Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-11-2009, 23:14   #1
 
Huang's Avatar
 
[Autorski] Stosy - Ouz&Serge (+18)

Zaczynamy.
Ouzu, Serge, liczę na was. Zasady oboje świetnie znacie i nie muszę ich wam tłumaczyć.

Był 4 grudnia Roku Pańskiego 1424. W pobliskim klasztorze bernardynów już dawno oddzwoniono nonę.
Tarnów wciąż śmierdział palonymi ciałami. Lekki śnieg przyprószył popiół, którego kmiecie nie zdołali wymieść. Na rynku wciąż stały czarne drewniane pale. Ostatnie przystanki w życiu trzech czarownic i husyckiego żołnierza stały na placu przywodząc na myśl posągi upamiętniające ich śmierć. Jakiś kundel kręcił się przy nich i wylizywał z bruku tłuszcz wytopiony z palących się ludzi. Księżyc dawał blade światło niewystarczające by skutecznie oświetlić miasto. Nów był zaledwie kilka dni temu. Nocne spacery po Tarnowie, szczególnie w tak mroczną noc, nie należały do bezpiecznych. Podobno po ulicach biegały wredne gnomy i inne diabelskie pomioty o jakich pobożny człowiek nawet nie słyszał. W takich ciemnościach jeszcze bardziej przerażające zdawały się być wyprawy na cmentarz. Ponoć można tam było spotkać przeklęte duchy i żywe trupy. Grabarz utrzymywał, ze widział ostatnio przerażające dance macabre. Korowód szkieletów tańczących miedzy grobami. Dało się usłyszeć pohukiwanie puszczyka. Wycie wiatru przypominało potępieńcze zawodzenie spalonych niedawno zmarłych. Ludzie tracili ochotę do spacerów po ulicach. Mieszczanie rozchodzili się czym prędzej do swych domów na wieczerzę. Co poniektórzy szli do gospód, karczm i knajp, których w Tarnowie nie brakowało by zalać się w trupa i zapomnieć o problemach. Kilka osób zmierzało też do miejskiego zamtuza, prawdopodobnie najbardziej dochodowego interesu w tym mieście.
Miasto powoli cichło, zamierało i ciemniało w miarę gasnących świateł w oknach... Był to idealny czas dla osób które czarów się nie boją lub są z nimi zaznajomieni oraz dla śmiałków muszących ukryć swoje ważne interesy przed czujnym wzrokiem biskupich szpicli. Dobry czas dla tych, których zachowanie mogłoby budzić niepokój lub zgorszenie.
Bartosz miał tej nocy powody do niepokoju. Ostatnio ciągle przez skórę czuł na karku czyjś wzrok. Niemalże bez przerwy zdawało mu się, że ktoś go śledzi. Gdy sprzedawał kwiaty przy cmentarzu, kilka mieszczek wskazywało go ukradkowo palcami i prowadziły żywą dyskusję. Mogło to oznaczać albo cichą wielbicielkę, albo szykujący się donos dla biskupa. Wyglądało na to, ze nocne wypady zrobią niedługo bardziej niebezpieczne. W dodatku pan Zeiter, tarnowski medyk zaczął wymagać dziwnych rzeczy. Ten dziwak zażądał zwłok człowieka, który umarł w straszliwym cierpieniu. Tak jakby znajdowanie zwyczajnych, było łatwe. W dodatku ziemia była obecnie zmarznięta. Zapowiadała się nieprzyjemna noc.
W dodatku ludzie wyściubiali z okien nosy oglądając ulice. Po spaleniu czarownic, jeszcze bardziej wyglądano kolejnych spiskowców przeciw chrześcijańskiej wierze. Wyglądano kolejnych czarowników, bluźnierców i przeniewierców. Każdy mógł zasłużyć na donos. Tym bardziej ci, którzy łazili nocą po ulicach.
Obeznani w czarostwie mieli jednak dobry dzień. Taka noc jak ta, niedługo po nowiu, była dobra na czary.
Stare baby mówiły już, że po spaleniu tamtych trzech ladacznic, kolejne czarownice pojawiać się będą na cmentarzach by pomstować i bluźnić na Boga. By czynić uroki przeciw pobożnym ludziom i d*py dawać diabłu by ten uczciwych ludzi męczył.
 
__________________
"...i to również przeminie..."

Ostatnio edytowane przez Huang : 21-11-2009 o 23:31. Powód: ostrzeżenie o treściach dla pełnoletnich
Huang jest offline  
Stary 21-11-2009, 23:23   #2
 
Serge's Avatar
 
Długowłosy mężczyzna w średnim wieku wpatrywał się ponuro w tańczące w knajpianym palenisku jęzory ognia. Skończył na dzisiaj 'zabawę' ze sprzedażą kwiatów przy cmentarzu i mógł się zrelaksować przy kuflu zimnego złocistego napoju. Choć może relaks to było niezbyt dobre słowo. Bartosz rozmyślał bowiem nad sprawami minionych dni i tym, co może stać się w kolejnych. Ostatnio zaczął popadać w lekką paranoję - wszędzie widział spiskujących przeciwko niemu ludzi i przez to całkiem odciął się od nich, spędzając czas raczej w samotności i dokładnie obserwując okolicę. To nie był dobry znak, bo spokój umysłu był tym, co często ratowało go z różnych dziwnych sytuacji. Zwłaszcza że jego drugi, bardziej dochodowy zawód nie nastręczał mu potencjalnych przyjaciół. Wręcz przeciwnie, gdyby go złapano, skończyłby dokładnie tak, jak ci wczoraj...

I jeszcze to nietypowe zlecenie. Bartosz czasem się zastanawiał, czy nie pracuje dla jakiegoś szalonego czarownika. Bo Zeiter zdrowy na umyśle na pewno nie był, czego dowodziły coraz to nowsze i udziwnione zlecenia na zwłoki. Ostrowskiego nie interesowało po co medykowi te wszystkie ciała; póki płacił dobrze mężczyzna zajmował się swoją robotą i nie wciskał nosa w nie swoje sprawy. Tym razem będzie jednak trudniej... ziemia jest zmarznięta i łopatą trzeba by narobić trochę niepotrzebnego hałasu na cmentarzu... dlatego też za wczasu kupił od starego Stacha sporej wielkości kilof. Oczywiście wcisnął chłopinie bajeczkę o tym, że będzie poszerzał piwnicę w chałupie, co tamten oczywiście kupił. A taki kilof szybko poradzi sobie ze zmarzniętą ziemią; łopata powinna potem dopełnić reszty.

Jako swój cel obrał Stanisława Włodkowskiego – mężczyzna był wielokrotnie torturowany przez straż miejską, zanim pozwolono mu odejść na tamten świat zaledwie miesiąc temu. Informacje na ten temat nietrudno było zdobyć, zwłaszcza że jeszcze jakiś czas temu mówiono że 'Włodek' jak nazywali go miejscowi praktykował z siłami nieczystymi. Bartosz miał w dupie z czym praktykowal – teraz najważniejsze było to, co po sobie zostawił na tym padole, czyli jego nieszczęsne truchło. Podczas dzisiejszej zmiany na cmentarzu, Bartosz dokładnie rozeznał się w sytuacji; odnalazł grób swojego celu i w głowie nakreślił plan dostania się i wydobycia ciała.

Posiedział przy piwie do wieczora, następnie skierował się do domu i zaczekał aż kościelny dzwon wybije dwa dzwony od północy. Zabrał swoje narzędzia pracy i ruszył na cmentarz. Odnalezienie pogrążonego w ciemnościach grobu nie było zbyt trudne dla kogoś tak obeznanego z Domem Zmarłych. Najpierw zmiękczył zmrożoną ziemię kilofem, a potem wykopał trumnę łopatą. Przy użyciu łomu dostał się do środka i nie patrząc na twarz nieboszczyka szybko wpadkował go do worka. Zakopał grób tak, by nikt nie mógł domyślić się, że coś się tutaj działo i z trupem na ramieniu ruszył w drogę powrotną.

Jakież było jego zdziwienie, gdy przeskakując przez niewysoki mur cmentarza dostrzegł nieopodal dziwnie ubraną dziewczynę, która najwyraźniej nie wyglądała na taką, co zgubiła drogę do domu...

- Widzisz, Stasiu... – poklepał zwłoki po plecach szepcząc do nieboszczyka. - Mamy towarzystwo tej nocy... - po czym podszedł bezszelestnie niczym zjawa bliżej, by przyjrzeć się młodej kobiecie i temu, co ma zamiar wyczyniać o tej porze przy cmentarzu.
 
__________________
Non fui, fui. Non sum, non curo.
Serge jest offline  
Stary 21-11-2009, 23:25   #3
 
Ouzaru's Avatar
 
Matka na pewno nie życzyłaby sobie, żeby ją pochowała na cmentarzu. Szczęście, że o tej godzinie nikt się tutaj nie kręcił, mogła się spokojnie zająć rytuałem. Zrzuciła z siebie ubranie. Bose stopy marzły na twardej, pokrytej szronem ziemi, delikatne ciało trzęsło się przy każdym lekkim muśnięciu grudniowego wiatru. Odetchnęła, para uniosła się z jej ust i uleciała dalej, poza zasięg wzroku Rosy. Było późno, musiała się spieszyć. Ostrzem miecza zaznaczyła na ziemi krąg, podzieliła na cztery ćwiartki i w każdej ustawiła świeczkę. Jakiś szmer za plecami dziewczyny na chwilę ją zdekoncentrował, obejrzała się i... ujrzała jedynie ciemność. Księżyc dawał niewiele światła, a cały mur cmentarza skrywał się w nieprzeniknionym cieniu. Zmrużyła oczy, marszcząc brwi i wróciła do rytuału.
Przeszła do ćwiartki po wschodniej stronie i zapaliła świeczkę.
- Niechaj żywioł powietrza błogosławi tę przestrzeń światłem, miłością i powietrzem i niechaj podaruje mej matce upragniony spokój.
- Niechaj żywioł ognia błogosławi tę przestrzeń światłem, miłością i ogniem i niechaj podaruje mej matce upragniony spokój. - Następna świeca została zapalona przez młodą dziewczynę, podobnie kolejne dwie.

W nikłym świetle prezentowała się dość skromnie i tajemniczo, była młoda i bardzo szczupła, niemal chuda. Jej jasna skóra zdawała się być śnieżnobiała i nawet ciepły blask świec nie mógł rozgrzać tej lodowej damy. Bartosz przyczaił się za krzakami i położył ciało Stacha obok siebie – w tej niewygodnej, przykucniętej pozycji zaczynało mu ciążyć, a trup przecież i tak nigdzie już stąd nie pójdzie. Z zaciekawieniem przyglądał się temu, co wyczynia młoda kobieta – jak na jego oko, to wyglądała na młodą czarownicę, w końcu te stare babsztyle przy cmentarzu tyle się na ten temat rozwodziły dzień w dzień, że ciężko by było nie poznać takiej praktykującej z siłami nieczystymi. Zwłaszcza że Bartosz też miał nieczyste... ale myśli, gdy patrzył jak się porusza i eksponuje swoje ciało.

- Spokojnie, Stasiu... zobaczymy co ta młoda dziewucha tutaj szykuje... Przecież nigdzie nam się nie spieszy, nie? Noo, przynajmniej tobie nigdzie... - klepnął nogą zwłoki i wrócił do obserwacji.

Z niewielkiego worka wyjęła garść prochów matki i rozrzuciła je na wietrze cztery razy, w każdej ćwiartce z osobna. Szary pył szybko opadał na ziemię i zaznaczał na niej ciemne ślady.
- Oddaję czterem żywiołom to, co z nich powstało, niech szczęśliwie powróci do Ziemi. Oddaję Bogini i Bogu ich wierną kapłankę, niech przyjmą jej duszę i pomogą się narodzić na nowo...

Następnie zaczęła coś cicho szeptać i kreślić w powietrzu dziwne znaki oraz symbole. Zerwał się porywisty wiatr, ciągnący za sobą drobne płatki śniegu. Uderzały one o delikatną skórę dziewczyny, wbijając się na chwilę niczym drobne igły i natychmiast się topiły. Ona jednak nie zwracała na nie uwagi, tańcząc i nucąc coś pod nosem. Bladość jej ciała sprawiała, iż była teraz podobna do jakiejś lodowej nimfy. Przyspieszyła, słowa zaczęły płynąć z ust Rosy coraz głośniej, płomienie świec szalały targane podmuchami wiatru. Prochy poderwały się z ziemi i zawirowały razem z dziewczyną, zbierając się razem. W powietrzu dało się czuć moc, a śpiew sprawiał, że wszystko delikatnie drgało...

Bartosz z kamiennym wyrazem twarzy przyglądał się temu, co wyczynia dziewczyna. W końcu postanowił przerwać tę zabawę i wyśliznął się z krzaków klaszcząc w dłonie. Dziewczynę od razu to zmitygowało.
- Brawo, myślę, że straż miejska z chęcią zainteresuje się tym co tutaj wyczyniasz, dziewko... czy raczej czarownico... - roześmiał się gromko i podszedł do niej bliżej, świdrując ją wzrokiem.

- Ja... ale... - zająknęła się, zakrywając nagie ciało ramionami. Oddychała szybko, niespokojnie wypuszczając z ust obłoki pary. - Proszę, pan nie rozumie... Ja tylko chciałam pochować prochy matki... Nic złego nie zrobiłam! - powiedziała błagalnym, niemal łkającym głosem. Cofnęła się kilka kroków do swych ubrań, nie podobał się Rosie ten wzrok.
 
Ouzaru jest offline  
Stary 21-11-2009, 23:46   #4
 
Huang's Avatar
 
Wbrew przewidywaniom Rosy i Bartosza, wiatr nie ustał i nie ucichł. Przeciwnie, wzmógł się jeszcze bardziej. Zaczął szaleć i wyć. Poderwał z jakiegoś nagrobka kwiaty, które przywaliły Bartoszowi w tył głowy. Prochy nieboszczki rozpoczęły okrężną wędrówkę wokół cmentarza. Nagle zrobiło się jeszcze zimniej a po całym cmentarzu rozległ się przerażający szum, czy też szuranie lub chrobot. Dopiero po chwili zorientowali się, że był to odgłos powoli ocierających się o siebie kamieni. W ciemności słyszeli jedynie dziwne hałasy. Źródła dźwięków nie dało się określić. Stukanie, chrobot i szczękanie roznosiły się po całym cmentarzu. Po krótkim czasie, hałas przybrał bardziej uporządkowaną formę. Dookoła całego cmentarzyka, ze wszystkich stron, słyszeli rytmiczny klekot kości. Wiatr wiał i wył potępieńczo bez przerwy targając włosami Rosy. Nerwy i strach wyostrzyły wszystkie zmysły Bartoszowi i Rosie. ich wzrok w końcu przebił się przez mrok i w bladym świetle świec, które w niewyjaśniony sposób miast zgasnąć wybuchły wysokimi językami ognia, dostrzegli je. Białe szkielety i zwłoki na których pozostało już niewiele ciała, tańczyły w korowodzie dookoła cmentarza. Bezgłośnie otwierały paszcze jakby próbując śpiewać lub odezwać się. Prochy spalonej nieboszczki krążyły nad korowodem. W pewnym momencie, Bartosz zauważył, że Stanisław w worku stara się dołączyć do Dance Makabre. Martwe dotąd ciało zaczęło się ruszać i czołgać w stronę korowodu. W centrum okręgu narysowanego przez Rosę, zrobiło się nagle bardzo ciemno. Nieprzenikniony mrok przesłonił wciąż płonącą świecę która stała za nim. Wyglądało to jak jakaś postać. Jak ciało, jak zjawa złożona z zupełnej nieprzeniknionej ciemności. Zjawa ta, wykonała gwałtowny ruch. Wydawało się że spojrzała na Bartosza. Po dłuższej chwili zastanowienia wśród hałasu, klekotu kości, wyjącego wiatru i przerażającej sceny tańczących trupów, zjawa odwróciła się gwałtownie w stronę Rosy. Postąpiła ku niej krok.
 
__________________
"...i to również przeminie..."
Huang jest offline  
Stary 21-11-2009, 23:48   #5
 
Ouzaru's Avatar
 
Trzeba przyznać, że Bartosz po raz pierwszy w życiu widział chodzące zwłoki, ale jakoś się tym specjalnie nie przejął. Obcowanie z martwymi zabiło w nim wszelkie odczucia, które normalnego człowieka doprowadziłyby do palpitacji serca, więc i na takie rzeczy był odporny. Zwykle nosił sztywniaków na barkach, więc czy żywy czy martwy delikwent nie robił na nim specjalnego wrażenia. Widząc zbliżające się zwłoki, chwycił młodą za ramię i pchnął wprost w nadchodzące truchło.

- Chyba musisz się rozerwać skarbie... - burknął, i nim dziewucha wpadła w ich ramiona, Bartosz zamachnął swym kilofem rozwalając łeb najpierw pierwszemu, niemal rozłożonemu sztywniakowi, a potem drugiemu, lepiej zakonserwowanemu trupowi.

Bartoszowy kilof wbił się z trzaskiem w czaszkę jednego ze szkieletów i oderwało mu czerep. Czaszka na kilofie poruszała jeszcze żuchwą w jakby śmiechu zanim odpadła od stali, a bezgłowe ciało trupa wciąż tańczyło w korowodzie. Nieboszczykowi o mniejszym stopniu rozkładu nie udało się odrąbać głowy w całości. Odłupało się zaledwie kilka kawałków a mózg i kawałki kości zwisały bezwładnie zasłaniając mu jedno oko.
Trupy które chwyciły nagą wciąż dziewczynę, złapały ją za ręce i pociągnęły zmuszając do tańca w korowodzie. Nagle Bartosz zauważył, że czarne widmo, które pojawiło się w kręgu, zmierza bardzo szybko w kierunku dziewczyny.

Mężczyzna nie zastanawiał się długo, tylko młócił swym kilofem na oślep, by wyswobodzić dziewczynę z objęć nieumarłych, zwłaszcza, że zbliżało się w ich kierunku coś, z czym zwykła łopata czy kilof raczej sobie nie dadzą rady.

- Zdychajcie, gnoje... - mruknął przez zęby długowłosy, rozwalając dwa szkielety, które trzymały dziewczynę. Odciągnął ją, rzucając za siebie tak, że siła z jaką to zrobił niemal nie pozwoliła jej się utrzymać na nogach. Nie patrzył, co się z nią dzieje zaaferowany rozwaleniem kolejny martwych nacierających na dwójkę ludzi.

Zrobiła kilka chwiejnych kroków i jakoś złapała równowagę.
- Ty idioto! Zobacz, co narobiłeś! - warknęła do nieznajomego.
Szybko uklęknęła na jedno kolano i narysowała palcem na ziemi dookoła siebie okrąg, a obok drugi, znacznie mniejszy, z trójkątem w środku. Zaczęła szybko pisać jakieś słowa i rysować skomplikowane znaki, co chwilę zerkając na ciemną zjawę i kościotrupy.
- Zajmij te szkielety na chwilę, spróbuję coś zrobić! - zawołała, oglądając się przez ramię. - Aniele Ciemności, w imieniu Pana, rozkazuję ci... usłuchaj mnie i odejdź przed moim oddechem. Pełzaj u mych stóp, nim przepędzę cię świętym ogniem i czystą wodą. Zatrzymaj się i zamilknij, by mogła cię pochłonąć ziemia pode mną i niebo nade mną! W imię Archanioła Michała, który walczył i pokonał moce piekielne, pętam cię w świętym Trójkącie Salomona! Odejdź!

Na ostatnie słowo inkantowanego zaklęcia, zjawa zatrzymała się przed samą Rosą i wygięła się w pałąk. Była teraz bardzo blisko świec i dało się spostrzec, że ta cienista postać ma humanoidalny kształt. Bezgłośnie wrzasnęła w rozgwieżdżone niebo i nagle wszystkie świecie zgasły. Wszystko ucichło, ściemniało. Gdyby nie odgłos przewracającego się Stanisława, można by pomyśleć, że oto nastąpiło Finis Mundi. Po chwili oboje dostrzegli gwiazdy na niebie i blade światło bijące od księżyca. Skończyło się wycie i klekot kości. W powietrzu utrzymywała się jednak odczuwalna złowroga energia, słabnąca powoli, ulatująca jakby gdzieś w dal.

Opadła na kolana i oddychała ciężko. Zaraz zaczęła się trząść, zimny wiatr nieubłaganie wychłodził jej ciało. Przez chwilę odpoczywała, zaraz jednak zebrała swoje ubrania i skostniałymi palcami zaczęła je zakładać. Ledwo się ruszała, mróz nie robił zbyt dobrze na stawy.
 
Ouzaru jest offline  
Stary 21-11-2009, 23:50   #6
 
Serge's Avatar
 
Mężczyzna stał przez kilka chwil jak wryty i próbował ogarnąć to, co się tutaj wydarzyło. Jakoś mu się to wszystko w głowie nie mieściło – wiele rzeczy widział w swoim krótkim życiu, ale to przechodziło wszelkie pojęcie. Wzdrygnął się, gdy zimny nocny wiatr przeszył jego ciało i zacisnął zęby dotykając lekko rany z tyłu głowy. Będzie miał co najmniej guza, to pewne...

Zjawy, duchy, chodzące trupy – takie rzeczy opowiadał mu dziadek, gdy wraz z siostrą nie chciał położyć się wcześniej spać będąc dzieckiem. Dzisiaj bajki obróciły się w rzeczywistość, psia jego mać. Zwłoki Stanisława leżały nieopodal; skubaniec wylazł z worka i teraz Bartosz będzie musiał po niego wrócić. Najpierw jednak dowie się kilku rzeczy...

- Co to do stu diabłów było, dziewucho... - mruknął patrząc na jej blade oblicze. - To twoja sprawka, nie? Jesteś pieprzoną czarownicą, tak jak ta co ją ostatnio spalili... - podszedł do niej i oparł się na kilofie obserwując jak się ubiera. - Kurewskie szczęście, że jeszcze żyjemy... - splunął na drogę.

- To nie moja sprawka, lecz twoja - odparła chłodno, trzęsąc się z zimna. Zmarznięte palce odmawiały jej posłuszeństwa i z trudem zawiązywała tunikę. - Gdybyś mi nie przerwał, nic by się nie wydarzyło. I wypraszam sobie takie ostre słowa! Ciekawe, co ty tu robiłeś? - zapytała, mierząc go nieprzyjemnym spojrzeniem. Bartosz nie urodził się wczoraj, doskonale widział, że dziewczyna się go boi i jedynie zgrywa taką pewną siebie i mocną w gębie. Gdyby tylko rzekł słowo, zaraz zapalonoby jej jakiś cieplutki stosik na rozgrzanie. - Powinniśmy się stąd wynosić... Nie gap się tak na mnie, z łaski swojej.

Była młoda, ale już na pierwszy rzut oka było widać, że jest dojrzałą dziewczyną. Trochę intrygował fakt, iż miała zupełnie gładkie łono, jednak zdawało się, iż cała jej skóra była pozbawiona zbędnych włosków.

Bartosz zatrzymał na dłużej wzrok na gładkim łonie kobiety i z przyjemnością je podziwiał. Widać, że dziewucha dbała o siebie, a to rzadko się zdarzało wśród tych karczemnych dziewek, które zdążył sprawdzić w swoim życiu. Momentami uchwycił brązowe otoczki i stwardniałe sutki, których nie zdołała ukryć pod płaszczem, co jeszcze mocniej potęgowało w nim podniecenie... Cóż, był tylko facetem...

- Jestem grabarzem na tym cmentarzu, czarownico... - skłamał. - Akurat robiłem nocny obchód, gdy napatoczyłem się na ciebie... odprawiającą jakieś plugawe rytuały... wiesz, co robią z takimi jak ty władze miejskie... Chyba nie chcesz spłonąć na stosie jak ta wiedźma wczoraj? - uśmiechnął się szyderczo.

- Chyba nie chcesz, żebym ich obudziła i zostawiła cię samego z nimi? - odpowiedziała, zaciskając zęby. Szybko się zakryła i rozejrzała na boki.

- Nie sądzę byś była w stanie, dziewko... – podszedł do niej i zacisnął dłoń na jej prawym nadgarstku wykrzywiając go nieco. - I co ja z tobą zrobię... może jakoś mnie przekonasz, żebym nie doniósł na ciebie do ratusza? - mówiąc to chwycił ją za prawą pierś i wyczuł pod kciukiem jej nabrzmiały sutek. Może i był zwykłym porywaczem zwłok, ale wiedział, że w takim układzie nie może wezwać żadnych sił nieczystych. Bo niech by spróbowała...

Choć było ciemno, jej rumieniec był nieźle widoczny. Nabrała powietrza do płuc i szarpnęła lekko, jednak jego uścisk był mocny, a spojrzenie stanowcze.
- Ale... Ty chyba nie mówisz... - zająknęła się wystraszona. - Proszę, czy nie możesz po prostu...

- Po prostu co, czarownico? - spytał, a ton jego głosu był na tyle pewny, że mogła przypuszczać, co zrobi.

- Znaleźć jakiegoś cieplejszego i wygodniejszego miejsca... - odparła zrezygnowana. Zbierało się jej na płacz, ale lepsze było to od spalenia żywcem. Chyba.

- Nie mogę... - roześmiał jej się w twarz i nim zdołała cokolwiek powiedzieć pocałował ją nachalnie prawą dłonią wyszukując suchą jeszcze kobiecość. - Noo, musimy coś z tym zrobić, nie?

Pchnął ją do tyłu, tak, że upadła i od razu do niej dopadł rozchylając szeroko nogi i wciskając dwa palce w jej kobiecość. Początkowo szło niezbyt dobrze, ale po chwili zrobiła się na tyle wilgotna, że mógł bez problemu kontynuować zabawę. Zaciskając lekko lewą dłoń na jej szyi syknął całując ją ostro:

- I co, podoba ci się to? Na pewno... w końcu czarownice to lubią...

Nie odpowiedziała mu, starała się nie krzyczeć i nie wyrywać. Zamknęła oczy i modliła się, by jak najszybciej skończył i zostawił ją w spokoju. Jedynym pozytywnym aspektem było to, że zrobiło się jej trochę cieplej.
- Aaah! - krzyknęła i zgięła się w pół, gdy wbił się w nią. Zaraz wzmocnił uścisk na szyi i silnym ramieniem posłał ją do pozycji leżącej. W końcu nie wytrzymała i rozpłakała się.

- Nie rycz, to nie najgorsze co może cię spotkać... - Bartosz wbijał się w nią silnymi i stanowczymi ruchami. Jedną ręką przytrzymywał ją za szyję, a drugą bawił sutkami dziewczyny. Skończył w niej po kilku minutach i dysząc ciężko podniósł się na nogi zapinając rozporek spodni. - Było nieźle, nie... - oblizał wargi. - A teraz powiesz mi jak się nazywasz i gdzie mieszkasz... spróbuj skłamać, a i tak cię znajdę... a jeśli nie ja, to straż miejska... - roześmiał się szyderczo.

- Chyba nie masz zamiaru... - nie dokończyła pytania. Jego spojrzenie mówiło wszystko. Westchnęła cicho i zaczęła się poważnie zastanawiać nad tym, czy samej się nie podpalić. - Rosa... Mieszkam za miastem, w domu lekarza i uzdrowiciela - odpowiedziała niechętnie i odwróciła wzrok. - Tylko nie przychodź zbyt często...

- Zobaczy się... - mruknął. Gdy odchodziła odziewając się, słyszała jego gromki, szyderczy śmiech pośród ciszy nocy.
 
__________________
Non fui, fui. Non sum, non curo.
Serge jest offline  
Stary 21-11-2009, 23:52   #7
 
Huang's Avatar
 
Reszta nocy mijała spokojnie. Przynajmniej na to wyglądało z zewnątrz. Niestety traumatyczne wydarzenia z cmentarza odcisnęły piętno na psychice Rosy. Gdy po powrocie do domu znalazła się wreszcie we własnym łóżku, obrazy tańczących szkieletów i widma wyłaniającego się z mroku, długo nie dawały jej spokoju. Usnąć udało się jej bardzo późno, jednak nawet we śnie nękały ją koszmary. Śnił się jej gwałciciel wykrzykujący bluźnierstwa i czarna zjawa stojąca obok i przyglądająca się wszystkiemu. Twarze martwych ludzi o różnym stopniu rozkładu wyłaniające się z mroku, szczerzące się w makabrycznym uśmiechu. Śnił się jej też odgłos sapiącego jak buhaj mężczyzny. Obudziła się z wrzaskiem, zmęczona i zlana potem. Było jeszcze przed południem. Pogodne słońce wdzierało się do pokoju przez okna za którymi zwisały z okna przeszło metrowe sople lodu. Nagle, rozległo się potężne walenie do drzwi.


Na Bartoszu, mimo że nie było tego po nim widać, wydarzenia z nocnego wypadu na cmentarz także wywarły spore wrażenie. Chodzące trupy wciąż zaprzątały jego myśli i za nic nie mógł się pozbyć wykrzywionych, obrzydliwych i śmierdzących rozkładem twarzy nocnych balowiczów. We śnie nawiedziły go obrazy pięknej czarownicy, jej kształty, jej jęk... Oboje otoczeni przez korowód tańczących trupów. I on obudził się niespokojny. To co stało się na cmentarzu pewnie nie uszło uwadze władz a ciało nie zostało w końcu dostarczone do Zeitera. Gdy po ubraniu się wyszedł z domu, na rynku zobaczył interesującą rzecz. Jakiś łysy facet zrobił zbiorowisko i wrzeszczał do ludzi. Po chwili Bartosz zorientował się, że łysy był krawcem. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego.
-Nad rankiem! To było o świcie! - krzyczał krawiec - Ta lafirynda wparowała do mojej pracowni, zupełnie goła! I ukradła suknię! Zieloną! haftowaną złotą nicią! Buchnęła mi ją i zwiała! Chciałem ję łapać, ale ruszyć się nie mogłem! Ona... urok jakowyś na mnie rzuciła! Czarownica jebana! - wrzeszczał rozeźlony łysol - Na stos z nią trzeba! Poznałem tą ladacznicę co z diabłem się układała! Do ta lekarka co za miastem mieszka!
- Tak! - Zawtórował Ktoś z tłumu - To czarownica na pewno! Matka jej na stoję spalona niedawno była! Też za czary!
- Nie nie może być ona! - odezwała się jakaś stara baba - Plecy mnie wyleczyła, dziecko złote z niej i dobroduszne takie! Z diabłem się układać nie mogła!
- Moją córkę też wyleczyła! - krzyknął sprzedawca sukna - Dziewczyna z niej miła taka i bogobojna... Czarownicą być nie może!
Ludzie przekrzykiwali się nawzajem podając różne bardziej i mniej sensowne argumenty. Bartosz usłyszał nagle znajomy głos Zeitera.
-Ciekawa rzecz prawda? - zapytał podstarzały medyk, który właśnie przed chwilą stanął po jego prawej stronie.


-Wpuść panienko Roso! - usłyszała bolesne wołanie zza drzwi - Musisz mi pomóc bo zdzierżyć nie mogę! Wpuść panienko! - krzyczał mężczyzna za drzwiami dudniąc z mocą w drzwi.
 
__________________
"...i to również przeminie..."
Huang jest offline  
Stary 22-11-2009, 00:00   #8
 
Ouzaru's Avatar
 
Walenie do drzwi otrzeźwiło ją do reszty, jednak nie przegnało z myśli niemiłych wspomnień. Szybko złapała tunikę, którą zawsze trzymała w nogach łóżka i zaczęła na siebie ubierać.
- Już, już otwieram, spokojnie! - zawołała. Gdy tylko zawiązała ostatni rzemień, podeszła do drzwi i otworzyła niecierpliwemu mężczyźnie. - Co się stało? - zapytała, nie wpuszczając go do środka.

Pierwszym co uderzało w aparycji mężczyzny była wielka czerwona narośl na szyi. Gdyby sterczała na gardle, przypominałby wyrośniętego indora. Narośl jak było widać, powodowała sinienie skóry dookoła. Drugą rzeczą jaka ujść nie mogła uwadze, był ropny odór jaki bił do mężczyzny. Kuląc się trzymał się za gardło w okolicy narośli.
- Panienko Roso, pomocy. Bardzo boli... nie zdzierżę.

- Wejdź - powiedziała niepewnie i przepuściła go w drzwiach. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziała, nawet nigdy nie słyszała o takiej paskudnej narośli. Otworzyła tylko usta ze zdziwienia i pomogła mężczyźnie usiąść na krześle. Przeleciała wzrokiem po wiszących na ścianie ziołach, przekartkowała w myślach zapiski matki i babki szybko dochodząc do wniosku, że jedynym sposobem walki z tym czymś będzie magia. Niestety.
- Powiedz mi, co się stało? Skąd masz... to - zapytała, palcem wskazując narośl. - Kiedy się pojawiło i w jakich okolicznościach?
Od razu wzięła się za mieszanie bazylii z melisą, by pacjent się trochę uspokoił. Dodała też kozłka i wzięła z półki maść przeciwbólową roboty jej matki.

- To już od dawna jest... na polu kiedym pracował... coś mnie ucięło, robal jaki - powiedział siadając. - Niby się często zdarza ale tym razem się nie goiło... rosło. Taka mała krosta zdała się. Ksiądz proboszcz powiedział, że Bóg pokarał za myśli grzeszne i boleć przestanie, że purchawa zejdzie jak się więcej modlić będę i odpust kupię... No i przestać przestało... rosnąć przestało, ból do zdzierżenie zdał się. Ale jak raz mnie wczoraj znów wzięło, po trzykroć urosło i boleć zaczęło. Panienko Roso... Może panienka wie na to jakie lekarstwo bo do księdza to się wstydzę... jeszcze powie że znów grzeszyć zacząłem i mnie z kościoła na cztery wiatry przepędzi...

Dziewczyna westchnęła cicho i wskazała niewielką leżankę pod ścianą. Rozpaliła ogień w palenisku, zgasiła i rzuciła dwie garści suszonej lawendy na żarzące się czerwienią drewno. Chciała, by pacjent się zrelaksował i najlepiej przysnął. Szykowała mu mieszankę, która by zwaliła konia z nóg. Świeżo zgniecione zioła przełożyła łyżeczką do kubka i zalała gorącą wodą.
- Spokojnie, zaraz się tym zajmiemy. Najpierw musisz się jednak odprężyć. Proszę - podała mu kubek - wdychaj ten napar i jak przestygnie, wypij. Potem się połóż, ja przygotuję maść...

Mężczyzna wykonywał posłusznie polecenia. Nie mówił, nie narzekał. Tylko czasem mrużył oczy i stękał boleśnie. Gdy zaczął pic napar zrobił się senny i usnął dosyć szybko. Rosa w tym czasie nie próżnowała, szykowała dwa osobne okłady na paskudną narośl. Nasiona bazylii, cebula, majeranek, szałwia, rumianek i babka szybko znalazły się w moździerzu, gdzie młoda czarownica pieczołowicie je rozcierała. Oczy zaszkliły jej się, gdy poczuła ostry zapach cebuli, lecz jedynie pociągnęła nosem i odwróciła głowę. Intensywnie myślała, co chwilę zerkając w stronę mężczyzny. A może by tak... Dokończyła robić okład i stanęła nad chorym. Zapaliła ciemną świecę, która miała odgonić złe moce i rozsypała dookoła narośli trochę majeranku i rozmarynu. Wolała mieć pewność, że nikt jej nie usłyszy, więc skoncentrowała się i wypowiedziała słowa zaklęcia w myślach, wizualizując oczami wyobraźni, jak narośl się zmniejsza i znika.
"Bogini skryta w obliczu księżyca, użycz mi swej mocy i mądrości, bym mogła uleczyć tego mężczyznę, uwolnić od bólu i złego uroku. Po trzykroć niech zło odejdzie..."
- Uzdrawiam cię, uzdrawiam cię, uzdrawiam cię... - szepnęła, kładąc leczniczą maść na narośli.

Gdy wypowiadała zaklęcia poczuła jakby powietrze lekko zafalowało, zgęstniało i rozluźniło się znowu. Narośl zauważalnie zbledła i zmniejszyła się nieco pod warstwą maści. Mężczyzna dalej spał. Odetchnęła z ulgą i szybko zgasiła świecę palcami, chowając ją i zaczęła sprzątać po zabiegu. Czekając, aż pacjent się obudzi, przygotowała mu trochę maści leczniczej do stosowania w domu. Coś ją niepokoiło i nie było to związane z naroślą, tylko czymś zupełnie innym. Pod sercem czuła, jak jej się mięśnie ściskają i mdliło ją ciągle. Jednak było to chyba normalne po wydarzeniach ostatniej nocy... Wzdrygnęła się na samą myśl o swoim gwałcicielu i gwałtownie poderwała się z krzesła, przewracając je z hukiem. Nie mogła przecież zajść w ciążę z tym bydlakiem! W panice zaczęła zbierać ziółka - na wszelki wypadek postanowiła zażyć podwójną dawkę i pomodlić się do Bogini.
 
Ouzaru jest offline  
Stary 22-11-2009, 01:12   #9
 
Serge's Avatar
 
Mężczyzna przeklinał w myślach nocną wizytę na cmentarzu – jakby atrakcji widzianych w parku sztywnych było mało, śniły mu się jakieś koszmary. Sam przed sobą przyznawał, że dawno nic takiego nie przeżył, ale najpewniej te chodzące zwłoki jakoś się jednak na jego psychice odbiły. W końcu był tylko człowiekiem. Człowiekiem zapracowanym w dodatku, który straci intratnego kupca na swoje towary, jeśli nie pojawi się z ciałem u Zeitera. Psia mać, że też sprawy zaczęły się tak niekorzystnie układać!

Po zjedzonym śniadaniu wyszedł na zewnątrz, a jego ciało przeszył dreszcz. Wciąż rozmyślał o nocnej eskapadzie i o tym, czego był świadkiem. Ponura wczesnozimowa pogoda nie napawała optymizmem – wiał zimny, północny wiatr, a wiszące nisko grafitowe chmury zwiastowały deszcz albo śnieg. Zresztą, jeden pies. Bartosz przechadzał się z wolna po mieście, miał zamiar odwiedzić karczmę Kulawego Piotra i zatopić myśli w alkoholu. Trzęsły mu się ręce, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Odruchowo naciągnął kapelusz i schował dłonie do kieszeni płaszcza. Mijając kolejnych przechodniów miał dziwne wrażenie, że wiedzą o jego podwójnym życiu gdy tak na niego patrzyli. Ale nie, przecież to niemożliwe… zawsze był ostrożny, a to nocne wydarzenie to jedynie wypadek przy pracy, tak sobie to przynajmniej tłumaczył.

A mimo wszystko czuł dziwny niepokój w trzewiach, który nie pozwalał mu rozsądnie myśleć. Z wycieczką na cmentarz na pewno da sobie dzisiaj spokój – całe miasto huczało od plotek i informacji o nocnym zajściu, więc wolał nie ryzykować. Przechadzając się przez zatłoczony z rana rynek usłyszał nagle krawca, który wykrzykiwał coś o jakiejś czarownicy. Bartosz przez chwilę nie słuchał o czym prawi, w końcu jednak przystanął obok kramu z pieczywem i wysłuchał o czym gadają. W końcu ludziska zaczęli się przekrzykiwać, a porywacz zwłok uśmiechnął się tylko pod nosem.

Niespodziewanie, niczym zjawa, pojawił się obok niego Zeiter. Mężczyzna cuchnął medykamentami i czymś jeszcze. Ostrowski dałby głowę że był to fetor rozkładających się ciał.
- Ciekawa rzecz, prawda? – zaczął medyk.
- Tania sensacja, nic nowego dla tych ciemniaków. – prychnął Bartosz. – A pan na zakupach? Czy raczej mnie śledzi? Proszę się nie obawiać, termin zostanie dotrzymany. – rzucił cicho i ostrożnie mężczyzna, choć postronny obserwator nawet nie mógłby skojarzyć o czym rozmawiają.
- Ta dziewczyna może mocno ucierpieć... - mruknął - niepotrzebnie... zupełnie niepotrzebnie... Nie sądzisz? - dodał patrząc Bartoszowi sugestywnie w oczy - A Ciebie coś z nią łączy nieprawdaż?
- A od kiedy obchodzą pana inni ludzie, panie Zeiter? – Bartosz zezował na mężczyznę. Próbował nie dać po sobie poznać, że w nocy na cmentarzu przeleciał tę dziewkę, ale zapadnięte, świdrujące go oczy medyka chyba znały prawdę. – Nie sądzę by moje życie intymne pana pociągało, więc temat uważam za zakończony. Obaj jesteśmy ludźmi interesu i niech tak zostanie.
- Oczywiście. Ludźmi interesu. - medyk uśmiechnął się cyniczne - Cóż... jeśli będziesz miał do mnie jeszcze jakiś interes, zgłoś się do mnie. Jeśli ta dziewczyna jakiś by miała, także powinna.... - stwierdził cicho i odwrócił się na pięcie. Zniknął za rogiem ulicy prowadzącej do jego domu. Tłum wciąż wrzeszczał z wściekłością.

Bartosz odprowadził wzrokiem medyka, zastanawiając się, co miał na myśli mówiąc o tej dziewce. W sumie niewiele go to interesowało, bo stary Zeiter był dziwakiem, niemniej jednak tłum skandujący coś o czarownicy miał poważne plany wobec jego nowej ‘przyjaciółki’ poznanej na cmentarzu. Mogła mu się jeszcze przydać żywa, więc ruszył szybkim krokiem w kierunku, który mu podała ostatniej nocy. Minął piekarnię i kościół, po czym wypadł na ścieżkę prowadzącą, jak sama mówiła, do jej chaty. Bartosz szedł na skróty, toteż powinien był znaleźć się w jej chacie szybciej niż rozbestwiony pochód ociemniałych mieszkańców.

Wpadł do jej chaty akurat w momencie, gdy zbierała z podłogi jakieś zielone liście. Chyba nie była zdziwiona jego obecnością, bo patrzyła na niego hardo z kamiennym wyrazem twarzy. Podbiegł do niej i chwycił za ramiona.
- Zbieraj się, musimy uciekać!. – warknął gromko. – Banda mieszczuchów idzie do twojej chaty, słyszałem, że chcą cię oskarżyć o czary i spalić na stosie. Nie ma czasu do stracenia.
- A niby dlaczego miałbyś mi pomagać? – wycedziła. – I dlaczego miałabym ci wierzyć?
- Nie fatygowałbym się tutaj, gdyby to nie było nic poważnego. Zbieraj się, bo jak mnie znajdą tutaj, to spalą razem z tobą! – wypalił ostro.
Nie była do końca przekonana, czy to nie jest jakiś podstęp, ale wolała nie ryzykować. Wszak matka uczyła ją, iż nic nie działo się bez przyczyny. Może dlatego go wczoraj ‘poznała’, by teraz on ją ostrzegł i uratował życie? To nawet miało jakiś sens, zwarzywszy na to że dopiero co spalono jej matkę i poprzedniej nocy właśnie odprawiała rytuał.
- Dobra, tylko się spakuję – odparła.
- Byle szybko, dziewucho!

Nie chcąc, by ją co chwilę ponaglał i wrzeszczał nad uchem, rzuciła mu worek i wskazała na kufer przy łóżku. Bartosz coś mruknął pod nosem niezadowolony, ale wziął się za wrzucanie do środka kilku zapasowych ubrań dziewczyny. Ona w tym czasie wyjęła skrzyneczkę ze skrytki pod łóżkiem i poupychała w niej świeczki. Potem wrzuciła do swojej torby najpotrzebniejsze zioła, chwyciła rytualny miecz i w akompaniamencie przekleństw oraz bezustannego pospieszania, opuściła swój dom.
- Możesz już być cicho? – zapytała zdenerwowana. – Gdzie mamy iść? Masz jakiś pomysł?
- Pomysł? – Bartosz zmarszczył brwi. Nie miał pomysłu, zresztą, nie tym się zwykle zajmował. Pomyślał chwilę cały czas ciągnąc za sobą dziewczynę. – Mam! Pójdziemy do mojego znajomego, on będzie wiedział co robić dalej. To zaufany człowiek.
- Świetny plan – mruknęła, patrząc na niego spode łba. – Zawsze musisz mieć kogoś, kto będzie za ciebie myślał? – rzuciła, od razu gryząc się w język.
- A żebyś wiedziała! – wypalił. – Poza tym zamknij buźkę, bo będziesz sobie za chwilę radzić sama! Przebieraj tymi nogami, widać, że ci bozia wzrostu nie dała…
- Już nie będę mówić, czego tobie brakuje. Wczoraj dało się zauważyć, choć światło było nikłe.
- Zamknij się! – Bartosz uniósł otwartą dłoń w górę i zdzielił dziewczynę w twarz. Zamilkła, a on ciągnąc ją dalej układał w głowie ‘plan’. Zamierzał udać się z nią do Zeitera, w końcu medyk chyba nie bez przyczyny wspominał o niej niedawno. Bartosz miał zamiar się dowiedzieć dlaczego ta dziewka miała dla niego jakąś wartość. Przyspieszył kroku znikając w niewielkim zagajniku. Na skróty będzie szybciej.
 
__________________
Non fui, fui. Non sum, non curo.
Serge jest offline  
Stary 22-11-2009, 12:51   #10
 
Huang's Avatar
 
Wsunęli się razem w zarośla. Przy każdym kroku leżący wszędzie śnieg skrzypiał niemiłosiernie. Skostniałe gałęzie łamały się z trzaskiem. Nie ma mowy, żeby ktoś był nieopodal. Nie było mowy o tym, żeby ktoś mógł ich śledzić. Czyjekolwiek kroki, choćby bardzo oddalone, dotarłyby ich uszu.
A jednak nagle zza zarośli wyskoczyła jakaś kobieta. Dzierżąc w ręku suchą gałąź zrobiła potężny wymach i uderzyła Bartosza w brzuch. Nie zrobiło to na mężczyźnie większego wrażenia a prowizoryczna broń natychmiast pękła. Kobieta wytrzeszczyła oczy i uciekła czym prędzej. Nie było nawet sensu jej gonić. Była bardzo szybka i zniknęła w zaroślach tak szybko jak się pojawiła. Ponadto, jej ślady jakoś umykały wzrokowi. A może w ogóle ich nie zostawiła?
Ale nie sam fakt tak dziwnego zachowania zdziwił Bartosza i młoda czarownicę.
Kobieta wyglądała identycznie jak Rosa. Te same włosy, ta sama figura, ta sama wysokość, kształt nosa, oczy... wszystko było identyczne. Jedyne co odróżniało ją od wiedźmy, była zielona, haftowana złotą nicią suknia...
 
__________________
"...i to również przeminie..."
Huang jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:42.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172