Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-07-2008, 22:25   #1
 
Latilen's Avatar
 
Reputacja: 33 Latilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodze
[7sea] Welcome to the Circus!!

WELCOME TO THE CIRCUS!
RODZIAł I
LISTY




Minęły cztery dni. Całe cztery dni. A dokładnej 3 dni, 20 godzin i 30 minut. Caspian zacisnął mocniej wargi. Zbielały. Oparł czoło na drewnianej, zdobionej framudze okna. Nie dawała chłodu. Niestety. Okiennice były lekko uchylone.



Dlatego właśnie do pokoju wpadał gwar z ulicy: handlarz mięsem starał się przekrzyczeć ludzkie rozmowy, kłótnie, rozpacz i szczęście mieszające się w jeden słowny aglomerat i docierał do uszu Caspiana. Życie innych płynęło na walce o dobrą cenę, gotowaniu obiadu, utrzymaniu rodziny. Nic niezwykłego.



- Merde! - mężczyzna rzucił kielichem w zegar stojący na kominku (a on po prostu zaczął wybijać 17.00) i strącił go. Mechanizm roztrzaskał się w drobny mak.

Caspian nigdy nie podejrzewał, że jego własne życie wymknie mu się spod kontroli. Walczył o wolność, równość i szczęście dla wszystkich. Z własnej woli. Czcze ideały!!! Mógł je obecnie wyrzucić do śmieci. Tutaj, w tym domu, nic nie znaczyły. Szantaż, pobicie, groźba - oto nowa codzienność. Powoli dochodził do wniosku, że tak naprawdę mechanizmem, który porusza polityką Thei jest przemoc. A to, co robił wcześniej, zdawało mu się teraz zabawą dla malutkich dzieci. Nic nie znaczącą. Rozgoryczenie - ot co mu pozostało.

Służył ideałom, a przedstawiono mu dwa wyjścia - zostanie kozłem ofiarnym (czyli da sie skazać i do końca krótkiego życia ślęczeć w celi), albo zajmie się sprawami Starca. Z dwóch propozycji wybrać gorzej nie mógł - służba u tego człowieka zdawała się czymś niegroźnym. O naiwności! Nigdy nie spodziewał się tutaj zastać demona w ludzkiej skórze. Osobiście wątpił, że starzec jest synem śmiertelników.

Czuł się, jakby podpisał cyrograf i szatan właśnie wybierał się po jedno duszę. Jeszcze dzień i czeka go ostatni krąg piekła. Co robić? Co robić?!?

Życie w tym domu, to była walka o przetrwanie. Każda wizyta w tamtym zakurzonym pokoju zdawała się wyzwaniem ponad jego siły. Ale do wszystkiego można przywyknąć. Jego dusza powoli stawała się odporna.

Przez trzy dni szukał kogokolwiek, kto by podołał zadaniu. Mimo iż starzec powiedział, że może mu przyprowadzić kogokolwiek, przecież oczywiste jest, ze jeśli ten ktoś nie podoła zadaniu (czyli będzie bez polotu, umiejętności, zdolności obliczenia i sprytu) to wszyscy zawisną dnia następnego. Razem z nim.

A tych jakże niewygórowanych standardów nikt do tej pory nie spełnił.

Caspian oparł się o framugę ramieniem. Popołudniowe słońce wpadało przez szpary okiennicy zabawnie załamując się na jego pierścieniu - pieczęci Rilaciare.

- To jest to! - "Jak mogłem na to wcześniej nie wpaść?!" Resztki zegara zazgrzytały pod jego butami, kiedy z rozmachem siadał za dębowym biurkiem. "Listy!! I najszybszy posłaniec!!" Ostatnia deska ratunku. Na nic innego już nie było czasu. Jeden list do Rilasciare (z tym nie będzie problemu, sam zbyt głęboko w tym siedział), jeden może do Odkrywców (starzec miał tam wielu znajomych), jeden do Różokrzyżowców (brat Baltazar musi mieć kogoś pod ręką), Cyganeria też podobno zajechała do miasta...
 
Latilen jest offline  
Stary 22-07-2008, 02:09   #2
 
alathriel's Avatar
 
Reputacja: 18 alathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znany
Życie bywa okrutne. Pewnego pięknego dnia otwiera się oczy i widzi się piękne niebieskie, bezchmurne niebo. A potem wszystko co piękne zmienia się w koszmar.

I tym razem tak było. Nagła pobudka na statku, który od brzegów znanego i kochanego ci lądu odbił tydzień temu. Z wolna zbliżaliście się do Montaigne. Nowa przygoda? Mówili żeglarze, podśmiewając się z ciebie pod nosem. Przygoda? Ale ty nigdy nie szukałaś przygód! A tym bardziej takiej!

Kiedy już przybiliście do brzegów tego strasznego, nowego państwa zostawiono cię w porcie na pastwę losu. Umarł w butach, jak to się mawiało w twoich stronach. Sama,, pozostawiona na pastwę innego świata, dobrze że przynajmniej język znałaś. I jedno nazwisko: Tedous. Lena Tedous.

Stolica Rozpusty - tak mówiły o stolicy Mointagne książki, które tak kochałaś (albo które zajmowały ci niepotrzebnie tyle czasu - po cóż właściwie ludzie czytają?).

Charouse od razu przywitało cię jako kolejną biedną duszę, na której można zarobić. Zaledwie kilka kroków i już nie miałaś za co wykupić pokoju w gospodzie, ba! Nie miałaś za co zjeść śniadania! "Wiedziałam, ze tak będzie. A mówiłam, pilnuj pieniędzy!" - odezwał się głos w twoim umyśle. Nie miałaś siły oponować. Rzeczywistość cię przerastała. Stanęłaś na schodach obserwując miasto, które cię nie lubiło - tego akurat byłaś zupełnie pewna.

Został tylko list. I nazwisko. Lena Tedous. Miałaś złe przeczucia.

Po dłuższych poszukiwaniach (pytałaś każdego o ową damę i jej dom, a oni ci niekiedy odpowiadali. A sumienie grymasiło okropnie, bo przecież trzeba było dać w zęby złodziejowi i...) dotarłaś. I nadal szczęście ci nie dopisywało.


Jej portret wiszący w holu ukazywał prawdę - była piekielnie piękna i kusząca, ale jej dusza pozostawiała wiele do życzenia.
Po nocy spędzonej w pokoju gościnnym wręczyła ci list i oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu:
- Spotkasz się z nim. I potem zrelacjonujesz wszystko.



W tej kobiecie było coś dziwnego, coś, co kazało jak najszybciej od niej uciekać. Chyba samą siłą woli powstrzymywałam swoje nogi przed puszczeniem się biegiem w stronę drzwi. Siedziałam jak na szpilkach w zupełnej ciszy. Ledwie oddychałam obawiając się jakby nawet najmniejszy odgłos z mojej strony miał doprowadzić kobietę do morderczej furii. Atmosfera, jaką wprowadzała była tak ciężka i gęsta, że można ją było kroić nożem. Złowroga, niebezpieczna aura podążała za nią krok
w krok. Chyba każdy to wyczuwał. W obecności pani Tedous nawet ONA milczała. Bez słowa, przytakując jedynie ograniczającym się do minimum kiwnięciem głowy, wzięłam od niej list. Odczekałam 2 sekundy, które dla mnie trwały tyle, co dwie godziny, po czym dygnęłam krótko i opuściłam pokój najspokojniej jak tylko było mnie na to stać. Gdy tylko, zniknęłam z pola widzenia pani domu przyspieszyłam i prawie biegiem opuściłam budynek. To było najbardziej przerażające doświadczenie w moim życiu.
"-nie przesadzaj, bywało gorzej"- usłyszałam drwiący głos w mojej głowie "-ale fakt było nieprzyjemnie, ta kobieta jest pełna... czy ja wiem... grozy". Wiedziałam że tak będzie. Nathalie oczywiście nie mogła sobie oszczędzić komentarza,
to by było nie w jej stylu.
"-zamknij się" -lekko rozgoryczona, warknęłam w myślach „-to, że ty masz jeszcze gorsze doświadczenia nie jest wcale powodem do dumy! Normalni ludzie nie mają takich problemów. Zresztą mnie to wystarczyło, omal nie dostałam zawału"
"-wiem, czułam" -odparła wszechwiedzącym tonem "-swoją drogą nie wiem czemu się tak przejmowałaś? Bo w końcu..
co ci niby mogła zrobić?"
"-nie bądź taka mądra, nie pisnęłaś w jej obecności nawet słówka" -zaśmiałam się ironicznie i ruszyłam w głąb miasta.
"-hmpf, ja?"- odparła błyskawicznie "-ja po prostu nie miałam wtedy nic ciekawego do powiedzenia"- Zatrzymałam się jak na komendę. Ton jej głosu sugerował, że po tej kwestii na twarz wpełzał wredny uśmieszek zwycięzcy. Taka opcja nie była jednak dla niej chwilowo dostępna.
"-ta.. jasne"- rzuciłam bardziej do siebie niż do niej i znowu ruszyłam z miejsca. Szkoda, że takie braki tematu nie zdarzają jej się częściej...

Jak przystało na Montaigne już od rana słońce grzało w najlepsze, przy czym "grzało" było w tym wypadku subtelniejszą wersją określenia "skwar". Czułam że podnosiło się również ciśnienie, zresztą nie tylko ja. Całkiem nieopodal mnie zemdlała wystrojona starsza kobieta. Jakiś młodzieniec rzucił się żeby jej pomóc. Ja naprawdę rozumiem, że można podążać za najnowszymi..
"-jak to się nazywało? Trendy?"
"-trendy" odparł znudzony głos
…Właśnie, trendy... że można podążać za najnowszymi trendami w modzie, ale ubieranie się w przepastną, ciężką konstrukcję grubo podszywaną nie przewiewnymi materiałami w TAKI upał, to czyste samobójstwo.
"-Ciekawe czy zauważy, że zniknął jej z szyi ten kosztowny wisior?"- Zaśmiał się paskudnie głos w mojej głowie.
Było potwornie duszno. Zazwyczaj po takim upale przychodził chłodny deszcz albo, chociaż mżawka. Niestety powoli dochodziłam do wniosku, że chyba jednak nie tutaj. Spojrzałam na bezchmurne, już nawet nie niebieskie, a wręcz białe od gorąca niebo.
- Mogłoby padać - rzuciłam cicho do siebie i wyciągnęłam z torby wachlarz, który wczoraj w porcie zdążyła mi wepchnąć jakaś przekupa. Przyjemny wiaterek, którego poskąpiła nam dzisiaj matka natura, łagodnie muskał moją twarz. Powoli zbliżałam się do centrum. Nawet nie orientując się dokładnie w mieście z łatwością można było to stwierdzić. Po czym? Oczywiście po stałym przyroście straganów. Starałam się nigdzie nie zatrzymywać doświadczona wczorajszymi zdarzeniami, ale przekupy i tak mnie dopadły. Wydałam 5 z 10 gildierów, których za żadne skarby nie zamierzałam wydać! Za coś w końcu musiałam wrócić do domu! Nie mi to jednak nie dało. Kobiety tak mnie zakręciły, że kupiłam płaszcz
("w taki upał? Pogięło cię!?"), komplet modnych spinek do włosów ("przecież i tak ich nie użyjesz"), mapę miasta i .. tym razem z własnej inicjatywy, pojemnik na wodę. Niestety był pusty a dookoła nie było najmniejszego śladu jakiegokolwiek źródła. Wszystkie, chcąc nie chcąc zdobyte, fanty wpakowałam do torby (poza płaszczem, który przez nią przewiesiłam
i wachlarzem, którego akurat używałam). ONA odziwo milczała jak zaklęta, może poszła spać? Nieważne. Nie obchodziło mnie to. Miałam chwilę świętego spokoju i postanowiłam się nią nacieszyć. Znajdowałam się już prawie na rynku. Ponad niskimi budynkami centrum majaczyła górna część fasady katedry. Bezpośrednio przy wyjściu z uliczki spostrzegłam małą fontannę. Z ust matki głębiny (a przynajmniej wydawało mi się, że ta płaskorzeźba miała ją przedstawiać) wypływał obfity strumień wody, który trafiał to czegoś na kształt olbrzymiej misy. Nie łatwo było przegapić ten wyskok w krajobrazie. Pomijając już fakt, że obiekt przepięknie się prezentował pod względem walorów artystycznych (jak i zresztą całe miasto), to z powodu nieznośnego upału przyciągał również mocno spragniony tłumek. Kiedy udało mi się przedostać do fontanny napełniłam nowo zakupiony pojemnik cudownie lodowatą wodą. Zanim jednak chowałam go do torby wypiłam dwa-trzy łyki jego zawartości i porządnie zakręciłam zbiorniczek. Zimny płyn przepłyną przez moje gardło do prosto rozpalonego wnętrza. Nagle poczułam się orzeźwiona a paskudne zmęczenie wywołane upałem, prawie zupełnie ustąpiło. Zadowolona ruszyłam prosto do pięknie zdobionej katedry. Na żywo robiła niesamowite wrażenie. Wydawało się, że każdy jej najdrobniejszy szczegół został dokładnie przemyślany i najprecyzyjniej jak t tylko możliwe, wykonany. Spostrzegłam mężczyznę stojącego przy wejściu. Nie wiedziałam czy to z nim miałam się spotkać czy też nie. Podeszłam bliżej i stanęłam w portalu. Był płytki, ale przy takim ustawieniu słońca i tak dawał odrobinę cienia. Oparłam się przyjemnie chłodne mury i przez chwilę przyglądałam się mężczyźnie. Wyraźnie wyglądał jakby na kogoś czekał. Przypomniałam sobie o liście. Wcześniej tylko raz go otworzyłam żeby sprawdzić gdzie konkretnie miałam się udać, ale nie zawracałam sobie głowy, Z KIM konkretnie miałam się spotkać. Wyciągnęłam z torby lekko pofatygowany papier. Sądząc po opisie to był on. Rozejrzałam się dookoła. Nikt inny nie stał ani w tym wejściu, ani w pozostałych dwu. Jeszcze raz zerknęłam na treść listu spoglądając, co jakiś czas na mężczyznę. Teraz i on z mierzył mnie wzrokiem. Nie mogło być pomyłki, to musiał być on. Schowałam list i podeszłam do niego:
-witam, nazywam się Meike Siversten
 
__________________
Pióro mocniejsze jest od miecza (...) wyłącznie jeśli miecz jest bardzo mały, a pióro bardzo ostre. - Terry Pratchett

Ostatnio edytowane przez alathriel : 22-07-2008 o 02:14.
alathriel jest offline  
Stary 22-07-2008, 09:32   #3
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Życie bywa zabawne, ulotne, zaskakujące, niestabilne ... et cetera. Twoje wyglądało jak nieskończona mozaika z kolorowych kamyczków. Przez ostatnie kilka dni ktoś twardo nad nią pracował.

Dano ci przymusowy urlop. Ta wiadomość ani cię grzała, ani cię mierziła. To dobrze? A może to źle? Co ze sobą robić? Po kilku latach nieustannego zaiwaniania, przemierzania Thei z lewa na prawo z rozkazami wypada się z normalnego obiegu.

Odpowiedź sama się znalazła. W Charouse zawsze wszystko w końcu Cię odnajdzie. Śmierć, szczęście, miłość, zemsta.

Tym razem miasto było łaskawe. Wędrując bez celu po uliczkach, coś zamigotało w jasnym świetle dnia. Zwinny złodziejaszek sztyletem odciął mieszek jakiemuś bogatemu panu (gdyż mieszek był dość obfity). Chłoptaś uciekając, sam nawinął ci się pod rękę, czemu nie skorzystać z nadążającej się okazji?

Opłacało się. Pan nazywał się hrabia Coq Francais i hojnie cię wynagrodził za pomoc. Dał pokój w swej wspaniałej willi (który wyglądał jak najznakomitszy salon), wziął na polowanie, zaprosił na bal. Traktował jak syna.

Właściwie miał do tego predyspozycje. Hrabia w wieku około 50 lat, żonę pochował dwadzieścia lat wcześniej i nie wziął sobie następnej. Bezdzietny. Potrzebował towarzysza. Jednak nie potrafił się przywiązać do nikogo - takich "bliskich towarzyszy" podobnych tobie miał na pęczki. Cóż, było nawet sympatycznie i wygodnie, aczkolwiek cieszyłeś się, że nie za sympatycznie i nie za wygodnie, gdyż miałeś niejasne wrażenie, że miły arystokrata miał niejakie skłonności do ładnych chłopców. Oczywiście, to wrażenie mogło być całkowicie nieprawdziwe, a swoich mignonów Coq Francais uważać mógł jedynie za substytut własnego potomstwa. Ale tobie, nawet cień podejrzeń, że hrabia mógłby nieco inaczej zademonstrować swoje przywiązanie do ciebie, przeszkadzał. Dlatego wikt i opierunek przyjmowałeś chętnie, ale do bliższej poufałości starałeś się nie dopuszczać, tłumacząc dostojnemu gospodarzowi, że tak czy siak niedługo ruszasz w pole walczyć za cesarza, naród i co tam ci jeszcze przyszło do głowy.

No cóż.

W końcu jednak, póki co, miałeś wolne, nieprawdaż? Po cóż teraz zawracać sobie czymkolwiek głowę?

Najlepszą ucieczką od zbytniego przepychu oraz ojcowskich czułości hrabiego okazywały się samotne spacery. I tym razem tak było. Szedłeś spokojnie, co jakiś czas potrącany przez spieszących się szarych mieszkańców miasta (tutaj każdy się gdzieś spieszył i każdy był spóźniony), którzy nawet przepraszam nie mówili. Bez zainteresowania przyjrzałeś się stoisku z paskami i jakimś tandetnym rękodziełem.

Pobyt u hrabiego zaczynał nudzić, jak tylko może nudzić bezczynność człowieka przyzwyczajonego do ciągłej pracy. Wolne, wolne, wolne! Po co komukolwiek jakieś wolne? Znaczy, chwilę, owszem, ale minął już zdrowy kawał czasu odkąd mocodawcy wysłali mnie na odpoczynek i nabrali wody w usta. Rzecz jasna, wiedziałem, że czasem tak bywa i niektórzy członkowie zakonu mieli lata przerwy pomiędzy poszczególnymi pracami na rzecz Różokrzyżowców. Ale tacy ludzie mieli swoje uporządkowane życie! Rodziny, dzieci, stanowiska. Mieli co robić. Tymczasem ja skupiałem się tylko na poleceniach zakonu i bez nich, okazało się, zacząłem się nudzić.



Owszem, próbowałem jakoś zapełnić ów czas. Wino, śpiew i kobiety, jak głosi przysłowie, najwspanialej wypełniają czas mężczyzny. Wina miałem w bród u hrabiego, ale nie chciałem się zbytnio upijać z obawy, że mogę wylądować w czyimś łóżku, niekoniecznie należącym do płci nadobniejszej. Przykro mi, ale w tej mierze mam dosyć zdecydowane poglądy, niekoniecznie zgodne z rozwiązłą atmosferą Montaigne.

Całkiem miły mógłby być śpiew, ale tego to nie umiałem nigdy i wielokrotnie proszono mnie, gdy po pijaku próbowałem coś zanucić, ażebym zrobił coś dla muzyki i dał sobie spokój. Chętnie słuchałem jednak trubadurów, których tak wielu przemierzało ulice stolicy licząc na zarobek. Ale ileż można słuchać muzyki? Dlatego postanowiłem rozejrzeć się za jakimś zajęciem. Skoro chwilowo w zakonie ze mnie rezygnują, trzeba próbować gdzie indziej.

Kobiety? Hrabia nie miał, a na mieście z usług prostytutek nie chciałem korzystać. Kiedyś, kiedy jeszcze służyłem w Eisen, zdarzało się od czasu do czasu, ale ostatnio niespecjalnie. Mówiono o jakiejś paskudnej chorobie, którą mogli się nabawić klienci panienek lekkich obyczajów. Nawet lubiłem ryzyko, ale nie takie związane z przypadłością części ciała, które czynią z mężczyzny mężczyznę. Mogłem wprawdzie spróbować znaleźć normalną kochankę, czyli jakąś uczciwą, znudzoną żonę, która miała ochotę na oderwanie się od odrobiny rutyny. Ale na to czasu było troszkę mało i stanowczo zbyt mało funduszy. Niestety, kobiety, ach te kobiety! Studnia bez dna. Ponadto, owszem, może nie jestem paskudny, ba nawet całkiem przystojny, ale opaska na lewym oku sprawia, że kobiety odruchowo widzą tylko ją, a nie długie brązowe kędziory, regularne oblicze, elegancko przystrzyżony zarost zgodnie z najnowszymi trendami. Jedno oko, nawet najładniejsze nie zastąpi dwóch, a zdejmować przepaski i ukazywać tego, co było pod nią, nie miałem nigdy ochoty.

Nie było wątpliwości. Stolica Montaigne średnio przypadła mi do gustu. Niby wielka oraz wypełniona różnorodnym tłumem zapewniała każdemu moc wrażeń, ale brakowało jej prawdziwego ducha. Albo, przynajmniej, ja tego ducha nie dostrzegłem nigdzie. Biedacy i żebracy są wszędzie, ale tutaj szczególnie rzucali się w oczy, kiedy błagali o pieniądze pod pięknym pałacem. Wprawdzie straż wyrzucała ich od czasu do czasu, ale wracali wiedząc, iż tu mają największą szansę na wyłudzenie czegoś od przechodniów.

Całe miasto aż tchnęło fałszem i obłudą. Szlachetnie urodzeni przysięgali bez przerwy „na honor” tylko po to, by zaraz łamać swoje najświętsze przysięgi, a nobliwe małżeństwa grały ze sobą w gry, kto komu przyprawi większe rogi. Kupcy non stop oszukiwali się nawzajem, a biedacy byli nie mniej fałszywi niż oni. Niedaleko mnie oto właśnie usiadło dwóch żebraków, którzy przygotowywali się do pracy. Rozmawiali swobodnie nie przejmując się otoczeniem i pokazywali sobie jakieś obrazki, które ponoć są rysowane z życia, to znaczy przez dziurki w ścianach miejscowych burdeli. Widząc, że idę w ich kierunku zamilkli, schowali obrazki, a potem wyciągnęli się pod ścianą jakiegoś warsztatu wywieszając na piersi kartki z napisami: „Wspomóżcie niemowę” i „Ślepy od urodzenia”.

Trzeba jednak przyznać, że kilka miejsc miało zupełnie inny klimat. Nie wiem, jakim cudem zachowały ten blask szczerości w królestwie obłudy? Może nawet najbardziej zakłamani ludzie czasem potrzebują odetchnąć normalnym powietrzem i specjalnie wydzielili takie enklawy, jak Notre Dame. Ilekroć tu wchodziłem doświadczałem uczucia, jakby brama katedry w niepojęty sposób dzieliła nie tylko wnętrze od placu, ale dwa światy. Zdawałem sobie sprawę, ze to osobiste wrażenie, ale na zewnątrz panował krzyk, hałas, zaduch, natomiast po wejściu do środka doświadczało się miłego uczucia chłodu i wyciszenia. Kiedy odwiedzałem ją wieczorem panował półmrok rozświetlany tylko kandelabrami, których niewielka liczba sprawiała, ze wyglądały niczym gwiazdki na mrocznym niebie. Ale za dnia słońce bez problemu przenikało przez przepiękne witraże i docierało do wnętrza igrając blaskiem swoich promieni po zdobionych płaskorzeźbami ścianach, kamiennej podłodze, ławach, twarzach modlących się, rozmaitych strojach.

Nie wiedziałem, co zafascynowało mnie w tej dziewczynie? Była ładna, niewątpliwie ... jeżeli ktoś lubi ten typ urody. Tymczasem ja nie byłem pewny. Ale przecież było w niej to coś, co nie pozwoliło mi przejść obojętnie. Stałem przez chwilę zdziwiony, niepewny i ... poszedłem za nią. Dlaczego? Wtedy nawet nie myślałem. Może ciekawość, może jakąś iskra? I zdziwienie, ze idzie w tym samym kierunku, co ja. W zasadzie to ją nawet nie śledziłem, po prostu mieliśmy wspólny cel – Notre Dame. Ja planowałem chwile modlitwy i zadumy, która zawsze przynosiła mi odprężenie, a ona ... chyba chciała się spotkać z mężczyzną stojącym nieopodal ciężkich, żeliwnych wrót. Nawiązała rozmowę, a ja przechodziłem obok ... przechodziłem ... przechodziłem ... ciekawość wzięła górę. Zatrzymałem się obok nich nie zważając na zdziwione i nieco ostre spojrzenia badawczo lustrujące moją osobę.
- Pan sobie życzy? – Usłyszałem ciche, lecz dobitne pytanie mężczyzny, które mówiło jasno: „spadaj stąd, zajmij się swoimi sprawami oraz pozwól się nam zająć naszymi, chyba, że masz coś do zaoferowania takiego, co by mnie zainteresowało. Słucham więc, byle krótko i treściwie.”
- Nic specjalnego – odparłem. – To raczej nie pan mnie zainteresował, co pańska towarzyszka. Pani wybaczy, kawaler de Sept Tours – przedstawił się, - miło mi poznać. Natomiast wie pan, to chyba nic dziwnego, ze szukający jakiejś roboty szlachcic, któremu setnie się nudzi, zwraca uwagę na niewiasty o interesującej urodzie. Planowałem spędzić nieco czasu w katedrze, ale może miałaby pani chwilę czasu wieczorem. Serdecznie zapraszam na dobrą wieczerzę bez jakichkolwiek zobowiązań – juści, że bez zobowiązań. Hrabia wszak na pewno się zdziwi, gdy przyjdzie z kobietą, ale pewnie zrozumie, że jego przypuszczalne skłonności nie są podzielane przeze mnie wcale. Czysty zysk, jeżeli dziewczyna się zgodzi, jeżeli zaś nie, trudno się mówi.
 
Kelly jest offline  
Stary 22-07-2008, 16:28   #4
 
WieszKto's Avatar
 
Reputacja: 14 WieszKto nie jest za bardzo znanyWieszKto nie jest za bardzo znanyWieszKto nie jest za bardzo znany
Charouse. Stolica Montaigne. Miasto Biedoty i Wyzysku. Z opowieści krążących po uniwersytecie rysował się zupełnie inny... krajobraz. Jakże to możliwe?

"Spodziewałem się biedoty wychylającej się z każdego zaułka żebrzącej o jałmużnę... Czyżby magistrowie się pomylili? A może to tylko potwierdza słowa profesora Giovanniego Vesty o radykalnej formie ucisku? Czyżby nędzarze byli tak zastraszeni że nawet żebrać mają obawę w stolicy tego kraju?"


Uliczki ciche i spokojne, ludzie nie rzucający się sobie do gardeł i wszechogarniający zgiełk.

Biedy, żebraków, wyzysku i wygórowanych podatków nie było tutaj widać. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wszystko wyglądało tak, jak w domu. Domu. Tylko, że Twój dom już nie istnieje. Poniekąd. Wszystko się zmienia.

"Luciani psie krwie... wasz dom też wiecznie stać nie będzie...

Wszystko płynie. Rzekł jakiś wielki myśliciel.

Organizacja ofiarowała ci małą kanciapę na strychu starej kamienicy. Pozostawiła trochę pieniędzy. Na jedzenie czy dobre wino. Nic więcej. Krzesło, świeca, stolik, niewygodny siennik i okno. Tyle.

I wtedy przyszedł list. Od organizacji. Od kogoś wysoko.

"Musimy porozmawiać osobiście. Szykuje się misja. Villa du sole, ulica Montigniac 13. Jutro w południe
Caspian Balzac"

Zwinąłem kartkę szybko zapamiętując adres i osobę kontaktową. Podszedłem niespiesznym krokiem do stolika i odpaliłem ją od zapalonej świecy. Patrzyłem jak papier stopniowo robi się czarny, zwijając się od temperatury by stać się po prostu sadzą na spodku. Vodacce zrobiło swoje - "Zawsze pozbywaj się dowodów, miej oczy wokół głowy, drugi sztylet w bucie nie zawadzi... Tak te głupie slogany znało każde dziecko, jednak szybko okazywało się, że tylko dzięki tym głupim sloganom można przeżyć w świecie pełnym intryg i manipulacji.
Skrzywiłem się mimo woli. Co z ideałami które tak wykładają na uniwersytetach? Gdzie ta prawda, wolność i równość? Ojciec poznał prawdę... Więc potraktowano go równie perfidnie jak jego towarzyszy i teraz odnalazł wolność...
Dłoń sama odnalazła rękojeść szpady i zacisnęła się na niej tak mocno że aż zbielała skóra na kostkach. Po chwili wypuściłem powoli powietrze rozluźniając się. Gniew mijał a ja prawdopodobnie mam nową robotę do wykonania. Stowarzyszenie pomogło mi zrozumieć co się stało z ojcem czas spłacić dług...
Nalałem sobie wina do kieliszka i wyjrzałem przez okno. Panował mrok, księżyc zawsze biały i jasny tutaj był jakiś żółtawy a do tego nie świecił zbyt mocno. Spoglądałem na ostatnich mieszczan zmierzających do domów przed udaniem się na spoczynek. Wyglądali podobnie jak ci w Vodacce zapracowani, zajęci swoimi sprawami, małomówni ale nie mieli tej jednej wspólnej cechy mojego narodu... Nie zerkali ukradkiem przez ramię chroniąc plecy...

Następnego dnia spakowawszy swoje rzeczy udałem się na Montigniac. Spacerowałem od za kwadrans dwunasta obchodząc kamienicę z numerem 13 dookoła. Znając mniej więcej rozmieszczenie okien i ewentualnych wejść, punkt 12 zapukałem do drzwi pod numerem 13.
 
WieszKto jest offline  
Stary 23-07-2008, 00:22   #5
 
Latilen's Avatar
 
Reputacja: 33 Latilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodze
Cyganeria zajechała do miasta. I to jaka! Co najmniej piętnaście wozów wypełnionych po brzegi ludźmi i nie tylko. Jechali przez miasto i jechali - niekończący się korowód pełen kolorów, bibelotów, wrzasku, radości. Porykujące zwierzęta, zamknięte w klatkach. Handlarze wszystkim i właściwie niczym. Zwykle kupczyli sobą i rękodziełem. Ci prowadzili cyrk. Mierna przykrywka złodziejstwa - wszyscy przecież wiedzą, co tacy robią. Czyhają na sakiewki. Kiedy pojawiają się w mieście, od razu robi się niebezpieczniej. Ciągle coś ginie, sprawy idą gorzej, zaczyna padać. No i oczywiście dzieci trzeba trzymać blisko siebie. Przecież cyganeria lubi je sobie przywłaszczać.

Ta młoda tutaj, co właśnie głośno nawołuje i zaprasza, to mało cygańsko wygląda. Blada jakaś, zachudzona i źle ubrana. Tak po męsku. Tak... dziwnie i inaczej. Chociaż jak się przyjrzeć, cyganka to cyganka.

Wracali zmęczeni, ale nie na tarczy. Każdy w kieszeni miał przynajmniej jeden mieszek pełen monet. A nie wszystkie były wyjęte chyłkiem z kieszeni. Z wolna weszli do obozu, który założono tuż pod murami Charouse.

Gwar unosił się w powietrzu. Maluchy biegały i bawiły się setnie. Tym razem chyba w chowanego, jedno prawie wybiło sobie zęby, wpadając na Petera tresera niedźwiedzi (a może to jednak "ganiany"?). Azie spodnie zjeżdżały od ciężaru monet. Nawet pasek nie pomagał. No cóż, miała najsprawniejsze palce ze wszystkich. Nie bez przyczyny nazywali ją Łasicą. Pozostali niestety nie potrafili wyglądać jednocześnie tak niewinnie i figlarnie jak ona. Musieli żonglować, męczyć trochę zwierzęta, rozśmieszać publikę. A przede wszystkim ciągle się do niej uśmiechać. Teraz cierpieli na skurcz mięśni twarzy. Natomiast złośliwy uśmieszek nie znikał z twarzy Azy. Jak to mawiano w obozie, zapewne się z nim urodziła.
- To, kto idzie oznajmić Założycielowi, że wróciliśmy? - Peter spojrzał z żalem na dzieci, z którymi tak bardzo by się teraz pobawił. One zresztą też czekały na to z niecierpliwością. "Duży, miły miś wrócił" mówiły między sobą i zebrały się w pobliżu.
Żanna już coś chciała powiedzieć, patrząc wymownie na Azę, ale ta rzuciła "na razie" i sprawnym skokiem znalazła się już na najbliższym wozie i szybko zniknęła, przeskakując z dachu na dach.
- Bezczelny bękart. - wyrwało się Davidowi (żonglerowi), zza zaciśniętych zębów.
Żanna westchnęła.
- Cóż zrobić. Dziecko z niej jeszcze. Dobra dajcie, co zebraliście. Pójdę do Założyciela.

Cyrk to miejsce bardzo specyficzne. Zbierają się w nim ludzie, powiedźmy, oryginalni. Tacy, którzy nie znaleźli sobie miejsca gdzie indziej. Tacy, którzy szukali schronienia i tacy, którzy tylko tu czują się dobrze. Jak w domu. Aza należała właściwie do każdej z powyższych grup. Jej niejasne korzenie nie pozwoliły jej pozostać w domu, w Usurii. Założyciel ją przygarnął, a wychowała Cyganeria. A potem nadszedł pomysł cyrku.

Zmierzch to najlepszy czas na przedstawienie. Świece rozstawione wokół areny dodawały tajemniczości. Codziennie dawali jeden pokaz i codziennie był inny. Dziś dość specjalny, Elza postanowiła trochę rozbiegać konie.

Aza siedziała sobie wysoko, tam gdzie zwykle Kobieta-Anioł wygina ciało na drążku. Dziś Założyciel dał jej wolne, żeby rozruszała skrzydła. Młoda dziewczyna machała nogami jak dziecko i z radością wdychała duszne, przepocone, ostre powietrze panujące w namiocie. Nigdy nie mogła się nadziwić minom publiki. Oni zawsze byli tak samo zafascynowani, lekko przerażeni, zaciekawieni, niedowierzający. Dziwne.

Potem Nikolai bawił się świetnie na linie zawieszonej nisko. Nic wielkiego, a monteskie dzieciaki siedziały z otwartymi buziami. Kiedy na arenę weszła Żanna ze swoimi wężami, Aza zsunęła się sprawnie po linie i zniknęła zza kotarą. Znudziło jej się. Chciała się zdrzemnąć. No i musiała jeszcze odwiedzić założyciela.

- List? Jaki list? - usłyszała konspiracyjny szept Davida i szybko wspięła się na klatkę z lwem. Teraz była pusta, czyli ktoś tu postanowił zrobić sobie wolne. Interesujące.
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein
Latilen jest offline  
Stary 23-07-2008, 22:47   #6
 
alathriel's Avatar
 
Reputacja: 18 alathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znany

Katedra Notre-Dame ma w sobie magię. Ściąga do siebie zarówno tych, którzy poszukują spokoju i wytchnienia, tych, których nurtują pytania bez odpowiedzi, jak i tych, którzy chcą szybko załatwić swoje sprawy.
Caspian już dawno nie myślał o Theusie. Teraz chroniąc się w cieniu portyku zaczynało go to gnębić coraz bardziej.

Co więcej, kobieta o której mówiła Madame Lena Tedous spóźniała się. To znaczy praktycznie się nie spóźniała, on przyszedł za wcześnie i tego oczekiwał od innych. Zwłaszcza teraz, kiedy grunt spod jego nóg usypywał się z prędkością lawiny. I wtedy Ją ujrzał. Weszła na plac i on już wiedział, że to Ona. Był pewny. Ale ktoś za nią szedł. Organizacja uczyła dostrzegania tego co nie dostrzegalne. Co często równało się bycia wiecznym hipochondrycznym niedowiarkiem.
I wtedy Ona stanęla obok niego, pogrzebała w tobie i odezwała się do niego.
- Witam, nazywam się Meike Siversten.
Caspian ukłonił się. I znów miał rację.
Dziewczyna dygnęła i uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Do Twoich usług Pani, Caspian Balzac. Cieszę się, że stawiłaś się na spotkanie.
Chciał powiedzieć więcej, ale towarzystwo mężczyzny, który szedł za nią krok w krok (tak to widział Caspian) bardzo mu nie pasowało. Spojrzał na niego tak, żeby ten wiedział, iż nie jest mile widziany.

Oczy Maike ze zdziwieniem powędrowały za jego wzrokiem i dostrzegły kolejnego mężczyznę. („ -A ten to kto?”) zaintrygowany głos zadźwięczał jej w głowie. „-niby skąd mam wiedzieć” automatycznie odpowiedziała na pytanie. Dopiero po sekundzie dotarła do niej bolesna prawda… obudziła się. Postanowiła się na razie nic nie mówić i poczekać na rozwój sytuacji.
- Pan sobie życzy?
- Nic specjalnego –
odparł mężczyzna. – To raczej nie pan mnie zainteresował, co pańska towarzyszka. Pani wybaczy, kawaler de Sept Tours – przedstawił się, - miło mi poznać. Natomiast wie pan, to chyba nic dziwnego, ze szukający jakiejś roboty szlachcic, któremu setnie się nudzi, zwraca uwagę na niewiasty o interesującej urodzie. Planowałem spędzić nieco czasu w katedrze, ale może miałaby pani chwilę czasu wieczorem. Serdecznie zapraszam na dobrą wieczerzę bez jakichkolwiek zobowiązań .

(„-czy ja dobrze słyszałam?! On powiedział INTERESUJĄCEJ!? Co to za określenie?! „) Głos w głowie dziewczyny grzmiał furią. („-co ja jestem, okaz w zoo!? Nieprzeciętna to rozumiem, piękna, ale… interesująca? To już tylko jeden krok od oryginalnej! ”) W głowie Meike aż huczało, ale zdawała się nie słuchać tego, co się tam działo. Obcy mężczyzna zaprosił ją na kolację! Zaczerwieniła się delikatnie, jednak głos wewnątrz wyraźnie domagał się wysłuchania. W pewnym momencie wyraz twarzy dziewczyny na stężał a oczy błysnęły intensywną zielenią. Biła z nich wściekłość, jakby chciała rozerwać Sept Torusa na strzępy. Trwało to zaledwie jedną dziesiątą sekundy i zaraz natychmiast ustąpiło pogodnemu uśmiechowi. Po chwili pozostawało jedynie ulotne wrażenie mirage’u. Postanowiła uprzejmie odmówić, w końcu miała teraz ważniejsze sprawy na głowie. Otworzyła usta nabierając powietrza, ale… nie zdążyła nic powiedzieć.

Kawaler de Sept Tour? Caspian poczuł się, jakby go ktoś uderzył obuchem przez łeb. Uśmiechnął się pod nosem.
- Cieszę, ze stawiłeś się na umówione miejsce spotkania, kawalerze de Sept Tour. Widocznie szczęście nam dopisuje, gdyż list od Ojca Baltazara nie mógł do ciebie dotrzeć, gdyż zmieniłeś nagle miejsce pobytu. A teraz może przejdźmy gdzieś w spokojniejsze miejsce, gdzie będę mógł Wam nakreślić szczegóły. Jeśli oczywiście jesteście dalej zainteresowani.
Dziewczyna spoglądała raz na Caspiana raz na drugiego mężczyznę. W jej głowie znowu rozległ się wściekły głos tym razem pełen również sprzeciwu („-To ON też idzie!? W takim razie ja się z tego wypisuje!”) „-Z theusem” – Odparła ze stoickim spokojem Maike. Głos fuknął coś jeszcze, po czym obrażony, zamilkł. Przez to całe zamieszanie w swojej głowie dziewczyna zapominała się przedstawić drugiemu mężczyźnie. Ocknęła się dopiero teraz.
-przepraszam, nie przedstawiłam się - skłoniła się z zakłopotaniem i wyciągnęła doń w stronę Sept Torusa– Maike Siversten
 
__________________
Pióro mocniejsze jest od miecza (...) wyłącznie jeśli miecz jest bardzo mały, a pióro bardzo ostre. - Terry Pratchett
alathriel jest offline  
Stary 24-07-2008, 10:35   #7
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
- Miło mi, panno SilverstenSept Tours ucałował tak szybko jej dłoń, że nie mogła zdążyć zareagować, jeżeli przypadkiem nie była zwolenniczką takiego witania kobiet. Ech, może nie była idealną pięknością, ale miała w sobie coś, co przyciągało wzrok. Niewątpliwie sporo seksapilu i czerstwej żywotności okraszonej dosyć ładną buzią. Sylwetka też niczego sobie. Zaś zachowanie, hm, tutaj miał trudność. Nie mógł ją zakwalifikować do żadnej z grup mieszkańców Thei. Może mieszczka, albo biedna córka szlachecka? – Mam nadzieję, że się pani zastanowi nad propozycją.

- Natomiast co do pana uwagi, monesieur, to prosiłbym o jaśniejsze sprecyzowanie, o co panu chodzi. Niewątpliwie, podanie nazwiska ojca Baltazara przemawia za panem. Wydaje się również, że słyszał pan o mnie i wiedział, ze dla niego pracuję. Niemniej, spotykałem się już z wieloma przypadkami, które nastawiły mnie do nieznajomych z najwyższą nieufnością. Pan rozumie, mam taki niezwykle sympatyczny zwyczaj uważać na obcych, szczególnie takich, którzy są bardzo mili. Niemniej, skoro ma pan jakąś propozycję, chętnie wysłucham.

Caspian jednym rzutem oka ogarnął postać Kawalera de Sept Tours. Wydawał się ostrożny, z mową kwiecistą, w gestach niezbyt wylewny. A kobieta, polecana przez Towarzystwo, jeszcze było trochę czasu, aby zaprezentowała swoje "walory".

Caspian uśmiechnął się, aby zrobić dobre wrażenie. Nawet nie było widać, jak wymuszony był ten wyraz twarzy. Spod płaszcza wyciągnął list od Ojca Baltazara i podał de Sept Tours'owi.



Pierścień dyskretnie migotał odbijanym światłem na palcu Caspiana. Poczekał, aż Różokrzyżowiec skończy czytać.
- Czy to wystarczy, monsieur, za dowód?
- No cóż. Częściowo. Rzeczywiście, poznaję styl ojca, a pieczęć, którą był spięty dokument także należy do niego
- przyznał oglądając przełamany lak. - Ale jak sam pan widzi w liście stoi napisane, że najpierw muszę zobaczyć pierścień.
- Oto jest
Ernestowi zaświecił blask złota, z którego wykonany był sygnet zakonny. Rzeczywiście, była to niewątpliwie oryginalna symbolika, którą posługiwała się tylko organizacja. Mało prawdopodobne, uznał, żeby ktoś się trudził z podrabianiem pierścienia, czy listu dla takiej płotki, jaką był w hierarchii. Ponadto, ów mężczyzna nie mógł przecież przewidzieć, że zainteresuje się ową dziewczyną i pójdzie jej tropem.
- Cóż – przyznał, - wygląda dobrze. Wysłucham cię więc, monsieur, jeżeli zaś pańskie dyspozycje nie będą się sprzeciwiały zasadom zakonnym, postaram się panu odpowiednio pomóc. Oczywiście - zwrócił się znów do dziewczyny. - Zaproszenie na wieczór, o ile ten pan - wskazał na mężczyznę, - czegoś nie wymyśli, jest ciągle aktualne.
 
Kelly jest offline  
Stary 28-07-2008, 16:25   #8
 
WieszKto's Avatar
 
Reputacja: 14 WieszKto nie jest za bardzo znanyWieszKto nie jest za bardzo znanyWieszKto nie jest za bardzo znany

Drzwi otworzył ci milczący, ponuro wyglądający majordomus. Bez słowa zaprowadził cię do pokoju, w którym wszystkie okna były zasłonięte i nie wpuszczały żadnego światła. Na środku stało samotne krzesło.

- Proszę usiąść. - usłyszałeś głos za sobą. - Witam w moich skromnych progach. Celestin Balzac.

Ukłonił ci się i wskazał gestem krzesło. Sam sobie przysunął drugie (zdawało ci się, że wyczarował je z mroku).
- Na ile znacie współczesną historię odkryć geograficznych? - zadał ci bezpośrednie pytanie, oczekując bezbłędnej odpowiedzi. Tylko jakiej?

Nie lubię ciemności jednak czuję się w nich swobodnie. Wiedziałem że metody organizacji polegają na konspiracji - tego wymagało bezpieczeństwo jej członków. Jednak zaciemnienie na spotkaniu gdzie każdy z nas znał personalia drugiej osoby było lekko przesadzone. Uśmiechnąłem się pod nosem i zająłem wskazane miejsce. Przyglądałem się Balzacowi starając się go ocenić po wyglądzie i sposobie zachowania. Nie spieszyłem się z odpowiedzią szukając odpowiednich słów.

- Podstawy nauki zwanej archeologią poznał każdy żak Uniwersytetów. Zjawisko to jest stosunkowo nowe, niektórzy traktują je raczej jako hobby a nie poważne zajęcie. Miałem zaszczyt uczestniczyć w wykładzie magistra Magellanusa ponoć odkryto jakiąś nową wyspę...? O co konkretnie pan pyta...? - starałem się zamaskować braki aktualnej wiedzy na temat jakichkolwiek odkryć geograficznych...

Balzac. Dziwne nazwisko. Mężczyzna z pewnością nie należał do szlachty. Możliwe, że jakiś mieszczanin. I mimo to, stał wyżej w hierarchii. Musiał się zasłużyć. Wyglądał jak ktoś, kto wie, co robi.

Przekonany o słuszności swoich działań, możliwe, iż to kryło strach czy przerażenie, lecz tych uczuć nie można było dostrzec na twarzy. Ubrany z klasą, według współczesnej mody. Idealnie wyrojona kamizelka, bladoniebieska, jednak płaszcz lekko przekrzywiony, ze srebrną spinką świadczyły o przynależności do Rilasciare. I specyficznie spięte włosy. Sygnały, których nie mogłeś pominąć, acz niedostępne przeciętnemu śmiertelnikowi. Nie krył się bynajmniej w mroku, gdyż przysunął się do ciebie na taką odległość, abyś go wyraźnie widział. Po twojej wypowiedzi uśmiechnął się półgębkiem.
- Tyle wystarczy. Potrzeba mi osoby, która by trochę zapanowała nad bałaganem. Sytuacja wygląda następująco: Ostatnio z morza wyłoniła się wyspa Thetra i każda głowa reprezentująca nację chce położyć na niej łapę. Obecnie wyspę otacza kordon karawel - każda o innej banderze. Będzie Was pewnie trójka lub czwórka, waszym zadaniem będzie dostać się a wyspę i wynieść z niej, co się da po czym Rilasciare zajmie się resztą. Jeśli chcesz, to z tych osób, które będziesz mieć do dyspozycji, możesz utworzyć własną komórkę.
Propozycja zdawała się jednorazowa.

Zdziwiłem się. Balzac mówił bez skrępowania nie pozostawiając niedomówień. Jak bardzo odwykłem od rzeczowych dyskusji w Vodacce...
- Wybacz mi senior, ale co konkretnie życzy sobie znaleźć nasza organizacja na tej wyspie i w jakim celu? Czy osoby które udadzą się tam ze mną są członkami stowarzyszenia? Dlaczego akurat ja? pytania szybko zaczynały się mnożyć, ale jeśli moja wyprawa miała przynieść efekty potrzebowałem jak najwięcej ilości informacji czego mogłem się spodziewać w trakcie....


Caspian miał ogromną ochotę westchnąć. Ale niestety nie mógł. I co właściwie odpowiedzieć? Jakby chciał wprowadzić we wszystkie szczegóły tego "młokosa" (chodziło o pozycję w Organizacji), siedzieliby tu przez kolejne trzy dni. Lakonicznie i treściwie, resztę sprawdzi na własnej skórze.
- Zacznę od ostatniego pytania - polecono mi Cię. Zresztą chyba nie masz niczego lepszego do roboty? Zawsze możesz czekać na kolejną okazję, aby zrewanżować się Organizacji. Osoby, które zapewne z Tobą wyruszą nie należą do Rilasciare. Zawsze można naprawić ten "błąd". Rób, co uważasz za słuszne. A co do wyspy... - Caspian przeczesał włosy dłonią i zamknął na moment oczy. Treściwie i lakonicznie, tak? Ha! Dobre sobie. - Nie wiadomo, czego się spodziewać. Będzie z Tobą, mosieur, podróżował członek Towarzystwa Odkrywców i on się zajmie opisem i przewiezieniem. Zapewne wyspa zabudowana jest pozostałościami Syrneckimi. Interesuje Nas wszystko, co może się przydać. Wszystko. Czy wyraziłem się wystarczająco jasno? Jeszcze chcesz Monsieur, wiedzieć?

Jednak to Luca westchnął. Dziwiło go że jeśli organizacji naprawdę zależy na zdobyczach na tej wyspie tak mało przekazano mu informacji. Do tego ludzie z którymi miał wykonać tę misję nie byli członkami Stowarzyszenia więc ich interesy mogłyby być sprzeczne. Ale to nie nowość w Vodacce spotykał się z takim zachowanien bardzo często.

- Oczywiście że zamierzam spłacić mój dług wobec Rilasciare... Jestem człowiekiem honoru i podejmę się misji, w którą pan mnie wysyła senior. Ufam że wszystko zakończy się szczęśliwie i bez zbędnych komplikacji. Od czego zaczynamy?...
 
WieszKto jest offline  
Stary 28-07-2008, 21:49   #9
 
Latilen's Avatar
 
Reputacja: 33 Latilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodzeLatilen jest na bardzo dobrej drodze
Cyganie nie mają domu. Pałętają się ze swoim niewielkim dobytkiem to tu, to tam. Zawsze gdzieś coś uda się sprzedać czy wymienić. Jednak wszędzie są witani jako najgorsze zło. Ludzie, widząc ich, kręcą nosami, jakby śmierdzieli. Plotki, półprawdy i kłamstwa unoszą się z nimi i nie chcą rozpłynąć się w powietrzu. Jakby ich same oddechy mogły spowodować mór.

Istnieje jednak jedno miejsce, gdzie witają ich jak swoich. Usuria. Matuszka troszczy się o nich jak o własne dzieci. Czasem nawet prosi o radę, jako obiektywnych obserwatorów. Ich przybycie przynosi szczęście, zawsze można liczyć na ich pomoc, wróżby i sztuczki, które odganiają codzienne problemy.

Tego dnia było mroźno. Śnieg pokrywał ziemię szczelnie. Oddech od razu zamieniał się w malutkie sopelki. Założyciel wiedział, że to gdzieś w pobliżu. Właśnie to miejsce Matuszka ukazała mu we śnie. Rzednący las i polanka pokryta białym kożuchem. Słońce powoli wstawało sprawiając, iż płaskie lustro jeziora zdawało się świecić własnym blaskiem. To z pewnością tutaj.

Dlaczego nadal jest śnieg? Już miała przyjść odwilż. Dlaczego? Dziewczynka przedzierała się przez zasypaną ścieżkę. Ledwo ciągnęła stopę za stopą. Nie czuła już palców. Drzewa nie dawały żadnego schronienia przed wiatrem. Paskudne świerki. Powoli rzedły, aby ukazać polankę. I wodę błyszczącą z daleka. Znów to jezioro? "Czy to znaczy, że chodzę w kółko?"

Stare usuriańskie powiedzenie mówiło: "Jeśli żyjesz nie stawszy się ojcem, umrzesz nie stawszy się człowiekiem." W końcu dostąpił go ten zaszczyt. Z lasu wyłoniła się dygocząca dziewczynka w przykrótkiej koszulinie, przykusych spodniach i bez butów. Drżała jak jesienny liść na wietrze. Ledwo udawało jej się postawić kolejny krok. Noga zawinęła jej się o nogę i dziewczynka utonęła w śniegu. Matuszka dotrzymała słowa. Zrewanżowała się za ostatnią przysługę. Założyciel zdjął swój kożuch, zawinął w nie dziecko i biorąc je na ręce, skierował się do obozu. Musiał szybko ją ogrzać. Jego córeczkę. Jego Azę.


Nie lubiła tego kraju. Wydawało jej się, że ludzie tutaj nie dość, że uważają się za lepszych, to jeszcze za mądrzejszych. Zarówno pierwsza jak i druga teza była błędna. Chociaż może to pogoda mieszała im w umysłach? Temperatura i wilgoć dawały się Azie we znaki. Wiele by dała, żeby znów poprzebywać ze swoją Ojczyzną. Do tego niewygodnie jej się leżało na klatce lwa. Biały karzełek z tego Mointagne i tyle. David nie mówił nic ciekawego. Siła, nazywana również Lwem, słuchał i nie odezwał się jeszcze ani słowem. Szkoda, tak bardzo lubiła jego głos.
- Pytasz mnie, jaki list? Dzisiaj, zaraz przed występem, przyjechał posłaniec. Prawie konia zajechał. A potem Założyciel rozesłał czterech dzieciaków i tyle ich widzieliśmy!
- Jak zwykle panikujesz
- trochę chropawy, głównie znudzony pomruk wydarł się w końcu z ust Siły.
Azie przeszedł dziwny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Nie lubiła, kiedy jej ciało zachowywało się wedle swojej własnej woli. Ale protesty jej rozsądku były w tym wypadku bezcelowe. Przysunęła się bliżej do krawędzi wozu i ostrożnie rzuciła okiem w dół. Tak bardzo chciała zobaczyć minę Lwa, a chcieć to już połowa móc.
- Nie panikuję! - histeryczny szept wydarł się z ust Davida. - Mówię ci, coś się szykuje! Założyciel...
Siła gestem nakazał milczenie Davidowi i spojrzał do góry. Aza ledwo zdążyła się schować. Lew pociągnął dwa razy nosem, jakby wąchał trop zdobyczy i rozluźnił się. Złośliwy uśmieszek wykwitł na jego twarzy.
- Po co w ogóle przyszedłeś z tym do mnie?
- zapytał Davida i nie czekając na jego odpowiedź uderzył w drugi pręt po lewej.
Aza nawet nie zdążyła zakląć. Straciła nagle podparcie dla rąk i spadając z dachu klatki, wpadła wprost w ramiona Siły.
- Postaw mnie natychmiast! - zaskoczona starała się wydostać z uścisku roześmianego mężczyzny. - I z czego się tak cieszysz?!
David stał zupełnie zbity z tropu. Wściekła Łasica (tak dać się podejść!) szarpała się z Lwem (roześmianym), któremu zupełnie nie przeszkadzały protesty dziewczyny.
- Co robiłaś na górze? Przyznaj się, podsłuchiwałaś. - Siła świetnie się bawił. David zbielał na twarzy.
- Wcale nie! Oglądałam gwiazdy! NO PUŚĆ! UDUSISZ MNIE! - Aza cały czas pracowała nad rozdzieleniem ramion mężczyzny, zaciśniętych na jej talii.
- A kiedy Abakuk chciał ci o nich śpiewać, to zawsze znajdowałaś coś ciekawszego do roboty.
- A żryj ziemię!
- w końcu udało jej się uwolnić. Poprawiła serdak, spódnicę mocniej zawiązała w supeł na wysokości uda i opuściła trochę nogawki spodni. Zeźlona spoglądała wilkiem na zadowolonego z siebie Siłę i gderającego pod nosem Divida.
- Nic nie słyszałam. Może coś o listach. - David zamarł. - ale nie interesuje mnie to.
- To może...
- Nie!
- przerwała Sile i ruszyła do namiotu Założyciela. Cokolwiek się działo, chciała w tym uczestniczyć. Chciała, a jak wszyscy w Obozie wiedzieli, że już pozamiatane. Tak upartej osoby Thea nigdy wcześniej nie nosiła. Bo przecież ktoś by o tym słyszał, prawda?
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein
Latilen jest offline  
Stary 30-07-2008, 20:39   #10
 
alathriel's Avatar
 
Reputacja: 18 alathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znanyalathriel nie jest za bardzo znany

Katedra dawała cień, ale nie dawała potrzebnej intymności. Caspian na moment spojrzał w głąb kościoła. Modlitwy innym nie należy przerywać. Zresztą tam, gdzie panuje cisza, nawet szept zdaje się krzykiem.

W takim razie zostają ogrody. Caspian oderwał się od chłodnej ściany, skinął obojgu głową i ruchem reki wskazał kierunek.
- Wygodniej nam będzie rozmawiać pośród zieleni. - szybkim krokiem ruszył w kierunku bramy do ogrodu, co i rusz sprawdzając, czy idziecie za nim. - Damę należałoby puścić przodem, lecz w takiej sytuacji...
W końcu dotarliście do przycienionej, pustej altanki. Z pięknym widokiem.

Caspian schował się w cieniu, przytulając się do ciemno zielonych liści winorośli. Poczekał, aż usiądziecie.
- To teraz byłbym uradowany, gdybyście powiedzieli mi, co wiecie o ostatnich odkryciach geograficznych?

Maike właśnie wzięła głębszy oddech żeby coś powiedzieć, ale się powstrzymała. Natychmiast zamknęła usta i spojrzała wymownie, najpierw na Caspiana potem, na Sept Torusa wracając w końcu powrotem do pierwszego mężczyzny. Nie mogła nic powiedzieć. To była zasada, którą wtłaczano im do głów od samego „trade sea”. O nakazie zachowania milczenia wiedział każdy, nawet nowicjusz. Nie było więc możliwości aby ona, „forbidden sea”, mogła zdradzić tajemnice stowarzyszenia. Oczywiście nie chciała robić sobie wrogów ani tym bardziej nikogo urazić, jednak zasady to zasady. Dodatkowym minusem był fakt, że obok niej siedział członek innego stowarzyszenia, które z tego co było jej wiadomo posiadało dość mocno odmienne poglądy na wiele ważnych spraw. Nie wiadomo jak mógł zareagować. „Zaraz, zaraz” Dziewczyna Wbiła wzrok w ziemię, zmrużyła oczy i przygryzła wargi. Zawsze tak roiłą, kiedy intensywnie myślała. „Na pewno były jakieś informacje, które wydostały się do informacji publicznej. Niewiele, ale na pewno coś! Przynajmniej nie będziemy tu tak siedzieć w niezręcznej ciszy” Jedyny problem polegał na wyłowieniu tego, co było znane osobom spoza stowarzyszenia z całej masy bardziej szczegółowych informacji. Ale najpierw…
- mówimy o wyspach, to oczywiste – odezwała się w końcu dość ostrożnie - tylko, o które panu konkretnie chodzi? Thaluzyjskie czy Syrneckie?

Caspian uśmiechnął się pod nosem. Polecona dziewczyna albo wiedziała dużo, albo świetnie kłamała. Tak czy inaczej się przyda.
- A które według Madame są ciekawsze?

Ciemnoniebieskie oczy Maike błysnęły radośnie. Przywodziła na myśl dziecko, które właśnie dostało cukierka. Zdążyła się opanować w ostatniej chwili. Możliwość konwersacji na TAKIE tematy zawsze była pożądana, jednak mogła istnieć wyłącznie w konfiguracji członek stowarzyszania odkrywców- członek stowarzyszenia odkrywców, a i to nie zawsze. Dopiero od "la boca" można było swobodnie wymieniać poglądy (Wcześniej delikatnie mówiąc mało, kto je posiadał)
Wypuściła powietrze z płuc. Udało jej się minimalnie zdusić entuzjazm. Uśmiechnęła się przyjaźnie. Mogła prowadzić konwersację, nie mogła tylko zdradzać szczegółów. Należało jednak przemycić informację znaną tylko członkowi stowarzyszenia. To musiała być ciekawostka, która w razie, czego zwykłemu "kopaczowi" niewiele dawała, ale potwierdzała jej członkostwo (a nawet w pewnym sensie eliminowała kilka poziomów wtajemniczenia, czy też jego braku).
- Oczywiście obie lokalizacje są fascynujące - zaczęła z nieukrywaną radością - Są również bardzo niebezpieczne – tu, euforia odrobinę wyblakła, ale uśmiech natychmiast znowu pojawił się na twarzy
- myślę że lepszym pytaniem byłoby, w którym miejscu znaleźć bym się nie chciała - zaśmiała się sympatycznie - I bądźmy szczerzy do thaluzyjsiej ... fauny, wolałabym się nie zbliżać, nawet w myślach.
Dziewczyna wciąż się uśmiechała, ale nie był to radosny uśmiech. Odwracał jedynie uwagę od gęsiej skórki i dreszczu, który przeszedł jej po plecach.
 
__________________
Pióro mocniejsze jest od miecza (...) wyłącznie jeśli miecz jest bardzo mały, a pióro bardzo ostre. - Terry Pratchett
alathriel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:50.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169