Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-09-2009, 23:06   #1
 
Endless's Avatar
 
Kroniki Neverendaaru

Neverendaar, przepiękna kraina, znajdująca się w świecie pomiędzy pozostałymi wymiarami. Jest to kraj zamieszkiwany przez starożytną i potężną rasę Nieskończonych, skrzydlatych istot o wielkiej mądrości i wręcz legendarnej sławy. Stworzeni przez bogów na swoje podobieństwo, Nieskończeni w wielu światach myli się z aniołami. Skrzydlaci posiadali moc kształtowania nowych wymiarów, ale stali też na wiecznej straży harmonii we Wszechświecie. Największym monumentem skrzydlatej rasy stało się Minas’Drill, stolica Neverendaaru, zwana Miastem Wrót, z powodu wielu bram łączących świat Nieskończonych z innymi wymiarami.
Samo miasto było największym zbudowanym przez jakąkolwiek rasę. Stworzono je na planie koła, dzieląc na cztery dzielnice. Każda z nich należała do innej kasty.
Dzielnica Północna należała do Kasty Wody; wznosiły się tam piękne wieże i kamienice, biblioteki, świątynie, sklepy i pałace należące dla szlachetnych rodów Kasty.. Każde spragnione piękna oko było zaspakajane przez zachwycające ogrody i fontanny na placach świątynnych. W centrum dzielnicy wznosiła się ogromna wieża, zwana Latarnią Neptuna. Była to nie tylko wieża, ale i ogromna fontanna, z której pochodziła cała woda Minas’Drillu. W jej wnętrzu znajdowała się Wielka Świątynia Wody, a także najstarszy i największy księgozbiór Nieskończonych, będący popularnym celem przybycia do Neverendaaru dla wielu magów i istot spragnionych wiedzy.



Południową część miasta zajęła Kasta Ognia. Ta dzielnica była domem dla wszystkich kowali, płatnerzy i rzemieślników. Oprócz wspaniałych kuźni i warsztatów wznoszono tam koszary szkolące obrońców miasta i gwardzistów. W miejscu tym dominowały odcienie czerwieni, pomarańczy i miedzi. Doskonałe miejsce dla kogoś, szukającego magicznego ekwipunku Nieskończonych. Wartym wspomnienia miejscem w tej części miasta był Wielki Komisariat, potężna budowla, w której mieściła się kwatera główna straży miasta i więzienie dla przestępców.



Zachodnia dzielnica była zdecydowanie najbardziej zdumiewająca. Większość tamtejszych budowli (głównie strzeliste wieże i zachwycające pałace) była zawieszona w powietrzu. Nie było to przeszkodą dla mieszkańców, ponieważ wszystkie struktury były ze sobą połączone siecią magicznych tuneli. Zachodnią dzielnicę zamieszkiwali przedstawiciele Kasty Powietrza – podróżnicy, wynalazcy, zwiadowcy i magowie. Najokazalszą z budowli dzielnicy była rezydencja rodu Shiro’Ahk. Był to wielki, zdobiony z przepychem pałac należący do najstarszego i najpotężniejszego rodu Kasty Powietrza. Ród Shiro’Ahk mógł się pochwalić wielowiekowym mistrzostwem w kontroli żywiołu powietrza, a jego członkowie z dumą rozpościerali swoje białe skrzydła. Niektórzy podejrzewają, iż Shiro’Ahk szkolą tajnych agentów dla samego króla Nieskończonych!



I wreszcie Wschodnia Dzielnica, przydzielona Kaście Ziemi. Większość mieszkańców tej części miasta była budowniczymi, inżynierami i wynalazcami. Stały tam wiekowe warownie należące do klanów Ziemi, warsztaty i targi. Centrum dzielnicy był kwadratowy plac z litej skały, z którego wyrastało ogromne drzewo Tanowu, którego żółte liście spokojnie opadały na ziemię. Było to swoiste miejsce kultu dla wielbicieli natury, gdzie, jak wierzono; narodzili się Nieskończeni.



Nieoficjalnie istniała także piąta dzielnica, ale o niej mówili nieliczni. W samym środku miasta, tam gdzie spotykały się wszystkie cztery dzielnice znajdowało się tak zwane „Złote Serce Minas’Drillu”. Nazwano tak olśniewające wieże pnące się ku niebu, w których mieszkali i medytowali Celestianie, Ci Którzy Doznali Oświecenia. Byli to najwyżsi kapłani i arcymagowie. Zamieszkiwali także Diulern, Dom Króla. Było to największe osiągnięcie architektury skrzydlatej rasy – cudowny pałac, unoszący się nad Placem Wymiarów, miejscem, na którym stawiano wszystkie bramy międzywymiarowe. Diulern był najbogatszym pałacem w mieście, co dało się poznać po jego centralnej kopule, wykonanej z Neentalhu, minerału przypominającemu diament, lecz o złocistej barwie. Do siedziby króla były połączone także mniejsze, ale równie wspaniałe pałace. Mimo swojej złocistej poświaty, Diulern nie jest bezpośrednią przyczyną dla którego miejsce to nazywa się „Złotym Sercem”/ Wysoko, nad innymi wieżami pałacu wznosiła się największa wieża miasta. Była to Latarnia Źródła, z której na miasto padały złociste promienie Źródła, potężnego reliktu, z którego skrzydlaci czerpali moc. Źródło pomagało także zagubionym w wędrówce między wymiarami trafić do bezpiecznej przystani. Tak prezentowało się Miasto Bram wewnątrz swych murów.
Jak wszyscy wiedzą, nad tak wielką cywilizacją ktoś musi czuwać. Najwyższym władcą Nieskończonych był Wieczny Król. Od początków cywilizacji, Królowie pochodzili z jednej dynastii, a te zmieniały się z biegiem czasu. Chociaż w historii Nieskończonych nie było ich zbyt wiele ze względu na ich długowieczność, to teraźniejsza dynastia była szóstą. Obecnie nad Neverendaarem panował Błękitny Król, Aquarius, syn Sin’Dorei’a i Celuny. Wybrał on spośród czterech kast, przywódców: Mizoira kapłana Kasty Wody, dowódcę straży Ryuukena z Kasty Ognia, Shirou Shiro’Ahk księżną Kasty Wiatru i Toh’otha wielkiego architekta kasty Ziemi. Razem z nimi tworzy Radę Pięciu, najwyższy organ władzy w świecie Nieskończonych. Głównym ich celem nie było tylko sprawowanie rządów, ale także tropienie i eksterminacja wszystkich Upadłych, którzy stanowili zagrożenie dla ich świata.
To zadanie było tym bardziej istotne, ponieważ nad Neverendaarem cień kłady mroczne czasy. Świat ten będzie wkrótce potrzebował bohaterów, istot które poświęcą swoje życie w walce z nadciągającym złem. Złem, które od dawien dawna Nieskończeni próbowali unicestwić…

***
 

Ostatnio edytowane przez Endless : 28-09-2009 o 14:58.
Endless jest offline  
Stary 26-09-2009, 19:33   #2
 
Garzzakhz's Avatar
 
Ughrryyyyyyyyyyyyyyy, wymiociny Agromannara rozchlapały się na bruku placu.

Jak ja nie cierpię astralnych podróży - pomyślał półwampir, podnosząc się z klęczek na nogi. Otarł twarz z zielonego szlamu i rozejrzał się po okolicy.

- O kurwa - powiedział widząc ogromne, przepiękne, złote zamczysko nad sobą. Agromannar nie widział jeszcze tak pięknej budowli. Świat z którego pochodził był brudny i brzydki, a tu na wejściu coś takiego. Rozczulał się jeszcze chwilę nad tym widokiem po czym ruszył miastem. Budynki, które widział były także przepiękne lecz nigdzie nie wiedział już tak pięknej budowli jak tamten zamek. Całe miasto było cudowne. Miało budowę platformową, tak jak miasta w jego rodzimym planie. Agromannar zmierzał na miejsce spotkania we wschodniej dzielnicy. Choć miał mapę, którą wysłał mu pracodawca to i tak miał problemy z dojściem do wyznaczonego miejsca. Miasto było tak ogromne że mimo mapy trafienie na wyznaczony obszar zajęło mu ponad godzinę. Agromannar nie chciał rzucać się w oczy dlatego nie pytał się o nic przechodniów. W końcu każda osoba którą widział i mógł zaczepić mogła być jego przyszłym celem. Gdy stanął na jednym z placów. (Na tym na którym miał umówione spotkanie). krasnoluda, od którego dostał zlecenie jeszcze nie było. Półwampir siadł więc na kamiennej ławie owinął się płaszczem i oczekiwał.
 
Garzzakhz jest offline  
Stary 27-09-2009, 11:37   #3
 
Pyetem's Avatar
 
Przesunął żelazną zasuwę po czym zabezpieczył ją małą ale dosyć starannie wykonaną kłódką. Upewnił się, że drzwi są zamknięte po czym wrzucił mały kluczyk do kieszeni spodni. Spojrzał na okna swojego domu upewniając się, że zostawił je tylko lekko uchylone po czym poprawił kapelusz i wtopił się w tłum innych, podobnych mu, skrzydlatych istot. Jego po części warsztat, po części dom znajdował się w jednej z małych rzemieślniczych uliczek. Tłumy różnych istot niemal rozrywały ją przez co sam musiał lawirować pomiędzy mijającymi go sylwetkami. Wszyscy zajęci swoimi sprawami, wszyscy zmierzający w swoich kierunkach. Istny tętniący życiem chaos. Teraz on sam zmierzał w swoją stronę przedzierając się z trudem pomiędzy ciasnymi zaukami dzielnicy rzemieślniczej. No po prostu pięknie tutaj po południu, nic innego tylko wziąć nóż i się pochlastać- wycedził ironicznie przez zaciśnięte zęby. Dotarł w końcu gdzie chciał, przypłacił to jednak sporą plamą potu na plecach. Ogromne targowisko rzemieślnicze witało go swoim szyldem "Od rzemieślników dla rzemieślników" Tak, zdecydowanie to miejsce było najbardziej przyjazne w całej dzielnicy. Zasługą tego był pewnie fakt, że tutaj można było spokojnie odkleić ręce od spoconego ciała i swobodnie przemieszczać się po targowisku bez ciągłego zgniotu. Poza tym powietrze było jakieś mniej gęste co było ważne kiedy słońce dawało się we znaki. Zaczął obchodzić kramy i stoiska z różnymi narzędziami dla rzemieślników. W końcu trafił na osłoniętą część targowiska. Tak! Cień i świeże powietrze prosto z wystawy pełnej autonomicznych wiatraków, w sam raz dla Twojego warsztatu! Nie mniej jednak nie po to przyszedł, a szkoda, przydałoby mu się. Po chwili zobaczył to czego szukał. Przyśpieszonym krokiem ruszył w stronę małej wystawy...
 
Pyetem jest offline  
Stary 27-09-2009, 11:45   #4
 
Sorix's Avatar
 
-Oh! - Westchną Moran patrząc na rezydencje rodu Shiro’Ahk, Bywał tu już setki razy, lecz zawsze budowle Minas’Drill'u, szczególnie ta, wzbudzała w nim podniecenie.
Szedł na tyle szybko, na ile pozwalał mu wielki wózek, w którym było niewyobrażalnie wiele skór. Były tam skóry wilków, niedźwiedzi, wargów i jedna, która wzbudzała największy podziw. Skóra ta była czerwona, lekko pomarszczona, gruba chyba na pół stopy i ogromnie wielka.
Moran szedł pewnym, lecz ciężkim krokiem. Wiedział, że to już nie daleko. Chciał sprzedać te skóry i kupić sobie kilka kołczanów na strzały. -Niech ten staruch zobaczy skórę Dibona - pomyślał Moran. - Wtedy to mu mina zrzędnie.
-Hej, Ty - dosłyszał Moran zza pleców. Znał ten głos. W jednej chwili obrócił się, lecz było za późno. Miecz, długi prawie jak łuk jego samego , niemal dotykał jego gardła. -Nie taki szybki, jak o tobie mówią - powiedziała skrzydlata postać. Miała białe, wielkie skrzydła, srebrną zbroje ze złotym herbem na piersi wyglądającym jak splecione ze sobą litery S i A.
-Nie taki pewny, jak być powinieneś.-rzekł Moran.
Nieskończony schował miecz, po czym przywitali się, jak przyjaciel z przyjacielem.
-Kupę lat, Moran ! - powiedział nieznajomy ze szczerym uśmiechem na twarzy. - Co do diabła robiłeś przez tyle czasu?
-Miałem pare spraw na głowie- rzekł Moran. - A Ty dalej siedzisz w tym pałacu ? Wyszedłbyś czasami na łono natury, tam dopiero jest zabawa.
-Zawsze mieliśmy odmienne gusta
- powiedział ów Nieskończony - Powiedz mi, co Cie tu sprowadza, przyjacielu ?
-Przybyłem sprzedać skóry, nazbierałem ich już trochę. Musze kupić strzały, bo powoli zaczynają mi się kończyć. No i nie mogłem oprzeć się placka, który obiecał mi zrobić mój dziadek.
-Taa, dla placka Twego dziadka przeszedłbym pół świata - powiedział dostojny przedstawiciel kasty. - Na mnie już czas. Bywaj zdrów, Moran! - rzekł, po czym szybko niczym strzała przy sprzyjającym wietrze, pobiegł w stronę bramy.
-Bywaj - rzekł Moran, po czym chwycił wózek i ponownie zmierzał w stronę swojego kupca.
 

Ostatnio edytowane przez Sorix : 27-09-2009 o 11:49.
Sorix jest offline  
Stary 27-09-2009, 22:32   #5
 
Erthon's Avatar
 
Sataner przebywał w ciemnej uliczce gdzie bójki i morderstwa to codzienność.
Twarz Satanera była pod kapturem który zwykł nosić...
Przechodząc obok jakiegoś patologicznego domu, zza drzwi usłyszał głos kobiety która z hukiem wyskoczyła przez okno. Sataner uśmiechnął się szyderczo i poszedł dalej.
Zaczepił go Ślepy starzec proszący o odrobiną pieniędzy.
-Spierdalaj staruchu.- powiedział kopiąc jego miskę w której trzymał pieniądze.
Z miski wyleciały pieniądze...miedziaki które po chwili zniknęły zabrane przez różnych żebraków.
Sataner szukał pewnego człowieka który był mu winny przysługę. Kiedyś gdy jeszcze nie był jednym z Upadłych ocalił członków wioski którą niedawno zniszczył.
W końcu po kilku godzinach szukania domu tego człowieka znalazł go...Nie duży pałacyk w bezpieczniejszej części Miasta.
Nie pukając kopnął w drzwi które otworzyły się i z hukiem uderzyły w ściany.
-Co się u licha dzieje?!-Wykrzyknął jakiś mężczyzna wybiegając z jednego z licznych pokoi.
-Nie pamiętasz mnie?- zapytał Sataner ściągając kaptur.
-Sataner...Ja...czego tu szukasz?- powiedział wystraszony
-Ciebie i dobrze wiesz po co tu jestem- wyszeptał Sataner siegając pod płaszcz by dobyć miecza.
-Proszę cię wyjdź z tąd- powiedział coraz bardziej przerażony
-Dobra koniec tego pierdolenia!-Krzyknął Sataner wyciągając miecz który pluną ogniem w powietrze.
Przerażony mężczyzna zaczął uciekać lecz tam gdzie chciał uciec, wszystko w pobliżu stawało w płomieniach.
-Przecież dobrze wiesz że nie ukryjesz się kurwa przede mną gnido!-Krzyknął Sataner.
Meżczyzna schował się do szafy mając nadzieje że Sataner nie odkryje jego kryjówki.
Podchodząc do jednej z szafy Sataner uchylił drzwiczki i wszystko co znajdowało się w środku staneło w płomieniach. Nagle usłyszał krzyk, Paniczny oraz rozdzierający krzyk mężczyzny. Ku jego zdziwieniu mężczyzna wybiegł z szafy którą Sataner przed chwila podpalił.
Cały w ogniu biegał jak oszalały po pomieszczeniu wrzeszcząc i obijając się o wszystko.
Gdy mężczyzna padł martwy na ziemie Sataner obszukał cały dom w poszukiwaniu Pewnego zdobionego sztyletu. Gdy w końcu go znalazł schował go do jednej z kieszeni w szacie.
Sataner z zadowoleniem wyszedł przez drzwi jak gdyby nic się nie stało.
Gdy tylko wyszedł z pałacyku udał się w stronę najbliższej knajpy gdyż chciał odpocząć od dzisiejszego dnia.
Wchodząc do Baru usiadł przy jednym ze stolików w rogu.
Podszedł do niego mężczyzna pytając o zamówienie.
-Czym mogę służyć?- zapytał uprzejmie.
-Daj mi jakiś dobry rum...Tylko rusz dupę bo nie mam zamiaru czekać na Ciebie rozumiesz to?!- powiedział Sataner sięgając do głowicy miecza.
-T-tak jest już się robi.-powiedział odwracając się na pięcie, po chwili Sataner otrzymał swój rum.
-A teraz spierdalaj wymiocino!- pożegnał go skinieniem ręki.
Sataner nie mógł powstrzymać się od śmiechu gdy widział jak uciekający mężczyzna potrąca jeden ze stolików bijąc wszystko co na nim zostało.
Wychylając ostatni łyk z butelki wyszedł z Baru.
Sataner Rozłożył potężne czerwona niczym krew skrzydła i odleciał w tylko jemu znanym kierunku...Pędząc pomiędzy chmurami dotarł do centrum Miasta opadając wolno, wylądował zgrabnie na ziemi.
Sataner zarzucił na siebie kaptur i udał się w dość ciemnawe uliczki miasta.
 
Erthon jest offline  
Stary 27-09-2009, 22:52   #6
 
Endless's Avatar
 
Valeria Brightfeather, piąta córka szlachetnego rodu Brightfeather, stała na szczycie jednej z wież w centrum Minas’Drillu i z góry obserwowała tętniące życiem aleje i uliczki zatłoczonego miasta.
Valeria jako jedyna córka w arystokratycznej rodzinie podjęła się służby dla Wiecznego Króla. Od dzieciństwa szkolono ją w zakresie taktyki, walki, wywiadu i posługiwania się magią. Wpajano w nią również sprawiedliwość, szlachetność, dobroć i absolutną miłość do ojczyzny. Jej wygląd olśniewał każdego – była przepiękną kobietą, a szczególnego uroku dodawały długie i jasne włosy, idealna, ale nieco drobna sylwetka, jasna cera i przenikliwe, błękitne oczy. Wśród Nieskończonych uchodziła za ideał piękna. W czasie służby odziana w zbroję, naramienniki, nagolenniki i rękawice. Pas zawsze miała obwiązany długą, czerwoną wstęgą, za którą przyczepiała miecz z pochwą.

Kiedy tak stała na smaganym wiatrem, strzelistym dachu wieży jej uwagę przykuło pojawienie się dziwnej aury w Minas’Drillu. Wyczuła coś na kształt zakłócenia, które wyłoniło się z pomniejszej bramy wymiarowej. Nie zwlekając rozpostarła swoje śnieżnobiałe skrzydła i skoczyła w dół. Uwielbiała latać. Uczucie wiatru na twarzy dawało jej radość, czuła się wolna od wszelkich trosk. Kiedy zbliżała się do Placu Wymiarów mocnym uderzeniem skrzydeł zwolniła lot i spokojnie wylądowała. Rozejrzała się po Bramach. Przy jednej z nich spostrzegła plamę czyichś wymiocin, którą już zajmowali się sprzątacze, dwa niskie halflingi. Odwróciła spojrzenie na coś co wzbudzało bardziej apetyczne wrażenie. Zamknęła oczy i skupiła się na poprzednim uczuciu. Gdzieś niedaleko wyczuła podobny impuls, poruszał się w kierunku Wschodniej Dzielnicy. Spokojnie ruszyła za zakłóceniami, wkraczając do dzielnicy należącej do Kasty Ziemi. Była bliska. Jeszcze raz zamknęła oczy, a gdy je otworzyła, zobaczyła siedzącą na kamiennej ławie postać w płaszczu. Ostrożnie skręciła w przyboczną alejkę, nie chcąc zostać zauważoną. Czekała na rozwój sytuacji.

***

Stolica Neverendaaru była miejscem, w którym przenikały się wpływy różnych kultur, toteż posługiwano się w nim językiem określanym mianem Wspólnego. Mimo to, po dzielnicach niosły się dźwięki tysiąca różnych języków… Dla każdego przybysza takiego jak Argromannar pewnym szokiem była taka różnorodność. Tyle różnych istot, tyle dźwięków, zapachów, kolorów…
- Erkhm! – do półwampira owiniętego w płaszcz podeszła trójka krasnoludów, z których jeden chrząknął głośno.
Ubrani byli w ciemnozielone kombinezony, w niektórych miejscach poplamione jakąś cieczą albo przetarte. Ten który zwrócił się do Argromannara był odziany podobnie do kupca, na głowie miał kapelusz z piórem jakiegoś ptaka, a na szyi łańcuchy, medaliony i jakieś bliżej nieokreślone naszyjniki.
- Czy mamy przyjemność z panem Argromannarem? – spytał ostrożnie, używając wspólnego dialektu.
Mężczyzna przytaknął. Krasnolud przestąpił z nogi na nogę, głośno przy tym wzdychając.
- Na imię mi Guhbak. – podał mu tłuściutką rękę i wymienili uściski.
Guhbak usiadł obok Argromannara, a jego dwóch towarzyszy zaczęło się rozglądać dookoła. Kiedy stwierdzili że jest w miarę bezpiecznie kiwnęli do przywódcy.
- A więc… no tak. Diloss bes Ulban – krasnolud zaczął cicho. Człowiek. Mag. Musi zginąć. – czekał na jakiekolwiek słowo najemnika, ale nic takiego nie usłyszał. Pięćset sztuk złota i dorzucę jeszcze ten medalion.
Ochraniarze kupca zasłonili go swoimi masywnymi ciałami. Krasnolud wsadził rękę do głębokiej kieszeni przy swoim płaszczu i wyciągnął coś z niego. Rozwarł palce, i oczom mężczyzny ukazał się piękny medalion wykonany z materiały, który przypominał półwampirowi diament, lecz miał złoty połysk. Na środku okrągłego medalionu widniała zdobna runa w kształcie litery „D”.
- Piękne prawda? Robota Nieskończonych. No wiesz, tych skrzydlatych, panów tego miasta. Przynajmniej jeszcze…- zaśmiał się cicho. Ale to za dobrze wykonaną robotę. A więc, mogę liczyć na pana, panie Argromannarze? – spytał Guhbak, chytrze chowając medalion.
 

Ostatnio edytowane przez Endless : 02-10-2009 o 21:44.
Endless jest offline  
Stary 28-09-2009, 09:58   #7
 
michau's Avatar
 
Jeszcze tylko niespełna piętnaście minut i w końcu będzie mógł się stąd urwać. Jak można siedzieć, a właściwie stać i rozprawiać godzinami o tym samym? I te wszystkie oficjalne ceregiele. Miłe słówka i kłamstewka. Bez sensu.Tak, piętnaście minut i nie zostaję tu ani chwili dłużej.

Ubrany w jasne szaty wdg. tutejszych standardów pocił się coraz bardziej. Pot spływał strużkami po jego czole, a gdyby nie skrzydła, który od czasu do czasu zapewniały przypływ świeżego powietrza, z pewnością już by go stąd wynieśli z powodu omdlenia. Zwłaszcza, że wychylił parę głębszych. No dobra, ledwo trzymał się na nogach. Zbroja wyczyszczona na okoliczność przyjęcia lśniła jasnym blaskiem, co było efektem jasnego światła bijącego z rogów sufitów tak, że cała sala była równomiernie oświetlona. Zaprosił go tu przyjaciel, Maks, tak jak on, podróżnik i zdobywca, ale przede wszystkim handlarz i kanciarz (oczywiście mowa o Maksie). Kanciarz urządzający przyjęcie w najpiękniejszej części stolicy Neverendaaru. Nikt jednak nie postrzegał go jako kanciarza ani oszusta, chociaż nie dało się jasno wytłumaczyć skąd czerpał pieniądze. Może handlował Treksem, narkotykiem, który silnie uzależniał i który miał bardzo wysoką cenę w niektórych wymiarach.

Przyjęcie w północnej części Minas'Drillu trwało w najlepsze, ale Arnthalniel wolał już wrócić do domu. Przynajmniej taka była jego wymówka. Podszedł do przyjaciela, który akurat wchodził do centralnej sali, a ku któremu rzuciło się nagle pełno skrzydlatych- głównie kobiety.

Arnthalniel zdołał przepchnąć się przez tłum.
-Słuchaj, będę leciał. Muszę odwiedzić jeszcze gildię ognia. Potrzebuję zaklęć, a do jutra się nie wyrobię. Dzięki, za wszystko.
- Nie zostaniesz jeszcze trochę?- Maks zapytał bardziej to z grzeczności niż z chęci zatrzymywania przyjaciela.
- Nie mogę. Chociaż towarzystwo bardzo miłe- spojrzał na kobiety otaczające gospodarza i uśmiechnął się do nich. Tylko jedna nie odwróciła wzroku i odpowiedziała uśmiechem. Pozostałe dwie spojrzały tylko na gospodarza i zaszczerbiotały niczym jakaś odmiana ptactwa. Cóż, nie wszystkie skrzydlate były inteligentne, ale na szczęście większość była i łatwo było rozpoznać, które to.

Arnthalniel wyszedł szybkim krokiem z pałacyku. Nie było co go porównywać do rezydencji Shiro’Ahk, ale i tak mały pałacyk rzucał się w oczy. Maks miał jednak gust.

Od wyjścia lekkim podskokiem wzbił się w powietrze. Chłodny wiatr uderzył go w twarz. Wieczory były coraz chłodniejsze. Lekkim ruchem skrzydłami przeleciał jeszcze nad zachodnią częścią pałacu i skierował się ku południowej części stolicy.

***

Lot był długi i dość męczący ze względu na siłę wiatru, ale po niecałych trzydziestu minutach dotarł do południowej części miasta. Było późno, ale nie za późno, żeby skoczyć jeszcze do innego wymiaru. Wolnym krokiem wszedł do wynajmowanej przez siebie izby. Znajdowała się ona w niewielkim budynku, tuż przy karczmie, z której ciągle dobiegały pijackie głosy. W południowej części miasta, zamieszkiwanej głównie przez kastę ognia, można było czuć się dość bezpiecznie o ile znało się okolice.

Arnthaniel z rzucił z siebie oficjalne rzeczy, lekką zbroję i odpiął miecz, który wylądował pod stołem. Z niewielkiej szafki pod oknem wyjął wytarte jeansy, założył bawełnianą koszulę, a na nią lekką zbroję- mniej oficjalną i bardziej sfatygowaną- a na koniec czarny płaszcz, który wielu przypominał również koszulę, a niektórym kurtkę. Z kolei inni kwitowali jego kurtkę stwierdzeniem "Co to, kurwa, jest?". Prawda była taka, że jego płaszcz, kurtka, koszula, jak zwał tak zwał, szyta została w innym wymiarze, a nie wszyscy skrzydlaci znali się na obecnej modzie. Plusem ciemnego płaszcza było jednak jego właściwości maskujące. Arnthaniel nie lubił rzucać się w oczy.
Przed wyjściem sięgnął jeszcze tylko po małą torbę i przewiesił ją przez ramię. Przypiął miecz do pasa i zamknął za sobą drzwi, upewniając się przedtem czy zawartość torby jest wystarczająca. Jak na szybki skok w inny wymiar wystarczy.
- Mam nadzieję, że obędzie się bez zbędnych problemów- powiedział to na głos. Być może dodawał sobie otuchy przed kolejnym skokiem poza wymiar Neverendaaru? Tak czy owak, trzeba było dostarczyć tą ostatnią paczkę Treksu. Handel tym gównem był bardzo opłacalny, ale jeszcze bardziej niebezpieczny. Arnthaniel miał kilka okazji, gdy mógł przypłacić życiem "przewóz" paczki narkotyku. Potrzebował jednak pieniędzy. I to szybko. Jego colt leżał w cudzych rękach pod zastawem. Jutro kończyła się umowa i miał zostać sprzedany w wymiarze, który znajdował się jeszcze dalej niż ten, do którego skakał teraz. Do tego jutro musiał stawić się Akademii, był przecież obrońcą miasta. Skrzydlatym, Nieskończonym, miał zasady i obowiązki, a wśród nich leżała też kwestia obrony miasta w razie ataku, co nie przeszkadzało mu dorabiać sobie na własną rękę.
- W drogę, Deebs- rzucił telepatycznie do stworzenia. Deebs nie odpowiedział, ale czuł jego mentalną obecność.
 
__________________
Fortune is fickle.
"Do not follow the Dark Side"
michau jest offline  
Stary 28-09-2009, 16:17   #8
 
Garzzakhz's Avatar
 
Agromannar siedział znudzony. Już z oddali zauważył trzy zbliżające się krasnale.
Ubrał szybko rękawice by nie dotykać przy powitaniu długobrodych gołą ręką. Nagle poczuł uczucie za którym nie przepadał. To uczucie budziło się w nim gdy tylko jakaś kobieta na niego spojrzała. Półwampir rozejrzał się dookoła lecz nic dziwnego nie przyuważył. Mężczyzna pierwszy raz widział tyle ras i strojów na raz. Coraz bardziej podobało mu się to że tu jest, chociaż wiedział że po paru zleceniach jakie przyjmie będzie tu mniej przyjemnie.
- Erkhm! – do półwampira owiniętego w płaszcz podeszła trójka krasnoludów, z których jeden chrząknął głośno.
Ubrani byli w ciemnozielone kombinezony, w niektórych miejscach poplamione jakąś cieczą albo przetarte. Ten który zwrócił się do Argromannara był odziany podobnie do kupca, na głowie miał kapelusz z piórem jakiegoś ptaka, a na szyi łańcuchy, medaliony i jakieś bliżej nieokreślone naszyjniki.
- Czy mamy przyjemność z panem Argromannarem? – spytał ostrożnie, używając wspólnego dialektu.
Mężczyzna przytaknął. Krasnolud przestąpił z nogi na nogę, głośno przy tym wzdychając.
- Na imię mi Bahrdim. – podał mu tłuściutką rękę i wymienili uściski.
Bahrdim usiadł obok Argromannara, a jego dwóch towarzyszy zaczęło się rozglądać dookoła. Kiedy stwierdzili że jest w miarę bezpiecznie kiwnęli do przywódcy.
- A więc… no tak. Diloss bes Ulban – krasnolud zaczął cicho. Człowiek. Mag. Musi zginąć. – czekał na jakiekolwiek słowo najemnika, ale nic takiego nie usłyszał. Pięćset sztuk złota i dorzucę jeszcze ten medalion.
Ochraniarze kupca zasłonili go swoimi masywnymi ciałami. Krasnolud wsadził rękę do głębokiej kieszeni przy swoim płaszczu i wyciągnął coś z niego. Rozwarł palce, i oczom mężczyzny ukazał się piękny medalion wykonany z materiały, który przypominał półwampirowi diament, lecz miał złoty połysk. Na środku okrągłego medalionu widniała zdobna runa w kształcie litery „D”.
- Piękne prawda? Robota Nieskończonych. No wiesz, tych skrzydlatych, panów tego miasta. Przynajmniej jeszcze…- zaśmiał się cicho. Ale to za dobrze wykonaną robotę. A więc, mogę liczyć na pana, panie Argromannarze? – spytał Bahrdim, chytrze chowając medalion.
-Ma to przynajmniej jakieś moce magiczne? - spytał półwampir. - Po za tym wciskasz mi tu jakieś zabawki i 500 sztuk złota za zabicie dość potężnego maga. To ma być 1000 sztuk złota i ten medalion. Wtedy coś zarobię. - powiedział zdecydowanym tonem. - Tak mi się nie opłaca bo muszę sporządzić mikstury, które z tego wszystkiego są najdroższe. Płacisz czy się wycofujesz ?
 
Garzzakhz jest offline  
Stary 28-09-2009, 17:02   #9
 
Sorix's Avatar
 
Szedł tak około 2 minut, gdy sklep starca Mentora zaczął się wyłaniać.
-Wreszcie-powiedział Moran pod nosem-Już mi ręce opadają z sił.
Starzec, choć było to u niego normalne, siedział na ladzie z nogami spuszczonymi ku ziemi.
Widząc Morana mina mu sie rozpromieniła
-Kogo ja widzę! Mój uczeń Moran! - rzedł zeskakując z lady i podbiegając do Morana. - Widzę, że nie próżnowałeś. Dziesiątki skór wilków, nawet skóry wargów. Naprawdę jestem pod wrażeniem... zaraz.... czy to.. ?- powiedział Mentor wyrażnie zaskoczony. -
Tak, to jest skóra Dibona.- rzekł Moran. - Własnoręcznie ją z niego zdjąłem, chodź nie powiem, silna bestia z niego była.
-Uczeń przerósł mistrza ! - krzykną uradowany starzec - Dam Ci za to 300 złotych monet !
-Mistrzu, nie uważasz, że to trochę wygórowana cena ?
-Moran, wiesz, że oddałbym Ci to złoto, gdybyś tylko chciał. Weź je, kup sobie prowiant i ekwipunek.
-Dziękuję
- rzekł Moran - Na mnie już czas, obiecuję, że będę odwiedzał cię częściej.
-Zawsze będzie miejsce dla Ciebie, Do widzenia
-Do widzenia


Moran wyszedł ze sklepu. -Tak rzadko go odwiedzam, a jednak dalej traktuje mnie jak syna- pomyślał. - Muszę częściej odwiedzać miasto.
Szedł tak bez celu dłuższa chwilę. Wpatrywał się w coraz to inne budynki, podziwiając wspaniałą architekturę Nieskończonych. W oddali słychać było śmiech dzieci, beztrosko bawiących się na ulicach przed domami. Istoty różnorodnych ras mijały się na drogach, wszyscy byli dla siebie mili, wszyscy zadowoleni. Nikt aktualnie nie myślał o problemach.
 

Ostatnio edytowane przez Sorix : 02-10-2009 o 17:36.
Sorix jest offline  
Stary 28-09-2009, 18:54   #10
 
Endless's Avatar
 
- Ma to przynajmniej jakieś moce magiczne? - spytał półwampir. - Po za tym wciskasz mi tu jakieś zabawki i 500 sztuk złota za zabicie dość potężnego maga. To ma być 1000 sztuk złota i ten medalion. Wtedy coś zarobię. - powiedział zdecydowanym tonem. - Tak mi się nie opłaca bo muszę sporządzić mikstury, które z tego wszystkiego są najdroższe. Płacisz czy się wycofujesz?
Guhbak przez pewien czas wydawał się toczyć wewnątrz siebie jakiś spór. Kiedy Argromannar zaczął się niecierpliwić, odpowiedział:
- Tysiąc sztuk złota! A niech ci będzie najemniku. Nie ma co, umiesz się targować, a ja... doceniam ludzi, którzy potrafią postawić na swoim. Umowa stoi. - skwitował krasnolud, podając Agromannarowi dłoń i mocno ją ściskając.
- Kiedy moje hm... "zlecenie" zostanie wypełnione, będę pana oczekiwał w gospodzie "Pod Skrzydlatym Zadem". Znajdzie ją pan bez trudu, każdy zapytany w południowej dzielnicy wskaże panu drogę. - mówiąc to krasnolud szczerze się uśmiechnął, pokazując rząd niezbyt zadbanych zębów. Za taką cenę oczekuję, iż pańskie dzieło będzie naprawdę... dobrej jakości. - Guhbak mrugnął do mężczyzny oddalając się wraz ze swoimi ochroniarzami.
- Ah! Byłbym zapomniał... znajdzie pan naszego maga w północnej części miasta, w największej wieży. Jest tam dużo ksiąg, na pewno ten staruch już zaciska na ich oprawach swoje krzywe paluchy. Najlepiej działać nocą, Diloss jest wtedy słabszy. A więc, czołem! - krasnolud zdjął kapelusz i kłaniając się, figlarnie nim pomachał.
Do wieczora było jeszcze sporo czasu. Pozycja Słońca na niebie wskazywała na to, że jest już południe. Gdy Argromannar patrzył w górę, zauważył jakieś zafalowanie na błękitnej tafli nieba, ale kiedy mrugnął, wszystko wyglądało normalnie. Dobrym wyborem byłoby znalezienie jakiegoś zacisznego miejsca, gdzie można by się przygotować i wypocząć przed nadchodzącym zadaniem...

***

- Guhbak... Wiedziałam, że ten głupiec coś przede mną ukrywał. - Valeria wycedziła przez zęby, ostrożnie wychylając się zza kamienicy przy miejscu w którym odbyło się dziwne spotkanie.
Położyła dłoń na rękojeści miecza, i kiedy miała już wybiec zza rogu, ogarnęło ją dziwne przeczucie. Cofnęła dłoń, i odbijając się od ziemi machnięciem skrzydeł, poleciała na dach pobliskiej kamienicy, z której nie mogła zostać zauważona, ale miała idealny punkt obserwacyjny na dziwnego przybysza. Zamknęła oczy i skupiła się na aurze istoty, którą pragnęła zapisać w pamięci. Była bardzo niestabilna... wręcz dziwnie zakrzywiona. Aura zdradzała wewnętrzny konflikt dwóch natur.
- Mieszaniec...- wyszeptała i odleciała.

Kierowała się na południe, do dzielnicy ognia. Lot nie zajął jej wiele czasu, to też kiedy wreszcie nastąpiła zmiana stylu zabudowań, skierowała się w kierunku potężnej twierdzy zbudowanej z czerwonych kamieni. Wylądowała przed budowlą, prosto przed masywnymi wrotami z żelaza. Straże na widok przybyszki otworzyły nieco wejście i wpuściły Valerię do środka. Wnętrze budowli także zbudowane było z czerwonego surowca, a światło dawały liczne okiennice. Szła tak cały czas, kiedy wreszcie dotarła do dużej owalnej sali, na której krzątało się wiele Nieskończonych w mundurach straży miejskiej. Na przeciwległym krańcu sali znajdowały się schody, prowadzące do wyższych kondygnacji budynku. Po środku pomieszczenia umieszczono trzy runiczne kręgi, błyszczące czerwonawą poświatą. W centrum każdego stały piedestały z czerwonymi kulami. Valeria podeszła do jednego z nich i uniosła nad kulą dłoń. Zamknęła oczy i pomyślała o miejscu, w które pragnęła się udać. Po krótkiej chwili poczuła ciepło, wszystko w ogół niej się rozmazało i zlało w jedno. To co znajdowało się na zewnątrz teraz dziwnie wirowało. Jedynie wnętrze było niedotknięte zmianą. Trwało to dobre pół minuty, po czym barwy nabrały innego odcienia i kształty stały się wyraźniejsze.
- Wspaniałe wyczucie czasu, panno Brightfeather! - powiedział mężczyzna siedzący za biurkiem, ukryty przez stertę papierów.
Valeria zdjęła rękę z kuli i wyszła z magicznego kręgu. Na jej widok, mężczyzna zerwał się z krzesła i podszedł do niej. Miał krótkie, nastroszone czerwone włosy, tego samego koloru skrzydła i brwi. Ubrany był w pełną zbroję płytową wykonaną ze złota, okrytą czerwoną tuniką na środku której widniał złoty symbol skrzydeł.
- Właśnie miałem posłać po ciebie, Valerio. Dostaliśmy cynk. - powiedział łagodnym głosem.
- Cynk? W jakiej sprawie? - zapytała zbita z tropu.
- To znowu on. Arnthalniel. - posłał jej przepraszające spojrzenie. Jeden z naszych strażników doniósł nam, iż ten ma zamiar znowu coś przemycić. Podejrzewamy że to Treks...
- Lordzie Ryuuken, między mną a Arnthalnielem wszystko skończone. Nie mam już wpływu na jego poczynania, ani nie zamierzam...
- To rozkaz. - przerwał jej dowódca straży nieco mniej pobłażliwym tonem. Poza tym, jesteś jednym z najlepszych agentów. Tak Valerio, twoja sława dotarła już i tu. - mężczyzna położył jej rękę na ramieniu, aby dodać otuchy. Dasz radę.
- Tak jest, panie. Zajmę się tym. - odparła upokorzonym tonem. Ale nie każ mi robić tego więcej. Znasz mój stosunek do tego psa. - ostatnie słowo wypowiedziała z wyjątkową pogardą.
Ryuuken zaśmiał się i puścił kobietę. Podszedł do wielkiego okna za swoim biurkiem i stanął wpatrując się w niespokojną dzielnicę.
- Coś nowego w sprawie córki króla? - spytał poważnym głosem.
- Nic nowego, panie... Ale wpadłam na pewien trop. Czas jeszcze pokaże, czy mnie do czegoś doprowadzi... - odpowiedziała z zadumą.
- Czasu jest coraz mniej. Wprawne oko uchwyci oznaki nadchodzącego ataku... Za wszelką cenę musimy ją odnaleźć przed pełnią, a zostały zaledwie trzy tygodnie.
- Staram się jak mogę.
Ryuuken odwrócił się do Valerii.
- Mam złe przeczucia co do tego. Być może Upadli maczali w tym palce... Bądź ostrożna, Valerio.
- Oczywiście, Lordzie. - Nieskończona ukłoniła się i opuściła gabinet dowódcy straży.

Wychodząc z Komiasriatu, Valeria odetchnęła z ulgą. Do jej myśli szybko jednak doszedł fakt, iż niedługo zobaczy twarz mężczyzny, który niegdyś ją skrzywdził i upokorzył.
- Arthalniel...- powiedziała i wzbiła się w powietrze, podążając w kierunku knajpy, w której lubił przesiadywać ten choleryk.
 

Ostatnio edytowane przez Endless : 02-10-2009 o 21:45.
Endless jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:14.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172