Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-06-2009, 01:03   #1
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 192 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
[Storytelling] Powozy bogów

Powozy bogów
Prolog: Na wschód!

Ultrich Kreuzenferg był już gotowy do podróży. Stał na lądzie wpatrując się w marynarzy pakujących skrzynie zawierające składniki do potraw, które kucharz będzie miał za zadanie przyrządzić podczas nadchodzącej podróży. Sam książę nie miał większych zapasów. Jedynie rodowy rapier, monety według wschodniej waluty i lekkiej koszulki kolczej pod błękitnym mundurem generała księstwa Umbard. Teraz należało czekać na wybraną dwudziestkę, która ma się tutaj zgłosić przed zmierzchem.
Kreuzenferg skierował swe kroki w stronę pomostu, lecz natknął się na kapitana Tyrmefala, który miał kierować morską częścią wyprawy.


Człowiek zaufany i doświadczony. Sam podszedł do księcia i dziarsko poklepał po ramieniu.
- Czeka nas wspaniała podróż! - krzyknął. - Mam nadzieję, że rozpęta się sztorm! Kocham takie przygody.
- Ja nie, kapitanie - odpowiedział Kreuzenferg poważnie. - Chcę jedynie, by doprowadził nas pan bezpiecznie do celu.
Tyrmefal zaśmiał się głośno, co nieco zirytowało Ultricha.
- Bez problemu, wasza książęca mość. Szacuję, że po dwóch dniach trafimy na Celmę, a potem już tylko tydzień do Zhieloskoju.
- O ile nie przeszkodzi pogoda - rzekł książę wpatrując się w statki wypływające z portu.
- Może być i burza - wskazał ręką okręt. - To nowe cacko ponoć potrafi sobie poradzić i z takimi problemami. Będzie okazja sprawdzić!
- Tylko pamiętaj o jednym, kapitanie - Kreuzenferg odwrócił się raptownie i spojrzał Tyrmefalowi głęboko w oczy. - Nie chcę, aby ta wyprawa zamieniła się w pańskie... eksperymenty. Rozumie się?
Uśmiech oficera zgasł, a wesołość uleciała. Wyglądał teraz na smutnego.
- Tak jest, książę - odrzekł spokojnym tonem i ruszył w stronę statku.

***

Rydiss Tirio

Podobno pierwszy krok jest najważniejszy. Stałeś przed bramą do miasta Umbard, co radośnie obwieszczał umajony napis na górze z napisem "Witajcie w Umbardzie". Jasne było, że włodarze chcą wykorzystać chwilową sławę, by zabłysnąć, wypromować swoje małe księstwo w Imperium, a może nawet w całej Pelladzie. Za bramą przywitał cię rząd domów, które również były przystrojone, a droga wyprzątnięta. Sklepy kusiły witrynami, dzieci wpatrywały się radośnie w bramę, oczami szukając wspaniałych wojowników, o których słyszały tyle opowieści. W mieście panował ruch i typowy rozgardiasz. Miałeś jeszcze trochę czasu przed wieczorem, oraz ostatecznym momentem do zgłoszenia się na statek.

W którymś momencie poczułeś, że coś pociąga cię za rękaw. Zza pleców wyszła staruszka o chytrym spojrzeniu. Wokół jej stóp kręcił się czarny pies.
- Drogi panicz życzy sobie, bym mu powróżyła? - powiedziała wlepiając w ciebie szare oczy.
Nim jednak zdołałeś odpowiedzieć, za tobą rozległ się czysty śmiech.


- Nie wierzyłem, że wyściubisz nos ze swojego małego królestwa - powiedział mężczyzna - a w dodatku weźmiesz udział w tak trudnej misji.
Wyminął cię wysoki, chudy człowiek, starszy od ciebie o co najmniej kilka lat. Miał długie, ciemnobrązowe włosy, opadające na plecy falą, twarz owalną i wzrok pełen cynizmu. Na sobie miał złote szaty i dwie księgi wystające z przypasanej do boku torby. Znałeś go - Sigund Kreuzenferg - adept sztuk tajemnych geomancji.
- Nie sądzisz, że twój ojczulek zmartwi się, gdy jego synuś... zginie przypadkiem gdzieś na wschodzie? - spytał złośliwie idąc spokojnie dalej. - W każdym razie... do zobaczenia na statku.
Widziałeś jeszcze jak złote szaty mieszają się z tłumem.

***

Ragath

Pałac, a właściwie budynek gdzie mieścił się cały urząd księstwa, nie był dość imponujący. Zrobiony z białego marmuru front i kolumnada, ogrody przed wejściem oraz fontanna. Szybkie rozeznanie, oraz krótka konwersacja ze strażnikiem, dały Ragathowi wskazówkę, że powinien skierować się do portu. Oznaczało to około dziesięciu minut drogi. Jednak ostateczny termin to wieczór, więc nie wymagało pośpiechu.

Chociaż wokół pałacu zebrało się niewiele osób - znacznie więcej kręciło się na placu w centrum i przy wejściu w oczekiwaniu na gości. A jednak po chwili ktoś podszedł do ciebie i brutalnie wepchnął do dłoni małe zawiniątko.
- Pan to zgubił - rzekł blady staruszek.
Na nic nie zdały się zaprzeczenia.
- Nie, widziałem jak panu wypada to z kieszeni - zarzekał się.
Dodał również, że nie zna zawartości.

Gdy tylko otworzyłeś zawiniątko, w środku był szary kamień o kształcie regularnej bryły ośmiościennej.

***

Gloinus Whitebeard

Coraz więcej obcych przybywało do Umbardu tego dnia. W tym czasie siedziałeś jeszcze w sklepie.
Od ostatniej wiadomości od gońca minął już tydzień i początkowa radość opadła. Klienci wprawdzie mówili coś o przybyciu bohaterów na wyprawę, lecz wydawało się, że książę zapomniał o starym krasnoludzie. Oznaczało to powrót do ciekawego, choć nieco monotonnego trybu życia. Trzeba jeszcze rozpakować przygotowane rzeczy... Jak szybko okazało się, warto było czekać.
Tego dnia do twojego sklepu zawitała elfka. Było to zjawisko niespotykane, gdyż mało który z przedstawicieli elfich klanów przybywał do tego miasta w innych celach niż handel zamorski. A jednak ta panna była jak najbardziej realna.


Jak każdy z ich licznej rasy - piękna i tajemnicza, mimo że wiele było odmian elfów. Ta elfka była blada, miała włosy czarne, a pod słońce nawet granatowe. Oglądała wyeksponowane przedmioty w zakładzie. Kilka zmierzyła w rękach, a potem z szacunkiem odstawiła. Sama miała na sobie lekką, szarą zbroję i obuch na plecach.
- Słyszałam o twoim kunszcie, krasnoludzie - odezwała się nagle - ale dopiero teraz zobaczyłam na własne oczy twe dzieła. Robią wrażenie.
Podeszła do ciebie i wyciągnęła przypięty do pasa zwój. Podała go tobie bez słowa. Była to jakaś wiadomość zapisana pospiesznie, koślawym pismem.

"Panie Whitebeard! Kilka dni temu był u pana goniec z wieścią. Teraz dopiero powiedział mi, że nie przekazał panu ważnych informacji. Tą wiadomość podałem w ręce kapłanki Tyllevare, której ufam. Wyprawa rozpoczyna się dzisiaj o wieczornej porze. Spotykamy się w porcie. Liczę, że pan się zjawi.

Książę Umbardu Karl Kreuzenferg

[Dopisek jeszcze bardziej koślawym pismem] Tak się składa, że kapłanka Tyllevare będzie naszą towarzyszką w misji. Zaprzyjaźnijcie się."


***

Samuel Bystry

Zza rogu budynku obserwowałeś jak rozpoczynają się przygotowania do wyprawy. Port był pełen marynarzy - najlepszych na jakich stać było Umbard. Gdzieś w pobliżu przechadzał się sam książę, ale teraz odszedł. Zamiast niego widziałeś obcych przybyszów - ludzi, elfy, krasnoludy, a nawet kogoś ze zwierzoludzi.
Ten piękny okręt był zarazem czymś zupełnie obcym, a ci goście z całego Pelladu nawet egzotyczni. Gdzie w tym wszystkim było miejsce dla takiego chłopaka jak ty? To byli wojownicy, magowie, którzy poznali w życiu prawie wszystko - brali udział w bitwach, wyprawach poszukiwawczych, przełomowych odkryciach. Oni wszyscy zostali wezwani, bo to bohaterowie, którzy walczą dla sławy, pieniędzy albo własnych poglądów.
A co ty potrafisz? Gdzie byłeś? Co możesz zaoferować? Całe życie spędziłeś na tych śmieciach, babrałeś się niemal dosłownie w błocie. A Zhieloskoj? Taki odległy. Chyba nawet nie wiesz, gdzie się znajduje.
Jednak Kreuzenferg, którego na oczy widziałeś chyba raz, musiał mieć powód, by wśród tej elitarnej dwudziestki znalazło się miejsce dla ciebie. Mnożyło się zbyt wiele pytań, które nie miały odpowiedzi.
Był za to wyraźny wybór. Albo spróbujesz żyć od nowa i przed wieczorem zgłosisz się do portu, albo pozostaniesz na swoich śmieciach... do końca życia.
 
Terrapodian jest offline  
Stary 17-06-2009, 15:56   #2
Inne
 
Col Frost's Avatar
 
Reputacja: 53548 Col Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputację
Ragath po dostaniu wiadomości skusił się na jeszcze jedno piwo, po czym zebrał swoje rzeczy i ruszył w stronę pałacu. Rzadko opuszczał karczmę z jakimikolwiek pieniędzmi, ale tym razem tak zrobił. Nie wiedział dokładnie co to za wyprawa i dlaczego on miałby wziąć w niej udział, a po pijaku ciężko by było się czegokolwiek dowiedzieć.

W Umbardzie przebywał już od dłuższego czasu, wiec doskonale znał drogę. Gdy dotarł pod bramę zaczepił go strażnik i wypełniając swoje obowiązki spytał:

- Czego tu?

Najemnik nie odpowiedział. Pokazał mu tylko list, który przyniósł posłaniec. Wartownik wziął go i szybko przeczytał. Jakby nie dowierzając spojrzał na Ragatha, ponownie na list i znowu na Ragatha. Prawdopodobnie nie mógł uwierzyć, że ten brudny łachmaniarz, który stoi przed nim miał wziąć udział w szykowanej wyprawie. Pieczęć i podpis jednak były prawdziwe, więc zupełnie innym tonem odpowiedział:

- Książe jest teraz w porcie, osobiście nadzorując końcowe przygotowania. Wyprawa zaczyna się dziś wieczorem.

Wojownik kiwnął głową na znak, że zrozumiał, zabrał list, po czym odwrócił się i bez słowa odszedł. Po chwili zaczepił go jakiś staruszek i wcisnął mu zawiniątko twierdząc, że:

- Pan to zgubił.

Ragath po kilku minutach bezsensownych tłumaczeniach, że to nie należy do niego, w końcu przyjął "prezent". Okazało się, że jest to jakiś kamyk, a właściwie jakaś mała rzeźba będąca regularną bryłą ośmiościenną. Najemnik nie wiedział co to znaczy, ani co ma z tym zrobić. Schował więc kamyk do kieszeni i postanowił, że jak spotka jakiegoś faceta po szkołach to go o niego spyta. Może to jest coś warte? Teraz trzeba było ruszać.

Ale nie skierował się do portu. Miał mnóstwo czasu, a w sakwie podzwaniało jeszcze trochę złota. W czasie podróży statkiem i potem na drugim kontynencie o jego potrzeby będzie dbał książę, więc po co ma brać ze sobą jakiekolwiek pieniądze? Celem Ragatha była karczma, którą dopiero co opuścił. Nie doszedł jednak do niej, gdyż po drodze trafił na inną. Spodobała mu się nazwa "Pod Złamanym Żebrem", więc zawitał do środka.

Na początek zamówił dwa piwa i zaczął rozglądać się za jakimiś ślicznotkami. Kto wie jakie są kobiety po drugiej stronie wielkiej wody? Po kilku godzinach, wielu kuflach piwa i kilku dziewczynkach Ragath miał doskonały humor. Sakwa powoli stawała się pusta, ale kogo to obchodziło? Najemnik wciąż pił, śpiewał i ogólnie dobrze się bawił. Do pełnego szczęścia brakowało m chyba tylko jakiejś dobrej bitki. Ale do tego okazja również miała się wkrótce pojawić.

Kilku chłopów, czy mieszczan (Ragath ich nie rozróżniał) po wypiciu większej ilości złocistego napoju stwierdziło, że ten wyjący wojownik im się nie podoba. Jeden z nich podszedł do niego i powiedział:

- Lepiej się stąd wynoś. Nie lubimy tu takich jak ty.

- Tak? - zaczął już pijany najemnik. Ale zamiast powiedzieć coś jeszcze uderzył piąchą faceta w twarz. Ten aż upadł na podłogę, a po chwili w karczmie już wszyscy się tłukli.

Ragath znalazł się w swoim żywiole. Najpierw kopnął kilka razy mężczyznę, który go zaczepił, a potem rzucił się w tłum walczących. Komuś rozbił nos, komu innemu kufel na głowie. Zaśmiewając się głośno, czego nikt nie mógł słyszeć w ogólnym hałasie, machał pięściami na lewo i prawo nokautując kolejnych słabeuszy. Rzeczywiście w karczmie nie było nikogo, kto trudniłby się walką, więc i bijatyka nie była wielkim wyzwaniem, nawet dla prostego żołnierza lub strażnika miejskiego, a co dopiero zawodowego najemnika.

Po kilku chwilach w pomieszczeniu nie było ani jednego całego krzesła. Ocalały tylko dwa stoły z tym, że jeden miał złamaną nogę. Ragath rozejrzał się pijanym wzrokiem dookoła. Wokół leżeli nieprzytomni ludzie lub tacy, którzy trzymali się za twarz, nogę, rękę czy jeszcze coś innego. Było nawet kilku, którzy stali, ale i oni odnieśli różne kontuzje. Wojownik poczuł, że po twarzy spływa mu strużka krwi. Widocznie ktoś i jego musiał porządnie trafić. Sięgnął do pasa, by wymacać sakwę. Było w niej jeszcze kilka monet. Rzucił je na ladę mówiąc do karczmarza coś o pokryciu strat i wyszedł niezatrzymywany przez nikogo.

Gdy znalazł się na ulicy odchylił się do tyłu by spojrzeć na niebo. Słońce powoli zbliżało się do horyzontu i był to ten moment, w którym za chwilę na niebie miała się pojawić czerwona łuna. Ragath zrozumiał, że pożegnanie z zachodnim kontynentem dobiegło końca i pora wyruszyć w drogę. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę portu.

Droga powinna mu zająć nie więcej niż 10-15 minut, ale biorąc pod uwagę jego stan zajęła mu około pół godziny. Kilka razy obił się o ściany domów i raz zwrócił ostatni posiłek, ale w końcu dotarł na miejsce. Tutaj powtórzyła się sytuacja sprzed pałacu. Znowu jakiś strażnik go zaczepił i dopóki nie zobaczył listu nie chciał przepuścić Ragatha. W końcu z niedowierzaniem oddał pismo i ustąpił z drogi. Najemnik ruszył w stronę wskazanego mu statku. Przed wejściem na pokład zaczepił go kolejny strażnik i sytuacja powtórzyła się po raz trzeci, jednak ten wydawał się inteligentniejszy od kolegów, albo lepiej poinformowany, bo dosyć szybko puścił wojownika.

Przed opuszczeniem lądu Ragath wymacał jeszcze swój miecz i samopały, oraz sprawdził czy ma proch. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Jego ręka natrafiła na wypuklenie w kieszeni. To ten dziwny "prezent". Nie zastanawiał się jednak nad jego pochodzeniem. Wszedł na kładkę, z której o mało co nie spadł do lodowatej wody. Po paru chwiejnych krokach znalazł się w końcu na pokładzie. Rozejrzał się w lewo i w prawo, znalazł jakieg wygodne miejsce, w którym usiadł, opuścił głowę i zasnął.
 
Col Frost jest offline  
Stary 17-06-2009, 19:21   #3
 
Eravier's Avatar
 
Reputacja: 17 Eravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znany
Biały mur z cegły, wysoki na trzech, może czterech ludzi. Ślicznie odbijający blask słońca, który rozlewał się nad miastem tworząc oniryczną otoczkę. Marmurowa tabliczka z wyrytymi słowami „Witajcie w Umbardzie ”wisząca na stalowych skrzypiących zawiasach. Tyle klimatycznych rzeczy a mimo wszystko najcudowniejsze wydawały się Rydiss-owi te typowe pełne wody liście otaczające miasteczko. Ten pnący się zboczami murów i zawiłościami budynków bluszcz. I ci ludzie krzątający się tuż za bramą strzegącą przed najazdem i dzikimi zwierzętami. Stał tak zastanawiając się i rozglądając. Chwilkę. Do czasu, gdy cień jednej z chmur przysłonił się część niezdarnie ułożonych cegieł pod nogami, na, które teraz akurat się przyglądał. Dopiero teraz dwójka na fioletowo ubranych strażników, którzy do tej pory gawędzili chwaląc się między sobą pięknem swoich ostrzy zobaczyła go. Jeden z nich zapytał ochrypłym głosem:

- Jak sądzisz wędrowcze, bo zapewne nim jesteś, który z mieczy jest lepiej wykonany? – Powiedział pokazując oba ostrza.

- Po tym odlewie można powiedzieć, że oba pochodzą z waszej kuźni jednak – ciągnął wskazując na miecz z lewej strony – to ostrze ma drobne żłobienie, przez co będzie mniej skuteczne, dlatego wybrałbym to z twojej prawicy.

- Słuszna decyzja i bystre oko potrzeba nam więcej takich ludzi. Oby sprzyjały ci niebiosa wędrowcze – uśmiechnął się i puścił Rydiss-a dalej w stronę portu. Gęstwina ludzi przeciskających i obijających o siebie szła wąską uliczką, skąpaną w cieniu. Multum witryn i zdobień przynajmniej takie odniósł wrażenie. Dopiero teraz też zaczął zdawać sobie sprawę z zalet czaru, który rzucił na sakwę przed wejściem do miasta. „Łatwo tu zostać okradzionym” – pomyślał i wtedy poczuł raptowne szarpnięcie za ramię. Odwróciwszy się, lecz nie wyczuwszy zagrożenia, młodzieniec podniósł powoli wzrok na posiwiałą, starą kobietę w kapturze.



- Drogi panicz życzy sobie, bym mu powróżyła? - Powiedziała wlepiając w Ridiss-a szare oczy.

Kobieta ubrana była w stary poszarpany płaszcz z kapturem, szare oczy, w których tęczówki wydawały się zanikać przyciągały uwagę i zmuszały do zastanowienia. Jej postawa była zachwiana, jednak umysł zdawał się być czystszy niż u nie jednej osoby. Na twarzy widoczne były niezrozumiałe nawet dla kogoś takiego jak Rydiss słowa. „ To musi być jedna z wieszczek tych wiedź, które przepowiadają przyszłość. W sumie to może być ciekawe przeżycie, czemu nie? Czytałem o tym w jakiejś księdze – przypomniał sobie nagle. ” I już miał odpowiedzieć, gdy za plecami rozległ się śmiech po raz kolejny nie wyczuł zagrożenia jednak od tej osoby emanowała szalona aura. Nim się odwrócił usłyszał słowa pełne pogardy:

- Nie wierzyłem, że wyściubisz nos ze swojego małego królestwa - powiedział mężczyzna - a w dodatku weźmiesz udział w tak trudnej misji.

Tymi samymi kamiennymi cegiełkami kroczył teraz wystrojony w złote zwiewne szaty Sigund Kreuzenferg. Długie ciemne kręcone włosy opadające na ramiona, masa kolczyków wisiorków i zdobień. Ten człowiek z pewnością był arogancki i trwonił pieniądze bez potrzeby, o czym zresztą już się młodzieniec Tirio nie raz przekonał. Ta osoba przyprawiała o wstręt. Kontynuował:

- Nie sądzisz, że twój ojczulek zmartwi się, gdy jego synuś... Zginie przypadkiem gdzieś na wschodzie? - Spytał złośliwie idąc spokojnie dalej. - W każdym razie... Do zobaczenia na statku.

- Do zobaczenia. - odparł.

Znikł tak szybko jak się pojawił, z czego akurat Tirio się ucieszył nie miał ochoty na dłuższą pogawędkę, z człowiekiem jego pokroju. Nie chcąc się specjalnie głowić nad nim odpuścił sobie ripostę, choć samo „do zobaczenia” z pewnością doprowadzało go teraz do szału nie był to człowiek opanowany. Odwrócił się z powrotem do wieszczki, która całej sytuacji przyglądała się biernie i odpowiedział na jej pytanie:

- Oczywiście będę zaszczycony, ale jeśli nie było by z tym problemu to chciałbym gdzieś się przejść i popatrzeć na widoki. U mnie w rodzinnym mieście takich nie było niedługo będę musiał stąd odejść. – Powiedział z uśmiechem.

Ruszyliśmy w boczne uliczki portowego miasta, Ridiss obserwował zmianę, jaka zaszła mijając parę uliczek od głównych szlaków. Krajobraz nie był już tak wyśmienity, niektóre domy wyglądały jak ledwo pozbijane deski do tego z użyciem krzywych gwoździ. Dzieciaki w podartych ciuchach krzątające się po szarych biednych uliczkach przyprawiły go współczucie. W końcu ktoś jego pokroju nie musiał się martwić o pieniądze. Jedyne, co się nie zmieniło to zieleń możliwe, że było jej tu więcej i wyglądała lepiej. Wiedźma zaprowadziła go do starego drewnianego mieszkania obrośniętego bluszczem gdzie tylko przez okna przebijał się strumyczek światła. Drzwi zastąpione były starą szmatą. Na środku pokoju, który był holem stały dwa krzesła i stół, który gdy tylko usiedli zachwiał się i zaskrzypiały.

- Jak widzi panicz nasza architektura skupia się tylko i wyłącznie na bogatych mieszczanach my zaś żyjemy w ubóstwie. – Ridiss przytaknął tylko głową, dobrze wiedząc czyja to zasługa. – Ale nie traćmy już więcej czasu. Widzę w twych oczach... – Zaczęła się mu przyglądać bardzo dokładnie - błękitne niebo. Lecisz wysoko, lecz coś dogania cię. Cztery jastrzębie. To zły znak, drogi paniczu. Tam gdzie się wybierasz, będzie cię gnębić niebezpieczeństwo w czterech postaciach. Moja intuicja wskazuje chwalebne zwycięstwo, lecz gorzką nagrodę, czy nawet tragiczny finał. A teraz przyjmij moją radę - jeśli wypływasz na wschód - nie wracaj w te strony. Zdecyduj sam, ale pamiętaj o zaleceniach starej wieszczki.

- Dziękuję – oczekiwał trochę innej odpowiedzi. Chwilę zajęło mu przypomnienie sobie słów z jednej z ksiąg, w tym czasie wieszczka przyglądała mu się bacznie. – Pamiętaj jednak, że przepowiedziałaś jeden z nurtów nigdy nie możemy być pewni, na którym kieruje się prąd rzeki przeznaczenia. Tak czy inaczej będę ostrożny. Do zobaczenia – mówiąc to wcisnął wiedźmie w dłoń pięć kamieni szlachetnych z sakwy i nie czekając na żadne słowa wyszedł. Tym razem podążał w stronę portu całkowicie zadumany, zastanawiał się.

„ Rany ile problemów na głowie. Będę musiał pogadać Ultrich Kreuzenferg, choć raczej z tym nie będzie większego problemu. Dobrze wie, że nie mógłby mnie zabić nawet nie chodzi o fakt, że to trudne samo w sobie, ale o to, że mój ojciec by go zgładził i straciłby łaski cesarza. Jednak ta misja wszystko zmieni, jeśli zginę na niej nikt go o nic nie oskarży, więc będzie zadowolony faktem, że przybędzie mu jedną osobę więcej na pokładzie. Później będę musiał na niego uważać. Równie mały problem powinienem mieć z Renillą jest teraz na służbie i nie może zawrócić zresztą służy nie tylko mojemu ojcu, ale także i mi, więc jeśli odmówię jej groźbom by zawrócić to nie będzie miała żadnego słowa głosu. Choć jej miecz może być później bardzo przydatny. Największy problem będzie z Sigund to człowiek nieobliczalny i w swej nienawiści może zrobić coś głupiego. Hm…, Choć z drugiej strony pochopne ruchy mogą się skończyć tak samo groźnie dla mnie jak i dla niego. No i ta przepowiednia. Nigdy nie wrócić na ojczyste Ziemie? I te cztery jastrzębie tu chodzi o jakieś moje przywary ludzi przedmioty czy może o zdarzenia? „

Nim się spostrzegł był już przy statku z kilkoma żaglami i flagą cesarską na maszcie. Strażnicy przepuścili go, gdy tylko pokazał pierścień książęcy wskazali też kajutę Ultrich-a. Po drodze do kajuty spostrzegł dobrze zbudowanego mężczyznę śpiącego już w dziwnej pozycji opierając się o dębowe deski burty. Wyczuł zapach chmielu. Wszedł do kajuty z zamiarem przekazania mu wiadomości, z której z pewnością się ucieszy. I poproszenia o trzyosobową kajutę, znaczy miał zamiar spać z trzema osobami. Jedną miała być Renilla, gdy tylko ją zobaczę drugą ten śpiący dobrze zbudowany facet, którego chciałem po rozmowie z Ultrich-tem zataszczyć do kajuty. Niech się wyśpi i wytrzeźwieje potem może mieć mniej czasu na to. No a trzecią oczywiście miał zając on sam…
 

Ostatnio edytowane przez Eravier : 17-06-2009 o 20:16.
Eravier jest offline  
Stary 17-06-2009, 23:49   #4
 
Zielin's Avatar
 
Reputacja: 118 Zielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znany
Gloinus siedział rankiem w knajpie i popijał piwo, lecząc syndrom dnia poprzedniego. Pomimo osobliwej migreny wesoło gawędził ze znajomym barmanem. Za drzwiami knajpy co rusz przechodził jakiś wojak, opancerzony niczym mały czołg. Nic dziwnego - wyprawa miała ruszyć niebawem do Zhieloskoju. Do knajpy wpadali co niektórzy z przechodniów, przynosząc coraz to nowsze - i zabawniejsze- informacje na temat wyprawy. Krasnolud nie był w humorze i uśmiechał się tylko przez grzeczność. Od tygodnia, kiedy to goniec z wiadomością przybył do niego, oferując mu wyprawę za ocean wraz z księciem Kreuzenfergiem i obiecując przekazanie dalszych informacji. Czas mijał, a z dnia na dzień Gloin myślał, że książę zapomniał o zasługach starego krasnoluda.


Drzwi ponownie zaskrzypiały. Stał w nich młodzik, na oko w wieku 22 lat. Twarz miał nadal dziecięcą, bez żadnego śladu zarostu. Uradowany, usiadł niedaleko krasnoluda. Z przejęciem opowiadał, jaki to on nie jest i że spróbuje przekonać księcia o przydatności takiego młodzika w jego drużynie. Opowiadał to z niebywałym zapałem. Nie wiedział - bo niby skąd - o strasznych skutkach wojen. Liczył pewnie na darmową wycieczkę i poklepywanie panien po tyłkach. Srogo by się na tym przeliczył.

Krasnolud upił jeszcze jeden łyk piwa, po czym splunął na podłogę.
Podszedł do chłopaka i zasiadł obok niego.
- Młodyś z twarzy i z ducha. Zarostu też nie masz na tym bladym licu. Tyć przecie kobitka w puszcze, nie wojak! - ryknął krasnolud, klepiąc chłopaka po plecach. Ten, o mało co nie wbił się w ladę. Zanim ten zdążył coś odpowiedzieć krasnolud zwrócił się do starego znajomego. - Barman, daj no tu specjalną mieszankę dla naszego wojaka!
- Gloin, czy aby na pewno...
- Napewno, na pewno. Nie bój nic. Skoro idzie na wojenkę jak przystało na faceta, to i pić jak facet też umieć musi. No dawaj to tu!


W czasie kiedy barman udał się na zaplecze, Gloinus sięgnął po opartę przy ladzie tarczę i miecz. Pooglądał je i zapytał:
- Czyja to robota?
- No...tam, kowal w centrum...
- Nie mów nic więcej. Widać,że spartaczona robota!
- Zarobiłem trochę i trochę pożyczyłem, ale stać mnie było tylko na to.
- Już się chłopie nie tłumacz. Taka tarcza lepiej służyć ci będzie jako półmisek do owoców. A ten nożyk nie przekroi nawet bochna chleba! Wykiwano cię, jak nic!
- chrząknął i mówił dalej - Ale, że widzę żeś chętny do wojaczki, a ja mam dobre serce i żal mi się robi takiego młokosa co go stary dziad okantował, daruje ci moje dzieła. Wpadnij na przedmieścia, i zapytaj się o "warsztat Gloina" to ci wskażą drogę, bo ja zaraz lecieć muszę. Tylko upijem jednego, dla świętego spokoju.
Uradowany chłopak z darmowego "ekwipunku" siedział cicho. Obaj czekali na specjał szefa kuchni.

Kilka potrząśnięć, mieszanin i lekkich wybuchów później przed Gloinem postawione zostały dwie szklanice z tajemniczo wyglądająca, srebrnawą substancją. Stuknął się z młodym, który zdążył już złapać swojego "drinka" i wypił jednym haustem. Chłopak próbując także zabłysnąć, powtórzył wyczyn krasnoluda. Rumieńce wstąpiły na twarz, zaszkliły się oczy. Gloin przyzwyczajony do tego "specjału" jako krasnolud nie poczuł praktycznie nic.
Chłopak miał się gorzej i po kilku chwilach zwalił się na ziemię.

Krasnolud kiwną głową. Barman przeszedł przez ladę. Barczysty chłop z niego był, toteż nie miał problemu z podniesieniem chudzielca w pełnej "zbroi", którą to Gloin określał bardziej jako puszkę sardynek. Zaniósł go na górę i po chwili wrócił.
- Kolejny spity przez ciebie klient. - rzucił z wyrzutem.
- Nie narzekaj, stary kutwo, bo wiesz że ci zapłacę za niego podwójnie.
- Po kiego czorta żeś go spijał!?
- Młody jest i mi go szkoda ciutkę. Za dwa dni się obudzi, to my już w drodze będziem. Zdrów będzie to do roboty się w okolicy najmie. Na taką wojenkę to profesjonalistów trzeba.
- "Takich jak ja", pomyślał w duchu.
- To ja się zbierać będę. Ciao! - rzucił kilka złotych monet na ladę i wyszedł z gospody. Tylko nieznacznie było po nim widać stan wskazujący.

Nim minęło południe spowrotem był w swoim sklepie. Skromny budynek z szarej cegły i dachem pokrytym mieniącymi się w słońcu czerwonawymi dachówkami został zakupiony okazyjnie od starego i zmęczonego życiem starca. Od tamtego czasu służył mu za miejsce pracy i domostwo.


Krasnolud żył dostatnio, ale niezbyt pretensjonalnie. Jego fachowe wykonanie oręża i zbroi szybko przysporzyło mu klienteli. Niektórzy wojacy, powracając z wypraw, chwalili jakość jego wyrobów. Kilku nawet twierdziło, że jego dzieła uchroniły ich przed kalectwem czy śmiercią. Krasnolud z grzeczności tylko nie przeczył ich słowom. Większość z tutejszych średnio zamożnych rycerzy to krętacze i łgarze. Nie wątpił, że pragną pochlebstwami przyskarbić sobie jego zaufanie i jednocześnie obniżyć koszty napraw i zakupów. Zdarzali się, co prawda, szlachetnie urodzeni nabywcy, którzy ze szczerością w oczach nabywali kunsztowne tarcze i zbroje, jednakowoż stanowili oni u Umbardze gatunek bliski wyginięciu.
Każdy myślał tylko o swoich zarobkach. Zepsucie społeczeństwa było widoczne w każdym zapyziałym zakamarku tej mieściny. Pomimo pięknej powierzchowności w postaci strzelistych budynków i marmurowych posadzek, na ulicach nie miało się co liczyć na przyjazne spojrzenia. Groźne bandy w zakamarkach tylko czekały na sposobność zdobycia twojej sakiewki. Władze walczyły z tą plagą, ale jako mitycznej hydrze, po usunięciu jednej grupki pojawiało się kilka następnych.

Ruch był mały ostatnimi czasy, bowiem na wojenkę wszyscy się zaopatrzyli wcześniej. Coraz więcej obcych przybywało do Umbardu tego dnia. Trochę zawiedziony, że nie został wybrany do drużyny, już myślał o rozpakowaniu przygotowanego ekwipunku.
Zwlekał z tym do ostatniej chwili, jakby przeczuwając z nadzieją, że jednak uda mu się dostać do drużyny.

Było popołudnie. Kiedy drzwi skrzypnęły, pierwszy raz w dniu dzisiejszym, podniósł z zamyślenia głowę. Do jego sklepu zawitała elfka! Było to zjawisko niespotykane, gdyż mało który z przedstawicieli elfich klanów przybywał do tego miasta w innych celach niż handel zamorski. Ta elfka była jednak jak najbardziej realna.

Mimo iż krasnoludy niezbyt przepadają za elfami, to jednak wytwarzane przez obydwie nacje oręże są porównywalne ze sobą każdym możliwym współczynnikiem. Gloin, któremu w dzieciństwie wpajano powściągliwość w stosunku z przedstawicielami elfiej rasy, z czasem przebywania wśród ludzi zaczął przywiązywać coraz mniejszą uwagę do tego typu spraw.
Widział kilkoro elfów w swoim krótkim - jak na krasnoluda - życiu. Ta elfka była jednakowoż najpiękniejszą z dotychczas mu widzianych. Była blada, miała czarne, może granatowe włosy. Oglądała z zaciekawieniem wyeksponowane przedmioty w zakładzie. Kilka zmierzyła w rękach, a potem z szacunkiem odstawiła. Krasnolud zauważył, że do gustu przypadł jej jego najnowszy "wyrób".


Sama miała na sobie lekką, szarą zbroję i obuch na plecach. "Elficka robota, nie ma co. Dobre wykonanie.", spostrzegł krasnolud po zaledwie chwili przyglądania się.
- Słyszałam o twoim kunszcie, krasnoludzie - odezwała się nagle - ale dopiero teraz zobaczyłam na własne oczy twe dzieła. Robią wrażenie.
Gloin nie ukrywając zadowolenia z pochwały jego wyrobów mruknął coś niezrozumiałego pod nosem w podziękowaniu. Podeszła do niego i sięgnęła do pasa. Wyciągnęła jakiś zwój i bez słowa mu go podała. Była to jakaś wiadomość zapisana pospiesznie, koślawym pismem.

"Panie Whitebeard! Kilka dni temu był u pana goniec z wieścią. Teraz dopiero powiedział mi, że nie przekazał panu ważnych informacji. Tą wiadomość podałem w ręce kapłanki Tyllevare, której ufam. Wyprawa rozpoczyna się dzisiaj o wieczornej porze. Spotykamy się w porcie. Liczę, że pan się zjawi.
Książę Umbardu Karl Kreuzenferg"


Był także dopisek na dole. Pismo było tak koślawe, że prawie nieczytelne. Widać pisane było w pośpiechu. Z trudem odczytał słowa:
"Tak się składa, że kapłanka Tyllevare będzie naszą towarzyszką w misji. Zaprzyjaźnijcie się."

Odchrząknął z zadowoleniem. Wyjrzał za okno. Zaczynało się już ściemniać.
- Niech panienka chwilkę poczeka. - rzucił i już go nie było. W chwilę później zakładał już zbroję i zarzucał plecak na ramię. W pełnym rynsztunku zjawił się w drzwiach, w które wszedł zaledwie chwilę temu.
- Przepraszam za zwłokę. Jako że zaczyna się ściemniać, proponowałbym wyjść już w stronę portu. Mamy chwilkę czasu na "zaprzyjaźnienie się", jak to miłościwy książę raczył ująć.

Krasnolud zamknął szczelnie wszystkie drzwi i okna w zakładzie. Mijając knajpę podrzucił barmanowi "na przechowanie" klucz do domu. Chwilę później szedł ramię w ramię, a raczej - ramię w udo, z piękną elfką, gawędząc na różne tematy. Dość szybko zbliżali się do zakotwiczonego statku w porcie...
 
__________________
Powiało nudą w domu...Czy może powróciło natchnienie? Znalazł się stracony czas? Jakaś nagła zmiana w życiu?
A może jeszcze coś innego?

<Wielki comeback?>

Ostatnio edytowane przez Zielin : 25-06-2009 o 21:10. Powód: Ah ta kosmetyka...
Zielin jest offline  
Stary 24-06-2009, 21:59   #5
 
Mono's Avatar
 
Reputacja: 750 Mono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwu
Samuel był wewnętrznie rozbity… i to dosłownie…

Młodzik stał i z oddali, ukryty w cieniu budynków, obserwował starania do ekspedycji. Nie wiedział, co ma zrobić. Jego zdrowy rozsądek mówił mu, że nie ma czego szukać wśród takich znakomitości na tak niebezpiecznej wyprawie. Jednakże druga część jego, dokładnie ta, która chodzi po burdelach i krytykuje jego dobrą naturę, mówiła mu, iż musi popłynąć, bo tam czekają odpowiedzi, na które czekał całe życie ("no i pewnie można się będzie nieźle obłowić"). Mógł wyruszyć na tą wyprawę i podczas niej zginąć lub nie, ale zostając tutaj nic prócz cierpienia, głodu i śmierci nie czekało na niego na pewno. Rachunek był chyba prosty…

…rozdarty między naturami, wątpliwościami i możliwościami. Decyzja, choć trudna i wymagająca czasu na podjęcie, mogła być tylko jedna – wyrusza na wyprawę.

Samuel podniósł rękawicę rzuconą przez los. Jednako pojawiły się problemy innej materii – ekwipunek. Nie miał on zielonego pojęcia, co na taką wyprawę trzeba zabrać. Miał, co prawda znaleźną, za dużą kolczugę, którą przerobił na własny użytek, miecz półtora ręczny i ten dziwny sztylet, ale obawiał się, że to może nie wystarczyć. Słyszał, że wybrańcy księcia „mają opływać w dostatki i wyposażenie najwyższej jakości”(wyposażenie w dzielnicy portowej kojarzyło się tylko i wyłącznie z przyrodzeniem męskim i wszyscy mówili dziewkom, że mają najwyższej jakości – toteż Sam uśmiał się nie najgorzej), ale wolał się zabezpieczyć na wypadek, iż jest to zwykła zachęta dla niezdecydowanych i z rzeczywistością ma mało wspólnego. Postanowił powęszyć i namierzyć jakiegoś „wybrańca”, a potem podpytać jako zwykły, przygłupi wielbiciel, co też jego „idol” zabiera na tak wspaniałą i niebezpieczną wyprawę.

Zniknął między budynkami… szedł dobrze mu znanymi wąskimi uliczkami. Był ostrożny, wiedział dobrze, iż owe ciasne przejścia są ulubionym miejscem tych, którzy później mówią o sobie w karczmach: „byłem szybszy, chytrzejszy”. Oj tak, łatwo jest tu stracić życie dla czyjejś uciechy, już o dobrach nie wspominając. Kilka razy Sam ominął, co bardziej podejrzanie wyglądający zaułek i w końcu dotarł do karczmy „Pod Ryjem Lochy”. Głos w jego głowie zawsze miał dużo do powiedzenia na temat tego typu nazw nadawanych karczmom. Swoja drogą, kto wymyśla te nazwy? Może niedługo zaczną nadawać nazwy typu: „Przyrodzenie Wielbłąda” albo „Chędożona Maciora” (chyba kiedyś obudził się w burdelu o podobnej nazwie…). Miał na ten temat zawsze dużo przemyśleń i zwad w swojej głowie, ale nigdy nie wypowiadał się o nich na głos – można było kogoś niepotrzebnie urazić, a to może kosztować.

Wszedł do gospody i usiadł w pobliżu baru tak, aby widzieć wszystkich w izbie. Prawie od razu odnalazł swoją „ofiarę”.



Był nią wysoki, barczysty, zakuty w zbroję (i prawdopodobnie o zakutym łbie sądząc po zachowaniu) mężczyzna, choć bardziej wypadałoby powiedzieć samiec, bo albo osobnik był tak brzydki, że aż od niego odrzucało wzrok, albo to nie był człowiek. Ten wraz z teatrzykiem gapiów robiło wokół siebie mały cyrk w postaci popisów i opowieści jak to „uciął głowę smokowi” jak „sam rozgromił trzy tuziny zbrojnych” i tak dalej i tak dalej… Sam wmieszał się w grupę fanów i chwilę po tym żałował tego niezmiernie. Wielkolud ział zapachem piwska, którego sądząc po chwiejnej postawie musiał wypić multum, oraz mieszanki cebuli z czosnkiem, no i chyba swoim naturalnym zapachem zgniłego jaja…

- Jam jest Gorginth Potężnyyyy zbójca dziewic i wyzwoliciel smoooków… i choć jeszczem nie dostał listu, to na pewno Księciu o mnie nie zapomniał – usiadł ciężko na drewnianą ławę i łyknął sporo prosto z dzbana.
- ekheem… szanowny panie ehem Potężny Samuel wyraźnie łechtał próżność jegomościa – cóż zabiera Pan na tak niebezpieczną wyprawę, pewnie specjalnie przygotowany i niezwykły zestaw nietuzinkowych przedmiotów?! Gorginth wyraźnie nie rozumiał większości z tych wyrazów z osobna, nie mówiąc już o zestawieniu słów.
- Jo dobre żelastwo wziąłem sobie, same kurewsko dobre i mocne rzeczy. Dobra miecz, tarcza, zbroja, dobra zapas żywności, …

Gdy Samuel dowiedział się już dość (a rozmówca zasnął) i wyekwipował w to, co uważał, że będzie mu potrzebne (co oczywiście musiał przesiać przez rzeszoto zdrowego rozsądku, bo niby poco byłaby mu kolubryna o 10 calowej średnicy?) była już prawie pora, by ostatecznie się zgłosić w porcie. Zdeponował jeszcze pozostałość pieniędzy w banku zostawiając sobie tylko kilka złotych moment „na wszelki wypadek” i ruszył na przystań. Był zdecydowany. Podszedł do strażników i pokazał list, który w bardzo tajemniczy sposób, o którym wolał nawet nie myśleć, znalazł się w jego posiadaniu. Strażnicy bez słowa go przepuścili.

To miał być nowy początek…
 
Mono jest offline  
Stary 25-06-2009, 20:42   #6
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 192 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
Drobna adnotacja; Kajuty przeznaczone dla was, znajdowały się pod pokładem. Jest pięć trzyosobowych, jedna czteroosobowa i jedna dwu osobowa. Towarzyszy dobieracie sobie samych, ewentualnie z przymusu braku wolnych miejsc.

Rydiss Tirio

Wszedłeś do kajuty książęcej. Pierwsze co ujrzałeś, to Ultricha Kreuzenferga w centrum pomieszczenia. Stał przy biurku zawalonym papierami. Po raz pierwszy dane było ci ujrzeć tego wysokiego mężczyznę, bledszego niż brat, z krótszymi włosami o brązowej barwie i zarostem na twarzy. Jego kajuta była mała, ale pod kilkoma względami przewyższała udogodnieniami Wasze "sypialnie". Przede wszystkim miała większe okna.
Książę nawet nie spojrzał na Ciebie.
- Jestem teraz bardzo zajęty i mam wiele do zrobienia - rzekł szybko przekładając stosy zapisanych papierów i ksiąg. - Zajmij jakąś kajutę, a ja potem wyjdę i powiem parę słów.
Wziął do ręki trzy listy w kopertach. Dopiero wtedy zauważył twoją postać i zatrzymał się.
- Zaraz... nie posyłałem po ciebie, książę Tirio... - jednak szybko wrócił do swojego pierwotnego stanu: - Nie ważne. Jedna osoba więcej nie robi mi różnicy.
Potem lekkim, choć wiele mówiącym gestem, wskazał drzwi, a gdy obaj wyszliście na korytarz, zamknął je na klucz. Szybkim krokiem ruszył na pokład.

Renilli wciąż nie było. Dlatego powróciwszy do Ragatha zdziwiłeś się niezwykle mocno. Stała nad nim dziwna postać w płaszczu z kapturem, spod którego wystawał ptasi dziób. Ta kreatura nachylała się nad śpiącym wojownikiem. Zauważywszy ciebie, zaczęła mówić teatralnym, kobiecym szeptem;
- Spity, śpiący drab... to twój przyjaciel? - zwróciła się w twoją stronę, a potem znów zwróciła się do Ragatha - Obudź się, nędzniku!
Mówiąc to, uderzyła swoją dłonią po twarzy woja. Ragath gwałtownie się zbudził.

Ragath

Zasnąłeś na paczkach, które były dość miękkie, więc musiały wieźć zboże albo coś podobnego. Ze snu zbudziło cię uderzenie w policzek, które orzeźwiło jak... wiadro zimnej wody. Obraz przed oczami dwoił się i gdy wreszcie wrócił do normy, ujrzałeś przed sobą obcego młodzika, a także nietypową postać w habicie, która kręciła z dezaprobatą głową ukrytą za maską okropnego ptaszyska, aby po chwili odejść. Wpatrywali się w ciebie również marynarze roznoszący ładunek i sprawdzający osprzęt. Zapewne śpiący, pijany wojownik będzie dla nich materiałem do rozmów przez najbliższy czas.

Gloinus Whitebeard

Wchodząc na statek, byłeś już z kapłanką Tyllevare zaprzyjaźniony, o ile można było przewidywać oczekiwania księcia. Jak się okazało nie byliście pierwszymi pasażerami tego statku. Już po pokładzie chodziło kilka osób, z których część nie była ludźmi. Pasowałoby tylko znaleźć odpowiednie miejsce w kajucie.
- Dziękuję za towarzystwo, Gloinusie - rzekła elfka i ukłoniła się lekko.
Po czym pomknęła między odwracającymi się za nią marynarzami i zniknęła na schodach.

Samuel Bystry

Gdy dotarłeś do statku - był już niemalże komplet. Tuż obok przebiegł długowłosy szlachcic, którego prawdopodobnie znałeś jako brata księcia Kreuzenferga. Rzucił w twoją stronę badawcze spojrzenie, ale nie zatrzymał się. Zniknął pod pokładem, gdzie prawdopodobnie znajdowały się kajuty.
Wówczas poczułeś zapach zgnilizny. Ktoś przemknął w pobliżu, lekko cię trącając. Z ust tego człowieka rzuciło się słabe słówko "przepraszam". Z zaskoczeniem zauważyłeś, że jest to gnijący, lekko zielonkawy trup, choć jeszcze z bródką i szczątkami szarych włosów. Uginał się pod ciężką, ogromną torbą, z której co chwilę dobywał się szklisty odgłos uderzeń.
Jeśli tak wygląda reszta...

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=CiJGFyLgrjw[/MEDIA]

Gdy wszyscy znaleźliście własne miejsce, a ostatni bohaterowie znaleźli się na statku, kapitan Tyrmefal nakazał odwiązanie lin. Książę zwołał wszystkich na pokład. Teraz mogliście ujrzeć drużynę w jakiej przyjdzie wam żyć przez pewien czas. Dwudziestu wojowników, magów, inżynierów i innych oczekiwało na słowa Ultricha Kreuzenferga. Ten właśnie dał znak kapitanowi, by wyciągnąć kotwicę i rozwinąć żagle. Wreszcie mogliście ujrzeć wspaniałe płótno, lekko wygięte pod wpływem wiatru, ubarwione herbem lilii, czyli rodowym symbolem Kreuzenfergów. Marynarze odepchnęli jeszcze statek od brzegu. Na pomoście i brzegu zebrało się mnóstwo mieszkańców, którzy machali na pożegnanie podróżnikom.
Pierwsze minuty rejsu minęły w ciszy. Pozostał wam tylko ostatnie spojrzenie na ojczysty ląd, który pozostawialiście za sobą. Zachodzące słońce dawało ostatni sygnał pożegnania.


Wówczas na środku pojawiła się skrzynia, gdzie stanął książę Ultrich Kreuzenferg. Zaczął donośnym głosem.
- Oto rozpoczęła się podróż, która będzie dla nas nie lada wyzwaniem. W mojej wiadomości wspominałem trochę o aktualnej sytuacji, lecz było to przedstawione powierzchownie... - złapał oddech. - Płyniemy do Zhieloskoju, gdzie wybuchło powstanie skierowane przeciwko władzy państwowej. Z woli Cesarza mamy swoimi umiejętnościami wspomóc partyzantkę Rajwirda Kravowa i doprowadzić do tronu prawowitego władcę, czyli Ardiejusa Wrogiuszowa. Nasza misja polega głównie na wstępnym rozpoznaniu i zapewnieniu przewagi Kravowa. Po trzech miesiącach Cesarz ma wysłać imperialne wojska w sile pięciu tysięcy żołnierzy. Jest was tak mało, aby nie wzbudzać podejrzeń. Musimy działać po cichu, w przeciwnym razie może dojść do... dyplomatycznych reperkusji. Na razie mam nad wami zwierzchnictwo, ale po przybyciu będziecie podlegać odpowiednim organom, które stwierdzą, że wasze umiejętności mogą przydać się w tamtych okolicznościach.
Zamilkł, po czym mówił dalej;
- Macie prawo do wszystkich łupów, za wyjątkiem tych ważnych dla sprawy dalszej walki. Pamiętajcie, że będziecie podlegać tamtejszym sądom, a więc również zhieloskojskiemu prawu. Jeśli zostaniecie ukarani, nie będę w żaden sposób próbował złagodzić tą karę. A na ten moment mam jeszcze jedną wiadomość. Nim dotrzemy na wschód, muszę odwiedzić wyspę Celmę, na której znajduje się klasztor pewnego zakonu. Mam tam coś do załatwienia, oraz kolejnego uczestnika do zabrania. To byłoby na wszystko. Możecie rozejść się do własnych zajęć. Zaraz powinna dotrzeć do was kolacja. W razie problemów można mnie znaleźć w mojej kajucie, o czym wszyscy pewnie wiecie.
Zszedł ze skrzyni i zniknął.

Powoli rosła ciemność, a niebo powoli zdominowały gwiazdy.

Rydiss Tirio

Szedłeś w kierunku kajuty. Nie widziałeś tam na górze Renilli, więc istniała możliwość, że po prostu się nie stawiła, gdy okazało się, że wyruszyłeś na własną rękę. Nagły rzut o ścianę uświadomił tobie, iż się myliłeś. Uderzenie było na tyle mocne, by zrobić na czole krwiste przecięcie. W ciemnościach poznałeś rozwścieczoną twarz Renilli, która ściskała cię za szyję.
- A teraz... książę... wytłumacz się! - wysyczała.
 
Terrapodian jest offline  
Stary 26-06-2009, 00:19   #7
Inne
 
Col Frost's Avatar
 
Reputacja: 53548 Col Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputację
Z pięknego snu wyrwało Ragatha uderzenie w policzek. Natychmiast się zbudził, jednak zanim doszedł w miarę do siebie musiało minąć jeszcze trochę czasu. Spojrzał tępym wzrokiem przed siebie by stwierdzić, że przypatruje mu się jakiś dzieciuch. Nie bez trudu wstał, spojrzał groźnie na młodzika i miał coś powiedzieć, ale poczuł, że za chwile z jego ust może wydobyć się substancja o wiele gęstsza niż powietrze. Jednym błyskawicznym ruchem obrócił się i wychylił za burtę. Resztki ostatniego posiłku skończyły w wodzie. Miało to jednak swoje dobre strony. Teraz Ragath czuł się o niebo lepiej.

Ponownie sie odwrócił i spojrzał na przyglądającego mu się chłopaka. Bez ceregieli spytał:

- Kto mnie uderzył?!

Młody mężczyzna, najwyraźniej w ogóle nieprzestraszony, odpowiedział spokojnie i kulturalnie. Najemnik spojrzał w stronę odchodzącego, zakapturzonego osobnika. Ruszył natychmiast za nim, lekko chwiejnym krokiem, zostawiając bez słowa młodziana.

- Ej ty! - krzyknął za tym bezczelnym typem. - Do ciebie mówię!

Zebrani na pokładzie ludzie odwracali się w stronę krzyczącego mężczyzny. Zwrócili na niego uwagę niemal wszyscy, tylko oczywiście nie ten w kapturze! W końcu dogonił swój "budzik". Łapiąc go za ramię, odwrócił w swoim kierunku, po czym złapał za fraki i wykrzyczał prosto w... maskę:

- Za kogo ty się uważasz?!

Nie obchodziło go zupełnie, czy ma do czynienia ze zwykłym łazęgą czy z samym imperatorem. Nikt nie odchodzi bez szwanku po czymś takim. Co prawda Ragath nie posiadał jako takiego honoru, ale nie był jakimś pobożnym świętoszkiem by nadstawiać drugi policzek. Postanowił, że złamie temu głupcowi przynajmniej nos.

Postać skryta pod kapturem jednak milczała. Wyglądało na to, że wygląd rozwścieczonego wojownika nie czyni na niej żadnego wrażenia. Najemnik spróbował więc ponownie:

- Słyszysz co do ciebie mówię ty...? - przerwał. Właśnie zorientował się, że trzymana przez niego osoba jest kobietą. Przez chwilę zastygł w bezruchu. Przecież nie będzie bił kobiety i to na oczach wszystkich. Na kogo wtedy wyjdzie? Z zadumy wyrwał go głos:

- Może mnie wreszcie puścisz, łazęgo?

Ragath potulnie spełnił jej życzenie. Ponieważ nie mógł uderzyć tej, która ośmieliła się go spoliczkować wybrał inny cel. Podniósł z pokładu jakąś pustą beczkę, po czym roztrzaskał ją, z krzykiem, o burtę.

- Nigdy więcej tego nie rób - syknął wpatrując się w otwory w masce, za którymi prawdopodobnie znajdowały się oczy tego wrednego babska, po czym odwrócił się i odszedł w kierunku, z którego przyszedł.

Gdy odchodził usłyszał cichy śmiech po swojej prawej stronie. To jeden z marynarzy naśmiewał się z tego żałosnego widowiska. Ragath się mu nie dziwił, gdyby był na jego miejscu zaśmiewałby się do łez, ale w tej chwili jest po drugiej stronie barykady, co więcej zgromadziło się w nim tyle gniewu, że musi dać upust emocjom. Podszedł powoli do śmiejącego się mężczyzny, a potem bez jednego słowa poznał go ze swoją pięścią. Trzasnął raz, drugi, trzeci, aż tamten ze złamanym nosem leżał jak długi na pokładzie. Wtedy powiedział głośno:

- Jeszcze jakieś śmiechy?!

Nikt się nie odezwał, więc ruszył przed siebie...

* * * * *

Po jakimś czasie na środku pokładu z podwyższenia, które było zwykłą skrzynią, swoje przemówienie rozpoczął przywódca tej wyprawy.

- Oto rozpoczęła się podróż [...]

"Kolejne brednie głównodowodzącego. Zawsze mnie denerwowało podczas takich wypraw". Właśnie przypomniał sobie czemu zlecenia dla malućkich tak mu odpowiadały.

Przemówienie księcia w ogóle nie interesowało najemnika. Stał mimo woli, oparty o maszt i ziewał z niewyspania. "Przeklęte ptaszysko" pomyślał.

Tymczasem Ultrich przedstawiał im cel wyprawy. Ragatha w ogóle nie obchodziło kogo ma zabijać, byle zapłata była godna wysiłku. Miał też cichą nadzieję, że na wschodnim kontynencie nie brakuje miejsc, w których można by wydać zarobione pieniądze.

- [...] Macie prawo do wszystkich łupów [...]

"No, wreszcie jakaś ciekawa wiadomość". Teraz już ważniejszą kwestią było kogo się będzie zabijać. Nie chodzi tu o frakcję, a raczej o statut społeczny wroga. Im bogatszy, tym lepiej. Po chwili jednak do głowy Ragatha przyszła myśl, że przecież i tak wszystkie łupy zachowałby dla siebie.

W końcu przemówienie się skończyło i wszyscy, prócz załogi statku, mogli wałęsać się bez celu. Najemnik pozostał na pokładzie, by wiatr do końca go otrzeźwił. Nie cierpiał takiego uczucia. Ani to kac, ani upojenie. "A wszystkiemu winien ten babsztyl".

* * * * *

Wreszcie, gdy większość ludzi już dawno smacznie spała, Ragath ruszył do swojej kajuty. W ręce trzymał butelkę po rumie, którą wygrał od bosmana w kości. Biedny głupek nawet nie zauważył tego ruchu nadgarstka. Sztuczka starego Paranisa nieraz już mu się przydała. Najemnik lekko się uśmiechnął na myśl o dawnym towarzyszu. Zatrzymał go znajomy głos:

- Znowu pijesz śmieciu?

Odwrócił się. Ujrzał postać w czarnym płaszczu, z twarzą ukrytą pod ptasią maską.

- Znowu ty? Czego chcesz? Lepiej uważaj, bo moje nerwy mają swoje granice - zagroził.

- Och, jestem o tym przekonana - odpowiedziała obojętnym tonem. - Byłam po prostu ciekawa co taki nędzarz jak ty robi na tym statku.

- Upija się - odrzekł krótko Ragath i zszedł pod pokład.

Kobieta nie ruszyła z nim. Najemnik po kilku nieudanych próbach znalazł swoją kajutę i szybko zasnął przeklinając "to wredne ptaszysko".

* * * * *

Następnego dnia, gdy się obudził, słońce świeciło już wysoko nad horyzontem, a w kajucie nie było nikogo. "Prawdopodobnie na śniadanie już nie zdążę" pomyślał. Wyszedł na pokład w o wiele lepszej formie, niż był poprzedniego dnia po zbyt wczesnym przebudzeniu.

Gdy tylko stanął obiema stopami na pokładzie usłyszał tubalny głos:

- A oto i nasz postrach kobiet.

Odwrócił się szybko w tamtą stronę. Jakiś dobrze zbudowany facet naśmiewał się z niego. Gdy mu się lepiej przyjrzał, doszedł nawet do wniosku, że pod kilkoma względami przypomina orka. Szkaradny osobnik.

- A ty to kto? Miejscowy bard, że walczysz jęzorem?

Było jasne, że obaj mężczyźni raczej nie przypadną sobie do gustu. Co się za chwilę stanie mogło przewidzieć nawet dwuletnie dziecko. Po kilku kolejnych wymianach zdań Ragath trzepnął Gorgintha prosto w twarz. Ten jednak nie pozostał dłużny i po chwili obaj prali się w najlepsze.

Obaj byli mocno zbudowani, więc mieli kłopot z unikaniem ciosów przeciwnika i właściwie wszystko przyjmowali na twarz, pod żebra, czy gdzie te ciosy padały. Obaj jednak byli wyjątkowo wytrzymali i żaden, mimo wielu rozcięć i opuchnięć, nie miał zamiaru się poddać. Niedługo trwało zanim w ruch poszły deski, beczki i inne podręczne przedmioty walające się po pokładzie. W końcu pierwszy odezwał się ten zwany Potężnym:

- Poddaj się... Jam jest Gorginth... pogromca smoków... - wydyszał.

- Sam się poddaj... Twoje smoki... to ja zjadam na... śniadanie... - odpowiedział mu z trudem Ragath.

- Chyba, że wstaniesz... dopiero na kolację...

- Taa... - przyznał z uśmiechem.

W końcu obaj dali sobie spokój. Wiedzieli doskonale, że trafił swój na swego i nie ma sensu tracić tych resztek sił, które im pozostały. Szczególnie, że pewnie niedługo dostaną reprymendę od księcia. A na to trzeba nawet więcej energii niż na porządną bijatykę...
 
Col Frost jest offline  
Stary 29-06-2009, 16:27   #8
 
Eravier's Avatar
 
Reputacja: 17 Eravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znanyEravier nie jest za bardzo znany
Stare zbutwiałe drewno zatrzeszczało pod naporem siły Rydissa, zaś zawiasy skrzypnęły nieprzyjemnie, uchylając drzwi. Pokój był maławy jednak klimatyczny wszystko było zrobione z drewna, natomiast stare biurko uginało się pod papierami, znad, których Ultrich nie wychylał nosa. Kilka kartek leżało na deskach podłogi, ogólnie w pokoju panował lekki nieład. Skąd Tirio to znał zawsze u niego w pokoju jak i ojca było podobnie tylko brat miał czysto bo po prostu nic nie wypełniał, ani się nie uczył. Właśnie teraz naszło go wspomnienie wieczorów spędzonych przy stertach ksiąg, popołudni na rozmowach o polityce i rankach z mieczem w dłoni i Renillą oraz innymi mistrzami u boku. Z momentu zapomnienia wyrwał go ciężki i władczy ton:

- Jestem teraz bardzo zajęty i mam wiele do zrobienia. Zajmij jakąś kajutę, a ja potem wyjdę i powiem parę słów.– Rzekł przerzucając stertę kartek i dopiero teraz spostrzegł, z kim ma odczynienia. Gdy myśl ta dotarła do niego na jego twarzy wymalowało się zdziwienie i wymamrotał - Zaraz... Nie posyłałem po ciebie, książę Tirio...- Szybko wrócił do poprzedniego stanu i dodał - Nie ważne. Jedna osoba więcej nie robi mi różnicy.

„Jasne, że nie i tak bym z tobą popłynął, co najwyżej straciłbyś trochę czasu. Zresztą to tobie na rękę.”- Pomyślał młody książę. Obaj wyszli powoli z pokoju, który został zamknięty na klucz. Już wypłynęliśmy. Zmierzchało już. Słońce powoli zachodziło, z drugiej strony nieboskłonu natomiast już do połowy wynurzył się księżyc, pomarańczowy księżyc. Tego jesiennego tygodnia był całkowicie w pełni i w połączeniu z najjaśniejszymi gwiazdami, których nie zdołał przyćmić, przedstawiały piękny widok. Rydiss nadal nie spostrzegł Renilli, więc ruszył w stronę pijaczka. Teraz nad głową pijaka stała jakaś tapira dworując księcia zapytała:

- Spity, śpiący drab... To twój przyjaciel? – Już miał jej odpowiedzieć, że tak, gdy ona odwróciła się i ryknęła, uderzając pijaczynę w twarz - Obudź się, nędzniku!

„Co takiego jest w biciu faceta przez babę po twarzy?” Zastanowiał się młodzieniec, ale nie znajdując odpowiedzi zakończył myśli na ten temat. Nie wiedząc jeszcze, że jego też to miało dziś spotkać. Zaraz potem ten pijaczek wstał i dopiero teraz Tirio dostrzegł świetną budowę i rozkład mięśni. Chwilę później wybuchła mała bójka w wyniku, której cała załoga miała ubaw, jeden marynarz złamany nos, a wszystko to przez tego pijaczka. „Łeb to on ma twardy trzeba to przyznać, ciekawe” Parę minut po zajściu Kreuzenferga lunął nam wstępne przemówienie, z którego nawet głupiec zrozumiałby, że to ciężka wyprawa i łupy wydawało się Tirio też nie będą dzielone sprawiedliwie, powtórzył słowa Kreuzenferga w myślach „…za wyjątkiem tych ważnych dla sprawy dalszej walki…” i przetłumaczył to sobie „za wyjątkiem tych potężniejszych i wartościowych”
Teraz niebo przykryte było otoczką tlących się niczym węgliki w ognisku gwiazd. Większość marynarzyz zgrai rozeszła się już. Rydiss oparł się o burtę i podziwiał widoki. Gdy zza pleców usłyszał głos kobiety:

- Ten, kto patrzy gwiazdy nie dostrzega piękna Ziemi – zacytowała fragment starej księgi traktującej o runach.

- Trafniej byłoby powiedzieć morza, choć trafny cytat z księgi Mikhail the Deer… – odpowiedział odwracając się w stronę skąd doszedł go kobiecy głos. Stała tam uśmiechnięta w białym płaszczu kobieta nie znalazłbyś przy niej żadnej białej broni, ale dało się wyczuć silną magiczną aurę.

- Lellonaise Fergendo widzę, że sam książę nas zaszczycił. Tego się nie spodziewałam, w końcu to niebezpieczna wyprawa szkoda przelewać błękitną krew tym bardzie takiemu młodzieńcowi. – Odparła w średnim wieku kobieta.

- Krew jak krew nie widzę różnicy. – Chłodny wiatr popieścił Tirio przedostając się przez szmatki, które miał na sobie – przepraszam, ale powoli robi się chłodno, więc wrócę do kajuty, kiedy indziej dokończymy. – Kończąc ruszył w stronę trzyosobowej kajuty. W sumie chciał się jej już wyzbyć, ale zimno też zaczęło dawać się w znak, więc wykorzystał moment. Zastanawiając się skąd ona wiedziała, że jest księciem, powolnym krokiem dochodził do kajuty, w której miał nocować, gdy mocne uderzenie zachwiało równowagę i książę runął na ścianę. Żelazny uścisk złapał go za szyję dusząc.

- A teraz... Książę... Wytłumacz się! – Wysyczała Renilla wlepiając swoje ponętne kocie oczy w Tirio, zwalniając trochę uścisk

- Masz zamiar mnie zabi… - Nie zdążył dokończyć, gdy uścisk zniknął, Rydiss łapczywie łapał oddech i pocierał szyję jak gdyby głaszcząc ją - Jak widzisz jestem tu, jest to wyłącznie moja decyzja a ty z tego, co mi wiadomo służysz mojej rodzinie – przełkną ślinę - i nie zmienię zdania.

- Wiesz, co ty wyprawiasz? -syknęła - Przez tą wyprawę może już nigdy nie wrócisz w rodzinne strony? W ogóle możesz nie wrócić, nigdzie.- Złapała się za głowę w geście rozpacz - Jesteś chłystkiem do tego upartym, chyba najgorszym uczniem, jakiego mogłam mieć.- Rydiss miał zamiar coś powiedzieć, ale go zamurowało mimo to sprawa i tak była po jego stronie. – Dobrze wiec przyślę do twojej kajuty Ussta. Będzie się Ciebie słuchał i chronił. Ja zaś zgromadzę jakieś informacje o członkach załogi, prawdziwych celach wyprawy i tak dalej. Nie wychylaj się za bardzo i miej oczy szeroko otwarte. – Nie odpowiadając odwróciła się i odeszła.
Tirio ruszył zdziwiony z swojego braku riposty, którymi zawsze odpowiadał i z braku pożegnania, które zawsze mówiła. Trafił do trzyosobowego pokoju z dwoma pryczami miał mieszkać z Pestatosem Bardem i Tygeros, Kallemennemebasem. Wchodząc do pokoju spostrzegł skwaszonego człowieka o czerwonej łusce i szalonego osobnika, Pestatosa, który śpiewał jakąś sprośną piosenkę na gitarze. Parę minut później do pokoju wtargnął wielki tygrys, który usadowił się obok łóżka księcia.Tirio przedstawił się jako pogromca zwierząt i zaklinacz. A miał z nimi spędzić trochę czasu, gadanie barda jego muzyka nie przeszkadzało mu to wręcz odwrotnie czasem jego chore pomysły wydawały się mieć sens. Milczenie czerwono skór ego było czasem frustrujące, ale przeważnie wtedy włączał swoje wgadanie aktor, więc cały następny dzień minął spokojnie.

Drugiego dnia Tirio zobaczył początek bójki znanego mu już pijaczka i napalonego wojownika. „To jest moja szansa te informacje mogą być przydatne” Staną z daleka obserwując całe zajście a jego oczy błękitne poruszały się z zawrotną prędkością śledząc walkę, każdy cios, pchnięcie, unik rejestrował i analizował każde nawet niewidoczne ruchy aż do samego końca. " Dobrze to mogą być bardzo przydatne informacje " Przez cały ten czas nie widział Renilli zastanawiał się czy coś się jej stało, ale tygrys u boku by chyba coś wyczuł.
 
Eravier jest offline  
Stary 30-06-2009, 14:22   #9
 
Zielin's Avatar
 
Reputacja: 118 Zielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znanyZielin wkrótce będzie znany
W momencie, w którym obydwoje dotarli na statek, krzątanina działa się w najlepsze. Przenoszenie koszy i skrzyń z prowiantem poprzez grupkę zorganizowanych marynarzy było jak najbardziej na miejscu. Podobnie jak ostateczne wiadomości synoptyczne i poprawki kursu względem panujących prądów morskich.
Typowy wygląd statku przed odbiciem od brzegu psuł jedynie osobnik rasy ludzkiej o aparycji, którą wprawiony w alkoholowych bojach krasnolud określić może jako menel lub kloszard. Pijany człek zasnął przy burcie. Po chwili jednak, po uprzedniej interwencji zamaskowanego osobnika, wyglądał na w miarę otrzeźwiałego. I wściekłego niemiłą pobudką.
Po krótkiej, acz intensywnej wymianie zdań z ową zakapturzoną osobą, którą to zwrócił uwagę całego okolicznego towarzystwa, i ukazaniu swoich "argumentów" jednemu ze śmiejących się marynarzy, wojowniczo nastawiony pijaczek odszedł sobie.

- Dziękuję za towarzystwo, Gloinusie - rzekła elfka i ukłoniła się lekko. Na jej twarzy nie było widać nawet krzty zażenowania odegraną tu scenką. jakby był to dla niej chleb powszedni.
- Cała przyjemność po mojej stronie, Serve Tyllevare - odrzekł, lekko się przy tym kłaniając.
Dostrzegł jeszcze przyjazny uśmiech na jej twarzy, tuż przed tym, jak pomknęła w dół schodów.

Krasnolud, nie mając nic do roboty, postanowił jeszcze przez chwilę poobserwować panujący tłok. Samo przebywanie na statku dawało mu świadomość o jego ważnym udziale w wyprawie. Przystanął przy burcie, trochę dalej niż uprzednio leżał zapijaczony mężczyzna, po czym zrzucił plecak i przysiadł na drewnianej skrzyni.
Siedział, wpatrując się w kładkę. Coraz więcej osób przychodziło do portu, aby pożegnać wypływających. Wojacy, tak jak sądził Gloinus, w większości ludzie, coraz częściej stawiali się na pokładzie, lecz równie szybko co się pokazywali, znikali na schodach, które, jak sądził prowadziły wgłąb statku wprost do ich kajut.
Z zamyślenia wyrwał go cichy skrzyp. Powstał szybko, jakby skrzynia zaczęła parzyć go w cztery litery. Szczęście, że zorientował się szybko. Wspaniała robota dekarza i wyczulone zmysły uchroniły go od spędzenia reszty podróży w niewygodnej pozycji. Lub co gorsza, stając się tematem szeptów i śmiechów na pokładzie. O nie, tak by być nie mogło. Musi im wystarczyć ten spity człowieczyna.

Powstawszy więc i rozprostowawszy kości, zarzucił plecak na jedno ramię i ruszył ku schodom prowadzącym do kajut...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Stanąwszy na końcu docelowej trasy, krasnolud usłyszał gwar rozmów. Wywnioskował więc, że trafił właściwie. Rozpocząć poszukiwania kajuty, czas zacząć!
po obu stronach korytarza było umieszczonych kilkanaścioro drzwi. niektóre były otwarte, inne zamknięte tak szczelnie, że nawet między szparami nie przedostawało się żadne światło, jeszcze inne miały w swoich zamkach klucze. Tych ostatnich było jednak niewiele, może ze dwie, w całym gronie kilkunastu kajut. Wywnioskował więc, że są to tzw "książęce kwatery". Postanowił więc ich nie ruszać.
Gloinus podszedł do pierwszych drzwi. Okazały się zamknięte. Odwrócił się na pięcie i szarpnął za uchwyt u drzwi naprzeciwko. Otwarły się cicho, a jego oczom ukazały się cztery osoby rasy ludzkiej.
"Nieznane twarze. Czyli pijaczek śpi gdzieś indziej" pomyślał. Burknął krótkie "Przepraszam, pomyłka" i już zamykał za sobą drzwi.

Miast konsekwentnie dążyć od drzwi do drzwi, Gloinus podszedł do tych środkowych, w lewej ścianie korytarza. Uchylił je ledwo, a jego nozdrza podrażnił zapach zgniłego trupa, zmieszanego z czymś w rodzaju wywaru czy perfum. Oczy zaś dopiero po chwili ujrzały właściciela "małego alchemika", jakim był nieumarły. Przyzwyczaił się do tego typu widoków, ale zapach zawsze wzbudzał w nim obrzydzenie.
Alchemik, zajęty swoją zabawą, nawet nie zauważył krasnoluda w drzwiach. Zajmował on dwuosobową kajutę, a połowa wolnego miejsca przy ścianie była zajęta właśnie przej jego przenośnie laboratorium. "Chyba nie szybko trafi mu się współlokator" pomyślał Gloinus i równie cicho jak otworzył, tak i teraz zamknął drzwi do jego kajuty.

Dopiero po kilku głębszych wdechach pozbył się mdłości, ale nieprzyjemny smrodek pozostawał do trzech czwartych długości korytarza.
Otworzył jedne z drzwi znajdujących się na końcu. Jego oczom ukazał się pokój z dwoma kojami i hamakiem, na który zarzucono jakiś płaszcz. Na stoliku paliła się świeczka. Właściciela płaszcza nie było, ale to i lepiej dla krasnoluda. Szybko zajął dolną koję, rzucając na nią swój plecak.
Posiłował się troszkę z butami i resztą zbroi, po czym ustawił je obok tarczy i nieodłącznego topora "domowej" roboty. Był zmęczony, i chętnie by się przespał, ale książę miał, z tego co usłyszał przez któreś drzwi, coś powiedzieć. Wypadałoby się więc stawić.
Zostawił plecak, aby upewnić się, że nikt nie zajmie jego koi, po czym ruszył spowrotem na pokład...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Pierwsze minuty rejsu minęły w ciszy. Część osób z tęsknotą zwróciła się w stronę ojczystego lądu. Nikt nie zauważył, że na środku pojawiła się masywna skrzynia. Stanął na niej książę Ultrich Kreuzenferg. Odchrząknął, żeby zwrócić uwagę wszystkich podróżników na jego osobę po czym zaczął doniosłym głosem.
- Oto rozpoczęła się podróż,...
Gloinus stał na samym końcu całej zbieraniny, przyszedł bowiem najpóźniej ze wszystkich. Jego wzrost ani też podszeptywania w trakcie przemowy nie pomogły mu wcale w pełnym wysłuchaniu jej. Rozróżniał jednak większość słów, więc siedział cicho.
-Płyniemy do Zhieloskoju, gdzie wybuchło powst... - ktoś głośno zaczął kaszleć i charczeć, prawie uniemożliwiając krasnoludowi poznanie dalszych szczegółów -...Cesarza mamy swoimi umiejętnościami wspomóc partyzantkę Rajwirda Kravowa i doprowadzić do tronu prawowitego władcę, czyli Ardiejusa Wrogiuszowa.
Znowu jakiś kaszel, czy może charkot. Sam nie wiedział jak to nazwać, ale sam fakt że gość przeszkadza okropnie go irytował. "Jak jesteś chory to się bucu lecz! A nie się na statek zabierasz!" przeszło mu przez głowę. Na szczęście w porę ugryzł się w język i słowa te nie wydobyły się z jego krtani.
- Jest was tak mało, aby nie wzbudzać podejrzeń. Musimy działać po cichu, w przeciwnym razie może dojść do... dyplomatycznych reperkusji. Na razie mam nad wami zwierzchnictwo, ale po przybyciu będziecie podlegać odpowiednim organom, które stwierdzą, że wasze umiejętności mogą przydać się w tamtych okolicznościach.
Książę zamilkł na krótko, najwidoczniej dając czas do przyswojenia sobie uzyskanych informacji. Zaraz jednak rozpoczął swoją przemowę dalej:
- Macie prawo do wszystkich łupów, za wyjątkiem tych ważnych dla sprawy dalszej walki. - słowa te dały krasnoludowi niemałą radość. Nie dość, że wyrusza na epicką przygodę, to jeszcze prawie całe kosztowności i zdobyte skarby będą należeć do niego.
- Jeśli zostaniecie ukarani, nie będę w żaden sposób próbował złagodzić tą karę. A na ten moment mam jeszcze jedną wiadomość. Nim dotrzemy na wschód, muszę odwiedzić wyspę Celmę, na której znajduje się klasztor pewnego zakonu. Mam tam coś do załatwienia, oraz kolejnego uczestnika do zabrania. To byłoby na wszystko. Możecie rozejść się do własnych zajęć. Zaraz powinna dotrzeć do was kolacja. W razie problemów można mnie znaleźć w mojej kajucie, o czym wszyscy pewnie wiecie.
Ultrich Kreuzenferg zszedł ze skrzyni i zniknął na schodach prowadzących do kajut.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Kolacja, tak jak zapowiedział książę, zaraz do nich dotarła. Krasnolud zjadł ją na pokładzie, dopiero później oddał talerz do mesy i zszedł do kajuty. Czuł jeszcze smak kolacji, gdy trafił spowrotem do kajuty. Na hamaku, na którym leżał uprzednio płaszcz, spał... jaszczuroczłek. Przedstawił się tylko jako El'Ruu Kururi , po czym odwrócił się na drugi bok i szybko zasnął.
Gloinus, powłócząc nogami, podszedł do dolnej koi. Zestawił plecak na ziemię i uwalił się na swoje posłanie. Usłyszał skrzypienie na górnej koi. "A więc przybył i dodatkowy pasażer do tej kajuty. Ciekawe kto to?". Zaciekawienie nie mogło jednak równać się jego zmęczeniu, toteż przy akompaniamencie basowego chrapania z górnej koi Gloinus zanurzył się w ciemną otchłań snu...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Piękny sen o tańcujących dziewkach w sadzie, rzeczce o winopodobnym kolorze wody i lekko przygrzewającym słoneczku został przerwany. Winowajcą okazała się być czyjaś broda!
- Niemożliwe! Co za skur... - nie dokończył zdania. Długie brody nosili tylko starcy albo... tak, albo krasnoludzi. Odgarnął zwisający fragment brody i powstał, prawie potykając się o zrzucony wczorajszego wieczora plecak. Na górze zobaczył kogoś, o podobnych gabarytach do niego. A więc jednak jakiś rodak trafił się wreszcie. Gloinus był przeszczęśliwy.


Pomimo, iż leżał odwrócony do niego plecami, z łatwością rozpoznał tegóż jegomościa. Walnął go w plecy tak mocno, że tamten powinien wypluć płuca, a tymczasem on tylko podrapał się po plecach, rozbudzając się lekko.
- Co za cep budzi mnie w środku pięknego snu. Racz się odezwać, chyba że do końca życia wolisz zajmować stanowisko eunucha!- rozległ się spod skołtunionej brody.
- Wstawaj, ścierwojadzie niemyty. To ty mi sen przerwałeś swoją kępą na brodzie, której to nawet zarostem nazwać nie można. Wstawaj no wstawaj, rudzielcu, bękarcie jeden. Z ciebie krasnolud jak z koziej dupy trąba!
Wyraźnie zezłoszczony, żeby nie powiedzieć - wkurwiony, tamten przetarł oczy. Zamierzał się właśnie z pięścią, gdy wreszcie wyraźnie ujrzał znajomą, śmiejącą się twarz.
- Niech mnie kule biją, Gloinus!
- Aldrim, stary druhu! Dobrze mieć cię przy sobie w takiej wyprawie.
- Myślałżem że ni krasnoluda tu nie spotkam.
- Podobne i moje odczucia były. Złaź no szybko, już ranek. Idziemy się napić!


Wystarczyło wspomnieć o alkoholu, a Aldrim z szybkością błyskawicy stanął na nogi. Razem z Gloinusem wyszli z kajuty, zostawiając nieposłane koje i jaszczuroczłeka śpiącego w hamaku...
 
__________________
Powiało nudą w domu...Czy może powróciło natchnienie? Znalazł się stracony czas? Jakaś nagła zmiana w życiu?
A może jeszcze coś innego?

<Wielki comeback?>
Zielin jest offline  
Stary 03-07-2009, 00:09   #10
 
Mono's Avatar
 
Reputacja: 750 Mono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwuMono jest godny podziwu
Sam od chwili, gdy tylko wszedł na statek stał z boku wszystkiego podpierając jedną z burt. Nie zainteresował się nawet bardziej tym, co mówił Książe z beczki (szkoda, że nie z bajki). Czuł się nieswojo na statku, co prawda nie miał choroby morskiej, ale i też nie o to chodziło w owym dyskomforcie. Był zwykłym człowiekiem, o ile można tak powiedzieć o kimś z dzielnicy portowej czy też o osobie mającej jego „przypadłości”, a wszyscy jego kompani byli już „kimś”. Zasłużeni, znani, lubiani lub też nie, ale na pewno szczególni i niezwykle wartościowi w takiej wyprawie. Młodzik nawet po odcumowaniu i wypłynięciu łodzi z portu, długo zastanawiał się czy zrobił dobrze zgłaszając się na tę wyprawę. W jego głowie powstawały pytania, wątpliwości, podejrzenia, na które odpowiadały szydery i kuszenia, na które by odpowiedzieć potrzebował notatnika i chwili dla siebie. Gdy tylko Samuel zajął jedną z wolnych jeszcze, trzyosobowych kajut, od razu wziął się za pisanie.





Gdyby widział go ktoś w tej chwili uznałby pewnie, że jest pilnym studentem tylko sobie wiadomych zapisków czy też skrybą z szaloną iskrą w oku spisującym jakieś koleje losu. Prawda jest jednak dużo bardziej skomplikowana… prawda, o której nie chce mówić i nie mówi Bystrzak nikomu.

Gdy tylko Samuel usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi zamknął pośpiesznie gruby notatnik. Zatrzaskując zamek wbudowany w grubą skórzaną okładkę. Powiedział jeszcze półgłosem jakby sam do siebie:

- Obyś miał racje.

Sam podniósł wzrok i zobaczył jegomościa, który chyba, tak jak on, stara się znaleźć właściwą sobie kwaterę.



Miał płytowy, lśniący pancerz z wielkimi, niejako nad wyraz dużymi, naramiennikami i rudą (kiedyś dawno, dawno temu zapewne czerwoną) pelerynę. Nieuporządkowana fryzura tworzyła wraz z bujną brodą swoistą dżunglę, w której głęboko skryte były oczy. Niezwykle łagodne, ale i przenikliwe. Całość sprawiała wrażenie karykatury człowieka.
Pierwszą myślą Bystrego było: „Ło jak on w ogóle w tym wszystkim chodzi”

- Czyś mówił do mnie o zacny? Bom nie pojął, w czym ową rację bym miał skorom jeszcze nie zamienił z tobą ani zdania.

W głosie mężczyzny wyraźnie dało się słyszeć, rzadką w obecnych zepsutych czasach, sztukę pięknego wysławiania się. Nie da się ukryć, że było to miłe zaskoczenie dla ucha Młodzika wychowanego w miejscu, gdzie powiedzenie „kurwa” można by odebrać jako pochwałę twojej matki, a „sarni wypierdku” słyszy się tak samo często jak słowo „piwo” w gospodzie. Tak piękna mowa była zjawiskowa nawet tutaj – na statku pełnym ludzi „z górnej półki”. Samuel dokładnie słucha i obserwuje ludzi, przysłuchiwał się początkowo także księciu, a także jego świcie, ale nawet oni przy jegomościu wyglądaliby jak podwórkowi chłopcy.
Otrząsnął się ze zdziwienia.

- Powiedzmy, że mówiłem sam do siebie. Głośno myślałem. Nazywam się Samuel Bystry i miło mi poznać Cię Panie. Czy masz zamiar się umościć w tej kajucie? Będę niezwykle rad.
- A tak, właśnie szukałem odpowiedniego miejsca na spoczynek. Czemu by nie tutaj? Nazywam się Shawras Genzuedo i jestem inkwizytorem, srogim tępicielem zła w postaci jego wyznawców, demonów, sukubów, chedolików, truposzy, liszajów, obratwańców i finów, a także każdego innego szarlataństwa… - wymieniając te wszystkie, jak to on określił, „szarlataństwa” było słychać srogość i pasje w głosie tego rosłego mężczyzny, srogość i pasje, które nie kłamiąc, aż przeraziły Młodego. Sam zdobył się na niewiele by to skwitować:
- eeeeeeeee ta jasne… naturalnie. Zło trzeba tępić! Choć osobiści uważam, że życie nie jest tylko czarne lub białe – ma także odcienie szarości, a więc nie można często określić, co jest złem samym w sobie, a co złem dla mniejszego zła. – zląkł się gdyż mina inkwizytora wyraźnie stężała pod grubą warstwą włosów. Dodał pospiesznie. – Tak ja uważam. Każdy ma przecież swoje prawdy i swoje demony.
- Racji masz dużo młodzieniaszku, nie głupiś i nie ślepyś jak wielu starszych od ciebie mężów. Doceniam to. Jednakoż zapewniam, że potom ja szkolony i w tajne arkana wprowadzany, byś ty miał głowę lżejszą i mniej zajętą. Niemniej imponuje mi twa otwartość umyślunku. Mogę ubogacić cię wiedzą podczas naszej podróży o ileż ty będziesz tego chciał i lotny umysł…

Samuel nie słyszał już ostatnich słów Shawrasa. Poczuł uderzenie gorąca i usłyszał szmer… nie, nie szmer, ale chichot! Oczy mu poczęły zmieniać kolor z jego zwykłego koloru piwa do jasnego beżu z małymi przebarwieniami lekkiego jak chmura błękitu. Zaczął odczuwać skrajną senność – wiedział, co to oznacza i że musi szybko zakończyć rozmowę. W głowie usłyszał: „słabniesz mistrzuniu”. Wzrok Sama stawał się coraz bardziej zmęczony tak jak i powieki, a w członkach zaczynało być coraz mniej sił. Musiał działać szybko.

- Przepraszam Cię mości Panie inkwizytorze. Na dziś musimy jednak zakończyć nauki i rozmowy, gdyż moje ciało i umysł domaga się należnego odpoczynku. Przepraszam za to. Rad jestem, że cię poznałem i liczę na rozwinięcie rozmowy jutro. – W czasie tych kilku zdań kilkakrotnie głowa Samuela opadła i resztką sił została podniesiona, by wedle zasad, rozmawiając z kimś uczonym czy też wysokiego stanu nie okazać mu braku należytego szacunku. Musiał także szybko coś wymyślić, by mężczyzna mu pomógł, musiał… – Mam jednako prośbę: czy mógłbyś skrępować mnie do snu? Tak mi nakazują śluby, by idąc na spoczynek „nie mieć komfortu i głosu” – zacytował nieistniejącą regułę. Inkwizytorzy, to po części duchowni i ludzie honoru, musiało zaskoczyć…

Genzuedo stężała mina, ale spełnił osobliwą prośbę Bystrego. Młodzik nie wiedział czy czegoś się domyśla, nie obchodziło go to teraz. Obchodził go jedynie chichot i rosnący potok słów w jego własnej głowie...
 

Ostatnio edytowane przez Mono : 03-07-2009 o 10:04.
Mono jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 05:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169