno pociągnął. Tym razem Gveir się przewrócił.
- Śmiertelniku… naprawdę myślisz, że możesz się ze mną mierzyć? Naiwne - pokręcił głową a jego włosy zafalowały.
- Mógłbym zmienić ten umysł w pustkę nie do rozpoznania… ale mam dla was propozycję.

Gveir nie miał wątpliwości - jakakolwiek by nie była propozycja bóstwa, będą z tego same kłopoty. Wolał chyba jednak posłuchać go, zanim zaatakuje.

- No? - zapytał. Zdało się, że ostrza same chciały wyskoczyć z jego rąk i zatopić się w jego ciele.

- Nie słuchaj go Gveir… - ostrzegł rycerz. - On…
Utopiec urwał bo sam nie wiedział skąd i dlaczego czuje taką niechęć do Siewcy. Nie było to uczucie które mógłby pojąć… zrozumieć. Po prostu było. A może był to efekt, tego że częściowo był w umyśle towarzysza?
Skupił się na myślach o swoim dawnym życiu. O tym gdy był człowiekiem… o tej części ludzkiej układanki, którą ujrzał dopiero tutaj. Dlaczego tak bardzo nie ufał Siewcy? Czy to historie, które o nim opowiadano, czy może to ogólna niechęć do… Nich.

-Możemy na tym skończyć gorzej niż na pakcie z demonem - dokończył Esmond, szczerze wierząc w to co mówi.
Nie sądził by mieli szanse w starciu z Panem Snów, ale przystawanie na jego propozycje mogło nieść ze sobą równie mroczne zakończenie.

- Niewykluczone - Siewca posłał kolejny uśmiech niby łagodny uśmiech, ale budzący niepokój. - Ten, z którym podróżujecie, który was prowadzi… długo unikał naszych spojrzeń. Za długo... A teraz próbuje uciec kiedy jego magia przestaje działać. Mam wrażenie, że wam co innego powiedział… prawda? Może jest w tym krztyna prawdy, nie jest to jednak ważne. Chcielibyśmy aby mu się to nie udało. Znalezienie człowieka za zasłoną jest takie problematyczne. Jak to zrobicie, to istnieje szansa, że wybaczymy wam wasze grzechy. Zostaną przeoczone i spotka was łaska Czystej Karty.
 
Jaracz jest offline  
Stary 24-05-2020, 14:02   #130
 
Asuryan's Avatar
 
Gveir tymczasem nie słuchał słów boga. Skupił się. Oczywiście, walka z Panem Snów zapewne zakończy się ich porażką, jednak z drugiej strony, czy tak naprawdę perspektywa pojedynku z bogiem była tak bardzo różna od tego z Panią Lasu? W obu przypadkach, nie zamierzał dać za wygraną.

Gveir przeczuwał, że mag nie mówi im wszystkiego. Z czasem trzeba będzie wypytać się go o wszystkie sekrety, którymi się nie podzielił.

Spróbował wyobrazić sobie, jak nić pęka.

Esmond kątem oka obejrzał się na pozostałych. Choć w ostatnich dniach coraz mocniej niepokoiło go zachowanie Ristoffa, to pozostawał on wciąż osobą wobec której miał dług wdzięczności i kompanem podróży.

Pamiętając swe doświadczenia z armii i poprzednich przygód zawsze pamiętał, że należało dotrzymywać wierności towarzyszom.

-Nie godzi się zdradzić Ristoffa- oznajmił ściszonym głosem- może jego metody nie zawsze są szlachetne...zwłaszcza ostatnimi czasy, ale to wciąż nasz kompan.

- W istocie. - zgodził się Hektor. - Nie zdradzimy Hebalda. Prędzej szczeźniemy, lecz jeśli trzeba będzie wpierw stawimy ci czoła… tyranie!
Hektor mocniej zacisnął dłoń na rękojeści miecza i ustawił się w pozycji bojowej.

- Szkoda - mruknął Siewca mimo to wszyscy odnieśli wrażenie, że ta odpowiedź go nawet bardziej ucieszyła niż zasmuciła. Wtedy też kilka rzeczy stało się na raz. Bóstwo zrobiło energiczny ruch aby pociągnąć za nić. Therion krzyknął wyciągając swój miecz zamachując się. Na koniec Izabela wykrzyczała jakieś słowa wyciągając swoje ręce ku chaotycznemu niebu.
Siewca spojrzał zaskoczony na urwaną nić w swojej dłoni. Therion przeciął ją jednym płynnym ruchem. Potem wokół ciał Gveira, Esmonda i Hektora pojawiła się zbroja. Była bezkształtna i płynna niczym woda.
- Użyjcie swojej wyobraźni! Trzeba go wypchnąć! - krzyknęła Izabela stojąca bardzo blisko dziury. - Teraz mamy idealny moment!

Gveir skoncentrował się jeszcze bardziej. Wyglądało na to, że w tym wypadku siła mięśni nie da niczego. Oczywiście, nadal to była walka, było to coś, co Gveir znał najlepiej. Nie miało znaczenia to, co było bronią, czy to miecz, mizerykordia, czy też siła woli wymierzone prosto w serce wroga. Liczyła się walka. Artamen!

Krzyknął, przywołując wspomnienia, które nagle odżyły w jego umyśle. Przypomniał sobie twarze tych, których zabijał - dla pieniędzy czy też dla filozofii. Bezimienni najemnicy, którzy dokonali żywota zupełnie jak on kiedyś to zrobi. Wyobraził sobie, jak cieniste postacie szyją z łuków, rzucają włóczniami lub rzucają się na Pana Snów.

Im prędzej ta zewnętrzna siła usunie się z jego umysłu… Tym lepiej dla niego. I wszystkich tutaj.

Słysząc słowa Izabeli, uwaga Esmonda od razu skupiła się na nietypowej zbroi. Sam nie był wyszkolony w korzystaniu z ciężkich pancerzy, jednak przypomniała mu ona baśnie, których tak wiele słuchał jako dziecko.
Sugerując się słowami Magini, wyobraził sobie jak pancerz powstaje, by jako bajkowy rycerz stawić czoła złu, objawiająceu się pod postacią Pana Snów.

- Wyoghrbaźni? - Hektor powtórzył za Izabelą..
Jak istota bez przeszłości mogła sobie wyobrazić cokolwiek co byłoby w stanie równać się z bogiem?
… ale przecież rycerz miał przeszłość. Jej fragmenty wciąż tkwiły w pamięci, odgrzebane przez sny i wizje.
Wyobraził sobie zatem że dosiada olbrzymiego gryfa, tego samego którego w poprzednim życiu minął w zamkowym korytarzu. Na jego wierzchu zamierzał stoczyć tą walkę.
...miał też swoje obecne życie, które przyniosło ze sobą równie niewiarygodne widoki.
Wyobraził sobie tabun koni, takich samych jak ten którego widzieli przy wiosce. Stworzenia skradzione przez boga snów, zwracające się przeciwko niemu. Tratujące go.

Każdy miał inne wyobrażenie siły i potęgi. Hektor z Gveirem wybrali namacalną siłę. Ich szare zbroje zakłębiły się tworząc zastępy wojowników i wierzchowców, które naparły na Siewcę. Ten zaskoczony zachwiał się, ale ustał pod naporem ataków. Uśmiechnął się pobłażliwie jak na próby dzieci zdominowały nowania dorosłego. Szybko jednak mina mu zrzedła. Oto koło Hektora i Gveira stanął świetlisty rycerz, w zbroi błyszczącej niczym lustro. Z jego hełmu sterczały białe pióra, a na plecach powiewała biała peleryna. Biła od niego aura pewności i spokoju. Oto przybył rycerz z opowieści, który zawsze ratował przed zgubą. Nawet Izabela otworzyła usta w zdziwieniu na ten widok.
Gveir słyszał kiedyś opowieść o tym rycerzu lecz nie jemu była opowiadana. Hektor zaś doznał nagłego olśnienia. Ta historia stała się dla niego motywacją aby stać się tym kim był.

Przez moment Hektor patrzył oniemiały na Esmonda-rycerza. Oczy szeroko rozwarte, rybie usta w grymasie zdziwienia, który jednak po chwili zaczął przeradzać się w uśmiech. Utopiec podniósł miecz ku górze i wydał z siebie okrzyk radości. Gryf na którym siedział podniósł się na tylne łapy. Pozostało tylko zaszarżować…

Esmond spojrzał na swe ręce okute w baśniową zbroję. Choć nie spodziewał się takiego obrotu spraw, uśmiechnął się wyczuwając lekką ironię. Jego dłoń nieświadomie zacisnęła się na rękojeści miecza. Zamaszystym ruchem dobył bogato zdobiony półtorak, nieco zaskoczony tym, że podświadomie wyobraził sobie typ broni, którego nie używał od lat.
Z zadumienia wyrwał go radosny okrzyk Hektora zasiadającego na majestatycznej bestii. Obejrzał się na towarzyszy i pewniej chwytając broń, śmiałym krokiem ruszył by wraz z nimi stawić czoła Panu Snów.

Gveir krzyknął, wznosząc w powietrze jedno z Ostrzy Furii. Jego dwaj kompani zdali się dysponować siłą własnej broni, on jednak, w świecie snów, zamierzał przezwyciężyć ich pana przez przywołanie nieskończonych legionów. Krzyknął rozkaz, a zewsząd wyłoniły się cieniste sylwetki wojowników, które ruszyły do ataku.

Rzucili się przed siebie. Dwójka rycerzy na czele armia cieni. Mina Siewcy była warta zapamiętania. Wściekłość zmieniająca się w bezradność kiedy widma zaczęły go wypychać wraz z dwójką rycerzy. CI byli częścią tej fali, która raz po raz uderzała. To wszystko było nierealne niczym sen. Sen! Izabela krzyknęła coś wymachując rękoma i obraz się potłukł. Nie ruszyli się z miejsca stojąc i niemrawo się patrząc przed siebie. Wiedzieli co jednak mieli zrobić. Hektor wzniósł się na skrzydłach gryfa, aby zapikować wprost na pozycję dziury. Siewca złapał wymyślonego gryfa i go odepchnął cofając się o krok. Wtedy też zaszarżowały konie. Choć żaden nie wpadł wprost na boga ich ilość i pęd zmusiły go do zrobienia kolejnego kroku. Kolejny był Esmond. W swojej świetlistej zbroi oślepił go na moment. Wykorzystując okazję pchnął mieczem. Ten nie wbił się nawet, ale odepchnął bóstwo. Ostatni byli cieniści wojownicy. Choć Gveir nie wzywał go, Therion zaszarżował wraz z nimi. Niczym lawina spadli wprost do dziury omiatając swoimi cienistymi atakami Siewcę. W końcu stracił zaczepienie. W końcu nie dotykał krawędzi umysłu.
- Pożałujecie tego! Znajdę was i nic nie zostanie z waszych umysłów! - krzyknął zaczynając dryfować w nicość. Na odejście pokazał trzymaną w ręku urwaną nić niczym obietnicę. Chciał chyba jeszcze wskazać na Gveira lecz w ciemności w jakiej niknął coś zakrakało i bóg odwróćił spojrzenie niknąc zupełnie. Potem zniknęły zbroje i gryf, oraz cała armia.
Izabela nie czekała aż opadną emocje. Słychać było jak wymawia kolejne inkantacje. Dziura zaczynała maleć. Kiedy nie zostało już jej wiele na jej krawędzi przysiadł kruk o czerwonym oku. Łypnał na wszystkich po kolei i odleciał w ciemność. Dziura zniknęła. W jej miejscu była teraz biała plama.
- Wybacz mi, ale tylko tyle mogłam zrobić. Będziesz miał wciąż braki w pamięci pomimo tego, że zwróciłam ci tę, która została u mnie. Póki co jednak to co jest jest bezpieczne.
Kobieta wydawała się wyraźnie zmęczona.
- Myślę, że czas się obudzić.
 
__________________
Once the choice is made, the rest is mere consequence
Asuryan jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:42.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170