Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-12-2007, 01:51   #1
Konto usunięte
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 2097 Midnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputację
Zakon Rubinowego Grala

Florencja






Constancius Vinhentheim


Florencja. Przecudne miasto pelne bogactw i wplywowych ludzi nie przez przypadek znalazla sie na twej drodze. Czyz bowiem czlek tak jak ty kochajacy przywileje i wladze moglby postapic inaczej? Zatrzymales sie jak na duchownego przystalo w klasztorze Św. Marka, w celi ozdobnej freskami slynnego Fra Giovanniego przedstawiajacymi spotkanie Pana z szatanem. Cela ta, dosc duza jak na warunki klasztorne umeblowana zostala skromnie choc bogato. Drewniane loze zdobne wysokimi kolumnami o finezyjnych rzezbieniach przedstawiajacych pnaca sie winorosl bylo wygodne i na tyle szeroki iz swobodnie mogles sie na nim wylozyc zmeczony dluga podroza. Sekretarzyk i obite skora krzeslo staly pod oknem, z ktorego widac bylo skapany w sloncu ogrod swietobliwych braciszkow. Idealne miejsce aby oddac sie modlitwie.
Mniej wiecej w godzine czy dwie po twoim przyjezdzie do Florencji zdyszany poslaniec stanal w progu twej celi wreczajac ci list z pieczecia papieska. Zdziwiony, gdyz przecie nie tak dawno gosciles przeciez w Rzymie, odebrales list wreczajac mezczyzne Boze blogoslawienstwo w ramach podzieki za trud.
List ow zawieral nastepujace slowa:

Drogi Constanciusie.

Jako iz droga twa wiedzie ku Toskanskim gora gdzie parafia twa i dobra sa polozone zlecic ci pragne drobne zadanie, ktore mamy nadzieje niz sprawi ci wielkiego zachodu, a dusze niewinne od potepienia uchronic moze. Otoz na drodze twej stoi miasto, o ktorym liczne wiesci do nas docieraja. W miescie owym ponoc starcy, niedolezni i slabowici znikaja bez wiesci tak iz jeno mlodziez i ludzie w sile wiku je zamieszkuja. Nad miastem owym goruje ponoc zamek wymarly, ktory w trakcie nocy ozywa swiatlem i muzyka a do ktorego droga od lat nieuzywana prowadzi.
Pragniemy zatem abys zatrzymal sie tam na pewien czas i poczynil obserwacje, ktore nastepnie nam przekazesz.

Niech Bog ma w opiece twa dusze i cialo.
Arcybiskup Pedro de Merdoza.




Marco Visconti

Decyzja Florencji nadeszla niespodziewanie pewnego slonecznego popoludnia gdy mocno znudzony siedziales przy jednym z wielu wolnych o tej porze stolikow popijajac marnej jakosci trunek z niezbyt czystego kufla. Mlody chlopak dosc schludnie ubrany podszedl do ciebie akurat w chwili gdy stwierdziles, ze bycmoze jeszcze jeden kufel szczegolnie ci nie zaszkodzi. Chlopak w drzacej dloni trzymal rulon pergaminu, ktory szybko polozyl obok ciebie na stole, a nastepnie czmychnal jakby go sam diabel gonil. Zapewne chlopaki z kompani znow zabawiali sie w drecznie mlodych kadetow, co ostatnimi czasy zaczynalo stawac sie ich ulubionym zajeciem. List lezal na stole przyciagajac twoj wzrok doputy nie stwierdziles iz pasowalo by go otworzyc.
Oto co zawieral:

Z rozkazu Wladz Miasta Florencji najemnik Marco Visconti zostaje nimniejszym przydzielony do ochrony Constancius Vinhentheim, duchownego zmierzajacego ku miastu Santa Maddalana.



Alessandro Ambrosini


Popoludnie mijalo spokojnie i nieco nudnawie. Po przejzeniu sprawozdan od Alberto zostalo ci juz niewiele spraw do zalatwienia tak ze z przyjemnoscia pozwoliles sobie na oddanie sie planowaniu garderoby na najblizszy bal u ksieznej Rozali de Gordini, ktorej nadobne corki juz od jakiegos czasu czaily sie na twoja wolnosc.
Wtem natarczywe pukanie do drzi przerwalo ci owe rozwarzania. Zirytowany delikatnie nakazales intruzowi wejscie nastawiajac sie na natychmiastowe zlozenie mu reprymendy za nachalnosc. Mina mlodzienca sprawila jednak iz postanowiles najpierw go wysluchac. Redri pracowal tu jeszcze za czasow twego ojca jako chlopiec na posylki. Teraz zas zajmowal miejsce sekretarza Alberta. Mlodzieniec sklonil ci sie pospiesznie, a nastepnie wreczyl napisana pochylym pismem wiadomosc. Reka, ktora ja napisala nalezala do starszego pomocnika Alebrto, Francisca Rozaliniego, ktory z tego co pamiec ci podsunela mial obecnie znajdywac sie gdzies w gorach Toskani nadzorujac dosc duza dostawe przypraw majaca byc dotrzec do Florencji tamtejszym szlakiem handlowym. Niezbyt wyrazne slowa zawieraly prosbe o natychmiastowe przybycie do miasta Santa Maddalana. Nie znales zbyt dobrze Francisca ale z tego co ci o nim mowiono byl czlowiekiem opanowanym i spokojnym dlatego tez wezwanie to wprawilo ci w niejaka konsternacje. Coz bowiem takiego moglo sie stac w tym miescie, ze czlowiek ow doszedl do wniosku, iz jedynie twoja obecnosc pomoze rozwiazac ow problem?


Michał

Santa Maddalana



Ze snu zbudzil cie potezny kopniak wymierzony ci przez groznie wygladajaca kobiete w czarnej sukni przepasanej brazowym fartuchem.

- A coz to za maniery jasnie panie?! Spac pod sciana w mojej karczmie! Jesli nie masz czym zaplacic za nocleg czy posilek udaj sie ku klasztorowi braciszkow Dominikanow. Oni cie ugoszcza, a mi klientow nie bedziesz odstraszal.

Kobieta ta nie wygladala na chetna do negocjacji. Wskazawszy ci kierunek w jakim powinienes sie udac zalozyla rece na piersi groznie mierzac twoja postac i czekajac az wyniesiesz sie laskawie z jej przybytku.
 
__________________
[B]poza tym minął już jakiś czas, odkąd ludzie wierzyli w Diabła na tyle mocno, by mu zaprzedawać dusze[/B]
Midnight jest offline  
Stary 02-12-2007, 12:40   #2
 
Dalakar's Avatar
 
Reputacja: 119 Dalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znany
Michał poczuwszy przez i tak męczący sen silnego kopniaka powoli otworzył oczy. Spodziewał się jakiegoś podpitego osiłka, więc mocno się zdziwił, kiedy ujrzał bojowo nastawioną niewiastę.
- A cóż to za maniery jaśnie panie?! Spać pod ścianą w mojej karczmie! Jeśli nie masz czym zapłacić za nocleg czy posiłek udaj sie ku klasztorowi braciszków Dominikanów. Oni cie ugoszczą, a mi klientów nie będziesz odstraszał. - powiedziała
-Wybacz, o pani. Nie znam miasta, więc nie wiedziałem iż taki klasztor sie tu znajduje i co za tym idzie że mogę tam szukać pomocy. I nadal nie wiem jak mam do wielebnych ojców się udać. - rzekł Michał i dodał - Więc może wskażesz mi drogę?
Kobieta jeszcze groźniej spojrzała na młodzieńca, a ten zorientował się że popełnił mały nietakt. Nie chcąc robić zamieszania i dawać powodu do niechęci wobec swojej osoby Miecznik wstał i opuścił gospodę.
Wyszedłszy z budynku odetchną pełną piersią, po czym rozejrzał się dookoła. Jakoś nie mógł zauważyć klasztoru. Zobaczył natomiast opuszczony zamek, górujący nad miastem, oraz grupkę dzieciaków wesoło bawiących się w berka.
-Hej! - krzyknął do nich, a młokosy podbiegły do niego – Czy któryś nie zechciałby mi pokazać drogi do klasztoru ojców Dominikanów?
- A co nam za to dasz? - zapytał jeden z nich
- No cóż... W zasadzie to nie mam grosza przy duszy, więc...
- Nie musisz mieć – rozległ się głos tuż za nim
Miecznik odwrócił się i zobaczył uśmiechniętego mężczyznę w habicie.
- Widzę że nas szukasz. Choć za mną. Moim obowiązkiem jest podróżnych przyjmować, a głodnych karmić.
-Skąd wie ojciec, że jestem w podróży?
- Nigdy cię tu nie widziałem.
Skończywszy krótką rozmowę Michał udał się za wielebnym do zgromadzenia.
- Może to pytanie zabrzmi dziwnie, ale co to za miasto? - zapytał po dłuższym czasie
- Santa Maddalana. - odpowiedział Dominikanin
Młodzieniec chciał zadać następne, nurtujące go od początku pytanie, ale się wahał. Coś mu mówiło że to jest tematem zakazanym, lecz przełamał się i zapytał:
- Co to za dziwny zamek, który góruje nad miastem?
 
Dalakar jest offline  
Stary 02-12-2007, 14:38   #3
 
Yourek's Avatar
 
Reputacja: 716 Yourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwu
Nigdy nie dadzą mi spokoju - pomyślał Constancius - Czy papież naprawdę nie ma innych ludzi?
Mimo niechęci i rozgoryczenia, wiedział, że musi pojechać i zatrzymać się w tym zamku. Usiadł na krześle, położył przeczytany list na sekretarzyku i zapatrzył sie na ogród. Jakże piękny był to widok. Musiał przyznać, ze braciszkowie bardzo natrudzili się, ale efekt był zdumiewający. Westchnął raz jeszcze, po czym wstał i wyszedł z celi, żegnając się przed krzyżem zawieszonym nad wejściem.

Jeszcze tego samego Constancius siedział w w wozie, żegnając gościnny klasztor św. Marka. Wszystko co dobre, szybko się kończy. Znużonym wzrokiem żegnał klasztor, ogród i Florencję. Obiecał sobie, że wróci tu tak szybko, jak to będzie możliwe. Tymczasem jednak, jego mysli zaprzątała inna rzecz.

- Dziwna rzecz, że starcy i słabi znikają. Do tego jeszcze ten żyjący nocą, jak to określił papież, wymarły zamek... - duchowny nie wierzył w siły nadprzyrodzone - Pewnie szlachta albo bogaci mieszczanie urządzają tam swoje suto zakrapiane bale, nie płacąc za dzierżawę. To byłoby dla nich typowe. Chociaż w sumie...nie dziwiłbym się im.

Zatopiony w myślach, tępym wzrokiem patrzył na zachodzące za horyzontem słonce. Miał nadzieję, ze chociaż wystrój zamku będzie mu odpowiadał. W końcu kogo obchodzi to, że ktoś stary znika, przecież i tak prędzej, czy później umrze.
 
__________________
W takich sytuacjach, gdy warstwa nakłada się na warstwę, gdy wszystko jest fasadą, wplecioną w sieci oszustwa, prawdą jest to, co z nią uczynisz. - Artemis Entreri

Ostatnio edytowane przez Yourek : 02-12-2007 o 16:42.
Yourek jest offline  
Stary 02-12-2007, 15:51   #4
 
John5's Avatar
 
Reputacja: 686 John5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwuJohn5 jest godny podziwu
Alessandro położył koszule na łóżku po czym krytycznie spojrzał na nią i trzy pozostałe leżące obok. Po chwili namysłu zdecydował się na białą o prostszym kroju i bez bufiastych rękawów. Na balu takiej persony jaką jest Rozalia de Giordini nie można pokazać się w byle jak dobranym stroju, tym bardziej, że zrobienie dobrego wrażenia na niej miałoby wymierne efekty na plany małżeństwa z jej córką.
Wkładał właśnie ostatnią z koszul o szafy kiedy ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Alessandro lekko się skrzywił, nie lubił, kiedy mu przeszkadzano.
Kiedy tylko udzielił pozwolenia na wejście do pokoju wkroczył Redri. Minę miał nietęgą i zamiast zbesztać go za nachalność Alessandro bez słowa wziął od niego list napisany przez pomocnika Alberto. W zamyśleniu machnął ręką dając znak, że chce zostać sam.
Spokojnie usiadł przy biurku i otworzył list nożem do papieru o wytartej rękojeści z kości słoniowej. Lekko się uśmiechnął kiedy przypomniał sobie jak ojciec ze skupieniem trzymał w ręku ten sam nóż równocześnie czytając listy od swoich pełnomocników. Nieświadomie przyjął identyczną pozycję i zaczął czytać wiadomość.
W najlepszym wypadku można by uznać ją za niejasną, Francisco prosił o jego natychmiastowy przyjazd do Santa Maddalana nie podając jednak żadnego konkretnego powodu. Alessandro nie znał go osobiście jednak z relacji innych był w stanie stwierdzić, że gdyby spraw nie była ważna nie byłby niepokojony. Spokojnie przeczytał list raz jeszcze by sprawdzić czy nie pominął niczego po czym odłożył go i nalał sobie wina ze stojącej nieopodal karafki. Przez chwilę wpatrywał się w kielich myśląc o tajemniczości sprawy i pobudkach Francisco. Następnie jednym haustem opróżnił kielich, wstał i wyszedł z komnaty i udał się prosto do Alberto. Wiedział, że ten jest zajęty jednak sprawa mogła być zbyt ważna by z nią czekać. Zazwyczaj spokojnie zaczekałby aż sprawa wyjaśni się nieco i dopiero wtedy zdecydowałby o wyjeździe ale miał przeczucie, że tym razem nie powinien zwlekać zanadto. Poza tym Francisco miał zająć się sporym transportem przyprawy i gdyby ów transport nie dotarł do Florencji firma mocno by to odczuła.
Tak więc wciąż zastanawiając się nad tym co mogło się stać szedł szybko nie zwracając zbytnio uwagi na piękno mijanych okolic. Znał je niemal na pamięć i nie były w stanie zwrócić na siebie jego uwagi. Zatrzymywał się jedynie po to, by wymienić grzeczności z mijanymi znajomymi. W końcu dotarł do budynku, gdzie Alberto zajmował się całą organizacją i gdzie mieściło się „serce” firmy. Nie zwracając uwagi na zdziwione miny gońców i pomocników ruszył prosto do gabinetu Alberto. Przystanął dopiero przed samymi drzwiami i pospiesznie poprawiwszy to i owo w ubiorze wszedł do środka. Już otwierając drzwi zaczął mówić.

-Alberto, mam coś ważnego, co musisz mi wyjaśnić. Chodzi o twojego pełnomocnika, Francisca Rozaliniego. Powiedz mi wszystko co o nim wiesz.-
 
__________________
Jeśli masz zamiar wznieść miecz, upewnij się, że czynisz to w słusznej sprawie.
Armia Republiki Rzymskiej

Ostatnio edytowane przez John5 : 03-12-2007 o 22:18.
John5 jest offline  
Stary 03-12-2007, 12:06   #5
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Marco miał wrażenie, ze nie pasuje do tego miejsca. Gospoda „Pod drewnianym kuflem” była położona niedaleko murów miejskich i chociaż nie gromadziła najgorszej hołoty, to jednak mimo wszystko, jej klientami byli przeważnie biedniejsi wyrobnicy, rzemieślnicy, handlarze sprzedający rozmaite produkty na bazarach, czasem prości wojacy i podoficerowie, czy po prostu niezbyt majętni goście Florencji. Tymczasem on, elegancko ubrany, nawet, można powiedzieć, wytwornie, zdecydowanie rzucał się w oczy strojem. Dziwnym było również to, że nikt spośród pozostałych gości go nie próbował zaczepiać, czy nakłaniać do gier hazardowych, jakie odbywały się na innych stolikach. Dziwnym, przynajmniej dla gościa, który pierwszy raz odwiedzałby „Drewnianego kufla”. Jednakże najemnikom raczej nie wchodzono w drogę. Ogólnie kondotierzy cieszyli się złą sławą, a oddział taki jak ten, w którym porucznikiem był Marco, mimo zasług na polu walki, należał dalej do takich sprzymierzeńców, jakich najchętniej by się pozbyto z miasta. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było jednak to, że Marco, syn szanowanej rodziny, pochodził z Pizy i wstąpił do kondotierów florenckich tylko dlatego, że była to jedyna możliwość uzyskania patentu oficerskiego, wszystkie inne miejsca obsadzali bowiem wyłącznie mieszkańcy Florencji. Tymczasem list, który otrzymał, praktycznie znowu pozbawiał go stopnia, bo choć teoretycznie nic nie mówił o faktycznej decyzji, jednak co to za porucznik bez oddziału.
- Ech - westchnął, dopijając resztki, które się jeszcze jakimś cudem uchowały na dnie kufla. – Skoro polecają, trzeba iść. Zobaczymy, może jednak potem do wniosku, że trzeba reaktywować oddział, dojdą. Wtedy wrócę do chłopaków.

Wstał od stołu rzucając gospodarzowi kilka drobnych monet. Marco nie płacił wiele i nie dawał specjalnych napiwków. Jego brat był wprawdzie markizem i podestą Pizy, ale on, jako młodszy syn rodu, miał się troszczyć o siebie. Elegancko ubrany, wykształcony, ale z pustą kieszenią, którą sam miał sobie napełniać. Zdawał sobie wprawdzie sprawę, ze zarówno jeden brat markiz, jak i drugi, kanonik bazyliki pizańskiej, nie wyrzuciliby go, gdyby się do nich zgłosił, ale także nie chciał im siedzieć na głowie.

Wychodząc z gospody skierował się obok Palazzo Pitti, przez Ponte Vecchio do siedziby Signorii. Pismo bowiem niewiele mówiło. Owszem, miał towarzyszyć owemu Constanciusowi Vinhentheimowi jako ochrona, ale gdzie on się znajdował. Tego list nie wyjaśniał i dlatego wizyta w siedzibie władz była konieczna. Przeciskał się przez różnokolorowy tłum. Jak to w centrum, częściej niżeli gdzie indziej, zdarzały się bogate stroje szlachty oraz kupców, jednak dużo, jak wszędzie, było ubogich, którzy czymś handlowali, albo próbowali zaoferować swoje usługi. Także Marco musiał się opędzać od takich, którzy widząc elegancki strój, usiłowali naciągnąć go na kilka florenów. Wreszcie dotarł do Pałacu, w którym mieściła się Signoria, oficjalnie jedynie kierowana przez rodzinę Medyceuszy. Wszyscy jednak wiedzieli, ze Medici trzymają władzę silną ręką i raz wygnani, nie maja ochotę powtarzać tego eksperymentu.

Wędrując przez obszerne korytarze pałacu, który pełnił rolę ratusza, Marco, szukał jakiegoś urzędnika miejskiego, który wyjaśniłby mu szczegóły, a przede wszystkim to, gdzie ma szukać swojego podopiecznego. Kilku nie miało wprawdzie pojęcia, ale wreszcie jeden okazał się na tyle obznajomiony ze sprawą, że pomógł najemnikowi:
- A, ojciec Vinhentheim. Tak, oczywiście, że wiem. Rzeczywiście przebywa obecnie we Florencji. Doszły mnie słuchy, że w klasztorze św. Marka. Przypuszczam, że jeżeli chce pan go odnaleźć musi się pan udać tam. Pewnie wtedy, albo pan spotka ojca, albo udzielą panu dokładniejszych wskazówek, gdzie ma pan szukać dalej.
Klasztor św. Marka. Niewątpliwie, był znany. Dominikański przybytek bardziej wykształconym Florentczykom kojarzył się z freskami stworzonymi w połowie ubiegłego wieku, a wszystkim ze sprawą Savonaroli, który właśnie w nim miał swoją siedzibę. Jednak to był dawny czas, chociaż zostawił sporo ran we Florencji, łącznie z wzajemną niechęcią niektórych rodów.
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 03-12-2007 o 12:12.
Kelly jest offline  
Stary 03-12-2007, 21:46   #6
Konto usunięte
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 2097 Midnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputacjęMidnight ma wspaniałą reputację
Florencja



Marco Visconti.

Droga do klasztoru minela ci dosc szybko. Pare razy tylko zaczepil cie jakis zebrak proszac wielmoznego pana o jalmuzne.
Przed furta klasztorna stal woz dwukolowy z zaprzagnietym do niego starym walachem czarnej barwy.


Na wozie w dosc dumnej pozie rozsiadl sie mezczyzna okolo trzydziestoletni w ciemnej todze kaplanskiej i z zaduma wpatrywal w slonce powoli chowajace sie za budynkami miasta.

Constancius Vinhentheim.


Slonce zachodzace nad piekna Florencja stanowilo doprawdy wspanialy widok, lecz ty zaglebiwszy sie w myslach o zadaniu jakie zlozono na twoje barki, pozostales nieczuly na piekno stworzone przez Pana zaledwie w siedem dni. Z zadumy wyrwaly cie dopiero kroki mezczyzny, ktory ewidentnie zmierzal w strone furty klasztornej. Dobrze odziany nie wygladal na zebraka potrzebujacego wsparcia braci zakonnych. To jednak czego potrzebowal, a czego nie nie interesowalo cie az tak bardzo aby nie zauwazyc, iz noc zblizala sie milowymi krokami, a ty wciaz stales w miejscu miast ruszac w droge.


Alessandro Ambrosini


-Alberto, mam coś ważnego, co musisz mi wyjaśnić. Chodzi o twojego pełnomocnika, Francisca Rozaliniego. Powiedz mi wszystko co o nim wiesz.-

Mezczyzna zaskoczony tak naglym wtargnieciem uniosl glowe znad ksiegi rachunkowej i przez chwile wpatrujac sie wciebie nie mowil nic. Pomieszczenie, w ktorym znajdowalo sie bioro nalezalo do dosc przestronnych choc niemal w calosci zapelnione pulkami, ktore z kolei uginaly sie pod stosami ksiag i woluminow, sprawialo dosc przytulne wrazenie. Alberto siedzial za eleganckim biorkiem umieszczonym tuz przy oknie tak iz zlociste promienie zachodzacego slonca tworzyly wokol jego glowy aureole upodabniajac go do swietego. Swietego z niezla smykalka do interesow.

- Francisco.... Coz, wiele mozna powiedziec o tym czlowieku. Posiada zone i dwoje dzieci w wieku bliskim doroslego. Syn pracuje u nas jako chlopiec na posykli. Rozalini pochodzi z dobrego, choc biednego domu. Zawsze spokojny i opanowany. Do interesow podchodzi z chlodna kalkulacja co czesto owocuje zwiekszonymi zyskami. Jeszcze mu sie nie zdarzylo stracic glowe w przypadku jakowych problemow dlatego darze go pelnym zaufaniem i nieraz wysylam z waznymi sprawami. W chwili obecnej nadzoruje dosc spory transport przypraw. Wlasciwie...

Zamilkl szybko wertujac stronnice ksiegi przed nim lezacej.

- Wlasciwie wkrotce powinien powrocic do Florencji.

Unioslwszy glowe znad pozolklych kart spojzal na ciebie uwaznie.

- Wybacz Alessandro lecz czymze ow czlowiek zasluzyl sobie na twe zainteresownie?



Santa Maddalana


Michał


- Co to za dziwny zamek, który góruje nad miastem?

Zakonnik spojzal na ciebie niby z przestrachem na twarzy. Szybko jednak odwrocil sie udajac iz pytania nie doslyszal.

- Wkrotce wieczerza mlody czlowieku, lecz nim przystapisz do posilku pasuje abys ogarnal sie nieco. Zaprowadze cie zatem do celi, ktora na noc dzisiejsza domem ci bedzie.

Nie czekajac az odpowiesz lub co gorsza ponownie zapytasz o zamek, ojczulek pospiesznym krokiem ruszyl przed siebie by po niedlugiej chwili otworzyc drzwi pokoju.
Wewnatrz znalazles lozko z prostym siennikiem, krzeslo oraz drewniana skrzynie, na ktorej stal dzban z woda, misa kamienna oraz czysty skrawek materialu. Nad lozkiem powieszono drewniany krzyz, znak Zbawiciela.

- Zostawie cie teraz samego.

I czmychnal nim zadac zdazyles pytanie.


Las gdzies pomiedzy Florencja, a Santa Maddalana



Carlos Aguirre


Podroz po Toskani przyniosla ci wiele dobrego. Popyt na uslugi byl dosc znaczny. Wasnie rodowe, spory kochankow, zdradzani mezowie.... Kazdy z nich slono placil za pozbycie sie rywala, a przeciez dla ciebie to nie byl wiekszy problem.
Dzien byl piekny i goracy. Magiczna aura lasu jaki cie otaczal sprawila iz melodia sama cisnela ci sie na usta, a rumak zwawiej stapal po trakcie. Zyc nie umierac.
Wtem, gdzies w poblizu rozbrzmial slodki ton fletu. Melodia niesc sie zaczela wsrod listowia wznoszac sie i opadajac. Wnet ptaki pochwycily ta piesn zgrywajac sie trelem z jej wykonawca tworzac pelen czaru muzyczny teatr.
Zaciekawiony, bo ktoz zaciekawiony by nie byl, ruszylas, acz ostroznie za dzwiekiem pragnac odkryc ktoz to w tej dziczy tak pieknie gra. Nie trwalo dlugo gdy nad woda, w ktorej promienie slonca taniec odprawialy ujzales postac wiotka i piekna, do nimfy podobna lecz z cala pewnoscia nia nie bedaca.
Elfka. gdyz nikim innym nie mogla byc zjawa, uniosla nagle glowe i wpierw sploszona zerwac sie chciala do ucieczki, lecz widocznie ciekawosc czy tez inny powod, nakazala jej pozostac i usmiechnawszy sie do ciebie rzec.

- Witaj wedrowcze. Dokad droga?
 
__________________
[B]poza tym minął już jakiś czas, odkąd ludzie wierzyli w Diabła na tyle mocno, by mu zaprzedawać dusze[/B]
Midnight jest offline  
Stary 03-12-2007, 23:57   #7
 
Durendal's Avatar
 
Reputacja: 304 Durendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skałDurendal jest jak klejnot wśród skał
Carlos widząc przed sobą elfkę uśmiechnął sie pod równo przystrzyżonym czarnym wąsikiem. Przerzucił lewą nogę nad łękiem siodła i zeskoczył na ziemię. Ukłonił sie nisko posyłając przy tym nieludce długie spojrzenie swoich czarnych oczu i mówiąc:

-Jestem Crlos Aguirre wolny Cygan a droga prowadzi mnie tam gdzie oczy poniosą, dziś do Florencji, jutro może do Wenecji, Neapolu albo samego Rzymu. A Ty pani cóż robisz tutaj sama gdy już słońce chyli sie ku zachodowi? Czyżby Twoja muzyka miała na celu przywołanie kogoś kto posłuży Ci za kompana w drodze do domu? Jeśli tak to w moim przypadku okazała sie skuteczna.

Wypowiedź skwitował szerokim uśmiechem. Nie okazał nawet odrobiny strachu bo tez nie czuł go ani krztyny, a zdziwienie z niezwykłego spotkania miało dla niego wydźwięk zdecydowanie radosny. Lubił niezwykłe zdarzenia i nie uważał elfów za twory szatana jak to robili co poniektórzy księża. Zaciekawiony bacznie przyglądał się elfce wciąż błyszcząc bielą zębów w śniadej twarzy. Całej tej sytuacji kolorytu dodawał fakt że nieznajoma była kobietą, może nie człowiekiem ale jednak bez dwóch zdań kobietą. I to piękną kobietą i młody Cygan nie mógł sie powstrzymać by nie spróbować w stosunku do niej choćby delikatnego flirtu. Takie próby kończyły się dla niego czasami w przeszłości dość nieprzyjemnie ale któż by długo przejmował się wściekłymi zazdrośnikami? Na pewno nie on.
 
__________________
Oj Toto to już chyba nie jest Kansas...
"Ideologia zawsze wynika z przyczyn osobistych, ja nie podaję wrogowi ręki chyba, że chcę mu połamać palce"

Ostatnio edytowane przez Durendal : 04-12-2007 o 00:05.
Durendal jest offline  
Stary 04-12-2007, 09:56   #8
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Marco dochodził do klasztoru.
- "Gdzie jest ten Vinhentheim, do którego kazali się mu zgłosić"? – Zastanawiał się, ale po chwili stosując stare przysłowie „koniec języka za przewodnika”, stwierdził, że po prostu kogoś w klasztorze zapyta. Taka personę, jaka wydawał się ów Vinhentheim pewnie wszyscy znają.
Był niewątpliwie problem także z czasem wyjazdu. Kiedy zechce wyruszyć do wspomnianego miasta? Tym bardziej, że zbliżał się wieczór. A przygotowania, konie, żywność, a zamykane każdego wieczoru bramy. Szczerze mówiąc nie miał także pojęcia, gdzie to to leży, jednak to miał nadzieję będzie znał jego podopieczny, gdyż on miał mu towarzyszyć wyłącznie jako ochrona. Cóż, dali mu informacje takie, jakie dali i dostarczyli ją stosunkowo późno. Tak czy siak, wypełniając polecenie Signorii, czyli praktycznie Medyceuszy, szedł na spotkanie.

Niewątpliwie, siedzący na wozie mężczyzna przed furtą klasztoru wydał mu się najodpowiedniejszym kandydatem do udzielenia informacji:
- Wybaczcie ojcze – skłonił głowę przed księdzem. – Poszukuję wielebnego Constanciusa Vinhentheima z polecenia Signorii. Ponieważ poinformowano mnie, ze mieszka w tym klasztorze, może pomożecie mi i pokierujecie, dokąd mam się dalej udać?
 
Kelly jest offline  
Stary 04-12-2007, 15:01   #9
 
Yourek's Avatar
 
Reputacja: 716 Yourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwuYourek jest godny podziwu
Słońce zachodziło za horyzontem. Constancius czekał w zadumie. Jednak nawet cierpliwość duchownego ma granice. Kiedy wreszcie ruszymy? Stawał się zirytowany. Człowiek nie zwrócił jego uwagi. Nie miał czasu i chęci na jakieś błogosławieństwa. Ów człowiek jednak podszedł do niego.

- Wybaczcie ojcze. Poszukuję wielebnego Constanciusa Vinhentheima z polecenia Signorii. Ponieważ poinformowano mnie, ze mieszka w tym klasztorze, może pomożecie mi i pokierujecie, dokąd mam się dalej udać?

Spojrzał z nieukrywaną niechęcią. Nie wiadomo,czy był bardziej zirytowany tym,że ktoś zawraca mu głowę, czy tym, że nie wie kim on, Constancius Vinhentheim, jest. W każdym razie nie silił się nawet, aby zachowywać chociaż pozory elegancji i kultury. Nie kwapił się nawet powitać rozmówcy, ani wstać.

- Nie wiem, kim jesteś dobry człowieku, ale jeśli nie wiesz nawet jak wygląda osoba, której szukasz, to daleko nie zajdziesz. - na jego twarzy pojawił się pełen drwiny uśmieszek. Zauważył jednak, że nie miał do czynienia z żebrakiem, więc postanowił wysłuchać chociaż sprawy. - Jam jest Constancius Vinhentheim, sługa boży, działający z ramienia głowy kościoła. - nadałgłosowi dumny ton - Nie za bardzo obchodzi mnie z jaką sprawa przyszedłeś, gdyż czeka mnie męcząca podróż. Tak, nie przesłyszałeś się. Opuszczam to miejsce. Bóg z tobą.

Obrócił się lekko, dając do zrozumienia, że rozmowę uważa za zakończoną. Szczerze nie lubił, gdy wszyscy przychodzili do niego z jakimiś sprawami. W dodatku odczuwał dyskomfort, widząc, że człowiek nie odchodzi.
 
__________________
W takich sytuacjach, gdy warstwa nakłada się na warstwę, gdy wszystko jest fasadą, wplecioną w sieci oszustwa, prawdą jest to, co z nią uczynisz. - Artemis Entreri

Ostatnio edytowane przez Yourek : 04-12-2007 o 21:18.
Yourek jest offline  
Stary 04-12-2007, 21:01   #10
 
Dalakar's Avatar
 
Reputacja: 119 Dalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znany
Michał rozejrzał się po celi. Zakonnik powiedział mu aby doprowadził się do porządku, więc usiadł na krześle i przejrzał się w tafli wody, znajdującej się w dzbanie. Faktycznie nie wyglądał najlepiej. Twarz miał osmoloną, a w potarganych włosach wyczuł ziarnka piasku. Bandaż na głowie był w marnym stanie. Widocznie gdzieś się zruszył.
Mam nadzieje że nie dostanę gangreny” - pomyślał, po czym wziął się do ściągania opatrunku.
Następnie umył twarz, uważając przy tym na ranę i owinął głowę leżącym na stole skrawkiem materiału. Potem klęknął pod krzyżem i zaczął się modlić. To zazwyczaj dodawało mu sił. Tak było i tym razem. Po kilkunastominutowej kontemplacji przeżegnał się i zaczął rozmyślać. Przypomniał mu się dom rodzinny, oraz ojczyzna. Trochę tęsknił. Później przywołał przed oczy podróż, napad. Nadal nie wiedział kim były zakapturzone postacie, ani co się stało z jego towarzyszami. Znów poczuł na sobie ów koszmarny wzrok. Następnie na myśl przyszedł zamek, razem z tym radosnym, acz dziwnym miastem. Miecznik zaczął się zastanawiać nad zachowaniem duchownego.
"Dlaczego tak szybko wyszedł?” - po chwili zastanowienia odpowiedz stała się jasna, a na miejscu tego pytania stanęło inne – Dlaczego na wspomnienie o opuszczonej twierdzy przestraszył się?" Oprócz tego młodzieńca intrygowało jeszcze jedno. Dlaczego nie próbuje wrócić do kraju, tylko siedzi w tym zupełnie obcym mieście? Skończywszy rozmyślania Michał wstał i wyszedł z celi.
Rozejrzę się po klasztorze” - pomyślał
 
Dalakar jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 05:18.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169