Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-06-2021, 19:21   #1
 
Grave Witch's Avatar
 
[Zaris] Próba ognia

Sesja ma jeszcze 2-3 wolne miejsca. Gdyby ktoś był zainteresowany wzięciem udziału wystarczy wysłać pw z pomysłem.
Pozdrawiam.
G W





“Złote skrzydła” pękały w szwach tej nocy. Była to dobra noc, ciepła i sucha. Uporczywy deszcz, który uprzykrzał życie od ponad dwóch tygodni, odpuścił wreszcie tuż przed zachodem słońca. Jego woń wciąż jednak unosiła się w powietrzu, zmniejszając nieco zapachy właściwe dla “Przedsionka Piekła” jak niektórzy zwali dzielnicę oddzielającą kupców od biedoty, w której to dzielnicy znajdowała się wyżej wspomniana karczma. Wystarczyło podążyć dalej ulicą, minąć dom z czerwonymi drzwiami, za którymi to znajdował się jeden z lepiej znanych burdeli, a następnie skręcić w lewo i pozwolić się prowadzić kamiennej drodze, by trafić w miejsce, w którym nawet znoszone buty stać się mogły powodem nagłej i brutalnej śmierci.

Miasto, w którym owa karczma się mieściła, nosiło dumną nazwę Zirth i znajdowało się dokładnie w połowie drogi między stolicą Usteru, Kabun, a granicą z Kanon. Było to warowne miasto, a przynajmniej takie były jego początki. Wysokie mury otaczały je z każdej strony, górując nad przybyszami tak samo jak Wrota Niebios górowały nad całym Uster. Rzeka Fern opływała je z zachodniej strony, wspierając swymi wodami handel rzeczny, który stanowił jeden z głównych filarów gospodarki miasta. Po wschodniej stronie królowała puszcza Zirthańska, za którą znajdował się już tylko skalisty i nader zdradliwy przedsionek Niebios.
Samo Zirth stanowiło głównie przytułek dla szukających przygód i sławy, awanturników. Legendy opowiadające o ukrytych skarbach, podziemnych przejściach i dawno zapomnianych świątyniach, które miały niby znajdować się zarówno w trzewiach puszczy jak i pośród niegościnnych szczytów gór, były dla owych awanturników tym, czym miód dla głodnego niedźwiedzia. Nie bez znaczenia było także to, że przez Zirth przebiegał główny trakt łączący Kabun z Kanon i stolicą tego królestwa.

Wróćmy jednak do karczmy, bo to w niej nasza opowieść swój początek bierze. Jak już było wspomniane, liczna grupa się zebrała w jej ścianach. Woń jadła i napitku mieszała się z pokrzykiwaniem i przyjacielskimi przepychankami. Wśród tego chaosu zdawał się panować sprzeczny z nim porządek, nad którego istnieniem czuwali Yast i Tast. Bracia owi podobni byli do siebie niczym dwie krople wody do stopnia, że ich własna matula rozpoznać ich nie była w stanie. Była to para znana w całym mieście, głównie z dokonań jakimi się obaj cieszyli w podków łamaniu i siłowaniu z niedźwiedziami. Obaj także znani byli z wybuchowego charakteru. Turstyn, krasnolud który to mianem właściciela “Skrzydeł” się szczycił, stał dumnie za barem i pilnował by dno kufli światła świec nie było w stanie dojrzeć i by karczemne dziewki nie spędzały zbyt dużo czasu na pogaduchach z klientami. Dziewek tych było pięć, jako że karczma do małych nie należała, a i interes kręcił się zacnie. Niektórzy powiadali, że sukces jakim się przybytek Turstyna cieszył, właśnie dzięki tym niewiastom osiągnięty został. Co jedna to ładniejsza, z licem rumianym i piersią ciasno przez stanik sukni opiętą. Włosy długie, a to czarne, a to z kolei złote niczym monety w mieszkach się kryjące. Roześmiane, radosne, czasem pazury pokazujące. Złote panny, jak je niektórzy zwali, skarby prawdziwe. Każdy jednak, a przynajmniej każdy ze stałych bywalców, wiedział że prawdziwym złotem tejże karczmy nie była ani ochrona, ani właściciel, ani nawet owe dziewki. Nie, skarbem bowiem była jejmość Turstynowa, która to nad kuchnią pieczę sprawowała. Plotki krążyły jakoby niewiasta ta swego czasu na dworze królewskim służyła, z którego to dworu Turstyn porwał ją za czasów swej awanturniczej młodości i przywiódł do Zirth by swoimi wytworami serca i żołądki karczemnych gości podbiła. Jakkolwiek by prawda się nie miała, rzec trzeba było, że jadło w “Skrzydłach” wybijało się daleko ponad przeciętną i nie było niczym niezwykłym, by i szlachcic jakowyś w progi karczmy zawitał po to jedynie, by swemu podniebieniu dogodzić.

Co zaś tyczy się samej karczmy…
Budynek ów był na trzy piętra wysoki, co zdecydowanie od norm odbiegało. Na parterze znajdowała się główna sala karczemna wraz z szynkiem i kuchnią. Ostatnia znajdowała się na tyłach i aby do niej dotrzeć należało obejść szynk z lewej strony i przejść za zasłonę, za którą krył się krótki korytarz. W głównej sali znajdował się zarówno pokaźnych rozmiarów kominek jak i mała scena, na której zwykle znaleźć można było jakiegoś barda czy tancerkę wynajętych do umilania czasu gościom.
Na pierwszym piętrze mieściły się prywatne sale, przeznaczone dla tych którzy nie chcieli się mieszać z szarą klientelą lub też po prostu preferowali nieco bardziej odosobnione miejsce.
Na drugim i trzecim z kolei mieściły się pokoje do wynajęcia. Jedne mniej, inne bardziej luksusowe, w zależności od zawartości sakiewki.
Nieco z boku karczmy była i stajnia, nad którą pieczę sprawował stajenny i jego pomocnik.

Tego wieczoru, czy też nocy bo godzina późna już była i północ wielkimi krokami się zbliżała, na scenie występowała młoda bardka. Dziewczę nie mogło mieć lat więcej niż piętnaście, talentem jednak niż ustępowała niejednemu starcowi, który się epitetem mistrza szczycił. Flet, tę bowiem broń wybrała, by zwycięstwo odnieść w bitwie, jaką o uwagę zebranych toczyła, zdawał się w jej dłoniach zmieniać w różdżkę czarodziejską, która zdolna była przenieść chętnego słuchacza do krain w których bogowie kroczyli ramię w ramię ze śmiertelnikami, a bohaterowie za każdym razem sukces w starciu z bestiami odnosili. Iluzje, które tworzyła, niemal całkowicie zatuszowały przybycie kolejnego gościa.



Był to mężczyzna nieokreślonego wieku, odziany w zbroję skórzaną z elementami płytowej. Długie, białe włosy okalały twarz poważną, nieprzyjazną nawet, na której nie brakowało oznak przebytych potyczek. Współgrała z nimi aura, jaka go otaczała. Niczym ostrze wyjęte z pochwy, zabójcze i piękne zarazem, budził szacunek podszyty nutą strachu, która wkradała się do wnętrza niczym złodziej do skarbca.
Nieznajomy zlustrował spojrzeniem zebranych, po czym ruszył wprost ku tablicy ogłoszeń jaka wisiała po prawej stronie szynku. Wyciągnąwszy zza pasa zwój pergaminu, drugą dłonią sięgnął po tkwiący za pasem sztylet. Szybkim, wprawnym ruchem przytwierdził ów pergamin do tablicy, korzystając z luźnych gwoździ i rękojeści owego sztyletu, a następnie, skinąwszy głową karczmarzowi, ruszył w stronę schodów prowadzących na wyższe piętra.

Jak się w chwilę później okazało, pergamin zawierał jedynie kilka suchych słów. Skarb, wyprawa, starożytne ruiny. Ogłoszeń takich jak to nie brakowało w całym mieście. Tym jednak, co wyróżniało to właśnie od innych, była drobna wzmianka na końcu.
“Płatne z góry”
To już z kolei wcale takie zwyczajne nie było. Nikt przy zdrowych zmysłach nie płacił z góry, szczególnie gdy w grę wchodziło zwiedzanie miejsc, w których od wieków noga śmiertelnika nie postała. Wniosek szybko został wysnuty i zatwierdzony. Kimkolwiek ów nieznajomy był, misja na którą rekrutował była misją samobójczą. To, lub coś podobnego. Jakby nie spojrzeć, trzymać się od sprawy trzeba było z daleka.
Czy jednak na pewno…?
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”

Ostatnio edytowane przez Grave Witch : 28-06-2021 o 19:26.
Grave Witch jest offline  
Stary 29-06-2021, 12:37   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
- Czas to pieniądz, Varielu, czas to pieniądz. - Param Sertus wręczył Varielowi niewielkie zawiniątko i niezbyt ciężką sakiewkę.
- Nie powiem, że za dwa dni będę w Zirth, ale wszystko dostarczę na czas - zapewnił Variel. Schował pakunek do plecaka, uścisnął dłoń zleceniodawcy, po czym dosiadł Zirga, czarnego jak noc ogiera.
W parę chwil był już daleko.

* * *

Przeprawa przez Kysr, jedną z rzek na drodze do Zirth, kosztowała raptem parę miedzianych rivów, ale rzeka była na tyle szeroka, że warto było skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji. Problemem za to był zarówno stan wiekowego promu, jak i towarzystwo, które wraz Varielem zabrało się na drugi brzeg. Nie było bowiem żadnej nadobnej (ani nawet mniej nadobnej) panny czy interesujących rozmówców. Było paru kupców, głośno modlących się do Denary o szczęśliwe przebycie rzeki, była też rodzinka z ze zbyt głośnym, nieznośnym dzieciarem, który wszędzie wpychał swój nochal i dla którego nawet flegmatyczny przewoźnik stracił wreszcie cierpliwość.
Na szczęście dobili do brzegu, zanim ktoś postanowił utopić rozkoszne dzieciątko.
I w końcu można było jechać dalej, zostawiając miłą rodzinkę daleko za plecami.

* * *

Gospoda "Pod Rozkrzyczanym Pawiem" nie miała w swym menu tego pięknego stworzenia, wybór dań również pozostawiał wiele do życzenia, ale podany na stół kurczak był za życia kurczakiem, a nie starym kogutem, piwa nie ochrzczono wodą, obsługa była całkiem miła... a jedna z kelnerek okazała się jeszcze milsza, niż inne.
Zapewne z tego powodu Variel obudził się nie do końca wyspany i wypoczęty. Ale w drogę i tak ruszył bardzo wcześnie.

* * *

Zirth przywitało Variela gwarem, który rozpoczynał się już u wrót miasta, a potem towarzyszył jeźdźcowi do chwili, gdy ten dotarł do Alei Róż.
Skąd taka nazwa - trudno było powiedzieć, bowiem Variel (mimo bystrego wzroku), nie potrafił wypatrzeć ani jednego, najmarniejszego nawet krzaczka tych pięknych kwiatów.
Brak kwiatów jednak znaczenia nie miał - liczyła się nazwa. I znajdująca się przy tej ulicy rezydencja.

* * *

- Wino, ciastka?
Sathr Vestori nie czekając na odpowiedź postawił przed Varielem cos słodkiego i kielich z winem. Wcześniej jednak sprawdził zawartość przesyłki. No i sakiewka Variela zrobiła się nieco cięższa.
Variel poczęstował się i jednym, i drugim, po czym zdał krótką relację z podróży. A kilka chwil później pożegnał Sathra.

* * *

Szczupły, młody mężczyzna, w którego żyłach bez wątpienia płynęła spora ilość elfiej krwi, jako jeden z pierwszych znalazł się przy słupie ze świeżym ogłoszeniem.
- Droga, z której się nie wraca - powiedział z cieniem ironii w głosie.
Wbrew jednak tej ironii był szczerze zainteresowany wyprawą. Nie miał żony, dzieci ani nawet stałej kochanki, lubił za to przygody. Dlatego podszedł do karczmarza, by dowiedzieć się czegoś o osobniku, który ogłoszenie wywiesił.
 
Kerm jest offline  
Stary 02-07-2021, 17:32   #3
 
Grave Witch's Avatar
 

Stuk kufli o drewniane blaty towarzyszył Varielowi w drodze do szynku. Turstyn zajęty był rozmową z młodą wojowniczką o włosach srebrnych niczym blask księżyca i niebieskich oczach, której plecy zdobiły dwie, krótkie włócznie.


Nie przeszkodziło mu to jednak w dostrzeżeniu kolejnego klienta, pragnącego przyciągnąć ku sobie jego uwagę. Machnięciem dłoni przerwał prowadzoną konwersację, co spotkało się z prychnięciem i wzruszeniem ramion nieznajomej. Chwyciwszy w dłoń stojącą przed nią butelkę oddaliła się w stronę schodów prowadzących na piętro. Kilka spojrzeń powędrowało jej śladem.

- Różnie o nim mówią - głos Turstyna nie zdradzał ani co krasnolud o owym człowieku myślał ani też co sądził o elfie, który mu pytania zadawał. - Sam się będziesz musiał przekonać. Jedyne co rzec mogę to to, że nie pierwszy to raz pergamin do tablicy przypiął i nie pierwszy raz grupę na wyprawę zbiera. Czego szuka… Cholera go tam wie i nie moja to sprawa. Mówią jednak, że ci którzy z poprzednich wypraw wrócili szybko się z miasta wynieśli i tyle o nich słyszano. Ani tego jednak czymś szczególnym nazwać się nie da, ani normalnym. Ot, ludzka natura...
- Lepiej mu dupę zawracać rano, teraz i tak nigdzie się już nie ruszy.
- Machnął, tym razem ścierką, którą zza pasa wyjął i zabrał się za polerowanie blatu, wyraźnie rozmowę z elfem kończąc.


Noc minęła spokojnie. Pokój, który Variel wynajął znajdował się na trzecim piętrze i nie wyróżniał się niczym wartym wspomnienia. Pościel była czysta, łóżko skrzypiało w sposób typowy dla łóżek, w które swoje już miały za sobą. W skrzyni stojącej pod oknem nie krył się szkielet ani nawet trup żaden. Ot, pokój karczemny jakich wiele.

Gdy elf zszedł na dół zachęcony do tego zapachami, okazało się iż nie on pierwszy wpadł na podobny pomysł. Przy stole, stojącym niedaleko tablicy z ogłoszeniami, zasiadał już bowiem zarówno białowłosy jak i wojowniczka z włóczniami na plecach. Nieco dalej, za to bliżej wyjścia, siedziała bardka. Plecy oparła o ścianę i zdawała się drzemać, twarz swoją, jak poprzedniego wieczoru, kryjąc w cieniu kaptura.
Przy szynku, na jednym z wysokich stołków, siedział czarnowłosy elf w stroju sugerującym przynależność do klasy kapłańskiej, chociaż nie dało się po jego ubiorze określić któremu z bogów służył. Wystający zza poły płaszcza miecz sugerował jednak iż mogło tu chodzić o Riv.


Ostatnią osobą otyły jegomość zajmujący stół przy wygasłym kominku. Szaty, które miał na sobie pozwalały się domyślić iż był on kupcem i do tego nieźle sobie w swym fachu radzącym.

Turstyn zmierzył nowoprzybyłego uważnym spojrzeniem, podrapał się po obfitej brodzie, a następnie powrócił do przerwanej czynności którą było przekładanie kufli z tacy na półkę pod blatem. Także i kapłan zwrócił na Variela uwagę. Jego wzrok był ostry, chociaż nie nieprzyjazny. Błękitne oczy miały w sobie jednak chłód, który sugerował brak zainteresowania nawiązaniem znajomości. Skinienie głowy, które otrzymał, musiało zatem wystarczyć.
Pozostali zdawali się w ogóle nie dostrzegać jego przybycia. Jedni zajęci rozmową, drudzy jedzeniem, a trzeci przyjemną drzemką.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 06-07-2021, 00:37   #4
 
Klio's Avatar
 
Każda historia miała ponoć swój początek, symboliczny moment wejścia na odpowiednią ścieżkę i wykonania pierwszego kroku od którego wszystko się zaczynało - tak mówiła masa mądrości ludowych, oraz wszelkiej maści przysłów. W praktyce zazwyczaj ciężko było wyznaczyć jeden moment, od którego wszystko się zaczyna, leczy była to również kwestia ponoć indywidualnej perspektywy. Ta, jak wiadomo, nie zawsze potrafiła stawiać na racjonalizm i uwielbiała mamić duszę niczym najlepszy kuglarz. Rzeczy widziane nie należały do tych samych, co mieszkają wewnątrz umysłu. I nie istniała żadna inna rzeczywistość prócz tej, jaką posiadało się w sobie. Dlatego też większość istot rozumnych żyło tak nierealnie, ponieważ zewnętrzne obrazy uważały za rzeczywistość, a swego własnego świata wcale nie dopuszczały do głosu. Może i były dzięki temu nawet szczęśliwe, jednak z chwilą gdy pozna się już raz tamto, inne, nie ma wyboru i niewygodnie iść drogą obieraną przez większość. Oczywiście dało się żyć wedle ustalonych norm i standardów, ale gdzie tu prawdziwa radość?
Na to pytanie Moreya nie miała jasnej odpowiedzi, prócz mglistego wrażenia że zasługuje na więcej, a żeby to osiągnąć należało się postarać i ruszyć przed siebie, byle nie pozostawać w jednym miejscu, bo choć spokój też był duszy potrzebny, był również synonimem zastoju.
Zastój to śmierć, naoglądała się jej choć młodo wyglądająca twarz wydawała się przeczyć podobnym stwierdzeniom.
Teraz jednak, pośrodku traktu obrośniętego po obu stronach wysokimi drzewami ciężko szło nie zadawać sobie pytania czy jednak ten pośpiech i parcie do przodu tym razem przekroczyło już pewne granice oddzielające zaplanowaną wędrówkę od beztrosko niebezpieczniej samowolki.
Nie chciała czekać na karawanę, choć może powinna. Albo choć znaleźć kogokolwiek do towarzystwa podczas drogi innego niż koń. Ten stał uwiązany do pnia grubości talii jego jasnowłosej właścicielki, skulonej parę kroków obok, tuż przy niewielkim ognisku. Wyciągała do niego ręce, wieszając pusty wzrok na płonących wesoło polanach tak naprawdę ich nie widząc. Płomienie odbijały się czerwonymi refleksami w oczach barwy płynnego złota, spoglądających daleko poza czas i przestrzeń przykurzonej drogi. Patrzyły na przeszłe wydarzenia, mieszając je z bardziej przyziemnymi sprawami.
Przy sprzyjających wiatrach za dwa dni powinna zobaczyć Zirth, przy mniej sprzyjających utknie w trasie dodatkową dobę co przy ilości opadów nękających okolicę zaczynało przypominać atrakcje równie pociągającą, co łamanie kołem.
Gdzieś wysoko ponad głową kobiety zaszumiały złowieszczo iglaste korony, strząsając drobinki wszechobecnego deszczu wpust na śmiertelne głowy. Koń zarżał, a Moreya wzdrygnęła się, kiedy zbłąkana kropla wpadła za kołnierz płaszcza. Przez wyziębione ciało przeszedł dreszcz, szeleszcząc piórami pary śnieżnobiałych skrzydeł złożonych ściśle i przytulonych do kobiecych pleców aby zachować jak najwięcej ciepła.

Do odgłosów spadających kropli wody i szumu konarów dołączył odgłos kopyt uderzających o ziemię. Tempo nie było szybkie bardziej przynoszące na myśl leniwy spacer niż ucieczkę przed siłami natury. Dawało wystarczająco dużo czasu by przygotować się na przybycie gości, bez wątpienia bowiem w grę wchodziła większa ilość koni. Jak się wkrótce okazało dokładną liczbą była czwórka. Poza parą wierzchowców, które na swych grzbietach miały jeźdźców, doliczyć należało taką samą liczbę zwierząt jucznych. Wyższy z jeźdźców zeskoczył na ziemię w bezpiecznej odległości od ogniska i uniósł dłoń w górę.
- Wybacz że przeszkadzamy - zaczął uprzejmie, podnosząc nieco głos by przekrzyczeć deszcz. - Czy znajdzie się miejsce przy ognisku dla dwójki podróżnych?
Dłonią wskazał na siebie i na drobniejszą postać, która nadal znajdowała się w siodle. Oboje mieli na sobie szerokie płaszcze z kapturami, które nie pozwalały na dokładną ocenę ich właścicieli ale też całkiem dobrze chroniły przed ulewą.

Przyjazne bądź wrogie zamiary również skrywały się pod warstwami przemoczonego materiału, ciężkie do ujrzenia i zdemaskowania nim prawdopodobnie nie będzie za późno. Skrzydlata dziewczyna podniosła wpierw wzrok, następnie głowę tak, by spoglądać wprost na niemajonego przez dłuższą chwilę. Z jednej strony płaszcze kryć mogły broń, z drugiej… cztery wierzchowce niosły całkiem sporo być może interesujących drobiazgów, a Moreya uwielbiała interesujące drobiazgi, a im bardziej błyszczące tym lepiej.
- Mesina wam sprzyja, jeśli wasze zamiary są pokojowe - odezwała się wreszcie, wskazując zapraszająco miejsce przy ogniu. Wzrok wciąż tkwił w stojącym obcym - W innym wypadku lepiej będzie jeśli ruszycie dalej - opuściła rękę, prostując plecy i złote oczy przenosząc na mniejszą postać na koniu - Miejsca nie braknie tu, czy dalej. Wasz wybór.
Nieznajomy wypuścił z dłoni wodze i zrobił krok do przodu unosząc w górę ręce.
- Nie mamy złych zamiarów - zapewnił zsuwając z głowy kaptur i wystawiając na działanie deszczu długie, czarne włosy. Długie były także jego uszy co wystarczyło by rozpoznać w nim elfa. Błękitne oczy zdawały się lśnić okruchami lodu, chociaż usta układały się mu w lekki i przyjazny uśmiech.
- Zwą mnie Lif - przedstawił się, a następnie gestem dłoni wskazał na drugą postać, która właśnie opuszczała grzbiet swojego wierzchowca. - To zaś jest Rei. Zmierzamy do Zirth - wyjaśnił, podchodząc bliżej. Słysząc swoje imię, towarzysząca mu osoba także zsunęła z głowy kaptur ukazując drobną, trójkątną twarzyczkę okoloną długimi, rudymi włosami.
Na czole miała dwa niewielkich rozmiarów rogi. Druga para, znacznie większa od pierwszej, znajdowała się po bokach głowy. Wypisz wymaluj demon, a biorąc pod uwagę brak skrzydeł można było dodać iż niższego rodu. Dziewczyna skinęła głową na powitanie po czym zajęła się zwierzętami podczas gdy Lif zajął miejsce przy ognisku.

Decyzja zapadła, czas zaś miał pokazać ile prawdy zawierają słowa ciemnowłosego elfa. Złootoka miała nadzieję, że okazanie człowieczeństwa tym razem jej nie narobi problemów.
Parsknęła cicho, naciągając kaptur na głowę i ponad ogniem obserwowała nowo poznane towarzystwo. “Człowieczeństwo” zaprawdę było zwrotem nie do końca pasującym do ich aktualnego składu.
- Moreya - również się przedstawiła, posyłając mężczyźnie czarujący uśmiech - Ciężko nie zmierzać do Zirth, gdy jest ono najbliższym miastem w okolicy w stronę, w którą ustawiamy końskie łby przed spięciem ich boków piętami - uśmiech pogłębił się, nabierając szczerze rozbawionego wyrazu - Niemniej skoro tu jesteśmy, a wydaje mi się, że do świtu zostaniemy… właśnie miałam zacząć przygotowywać wieczerzę. Wasza obecność daje motywację, aby było to coś więcej ponad paczkę sucharów i butelkę wina.

- Jako że wprosiliśmy się na miejsce, pozwól by wieczerza z naszych zapasów została złożona - zaproponował wyciągając dłonie w kierunku ognia. - Co prawda nie mamy nic szczególnie wyrafinowanego jednak niedawno udało się nam upolować młodą łanię i mięsa nam nie brakuje. Rei - zwrócił się do demonicy, nie odwracając jednak spojrzenia od złotookiej. - Wyciągnij więcej mięsa i te dwie butelki, które zostawiliśmy na koniec.
Dziewczyna skinęła głową, także nie kierując spojrzenia na elfa i zaczęła przerzucać rzeczy w jukach. Oboje sprawiali wrażenie jakby słowne porozumiewanie się między sobą było dla nich czynnością którą dopiero musieli sobie przypomnieć.
- Cóż zatem sprowadza cię w te strony? - Zapytał jakby w próbie zatarcia owego wrażenia.

Skrzydlata wymownie spojrzała w kierunku z którego przybyła i wzruszyła ramionami, poprawiając ułożenie skrzydeł. Para obcych przyciągała uwagę, byli o wiele wdzięczniejszym obiektem obserwacji i kontemplacji, niż niby żywa, ale jednak martwa okoliczna natura.
- Ten sam trakt jaki i was tu przywiódł - znów zawiesiła wzrok na elfie, przybierając łagodny uśmiech, maskujący dziką radość iż to nie jej zapasy się uszczuplą diametralnie tego wieczora. - Twoja towarzyszka zatem błogosławieństwem się jawi, zwłaszcza w długich podróżach - odwróciła twarz ku diablicy i kiwnęła jej głową, a potem wróciła do poprzedniego obiektu zainteresowania.
- Zmierzam do Zirth, ale to chyba oczywiste… a dalej? - wydęła lekko usta - Zostawię to w łaskawych dłoniach Mesiny. Co zaś z wami? Dwoje wędrowców na czwórkę koni… albo się wam spieszy wybitnie, więc je często zmieniacie by jak najmniej na trakcie czasu zmitrężyć. - zamilkła na chwilę, nim nie dokończyła dość zmęczonym tonem - Wybaczcie proszę, dawno już prócz mego konia nie miałam innego towarzystwa, a on dość małomówny ostatnio. Pewnie przez te ciągłe ulewy - zakończyła pogodniej.

- Nie spieszy się nam - odpowiedział, opierając łokieć na kolanie i opierając twarz na dłoni. Drugą podniósł z ziemi patyk i zaczął się nim bawić.
- Ot, nie lubimy zatrzymywać się zbyt często w osadach czy miastach. Wolimy swobodę, którą nam daje posiadanie przy sobie wszystkiego co potrzebne w drodze - wyjaśnił.
- Jedna z butelek nie przetrwała - rozległ się nagle dźwięczny, dziewczęcy głos dobiegający zza jego pleców. Rei trzymała w jednej dłoni wypchany worek, a w drugiej ocalałą butelkę otuloną w skórzany pokrowiec.
- Mówi się trudno - Lif nie wydawał się być przejęty stratą. Przesunął się za to nieco na bok, robiąc miejsce dla demonicy która bez zwłoki z owego miejsca skorzystała i od razu zabrała się do rozdawania płatów wędzonego mięsa i owalnych placków rozsiewających silną, ziołową woń.
- Jakoś sobie poradzimy - dodał, odbierając od niej mięso. - Mówiłaś coś o własnym napitku - zwrócił się do Morey. - Okazuje się, że jednak będzie on nam potrzebny. Co prawda mamy jeszcze bukłak ziołowej nalewki, ta jednak zdecydowanie nie pasuje do posiłku tego posiłku - wyjaśnił uprzejmie, jakby się obawiał, że propozycja skorzystania z zapasów anielicy zostanie źle odebrana.

Tak się jednak nie stało, butelka z ciemnozielonego szkła zamknięta woskowym czopem wylądowała obok ognia, wraz z zachęcającym gestem właścicielki. Równie chętnie przyjęła poczęstunek, dziękując cicho. Nie spróbowała jednak, wpierw obracając kawałki mięsa między palcami, a żołądek zaburczał zdradziecko.
- Miasta bywają męczące - przyznała cicho, wypuszczając powietrze nosem. Nie każde i nie zawsze, lecz ciągły natłok oraz gwar potrafiły srogo zmęczyć. Niestety tam gdzie tłok, tam łatwiej o zarobek, więc siłą rzeczy podróże Morey odbywały się od miasta do miasta, z przerwami na ciszę szlaku pod otwartym, pełnym gwiazd niebem, gdzie to zielone gałęzie wysokich drze robiły za sufit. Pająków również nie brakowało, zupełnie jak w szeregowych karczmach.
Potrząsnęła głową, spinając rozbiegane myśli by wróciły bliżej ognia. Elf i demon… ciekawa para, niemniej na tym etapie nie wypadało pytać którzy bogowi i w jaki sposób spletli ich ścieżki. Każdy kto szanował swoją prywatność umiał też szanować cudzą.
- Zmierzacie do Sonarii, bądź innego z miast Kannon? - rzuciła niezobowiązująco - Są piękne, zwłaszcza stolica.

- Nie mamy miejsca docelowego - poinformował ozdabiając słowa lekkim wzruszeniem ramion. - Jak już wspomniałem cenimy sobie swobodę. Czasem zatrzymujemy się w jednym miejscu na dłużej, czasem także bierzemy udział w przedsięwzięciach które wydają się interesujące. Może kiedyś… - Nie dopowiedział chociaż wyraz jego twarzy uległ zmianie. Znajdujący się na niej poprzednio uśmiech zgasł.
- Wątpliwe - wtrąciła Rei, zgarniając wierzchem dłoni krople deszczu z oczu.
- Pewnie masz rację - zgodził się z nią Lif ponownie unosząc kąciki ust chociaż przyszło mu to z większym trudem. - Nie należymy do rodzaju, który osiada w jednym miejscu, zakłada ogródek i spędza wieczory w wygodnym fotelu.
- Skoro zdążamy w tym samym kierunku to może połączymy siły? Ten trakt nie należy do najbezpieczniejszych - zaproponował, zmieniając temat.

Moreya udała, że zastanawia się nad propozycją, choć zanim pytanie padło do końca już znała odpowiedź. Podnosząc oczy ku zachmurzonemu niebu grała na czasie i cierpliwości pozostałej dwójki, jednocześnie ciesząc się z ich odpowiedzi. Nie jechali w tereny dla niej kłopotliwe, wolała później nie natrafić na kogoś idącego za plotką, nim sama nie postanowi domu odwiedzić.
- Możliwe - wreszcie przerwała ciszę, wracając uwagą do elfa. Poruszyła się, sięgając po butelkę, a posiłek chwilowo kładąc na podołku.
- Faktycznie, kłopotliwym dla was byłaby ucieczka poza zasięga rażenia - wymownie kiwnęła głową do tyłu, jakby wskazywała płaczące niebo. Między palcami anielicy zalśniło niewielkie ostrze którym zaczęła zdrapywać wosk z ciemnozielonego szkła.
- A dla mnie kłopotliwym jest zostawienie Edgara na pastwę losu - dodała poważniej, pozornie uwagę całą poświęcając pracy przy butelce - Dobrze więc, póki jedna droga przed nami razem możemy jechać… jeśli zaś byliście już w Zirth, powiedzcie gdzie warto się zatrzymać. Szanuję swoją skórę, nie lubię gdy jest gryziona przez karczemne pluskwy.

Rei rzuciła spojrzenie na Lifa, a następnie wstała.
- Przygotuję posłania - mruknęła, a następnie wsunęła do ust ostatni kawałek swojego miejsca i oddaliła się z powrotem do miejsca, w którym przywiązała konie.
- Zatrzymamy się w Złotych Skrzydłach - poinformował elf. - Jest to porządna karczma prowadzona przez krasnoluda o imieniu Turstyn z którym już parę razy się spotkaliśmy. Jego żona jest utalentowaną kucharką co tylko podnosi poziom tego przybytku. Nie jest to jednak tanie miejsce - zaznaczył. - Turstyn zna się na interesach i wie, że może sobie pozwolić na wygórowane ceny. Skoro jednak przybędziesz wraz z nami jestem pewien, że uda się wytargować przyjaźniejszą sakiewce cenę - zapewnił.
W międzyczasie Rei zaczęła rozstawiać prosty, dwuosobowy namiot. Szło jej to sprawnie, jakby czynność tą wykonywała setny raz.

Opis brzmiał całkiem sympatycznie, zwłaszcza część o kuchni i rabacie. Złotooka zaśmiała się dźwięcznie, marszcząc przy tym zabawnie nos. Sięgnęła też wreszcie po jedzenie, butelkę oddając elfowi.
- Zatem to spotkanie pośrodku zielonego niczego już wyszło mi na dobre. Jestem skłonna do zaprawdę niecnych czynów za dobrze wypieczonego kapłona z ziołami i kaszą, a do tego jeszcze zupa z małży...a do tego dobre czerwone winno korzenne - wyraźnie się rozmarzyła, skubiąc powoli suszone mięso i nad czymś się zastanawiała.
- Kolejni co zaginionych świątyń i skarbów szukają w dzikich ostępach między puszczą bez końca, a górami bez szczytu? - spytała wreszcie.

Roześmiał się w odpowiedzi i trzeba było przyznać, że był to przyjemny dźwięk.
- Trochę tak, a trochę nie. Jeżeli okazja się nadarzy by zbadać nieznane wcześniej rejony, dlaczego jej odmawiać? Nie szukamy ich jednak na siłę - zaznaczył, może nieco zbyt mocno. - Niezbadane świątynie i grobowce zwykle oznaczają więcej niebezpieczeństw niż skarb w nich ukryty jest wart. Niekiedy trafi się jednak okazja by wpaść w posiadanie czegoś, co usprawiedliwia nadstawianie karku. Takiej okazji mówimy tak i pozwalamy się jej wieść za rękę.
Upił łyk wina, a następnie drugi i dopiero wtedy oddał butelkę jej właścicielce. Trzeba było przyznać, że nie zachowywał się jak typowy przedstawiciel swojej rasy. Wino wszak pić należało z kielicha. Może spędził w drodze tyle czasu że zdziczał? Miało się też wrażenie jakby bardzo się starał być dobrym towarzyszem przy ogniu, kimś beztroskim i nie wartym większej uwagi.

Było w nim coś intrygującego, jak nieuchwytny na pierwszy rzut oka cień przenikający gesty i mimikę. Nie dawał się zaliczyć do szeregowych, pospolitych przedstawicieli swojego gatunku… prawdopodobnie. Może chodziło o ruchy, może o intonację - Moreya miała swędzące wrażenie umiejscowione pod skórą przez co nie dało się go podrapać. Nie należało jednak do uczuć wybitnie niemiłych, na swój sposób urzekająco mijał im czas. Zostawał cień nadziei pielęgnowany gdzieś na dnie serca.
Nadziei, że to wszystko jeszcze nie zakończy się przed świtem żadna tragedią.
- Nic w przyrodzie nie ginie Lif - podniosła szkło do toastu i patrząc rozmówcy w oczy upiła spory łyk. Od razu zrobiło się cieplej.
- Zmienia tylko właściciela - oddała butelkę - Takie ludzkie powiedzenie, słyszałam je kiedyś w Tahar i sporo w nim racji. Ludzie w ogóle mają chyba powiedzenia na wszystko i każą okazję - parsknęła,wchodząc na wody tematów lekkich oraz niezobowiązujących… i dziękuję - posłała mu naprawdę wdzięczny uśmiech , kciukiem wskazując na przywiązanego do drzewa konia - Zaprawdę jesteś o niebo lepszym rozmówcą od Edgara. Zabawiasz rozmową, oferujesz wspólną podróż niebezpiecznym traktem, do tego mamisz obietnicą mniejszego bólu sakiewki przy kwaterunku… - pokręciła jasnowłosa głową z udawaną zadumą nim nie skończyła myśli - Zaczynam się szczerze obawiać wystawionego na koniec rachunku.

- Postaram się by nie był on zbyt bolesny do przyjęcia - zapewnił żartobliwie kryjąc oczy za szkłem przechylonej butelki. Gdy ponownie ich spojrzenia się spotkały kryło się w nich jedynie poprzednio tam widoczne zainteresowanie nową osobą. Było co prawda dość chłodne, mogło tu jednak po prostu chodzić o sam kolor oczu.
- Długo zamierzasz zatrzymać się w mieście? - zapytał oddając butelkę.

Moreya zapatrzyła się w ogień, szukając odpowiedzi pomiędzy strzelającymi wesoło kawałkami drewna. Kończyła też powoli kolację, dojadając ziołowe chlebki. Pozostawiały przyjemny posmak na języku, o wiele przyjemniejszy niż zatęchłe suchary jakie pozostały w jej sakwie.
- Przez jakiś czas. - padła zwięzła, cicha odpowiedź. Złoto znów zmierzyło się z chłodem okruchów lodu - Póki nie stwierdzę że mam dość hałasu miasta i czas na zmianę. Nie przepadam za długim przesiadywaniem w jednym miejscu. Co to za radość budzić się codziennie i ten sam widok mieć przed oczami? - tym razem ona zadała pytanie, unosząc dla lepszego efektu jedną brew.

- Żadna - zgodził się z nią i lód jakby nieco stopniał, chociaż nieznacznie.
- Namiot gotowy - demonica powróciła do ognia chociaż nie zajęła przy nim miejsca.
- Pora zatem na odpoczynek - Lif podniósł się lekko i otrzepał płaszcz do którego przykleiło się kilka liści. - Rei weźmie pierwszą wartę, jeżeli ci to nie przeszkadza - zaproponował. - Możesz wziąć ostatnią, dzięki temu lepiej wypoczniesz - dodał, z czymś na kształt troski. Jego towarzyszka nie czekała na końcowe ustalenia co do wart. Zamiast tego obrzuciła wzrokiem ich małe obozowisko, a następnie ruszyła w stronę jednego z pobliskich drzew, o grubych, rozłożystych konarach. Zajęcie miejsca na jednym z nich zajęło jej chwilę, głównie dzięki pomocy ogona, która to część skryta była do tej pory w fałdach płaszcza. Po chwili przestała być widoczna dla złotych oczu, całkiem jakby zlała się w jedno z pniem lub też z poruszanymi wiatrem liśćmi.
- Rei życzy dobrej nocy. Na swój sposób - wyjaśnił Lif.

Pułapka została zastawiona, długi sen z którego Moreya już się nie obudzi również nosił znamiona cudownej propozycji, jakże kurtuazyjnej. Takiej, na którą chętnie by poszła, choć może bez tragicznego dla siebie finału.
- Wezmę środkową, jeśli to nie stanowi problemu - uniosła wzrok do góry, tam gdzie elfia twarz - Naprawdę doceniam kurtuazję w waszych słowach oraz zachowaniu, nie musicie jednak aż tak się mną przejmować. Nie wszyscy skrzydlaci są przesadnie delikatni - Rozprostowała bez ostrzeżenia skrzydła, strząsając spomiędzy białych piór resztki wody.
- Odpocznij, obudzę cię gdy nadejdzie czas - dodała, podwijając kolana pod brodę i zaraz potem otuliła się pierzastym pledem. - Dobrej nocy Lif. Niechaj Nastia ześle na ciebie dobry sen, skoro to na ziemiach jej domeny dziś przyjdzie nam uciec do krainy snów.

- W namiocie jest dość miejsca dla dwojga. Nie musisz tutaj moknąć.
Propozycja została rzucona tonem z grubsza obojętnym, jakby jej niestosowność nie zdołała przedrzeć się do świadomości elfa. Był to mało prawdopodobny scenariusz, nie dało się jednak ukryć, że nie rzucił tych słów w ramach żartu bowiem w jego głosie nie było nawet najmniejszego śladu rozbawienia.
- Zapewniam że nie gryzę. - Przynajmniej dopóki nie dodał ostatnich słów.
Deszcz padał sobie dalej w najlepsze, wiatr nieco się wzmógł, konary drzew trzeszczały nad ich głowami. Z części obozowiska, w której znajdowały się konie, dotarł do nich odgłos kopyta uderzającego o ziemię, który sugerował niezadowolenie zebranych tam zwierząt na warunki, w których przyszło im spędzić noc. Lif czekał cierpliwie, tak jak one wystawiony na działanie sił przyrody, całkiem jakby nigdzie się mu nie spieszyło i jakby w ogóle nie dostrzegła strug wody lejących się z nieba.

- Ty nie gryziesz, a co z twoją towarzyszką? - blondynka udała powagę, w głowie rozważając wszelkie za i przeciw. Ostrożność podpowiadała, by zachować czujność. Serce ciągnęło do suchego, wygodnego namiotu, zwłaszcza że chyba zanosiło się na burzę.
- Poza tym nie wiem czy przypadkiem któreś z was nie ma alergii na pióra - dodała uprzejmie, równie uprzejmie obserwując elfa - Tak jak ty nie wiesz, czy przypadkiem ja nie gryzę.

Uśmiechnął się.
- Zaryzykuję - odparł, odwracając się i ruszając w stronę namiotu. Wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że wybór pozostawia w jej rękach i nie zamierza dalej namawiać. Nie wypowiedział się także w kwestii ewentualnych upodobań demonicy, chociaż uszy Morey wyłapały parsknięcie, jakie doleciało od strony drzewa, na które wspięła się Rei. Dziewczyna musiała mieć całkiem czuły słuch.

Skrzydlata postać drgnęła, kokon ze skrzydeł odrobinę się rozluźnił i w blasku dawanym przez ognisko pojawiła się blada dłoń ze złotym krążkiem poruszającym się między palcami. Dziewczyna przypatrywała się monecie, aż nagle pstryknęła podrzucając ją do góry. Okrąg zatoczył parę kółek w powietrzu żeby ponownie wylądować na otworzonej ręce.
- Niech będzie - Moreya zacisnęła pięść, szybkim ruchem stając na nogi. Ruszyła w kierunku namiotu, przed wejściem trzepiąc skrzydłami w daremnej próbie pozbycia się jak najwięcej wilgoci.

Zewnętrzny wygląd namiotu różnił się nieco od tego, co znalazła gdy weszła do środka. Zamiast ciasnej przestrzeni w której ledwie się dwie osoby mogły zmieścić zastała pokój z dużym łóżkiem, który zajmował środek pomieszczenia. Oprócz łóżka był też kominek, w którym radośnie płonął ogień pożerający grube kłody drewna i wesoło trzaskający iskrami od czasu do czasu. Przed kominkiem stały dwa fotele, wyglądające na bardzo wygodne i zachęcające do zajęcia w nich miejsca. Pomiędzy nimi stał niski stolik na trzech nogach, na którym znajdowała się taca z owocami i karafka z winem oraz dwa kielichy. Po przeciwnej stronie pokoju stała solidna, dębowa szafa z trzema drzwiami zaś po jej bokach dwa kufry o ciężkich wiekach. Podłogę pokrywał puszysty dywan w odcieniu soczystej, młodej trawy. Za oświetlenie służył trzypoziomowy żyrandol ozdobiony górskimi kryształami. Wystroju dopełniała półka z książkami, częściowo schowana za zagłówkiem łóżka.
Lif zdejmował właśnie płaszcz, odkładając go na oparcie jednego z foteli. Pod nim miał długą, czarną szatę przewiązaną w pasie szkarłatną szarfą. Spod szarfy wystawały złote łańcuszki, do których przytwierdzona była pochwa z mieczem. Jeżeli posiadał jeszcze jakąś broń, nie było jej widać na pierwszy rzut oka.
- Kielich wina przed snem? - zapytał, nie odwracając się w jej stronę i nie czekając na odpowiedź zajął się rozlewaniem trunku.

- Z zewnątrz wygląda na mniejszy - skrzydlata skończyła się rozglądać, a na jej twarzy pojawiło się uznanie. Wygodnie sobie poczynali, z podobnym wyposażeniem rzeczywiście mogło się nie zajeżdżać do miasta przez dłuższy czas. Idąc za przykładem gospodarza zdjęła płaszcz, wieszając go na oparciu fotela i wreszcie odetchnęła swobodnie, gdy część mokrej materii przestała jej ciążyć.
- Za wino już podziękuję, starczy jak na jeden wieczór - dodała niezobowiązującym tonem - Wszak nie wypada abym traciła nad sobą kontrolę. Szczególnie że po sutym posiłku zaczynam naprawdę czuć powieki jadące niebezpiecznie w dół i w dół. A wypada trzymać pion, choćby czysto teoretycznie… macie tu balie?

- Wedle życzenia - odstawił karafkę i odwrócił głowę tak by móc ją widzieć. - Pozory często mylą. Balię z ciepłą wodą znajdziesz za półką z książkami. Wystarczy ją lekko odsunąć. Co zaś kontroli się tyczy pozwól iż zatrzymam swoje zdanie dla siebie - uśmiech, którym ją obdarzył różnił się znacząco w stosunku do tych, jakie widziała do tej pory. Miał w sobie nieco wyższości ale też pewną dozę drapieżności. Całkiem jakby zmiana otoczenia odbiła się na jego zachowaniu odsłaniając kolejną warstwę, chociaż tylko w niewielkim stopniu.
- Nie musisz się spieszyć - dodał, siadając i biorąc w dłoń kryształowy kielich. Jego wzrok przeniósł się na ogień i tam pozostał, a na twarzy elfa przyoblekła się w szatę głębokiej zadumy.

Od strony skrzydlatej doszedł rozbawiony, krótki śmiech i furczenie piór, gdy pozbywała się kubraka jeszcze w części wspólnej.
- Przyznaj po prostu, że lubisz gdy rosół długo się gotuje, a mięso odpowiednio łatwo odchodzi od kości - posłała mu rozbawione skrzywienie warg, nim nie podeszła do wskazanej półki. Kąpiel była czymś, czego nie zamierzała odmawiać, jeśli tylko była okazja.
Mimo pozornej beztroski broń wciąż trzymała przy sobie. Para demona i elfa wzbudzała, prócz wdzięczności i zaciekawienia, przede wszystkim podskórny niepokój.
- Często zgarniacie z Rei zbłąkane dusze na trakcie? - spytała nim nie przeszła dalej.

- Jedynie gdy mamy ochotę na świeże mięso, które łatwo od kości odchodzi - odpowiedział poważnym głosem chociaż nie trzeba było geniuszu by domyślić się, że tylko się z nią drażni. Najprawdopodobniej, cień wątpliwości był bowiem obecny i ani myślał się ulotnić.
Za drzwiami, które robiły także za półkę, faktycznie znalazła wspomnianą balię, z której unosiła się para. Najwyraźniej ktoś faktycznie zadbał o to by woda na rosół była gotowa i jedyne czego w tym obrazku dotąd brakowało właśnie wkroczyło do pomieszczenia. Prócz balii miała do dyspozycji także białe płótna do wytarcia ciała po kąpieli, a na stoliczku obok czekała na nią kostka mydła, które rozsiewało woń lawendy. Pomieszczenie rozświetlały dwa kandelabry przez co panował w nim półmrok, chociaż nie z rodzaju tych, które sprawiają że włosy na karku stają dęba.

- Bogowie… - wyrwało się złotookiej razem z westchnieniem zachwytu. Mogłaby tak żyć codziennie. Zamknięta w magicznym namiocie póki…
w jednej chwili humor się jej zważył. Zaciskając usta ściągnęła resztę ubrań i już bez zwlekania weszła do wanny.
Zapewne szybko by się jej znudziło, a sam namiot chętnie przywłaszczyłaby sobie. Musiał kryć jeszcze więcej cudów tylko czekających na odkrycie.
Nie spiesząc się nigdzie wzięła mydło i rozpoczęła długą kąpiel, poczynając od głowy i długich włosów. Skrzydła na razie trzymała poza granicami wilgoci, lecz skoro nie musiała się spieszyć, pomyślała by je również wyprać przed przybyciem do miasta. Wtedy z pewnością prezentowałaby się lepiej niż świeżo ściągnięta z końskiego grzbietu.
Część duszy jednak wciąż czuwała nad resztka rozsądku. Razem z ciałem, w wodzie kąpały się też dwa krótkie ostrza, schowane pod powierzchnią wśród piany. Dzięki nim trzeba było zachować ostrożność. Czas, podobnie do wody, przelewał się jej przez palce. Nie zwracała uwagi czy świece wypalą się do końca, mogły również być magiczne. Na pewno skrzydlata czuła się magicznie, doczyszczając się łącznie z przestrzenią między piórami lotek, gdzie piach i resztki mokrego igliwia. Im dłużej w wodzie spędzała tym brudniejsza się robiła… ciecz. Za to anielica wreszcie przestała przypominać zakurzonego długą drogą gołębia, więc kiedy wróciła do salonu uśmiechała się szeroko. Klapiąc gołymi stopami po podłodze przeszła pod szafkę i przytrzymując biała płachtę na piersi, pchnęła drzwiczki.
- Ujdzie - zawyrokowała - Choć nie było ani marchewki, ani natki pietruszki.

- Grunt, że nie zabrakło głównego elementu dania - odpowiedział jej głos, dobiegający od strony łóżka. Lif leżał oparty o poduchy i do pasa zakryty narzutą. Górna część jego ciała okryta była czarną, jedwabną koszulą spod której wyzierał fragment klatki piersiowej ozdobionej szeroką, postrzępioną blizną. W dłoniach trzymał księgę oprawioną szkarłatną materią. Jego długie, rozpuszczone włosy tworzyły wyraźny kontrast z bielą pościeli. Był to obraz, który wodził na pokuszenie, przynajmniej dopóki nie spojrzało się w oczy tworzącego go mężczyzny. Powiadają, że nic tak nie gasi pożądania jak kubeł lodowatej wody i bez wątpienia coś w tym powiedzeniu prawdziwego było.
- Widzę, że humor ci dopisuje. Dobrze - kontynuował, zamykając książkę i odkładając ją na bok. - Jeżeli nie cierpisz na chorobę zwaną pruderyjnością, zapraszam - poklepał poduszkę po swojej prawej stronie. - Jeżeli jednak wolisz zachować pozory przyzwoitości, w szafie znajdziesz koce. Jestem także gotów oddać narzutę. Nie chciałbym by ktoś usłyszał, że nie potrafię się odpowiednio zatroszczyć o swoich gości.
Oba zaproszenia zostały wypowiedziane lekkim, przyjaznym tonem, w którym nie było nawet krzty frywolności. To, w jakim stopniu komfortowa miała być ta noc, zależało tylko i wyłącznie od niej.

- Więc ktoś taki jak ty nie ma alergii na pióra… doskonale - głos Moreyi stał się pogodny, przez oczy barwy złota przetoczyła się mała smużka ironii. Szczególnie przy fragmencie o pruderyjności, będącej ostatnią rzeczą jakiej by się mogła spodziewać. Z każdą kolejną chwilą rozmowy dziwny elf podważał streotypy o swojej rasie. Albo idealnie udawał, choć wszystkiego udać nie dałby rady. Pierzaste serce z chęcią podjęło grę, ot dla zwykłej radości jej trwania.
- Dziękuję, doceniam gościnność - dygnęła wdzięcznie, zamiatając końcami wilgotnych skrzydeł o podłogę. Spojrzała krytycznie na łóżko wraz z rozwalonym po pańsku właścicielem, a następnie podeszła na palcach pod krawędź wolnej połowy. Po drodze zrzuciła białe płótno, wieszając je na oparciu.
- Mam nadzieję że nie chorujesz na pruderyjność - powtórzyła jego słowa, siadając na krawędzi materaca i jak gdyby nigdy nic zaczęła przeczesywać palcami złote loki - Nie chcę potem abyś mi zarzucił nadużywanie gościnności.

- Cieszę się, że mamy podobne poglądy - odparł i nie kryjąc się z tym zaczął się otwarcie przyglądać oceniając jej sylwetkę. - Jeżeli potrzebny ci jest grzebień, jestem pewien że będziesz go mogła znaleźć w szafie.
Podobnie jak zaproszenie, także i ta informacja została przekazana przyjaznym tonem głosu, nie zdradzającym żadnych niecnych zamiarów. Elf ułożył się nieco wygodniej i obrócił tak, by nic mu nie przeszkadzało w podziwianiu widoków. Na jego ustach błąkał się lekki uśmiech, głowę podparł dłonią. Druga dłoń, a raczej same jej palce, bawiły się okładką książki, sunąc po niej i rysując niewidzialne obrazy.
- Na twoim miejscu pospieszył bym się jednak. Twoja warta ma się niedługo rozpocząć - dodał tym samym tonem.

- Naprawdę już tak późno? - dziewczyna zagrała zdziwieniem, marszcząc nos w lekkiej irytacji. Faktycznie wzięła środkową wartę, cóż za pech. Z drugiej strony jeszcze ponoć było trochę czasu. Na odpoczynek.
- Niczego nie żałuję - stwierdziła, parę razy jeszcze przejeżdżając palcami po blond splotach.
- Podziękuję na razie za grzebień. Najpierw niech wyschną… inaczej będą płaskie i matowe - zdradziła wielką tajemnicę, kładąc się na boku twarzą do elfa. Zgięte ramię ułożyła pod głową, zaś skrzydłom pozwoliła się rozwinąć swobodnie i opaść na podłogę poza łóżkiem.
- To samo mogłabym powiedzieć tobie - patrząc mu prosto w oczy, uniosła jedną brew - Winno się choć na moment zmrużyć oczy nim się zbliży warta. Do twojej trochę zostało, a widzę że niespieszno ci do odpoczynku - stuknęła palcami okładkę książki, tuż przy drugiej dłoni.

- Kto powiedział, że nie odpoczywam w tej chwili? - Zapytał, śledząc wzrokiem jej palce przez chwil kilka, nim powrócił uwagą do jej oczu. - Istnieją różne formy, różne sposoby. Sen jest tylko jednym z nich i chociaż przydatny, jest także mało produktywny - wyjaśnił cichym, kuszącym głosem. - Na bardziej produktywne, chociaż bez wątpienia przyjemniejsze, nie jest to odpowiednia chwila - dodał, odsłaniając białe zęby w szerokim uśmiechu, który obiecywał wiele. Nagle jednak wyraz jego twarzy uległ drastycznej zmianie. Figlarność i pokusę zastąpiła powaga.
- Śpij Moreyo. Rei obudzi cię gdy przyjdzie czas - powiedział, biorąc książkę w dłoń i delikatnie wysuwając ją spoza zasięgu jej palców, a następnie odkładając na podłogę. Ponownie był kimś innym, poważnym i odpowiedzialnym elfem, troszczącym się o swojego gościa.

Niestety materiał na gościa trafił mu się wybitnie ciężki w obróbce. Skrzydlata poczekała aż mniej więcej znajdzie się na plecach podczas obrotu, by bez ostrzeżenia poderwać ciało i pomagając sobie skrzydłami wdrapać się na gospodarza, siadając na nim okrakiem.
- Jak to leciało z tym zadowoleniem i gościnnością? - spytała z miną tak pozbawioną cynizmu, że bardziej cyniczna być nie mogła. Bądź uprzejmie zainteresowana, zależało od podejścia. Ze skrzyżowanymi na piersi rękoma patrzyła w dół, na mało zadowoloną z takiego obrotu sprawy twarz w otoku ciemnych włosów.
- Gość w dom… - dodała parskając i podejmując dalsze manewry aby zejść wpierw z elfa, a potem z łóżka. Po jego stronie.

Powstrzymał ją jednak, przytrzymując za rękę. Był silny, trzeba mu to było przyznać, do tego wcale nie ograniczył swojej siły gdy ją złapał, a przynajmniej takie można było odnieść wrażenie będąc po stronie odbiorczej.
- Wydaje mi się że już ustaliliśmy, że spędzisz noc w łóżku - zwrócił jej uwagę tym swoim przyjaznym tonem, który nijak nie pasował do sytuacji. - Jeżeli cię czymś uraziłem, wybacz. Nie było moją intencją by popsuć ci humor.
Wydawał się mówić szczerze chociaż równie szczerze brzmiały także przyjazne nuty w jego głosie. Tak samo jak wcześniej ociekały słodyczą, a jeszcze wcześniej obojętnością. Równie dobrze mógł jej w tej chwili życzyć sztyletu między łopatkami. Możliwe także, że sam by o taką sytuację zadbał i dalej brzmiał miło i gościnnie. Było w nim coś, czego anielica nie była w stanie dokładnie określić, a co sprawiało że jej skrzydlata połówka duszy jeżyła się niczym kot, który natrafił na żmiję.
- Zostań - dodał, wypuszczając jej rękę i pozwalając swojej dłoni na to by opadła na narzutę.
Kobieta zatrzymała się, aby wrócić do poprzedniej pozycji na oklep. Znów patrzyła na niego z góry, krzyżując ramiona na piersi.
- Nie musisz kryć ciemności za fasadą z kryształu - wzruszyła ramionami, podwijając skrzydła aż ułożyły się po obu stronach na materacu. - To twój dom, wystarczająco kurtuazji okazałeś wpuszczając obcego do środka. Diabelską sługę już masz, chcesz przekonać anielską by zostać skórką na podłodze przy kominku? Nie obawiaj się, nie zwykłam ingerować w czyjeś sprawy - rozłożyła ręce - zbytnio.

- Nikt mi nie służy i do niczego nikogo nie przekonuję - odparł spokojnie, milczeniem pomijając jej uwagę o ukrywaniu ciemności. - Jestem jednak istotą, którą niekiedy kierują dawne, a czasem nowe nawyki. Ty z kolei jesteś… - zamiast dokończyć wskazał dłonią na jej skrzydła. - Nie sądzę byś była pełnej krwi bowiem wtedy nasza rozmowa wyglądałaby nieco inaczej. Uznaj tą informację za gest dobrej woli z mojej strony. Zaprosiłem cię do środka bo znalazłem w tobie coś interesującego. Być może ów fakt stoi za zaistniałą komplikacją. Być może winę ponosi coś innego. Nie jestem święty - dodał, unosząc w górę prawy kącik ust w półuśmiechu. - Nie zwykłem także oddawać się przypadkowym i chwilowym przyjemnościom. Nie znaczy to jednak, że gdy napotkam coś, co uznam za piękne to odmówię sobie przyjemności wiążącej się z podziwianiem tego piękna w całej okazałości.
Podkreślając wymowę słów, które wypowiedział, ponownie przesunął wzrokiem po sylwetce dosiadającej go kobiety. Nie poruszył się jednak, ani nie dał po sobie poznać czy i jak to co widział na niego wpływało.
 
Klio jest offline  
Stary 06-07-2021, 01:05   #5
 
Klio's Avatar
 
Skrzydlata pokiwała twierdząco głową.
- Gdybym była pełnej krwi nie podróżowałabym konno - posłała mu krzywy uśmiech, trawiąc resztę zasłyszanych słów. Poprawiła włosy, trochę teatralnym gestem. Zeszła na wolną połowę łózka znów ustawiając się na boku.
- Podziwiaj więc. - zawyrokowała, układając ciało na boku, ponownie rozkładając skrzydła poza krawędzią łóżka.
- Gdybyś był świętym nigdy byśmy zapewne nie rozmawiali w ten sposób… ale to dobrze - przymknęła powieki - Święci są nudni, przewidywalni. Nie wnoszą niczego ciekawego, bo z dokładnością do trzech słów dasz radę wyprzedzić ich pełne wypowiedzi na pytania jakie jeszcze nie padły z twoich własnych ust. Najgorsi są jednak pozorni święci. Nie psujmy jednak nastroju - symbolicznie machnęła ręką nim podłożyła ją pod głowę. - Zastrzegam jednak, iż kiepsko moja głowa wyglądać będzie w słoju, a skóra przed kominkiem. Chociaż… nie - parsknęła - Po prostu obudź mnie, gdy nadejdzie czas.

- Oczywiście - zapewnił, nie komentując większości jej słów. Sam także ułożył się nieco wygodniej chociaż nie obrócił się do niej jak wcześniej. Najwyraźniej napatrzył się już lub też uznał, że dość miał atrakcji jak na jeden wieczór. Światło w sypialni zaczęło przygasać wraz z chwilą, w której powieki elfa opadły. Jedna po drugiej, świece zaczęły gasnąć aż w końcu jedynym pozostałym źródłem światła stał się ogień w palenisku.

Osobą, która obudziła Moreyę była Rei, która cichaczem podkradła się do łóżka by nie obudzić śpiącego elfa. Demonica nie wydawała się mieć problemu z tym, że zastała ich w jednym łóżku ograniczając się tylko do poinformowania anielicy, że póki co nic ciekawego na zewnątrz się nie wydarzyło. Sytuacja ta utrzymała się do rana. Jedyną, wartą wzmianki kwestią było to, że Lif najwyraźniej miał dość czujny sen, bowiem otworzył oczy gdy tylko Moreya wkroczyła do namiotu. Mogło to jednak równie dobrze oznaczać, że po prostu zdążył się już wyspać i była to jego zwyczajowa pora na wstawanie, bowiem gdy anielica rozpoczynała swoją wartę z pewnością spał smacznie pomimo znacznie większej ilości hałasów.

Poranek przywitał ich radosnymi promieniami słońca pozwalającymi mieć nadzieję, że nieustający od paru dni deszcze wreszcie dał sobie spokój. Niestety była to krótko żyjąca nadzieja bowiem tuż przed wyruszeniem w dalszą drogę niebo na powrót się rozwarło.
Lif nie przesadzał gdy powiedział, że wolą omijać większe zbiorowiska. W trakcie dwóch dni, które spędzili wspólnie, ani razu nie zatrzymali się w karczmie czy chociaż przy większym obozowisku. Na szczęście nie miało to aż takiego znaczenia gdy brało się pod uwagę magiczny namiot jakim para dysponowała i którym dzieliła się z Moreyą.
Co zaś tyczyło się zachowania elfa w trakcie drogi… Był on nad wyraz uprzejmy i przyjazny i tylko niekiedy przez maskę przebijało się coś mroczniejszego, jednak nie na tyle to, co się za tą maską kryło w pełni swą twarz pokazało. Rei zaś trzymała się z tyłu i swoim zwyczajem mówiła niewiele i tylko wtedy gdy się tego od niej wymagało. Dopiero gdy ujrzeli mury miasta, w zachowaniu towarzyszy złotowłosej anielicy nastąpiła zmiana. Demonica przyspieszyła nieco swego wierzchowca by się z nimi zrównać i przywdziała na usta szeroki uśmiech. W jej dłoni, jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki, pojawił się flet na którym zaczęła wygrywać wesołą melodie. Lif z kolei przywdział maskę powagi i autorytetu jakiej spodziewać się należało po przedstawicielu jego rasy. Wyprostowane plecy, wysoko uniesiona głowa i chłodne, boleśnie obojętne spojrzenie sprawiały że miało się ochotę zejść mu z drogi by przypadkiem nie urazić go własną twarzą, postawą, gestem.

Jako że powoli zbliżał się wieczór, elf pokierował ich ku wspomnianej przy pierwszym spotkaniu karczmie. Poinformował przy tym, że to on zajmie się negocjacjami i że lepiej będzie by Moreya pozostawiła tą kwestię w jego dłoniach.
“Złote skrzydła” wyglądały tak, jak można się było spodziewać po opisie, który wcześniej otrzymała. Blask wylewał się na brukowaną ulicę, a wraz z nim gwar i pokrzykiwania. W stajni poinformowano ich, że nie ma już wolnych miejsc, jednak po miejsca te się jednak znalazły chociaż nie bez pomocy lśniącej, srebrnej monety. W głównej sali panował tłok i ścisk tak że tylko na scenie można było znaleźć jakieś puste miejsce.
Lif nie rozglądał się za miejscami przy stołach ani nawet przy szynku. Zamiast tego ruszył prosto w kierunku karczmarza, który zajęty był rozmową z białowłosą wojowniczką. Rozmowa ta nie powstrzymała jednak krasnoluda przed dostrzeżeniem zbliżającej się w jego kierunku grupy. Jego twarz wyraźnie straciła przy tym nieco z pogody ducha, a dłoń która do tej pory była zajęta wycieraniem kufla zatrzymała się jakby ją zamrożono w czasie.
- Widzę, że interes ma się dobrze. - Pierwszy głos zabrał elf przywołując na usta coś na kształt uśmiechu. - Mam nadzieję, że znajdziesz dla starego przyjaciela jakieś wolne pokoje.
- Te co zwykle? - Zapytał karczmarz, nie sprawiając wrażenia chętnego do prowadzenia gierek słownych czy też innych na dobrą sprawę.
- Byłbym wdzięczny - potwierdził Lif. - Rei jak zwykle zajmie scenę co dobrze się składa, biorąc pod uwagę to, że świeci ona pustkami. Kolację z kolei zjemy w prywatnej jadalni, tej od strony ulicy. Mam nadzieję, że Malina ma się dobrze i nadal władzę nad swym królestwem sprawuje.
- Całkiem dobrze - zapewnił karczmarz, krzywiąc się nieprzyjemnie. - Powiem jej, że wpadłeś w odwiedziny. Ucieszy się.
- Tak, tak, przekaż że jestem i z chęcią się z nią spotkam. Oh, byłbym zapomniał - przy tych słowach odsunął się nieco by krasnolud mógł w dokładniej przyjrzeć się towarzyszącej elfowi anielicy. - To jest Moreya - przedstawił ją. - Podróżujemy razem - wyjaśnił, nie dodając nic więcej w tej kwestii. - To zaś jest Turstyn, o którym ci wspominałem - zwrócił się do złotowłosej nie zmieniając przy tym ani tonu głosu, ani wyrazu twarzy które były tak samo nieprzystępne jak w chwili, w której przekroczyli bramy miasta. Można nawet było rzec iż całość stała się nawet bardziej nieprzystępna i wroga, budząca strach nawet.

Dla odmiany złotooka wydawała się chodzącą oazą łagodności. Uśmiechała się dobrotliwie, rozglądając z zaciekawieniem to po wnętrzu przybytku, to po krzątających się dziewkach służebnych i gościach, choć tym ostatnim wedle dobrego wychowania, za długo uwagi nie poświęcała. Nie wypadało.
Za to, gdy nadszedł moment prezentacji, wydawała się wręcz tryskać radością.
- Wspominał to za mało powiedziane - zwróciła się do gospodarza, kiwając mu na powitanie karkiem - Nachwalić się nie mógł waszego przybytku, o jadle nawet nie wspominając. Zaprawdę powiadam wam panie, odkąd podzielił się owymi wiadomościami każda godzina na trasie istną udręką się wydawała, gdy w perspektywie zawitanie tutaj mieliśmy - westchnęła w szczerym smutku, który jednak momentalnie zmienił się w radość - Tym bardziej rada jestem, żeśmy dotarli wreszcie i sama, na własne oczy przekonać się mogę o tych cudach tak przez mych towarzyszy zachwalanych - nachyliła się odrobinę - Mam jedynie szczerą nadzieję, że w waszych progach znajdzie się miejsce, bo macie zaprawdę spory ruch… nie dziwię się - westchnęła, łypiąc wymownie w stronę kuchni - Ten zapach który się tu roznosi umarłego by podniósł i mu przypomniał jakie cuda może nieść życie. - zaśmiała się pogodnie.

Krasnolud sprawiał wrażenie zaskoczonego i nie do końca pewnego jak zareagować na ów wybuch.
- Oczywiście że się znajdzie miejsce. Mój pokój jest wystarczająco duży - wtrącił się Lif, który przez cały czas trwania przemowy jaką wygłosiła anielica przyglądał się jej z lekkim zainteresowaniem jednak nie na tyle wyraźnym by zburzyć aurę jaka go otaczała.
- Jak wam pasuje - Turstyn w końcu zdecydował się na wzruszenie ramion i przejściem nad zaistniałą sytuacją jakby była ona najnormalniejszą na świecie. Ot, kolejny dzień w robocie, jak to mawiali. Wyraźnie jednak chciał się już pozbyć elfa o czym świadczyły dwa klucze, które wylądowały na ladzie, a następnie zostały przesunięte w kierunku Lifa. Ten wziął je i podał jeden z nich Rei, która następnie ruszyła w stronę sceny. Drugi z kluczy zatrzymał dla siebie.
- Niech chłopiec stajenny przyniesie nasze bagaże - rzucił w stronę właściciela przybytku kładąc na ladzie złotą monetę, którą następnie przesunął w stronę krasnoluda.
- Ta, ta - brodach pokiwał głową, zwinnym ruchem przejmując złoto, które niczym za sprawą magii, zniknęło z zasięgu wzroku.
- Sprawdzimy nasz pokój? - ni to zapytał, ni zaproponował elf, chociaż po tonie głosu można się było domyślić, że wyboru wielkiego nie dawał.

- Skoro tak ładnie prosisz nietaktem byłoby oponować. Prowadź zatem, boś widzę obeznany lepiej z tutejszą topografią - skrzydlata uderzyła w niego uśmiechem, aby zaraz później wrócić uwagą do karczmarza.
- Jeszcze raz dziękujemy i, jeśli mogę dodać, cieszę się niezmiernie że dane mi było was poznać, panie - skinęła mu na odchodne.
- Ta, wzajemnie - usłyszała w odpowiedzi słowa wypowiedziane pozbawionym nawet iskierki radości głosem.
Lif nie przejmował się karczmarzem w ogóle i najwyraźniej nie zamierzał już zamieniać z nim nawet słowa bowiem zwyczajnie ruszył przed siebie kierując się w stronę schodów. Nimi to dotarli na najwyższe piętro przybytku który liczył ich sobie trzy. Podążając korytarzem zatrzymali się dopiero przy ostatniej parze drzwi, oddalonych nieco od całej reszty. Elf wybrał te po prawej stronie, które w chwilę później stanęły otworem ukazując widok niemal dokładnie taki sam jak ten, który Moreya ujrzała gdy weszła do magicznego namiotu. Nawet półka z książkami znajdowała się w tym samym miejscu i wyglądało na to, że księgi które się na niej znajdowały były dokładnie takie same.
- Nie pamiętam bym aż tak zachwalał to miejsce - Lif pierwszy zabrał głos, chociaż dopiero wtedy gdy drzwi zostały zamknięte za ich plecami. Swoim zwyczajem zdjął płaszcz i przerzucił go przez oparcie fotela, a następnie sięgnął po karafkę.
- Wina?

Chwilę trwało nim skrzydlata odpowiedziała. Wpierw opanowała zdziwienie i gładko ułożyła pióra, które na widok za progiem w pierwszej chwili się nastroszyły.
- Chętnie - odpowiedziała, łypiąc na karafkę niczym na starego dobrego przyjaciela - Nie pamiętam abym się na stałe wpisała do twojego wystroju wnętrza - przeszła przez pokój aby usiąść w fotelu i założyć nogę na nogę - Niemniej nie jestem z tych co dziury w całym szukają. Dziękuję Lif, muszę jednak zapytać. Jak to możliwe? - powiodła dłonią po okręgu - Masz w namiocie przejście tutaj, czy to bardziej kopia owego pomieszczenia zaklęta we wnętrzu paru płach płótna? - westchnęła - Nie, gdyby to było przejście, nie podróżowalibyście tradycyjnie. Niemniej cudowna sprawa, wyjaśnia tez odrobinę skąd ta miłość karczmarza do ciebie - na bladym licu zagościł pogodny uśmiech - Daru do zjednywania sobie przyjaźni na wieki ci nie odmówię.

- Jest różnica między przyjaciółmi, a osobami, które mają u mnie dług. Turstyn należy do tej drugiej kategorii - odpowiedział, podając jej kielich i zajmując się napełnianiem drugiego. Dopiero gdy ta czynność została wykonana, a on sam zajął miejsce w fotelu, kontynuował odpowiadanie na niektóre z kwestii, które zostały przez nią poruszone.
- Namiot to oczywiście kopia tego pomieszczenia, które z kolei jest kopią innego. Należę do osób niezwykle ostrożnych gdy chodzi o bezpieczeństwo - oświadczył, po czym zatoczył krąg dłonią, obejmując mniej więcej cały pokój. - Tak jak sam namiot, także to miejsce ma w sobie kilka niespodzianek. Istnienie tego oraz sąsiadującego z nim pokoju, jest częścią umowy jaką mam z Turstynem. Dopóki mi towarzyszysz możesz z niego swobodnie korzystać - poinformował, podając jej klucz. - Potraktuj to jako zaliczkę na poczet naszej… przyjaźni - dodał po krótkiej przerwie, odchylając głowę do tyłu i opierając ją o zagłówek. Sprawiał wrażenie zmęczonego, chociaż trwało to tylko chwilę.
- Jakie są twoje plany na kolejne dni? - zapytał, ponownie skupiając na niej wzrok.

- Pewnie rozejrzę się po mieście, zobaczę co Zirth ciekawego ma do zaoferowania - anielica przyjęła kawał żelaza i zaczęła go obracać w palcach. Elf czegoś od niej chciał, albo jeszcze nie zdecydował w jaki sposób uda mu się nową znajomość wykorzystać. Mobilnego zapasu piór do pisania raczej nie potrzebował.
- Nigdy tu nie byłam - przyznała, chowając wreszcie klucz do kieszeni - Nigdzie mi się nie spieszy… więęęęc - wzięła do ręki kielich - Sprawdzę ile legend o tym miejscu jest wybujałymi fantazjami, a ile trąci faktem. A co z tobą? - łypnęła znad krawędzi pucharku - Z wami?

Uśmiechnął się. Lekko, jakby od niechcenia.
- Kilka spraw do załatwienia, informacji do potwierdzenia - odpowiedział wymijająco. - Jest pewna, chociaż niewielka szansa na to, że nie zabawimy tu dłużej niż dwa do trzech dni nim ponownie ruszymy w drogę. Jedno łączy się z drugim oczywiście. I tak, część z tego dotyczy także owych legend o których wspomniałaś. Pozwól zatem że zapytam. Na ile zainteresowana jesteś sprawdzaniem prawdziwości owych legend?
Pytanie zadane zostało głosem wyrażającym ciekawość ale także kryjącym pewną nutę zagrożenia. Całkiem jakby ją kusił, chociaż do czego dokładnie ta pokusa wiodła tego wciąż nie wyjawił. Pochylił się za to nieco do przodu, jakby w oczekiwaniu na jej odpowiedź, jakby nie mógł się jej doczekać.

- Zależy - Moreya odpowiedziała dopiero po paru chwilach i łykach wina. Zdawać się mogło, że więcej uwagi poświeca napitkowi niż towarzyszowi - Musiałabym dowiedzieć się czy nagroda warta jest ryzyka, na czym dokładnie sprawdzanie będzie polegać i przede wszystkim komu mogę tym nadepnąć na odcisk, oraz jak długie ręce przy tym ma.

- Pięćdziesiąt złotych rivów - jako pierwsze odpowiedzi doczekało się pytanie dotyczące wysokości nagrody. Lif ponownie rozsiadł się wygodnie w fotelu i kontynuował neutralnym tonem. - Ryzyko duże, chociaż nie z tych, które gwarantują utratę życia. Co zaś się tyczy ewentualnych odcisków… - Przez chwilę przyglądał się zawartości trzymanego w dłoni kielicha. - To póki co jest kwestia pozostająca w cieniu i zależna od bardzo wielu czynników.
- Za nieco ponad dwa dni wyrusza wyprawa w góry. Na chwilę obecną w skład drużyny wchodzę ja, Rei i mój człowiek, który zajmuje się rekrutacją dodatkowych osób. Nagroda wypłacana jest z góry, z pewnymi ograniczeniami mającymi na celu zapobiec przedwczesnemu zerwaniu umowy. Nie spodziewam się jednak wielu chętnych nawet pomimo wysokości stawki w związku z czym dodatkowa para - tu przerwał i obrzucił spojrzeniem jej skrzydła - rąk byłaby mile widziana.

- Podsumujmy - anielica odstawiła kielich i pochyliła tułów, opierając łokcie o kolana. Splotła dłonie jak do modlitwy - Proponujesz podróż do jednej z niezbadanych od dawna świątyń czy innego grobowca. Macie mapę, albo inne nań namiary. Do tego pula chętnych do dużych należeć nie będzie. Co znajdę, a mi się spodoba i przeklętym nie będzie, zabieram. Im bardziej lśni tym lepiej - na jej twarzy pojawił się wesoły grymas - Nie interesują mnie księgi, dawna wiedza i zakazane rytualne przedmioty. Lubię złoto, pasuje mi do oczu.

- Osobiście nie interesuje mnie nic co zwykle zalicza się do miana skarbu więc kwestie podziału są mi obojętne - Lif nie wydawał się przejmować pazernością anielicy. - Zastrzegam jednak, że to co faktycznie mnie interesuje, nawet gdy okaże się być bryłą szczerego złota, należeć będzie do mnie.
Słowa wypowiedziane zostały stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu głosem. Wyraźnie widać było iż kwestia ta nie podlegała dyskusji, a wszelkie próby jej podjęcia mogły się skończyć nieprzyjemnie. Zaraz jednak ponownie na jego twarzy zagościł przyjazny wyraz, a i głos zmiękł mu w znacznym stopniu by stać się przyjaźniejszym dla ucha.
- Wedle umowy, którą mój człowiek oferuje, poza złotem na wstępie wspomniany jest udział w zyskach. Jestem jednak pewien, że w przypadku w którym coś przykuje twoją uwagę i będziesz chciała tą rzecz zatrzymać jako swoją część, nie powinno być problemu. Jak już wspomniałem, jest to kwestia o najmniejszym stopniu ważności, przynajmniej dla mnie. Nie musisz też podejmować decyzji w tej chwili, wystarczy że dasz mi znać wieczorem dnia poprzedzającego nasz wyjazd - zaoferował.

Dziewczyna przewróciła oczami.
- Jeśli się czymś interesujesz to najlepszy znak, abym trzymała się od tego z daleka. - między jej palcami pojawił się lśniący, złoty krążek. Ułożyła go na pięści i pstryknięciem kciuka odrzuciła do góry.
- Bez obrazy - dorzuciła pro forma, łapiąc krążek. Chuchnęła na dłoń i dopiero wtedy ja otworzyła. Przez twarz złotookiej przeszedł zamyślony grymas, gdy tak wpatrywała się w wynik.
- Zgadzam się - powiedziała tylko, chowając monetę do rękawa.

Uśmiechnął się w odpowiedzi nie sprawiając wrażenia zaskoczonego jej decyzją. Był za to zdecydowanie zadowolony, chociaż na ile owe zadowolenie było szczerze pozostawało jedynie zgadywać.
- Jutro skontaktuję się z moim człowiekiem by przedstawił ci kontrakt. O ile kwestia podpisu jest wymagana, o tyle zabezpieczenie przed jego złamaniem w tym wypadku nie wydaje się być niezbędne. Nie planujesz mnie okraść, prawda? - zapytał przymilnie, nie czekał jednak na odpowiedź.
- Kolacja powinna już na nas czekać w sali jadalnej - poinformował wstając i podając jej dłoń. - Mam nadzieję że jest to początek owocnej współpracy. Dla obu stron - dodał.

- Tego właśnie się trzymajmy - zgodziła się, z gracją ujmując podaną rękę i również wstała nie ukrywając zadowolenia. Czekała ją pyszna kolacja oraz wygodne łóżko, z którego nie zamierzała podnosić kupra przed południem. Z tego powodu należało się najeść zawczasu, skoro śniadanie sobie odpuszczała. Wychodząc z pokoju leniwie myślała o jutrzejszym dniu.
Obiad był idealną pora na pobudkę, a potem zobaczy te kontrakty.
Ale to jak wróci z miasta, przecież absolutnie nigdzie się jej w tym momencie nie spieszyło.

 
Klio jest offline  
Stary 06-07-2021, 11:52   #6
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Jeśli ktoś daje ogłoszenie, to jest rzeczą niemal pewną, że nie oddali się w środku nocy, zostawiając wszystkich zainteresowanych na przysłowiowym lodzie. No dodatek, według słów Turstyna, nie było to pierwsze tego typu zlecenie.
Ze słów karczmarza wynikało również, że - wbrew przypuszczeniom Variela - nie była to droga w jedną stronę.
- Potencjalna uczestniczka? - spytał krasnoluda, spoglądając w ślad za odchodzącą wojowniczką.
- Nie moja sprawa - zapytany odpowiedział niechętnie, niezadowolony że mu się przeszkadza. Odstawił wycierany kufel i ponownie skupił spojrzenie na elfie.
- Chętnych pewnie paru będzie. Poczekasz do rana to i ciekawość zaspokoisz.
- Poczekam... - stwierdził Variel. - Pokój dostanę? - upewnił się.
- Znajdzie się - potwierdził karczmarz. - Chociaż zostały już tylko te na trzecim piętrze.
- Wezmę, oczywiście - odparł. W końcu miał tyle sił, by wejść tak wysoko. Sakiewki tez nie miał pustej. - Ile za noc? I śniadanie? - spytał.
- Dwadzieścia miedzianych - odpowiedział, sięgając po jeden z kluczy wiszących na gwoździach za jego plecami.
- Ze śniadaniem do łóżka? - zażartował Variel, kładąc na ladę pół srebrnego riva.
Turstyn sprawnie wydał resztę w postaci pięciu miedzianych. Na pytanie nie odpowiedział, pozwalając by cisza, jaka między nimi zapadła posłużyła za odpowiedź.
Variel odebrał schował resztę, odebrał klucz, a potem zabrał swoje rzeczy i powędrował na trzecie piętro.


Pokój był całkiem niezły.
Variel, który nocował i w lepszych, i w gorszych, nie miał mu zbyt wiele do zarzucenia, szczególnie że nie zamierzał spraszać tu wysoko urodzonych gości, a jedynie spędzić spokojna noc, nie zamierzał narzekać - łóżko było solidne, szerokie i nawet niezbyt skrzypiało, pod materacem nie kryli się niechciani 'współlokatorzy', pościel była czysta, a poduszka nawet całkiem miękka.
Pozostawało umyć się, a potem iść spać. I należycie odpocząć po trudach podróży.

* * *

Noc minęła spokojnie, a smacznie śpiącego Variela obudziło słońce, bezczelnie zaglądające do pokoju. Trzeba było wstawać, a nie wylegiwać się. W końcu nie było wiadomo, o której potencjalny zleceniodawca zechce spotkać się z potencjalnymi członkami wyprawy w nieznane.
Zmyl z oczu resztki snu, trochę się pogimnastykował i powalczył z cieniem, a potem ubrał się i spakował. Chwilę później był już na dole.

Zdecydowanie nie był pierwszy, chociaż grono tych, co siedzieli w głównej sali, nie było zbyt liczne - raptem (nie licząc karczmarza) piątka osób obu płci.
Variel odwzajemnił gest kapłana, a potem podszedł do stolika, przy którym siedzieli ogłoszeniodawca i srebrnowłosa wojowniczka.
- Można się dosiąść? - spytał, wskazując równocześnie ogłoszenie.
Jak na rozkaz, prowadzona przy stoliku rozmowa ucichła. Para oczu zwróciła się ku Varielowi. Spojrzenia, jakim go obdarzyli różniły się od siebie. Kobieta wyraźnie nie była zadowolona z pojawienia się intruza, podczas gdy mężczyzna przyjrzał mu się z zainteresowaniem, a następnie dłonią wskazał na jedno z wolnych miejsc.
- Zapraszam.
Variel bez wahania zajął miejsce.
- Variel - przedstawił się.
- Taar - mężczyzna skinął głową po czym wskazał na swoją towarzyszkę. - Lin.
Ruchem dłoni przywołał dziewkę, która właśnie pojawiła się w sali.
- Tak?
- Piwo i karafkę wina - zamówił i zamilkł, dając szansę elfowi by i ten złożył swoje zamówienie.
- Piwo i coś do zjedzenia - poprosił Variel. - Jeszcze jestem bez śniadania - dodał, kierując to wyjaśnienie pod adresem sąsiadów.
- Zaraz przyniosę. - Dziewczyna oddaliła się pospiesznie, odprowadzona czujnym wzrokiem karczmarza.
- Dzień jest wciąż młody. - Taar nie wydawał się być zaskoczony słowami Variela. - Co cię sprowadza do Zirth?
- W ramach przysługi przywiozłem coś znajomemu - wyjaśnił zagadnięty. - Teraz zastanawiam się, dokąd ruszyć dalej, a przy okazji rozglądam się za jakimś zajęciem. To zaś - wskazał na ogłoszenie - wygląda dość interesująco. Przynajmniej jak na mój gust.
Kąciki ust białowłosego mężczyzny uniosły się lekko w odpowiedzi na słowa elfa.
- Niezmiernie mnie to cieszy chociaż nie będę ukrywał, że wyprawa którą organizuję jest także dość niebezpieczna. Płacę pięćdziesiąt złotych riv na wstępie. Dodatkowo oferuję udział w zyskach z wyprawy. Od razu jednak informuję, że rezerwuję sobie prawo do zatrzymania niektórych przedmiotów. Mam nadzieję, że te warunki nie są zbyt wygórowane - dodał, pogłębiając uśmiech chociaż wzrok, którym mierzył Variela nie miał w sobie nawet cienia radości. Ton głosu sugerował, że mężczyzna doskonale zdawał sobie sprawę, że oferowane warunki były o niebo albo i dwa lepsze niż przy większości takich zleceń.
Variel skinął głową.
- Dobre warunki - stwierdził. - Słyszałem, że już było parę takich wypraw? - Było to na w połowie pytanie, w połowie stwierdzenie. - Ile czasu to może zająć? Tak na oko?
Taar skinął głową potwierdzając słowa elfa.
- Ta będzie piątą - wyjaśnił. - Do tej pory najdłuższa trwała nieco poniżej miesiąca. Głównym powodem był brak koni, na który w pewnym momencie cierpieliśmy. Nic poważnego - zapewnił, chociaż zabrzmiało to nad wyraz nieszczerze.
- To ma znaczyć, że konie się nie przydadzą, czy wprost przeciwnie? - zapytał Variel, milczeniem pomijając wspomniane "nic poważnego".
- To drugie. Przynajmniej jeżeli chodzi o pierwszą część podróży. Dalej będziemy musieli polegać na własnych nogach. Zamierzam jednak wynająć kogoś, kto pod naszą nieobecność zajmie się zwierzętami - zapewnił Taar po czym zamilkł bowiem dos tołu powróciła dziewka karczemna z tacą zawierającą zamówione jadło i napitek.
- Zalecałbym jednak byś na wyprawę zabrał wynajęte zwierzę lub kupił coś taniego. Mogę cię polecić odpowiedniej osobie która nie wyczyści ci sakiewki i odkupi wierzchowca po powrocie. Decyzja zależy od ciebie - dodał, gdy dziewczyna oddaliła się poza zasięg słuchu.
- Wygląda to na dobre rozwiązanie - przytaknął Variel. - Chętnie skorzystam z twgo znajomego, Mam co prawda wierzchowca, ale w takim razie zostawię go tutaj. Na co się szykować? Góry, pustynia, mróz czy upały? Można po drodze kupić coś porządnego, czy lepiej zaopatrzyć się już teraz, w Zirth?
- Po drodze mijać będziemy osadę. Nie jest ona duża, więc rzeczy takie jak broń czy zbroja mogą być trudne do zdobycia. Radziłbym zaopatrzyć się w te rzeczy przed wyruszeniem - poradził białowłosy, a następnie zrobił krótką przerwę na upicie łyka złocistego trunku. - Góry i zamknięte pomieszczenia. Przydadzą się więc liny i jakieś haki. Część z tych rzeczy będzie można kupić w osadzie - wyjaśnił, wycierając pianę z ust wierzchem dłoni.
- Broń i zbroję mam - odparł Variel - linę też. Porządną. Ale z zamkami sobie nie radzę - uprzedził. - Ile osób weźmie udział?
- Za wcześnie by rzec - padła odpowiedź ozdobiona lekkim wzruszeniem ramion, całkiem jakby odpowiadający nie przykładał do tej kwestii szczególnej uwagi. Siedząca u jego boku kobieta rzuciła mu szybkie spojrzenie jednak nic nie powiedziała zadowalając się powolnym sączeniem wina.
- Ile mam czasu na przygotowania? - Variel zabrał się za jedzenie.
- Wyruszamy za dwa dni, wraz z otwarciem bram o poranku. Złoto dostaniesz po podpisaniu kontraktu, który będę miał gotowy przed południem. Jest to zabezpieczenie, zwyczajowa rzecz przy takich warunkach. Nie żebym ci nie ufał, nic osobistego - zapewnił unosząc kufel do ust.
- Jasne. - Variel oderwał się na moment od posiłku. - I zrozumiałe - dodał. - Upił nieco piwa, po czym ponownie zajął się śniadaniem. Po chwili jednak przeniósł wzrok na Lin.
- Też się wybierasz? - spytał.
- Na to wygląda - odpowiedziała mu dość obojętnym głosem.
Wyglądało na to, że wojowniczka nie jest zachwycona jego udziałem w tej eskapadzie. A powód? Może kiedyś go pozna...
- Cieszę się - powiedział podobnym tonem.

Do końca posiłku nic się nie zdarzyło. Nie padły żadne informacje, nie zgłosili się kolejni kandydaci. W końcu Variel skinął głową i pożegnał Taara i Lin, po czym podszedł do karczmarza, by zamówić pokój na kolejne noclegi. A potem opuścił gościnne progi karczmy. Miał do załatwienia kilka spraw mniej czy bardziej związanych z wyprawą. Bo co innego jechać z miasta do miasta, co innego zrobić sobie miesięczną wycieczkę w góry.
Niezbyt bezpieczną, na dodatek.

Przede wszystkim uznał, że warto dowiedzieć się czegoś na temat przyszłego zleceniodawcy. Łatwo było zauważyć, że Taar parę rzeczy przemilczał. I że w wyprawie może kryć się coś więcej, niż tylko skarby, przygody i wroga przyroda. No ale skoro niektórzy wracali...?
To, że nie paplali na prawo i lewo o swych wyprawach, nie było niczym szczególnym. Ale mimo tego Variel postanowił rozpytać się w Taara. Na dodatek miał jedno, dość dobre źródło informacji. Skierował się na Aleję Róż.


Sathr Vestori, był człowiekiem, który wiele widział i byle co zaskoczyć go nie mogło, więc na ponowne pojawienie się Variela nawet nie mrugnąl okiem. A jeśli zadane pytanie go zdumiało, to również tego nie okazał.

- Taar to człowiek, a przynajmniej za takiego uchodzi - powiedział, gdy przed Varielem pojawił się puchar z winem. - Trzyma się w cieniu, więc niewiele wiadomo o jego interesach czy o nim samym. "Skrzydła" to jego "baza operacyjna" dla interesów, a przynajmniej jej części. Chodzą słuchy że ma swoje wpływy także w Piekle, jak niektórzy nazywają dzielnicę zamieszkałą przez biedną część mieszkańców. Ale to nic pewnego - dodał tonem który sugerował, że według niego w tych słuchach jest dużo więcej prawdy, niż plotek
- A coś o jego wyprawach słyszałeś? - Variel upił łyk wina.
Sathr skinął głową.
- Były cztery do tej pory - powiedział. - Dość wysoka śmiertelność - dodał. - Dwie wróciły z niczym, a jedna... Ci się obłowili, chociaż nikt słowem nie chciał pisnąć gdzie się na skarby natknęli. Ale...
Dolał wina Varielowi i sobie.
- ...za każdym razem ludzi znikali z miasta po powrocie - dokończył.
- Bez śladu czy wyjeżdżali? - spytał Variel. Upił spory łyk wina.
- Wyjechali, chociaż nikt nie wie dokąd i czy tam dotarli z głowami na karkach. Tylko plotki krążą, nic pewnego.
- Taar organizuje kolejną wyprawę - powiedział Variel.
- Jak rozumiem, zastanawiasz się? - Było to bardziej stwierdzenie, niż pytanie.
Variel skinął głową.
- No to miej oczy dookoła głowy. I śpij ze sztyletem pod ręką - otrzymał przyjacielską radę.
- Zapamiętam - obiecał Variel. - jeszcze jedno... Gdzie mogę zostawić mego wierzchowca? Nie chciałby zostawiac go w "Skrzydłach".
- Żaden problem. - Sathr ponownie dolał wina. - W mojej stajni znajdzie się dla niego kąt.
Porozmawiali jeszcze o miejscach, w których warto robić zakupy, a gdy w butelce pokazało się dno, Variel pożegnał gospodarza, a potem opuścił rezydencję.

Przespacerował się po mieście, odwiedzając co lepszych kupców i rzemieślników, by przed południem ponownie zjawić się w gospodzie.
Ciekaw był, ilu chętnych zgłosi się na wyprawę.

* * *


Taar siedział przy tym samym stole i wyglądał, jakby od rana nie ruszył się z miejsca. Na widok podchodzącego Variela skinął głową.
- Widzę, że nie zmieniłeś zdania - stwierdził fakt, sięgając do wnętrza skórzanego worka, który leżał na siedzeniu obok. - Kontrakt jest gotowy, wystarczy podpisać - oświadczył. W jego dłoni pojawił się zwój pergaminu, który odłożył na stół. W chwilę później do zwoju dołączyło pióro i kałamarz, a także prosty, srebrny pierścień.
Variel najpierw starannie przeczytał kontrakt, starając się zwrócić uwagę na ewentualne kruczki, a potem przeniósł wzrok na pierścień.
- A ta błyskotka? - spytał.

W kontrakcie nic specjalnego nie było. Ot, zwyczajna umowa między organizatorem wyprawy, a jej członkami którym za wzięcie w niej udziału się płaci. O większość Taar zdążył już wspomnieć.
- To zabezpieczenie - wyjaśnił w odpowiedzi na pytanie elfa. - Jest magiczny i ma za zadanie przypilnować by strona przyjmująca zapłatę wywiązała się ze swojego zadania i nie zniknęła ze złotem zanim wyprawa w ogólę się rozpocznie.
Pierścień faktycznie promieniował magią w sposób wyczuwalny. Zaklęcie, które na niego rzucono bez dwóch zdań należało do tych mniej przyjemnych, było jednak pasywnego rodzaju, a co za tym szło, o ile nie planowało się złamania umowy i zwiania z pełną sakiewką, nie stanowiło zagrożenia dla noszącego.
- Czyli w momencie, gdy dotrzemy na miejsce, ten drobiazg będzie można zdjąć? - upewnił się Variel. - Bo jeśli nie, to wolę pracować bez zaliczki. I bez tego pierścienia.
- Pierścień sam zniknie gdy dotrzemy na miejsce - usłyszał w odpowiedzi. - Gdy to nastąpi szansa na odstąpienie od umowy będzie już na tyle niska by nie miała znaczenia. Nie płacę pięćdziesięciu sztuk złota za spacer po parku. Droga, którą obierzemy nie należy do najbezpieczniejszych, a i samo miejsce, do którego zmierzamy jest w większości dziewicze. Radziłbym wykorzystać do granic możliwości zawartość tej sakiewki - poradził Taar z powagą w głosie i na twarzy.
Variel nie potrafił ocenić, ile prawdy jest w słowach Taara dotyczących pierścienia, ale w jeśli chodzi o warunki na miejscu, hen, daleko, to raczej można było wierzyć. I wydać niemal całe złoto.
Variel skinął głową, a potem podpisał kontrakt.
- Mało nas, jak na razie - powiedział.
- To się zmieni - zapewnił go białowłosy chowając kontrakt do worka. - Mam na oku kilka osób możesz więc być spokojny.
- Jestem. - Variel uśmiechnął się leciutko. - Jedziemy w śniegi? Bo wtedy i ciepłe ubranko, i specjalne okulary by się zdały?
- Nie będziemy wspinać się na tyle wysoko by śnieg był problemem, a przynajmniej nie mam tego w planach - usłyszał w odpowiedzi.
- Jeszcze jedno... adres tego kogoś od koni - poprosił Variel.
- Gdy udasz się do dzielnicy handlowej zapytaj pierwszego lepszego przechodnia o Urisa Jednookiego i jego stajnię. O ile nie będzie to ktoś, kto dopiero co do miasta przybył to nie powinien mieć problemy ze wskazaniem drogi. Ewentualnie sam możesz spróbować go znaleźć. Nie powinno być to problematyczne, wystarczy udać się na targ koński, który znajduje się na zachodnim krańcu dzielnicy i poszukać łysego osiłka z przepaską na oku - poinformował go Taar, uśmiechając się pod nosem do jakiegoś wspomnienia, które musiało pojawić się przed jego oczami. - Powiedz mu, że jesteś ode mnie i potrzebujesz konia na wyprawę.
Variel założył pierścień, zabrał sakiewkę, po czym pożegnał Taara i wyszedł z gospody.

Trudno było nie znaleźć targu końskiego, a osiłek z przepaską na oku po jakimś czasie rzucił się Varielowi w oczy. Prowadził zawziętą dysputę na temat jakości jakiejś chabety, więc Variel cierpliwie poczekał, aż tamci dojdą wreszcie do porozumienia.Wtedy dopiero odszedł do Urisa.
- Czego... sobie życzysz...? - Jednooki otaksował Variela pod kątem pozyskania nowego klienta.
- Przysyła mnie Taar. Potrzebuję konia na wyprawę - powiedział elf.

Mężczyzna skrzywił się paskudnie. Pionowa blizna, która ciągnęła się przez połowę jego twarzy, począwszy od prawej brwi i na żuchwie kończąc sprawiła, że grymas ten nabrał dodatkowego, groteskowego zabarwienia.
- Możesz mu powiedzieć żeby się w dupę pocałował. Już dla niego nie pracuję. Spłaciłem swój dług - warknął nieprzyjaźnie i splunął w bok.
- Z pewnością się ucieszy - odparł Variel. - Coś jeszcze mu powtórzyć? Może że ma się sam pofatygować, by coś załatwić?
Mężczyzna przez długą chwilę mierzył elfa wściekłym spojrzeniem. Miało się wrażenie, że jeszcze trochę, a wybuchnie. Wybuch jednak nie nastąpił. Zamiast tego jednooki machnął dłonią w stronę najbliższej stajni.
- Wybierz sobie któregoś i zostaw srebrnika w puszce przy wejściu - poinformował po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę odgrodzonej części targu, za którą leniwie spacerowały zebrane tam zwierzęta.

Srebrnik?
Variel nie dowierzał własnym uszom, jako że cena była - delikatnie mówiąc - niewspółmierna do wartości najmarniejszej nawet chabety. Ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, a tu mógł sobie wybrać dowolnego, niemal za darmo. A skoro mógł, to nie zamierzał narzekać. Na dodatek miał zamiar oddać konika po powrocie z wyprawy.

W stajni wierzchowców stało kilka i żaden nie wyglądał na takiego, któremu spieszno pod nóż rzeźnika. Obejrzał dokładnie każdego i wybrał wierzchowca, który wyglądał na takiego, co potrafi nie tylko szybko biec, ale i znieść trudy dłuższej podróży.
Wychodząc ze stajni z nowym nabytkiem wrzucił do puszki srebrnika. Teraz pozostawało zdobyć siodło, odstawić wierzchowca do "Skrzydeł", zaprowadzić Zirga na Aleję Róż, a potem mógł ruszyć w miasto na poważne zakupy. Znacznie poważniejsze, niż się tego początkowo spodziewał.

Za pięćdziesiąt sztuk złota można było kupić bardzo dobrą zbroję czy fantastyczny łuk, ale te Variel miał już swoje i na ich jakość nie narzekał, jako że sprawdziły się nieraz. Ale za to złoto można było kupić parę rzeczy, których do tej pory nie były mu potrzebne, za to mogły na tej wyprawie uratować mu zdrowie i życie.

Zirth było miastem na tyle dużym, że można było tu dostać praktycznie biorąc wszystko - wystarczyło dysponować odpowiednią kwotą. Niektóre rzeczy można było kupić oficjalnie, inne - nie. A niektóre przedmioty można było kupić i u porządnego sprzedawcy, jak i u handlarza rzeczami używanymi. Zaletą tych ostatnich była znacznie niższa cena, wadą - wątpliwe źródło pochodzenia tudzież równie wątpliwa jakość.
Variel wybrał zatem najbardziej pewne źródło magicznych przedmiotów - świątynie.

Po dokonaniu zakupów, gdy ze złota od Taara niemal nic nie zostało, wrócił do gospody. Do wyjazdu zostało jeszcze dużo czasu, a on miał zamiar spędzić go na różnych przyjemnych zajęciach.
 
Kerm jest offline  
Stary 07-07-2021, 18:04   #7
 
Grave Witch's Avatar
 

Życie w Zirth płynęło swoim torem, obojętne na problemy i zmagania naszych bohaterów. Wraz z pierwszymi promieniami słońca, ulice miasta zaczynały tętnić życiem. Sprzedawcy wystawiali swoje produkty, kupujący czaili się na dobre okazje, a złodzieje z lubością oddawali polowaniu na tych, którzy nie dość dobrze strzegli swoich sakiewek. Członkowie straży miejskiej robili co mogli by utrzymać ład i porządek, zadanie to nie należało jednak do najłatwiejszych. Liczne grupy awanturników i poszukiwaczy przygód sprawiały, że co rusz wybuchały walki, sprzeczki i zamieszanie. Przynajmniej w dzielnicach, które znajdowały się poza za granicami centralnej części miasta, w której to swoje domostwa miała uprzywilejowana część mieszkańców. Tu także znajdował się pałac księcia Zirth, Fredryka Nich. Wszyscy jednak wiedzieli, że na próżno było go szukać w jego siedzibie. Anioł ów zwykł bowiem spędzać swój czas w barakach, które znajdowały się w zachodniej części miasta. Z tego też powodu sprawami miasta zajmowała się głównie rada składająca się z jego najznamienitszych mieszkańców. Nie trzeba tu było dodawać, że nie było wśród nich przedstawicieli niższych stanów, o biedocie nie wspominając. Przez większość czasu układ ten sprawdzał się w stu procentach. Od każdej reguły zdarzały się jednak wyjątki.

O poranku, w którym wyprawa w nieznane miała wyruszyć, taki właśnie wyjątek nastąpił. Dzień rozpoczął się całkiem przyjemnie. Niebo było czyste, słońce świeciło pogodnie, a z kuchni docierały zapachy, które sprawiały że usta wypełniały się śliną, a żołądki głośno dopominały o swoje prawa. W głównej sali część miejsc była już zajęta. Goście, którzy zdecydowali się na wczesny posiłek, delektowali się nim w ciszy i spokoju. Rozmowy odbywały się sporadycznie i dotyczyły głównie jakości jadła i napitku. Nikomu nie spieszyło się by na dobre dzień ów rozpocząć.

Pojawienie się białowłosego mężczyzny imieniem Taar zburzyło nieco przyjemną atmosferę. Przez chwilę stał on w progu karczmy i przyglądał się zebranym by w końcu ruszyć w kierunku stołu, przy którym siedziała trójka gości.
- Wszystko przygotowane - oświadczył na wstępie, przystając dobre dwa kroki od celu. Słowa kierował do wysokiego, czarnowłosego elfa w szkarłatnej szacie przewiązanej czarną szarfą.
- Dobrze - usłyszał w odpowiedzi. - Odczekamy jeszcze godzinę i ruszamy.
- Sprawdzę dlaczego zajmuje to tyle czasu
- do rozmowy dołączyła druga osoba, której twarz skrywał kaptur. Osobą tą była młoda bardka, która swą grą i iluzjami umilała czas gościom karczmy. Na imię miała Rei. Odkąd przybyła do “Skrzydeł”, wraz z elfem i złotowłosą anielicą, nikt nie widział ani jej twarzy ani tego co kryło się pod płaszczem, którego nawet na chwilę nie zdjęła.

Elf, który przedstawiał się imieniem Lif, skinął głową co posłużyło za znak zgody po którym to bardka wstała i oddaliła się.
- Przekaż pozostałym żeby byli w gotowości - Nakazał Lif, unosząc przy tym głowę i mierząc Taara uważnym spojrzeniem.
- Wedle życzenia - odpowiedział białowłosy, cofając się o krok, a następnie ruszając w kierunku tablicy ogłoszeń, przy której swoje śniadanie spożywał Variel wraz z Lin.
- Wszystko gotowe? - zapytał ich zajmując wolne miejsce przy stoliku i machnięciem dłoni skupiając na sobie uwagę dziewki karczemnej. W chwilę później stał już przed nim kufel pieniącego się, złocistego trunku.

Rozmowy rozbrzmiały na nowo, atmosfera uległa jednak wyraźnej zmianie. Prysł czar porannej sielanki zastąpiony przez niepokój, którego pochodzenie ciężko było określić. Jadło, chociaż nadal smakujące dokładnie tak samo jak przed pojawieniem się białowłosego, przestało sprawiać tą samą przyjemność. Z kolei trunek zdawał się znikać w tempie przyspieszonym.
Jeden po drugim, goście karczemni wstawali, zostawiając za sobą niedojedzone jajka, boczek i chleb. Ich ruchy były nerwowe, pospieszne, jakby przed czymś chcieli uciec, tylko jeszcze nie zdawali sobie sprawy z tego czym owe coś było. Nim jednak sala zdążyła się wyludnić, drzwi karczmy zostały gwałtownie otwarte, a do środka wpadła zdyszana Rei. Kaptur płaszcza zsunął się jej z głowy odsłaniając długie, rude włosy i parę rogów zdradzających jej przynależność rasową. Dziewczyna zdawała się jednak nie przejmować tym faktem. Zwalniając tylko w stopniu minimalnym, dopadła do stolika zajmowanego przez elfa i anielicę.
- Zamieszki w Piekle - poinformowała. - Blisko. Mamy może pięć minut zanim tu dotrą - dodała, sięgając po kielich z winem jaki stał przed złotowłosą i bez pytania z niego skorzystała.
- Ruszamy - oświadczył czarnowłosy mężczyzna podnosząc się z miejsca. - Taar!
- Wiem!
- odkrzyknął właściciel tego imienia, także już swe miejsce przy stole opuszczając. - No to się zaczyna - mruknął jeszcze do towarzyszących mu Lin i Variela, po czym ruszył do wyjścia.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 24-07-2021, 16:59   #8
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Wszystkie zakupy zostały dokonane, lecz Variela stale zastanawiały tajemnice tkwiące w pierścieniu. Skoro miał zabezpieczać uczestników wyprawy przed ulotnieniem się z pełną złota sakiewką, to musiały zostać w pierścionek wpakowane jakieś zaklęcia. Na szczęście w tak dużym mieście jak Zirth można było znaleźć fachowców w każdej dziedzinie życia, w tym i magii.
Świątynię Denary zbudowano przed wiekami na brzegu rzeki i chociaż miasto się rozrastało, a z czasem zostało opasane potężnymi murami, świątynia stała na tym samym miejscu, otwarta dla wszystkich, chcących przekroczyć jej progi.

- Chciałbym porozmawiać z kapłanem znającym się na zaklęciach. - Variel zaczepił jakiegoś kleryka.

Mężczyzna spojrzał na elfa niechętnie, jakby ten mu przeszkodził w czymś niezwykle istotnym, a co powinno pochłonąć całą kapłana uwagę.
- Proponuję udać się do kaplicy Szemrzącego strumienia - poinformował, machnięciem dłoni wskazując niewielki budynek po prawej stronie głównej świątyni, przed którym stały cztery małe fontanny. - Luntaris powinien odpowiedzieć mieć odpowiednią wiedzę by odpowiedzieć na wszelkie pytania. I czas - dodał pod nosem, powracając do zamiatania, którą to czynnością zajmował się nim elf mu przeszkodził.
- Dziękuję bardzo. - Variel skinął głową. - Niech Denara nagrodzi twoją pracowitość - dodał, po czym skierował się we wskazanym kierunku.
Po drodze, która zresztą nie była długa, elf przekroczył próg kaplicy. Wewnątrz panował przyjemny chłód. Szum płynącej wody był jedynym słyszalnym dźwiękiem. Docierał od strony ściany, która była przeciwna tej, w której znajdowało się wejście. Całą pokrywała woda, spływająca z sufitu i opadająca do otoczonego kamieniami basenu, jaki zajmował większość powierzchni podłogi.
- W czym mogę pomóc? - do szemrzącej wody dołączył cichy, delikatny głos docierający z kąta kaplicy. Należał do wysokiego, czarnowłosego elfa odzianego w błękitną szatę z długimi i szerokimi rękawami. Błękitne były także oczy, skupione na przybyszu.
- Variel - przedstawił się strzelec. - Mam pewien przedmiot... związany z wyprawą, która ma się wkrótce odbyć. I chciałbym się o nim coś dowiedzieć.
- Luntaris - czarnowłosy elf poszedł w ślady strzelca, odkładając na kamienny stolik księgę, którą miał w dłoni i ruszając w kierunku pytającego. Zatrzymał się kilka kroków przed Varielem.
- Zanim będę mógł powiedzieć czy jestem w stanie udzielić ci pomocy, będę musiał zbadać ów przedmiot lub przynajmniej dobrze się mu przyjrzeć - poinformował.
Variel skinął głową.
- Rozumiem - powiedział, po czym wyciągnął w stronę Luntarisa rękę z pierścieniem. - To właśnie ten drobiazg - wyjaśnił.
Elf postąpił krok do przodu i wyciągnął dłoń w kierunku pierścienia, jednak nie dotknął ozdoby.
- To proste acz silne zaklęcie - odezwał się po dłuższej chwili spędzonej w milczeniu. - Jego zadaniem jest pozbawienie życia noszącej go osoby, w chwili w której dana osoba naruszy nałożone na nią ograniczenia lub złożoną obietnicę, względnie o przysięgę. Te kwestie są dość rozmyte, brakuje tu specyfikacji. - Luntaris cofnął dłoń i otarł ją o szatę jakby próbował pozbyć się z niej brudu. - Magia, którą użyto należy do plugawego rodzaju. Obawiam się, że nie będę w stanie jej zniwelować.
- Obietnicę dość łatwo wypełnić - powiedział z namysłem Variel. - Nie mam zamiaru uciec z pełną sakiewką, bo ta wyprawa mnie interesuje. Ale fakt faktem, będę musiał bacznie obserwować poczynania zleceniodawcy. Ile jestem winien? - spytał.
- Datek na świątynię można złożyć w głównym budynku - poinformował go kapłan, dłonią wskazując na wyjście. - Kwota nie gra roli, przynajmniej dla mnie. - Po wypowiedzeniu tych słów wycofał się z powrotem w kąt kaplicy i sięgnął po uprzednio odłożoną księgę.
- Jeszcze raz dziękuję. - Variel ukłonił się, po czym ruszył w stronę głównego budynku, by pomodlić się o pomyślność wyprawy i - zgodnie z sugestią Luntarisa - złożyć ofiarę na świątynię.
A potem ruszył do miasta, by poszukać jakichś rozrywek przed wyjazdem z miasta.

* * *


Spędziwszy parę bardzo miłych godzin z dwiema (kto bogatemu zabroni?) uzdolnionymi pracownicami przybytku "Czerwona Róża" Variel wrócił w gościnne progi "Skrzydeł". Miał w planach szybką (i nieco spóźnioną) kolację, a potem pójście spać, lecz jego wzrok natrafił na siedzącą samotnie przy kuflu piwa Lin. A że czekała ich wspólna, długa i bez wątpienia niebezpieczna wyprawa, postanowił zamienić parę słów ze współuczestniczką tejże wyprawy. Tudzież wyjaśnić ewentualne nieporozumienia.
- Można? - spytał, wskazując jedno z wolnych miejsc przy stole zajmowanym przez wojowniczkę.
Kobieta uniosła spojrzenie, a po rozpoznaniu elfa, skinęłą głową wskazując luźnym ruchem dłoni na wolne miejsca przy stole.
- Gotowa do drogi? - spytał. - Zakupy zrobione?
Zamówił wino, by potowarzyszyć Lin przy piciu.
- Już od dawna - odpowiedziała mu, ponownie skupiając uwagę na zawartości kufla.
- Ale mam wrażenie, że humor nie do końca ci dopisuje. - Variel skinieniem głowy podziękował za przyniesione wino, po czym upił łyk czerwonego trunku.
- Mylisz się - odparła, jednym haustem opróżniając kufel i z hukiem stawiając go na stole. Machnięciem dłoni zamówiła dolewkę.
- Mam wyśmienity humor - dodała, bez dwóch zdań sarkastycznie.
- Można by rzec, iż rzuca się to w oczy. - Variel uśmiechnął się. Troszkę. - Podzielisz się powodem? - spytał.
- Nie ma czym się dzielić - warknęła niezbyt przyjaźnie. - Czeka nas ciężka droga, lepiej położyć się wcześniej póki ma się okazję - dodała, nie sprawiając wrażenia chętnej do pójścia za własną radą.
- Oczywiście... - Pokiwal głową. - Może lepiej parę łyków wina? Lepiej napić się dobrego trunku póki ma się okazję - zażartował. - Czemu więc siedzisz nad kuflem piwa, samotnie, miast skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji.... jakie by nie były?
- Bo mogę - odparła tym samym co wcześniej tonem. - A ty? Nie wydajesz się być szczególnie optymistycznie nastawiony - zwróciła mu uwagę.
- Jak na razie skorzystałem z paru dostępnych tu i ówdzie dobrodziejstw wspomnianej przed chwilą cywilizacji - odparł - więc zdecydowanie nie narzekam. - Uśmiechnął się. - A że wyprawa będzie, można by rzec, ciekawa... Cóż... Poznamy kawałek świata. To są pewne plusy, prawda? - Ponownie upił łyk wina. Niewielki.
- To się dopiero okaże - wzruszyła ramionami. W przeciwieństwie do elfa nie ograniczała ilości trunku, który w siebie wlewała. - Jak na razie to cała sprawa śmierdzi ale cóż poradzić. Za straceńców - dodała wznosząc toast.
- Za straceńców - dołączył się do toastu. - Śmierdzi - potwierdził. - Ale parę osób wróciło z poprzednich wypraw.
- Tak głoszą plotki - potwierdziła, dodając skinięcie głową. - Nikt jednak nie wie co się z nimi stało po tym powrocie. Masz rację, cała sprawa śmierdzi. Szczególnie to - uniosła dłoń z pierścieniem.
- Jeśli wypełnimy kontrakt - odparł Variel - to ten drobiazg nic nam nie zrobi. A nasza obietnica dotyczy dotarcia do celu wyprawy.
Wzruszyła ramionami i ponownie przyssała się do kufla.
- Zobaczymy - odpowiedziała w końcu, gdy dno naczynia ujrzało światło świec. - Wszystko, że tak powiem, przed nami. Lepiej jednak będzie mieć oczy dookoła głowy i dodatkową parę uszu - tu jej spojrzenie na chwilę przeniosło się na wyraźnie elfie uszy Variela.
- Nie ważne. Nie zwracaj na mnie uwagi, to piwo - wysiliła się na coś, co przy dobrych chęciach mogło ujść za uśmiech po czym powoli podniosła się na nogi, korzystając z pomocy blatu. - Idę spać - oświadczyła.
- I, jak powiedział mój dobry znajomy, podczas wyprawy śpij ze sztyletem pod ręką - dodał Variel. - Dobranoc.
Odprowadził wzrokiem Lin,wypił jeszcze trochę wina, a potem skorzystał z łaźni i poszedł spać.

* * *


Noc minęła spokojnie, bez wieszczych snów czy koszmarów, a ranek powitał Variela wpadającymi przez okno promieniami słońca, tudzież gwarem budzącej się ze snu gospody. Co prawda pora wyruszenia na wyprawę nie została dokładnie określona, lecz Variel wolał nie być ostatnim gotowym do drogi. Poza tym wszyscy wiedzieli, że przed wyruszeniem w drogę należy porządnie się najeść (jeśli gospoda dysponuje dobrym kucharzem).
Jak się okazało, nie tylko on był rannym ptaszkiem i wnet główna sala się zapełniła. Jednak nie wszystkim dane było spożyć śniadanie w spokoju. Informacje przyniesione przez diabelską bardkę postawiły na nogi wszystkich.
Variel nie miał pojęcia, czy zamieszki w Piekle to przypadek, czy też - uwzględniając dziwną zbieżność czasu - ktoś maczał w tym swe paluszki, ale nie miał czasu na dociekania. Żądny krwi tłum był niczym fale powodzi i nikt rozsądny nawet nie próbował nawet stawać mu na drodze.
Elf chwycił łuk i swój skromny bagaż i, nie czekając na ponowne zaproszenie, wybiegł z gospody.

Stajnia była blisko, a osiodłanie wierzchowca nie zajęło wiele czasu. Variel nie tracił czasu na wyprowadzenie konia na zewnątrz. Natychmiast znalazł się w siodle i wyjechał ze stajni. Poczekał na pozostałych, by razem z nimi ruszyć w stronę bramy miejskiej.
 
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:39.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168