Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-04-2020, 07:22   #1
Moderator
 
Campo Viejo's Avatar
 
[The One Ring] Bractwo Skaczącego Konia




[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=LUO5qhpD2pA[/MEDIA]





Tęsknie wypatrywana wiosna przyszła z deszczem i słońcem. Czegóż więcej trzeba dla spragnionych traw Riddermarchii? Do Edoras każdego dnia przybywali podróżni. Mieszkańcy Rohanu witali w stolicy załatwiać swe sprawy, kupcy ściągali nawet z obcych krain, a byli i cudzoziemcy zgodnie z prawem o pobyt w Marchii Jeźdźców prosić króla Thengela.

Każdy, kto spędził zimę mieście, choćby pierwszy raz był w królestwie, miał okazję usłyszeć wiele opowieści o tej krainę i jej mieszkańcach, oraz ich bieżących zmartwieniach i nastrojach, czy to w karczmie, czy stajni.
A to, że w Białych Górach są groty o takich kształtach, że wiatr w nich hulając opowiada sekrety. A, że dunledingowe plemiona nie umieją jeździć konno i nienawidzą Rohhirmów, którzy w siodle są urodzeni. Tak dzikie są ludy Dunlandu, że tfu, tfu, przeklęci, jedzą końskie mięso, oczywiście po kradzieży zwierząt z Rohanu. Zresztą króla pozbawieni koniożercy sami winni są swym nieszczęściom, bo parają się czarami zwierzęta zaklinając nikczemnie. Nikt w Marchii tego nie robi, więc i pomyślność jest po widomo czyjej stronie. O tym, że rodzina farmera została wymordowana w nocy przez Dunledingów, przez te bestie na nogach chodzące, gdyż ludźmi takich człowiek uczciwy nie nazwie…
Znajdowali się jednak i tacy, co za zacnych obywateli powszechnie uznanymi byli, a wypowiadali się o sąsiadach zza brodów na Issenie powściągliwie, i mawiali, że:

- Nawet zdarza się spotkać wśród nich porządnych ludzi, a i takich, co prawda nielicznych, co i mieczem potrafią sprawnie operować w odpowiednim kierunku.

Głosy te jednak jak pojedyncze drzewa niczym wyspy były pośród bezkresnych traw falującego zielonego morza Rohanu.
Prędzej usłyszeć było, że:

- Przy Białych Górach Dunlendingowie atakowali farmy w imię starych urazów sprzed setek lat… To dobitny dowód, jak oni zupełnie nie rozumieją jak się wojnę prawidłowo prowadzi. - powiadali.

- Aye. Niczym orki, które zresztą również były widziane w górach, nie wiadomo skąd, i kto wie, czy nie w przeklętym sojuszu z Dunlandem! Król winien w końcu raz na zawsze rozwiązać utarczki między Marszałkami, to i prosty lud spałby bezpieczniej!

A i szemrano coraz głośniej, że Thengel rozprawić się musi z wilkami, które tej długiej i srogiej zimy spustoszenie siały nękając stada.

Nastrój w stolicy był napięty tego dnia. Mężczyźni i kobiety od rana maszerowali uliczkami z wymalowanym na twarzach zdecydowaniem. Jeźdźcy galopem wypuszczali się miasta na wschodni trakt. Musiało mieć to związek z czymś zaiste ważnym, w powietrzu wisiał pośpiech i niepokój.

Wszystkich zainteresowanych, choć nikt nie wiedział co tak naprawdę się wydarzyło, drogi prowadziły do Domu Rządcy. Zdążał tam mały konny oddział długowłosych jeźdźców poszczękujących orężem, co ledwie zawitał w Edoras. Zmierzali też aktualnie przebywający w mieście zbrojni, tak lokalni, jak i innych krain.

Wokół werandy domu urzędnika dworskiego, który zastępował króla na czas jego nieobecności w mieście, zebrał się mały tłum wojowników oraz gapiów. Pośród wszystkich wyróżniali się synowie Rohanu o szerokich plecach okrytych futrami, z jasnymi lub czerwonymi włosami upiętymi w kity ub grube warkocze, ze złotymi pierścieniami na palcach i przegubach rąk. Ich kolcze kaftany srebrzyły się w porannym słońcu.
Przewodził im Ulfur, którego mocny głos znało wielu nawet z czasów, gdy miast żołnierką, parał się trudnym chlebem minstrela. Wielki posturą wojownik słynął z ciętego języka i ostrego temperamentu, kiedy wyprowadzonym został z równowagi. Niegdyś nawet, jak głosiła plotka, której on nie dementował, lecz zdawał się być tym rozbawionym, pewien bard za kradzież jego pieśni przypłacił życiem z ręki Ulfura.

Rządca wreszcie wyszedł i wsparłszy się na drewnianej balustradzie powiódł zdeterminowanym wzrokiem chłodnych jak górskie niebo niebieskich oczu.

- Zima była ciężka i wszyscy królewscy są wysłani, lub będą, w pilnej sprawie na wschód. Król Thenegel woła do was niezaprzysiężeni, byście przyjęli jego monetę i jedną z map.

Stojacy za nim siwy Rohirrim trzymał w jednej ręce mały trzosik, a w drugiej kilka kościanych przedmiotów.

- Zawiodą was do Doliny Westfoldu, skąd nadeszły wieści o śmierci koni i naszych rodaków. Lojalni odkryją sprawców tego nikczemnego koniobójstwa i odpłacą im za nadobne w imieniu Króla Thengela!

Ulfur splunął na ziemię.
- Dunledindzkie psy! Konieżercy i zabójcy! Zbyt dugo król zezwalał im mnożyć się w Zachodniej Marchii. Dobrze rozumiem to zadanie i długom go wyczekiwał. Pewien jestem, że sprawcami są czarnokudłe psy Dunlandu. Pojedziemy i stalą nakarmimy dzikusów. To będzie zaiste dobry dzień! – krzyknął z błyskiem w oku ku aprobacie zbrojnych towarzyszy.

Zarządca wręczał małą złotą monetę, na której widniał symbol skaczącego konia, każdemu, kto decydował się na uczestnictwo w misji.

Wkrótce wyłoniły się trzy odziały. Rohirimmscy najemnicy Ulfura, gromadka jeźdźców z Harrowdale, którym dowodziła ciemnowłosa wojowniczka, oraz zbieranina cudzoziemców można by rzec, gdyby nie jasnowłosy mistrz koni, któremu przyszło dzielić towarzystwo czwórki przybyszów z innych krain, oraz olbrzymiego psa.

Mieszkańcy Harrowdale, jak zwykle pochmurni, chodnym spode łba wzrokiem mierzyli najemników, a zwłaszcza Ulfura. Tamten nie zwracał na nich uwagi, bo bardziej go intrygowali cudzoziemcy, pośród których był i elfka, i pies rozmiarów wilka. On to skupiał na sobie wiele spojrzeń, i ciekawskich, i podejrzliwych, bo niespotykanej w tych okolicach rasy i kto wie, czy nie krzyżowanej z wilkami, czy gorzej, wargami.

Grim zdawał się nie zawracać sobie głowy tłumem. Siedział obok młodej dziewczyny z lekko rozchylonym pyskiem i nie odrywał bacznego wzroku od pobrzękujących kościanych map.

Rządca wręczał każdemu dowódcy oddziału zmyślnie spięte spiżowymi łańcuchami. Wyjaśnił jak należy posługiwać się nimi w podróży. Krawędzie miały pokrywać się ze szczytami pasm górskich, w wydrążone otwory i znaki w kościach to lokacje sadyb, które należało sprawdzić u podnóża Białych Gór.

Każdy, kto nie posiadał własnego wierzchowca, mógł liczyć na pożyczonego ze stajni, którą urzędnik wskazał ręką. Ze względu na charakter królewskiej misji, podróż wozami, lub z kucami absolutnie nie wchodziła w rachubę.

- Oby każdy koń wróci w tak dobrym stanie, w jakim został użyczony! - ni to radził, ni życzył sędziwy dostojnik, śmiertelnie poważnie ze srogą miną najbardziej pasującą do nierzucanych na wiatr gróźb.



 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill
„Kocham Kriegera, nigdy się nie myli!”

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 30-04-2020 o 05:15.
Campo Viejo jest teraz online  
Stary 05-05-2020, 21:41   #2
 
Turin Turambar's Avatar
 

Sprzeczne myśli i uczucia kołatały się w jego głowie przez całą drogę do Edoras. Nawet rześki poranek, czy choćby wiatr we włosach gdy ruszył w drogę na Lithtinie nie były w stanie przepędzić jego ponurego nastroju. Słowa siostry uderzyły jak młot, a teraz ciążyły jak ciężkie kamienie przytroczone do pleców. Nie mógł się z nimi pogodzić, nie chciał w nie wierzyć, ale… one miały sens. Choć zburzyły one pogląd jaki Rhuné miał na swoje dotychczasowe życie, to jednak pasowały jak ulał do wszystkich pozostałych wydarzeń, tłumaczyły całą niechęć i odmowy pomocy z którymi się spotykał.
Do tej pory winił za to zawistnych sąsiadów, wyzywał ich od tchórzy, urągał ich przodkom, czym nie zaskarbił sobie wcale więcej przyjaźni.
Teraz… było mu wstyd. Jego duma była urażona bardziej niż kiedykolwiek, więc czy dziwne było, że nie chciał się pogodzić z prawdą jaką usłyszał od siostry? Już strzała orków w piersi mniej by kłuła niż to wszystko co w tej chwili przechodził.
Próbował sam przed sobą się wytłumaczyć, ale wydawało mu się to niemożliwe. Stał na rozdrożu swoich myśli, brakowało mu odwagi by pójść jedną bądź drugą drogą.
Dotarł do Edoras jeszcze przed świtem. Zatrzymał się przy Śnieżnym Potoku, by Lithtin mógł się napoić on sam zaś klęknął przy brzegu i ochlapał twarz i kark lodowatą niczym najmroźniejsza z nocy w Narwain wodą.
Dreszcz nim wstrząsnął, ale też przyniósł oczyszczenie myśli. Po raz pierwszy od kilku dni Rhuné miał czyste myśli. Otarł twarz i spojrzał na skrzące się w blasku wschodzącego Słońca dachy Medusled. Wiedział co należy zrobić.
Podszedł i poklepał po szyi Lithtina.
- Doprowadziłeś mnie tutaj przyjacielu, gdy sam nie do końca byłem pewny gdzie się udać. Dziękuję.
Wskoczył na siodło i ruszył stępem w kierunku stolicy kraju.
Przeszłość była przeszłością. Oczywiście należy szukać sprawiedliwości, a później zadośćuczynić pokrzywdzonym. Przyszła pora spłaty wszystkich rachunków

------------

Słowa Rządcy sprawiły, że Rhuné osłupiał. Przybył po pomoc, był przekonany, że będzie musiał o nią prosić, być może nawet zapłacić w ten czy inny sposób. Tymczasem… Król poprzez swojego Rządcę wysyłał pełne oddziały by zaprowadzić porządek w Westfoldzie! To było ponad wszystko co mógł sobie wyobrazić. Pragnął wykrzyczeć “Niech żyje Król Thengel!” Łzy radości pojawiły się w kącikach oczu młodego Rohirrima, zamknął więc powieki i zacisnął mocno pięści by się opanować. Jeszcze rankiem tego dnia wydawało mu się, że jego życie jest pozbawione celu, a teraz… Mądrość i wspaniałość króla nie znała granic. Nie wiedział jak ta wyprawa się skończy, ale był pewien, że gdy kiedykolwiek król Thengel będzie zwoła Rohirrimów w potrzebie, Rhuné się stawi.
Odetchnął głęboko, starając się uspokoić. W końcu rozejrzał się po swoich towarzyszach rozsyłając wszędzie ciepły uśmiech. Towarzystwo z przypadku, bo jakże inaczej można było nazwać zbieraninę złożoną niego samego, elfki, wojownika z Nan Curunir, uczonej z Gondoru, czy półdzikiej łowczyni z lasu z wielkim psem. Mimowolnie zatrzymał spojrzenie na owej bestii, która na pewno nosiła w sobie krew warga, choć nim samym nie była. Syn Rhudela miał miał wiele wątpliwości odnośnie tej bestii, ale na rozstrzygnięcie ich miał przyjść jeszcze czas.
Pozostałe oddziały były zdecydowanie bardziej jednorodne, zarówno Ulfur z najemnikami czy Jeźdźcy z Harrowdale wyglądali na zwarte grupy, sprawdzone w wspólnym boju. Napotykając wzrok dowódców Rhuné skinął im głową w pozdrowieniu, choć nie do końca zgadzał się z opinią byłego barda na temat Dunledingów. Ot pośledni ludzie, ale jednak ludzie, nie prawdziwe bestie.
W końcu, gdy Rządca rozdawał mapy, młody Rohirrim rozejrzał się po swych towarzyszach i nie widząc reakcji z żadnej ze stron wyszedł z szeregu.
- Wypełnimy wolę króla - powiedział poważnym tonem przyjmując złotą monetę i odbierając kościane mapy.

 
__________________
Show me again... The power of the darkness... And I'll let nothing stand in our way.
Turin Turambar jest offline  
Stary 05-05-2020, 23:21   #3
Mag
 
Mag's Avatar
 

Łuk na plecach i kołczan, ubrana w kurtkę z dobrze oprawione skóry, z kołnierzem z futra borsuczego. Włosny jasne niczym zboże tuż przed zbiorami, zaplecione w dwa warkocze opadające jej na ramiona. Postura raczej nie zwiasująca wielkiego wojownika. Za to ten pies u jej boku... Wielkie bydle takie co z wargiem mogłoby sobie poradzić, a może nawet z takowym zmieszane.

Bardzo wiele dni z wujem Powsinogą podróżowali w te strony. Nie był to kierunek wybierany przez ich ludz. O nie. Leśni ludzie w końcu cenili sobie bliskość z rodziną i rzadko zapuszczali się poza znane im tereny. Jednak gdy znalazł się taki co go nosiło by sprawić co jest tam, za kolejnym drzewem, za jeszcze jednym pagórkiem... To mógł zawendrować nawet do Eldoras. Oj jak bardzo ojciec Sikorki nie był zadowolony, że chce jechać z wujem, na targ, wymienić dobra zebrane przez rodzinę i sąsiadów, przywieźć to czego nie mogli sami zrobić. Ale choćby krzyczał po niej, lał ją nawet, to i tak niczego nie zmieniało. Halla jego córka była dziwakiem zupełnie jak jego brat Aldvar, który z wozem i swoimi synami ciągle wybywał z wioski na handel i odkrywanie świata.

Pod dom rządcy Halla przybyła, gdy jej wuj odpoczywał po spełnieniu sprawunków z ich przybyciem, a jej kuzyni doglądali dobytku przy wozie postawionym na placu targowym. Zauważyła te spojrzenia tubylców posyłane w kierunku jej wiernego wilczarza. Zazdrosne na pewno, bo przecież tak łownego i silnego psa to za dwa konie ciężko by im było kupić. Dziwiło ją jednak to, że co niektórzy przestrach mieli w oczach gdy go mijali. A przecież Grim był takim grzecznym psem. Nic by nie zrobił bez jej zgody. No może czasem za sarną poleci, ale zawsze wraca później i bez problemu oddaje zdobycz.

Zupełnym przypadkiem zaszła w to miejsce gdy rządca przemawiał. W międzyczasie podbytała stojących obok o co to całe zamieszanie i nie mogła przestać się uśmiechać. To było coś o czym zawsze marzyło jej się. Oczywiście, że zgłosiła się, zrobiła przy tym poważną minę i zapewniała, że jest doskonałym łucznikiem. Traf chciał, że takiego potrzebowali.
Ochotnicy podzielili się na grupy i każda z nich otrzymała mapę. Znała to, jej wuj też podobne tworzył, pomagały im wrócić do domu, nawet jeśli ruszyli w kierunku jakiego nie znali.

Popatrzyła na mężczyznę, który w ich grupie przyją ową kościaną mapę. Ten zaraz rozejrzał się i posłał jej ciepły uśmiech i to pomimo tego, że widziała jak wcześniej patrzył na Grima. A nie tamto nie było takim spojrzeniem jakim ją obdarował. Zdecydowanie musiała mu się podobać. Dziewczyna ucieszyła się, bo w swojej wiosce nie cieszyła się zbytnim zainteresowaniem chłopców...
- Może pójdźmy do gospody, razem wypić i pojeść? - zaproponowała swojej Sikorka, gdy gawiedź zaczęła wykruszać się sprzed domu Rządcy. - Pogadać i się poznać przy okazji będziemy mieli czas.


 
__________________
"Just remember, there is a thin line between being a hero and being a memory"

Gram jako: Irya, Marion, Venora, Riva, Lyn i Ursula
Mag jest offline  
Stary 05-05-2020, 23:51   #4
 
Pan Elf's Avatar
 

Wyprawa tak daleko od królestwa Pani Galadrieli i Pana Celeborna była dla Yáraldiel czymś wyjątkowym. Nie tylko dlatego, że od dziecka marzyła o dalekich podróżach i poznawaniu świata poza lasem Lorien. Nie było to również dlatego, że był to wyśniony prezent na dwusetne urodziny, które nie tak dawno obchodziła jeszcze pośród drzew Lothlorien. Wyjątkowość tej wyprawy znajdowała się w jej celu. Yáraldiel została wybrana przez samą Panią Galadrielę, by udała się do Edoras, żeby poznać panujące tam nastroje, a także nowego króla. Pani Złotego Lasu była enigmatyczna w swych poleceniach i wiele więcej Yáraldiel nie udało się dowiedzieć, ale czuła, że kryło się za tym coś więcej niż tylko zwykła ciekawość i chęć bycia na bieżąco z wydarzeniami u sąsiadującego ludu. Niemniej Yáraldiel z dumą przyjęła ten zaszczyt i poprzysięgła godnie reprezentować swoją Panią poza granicami Lothlorien.

I tak oto przybyła zimą na okryte białym całunem nizinne tereny Rohanu. Wysoka, smukła i majestatyczna elfka wjechała dumnie na białym koniu do stolicy. Sirdal, biały rumak o długiej srebrzystej grzywie, parskał miarowo. Był to wierzchowiec piękny i budzący podziw, podarowany Yáraldiel specjalnie na czas jej misji, jakby nie było, zwiadowczej. Sama elfka, ubrana jeszcze wtedy w ciepły zimowy płaszcz z kapturem, mieniący się na srebrno, prezentowała się niezgorzej od swojego wierzchowca. Całą okazałość swej elfiej urody ukazała dopiero kiedy stawiła się na obowiązkowej audiencji u króla i królowej, by przedstawić swoje zamiary. Ubrana była w strój podróżny, choć na elfią modłę. Idealnie skrojona koszula i spodnie z srebrzystych jedwabi, na to dopasowana biała kamizelka i lejący się płaszcz sukienny przepasany srebrną szarfą. To wszystko ukryte było wcześniej pod grubym, zimowym płaszczem w podobnych barwach. Długie jasne loki okalały szczupłą twarz o wyraźnych, acz łagodnych, rysach i swobodnie opadały na ramiona i plecy.

- Mae govannen - przywitała się, stając przed królem i królową, obdarowując ich spojrzeniem niebieskich oczu i kłaniając się ledwo zauważalnie. - Nazywam się Yáraldiel, przybywam prosto ze Złotego Lasu jako emisariuszka Pani Galadrieli, która przesyła pozdrowienia i życzenia pomyślności dla nowego władcy Rohanu.
Jej głos był bardzo melodyjny, ale i spokojny. Nie śpieszyła się mówiąc, ważyła każde słowo, jakby było na wagę złota.

~ * ~

Zima minęła i naturalną koleją rzeczy nastała wiosna, a natura zaczęła budzić się do życia. Yáraldiel nadal gościła w Edoras, czerpiąc z tej wyprawy jak najwięcej. Interesowała ją historia ludu zamieszkującego te tereny. Starała się dowiedzieć jak najwięcej, jednocześnie nie nadużywając cierpliwości i gościnności. Sama podchodziła pobłażliwie do zainteresowania nią samą jak, bo zdawała sobie sprawę, że elfowie nie byli zbyt częstymi gośćmi w tych rejonach - jeśli w ogóle gdziekolwiek. Cierpliwie odpowiadała na pytania, nawet kiedy słyszała po raz dziesiąty identyczne. Często też wybierała się na przejażdżki ze swoim koniem, Sirdalem, ponieważ wiedziała jakie to ważne dla zwierzęcia, a poza tym sama chętnie chłonęła z tego doświadczenia jak najwięcej.

W końcu też nadszedł dzień, w którym Yáraldiel otrzymała niebywałą okazję na odwdzięczenie się królowi Thengelowi za gościnność, a także na poszerzenie swojego zwiadu dla Pani Galadrieli. Elfowie z Lothlorien już dawno zaczęli odczuwać nadciągający mrok, nawet Yáraldiel nie ominęło to uczucie niepewności. Z każdym kolejnym miesiącem spędzonym w Edoras, zaczynała coraz bardziej pojmować dlaczego tak naprawdę została wysłana na tą ekspedycję. Jej rola była znacznie ważniejsza niż tylko zapoznanie z nowym królem i przekazanie dobrych życzeń.
Stanęła nieco na uboczu, kiedy tłum zebrał się przed werandą domu rządcy. Nieświadomie, ale bardzo możliwe, że to właśnie było jej pisane, znalazła się obok kilku innych, z pozoru losowych, osób przez co zostali wzięci za jedną grupę. Yáraldiel nie znała tych ludzi, ale nie miała nic przeciwko. Czuła, że z jakiegoś powodu powinna dołączyć do tej wyprawy, a skoro los narzucił jej przyszłych towarzyszy - dlaczego nie skorzystać z takiego daru?

Tego dnia Yáraldiel miała rozpuszczone loki, zupełnie jak wtedy, kiedy przybyła do Edoras. We włosy miała wczepiony biały kwiat. Uśmiechnęła się łagodnie do osób, z którymi stała się jedną drużyną.

- Mae govannen mellyn nin. Witajcie, przyjaciele. Jestem Yáraldiel - przywitała się z pozostałymi i skłoniła głową ledwo zauważalnie. Elfowie nie byli znani ze zbyt wielkiej gestykulacji, wręcz przeciwnie. Wyraz twarzy jednak miała przyjazny, a spojrzenie niebieskich oczu bardzo łagodne. - Zaszczytem będzie dołączyć do was i choć w taki sposób będę mogła odwdzięczyć się królowi i królowej za ich gościnność.

- Sirdal będzie rad, że może rozprostować kopyta, jestem tego pewna - dodała, spoglądając w stronę stajni.


 

Ostatnio edytowane przez Pan Elf : 06-05-2020 o 00:20.
Pan Elf jest offline  
Stary 06-05-2020, 21:35   #5
 
Marrrt's Avatar
 

Wśród przybyszów z odległych krain w Domu u Cepy gościł między innymi czarnowłosy mężczyzna o oczach tym włosom niewiele ustępującym. Tubylcy nieczęsto garnęli się do rozmowy z nim bowiem, niełatwo było po samym wyglądzie określić skąd pochodzi, a jak wiadomo, nieznane lepiej z daleka obchodzić. Nosił się z ciemna i tylko kontrast jasnej lnianej koszuliny spozierał co jakiś czas spod wełnianego kaftanu kiedy dni były cieplejsze. Nie miał w posturze tej smukłej szlachetności Gondorczyka i generalnie z oczu patrzyło mu niezbyt przyjaźnie. Ale i wyższy był z kolei od górali z Dunlandu, lepiej ubrany, bo nie w same skóry i baranice jeno, a prawdziwy materiał, i z brodą, która przynajmniej z raz musiała widzieć balwierza. Mógł jeszcze z dalszej północy pochodzić, ale że na tamtejszych stronach w Edoras nie wyznawano się, to ostatecznie machnięto na to ręką. Dość rzec, że przybysz nie awanturował się, burd nie wszczynał i swojego nosa pilnował. Przeważnie. Bowiem gdy kiesa mu się kurczyć zaczynała to się na podgrodziu prac gospodarskich podejmował. Na co już bardziej krzywo patrzono jakoże wielu mężów gród z królem opuściło i niezbyt miłym widokiem był taki podejrzany typ na obejściu szanowanego sąsiada. Nie mówiąc już o chwilach gdy takiemu pod nieobecność tegoż sąsiada, żona onemu obcemu w trakcie pracy garniec zimnego piwa przynosiła dla wytchnienia. A zdarzało się to, zdarzało ku zgorszeniu starców i leciwszych matron. Żony jednak wojów przyjmowaniu pomocy w gospodarstwie rzadko były niechętne. Co łatwo było zrozumieć kiedy się dzień takiej żony sobie obejrzało. Na ich młode jeszcze i niestyrane barki bowiem poza wychowywaniem rohirrimskich młodzików i doglądaniem ogniska domowego, spadła teraz ciężka praca gospodarska wojujących obecnie mężczyzn. Choć i takie bywały, co i niewymagając jakiejś wielkiej pomocy, czarnowłosego mile u siebie na obejściu widziały. Do tych ostatnich jednak z jakichś przyczyn przybysz nie garnął się, a i tym pierwszym awansów widocznych nie czynił. A przynajmniej nie tak by zwróciło to uwagę mieszkańców.

Tak jak zwróciło z pewnością imię jakim kazał się wołać, a które Rogacz brzmiało. Wielu osobom nie mówiło to niczego poza oczywistym skojarzeniem wywołującym kpiące uśmieszki. Inni, bardziej podejrzliwi, uznawali, że to nie od własnych rogów, a od tych które miałby innym przyprawiać. A jeszcze inni sugerowali, że jakiś ród owych Rogaczy gdzieś na południowym pogórzu Gór Mglistych zamieszkuje i że to strasznie dzicy są ludzie, a może i nawet Dunlandczyki!
Przybysz nie rozwiewał, ani nie potwierdzał żadnych z tych wątpliwości. Choć zdarzyło się, że zbyt mocno nagabnięty musiał kułakiem wytłumaczyć, że zażalenia mu czynione nie mają podstaw, lub kułaków kilka przyjąć by się mieszkańcy bezpieczniej poczuli. Na ogół jednak nikt się go nie czepiał, na co zapewne wpływ też miał długi topór jaki nosił u pasa i wirtuozeria z jaką posługiwał się siekierką drwa dla rohirrimskich matek narodu narębując.

Tego dnia gdy Rządca ogłosił przed ludem wolę króla, Rogacz pracą się żadną nie imał i czas przed południem spędzał poza miastem oddając się przyjemności polowania. Już jakiś czas temu umówił się, że owoce tego polowania mógł za bezcen przekazywać karczemnej kuchni co zapewniało mu spokój, pewność o pokój i darmowy posiłek.
Gdy zaś wrócił, w karczmie była już zarówno ulfurowa kompania, która na nim zrobiła mocno awanturnicze wrażenie, oraz nowy obcy z dalekich stron. A w zasadzie obca. Bo wśród dotychczasowych egzotycznych przybyszów była już puszczańska elfka, której wzorem i przekonaniem tubylców nie zaczepiał, a także kobieta ze znacznie bardziej swojskiej kultury, której pies, gdy tylko się pojawiła też go zainteresował. Niemal od razu gdy przybyła ze swoją kupiecką gromadą, za jej pozwoleniem zbliżył się do zwierzęcia przypatrując mu z zaciekawieniem i sympatią i bez obawy podejmując kilka prób obłaskawienia zwierzęcia…

Teraz natomiast do Edoras zawitała kobieta bardzo wytworna i Rogacz sprawiał wrażenie, jakby jej wygląd nie był mu zupełnie obcy. A w każdym razie sposób w jaki się nosiła. I to coś co miała w oczach, a czego brakowało Eorlingom. A może raczej nie w oczach, a trochę niżej. W miejscu, które nieczęsto słońce publicznie widuje w Edoras.
Przyglądał się jej być może o moment dłużej niżby to przyzwoitość dopuszczała, by udać się do karczmarki, której wraz z wymianą kilku zdań, przekazał naręcze upolowanych cietrzewi, a następnie wyszedł w stronę pokoi gościnnych. Wróciwszy stamtąd jakiś czas później już bez broni, zamówił dwa kufle rohirimskiego piwa i skierował kroki w stronę kobiety. Wzrostem, choć nie budową, ustępował nieco wysokim Gondorczykom, ale poruszał się z charakterystyczną dla nich pewnością kogoś kto wszędzie czuł się na miejscu i o czasie.
- Można się dosiąść? Wieściami wymienić? Albo pomilczeć wspólnie i posłuchać ulfurowych żalów.
Spojrzał krzywo na perorującego Rohirrima o głosie barwnym, lecz tekstach nudnych i już setki razy wcześniej wypowiadanych.
Zagadnięta uniosła oczy. Wpierw na mężczyznę, bacznie mu się przyglądając, oceniając. Nie był stąd, jako i ona.
W gąszczu krzykliwych, nadpobudliwych mieszkańców Rohanu, czego próbkę widziała na palcu, a część dalszą tu w karczmie, wyróżniał się nawet pozytywnie. Nie żeby miała coś przeciwko mieszkańcom Rohanu, ale przyjemnie było poczuć, że nie jest się samemu w obcym miejscu.
Dokonawszy oceny ruchem ręki wskazała wolne miejsce obok.
- Żalów? - Zapytała ironicznie i trochę uszczypliwie. - Gdyby nie to, że głównie mężowie go słuchają gotowam pomyśleć, że niczym jakiś paw na wiosnę dumnie puszy ogon by przyciągnąć wzrok pawic.

- Nie znam tych bestii - ozwał się mężczyzna siadając i usadawiając tak by obserwować dogodnie ulfurowych - Pawi znaczy. Ale jeśli to ptaki, to oto jest porządek dziobania. Przyjrzyj się pani. Do których pierwszych Ulfur przepija. I którzy najgłośniej mu przytakują. Pierwsi stoją w porządku wysoko. Drudzy niżej. A sam Ulfur tym rytuałem umacnia swą władzę nad jednymi i drugimi.
W głosie mężczyzny dało się słyszeć przez chwilę jakąś nutę zrozumienia dla Rohirrima.
Jeden z kufli podsunął kobiecie. Drugi wziął sam i nie czekając upił z niego piwa, które zostawiało pianę na jego ustach. Otarł ją dłonią i spojrzał na kobietę.
- Wołają mnie Rogacz.
Córka Eadwearda spojrzała na kufel piwa, który Rogacz przysunął do niej. Następnie przeniosła wzrok na samego Rogacza. Wyciągnęła rękę po kufel, uśmiechnęła się przy tym miło. Ona również wzięła łyk, a pianę która zostawł napój otarła chuskeczką, którą wyciąnęła z rękawa sukni.
- Eiliandis - przedstawiła się i upiła kolejny łyk. Tym razem starając się by jak najmniej piany zostało na ustach.
- A zatem pomyliłam się panie Rogaczu. To nie ptak a ogier, który podporządkowuje sobie innych w stadzie. - I choć mówiła o zwierzętach, które mieszkańcy Rohanu tak cenili, to nie było w jej słowach nic z podziwu, a jedynie dalej kpina.

- I to też jest ciekawe - podjął nowy wątek czarnowłosy. I nawet przyglądał się bawiącym się w najlepsze jeźdźcom jakby podpatrywał ich zachowanie stadne. A kpina w głosie Eiliandis jakby mu odpowiadała, gdyż uśmiechnął się nieznacznie do jej słów - Bo w stadzie to nie ogier przewodzi, a klacz, za którą reszta wszędzie podąża. Gdy jednak klacz owa oddali się, dajmy na to ład zaprowadzać we Wschodniej Bruździe, to pozostałe ogiery dokazują. Ku uciesze drapieżników.
Milczał przez chwilę delektując się piwem po czym obejrzał na rozmówczynię zerkając czy przyjęła napitek… a może na to co kufel z jego perspektywy tylko nieco zasłaniał.
- Dobrze jednak, że ludzie to nie bestie, które tak łatwo odczytać i nie ulegają tak prosto swoim instynktom. - Dopiero teraz spojrzenie przeniósł wyżej -Ja dla przykładu nie umiem dojść, czy jesteś pani w Medusled u celu. Czy raczej w drodze do celu.
- Cel czasem w punkt pośredni zmienia się i odwrotnie opowiedziała odwróciwszy głowę w stronę omawianej wcześniej kompanii. Ale na krótko. A straciwszy zainteresowanie tak tym co przywódca owej grupy plótł jak i samą grupą wróciła wzrokiem do swojego rozmówcy. Poprawiła się przy tym na siedzeniu, podróż nadal dawałą jej się we znaki. - Wszystko zależy od tego co można znaleźć TU, a co może oferować TAM - mocniej zaakcentowała dwa słowa.
Rogacz zaśmiał się na te słowa.
- Racja - przyznał - Najczystsza. Niechaj tak będzie pani Eiliandis z TU, w drodze do TAM. A pytałem, bo widywałem już, jeśli się nie mylę, twoich rodaków pani. Ich TAM jednak znajdowało się nie w Edoras, a w Isengardzie i zwykle po jakimś czasie wracali do TU w Gondorze.
Eadweardowa córka uśmiechnęła się lekko. Podniosła kufel lekko ku górze w geście toastu i napiła się ponownie.
- TERAZ moje TU jest Edoras - powiedziała nieco sentencjonalnie. - A twoje mości panie Rogaczu?
- TERAZ moje TU jest jak widać w karczmie obok ciebie pani Eiliandis.
Co rzekłszy Rogacz uśmiechnął się nieco drapieżnie i takoż wzniósł swój kufel, po czym stuknął lekko w ten uniesiony przez Gondoryjkę.
- Ale zaraz się to chyba zmieni...
Skinął głową na nagłe poruszenie wśród Rohirrimów w tym i ulfurowych, którzy zaczęli opuszczać karczmę.
- Sprawdzimy co odciągnęło zwierzynę od wodopoju?
- Chodźmy zatem - Eiliandis podniosła się.

Wydarzenie Rogacz istotnie znalazł w swoim mniemaniu ważkim i ciekawym. Rządca nie co drugi dzień ogłaszał misję, której każdy może się podjąć. A sedno wokół którego temat sprawy krążył, było dla Rogacza również interesujące. A że na dodatek oferowali mu konia, postanowił, że jego czas w Edoras dobiegł końca i należy dołączyć się do trzeciej na szybko zmustrowanej kompanii. Spojrzenie uprzejmego Rohirrima, oraz serdeczne powitanie elfki, odwzajemnił na swój rogaczowy sposób. Spode łba. Natomiast nie miał nic przeciwko powrotowi do karczmy, co zasugerowała dziewczyna z lasu w towarzystwie swojego psa, na którego widok Rogaczowi gęba sama się śmiała. Tak jak uśmiechnęła się do faktu, że delegatka z Gondoru również znalazła się w tej kompanii.
- Znów w siodło, co? - parsknął do niej. Po czym gestem głowy kompanii wskazał kierunek. Ten sam zresztą, którym podążyli ulfurowi. Piwo powinno tam nadal czekać… - Rogacz jestem. Kompanio.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 06-05-2020, 22:15   #6
 
Efcia's Avatar
 


Podróż do Edoras trwała ponad tydzień. W tym czasie Eiliandis mogła sobie wiele przemyśleć, poukładać w głowie. Kraina, do której udawała się leżała prawie na końcu świata. Więc usługi kogoś takiego jak ona, uzdrowicielki wykształconej w Minas Tirith
z pewnością mogły się tam przydać. Na to właśnie liczyła eadweardowa córka wyruszając w tę podróż. Nie to, żeby w samej stolicy Gondoru jej umiejętności nie były potrzebne czy zrobiła coś co zmusiłoby ją do ucieczki. Co to to nie. Jej decyzja, poprzedzona poważnymi rozmowami z cioteczką Jaylynn, podyktowana była chęcią rozsławienia tak samego Gondoru jak i mistrzów uzdrowień i ich wiedzy. I tego Eliandis trzymała się kurczowo gdy niewygody podróży dały jej się we znaki. Swoich postanowień, że na krańce świata zawiezie wiedzę, która ukryta była w przepastnych bibliotekach wspaniałego Minas Tirith.

Gdy dotarła do Edoras z radością zsiadła z konia by rozprostować nogi. Nie to żeby uzdrowicielka nie potrafiła trzymać się w siodle. O to zadbał ojciec, który również córkę szkolił. Do tej pory najdłuższa podróż jaką odbyła trwała zaledwie kilka godzin. A tu tyle dni w siodle.

Więc trochę na sztywnych nogach, ale z wyuczoną gracją udała się do Rządcy by zwyczajowo prosić o pozwolenie na pobyt.
W stroju, który znacznie różnił się od tych jakie nosiły rohirimmskie kobiety, a który odzwierciedlał najnowsze modowe trendy stawiła się u królewskiego urzędnika.
I w takim samym stroju, zupełnie nie zwracając na męskie spojrzenia, które kierowały się ku znacznemu dekoltowi w jej idealnie skrojonej i dopasowanej do ciała sukni. Długie, zwykle rozpuszczone i tym samym zakrywające nieco odsłonięte ramiona i kark brązowe włosy idealnie współgrały z takimi oczami.


~*~

Z Domu u Cepy, karczmy w której się zatrzymała, w towarzystwie nowo poznanego cudzoziemskiego wojownika udała się za podekscytowanym tłumem przed dom Rządcy. Tam w skupieniu wysłuchała słów urzędnika królewskiego.
Z niejakim zdziwieniem odnotowała, że ona i grupka ludzi, w większości nie Rohirrimów, została wzięta za jedną z drużyn. Zaraz jednak ucieszyła się. Wszak to był doskonały sposób na wykorzystanie swoich umiejętności. Wprawdzie uzdrowiciel nie powinien sobie tego życzyć. I eadweardowa córka wcale tego sobie nie życzyła.

Mapę i trzos przyjął jasnowłosy mistrz koni. Nikt nie zaprotestował, a rdzenny mieszkaniec Marchii Jeźdźców wydawał się wyróżnio tym. I to podobało się uzdrowicielce. Przypomniał jej braci.
Na uprzejme powitanie pozostałych członków kompanii odpowiedziała równie przyjemnie. A propozycję udania się do karczmy przyjęła z jeszcze większym entuzjazmem.
- Eliandis - przedstawiła się kierując kroki do karczmy, którą tak niedano razem z Rogaczem opuścili.
- Już nie mogę się doczekać - opowiedziała czarnowłosego z lekkim przekąsem, ale i rozbawieniem.


 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny
Efcia jest offline  
Stary 08-05-2020, 18:55   #7
Moderator
 
Campo Viejo's Avatar
 



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=0zgPRxVF_ko[/MEDIA]





W Domu Cepy, mimo wczesnej pory dnia, było tłoczno i gwarno. Cudzoziemcy, zwłaszcza, że przy jednej ławie, nie mogli nie być niezauważonymi. Rhuné zdawał sobie sprawę, że wiele odbywających się rozmów, dotyczyło jego nowopoznanych towarzyszy. Miejscowi, pomiędzy sobą nie używali wspólnego mowy, lecz nie trudno było domyślić się reszcie kompanii, choćby po wyławianych od czasu do czasu spojrzeń ku nim. Gościnność rodaków była tak szczera, jak i ostrożna zarazem. Każdy jednak wiedział, że nawet konia nie należy oceniać po samym wyglądzie.

Męski głos w ojczystej mowie Rohirrimów, obcej przyjezdnym, górował nad karczemnym zgiełkiem, który znacznie przycichł, bo to Ulfur podszedłszy ku kilku grajkom na podwyższeniu, zaczął śpiewać wsparty o drewnianą kolumnę. Do tej pory prym wiodły wesołe piosnki to tańca i wypitki. Pieśń woja snuła się jak powracający wiatr, co gładzi włosy samotnej trawy, kołysanego polnego kwiecia, które kwitnie nawet, kiedy nikt nie patrzy. Wojownik, wedle wszelakiej miary nie był na twarzy szpetny, lecz to nie jego uroda przyciągała wzrok, lecz raczej twarz, na której malowały się jak na dłoni emocje. Gdy śmiał się, robił to zaraźliwie, gdy złościł, to porywał innych gniewem, a w oku zawsze błyszczał mu zawadiacki, bystry ogień. Jego dźwięczny głos o ciepłej barwie, nawet gdy rozmawiał, był mocny i dźwięczny. Teraz, gdy snuł poważną i smutną pieśń, wielu patronów karczmy zasłuchało się. Rhuné znał te wersy. Pamiętał je dobrze z dzieciństwa. Nie jeden raz zasypał w ramionach matuli zasłuchany w jej czysty i mocny głos. Kompania Ulfura słuchała z zamyśleniu, cichej zadumie nad najbliższymi dniami, bo jak klany Dunlendingów urządzały sobie rajdy łupieżcze na ziemie Marchii, tak oni już decyzję podjęli przelania krwi.
Prócz zwyczajowych wątpliwości, co do przydatności pomocy najemników z dalekich krain, syn Rudela dosłyszał również kilka innych, więcej wartych uwagi, rozmów. Ciemnowłosa wojowniczka, zwana Léorą z Harrowdale, gdy oni poznawali się przy piwie, ona ze swoją kompanią, już opuściła Edoras. Mieszkańcy przeklętej doliny byli ludem twardym i konkretnym. Byli też i tacy u Cepy, którzy pamiętali czasy, gdy Ulfur był minstrelem na dworze starego króla. To po tym, gdy odebrał życie innemu bardowi, został wygnany z Edoras i został najemnikiem. Od tamtego czasu, a minęło już wiele lat, pierwszy raz słyszano jego głos, który jeżeli co stracił, to również zyskał dojrzalszą barwę z życiowego doświadczenia równie trudnego chleba z siodła i włóczni, co lutni. Oddział Ulfura, zważywszy na ilość zamawianych dzbanów piwa i wina, nie śpieszył się wielce do rychłego wyjazdu ku Białym Górom.




Yáraldiel odkąd sięgała pamięcią czuła się kimś wyjątkowym. I nie dlatego, że miała o sobie jakoś nadęte zdanie. Po prostu od zawsze różniła się od swych leśnych braci i sióstr wrodzoną nutą ciekowości świata poza granicami Złotego Lasu. Gdy każdy najlepiej czuł się pod rozłożystymi konarami srebrnych pni drzew, które jesienią miast opadać przybierały na zimę złoty kolor, by ścielić dywany lasu dopiero na wiosnę, kiedy gałęzie kwitną żółtymi pąkami nim obrócą się w soczystą zieleń. I ona kochała ten las, bo na pewno nie było piękniejszego miejsca w całym Śródziemiu. Od dzieciństwa zazdrościła Haldirowi i jego braciom Rumilowi i Orophinowi, że często opuszczali domenę Lorien, aby przynosić Pani Galadrieli i Panu Celebornowi wieści ze świata ludzi. To od nich nauczyła się wspólnej mowy, języka obcego niemal wszystkim elfom Złotego Lasu. Lecz nawet oni, choć nigdy nie narzekali, podejrzewała, że opuszczali dom z obowiązku raczej, aniżeli przyjemności, a powracali z misji do Złotego Lasu uskrzydleni. I tą jej wyjątkowość musiała dostrzec już dawno Pani Galadriela, która w swej mądrości postanowiła wykorzystać dar Yaraldiel z pożytkiem wszystkim.

Teraz, pośród ludzi, owo poczucie wyjątkowości nie opuszczało jej na krok z zupełnie innych przyczyn. Czuła, że mieszkańcy Rohanu ciekawość jej pochodzenia przeplatali z dobrze skrywaną niechęcią. Nie była to bynajmniej ich wrodzona wrogość wobec obcych kultur, lub ras, lecz raczej bieżący nastój tego ludu w tym królestwie. Będąc na audiencji u Króla Thengela nie spodziewała się zastać tam jej ojczystej mowy, oficjalnym językiem dworu. O ile z przyjemnością rozmawiała z władcą, który większą cześć życia spędził w Gondorze, i nawet czuła, że mogłaby zaprzyjaźnić się z jego żoną Morweną, w której żyłach płynęła dunedaińsko-eflia krew Dol Amroth, to mieszkańcy tej krainy z niepokojem i żalem w sercach chowali te obce obyczaje w Złotej Sali między nadzieję o dobre rządy nowego władcy, a lęk przed powielaniem błędów ojca. Kto wie, może to właśnie dlatego, tym bardziej ich gorycz podlewała zasiane ziarna nieufności wobec cudzoziemców.




Podobne odczucia odniosła Eiliandis Eadweardiel. Docierały do niej również wieści, że Biały Czarodziej, tak żarliwie polecony jej przez cioteczkę, zdecydował wypowiedzieć lojalność Gondorowi. Okrzyknął się Panem Isengardu, czym otwarcie wystąpił w buncie przeciw zwierzchności Królestwa zawłaszczając sobie antyczną twierdzę Dunedainów wraz z doliną. To wydarzenie wciąż rezonowało pośród Eorlingów. Jednym Saruman był mądrym sojusznikiem Rohanu, który zaufanie stracił do Gondoru, więc skoro w swym czarodziejskim zmyśle Pan Isengardu odcina się od Minas Tirith, więc może ich przyjaźń nie jest warta uwagi, a odwieczny sojusz z Rohanem zakurzonym przeżytkiem. Z drugiej strony, Dolina Czarodzieja przynosiła Eorliingom tyle złego, co dobrego, i to przez słabość gondorskich żołnierzy do dunlandzkich dziewek i słabość tej kultury, której potomkowie wybierali dzikie obyczaje plemion Dunlandu swą lojalność wypowiadając własnej ojczyźnie w walce przeciw Rohanowi. A dzisiaj ludzie widują Sarumana wędrującego na czerwone wzgórza pomiędzy dunlandzkie klany, co niczego dobrego nie wróży dla Eorlingów. Jakiż więc jest powód ufania Gondorowi, nad którego czarodziej ceni sobie wrogów Rohanu? Coraz trudniej było odróżnić wroga od przyjaciela, kiedy Saruman Biały bratał się z Dunlandem. Czyż przyjaciel wroga nie był przyciwnikiem? I jaką wartość przedstawiał słaby Gondor, który milczeniem odpowiada na swoją zagrabioną ziemię, która na straży pokoju swego sojusznika stała?




Cadoc, obracał w rękach królewską monetę z skaczącym koniem, którą każdy z zaciężnych wojów odebrał od Rządcy. Przyjdzie mu jechać na rohirrimskiej klaczy pod banerem Thengela w obronie eorlingskich sadyb, kto wie, może nawet przelewać krew na śniegu. Doskonale wiedział o niepewnym sojuszu Doliny Sarumana z Rohanem, zerwanych więziach z Gondorem i zacieśniającej się przyjaźni czarodzieja z czarnowłosymi klanami zza Iseny. Kto by tam rozumiał tajemnicze ścieżki magów i się w nich nie gubił? Droga prostą jest tym, którzy pozwalają się jej prowadzić dokądkolwiek prowadzi. Niejednokrotnie wychwycił nieufny wzrok Ulfura i jego ludzi, ilekroć ich spojrzenia przecinały się krzyżując jak miecze, co skrzą iskry. Oprócz niechęci, widział w nich tlącą nadzieję, jakby chcieli się mylić, że nie każdy zasługuje na wzgardę. Bo i kim oni by byli, gdyby sobie odmierzać mieli jednakową miarą? Ile był wart Eorling bez własnej chorągwi eoredu, co tylko za złoto mieczem wojował na granicy prawa? Każdy w kompanii Ulfura musiał mieć przeszłość, o wiele ciemniejszą od koloru swych plecionych w warkocze włosów.




Sikorka znała bardzo wiele obcych słów, więc potrafiła dogadać się łamanym językiem oraz uniwersalną mową gestów, z niemal każdym cudzoziemcem w jego ojczystym języku. Wiele nauczyła się od wuja, ale miała też wrodzoną smykałkę do języków, co szło w parze, a może wynikało z jej ciekowości innych kultur i obcych obyczajów. Kamienny Bród leżący niżej Starego Brodu przy Wielkiej Rzece, choć był tylko małą osadą, to o wiele więcej widział wędrownych kupców i obwoźnych domokrążców niż Górski Gród, czy osady skryte na skrajach Mrocznej Puszczy. I to wschodnim brzegiem doliny wiódł szlak z Krainy Beorna, skąd ciągnęły karawany z Królestwa Dalii, Miasta na Jeziorze i Ereboru do Leśnych Ludzi i dalej, ku warownemu miastu Toft i dalekim krainom południa. Teraz i jej przyszło zawitać tam, gdzie żaden z jej pobratymców jeszcze nie zawędrował, aby wrócić z opowieściami. Była to pierwsza wyprawa wuja na zachód, do krainy, którą znali tylko z opowieści. Musiała przyznać, że podobał jej się ten jasnowłosy lud, choć na początku obawiała się, że maga mieć zbyt wiele wspólnego z Leofringami. Ludem, który w południowej dolinie również zdawał się rodzić w siodle, i jasne włosy miał, i mowę bliską Eorlingom, a jednak o wielce złej sławie pośród ludów Anduiny. Złodzieje, bandyci, przemytnicy, a nawet ponoć łowcy ludzi, którzy na targach w Toft i w Północnym Brodzie, pośórd Viglundingów, sprzedawali w niewolę.




 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill
„Kocham Kriegera, nigdy się nie myli!”

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 08-05-2020 o 19:36. Powód: Wybaczcie lietrówki i autokorekty by iPhone.
Campo Viejo jest teraz online  
Stary 11-05-2020, 20:57   #8
 
Turin Turambar's Avatar
 

Młody Rohirrim wziął kufel z piwem w dłoń. Nie mógł sobie wyobrazić w jaki sposób ten dzień mógłby stać się jeszcze lepszym. Wczorajsze troski odchodziły w niepamięć, zastępowane przez nie nadzieję, ale wręcz pewność, że jutro będzie już tylko lepsze.
Gdzie by się nie obejrzał, czego nie usłyszał - wszędzie same pozytywne wieści. Pieśń Ulfura się wspaniale w to wszystko komponowała. Zresztą, niech się opróżni kilka piw, a Rhuné do niego dołączy. To był wieczór, który im się wszystkim należał… Choć delikatnie czuł zazdrość wobec oddziału z Harrowdale, z chęcią byłby już w siodle w drodze do Zachodniej Marchii. Dunlendingowie czy wargi nigdzie nie uciekną w ciągu jednego dnia. A nawet jeśli, to będą ich tropić bez wytchnienia!
Tymczasem jeszcze raz spojrzał po swoich nowych towarzyszach. Nic dziwnego, że byli głównym tematem toczących się rozmów. Egzotycznej urody elfka… Chyba była pierwszą istotą z Starszej Rasy, jaką syn Rhudela spotkał w swoim życiu. Nie wiedział co o niej myśleć. W jego domu nie poświęcano im zbyt wiele rozmów czy opowieści. Występowali w nich oczywiście, ale raczej jako dawcy wiedzy, istoty z dalekich krain. Niezbyt pokrywało się to wtedy z jego zainteresowaniami. Pamiętał tylko, że rasa królewskich maeras pochodziła od wspaniałych stadnin prastarych elfów sprzed wieków.
Elfka wydawała się jednak czuć mniej zagubiona od eleganckiej pani z Gondoru, która w karczmie pasowała odrobinę jak pięść do nosa. Nosiła się zupełnie inaczej niż spotykane przez Rhuné’a do tej pory kobiety. Młodzieniec nie miał wszakże nic przeciwko tej nowej modzie, wręcz przyklasnął by temu, by i Eorlingowe córy tak się ubierały. Jednak w tym momencie czuł się nieco onieśmielony, nie zwykł przebywać w otoczeniu wysoko urodzonych.
Czarnowłosy mężczyzna, na pewno starszy i bardziej doświadczony od syna Rhudela wydawał się wymieniać niekoniecznie przyjazne spojrzenia z kompanią Ulfura. Uprzedzenia innych Rohirrimów wobec niego były dla Rhuné śmieszne. Zresztą on sam był chyba jedynym Eorlingiem w karczmie, który niekoniecznie pałał nienawiścią do Dunlendingów.
Dlatego miał szczere nadzieje, że zostaną wraz z Rogaczem wiernymi sobie towarzyszami broni.
Najbardziej swojsko spośród nich wyglądała młoda dziewczyna z Leśnego Ludu. Gdyby nie obce szaty, na pewno zostałaby wzięta za jedną ze swoich. Widać było jak chłonęła wszystko co się działo dookoła i Rhuné poczuł wielką chęć by ją wesprzeć na duchu. Brak towarzystwa jej wielkiego psa zdecydowanie sprawiał, że wydawała się bardziej dostępna. Dlatego też uśmiechnął się do niej szeroko i podniósł wreszcie swój kufel z piwem, by stuknąć się nad stołem z nimi wszystkimi.


 
__________________
Show me again... The power of the darkness... And I'll let nothing stand in our way.
Turin Turambar jest offline  
Stary 20-05-2020, 23:29   #9
 
Efcia's Avatar
 

Eiliandis pieśni barda nie słuchała bo czysty, głęboki głos, jakim Ulfur mógł się pochwalić i wpadająco w ucho medlodia nie mogły przyciągnąć uwagi gdy słów się nie rozumiało. Równie dobrze ex-minstrel mógł o strzyżeniu owiec śpiewać.
Dlatego znad kufla piwa, które jej wcześniej postawił Rogacz, przyglądała się z zaciekawieniem swoim nowym towarzyszom. Bo towarzystwo było nader ciekawe.
Z wyjątkiem jasnowłosego mistrza koni wszyscy byli cudzoziemcami. To było ciekawe, dlaczego nie starał się ze swoimi trzymać.
Dla reszty członków ich drużyny to było dobre. Mieli kogoś kto znał te ziemie. Kogoś kto będzie potrafił wskazać im drogę. Ponieważ dobry przewodnik to podstawa każdej wyprawy.
- Co możesz rzecz nam o tym wszystkim mości panie… ? - Tu uzdrowicielka zamilkła na chwilę ponieważ Rohirrim nie przedstawił się. A przynajmniej w całej wrzawie na placu ona imienia nie dosłyszała.
- Rhuné syn Rhudela - odparł młodzieniec i ponownie się uśmiechnął. Miał dzisiaj świetny humor. - A w sprawie… naszej wyprawy i tego wszystkiego - machnął ręką na karczmę. - Możemy tylko dziękować, że mamy tak mądrego króla. Jakby wiedział co trapi ten kraj w każdym z jego najdalszych zakątków!
Elfka, która do tej pory z zainteresowaniem przysłuchiwała się pieśni Ulfura, odstawiła kufel pitnego miodu i spojrzała po pozostałych.
- Skoro już o tym mowa, to czy mamy jakiś plan kiedy dokładnie zamierzamy wyruszyć? Nie ukrywam, że dobrze byłoby wiedzieć o tym z odpowiednim wyprzedzeniem, by przygotować się do podróży. Jeszcze dzisiaj, jutro o bladym świcie czy może za kilka dni?
- Myślę, że nie powinniśmy mitrężyć zbytnio czasu i ruszyć z pierwszym świtaniem. Podróż do granic Zachodniej Marchii zajmie nam ze dwa dni, jeśli pogoda dopisze.
Ciemnowłosy w trakcie pieśni nie przestawał zabawy monetą, przebierając nią między knykciami i wpatrując się w zmieniające się oblicze starego króla i konia Eorlingów.
- Na złapanie sprawców na gorącym uczynku i tak już za późno. Skąd ten pośpiech zatem mistrzu koni, Rhuné?
- Każdy dzień zwłoki, to dzień więcej wolnego hasania najeźdźców. Może się tak zdarzyć, że rzeczywiście trafimy na owy gorący uczynek - stwierdził syn Rhudela.
- Do wyprawy tej należy odpowiednio przygotować się - uzdrowicielka wypowiedziała starą prawdę. - Inaczej napotkawszy najeźdźców niewiele uczynić będzie można - ona sama wolałaby jeszcze dzień czy dwa spędzić pod prawdziwym dachem i wyspać się w prawdziwym łóżku.
- Najlepiej jak ruszymy o świcie - odezwała się blondynka z warkoczami, która do tej pory milczała, bo zajadała się zamówioną strawą jakby nie jadła przynajmniej dwa dni. - Wyśpimy się, najemy a i tak dogonimy tamtych, bo nasze konie będą miały lżej - popatrzyła po swojej drużynie. - My trzy - wskazała palcem po kolei siebie, elfkę i damę - będziemy małym ciężarem dla wierzchowców, a jak jeszcze wasz bagaż - tym razem palcem pokazała po dwóch mężczyznach - rozdzielimy na nasze trzy konie to i waszym będzie znacznie łatwiej i będziemy szybsi.
- Nie ma tegoż ekwipunku znowu tak wiele panno... - Rogacz zawiesił przez chwilę rozbawiony ton jakby szukając w pamięci, czy leśna panna odkryła swe imię, ale nie rzucał pytającego spojrzenia domagającego się dokończenie i kontynuował - Dadzą mi konika ci-sawego… Da sobie radę. Bardziej się martwię o tego kudłacza, czy za końmi nadąży...
- Skoroć jednak pilno. To niechaj będzie. Ze świtaniem - oznajmił tonem jakby ta decyzja od niego ostatecznie zależała - Szkoda aczkolwiek. Chętniej bym wieczór wydłużył. Taka z nas gromadka, że rad posłuchał. Co kogo do tego stołu przywiodło gdzie siedzimy - wziął duży pełen satysfakcji łyk piwa i wyciągnął przed siebie nogi rozsiadając się biesiadnie - Pijemy. I ramię w ramię możliwe, że krew przelejemy. Dla sprawy obcego króla. Prawie obcego.
- To bardzo dobra decyzja, nie ma co zwlekać za długo - przytaknęła elfka, uśmiechając się łagodnie, po czym ponownie przeniosła wzrok na wciąż występującego Ulfura.
- Grim może niejest tak szybki jak suka, ale za to mocarniejszy i niezmordowany w biegu - zapewniła łuczniczka o przydatnych cechać swojego wilczarza, a w ustach wciąż jeszcze przeżuwała kęs pajdy chleba. - A właśnie - przypomniała sobie o czymś. - Mówcie mi Sikorka - przedstawiła się w końcu.
- A zatem ustalone, że skoro świt wyruszamy - Eiliandis podsumowała tę część ustaleń. - Spotykamy się przed "Domem Cepy"? - Zapytała. - Czy na placu przed domem Rządcy? To z pewnością zależne od tego gdzie kto noc spędzać będzie.
- Dopiero dziś rano przybyłem, nie wiecie czy znajdzie się jeszcze tutaj miejsce na nocleg? - dopytał Rhuné.
- Niestety - uzdrowicielka rozłożyła ręce w geście bezradności. - Karczmarza najlepiej zapytać.
- Dobrze, więc pójdę się z nim rozmówić póki jestem w stanie utrzymać się na nogach o własnych siłach - młody Rohirrim podniósł się z ławy zabierając ze sobą pusty już kufel i zaczął przeciskać się przez tłum w kierunku karczmarza.
- Lepiej dla wyprawy gdy i o własnych nogach do łoża później trafić - zauważyła delikatnie Eiliandis.

- To zaciągnie się go do stajni to i rano bliżej do konia będzie miał - zaśmiała się Sikorka.
- Tylko żeby miał kto to zrobić - Gondorianka zachichotała wyobrażając sobie, nie wiedzieć czemu, jak to blondwłosa kobieta ciągnie rosłego Rohirrina do stajni.



Wieczór w barwnym towarzystwie dobiegł końca. Pojedli. Popili. Poznawali. Rano mieli się spotkać i ruszyć w drogę.
Eiliandis wcześniej z towarzystwem pożegnała się. Jeden kufel, i to jeszcze postawiony przez czarowłosego mężczyznę, jej wystarczył. Wszak umysł chciała mieć jasny. Zostawiła rozbawionych gości gospody i udała się do izby, którą wynająła nie tak dawno temu.
Liczyła wprawdzie na dłuższy pobyt w tym miejscu, ale przyjęła królewską monetę i zgodziła się wyruszyć w dalszą drogę. Co prawda niektóre, zwłaszcza te mniej parlamentarne, części ciała protestowały. Ale i na nie miała sposoby.
Już wcześniej zamówiła sobie kąpiel. Więc balia z gorącą wodą czekała.
Leżąc w gorącej wodzie mogła przemyśleć kilka spraw.
Sama wypraw była jej na rękę, chociaż nie tak wcześnie. Była to doskonała okazja by poznać bliżej lud mistrzów koni. Zebrać potrzebne informacje. Bo siedząc na miejscu i słuchając pieśni nie dało się tego zrobić.

Eadweardowa córka ze zdziwieniem stwierdziła, że wsłuchuje się docierający do niej głos herszta najemników był mimo wszystko przyjemny. I nawet gdy niezrozumiało się słów jego moc porywała. Co nieco kontrastowło z głośnym sposobem bycia Ulfura i jego towarzyszy.
Co z kolei przywiodło jej na myśl jej własnych towarzyszy. Zaskakującą mieszankę ras i kultur. Ale jak każdy dobry uzdrowiciel wiedział mieszanki różnorakich ziół lepiej pomagały niż pojedyncze rośliny. I właśnie dlatego w tej różnorodność Eiliandis wpatrywała ich siłę.

Gdy wychodziła z balii woda była już prawie zimna. Uzdrowicielka pozwoliła sobie na nieco dłuższą kąpiel niż planowała. Przed snem sprawdziła jeszcze swoje zapasy i udała się na spoczynek by nie spóźnić się na umówione spotkanie.

 
__________________
- I jak tam sprawy w Chaosie? - zapytała.
- W tej chwili dość chaotycznie - odpowiedział Mandor.

"Rycerz cieni" Roger Zelazny

Ostatnio edytowane przez Efcia : 21-05-2020 o 10:29.
Efcia jest offline  
Stary 21-05-2020, 13:08   #10
 
Pan Elf's Avatar
 

Spotkanie w karczmie minęło szybko i, co najważniejsze, bardzo przyjemnie, pozostawiając po sobie dobre wrażenie oraz budząc nadzieję na owocną współpracę. Yáraldiel przez większość czasu milczała, przysłuchując się pieśni mężczyzny zwanego Ulfurem. Jego głos, choć zupełnie inny od tych, do których była przyzwyczajona przez setki lat spędzonych w Złotym Lesie, był naprawdę piękny na swój szorstki, zaprawiony w boju sposób. Lecz choć pieśń była piękna i atmosfera w Domu Cepy raczej biesiadna, na twarzy Yáraldiel pojawił się wyraz zatroskania. W odczuwaniu rozciągającego się po Śródziemiu mroku nie różniła się niczym od swoich pobratymców, którzy zostali w lesie Lórien. Czuła to na każdym kroku. Dziwne, niepokojące uczucie w okolicach karku, które dawało o sobie znać w najmniej spodziewanym momencie.

Rozpogodziła się jednak, kiedy swoją uwagę zwróciła ku towarzyszącym jej przy stole osobom i ich rozmowie. Wydawało się, że wszyscy tworzyli dziwną zbieraninę i Yáraldiel przeczuwała, że nie tylko po jej głowie krążyła ta myśl. Czy zebrał ich razem przypadek, czy może było to coś zgoła innego? Możliwym było, że ich ścieżki już dawno zostały usypane w ten sposób, by właśnie tego dnia skrzyżowały się ze sobą w Edoras. Elfka uśmiechnęła się. To była całkiem pokrzepiająca myśl. Zupełnie jak pitny miód, który złocił się w jej kuflu.
Podniebienie elfiej panny przyzwyczajone było raczej do zupełnie innych trunków jakimi raczyli się elfowie ze Złotego Lasu. Po raz pierwszy miała okazję spróbować pitnego miodu rohirrimów i od razu się w nim zakochała. Kolorem przypominał jesień w Lothlórien, kiedy to liście drzew zmieniały swój kolor na złocisty i zostawały takie aż do wiosny.

Yáraldiel znów się zamyśliła, choć dalej część uwagi poświęcała rozmowom swoich towarzyszy. Myślami jednak powróciła do swojej ojczyzny, do królestwa Galadrieli i Celeborna. Przede wszystkim jednak do Haldira, któremu oddała swoje serce i za którym często tęsknie spoglądała w kierunku, gdzie znajdowało się Lothlórien. To dzięki niemu mogła teraz bez przeszkód porozumiewać się we wspólnej mowie. Ciekawym było, jak zawsze zazdrościła jemu i jego braciom wszelkich podróży poza granice lasu i dziwiła się, że wyruszali bardziej z obowiązku niż z przyjemności. Teraz, spędzając kolejny miesiąc w Edoras, zaczynała rozumieć ich postawę, bo samej jej było tęskno za leśnymi ścieżkami, kąpielami w jeziorach czy nocami spędzonymi pod rozgwieżdżonym niebem z wybrankiem jej serca.

Gdy towarzystwo ustaliło, że wyruszą wraz ze świtaniem, Yáraldiel dokończyła kufel złocistego miodu i wstała od stołu, prostując się dumnie jak to tylko elfowie potrafili. Uśmiechnęła się jednak łagodnie, co za każdym razem osładzało jej wizerunek.
- Zatem, skoro postanowione, udam się rozpocząć przygotowania do jutrzejszego poranka. Śpijcie dobrze i zaopiekujcie się Rhuném, by nie wypił zbyt wiele.
Jak powiedziała, tak też zrobiła. Poza spakowaniem niezbędnych rzeczy, przygotowaniem siodła i oporządzenia, miała zamiar zabrać Sirdala na wieczorną przejażdżkę, by rozprostował kopyta i był gotowy do jutrzejszej podróży.

 

Ostatnio edytowane przez Pan Elf : 21-05-2020 o 13:12.
Pan Elf jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:31.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168