Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-03-2017, 16:55   #21
 
Asderuki's Avatar
 
Ludzie się zebrali, każde w swoją stronę. Liliput ze związanym Mustafem zaczął się pakować znacznie wolniej niż wyprawa mając do ogarnięcia nie tylko swój wóz. Dizi zaś wyprowadzał zwierzęta wraz wozem, który stał się saniami, na zewnątrz. Wszyscy na nowo ubrani od czubków głowy po koniuszki palców u stóp mogli usadzić się na wozie, bądź dosiąść swojego wierzchowca. Chłopak zajął się wargiem i jatakami wcześniej. Wielki pies był jak zwykle zadowolony że zobaczył swojego pachnącego rybami jeźdźca wyrażając swoją radość głośnym basowym szczeknięciem i wilgotnym nosem w twarz. Nim wszyscy ruszyli przybiegł do nich dzieciak.
- Nie takiej pomocy się spodziewałem, ale na pewno coś się teraz zmieni. Dziękuję. Jednak nie zostanę twoim giermkiem rycerzu - po czym wcisnął siedzącym na wozie ciastka zawinięte w szmatkę. Były jeszcze ciepłe. Zapach jajecznicy musiał przytłumić słodycz jaką wypiekł młody. O ile to jego robota, a sądząc po niezwykłej nierówności, była spora szansa. Ciasteczka były nadziewane konfiturą ze śliwek.

Wyprawa zaczęłą przebijać się przez zaspy zostawiając za sobą karczmę. Zwierzęta ciągnące sanie zdawały się kompletnie nie przejmować przeszkodą, która dla lżejszych wierzchowców byłaby problemem. Masywne i ciężkie roztrącały nogami śnieg jak to było ledwie gryfie pierze. Po rykiwały do siebie cicho zadowolonowe z ruchu. Hektor jechał ponownie za wozem co znacznie ułatwiało wargowi podążanie. Początek drogi był spokojny. Godzinę po wyruszeniu minęli się z człowiekiem na wysokim ptaszydle, który wyjątkowo nie radził sobie ze śniegiem. Sam człowiek był odziany w szaty wskazujące na przynależność do kolegium biologii. Zapewne medyk o którym wspominano poprzedniego wieczora kiedy jeszcze żadna z osób wyprawy nie wiedziała co się dzieje w karczmie. Człowiek wymienił grzeczność z karłem i z ulgą przyjął rozkopany przez sanie i warga śnieg. Minął ich wyraźnie się spiesząc. Nim ktokolwiek zdążył mu cokolwiek więcej powiedzieć odjechał zostawiając ich za swoimi plecami. Ristoff stwierdził, że nie ma go co już zatrzymywać. Jechali dalej.




Słońce przygrzewało mimo ogólnego chłodu. Pogoda była kompletnie odwrotna od poprzedniego dnia. Niebo było czyste bez żadnej chmurki. Gdy słońce wzniosło się nieco wyżej na nieboskłonie trafili do małej wsi, gdzie został zarządzony niedługi postój. Dizi zajął się jatakami i z mniejszą chęcią wargiem. Każdy miał chwilę wytchnienia aby spożyć coś na dalszą drogę, a przede wszystkim rozprostować nogi. Gdy weszli do zajazdu zobaczyli sędziwego człowieka siedzącego przy kominku a wokół niego dzieci i młodzieńców.

- Słuchajcie mnie uważnie, bo ważne wam mam rzeczy do powiedzenia - zaczął wskazując fajką na zebranych młodzików - Pamiętajcie, aby boskiego wzroku unikać! Czyńcie jak nakazali, a nieszczęścia na was nie spadną. Boskie zainteresowanie to katastrofa dla śmiertelnika. My jesteśmy zaledwie okruszkiem dla nich. Oni są potężni i bardzo gniewni. Większość z nich da się przebłagać modlitwami, ofiarami, byciem posłusznym ich prawom! Tak. Bogowie są wszechmocni. Nasz świat istnieje dzięki nim. Lecz tak jak go stworzyli, tak mogą go zniszczyć! Nie wyróżniajcie się! Idźcie ścieżką, którą obraliście, to zainteresowania bogów nie ściągniecie. Ale jak tylko zboczycie ze swojej ścieżki, to ściągniecie katastrofy na siebie i nie tylko! Myślcie o innych! Każdy w waszym otoczeniu będzie skazany na cierpienia! Wasze matki i ojcowie! Bracia i siostry! Wasze przyszłe dzieci, o ile dożyjecie takiego czasu! Ale nie myślcie sobie młodziki, że to czcze słowa zniedołężniałego starca! Opowiem wam co opowiadał mi mój ojciec i przed nim ojciec mojego ojca.

Nawet Hektor podczas swojej półrocznej świadomości nasłuchał się takich opowiadań. Wyglądało jednak, że jeśli chcieli odpocząć, to przyjdzie im wysłuchać takiej opowieści. Zasiedli dostając zamówione posiłki. Ristoff słuchał dziadka bawiąc się swoim wisiorkiem. Dizi wolał skupić się na swoim rosole. Ten był zaś znacznie lepszy od tego w karczmie Zochy.
- Było tak, powiadam wam. We wsi żył młodzieniec zwany Jankiem... - zaczął zaciągając się fajką. Historia opowiadała o młodziku, który wybrał swoją ścieżkę, ale zapragnął podążyć inną. W sekrecie przed wszystkimi uczył się tego czego nie powinien. Nie to co przysiągł poznać. Na początku nikt nie zauważył co się działo, bo chłopak umiał się kryć. Lecz powoli zaczynały się dziać wokół niego niedobre rzeczy. Raz niefortunnie złamał nogę. zakażenie wdarło się w jego ranę. Wiatr przewrócił stare drzewo rosnące koło jego szopy uszkadzając ją. Jego matce tłuszcz prysnął w oko jak gotowała oślepiając ją. Seria nieszczęść, która zwróciła uwagę osób z wioski. Lecz chłopak nie chciał się przyznać do swojej przewiny. Nadszedł jednak czas, że nieszczęścia przestały dotykać tylko jego rodziny. Kiedy zwierzęta zaczęły chorować w każdej stodole, a modlitwy nie działały jasnym się stało, iż chłopak kłamie. Ludzie przyszli do jego rodziny z widłami i pochodniami w rękach. Dali mu wybór aby odszedł z własnej woli. W tej opowieści odszedł. Gdy to zrobił słuch wszelki po nim zaginął, a nieszczęścia opuściły wioskę.

Opowieść zajęła odrobinę dłużej niż drużyna zamierzała zostać. Zauważając to Hebald ponaglił wszystkich, jak to widać miał w zwyczaju. Gdy się zbierali do ich uszu dobiegły krzyki. Zrobiło się poruszenie. Ludzie na zewnątrz zaczęli biegać żeby zobaczyć co się stało. Kiedy i drużyna dotarła na skraj wsi zobaczyli jak kilku mężczyzn trzyma szarpiącą się kobietę, która krzyczałą rozpaczliwie wołając kogoś po imieniu. Gdy powiedli wzrokiem gdzie patrzyła kobieta zobaczyli jak z daleka niewielka ludzka sylwetka biegnie przez zaśnieżone pole brodząc we śniegu po kostki, a za nim biegnie oszałamiająco piękne zwierze. Miało długi, kształtny pysk, zgrabną szyję z której wyrastała gęsta grzywa, podłużny tułów i cztery niezwykle długie, oraz zgrabne nogi. Było większe od uciekającego. Bez problemu go dogoniło. Gdy już zrównało się z nim otworzyło swój pysk i pochłonęło nieszczęśnika w całości po czym znikło zapadając się we śniegu. Pośród świadków zdarzenia zapanowała sroga cisza i tylko jedna kobieta lamentowała opadając kompletnie z sił.

Koń. Zwierze ukradzione ludziom przez Pana Snów. W ciągu dnia i tak blisko miasta. Tej nocy będzie wiać. Wszyscy to wiedzieli i już dało się słyszeć szeptane modlitwy.
- Spieszmy się. Musimy wyruszać - orzekł twardo Ristoff poruszony tym widokiem. Wyprawa pospiesznie ruszyła z nadzieją, że dotrą do następnego przystanku przed zmrokiem. Dizi był mocno podenerwowany wydarzeniem co, zazwyczaj siedzący obok, Esmond mógł bez problemu dostrzec. Popołudniem dotarli do rozwidlenia dróg. Jedna prowadziłą do lasu, a dróga jego brzegiem. Mimo niepewności karła mag nakazał wjechać tłumacząc, że będzie szybciej.


W środku ośnieżonego lasu było ciemniej, mimo bieli jaka ich otaczała. Jechali słysząc jak śnieg skrzypi pod kopytami jataków. Pierwszy Esmond dostrzegł, że coś jest nie tak. Pomijając, że nie pierwsi jechali tą drogą, bo jej bokach dostrzegał ludzkie ślady. Do tego gdzieś daleko pomiędzy drzewami zamajaczyła mu postać sunąca przed siebie tylko po to aby zniknąć. Wtedy też Dizi odezwał się.
- Droga. Droga jest zawalona gałęziami.
 

Ostatnio edytowane przez Asderuki : 16-03-2017 o 16:57.
Asderuki jest offline  
Stary 16-03-2017, 23:12   #22
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Przez cały ten czas od wydarzenia z tą potworną, a jednocześnie piękną bestią zwaną koniem Lily siedziała bardzo cicho, ze skwaszoną miną. Obserwowała po prostu w milczeniu okolicę, słysząc jeszcze w głowie słowa tamtego starca. Być może to nieszczęście było efektem czyjegoś odejścia od ścieżki? A może to ona to coś sprowadziła? Choć niby jest na wybranej przez siebie ścieżce magini, to jednak wciąż potrafi walczyć wręcz i to całkiem nieźle. Bogowie jedni wiedzą.
Im mniej się mówi o bogach, tym mniej oni słyszą. Miała wrażenie, że oni patrzą dokładnie tam, gdzie ktoś w ogóle wspomni słowo "bóg".
Z rozmyślań wyrwały ją słowa Diziego. Przyjrzała się zatorowi szybko analizując sytuację oraz ich zasoby. Skinąwszy głową wyszła z inicjatywą.
- Mistrzu Ristoffie, sądzę, że za pomocą telekinezy będziemy w stanie się z tym uporać w znacznie krótszym czasie niż gdybyśmy to mieli robić ręcznie. Może się tym zajmiemy? - oświadczyła, zbierając powoli swoje manatki do wykonania zadania.
 
__________________
[FONT="Verdana"][I][SIZE="1"]W planach: [Starfinder RPG] ASF Vanguard: Tam gdzie oczy poniosą.[/SIZE][/I][/FONT]
Flamedancer jest offline  
Stary 16-03-2017, 23:38   #23
 
Asuryan's Avatar
 
-Zaczekajcie- wtrącił Esmond, nim Ristoff zdążył odpowiedzieć. Płynnym ruchem zeskoczył z wozu, zanurzajac się w śniegu. Przykucnął przy śladach, oceniając kiedy powstały. Cała sytuacja kojarzyła się z klasyczną pułapką na trakcie. Wymienił z Dizim spojrzenia, po czym zwrócił się do grupy.
-Pójdę pierwszy. Może po wydarzeniach z karczmy popadam w paranoję, ale coś tu jest nie tak.
Nie czekając na odpowiedź ruszył, idąc po udeptanych śladach, trzymając dłoń na rękojeści długiego noza myśliwskiego. Rozglądał się bacznie na boki, szukając między drzewami i pośród śniegu.
 
__________________
Once the choice is made, the rest is mere consequence

Ostatnio edytowane przez Asuryan : 16-03-2017 o 23:43.
Asuryan jest offline  
Stary 17-03-2017, 16:15   #24
 
Jaracz's Avatar
 
Koń. Hektor widział te zwierzę po raz pierwszy na własne oczy. Te obrazy, które widział wcześniej, malowane na płótnie, podsuwane przez wyobraźnię, nie potrafiły oddać grozy tego widoku. Koń. Istota wyjęta z praw śmiertelników. Otoczona boską opieką. Bezkarnie przemierzająca świat. Żadna śmiertelna dłoń nie miała prawa go dotknąć, a tym bardziej ujarzmić. Tak. Widok ten niósł ze sobą przede wszystkim grozę, która dotykała serca umarłego rycerza.
Wiedział też dlaczego Ristoff nalegał na szybszy wymarsz i nie zamierzał się o to sprzeczać. Przytaknął w ledwie kilku słowach i zrobił wszystko by ruszyć wcześniej. Należało znaleźć następne schronienie zanim wiatr dogoni konia.

Niestety plan ten mógł się nie powieść i choć rycerz chciałby winić za to zły uśmiech losu, to fakty wskazywały innego winowajcę. Sterta gałęzi na drodze ewidentnie nie została tu naniesiona przez naturę. Wichura nie była tak precyzyjna, a nic nie wskazywało na to, aby bobry wiedzione diabelskimi podszeptami rozpoczęły rewolucję od budowania tam na traktach zamiast rzek.

Utopiec zatrzymał warga i sięgnął po miecz, wysuwając go powoli z pochwy. Prostując się w siodle rozglądał się po okolicy próbując wypatrzyć zagrożenie. Dłonią, którą trzymał lejce poklepał zwierzę po karku.
- Węsz Rybożer - wydał rozkaz.
 
Jaracz jest offline  
Stary 21-03-2017, 13:54   #25
 
Asderuki's Avatar
 
Uczestnicy wyprawy nie byli specjalnie zgrani. Każdy miał swój własny sposób podejścia do przeszkody. Panowie, mając nieco więcej doświadczenia w podróżowaniu, od razu rzucili się do sprawdzenia możliwości zasadzki. Rybożer na rozkaz swojego właściciela przyłożył łeb do ziemi i zaczął wąchać. Hektor zachwiał się na swoim siodle ale utrzymał równowagę. Był jednak problem z rozkazem rycerza. Pies nie wiedział czego ma szukać. Dlatego też po chwili brodzenia w gęstym śniegu Rybożer zaczął wchodzić między drzewa odciągając Hektora od reszty.

Tymczasem Esmond wpadł w las po drugiej stronie wozu podążając za śladami. Ostrożnie idąc i rozglądając się dookoła ponownie dostrzegł postać. Tym razem jednak zdołał się jej dokładnie przyjrzeć. Młoda kobieta o smutnym spojrzeniu spojrzała prosto na niego niknąc w świetle prześwitującym pomiędzy ośnieżonymi gałęziami. Drzewo koło którego chodziła miało przywiązany do siebie szkielet przykryty warstwą śniegu. Esmond usłyszał nieco nad sobą cyknięcie. Dostrzegł uśmiechniętego brzydko mężczyznę celującego do niego z kuszy. Drugiego dostrzegł kilkanaście metrów dalej. Ten bliższy gestem wskazał aby Esmon się wycofał.
- Barbarzyńcy..! - doszło do uszu łowcy. Głos był przepełniony gniewem i goryczą. Wydawało się jednak, że żaden z bandziorów nie usłyszał tego co łowca.

Po drugiej stronie drogi sytuacja zdała się być nie mniej napięta. Rybożer warczał czekając na rozkaz od swojego pana. Trójka ludzi celowała do rycerza i jego wierzchowca kryjąc się jednocześnie za drzewami. Warg wyczuł obecność innych osób przed rycerzem

Lily została zaś z Ristoffem na wozie. W przeciwieństwie do swojego mistrza nie zdawała się zdenerwowana. Pewnie byłoby dla niej dalej wszystko w porządku gdyby nie dostrzegłą zakapturzonej postaci wyłaniającej się zza zakrętu. Celowała z kuszy wprost w wóz obierając za cel, to Diziego, to jego zwierzęta.
- Jak będziecie współpracować, to może przeżyjecie! - zakrzyknął. Ich jednak była trójka, a on był sam.
 
Asderuki jest offline  
Stary 03-04-2017, 20:57   #26
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Lily, jak zazwyczaj sama z siebie jest blada, tak teraz jej skóra nabrała koloru najwyższej jakości białego papieru. Jak do tego doszło, że nic nie zaczęła podejrzewać? Aż tak wytrąciła ją z równowagi sytuacja z ów okrutnym zwierzęciem, że całkowicie straciła jakikolwiek zmysł postrzegania swojego otoczenia?
Ścisnęła mocno wargi, zagryzając je niemal do krwi. Jej myśli gorączkowo pracowały. Co robić? To był tylko jeden bandyta... Mogłaby go wykończyć telekinetycznym rzutem sztyletem w gardło lub wywiercić mu wielką dziurę w brzuchu partyzaną, ale gdyby nie miał nikogo, kto by chronił jego pleców, to by tak nie ryzykował. Spojrzała pytająco na mistrza, szukając u niego jakiejś porady, zerkając tylko kątem oka jak tamten człowiek, a przynajmniej tak się jej wydawało, się zbliżał.
Ristoff patrzył z gniewną miną na zbliżającego się człowieka.
- Cokolwiek zrobisz, albo rób to szybko, albo dyskretnie - szepnął do kobiety samemu unosząc ręce do góry i wychodząc z wozu.
- Będziemy kooperować.
Wciąż jeszcze na wozie kobieta popatrzyła na swoim mistrzem i pokręciła głową. Zostawiwszy na wozie partyzanę, wygramoliła się powoli z powozu. Przybrała całkowicie niewinny, uroczy wyraz twarzy i stanęła za magiem tak, jakby był on jej ojcem. Imitowała przerażoną, ale jedną ze swych dłoni trzymała przy swym biodrze, w pobliżu schowanego za Ristoffem berła magicznego. Oczekiwała na dostateczne bliskie zbliżenie się bandyty, by mogła działać.
Bandyta zlustrował kobietę kiedy się pojawiła. Na jego twarz wypłynął nieprzyjemny uśmiech. Chciał coś powiedzieć, ale do wszystkich doszło głośne łknięcie. Bandyta odwrócił głowę aby zobaczyć źródło dźwięku. Było to jednak dla niego zgubne, albowiem łowca nie powinien odwracać się plecami do swojej zwierzyny, zwłaszcza jeśli jest drapieżna. A Lily miała kły i pazury kiedy było to potrzebne.
Ruchem osoby wytrenowanej w walce wyszarpnęła z pochwy przy pasie sztylet i swoje drewniane berło. Poczuła drżenie magicznej energii na swych dłoniach, gdy wypowiadała słowa zaklęcia. Było to dziwne uczucie. Tak jakby coś gęstego i galaretowatego przylgnęło do dłoni, a jednocześnie było eteryczne i nieuchwytne niczym chmury na niebie. Serce jej mocniej zabiło - jak za każdym razem, gdy wypowiadała kolejne inkantacje.
Właśnie taka była magia, fluidalna, plastyczna energia tego świata niedostrzegalna przez zwykłe istoty, budulec, dzięki któremu można uczynić niesamowite rzeczy i wyrządzić krzywdę, jakiej nawet najostrzejszy oręż nie może sprawić. Dzięki niej miało się największy wpływ na rzeczywistość naokoło siebie. Prawdziwa potęga.
Lily jeszcze była słaba. Jej zasięg nie był zbyt daleki, ale wizja niewątpliwie czekającej ją przyszłości napełniała ją podnieceniem. Musiała jedynie wciąż zdobywać wiedzę i się rozwijać, doprowadzając siebie oraz swoje siły do granic swoich możliwości, by dalej je poszerzać.. Nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel - zostać najpotężniejszą maginią w królestwie.
Jednak ten cholerny kostur stanowił dla niej ograniczenie. Zdarzało się, że przeklinała swój los, że nie urodziła się mężczyzną, ale nie miała na to wpływu.
Skupiając moc na noszonym przez siebie berle, uniosła za pomocą telekinezy ostry jak brzytwa sztylet i cisnęła nim z olbrzymią mocą w pierś bandyty w celu zabicia go.
Nikt nie będzie groził z broni jej mistrzowi.
Ostrze świsnęło w powietrzu trafiając mężczyznę w klatkę. Kaszlnął pod siłą uderzenia. Nie chciał jednak umrzeć bez zadania choć jednego ciosu. Zataczając się do tyłu nacisnął spust kuszy śląc bełt przed siebie. Karzeł krzyknął raniony przez strzał.
- Dizi! - krzyknął Ristoff nie przejmując się już wykrwawiającym się mężczyznął.
Tymczasem Lily słyszała krzyki ludzi zarówno po lewej jak i po prawej drogi. Nie przejmowała się jednak nimi przez chwilę trwającą może mgnienie oka, ale dla niej zdawała się trwać wieczność, kiedy znowu została wciągnięta w głęboką otchłań, jaką była ów bitwa, w której wzięła udział, gdy miała jeszcze piętnaście wiosen.
Jej nieco starsza przyjaciółka, Miri, biolog wysłana na pole bitwy w celu leczenia rannych, została zraniona czymś, co wyglądało jak jakieś małe żądełko. Była to drobna rana, na którą obie nie zwróciły nawet uwagi, póki trucizna nie zaczęła rozprzestrzeniać się po jej organizmie, całkowicie deformując jej ciało od nóg aż po sam czubek głowy. Trzymała się kurczowo nogi Lily, spoglądając błagalnie w jej oczy, prosząc o śmierć. Obie płakały. Świat jakby przestał dla nich istnieć. Był tylko mrok, wściekłość i dominujące poczucie winy.
I wyrzut w oczach Miri.
Lily brutalnie wyrwała przy użyciu silnej telekinezy sztylet z ciała bandyty i bezlitośnie wbiła go jeszcze raz prosto w jego gardło, by mieć gwarancję, że nie skrzywdzi już nikogo więcej. Spojrzała następnie ze współczuciem na rannego Diziego i mentora próbującego mu pomóc.
- Wyjdzie z tego? - zapytała cicho, zerkając kątem oka w stronę miejsc, z których dochodzą okrzyki.
- Tak, ale trzeba go opatrzyć - odpowiedział pewnie mag ściągając jęczącego karła z siedziska i wciągając do wozu gdzie zaczął się nim zajmować pospiesznie przeglądając zawartość ich własnych zapasów.
- Nic mi nie będzie panienko - jęknął Dizi.
Ona skinęła ponuro głową i, wziąwszy partyzanę, udała się w kierunku jednego z miejsc prawdopodobnej walki. Przyjrzała się otaczającej jej bieli kontrastującej z barwami jej ubioru… i całkowicie zrezygnowała z prób skradania się. Zdecydowała się na szybki bieg.
Po krótkiej chwili wahania, wybrała stronę lewą. Jej nauczyciel żartobliwie zawsze powtarzał “jeśli się zgubisz, to trzymaj się lewej strony”. Ciekawe jak to wyjdzie tym razem w praktyce.
Lili bez ceregieli zostawiła maga i jęczącego z bólu karła podążając w las tam gdzie znikł utopiec. Jako, że się nie skradała brnęła na tyle szybko w śniegu, że dotarła akurat w momencie w którym rycerz wbił rannemu bandycie sztylet pod brodę. Scena była iście makabryczna. Ogromny pies z zakrwawionym pyskiem stał nad rozszarpanymi zwłokami. Niedaleko dalej leżało truchło z wbitym dziwnie mieczem w głowę i utopiec, który właśnie podnosił się z klęczek wołając swojego psa.
 
__________________
[FONT="Verdana"][I][SIZE="1"]W planach: [Starfinder RPG] ASF Vanguard: Tam gdzie oczy poniosą.[/SIZE][/I][/FONT]
Flamedancer jest offline  
Stary 06-04-2017, 21:34   #27
 
Asuryan's Avatar
 
Esmond znajdował się w niewiele lepszej sytuacji. Dał się podejść jak kompletny nowicjusz i znajdował się teraz na całkowicie odsłoniętej pozycji. Zakładał że pozostali również wpadli w tarapaty, co oznaczało brak pomocy.
-Czy ja wyglądam proszę kolegę na kogoś kto ma pieniądze?- zapytał retorycznie, kupując nieco czasu. Korzystając z tego, oszczędnymi ruchami, oglądnął się na boki, by upewnić się czy przypadło mu tylko dwóch przeciwników, sprawdził też odległość do najbliższej osłony. Było źle, ale bywało gorzej, chodź nie oznaczało to że i tym razem ocali skórę.
Panowie o ponurych minach nie przestali celować.
- Jesteś z wozem. A jak wóz to coś wiezie. Masz pieniądze, nawet jeśli jeszcze nie swoje - odpowiedział jeden zaskakująco spokojnie ponawiając gest.
- Bandyyyyciii! - zajęczał duch ponownie ujawniając się oczom łowcy. Jeden z mężczyzn rozejrzał się. Zaklął widząc drzewo.
- Ruszaj się albo cię nafaszerujemy bełtami - warknął. Pewnie dodałby coś jeszcze ale po lesie poniósł się pisk.
- Co do… - obaj rozproszyli się na moment odwracając spojrzenie.
Łowca zareagował instynktownie. Momentalnie w jego dłoni znalazł się łuk. Wyuczonymi i powtarzanymi po tysiąckroć ruchami, nałożył strzałę na cięciwę i wystrzelił w bandytę siedzącego na gałęzi. Nie przyglądał się efektowi, wierząc swoim umiejętnościom. Powtórzył czynność celując w kolejnego z mężczyzn, równocześnie szybkim krokiem w bok zbliżył się do osłony. Wypuścił strzałę w momencie gdy drugi z bandytów obracał się w jego stronę.
Pierwszy strzał był celny. Rozproszony bandyta skończył ze strzałą w oku spadając z gałęzi z głuchym hukiem. Hałas zwrócił uwagę drugiego lecz nim zdołał zorientować się co się stało strzała przeszyła jego ramię. Krzyknął z bólu zwalniając cięciwę kuszy. Bełt wbił się gdzieś w ziemię gubiąc w śniegu. Esmond unikając nie trafił idealnie, ale przeciwnik nie wyglądał na chętnego do dalszej walki. Łowca usłyszał szaleńczy śmiech ducha, którego kolory nagle zmieniły się w brudno brązowe i przypominał teraz humanoidalną postrzępiona plamę w powietrzu. Esmond schowany za drzewem nie dostrzegł co zrobił duch, ale dobiegły go słowa rannego bandyty.
- Co..? Co do kurwy?! - krzyknął i zaraz dało się słyszeć jak oddala się w pośpiechu.*
Przyzwyczajenia znów wzięły górę. Łowca wychylił się lekko, wprawionym wzrokiem namierzając mężczyznę, który ranny z trudem poruszał się w śniegu, wystrzelił w jego stronę. Zwiadowca nie mógł zostawiać świadków. Tego trzymał się na wojnie, a odruchów ciężko się pozbyć. Stłumione jęknięcie towarzyszyło odgłosowi trafienia. Nie patrzył na mężczyznę, który bezwładnie zwalił się do śniegu. Jego uwagę przykuł duch, który mu się objawił.
Esmond szybko zrozumiał czemu drugi bandyta zaczął uciekać. Choć łowca miał nieprzeciętne zdolności do strzelania, to nie one sprawiły, że uciekł. Truchło ze strzałą w oku było nieludzko powyginane, a twarz nienaturalnie wyschnięta i blada. Brunatna plama pożerała właśnie ulatującą duszę zabitego. Oszalały duch darł na strzępy delikatną świetlistą poświatę jaką wyrwał ze świeżych zwłok. A dzięki Esmondowi zaraz miał dostać kolejny posiłek. Łowca widział już coś takiego. Choć kapłani Pana Śmierci zapierali się, iż każda dusza zostaje zaprowadzona do toni, to nie była prawda. Mężczyzna widział już skutki braku pochówku lub śmierci w męczarniach. Kiedy umierający miał za złe i jego dusza topiła się w jego własnych negatywnych emocjach. Tak samo musiało być z kobietą przykutą do drzewa.*
Mężczyzna wzdrygnął się na ten widok. Dostał kolejny powód, by do spraw wiary podchodzić coraz bardziej sceptycznie. Wykonał krótki gest chroniący przed złem i obrócił się w stronę drogi. Trzy strzały się zmarnowały, ale nie miał zamiaru zbliżać się do upiora, nawet jeśli w teorii nie powinien mu zaszkodzić. Usłyszany chwilę wcześniej krzyk Diziego, zmotywował go do biegu.
Łowca pozostawił za sobą oszalałego ducha nie chcąc patrzeć na eteryczną scenę widoczną tylko i wyłącznie dla niego. Gdy dotarł do wozu zobaczył niespokojnie mleczące jataki i wóz. za przeszkodą z gałęzi leżał martwy bandyta z którego szyi wyciekała krew na biały śnieg. Gdyby nie ruch wewnątrz wozu można by pomyśleć, że pojazd został opuszczony. Gdy mężczyzna zajrzał do środka zobaczył maga z zakrwawionymi rękoma szyjącego pospiesznie ranę na barku małego człowieka. Dizi był blady, ale na widok łowcy słabo się uśmiechnął.
- Chyba będę potrzebował pomocy przy powożeniu - jęknął zaraz się krzywiąc. - Za stary na to jestem Hebaldzie. Nie wiem jak ty to jeszcze znosisz.
- Nie daję się postrzelić - odparł krótko mag. Spojrzał pytająco na Esmonda. - Potrzebujesz pomocy?*
-Zdążyłem sobie poradzić- odpowiedział łowca przyglądając się rannemu. Dizzy miał masę szczęścia. Bełt mógł rozejrzeć główna żyłe, lub przerwać nerw. Karzeł wciąż mógł utracić życie pod wpływem zakażenia, lub nigdy nie odzyskać władzy w ręce. Na razie jednak żył, a to wróżyło dobrze - gdzie reszta?
Ristoff zmarszczył brwi i zaklął cicho.
- Jeśli Lily tutaj nie ma to mam nadzieje, że poszła do utopca - mruknął ponuro - Jego wierzchowiec ściągnął go w las chwilę po tym jak ty poszedłeś.
-Sprawdzę czy są cali. Oczyść rany- odparł, podając magowi manierke z alkoholem- tylko nie wylej wszystkiego.
Łowca zszedł z wozu zakładając luk na plecy. Idąc po śladach w śniegu, podszedł do stosu gałęzi. Jego uwagę zwróciła spora ilość krwi. Na miejscu zastał bandyte z rozdartym gardłem, schylil się sięgając po kuszę i belty. Preferował łuki, ale siła kuszy zawsze mogła okazać się przydatna. Z nowym ekwipunkiem ruszył po śladach magini.
Wchodząc w las po przeciwnej stronie łowca usłyszał.
- ESMOND! ŻYJESZ!?*
 
__________________
Once the choice is made, the rest is mere consequence
Asuryan jest offline  
Stary 06-04-2017, 22:38   #28
 
Jaracz's Avatar
 
Hektor uśmiechnął się szeroko. Opuścił miecz i przerzucał spojrzenie pomiędzy kusznikami.
- Nooo… proszę proszę. Napadać na rycerza na trakcie? Czyn iście brawghurowy. Trochę blisko podeszliście. Celność kiepska, czy chcieliście się przyjrzeć mojej facjacie? A tamtemu to rączki się trzęsą pewnie z zimna… bo na pewno nie z nerwów, prawda?
Gadał i gadał i można by pomyśleć że rycerz ma wrażenie że panuje nad sytuacją. Otóż nie panował. Kuszników było trzech i musieliby być ślepi żeby nie trafić w nieruchomy cel. Dlatego Hektor gadał, a że gadał do całej trójki to ruszał się i kręcił wierzchowcem. Chciał aby rybożer był gotów do skoku w bok, który może i tylko może.uratuje go i jego pana przed bełtami. Jeśli te chybią, życia banitów zakończą się stosunkowo szybko.
Warg się kręcił powarkując. Jeden z bandytów krzyknął mając dość słuchania bulgotania utopca. To był moment na który czekał rycerz. Rybożer skoczył według rozkazu swojego pana w bok unikając dwóch strzałów z kusz. Trzeci, od tego co mu się ręce trzęsły, trafił warga w udo. Zwierzak załkał boleśnie i jego następny skok nie był już tak celny. Zabrakło mu kilkunastu centymetrów aby chłapnięcie zębami dosięgnęło bandytę. Mimo to wywołał on przerażenie na twarzy swojej niedoszłej ofiary, która to zachwiała się i przewróciła na plecy. Pozostała dwójka cofnęła się widząc, że wierzchowiec jest wytresowany do boju. Ten bliżej sięgnął po swoją pałkę, zaś dalszy zaczął pospiesznie i nieco niedbale zakładać kolejny bełt na kuszę.
- Gryź! - warknął utopiec zeskakując z wierzchowca.
Zostawił leżącego bandytę wargowi, a sam rzucił się do przodu. Za cel obrał mężczyznę, który wciąż pokładał wiarę w kuszy. Na szczęście w lesie było mniej śniegu niż na polu, ale i tak rycerz musiał raczej skakać niż biec. Już nic nie gulgotał. Kontrolował oddech zgodnie z wpojonymi kiedyś w dawnym życiu naukami. Półtoraręczne ostrze trzymał tym razem w jednej dłoni wiedząc, że nie potrzebuje przesadnej siły uderzenia na bandytę. Drugą rękę wolał mieć wolną w razie gdyby musiał przyjąć na nią cios.
Rybożer zgodnie z poleceniem rzucił się na leżącego. Wrzask bólu wydarł się z ust umierającego mężczyzny. Utopiec się nie oglądał chcąc pozbawić możliwości strzału przeciwnika. Zgodnie z przewidywaniami musiał zablokować cios, który gładko zszedł po jego zbroi tylko lekko ją zdrapując. Niedoszły strzelec nie był przygotowany na nagłe pojawienie się rycerza. Zasłonił się rękami puszczając kuszę. Ciężkie ostrze nie miało problemu z słabą zaporą wbijając się zarówno w ręce jak i w bark mężczyzny. Ten zawył z bólu.
Hektor wyszarpnął miecz odpychając silnym uderzeniem pięści ciężko rannego przeciwnika. Natychmiast się odwrócił do ostatniego z bandytów. Bieganie po zaspach i nagły zryw w postaci nieoczekiwanej walki zmęczyły rycerza. Dlatego nie rzucił się od razu do kolejnej potyczki.
Przeciwnik był mniej zmęczony od utopca. Naparł na niego dokładnie w momencie kiedy ten się odwracał. Metal ich ostrzy szczęknął kiedy rycerz w ostatniej chwili sparował cios.
- Walcz, nie maż się - krzyknął do tego łkającego z bólu. Wyciągnął sztylet nie chcąc dać utopcowi wykorzystać przewagę jego zasięgu.
Rycerze nie byli miejskimi szermierzami, którzy finezją przewyższali koty stąpające po rozwieszonych między oknami sznurach na pranie. Może taka sztuka władania bronią, nierzadko nazywana prześmiewczo przez rycerzy “wywijactwem”, lub też “szpadownictwem plebsowym”, przydałaby się w tej sytuacji. Pozwoliła zwinnie odsunąć się od przeciwnika łapiąc ponownie dystans, tak potrzebny do efektywnego wykorzystania długiego miecza.
Hektor zdecydowanie nie podążał ścieżką ulicznych fircyków i karczemnych zwadźców. Nie umiał pięknie machać szpadą. Miał za to za sobą bojowe przeszkolenie, które zakładało wykorzystywanie w boju zarówno oręża, jak i pancerza.
Dlatego nie zastanawiając się długo sieknął na odlew rękawicą w twarz bandyty ze sztyletem, jakby ten był niezdyscyplinowaną dziewką, która zamiast wytrawnego miodu pitnego do stołu przyniosła cieńkusza co to ledwo trzy miesiące w piwnicy leżakował. Ani myślał tym ciosem zabić swego przeciwnika, lecz liczył na zdezorientowanie. Wtedy zaś zamiar miał złapać miecz nie za rękojeść, lecz za ostrze, gdzieś w połowie jego długości, by zamachem obu ramion wbić jelec w głowę mężczyzny.
Przeciwnik nie miał zbyt wiele doświadczenia z rycerzami. Choć uchylił się przed ciosem rękawicy został kompletnie zaskoczony sposobem trzymania miecza. W ostatniej chwili starał się jakoś zasłonić lecz rycerz lepiej wiedział co robi. Czaszka trzasnęła, a jelec wbił się kończąc żywot bandyty.
Hektor puścił miecz nie chcąc się z nim mocować, ani tym bardziej rozchlapywać zawartości czaszki wszędzie dookoła i na siebie samego. Odwrócił się na pięcie i spojrzał z góry na leżącego, ale jeszcze dychającego, ostatniego napastnika.
- Zraniłeś mojego wierzghrllchowca - wygulgotał utopiec.
Uklęknął wyciągając sztylet zza pasa i płynnym ruchem wbił go od dołu w szczękę bandyty. Aby ten nie wierzgał, przytrzymał jego głowę drugą ręką. Zastygł na moment, po czym wysunął ostrze i oczyścił je w śniegu i o ubranie trupa. Podniósł się z klęczek i zebrał miecz, który również oczyścił z resztek.
- Rybożer! - warknął przywołując do siebie zwierzę. Jego rana nie była na szczęście śmiertelna, ale warg kulał co uniemożliwiało dalszą jazdę. Serce krajało się Hektorowi na ten widok, ale nie miał czasu by teraz opatrzyć swojego towarzysza wędrówek. Musiał pomóc…
Zauważył biegnącą ku nim dziewczynę z powozu. Przygotował miecz nie wiedząc czy ta przez przypadek nie ucieka przed bandytami. Ta jednak zwolniła kroku, kiedy ujrzała przed sobą znajomą rybio-podobną twarz. Wyglądało na to, że przed niczym się nie musiała salwować ucieczką. Ba, nawet sztylet, który teraz trzymała w lewej ręce, ociekał krwią. Jej bystry wzrok otaksował ich, sprawdzając stan fizyczny, i skinęła głową, nie widząc poważniejszych zranień. Podeszła szybkim marszem do Hektora, nieco mocniej naciągając kaptur na głowę.
- Wszystko w porządku? Widziałeś Esmonda? - zapytała się cicho i ponuro, zupełnie odmiennie niż dotychczas.
- Mój wierzchowiec potrzebuje opatrzenia - odpowiedział. - Co do Esmonda… pobiegł w drugą stronę.
- ESMOND! - Hektor krzyknął donośnie. - ŻYJESZ!?
-Żyję- odpowiedział, zbliżając się do nich po śladach Lily. Miał przy sobie zdobyczną kuszę. Spojrzał kolejno na towarzyszy, oceniając ich stan. Jego wzrok zatrzymał się na rannym wargu- i widzę że wy też. Dizi jest ranny, ale powinien z tego wyjść. Mieliśmy sporo szczęścia.
- Dobrze. A teraz się zastanówmy w drodze powrotnej, czy przypadkiem się nas tutaj nie spodziewali - rzekła Lily z wyraźną ulgą na twarzy, niepewnie ruszając w drogę powrotną, zerkając kącikiem oczu na warga rycerza.
- Pewnie wolałbyś sam go opatrzyć, a ja niestety nie dysponuję rytuałami “leczącymi”.
Utopiec pokręcił głową i poklepał dyszącego warga po karku. Z pyska zwierzęcia jeszcze ściekała krew niedoszłego bandyty, ale po mrużeniu ślepi i przebieraniu w miejscu widać było, że warg też cierpi.
- Wolałbym żeby zajął się tym ktoś kto zna fach - odpowiedział Lily, po czym dodał - Konował jakiś.
Niestety nikogo takiego w okolicy nie było, więc sam musiał się zabrać do roboty. Stanowczym gestem popchnął zwierzę na śnieg, by legło na boku. Pogłaskał warga po pysku cicho wymawiając jego imię. Kobieta tylko przyglądała się z zainteresowaniem, a w jej oczach widoczna była analiza jego poczynań. Można rzec, że tworzyła w swojej głowie ciąg przyczynowo-skutkowy tego, co właśnie zrobił Hektor.
- Podajcie mi jakiś luźny bełt, którymi strzelali. - poprosił rycerz zanim przeszedł do czynu. Chwilę później jeden pocisk od razu pojawił mu się przed twarzą lekko niesiony siłą lewitacji Lily.
- Czy jesteś pewny, że chcesz robić to bełtem? - zapytała sceptycznie, patrząc się z pewnymi wątpliwościami - Na pewno mamy na wozie odpowiedni ekwipunek do zajmowania się takimi ranami, nawet dla wierzchowców.
- Dziękuję. Nie będę tego robił bełtem… - odpowiedział. - Ale muszę wiedzieć, czy ranę wpierw rozciąć, czy grot wyjdzie tak łatwo jak wszedł.
To mówiąc przygniótł zwierzę kolanem tuż nad udem, a tylną nogę złapał w żelazny uścisk. Wolną ręką powoli wyciągnął bełt starając się jedynie nie obrócić go w środku.
Warg niechętny był działaniom rycerza. Piszczał i warczał chcąc zrzucić swojego pana. A utopiec nieco nie docenił siły swojego wierzchowca. Nagle rycerz znalazł się w śniegu zrzucony kopnięciem i nagłym zrywem Rybożera. Wielki pies odwrócił się do swojej nogi liżąc ranę. Zaraz rozdziawił paszczę i zakleszczył bełt w swoich zębach samemu go wyszarpując. Tylko rana wyglądała gorzej niż gdyby zrobił to człowiek.
- Baah! Na wiedźmi ogon! - wydusił z siebie rycerz niezbyt zręcznie gramoląc się ze śniegu.
- Wygląda na to, że twój wierzchowiec sam sobie chce poradzić z tą raną. - oznajmiła bezbarwnie Lily, gdy uznała, że Hektor sobie poradzi - Mając nadzieję, że jej nie pogorszy.
-Na wozie powinniśmy mieć nieco ziół które oczyszcza ranę i wspomagą leczenie- zastanowił się Esmond- kościom to nie pomoże, ale rany szybciej się zabliznia. Przygotuję maść dla obu rannych.
 
Jaracz jest offline  
Stary 11-04-2017, 16:43   #29
 
Asderuki's Avatar
 
Uczestniczy wyprawy uznali, że są bezpieczni kiedy wszyscy przeciwnicy zostali zabici. Lili postanowiła nie brudzić swoich rąk i wraz z Ristoffem zabrała się do rozgarniania gałęzi. Mag uznał to za dobry moment aby sprawdzić ile tak naprawdę dziewczyna zapamiętała z jego lekcji. Mieli na to chwilę czasu, gdyż Hektor wraz z Esmondem postanowili odciąć głowy bandytom w nadziei na nagrodę jaka mogła na nich spoczywać. Trójka, z którą walczył Hektor, poszła sprawnie. Problem był z zapakowaniem głów, gdyż osobnego worka na to nie mieli. W takim zimnie jednak mogli spokojnie głowy wieźć na zewnątrz. Gdy wracali do wozu mogli usłyszeć i zobaczyć jak Hebald poucza Lily.

- Formuła dobrze zapamiętana, ale co ja ci mówiłem o komponencie? Do lepszego używania telekinezy potrzebny jest ruch. Nie tylko tego co rzucasz, ale też twój. To dokładnie to samo, co z resztą zaklęć. Zobacz - mag zaczął szeptać jakąś dłuższą formułę. Jednocześnie jedna z jego dłoni wyginała się w niemożliwy dla normalnego człowieka sposób. Nawet Lily wiedziała, że mag tak długo trenuje gesty, że jego dłonie miały już zupełnie inny zakres ruchu. Gdy skończył szepnął te kilka słów potrzebnych do zainicjowania telekinezy. Wypowiadając ostatnie słowo płynnym ruchem opuścił delikatnie dłoń i podniósł ją wysoko do góry a za ruchem jego ręki popłynęło pięć gałęzi. Obszernymi ruchami nie tylko dłoni, ale i całej ręki odrzucił je na bok trzepnięciem przerywając połączenie.
-Twoja kolej – zwrócił się do Lily.

Esmond z Hektorem zostawili głowy i kontynuowali na przeciwległą stronę. Utopiec mógł teraz zobaczyć to co wcześniej zobaczył łowca. Groteskowo wykrzywione ciała, blade i poskręcane z wyrazami przerażenia na twarzy. Nim jednak rycerz mógł zapytać co się dokładnie stało po lesie rozniosło się wycie. Było jeszcze daleko, ale warg pozostawiony przy wozie nastawił uszu, a z jego gardła wydobył się warkot. Wycie się powtórzyło a zaraz za nim nastąpiło inne. Takie jakie człowiek mógł wydać gdyby chciał.
 
Asderuki jest offline  
Stary 19-04-2017, 22:26   #30
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
- Eeem… Dobrze znasz me słowa, które ci powiem ponownie. Uważam, że ruch ciała tylko ułatwia przeciwnikowi zrozumienie twoich ruchów, ale póki to się dzieje poza frontem, to w porządku. Zresztą przy telekinezie ma to sens. - zgodziła się niechętnie Lily. Trzymając w dłoniach różdżkę i jakiś kamyk, zaczęła wypowiadać zaklęcie. Zakołysała nieco ciałem, choć skupiła się głównie na ruchu rąk. Mocą próbowała objąć jak największą liczbę gałęzi, jaką była w stanie.
Ristoff przyglądał się kobiecie z nieodczytanym wyrazem. Zaraz do niej podszedł kiedy wykonywała ruchy złapał za ręce i delikatnie wskazał drogę ruchu.
- Front frontem. Żadne czary poza tymi ze szkoły telekinezy nie są w stanie być szybko rzucone. Twój ruch to twój sukces - powiedział odsuwając się na krok. Zmrużył oczy widząc starania dziewczyny. - Weź pięć. Samą siłą woli znacznie ciężej jest pochwycić więcej przedmiotów i mieć nad nimi kontrolę. Taką stertę najlepiej by było najpierw zmapować. Khm. Coś jak magiczne rysowanie mapy tylko dla twoich zmysłów. Wyznaczanie współrzędnych aby wiedzieć co się podnosi. Przydatne jak masz chwilę czasu i więcej do przeniesienia. Bezcelowe do pojedynczych przedmiotów…
Sielankowa nauka została przerwana wyciem. Mag zaklął.
- Zbieraj co możesz ja ściągnę resztę - sięgnął do dziwnego wisiorka pod kożuchem. Wyglądał jak idealnie kwadratowa siatka o oczkach wielkości centymetra. Przyłożył go tak aby przez niego patrzec i pospiesznie zaczął wypowiadać formułę ze szkoły matematyki. Ona przyglądała się z zaciekawieneim samemu zaklęciu rzucanym przez maga, a następnie jej oczy wróciły na drewniany stos.
Zamknęła oczy wyobrażając sobie siebie w przestrzeni nie naniesionej na jakąkolwiek mapę. Następnie zobrazowała całą okolicę, skupiając się na jak najdokładniejszym odwzorowaniu badyli, które musiała unieść za pomocą telekinezy. Weszła w pewnym sensie w trans, czując się tak, jakby wyszła z własnego ciała i oglądała okolicę z góry. Znajdujący się w jej dłoni kamyk z iluzjonistycznym okiem uważnie lustrował otoczenie. Uznała, że będzie to całkiem interesujący fokus na tą okazję.
Gdy uznała, że jest gotowa, wyzwoliła energię zaklęcia ze skierowanego w stronę przeszkody berła i uniosła je wysoko z zamiarem jej uniesienia w górę.
Lily wytężyła swój umysł oraz swoje ciało. Kobieta wyobraziła sobie gałęzie przed sobą będąc przekonaną o swojej percepcji otoczenia. W jej umyśle oko na kamyczku dokładnie dawało świadomość każdej gałązki. Otwierając oczy zobaczyła jak przed nią podniosła się lewa strona przeszkody. Sterta gałęzi i śniegu zawisła przed nią, a z chwilą zatrzymania całości ramiona i nogi poczuły wielki ciężar jakby ktoś naciskał na kobietę od góry i próbował wgnieść ją w ziemię.
- Ruszaj się - poinstruował ostro Ristoff kończąc swoją inkantacje. Ta w odpowiedzi zgrzytnęła zębami i zaczęła prowadzić zajętą przez berło rękę na swoją prawą. Miała wrażenie, że zaraz jej głowę rozsadzi bądź ugnie się pod niematerialnym ciężarem, który na nią naciskał, ale przemogła to uczucie czystą siłą woli i zmusiła całe swe ciało do ruchu. Zamykając jedno oko, przesunęła się troszkę bliżej w stronę krańca ścieżki, przeniosła przeszkodę i wyzwoliła zaklęcie, rzucając ją na bok.
A przynajmniej taki miała plan.
Lily postawiła krok, ruszyła się, utrzymywała ciężar na swoich barkach i nogach. Noga się jej omsknęła i uklękła na jedno kolano, ale gałęzie utrzymała. Z ciężkim stęknięciem wypuściła stertę gałęzi z boku drogi samej opadając na ręce. Ciężko dyszała, a z jej nosa pociekła krew. Ristoff stał obok z miną niezadowolonego nauczyciela z poczynań ucznia. Odwrócił się do swojej części gałęzi.
- Recta moveri - powiedział wyciągając prawą dłoń przed siebie z lewej strony i zamaszyście przenosząc ją w prawo. Gałęzie przesunęły się w poziomie z trzaskiem wpadając na siebie. Ale nie zasłaniały już drogi. Mężczyzna bez słowa odwrócił się do wozu na moment tylko zatrzymując się kiedy kolejny raz ktoś zawył.
- Panienko, pomóc? - zapytał zatroskany Dizi, któremu zajeło całe przedstawienie podnieść się i zgramolić z wozu.
- [i]... Nie.[i] - odezwała się po chwili głosem nieco zbyt agresywnym jak na siebie, co zaakcentowała cichym, acz słyszalnym dla liliputa przekleństwem skierowanym w stronę swego nieudolnego ja.
Otarła krwawiący nos wierzchem rękawicy, przyglądając się kilku plamom krwi znajdującym się w śniegu. Ten znak porażki był dla niej tak bolesny, że przysypała go zamaszystym ruchem ręki i z furią wbiła w niego pięść. Poczuła, jakby przez te sześć lat się niczego nie nauczyła, co ją niesamowicie irytowało. Do tego stopnia, że wahała się czy pokazywać Ristoffowi inne odkryte przez nią zastosowania telekinezy.
~ [i]A chrzanić to[i] - pomyślała, zbierając się na równe nogi. Również odrzuciła jakiekolwiek widoczne uczucia, postanawiając stłumić to w sobie.
- Przepraszam - powiedziała Diziemu bezbarwnym tonem, po czym zaczęła się wspinać na wóz.
 
__________________
[FONT="Verdana"][I][SIZE="1"]W planach: [Starfinder RPG] ASF Vanguard: Tam gdzie oczy poniosą.[/SIZE][/I][/FONT]
Flamedancer jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:59.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168