Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-02-2009, 22:56   #1
 
woltron's Avatar
 
Na Ratunek! (+18)

Sobota, 20 lipca 1844 roku miała być dniem wyjątkowym – na ten właśnie dzień Duke Wellington, bohater spod Waterloo, zapowiedział bal. Decyzja ta wywołała poruszenie nie tylko na londyńskich salonach, ale także na ulicy, wśród londyńskiej biedoty i mieszczaństwa, bowiem powszechnie było wiadomo, że Duke Wellington od dobrych kilkunastu lat nie organizował tego typu zabaw. Jednak nie to budziło największe zainteresowanie wśród licznych obserwatorów i londyńskiej prasy, a fakt, że na balu miał się pojawić, po raz pierwszy od powrotu do Londynu, Trzeci Earl Ross. Plotki głosiły, że wśród gości Starego Nosacza jest także córka Persona o której było tak głośno. Jak miało być naprawdę tego nikt wiedzieć nie mógł, jednak London Times, Manchester Guardian, a nawet The Gentleman Magazine skutecznie podgrzewały atmosferę, a wśród dobrze urodzonych zapanowała prawdziwa gorączka by zdobyć zaproszenie na ten bal, który prasa zdążyła już nazwać „najważniejszym wydarzeniem tego roku na którym każdy prawdziwy gentleman i lady powinni być obecni”.

Olimpia Emmanuella Grisi

„Scena Covent Garden robi wrażenie” pomyślała Olimpia patrząc się na główną estradę Royal Opera na której miała ćwiczyć głos do jednej z operetek. Miała ćwiczyć, ale jej siostra jak zwykle się spóźniała ku irytacji młodszej z sióstr Grisi, licznej obsługi, a także Toma Oldersona, reżysera i sponsora sióstr w jednej osobie. Dopiero pół godziny później przebyła Giulia w asyście swojego męża i służącego, przerywając ćwiczenia.

-Widzę, że nasza gwiazda się zjawiła – wydusił z siebie wściekły Olderson, człowiek obrzydliwie bogaty, ale pozbawiony taktu i manier.
- Mój drogi Tomie – odpowiedziała spokojnie Giulia, zdając sobie spokojnie, że Tom nie może ryzykować obrażenie swojej najlepszej śpiewaczki – proszę wybacz mi spóźnienie, ale spotkałam przed wejściem Henrietta Farnorth, ciotkę Lucy Person, która zaprosiła mnie i moją siostrę, a także mojego małżonka na bal u księcia Wellingtona!

Ostatnia wiadomość spowodowała, że twarz Oldersona zmieniła się momentalnie. Stary lis doskonale zdawał sobie sprawę, że pojawienie się sióstr Grisi na takim balu spowoduje wzrost zainteresowania jego przedstawieniem, a co za tym idzie wzrost wpływów z biletów. Tom uśmiechnął się szeroko, podszedł, lekko kuśtykając, do Olimpii i Giulii.

- Moje drogie! - powiedział obejmując obie pod ramię – powiedzcie czego potrzebujecie by oczarować śmietankę towarzyską Londynu, a dostarczę tego albo nie nazywam się Olderson! - Stwierdził. Nie pozostawało nic innego jak omówić kreację na bal, który miał odbyć się za dwa dni.

Wilhelm Somerset

Do niewielkiego pokoiku Wilhelma Somerseta mieszącego się na trzecim piętrze Somerset House, siedziby Królewskiego Towarzystwa Naukowego, wszedł mocno zziajany profesor Gibeson. Somerset przeglądał mapy rozłożone na ogromnym biurku na którym panował dość duży bałagan.

- Wilhelmie, Wilhelmie mam wspaniałą wiadomość – powiedział Gibeson wyjmując przy tym zieloną, jedwabną chustę z lewej kieszeni fraku i ocierając spocone czoło – Markizowi Northampton udało się zdobyć zaproszenie na bal do Wellingtona i chce byś poszedł tam jako reprezentant Królewskiego Towarzystwa Naukowego!
- Wiesz, że nie przepadam za balami.
- To prawda – odpowiedział profesor siadając na fotelu naprzeciwko młodszego o 30 lat mężczyzny – ale z drugiej strony dopiero co wróciłeś z Egiptu. Wiesz, że nie lubię nikogo chwalić, ale mapy które tam sporządziłeś są pierwszorzędne! - Ton, którym wypowiedział te słowa profesor były nieco zbyt piskliwie jak na uszy Somerseta – A książę Wellington na pewno się nimi zainteresuje jako głównodowodzący wojsk brytyjskich. Poza tym to niewielka cena za pomoc Towarzystwa jakiego udzieliło ci w organizacji twojej ostatniej ekspedycji.
- Masz rację drogi Gibesonie. Skoro tak stawiasz sprawę udam się na bal jako reprezentant naszego Towarzystwa.
- Wyśmienicie! A teraz pokaż mi nad czym znów pracujesz!


James Sutton

Czytelnia elitarnego klubu dla dżentelmenów Olimp, położonego zaledwie trzy ulice od Pałacu Westminsterskiego, była jednym z tych miejsc w których James Sutton spędzał całe dnie na graniu w brydża, czytaniu gazet, a także niekończących się dyskusjach na temat muzyki, literatury i oczywiście polityki. Oprócz Suttona w czytelni było jedynie dwóch inny członków klubu, pochłoniętych lekturą gazet – sam James czytał ostatnią, niezbyt udaną, powieść Madeleine Bearnadotte.
Panujący spokój przerwały kroki Johna Clarka, osobistego lokaja Suttona.

- Wiadomość dla Pana – powiedział cicho podając Lordowi Lexinton niewielki liścik na złotej tacy.
- Dziękuję John, możesz odejść – odpowiedział Sutton biorąc kartkę do rąk. Lokaj ukłonił się i odszedł bez słowa.

Niewielki liścik okazał się kolejnym zaproszeniem na bal, jakich dostawał codziennie kilka - większość pochodziła od matek marzących by wyswatać swoje córki z bogatym lordem. Lexinton już miał zgnieść zaproszenie i wyrzucić je do kosza, gdy dostrzegł, że jest ono od samego księcia Wellingtona. „Odrzucenie takiego zaproszenie zostałoby odczytane jako afront i stałoby się pokarmem dla wielu plotek” pomyślał Sutton, po czym odłożył list na stolik i wstał.
Panowie wybaczą – powiedział cicho, ale tak by zostać usłyszanym, ukłonił się i wyszedł z czytelni na korytarz. Przeszedł pięć metrów do drzwi naprzeciwko gdzie mieścił się pokój dla służby. - John przygotuj powóz, wracamy do domu.

Kilka minut później Lord Lexinton siedział w swoim powozie i myślał o balu Wellingtona.

John Ribaud Weelton-Morris

- Panie Morris – w głosie pani Vorbank dało się słyszeć podniecenie – Panie Morris! - krzyknęła głośniej gdy pukanie nie pomogło wyrywająca Johna Ribuada Weeltona-Morrisa z zamyślenia – Proszę się nie denerwować. Jestem absolutnie pewna, że pan Morris jest w domu.

Rzeczywiście, po chwili drzwi do niewielkiego mieszkania mieszącego się w południowym Londynie otworzyły się, a oczom nieco zaskoczonego Johna ukazała się pulchna sylwetka pani Vorbank, która za niewielkie pieniądze opiekowała się domem Morrisa w czasie jego nieobecności, i nieznany mu z widzenia niewysoki jegomość, ubrany zgodnie z najnowszą modą.

- Pan John Ribaud Weelton-Morris jak sądzę​​? - Morris, któremu ze zdziwienia odjęło mowę, pokiwał potwierdzająco głową. - Miło mi Pana poznać. Nazywam się Johatan Willborrow. Przepraszam, że nachodzę pana w domu, ale mój klient nalegał bym skontaktował się z panem jak najszybciej.
- Gdzie moje maniery! Zapraszam do środka, proszę się rozgościć - odpowiedział zaskoczony młodzieniec – Panno Vorbank gdyby była pani tak miła i zechciała przynieść mi i mojemu gościowi herbatę.
- Ależ oczywiście panie Morris, zaraz przyniosę – opowiedziała pani Vorbank.

W tym czasie nieznajomy zdążył usiąść na jednym z trzech foteli jakie znajdowały się w salonie. Nieznajomy rozejrzał się – oprócz foteli były tu trzy regały pełne książek, a także niewielki stolik na którym leżało London Gazetta.

- W czym mogę panu pomóc panie Willborrow?
- Mój klient wiele o panu słyszał i chciałby z panem porozmawiać na osoboności o ile wyrazi pan takie zainteresowanie.
- Nie chciałbym być nie miły panie Willborrow, ale skoro tyle o mnie słyszał i chciałby ze mną porozmawiać to dlaczego nie przybył tu sam?
- To delikatna sprawa, a pojawienie się mojego klienta w tej części Londynu zaszkodziłoby i panu i jemu. Rozumiem jednak pana obawy, dlatego zostałem zobowiązany do przekazania panu tego oto zaproszenia na bal u księcia Wellingtona – Willborrow wyjął z kiszeni marynarki niewielką kopertę i podał go Morrisowi. - Mój klient, o ile tylko pojawi się pan na balu skontaktuje się z panem. A teraz przepraszam, ale obowiązki wzywają.
- Nie zostanie pan na herbatę?
- Obawiam się, że nie. Pana gosposia jest równie miła, co gadatliwa, a ja muszę przed dwunastą być w północnym Londynie.
Willborrow wstał i założył kapelusz.
- Rozumiem - odpowiedział Morris – dziękuję za propozycję panie Willborrow.
- Mam nadzieję, że nie długo się spotkamy. Moje uszanowanie – powiedział Willborrow i wyszedł zostawiając John Ribauda Weelton-Morrisa samego w pokoju.

Dopiero późnym wieczorem Morris zdecydował się otworzyć kopertę. W środku znalazł zaproszenie na bal księcia Wellingtona i czek na pięćdziesiąt funtów wystawiony przez Williama Persona, Trzeciego Earla Ross.


Robert Virgil Windermare



Robert Virigil siedział przy stoliku, zanurzony w lekturze dzisiejszej prasy londyńskiej w pokoju orientalnym z którego był wyjątkowo dumny – głównie z powodu kolekcji szesnastowiecznych obrazów japońskich mistrzów. Spokój przerwał mu jego lokaj, niezdarny młodzieniec imieniem Joshua, który wszedł do pokoju.

-Mam nadzieję, że to coś ważnego – powiedział podirytowany Virigil, który nie lubił gdy przerywano mu lekturę gazet.
- Ta... ta...tak proszę pana. Ma...Mamm tu list od Sir Oswalda.
- Od Oswalda? - Virgil odłożył gazetę na poręcz fotela. - A więc na co czekasz, podaj mi ją chłopcze.
- Tak jest! - odpowiedział Joshua i podał list Virgilowi po czym wycofał się szybko do swojego pokoju.

Virgil otworzył kopertę, wyjął list i zaczął go czytać.

Drogi Przyjacielu,

Lord Adebowale przysłał mi zaproszenie na bal u księcia Wellingtona. Ponieważ ciągle bawię w Stanach pomyślałem, że Tobie bardziej się ono przyda. Zaproszenie jest w mojej skrytce w hotelu The Deep Blue – jego właściciel został poinformowany, że się po nie pojawisz. Mam nadzieję, że spotkasz jedną czy dwie Muzy na tym balu.

Twój O.

PS: Merry nie daje mi dnia wytchnienia, ale powoli zaczyna mnie nudzić. Może w Nowym Jorku znajdę nowe słońce przy którym będę mógł się ogrzać.”


„Stary, dobry Oswald” pomyślał Virgil po czym wstał.

- Joshua! - krzyknął – przygotuj powóz, jedziemy po The Deep Blue. „Mam nadzieję Oswaldzie, że spotkam tam nie jedną, nie dwie, a kilka muz” stwierdził Virigil.


Edric Sharpe

Zgodnie z umową Edric pojawił się koło południa przed Galerią Narodową przy kościele św. Marcina by spotkać się z lordem Thompsonem. Po kilku minutach od strony Westminsteru pojawił się lord Thompson.

- Przepraszam za spóźnienie, mam nadzieję, że nie czekał pan zbyt długo.
- Nie. Dopiero co przyszedłem. Londyn jest znacznie większy niż mi opowiadano.
- Co prawda, to prawda. Zastanowił się pan nad moją ofertą?
- Tak, postanowiłem ją przyjąć.
- Doskonale. Jeżeli zechciałby mi pan towarzyszyć w czasie obiadu, to będę zaszczycony, a przy okazji omówimy pana spotkanie z earlem Personem.
- Oczywiście, nie mam nic przeciwko.
- Wyśmienicie. Niedaleko znajduje się pewna mała restauracja gdzie zawsze trzymają dla mnie stolik.

Kilka godzin później Edric wyszedł z restauracji Gęś i Kuropatwa bogatszy o czek na 100 funtów i zaproszenie na bal u Wellingtona, gdzie miał spotkać się z Trzeci Earlem Ross.

Madeleine Bearnadotte

- Madeleine! Madeleine! - krzyk ojca dało się słyszeć w całym domu – moja droga zejdź na dół na chwilę. Mam ci coś ważnego do zakomunikowania.

„Oby nie była to kolejna propozycja wyjazdu na wieś” pomyślała Madeleine odkładając tomik poezji Byrona na nocną szafkę obok łóżka. Minutę później była na dole, w niewielkim gabinecie swojego ojca. Wielebny Henry Bearnadotte siedział za dużym biurkiem na którym leżało pismo święte oraz kilka kartek papieru zapisanych jego równym pismem.

- Usiądź moja droga – powiedział wyraźnie podekscytowany ojciec – mam doskonałą wiadomość! Doskonałą! Pan O'Callaghan zaprosił cię na bal u samego księcia Wellingtona. Mam nadzieję, że przyjmiesz jego zaproszenie.
Przez chwilę na twarzy dziewczyny zagościł grymas. „O'Callaghan, ten bogaty nudziarz? Nigdy! Przecież on ma z 65 lat i jest łysy. Jednak z drugiej strony to jedyna szansa bym dostała się na bal. No i Katie mówiła, że będzie tam Person. Być może udałoby mi się z nim porozmawiać i poprosić o wizytę u jego córki” walczyła sama z sobą w myślach. W końcu odpowiedziała:
- Oczywiście, jeżeli taka jest twoja wola Ojcze, to pójdę z panem O'Callaghanem na bal
- Wyśmienicie, wyśmienicie – powtórzył Henry – zaraz wyślę Smitha z odpowiedzią.




Sobota, 20 lipca 1844 r. - Aspley House, Londyn



Pogoda w sobotę 20 lipca 1844 r. okazała się łaskawa dla gospodarza i gości „balu stulecia”, jak nazwała go prasa. Prawie bezchmurne niebo, 18 stopni Celsjusza i delikatny wiatr od morza sprawiał, że było wyjątkowo przyjemnie – z tego powodu część balu przeniesiono do wielkich namiotów rozłożonych na tyłach wspaniałego pałacu Wellingtona przy Hyde Park Corner.

Goście zaczęli zjeżdżać się punkt o osiemnastej. Szybko okolice Hyde Park Corner były zastawione przez wspaniałe karoce należącego do śmietanki towarzyskiej Londynu.

Przy wejściu od strony Hyde Parku, złotej bramy z motywami nawiązującymi do bitwy pod Waterloo, a także innych wspaniałych osiągnięć księcia Wellingtona, którą zbudowano specjalnie na tą okazję, na gości czekała armia służących – głównie hindusów, ale także białych przebranych za hindusów – którzy pomagali dotrzeć do właściwych stołów.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=0hCXcQ0j5R8[/MEDIA]

Po krótkiej przemowie gospodarza podano lekką kolację po której towarzystwo wymieszało się – część udała się na tańce, część zaś prowadziła dysputy na wszelkie możliwe tematy. Wśród gości można było zobaczyć zarówno polityków, w tym samego premiera Roberta Peel'a i ministrów jego gabinetu, a także finansistów, poetów, malarzy, muzyków i pisarzy wśród których brylował Karol Dickens, wschodząca gwiazda angielskiej literatury - a wszystko to przy akompaniamencie muzyki i w takt kolejnych walców angielskich. Jeżeli kogoś brakowało to był to Wiliam Person, Trzeci Earl Ross. Czy zamierzał przyjść, czy też wolał zostać w domu nikt, nawet książę Wellington, tego nie wiedział.
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.

Ostatnio edytowane przez woltron : 09-04-2009 o 19:58.
woltron jest offline  
Stary 25-02-2009, 15:59   #2
 
Tom Atos's Avatar
 
Powóz zawiózł go szybko do niewielkiej rezydencji jaką miał w centrum Londynu przy Park Lane. Budynek może i nie był okazały, ale miał tę niewątpliwą zaletę, że jego okna wychodziły na zielone korony drzew parku, co czasami pozwalało zapominać, że jest się w mieście.

Lord Lexinton wyciągnął z kieszonki kamizelki złoty zegarek i sprawdził, która jest godzina. Do przedstawienia w Covent Garden pozostało wystarczająco dużo czasu, by zadbać o toaletę i zjeść w spokoju lekką kolację.

Jako miłośnik opery zarezerwował sobie lożę na cały sezon, by w spokoju i dyskretnie cieszyć się muzyką i śpiewem. Dziś wieczorem miano wystawiać „Don Pasquale” Dionizettiego w aranżacji jakiej jeszcze nie widział.

Na pół godziny przed przedstawieniem zjawił się w operze, by samotnie zająć miejsce w loży. Był to jedyny sposób, by uniknąć całego tego towarzyskiego cyrku. Życie towarzyskie było czasami nieznośnie męczące.

Ku jego radości przedstawienie, było naprawdę znakomite. Szczególnie miłym dla jego ucha był głos Noriny, którą jak sprawdził w programie odgrywała Olimpia Emmanuella Grisi.

Dziewczyna miała świetny głos zdaniem Jamesa. znacznie przyjemniejszy w barwie niż jej sławna siostra nie mówiąc już o urodzie.

Po dyskretnym wymknięciu się z opery będąc już w domu przywołał starego lokaja.

- John bądź tak dobry i jutro rano pójdź do kwiaciarki Pani Owen i zamów kosz białych lilii, hiacyntów i irysów. Zawieziesz go do Covent Garden dla panny Olimpia Emmanuelli Grisi. Upewnij się też, by na bileciku były napisane złotym atramentem dwie litery L. Miejmy nadzieję, że taka lapidarność wzbudzi zainteresowanie panny Olimpii.

Nazajutrz w piątek postanowił opuścić Londyn i udać się do pobliskiego Sutton, by sprawdzić jak przebiegają prace nad syntetyczną chininą. Jednak pomimo pewnych postępów, efekty były dalekie od zadowalających.

Powrócił do rezydencji przy Park Lane w sobotę wczesnym popołudniem. Na szczęście w szafach miał tyle strojów, że nie musiał się martwić o ubiór. Połowy z tych wszystkich fraków nie zdążył w ogóle jeszcze założyć. Zwykł był zamawiać po kilka strojów na raz. Szczególnie wieczorowych. Sposób jaki stosowała jego ojciec, a pozwalający zaoszczędzić mnóstwo biegania przed takimi właśnie balami na jaki był zaproszony.

Cała niedogodność polegała na tym, że należało je zamawiać mniej więcej raz na kwartał, by być na bieżąco z londyńską modą. Z resztą jak znał życie na balu u Wellingtona, któryś z książąt pewnie pojawi się z dłuższymi, czy krótszymi połami, albo z szerszymi niż dotąd spodniami i całą zawartość szafy znów trzeba będzie wymienić.

Wybrał klasyczny zestaw. Grafitowy frak z aksamitnymi połami, białą szamerowaną srebrem kamizelkę, białe spodnie ze srebrnymi lampasami i ciemnozieloną chustę pod szyję. Z biżuterii postanowił wziąć jedynie brylantową szpilę do chusty i srebrny zegarek.

W sumie Lord Lexinton nie przepadał za przyjęciami towarzyskimi, rautami i balami, które zwykł nazywać pogardliwie spędami. Uczęszczał na nie okazjonalnie potwornie się przy tym męcząc. Niestety będąc arystokratą po prostu nie mógł nie bywać w towarzystwie, gdyż prowadząc liczne interesa zbyt wiele by stracił na społecznym ostracyzmie. Po za tym komu, jak komu, ale Wellingtonowi się nie odmawiało. Książę od trzydziestu prawie lat był bohaterem narodowym. Zwykł był też nazywać Jamesa „dzieckiem zwycięstwa”, gdyż na skutek zbiegu okoliczności Sutton urodził się w dniu jego historycznego zwycięstwa nad Napoleonem. Zatem nieobecność młodego lorda Lexinton niestety zostałaby dostrzeżona bardzo szybko.

Poruszał się z dużą swobodą w tłumie gości wymieniając zdawkowe przywitania z ludźmi, których znał i starając się tak kierować swymi krokami, by nie trafić na matkę, czy którąś ze starych ciotek, jakie postawiły sobie za punkt honoru czym prędzej go wyswatać, zupełnie ignorując jego zdanie w tym względzie.

Wzrokiem szukał kogoś znajomego z kim mógłby porozmawiać dłużej bez ryzyka, że rozmowa zejdzie na politykę. Niestety dostrzegł go jego wuj Thomas Hamilton, 6. Earl Haddington, zwany Lordem Binningiem i będące jednocześnie Lordem Admiralicji w rządzie Sir Roberta Peela 2 baroneta, z którym właśnie rozmawiał.

- James pozwól do nas na chwilę mój drogi. – zawołał na widok Lexintona.

- Panowie. –
baron skłonił się lekko przed wujem i premierem.

- Lordzie Lexinton. – oddał ukłon Peel.

- Właśnie wymienialiśmy zdanie w sprawie naszej biednej Lucy. – stwierdził zdawkowo lord Binning. Sir Robert i ja jesteśmy podobnego zdania, że dziewczyna znalazła się pod zdecydowanie złym wpływem. James obiecał mi przyjrzeć się tej sprawie Robercie.

- Owszem. – przytaknął Sutton – Jednak nigdzie nie mogę dostrzec Lucy, ani jej ojca.

- Zapewne zjawią się później. – stwierdził enigmatycznie premier. Jakby coś wiedział.

- Najwyraźniej. Wybaczcie Panowie, że Was opuszczę, ale nie zdążyłem się jeszcze przywitać z naszym gospodarzem. – wyłgał się gładko, by pozbyć się towarzystwa.

Szczerze nie cierpiał wuja, a przy Peelu zawsze czuł się nieswojo. Czuł jakby ciągle oceniali jego przydatność do swoich pokręconych spraw.

Wellington był przynajmniej sympatyczny i był jedną z nielicznych osób z londyńskiej socjety, którą Jim lubił.

W duchu obiecywał sobie, że spędzi tu jeszcze godzinkę i jeśli Person się nie pojawi ulotni się do domu. Dziś wieczorem miano mu przysłać z Cambridge odpis pracy profesora Davy’ego o ubocznych skutkach działania morfiny, ponoć wielce ciekawej.

I wtedy właśnie, gdy myślami był już przy cygarze, sherry i lekturze ujrzał znajomą twarz, na której widok musiał zrewidować swoje plany i przyznać, że wieczór zaczął zapowiadać się niezwykle ciekawie.

Nieopodal stała Olimpia Emmanuella Grisi we własnej osobie.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 25-02-2009, 21:47   #3
 
Hellian's Avatar
 
Czwartek

Olderson był tak niemądry, że czasem Olimpię wręcz roztkliwiał. „Powiedzcie czego potrzebujecie” Obie siostry z trudem powstrzymywały śmiech. Gorzej znosił to Giovanni Matteo Mario, sardyński arystokrata, markiz de Candida, słynny tenor i mąż Giulli w jednej osobie. Ale i on zdobył się na protekcjonalny ton i poklepał Toma po plecach.
- Dziękujemy Ci mój drogi. Jeśli mojej żonie i jej siostrze czegoś zabraknie z pewnością zwrócimy się do Ciebie – ironia skierowana do Oldersona była ironią zmarnowaną, odbijała się od monolitu jego charakteru, nie czyniąc żadnej szkody. Powoli zaczynali się do tego przyzwyczajać. Najważniejsze, że Olderson sponsorował „Córkę pułku”, która jeszcze w Londynie nie była wystawiana, a szturmem zdobyła inne sceny operowe Europy.

Zaproszenie od księcia Wellingtona, zwłaszcza dla Giulli i Matteo, miało bardzo ważny wydźwięk osobisty. Pobrali się zaledwie kilka miesięcy temu, zaraz po wzbudzającym wiele emocji w śmietance towarzyskiej Londynu rozwodzie włoskiej primadonny z hrabią Gerardem de Melcy. Skandal nie skończył się społecznym ostracyzmem, ale ich życie towarzyskie nieco zwolniło. Szczęśliwie w tej epoce nieudanych małżeństw talent Giulli pozwolił jej wybrać życie, jakiego pragnęła. A bal u księcia Wellingtona przełamie opory ostatnich obyczajowych purystów, próbujących towarzysko ignorować „rozpustne Włoszki”.

Niemniej próba została przerwana. Olimpia występowała teraz dwa wieczory pod rząd i miała bardzo mało czasu, by przygotować się do balu.


Piątek

Lubiła rolę Noriny. Kokietki, która bezwzględnie dążyła do celu, żeby w końcu go osiągnąć. Szkoda, że sama miała za mało cech amoralnej bohaterki Dionizettiego. I szkoda, że z tą rolą wiązały się bolesne wspomnienia.

Norinę na deskach Covent Garden śpiewała piąty raz. Za każdym razem miała nadzieję, że Virgil przyjdzie na przedstawienie. Nie przyznawała się do tego ani Giulli, ani Adzie, ani chyba samej sobie, ale nie można było nie zauważyć jej niespokojnego wzroku błądzącego po lożach. I w każdym antrakcie Mary, ruda garderobiana, ze złośliwym błyskiem w oku zdawała jej relację, kto siedzi w lożach i na widowni. A Olimpia miała ochotę rzucać po garderobie bukietami.

Ale nic takiego nie robiła. Dziękowała piegowatej Szkotce bardzo grzecznie i oddawała jej wszystkie nadesłane czekoladki.

Później wracała na scenę zmuszając rozbiegany wzrok do skupienia na partnerze. I śpiewając powoli zapominała o urażonej dumie, którą, gdyby była romantyczną beksą, nazywałaby złamanym sercem.

Po przedstawieniu zmywała makijaż i czytała towarzyszące kwiatom bileciki. Kwiatów zawsze dostawała mnóstwo, nie mniej niż sławniejsza Giullia. Prawdopodobnie dlatego, że jako panna wydawała się łatwiejszym celem. Mary ochoczo komentowała ofiarodawców. Tak ciekawskiej garderobianej jeszcze nie miały. Ale dzięki Mary widownia nie miała przed siostrami Grisi tajemnic.
Białe róże od hrabiego Lovelace – mąż Ady uważał, że skoro żona nie przychodzi na występy przyjaciółki, otwarcie twierdząc, że opera ją nudzi, wypada chociaż przysyłać czasem kwiaty. Dokładnie co piąte przedstawienie.
Czerwone od kapitana Samuela Griega dosyć przystojnego uparciucha, któremu wydawało się, że jego czerwone róże, belgijskie czekoladki i emfatyczne oklaski są czymś, co sprawi, że będzie mniej żonaty.
Czerwone od Charlesa Wheatstone znajomego Ady, członka Royal Society, wpuszczanego czasem na damskie spotkania Klubu Błękitnej Pończochy.
I różowe od Richarda Storrs Willisa.
Ale tych kwiatów się spodziewała. Dopiero kosz lili, irysów i hiacyntów był niespodzianką. Sam dobór kwiatów wywołał chichot Mary.
- Hiacynt biały to bezinteresowna sympatia, irys – wyraz podziwu, a lilia – deklaracja czystych intencji -wyrecytowała.
- Może ktoś się Pani wreszcie oświadczy.
Olimpia, która właśnie otwierała usta, żeby coś powiedzieć, oniemiała.
A po sekundzie wybuchnęła śmiechem.
Mary zdecydowanie się marnowała w tej pracy.
- Kto to? - Pokazała Szkotce bilecik.


Sobota

Wybrała suknię o kroju hiszpańskim, jednolity delikatnie różowy atłas ozdobiony jedynie koronkową czarną mantylką narzuconą na odsłonięte ramiona. Zrezygnowała prawie z biżuterii, z wyjątkiem dosyć skromnych złotych kolczyków.
Przyjechali we trójkę. Giullię i Matteo rozpoznawali wszyscy, ją prawie. Odpowiadała na ukłony, wymieniała zdawkowe uprzejmości, zapowiedziała siostrze i szwagrowi, że nie da się namówić na żaden koncert. Wiedziała, ze gdzieś tu jest Ada z mężem, ale to jedyna osoba z jej bliskich przyjaciół. Willis raczej nie dostał zaproszenia.

Początkowo trzymała się siostry i szwagra. Przywitali się z kierującym Covent Garden Michaelem Costa i to on wskazał jej rozmawiającego z premierem Jamesa Suttona, którego wieczór wcześniej Mary zidentyfikowała jako nadawcę bukietu, wprawiając tym Olimpię w absolutny podziw dla szkockiej przenikliwości.
A zaraz potem krążąc po sali zobaczyła Virgila. Rozmawiał z jakimś czarującym dziewczęciem, pewnie tegoroczną debiutantką, świeżą i niewinną, są szanse, że już niedługo, o czym myślała złośliwie śpiesząc na drugi koniec pomieszczenia, nie zauważywszy nawet, że porzuciła Giulię i Mateo i że to trochę niegrzecznie biec tak prawie, ignorując wszystkich wokół. Dobrze, że nikogo nie potrąciła.Trwało to zaledwie kilka sekund. W końcu stanęła, jeszcze wzburzona i zaskoczona swoją reakcją, przywołując na twarz swój zwykły uprzejmy uśmiech i odwracając się tyłem do miejsca, z którego uciekła.

Sama na środku sali. Kilka metrów od lorda Lexintona. Zareagowała instynktownie. Musiała zająć czymś myśli.
- Lordzie Lexinton – ukłoniła się lekko – Dziękuję za bukiet – i poczuła jak na jej policzkach wykwita rumieniec. A co jeśli Mary się pomyliła? Popisze się serią bezmyślnych zachowań. Ale przecież jest tylko kobietą. Od czasu do czasu musi zrobić coś głupiego.
 

Ostatnio edytowane przez Hellian : 25-02-2009 o 23:21.
Hellian jest offline  
Stary 26-02-2009, 09:58   #4
 
Marrrt's Avatar
 
10 maja 1844


Hotel North Gower był idealnym miejscem na uwieńczenie tych upojnych wieczorów i nocy. Robert Virgil znał właściciela i bez względu na porę dnia, zawsze ktoś na nich czekał. Tak jak i tym razem kiedy to dobrze po północy wracali z Pall Mall gdzie udało mu się załatwić wejście na pokaz najnowszego modelu fotoplastykonu Sir Charles'a Wheatstone'a. Roberta Virgila na ogół takie niepraktyczne ciekawostki całkowicie nużyły, jednak przy tej niesamowitej towarzyszce, magia stereogramów nie tylko na niej, ale i na nim zrobiła duże wrażenie. Do tego wszystkiego whiskey, dyskusje z ludźmi nieco ekscentrycznymi choć o zadziwiająco lotnych i dowcipnych umysłach i oczywiście ona sama. Ilekroć na nią spoglądał, ten czar jaki bezwiednie roztaczała unosząc kąciki ust... czuł się dobrze. Inaczej, a jednak dobrze. A to tylko utwierdzało go, że znalazł to co chciał...

Ranek przyniósł ze sobą chłodne majowe powietrze, które wdzierało się do ich pokoju gdy Robert Virgil stał przy otwartym oknie i palił spokojnie papierosa z mieszanką tytoniu, liści wiśni i kwiatostanów konopi indyjskiej własnego pomysłu. Obudził się znacznie wcześniej gdy było jeszcze ciemno. Otworzywszy wtedy oczy zobaczył jej jasną, okrągła twarz zwróconą przodem do niego. Wtulona w miękką poduszkę mruknęła przez sen i instynktownie przysunęła do niego. Jak przez mgłę pamiętał jak wczoraj zaśmiewając się omawiali nierzeczywiste, ale i niesamowicie zabawne z naprawdę pozytywnego punktu widzenia, wizje Sir Charles'a na temat wyglądu świata przed końcem tego stulecia. Potem gdy dotarli do pokoju, rozmowę zastąpił taniec ust żądnych mocniejszych od słów doznań. Kochali się powoli. Delektując się swoimi ciałami niczym najprzedniejszym Château Mouton Rothschild. A potem, gdy już czuli ukojenie od dawna odczuwanego braku siebie nawzajem, usnęli.

Była siódma rano. Robert Virgil kończył dopalać papierosa. Przyjemnie wytrawny dym mile łechtał mu podniebienia gdy uświadamiał sobie niechętnie, że jego świat kończy się właśnie na jego oczach. Coś w nim samym zdawało się właśnie śmiać z jego rosnącego przywiązania. Zirytowany tą myślą, zgasił papierosa i wydmuchnął resztę dymu z płuc. Spała cały czas, przykryta do połowy pleców atłasową pościelą. W środku było na tyle ciepło, że nie odczuwała jeszcze zimna. Tak subtelnie powabna... tak bystra i cięta... tak... tak idealna...

Założył na swój frak wieczorowy, płaszcz i zamknąwszy okno ostrożnie wyszedł z pokoju. Puszczając klamkę miał już postanowienie, że nie dopuści więcej do podobnego błędu. Uregulował rachunek i zamówił dorożkę. Potem odszedł pieszo w stronę Piccadily. Stamtąd już niedaleko było do domu Oswalda, z którym przydałoby mu się wychylić teraz szklaneczkę cierpkiej Glengoyne. A na wieczór może uda mu się umówić z Sabine...


18 lipca


- Możesz sobie podarować szczegóły Jenkins. W taj kwestii interesuje mnie tylko i wyłącznie twój komentarz.
Jenkins Miles, starszy łysiejący mężczyzna o szpakowatych włosach i brzydką blizną przechodzącą przez jego prawy policzek aż do skroni stał niewzruszony przed swoim pracodawcą. Robert Virgil wiedział, że jego subiekt jest już przyzwyczajony do takich warunków pracy. Wykonywał swoją pracę bardzo dobrze i rzadko zawracał głowę baronetowi. A to się liczyło. I to bardzo. Dlatego też stary weteran wojen spod Waterloo dostawał sowite wynagrodzenie, na które czuł, że zarabia. Na dodatek Virgil po paru latach nauczył się, że warto zaufać wyczuciu Jenkinsa w pewnych sprawach.
- Moim zdaniem, sprawa jest niewarta niepotrzebnych obaw. Sir John Dalton przeszedł już dwa zawały i jako człowiek inteligentny zdawał sobie sprawę z możliwych konsekwencji zażywania kantarydyny. Fakt, że czuje się słabo przypisałbym raczej jego wiekowi i tak samo zrobił lekarz, który go badał.
Robert Virgil przez chwilę patrzył przez okno opisane układającymi się w łuk słowami „Apteka Windermare”. Sprawa była niby błaha, bo i rzeczywiście wiekowy mąż Królewskiego Towarzystwa miał święte prawo czuć się słabo. Niemniej skandale w Londynie to rzecz całkowicie niekontrolowana i niejednokrotnie całkowicie pozbawiona logiki.
- Dobrze. To mi wystarczy. Tu masz dyspozycje na ten miesiąc od mego wuja – to rzekłszy skinął ręką na Joshuę, który podał subiektowi plik kartek spiętych tasiemką. - Wyślij do mnie kogoś jak będziesz miał na ten temat jakieś nowe informacje. To tyle. Widzimy się za tydzień.
- Tak jest Sir. Dowidzenia Sir.
Joshua pośpiesznie otworzył drzwi przed baronetem, po czym obaj wyszli na zewnątrz. Hamlet Towers zdawało się kipieć od przechodniów dzisiejszego popołudnia.
- Do Ravenscourt Park Joshua – rzekł Virgil gdy zasiadł wygodnie w dorożce hansoma. To był zdecydowanie czas na obiad z Whytock'ami. - Tylko Joshua. Tym razem wybierz najkrótszą drogę, bo zwiedzanie Londynu mnie naprawdę nie bawi.


19 lipca


- Ładnie tu – szepnęła idąca z nim pod rękę dziewczyna. Była niewysoką brunetką o krótkich, lecz ładnie upiętych z tyłu włosach – Jak już otworzą ten park będę tu codziennie przychodziła.
- Gdyby poczciwy John Nash wiedział o tym za życia, z pewnością miałby większą motywację, by ukończyć projekt przed swą śmiercią. Regent's Park wydaje się stworzony dla ciebie Gemmo. Niestety ostatnie prace potrwają jeszcze pewnie rok.
Dziewczyna uśmiechnęła się ładnie i trochę zbyt szeroko. Zorientowawszy się jednak, szybko opuściła wzrok i odparła.
- Postaram się jakoś wytrzymać do tego czasu... A Pan Panie Virgilu nie powinien mi takich rzeczy opowiadać.
- A dlaczegóż to Gemmo? Wkrótce wyjedziesz, a mi już nawet nie wolno ci nic miłego powiedzieć?
- Dobrze zatem. Wolno. Słucham –
wyrobiona minka osoby oczekującej podziwu zawitała na jej twarzy gdy odwróciła wzrok udając, że wcale nie jest specjalnie zainteresowana.
- Gemmo. Jesteś niemożliwa. Nie ma w tym całym ogrodzie chyba takiego kwiatu, którym byś nie była. Od wdzięcznej skromności Twoich fiołkowych oczu, poprzez liliową delikatność twarzy, a kończąc na różanych ustach... Nie wyjeżdżaj jeszcze. Proszę.
- Oh Virgil. Tak bym chciała... ale papo już postanowił. Ale wiesz? Przyjdź do mnie proszę dziś wieczorem, dobrze? Od strony ogrodu...
- Dobrze Gemma...



20 lipca


Na bal przybył lekko spóźniony. Ubrany w sposób niczym się niewyróżniający w tradycyjny ciemny frak, któremu daleko było od najnowszych krojów przypominających mundury marynarki, do tego atłasową kamizelką i białą koszulą z batystu pod krawatem, zręcznie omijał co większe skupiska dyskutujących, kierując się w stronę jednego z namiotów gdzie miał się spotkać z Lordem Adebowale...

- Sir Virgil Windermare! - głos o barwie szarpnięcia strun lutni wbił go bezlitośnie w ziemię. Unikanie niektórych panien robiło się coraz trudniejsze.
- Panna Blossom Burges – z przywołanym uśmiechem odwrócił się do jasnowłosej dziewczyny i pochyliwszy się delikatnie pocałował w dłoń. Gdy się wyprostował, złożyła ręce, w których trzymała wachlarz z hiszpańskimi zdobieniami, rzucając mu pełne żądzy wyjaśnień spojrzenie.
- Czyżbyś zapomniał Virgilu o tym czym jest poczta? A może nie dostałeś listu ode mnie?
- Oczywiście, że dostałem Panno Blossom. Słowa w nim zawarte trzymam przy sercu i podziwiam gdyż nigdy nie umiałem tak zgrabnie przelewać myśli na papier. Skoro jednak mam okazję odpowiedzieć w inny sposób, to czy nie będzie to zbyt nietaktowne z mojej strony, jeśli poproszę o pierwszy dziś taniec z Panią? - zmiana tematu i przejęcie inicjatywy wydawały się jednym rozsądnym wyjściem.
- Niestety Virgilu, ale Twoje słowa padły poniewczasie - rzekła udając smutną minę. Po chwili jednak uśmiechnęła się miło i dodała - Niemniej, nadal czekam na odpowiedź. Tymczasem wybacz mi proszę, bo szłam właśnie do przyjaciółki.
To powiedziawszy dygnęła nieznacznie i po jego ukłonie, oddaliła się. Nie ryzykował zwlekania kolejnych chwil. Odetchnąwszy ruszył pośpiesznie do wyjścia z sali...

- Virgilu. Bardzo się cieszę że jesteś. Oswald mówił mi, że się pojawisz – emerytowany wiceadmirał floty Lord Adebowale rzeczywiście wyglądał na uradowanego pojawieniem się przyjaciela syna. Znał młodego Windermare'a od dawna i przywykł do jego obecności – Wellington, poznaj proszę młodego Roberta Virgila, baroneta Windermare – Virgil odruchowo ugryzł się w język - Nie jestem pewien, czy miałeś już przyjemność Virgilu, ale oto jest Marszałek Polny jego łaskawość książę Wellington.
- Książę, Milordzie – Virgil ukłonił się kolejno do obu mężczyzn. Obaj kurtuazyjnie odpowiedzieli.
- Rozmawialiśmy właśnie o biednym Williamie. To szczęście zaprawdę, że księciu udało się namówić go do pojawienia się na balu. Zdawać by się mogło, że choroba córki i jego dosięga.
- Taak. Biedny William stracił już wystarczająco wiele, a wielu ludzi odwróciło się od niego. To bardzo niesprawiedliwe. Ale słyszałem Sir Virgilu, że należysz do grona osób, które pragną pomóc w tej sprawie. To się bardzo chwali.
- Dziękuję książę Wellingtonie. Niestety całą sprawę znam tylko pobieżnie z gazet i rad bym zobaczyć Pannę Lucy. Czy pojawi się może z Earlem Ross?
Obaj mężczyźni na zadane pytanie, spojrzeli po sobie szybko i wymownie, a książę Wellington uśmiechnął się tylko tajemniczo.
- Słyszałem Sir Virgilu, że przysłużyły ci się nasze kolonie w północnej Afryce i Azji. Powiedz mi zatem, co sądzisz o rosnących niepokojach w Chartumie w Sudanie?
I dyskusja, bezpowrotnie mogłoby się zdawać, zmieniła swój tor.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin

Ostatnio edytowane przez Marrrt : 26-02-2009 o 22:28. Powód: bo tak
Marrrt jest offline  
Stary 27-02-2009, 09:55   #5
 
Hellian's Avatar
 
Post napisany wspólnie z Tomem Atosem

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=r0VUXLsBSjo&feature=related[/MEDIA]

Olimpii udała się nie lada sztuka. Kompletnie zaskoczyła Jamesa. Tak spontaniczne zachowanie, to było coś niespotykanego u Angielek, czy Brytyjek w ogóle. Włoski temperament widać dał o sobie znać.
- Cóż ... - mruknął Sutton przygładzając wąs, by zyskać na czasie i ukryć choć częściowo zakłopotanie.
- Wygląda na to, że zostałem zdemaskowany - starał się zachować powagę, ale nie wytrzymał i zaśmiał się cicho.
- Doprawdy Mademoiselle Olimpio, to było okrutne. Rozszyfrowała mnie Pani z taką łatwością. Wygląda na to, że nie jestem, aż tak sprytny jak mi się zdawało.
Ujął delikatnie dłoń dziewczyny.
- I nie doceniłem Pani przenikliwości. Za co spotkała mnie zasłużona kara. Tak to ja pozwoliłem sobie wysłać Pani kwiaty. James Sutton piąty baron Lexinton.
Powiedział całując dłoń Olimpii.

James Sutton był mężczyzną 29 –letnim, przystojnym, doskonale ubranym, równie dobrze skoligaconym, niebiorącym udziału w żadnych skandalach towarzyskich. Fakt, że to ona podeszła do niego na pewno zostanie odnotowany. Jak i fakt pocałunku w dłoń, nie przedłużanego, ale i nie bardzo krótkiego, w trakcie którego mierzyli swoje szanse i się oceniali. Dwójka graczy podejmująca najstarszą grę na świecie.
„Z wiekiem robię się coraz bardziej cyniczna” – pomyślała Olimpia skromnie spuszczając oczy.

- Proszę nadal nie przeceniać mojej przenikliwości, Panie baronie. Jest Pan po prostu znanym wielbicielem opery. Cieszę się, że przybył Pan już na czwartą Norinę w moim wykonaniu.
Spontaniczność była cechą, która cokolwiek wytrącała Lexintona z równowagi. Zatem kokieteryjną odpowiedź dziewczyny przyjął z ulgą. Wkraczali właśnie na ścieżkę, którą dobrze znał i czuł się na niej pewniej. Ścieżkę towarzyskiego flirtu.
- Nawet trudno mi powiedzieć, jak ogromnie żałuję, iż ominęły mnie trzy pierwsze przedstawienia. Na swoją obronę mogę tylko dodać, że nie miałem przyjemności podziwiać Pani na scenie wcześniej. Niewybaczalny błąd, który postaram się od dziś naprawić – powiedział z uśmiechem.
- Czy jest nadzieja, ze przyjmie Pani usprawiedliwienia skruszonego grzesznika i zechce przyjąć jego towarzystwo podczas przechadzki? – Spytał uprzejmie oferując wsparcie na swoim ramieniu.

Olimpia ujęła Jamesa Suttona pod ramię niczym dobrego przyjaciela rodziny. Zastanawiała się czy mężczyzna odczuwa podobnie jak ona znużenie rolą odgrywaną bez końca. Nie miało dużego znaczenia, co do siebie powiedzą. Zwłaszcza nie miało, co ona powie do niego. Z wyjątkiem chwil na scenie była tylko lalką, dodatkiem do doskonale skrojonego fraku i modnych butów. Chociaż może to niesprawiedliwe, przecież gdyby był człowiekiem znikąd, w wytartej kamizelce, do głowy by jej nie przyszło by do niego podejść. A tak… on szuka ładnej towarzyszki, ona bogatego przyjaciela. Zasłużyli na siebie.

Był to wieczór okrutnych myśli i zdawała sobie sprawę, że musi natychmiast przestać, bo obraża siebie i swojego rozmówcę bez powodu. Chyba, że za powód uznać myśl przelotną, że James Sutton uśmiecha się podobnie do tamtego, o którym już nie chce nigdy myśleć, że podobnie jak tamten błyszczy w konwersacji, swobodny, nieprzejęty jej urodą, mężczyzna nawykły do atencji kobiet.

- Przepraszam, za tę wymówkę. Niczym Pan na nią nie zasłużył. Kwiaty wybrał Pan naprawdę piękne. Przynajmniej mam nadzieję, że wybierał je Pan sam. Ale jeśli tak nie było, proszę nie rozwiewać moich złudzeń.
- Przybył tu Pan bez narzeczonej? – znowu to zrobiła, powiedziała, o czym myśli nim ugryzła się w język. Odtąd będzie się tylko się uśmiechać i rumienić. Choć z drugiej strony, zgodnie z zasadą braku znaczenia szczegółów tej wymiany zdań, nie jest w stanie skompromitować się słowami.
Lexinton odparł szarmancko:
- Nigdy bym sobie nie pozwolił na zlecenie wyboru kwiatów komuś innemu. Zwłaszcza kwiatów dla Pani. A co do narzeczonej …
Zawiesił głos spoglądając z ukosa na dziewczynę, która wydała mu się smutna.
- Nie mam takowej. Mam okropny charakter i mnóstwo nawyków starego kawalera i to zapewne dlatego – stwierdził ze zbolałą miną.
- A może po prostu nie spotkałem dotąd tej jednej jedynej. – Powiedział pozornie niedbale, jednak dyskretnie obserwując Olimpię.
Uśmiechnęła się na te słowa fałszywej obietnicy.
- Proszę pozwolić działać życzliwym krewnym. Z pewnością mają na oku tuzin jednych jedynych – zdecydowanie za dużo ironii w rozmowie z mężczyzną, który chciał ją po prostu rozbawić właściwym „gentille mot”.
Idąc powoli dotarli do części parku, w którym odbywały się tańce. Właśnie zakończył się jeden z walców, a muzycy szykowali się do następnego.
James wiedział, że nic tak nie poprawia nastroju jak taniec. Już od jakiegoś czasu kierował ich małą przechadzkę w tą stronę.
- Czy zechce mi Pani ofiarować następny taniec Mademoiselle?
Spytał stając naprzeciwko dziewczyny i lekko się kłaniając.
- Z przyjemnością – odpowiedziała.

Książę Wellington popisał się prawdziwie światowym gustem i orkiestra faktycznie grała walce, tak modne na kontynentalnych salonach i tak źle traktowane przez purytańskich Anglików. Mężczyźni obejmujący kobiety w tali. Tego dla niektórych było za wiele. Ale z balu u księcia nikt nie wyszedł. Na szczęście. Ten szybki taniec odpowiadał Olimpii, która tańczyła go wiele razy w Wiedniu i Paryżu. I nagle uleciała z niej cała powaga, radośnie uśmiechała się do obejmującego ją mężczyzny. Muzycy jakby wyszli naprzeciw potrzebom dziewczyny i utwór Johanna Straussa brzmiał dobrych dziesięć minut. Wirowe obroty zapierały dech w piersi i sprawiały, że kręciło jej się w głowie, dobrze, że Sutton trzymał ją pewnie. Olimpia Emmanuella Grisi zapominała się po raz kolejny tego dnia. Patrzyła Jamesowi Suttonowi w oczy bez skrępowania. Choć przez krótki moment niczego nie udając, bezwstydnie nie ukrywając radości z bliskości czarującego mężczyzny, niesiona obietnicą wyczarowywaną przez muzykę. Przez chwilę byli na parkiecie tylko we dwoje.
Nawet gdy orkiestra umilkła czar trwał.
- Musimy to koniecznie powtórzyć. Cudownie tańczysz – powiedziała do poznanego kwadrans wcześniej lorda Lexinton.
Walc naprawdę był przyjemnym tańcem, szybkim i nieskomplikowanym, przy tym pozwalał mężczyznom w granicach ogólnie przyjętych norm zbliżyć się do kobiety na oszałamiająco bliską odległość.
Purytanie mogli grzmieć o jego niemoralnym charakterze, ale gdy już raz się wkradł na salony nikt i nic nie było w stanie tego zmienić.
Dziesięć minut to było w sam raz, by nie stracić równowagi od nieustającego wirowania i nie dostać zadyszki.
Ku zadowoleniu Jamesa Olimpia rozluźniła się nieco i gdzieś prysł jej smutek. Stary dobry Strauss był niezawodny. Najwyraźniej zapomniała się na tyle, że przeszła mimowolnie na „ty”. Sutton nie miał nic przeciwko temu i postanowił wykorzystać chwilę dekoncentracji dziewczyny.
- Ty również Olimpio znakomicie tańczysz. Uczynisz mi zaszczyt zwracając się do mnie Jim.
Niestety na drugi taniec musieli poczekać, gdyż muzycy akurat teraz postanowili nastroić swoje instrumenty.
- Może pójdziemy się czegoś napić? – zaproponował – Jeśli pozwolisz to do tamtego stolika.
Wskazał miejsce w głębi parku i dodał konspiracyjnym szeptem.
- Tu w pobliżu widzę mojego wuja Lorda Bining. Mam nieodparte wrażenie, że przyszedł tu za mną znów mnie zanudzać sprawą naszej biednej Lucy Person. Zapewne słyszałaś o tej sprawie?
- Tak. Znam ciotkę Lucy Henriettę. Na jej prośbę miałam Lucy nawet odwiedzić, ale jakoś jeszcze tego nie zrobiłam. Znasz tę dziewczynę? – zrobiła dłuższą pauzę smakując wypowiadane słowo - Jim?

Uśmiechnął się lekko patrząc dziewczynie w oczy, gdy wymawiała jego imię. Była piękna, czarująca i potrafiła zawrócić w głowie nie gorzej od mocnej szkockiej. Musiał się pilnować, by się nie zapomnieć, a bardzo nie lubił tracić nad sobą kontroli. W tym względzie był stuprocentowym Anglikiem.
To co powiedziała o Lucy zaciekawiło go. Po raz kolejny światek arystokracji okazał się zbiorowiskiem dalszych i bliższych znajomych.
- Lucy znam z widzenia - stwierdził podając Olimpii szklankę z lemoniadą.
- Zamieniliśmy okazjonalnie kilka słów. Jej ojca znam trochę lepiej z posiedzeń izby lordów i partyjnych spotkań torysów. Jednak mijałbym się z prawdą mówiąc, że znam go dobrze.
Chciał jeszcze coś dodać, ale w pobliżu dało się słyszeć ponownie dźwięki skrzypiec. Strojenie najwyraźniej dobiegło końca.
Chwycił dziewczynę za rękę i całkowicie wbrew etykiecie delikatnie wyjął z jej dłoni na wpół opróżnioną szklankę odstawiając ją na stolik.
- Ten walc jest nasz Moja Droga - powiedział z uśmiechem. - I nie chcę słyszeć żadnych wymówek - oznajmił by zgasić ewentualne protesty.

Niech gadają, niech plotkują, niech piszą o nich w gazetach, ale tego wieczoru miał ochotę wybawić się za wszystkie czasy. Czuł się tak znakomicie, że nawet nie zauważył, że przysłowiowy angielski chłód gdzieś się ulotnił.
 

Ostatnio edytowane przez Hellian : 27-02-2009 o 20:50.
Hellian jest offline  
Stary 27-02-2009, 10:41   #6
 
Kelly's Avatar
 
Pogoda była całkiem miła, jak nie w Londynie. Ani za ciepło, ani za zimno. Idealnie na dobrą zabawę oraz rozkosze żołądka czy serca. Rzecz jasna, jeżeli większość ludzi doskonale pamiętała o żołądku, to z sercem bywało różnie. Najznaczniejsza część, oczywiście, lokowała je w cudzych portfelach, niektórzy chowali gdzieś do szafy, niczym niepotrzebny rupieć, a wreszcie niewielka liczba naiwniaków próbowała je zainwestować w jakieś uczucie. Niestety, Edric sam nie wiedział, do której grupy należał, choć miał niejasne wrażenie, że do wszystkich trzech jednocześnie.

Tymczasem on niemal prawie nikogo tutaj nie znał. Jakby nie było, przebywał w Londynie od niedawna. I, w przeciwieństwie do innych osób z tak zwanej elity, nie interesował się nowoczesną sztuką, czy polityką. Oczywiście, miał swoje prywatne zdanie o ustawach zbożowych i podobały mu się dekrety ograniczające ilość godzin pracy młodocianych, ale nie czekał z wypiekami na twarzy na kolejne nowiny z parlamentu. Nie czytywał też gazet poza chwilami nudy, kiedy to czekał na jakąś książkę w bibliotece. Chronicznie nie znosił nicnierobienia i gdy miał wolne, niezwykle rzadko zdarzało mu się zapełniać czas jakimiś durnymi lekturami. Teraz może żałował, bo pewnie wiedziałby, że na przykład ten pompatyczny grubas to lord Jak Go Tam, obżerająca się pączkami dama nosi tytuł markizy Jak Jej Tam, a zabiedzony paralityk w binoklach nazywa się Sir John Jak Mu Tam. Ale z drugiej strony … czy to ważne? Ta banda śmiesznie napuszonych pawi popisujących się przed jeszcze strojniejszymi papugami? Zdecydowana większość strojów swoim bogactwem miała bowiem przykrywać brak smaku oraz wewnętrzną pustotę właściciela. Zaś pozostała mniejszość nosiła się tak, jakby swoim istnieniem robiła łaskę całemu światu.
„Jaka jestem piękna!”
„Jaki jestem cudowny!”
„Jaka jestem urocza!”
Mówiły puste spojrzenia z pustych oczu wyzierających z pustych oczodołów. I albo byli źli, albo nie mogli się nadziwić, dlaczego świat jeszcze nie omdlał z rozkoszy w ich obecności. Durnie, lub ludzie bez zasad. Taki lord Thompson na przykład, który dostarczył mu zaproszenie. Miał nieziemskiego farta, że urodził się jako syn hrabiego, gdyż już na zwykłego woźnicę byłby za głupi zwyczajnie. Szczęśliwie jednak lord miał jeszcze jakieś kawałki honoru w przeciwieństwie do pozostałych paniczyków zebranych na sali. Och, zdawał sobie sprawę, mógł kogoś skrzywdzić tym osadem, ale naprawdę nie sądził, by było ich zbyt wielu.

Przyszedł, bo tu były pieniądze, a jego fundusze zdecydowanie się kończyły. Ponadto protekcja w powrocie na uczelnię, nawet inna niż Cambridge, bardzo go interesowała. Owszem, czuł się sprzedajną dziwką, ale przynajmniej liczył na to, że wystawi słony rachunek. Ponadto trudno mu było się oprzeć historii o Lucy Person. Wprawdzie nie sądził, że mógłby w ogóle pomóc tam, gdzie zawiedli najlepsi w królestwie psychiatrzy, bo earl Ross pewnie nie żałował pieniędzy na leczenie córy, ale ciekawy był tematu. Elfy? Ciekawe czego się naczytała? Pewnie jakichś bajek? Ot, bredni typu „Księgi Osjana” Macphersona. Nie przepadał za nimi, choć niektóre zwroty, jak:

„Trzy rzeczy, dzięki którym przeżyliśmy:
Prawda w naszych sercach
Siła w naszych ramionach
I zaspokojenie w naszych językach ...”

wydawały mu się bardzo bliskie. Niestety, prawdy ciągle poszukiwał, siły nie posiadał, a co do języka, zwyczajnie nie chciało mu się gadać. Zresztą, wszystko to były wymysły jego rodaka, ogólnie tylko oparte na celtyckich legendach o Oisinie, synu Fionna mac Cumhaila i Sadb, jednego z głównych bohaterów tzw. cyklu feniańskiego. Ponoć zakochała się w nim dziewczyna faerie imieniem Niamh i zabrała do swej elfiej krainy, gdzie przebywał 300 lat, podczas gdy jemu się zdawało, iż były to jedynie chwile. Żył tam w szczęściu, ale po jakimś czasie postanowił odwiedzić rodzinę ziemską. Jego małżonka wyraziła zgodę zastrzegając jednak, by podczas pobytu wśród ludzi nigdy nie schodził z konia. Niestety, podczas drogi pękł mu popręg siodła i Oisin zeskoczył ze swojego rumaka. Kiedy tylko jego stopa dotknęła ziemi natychmiast się postarzał. Ponoć spotkał jako staruszek zgrzybiały św. Patryka, ponoć opowiedział swe dzieje jakiemuś celtyckiemu kronikarzowi, ponoć rzeczywiście istniał. Ponoć, wszystko ponoć!

Oczywiście dziewczynie życzył zdrowia. Nikt przecież nie zasługuje, żeby zwariować, nawet, jeśli jego fantazje są tak wspaniałe, jak to, co Edric wyczytywał o elfach. Gdyby istniały, rzeczywiście byłyby piękne. Odwieczne marzenie ludzkości: piękne, wiecznie młode, szczęśliwe … Sto razy wspanialsze od tych wypacykowanych dudków uważających się za ósmy cud świata. Ech, pomyśleć, że właśnie takim ludziom trzebaby ponadskakiwać, żeby samemu zyskać coś w tym najwspanialszym ze wszystkich światów. Ale jeszcze do tego nie mógł się przemóc. Stał sobie więc z boku obserwując towarzystwo, które zabawiało się ze sobą w różne gry. Najpopularniejsza z nich była w „ch ...” Och, bynajmniej nie chodziło o męską część ciała również zaczynająca się na tą głoskę, tylko o chwalenie. Panie panów - w wiadomych celach, panowie panie - w celach odwrotnych, choć identycznych, wreszcie młodzież dziadków - licząc, rzecz jasna, na odpowiednie zapisy majątku. Wszystko wedle ogólnoobowiazującej zasady: „chwalą nas, wy mnie, a ja was.” Dzięki temu wszyscy byli zadowoleni i nikt nie czuł się pokrzywdzony. Równie popularną grą były rogi. Rywalizowały w niej pary małżeńskie, a pozostali jedynie sekundowali, chociaż aktywnie. Wygrywał ten, kto więcej razy przyprawił swojemu małżonkowi rogi, a bal był znakomitym miejscem rozpoczynania kolejnej rundy rozgrywek. Jak sądził, niektóre osoby, biorąc pod uwagę tą grę, bardziej przypominały jeleni, niż ludzi.

Ponieważ do obydwu popularnych gier nie miał ani ochoty, ani możliwości, stal sobie z boku czekając na earla Persona, który przecież musiał nadejść. Jeżeli nie, sto funtów było wystarczająca rekompensatą za stracony wieczór. Oprócz zastrzyku pieniędzy pozytywne na pewno było to, że wreszcie oddali mu z pralni zestaw koszul i innego przyodziewku. Mógł się więc sensownie pokazać, nie świecąc biedą, bo fakt faktem, odkąd praktycznie wywalili go z uczelni stracił większość dochodów, ale stroje miał dalej najwyższego sortu. Jakby nie było, przez kilka tygodni moda się nie zmieniła.

Dość zabawnym wydał mu się fakt, że robi całkiem niezłe wrażenie na przechadzających się i rozmawiających wokół osobach. Był nie mniej elegancki od nich, a nie odzywał się, stał z boku z mina wyrażającą totalną obojętność, na którą to minę zazwyczaj pozwalali sobie albo wielcy panowie, albo totalni hołysze, którzy nie mieli i tak niczego do stracenia. Hołysza raczej by tu nie zaproszono, więc ów nieznajomy trzydziestolatek był ... no właśnie, jakimś nowym pionem na szachownicy londyńskiej socjety? Zapewne. Kilku mężczyzn przechodząc obok stłumiło najpierw zaskoczenie, a potem skinęło mu głową. Znał ich jeszcze z Cambridge, a niektórzy właśnie jemu zawdzięczali pracę na obronę Master of Arts.

Może właśnie widząc wzajemne ukłony, albo po prostu z czystej ciekawości, podeszła do niego dama w sile wieku, choć zapewne mająca w sobie kiedyś pokłady całkiem znośnej urody. Obecnie jednak nawet jej pozostałości przykrywała kilogramowa warstwa pudru. Tym niemniej Edric grzecznie się przedstawił i powiedział jakiś standardowy w towarzystwie komplement na temat jej krasy. Niestety, chyba zawiódł lady Chatcham spodziewającą się nie wiadomo jakiego nazwiska i hrabiowskiego co najmniej tytułu. A tu tylko Sharpe, najzwyczajniejszy mister Sharpe. I ona do kogoś takiego podeszła? Bezczelność! A jak przyjaciółki będą się z niej śmiały. W takiej sytuacji nawet komplement na temat jej wątpliwej urody nie mógł niczego uratować. Odpaliła natychmiastowo:
- Niestety, nie umiałabym powiedzieć tego o panu – a kilka stojących dalej przyjaciółek nagrodziło ją skinięciami głowy. Oto, jak się poskramia prostaka, który wszedł na teren zarezerwowany dla lepszych od siebie!
- Ależ madame – Sharpe nie wytrzymał – to banalnie proste. Niech pani po prostu kłamie, tak jak ja.
W tej chwili Edric stracił wszystko co mógł w poczerwieniałych z gniewu oczach lady Chatcham, a drugie tyle zyskał u jej przyjaciółek, których, jak na prawdziwe przyjaciółki przystało, nic nie cieszyło tak, jak pogrążenie się jednej z nich. Zaraz też nagrodziły Edrica czarującymi, w ich mniemaniu, uśmiechami i chichocząc odeszły w głąb sali. Domyślał się, że plotkarskie żniwo zbierze kolejną ofiarę. Przynajmniej na jakiś czas, póki puste głowy elity nie zajmie kolejny skandalik lub inne towarzyskie faux pas.

Znowu stał sam. Czasem skinieniem wołał jednego z lokai roznoszących wśród gości szampana i krewetki, ale poza tym nie kwapił się do socjalizowania z ludźmi, których głównym życiowym celem było próżniactwo. Och, wzbogacane polowaniami na zwierzęta i ludzi, tudzież całkowicie nic nie znaczącą paplaniną. Wrócił na chwilę myślami do wydarzeń sprzed dwóch dni. Najpierw spotkanie z lordem Thompsonem na Trafalgar Square przy kościele św. Marcina, a potem dobry obiad w restauracji. Zdecydowanie lepszy niż tam, gdzie obecnie mieszkał. Aż wreszcie najmilsze chwile w Miejskiej Bibliotece. Książki oraz ktoś, z kim można miło pogawędzić na tematy go interesujące. Elfy, faerie, sithe, starodruki, to coś, co naprawdę go fascynowało. Ostatecznie napisał na ten temat kilka prac naukowych pod swoim nazwiskiem i znacząco więcej dla innych. I co zaskakujące, nie był to żaden profesor ani zwariowany miłośnik historii, ale atrakcyjna, młoda pisarka, która poszukiwała informacji do swojej nowej książki.

Edric nawet czytał jej poprzednie dzieło i, choć nie miał specjalnie jakiejś wyjątkowej afektacji dla tego typu literatury, przyznawał, że romans oparty na wybranych elementach celtyckich mitów nawet przypadł mu do gustu. Widać było nie tylko dobry warsztat literacki, ale również rzeczowe podejście autorki, która przed napisaniem książki zdobyła całkiem solidne podstawy. Toteż szczerze pochwalił jej powieść i chętnie pomógł pisarce odnaleźć poszukiwane pozycje. Doradził też kilka innych opracowań, skromnie nie dodając, że chodzi o jego własne, które, jeszcze skromniej, uważał za najlepsze spośród istniejących opracowań w tej tematyce. Potem kilka miłych godzin spędzonych w kawiarni na Piccadilly Circus i ... cały czas nurtowało go przekonanie, że on gdzieś już widział tą twarz, że słyszał jej imię, nazwisko. Gdzieś kiedyś, tonęło we mgle niepamięci. A może był to ktoś podobny do dawno nie widzianej osoby? Cóż, to się zdarza. Tak jak na przykład przed chwilą. Widząc atrakcyjną brunetkę otoczoną wianuszkiem adoratorów aż chciał krzyknąć zaskoczony: Helga Baker! To naprawdę ty?

„Co ona robi w takim miejscu” zastanawiał się. Helga była córką starej rodziny piekarskiej z Cambridge. Niewątpliwie ładna, choć kompletnie wyprana z pozytywnych emocji i wiecznie rozkapryszona. Mimo to była oczkiem w głowie rodziców, którzy pozwalali jej na wszystko. Wiecznie zadzierała nosa i odrzucała wszelkich możliwych adoratorów, jako niewystarczających dla takiej wspaniałości, jak ona. Doskonale wpasowałaby się w szalejące na salach pałacu towarzystwo. Oczy, nos, nawet ruchy ciała. Helga, idealna Helga Piekarzówna! Przynajmniej dopóki się nie odezwała rozmawiając z jakimś męskim ideałem. Głos był inny. Faktycznie. Edric stracił zainteresowanie osobą, która okazała się kimś innym niż przypuszczał. Choć z drugiej strony, poczuł jakiś cień sympatii do nieznajomej, tylko dlatego, że nie była tamtą nieprzyjemną kobietą z dalekiej przeszłości. Zresztą skąd by córka piekarza mogła się dostać na taki bal? Ale widocznie jej niemal idealna kopia miała wyrobione względy wśród miejscowej arystokracji.

Zaraz jednak zapomniał o Heldze nr 2, bo ku jemu zaskoczeniu, kompletnie niespodziewanie pojawiła się poznana w bibliotece pisarka w eleganckiej kreacji. Widać też została zaproszona. Zręcznie przeciskała się przez tłum gości non stop rozglądając. Jakby szukała kogoś, albo wręcz przeciwnie, wypatrywała niebezpieczeństwa, którego chciałaby uniknąć.
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 27-02-2009 o 11:35. Powód: ogonki przy literach
Kelly jest offline  
Stary 01-03-2009, 22:16   #7
 
Asmorinne's Avatar
 
Post napisany z pomocą Kelly'ego

- Kochana Madeleine, a gdzie ty znowu wychodzisz? – spytał nachylony nad książką wielebny Henry. Jego małe okrągłe binokle prawie spadły mu z nosa. Siedział na pięknie ozdobionej w kwiaty sofie.
- Do Biblioteki Miejskiej, musze poszukać kilka rzeczy
- Za dużo pracujesz kochanie, męża byś sobie zaczęła szukać...masz 26 lat, niektóre twoje koleżanki już dawno mają dzieci, na co ty czekasz?! Aż będziesz stara i brzydka? Wtedy już żaden cię nie zechce... Wiem, ze ciężko pracujesz i doceniam to, ale nie o takim życiu marzyłem i marze dla swojej jedynaczki. Znajdź sobie bogatego męża, nie będziesz musiała się o nic martwić. Jak nie dla siebie to pomyśl o mnie, wiesz doskonale, że coraz gorzej z pieniędzmi. Chociaż oszczędzamy, to i tak nie wystarcza. Chcesz być starą panna? Jak pani Herma? Umrzeć samotnie? Tego chcesz?
- Wszystko przyjdzie w swoim czasie, jak na razie wolałabym zająć się książką – odpowiedziała na poczekaniu. „Co w niego wstąpiło?” Pomyślała sobie, nigdy przedtem nie wspominał o tym. „Może przez Isabel von Grunde, która wyszła przed zaledwie kilu dniami za mąż?” Nie raczyła nawet jej zaprosić na swój ślub, chociaż były koleżankami przez kilka lat. Wspomnienie to przywołało niemiłe uczucia.
- Madeleine wiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej... ale wiesz również, ze coraz ciężej z pieniędzmi... – powiedział swoim spokojnym pastorskim tonem, jak to zwykł poczynać prawiąc morały.
- Rozumiem tato, więc wezmę się niezwłocznie do pracy, wybacz muszę już wyjść- ukłoniła się i czym prędzej opuściła mieszkanie, które w tym momencie stało się niezwykle ciasne i duszne.

„Co to była za rozmowa?” – nie mogła tego pojąć, co dzisiaj opętało jej ojca. Rozumiała, było ciężko, ale zawsze sobie jakoś radzili. Płacił przecież regularnie kucharce i pokojówce. Wszak były tylko i wyłącznie, aby to ona nie przemęczała się. „Ale ślub?” Tego się po nim nie spodziewała, gdy wróci niezwłocznie musi wybadać sytuacje. Ojciec musi coś ukrywać, zawsze był spokojną i małomówną osobą, nawet jej trudno było czasem wybadać co jest nie tak.

Biblioteka Miejska była jej ulubionym miejscem, wręcz zapominała się już w samych jej progach. Piękne barokowe malowidła i obrazy zdobiły sufit i ściany. W samym wnętrzu było dość ciemno, lecz olejowe lampy oświetlały stoliki na tyle jasno, aby swobodnie czytać.
Z tego wszystkiego zapomniała karteczki z wyszczególnionymi autorami, których miała wyszukać. To jednak nie stanowiło dla niej większego problemu. Zawsze może wrócić tu jutro.
W pewnej chwili spostrzegła bardzo przystojnego dżentelmena. Zdziwiła się. Rzadko o tej porze przychodzili tutaj mężczyźni, a do tego tacy młodzi. I z tej sfery, bo przynajmniej sądząc po stroju i wyglądzie, nieznajomy wydawał się dobrze urodzonym i zamożnym człowiekiem. Uśmiechnęła się do siebie rozpoczęła dalsze poszukiwanie.
W pewnej chwili mężczyzna, zapewne słysząc, ze pyta bibliotekarza o poradę, a ten nie umie jej udzielić, podszedł do niej i przedstawił się jako pan Edric Sharpe. Rozmawiali chwilę o literaturze celtologicznej, skutkiem czego Madeleine wzbogaciła się o kilka nowych tytułów: "Zaloty do Emer - spotkanie na granicy światów", "Tuatha de Danann w przypisach". Pan Edric okazał się interesującym towarzyszem, zaraz znaleźli się w kawiarni i przegadali ładne kilka godzin. Kobieta od pierwszego spotkania czuła, że zna skądś tego dżentelmena, a może tylko jej się wydawało?

Gdy wróciła do domu, spotkała się ze swoim ojcem, który jak się okazało czekał na nią. Na początku wyglądał na gniewnego. Dopiero, gdy Madeleine opowiedziała mu iż spotkała miłego dżentelmena. Wielebny uśmiechną się, pocałował ją w czoło i zajął się swoimi sprawami.

***

Panna Madeleine była bardziej niż niepocieszona, gdy dowiedziała się, że to właśnie pan O'Callaghan zaprosił ją na bal. Na pewno nie tylko z czystej sympatii i grzeczności, albo co najgorsze kochany tatko go poprosił. Nie miała jednak wyboru, musiała osiągnąć cel. Earl William Person prawdopodobnie będzie na tym balu. Ale...Nie dość, że pojedzie właśnie z O'Callaghanem, to zapewne będzie jej pilnował! Jak to było już kiedyś, kiedy się z nim udała na piknik w Eshword. Łysy i 65- letni dżentelmen... jak ona się z nim pokaże? Zapewne wywoła to nie lada radość panny Ogrinn. Och, jak ona jej nie lubiła! Miała zawsze najprzystojniejszych i najbogatszych kawalerów u swego boku. Była przy tym zarozumiała, dumna i kapryśna. A tego Madeleine nie potrafiła znieść i tolerować. Z tego powodu, mimo iż były sąsiadkami przez wiele lat, nigdy się nie zaprzyjaźniły.

***

Pokojówka od samego rana pomagała Madeleine w przygotowaniach do balu.
- Tato, muszę sobie kupić nową suknię! – wpadła do gabinetu przerywając pracę wielebnemu Henry’emu
- Żaden mężczyzna ze mną nie zatańczy... ona jest już stara... tato – prawie płacząc siadła z suknią w dłoniach.
- Kochana córeczko, jeśli jakiś dżentelmen miałby cię oceniać tylko po piękności twej sukni, zamiast po piękności twej duszy, lepiej niech już cię nie prosi do tańca... a poza tym pan O'Callaghan na pewno nie pozwoli ci stać – powiedział swoim pastorskim poważnym tonem, który zawsze używał prawiąc jej morały.
- Pan O'Callaghan dostanie zadyszki po pierwszym tańcu! – nie wytrzymała
- Nie mów tak moje dziecko, nie przystoi.
- Ale to święta prawda, nie mam zamiaru kłamać...
- Uspokój się Madeleine... jak ty się zachowujesz?! – zaznaczył nieco ostrzejszym tonem, aby przywołać ją do porządku.
- Mam dość tej etykiety, nie chce iść na ten bal... nie mam ochoty tego znosić...
- Możesz zawsze zrezygnować... lecz nie zdziw się, ze pan O'Callaghan będzie wielce zawiedziony i już nigdzie cię nie zaprosi... – Madeleine przez chwilę czuła niezwykłą pokusę, lecz powstrzymała się. Będzie tam William Person, nie przepuści przecież takiej okazji.
- Pójdę... – powiedziała zrezygnowana podnosząc suknię.
- Doskonale, a teraz idź się ubieraj i koniecznie masz się mi pokazać jak skończysz – Madeleine pokiwała tylko głową i wyszła.



***

Na bal weszła razem z niższym od niej panem O'Callaghan’em, który był tego dnia jak. nigdy uśmiechnięty i w dobrym humorze. Madeleine zaraz znikła pod jakimś błahym pretekstem w poszukiwaniu znajomych. Po kilku minutach chodzenia po sali, zaczęła się obawiać, że nikogo nie znajdzie i będzie zdana tylko na swojego partnera. Tego by nie zniosła!
W pewnej chwili spojrzała w prawo, nie mogła uwierzyć własnym oczom.

- Pan Edric Sharpe? Nie spodziewałam się tu pana spotkać... oczywiście jest mi niezmiernie miło – Madeleine ukłoniła się, nie ukrywała zdziwienia
- Ja natomiast wcale nie jestem zdziwiony, że panią spotykam, miss Bernadotte. Chyba słynne pisarki zapraszają na takie uroczyste bale częściej niż nauczycieli. Jestem tylko zdziwiony, ale tym bardziej ucieszony, ze spotkaliśmy się w takim tłumie. Zaskakujące, ale tym bardziej miłe. Jeżeli nie ma pani jakichś konkretnych planów, czy mogę zaprosić do mojej samotni - wskazał na stolik w rogu - na lampkę Chardonay? - Madeleine zamyśliła się chwile, gdyby nie starszy pan O'Callaghan, pewnie nie miałaby przyjemności uczestniczenie w balu. Oczywiście nie miała zamiaru się do tego przyznawać. Uśmiechnęła się lekko na te miłe słowa.
- Bardzo chętnie, jeśli nie będzie miała nic przeciwko pańska partnerka... - kobieta zerknęła na prawo. Faktycznie stała tam jakąś jejmość, która od czasu do czasu zerkała na Edrica.
- Moja partnerka, która mnie tu zaprosiła, nazywa się lord Thompson. Dawny znajomy z Cambridge, który odnalazł mnie po przybyciu do Londynu i zaproponował drobne zlecenie. A ponieważ jest związane z moim zawodem i dobrze płatne, z chęcią przyjąłem. Te pani, zaś - wskazał ruchem głowy na podstarzałą damę, która uśmiechała się z boku do wszystkich przechodzących obok mężczyzn, w tym Sharpe'a, demonstracyjnie ukazując diamentowe pierścienie na rękach i wyszywaną perełkami torebkę - nie mam przyjemności, czy nieprzyjemności, znać. Proszę więc - odsunął krzesło - będzie mi naprawdę miło porozmawiać z kimś, kto jeszcze potrafi się normalnie uśmiechać sam z siebie, a wytrenowanym wedle etykiety skrzywieniem ust.
- Ach przepraszam – kobieta poczuła jak lekko się rumieni, znowu strzeliła gafę, ostatnio zdarzało się jej to coraz częściej. Na szczęście pan Edric nie wyglądał na takiego, który mógł by się czuć urażony z tego powodu. Czuła się przy nim nadzwyczaj swobodnie. Siadła na odsuniętym krześle.
- Wytrenowanie jest z jednej strony potrzebne, nie chcielibyśmy, aby wszyscy rzucali nienawistne spojrzenia zazdrości. Lepiej zastąpić je owym skrzywieniem. Oczywiście musze się zgodzić z panem, że niektórzy po prostu przesadzają.
Wpatrywał się w nią chwilę, wreszcie skinął głową maskując całkiem nie etykietalny uśmiech.
- Przepraszam, wiem, ze to może dziwnie wyglądać - zaczął się tłumaczyć już na wstępie - ale czy my się skądś nie znamy? Przyznam, że nurtuje mnie to od przedwczorajszej rozmowy. Och, zdaje sobie sprawę, że pewnie wielu mężczyzn zapewne właśnie w ten klasyczny sposób próbowało nawiązać z panią znajomość, ale proszę uwzględnić, ze my się już znamy, z czego jestem niezmiernie rad. Naprawdę mam wrażenie, ze gdzieś ... kiedyś mieliśmy okazję się spotkać ... - uniósł dłoń, jakby szukając w powietrzu czarodziejskiego lekarstwa na sklerozę.

-Właśnie chciałam pana kiedyś spotkać, gdyż również odnoszę takie wrażenie. Gdy tylko pierwszy raz pana poznałam, poczułam jakbym już znała od wielu lat. I śmiem przypuszczać, iż jeśli to nie zbieżność nazwisk, to wychowywaliśmy się razem. Czy spędzał pan dzieciństwo w Londynie? Ale przyznam, że nie przypominam sobie, nikogo podobnego. A może w Cambridge?
- Dzieciństwo? W Londynie nie, ale w Cambridge owszem. Dzieciństwo, lata młodzieńcze, dorosłe i wszystkie inne poza wczesnym niemowlęctwem. Mój ojciec był profesorem historii na King's College. Pochodzi pani z Cambridge? To by wyjaśniało nasze deja vu.
- Praktycznie całe dzieciństwo spędziłam w Londynie, ale przyjeżdżałam na wakacje do cioci pani Calbore, jej dom mieścił się trochę na uboczu Cambridge. Niestety ciocia zachorowała i potem jej nie odwiedzałam, aby nie zakłócać spokoju.
- Madame Calbore. Madame Calbore - powtórzył kilka razy. - Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale czy pani cioci była taka starsza pani, mająca wielki czerwony dom z ogrodem i kilkoro służby? Obecnie ten dom należy do niejakiego pana Jonesa, męża córki właścicielki. Dobrze pamiętam? Jeżeli nie, proszę mnie poprawić - zmarszczył lekko brwi intensywnie usiłując sobie przypomnieć.

W pewnym momencie Madeleine znieruchomiała, właśnie szedł w ich stronę natrętny pan O'Callaghan! Zaprosił ją i już podczas drogi na bal dawał do zrozumienia, że liczy na coś więcej niż tylko miły uśmiech, którym na prośbę ojca go obdarzyła. Zapewne miał nadzieję, że po takim pokazie własnych wpływów dziewczyna padnie mu w objęcia zgadzając się na małżeństwo.
„Ukryć się!” myślała intensywnie. „Uciekać? Ukryć się?” pytała sama siebie gwałtownie.
- Coś się stało? - Spytał Sharpe dostrzegając zapewne zmianę nastroju i nagłe zdenerwowanie.
Błyskawicznie podjęła decyzję. Chwyciła go za rękę.
-To jest mój ulubiony utwór... muszę koniecznie go przetańczyć... pan pozwoli... – wstała natychmiast odwracając się plecami do idącego w ich stronę pana O'Callaghana. Nie widział jej jeszcze! Przynajmniej taka miała nadzieję.

Zaskoczony Sharpe zgubił na moment kamienny wyraz twarzy, który zazwyczaj utrzymywał pomiędzy uśmiechami. Panna Bernadotte chwyciwszy za rękę niemal siłą wyciągała go na parkiet w stronę tańczących par. Madeleine nie zostawiła mu jednak czasu na zastanowienie się nad tym nagłym pragnieniem pogrążenia się w tańcu, a Edric po ćwierci sekundy zaskoczenia, z chęcią jej potowarzyszył. Czyżby wiedeński walc z taką mocą wpływał na młode kobiety? Całkiem możliwe, biorąc pod uwagę dziewczęce, rozanielone twarze wirujące wokół ze swoimi partnerami i dość średnio przekonujące jej własne niepewne spojrzenie, które jednak rychło zastąpił usteckich ulgi. Pierwsza nerwowość ustąpiła wraz z wzrostem tempa. Po spokojnym początku kapelmajster żywiej ruszył batutą, smyczki ostro przycięły po strunach skrzypiec, a O'Callaghan gdzieś zniknął. Wraz z nim zniknęło skrępowanie i niepewność. Odzyskała uśmiech i spojrzała w oczy partnerowi. Wprawdzie przez chwile dziwnie się poczuła, że to ona zaprosiła go do tańca, a nie na odwrót. Przecież mógł się domyślić! No, a nawet jeżeli nie mógł, bo niby jakim cudem, to … och, czy to ważne … Teraz był walc, taniec przy którym się nie myśli, lecz przeżywa. Z jednej strony pełen rytmicznego dostojeństwa, z drugiej, przeładowany radosnymi nutami flirtu, w którym oczy partnerów ścigają się wzajemnie, a męska dłoń obejmuje kobietę, jakby chciała ją przyciągnąć jak najbliżej i przytulić.

To było jak ogień. Pełne emocji i żaru. Madeleine niemal zapomniała, ze taniec miał być tylko pretekstem do ucieczki. W wirze objęć. Już prawie … niemal doprowadzając do pełnego zwarcia ciał, gdy Madeleine odchylała się, a on pochylał, jakby chciał ukazać cała pełnię męskiej władzy nad spragnioną jego witalnej brutalności partnerką, i nagle … znów przeskok do następnej figury doprowadzającej do kolejnej bliskości … póki byli na parkiecie … póki walc przenikał powietrze swoimi czarodziejskimi nutami.
- Świetnie pani tańczy – usłyszała nagle głos Sharpe'a i zdała sobie sprawę, ze od jakiegoś czasu stoją w bezruchu na parkiecie. - Rzeczywiście, wcale się nie dziwię, że tak bardzo nie chciała pani opuścić tego walca.
- Pan również świetnie tańczy, może skierujemy się do stolika? – spytała rozglądając się za swoim prześladowcą.
- Może jeszcze jeden taniec? – spytał Sharp, ale oczywiście na jednym się nie skończyło.

Mogliby tak tańczyć do białego rana... zapomnieli o cały świecie i dogłębnie oddali się unoszącej ich muzyce. Byli jak piórka falujące z gracją na wietrze, nie było dla nich niczego, gdzie nie mogliby ulecieć. Muzyka wydobywająca się z głębi serc nakazywała jak mają się poruszyć, szeptała do ucha przyprawiając o dreszcze. A oni wykonywali rozkazy dogłębnie jej oddani. Nie mając nic więcej prócz swoich ciał...
 
__________________
Cisza barwą mego życia Szarość pieśnią brzemienną, którą śpiewam w drodze na ścieżkę wojenną istnienia...

Ostatnio edytowane przez Asmorinne : 01-03-2009 o 22:43.
Asmorinne jest offline  
Stary 03-03-2009, 00:29   #8
 
Makuleke's Avatar
 
Pożegnawszy swojego gościa, John wrócił do pokoju i podniósł ze stolika zapieczętowaną kopertę. Obrócił ją kilkakrotnie w palcach i odłożył z powrotem. Stał, w zamyśleniu stukając palcem w papierowy prostokąt.

- Hmm... bal, dziwne - powiedział sam do siebie. - I to w dodatku taki, na który wszyscy tak czekają, u samego księcia Wellingtona... to nawet zabawne...
„Jeśli wierzyć tym plotkarzom z gazet, och, oni oczywiście muszą trochę przesadzać, w końcu taka jest ich rola ale... i tak... nawet w tej kamienicy proste kobiety, które nie mają z tym nic wspólnego nie mówią o niczym innym... I oto kto zostaje zaproszony? Doprawdy, zabawne. Wydawałoby się, że przez tyle lat zdążyli o mnie zapomnieć, już nawet matka nie pisze tak często jak kiedyś, aż tu takie zaskoczenie... Jak on to powiedział, ten Johan czy Jonathan? „Mój klient wiele o panu słyszał...” Ha, myślałem, że o tym zapomnieli tym bardziej, chociaż wtedy było o tym dość głośno, poleciało parę głów, ale... chyba było warto.”
Podszedł do okna, zapatrzył się na płynące gdzieś w oddali ciężkie chmury. Uśmiechnął się do wspomnień ze starych szkolnych czasów. To właśnie po owym incydencie ze zwłokami trafił tu, gdzie obecnie mieszkał, niemal na przedmieścia Londynu. Ale nie żałował tego, tak wtedy jak i teraz, warto było.

- Panie, Morris! Herbata prawie wystygła - odezwała się niespodziewanie za jego plecami pani Vorbank. - Mam ją zabrać, czy jednak ją pan wypije?
- Tak, wypiję, oczywiście - odrzekł z roztargnieniem.
- Jak pan woli, panie Morris - powiedziała kobieta i wyszła.
„To dziwne, większość z tych ludzi używa tylko nazwiska ojca, nigdy nazwiska matki, która bądź co bądź pochodzi z lepszej rodziny.”
Wrócił do stolika, nawet nie patrząc na kopertę wrócił do rozpoczętej rano lektury starodawnego poematu o czynach Beowulfa. Czytanie w oryginalnym, staroangielskim języku nie było łatwe, ale do tej pory nie powstał żaden pełny przekład. Poza tym tylko w oryginale można było dotrzeć do prawdziwego sedna dzieła, objąć je w pełni, tak jak to przekazał anonimowy autor...
„Heald þū nū, hrūse, nū hæleð ne mōston, eorla æhte.”
John zastanowił się nad kolejnym wersem, przez chwilę powtarzał go bezgłośnie pod nosem. W końcu obok kolumny druku dodał własne tłumaczenie:
„Now do thou, O Earth, hold fast what heroes might not,—the possessions of nobles.” - "Cóż za ironia."
Odruchowo podniósł do ust stojącą obok filiżankę. Herbata faktycznie wystygła. Nie pamiętał tylko, kiedy pani Vorbank ją przyniosła. Cóż, ostatecznie nie miało to większego znaczenia, i tak nigdzie mu się nie spieszyło. Przypomniało mu to jednak o wizycie pana Willborrowa. Odłożył książkę i ponownie podniósł kopertę. Otworzyć czy nie otworzyć?

- Co ja w ogóle będę tam robił? - zapytał, ale odpowiedzi naturalnie się nie doczekał.
„I w co ja się ubiorę? W końcu w tej wytartej marynarce nawet mnie nie wpuszczą. Ale z drugiej strony, o co innego może chodzić Personowi, jeśli nie o aferę z jego córką?”
- No tak - Lucy... Chyba jednak mam powód, żeby wybrać się na ten bal - powiedział do siebie i otworzył kopertę. W środku było jeszcze coś oprócz zaproszenia, ale żeby przeczytać, co było na tej drugiej kartce, musiał zapalić lampę. Kiedy już ciepłe światło ogarnęło pokój, okazało się, że Earl Ross wie o nim naprawdę sporo i pomyślał o wszystkim, również o drobnej kwocie na jakiś przyzwoity strój dla swojego gościa.
John nie miał jednak czasu zbyt długo planować jutrzejszych zakupów, bo tej nocy na niebie, w gwiazdozbiorze Pegaza miał być widoczny niezwykle silny i piękny rój meteorów. Pośpiesznie włożył płaszcz i wyszedł z mieszkania, zapominając nawet zgasić lampki.

***

Kiedy John wysiadał z wynajętej dorożki i szedł pomiędzy skupiskami gości Wellingtona w swoim nowym fraku, z eleganckim cylindrem na głowie a nawet z modną laską w ręku, sam się sobie dziwił. W tej szumiącej od rozmów masie czuł się dziwnie obco, a na dobrą sprawę nigdy nie czuł do niej przynależności. Dał się jednak poprowadzić na miejsce przez młodego hindusa, nie wymieniając z nikim zwyczajowych powitań i uprzejmości. Raz czy drugi mignęła mu gdzieś w tłumie jakaś znajoma twarz sprzed paru lat, ale chyba nikt go nie poznawał. Widocznie mocno się zmienił od czasów Cambridge. Sam też z pewnością nie pamiętał wszystkich.
Choćby ten mężczyzna, trzymający się podobnie do niego na uboczu. Chyba go skądś pamiętał, chociaż nie mógł sobie przypomnieć nazwiska. Tak, z pewnością widział go w King's College. A może raczej w Trinity? Wydawało mu się, że słyszał coś o nim, chyba zajmował się jakimiś legendami... sasów, jak się zdawało. Miał już podejść do niego i spytać go o to, ale w tym samym momencie jakaś kobieta zabrała go w stronę tańczących par. John pozostał więc na swoim miejscu, znudzonym wzrokiem przyglądając się otoczeniu i popijając szampana. Musiał przyznać, że był na prawdę dobry, chociaż nie pomagał mu odpędzić ogarniającego go pomału zmęczenia.

„Powinienem był się domyślić, że tak to się skończy, przecież zupełnie nie pasuję do tych ludzi. Kolejne huczne święto pustoty i próżności. Uśmiechają się do siebie, prawią komplementy, ale każdy myśli tylko o sobie, o własnych interesach i popularności, tylko to się dla nich liczy. Żadnej głębi, żadnego prawdziwego uczucia... I gdzie ten Person, który tak strasznie chciał się ze mną spotkać? Minęła już chyba ponad godzina, a jego ciągle nie ma...”

Nie chcąc dalej psuć sobie nastroju wychwytywanymi coraz częściej spojrzeniami zdegustowanych jego odosobnieniem uczestników przyjęcia, John wyszedł z powrotem na zastawioną karocami ulicę, odetchnął chłodnym wieczornym powietrzem. Zapragnął nagle cisnąć modny cylinder na ziemię i wrócić do swojego mieszkania, gdzie nie musiałby znosić tych wszystkich niemych obelg i na wpół skrywanych drwin. Miał za nic etykietę i to, że byłaby to wyraźna obraza księcia. Jeśli czuł się tu źle, to nie zamierzał działać wbrew sobie. Powstrzymał się jednak wiedząc, że tylko zostając tutaj i czekając na Williama Persona będzie mógł lepiej poznać tą fascynującą historię, o której tyle ostatnio słyszał.
„Cóż, trudno. Przyjdzie więc dać jeszcze Earlowi trochę czasu, ale jeśli nie zjawi się w ciągu następnej godziny, to chyba rzeczywiście sobie pójdę.”
 
Makuleke jest offline  
Stary 03-03-2009, 07:29   #9
 
Tom Atos's Avatar
 
Post napisany wspólnie z Hellian.

Wirowali w tańcu coraz szybciej i szybciej unoszeni piękną melodią Straussa. O ile w pierwszym walcu uczestniczyło mało par, to z każdym następnym przybywało ich coraz więcej. James kierował tańcem tak, by na nikogo nie wpadli, ale stawało się to coraz trudniejsze, bo będąc szczerym nie wszyscy znali walca wystarczająco biegle. Był wciąż zdrożną nowością i niewiele było na wyspach okazji, by móc go należycie wyćwiczyć.
Tym niemniej Jim prowadził jak dotąd bezkolizyjnie i ufny w swoje umiejętności spojrzał w oczy swojej partnerki. W tej szaroniebieskiej toni ujrzał obietnicę, która sprawiła, ze zapomniał o bożym świecie.
Poczuł uderzenie krwi w skroniach. Nie potrafił oderwać wzroku od jej spojrzenia i świadomie z premedytacją jego dłoń na jej tali wzmocniła uścisk i wirując zbliżali się do siebie coraz bardziej. Już niemal ich kolana dotykały się, już niemal ich piersi się stykały, gdy nagle zapatrzony w Olimpię Lexinton poczuł, jak uderza w kogoś plecami. Czar chwili prysł bezpowrotnie, brutalnie przerwany.
James momentalnie zmienił tor i w trzech krokach wyuczonym manewrem zatrzymał się wraz z Olimpią, w duchu dziękując swojemu nauczycielowi tańca Panu Krauze, że przygotował go na takie ewentualności. Spojrzał za siebie na parę, która również się zatrzymała.
- Och najmocniej Państwa przepraszam - puścił Olimpię trzymając ją jednak za rękę.
- Ogromnie mi przykro. Mam nadzieję, że wszystko w porządku. Nic się Państwu nie stało? Czy Pani nie jest ranna? - spytał dziewczynę z troską w głosie nachylając się w jej stronę.
- Doprawdy nie mogę sobie wybaczyć mojej niezdarności i tego, że przerwałem Państwu taniec. Jeszcze raz najmocniej Państwa przepraszam.
- skłonił się jeszcze raz.
By wybrnąć z niezręcznej sytuacji, w jaką wszystkich wpakował i uczynić zadość etykiecie kontynuował.
- Państwo pozwolą, że się przedstawię. Jestem James Sutton, baron Lexinton, a moja urocza towarzyszka, to mademoiselle Olimpia Emanuella Grisi. Wybitna śpiewaczka - dodał uśmiechając się i całując dłoń partnerki.
- Mam nadzieję, że przyjmiecie Państwo moje przeprosiny i raczycie wspaniałomyślnie wybaczyć moją niezdarność. Mogę tylko usprawiedliwiać się tym, że zapatrzyłem się w oczy mojej damy. Mam nadzieję, że chociaż Pan mnie zrozumie, że połączenie walca i pięknej kobiety jest wyjątkowo niebezpieczne.
Stwierdził kurtuazyjnie.
- Kto wie może faktycznie należałoby zabronić walca, by nie wodzić biednych mężczyzn na zatracenie.
Zakończył żartobliwie, by rozładować sytuację.


Olimpia właściwie ucieszyła się z tego fałszywego ruchu. Walc przyśpieszył jej tętno powodując, że wspomnienia nakładały się na nowe doznania i dziewczyna nie wiedziała już, czy działa na nią urok Jamesa czy tęsknota za tym, co minęło. Do tego lord Lexinton obejmujący ją coraz mocniej po raz kolejny udowadniał, że nie jest nieśmiałym mężczyzną i nawet nie umiała powiedzieć, czy bardziej cieszy ją to czy gniewa.
Bo mimo że walc, jakby mimochodem i niechcący, budził radość jednocześnie drzemiąca w Olimpii furia - uczucie w które najłatwiej było przeobrazić ból - trzymana na uwięzi od dwóch miesięcy, pobudzona przez przypadkowe spotkanie, prowokowała do brawurowych kroków. Tak łatwo byłoby pochopnym czynem uciszyć myśli. To wielki ogród, wielki bal. Można niezauważenie skręcić w ciemne alejki. Wbrew regułom, jeszcze dzisiaj zakończyć ledwie zaczęty utwór. Obyć się bez wspomnień. Bez wspólnego śmiechu i rozmów, bez czułości, bliskości i nadziei. Od razu wielki finał. Subito e agitato.
Wtedy przynajmniej będzie wiedziała, co się wydarzyło i dlaczego.
Dobry Boże, naprawdę powinna się rozejrzeć za grubym brzydalem. Albo wyjechać z Londynu. Albo zażyć to co Lucy i uwierzyć w elfy.
Ta ostatnia myśl wywołała na twarzy panny Grisi złośliwy uśmiech.
Panna Person miała już 16 lat, może za blisko zaprzyjaźniła się z pewnym właścicielem aptek. Nie, mężczyzna, którego znała, nie sprzedałby substancji odurzających dziecku. Znała...

Niemniej taniec skończył się nagle. Stanęli przed potrąconą parą, którą zmieszany James przepraszał.

Wciąż trzymał Olimpię za rękę. Poczuła jak się rumieni. Nie dlatego, że to nie wypadało. Odrobina skandalu zawsze towarzyszyła siostrom Grisi, wszystkim trzem, nawet chorowitej i stałej w uczuciach, przedwcześnie zmarłej Giuidittcie. Ale dlatego, że faktycznie dała na to przyzwolenie, realne, choć nie werbalne. I dlatego, że gest ten, w odczuciu Olimpii znamionujący bardziej zażyłość niż flirt, sprawiał, że zaczynała Jamesa Suttona lubić.
Drugi pocałunek i Jim puścił rękę dziewczyny. Jednak stał tak blisko, że dalej stykali się wierzchami dłoni.
A Olimpii nagle zrobiło się gorąco.
Nic dziwnego, że odezwała się nieco zbyt pospiesznie.
- Jeśli zabronicie walca, nic mnie w tym kraju nie zatrzyma. - Niezbyt fortunnie zaczynała znajomość z tą dwójką Anglików.
Uśmiechnęła się do pięknej blondynki przepraszająco.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 03-03-2009, 17:22   #10
 
Asmorinne's Avatar
 
„A ona nie chciała iść na bal!” – sama właśnie zdała sobie sprawę, jak bardzo przedwcześnie osądy mogłyby być zgubne, jeśli oczywiście by się nimi kierowała. Ale na szczęście podjęła dobrą decyzję i teraz mogła się nią cieszyć w ramionach tego przystojnego mężczyzny. Aż ciarki ją przeszły, kiedy przypomniała sobie o panu O'Callaghan. Nawet nie chciała dopuszczać myśli, ze musiałaby spędzić cały bal przy jego trzęsącym się boku. „Och, co to, to nie!” Muzyka ponownie ją wciągnęła, zapomniała o troskach, o nurtujących ją sytuacjach. Liczyła się tylko ta chwila... taka lekka... inspirująca wręcz...

W pewnej chwili Edric pomylił kroki i zatrzymał się. Madeleine przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje.
- Wszystko w porządku? – zapytała się zaraz, on kiwnął tylko potwierdzająco. Nie wiedziała co się stało.
- Och najmocniej Państwa przepraszam- rozległ się zza jego pleców męski głos. - Ogromnie mi przykro. Mam nadzieję, że wszystko w porządku. Nic się Państwu nie stało? – wąsaty mężczyzna, a obok niego piękna dama, najwidoczniej trącili biednego pana Sharpe’a zdała sobie sprawę Madeleine. Czuła się trochę niezręcznie, nie lubiła być w centrum uwagi, a nagłe zdarzenie skupiało wzrok prawie wszystkich tańczących obok par.
- (…) James Sutton, baron Lexinton (…) - przedstawił się mężczyzna, zaś jego partnerka nazywała się Olimpia Emanuella Grisi, Madeleine kojarzyła ją z opery, której, niestety, nie odwiedzała zbyt często... Śpiewaczka ubrana była w bardzo wykwitną hiszpańską suknię. Pisarka od razu przypomniała sobie o swojej, którą miała na sobie. Poczuła się jeszcze gorzej, lecz nie dała po sobie tego poznać. Edric najpierw dość obojętnie spojrzał na parę jakby nigdy wcześniej nie słyszał ani o baronie, ani o słynnej divie operowej. Następnie przedstawił ich oboje, poczynając od niej.
Choć miło jest nawiązywać nowe znajomości, poznawać nowe osobistości, kobieta stojąc tak przez chwile i przypatrując się całej sytuacji miała ochotę powrócić jak najszybciej do tańca. Nie wiedziała dlaczego... może nowi znajomi nie wyrwali na niej pozytywnego wrażenia, a może chodziło tylko i wyłącznie o sam taniec? Musiała przyznać, dawno się tak dobrze nie bawiła, dawno nie tańczyła z tak doskonałym partnerem.
- Nic się nie stało, ale proszę następnym razem uważać... – powiedziała tylko i zaraz wrócili do tańca.
 
__________________
Cisza barwą mego życia Szarość pieśnią brzemienną, którą śpiewam w drodze na ścieżkę wojenną istnienia...

Ostatnio edytowane przez Asmorinne : 03-03-2009 o 17:31.
Asmorinne jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:54.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172