Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-06-2020, 07:09   #1
 
Fenrir__'s Avatar
 
[Savage World] Upadek Asturii

Realia i główni bohaterowie neutralni - LINK

==============================

Mamy rok 24 nowej ery panowania Sułtana Czerwonego Słońca. Znajdujemy się na ostatnim postoju przed dotarciem do Asturii. Dostałem polecenie od mojego Pana by udokumentować upadek Asturii na cześć i chwałę wezyra Aliba Hal Vourata będącego karzącą ręką samego Sułtana. Podążamy na czele niezliczonej armii orków, goblinów, ludzi i czarnych elfów na podbój wiecznego miasta, które upadnie pod potęgą Sułtana jak i cały świat….Jest nas wielu i zgnieciemy ich jak robaki Goto. Ich twarda skorupa murów pęknie i wysysamy z nich słodkie sok…. Głowy ich mężczyzn ozdobią pale przy drodze prowadzącej do miasta ich kobiety będą płakać u naszych stóp gdy będziemy pożerać ich dzieci. Wpierw upadną wrota pustynie, później całły świat!
Maliv lut Halib - Kroniki upadku Asturiii

Khalim wspiął się na wydmę. Jego wierzchowiec był koniem medyjskim czystej krwi. Siwe umaszczenie charakterystyczne uszy z piórkami, duże nozdrza wąski nieco wydłużony łeb, długa grzywa i ogon o długim włosiu sięgającym niemal piasku. Topaz zarżał cicho i szarpnął łbem gdy dotarli na szczyt. Z jego nozdrzy buchała para. Noc była zimna, a on pogonił konia oddalając się od orszaku. Khalim poklepał po karku swojego wierzchowca spoglądając w dół. Przed nim rozpościerała się Asturia.

Już z daleka widać było łunę bijącą od tego miasta. Nazywanego bramą pustyni, znał to miasto i wiedział, że ono żyło od świtu do świtu. To miasto nigdy nie spało tym bardziej teraz, gdy na równinie przed nim rozpościerała się szeroka fala okupującej miasto armii. Na niebie wysoko nad nimi czerwienił się zachodzący pomału księżyc zbliżający się do pełni.

Usłyszał obok niego charakterystyczne pojękiwania Kutry. Te podobne do wielbłądów wielkie stwory drażniły Khalima. Były rzadkością na tych ziemiach. Sprowadzili je dopiero Orkowie po podboju Medii. Nie musiał czekać długo, gdy zza załomu szczytu wydmy wyłoniła się olbrzymia postać jeźdźca dosiadającego jeszcze bardziej olbrzymiego wierzchowca. Długa owłosiona gęstym i twardym włosiem szyja kutry kończyła się paskudnie wyglądającym olbrzymim łbem o płaskim pysku pełnym zębów. Gęsta, różowawa, spieniona ślina kapała z chrap bestii. Na łbie miała założony stalowy ochraniacz opadający nitowanymi płytami aż na gruby kark.Oczy bestii zasłonięte były metalowymi ażurowymi płytami. Przez które bestia niewiele widziała.
Khalim niewiele wiedział o Kutrach, ale jednego szybko się domyślił. Były to bestie uparte, silne i złośliwe. Do ich hodowli i ujeżdżania trzeba było twardej ręki i grubego zakończonego zębatą końcówką bicza. Po takiej tresurze te potwory były równie niebezpieczni jak dosiadający ich jeźdźcy. A ten który siedział w wysadzanym klejnotami siodle należał do jednych z najgroźniejszych ludzi jakich znał Khalim.

Wezyr Vourat był potężnym ogrem. Na głowie miał pełnym zdobiony hełm, z którego zwisała długa czerwono złota kita świadcząca o jego pozycji. Jego potężne stalowe naramienniki ozdobione były złotymi kolcami sterczącymi w każdą stronę. Goła pierś i ramiona odsłaniały zwały mięśni. Opasany był szerokim pasem plecionym z drobnej kolczugi i spiętej szeroką i wysoką stalową płytą z złotymi inskrypcjami. Wokół nóg układała się ciężka kolcza Bafatri - ciężka kolczuga opadająca z przodu i z tyłu z rozcięciami po bokach. Wystawały spod niej nogi w strzemionach obute w pancerne nagolennice również najeżone pozłacanymi kolcami. U sidła w specjalnym uchwycie spoczywała włucznia. Dla ogra była za pewne krótką włócznia o szerokim ząbkowanym ostrzu długości niemal metra i 2 metrowym drzewcu. Po drugiej stronie siodła Khalim widział długą rękojeść potężnego dwuręcznego falchiona o szerokim na dłoń ostrzu i niemal dwa razy szerszym piórze. Vourat był właśnie znany z tego ostrza. Zwanego zrywaczem głów… Ściął nim własnoręcznie już ponad 100 przeciwników.

Vourat nie odezwał się. Zatrzymał się koło maga, górował nad nim. Medyjski wierzchowiec zarżał niepokojąco i odsunął się od bestii. Khalid sam się delikatnie odsunął. Zapach kutry był charakterystyczny i przypominał Magowi coś na kształt połączenia kwaśnego mleka z moczem.

Ciszę przewało powarkiwanie kolejnego potwora który wdrapał się na wydmę. Olbrzymia kula długiego szorskiego futra wdrapała się na wydmę. Stwór był wielkości jego konia, ale przeszło dwa razy szerszy. Nie miał praktycznie szyi, ale z boków wielkiego świńskiego pyska wystawały dwa długie na metr kły delikatnie zaokrąglone. W najgrubszym miejscu miały grubość jego uda. Gdzieś w połowie kłów założono na nie złote obejmy ozdobione kamieniami szlachetnymi. Na wierzchu besti siedział kolejny milczący ogr. Nie posiadał hełmu, jego łysa czaszka przecięta była paskudną blizną biegnącą poszarpanym wgłębieniem niemal przez całą czaszkę i kończącą się tuż nad prawym okiem.

Khalim czytał o Myrmidronach. Były to zwierzęta ze skalistej równiny na dalekim zachodzie. Skąd pochodziły trolle. Wielki dzik charczał a jego potężne racice wzbijały tumany piachu. Khalim wcześniej tego nie zauważył ale jego wierzchowcowi brakowało paru zębów. Oboje byli weteranami niejednej bitwy.

Wtedy dopiero Vourat się odezwał. Głos miał chrapliwy a pełen hełm niewiele pomagał. Język orków pełen spółgłosek Khalimowi zawsze sprawiał trudności w rozumieniu, szczególnie gdy używały go Ogry, które miały tendencje do strasznego seplenienia i przeciągania głosek nosowych. Dopiero gdy się wsłuchał zrozumiał o czym mówi wezyr.

- Atakują idioci… Musieli nas zobaczyć. To szczyt głupoty i desperacji w wykonaniu Hesusa Gutaara. - Wezyr splunął w bok. Khalim obejrzał się za siebie. Zza wydmy z boku wyłaniały się pierwsze oddziały ich armii. Maszerujący w ponurym milczeniu nieśmiertelni. Duma Medyjskiej myśli wojskowej. Elitarne oddziały ludzi pozbawionych imion wiecznie noszących maski demonów na twarzach. Szkoleni od dziecka i gotowi umierać na rozkaz. Zza nimi maszerowała zwarta formacja goblinich pikinierów. Mniej karni i zdyscyplinowani ale nieprzebrany las włóczni mówił sam za siebie. Khalimowi przypomniała się lekcja której udzielił mu kiedyś Berzhad…


***

Stali w kamiennym laboratorium Berzhada w podziemiach pałacu wezyra. Było tutaj przyjemnie chłodno. Ściany ozbadiały przecudnie tkane gobeliny ze scnami z różnych baśni podań i mitów. Podłogi zaścielały cudownie tkane dywany. Berzhad siedział w swoim olbrzymim fotelu, a młody Khalim przysiadł na krawędzi olbrzymiej pufy. Stary mag mówił

- Zapamiętaj sobie mój uczniu jedną ważną zasadę, która powinna ci towarzyszyć przez całe życie. Nie liczy się ilość ale jakość. Jedna celna strzała wymierzona w wrogiego władce szybciej zakończy wojnę niż tysiąc strzał wypuszczonych na oślep przeciwko jego armii… - Khalim potakująco skinął głową. Myśl jego nauczyciela była trafna - Ale!... - jego mentor nagle podniósł głos i palec do góry - Z drugiej strony ilość jest jakością sama w sobie…
- To znaczy? - zapytał nie do końca rozumiejąc uczeń
- Jeśli w tego samego władcę poślemy tysiąc strzał najlepszy medyk nie będzie go w stanie uratować. - Berzhad uśmiechnął się ze swojego dowcipu… zupełnie jakby coś sobie przypomniał….
***

- Noc to czas umarłych… - z zamyślenia wyrwał go aksamitny cichy i wibrujący głos… Odwócił się i zobaczył. Jiri otoczoną czarnym płaszczem siedzącą na czarnym koniu. Jej włosy spięte czarną kościaną spinką opadały białymi kaskadami na ramiona. - Czuje zapach śmierci dodała zaciągając się chłodnym nocnym powietrzem.

Khalim spojrzał w dół i zobaczył jak z potężnych białych murów Asturii unosi się zielona mgła, która kłębiąc się blisko ziemi pchana podmuchem od morza kierowała się stronę szarżujących orków.

- Oddech ozyrysa
- szepnął cicho Khalim..

- Co tam mamroczesz człowieku - warknął Vourat

- Oddech Ozyrysa - dodał jaśniej Khalim - To swego rodzaju trujące powietrze. Magia boga śmierci… kto będzie nim oddychał umrze… Chyba że …

- Chyba że co!? - wciął się poirytowany wezyr

- Chyba że już jest się martwym i się nie oddycha - Mag wskazał palcem na jedną z niewielkich bram która się otworzyła i z twierdzy wyłoniła się grupa białych postaci, która szybko zniknęła w zielonkawych oparach. - Wieczny zastęp… Lub jak to nazywają medyiczycy Mumie.

Khalim przełknął ślinę, próbując skupić się, nabrać pewności siebie i klarowności myśli. Oto w końcu nadeszła długa oczekiwana chwila, kiedy mógł dokonać pomsty na Asturii za upokorzenie i wygnanie, które przed laty spotkało jego rodzinę. Powinien być radosny… jednak cały czas nie mógł przyzwyczaić się do nowych sojuszników - te drapieżne spojrzenia krwawych elfów, jakby mieli ochotę skosztować jego ciała, brutalna arogancja ogrów i dzikość ich stworzeń, którym nie ufał - nawet ich wierzchowce go nie lubiły. Jeszcze kilka lat temu Sułtanat był przecież największym wrogiem Medii. Ale teraz nie był czas wątpliwości….czyż nie był potężnym magiem, najbardziej uzdolnionym z uczniów Barzhada? Musiał dopilnować by wszyscy inni to ujrzeli…..

- Asturyjczycy sięgają po swoją najpotężniejszą magię, to objaw desperacji - stwierdził buńczucznie.
- Skoro nadciąga ku nam chmura trującego powietrza proponuje wystawić na 1 szereg gobliny, ich najmniej będzie szkoda. W międzyczasie wraz z pozostałymi magami spróbuje rozproszyć Oddech Ozyrysa.

Vourat pokręcił głową i powiedział.

- Hesus Gutaar poniesie tutaj klęskę. Desperacja jest nie po stronie Asturii ale po stronie Gutaara. On w przeciwieństwie do ciebie człowieku - dodał z niesmakiem - doskonale sobie zdaje sprawę, że nie przyjechaliśmy tutaj go wesprzeć ale by go zamienić. Poza tym, nie mamy zapasów by utrzymać tak dużą armię na pustyni. Więc poczekamy tutaj i odpoczniemy. Obserwując rozwój wypadków. Chyba, że kontyngent z Medii chce dołączyć do upadku Gutaara? - nie czekajac na odpowiedź podniósł rękę i zawołał - JABO!


- Słucham Panie? - rozległo się z boku, Khalim nie dał po sobie znać. Ale ponownie alchemik podszedł tak że go nie zauważył. Stał teraz obok swojego Wezyra z głową pochyloną w uniżonej pozie. Jego szerokie obszerne szaty spływały falami na piach. Głowę miał odsłoniętą. Jego paskudny pysk ozdobiony był kościanym diademem przypominającym smoka obejmującego jego nie kształtną czaszkę.
- Przygotuj Kalivu, Poleci do Sułtana, trzeba go poinformować o porażce Gutaara.


Khalim przeniósł czujne spojrzenie pomiędzy Wezyrem a Alchemikiem, kolejną obmierzłą kreaturą której obecności wcale sobie nie życzył. Nie mógł pozwolić sobie na nawet chwilę rozluźnienia pomiędzy jego nominalnymi sojusznikami, każdy tutaj czekał na potknięcie drugiego. Nie został też wysłany przez jego Mistrza by doprowadzić do rzezi medyjskiego kontyngentu, czas na wykazanie się i pomstę na asturyjskich kapłanach jeszcze nadejdzie….. lepiej by ginęło mięso armatnie Sułtana niż medyjscy żołnierze.

Skłonił się przed Wezyrem.

-Kim jestem aby kwestionować twoją mądrość, mój Wezyrze? Skoro rzekłeś że Gutaar poniesie klęskę zanim jeszcze bitwa się rozstrzygnęła, pozostaje mi jedynie przyjąć to jako pewnik. Zgadzam się że powinniśmy odpocząć i potem może uderzyć na osłabionych bojem Asturyjczyków, zgodnie z twoim planem. W takim razie jeśli pozwolisz, oddalę się do moich ludzi i użyję mojej sztuki, by dowiedzieć się więcej o siłach przeciwnika. - Wzruszył ramionami, mając nadzieję, że Vourat nie odbierze jego słów zanadto ironicznie….*

Khalim zawrócił konia kierując się w stronę zbliżającego się Zahara. Wojownik medyjski ewidentnie nie trawił czarnokrwistych i wolał się trzymać od nich z daleka. Gdy zobaczył zbliżającego się maga ściągnął lejce swojego wierzchowca zatrzymując się w pół drogi.

Do uszu Khalima dotarły zaledwie fragmentaryczne słowa jakie Vourat dyktował ogromnego sępowi, który wylądował koło niego. Khalim znał te ptaki, to kolejne twory olczych alchemików. Te potwory nie tylko potrafiły rozszarpać człowieka w pełnej zbroi a do tego lecieć bez przystanku całymi dniami to jeszcze bez pomyłki potrafiły słowo w słowo odtworzyć powierzoną im wiadomość. Tyle, że śmierdziały tak jak truchło, którym uwielbiały się żywić. Khalim wolał się trzymać od tych potworów w pewnym dystansie. Sens słów ogrzego wodza był jednak jasny. Gutaar okazał się niegodny zaufania sprzeniewierzył powierzoną mu siłę.

- Atakujemy? - zapytał sucho Zahar. Khalim pokręcił głową. Zahar potratkował to jako dobrą wiadomość i zwróciwszy konia ruszył razem z Khalimem w kierunku oddziałom Medii.

Khalim patrzył ponuro na koniec bitwy. Wstawał świt. Gutaar podjął jeszcze 2 szalone szarże. Obie kończyły się tak samo. Totalną klęską. Zielona mgła wysysała życie z nawet najpotężniejszych wojowników. A potężne mumie walczyły zaciekle dobijając osłabionych wrogów.

Ostatnia szarża dobiegała końca. Gdy świt wstał już na widnokręgu. A pierwsze podmuchy mocniejszej bryzy z nadmorza niemal natychmiast rozwiały zielonkawą mgłę. Mumie się wycofały dopuszczając wroga pod mury, gdzie fala strzał zatrzymała go. A strumienie gorącej oliwą powstrzymały tych najtwardszych, którzy zapędzili się pod mury. Strumienie tryskały z dziwnych dysz, które wysunęły się z szczelin w murze.

To wiatr jest głównym wrogiem mgły. Rozpuszczanie jej za dnia nie daje takich efektów, przez bryzę, znad morza. Za dnia wystawiają łuczników. Mają machiny tych niskich stworów. Nazywają ich Gnomami. Ich alchemia jest techniczna w przeciwieństwie do Orczej alchemii, która jest bardziej organiczna. Czyli pogłoski się potwierdziły i Asturia ściągnęła najemników i inżynierów, którzy umocnili jeszcze bardziej to miasto.

Świt ukazywał coraz więcej szczegółów. Orki przegrały z kretesem. Wszędzie było pełno ich zwłok, A obandażowanych nieumarłych z Asturii niemal nie było widać w zwale trupów. Czyli to nie była desperacka obrona. Oni doskonale wykorzystali posiadane zasoby. Szturm przez mgłę nie miał najmniejszych szans. Połączenie mgły i potężnych mumii wystarczyłby żeby powstrzymać nawet jeszcze liczniejszą armię.

Za dnia otwarty teren wokół budowli gwarantował doskonałe pole ostrzału. Mimo odcięcia drogi lądowej od strony morza mogły cały czas docierać transporty, zapasami i nowymi najemnikami.

Orki nie miały jednak wystarczającej floty by odciąć to miasto. Szczególnie gdy wejście do portu bronione było potężnymi balistami i trebuszami. Te machiny pamiętał jeszcze z dzieciństwa.

Olbrzymie orcze gallery musiały trzymać się z daleka od wejścia do portu i nie miały szans dogonić szybkich krasnoludzkich żaglowców. Które przemykały niemal pod ich nosem.

Oblężenie, to potrwa więc nie do czasu aż skończą się im zapasy, a dopóki będą mieli złoto, a bogactwo Asturii jest nie do opisania. To oblężenie potrwać może naprawdę długo.

Całonocne rozważania maga przerwał jednak orczy wojownik, przez którego Wezyr wzywał go by towarzyszył mu gdy będzie wjeżdżał do obozu wroga.

Khalim wiedział, że lepiej wezyra nie denerwować, więc dość szybko zebrał się i pognał konia by dogonić prowadzącą grupę dowódców. Byli tam wszyscy, począwszy od wezyra przez tą elfią wiedźmę, przez przeklętego naczelnego alchemika po jakiegoś gobliniego przydupasa z bardzo długim prostym wąsem. Który jechał w rydwanie ciągniętym przez dwa jaszczury.

Obozowisko Guttara było w kiepskim stanie. Wszędzie było pełno rannych. Gobliny bez nadzoru szwędały się bez celu wyjadając resztki zapasów. Większość obozowiska była opustoszała. Nad ich mieszkańcami krążyły obecnie ptaki. Część namiotów się zapadła. Wszędzie widać było ślady po szybkich przygotowaniach do walki.

Wyjechali na długi plac przy którym stał olbrzymi czerwony namiot dowodzenia. Wielki niczym pałac. Przed nim na podwyższeniu na drewnianym tronie siedział Gutaar. Olbrzymi ork wzrostem dorównujący niektórym ogrom. Był jednym z najstarszych orków jakie Khalim widział. Jego twarz była pomarszczona zmarszczkami. Kończyła się długą brodą przetykaną siwiejącymi włosami.Głowę golił na łyso pokazując szlak blizn niczym mapę z polami bitew, w których uczestniczył. Po jego bokach stało dwóch orczych wojowników w bojowych pancerzach. opierających się na dwuręcznych falchionach.

Wezyr bez słowa zeskoczył ze swojego wierzchowca i ruszył w kierunku wodza. Który siedział rozwalony na tronie. Górując nad towarzystwem

- Widzę, że sułtan wreszcie wysłuchał mojej sugestii i przysłał uczciwe odwody. Dziękuję, że doprowadziłeś zapasy mojej armii na miejsce. Nie wiem tylko po co przyprowadziłeś całą tą hałastrę ze sobą! - powiedział buńczucznie Gutar w kierunku zbliżającego się wezyra. Za którym podążył jego ochroniarz.

Khalim zdziwiony patrzył jak Vourat wspina się na podest i zatrzymuje się z pochyloną głową w lekkim ukłonie dalej bez słowa.

- Zapomniałeś ogrzy pomiocie języka w gębie… - dodał pewny siebie ork ale przynajmniej wiesz gdzie jest twoje miejsce. Ork pochylił się nieco do przodu siedząc na tronie i już unosił rękę by coś pokazać.

Gdy stoicka figura wezyra nagle niemal się rozmyła. Szerokim ruchem dobył swojej broni postawił długi krok do przodu i szerokim cięciem ściął głowę orczemu wojownikowi pióropuszem krwi ochlapując stojącego najbliżej wartownika.

Nim ktoś zdążył się zorientować. Cichy wyrywał ostrze z trzewi jednego z ochroniarzy a drugi zachlapany krwią swojego dowódcy zdążył tylko podnieść broń i cofnąć się do tyłu.
- W mojej armii nie ma miejsca dla tchórzy… Warknął Vourat i skoczył na cofającego się orka. Pierwszym potężnym cięciem zbił jego broń, niemal wytrącając mu ją z ręki. Postawił krok do przodu zataczając łuk rozpędzonym ostrzem ciął na odlew trafiając w ramię oddzielając je od korpusu końcem szerokiego pióra rozorał płytę pancerza wgryzając się w ciało. Siła cięcia była tak duża że posłała ciało ochroniarza prosto w tłum ocalałych wojowników, który zebrał się za podwyższeniem roztrącając ich na boki.

U stóp wezyra natychmiast pojawił się Jobo, trzymając nad sobą głowę orczego wodza. Czarna krew spływała strugami po wyciągniętych rękach alchemika, który uginał się w służalczej pozie.

Wezyr uśmiechnął się szeroko ciesząc sie z tak wiernego sługi i złapał za długą brodę byłego już dowódcy uniósł ją do góry i powiedział.

- To czeka każdego, kto sprzeciwia się woli sułtana! Trwoni jego zasoby i przelewa bezsensownie szlachetną czarną krew!. Od teraz ja Wezyr Vourat dowodzę tutaj a ci tam - wskazał na Khalime i resztę sztabu - to moi doradcy ich też macie słuchać jak psy swoich panów. A teraz robić porządek w tym obozie. Chcę znać status zapasów, ilosć rannych i zabitych! - Ciżba się rozproszyła. Zaś wezyr zszedł po schodach do swojej świty.

- Macie dwie godziny. Jeszcze przed południem chce was widzieć na odprawie w namiocie. Każdy ma mi przedstawić plan zdobycia tej twierdzy.

Khalim odprowadził intensywnym spojrzeniem wycofującego się Wezyra. Nikt nie będzie płakał nad tym aroganckim orczym watażką...Vourat natomiast wydawał się godny zaufania Sułtana, wiedział jak zrobić spektakl i umocnić swoją pozycję, zdecydowanie należało mieć na niego baczenie.

Podążył w stronę swojego namiotu, pogrążony w myślach. Klęska która poniósł Guttar mogła być mniej winą jego niekompetencji, a bardziej potęgi którą zgromadziła Asturia do obrony. Ale nawet ta siła nie wystarczy….w końcu nadejdzie czas by ci zadufani w sobie kapłani zapłacili za krzywdę jego rodziny….
 

Ostatnio edytowane przez Fenrir__ : 29-06-2020 o 11:44.
Fenrir__ jest offline  
Stary 29-06-2020, 18:39   #2
 
Lord Melkor's Avatar
 
Czternastoletni Khalim kulił się w namiocie ledwo wystarczającym dla kryjących się w niej osób - kobiety z dwójką dzieci oraz dwóch wiernych sług rodziny, jedynych którzy dochowali wierności po aresztowaniu głowy rodu - Khamsira, potężnego kapłana Ozyrysa. Boki namiotu kołysały się na wszystkie strony, w kilku miejscach wdarł się już piasek.
-Mamo boję się, ten piasek mnie skaleczył w rękę. Czy naprawdę musieliśmy uciekać z Asturii, co nas teraz czeka? -Zajęczała Amira, ośmioletnia siostra Khalima (jej późniejsze losy nie potoczyły się wcale źle - ostatecznie wyszła za zamożnego medyjskiego kupca).
- Nie bój się, ta burza piaskowa zaraz się skończy. Musieliśmy uciekać, bo nie wiemy czy wrogowie twojego ojca nas nie skrzywdzą, moi krewniacy w Medii na pewno nam pomogą jak tak dotrzemy….- odparła zmęczonym i zrezygnowanym głosem przytulająca dziewczynę kobieta (była to jego matka, która niestety źle zniosła trudy podróży i zmarła wkrótce po tym jak przekroczyli pustynię).

- No, ci dranie przed niczym się nie cofną, zazdrościli ojcu bo był od nich mądrzejszy i odważniejszy. A karą za herezję może również śmierć również dla rodziny skazanego, dlatego musimy uciekać - syknął kulący się w drugim kącie chłopiec, bardziej wściekły niż wystraszony.

- Uspokój, się straszysz swoją siostrę! - skarciła go matka.

- No to co, niech zna prawdę! Powinniśmy zebrać siły i pomścić ojca! Wziąłem kilka jego ksiąg, nauczę się z nich i stanę się jeszcze potężniejszy niż on był! Zemszczę się! - Khalim buńczucznie zacisnął pięść.



Minęło piętnaście lat i oto przyszedł czas by uczynił zadość złożonej wtedy obietnicy. Nie sądził nigdy, że przyjdzie tutaj u boku takich właśnie sojuszników, ale tej szansy nie mógł zmarnować. Miał zamiar przygotować się do narady u Wezyra, dobrze byłoby by medyjscy dowódcy wnieśli coś do planów. Zahar miał swoje słabości ale był kompetentnym dowódcą…. on powinien raczej zająć się zneutralizowaniem magii kapłanów, o której miał pewne pojęcie. Barzhad wysłał z kontyngentem dwójkę spośród swoich najlepszych uczniów i kilku mniej liczących się adeptów. Jhameelia była prawie tak zdolna jak on, przez jakiś czas byli kochankami, niestety ta kobieta nie była w stanie zadowolić się na dłużej jednym mężczyzną (i jeszcze była na tyle bezczelna by twierdzić że to on zdradził ją pierwszy….). Miał nadzieję dla jej własnego dobra, że nie będzie próbować wbijać mu sztyletu w plecy…. niegdyś przecież trzymali sojusz przeciwko pozostałym uczniom Barzhada, który cenił pośród swojego kręgu rywalizację. Nie miał wątpliwości, że cześć z tych którzy nie wyruszyli na tę misję cieszyłaby się z jego porażki.

Potrzebował więcej informacji - udał się do swojego namiotu, gdzie starannie narysował czarną kredą mistyczny krąg, zamknął namiot, by jak najmniej światła słoneczego wchodziło do środka, a następnie rozpalił wokół kręgu zdobione onyksem i jadeitem świece. Skupił swoją wolę, recytując formuły i próbując nawiązać kontakt ze swoim sprzymierzeńcem Merzathem, demonem zwanym Władcą Cieni.


Płomień świecy zamigotał zachwiał się. Na moment zdawało się, że płomień zgasł gdy nagle rozpalił się czarnym płomieniem, który zaczął pochłaniać wszystko dookoła. Talizman na piersi Khalima zaczął się nagrzewać. Mag czuł przepływ mocy. Czarne płomienie zdawały się wysysać resztki światła z wnętrza namiotu. Mag czuł jak całe ciepło nagrzanego namiotu gdzieś znika coś go chłonęło. Ciemność była wręcz namacalna. Wtedy tuż przed jego twarzą pojawiła się wielka uśmiechnięta paszcza pełna czarnych ociekających czarną krwią zębów i te wielkie czarne oczy. Khalima zawsze dziwiło jak wiele odcieni czerni można zobaczyć w świetle czarnych płomieni….
- Czego chcesz marny człowieku? Czego chcesz od Władcy Cieni
-Witaj, potężny Merzathie. Chyba dobrze nie poznałeś mnie w tym świetle, to nie żaden “marny człowiek” tylko ja Khalim, twój lojalny sojusznik, który czerpie moc z twojej dziedziny - czyż nie dostałeś już ode mnie wielu dusz w przeszłości, tych z których wyssałem życie? Właśnie stoję pod bramą wrogiej nam Asturii...jeśli ona padnie, na pewno nie omieszkam dostarczyć ci wielu ofiar…. - Khalim skrzyżował ręce na piersi i skłonił się lekko. Przemawiał do demona z szacunkiem, był jednak daleki od wiernopoddańczej postawy.

Wypowiedzenie imienia demona było dla niego jak smagnięcie biczem i pokazanie mu gdzie jego miejsce. Imię poczwary było niczym smycz, którą można pociągnąć.
Khalim doskonale znał tą istotę i znał doskonale nauki Berzhada. Żaden demon nigdy nie przyzna sie do służalczej roli wobec człowieka. To dla niego największe upokorzenie. Nawet jeśli zmuszony do czegoś i tak będzie udawał, że robi to z własnej woli.Demon słysząc o ofiarach oblizał się długim czarnym jęzorem i odpowiedział.
- Wiem kim jesteś człowieku! Ale twoja pewność upadku twierdzy jest nieuzasadniona. Tej twierdzy nie zdobędziecie atakując mury. Policz jak wielu czarnokrwistych leży u bram. A ilu przybyło nowych...Te mury napełnione są starą magią. Starszą niż pamięta jakikolwiek człowiek. tak potężną, że nikt nie zdaje sobie sprawy z potęgi jaką trzymają te mury. Ale obiecane ofiary i tak mi podarujesz człowieku…
-Ofiary nie biorą się z niczego, dostaniesz je bo zwyciężę. Mój triumf będzie też twoim. Co wiesz o magii chroniącej mury, czy ma ona jakieś źródło w które moglibyśmy uderzyć?- Czarownik pewnym głosem zadał pytanie. Oczy demonów sięgały daleko, szczególnie takiego który władał domeną cieni.
- Nie zdobędziecie murów. - zaśmiał się demon - Ale próbujcie. Moc tego miasta bierze się z piramid i starych rytuałów. To pakty, które przełamały granice, życia i śmierci. Pod murami płynie odnoga samego styksu. Oddech Ozyrysa to wzmocnione opary rzeki śmierci. Obrońcy są gotowi na każdy rodzaj magii jaki przeciwko nim wyślesz. Z tej strony murów nie da się ich sforsować…
-Z tej strony powiadasz...a wiesz może o jakimś tajnym przejściu albo innym sposobie które pozwoliłoby nam dostać się za mury?
- Mury są nie do przejścia. Nie lubię się powtarzać… Jeśli bramy są zamknięte i płynie pod nimi Styks żaden żywy go nie przekroczy! Męczy mnie ignorancja śmiertelników. Zauważ kto przekraczał zamknięte bramy twierdzy… Przemyśl to ignorancie! - Demon szarpnął się zniecierpliwiony w więzach. Khalim przesunął wzrok na świece, które kończyły się już wypalać. Zostało mu już niewiele czasu. Musi odesłać demona zanim wypalą się świece inaczej poczwara wyrwie się z okowów…


Mag zamyślił się nad słowami demona. Wiedział, że ta istota uwielbia mówić zagadkami. Najchętniej odpowiada na pytania tak by na nie nie odpowiedzieć. Mimo to, jego krąg był idealny demon nie mógł kłamać. Merzath się niecierpliwił. Ale wtedy do niego dotarło. Mumie już nie żyją. Żaden żywy wojownik nie opuścił murów miasta! Ale skoro demon mówił, że bramy nie zostały otwarte, to znaczy, że te niewielkie bramy prowadzą nie do miasta, ale skoro nie do miasta to gdzie… Myśli napływały jedna po drugiej… Słyszał o labiryntach, które ciągnęły się pod murami… W tych labiryntach oddech ozyrysa się na pewno nie rozwieje… Nikt żywy nie przejdzie przez mury o ile ktoś nie otworzy bram… Słowa demona stały się jasne. Już miał coś powiedzieć ale jeszcze jedna rzecz przyszła mu do głowy. “Mury są nie do przejścia” Ale mury nie ciągną się dookoła. Od strony morza jest przecież port!.

Khalim w zamyśleniu studiował słowa demona, po czym wyszczerzył się triumfalnie, kiedy zrozumiał ich znaczenie.

-Rozumiem już demonie, choć starasz się mówić zagadkami. Żywi nie przejdą bez otwarcia bram….myślę że w tej sytuacji powinniśmy uderzyć od portu...czy przygotowano tam dla najeźdźców jakieś szczególnie wredne niespodzianki, szczególnie magicznej natury? - Skupił wolę, by utrzymać jeszcze przez chwilę moc zaklęcia przywołującego.

- Między wieżami portu skryty jest magiczny łańcuch człowieku. Nie do zerwania przez taki ochłap mięsa jak ty. - powiedział z jasną pogardą. Widać było, żę wraz z wypalaniem świec jego pogarda rośnie - Zdobycie tego miasta siłą wymaga potężnej magii i starej magiii oraz tysięcy ofiar. Wasza moc jest za słaba, a czarnokrwistych jest zbyt mało… - Demon szarpnął się w okowach. - Wsssssyszcy ZGINIECIE! - Demon skoczył do przodu. Khalim widział jego paszczę tuż przed swoimi oczami.


Poczuł na skórze chłód jego oddechu. Demony cieni nie pachniały. Jedynie co można było od nich wyczuć to chółd... Treningi Berzhada nie poszły w rutynę. Nawet jeden mięsień nie drgnął na twarzy maga. Jego wyraz twarzy nie zmienił się mimo bliskości bestii. Krąg działał i poczwara nie przejdzie. Mag musiał ufać swoim mocom. Wypowiedział słowo mocy. Słowo które było nie słyszalne, w obecnym świecie. Złapał je w dłoń i wykonał gest kierujący mocą. Demon cofnął się momentalnie. Kolejne słowo i gest. Świece zgasły a pomieszczenie wypełniło się przytłumionym światłem wczesnego popołudnia. Demon zniknął.

Khalim spojrzał na świeczki. Były niemal całe wypalone. Demon walczył dzisiaj zaciekle. Chyba bliskość ofiar armii Guttara dodała mu sił. Albo to stara magia murów Asturii… Ale to nic z czym by sobie nie poradził.

Czarnoksiężnik odetchnął głęboko, wyczerpany starciem z potężnym demonem. To głupie stworzenie nie rozumiało, jak cennego sojusznika w nim miało...ale taka była właśnie natura demonów. Było blisko, ale ryzyko się opłacało… zdobył cenne informacje, najwyraźniej zamiast szturmować mury powinni skupić wysiłki na porcie.. Niestety w kontyngencie medyjskim nie było floty, w tym zakresie musieli więc polegać na siłach Sułtanatu.

Zamyślony, starannie wymazał krąg przywołań (lepiej żeby taki obiekt nie pozostawał tutaj zbyt długo bez jego nadzoru, mógł przyciągnąć uwagę innych istot spoza materialnej płaszczyzny) i opuścił swój namiot. Przed naradą u Wezyra dobrze byłoby rozmówić się z Zaharem i pozostałymi dowódcami kontyngentu medyjskiego, tak aby prezentowali oni wspólny front, wyruszył więc ich poszukać.

Khalim znalazł swoich ludzi w centrum obszaru, który został oddany oddziałom medyjskim. Khalim szybko zebrał sztab.

W dusznym namiocie dość szybko pojawili się wszyscy, na których zdaniu zależało czarnoksiężnikowi.

W centrum namiotu stał Zahar w bogatym medyjskim stroju szlachcica z nachmurzoną miną osoby oddziągniętej od ważnych obowiązków.

Tuż obok niego odziana w zwiewną cieniutką szatę ciemnoskóra Jhameelia. Z błyskiem w oczach wpatrywała się w Khalima, znała go na tyle, że widziała po nim, że wpadł na jakiś intrygujący pomysł.

W najgłębszym cieniu ustawiony zawsze tak by patrzeć na wejście do namiotu stał Baruf. Zza jego pleców wystawał kołczan a ręce wspierały się na napiętym łuku.

- Czekamy jeszcze na kogoś? - Zaczął zniecierpliwiony Zahar

-Chyba nie…- Khalim powiódł wzrokiem po zgromadzonych, włącznie z Jhameelią, której wygląd i kwiecisty zapach perfum wskazywał że powinna wybrać się raczej na bal w pałacu niż krwawą bitwę….ale pozory mylą, ci którzy ją lekceważyli nie wychodzili na tym dobrze. Następnie pewnie rozsiadł się na ozdobnym fotelu dowódcy ustawionym w centrum namiotu, nie zważając na to że nominalnym dowódcą kontyngentu był Zahir.

-Za chwilę czeka nas narada u Wezyra, Sułtanat to oczywiście nasi jakże drodzy sojusznicy ale myślę że powinniśmy trzymać wspólny front co do planów bitewnych i naszej roli w nich. Macie jakieś przemyślenia? Wszyscy widzieliśmy klęskę którą poniósł wczoraj Gutar…

- Ten atak nocą to była głupota. - Odparł Zahir - Te orcze syny więcej szkody robią niż dobrego. Głodem ich nie weźmiemy, bo miasto dostaje cały czas zapasy od morza. Mury są wysokie i doskonale bronione. Za dnia wystawiamy się na ataki łuczników na całym podejściu. Nocą dym zabija. Brakuje nam maszyn oblężniczych. Ogólnie jeśli o mój głos chodzi to równie dobrze możemy podciąć sobie żyły i nakarmić pustynię krwią tu gdzie stoimy. Atak na to miasto to samobójstwo. Nawet taką siłą jak nasza. Stos trupów musiałby sięgnąć szczytu murów by po nich się wspiąć. A i samo miasto posiada wewnętrzne fortyfikacje. Ja bym czekał na dogodną sytuację i doradzał wezyrowi uszczelnić blokadę portu.

- Nie denerwuj się kochany Zahirze - szepnęła Jhameelia z głosem tak przesiąkniętym intymnością, że Zahira aż wzdrygnęło obeszła go delikatnie muskając po potężnie zbudowanych ramionach. - Mamy po naszej stronie alchemików i potężnych magów. Powinniśmy sobie poradzić.. Czyż nie mówię prawdy o potężny Khalimie? -Jhameelia obróciła się z gracją i oparła się dłonią na piersi Zahira. - A wtedy Ty mój potężny wojowniku poprowadzisz naszych ludzi do zwycięstwa…

Khalim był pod wrażeniem Zahira, skoro zdołał się opanować pod urokiem czarownicy. Oj była to niebezpieczna kobieta….

Khalim powstrzymał uczucie zazdrości na widok swojej dawnej kochanki przymilającej się do Zahara. Ona wykorzystywała swój urok jako broń, ale te stare sztuczki nie powinny przecież mieć na niego wpływu.

-Zaiste, nie mogą zaprzeczyć, obrona Asturyjczyków jest mocna, ale wierzę że nasze siły ją przemogą. Blokada portu jest jedną z opcji, ale szybkie zwycięstwo na pewno okryłoby nas dużo większą chwałą….z informacji które zdobyłem wynika, że mury są zbyt mocne by szybki szturm mógł się powieść, a tunele pod nimi oznaczają śmierć dla żywych. Najlepszą opcją wydaje się być uderzenie od strony fortu, którego broni magiczny łańcuch - jeśli poradzimy sobie z nim droga do zwycięstwa będzie otwarta…

- Na morzu są trzy potężne galery orków. Razem z ich machinami plującymi ogniem. To zbyt mało by choć próbować przedrzeć się do portu z siłami wystarczającymi do szturmu. Łańcuch zapewne leży na dnie. poza wszelkim zasięgiem. Jak go podciągną to zablokują całkowicie możliwość wpłynięcia do portu. Nawet jak usuniecie magiczne wzmocnienia. Trzeba go będzie zerwać. Trzeba mieć do tego okute potężne okręty. Te orcze szalupy połamią się w drzazgi. Taki szturm trzeba by przygotować wcześniej. Tym co mamy przez port nie przejdziemy. Orki nie umieją w większości pływać by szturmować wpław. - zawyrokował Zahir.

- A jak liczna grupa ludzi mogłaby według ciebie przepłynąć wpław niezauważona? - Zapytał nagle Baruf wyłaniając się ze swojego konta.

Khalim spojrzał na kapitana zwiadowców z błyskiem w oku:
-Ciekawy pomysł, śmiały ale podoba mi się. Jakby grupa dywersantów przedarła się, mogłaby spróbować otworzyć bramy od środka albo zneutralizować obronę portu. Taką niewielką grupę mógłbym wspomóc swoją magią…co o tym sądzisz Zahirze?

Zahir pokiwał przecząco głową:
- Żaden czarnokrwisty nie przejdzie niezauważony. Nie mówiąc już o czarnych elfach. Bo są tak charakterystyczni, że też nie da się ich z niczym pomylić. Musielibyśmy tam wysłać kogoś od nas. Grupa musiała być jak najmniejsza. Zbyt małą siła by przejąc bramę. Musielibyśmy wysłać naszych najlepszych ludzi a szanse i tak są niewielkie. Nasi mówią ze specyficznym akcentem, mamy tradycyjny styl bycia. Rodowici Asturyjczycy od razu się poznają.

- Kochany... - Jhamellia pogładziła go po policzku - Wiem z pewnych źródeł że do Asturii ściągają kontyngenty najemników z całego kontynentu. Więc nie przesadzaj. Jest tam mnóstwo obcokrajowców. Więc nie przesadzaj, że tak trudno będzie się tam ukryć. A w zwiazku z tym, że nie brakuje tam ludzi gotowych za pieniądze zrobić wszystko być może uda się ich zrekrutować wewnątrz.

Jhamelia po raz kolejny udowadniała, że lepiej ją mieć jako sojusznika a nie wroga. Khalim przypomniał sobie w tym momencie słowa swojego demona…

“ Jeśli bramy są zamknięte i płynie pod nimi styks, żaden żywy nie przekroczy murów “

“Moc tego miasta bierze się z piramid i starych rytuałów.”

Zagadki demona zaczynały się mu klarować w głowie.

Wystarczy więc dostać się do piramid i przełamać stare zaklęcia by zamknąć odnogę Styksu. Lub otworzyć wrota. By miasto upadło. Kapitan zwiadowców był geniuszem. Tego miasta z zewnątrz się nie zdobędzie trzeba je zniszczyć od środka.

Khalim wstał z fotela i zaczął krążyć po namiocie, czując jak krew w jego żyłach szybciej płynie.

-Tak, zwycięstwo należeć będzie należeć do śmiałych i odważnych! Proponuje że ja, Jhameelia i mała grupa naszych najlepszych zwiadowców przedrzemy się do miasta i otworzymy od środka drogę dla naszych armii. Moja magia cienia pomoże uczynić naszą grupę niepostrzeżoną, a ty potrafisz przekonać słabsze umysły do prawie wszystkiego…- mrugnął zawadiacko do półelfiej czarodziejki.

-W takim razie zaproponujmy ten plan Wezyrowi, myślę że nie będzie oponować….a jeśli się nam powiedzie, chwała triumfu będzie należeć do nas!

Jhamellia cofnęła się od Zahira jakby ze strachem w oczach i zaczęła.

- Nie jestem pewna czy to dobrze ryzykować… - Khalim nie wiedział, czy ona żartuje, czy rzeczywiście się przestraszyła jego pomysłu. Jednak gdy Zahir się poderwał. Czarownik miał już pewność, że to była tylko gra.

- Wybacz magu. Ale nie pozwolę na takie ryzyko dla całego kontyngentu. Możesz iść sam jak chcesz ryzykować swoim życiem. Jestem przeciwny jednak by wszyscy kluczowi magowie ryzykowali życiem dla takiej mrzonki. Nam nie zależy aż tak bardzo na zdobyciu Asturii. Mamy raczej pomagać czarnokrwistym

Khalim nieco inaczej zapamiętał słowa Berzhada…Ale mogły one wtedy paść po to by go bardziej zmotywować. Mag przesunął spojrzenie na czarownicę.

Ta skryła się za plecami Zahira i zdawała się uśmiechać. Jej intryga była prosta i skuteczna. Od początku czekała suka by wystawił się na taką sytuację jak teraz. Wiedział doskonale, że jeśli odwróci teraz szalę i wyśle tylko ją wyjdzie na tchórza. Może się uprzeć i pociągnąć ją za sobą. W obu przypadkach zrobi sobie wtedy wroga w Zahirze a to niebezpieczny człowiek. Khalim przesunął spojrzenie na magiczny miecz wiszący u pasa dowódcy. Dlatego Jhamellia owinęła go sobie wokół palca. Jhamellia jest mściwa i złośliwa bez wahania go zdradzi po drugiej stronie murów jeśli uzna, że będzie miała na tym zysk. To samo może zrobić tutaj. Zostawiając ją i Zahira zostawia ten kram bez opieki….Z drugiej strony wsparcie jeszcze jakiegoś maga by się przydało.

Khalim spiorunował przebiegłą wiedźmę spojrzeniem. Był głupcem sądząc, że on bezinteresownie udziela mu rad. Na pewno teraz się nie cofnie i nie wyśle jej samej by realizowała jego przecież pomysł i zyskała chwałę dla siebie….z drugiej strony czy chciał na niebezpieczną misję wziąć ze sobą kogoś kto może wbić mu sztylet w plecy?

Wziął głęboki oddech i na jego twarzy pojawił się nonszalancki uśmiech:

- Oczywiście, moja droga, jeśli się obawiasz, możesz tutaj zostać i wspierać Zahira. Ja sam poprowadzę grupę, wezmę Barufa. Myślę,, że Wezyrowi spodoba się nasz śmiały plan, może też przydzieli nam jeszcze kogoś do pomocy, może nawet któregoś z twoich krewniaków, krwawych elfów? - Khalim wiedział, że pół--elfka nie lubiła rozmawiać o swoim pochodzeniu.

- W takim razie proponuje udać się na naradę do naszych czarnorwistych sojuszników, chyba że macie jeszcze coś do dodania?

***
 

Ostatnio edytowane przez Lord Melkor : 29-06-2020 o 19:03.
Lord Melkor jest offline  
Stary 27-07-2020, 13:36   #3
 
Fenrir__'s Avatar
 
Główny namiot był duszny i ciemny. Na dużym drewnianym stole stała makieta miasta uformowana z piasku. Zapewne orczy alchemicy maczali w tym palce bo ilość detali była zaskakująca, Khalim wyczuwał delikatne drgania mocy płynące od makiety. Podszedł bliżej.

Miasto widziane z lotu ptaka było piękne. Rozległe ułożone na zderzeniu pustyni i pięknego morza. Było niczym klejnot oprawiony w piękną broszę. Wysokie mury otaczały je szczelnie niczym ramiona kochanka. Dwie wysokie wieże łączące się z murami chroniły wąskiego wejścia do portu.

Nad miasto wybijały się spiczaste szczyty 3 równomiernie rozłożonych piramid. Większość budynków ginęła gdzieś w cieniu murów i piramid. Budynki też rosły w miarę zbliżania się do piramid. Te odległe były małymi zrujnowanymi przechowywalniami dla pracowników. Te najbliżej piramid, przypominały przepychem zdobień najwspanialsze pałace.

Wezyr siedział rozparty na tronie. Spoglądał nie tyle na makietę, co na zgromadzonych wokół niej.

Stał tam Khalim, za którym ustawił się Zahar z Jhameelią, najbliżej stał u stał Toy Gar Jobo Dosypując piasku z bukłaka. Jiri, stała pod dalszym słupem , w towarzystwie dwóch wojowników ze swojego plemienia. Obok tronu wezyra po lewej stronie stał Cichy po prawej Gorthag.

Panowało niezręczne milczenie. Sądząc po puchnącej szczęce orczego wodza, wstępne ustalenia raczej nie poszły po jego myśli. Mina Wezyra też nie wrózyła nic dobrego. Zapewne dlatego Jiri była tak odsunięta i starała się nie rzucać w oczy.

Chyba, że nie wpadała na żaden dobry pomysł i wolała by to inni wywołali fale wściekłości ogra.

- Mam nadzieję, że każdy z przybyłych ma jakiś błyskotliwy plan zdobycia tej twierdzy. Bo jeśli będziecie tak aroganccy jak ten orczy pomiot - wskazał na stojącego obok orczego wodza - Skończycie jeszcze dzisiaj przerobieni na karmę dla mojego Kutry. Nie chcę słyszeć o żadnym długotrwałym oblężeniu. Chcę zdobyć tą twierdzę najlepiej jeszcze dzisiaj…. - Zawiesił głos i w namiocie słychać było tylko odgłos sypiącego się piasku z bukłaku orczego alchemika. Piasku, który samodzielnie formował się w morskie fale.

Khalim stwierdził, że nie ma na co czekać. Wystąpił dumnie do przodu i skłonił się lekko przed Wezyrem.

-Nie obawiaj się o Wezyrze, albowiem mam pomysł na zdobycie tego miasta, które przez stulecia pozostało niezdobyte. Mocą mojej sztuki zdobyłem wiedzę o sekretnej magii która wspiera obrońców…. szybki szturm na mury bronione przez legion nieumarłych raczej nie zakończy się sukcesem, a tunelami pod murami żywi nie przejdą...lecz myślę, że niewielki oddział doborowych ludzi, wspieranych moją sztuką, mógłby wpłynąć niepostrzeżenie do portu i tam dokonać dywersji, otwierając naszej wielkiej armii drogę do środka…...

- Śmieszny człeczyno…
- wybuchnął Gorthag - Czerwono krwisty! - dodał nie żałując obelgi w głosie - Jak śmiesz zarzucać mojej armii nieudolność. Nie znasz się na sztuce prowadzenia wojen. Moje orki nie takie twierdze zdobywały!

- CISZA - warknął wezyr - Nie ubliżaj człowiekowi, bo ma racje. Patrzyliśmy wszyscy na wczorajszą bitwę. Widzieliśmy do czego zdolni są obrońcy. Nawet jeśli uderzymy całą siłą to po przedarciu się przez mury nie będziemy posiadali wystarczająco dużo sił by opanować miasto. Doskonale wiemy, że oblężenie trwa już zbyt długo. Co się dało zjeść w okolicy zostało zjedzone. Każdy gram pożywienia musimy transportować, a miasto ściąga posiłki. Blokada portu jest praktycznie niemożliwa. A na pewno nie takimi siłami jakimi dysponujemy. Nasze gallery są potężne ale powolne. NIe damy radę wyłapać tych niewielkich żaglówek te dostarczają zapasy i ludzi. Twój pomysł człowieku nie jest zły. Pytanie tylko brzmi kogo tam posłać.

Khalim zadumał się na chwilę, przenosząc spojrzenie pomiędzy zgromadzonych w namiocie oficerów i członków świty. Po krótkiej pauzie odpowiedział Wezyrowi:

- Oczywiście jak już powiedziałem ja jestem gotów poprowadzić oddział dywersantów, znam zaklęcia które będą w tym niezwykle przydatne. Z medyjskiego kontyngentu wziąłbym naszego kapitana zwiadowców, Ali Barufa, i kilku jego najlepszych ludzi. Pewnie moc mojej jakże utalentowanej konfraterki - wskazał na Jhameelię z błyskiem w oku - byłaby przydatna, ale ona i nasz generał Zahar zadecydowali, że przynajmniej jeden z wiodących magów powinien pozostać z głównymi siłami. Jeśli chodzi o twoich ludzi, Wezyrze, za mało o nich wiem by stwierdzić, czy mogliby być przydatni w tego rodzaju zadaniu, potrzebni byliby bardziej zwiadowcy i zabójcy niż wojownicy. Oczywiście ork lub goblin zwróci na siebie dużo więcej uwagi niż człowiek. Może któryś z elfów, szczególnie o magicznych talentach, mógłby mnie wesprzeć w tym arcyważnym zadaniu?- na chwilę spojrzał w stronę Jinri.*

Jhameelia słysząc jak pada jej imię spiorunowała wzrokiem swojego byłego kochanka. Wezyr nabrał tylko powietrza widać było że słowa Khalima zezłościły wezyra. Wściekły Ogr wypuścił powietrze i podniósł się energicznie z tronu.

- Nikt tutaj się nie będzie decydował o mojej armii. Ta ludzka suka i kundel Zahar idą z tobą magu i niech spróbują jakichś wymówek, albo czegokolwiek innego a ich głowy zawisną przed moim namiotem. A ty wyłaź z cienia Jinri! Weźmiesz swoich najlepszych ludzi i dołączysz do grupy szturmowej. - Elfka próbowała coś powiedzieć. Ale wezyr podniósł swoją dłoń do góry. Tuż koło niego stanął momentalnie Cichy z swym wielkim mieczem. - Jak był czas na dyskusję to się nie odzywaliście więc teraz będziecie milczeć. Khalim będzie dowodził tą grupą! Jak macie wątpliwości to zgłoście je jemu. Wyruszacie jeszcze dzisiaj. Więc przygotujcie się. Macie 3 dni! Rozejść się! - Wezyr odwrócił się tyłem i ruszył w głąb namiotu.

Jhamelia zbliżyła się do Khalima i cicho szepnęła.
- Zabiję cię… Zginiesz… Rozumiesz… Wycisnę Cię jak tłustego pustynnego robala. - Wysyczała cały czas uśmiechając się słodko i zalotnie. Podeszła do stołu, gdzie alchemik zakończył już wysypywanie piasku i ruszył w kierunku wyjścia z namiotu. Po drodze minął Zahara który patrzył z niekrytą furią w stronę Khalima.
Jira również podeszła do stołu calotnie kręcąc biodrami. Odgarnęła niesformy kosmyk za długie ucho i pochyliła się nad stołem ukazując Khalimowi głębie swojego dekoltu. powiedziała
- To jaki mamy plan i w którym miejscu najłatwiej będzie wbić ci w plecy sztylet? - powiedziała to z szerokim uśmiechem... Mag nagle zrozumiał, że podczas wyprawy będzie musiał nie tylko patrzyć na wroga ale i na sojuszników.
Khalim odrzucił na bok wątpliwości czy faktycznie ta inicjatywa była dobrym pomysłem i uśmiechnął się nonszalancko do swoich “lojalnych sojuszników”, jakby nic sobie nie robiąc z tych gróźb.


- Panowie i Panie, no cóź, ja nikogo nie chciałem brać na tę misję na siłę, to Wezyr podjął decyzję. Teraz, skoro już nie mamy wyboru, musimy lojalnie współpracować, bo inaczej to przedsięwzięcie może skończyć się dla nas tragicznie. Myślę, że z taką wspaniałą grupą nawet takie jakże śmiałe zadanie jest dla nas wykonalne. Ale proszę pomyślcie jaką chwałą się okryjemy kiedy to my doprowadzimy do upadku Klejnotu Asturii tam gdzie nie powiodło się hordom Sułtana. Myślę że Sułtan i Padyszach Medii wynagrodzą nas sowicie za taki triumf, nie mówiąc już o Wezyrze - podjął próbę ostudzenia nieco gniewu współuczestników na niego.

- Myślę, że nie powinniśmy brać więcej niż tuzin ludzi, większa grupa będzie zbyt łatwa dostrzegalna. Pod osłoną zmroku przepłyniemy tratwą do portu, osłaniając się magią przed wzrokiem strażników. Potem zorientujemy się w sytuacji - możemy udawać najemników, tutaj też w ostateczności możemy wspomóc się magią iluzyjną. Mamy dwie możliwości - udanie się do piramidy by usunąć chroniące mury zaklęcie lub otworzyć mury od środka. Moim zdaniem zniweczenie wrogiej magii będzie dla nas cenniejsze ale oczywiście jestem otwarty na wasze sugestie, szczególnie wasze Jinri i Jhameelio, jako niezwykle przecież uzdolnionych czarodziejek… - zrobił pauzę, czekając gdy ktoś wniesie jakieś sugestie. Przypomniał sobie że nigdy dobrze nie poznał przeszłości Jhameeli, ona unikała tego tematu.Czy jako elfi mieszaniec będzie miała Jinri po swojej stronie czy wręcz przeciwnie? Powinien się tego dowiedzieć.*

- Wątpię by wezyr nagrodził kogokolwiek poza sobą samym - westchnęła Jhameelia - Dla nas maluczkich wystarczy, że zachowa nas przy życiu. To ma dla nas być główna nagroda. Ale jeśli już mamy się tam pchać i ryzykować życie, to bramy wydają się bezpieczniejszym rozwiązaniem, choć nie powiem, że wizja zwiedzania piramid wygląda kusząco...

- My i moi ludzie idziemy na Piramidy - Wtrąciła się Jirii - niezależnie od tego co wymyślicie. Skoro mnie w to wrobiłeś magu będziesz musiał teraz się dostosować do naszych potrzeb. Też przychylam się do opinii o małej grupie więc biorę ze sobą tylko 2 wojowników. Skoro mamy już ryzykować to po to by coś zyskać. Magia śmierci, którą nawet ja czuję emanującą z tych budowli chroni to miasto. Jest nie do złamania. Nawet 100 ofiar mogłoby nie wystarczyć. Warto uszczknąć tej potęgi. Jeśli chcecie możecie do mnie dołączyć, jeśli nie to idźcie swoją drogą…

Jhameliaa spojrzała z zawiścią na czarną elfkę. Jej wyniosły ton i sprawność z jaką zarzuciła przynentę na maga była godna pozazdroszczenia.

Khalim spojrzał z fascynacją na krwawą elfkę niczym na wyjątkowo piękne egzotyczne zwierzę z trującymi kolcami.

- Widzę że podzielasz moje zainteresowanie sekretami piramid, dobrze.. choć naprawdę uważasz że naszymi wspólnymi siłami nie jesteśmy w stanie przełamać ich magii ochronnej?

- Magią nie. Ale ostrzami moich braci…. -
uśmiechnęłą się szeroko pokazujac zaostrzone czubki zębów.

Następnie zwrócił się do Barufa.

-Nie jesteś magiem, ale znam twoje talenty, co o tym myślisz? Proponuje abyś wziął ze sobą 4 najlepszych ludzi....
Baruf bez słowa skinął głową.

Khalim zamyślił się na moment, szukając pożytecznych informacji w swoich wspomnieniach.

-Jak niektórzy z was mogą wiedzieć, jestem synem kapłana Ozyrysa, który został zdradzony przez swój zakon i zabity, a moja rodzina musiała uciekać z Asturii lata temu.. pamiętam, że centrum prastarej magii chroniącej miasto jest sarkofag znajdujący się w samym sercu piramidy. Myślę, że jestem w stanie zaprowadzić nas do tylnego wejścia z którego wiedzie droga do sarkofagu…. w takim razie mamy już trzon planu, jak mawiają stratedzy zbyt szczegółowe plany są nieprzydatne, bo nie przetrwają kontaktu z przeciwnikiem…. spotkajmy się gotowi o zachodzie słońca, ludzie Barufa zorganizują nam tratwę.*
 
Fenrir__ jest offline  
Stary 04-10-2020, 17:06   #4
 
Lord Melkor's Avatar
 
****

Wieczór przywitał ich ochłodzeniem. Woda była bardzo ciepła a plaża piaszczysta. Ludzie Barufa przyciągnęli na piaskowych saniach 2 tratwy zbite w ciągu dnia w obozie. Na miejscu jako pierwsi byli właśnie oni. Wszyscy jak jeden mąż smagli, umięśnieni, naznaczeni bliznami i małomówni, zupełnie jak ich dowódca. Wszyscy mieli przy sobie krótkie miecze i refleksyjne łuki pustynnych nomadów. Twarz Barufa obwiązana była bandażem, widać było tylko jego oczy. Cała piątka porozumiewała się niemal bez słów, oszczędne gesty i znaczące spojrzenia wystarczały. Tratwy były niewielkie. Khalim miał wątpliwości co do ich pojemności, ale wolał się nie wypowiadać w tym zakresie. Sam sprawdzał i kompletował swój ekwipunek. Zgodnie z instrukcjami jakie dostał od Barufa wziął jedynie najpotrzebniejsze rzeczy, które nie pociągna go na dno jeśli tratwa się przewróci i które będzie w stanie nosić bez przeszkód.

Po chwili pojawił się Zahir, ubrany niczym prawdziwy wojownik. Miał na sobie napierśnik, z którego zdjęto medyjskie insygnia u pasa miał swój potężny miecz, na głowie miał swój wzmocniony turban. Khalim sceptycznie patrzył na to, czy wojownik dam w tym radę pływać. Ale Zahr był w końcu doświadczonym wojownikiem i swój tytuł i rangę wywalczył w polu, a nie w komnatach pałacowych.

Zaraz za nim wiła się niczym cień Jhamellia rzucając złe spojrzenia w stronę Khalima. O ile Zahir zdawał się być pogodzony z mało przyjaznymi rozkazami i zwykł iść do boju bez krytykowania dowódców o tyle jego, czego Khalim był niemal pewny, nałożnica wręcz przeciwnie. Jhamelia skryła się pod nasączonym magią nocy płaszczem, tak że jej sylwetka rozpływała się i trudno było na niej skupić wzrok.

Nagle zwiadowcy się poderwali i dwóch sięgnęło po miecze, a jeden z tyłu podniósł napięty jakimś cudem łuk… Baruf jednak położył im ręce na ramionach i towarzysze schowali broń. Z cienia przed nimi wyłoniły się 3 postacie.

Wszystkie okutane szarymi płaszczami bez ozdób. Wszystkie wysokie i spod każdego kaptura świeciły czerwone oczy Krwawych Elfów.

Jiri była nieco niższa jej towarzysze zaś górowali chyba nad wszystkimi zgromadzonymi. Ich sylwetki były całkowicie zniekształcone przez olbrzymie płaszcze.

Khalim jednak wyczuł charakterystyczny słodkawy zapach krwi. Nasilił się gdy zbliżyli się do grupy przy tratwach. Khalim dostrzegł jak z rękawa szaty elfki kapią krople krwi. Drugą ręką ściągnęła kaptur z głowy ukazując swoje piękne oblicze.

Podniosła drugą rękę ukazując makabryczny widok. Trzymała w dłoni garść gałek ocznych nadzianych na rzemyki wszystkie pokryte świeżą krwią.
Medyjczycy aż skrzywili się. Jira zaś powiedziała.
- Tradycyjne powiedzenie mówi, że ślepota się udziela, a magia krwi jest magią sympatyczną i lubi jasne odniesienia… Nic tak nie wzmocni czaru jak dobry przykład... - Uśmiechnęła się serdecznie.

Khalim dopiero teraz wyczuł, że te gałki wręcz promieniują magią. Elfka zaś wysunęła rękę do przodu i powiedziała:
- Niech każdy weźmie jedno i powiesi na szyi

Khalim jako pierwszy ostrożnie wziął do ręki obrzydliwy amulet, jednak widział już w swojej karierze gorsze rzeczy. Starał się ocenić naturę tej magii…

Zaklęcie było mocno splecione wokół obrzydliwego amuletu. Aura była ciemna i chłodna, charakteryzująca nekromancję, sploty były gęste i ukierunkowane co jasno świadczyło o magii sympatycznej. Jednak wszystko przenikała aura czerwonych impulsów. Widział już ją nieraz w okolicy Jinri to magia krwii. Nadawałą ona siłę zaklęciu. Amulet był prosty i nie dałby wielkiego efektu ale połączenie potęgi magii krwi z magią sympatyczną tworzyły naprawdę skuteczne narzędzie.

- Świetnie, przygotowaliście się, czyżby jakieś zaklęcie które oślepi naszych wrogów? - Zamrugał nieco uwodzicielsko do Jinri.

- Nie zwrócą na nas uwagi. To lepsze niż agresywne oślepienie wroga. Patrzenie w naszą stronę będzie dla nich dyskomfortem. Będą woleli patrzeć nad pod lub w bok byle nie na nas

Pozostali członkowie wyprawy mniej lub bardziej niechętnie wzięli po przygotowanym amulecie. Gałki były miękkie i lepkie.

Jinri dalej uśmiechając się powiedziała.
- Żeby je aktywować należy je zgnieść lub w nie coś wbić im brutalniej tym lepiej. Same w sobie też działają. Dopóki krew nie wyschnie ludzie będą odwracać wzrok.

Khalim widział wyraźnie jak Jhameelia krzywi się na samą myśl o zmiażdżeniu spreparowanej gałki ocznej. Amulet wzięłą co prawda, ale w dwa palce, krzywiąc się i odwracając od niego wzrok. Ewidentnie tak obrzydliwy i prostacki rodzaj magii był wielką profanacją sztuki w oczach ludzkiej czarownicy. Jhameelia najwyraźniej nie zdołała się wyzbyć przeświadczenia, że sztuka, której uczył ich Barzhad nie jest jedyna i najpotężniejsza. Khalim był bardziej otwarty i potrafił dostrzec olbrzymią wiedzę i wszechstronność alchemików i surową moc magów krwi.. Wystarczyło by pchnąć odpowiednio Jhameelię by wystąpiła przeciwko czarnej elfce… Z kolei elfka jest niemal odporna na wszelkie intrygi… po prostu ma zwyczaj zabijać wszystko co staje jej na drodze….

- Mój pan pyta kiedy wyruszacie? - głos Jabo wyrwał go z rozmyślań… Jakim cudem ten przeklęty alchemik zawsze podchodzi niepostrzeżenie - Kazał wam też dać to - przesunął w stronę khalima metalową tubę rozszerzającą się na jednym końcu i zatkaną wieczkiem z uchwytem. Całość przypominała nieco pochodnię. Gdy Khalim ujął w dłoń przedmiot stwierdził, że jest dużo lżejsza niż wygląda z zewnątrz, całość pokryta była delikatnymi alchemicznymi glifami, z których nic nie potrafił odcyfrować. - To żagiew Hur Barana - wyjaśnił tonem jakim nauczyciel tłumaczy uczniowi coś oczywistego - jeśli ściągniesz wieczko w górę wystrzeli wąski i wysoki strumień zielonego ognia. Będzie to dla nas sygnał do ataku.

Khalim, który wcześniej nie ukazując obrzydzenia powiesił sobie amulet na szyi, skinął delikatnie głową, po czym pewnym gestem wziął od Jabo tubę.
-Doskonale, możesz przekazać swojemu Panu że zrobimy z tego dobry użytek i że jesteśmy juz gotowi do wyruszenia, prawda? - spojrzał na pozostałych.
-Zaklęcie Jinri powinno pomóc nam uniknąć niepożądanej uwagi, natomiast mam tez w odwodzie zaklęcie iluzji, ktore może nas na krótką chwilę zamaskować…


Kiedy zbierali się do drogi, poprosił Jhameelię by na chwilę odeszła z nim na bok, starając się by Zahira nie było przy tej rozmowie.
-Wiem że ostatnio nie układa się między nami idealnie, choć nigdy nie zapomnę słodkich chwil które razem spędziliśmy.. mimo wszystko jesteśmy jednak wiernymi uczniami naszego Mistrza i powinniśmy trzymać wspólny front… obawiam się że krwawa elfka spróbuje się nas pozbyć gdy znajdziemy serce mocy w Piramidzie. - szepnął.

Jhamielia uśmiechnęła się do niego słodko i szepnęła…
- Nie martw się elfką… Zastanów się czy prędzej sama ci nie wbiję sztyletu w plecy… Bo za to, że zmusiłeś mnie do tej eskapady narażając nas oboje sam nasz mistrz by kazał cię wybatożyć… To szalony i niebezpieczny pomysł. Na dodatek twój… Wybacz kochanie… ale zapomnij

Odeszła nie zaszczycając go więcej spojrzeniem. Ale Khalim widział, jak ukradkiem spogląda w stronę krwawej elfki mrużąc z niepokojem brwi…


***

Woda falowała nieprzyjemnie, tratwy chwiały się i przechylały z każdą kolejną falą oblewając płynących słoną wodą.

Minęli już cypel murów i zbliżali się do pierwszej z wież strzegących wejścia do portu.

Widzieli już wyraźnie wielkie ogniska z lustrami, dzięki którym mogli kierować ich światło w dowolną stronę.

Cichy gwizd elfa dał wszystkim znak do użycia oka. Khalim widział w słabym świetle gwiazd, że elfy rozbijały oko na własnych czołach, lub na nagiej piersi. Na drugiej łodzi, którą płynęła Jhamelia i Zahir oczy rzucili na pokład i je rozdeptali. Natychmiast od jednych i od drugich odwrócił wzrok. Spoglądając na coś ciekawszego co kłębiło się w falach oceanu. Zaklęcie było mocne…

Khalim gwizdnął z uznaniem…. dobrze, że krwawe elfy przygotowały tak potężną magię, pozwalało mu to zachować swoją własną moc na później. On sam nie po to przybył tutaj by brzydzić się elfią magią, podczas lat treningu widział i robił gorsze rzeczy, …. podążając za przykładem Jinri i jej podwładnych rozpiął swoją kamizelkę i rozbił oko na odsłoniętej piersi. Miał nadzieję, że to pozwoli im niepostrzeżenie dotrzeć do portu.

Widząc go jego towarzysze z łodzi zrobili to samo. Nagle najwygodniej było patrzeć przed siebie. Dopiero po chwili zorientował się, że nie widzi swoich podkomendnych.

- Dowódco - usłyszał ściszony głos Barufa
- Jestem - odpowiedział Khalim nie czując potrzeby patrzenia w stronę rozmówcy
- Ta elfia magia utrudni nam lądowanie… Będzie zdecydowanie trudniej koordynować działania… Moi ludzie sobie poradzą, a Wy?

Khalim zaśmiał się cicho, po czym zakreślił mistyczne znaki w powietrzu i szeptem wypowiedział zaklęcie czerpiąc moc ze Sfery Cieni, z którą się związał. Jego źrenice nagle zrobiły się czarne.
-Dziękuje za twoją troskę, drogi Barufie, ale dzięki mojej mocy będę w stanie wszystko zobaczyć, twoi ludzie dadzą sobie radę? Mogę też ich wspomóc tym zaklęciem, choć zużyje przez to więcej mojej mocy. W każdym razie szykujmy się do lądowania.

- Moi ludzie dadzą radę - odparł Baruf. Khalim wyczuwał jego obecność. Noc oblewała go całunem ciemności. Niemal czuł jej dotyk na jego ciele. Widział również obsadę swojej tratwy. Ale nie wyczuwał w ten sposób pozostałych. Duże fale rozdzieliły ich łodzie gdy wpływali do portu.

Kołysanie wzmogło się jeszcze bardziej w miarę jak wypływali na szeroki przestwór portu. W bladym świetle miasta widzieli las masztów zakotwiczonych łodzi. Baruf wskazał ręką brzeg i zagwizdał cicho naśladując nieco głos mewy. Usłyszał podobny głos od łodzi prowadzonej przez drugiego zwiadowcę. Zapewne mieli ustalone jakieś znaki. Bo łódź skręciła za nimi…

Khalim dostrzegł jak para dużych masztów powoli rozkłada się na tle nocy przesłaniając światła miasta i powoli porusza się w ich stronę. Najprawdopodobniej któryś z piratów chciał opuścić miasto przed zmrokiem. Wtedy do niego dotarło. Obrócił się nagle w stronę drugiej tratwy. Tej na której stali Jhamelia i Zahar. Khalim przeniósł wzrok na swoje stopy, które były całe mokre od fal, które przełamywały się na brzegu tratwy i obmywały ich stopy… Morska woda musiała zmyć resztki z talizmanów krwawych elfów i straciły moc…

Ich tratwa niemal dokładnie przetnie się z kursem łodzi…

Khalim przekłął cicho pod nosem słabość Jhameelii, dlatego właśnie ktoś taki jak ona nie był godzien zostać następcą ich Mistrza. Zastanawiał się jak najlepiej rozwiązać ten problem...mógłby spróbować osłonić drugą łodź zaklęciem iluzji, by przypominała np. kłodę drewna. Z drugiej strony nie chciał marnować swojej cennej mocy, wiedział że jego konfraterka również zna tego rodzaju zaklęcia. Lepiej żeby to ona zużyła swoje zasoby, szczególnie, że mu przecież śmiała grozić…
- Baruf, daj sygnał drugiemu pilotowi, że zaraz zetkną się z drugą łodzią. - przekazał, gotując się do działania jeśli będzie taka potrzeba.

Baruf zagwizdał, jednak odpowiedź nie rozproszyła ciszy jaka zapadła. Khalim przebijał mrok nocy wypatrując tratwy. Znikła mu z oczu, gdy przesłonił ją zbliżający się statek.

Baruf pochylił się w stronę głosu Khalima i powiedział ściszonym głosem.
- Im raczej nie pomożemy. Walka może zwrócić na nas uwagę lub stanowić idealną zasłonę dymną do naszego lądowania w porcie. Ja bym kontynuował naszą akcję bez względu na wszystko!


Khalim skinął głową kapitanowi zwiadowców, zadowolony, że tamten potwierdził kierunek w którym zmierzały jego własne myśli.
- Masz rację, kontynuujemy więc z lądowaniem - odparł.

***

Khalim z niepokojem obserwował. Łódź… Ta zatrzymała się na moment.

Khalim przypadł do dna barki gdy zbliżali się w okolice portu. Płynęli nie niepokojeni. Łódź się zatrzymała. Jeśli doszło do starcia, mrok nocy nie pozwolił na ustalenie tego. Gdy wpływali głębiej do portu nawet łódź zniknęła już w mrokach nocy.

Dobili do brzegu. Baruf cicho odpytał czy wszyscy są po czym ostrożnie wspięli się na pomost.

Khalim dzięki swoim zmysłom widział ich doskonale.

Znaleźli się na długim molo zastawionym skrzyniami i sieciami. Niemal nikogo nie było. W głębi portu widzieli poruszające się chybotliwe światła pochodni i kaganków, które nieśli ze sobą ludzie.

Baruf dał cicho znać i ruszyli przed siebie. Zgodnie z ustaleniami mieli spotkać się w jednym z wyznaczonych zaułków, które widzieli na mapie stworzonej przez orczego alchemika.

Dotarli tam jako pierwsi. Odczekali kilkanaście minut. Elfi czar powoli mijał bo Khalim wysiłkiem woli mógł się zmusić by spojrzeć na sąsiada. Jednak pozostali nie dawali znaku życia.

Baruf jako pierwszy przerwał ciszę:

- Panie… czy nie powinniśmy wysłać zwiadowcę by sprawdził co z pozostałymi?

Khalim zastanawiał się nad sytuacją, nie sądził by obie grupy tak łatwo poniosły porażkę, nie miał zamiaru oczywiście po nich płakać, ale jego szanse bez ich wsparcia były mniejsze….
-Dobrze, niech się ostrożnie rozejrzy wokół.

Zwiadowca zniknął. Czekanie się dłużyło. Odgłosy miasta powoli zaczynały cichnąć. To miasto nigdy nie zasypiało, ale były godziny, w których tak oddalone dzielnice jak port pomału zamierały. Khalim słyszał tylko pobliską karczmę. Minęło sporo czasu, po chwili z mroku wyłonił się niemal niewidoczny zwiadowca i podał Barufowi coś na ręce. Baruf popatrzył przez chwilę na trzymany w dłoni przedmiot po czym odwrócił się i podszedł do Khalima.

- Panie. Nasz zwiadowca znalazł tylko tratwę prowadzoną przez krwawych elfów. Elfy zniknęły. Ciało zwiadowcy z poderżniętym gardłem mój człowiek znalazł niedaleko pomostu. Nie znalazł śladu elfów. Druga tratwa nie dotarła na miejsce.

Khalim wówczas dopiero dostrzegł że Baruf trzyma w dłoni talisman z rozgniecionym okiem. Jaki zapewne zwiadowca miał na piersi.

- Panie - wyrwał go z zamyślenia głos Barufa - co teraz? Kontynuujemy wg planu, czy czekamy do świtu na ostatnią tratwę?

Zirytowany Khalim punuro przyjrzał się zgniecionemu oku, spojrzał na wschodzące słońce, po czym pokręcił głową. Sytuacja nie wyglądała zbyt pomyślnie, oto na początku wyprawy stracił dwie trzecie jej członków. Spodziewał się zdrady ze strony Jinri, ale bardziej w momencie dotarcia do celu… co do Jhameelii i Zahira miał mieszane uczucia, niezależnie od ich aktualnej wrogości wobec niego, utrata ich obu naraz na pewno będzie ciosem dla Medii, choć miał wątpliwość by ta dwójka tak łatwo dała się zabić. Zahir był potężnym wojownikiem a Jhameelia niewiele mu ustępowała swoją Sztuką. Tak czy inaczej nawet jeśli żyją, mogli porzucić wyprawę…..

- Czas nie działa na naszą korzyść, po świcie będzie trudniej się przemknąc, a przecież mniejsza grupa zwraca uwagę w mniejszym stopniu….ruszajmy do piramidy, starając się unikać uwagi, mogę nas osłonić przed wykryciem moją mocą, ale czas trwania zaklęć jest ograniczony, a ja chce oszczędzić jak najwięcej mocy. Dobrze cię mieć po swojej stronie Barufie, jeśli nam się uda upewnię się by twoja nagroda przekroczyła twoje wszelkie wyobrażenie - skinął z uznaniem głową zwiadowcy, chcąc upewnić się że przynajmniej on nie będzie chciał go zdradzić.

***

Ruszyli w miasto. Kroczyli szerokimi brukowanymi ulicami. Odziani w kaptury. Khalim z Barufem z przodu pozostała dwójka nieco z tyłu. Miasto delikatnie wznosiło się znad portu.Wysokie budynki z piaskowca dawały głęboki cień mimo podnoszącego się świtu, którego odblaski widać było na ścianach górujących nad miastem piramid. Kierowali się w kierunku jednej z nich.

Miasto zaczynało się wypełniać ludźmi. Ostatnie wozy kończyły turlać się po ulicach a ich miejsce zajmowali tragarze, którzy targając ciężary na plecach lub w niewielkich wózkach przepychali się między coraz gęstszymi tłumami.

Zatrzymali się w okolicach jednego z większych placów zatrzymali się w cieniu dużego namiotu przytulonego do ściany budynku.

Słońce operowało coraz mocniej, a miasto się nagrzewało. Khalim wiedział, że koło południa miasto znowu opustoszeje ze względu na upały. Dlatego największy ruch jest z samego rana, gdy mury są jeszcze chłodne.

Spojrzał po kręcącym się tłumie. Było tutaj naprawdę multikulturowo. Widział nawet parę wysokich elfów. Widział ich do tej pory tylko na ilustracjach. Nie brakowało gnomów i krasnoludów. Było wielu ludzi z kontynentu i każdy z nich uzbrojony. Widać było, że miasto dozbroiło się w wielu, naprawdę wielu najemników. Na placu kręciło się też sporo straży miejskiej, która na oku miała głównie najemników.

Na znak dany przez Barufa ruszyliście dalej. Obeszlicie plac łukiem i ruszyliście w stronę piramidy. Zbliżało się południe gdy dotarliście na miejsce. Droga była długa dodatkowo mocno kluczyliście unikając patroli straży miejskiej, której było też znacznie więcej.


Mimo trudów drogi Khalim dawał sobie doskonale radę. Od wielu lat działał w takich temperaturach i nawet taka trudna droga i tempo narzucone przez zwiadowców nie nadwyrężyło jego sił, a moze pchała go wizja dotarcia do piramidy. Baruf doprowadził go tutaj bezbłędnie. Ale pozostała częśc planu należała już do Khalima

Stali na krawędzi dużego placu otaczającego piramidę. Sama piramida z każdej strony otoczona była dość wysokimi stopniami. Nie brakowało świątynnych strażników, którzy lustrowali wszystkich pielgrzymów. Jedynie szlachta mogła przesiadywać na schodach przed świątynią, pospólstwo mogło co najwyżej patrzeć z dołu. Tłum zaczął się rozrzedzać. Cienia praktycznie nie było, a żar lał się coraz mocniej. Strażnicy też zaczynali się wycofywać w pobliże samej piramidy. ich ciemne pancerze musiały się nagrzewać niemiłosiernie w szczerym słońcu.

Pomimo wysiłku i niepokoju związanego z ich misją, Khalim nie mógł odeprzeć od siebie uczucia nostalgii. Po raz pierwszy od kilkunastu lat chodził po ulicach miasta piramid, które niewiele się zmieniło, nie licząc dużych grup najemników i niepokoju widocznego wśród mieszkańców. Natomiast on sam zmienił się dużo bardziej... Przypomniał sobie jak jako dzieciak bawił się na tych pełnych życia ulicach, choć jego ojciec ganił go za włóczenie i kontakt z chłopcami z niższych warstw, podczas gdy czas powinien poświęcać nauce. Raz jego młodsza siostra skręciła sobie kostkę uciekając przez psami strażniczymi, gdy dla żartu włamali się do czyjegoś ogrodu, dostał wtedy tęgie lanie… Zrobiło mu się trochę żal cywilnych mieszkańców miasta, miał nadzieję, że zazwyczaj pragmatyczny Sułtanat oszczędzi większość z nich jeśli stolica padnie szybko, w końcu słudzy byli bardziej przydatni od trupów. Zaś co do arystokracji i kapłanów, którzy zdradzili jego ojca…. no cóż, na ich zagładę zamierzał patrzeć z nieukrywaną satysfakcją. Sami sobie zgotowali ten los.



Kiedy dotarli do placu przed właściwą piramidą, kryjącą w sobie klucz do losów tego miasta, odepchnął od siebie wspomnienia i czujnie rozejrzał się dookoła. Strażnicy mogli być problemem… chyba nadszedł czas by w końcu użył swojej Sztuki.

- Oddalmy się trochę od tłumu…- szepnął do Barufa i poszli do jednego z bocznych zaułków. Szczelnie okrył się płaszczem i wypowiedział zaklęcie iluzji, czerpiąc moc z Planu Cieni by przybrać wygląd kapłana Ozyrysa, z wygoloną głową i świętym symbolem na szyi.


 

Ostatnio edytowane przez Lord Melkor : 04-10-2020 o 17:12.
Lord Melkor jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:17.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168