Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-08-2018, 12:05   #1
 
Zara's Avatar
 
Reputacja: 8877 Zara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputację
[Wiedźmin] Bez przebaczenia

Tahra

Zazwyczaj polityka dość mało obchodziła osobę o profesji Tahry. Od dawna mogła poznać wiele prawidłowości, jak na przykład ta, że instrumenty polityczne służą możnym głównie po to, by minimum pozostać tak bogatym, jak wcześniej. I ta wiedza była wystarczająca, by odpowiednio dobrać swoje kolejne cele w zawodowym życiu. Wystarczyło jednak, aby na jakiś czas wybrała się w podróż, chcąc się zająć sprawą tym razem osobistą, aby polityka wpłynęła na jej wybory.
Droga z Cidaris do Cintry, zazwyczaj najszybciej pokonywana przez Verden, obecnie była nieprzejezdna. Przynajmniej nie dla zwykłych obywateli, handlowców, przewoźników. Rosnące niepokoje pomiędzy Redanią, a Temerią, wynikające z zatargów terytorialnych sprawiły, że ich nie dalecy sojusznicy, również wzajemnie nakładali na siebie cła i inne ograniczenia. Cidaris sprzymierzyło się chwilowo z Temerią, Verden z Redanią. Choć żadnych walk między dwoma małymi krajami nie było, tak konieczne stało się podróżowanie do Cintry przez Temerię. Drogą dłuższą, porównując cenę do niekonfliktowych czasów i droższą.
Tahra zaciągnęła się na jeden z tańszych wozów za i tak mocno naruszającą jej budżet opłatą. Podróż podczas rozpoczynającej się wiosny, w okolicach Brokilonu okazała się przyjemna, jak na podróże rozklekotanym wozem wypełnionym głównie cidaryjskim winem. Można było zachodzić w głowę, jak tak cenny towar można było wozić tak podniszczonym środkiem transportu przez dość odrapanych handlarzy. Nasuwało to wątpliwości, czy towar był w rzeczywistości szlachetnym trunkiem, czy może jednak zwykłym sikaczem. Przedstawiane kobiecie wersje były sprzeczne. Jeden z młodszych handlarzy, śliniący się na widok Tahry, zapewne próbując wyjść korzystniej w jej oczach, przedstawiał trunki jako drogie. Starszy, doświadczony życiem woźnica był wręcz przeciwnego zdania, odradzając jakiekolwiek próby spróbowania trunku.
Z czasem wóz toczył się coraz gorzej. Zmartwiona jego stanem Tahra jednak nie spodziewała się, że jego pogarszający stan na niej odbije się najbardziej.
- No, baba z wozu, koniu bydzie lżej - odezwał się dowódca handlarzy podczas jednego z postojów. - Wóz w coraz gorszym stanie, musim niestety zakończyć nasze usługi przewozowe. Jako że przejechalim połowę trasy, zwracamy połowę kosztów. Ale niestety, musim ograniczyć ciężar. Wybacz pani, ale tu zaraz karczma, najlepsze miejsce na rozstanie. Za niedługo pewnie trasą coś podąży do Cintry, to się zabierzecie z nimi.
Zakończył dowódca, nie dając się nawet przekonać na zmianę zdania. Zgodnie ze słowem szefa, zwrócili jej połowę kosztów. Dla wielkości jej sakiewki była to jednak zła wiadomość, bo musiała wynająć pokój w karczmie i coś zjeść. Wbrew zapewnieniom, żaden inny transport przez dobry czas nie przejeżdżał, a bywalcami karczmy byli tylko mieszkańcy okolicznych wsi. Drugiego dnia pobytu, w końcu obok karczmy przejeżdżał kolejny wóz transportowy. Znów nie wyglądał za dobrze, ale z braku laku kobieta udała się w jego stronę. Nim jednak zdążyła się odezwać, czwórka mężczyzn z wozu zaczęła ją okrążać.
- No patrzcie. Przez właśnie tą kurwę wypierdolili mnie z poprzedniej roboty - odezwał się jeden z nich, od razu wyjaśniając Tahrze powód niecodziennej reakcji. - Przez bandę tej pieprzonej dupy. Obrobili mi połowę majątku szefa, to mnie wypierdolił, dokładając mi na zwolnienie paru pamiątek. Rozżażonego pogrzebacza tutaj nie znajdę, ale i tak dziękuję losowi, że choć trochę okazał się łaskawy i mogę jej odpłacić innymi pamiątkami.
Cidaryjka przypomniała sobie twarz mężczyzny. Był dowódcą straży na dworze jednego z bogaczy, którego okradała jeszcze razem z Jannonem. Gdyby nie zła sytuacja, w jakiej znalazła się złodziejka, zapewne przypomnienie sobie ilości łupu, jaki zdobyli tego pamiętnego wieczora, wywołałby spory, szelmowski uśmiech na jej twarzy. A sam strażnik wyglądał wtedy znacznie lepiej, nie miał spalonej połowy twarzy i nie kuśtykał na prawą nogę. Ale reszta jego obecnych towarzyszy wyglądała na w pełni sprawnych, na dodatek uzbrojonych…


Isak, Moran

Długie, zimowe miesiące minęły od ostatniego spotkania z baronem Lewengrove w lasach nieopodal wioski Calmus. Niedługo po tamtym wydarzeniu skarbnik lokalnego władyki wypłacił im pieniądze za misję od Zakonu Płonącej Róży wraz z własnym dodatkiem, w zamian za przekazane mu pisma płomiennej pamięci sir Deverella Adityi. Ostateczny zarobek pozwolił przetrwać ciężką zimę, jaka nawiedziła temerskie tereny. Ludzie, mocno zajęci walką z żywiołem, nie mieli wiele pracy dla najemników. Więcej było przebywania w lokalnych gospodach, ćwiczenia swych umiejętności i oczekiwania na ocieplenie, które wiązało się ze znacznie zwiększoną ilością pracy, przygód, możliwości.
Najszybciej naprędce sformowaną kompanię opuścił Zevran, wyruszając bez odbierania od razu nagrody w stronę Wyzimy. Zapowiedzią jego powrotu było jednak chociażby właśnie to, że w skarbcu barona czekała na niego godziwa suma orenów temerskich. Blondwłosa, dzika Elke, po wyleczeniu ran z walki z leszym, przez kilka dni zabawiła w okolicznych karczmach, oddając się swej ulubionej, alkoholowej rozrywce. Pewnego wieczora opuściła kompanię, nie zostawiając słowa tymczasowym towarzyszom. Karczmarz wskazał, że decyzję podjęła w stanie mocno wskazującym i dodał niby to z własnego doświadczenia, że dzień, dwa wróci, jeno kaca przemęczy... Ale nie wróciła. Na pewno w pełni świadomie ich kompanię opuścił wiedźmin Venter, udając się z zarobionymi pieniędzmi do swojej wiedźmińskiej szkoły na zimowanie. Z Isakiem żegnał się dość chłodno, wciąż pamiętając o jego wiedźmino-zabójczej przeszłości. Ale samą zemstę sobie odpuścił.
Śniegi ustąpiły, a przyroda zaczynała rodzić się do życia, gdy do obu najemników trafił goniec przysłany przez barona Lewengrove. Przyniósł im obu wiadomość, którą w ramach potrzeby mógł przekazać również słownie. Ale na jednym z ładniejszych kawałków papieru, jakie widzieli w życiu, napisane było:

Cytat:
Zaproszenie na coroczny ucztę z okazji Lammas!

Baron Rademud Lewengrove wraz z małżonką Morithe zaprasza serdecznych gości do swej posiadłości na bogatą ucztę pełną jadła i napitków, muzyki i znamienitych osobistości. Wdzięcznym będę przybycia do mych skromnych progów szóstego dnia sierpnia.

Rademud
Poniżej, zupełnie innym pismem dopisana była dodatkowa wiadomość, rozpoczynająca się od imion Isaka i Morana:

Cytat:
Isaku/Moranie, zgodnie z zapowiedzią, mam zadanie. Zjaw się na uczcie, a przy okazji zabawy znajdziemy chwilę, by omówić warunki współpracy. Oprócz twoich umiejętności, przydadzą mi się także inne utalentowane osoby. Jeśli masz kogoś, przyprowadź, a i dla niego znajdę pracę i sakiewkę wynagrodzenia
Obaj udali się w drogę, dość szybko natrafiając ponownie na siebie. Zdając sobie sprawę ze wspólnego celu wizyty u barona, Isak i Moran kilkanaście stajań pokonali wspólnie. Na horyzoncie widząc już budynek przydrożnej karczmy, zgodnie zaplanowali postój, by napoić konie i rozprostować nogi. Już z daleka od karczmy zauważyli, że w jej okolicach coś się dzieje...


Isak, Moran, Tahra

Przy wozie wyglądającym na handlowy, czarnowłosą kobietę zaczęło okrążać czterech mężczyzn. Jeden z nich coś krzyczał, ale Isak i Moran byli jeszcze na tyle daleko, że nie mogli dosłyszeć słów. Na pewno mogli wywnioskować, że facet był mocno zdenerwowany. Czteroosobowa grupka, mimo, że raczej wyglądała na kupców, to sprawiała wrażenie, jakby nieco znała się na walce. Byli dość ze sobą zgrani i wiedzieli, jak się ustawiać w szyku, by ułatwić sobie zadanie, którym najwidoczniej było schwytanie młodej kobiety.
Tahra, będąc w środku akcji i nie mogąc oglądać sytuacji z dystansu, trochę mniej zdawała sobie sprawę ze swojego położenia. Ale musiała czuć grozę. Mężczyźni wyciągnęli broń. Jeden miał buzdygan, drugi pałkę nabijaną ćwiekami, a strażnik, któremu w przeszłości zaszła za skórę, miecz. Najgorszy w jej sytuacji był czwarty, który pod pazuchą kurtki trzymał małą, nabitą kuszę. Musiała zdawać sobie sprawę, że jej próba ucieczki, która i tak dawała małą szansą powodzenia, zakończyć się mogła z bełtem w plecach. Zauważyła jednak kątem oka, że drogą w stronę karczmy nadciąga dwóch jeźdźców. Pancerz i broń u ich boku zdecydowanie wskazywały na ich wojowniczą profesję. I bardzo prawdopodobnie dużo większe doświadczenie w walce, niż czwórka oprychów.


Rogar Zeldan

Obowiązki wasalne wzywały Rogara. Samo odmówienie zaproszenia na ucztę byłoby nietaktem wobec barona Lewengrove. Tym bardziej, jeśli ten już w liście sugerował mu dodatkowe cele wizyty. Udział w uczcie wymagał chociaż lekkich przygotowań w zakresie stroju i przygotowania podróży. Zapomnieć o tym nie pozwalali mu inni goście, wyprawiający się do pałacu barona. Przejeżdżając obok posiadłości rodziny Zeldan, w dziwnym poczuciu obowiązku, musieli przywitać się z gospodarzem, nawet mimo tego, że na codzień kontakty ich były zerowe. Zawsze wiązało się to z płytką, pobieżną konwersacją. A jako że ostatnio najwięcej było plotek o napaści na wóz wiozący szlachciankę, która była u niego na odwiedzinach, to większość poruszała temat niebezpieczeństwa w okolicy.
“- Za grosz nie ma poszanowania dla szlachty… tak napaść, w biały dzień... “
“- Ten kutas Foltest zająłby się poprawą bezpieczeństwa, ale mu tylko zbereźne rzeczy w głowie…”

Takie myśli uzewnętrzniali w obecności Rogara. Największą pamięcią do dziejów okolic Dobroli wykazał się lokalny szlachcic gołodupiec, Erwyn Mousian, przez większość temerskich wyżej urodzonych znany jako łajza wciskająca ryj wszędzie tam, gdzie nie trzeba. Powszechnie również sądzono, że to była główna przyczyna bycia gołodupcem.
“- Niebezpieczne, panie Zeldan, macie tu okolice. Jak nie jakiś potwór, że aż wiedźmin musi przyjeżdżać, to bandyci. Wielka szkoda pana ludzi i panienki. Może szepnę komu słówko, żeby zwiększył tu jakieś patrole, czy co?”
Mówił, łudząc się chociażby tym, że jego słowo u wyżej postawionych mogłoby cokolwiek znaczyć.
Największe zaskoczenie przyszło jednak później, gdy ni stąd ni zowąd, nagle Altdorf zaczął się gorączkowo panoszyć po dworze, szukając Rogara. Gdy w końcu go odnalazł, przekazał raport z sytuacji.
- Panie, zbliża się do nas jakaś, ekhem, ekhem, uzbrojona grupa. Choć bardziej przypominają cyrkowców. Zaraz tu będą…
Gdy wyszli na podwórze, rzeczywiście mogli zobaczyć wóz i kilku konnych, zbliżających się do dworu. Wszyscy byli ubrani dziwnie na czarno. Zbliżając się na odległość, z której Rogar mógł ich dobrze dojrzeć, zrozumiał, o co chodzi. Czarne stroje od żałoby. Patrząc na twarze dwóch głównych osób w orszaku, rozpoznał w nich wspólne geny z dziewczyną, którą niedawno u siebie gościł. Przez tyle lat życia w końcu był już specjalistą od dziedziczności genów, zwłaszcza, że sam musiał przy swoim rodzie zwracać niemałą uwagę na tą sprawę. Oprócz żałobniczych strojów, rodzina była też dość mocno uzbrojona, jak na szlachtę. Szabelki, łuki, kusze. Wszystko dość ładne i dobrze zrobione, ale ludzie, którzy mieli ich używać, w większości nie wyglądali na takich, którzy mogli mieć duże pojęcie o zrobieniu z nich pożytku w walce. Zbliżając się do dworu w Dobroli, nie wyciągali broni. Skinieniem ręki w górę ojciec rodu dodatkowo pragnął uświadomić Zeldana, że to nie on jest celem ich zbrojeń. Cóż za szczęście!
- Panie Zeldan, przybylim pomścić naszą córkę, panienkę Elisę, jej służbę i pana obstawę, których to wszystkich zdradzieckie pomioty temerskiej ziemi… - nie dokończył, co owe pomioty zrobiły, bowiem mimo hardej twarzy, łzy napłynęły w sporych ilościach. Na ten widok matka Elisy również się rozpłakała. Inicjatywę musiał przejąć ktoś inny. Obok kogoś wyglądającego na brata Elisy, jechał jeden z podróżnych, który chociażby tym, że nosił zbroję (choć oczywiście z wieloma czarnymi elementami wskazującymi na żałobę) i sposobie noszenia broni sprawiał wrażenie, że raczej zna się na walce. Nie wyglądał też na spokrewnionego z rodziną.
- Panie Zeldan, pan Barthad chciałby uzyskać trochę informacji o miejscu, w którym doszło do tragedii i rozpocząć własne poszukiwania bandytów.
- Ten skurwesyn Foltest nawet nie kiwnął palcem, by ich ukarać! - krzyknął kolejny krewki krewny.
- Panie Zeldanie, proszę wybaczyć złość wobec króla i przez poprawkę na trawiącą rodzinę żałobę, puścić w niepamięć te nieprzystojne uwagi - zwrócił się czujnie zbrojny chłopak w stronę Rogara. - Czy jest pan w stanie udzielić nam dokładniejszej informacji, bowiem od służb temerskich niewiele mogliśmy się dowiedzieć przez wzgląd na rzekome dobro trwającego śledztwa. Pan Barthad jednak nie może zasnąć, dopóki bandyci nie zostaną ukarani, w związku z czym chce wziąć sprawy w swoje i nasze ręce.
Zakończył chłopak ukłonem. Poza nim, prawie cała banda wyglądała na taką, że jeśli bandyci pokonali panienkę ze służbą i obstawą Rogara, to tym bardziej stałoby się to samo z dość śmieszną wyprawą rodziny Barthad.


Wilhelm

Mimo sporej części swego dzieciństwa spędzonej na nauce obserwacji, w obecnych warunkach nie odnajdywał się najlepiej. Większość szkolenia odbywała się w dzikim terenie, a pierwszy cel w życiu, jaki mu wyznaczono, znajdował się w terenie mocno ucywilizowanym. Na dodatek dwór barona Lewengrove tętnił życiem, w ostatnich dniach trwało przygotowanie do jakiejś większej uczty. Krzątanina, dużo transportów, sprzątanie, dopieszczanie. Jedną ze służek mocno uczestniczących w zamieszaniu była Vinga, matka czteroletniego Redwalda.
Po kilku dniach Wilhelm wiedział już bardzo wiele o tej dwójce. Ojca w tej rodzinie nie było, choć nie dowiedział się, co się z nim stało. Kobieta pracowała jako mocno zaufana służba dla barona. Do najbliższej uczty szykowała nie tylko posiadłość, ale także powoli samą siebie. Wszystko wyglądało na to, że ma sama uczestniczyć w zabawie, bo mimo obowiązków organizacyjnych po godzinach szykowała sobie kieckę, konsultowała się w sprawie fryzury i makijażu. Jej syn również miał gościć na uczcie, jako przyjaciel syna barona, jego rówieśnika, z którym to tworzyli grupkę kilku bachorów wspólnie spędzających czas. Dzieciaki w ciągu dnia nie odstępowały od siebie na krok, włącznie z zajęciami u nauczycieli, czy posiłkami. Te ostatnie chłopcy jedli wspólnie, a jako że kontrola jedzenia syna barona była spora, Wilhelm nie miał szans przedostać się do kuchni.
Siedząc w swej kryjówce wśród masywnych murów otaczających osadę, jaką tworzyły domy osób mieszkających wokół samego pałacu rodziny Lewengrove. Późnym wieczorem kobieta wróciła do domu wraz z synem. To nie zdarzało się zbyt często, chłopakowi zdarzało się sypiać w barońskich komnatach. Tym razem było bardziej po myśli Wilhelma i mógł nawet starać się wdrożyć jakiś plan, by spełnić swoje zadanie. Ale zaraz po dwójce, do domu weszła także zakapturzona, męska postać. Dzięki swojemu bardzo dobremu wzrokowi dostrzegł, że mężczyzna po przekroczeniu progu zdjął kaptur i był to baron we własnej osobie. Vinga przywitała go dość ozięble, natomiast z Redwaldem przywitał się mocno przyjaźnie, czochrając szeroko uśmiechniętego chłopca po czuprynie. Odeszli nieco w głąb mieszkania, przez co łucznikowi ciężko było już dostrzec jakieś większe szczegóły. Zaczęli rozmawiać, ale musieli to robić szeptem, bo z tej odległości Wilhelm nie mógł też dosłyszeć słów. Ale gdyby podszedł bliżej, mógłby zrobić użytek ze swych zmysłów. A być może też rodzina była na tyle zajęta sobą, że mógł i spróbować zakraść się głębiej i zrealizować w końcu jakiś plan. Czas upływał, a on niewiele przesuwał się do przodu ze swoim zadaniem, o którym ciągle przypominał mu lekko wibrujący talizman, gdy znajdował się w pobliżu dzieciaka.


Zevran

Piwny rycerz dotarł do posiadłości barona. Chociaż daleko było pałacowi do bogactwa architektonicznego i zdobienicznego rodzinnych stron najemnika, ale przy dość długim pobycie w Temerii, poznaniu wielu zapyziałych dziur, walących się budynków we wsiach i miasteczkach, mogły nieco odżyć w nim wspomnienia dworskiego życia. Zwłaszcza, że na dworze barona panowało spore zamieszanie, co w szybko podchwyconych strzępkach rozmów Zevran przypisał przygotowywanej uczcie z okazji Lammas.
Żegnając się z baronem jesieni zeszłego roku i wyjawiając zamiar późniejszego odbioru nagrody, dostał od niego papier, który miał zrealizować u skarbnika rodziny Lewengrove. Po przyjeździe kierowany przez służbę szybko odnalazł odpowiedni pokój, gdzie nie musiał długo czekać na obsługę. Siwy, starszy mężczyzna przyznał, że wręcz z radością na chwilę oderwie się od obsługiwania finansowo tej kosztownej i zbędnej jego zdaniem uczty. Kilka minut coś notował w swoich księgach, by następnie pokazać strażnikowi strzęgącemu drugiego pokoju pismo od barona. Po dźwiękach wskazujących na otwieranie jakiegoś skomplikowanego mechanizmu sejfu w pomieszczeniu, do którego wszedł, a następnie przyjemniejszym brzęku liczonych monet, wrócił z obiecaną sumą temerskich orenów wypchaną w dość ładny mieszek. Gdy Zevran został już pożegnany i przygotowywał się do siodłania konia celem odjazdu, z chichotem podbiegły do niego dwie kobiety.
Obie wyglądały na jakieś szlachcianki, o czym świadczyły dość bogate suknie i staranne fryzury. Pierwsza, czarnowłosa, była kilka lat starsza od Zevrana, posiadała dość mocny makijaż podkreślający jej szare oczy. Szczupła, zgrabna, mocno odsłaniająca swój dekolt i nawet kawałek tyłka na wycięciu po boku. Druga, młodsza od Piwnego rycerza, choć również szczupła, dysponowała znacznie większymi walorami. Jej suknia była jednak znacznie skromniejsza, a z zachowania i twarzy szatynka przypominała raczej nieśmiałą, cichą dziewczynę.
- Panie rycerzu, proszę nie odjeżdżać! - czarnowłosa mówiąc złapała go za ramię, nazbyt ochoczo przyciągając muskularną rękę do swojego biustu. - Jutro odbędzie się tutaj przyjęcie barona Lewengrove. Czy owy przystojny rycerz nie zechciałby towarzyszyć mojej skromnej osobie podczas tej uczty?
Nie owijając w bawełnę zapytała Zevrana, patrząc błagalnym, ale i uwodzącym wzrokiem w jego oczy. Jej śmiałe zachowanie wyraźnie nie podobało się młodszej towarzyszce, która chwilę walcząc ze sobą, w końcu cała czerwona zwróciła się do czarnowłosej.
- Jolene! To ja pierwsza go… zauważyłam! On jest mój... - Po tych słowach spojrzała na twarz Zevrana, ale zrobiło się jej jeszcze bardziej głupio. Łzy napłynęły jej do oczu i na chwilę znieruchomiała. Piwny Rycerz jednak z doświadczenia mógł wywnioskować, że za chwilę z zaserwowanego sobie upokorzenia ucieknie, gdzie ją nogi poniosą.

 
Zara jest offline  
Stary 04-08-2018, 20:45   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 43433 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Nawet jeśli zwykły najemnik nie bardzo ma co robić zimą (gdy mróz studzi gorące temperamenty, kupcy ograniczają podróże i nawet bandyci zaprzestają swej mniej czy bardziej owocnej działalności), to medyk zawsze sobie znajdzie jakieś (mniej czy bardziej ciekawe) zajęcie. To ktoś sobie coś połamie, nie zauważywszy kawałka zlodowaciałego śniegu, to gospodarz, rozgrzewający się trunkiem domowej roboty, po pijaku odrąbie sobie palec czy rozwali nogę, to ktoś odmrozi sobie jakąś część ciała i trzeba będzie odcinać i dbać o to, by gangrena nie dopadła i zabiła delikwenta.
A chociaż część zapłaty była w naturze, Moran nie uszczuplił zbytnio zawartości sakiewki. A czasami i noce mile spędzał, wcale nie samotnie.

* * *


"Gdyby wino było tak stare jak kurczak, kurczak tak młody, jak pokojówka, a pokojówka chętna jak gospodyni..."
Innymi słowy Moran miał dosyć gościny w domu pani Kenig, której nic prawdę mówiąc nie dolegało, a która lubiła zawracać głowę otoczeniu. A medykowi przede wszystkim...

- Pani wybaczy, pilne wezwanie do chorego - powiedział Moran, chowając do kieszeni zaproszenie od barona, dostarczone przed sekundą do rąk własnych. - Bardzo pilny przypadek - zapewnił. - Jak tylko będę mógł, to wrócę - dodał. Ze świadomością, że złota musiałoby być kilka worków (z pokojówką na dodatek), by ponownie przekroczyć progi tego domu.

Dwie godziny później był już w drodze.

* * *


- Isak... - Moran uniósł dłoń na powitanie. - Też dostałeś zaproszenie?

* * *


Sytuacja przed gospodą wyglądała nieciekawie. Przynajmniej z punktu widzenia kobiety, którą 'zainteresowało się' czterech mężczyzn.
I nie wyglądało to na propozycję wspólnej kolacji.

- Panowie... - Moran zatrzymał wierzchowca tuż za plecami mężczyzn. - Czterech naraz? Pozwólcie pannie wybrać jednego z was. Z pewnością będzie przyjemniej.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 05-08-2018 o 10:00.
Kerm jest offline  
Stary 05-08-2018, 00:50   #3
 
Col Frost's Avatar
 
Reputacja: 16037 Col Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputację
Moje grzechy mnie ścigają... Kiedyś mnie dopadną...


Rogar wyszedł spod okapu i stanął przed kompanią żałobników i mścicieli zarazem. Spojrzał na ich przywódcę, po czym położył dłoń na swojej piersi i skłonił przed nim głowę.

- Witajcie w mym domu - powiedział. - Rad wam jestem, choć spotykamy się w tak przykrych okolicznościach. Pozwólcie, panie ojcze - umyślnie użył tego tytułu, którym zwracał się już do seniora rodu Barthadów, po swoich zrękowinach z nieboszczką - do środka - wskazał ręką na dwór. - Nie będziemy przecież rozmawiać pod gołym niebem. Usiądziemy, każę zaraz przynieść nieco wina, odpowiem na wszystkie pytania i pomogę jak tylko będę mógł. Zapraszam was, panie ojcze, waszą żonę i synów, jak i szlachetnego pana - skinął głową nieznajomemu. - Pozostałych ugościmy w czeladnej, a konie niech odpoczną w stajni.

- Wina, wina - odpowiedział sarkastycznie “ojciec”. - Wszyscy by chcieli usiąść, porozmawiać, a działać nie ma komu. Toż my tu działać przyszli, a nie wesoło gaworzyć. Bo i nikomu z nas przynajmniej nie do śmiechu. Przekażcie nam jeno, gdzie się dokonała ta...

Głowa rodziny ponownie nie mogła skończyć zdania, na myśl o tym, co tam się stało. Rogara szczerze zdumiało jego zachowanie. Zważywszy na to, jak na co dzień traktował córkę, nigdy nie spodziewałby się po nim takiego żalu. Jakże słabo znał tego człowieka. Ponownie rozmowę przejął młodzieniec.

- Pan Barthad chciałby poznać miejsce… kaźni i usłyszeć tyle, ile udało się dowiedzieć szlachetnemu panu Zeldanowi - raz jeszcze pokornie się pokłonił. Jego twarz wyrażała lekkie zażenowanie.

- Wybaczcie, nie chciałem was urazić, a jedynie godnie przyjąć, jak przystoi dobremu gospodarzowi - Rogar zwracał się wprost do najstarszego Barthada. - Oczywiście opowiem o wszystkim co wiem, chociaż jest tego niewiele, ale czy wpierw raczylibyście porozmawiać ze mną w cztery oczy?

- Przed rodziną nie mam żadnych tajemn… - na chwilę zapauzował. - Chociaż rozumiem, pewne szczegóły mogą być zbyt drastyczne dla uszu niektórych członków mojej pogrążonej w żałobie rodziny. A ja, jako głowa rodziny, muszę być najmężniejszy i przyjąć najtrudniejsze słowa. Idźmy więc, gdzie pan Zeldan uważa, że będzie najdogodniej.

- Przejdźmy się po podwórzu, to nie potrwa długo - Rogar poprowadził swego niedoszłego teścia w stronę stajni, a potem wzdłuż ich ściany. - Nie chcę krytykować waszej woli, ale pochopne działanie rzadko kiedy przynosi pożądany efekt. Wybaczcie mi proszę, mówię to z miłości, jaką darzyłem waszą córkę i przyjaźni, jaką darzę was. Na pewno chcecie zabrać na tak niebezpieczną wyprawę własną żonę?

- Tyle o tej miłości, a jakoś nie widzę u was szczególnej żałoby, nawet słyszę, że na lammasową ucztę do barona się szykujecie - odparł poddenerwowany pan Barthad. - Ale owszem, żonę chciałem odwieść, jeno ona uparta, przemówić do rozsądku sobie nie da. To już żem się zgodził, nie chcąc przedłużać wyjazdu i zastać pana, pókiś jeszcze nie wyjechał.

- Ranicie mnie. Baron wzywa, muszę jechać. Gdzieś mam tę całą ucztę, ale co mogę zrobić? W jednym macie jednak rację, czyny mówią więcej niż słowa. Dodam wam trochę swoich ludzi. Wprawionych w robieniu żelazem, nie takich jak… - nie dokończył, niby to z szacunku, a w rzeczywistości chciał tylko zwrócić uwagę Barthada na stan jego kompanii. - No, przydadzą się, pokażą wam drogę. Ale zaklinam was, zostawcie swoją małżonkę. Jeśli szkoda wam ludzi, żeby odprowadzili ją do domu, zostawcie ją choćby tutaj. Poczeka na wasz powrót.

- Zawsze mieliście się za takiego mądrego, ale nawet doświadczenia życiowego mało wam przy mnie. Doceniam, że dołączacie swoich ludzi i dziękuję, to również dla Elise. Ale zaskoczeni bylibyście, gdybyście zobaczyli mych ludzi w boju. Ile znaczy dla nich poświęcenie dla sprawy, którą już tu na wstępie wyjawiliśmy. Cóż, jeśliście nie tępi jak podkowa, to może wam uda się przekonać mą małżonkę, by nie jechała razem z nami? Choć chciałbym, żeby się wam udało, to jednak wątpię.

- Kto wie, może dopisze mi szczęście? Wracajmy już do innych - zawrócił i poprowadził gościa z powrotem przed dwór.

Po drodze zatrzymał jednego ze sług i polecił:

- Jarko, znajdź i przyprowadź do mnie pana Venitara. I to na jednej nodze!

Nim znaleźli się w zasięgu słuchu Barthadów, spytał jeszcze:

- A ten człowiek, to kto? - miał na myśli nieznajomego. - To chyba nie jest wasz sługa? Nie widziałem go dotąd u was.

- Aaa… - w niezbyt rozgarnięty sposób rozpoczął niedoszły “ojciec” Rogara. - Długa historia. Ale teraz już mogę wam powiedzieć, skoro i tak po wszystkim. Taki tam szlachetka, gołodupiec jak to mówią. Chciał żenić się z Elise, ona nawet za nim też dość mocno optowała, alem pogonił go. Ale jak się dowiedział o śmierci, przyszedł do nas złożyć kondolencje, przypadkiem wspomniałem o wyprawie, by ją pomścić i się do nas chciał przyłączyć. Nie miałem serca mu odmówić, zwłaszcza, że nie byłem wcześniej dla niego… zbyt dobry. Może jakbym wcześniej się na nim poznał, to i Elise nie musiałaby do was jechać i w tym lesie…

Tradycyjnie, na wspomnienie o wydarzeniach z lasu, pan Barthad zaczął szlochać. Doprawdy przedziwny to człowiek. Trudno było go posądzać o robienie przedstawienia. Bo i niby przed kim? Przed własnymi ludźmi? A co go obchodzi ich zdanie? Przed swym sąsiadem? Tylko ośmieszał się tym jęczeniem. A przynajmniej tak mógł rozumować ktoś pokroju pana Barthada. Rogar widział to trochę inaczej, ale zawsze uchodził wśród szlachty za sporego dziwaka, głównie ze względu na swoje poglądy. Nie odezwał się już ani słowem, nim nie dotarli do zbrojnej kompanii. Tam dołączył do nich Venitar. Zeldan odciągnął go na bok i poza zasięgiem słuchu pozostałych rozkazał:

- Weźmiesz Artdorfa, jego łowczych i jeszcze pięciu ludzi. Wydaj im broń, jaką najlepiej władają. Pojedziesz z nimi - wskazał na przybyłych - i pokażesz im miejsce śmierci Elise. Mam nadzieję, że dobrze zatarliście ślady. Zresztą nie sądzę, by byli pośród nich dobrzy tropiciele, możesz im zaproponować Artdorfa jako takiego. Myl trop i trzymaj rękę na pulsie. Najlepiej, gdyby wszyscy wrócili cali, zdrowi i zniechęceni do dalszych pościgów.

Gdy Venitar odszedł, Rogar zwrócił się do Barthadów:

- Zaraz przyprowadzi ludzi, w sumie tuzin chłopa. Zanim jednak was pożegnam, szlachetni panowie, jeszcze jedna sprawa - śmiało podszedł i stanął przed rumakiem pani Barthad. - Pani matko, choć nie wątpię w wasze chęci i waszą odwagę, nie mogę pozwolić, byś brała w tym udział - to powiedziawszy chwycił za lejce jej konia.

- Phi, kolejny… - odpowiedziała naburmuszona pani Barthad. - A co mnie tam niby grozi? Śmierć? Ja się śmierci nie boję, gdy moja wspaniała córusia, opuściła mnie. Cóż mi jeszcze z tego życia? Stara już jestem, synowie, niby to dorośli, już się mnie nie słuchają, mąż i tak po swojemu zawsze zrobi. Tylko Elisa była przy mnie zawsze, byłam jej potrzebna. A teraz… na co ja… na co ja temu okropnemu światu.

Zakończyła swą tyradę. Dała już się poznać Rogarowi jako osoba męcząca, twardo traktująca swą posłuszną i wytresowaną córkę Elisę.

- Jeśli nie z troski o swoje życie, to powinnaś tu zostać, pani, z troski o życie innych, którzy zamiast ścigać i walczyć z tymi draniami, będą się skupiać na obronie waszej osoby. A jeśli nie dbasz i o ich życia, to pozwól im chociaż swobodnie dopełnić słusznej zemsty… Argumenty zresztą - dodał po krótkiej przerwie - nie mają tu żadnego znaczenia. Trzymam w ręku lejce waszego konia i jeśli mi jej nie odrąbiecie, to ich nie puszczę.

- Uważaj chłopcze, bo jak za mocno zaufasz kobiecie, to możesz zostać bez ręki… Ale niech będzie. Zostanę, poczekam na dokonanie zemsty przez mężą i resztę naszych zacnych wojów. Skoro tyle mówicie o niebezpieczeństwie wyprawy, to jednak nalegam, aby najmłodszy z nas również został. Czyli pan Ube. - Skinęła na chłopaka, również nieudanego kandydata na męża Elise. - Nie dość, że szkoda, by ryzykował, to jeszcze chciałabym jakiegoś znanego mi towarzystwa, skoro wy, panie Zeldan, wyjeżdżacie. O ile oczywiście pozwolicie na jego pobyt w waszym dworze.

Zwróciła się do Rogara, który mógłby poprzysiąc, że swym czujnym uchem wyłapał, jak młodzieniec mówi pod nosem, dla innych niesłyszalnie: “kurwa, jeszcze tu utknę z tą starą raszplą”. Zeldan ledwo stłumił uśmiech. Więc to takie buty. Nic mu jednak nie szkodziło przyjąć w swoim domu jednego szlachetkę, a i jeśli w wyniku matczynej żałoby staremu Barthadowi miałoby przybyć rogów, nic to.

- Nie mam nic przeciwko temu – oznajmił pan na Dobroli. - Proszę zatem zejść z konia i zapraszam na pokoje.

Gdy pani Barthad zniknęła za drzwiami, a jej rumak odprowadzony został do stajni, na placu pojawił się Venitar, Artdorf i pozostali.

- To jest Venitar, będzie dowodził mymi ludźmi. A to Artdorf, mój łowczy, zaprowadzi was na miejsce i zdradzi wszystkie szczegóły, jakie znamy. Wysłałem go już w poszukiwaniu śladów, gdy się o wszystkim dowiedziałem, ale niczego wówczas nie znalazł. Oby tym razem dopisało mu szczęście.

Rogar miał dla swych sług jedną radę:

- Starajcie trzymać się w kupie – szepnął swojemu polowemu. - Nie nazbyt wyraźnie, ma się rozumieć, ale nie możesz pozwolić, by was osaczali jednego po drugim. Zresztą to tylko środki ostrożności. Jeśli się spiszecie, do niczego nie dojdzie – poklepał Venitara po ramieniu.

* * * * *

Gdy wzmocniony ludźmi z Dobroli orszak odjechał, a pani Barthad, wraz ze swym ulubieńcem, ugościła się we dworze, gdzie o jej wygody miała dbać pani Willow, Rogar postanowił rozmówić się z Ilyriem. Stary przyjaciel miał swój rozum i Zeldan nie wątpił, że w mig wszystko pojął, jednak wolał nie pozostawiać między nimi miejsca na nieporozumienia.

- Dziś wyjeżdżam – oznajmił na wstępie. - Nie wiem kiedy wrócę, a ta cała historia... Niebezpiecznie byłoby pisać o niej w listach. Dlatego zostawiam ją tobie i Venitarowi. Obaj wiemy, że Barthadowie niczego nie znajdą, ale gdyby ich oszalałe z powodu straty umysły, obłędem skierowały się na tory prawdy, Venitar i Artdorf mogą potrzebować twojej pomocy. Ufam, że wiesz jaką rolę do odegrania ma moja niedoszła teściowa?

- Karta przetargowa?

- Dokładnie. W razie konieczności dasz w łeb temu szlachetce, nie trzeba zabijać, a ona pozostanie naszym... gościem, tak długo jak zechcemy. To ostateczne rozwiązanie, ale przygotuj się do wydania ludziom broni. Aha i miej oko na naszych gości. Czuję w kościach, że może dojść między nimi do... szczególnie interesujących relacji. Umysł pogrążony w żalu może wybierać różne dziwne ścieżki, jak mniemam - stwierdził z ironią. - W każdym razie dobrze by było, żeby to wydarzenie, o ile do niego dojdzie, miało wartą go publikę. Myślę, że trzech lub czterech świadków wystarczy, żeby ktoś, na przykład stary pan Barthad, nie mógł posądzić nas o kłamstwo. I dopilnuj, żeby pani Barthad była świadoma nakrycia jej w tej niezręcznej sytuacji. To też się może przydać.

- Rozumiem – Ilyrio zawsze odpowiadał krótko. Odzywał się chyba tylko po to, by zachować pozory prowadzenia rozmowy, gdy w rzeczywistości Rogar monologował. Dłuższe wypowiedzi ekonom formował tylko w wypadku, gdy miał jakieś uwagi. Krótkie formuły oznaczały ich brak.

- Venitar wziął najlepszych ludzi, tobie też przyda się kilka wprawionych w mieczu rąk. Do Lewengrove'a pojadą więc ze mną Farek i Juźka. Wezmą wóz, a ja pojadą na Białonóżce. Bądź tak dobry i karz Zigatowi i Benetcie wszystko przygotować.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 05-08-2018 o 09:59.
Col Frost jest offline  
Stary 06-08-2018, 22:44   #4
 
Gladin's Avatar
 
Reputacja: 13516 Gladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputację

Wilhelm zdecydował, że czas podjąć działania. Owszem, potrafił długo i cierpliwie czekać na dogodny moment do oddania strzału. Czy też na moment do działania, jak teraz. Wszak od lat był to był dla niego chleb powszedni. Z drugiej strony, gdy nadarzała się okazja, należało wypuścić strzałę. Bo moment mógł minąć i już nie wrócić.
Wydawało mu się, że gdyby chłopak nie mógł iść na bal, bo zachoruje, to matka będzie zmuszona zostawić go samego. Nie sądził, aby mogła ot tak sobie się nie pojawić. W głowie powstał mu plan.
Najpierw użyje Noiru, koncentrując go na chłopcu i maksymalnie zaciemniając. Małemu nagle pociemnieje w oczach. Problem polega na tym, że sferę trzeba będzie usunąć, gdy matka się zbliży. Pomimo mistrzowskiego poziomu użycia gestów, nie potrafił skurczyć Noiru bardziej, niż do pół metra. Dlatego musi dostać się do środka i widzieć sytuację, aby wiedzieć kiedy rzucać, a kiedy usuwać sferę. Jeżeli będzie potrzeba otumanić chłopca, gdy matka będzie blisko, użyje Adgravu. Ten gest może skoncentrować na chłopcu tak bardzo, że matka go nie dostrzeże.
W tym przypadku chłopak, gdyby próbował iść, zacząłby wpadać na różne przedmioty i zataczać się. Miał nadzieję, że te dwa gesty używane na przemian mu wystarczą, aby zatrzymać chłopca w domu. Jeden Noir musi sobie zostawić, aby później móc zbliżyć się bezpiecznie do swojej myszy.

Ponieważ nie był żadnym szpiegiem, wyobraził sobie, że podchodzi zwierzynę, a wszystko dookoła, to po prostu kamienny las. Zamknął na chwilę oczy, by potrzymać w głowie ten obraz. Potem ruszył naprzód i zbliżył się do budynku. Przekradał się pod oknami nasłuchując - był ciekaw, co sprowadza barona. Przy każdym z okien, gdy nie słyszał nic z wewnątrz zerkał, czy może się dostać niepostrzeżenie do środka i ukryć.
 

Ostatnio edytowane przez Gladin : 06-08-2018 o 22:52.
Gladin jest offline  
Stary 07-08-2018, 15:31   #5
 
Aronix's Avatar
 
Reputacja: 1575 Aronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłośćAronix ma wspaniałą przyszłość
Ponad miesięczna rekonwalescencja pozwoliła Piwnemu Rycerzowi w pełni wypocząć i wyzdrowieć, jednak im dłużej przebywał w świątyni, tym bardziej ciągnęło go do powrotu na szlak. Dlatego też gdy tylko doszedł do siebie postanowił opuścić kapłanki Melitele, które dotychczas się nim opiekowały i wyruszyć do barona celem odebrania obiecanej zapłaty. Droga nie była może długa, ale kolejne zlecenia, które trafiały do Zevrana w każdej kolejnej wiosce czy miejscowości, skutecznie wydłużyły czas podróży. W końcu jednak Piwnemu Rycerzowi udało się dotrzeć do celu.

***

Zevran odwrócił się w kierunku szlachcianek i zmierzył każdą dokładnie wzrokiem.
Podczas podróży Zev zaspokoił swoje pragnienie powrotu do najemniczego fachu, jednak pozostała jeszcze jedna kwestia za którą bardzo się stęsknił, a której brakowało w świątyni Melitele, mianowicie huczne uczty. Dlatego też przyjemnym zbiegiem okoliczności okazało się pojawienie się dwóch szlachcianek, które chciały aby Piwny Rycerz towarzyszył im na uczcie z okazji święta Lammas. Zevran nieraz uczestniczył w mniej lub bardziej oficjalnych przyjęciach, miał to wręcz we krwi. Od razu zatem poznał, iż po tej odważniejszej z dam może spodziewać się udanego wieczoru i jeszcze bardziej udanej nocy. Zapewne jeszcze kilka miesięcy temu wybrałby właśnie ją na swoją towarzyszkę. Jednak pobyt w świątyni Melitele udowodnił mu, że z pozoru nieśmiałe niewiasty potrafią być niezwykle ekspresyjne gdy tylko im się na to pozwoli, stanowiło to swego rodzaju wyzwanie, a wyzwania Piwny Rycerz szczególnie lubił. Uśmiechnął się zatem promiennie do obu kobiet i ukłonił głęboko
- Piękne panie, nie jest rycerzem, więc nie musicie mnie tak tytułować. Nazywam się Zevran de Molen i niezmiernie rad jestem, iż dwie tak nadobne damy wyrażają chęć abym im towarzyszył na uczcie u barona!-To mówiąc odwrócił się w stronę młodszej - Gdyż jak mniemam Pani, której imienia jeszcze nie poznałem, również wyraża taką chęć?- zapytał patrząc jej w oczy i przytrzymując lekko za rękę Młodsza dziewczyna tylko skinęła głową, jednocześnie będąc zadowoloną, że Zevran nie odebrał jej słów jako obraźliwych.
- Maritha, owszem, ujrzała cię pierwsza i od razu ją zauroczyłeś, jako i mnie - odpowiedziała Jolene, widząc, że jej młodsza znajoma nie potrafi się wysłowić. - Jeśli uważasz, że będzie dla ciebie lepszą towarzyszką, oczywiście zrozumiem twój wybór, jednocześnie opłakując twój wybór samotnie w łożu… w którym nie musiałabym wcale być sama, gdybyś wybrał mnie.
Maritha chwilę analizowała słowa czarnowłosej, gdy jednak doszło do niej znaczenie słów, niespodziewanie wrzasnęła.
- Jolene! Jak możesz! Jak… - Oczy jej się zaszkliły, ponownie zamarła w bezruchu, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Zevran z uśmiechem przeniósł wzrok na Jolene.
- Cóż jednak pozostanę wierny zasadzie pierwszeństwa i udam się na ucztę wraz z Marithą. Proszę nie odbieraj tego Pani jako afront z mojej strony, gdyż doskonale widzę jakim wdziękiem zostałaś obdarzona i zdecydowanie zaliczam się do grona jego zwolenników.- odpowiedział skinając delikatnie głowę w jej stronę.
- A co do nas… - podjął po chwili spoglądając na Marithę, cały czas trzymając ją za rękę -... to musiałbym się jeszcze dowiedzieć kiedy zaczyna się uczta i kogo prosić o wskazanie mi izby w której mógłbym się zatrzymać na noc.
- Ja? Izba na noooc… - niezbyt rozgarnięty potok słów wypuściła z siebie Maritha.
- Ależ Zevranie, idąc drogą kolejności, to ja pierwsza cię spytałam, a nawet dotknęłam - kolejną próbę podjęła Jolene, oprócz ściskania jego ręki do biustu, tym razem dostawiając do Piwnego Rycerza udo i lekko oplatając go nogą, powodując, że jej suknia odsłaniała jeszcze większy kawałek jędrnych pośladków. - Idąc tokiem, kto pierwszy ciebie ujrzał, zaraz może się okazać, że zobaczyła cię jeszcze wcześniej jakaś inna dama, a uwierz, że dla takiego mężczyzny będą gotowe wręcz porzucić swojego dotychczasowego wybranka, choćby i byli związani małżeństwem.
Wzrok Piwnego Rycerza mimowolnie zsunął się po powabnym ciele Jolene zatrzymując na wysuniętej nodze, a następnie kusząco prezentujących się pośladkach.
-Muszę przyznać, iż celnie wypunktowałaś mój punkt widzenia Jolente, winszuję.- odpowiedział wracając wzrokiem na twarz szlachcianki. -Cóż być może faktycznie można by się z tym zgodzić, jednakże już zaoferowałem Pannie Marithcie swoje skromne towarzystwo...choć co prawda nie zostało ono jeszcze przyjęte.- dodał spoglądając wymownie na młodszą z stojących przy nim dam.
- Przy-przyjmuję - odparła z maślanym wzrokiem Maritha.
- Róbcie sobie co chcecie - odpowiedziała zdenerwowana Jolene, puszczając Zevrana. - Ale ja ci już w niczym Marithe nie pomogę.
Odeszła, mocno kręcąc tyłkiem, w zdecydowanym geście “zobacz, co straciłeś”.
- Ale co do izby na… noc - speszyła się młoda dziewczyna. - Ja… mieszkam z rodzicami i oni raczej źle zareagują, jeśli byśmy w jednym…
Powoli przybierała na twarzy kolor buraka.
- Acz wolne pomieszczenie mamy przygotowane dla gościa, jak to zawsze na ucztę, gdy dużo rodziny się zjeżdża.
Zevran powiódł wzrokiem za Jolene powoli żałując swojej decyzji, jednak teraz nie było już czasu na wycofanie się.
-Och moja słodka, nie chciałem się wpraszać do Ciebie, zwłaszcza jeżeli rodzice byliby tuż obok...postaram się o miejsce tutaj. Poznałem swego czasu barona i być może odstąpi mi jakąś izbę w swojej posiadłości, a jeśli się to nie uda to z zaszczytem przyjmę gościnę w Twoim domu.- odpowiedział uśmiechając się szarmancko i biorąc Marithę pod rękę. - Czy zechcesz mi towarzyszyć i wskazać drogę do barona lub kogokolwiek odpowiedzialnego za zakwaterowanie gości?- zapytał powoli ruszając w stronę posiadłości.
- Nie, nie trzeba. Baron Rademud to mój wujek i jeśli panie ryce… Zevranie - poprawiła się dziewczyna - znacie się z wujaszkiem, to tym bardziej moi rodzicie się zgodzą, by pana Zevrana przenocować u nas. No i radam będę ugościć takiego gościa u siebie… Szkoda tylko, że Jolene będzie teraz na mnie strasznie zła.
Spróbowała spojrzeć w oczy Piwnemu Rycerzowi, ale gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, szybko speszona odwróciła wzrok w ziemię. Nieśmiały uśmiech zagościł jednak na jej twarzy.
- Słodka Maritho, zaklinam nie odwracaj tych pięknych oczu ode mnie bo łamiesz mi serce, a co do Jolene to chyba Ty powinnaś mieć do niej żal że chciała cię uprzedzić.- powiedział szybko Zevran unosząc lekko głowę swojej towarzyszki tak by ich spojrzenia znów się spotkały. -A co do izby to skoro tak się sprawy mają, to z chęcią przyjmę Twoje zaproszenie Piękna, prowadź zatem!- dodał uśmiechając się do niej szeroko
 
Aronix jest offline  
Stary 08-08-2018, 15:47   #6
 
SWAT's Avatar
 
Reputacja: 4777 SWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputację
Zima, zima, śnieg i śnieg. Isak nie przepadał za skrajnościami, tak jak i nie lubił zbyt gorącego lata. Kiedy pot zalewa oczy albo mróz ściska za nie dość ocieplone kończyny, wtedy walka staje się trudniejsza. A mimo pory roku, Isak miał co robić, aby oszczędności mogły zostać nie naruszone, a kiedyś wspomóc siostrę, której przez bank Vivaldiego podsyłał co jakiś czas jakąś sumkę. Głównie dnie spędzał w kuźni u znajomego kowala, któremu pomagał kuć żelazo. Są kraje gdzie zimy są lżejsze, a wojny nie patrzą na takie rzeczy jak pory roku. Miecze, piki, halabardy są cały czas potrzebne. Kiedy tylko mróz zelżywał na kilka dni, wtedy Isak ruszał polować na potwory, uganiając się po śniegu za pomniejszymi stworami, po czym z truchłem udawał się do najbliższej wioski i groził sołtysowi, że jeżeli mu nie zapłaci podzieli los truchła, oczywiście o ile ten sam od razu nie chciał płacić.

I właśnie do tej kuźni przybył posłaniec z zaproszeniem, co Isaka niebywale zdziwiło, bowiem ten chuderlak musiał się nieźle go naszukać. Ale nie czekał, zaproszenie zwiastowało bitkę i płacę. Obie te rzeczy Isak bardzo lubił. Następnego dnia, w swej nieodzownej zbroi był już na szlaku.

Spotkanie starego znajomego nieco go zdziwiło, ale w sumie to i ucieszyło. Zawsze to lepiej podróżować z kimś kogo się zna i masz choć minimalną pewność, że nie ubodzie Cię sztyletem podczas snu. Na pytanie Isak odpowiedział skinieniem głowy. Więcej rozmów nie było, aż do momentu w którym zbliżyli się do karczmy. Zamieszanie sprawiło że Isak zwolnił i pozwolił gadać Moranowi.
Kiedy Esterad zabawiał zbirów rozmową, Isak napiął spokojnie kuszę, o wiele większą od kuszy ukrywanej pod płaszczem przez jednego z zbójców, a następnie właśnie w tego zbira posłał bełt.
- O, i patrzcie. – dodał Isak, po tym jak trafił – Ubywa was jak śniegu na wiosnę. Który kolejny? – mówiąc to Isak załadował kolejny bełt.
 
__________________
Po prostu być, iść tam gdzie masz iść.
Po prostu być, urzeczywistniać sny.
Po prostu być, żyć tak jak chcesz żyć.
Po prostu być, po prostu być.
SWAT jest offline  
Stary 11-08-2018, 15:12   #7
 
Zara's Avatar
 
Reputacja: 8877 Zara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputacjęZara ma wspaniałą reputację
Isak i Moran

Jadący ze sobą dłuższy czas w ciszy mężczyźni, zdecydowali się pomóc napadniętej kobiecie, podejmując działania mające na celu zmniejszeniu liczby jej przeciwników. Moran zrobił to słownie, proponując bardziej honorową walkę, co wprawiło w chwilowe zakłopotanie napastników. Przez moment patrzyli po sobie, nie wiedząc, co odpowiedzieć, zastanawiając się nad bardziej honorowym rozwiązaniem konfliktu. Isak od razu przeszedł do rzeczy, nie dając im jednak czasu na ewentualne przyjęcie warunków medyka i wystrzelił z kuszy w jednego z nich. Zgodnie z zamysłem i słowami najemnika, bełt trafił, zagłębiając się w klatkę piersiową, zrywając z nóg i sprawiając, że wcześniej trzymany mocno w ręce buzdygan z hukiem upadł na ziemię. Jak wskazywał wóz grupy mężczyzn, na co dzień zajmowali się oni raczej handlem, więc nie mieli na sobie pancerzy. Chronione jedynie przez zwykłe ubrania ciało bełt przebił na wylot. Każdy, kto widział choć raz działanie kuszy, zdawał sobie sprawę, że przeżycie trafionego będzie cudem. Wystrzał wyrwał pozostałą trójkę z zastanowienia. Posiadacz kuszy nie myśląc wiele, odruchowo również zwolnił spust. A że od początku jego celem była czarnowłosa kobieta, której miał uniemożliwić ucieczkę, tak trafił ją w udo. Momentalnie opadła na ziemię, łapiąc się za zakrwawioną ranę krzycząc z bólu. Moran mógł dostrzec, że strzelec był mniej wprawny od jego kompana, co chyba jedyne uratowało ją przed celniejszym strzałem i podzieleniem losu przeszytego na wylot napastnika.
- Zajebać ich! - krzyknął jeden z nich, dając wszystkim znak, że podejmą walkę, by pomścić swego kompana. Nie szarżowali jednak, a przyskoczyli do wozu, by zasłonić się od kolejnych bełtów, jakie ładował już Isak. Z brzegu znajdowało się dwóch uzbrojonych w broń do walki wręcz, w środku ten z kuszą. Wbrew groźnemu okrzykowi, nie ruszyli do boju, czekali na dwóch konnych najemników. Trudno było na podstawie sytuacji rozeznać, czy było to świadome działanie, ale widok krwawiącej kobiety Moranowi podpowiadał, że jeśli wraz z Isakiem chcą uratować jej życie, muszą jak najszybciej zająć się tamowaniem obficie pokrywającej się czerwienią rany.


Rogar

Niedoszła teściowa Rogara rozgościła się w Dobroli wraz z Ube, młodym i rezolutnym szlachetką. Na początku rzucał on wszystkim dość zawistne miny, spowodowane skazaniem go na przebywanie na dworze. Po jakimś czasie uspokoił się. Zarówno Rogar, jak i jego podwładni mogli uznać, że chłopak coś kombinuje. Zmuszony już do wyjazdu na ucztę barona, Zeldan nie mógł poświęcić tej sprawie więcej czasu.
Droga do posiadłości barona przebiegła spokojnie. Rzeczywiści bandyci, którzy mogliby grasować po drodze, odpuszczali sobie walkę w tych terenach. Zdawali sobie sprawę, że możni zazwyczaj podróżowali z mocną ochroną, a częstotliwość pojawiających się podróżnych również była na tyle duża, że istniało ryzyko natrafienia na kolejny wóz, który wspomógłby poprzedni w ochronie dobytku. Większy ruch i hałas płoszył także zwierzynę, która chowała się głębiej w lesie, nie powodując zagrożenia.
Zeldan z Farkiem i Juźką dotarli do dworu barona. Jego służba udała się odstawić konia i wóz, gdy Rogar mógł już udać się do pałacu, gdzie czekała na niego jedna z przygotowanych dla gości komnat. Barońska służba jak zwykle z wielką uniżonością przywitała i wskazała drogę. Dochodząc powoli do swojego pokoju, słyszał wiele rozmów dochodzących z pokojów. Zazwyczaj dotyczyły spraw błahych, jak zastanawianie się, w co się ostatecznie ubrać, miejsce usadowienia, listę gości, czy jakie będzie jadło i napitki. Zazwyczaj nawet nie musiał szczególnie wytężać słuchu, by dosłyszeć taką rozmowę. Zawsze jednak bardziej ciekawiło to, co ktoś mówił szeptem.
- ...wkurwia mnie już ten Rademud. Jedynego syna wziął mi do swojej armii. Z początku nie miałem nic przeciwko, trochę musztry młodemu nigdy nie zaszkodzi. Ale wysyła mi go do patrolowania okolic Brokilonu, a wiecie, jak tam jest, zwłaszcza ostatnio. - mówił pierwszy, nieznany po głosie szlachcic.
- Chce się go pozbyć, skurwysyn. A zarazem i twojego rodu, Wermudzie. - odpowiedział mu drugi, prawdopodobnie Kylian Wanz, właściciel ziemski spod Mayeny.
- A myślicie, że cała ta uczta, to co? Gdzie by kogo było na to stać? Ale to wszystko za nasze pieniądze! Zabiera nam, a później przekupuje ucztami. Ale bez nas by tego nie było! - jak zwykle prym w tego typu dyskusjach wiódł Erwyn Mousian, szlachcic, który dzisiaj jeszcze odwiedzał Dobrolę.
- Może by zorganizować jakąś akcję obalenia barona? Skoro mówisz, że masz syna w jego armii, może udałoby się coś na niego zdobyć, podrobić... - zapytał Wermud.
- Tylko kogo by na jego miejsce… - odparł zastanawiając się Wanz. - Może stary Wolchan albo któryś z Falwittów... Mówisz Erwyn, że byłeś dzisiaj u Rogara Zeldana? Jaką on ma opinię o Rademudzie? Bo w sumie już trochę minęło od śmierci Ralaufa, pewnie już ten Rogar zaczął wyrabiać sobie jakąś swoją opinię na te wszystkie tematy. Może warto go rozeznać?
- Myślę, że tak. Na pewno warto z nim porozmawiać. Kto wie, kto wie...
Następnie rozmowa wkroczyła na dalsze obgadywanie temerskiej szlachty i szukanie ewentualnego zastępcy barona. Sięgając do swojej wiedzy, Rogar zdawał sobie sprawę, że większość rozmówców jest zbyt cienka w uszach, by czegokolwiek dokonać. Jedynie Kylian Wanz był dość majętnym człowiekiem, zarazem dysponującym sporymi możliwościami. Ale mając takich doradców, wątpliwe było, aby cokolwiek mu wyszło. Nie dalej, jak kilkanaście minut później, Rogar usłyszał pukanie do swych drzwi.
- Panie Zeldanie, witajcie! - Już przez drzwi zaczął krzyczeć właśnie Kylian. - Mam pewną sprawę do obgadania, może znaleźlibyście chwilkę przed tym całym imprezowym zgiełkiem?


Wilhelm

Poruszanie się po mieście znacznie różniło się od myślistwa, dlatego łucznik obawiał się, że nie będzie łatwo mu podkraść się do mieszkania. Pomógł mu zgiełk, jaki panował dookoła przed ucztą, powodujący, że ganiając za własnymi sprawami, mało kto szczególnie interesował się innymi ludźmi. Wilhelmowi udało się dojść do okna, gdzie przygotowując się do użycia Noiru, podsłuchał również fragment rozmowy.
- Wiesz, że sporo ryzykuję - mówił męski głos, przez co jednoznacznie łucznik mógł przypisać go do barona. - Morithe… domyśla się czegoś. Wiem, dałem ci słowo i jako człowiek honoru, dotrzymam go.
- To po co jeszcze drążysz temat? Po co mi to wszystko mówisz, skoro się zgadzasz? - odpowiedziała mu poddenerwowana Vinga. Jej głos Wilhelm zdążył poznać już wcześniej i nie słyszał nigdy, by mówiła tak emocjonalnie jak teraz.
- Bo musimy być roztropni w naszym zachowaniu! Nie możemy pozwolić, by wszyscy dowiedzieli się czyim synem jest Redwald.
- No tak, będziesz się go wypierał teraz…
- Nie wypieram się. Nasze role były znane od początku i nie wiem, co mogło pozwolić ci myśleć, że może być inaczej.
Rozmowa trwała, gdy Wilhelm przechodził do wykonania pierwszego gestu mocy. Rzucił go na chłopca. Podziałało, chłopiec natychmiast zaczął się dziwnie zachowywać. Poruszał się po omacku, nie wiedział, co się dzieje.
- No tak, ile takich było, jak ja, które zostawiłeś z brzuchem?
- Źle ci tutaj? Dostałaś pracę, dobre warunki, dom, nawet na bal…
- Mamooo! - wrzasnął mały Redwald, dłuższy czas będąc mocno zdezorientowany. Rodzicielka natychmiast przerwała rozmowę i zaczęła szukać chłopca, jednak w porę ostrzeżony Wilhelm mógł szybko wycofać pierwszy gest, a użyć Adgravu.
- Redwuś, co ci jest? Mamusia jest przy tobie. - Zwróciła się równie zdezorientowana do dzieciaka, widząc jego dziwne zachowanie, w tym przede wszystkim utratę orientacji. Po chwili do dwójki podszedł baron. Jego obecność sprawiła, że gest mocu opuścił Redwalda. Wilhelm przez okno szybko dostrzegł, że prawdopodobnie to nie sam Lewengrove spowodował zakończenie gestu mocy, a rozpraszający magię złoty medalion z dużym klejnotem, który nosił na szyi, o jakich zdarzyło mu się usłyszeć podczas szkolenia. Choć była to droga zabawka, to jednak arystokrację mogło być na taki stać.
- Co się stało? - odezwał się mężczyzna, nie zdając sobie sprawy z tego, że medalion zadziałał.
- Coś mi… nie wiem… - odpowiedział zdezorientowany chłopiec. - Ale już jakby… przeszło.
Vinga sprawdziła, czy czoło chłopca jest przegrzane, spojrzała mu w oczy i starała się dokonać na tyle diagnozy, ile mogła. Cała trójka jednak była mocno zdziwiona i nie miała pojęcia, co się właśnie stało.


Zevran

Piwny Rycerz miał szczęście. Wśród lokalnych dwórek krzątających się po okolicach dworu barona, szybko mógł zauważyć, że już na starcie spotkał prawdopodobnie dwie najładniejsze. Wiele pozostałych również patrzyło na Marithę z zazdrością w związku z jej nowo-znalezionym partnerem, ale przy nich nawet nie byłoby sensu stawiać najemnikowi wyboru. Starsze, grubsze, nieforemne, czy pokrzywione twarze. Mężczyzna, dla którego uczty jeszcze niedawno były niczym codzienność, zdawał sobie sprawę, że bogatsza część arystokracji kryje się bezpośrednio w komnatach pałacu barona, czy przyjedzie na ostatni moment, a wśród nich pewnie znajdzie się wiele pięknych i zadbanych dam. Przy nich jednak nie mógł liczyć na zaproponowanie mu towarzystwa, jako przypadkowemu przechodniowi. Mógł więc uznać zaistniały rozwój wypadków za niewątpliwie korzystny.
Maritha za każdym kolejnym wzajemnym spojrzeniem w oczy wytrzymywała ułamki sekund dłużej. Dawało to nadzieję, że do uczty wypracują dłuższy kontakt wzrokowy od trwania wychylenia jednego kieliszka wódki. Dziewczyna mimo nieśmiałości wobec niego, cieszyła się z posiadania u boku Piwnego Rycerza, co pokazywała znajdującym się dookoła kobietom, które dumnie mijała, chwaliła się swoją “zdobyczą”. Do momentu, w którym doszli do celu ich wędrówki, czyli domu Marithy, gdzie dziewczyna puściła ramię rycerza.
- Przepraszam, ale… - rozpoczęła zaczerwieniona. - … Wolałabym od razu nie rzucać się moim rodzicom w oczy, że tworzymy parę… To znaczy na razie. Tylko na razie...
Dwukondygnacyjny budynek wybijał się trochę ponad okoliczny standard, przede wszystkim dzięki dość świeżo odnowionej elewacji. Po przekroczeniu progu, od razu na parę czekali przy wejściu rodzice Marithy.
- Mamo, tato, mamy gościa... - zaczęła również dość nieśmiało. - To pan Zevran, gość wujka, to znaczy barona Rademuda. Jako że mamy wolne miejs…
- Oj, przestań już, Maritho. - Odpowiedziała lekko drwiąco matka. Była dość zadbaną, jak na swój wiek kobietą, choć szare włosy przebijały się w jej włosach bardzo podobnych do córki. - Widzieliśmy z ojcem, jak szliście pod ramię, już z daleka. Dyshonor czynisz swemu kawalerowi, ukrywając waszą relację przed nami.
- Zostaje nam jeszcze pytanie, kim jest ów kawaler, czy czasem on nie czyni dyshonoru nam. - Dodał ojciec, wysoki, szeroki w barach mężczyzna. Zevran bez większego ryzyka mógł stwierdzić, że mężczyzna przynajmniej w przeszłości trudnił się wojaczką. - Kim jest ten pan Zevran? Skąd pochodzi? Z jakiej rodziny? Widzę nawet jakieś uzbrojenie… czyżby wojskowy? Ale na pewno nie z Temerii, bo raczej bym wtedy kojarzył.
- Pan Zevran… - odpowiedziała Maritha, ale nie mogła dokończyć. W końcu sama prawie nic nie wiedziała o Piwnym Rycerzu. Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem, szukając ratunku.


Rota

- Powiem wam zupełnie szczerze - mówił wysoki, barczysty mężczyzna, z trzema bliznami na twarzy, układającymi się w kształt koślawej litery “K”. - Nie uśmiecha mi się współpracować z wami. Ale życzenie barona jest moim rozkazem i jak zażyczył sobie, abym zatrudnił trochę ludzi spoza Temerii do ochraniania imprezy, to nie mam wyboru.
Dowódca, jak kazał siebie zwać, przeszukiwał biurko, przekładając papiery. Co jakiś czas znajdywał coś ciekawiącego go i czytał, przerywając na ten czas swoją mowę. Ciągle jednak po chwili jednak odrzucał z przekleństwem papier na biurko, gdy okazywało się, że nie było to dokładnie to pismo, które miał znaleźć i szukał dalej. Oprócz Roty, Diega i Hansa, w barakopodobnym pomieszczeniu znajdowała się jeszcze piątka innych mężczyzn, zazwyczaj o dość parszywych twarzach. Jeden z nich, łysy o twarzy naznaczonej bardzo źle zaleczonym trądzikiem, odezwał się szeptem do swojego kolegi stojącego obok.
- Słyszałem, że tu w Temerii niezły pierdolnik. Dlatego nas wzięli z zewnątrz, bo zjeżdża tu się sporo okolicznej arystar… lepiej urodzonych i jako że większość tu siebie zna, także najemnych, więc lepiej im było znaleźć paru ludzi spoza. Taka jedna miła dziewczyna mi powiedziała.
- Chyba ślepa, że z tobą rozm…
- Ryje cicho! - Wrzasnął dowódca. - Słyszę o czym pierdolicie. W tej robocie trzeba mieć zajebisty słuch. I lepiej, żebyście też kurwa taki mieli. Przy hałasie uczty, trzeba umieć wyłapać rozkazy, więc wbijcie sobie do głowy mój głos już teraz, żeby wyłapać go, jak będzie kurwa trzeba, bo jak nie dosłyszycie i zjebiecie, to kaplica. Ale łysy ma rację, wzięliśmy was dlatego, bo tu każdy z każdym ma jakieś interesiki i niesnaski. Więc nawet obecność jakiegoś najemnika, który wcześniej wykonał bądź spieprzył komuś robotę jest tutaj powodem do kłótni, a tego baron chce uniknąć. Znalazłem dla was rozkazy.
Powiedział, rozciągając sobie na biurku jakąś kartkę.
- Łysy z kolegą, będziecie patrolować tylny ogród. Z takim ryjem nie mogę puścić cię do środka.
- Czemu?! Ja chciałem obejrzeć ucztę, a sam dowódca ma blizny na ryju! - Odpowiedział bezczelnie oburzony.
- Kurwa, ale one świadczą o obeznaniu w walce, a nie niemyciu ryja! - Krzyczał zdenerwowany dowódca, widocznie trafiony w czuły punkt. - Zresztą rozkaz to rozkaz! Pójdziecie tam teraz i jak najbardziej zbadacie teren, by nie czuć tam się jutro nieswojo. Poza tym, przynajmniej może tam zobaczysz sobie łysy, jak piękniejsi ludzie się dupczą, bo najczęściej po to chodzą do tylnego ogrodu. Tylko wtedy po cichutku się wycofujecie i raportujecie jakiemuś miejscowemu strażnikowi, gdzie to się stało, żeby rozpoznał tych ludzi. Baron chce wiedzieć, kto z kim. Im więcej mu dostarczymy takiej wiedzy, tym bardziej będzie zadowolony z waszej roboty, co może przełoży się na premie. To spadać, ruchy!
Dowódca pogonił dwóch ochroniarzy, po czym podszedł do Roty, Diega i Hansa, myśląc nad ich zadaniem.
- Co wasza trójka tak właściwie umie, czym się zajmuje? Na ostatnią chwilę tu kurwa przyjechaliście, nic mi o was nie powiedzieli.
 
Zara jest offline  
Stary 11-08-2018, 22:57   #8
 
Gladin's Avatar
 
Reputacja: 13516 Gladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputacjęGladin ma wspaniałą reputację

Nie wszystko poszło zgodnie z planem, niestety. Ale tak to czasem bywa. Nawet najlepiej wymierzona strzała może chybić, gdy coś niespodziewanego zaburzy jej lot. Ważne, że ziarno zostało zasiane. Gdy tylko baron wyjdzie z domu, Wilhelm powróci do swojego pierwotnego zamiaru. A tak przynajmniej dowiedział się ciekawej rzeczy, o swojej myszy. Zastanawiał się, czy baron nie chciałby oddalić chłopaka gdzieś na naukę. A może wręcz przeciwnie, matka by wolała, żeby chłopak zniknął? Jeżeli pierwszy plan nie zadziała, to spróbuje pójść tym tropem. Na razie cierpliwie czekał nasłuchując, czy czegoś ciekawego jeszcze się nie dowie.
 
Gladin jest offline  
Stary 13-08-2018, 19:16   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 43433 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Nie do końca o taki sposób załatwienia sprawy chodziło Moranowi. Utrupianie każdego, kto w niewybredny sposób dobierał się do jakiejś kobiety, zapełniłoby kilka cmentarzy. I, być może, poprawiłoby nieco panujące na świecie obyczaje, ale tego Moran nie był aż tak pewien. Jak by nie było, ludzie (i nie tylko) nie potrafili się zmienić. Szczególnie na lepsze. I zawsze można było znaleźć jakąś czarną owcę, a czasami nawet całe ich stadko.
W każdym razie Moran nie uważał, by w każdą umoralniajacą rozmowę należało wtrącić parę trupów... szczególnie wówczas, gdy nie było wiadomo, po której stronie jest racja. No ale Isak zawsze był zapalczywy - czasami zbytnio. W tym przypadku należało się po prostu dostosować.

Jako medyk powinien przede wszystkim zająć się poszkodowanymi, których już po pierwszych sekundach było pod dostatkiem, ale dość trudno było pozostawiać na karku kompana trzech zbrojnych.
Czasami jednak trzeba było zaryzykować, więc Moran posłał pocisk z procy w stronę najbliższego oponenta, a potem zeskoczył z konia i z podręczną torbą pełną medykamentów ruszył w stronę rannej niewiasty, chcąc zatamować obficie się lejącą krew.
 
Kerm jest offline  
Stary 13-08-2018, 22:01   #10
 
Col Frost's Avatar
 
Reputacja: 16037 Col Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputację
Rogar niechętnie opuszczał swoje rodowe gniazdo, tym bardziej że zostawiał w nim dwa ptaszki, o których ciężko mu było myśleć inaczej niż o sępach. A przynajmniej tak widział młodego Ube, pani Barthad widziała mu się bardziej jako gęś i to nie z gatunku tych nad wyraz inteligentnych. Ilyrio będzie miał jednak na nich oko i to musiało wystarczyć. A Zeldan pojawi się na tej przeklętej uczcie u Lewengrove'a i zaraz wraca z powrotem.

W drodze obyło się bez przeszkód. Jej część Rogar pokonał wierzchem, kiedy indziej siedział na wozie, a lejce Białonóżki przywiązał do wozu, za którym posłusznie szła. Noc w przydrożnej karczmie również nie zapewniła mu wrażeń. Był za to wdzięczny losowi, który widać wyczerpał limit niemiłych niespodzianek jeszcze w Dobroli.

Tak przynajmniej szlachcic uważał do czasu, gdy wraz ze swoim małym orszakiem nie dotarł na dwór barona. Już jedno z pierwszych zdań, jakie usłyszał z ust szlachty, która licznie zjechała na ucztę, dotyczyło spisków i knowań. Jakie to typowe dla tej klasy społecznej, jak bardzo tym gardził i jak bardzo był w tej kwestii hipokrytą.

Na podsłuchaniu przyszłych spiskowców jednak się nie skończyło. Już wkrótce jeden z nich, ich przywódca, jak przypuszczał Rogar, zapukał do jego drzwi. Ostatni z rodu Zeldanów nakazał Farkowi wpuszczenie bogatego ziemianina, a następnie wyprawił sługę z pokoju. Po prawdzie nie miał ochoty na rozmowy z pyszałkowatą szlachtą, tym bardziej w sprawie z jaką stary możny przychodził, ale uznał, że nie może go od tak odprawić. Trudno było uwierzyć, że ewentualny przewrót pałacowy, a raczej dworski, dojdzie do skutku, ale gdyby jednak, lepiej nie zrażać ludzi, którzy w jego wyniku mogą dojść do władzy. Panu na Dobroli trudno było na szybko podjąć decyzję jak powinien się zachować, gdy wiadoma propozycja w końcu wypłynie na wierzch. Postanowił, że zobaczy jak potoczy się sama rozmowa. W ostateczności będzie to dobra okazja, by pożartować sobie z Wanza. Oczywiście tak, by ten się tego nie domyślił.

- Witam serdecznie - powitał gościa. - Pan Kylian Wanz, jeśli się nie mylę? Poznałem po herbie na tunice. Ojciec wiele mi o waszmość panu opowiadał. Prawdziwy to zaszczyt dla mnie, móc waści poznać. Może usiądziemy? - wskazał krzesła. - Niestety nie mogę zaproponować niczego do picia. Dopiero co przyjechałem i nie zdążyłem jeszcze posłać sług po rzeczy potrzebne do… zadomowienia się - uśmiechnął się szeroko. - No, ale czym mogę służyć?

- To dla mnie zaszczyt, że kojarzycie mój herb - odpowiedział dość szczerze, lekko zaskoczony rozmówca. - Jakkolwiek wciąż opłakujemy śmierć pana ojca, Ralaufa, tak widać, że jesteście godnym następcą głowy rodu. Słyszałem jednakże, od życzliwych nam obojgu osób, że męczy was sprawa ożenku, nie mogąc znaleźć odpowiedniej kandydatki. Nie chcąc obgadywać was za plecami, bo li to mocno niezręczne, tak chciałem osobiście was zapytać, czy prawda to?

- Cóż to, macie zamiar bawić się w swata? - zażartował Rogar, wzmacniając przekaz krótkim śmiechem. - Żony nie mam, to prawda. Ale mój ojciec również żenił się w późnym wieku, a i mój dziadunio, jak mi mówiono, również. A narzeczoną znalazłem, córkę starego pana Barthada z Rottenbergu, może słyszeliście o nim? Niestety ową dziewczynę napadli na trakcie jakowyś pieprzeni grasanci i… - nie dokończył, tak wypadało. - W każdym razie ślubu nie będzie, a i z szukaniem nowej kandydatki na panią Zeldan będzie się trzeba wstrzymać do końca żałoby - Rogar umyślnie mówił o wszystkim lekkim tonem, dając do zrozumienia, że wspomniane wydarzenia niespecjalnie go dotknęły.

- Ja w swata? Skądże, skądże - odparł Wanz, również nieco rozbawiony. - Daleko mi, co najwyżej moja małżonka czasem lubi takie głupoty, ale kto tam za babami nadąży… zresztą pewnie wiecie najlepiej. Szkoda tej Barthadowej, chociaż słyszałżem, że to trochę dziwna rodzina. Więc podejrzewam, czemu panu tak bardzo nie żal ich kandydatki. Aczkolwiek każdego szkoda, tym bardziej, że to w pana okolicach ponoć się wydarzyło. U nas w okolicach Mayeny to nie do pomyślenia by było. Że też baron Lewengrove tak nie upilnuje, żeby porządek z tymi bandytami jakiś zrobić…

Po tych słowach Rogar mógł odczuć wzmożoną czujność Kyliana, by rozpoznać jego reakcję na nieprzychylne słowa wobec barona i dość nerwowe oczekiwanie na odpowiedź. Sam jednak pomyślał: “O nie, bratku, tak łatwo mnie nie podejdziesz. Wysil trochę ten siwy łeb”.

- Czy ja powiedziałem, że mi jej nie żal? - umyślnie ciągnął pierwotny temat. - Bardzo mi jej żal, to była urocza dziewczyna. Nawet wysłałem swoich ludzi w pogoń za tymi bandytami. Gdyby nie zaproszenie na ucztę, byłbym razem z nimi - ton jego głosu nie zmieniał się, wciąż był lekceważący.

- Oj, oczywiście, że nie to miałem na myśli - odparł lekko zbity z tropu Wanz. - Nie wątpię, że strata panny Barthad wielką stratę wywołuje, jedynie chodziło mi o jej rodzinę. Chociaż dobrze to słyszeć, że i oni, i pan gotowi na własną rękę podjąć poszukiwania. U nas w Mayenie na pewno byłoby to za wsparciem naszych władz, jak widać, tutaj inne panują zwyczaje. Rozumiem, że zjawiliście się na uczcie, by osobiście wyrazić dezaprobatę baronowi z bezpieczeństwa podległych mu okolic?

- Nie - odparł krótko Rogar. - W zasadzie nie wiem po kiego czorta tutaj przybyłem. Baron wezwał, no to jestem. Mam po prawdzie swoje zdanie o nim, ale zbyt chudy ze mnie pachołek, by samotnie przeciw niemu stawać. Wolę już spokojnie siedzieć w swojej Dobroli, która obronić potrafię sam - wycelował palcem w Wanza, aby podkreślić ostatnią część zdania.

- Wiecie, nawet smok dupa, kiedy przeciwników kupa, ha ha ha - zaśmiał się ze swojego żartu mężczyzna. - Ja powiem szczerze, że wiele osób nieprzychylnych naszemu baronowi. Rozmawiam, to tu, to tam. Każdemu się znajdzie coś, co wadzi. Ale każdy się boi, bo cóż to, przeciw baronowi stawać. Sam nas tu gromadzi, by nas nieco podkupić ucztą, zabawą, ale może właśnie powinniśmy z tego skorzystać w drugą stronę, by właśnie zebrać się przeciw niemu. Co sądzicie?

- Mówicie o buncie? Oczywiście nasza rozmowa jest czysto teoretyczna - zaznaczył Rogar typowym zwrotem dyplomaty. - Nie mam głowy do wielkiej polityki, ale tak sobie myślę, że jeśli ktoś podniesie broń na Lewengrove’a, zaraz Foltest ściągnie tu ze swoimi chorągwiami, żeby wasala bronić, albo mścić się za niego, jeśli ci teoretyczni buntownicy zdążą go do tego czasu pozbawić głowy. No bo chyba miejscowa szlachta nie może w tym względzie liczyć na poparcie króla? Albo chociaż… ciche przyzwolenie?

- Król nigdy jakoś źle z Lewengrovem nie żył, ale z drugiej strony, właśnie teraz zajęty niepokojami z Redanią. Ale w konflikt zbrojny bym nie chciał wchodzić, zaraz ktoś trzeci jeszcze o jakąś zdradę kogoś osądzi i będzie duży problem. To jeśli już, to tak bardziej zgrabnie by trzeba. Wiecie… podstępem. - zakończył wypowiedź dumny z siebie Kylian, wpatrując się dziwnie w Zeldana, jakby oczekiwał jakiejś deklaracji rozmówcy.

- Podstępem, powiadacie - Rogar udał, że się namyśla. - A któż miałby tego dokonać? Przecież nie szlachta, która takimi metodami się brzydzi. Miejskie cechy najmą jakowyś zabójców? Bo chyba o innym sposobie niż posłanie Lewengrove’a na tamten świat nie zamyślacie?

- Szlachta brzydzi? - zdziwił się Wanz. - Nie wiem, jak długo trzeba by żyć, by pamiętać takich czasów, o ile w ogóle kiedykolwiek takie były. Być może u was silne, honorowe tradycje rodzinne, panie Zeldan, ale z tego, co ja poznałem, to knowania, spiski, to główna rzecz, jaka naszej szlachcie w głowie. I właśnie taki też jest sam baron, zamiast zajmować się swoimi ziemiami i bezpieczeństwem, by niewinna panna Barthad nie musiała tak brutalnie swego żywota zakończyć, to zbiera nas tutaj na uczcie, właśnie po to, by knować po bokach. Powiem wprost, panie Zeldan. Jeśliście jako i my niezadowoleni z władania barona, póki co wystarczy mi wasze słowo. Czas policzyć szable. A gdy nadejdzie pora, to zmyślne głowy już będą wiedzieć, co robić.

- To była tylko ironia. To takie wyrażenie, które… Zresztą nieważne - Rogar zrezygnował z pouczania starszego szlachcica. - Pomówmy szczerze. Żywicie jakiś afront względem barona Lewengrove’a, to wasza sprawa. Ale próbujecie mnie wciągnąć do waszego kółka wzajemnej adoracji, wykorzystując mój żal po stracie narzeczonej, a to już nie tylko moja sprawa, ale wyjątkowo prymitywna próba nakłonienia mnie do zatańczenia tak, jak mi zagracie, panie Wanz.

Na czole Rogara pojawił się groźny mars, ale szybko zniknął, a sam Zeldan wybuchnął szczerym śmiechem.

- Wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać - rzekł, gdy się uspokoił. - Mówicie, że czas policzyć szable. Policzmy więc. Nie myślicie chyba, że opowiem się po którejś ze stron, nie wiedząc jakie kto ma w ręku karty?

Kylian wyraźnie się speszył, gdy okazało się, że nie pojął ironii.

- A wiecie, bo ja tak… - zaczął bełkotać nieskładnie, mocno zbity z tropu. - No nie wiem panie, była pewna kwestia, będąca rzeczywistym powodem mojej obecności tutaj, ale chyba jednak się wstrzymam póki co. Jeśli stawiacie sprawę tak, że będziecie po liczniejszej stronie. Ale to i tak dla mnie cenna wiadomość. Dziękuję za szczerość.

Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby miał już dość rozmowy. Wyglądał, jakby zastanawiał się, czy wybiec z pomieszczenia, ale jeszcze dodał.

- A może wy macie jaką sprawę jeszcze do mnie? Bo jak nie, to zacznę przygotowania do uczty…

- Mam, panie Wanz - odpowiedział Rogar. - Chciałbym abyście uwierzyli, że nawet jeśli nie jestem waści sojusznikiem, to nie jestem waści wrogiem. Jak mówiłem, nie znam się na wielkiej polityce i jest mi obojętne kto mieszka w tym dworze. Czy będzie to Lewengrove, czy też ktoś inny, być może bardziej godny baronii, nie moja to rzecz. I temu, i temu będę służył wiernie. Mam nadzieję, że się rozumiemy?

- Oczywiście, panie Zeldan - Wanz starał się trzymać fason. - Znam się na ludziach i gdybym wątpił w pana intencje, przecież tego wszystkiego bym panu nie powiedział, ha ha? - zaśmiał się nerwowo, niespokojnie przebierając nogami.

- Czego mi nie powiedział? Z tego co pamiętam dyskutowaliśmy o zeszłorocznych żniwach, wspomnieliście też o moim świętej pamięci ojcu i poinformowaliście mnie o dobrej partii do ożenku pod Mayeną. Chyba pamięć mnie nie zawodzi?

- Tako i jest, jak mówicie. Natychmiast po powrocie do Mayeny szepnę słówko gdzie trzeba, by gdy tylko czas pozwoli nam pozbyć się żalu w sercach po śmierci panny Barthad, udało się znaleźć matkę dla przyszłego pokolenia Zeldanów - Kylian pokłonił się, lekko pocieszony słowami Rogara, po czym prędko wyszedł z jego komnaty.

Pan na Dobroli wstał by pożegnać gościa, a zaraz po jego wyjściu usiadł i zamyślił się głęboko. Długo się zastanawiał co powinien teraz zrobić, bo tego, że powinien coś przedsięwziąć, był pewien. Cholerny Wanz postawił go przed wyborem, a to była bardzo niekomfortowa pozycja. Odmówienie jego podjęcia mogło być błędem, ale to już się stało. Teraz trzeba było znaleźć sposób jego naprawienia. Zdawało się, że wybór miał tylko jeden...

Wkrótce wrócił Farek i Rogar nakazał mu przygotowanie stroju do uczty. Nie zamierzał stroić się niczym paw, postawił na strój prosty i praktyczny. Zwykłe czarne, lniane spodnie i biała koszula oraz skórzane buty z cholewami. Jedynie, sięgająca kostek, tunika z długimi rękawami miała mieć barwę purpury, a na piersi widnieć miał herb Zeldanów, złoty lew na czarnym polu. Na palce szlachcic założy swoje pierścienie, a do pasa przywiesi sztylet w pochwie ze złotymi zdobieniami. Gdyby tylko mógł wziąć miecz...
 
Col Frost jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166