Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-02-2010, 23:42   #1
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 1466 woltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumny
Na Ratunek 2

30 lipca 1844

Kap, kap – ciężkie krople uderzały o dach karocy, którą do Londynu wracali Ada Lovelace, Robert Virgil Windermare oraz John R. Weelton-Morris. Cała trójka milczała, pogrążona w swoich myślach, ostatnie dni były dla nich ciężkie. Nie tylko nie udało się im rozwiązać zagadki panny Person, ale także byli świadkami zniknięcia Olimpii, a także pana Somerset, który – nie informując nikogo – nagle wyjechał z posiadłości Trzeciego Earla Ross. Jakby tego było mało, dwa dni po zaginięciu śpiewaczki, dotarła do nich informacja o wypadku jakim uległ James Sutton i inni. Wiadomość tę przywiózł do Dawenvill Willborrow, informując jednocześnie zebranych w posiadłości Rossa o znacznym pogorszeniu się zdrowia Lucy, które, jak się okazało, nastąpiło w dniu przejścia Olimpii, Virigila i Ady do innego świata. Dobrotliwy grubas początkowo nie chciał wierzyć w ich historię i trudno mu się było dziwić: potworny wilk; pistolet, który nie miał prawa istnieć; otwarcie przejścia do innego wymiaru, którego świadkami było przynajmniej pięć osób czy w końcu niezwykła opowieść o Camelocie pasowały bardziej do historyjek opowiadanych w azylach dla psychicznie chorych, a nie w rezydencji posła na sejm Jej Królewskiej Mości! Im dłużej jednak lekarz słuchał, tym bardziej wierzył Adzie, Robertowi, John’owi i innym, przy czym wiara ta nie rozwiązywała żadnego z licznych problemów jakie przed nimi stały. Jedyne czego wszyscy byli pewni to to, że w rezydencji Persona było niebezpiecznie – z tego też powodu podjęto decyzję o powrocie do Londynu.

Pogoda w Londynie była równie parszywa jak poza nim, choć o tej porze roku, gdy wydobywający się z Tamizy smród był zwykle nie do wytrzymania, była to spora ulga dla wszystkich mieszkańców Londynu.

Wóz zatrzymał się przed rezydencją pani Lovelace. Kobieta pożegnała się z panem Weelton-Morrisem, a następnie wysiadła z pomocą Virgila. Mężczyzna odprowadził kobietę do drzwi. W czasie krótkiej przechadzki umówili się na następny dzień z zamiarem ustalenia co i jak dalej robić.

Kolejnym punktem była kamienica w której Weelton-Morris wynajmował pokój. Virgil proponował młodemu naukowcowi nocleg u siebie, miejsca miał wszak dużo, ale Morris odmówił grzecznie stwierdzając, że musi przemyśleć całą sprawę i że łatwiej będzie mu zebrać myśli wśród własnych ksiąg i notatek. Baronet nie naciskał na mężczyznę. Pożegnali się w krótkich słowach i ustalili termin następnego spotkania.

*

Mieszkanie Virgila zdało mu się bardziej puste niż zwykle. Owszem było tu mnóstwo przedmiotów, niektóre spośród nich były wyjątkowo piękne i drogie, jednak szlachcic czuł w sobie pustkę. Otworzył butelkę najlepszej whiskey jaką miał, usiadł w głębokim, skórzanym fotelu w gabinecie. Naprzeciwko wisiało niewielkie płótno przedstawiające Olimpię Grisi na tle jakiś włoskich ruin, które kobieta pokazała mu w czasie ich wspólnej podróży po jej ojczystym kraju. Obraz nie był wybitny, ale miał w sobie to coś, co sprawiało, że Virgil nie oddałby go za żadne skarby. Wpatrując się w obraz Virgil zastanawiał się nad tym co się stało w ostatnich dniach, a także nad sensem słów Starca – whiskey przyniosło ukojenie, którego tak potrzebował.
Kilka godzin później wierny lokaj Virgila okrył swojego pana kocem, a pustą po alkoholu zabrał ze sobą.

*

O tym, że Somerset wypłynął do Ameryki dowiedzieli się dzięki znajomościom Ady Lovelace, która była zaprzyjaźniona z żonami kilku kapitanów statków pływających na różnych trasach, a także wysokich urzędników portowych. Nie zajęło im to wiele czasu, choć początkowo zdawało się, że Somerset przepadł niczym kamień w wodzie, bowiem po powrocie do Londynu nie widziano go ani w jego własnym domu, ani w Królewskim Towarzystwie Geograficznym, nie odwiedził też żadnego z swoich ulubionych lokali. Jedyne miejsce o którym wiedzieli, że Somerset je odwiedził przed opuszczeniem Wielkiej Brytanii był Bank of England w którym Somerset kazał wypłacić sporą sumkę. Po co? Tego urzędnik banku, do którego dotarł Virgil, zdradzić nie chciał, a najpewniej i nie wiedział, bo nie było to jego sprawą. Poszukiwacze stanęli przed pytaniem: co dalej – czy wierzyć w słowa Stara i ruszać za Somersetem, czy też pozostać przy swoich wątpliwościach.


***

Pobudka nie należała do najprzyjemniejszych w życiu Olimpii. Bolała ją głowa, a świat przed oczyma wirował niczym na karuzeli, powodując mdłości. Dopiero kilka głębszych wdechów sprawiło, iż wszystko uspokoiło się i nabrało kolorów.

Była w środku kamiennego kręgu, który mieścił się na niewielkiej polanie w lesie. Las nie przypominał żadnego z lasów, które znała Olimpia – drzewa choć znajome zdawały się na wyższe, potężniejsze... i na swój sposób groźniejsze szczególnie teraz – nocą, która na szczęście Olimpii była wyjątkowo jasna.

Włoszka szukając czegoś znajomego spojrzała w niebo i zamarła ze strachu, gdyż dwa księżyce, duży czerwony i mały, przypominając ten który znała, świeciły w pełni. Mimo to układ nieba zdawał się Olimpii podobny, a przynajmniej takie miała wrażenie.

Śpiewaczka nie ochłonęła jeszcze od swojego ostatniego odkrycia, gdy zza jej pleców odezwał się basowy głos.
- Widzę, że podziwiasz nasze księżyce – powiedziała humanoidalna istota o pysku wilka, ubrana jedynie w spodnie. Wilkołak był potężnie zbudowany, a czarne futro lśniło w świetle księżyców - Ten czerwony to Vari, Czerwony Wędrowiec, a jasny Mari, co znaczy w naszym języku Jasny Wędrowiec. Powiadają, że póty te dwa będą na niebie, póty nasze światy będą oddzielone od siebie – kontynuował. – Ale... – nagle przerwał, postawił uszy i nasłuchiwał. Olimpia dopiero po chwili w oddali usłyszała dźwięk przypominający dźwięk, jaki wydawała łamana, sucha, drewniana gałązka. – Musimy ruszać, jeżeli nie chcesz trafić przed oblicze Królowej, a wierz mi nie chcesz tego – powiedział poważnie. Nie była to groźba, ani prośba, a raczej stwierdzenie pewnego faktu. Po chwili zaś dodał – Mój Pan czeka na spotkanie z Tobą.
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.

Ostatnio edytowane przez woltron : 10-03-2010 o 13:56.
woltron jest offline  
Stary 10-03-2010, 21:10   #2
 
Hellian's Avatar
 
Reputacja: 136 Hellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znany
List nie był zbyt długi. Ale Olimpia starała się napisać go tak by przygotować siostrę na swoje zniknięcie i na najróżniejsze plotki, które będą mu towarzyszyły. Sprawę ułatwiał fakt, że panny Grisi miały w znikaniu pewną praktykę, bo chyba można tak powiedzieć, skoro Olimpia miała być drugą, która zniknie. Wyłuszczyła siostrze swoje plany, nie wspomniała o rzeczach, które powinny być przemilczane i żywiła głęboką, związaną z tą rodzinną tradycją nadzieję, że Giulia w głębi serca uwierzy w niemożliwe, w tę krainę, którą kiedyś zwiedzała niepokorna Giuditta, a do której pisząca pożegnalny list Olimpia, zamierzała podążyć.

Bo przecież nie miała wyjścia. Nie jest najłatwiejszą rzeczą na świecie być szaloną, osobą naprawdę nieobliczalną, nieprzewidywalną i dla siebie samej. Dużo przyjemniej w elastycznych granicach każdej epoki szaloną udawać. Tylko wtedy szaleństwo jest zabawne, pozornie osobnicze, a naprawdę wspólne, zrozumiałe, oswojone, lekkie. Olimpia nawet nie wiedziała, kiedy to się stało, kiedy poszła za daleko, zagubiła się gdzieś w tej chłodnej Anglii, złamała o kilka zasad za dużo, odtrąciła własne czasy i środowisko i nagle przyjemne stało się przerażającym, a ona została sama, dama kąpiąca się w jeziorze nago, biegająca boso, wchodzącą w nocy bez zaproszenia do sypialni nieznajomego. Taka bliska zastrzelenia Virgila.

Choć prawdopodobnie wszystko umiałaby sobie wybaczyć, gdyby była artystką równie wielką jak jej siostry.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=VMsLprY1JSg&feature=related [/MEDIA]

Potrzebowała tej fantastycznej krainy. Do tego naprawdę udało jej się pozbyć Ady i Virgila. Czyż nie był to znak, że jeszcze wszystko może się ułożyć? Złamane serce da się poskładać, a może nawet, w krainie baśni, znajdzie się lekarstwo i na wokalne niedostatki. I o tym właśnie myślała, gdy obudziła się w złowrogim lesie sama, a nad jej głową płynęły dwa księżyce. Zaczerpnęła głęboko chłodnego powietrza, z uśmiechem, który choć nie wyszedł poza kąciki ust, rozjaśnił ją całą i stanowczo i wyraźnie oznajmiał, że Olimpia, w tej sekundzie, wierzy w szczęście.

Oczywiście, że czuła strach. Niebo takie obce, nieprawdziwe konstelacje, jeden nadmiarowy księżyc, drzewa, za duże, inne, długie giętkie gałęzie wyciągające się w jej kierunku jakby w świadomej intencji. I jeszcze złowrogi kamienny krąg niczym ten w południowej Anglii, ten, którego nigdy nie widziała, bo przecież unika wietrznych miejsc. Ale nawet strach był wspaniały, łaskotał w gardle, szczypał delikatnie końcówki palców, obejmował i otulał. Nie zostawiał miejsca na nic innego. O wiele doskonalszy od premierowej tremy. Bo przecież straszył śmiercią.
Prawdziwa szkoda, że w prawdziwym świecie kobiety się nie pojedynkują.

I do tego pojawił się wilkołak.
Świat, który nadążał za jej wyobraźnią.
A Olimpia nie zdołała, nie chciała zresztą, zdusić krzyku, który wydobył jej się z gardła. Nogi, miękkie niczym z waty ledwie utrzymały ją prosto. Ręką wymacała oparcie dla pleców. Kamienna bryła była pokryta rosą i zaskakująco ciepła. Nadal ciekawość wyrywała się w Olimpii przed trwogę. Odwróciła się by obejrzeć menhir. A człowiek-wilk przemówił.
- Pójdę z tobą – Włoszka bez wahania przyjęła zaproszenie. Wyciągnęła do wilkołaka rękę. On nie od razu wyciągnął swoją, może zdziwiony jej reakcją. Dopiero po chwili wziął dłoń Olimpii w swoją. Ścisnęła go mocno. Bestia w grymasie skrzywiła pysk. Obnażyła wielkie żółte kły, dwadzieścia centymetrów od jej twarzy.
- Zrobiłaś to specjalnie? –wyszeptał jej prawie do ucha.
Kiwnęła głową. Wilkołak puścił jej rękę. Zdjęła pierścionek i schowała go do kieszeni.
- Sprawdzałam tylko.
- Więcej tego nie rób!
- Oczywiście, że nie będę, przecież raz wystarczy. – odpowiedziała.
Wytrzymała spojrzenie jasnozielonych oczu. Chciał ją nastraszyć, ale nie miał czasu na długi pojedynek. Gestem nakazał jej iść za sobą.
- Naprawdę mógłbyś? – zrównała się z nim - Rozszarpać mi gardło?
Warknął naprawdę rozeźlony i złapał ją za rękę.
- Wszystkie jesteście głupie, niezależnie od świata.
Olimpia roześmiała się. Gdzieś w oddali trzasnęła gałązka. Wilkołak rozglądał się niespokojnie. Nawąchiwał. Jakby to on był na wrogim terytorium.
Panna Grisi drżała w chłodnym, nocnym powietrzu. Wiał wilgotny wiatr, czuła w nim morze. Przez tę chwilę przemokły jej trzewiki. Wszystko razem zwiastowało przeziębienie. Żegnaj Córko Pułku, o tej chrypce nie napiszą gazety.
- Możesz przybrać ludzką postać? – zapytała.
- Mogę – odpowiedział jednym słowem. Już biegli, ciągnął ją, bezskutecznie próbując przyśpieszyć.
- Jak masz na imię? – dopytywała niezniechęcona
- Gerard…
…Czarny Kieł.

Roześmiała się.
- Ale Gerard mi się podoba. Ja jestem…
- Wiem – przerwał jej – musisz się pośpieszyć, kobieto.
Jedno opryskliwe zdanie za dużo.
Olimpia zatrzymała się w miejscu.
- Nigdzie z tobą nie idę. Szukam ojca, ty na niego nie wyglądasz. A ja nie jestem Czerwonym Kapturkiem. I zawsze sobie radzę. Mógłbyś być choć na tyle uprzejmy, żeby przybrać mniej straszną postać.
Oczy Gererda zabłysły jeszcze jaśniejszą zielenią. Cofnęła się o krok.
- W tej postaci mogę cię chronić, głupia. A zmiana… – tym razem on się roześmiał – jest bolesna i nieładna, wierz mi, także w tym świecie większość obserwatorów pochorowałaby się od jej widoku. A ty nazywasz się Olimpia Emmanuela Merli i potrzebujesz mnie teraz w tej paskudnej postaci.
Zamilkł. Chciała odpowiedzieć, zaprotestować, ale nagle zamknął dłonią jej usta. Zmarszczył pysk, znowu wąchając. Pociągnął ją mocno, biegli aż nie miała już siły. Stanęli po kilkuset metrach, schowani za olbrzymim drzewem. Pokazał w kierunku kręgu. Nie widziała zbyt wyraźnie, ale wśród kamieni płonęły światła i ruszały się nieznane jej stworzenia.
- Co to jest? – zapytała
- Machiny królowej. I ich załoga.


Spełniło się. Czekał na nią cały, nowy, straszny, piękny świat.
 
__________________
"Kobieta wierzy, że dwa i dwa zmieni się w pięć, jeśli będzie długo płakać i zrobi awanturę." Dzienniki wiktoriańskie
Hellian jest offline  
Stary 23-03-2010, 23:38   #3
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 42092 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
Charakterystyczny dla przedziwnej broni huk wystrzału rozmył się w powietrzu tak jak otaczająca ich komnata. Baronet nie miał wątpliwości. Starzec powinien był paść na posadzkę z równiutkim otworem między oczami. Z tej odległości nie było mowy o trefnym strzale. Dlatego strzelił właśnie. Żeby zabić. Doskonale wiedział, że miejsce w którym się znajdują jest prawdziwe i jakie będą konsekwencje. Tymczasem on i Ada Lovelace byli ponownie na tej samej polanie, na której poprzednio. Oni i tylko oni. Po Olimpii nie zostało śladu, a sama polana była pusta. Po ceremonii przeprowadzonej przez pana Weelton-Morrisa pozostało tylko parę nieuprzątniętych krzeseł. Jasna, gwieździsta noc nad Dawenvil zdawała się drwić z dwójki arystokratów rzucając im w twarz dość proste pytanie. Co tak właściwe tu robili?
Oczywiście Camelot był wierutną bzdurą i najpewniej efektem jakiejś autosugestii wplecionej w sprytny sposób w szepty, które mamrotał bezwiednie pan Weelton-Morris... ale jednak jakaś część musiała być prawdziwa. Dlaczego służba dworku Persona, a także Lexinton inni mieliby ich tu zostawić?
Ada zdawała się bezwzględnie odrzucać nawet taki intelektualny kompromis. Uparta jak klacz folbluta, których tak nie znosiła.
Pomimo nawoływań nie trafili w ciemnościach na ślad Olimpii, lub kogokolwiek innego. Włoszka przepadła i pozostało czym prędzej wrócić tu ze służbą z dworku.

W dworku zastali już tylko pana Weelton-Morrisa w towarzystwie konstabla Hunta. Początkowe, wywołane widokiem Virgila i Ady, zdziwienie obu mężczyzn było nie mniej drażniące niż relacja jaką zdali z wydarzeń po rzekomym przejściu przez portal. Pan Sharpe i panna Bernadotte wyjechali jeszcze tego samego dnia z powrotem do Londynu. Tak samo zresztą uczynili baron Lexinton i pani Davies, oraz Pan Sommerset. Z tym jednym wyjątkiem, że ten ostatni z nikim się nie pożegnał i zwyczajnie znikł nie widziany przez nikogo ze służby. Szczudlasty, nieco chorobliwie blady gentlemen, od początku nie był specjalnie rozmowny... Sommerset. Czy to nie jego kazał odnaleźć starzec z Camelotu?

Łatwo można było się domyślić iż nocne i prowadzaone przez cały następny dzień. poszukiwania zaginionej w zagajnikach nieopodal Dawenvil spełzły na niczym. Virgil osobiście traktował to jako potwarz. W końcu przebywanie z dwiema paniami ma swoje zalety, za które należy płacić w postaci przynajmniej honorowej kurateli i chociaż Virgil być może nie miałby nic przeciwko pozostaniu z którąś sam na sam, to taki obrót spraw kłuł boleśnie męską dumę. O ile też skłonny był zgodzić się z Adą, że cała ta wyprawa po głębszym zastanowieniu się, nie ma większego sensu, tak istotność obecnej w niej wzmianki o Sommersecie już tak. Suchotniczy podróżnik bywał wszędzie gdzie imperium rozpościerało swoje kolonie więc i mógł się znać na wszelkiego rodzaju substancjach, czy zabiegach zwiększających podatność na sugestie. Czyn wielkiej skali, ale możliwy. Mógł porwać Olimpię i zasugerować niemądrą podróż do Ameryki... właściwie tylko w jednym celu. By pozbyć się niewygodnych osób, których zbyt mocno zainteresowało szaleństwo panny Lucy. Wpierw Lexintona i pani Davies, a następnie Ady i jego samego.

Do Londynu wyjechali trzy dni później. Nie podzielali entuzjazmu pana Weelton-Morrisa w opowiadaniu Willborrowowi o całym zajściu. Zgodnie, choć bez wcześniejszego wspólnego ustalania, skwapliwie przytakiwali większości opowiadanych przez młodego celtologa wydarzeń do momentu rzekomego otwarcia portalu.
- Pistolet Panie Willborrow wykazuje znamiona technologii pneumatycznej. Nawet w połowie nie tak niesamowitej jak jej nazwa i już raz, czy dwa sprawdzanej. A otwarte przejścia i Camelot... Cóż. Pan Weelton-Morris jest zapewne nieocenionym specjalistą w zakresie wierzeń celtyckich, ale na polu ich konfrontacji ze sprawą, której miejsce bardziej powinno być w aktach Scotland Yardu niż tajemnych księgach i, trzeba otwarcie przyznać, rękach amatorskich detektywów, jego intuicja ma prawo zawodzić. Pan wybaczy John – rzekł do młodego badacza zupełnie szczerze i z uśmiechem tylko odrobinę wyrażającym politowanie – Ale nawet mnie, i jak mniemam Pani Lovelace również, ciężko w to uwierzyć. Muszę więc prosić o wstrzymanie się nieco z wnioskami i zostawienie entuzjazmu pensjonariuszom Bethlem... Ludzie, dla których jedyną rozrywką jest bycie dźganym kijem raz w miesiącu przez gapiów, mogą wymyślać znacznie barwniejsze i lepiej składne historie niż obecne domysły.

***

Rozeznanie jakie dokonali z Adą w Londynie nie wniosło zbyt wiele nowości. Pan Weelton-Morris odmówił dalszemu udziału w śledztwie i zaczął przygotowania do własnego „odejścia”. Ani Virgil, ani Ada nie uznali za koniecznie odwiedzenie go od tego pomysłu, choć przez następnych dziesięć dni z pewnym niepokojem co rano przeglądali londyńską The Daily Universal Register w poszukiwaniu własnych nazwisk w nawiązaniu do szalonych celtologów. Szczęśliwie rubryki milczały. Sprawa jednak tak samo. Sommerset wyjechał do Ameryki na dobre odebrawszy wcześniej z banku wyłącznie pokaźny depozyt pieniężny. Jak twierdzili wszyscy świadkowie, wszędzie był sam więc Olimpii nie zabierał ze sobą. Gdzie więc się podziewała? Ada twierdziła, że w krainie wiecznych łowów jakby pewnie teraz rzekł dziki przewodnik Sommerseta. Czy ten czarny scenariusz mógł być prawdziwy? Nie zaszkodziło sprawdzić lokalnych kostnic, na co Virgil przystał z dużą dozą podziwu dla wybitnej matematyczki.
- Wiedziałem, że ścisłość jest Twoją domeną Ado – rzekł z uśmiechem – Ale, że sztywność? No przynajmniej ta sztywność...

***

Strażnik oprowadził ich po najświeższych nabytkach. Wszystkie wystygłe z ciepła życia Jane Doe czekały poukładane w równe rządki przykryte wyłącznie brudnobrunatnymi całunami. Taki los czekał przeważnie biedotę, ale zaliczano tu również osoby o nieznanej tożsamości gdzie właśnie spodziewali się móc znaleźć Olimpię.

Virgil zatrzymał się przy jednych zwłokach. Kobieta była młoda. Śmierć nie zniszczyła jeszcze jej powabu, ale skóra odznaczała się już sinoniebieskim odcieniem. Blond włosy gęsto oblepiały jej małą okrągłą głowę. Znał ją. Eileen Taggart. Jeszcze dwa tygodnie temu miał przyjemność podziwiać jej gorący temperament. A teraz leżała tu swobodnie i beztrosko z wbitymi w kamienny sufit piwnicy, oczami.
- Topielica – rzekł strażnik gwoli wyjaśnień.
Virgil kiwnął głową i zmrużył oczy. Dziwne uczuci. Zaiste dziwne i raczej nieprzyjemne. Odruchowo zamknął otwarte oczy kobiety.
- Tracimy czas Ado. Nie znajdziemy tu niczego istotnego – rzekł nagle poważnie – Ja też nie wierzę w te bajki Weelton-Morrisa. Miały w sobie nutę narkotycznego mitu, ale zaszły zbyt daleko, by traktować je jak zabawę. Sommerset jest w to naprawdę zamieszany. Tylko on mógł wywołać halucynację, wymusić sugestię i porwać Olimpię. Powinniśmy sprawdzić jego mieszkanie.

***

Zmniejszył ogień lampy gazowej do ledwo tlącego się karminową poświatą płomienia i usiadł wygodnie w fotelu. Mrok jaki zapadł w gabinecie nie pozwalał na dostrzeżenie wielu dopracowanych do perfekcji szczegółów otoczenia. Nie one same się liczyły jednak, a nastrój który dzięki nim ciążył w pomieszczeniu. Baronet zaciągnął się głęboko dymem i rozluźnił zamykając na chwilę oczy i delektując się przenikającym przez podniebienie narkotykiem. Jasność myślenia topniała powoli i stopniowo, ustępując pola rozwiązaniom mniej logicznym. Sommerset i Olimpia. Profesor Fellow i panna Lucy... Oczywistość wskazywała na nieoczywiste fantazje. Elfy i tym podobne. Ktokolwiek był za to odpowiedzialny... jakkolwiek rozwiązanie by nie wyglądało... Ktoś się bardzo postarał. Otworzył oczy i wypuścił powietrze. Potem powtórzył. Raz, drugi, trzeci... Obraz Olimpii stał tam gdzie go wczoraj zostawił. Na sekretarzyku obok biurka. Przedziwna kobieta. Idealna bohaterka zaginięcia. Spojrzał głęboko w olejne oczy, jakby tam mogło być odbicie miejsca, w którym się znajdowała. Czerń. Tylko błyszcząca czerń. Jak tafla niezmąconej wody nocą. Kryjąca coś przed oczami niewidzących i nieszukających... Czy Ada mogła się mylić? Czy Olimpia mogła umrzeć i żyć dalej? Pyszne kretyństwo... Choć z drugiej strony strzał był prawdziwy. Strzelił na pewno. Huk spłoszył ptactwo. Chmary czarnych jak heban kawek wzbiły się w gwieździste niebo gdy stali tam z Adą na polanie. Zastrzelił Olimpię?
Rozbawiony niedorzecznością i zarazem wystraszony hipotetycznością tego pomysłu, sięgnął pod surdut gdzie spoczywał pistolet Fellowa. Pobudzona wyobraźnia podsuwała coraz ciekawsze pomysły. Wbił skupiony wzrok w stalowe wykończenia broni. Ich mat słabo odbijał światło lampy. Płomyki jak przez mgłę tańczyły po lufie zbliżając się od szczerbinki do muszki na końcu lufy. Powoli odwrócił broń skierowując ją między swoje oczy. Na swój sposób piękna broń. Dlaczego w sumie nie? Wilk zniknął. Olimpią zniknęła... Brama po drugiej stronie kuli. Ileż ciekawsza wizja od magicznych portali Pana Sharpe'a i Weelton-Morrisa. Elektryzująca wszystkie nerwy mile podrażniające świadomość. Wystarczy pociągnąć za cyngiel. I patrzeć w lufę. Koniecznie patrzeć w lufę. By zobaczyć jak wygląda świat...
Głuche kliknięcie mechanizmu spustowego rozbrzmiało w pokoju gdy płomień lampy słabo zawirował. Baronet patrzył w trzewia broni Fellowa. Już uspokojony i rozluźniony. Olimpia żyła. Tak przypuszczał i nie zmienił zdania. Wiedział już za to, że nie ma jej w Londynie. Żyła na swoich prawach gdzieś gdzie Virgil z pewnością nie chciałby być, ani tym bardziej żyć. W swoim urealnionym szaleństwie w Ameryce, czy gdziekolwiek indziej. Niechciana obawa uleciała. W sumie zazdrościł jej na swój sposób...
Obiecał jednak pięknej hrabinie, że sprawdzą mieszkanie Sommerseta. I nie zamierzał wycofywać się z tego. Gra z Adą Lovelace zbliżała się do coraz ciekawszych rozkładów bill i nie zaliczenie najważniejszej byłoby niepowetowaną szkodą.

Wstał i jakby kierowany dziwnym impulsem raz jeszcze spojrzał na nadal trzymany w dłoni pistolet. W sumie nie był pewien, czy jeszcze moment temu pamiętał, że co drugi strzał z tej broni był do tej pory zawsze ślepy. Był za to pewien, że wrażenie było warte ryzyka.
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 24-03-2010, 21:28   #4
 
hija's Avatar
 
Reputacja: 243 hija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie coś
Dalekie odgłosy idącej ławą psiej nagonki, raz jeszcze obudziły w pamięci kobiety feralne popołudnie. Augusta Ada Byron King, Hrabina Lovelace zwykła była ufać swoim zmysłom, a co za tym idzie, spore zaufanie pokładała także w umyśle, który był nie tylko jej głównym narzędziem pracy, lecz także chlubą i ostoją w chwilach, gdy zawodziło wszystko inne. Tamten dzień, liczony już na trzy wstecz, wzruszył jednym z filarów zdrowego rozsądku Ady. Żadna z części układanki nie pasowała do innych, toteż – podążając tropem logiki – założyć należało, że jest ona dużo większa niżby się mogło na początku zdawać. Siedząca w siodle na męską modłę kobieta nie miała nic przeciwko łamigłówkom. Ba, można powiedzieć, że je uwielbiała. Tym natomiast, co się jej nie podobało w tej konkretnej zagadce, był jej zasięg. Ada nie lubiła, by tykać jej bliskich.

Z wytężeniem wpatrywała się w ścianę lasu. Trzeci dzień przeczesywali go, zaglądając pod każdy kamień i rozgarniając każdą kępkę trawy. I nic. Coś jej umykało. Coś wciąż pozostawało poza jej zasięgiem. Bardzo nie lubiła tego stanu. Tym bardziej, że teraz to od jej wydolności umysłowej zależeć mogło życie Grisi. A Grisi – było, nie było – zaliczała do wąskiego, jednoosobowego grona przyjaciółek.

*

- Yhhh... Jezu, jak tu cuchnie! - jęknęła Ada. Przyłożona do ust i nosa obszywana koronka batystowa chusteczka odrobinę zniekształcała jej słowa. Nie na tyle jednak by uszy baroneta oraz towarzyszącego parze arystokratów cmentarnego strażnika nie potrafiły wyłowić z potoku przekleństw co tłustszych kąsków. Hrabina Lovelace, mimo panującego w pomieszczeniu słodkawego, trudnego do pomylenia z czymkolwiek innym, fetoru energicznym krokiem przechadzała się pomiędzy stołami, na których w długich rzędach ułożone były zwłoki kobiet. Większość w stanie początkowego rozkładu.

Każdemu ciału poświęcała tyle samo uwagi. Powieki niektórych z nich lekko drgały, ale kobieta dobrze wiedziała, że nie są to bynajmniej ruchy zwiastujące życie. Czerwie zamykały właśnie krąg życia, z wolna przywracając ludzkie ciało ziemi. Proszę? Nie, nie sądzę, żeby brzydziło ją to bardziej niż myśl o romantycznej do bólu śpiewaczce operowej, której ciało jakiś rzeźnik, sam siebie nazywający anatomem, poddawał właśnie którejś z „prób śmierci”. Wyciągarka do języka, komplety szczypców do sutków, noże do cięcia podeszw stop, gorąca laka... Ada miała zdecydowanie zbyt wielu znajomych w naukowym światku Londynu, by nie zapoznać się z którymś z tych wynalazków. Przyjmowano, że zadanie domniemanemu trupowi nadzwyczajnego bólu może w jakikolwiek sposób zapobiec pochowaniu go żywcem.
Jak wczoraj pamiętała burzliwą rozmowę, jaką odbyła na ten temat z baronetem Astleyem Cooperem na dwa tygodnie przed jego śmiercią. Bardziej niż pochowaniem żywcem starzec martwił się, że jego szczątki paść mogą ofiarą Wskrzesicieli. Chyba poczuł się dotknięty, gdy Ada z właściwą sobie rzeczowością przypomniała mu, że to przecież on sam jest jednym z ojców przykrego procederu porywania zwłok. Fakt, o materiał sekcyjny było naprawdę ciężko, ale doprawdy... wykopywanie zwłok? Puentą spotkania była prezentacja trumny, którą Astley wybrał sobie na ostatnią podróż. Nigdy, ale to nigdy w życiu hrabina Lovelace nie widziała takiej ilości tak skomplikowanych zamków.

Poszukiwania Olimpii Grisi trwały już dziesięć dni, a ona wciąż odmawiała ruszenia za ocean tropem Somerseta. Jakkolwiek prawdopodobieństwo odnalezienia ciała przyjaciółki w którejś z miejskich poczekalni cmentarnych była znikoma, Ada czuła się zobowiązana wykluczyć wszelkie racjonalne ewentualności zanim rzuci się w pogoń za halucynacją.
Skutkiem tego już drugą dobę spędzali z Virgilem na odwiedzinach w miejscach podobnych temu, w którym znajdują się w tej chwili. Nic przyjemnego, a lista córki Byrona (którą jakże łatwo byłoby w tej chwili posądzić o wrodzone szaleństwo) nadal opiewała na kilka nieskreślonych jeszcze opcji. Przytułki, azyl dla nerwowo chorych, miejskie szpitale i kostnice.
Cała słodycz świata tego.

- Tracimy czas Ado – głos Virgila wytrącił ją z ponurych rozważań – Nie znajdziemy tu niczego istotnego – rzekł nagle poważnie – Ja też nie wierzę w te bajki Weelton-Morrisa. Miały w sobie nutę narkotycznego mitu, ale zaszły zbyt daleko, by traktować je jak zabawę. Somerset jest w to naprawdę zamieszany. Tylko on mógł wywołać halucynację, wymusić sugestię i porwać Olimpię. Powinniśmy sprawdzić jego mieszkanie.
- I ‘to’ wydaje Ci się mniej dziwne?
– hrabina Lovelace zaśmiała się cicho, co przez wzgląd na okoliczności zdawało się równie upiorne co niestosowne. – Allright! – Powiedziała unosząc w górę dłonie. – To chyba jedyny sposób, by złapać trop. Jakikolwiek.
Przez chwilę w milczeniu rozglądała się po zatłoczonej trupiarni.
- Ale musimy zrobić to dziś wieczór. Każda godzina zwiększa prawdopodobieństwo znalezienia Olimpii w Londynie…
Baronet uniósł brew.
- Dziś wieczór? Wiesz co to oznacza? - spytał z uśmiechem wcale nie oczekując odpowiedzi – Myślę, że w Towarzystwie Geograficznym będą znali jego adres. Bo wspominał zdaje się, że jest tam gościem, a może i członkiem. Nie pamiętam... Tak czy inaczej, jeśli jest odpowiedzialny za zniknięcie Olimpii, to albo ją gdzieś ukrył i możemy znaleźć poszlaki w mieszkaniu, albo potajemnie zabrał ze sobą... Do diabła... Tak się dać wyprowadzić w pole...
- Przestań, do diabła. Nie pomagasz
– w tonie jej głosu pobrzmiewało autentyczne ostrzeżenie. – Jeśli istnieje dla tej sprawy jakieś racjonalne wytłumaczenie, to jest takie, które nie zakłada istnienia elfów czy tam innych faunów, musimy coś znaleźć w tym cholernym mieszkaniu.

Raz jeszcze ogarnąwszy spojrzeniem ponury lokal, ruszyła ku wyjściu. Pierwszy łyk nieskażonego wonią rozkładających się ludzkich szczątków powietrza smakował niebywale dobrze. Gdy odpalała cygaretkę, blade palce drżały jej lekko. Choćby nie wiem jak twarda, ocierała się przecież o szaleństwo.

- Zajmiesz się tym adresem? – Bardziej stwierdziła niż zapytała po chwili delektowania się zmianą otoczenia. – Mam znajomego mesmerystę. Jest kompletnie… - urwała nawet nie szukając słów na określenie „znajomego”. – Ale może przynajmniej jasno powie, czy podobne zwidy mogą mieć miejsce za sprawą hipnozy. To powinno nam wykluczyć chociaż jedną spośród tysiąca opcji.
Ada wydawała się poważnie zirytowana. Przez chwilę przyglądał się jej jak nerwowo odwraca głowę to w jedną to w drugą stronę. Dałby sobie rękę uciąć, że przysłonięte przez batystową chusteczkę usta wykrzywione są w wyraz zniecierpliwienia. Jakby miał zgadywać to stwierdziłby że, hrabina Lovelace bardziej obawia się, że może się mylić i straciła rozum, niż że znajdą martwą Olimpię w mieszkaniu Somerseta. Nie odpowiedział na zaczepkę, za to pozostał jeszcze chwilę w ponurej różanej szkółce. Dał znać stróżowi, że nie będą już potrzebować jego pomocy i poprawiwszy płaszcz wyszedł na zewnątrz za towarzyszką.
- Mesmerysta? - zaśmiał się wesoło pomagając wsiąść Adzie do powozu – Na boga, hrabino... Racjonalne wyjaśnienie w kapce dobrego fluidu? John Delane z Times'a z pewnością dałby sobie rękę uciąć za taką informację. Poważnie Ado, nie trzeba szarlatanów, by zrozumieć szarlatanerię. Jest cała gama prostych sposobów by wywołać halucynację i podatność na sugestię. Jeśli się ma choćby odrobinę wiedzy. A tą z pewnością Somerset jako podróżnik posiadał. Dla przykładu powiem Ci, że dzikusi z Gujany zbierają roślinę, którą nazywają winoroślą duszy. Samo wdychanie oparów z naparu z niej wykonanego, powoduje bardzo zabawne i niespotykanie realistyczne wrażenia wzrokowe. Tak samo pejotl stosowany przez nawróconych indian. Zapomnij o tych austriackich bredniach. Lepiej będzie, jeśli odwiedzisz Giulię i Matteo i przekażesz im w jakiś delikatny sposób niedyspozycję Olimpii - baronet zdecydowanie nie zamierzał się do nich wybierać ze złymi informacjami. Burze między śpiewakami bywały przeurocze.
- Zupełnie się z Tobą zgadzam, Virgilu. Tylko, że jedna rzecz nie daje mi spokoju – uniosła brodę, by spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy. – Jak? Jak Somerset mógłby nam zaaplikować tego typu substancje tak, żebyśmy się nie zorientowali? Przepytaliśmy przecież służbę na każdą możliwą okoliczność. Nie sądzę, aby ten człowiek, jakkolwiek bogaty by nie był, mógł na którymkolwiek z służących Personów wymóc podobną nielojalność. Widziałeś tych ludzi? Są tak oddani rodzinie i tak martwią się o Lucy, że gdybym musiała uwierzyć w ich nielojalność, to zrobiłabym to z niemałym trudem. Obawiam się, że nie myślisz jak oni – westchnęła wypuszczając nosem kłąb dymu. – Nawet spora sumka, jaką mógłby im zaproponować Somerset, to nie to samo, co dożywotnia posada u Personów. Na litość boską, nawet moja służba nie ma tak dobrze jak oni!

Virgil nalał sobie whiskey do szklanki. Zbyt wysoka temperatura wcale nie przeszkadzała mu w delektowaniu się trunkiem. Ada odmówiła machnąwszy znacząco cygaretką.

- Mylisz się Ado. Rozmawiałem z ogrodnikiem dzień po tym jak nas w nocy pies zaatakował. Panna Lucy wcale nie była oczkiem w głowie służby Persona. Dziewczę pod cieplarnianym spojrzeniem zaślepionych jej złotymi lokami oczu lorda zaczęło poważnie zachodzić wszystkim za skórę, a i nigdy nie przewidzisz, moja droga, do czego zdolny jest gnębiony bez odpowiedniego wyczucia gmin. Co zaś do dawkowania to częstowano nas wszystkich tym samym. Somerset miał sposobności masę.
- To twoja domena. Naprawdę uważasz, że byłby w stanie wywołać u nas dokładnie te same halucynacje?
- Przecież wszyscy wyobrażali sobie to samo. Odrobina drobnych efektów wizualnych i dźwiękowych, a osłabiona wyobraźnia dopowie resztę...
- westchnął nagle – Nie Ado. Nie dam sobie głowy uciąć, że to ponad wszelką wątpliwość możliwe. Ale jedyną inną opcją jest tylko Olimpia przechadzająca się teraz wśród jednorożców i wilkołaków. Cokolwiek tam się wydarzyło, Somerset nie pozostaje bez winy. Dlatego uciekł. I dlatego ponosi odpowiedzialność za zniknięcie Olimpii... i jej los.
- Współczuję mu
– syknęła, nie precyzując, czy ma na myśli to, co z nim zrobi jak mu spotka czy szaleństwo Olimpii. Twarz zapatrzonej w okno kobiety zdradzała niepokój. – A jeśli to nie on? Grisi zachowywała się ostatnio jak uciekinierka z Bedlam. Wystąpienie z bronią, elfy... Sama nie wiem, co o tym myśleć.
Baronet w zamyśleniu przyglądał się klarownej cieczy w szklance. Zawartość zadrżała, gdy para pięknych lipicanów ruszyła z miejsca finezyjnym kłusem.
- To prawda - rzekł po chwili – Olimpia zachowywała się dziwnie. Dziwniej niż zawsze.
Gorycz dymu przyjemnie mieszała się z ziołowym posmakiem whiskey.
- Pamiętasz jak poszła na wieś z Somersetem? Wyszli tylko we dwoje. Mieli dużo czasu na rozmowę. Spotkałem ich znacznie później nad jeziorem. Z tym portretem, który Olimpia twierdziła iż przedstawia jej siostrę Giulię. Wydawała się tak... hmm... przekonana w tym, że to wszystko rozumie. A znasz ją zapewne Ado. Jak sobie coś wbije do tej włoskiej główki, to nie ma takiej siły w całym Imperium, która by ją powstrzymała od raz powziętej decyzji. Może Somerset pomógł jej w jej podjęciu? - skrzywił się nagle – Do licha. Do jutra możemy tak gdybać. Jedno jest pewne. Jakaś część wydarzeń w Dawenvil umknęła naszej uwadze.

Jednym łykiem opróżnił szklankę. Miał ją na oku przecież. To miała być niewinna zabawa, ale takie zniknięcia prowokowały. Były w złym tonie i smaku. Wiedział, że gdziekolwiek była teraz Olimpia, to była tam z własnej woli. Ale wiedział też, że mogła nie ogarniać tego, w co się wplątała. Albo w co ją wplatano...
Uśmiechnął się nagle do zdziwionej tym gestem Ady.

- Wiesz, że tylko my dwoje zaprzeczamy temu, co wszyscy uznali za fakt? Czytałem wczoraj, że Lord Sutton, oraz Pani Davies odeszli od zmysłów.
- Czytamy tą samą prasę
– przytaknęła wyciągając czystą szklankę w kierunku baroneta. Odczekała aż naleje. – Mam brzydkie wrażenie, że w ciągu ostatnich dni u Personów zaczęliśmy postrzegać i traktować Grisi jak rozpieszczone, lecz niespełna rozumu dziecko. Cokolwiek się z nią działo, zignorowaliśmy to.
Przez chwilę oboje milczeli.
- Wyobrażasz sobie, zakładając w najgorszym możliwym przypadku, że poszukiwania w Londynie spełzną na niczym, że wyruszymy w pościg za Somersetem do Ameryki?
Patrzył za okno samemu również się starając znaleźć odpowiedź na to pytanie. Nie szukał długo.
- Ja nie.
- Obawiam się, że będziemy po prostu musieli sobie to wyobrazić. Pomału kończą się nam pomysły. Im szersze kręgi zaczynamy zataczać, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że na coś trafimy, czy nie? Non sunt multiplicanda entia sine necessitate.

Zamyśliła się i na moment charakterystyczny, krzywy uśmiech rozjaśnił jej twarz.
- Nie są to może wymarzone okoliczności, ale nie mam zbyt wielu argumentów przeciw. Mogłabym powiedzieć teraz, że zrobię wszystko, żeby odszukać Grisi, ale to odrobinę nazbyt patetyczne. Od jakiegoś czasu nabieram ochoty na podobną podróż. Pojedziemy. Ale najpierw muszę upewnić się, że wyczerpałam wszystkie dostępne na miejscu możliwości.
- Sęk w tym, że..
. - zawahał się. To było przecież takie jasne jakby się dobrze zastanowić – ...że ja właśnie nie zamierzam nigdzie za nią jechać Ado. Jeśli Olimpii nie ma w Londynie... to jest gdzieś gdzie chciała się znaleźć.
- W takim razie z pewnością nie odmówisz mi swojego towarzystwa w podróży do Nowego Świata?
- Nie żartuj Ado
- rzekł mile podłechtany jej propozycją, po czym spojrzał na zgrabną dłoń hrabiny, na której lśniła piękna obrączka – Somerset to jej bajka. Chciała tego. Świadomie, lub nie. Jeśli nie ma jej w Anglii, to niczego więcej nie możemy zrobić. Poza tym, wbrew temu, co można o mnie sądzić, nie jest moim zamiarem narażanie cię na gniew Pana Lovelace.
- Pan Lovelace znajduje się w tej chwili po drugiej stronie globu i raczej nieprędko wróci. Poza tym z pewnością wolałby, żeby jego żona podróżowała w towarzystwie dżentelmena niż sama. Zwłaszcza, jeśli się wybiera w podróż do tak dzikiego miejsca jak Nowy Świat.

Opróżniwszy szklankę, potarła lekko kąciki oczu.
- Sprawdźmy dom Somerseta. Może to pomoże nam podjąć decyzję.
 
hija jest offline  
Stary 13-04-2010, 19:33   #5
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 1466 woltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumny
Kamienny krąg zostały otoczony przez Machiny królowej: cztery ogromne pająki wykonane z metalu. Pająki musiał mieć przynajmniej sześć-siedem metrów, gdyż wyraźnie górowały nad ciężkimi kamieniami kręgu. Każda z maszyn była kierowana przez trzy istoty. Przypominali niskich, dobrze zbudowanych ludzi z długimi brodami i dziwnymi okularami ochronnymi, które świeciły w ciemnościach, ale czy byli ludźmi tego Grisi nie wiedziała. W rękach trzymali dziwne, metaliczne przedmioty, które błyszczały się w świetle rzucanym z wielkich lampionów zainstalowanych wysoko pod paszczami pająków.
Mężczyźni przeszukali teren, ale – tak przynajmniej wydało się Włoszce - nic nie znaleźli, gdyż po chwili wybuchła wśród nich awantura i dwie istoty rzuciły się na siebie, wrzeszcząc coś w niezrozumiałym dla Olimpii języku, który przypominał nieco niemiecki. Bójkę przerwał najstarszy spośród zgromadzonych, których wydał krótki rozkaz, a następnie wyjął coś z niewielkiego worka. Dopiero po chwili Olimpia dostrzegła, że są to cztery metalowe kule; nieco mniejsze niż piłka do footballu. Mężczyzna, ubrany w dziwaczny strój i okulary, nacisnął coś na kuli, a te... ożyły; z boku wysunęły się im metalowe nogi, a z przodu metalowy łeb z dziwnymi światełkami, jakby puszczonymi przez kalejdoskop.
- Szzzukacze - warknął groźnie Gerard. W jego głosie dało się wyczuć lęk... i nienawiść. - Musimy stąd uciekać... - Obrócił kobietę tak widzieć jej twarz, jej oczy. - Olimpio Grisi czy mi ufasz? Czy ufasz mi na tyle by powierzyć mi swoje życie? - zapytał, pochylając łeb do dołu. Jego oczy błyszczały w świetle księżyców. Wyczekująco.

*

Mieszkanie Sommerseta nie przyniosła odpowiedzi na liczne pytania, które targały Virgila i Adę. Owszem znaleźli parę egzotycznych substancji, których składu Virgil nie był pewien, dziwne mapy opisane w jeszcze dziwniejszym języku, ale nic poza tym. Żadnych śladów obecności Olimpii, choć nie mogli wykluczyć, że tu była. Z tego też powodu nie bawili długo w nieswoim mieszkaniu - od tyle, ile potrzebowali czasu na dokładne jego przeszukanie: ani minuty krócej, ani minuty dłużej.
Niepyszni, nieśpiesznie wrócili do karocy Ady Lovelace czekającej ulicę dalej. Mark, służący nic nie powiedział - otworzył jedynie drzwi swej pani i jej gościowi, a następnie ruszył w stronę rezydencji swej pani. Pogoda była podła.
Kolejne dwa dni nic nie przyniosły - nie natrafili na żadne nowe ślady i niczego więcej się nie dowiedzieli. Dopiero trzeciego dnia do mieszkania Virgila wpadł zdyszany Weelton-Morris z mapami z mieszkania Sommerseta. Młodzieniec był wyraźnie zdenerwowany i zanim Virgil lub Ada zdążyli cokolwiek powiedzieć rozłożył na stoliku mapy, a także kartę z książki, którą znaleźli u Persona.
- Nie wiem skąd Sommerset ma te mapy, ale są niemal identyczne – stwierdził. Rzeczywiście były, choć różniły się niektórymi runami, które opisywały rysunki. Ciszę jaka zapanowała w pokoju przerwał Morris swoim pytaniem – Co robimy?

*

William J. Lacey zbłądził, choć nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło, a przynajmniej nie na trakcie prowadzącym z Karoliny Północnej do Virginii, który znał jak własną kieszeń. Mimo to nie ulegało wątpliwości, że był zbyt blisko gór i dzikich, niezamieszkałych terenów. Gdyby mu się nie śpieszyło pewnie by się nawet z tego ucieszył, a tak klął na własną głupotę, konia i siły wyższe.
Kilka godzin później dotarł do niewielkiej osady składającej się z ośmiu-dziesięciu drewnianych domów stojących na zboczu góry, niedaleko niewielkiej rzeczki. Osada zdawała się martwa, żadnych świateł w oknach, ludzkich rozmów, ujadania psów, jednak same domy wyglądały na zadbane – futryny nie odpadały od okien, a przydomowe ogródki nie były opanowane przez chwasty.
Dopiero na ganku ostatniego z domów Lacey dostrzegł mężczyznę bujającego się na fotelu. Jego ubranie było zniszczone, ale nie było to nic nadzwyczajnego w biednych osadach takie jak to. Twarzy nie widział, nie tylko dlatego, że zapadał zmrok, ale także dlatego że mężczyzna miał ją ukrytą pod kapeluszem. Jedyne czego Lacey się domyślił to wiek mężczyzny: długa siwa broda zdradzała, że nie był on młodzieniaszkiem.
Lacey skierował konia w stronę mężczyzny. „Być może on udzieli mi odpowiedzi gdzie do cholery jestem” pomyślał.
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.
woltron jest offline  
Stary 21-04-2010, 15:53   #6
 
baltazar's Avatar
 
Reputacja: 126 baltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znanybaltazar wkrótce będzie znany
Północna Karolina 1844


Po raz kolejny zmielił siarczyste przekleństwo. Gdzie do on jest? Ruszył w stronę lichego budynku na werandzie którego siedziała jakaś zabłąkana dusza. Być może gdyby to nie był kraj spokojny by się zastanawiał czy wjeżdżać między zabudowania. Gdyby to było dziesięć lat wcześniej pewnie inaczej by się zachował. Jednak była to Północna Karolina 1844 roku... Zmobilizował konia do przemierzenia tych kilkudziesięciu metrów. Ten nieśpiesznie ruszył dając swojemu właścicielowi czas na dokładną lustrację okolicy.

Staruszek podnosi trochę wzrok, ale nie na tyle by William mógł zobaczyć jego twarz dokładnie. Okolica wygląda na opustoszałą, ale domy były zadbane. Miasteczko sprawiało wrażenie nieomalże wymarłego. Niemymi obserwatorami jego przyjazdu były kruki. Czarne ptaszyska były chyba jedynymi stworzeniami jakie tu mieszkały oprócz starca.

- Witam. Co to za sadyby dziadku? Zwrócił się do mieszkańca dziwnej wioski.

- Witaj nieznajomy - głos starca brzmiał nienaturalnie. Po plecach Laceya przeszedł dreszcz. - Witaj w Ravenhill, pięknej osadzie położonej na końcu świata - odpowiedział na pytanie.

- Chyba, żeście się czego opili dziadku. Zapchlona dziura to jest niewątpliwie ale ni to koniec świata ni cywilizacji nawet . Odparł William. – Jakiś saloon tu się znajdzie do przenocowania?

- Tylko mój skromny lokal... o ile masz czym zapłacić i nie gardzisz tanią whiskey.

- Taniej nie odmówię, za chrzczone szczyny podziękuję. Rzucił okiem na ów „lokal”. Przez myśl mu przeszło, że coś tu cholernie cicho nawet jak na zapyziałą dziurę zwaną Ravenhill. Zsiadł z konia i przywiązał popręg do drążka. Ściągnął sakwy i przerzucił je przez bark. – Zatem chodźmy przepłukać gardło bo od tego kurzu aż mi mowę odbiera. To mówiąc wstąpił na werandę.

- Proszę za mną - powiedział mężczyzna wypluwając tytoń, po czym wstał. Był wysoki, wyższy o głową od Lacey'a i potwornie chudy. Długa siwa broda była zaniedbana, a niebieskie oczy puste. Mężczyzna podszedł do drzwi i otworzył je gestem zapraszając do środka. Środek nie był imponujący - daleko mu było nawet do tych lokali, które kowboj odwiedzał od czasu do czasu. Kilka stołów nakrytych brudnymi szmatami, które trudno było nazwać obrusami. Parenaścię zbitych gwoździami krzeseł, pianino, schody na piętro i długa barmańska lada. Zastawiona jakimś szkłem, a dalej kilka rzędów alkoholi. Uwagę przybysza przyciągnęła jedna z butelek whiskey: Old Tom Bull - whiskey, które pijałeś w młodości, ale którego nie można było dziś dostać. Nikt już tego trunku nie produkował, a recepturę stary Tom zabrał ze sobą do grobu. Starzec wszedł za ladę i uśmiechnął się, odsłaniając przy tym pożółkle zęby: - Nalać coś?

- Jeżeli nie masz nic lepszego do roboty? Uśmiechnął się z zadowoleniem przyglądając się jak trunek wypełnia grube szkło kieliszka. Sięgnął do kieszeni kamizelki i wyciągnął srebrną pięciodolarówkę. Powinna wystarczyć na całą butelczynę. – Nie macie zbyt wielu gości? Zażartował.

- Nie o tej porze - odpowiedział nieco tajemniczo, po chwili zaś dodał - ale przyjdą, przyjdą jak co noc. Szklanka napełniła się bursztynowym napojem. Po krótkiej chwili przyglądania się jej klarowności z dystansem i niepewnością wypił pierwszego. Jednak nie rozczarował się. Może dlatego, że od dłuższego czasu chciał się napić. A może poraziła go delikatność wyleżakowanego ponad miarę trunku. Położył kieliszek w oczekiwaniu na kolejne napełnienie.


- No to mam nadzieje, że znajdzie się dla mnie jakiś kąt. Do koni macie jakiegoś dzieciaka?
– odwykł od podróży, a bez czarnucha mu usługującego już w zupełności. Rozkulbaczenie wierzchowca mógł jeszcze odsunąć w czasie. Jeszcze o parę kieliszków.

- Kąt się znajdzie, ale koniem będziesz musiał się zająć sam. Skąd jesteś?
- zapytał się mężczyzna nalewając kolejnego shota. Nikt nie zaprotestował.

- Tego to nawet ja już nie pamiętam. Łatwiej byłoby odpowiedzieć skąd lub dokąd jadę… jednak nie wiem czy to dobry czas i miejsce na tego typu rozmowy. William nie był typem człowieka lubiącego opowiadać swojej historii pierwszemu lepszemu napotkanemu człowiekowi. Nie był też skłonny niepotrzebnie psuć sobie smak dobrej whiskey wspominkami dawnych, dobrych czasów. – Daleko stąd do traktu na Raleigh?

- Daleko, choć nie wiem jak daleko bom nigdy w Raleigh nie był. Natomiast droga jest prosta, wystarczy zawrócić i przy martwym dębie skręcić w prawo. A może to było w lewo... obawiam się, że jedynie John mógłby ci pomóc, ale on wyjechał dawno temu. Na pewno jednak drogą którą jechałeś nie prowadzi do Raleigh.

Opróżnił kolejny kieliszek i ruszył do konia. Znalazł dla niego jakiś kąt – chyba to miejsce dawno nie widziało wierzchowca. Po dwóch kwadransach był już w swoim pokoiku. Najlepszym słowem określającym standard to syfiasty. Czegoż jednak może oczekiwać człowiek, który gubi drogę na drodze do Raleigh. Przekąsił nieco suszonego mięsa i opróżnił butelkę jak to miał w zwyczaju – nie lubił pozostawiać niedokończonych spraw. Wyciągnął się na łóżku rozprostowując obolałe całodniową jazdą członki i zasnął z nadzieją, że go nie zeżre jakieś robactwo. Leżał jak to miał w zwyczaju na wznak niczym nieboszczyk w trumnie… jednak zamiast świecy na piersiach ułożony miał swój nóż. Przez krzesło przewieszony był pas z ciężkim rewolwerem jaki niedawno wszedł na wyposażenie kawalerii. Siedział cichutko uśpiony w olstrze… już od długiego czasu nie przemawiał.


Hałasy z dołu nie były na tyle uciążliwe by chciało mu się zakładać buty i schodzić sprawdzić co to za wspomniani goście przybyli. Dzisiejszy dzień dał się mu jednak we znaki… odwykł. To już nie te czasy kiedy po całodniowych gonitwach wpadał do salonu i do białego rana grał w karty czy poznawał miejscowe panienki… to już nie te czasy.
 
baltazar jest offline  
Stary 26-04-2010, 23:46   #7
 
Hellian's Avatar
 
Reputacja: 136 Hellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znanyHellian wkrótce będzie znany
- Olimpio Grisi czy mi ufasz? Czy ufasz mi na tyle by powierzyć mi swoje życie?
- Nie ufam. Ale życie powierzyć mogę.
Tak właśnie powiedziała. Zręczne bon mot, prosto z europejskich salonów. Stanęli, w chłodnym powietrzu, wysychała rosa na jej sukni i wsiąkały w delikatny materiał krople potu, które spowodował bieg. Dygotała z zimna. Patrzyła wilkołakowi w oczy, nie odwracał spojrzenia.
- To znaczy właściwie ufam –powiedziała cicho - Tylko niewiele rozumiem.
- Wiem ludzka istoto i chciałbym móc odpowiedzieć na twoje pytania - odpowiedział Gerard - ale przyrzekłem, że będę cię chronić za wszelką cenę... - Wilkołak pochylił się i zerwał coś z szyi. Dopiero po chwili Olimpia zauważyła, że była to czarna perła na srebrnym łańcuszku. Delikatnie zawiązał ją na szyi śpiewaczki. - Tak długo jak będziesz to nosić, tak długo Szukacze cię nie znajdą. Zostań tutaj, a ja postaram się ich odciągnąć i wrócić... Gdybym nie wrócił… to weź to - podał jej niewielki gwizdek wyrzeźbiony w białej kości - i dmuchnij w niego z całych sił... Przybędzie ktoś kto ci pomoże. - Gerard rozejrzał się, maszyny były coraz bliżej. - Cokolwiek się stanie, nie zdradź się.
- Z czym? –zabrzmiało to żałośnie jakby miała za chwilę się rozpłakać, lecz tak naprawdę w Olimpii wzbierał gniew.– Z czym mam się nie zdradzić? – głos jej lekko drżał. Teraz najważniejsze było wyrzucić z siebie pytania jedno za drugim, jak najszybciej, bez przerw miedzy słowami, żeby dostać jakąś odpowiedź – Znasz mojego ojca? żyje? wie, że tu jestem? nazywa się Merli? co to za istoty? I te machiny? jaka królowa? dlaczego chce czegoś ode mnie? gdzie mam iść? kim jest twój pan? wiedziałeś, że tu przyjdę? czekałeś na mnie czy to przypadek? Nie możemy uciekać razem?
- Proszę! nie zostawiaj mnie! – to był rozkaz, ale Gerard tego nie usłyszał. Ale przynajmniej zatrzymał się słysząc pytania. Odpowiedział, nie odwracając się jednak do Włoszki
- Twój Ojciec nie żyje Olimpio, zginął wiele lat temu, zabity przez siepaczy Królowej. Przykro mi. – Machiny były coraz bliżej; na tyle blisko, że dało się słyszeć dziwny mechaniczny stukot. – Czas się nam skończył – stwierdził Gerard. – Cokolwiek się stanie zostań tutaj… Jeżeli Królowa cię znajdzie wszystko będzie zgubione…

I pobiegł. Poczuła jak bardzo jest zmęczona. W ciszy nocy zaburczał jej żołądek, to ją rozśmieszyło, parsknęła, tłumiąc odgłos, ale jednak. Gerard biegł ogromnymi susami. Bohaterski, imponujący. Zaraz zobaczą go szukacze. Uśmiechnęła się pod nosem. I co? Rozszarpią? To z pewnością nie będzie przyjemne. Więc raczej powinna patrzeć w drugą stronę. Odwróciła się. Chciała tak wytrwać. Spalić jakiś dziwny most, którego istnienie dopiero dostrzegła. Liczyła w myślach, nie wiedzieć czemu po francusku. Za plecami zrobiło się głośniej. Przestała słyszeć kroki wilkołaka. Bardzo trudno było się nie odwrócić. Machiny burczały, ich nawigatorzy pokrzykiwali. Włoszka pochyliła się rozsznurować pantofle. Powinien był z nią zostać. Ktoś powinien z nią zostać, prawda? Wysypała z butów grudki ziemi i opadła na mech. Za plecami robiło się coraz ciszej. W brzuchu nadal burczało. Dobrze, że była taka zmęczona. Nie zniosłaby jeszcze jednej przepłakanej nocy.
 
__________________
"Kobieta wierzy, że dwa i dwa zmieni się w pięć, jeśli będzie długo płakać i zrobi awanturę." Dzienniki wiktoriańskie
Hellian jest offline  
Stary 28-04-2010, 10:22   #8
 
Marrrt's Avatar
 
Reputacja: 42092 Marrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputacjęMarrrt ma wspaniałą reputację
Właściwie to mieli ostatecznie zdecydować, czy płyną do Ameryki. Wszelki trop się urywał, lub kończył na Sommersecie. Zaczynali mieć tego oboje dość.
- Nie masz może Virgilu czegoś co łagodzi migreny? - odezwała się Ada gdy weszli do jego gabinetu. Głowa w sumie jej nie bolała, ale odczuwalne rozczarowanie niepowodzeniami w śledztwie było do niego porównywalne.
- Joshua - Virgil odczekał chwilę aż służący pojawi się w wejściu – Przynieś paregorik i szklankę wody sodowej.
W międzyczasie przyglądał się Adzie jak ta bez skrępowania lustrowała wnętrze jego gabinetu.
A robiła to z pewnym rozbawieniem wywołanym wspomnieniem z pończochy. Niektóre bowiem panie twierdziły, że łatwo poznać wnętrze osoby po wystroju domu, w którym mieszka i choć miała ten pogląd za nic, to nie mogła się powstrzymać od prób interpretacji niektórych szczegółów. Jej wzrok przykuła jedna ze szkatułek stojących obok japońskich waz. Prosta i bez zdobień. Wieko unosiło się swobodnie odkrywając zawartość, którą okazały się być białe pigułki wielkości ziarna grochu.. Spojrzała pytająco na Windermare'a.
- Sekret sukcesu Windermare'ów – rzekł z tajemniczym uśmiechem stając obok niej i zamykając wieczko.
Hrabina jednak nie ustępowała. Otworzyła je na powrót i wyjmując jedną z tabletek obróciła ją ostrożnie w palcach.
- Ale chyba możesz mi przynajmniej powiedzieć co to dokładnie jest. Jeśli tego nie zrobisz, zaryzykujesz, że sama sprawdzę tu i teraz. Akuratnie Joshua przyniósł wodę i mój paregorik...


- Chciałbym to zobaczyć – zaśmiał się serdeczni, po czym po chwili spoważniał uśmiechu jednak nie tracąc – To kantarydyna. Metabolit egzotycznego chrząszcza nazywanego hiszpańską muchą. A przy okazji afrodyzjak i stymulant Ado. Najsilniejszy z jakim człowiek może mieć doświadczenie.
Zagryzła dolną wargę obserwując go z filuternym błyskiem w oku.
- Blefujesz.
- W najmniejszym stopniu. Właściwie to mogę ci nawet o nim opowiedzieć jeśli chcesz.

Skinęła głową.

Virgil kantarydynę zażył wyłącznie jeden jedyny raz dwa lata temu w Aleksandrii gdzie z Oswaldem mieli naonczas na prośbę lorda Adebowale dopilnować wywozu pozostawionych przez francuzów dóbr kultury egipskiej do portów w Londynie. Pozornie nudna podróż, dzięki której jednak apteki Windermare zaczęły przynosić konkretny choć nie do końca zgodny z ich przeznaczeniem, dochód. Tak się złożyło, że Virgil dwa miesiące wcześniej gościł w swojej londyńskiej kamiennicy porucznika Meedwicka, starszego oficera, który przechodził właśnie na stan spoczynku i w drodze do Corku zatrzymał się u syna swojego dobrego przyjaciela Roberta Windermare. Jegomość okazał się człowiekiem inteligentnym choć na swój wojskowy sposób bardzo prostym toteż Virgil wraz z jeszcze dwoma przyjaciółmi z chęcią zaprosili go do wspólnej kolacji i rozmowy. Nim opróżniała pierwsza whiskey, porucznik Meedwick dał się namówić na parę relacji ze swojej służby w królewskich koloniach. Miał, jak się okazało, przyjemność stacjonować w brygadzie kawalerii nieopodal Luxoru. Służba ta jak sam twierdził była wybitnie nieciekawa zważywszy, że praktycznie większą część dnia żołnierze zwyczajnie leżeli pokotem na słońcu wśród oliwnych drzewek w oczekiwaniu na jakikolwiek rozkaz. Drzewka te były w tym rejonie tak naprawdę jedynym dobrem człowieka. Dawały cień, owoce, drewno i namiastkę czegoś co można było nazwać glebą. A trzeba powiedzieć otwarcie, że oliwki to towar który jeszcze zawojuje Europę. Nie było więc niczym dziwnym, że poza żołnierzami uwijało się wszędzie mnóstwo egipskich zbieraczy, którzy pod wieczór wracali do swoich domów z koszami bezmiernie przeładowanymi tym zacnym owocem. Na ich miejsce jednak nocą przychodzili następni, choć było ich znacznie mniej. Z początku Meedwick założył, że kupcy mają większe zlecenia i zbiór musi być większy, jednak gdy parę razy wyszedł do gajów nocą, widział tylko parę pomniejszych lampek i pochodni w polu. Światło więc w żadnym przypadku nie pozwalało na zbiór. Cóż więc ci chłopi robili tam nocą? Ano to właśnie pytanie Meedwick zadał nazajutrz jednemu z egipskich przewodników ich brygady. Okazało się, że chłopi nocą, owszem, wychodzili na zbiór. Ale nie na zbiór oliwek, a niewielkich owadów przypominających pospolite w Anglii chrząszcze. Insekty te całymi chmarami gromadziły się na noc w gałęziach drzew skąd dość łatwo można było je zebrać do worka i wywieźć koczowniczym nomadom, którzy zajmowali się pozyskiwaniem z ciał tych stworzeń substancji, która miała dawać mężczyźnie w dowolnym wieku bezmierną potencję seksualną. W wieku Meedwicka nie dało się nie zastrzyc uchem. Oczywiście wziął całą tą historię za wierutną bzdurę, a po przekonaniu się, że zbieracze faktycznie poszukują chrząszczy, za głupotę tych, którzy im to zlecają. Niemniej przewodnik nalegał, by Meedwick, skoro nie wierzył, spróbował sam. Odmówił rzecz jasna. Wtedy przewodnik zaproponował, że zademonstruje działanie na jednym ze starszych chłopów, którzy nie mieli już siły by zajmować się zbieraniem, więc tylko leżeli w gaju licząc na dobre serce swych pobratymców. Na to porucznik przystał. Znaleźli odpowiedniego chłopa, z którym przewodnik przez jakiś czas rozmawiał, a gdy uzgodnili co i jak, starzec wziął od niego kubek z piwem, do którego dodali szczypty tejże substancji. Efektu z początku nie było żadnego, ale po chwili dziad zaczął wrzeszczeć i zdzierać z siebie ubrania. Ponoć dwie kobiety dopadł i siła posiadł, nim go w końcu obezwładniono. Virgil po tej opowieści miał ugruntowany plan na życie i uniezależnienie się od łaski ojca. Dwa miesiące później skorzystał z okazji i wyruszył z Oswaldem do Aleksandrii. Po tygodniu nieobecności wrócił z południa ze skrzynią cennego białego proszku. Nie mógł jednak nie sprawdzić samodzielnie działania specyfiku na sobie i na średnio urodziwej żonie francuskiego archeologa, u którego gościli w czasie przedłużającej się nieobecności gospodarza, oraz ich bezsprzecznie nadobnej młodej córce. Efekt był przerażająco pomyślny... Rachuba stosunków z obiema paniami urwała się na długo przed końcem nocy, a postrzeganie ich w kategoriach estetyki zostało zepchnięte siłą lędźwi na dalszy tor. Nigdy wcześniej nie czuł się tak wyzuty z siły. Ale wiedział już przynajmniej, że specyfik działa również na kobiety z czego sprawy tubylcy jako plemię wyznające patriarchat sobie nie zdawali. I tak dzięki odpowiedniej wiedzy Virgila interes poszedł prędko w ruch obiegając bogate towarzystwo. Stulitrowa skrzynia kantarydyny za dwieście funtów, a tabletka zawierająca jej „tyle ile zmieści się na główce szpilki” za dwa funty w aptece Windermare. Virgilowi nie miało już nigdy w życiu niczego zabraknąć. A już na pewno nie kobiet. Choć ten ostatni wniosek i nadzieję zachował przed Adą oczywiście dla siebie.

Ada po wysłuchaniu opisu działania oczywiście nie dowierzała, ale ponieważ jeszcze dwa dni temu omal nie dali ujścia swojej frustracji z bezowocnego włamania poprzez gwałtowny stosunek na mapach i manuskryptach pozostawionych przez Sommerseta, nie mogła się przez chwilę choć nie zawahać. Odłożyła jednak pigułkę na powrót do szkatułki. A Virgil właśnie na to wahanie czekał. To oczywiste, że damy nie robią takich rzeczy. Spojrzał na przyniesiony przez Joshuę paregorik tak łudząco podobny do pigułki z kantarydyną. Takie rzeczy się robi damom jeśli się chce, żeby nadal były damami. A jeśli miał zgadywać to Adę ciekawość zżerała...
Dwa dni temu wszak sam do niej przypadł gdy patrzyli na szaleńcze bohomazy Sommerseta. Być może to przez jej wygląd w ciasnych męskich spodniach, które musiała założyć do włamania, a być może dlatego, że Sommerset miał największe i najbardziej się chyba do tego nadające biurko jakie Virgil kiedykolwiek widział... Dość, że ledwo zdążyli zedrzeć z siebie koszule, od strony wejścia dało się słyszeć podejrzliwe zapytanie starej matrony, czy ktoś jest w mieszkaniu. Tym razem jednak.... Podmiana była prosta, bo Ada podeszła teraz do obrazu Olimpii oglądając go zdać by się mogło okiem bardziej artysty niż kobiety.
Virgil nieśpiesznie usiadł przy swojej sekreterze i wyciągnął odruchowo papierośnicę z dolnej szuflady patrząc jak Ada bierze pigułkę do ust i popija ją wodą. Odłożyła szklankę nie spuszczając wzroku z obrazu. Dopiero po chwili jej policzki zarumieniły się, a ona sama odsunęła kładąc sobie dłoń na wysokości splotu słonecznego skąd zapewne teraz rozchodziły się po jej ciele fale z niczym nieporównywalnego i żądającego natychmiastowego zaspokojenia, gorąca. Virgil doskonale pamiętał, że kantarydyna nie wpływała na chcenie. Tu się zaczynała konieczność. Jakby życie miało od tego zależeć. Każdy powinien choć raz tego spróbować.
Virgil udał, że nie widzi reakcji Ady przeglądając bez zainteresowania jedną z map zabranych z mieszkania Sommerseta. W duchu cieszył się, że przecież od wyjazdu do Dawenvil był wyposzczony, a to już będzie... dobry Boże. Miesiąc prawie! Po trzech nieudanych podejściach to stanowczo za długo.

***

Nie dawał mu spokoju. Poza papierami Weelton-Morrisa, które przecież każdy człowiek niespełna rozumu mógł stworzyć, był jedynym trwałym i namacalnym dowodem niedorzeczności, a zarazem prawdziwości wydarzeń, których byli świadkami. Trzeba było tylko udowodnić, że mógł zostać stworzony przez człowieka i odnaleźć tego człowieka. Wtedy będzie jasnym, czy tajemniczy profesor Fellow, który był poprzednim właścicielem tej broni jest w to zamieszany. Wtedy też będzie jasnym, czy to możliwe, że Olimpia... Miał ochotę się napić. Rzadko nie mógł się zdecydować. Zwykle raz powzięta decyzja stanowiła przecież najlepszy wybór. A teraz? Co i rusz zmieniał zdanie. Porwana wbrew woli, czy wręcz przeciwnie? Przez Sommerseta, czy przez coś nierealnego? Do Ameryki? Londynu? A może gdzieś zupełnie indziej... Nie miał pojęcia. Zdarzało się, że nie miał na jakiś temat wiedzy. Ale wtedy zawsze pilnie się z nim zapoznawał, lub zwyczajnie zarzucał. Powinien teraz zarzucić. Dlaczego nie mógł? Zdradliwe poczucie odpowiedzialności? Obowiązku. Trzeba było koniecznie wybrnąć z impasu.
Powóz zatrzymał się przed rusznikarnią Purdeyów.
- Nie rozprężaj konia Joshua. Zaraz wrócę.

***

- Pneumatyczny? Na pewno nie Virgilu. Za to jak najbardziej zepsuty.
Edgar Purdey, młodszy syn londyńskiego rusznikarza przed którym miasto zaczęło powoli otwierać progi salonów i idącej za nimi fortuny, ze stopniowo rosnącym zapałem przyglądał się broni Virgila. Jak na doświadczonego inżyniera, był osobą niezwykle młodą i pełną wszelakich innowacyjnych pomysłów, co spowodowało niewybredne żarty konkurencji o marce Purdey'a i w konsekwencji wymusiło na rodzinie odsunięcie go od spółki do warsztatów gdzie tak naprawdę od początku chciał się znaleźć.. Skromnym zdaniem Virgila to właśnie dzięki niemu ich pistolety i karabiny cieszyły się rosnącym powodzeniem wśród londyńskiej śmietanki, a parę lat temu sama królowa Wiktoria nabyła parę specjalnie przez Edgara stworzonych kapiszonowców.
- Nie będziesz mieć nic przeciwko jeśli spojrzę na niego nieco dokładniej? - spytał podnosząc na Virgila uzbrojone w potężne szkło powiększające spojrzenie. Zaczynał już łysieć, a zważywszy na mrużenie drugiego oka, również niedowidzieć. Mimo niewątpliwego geniuszu, o który Virgil zawsze przekomarzał się z Oswaldem, byłby marnym nabytkiem towarzystwa. Nie aż tak może jak Talhaiarn, na którego twórczość zwyczajnie przyszła drażniąca moda, ale wystarczająco, by się nie chełpić, że się uważa go za autorytet w dziedzinie rusznikarstwa.
- Absolutnie – odparł szybko – Skłamałbym gdybym powiedział, że nie po to do ciebie przyszedłem, bo spędza mi już sen z powiek. Pamiątka po pewnym profesorze-samotniku więc sam nic więcej ci o nim nie powiem.
- Cóż –
Edgar zmarszczył brwi sięgając po swoje narzędzie i przystępując do powolnego demontażu broni – Ja zapewne też nie będę w stanie na razie wiele powiedzieć. To wyrób Davida McKenzie'ego.
- Tak. Widziałem jego podpis, ale nie wiedziałem, że to inżynier.
- Nic dziwnego. Wcale nim nie był. To szkocki miłośnik, mówiąc delikatnie, niezbyt udanych, choć ekwilibrystycznie ciekawych, modeli bazujących na zamkach skałkowych. Nigdy nie produkował za wiele toteż nie wystraszyliśmy się specjalnie gdy parę lat temu otworzył filię w Londynie. I słusznie, gdyż parę miesięcy później zwyczajnie zniknął zostawiając zakład w długach.
- Wiesz może gdzie mieścił się ten zakład?

Purdey uniósł na chwilę głowę w zamyśleniu.
- Zdaje się, że Creekhall Street. Ale nie pamiętam dokładnie. Jeśli chciałbyś się złożyć tam wizytę, to spóźniłeś się o parę tygodni.
Virgil uniósł pytająco brew.
- Ktoś wykupił ruinę zakładu. Wiem, bo myśleliśmy, że McKenzie wrócił, ale nie. Nic się tam nie dzieje. Miejsce jest nadal zamknięte.
- Nie pamiętasz dokładnie, kiedy to było?
- Owszem. Niemal sześć tygodni temu.

Virgil milczał przez chwilę nieobecnym wzrokiem obserwując Edgara przy pracy. Młodszy od niego inżynier przestawał kryć entuzjazm i zapał. Oczy tak mu się świeciły jakby sama Lady S. dobierała się do jego rodowego sztucera. Przezabawny człowiek... Wracając jednak do terminu, ten pasował mniej więcej do momentu gdy Lucy odeszła od zmysłów. Przypadek?
- Sprężyna jest wygięta. Dlatego naciąga się dwa razy nim mechanizm zadziała na główny zamek ukryty w tym diabelnym pudełku... Co to za ustrojstwo? Ogniwo? Bez sensu skoro nie ma jak kondensować...
Purdey zdawał się mruczeć do siebie kolejne pomysłu majstrując przy urządzeniu.
- Posłuchaj Edgar. Nie będzie mnie przez pewien czas więc zostawiam cię z tym problemem. Jako, że uznałem cię za najwybitniejszego specjalistę w tej dziedzinie, liczę że mnie nie zawiedziesz. Planów i kopii rób sobie i wykorzystuj na przyszłość ile ci się rzewnie podoba. Ale chcę wiedzieć jak to cholerne ustrojstwo działa. Jeśli będziesz coś dla mnie miał przekażesz to mojemu służącemu, lub służbie hrabiny Lovelace z dopiskiem, by przesłali to jej tak szybko jak to możliwe.
- Hrabiny Ady Lovelace? -
Purdey wstrzymał oddech wyczekująco.
- Jeśli hrabia Lovelace ma już nową hrabinę Lovelace, koniecznie mi o tym opowiedz.
- Niee... Pytam, bo... -
mężczyzn kaszlnął i powrócił do pracy - Czytałem jej notatki w Scientific Memoir o maszynach liczących i parę ich aspektów szczególnie mnie zainteresowało. Bo widzisz, wszyscy, nawet James, uważają, że to pyszna bzdura, ale mam parę pomysłów na coś co nazywam... bronią inteligentną. Taką sterowaną właśnie przez maszynę, która wyliczy..
- Edgar...
- Mówię zupełnie poważnie...
- Wiem. Ale odpowiedź brzmi nie. Nie poznam cię z Adą Lovelace.

Virgil Windermare nie traktował wszystkich przykazań londyńskiej etykiety jako prawa. Bardziej jako narzędzia. Ale nigdy nie pozwoliłby sobie na tak straszną myśl, że mieszczaństwo może być na równi z ludźmi dobrze urodzonymi, których przecież statystycznie rzecz ujmując determinowało znacznie więcej niż tylko nazwisko i tytuł. Mieszczanie, stanowiąc w sobie nie rzadko wielką wartość, służyli mimo wszystko ściśle określonym funkcjom i poznawanie ich na tle towarzyskim nigdy nie leżało w zakresie tychże funkcji.
- A jeśli uda mi się naprawić ten pistolet?
- Uda ci się -
Virgil kiwnął głową zbierając się do wyjścia - Ale dalej nie.

***

Prowadząca na wewnętrzny dziedziniec brama przyprawiała o mdłości. Creekhall Street znajdowała się w uboższej części Londynu i szczęśliwie był tu tylko jeden dawno temu zamknięty warsztat. Ciemność krótkiego tunelu zdawała się chciwie przyklejać do panującego w nim smrodu brudu ludzkiego, fekaliów i czymś co kiedyś prawdopodobnie było kapustą. Parę nieprzyjaznych spojrzeń zlustrowało aksamitny płaszcz intruza i oceniło szybko jego możliwości finansowe i obronne. Virgil wiedział, że ryzykuje pojawiając się tu sam, ale postanowił odesłać Joshuę w pewnej sprawie do Oswalda. Z drugiej strony, wiedział też ile ryzykowałby zwykły rzezimieszek próbujący się teraz na niego porwać. Trzy nabite pistolety, jego wysportowane ciało i zero wahania. Po prostu lubił prowokować takie sytuacje. Ciekaw był też miny Ady gdy hrabina zobaczy gdzie się z nią umówił. Do jej pojawienia się jeśli była skrupulatna brakowało pół godziny prawie. Postanowił więc nie czekać. Adres wszak znała.
Przeskakując zręcznie kałużę pełną żółtawej wody sączącej się z jednej z dziur w ceglanej ścianie obok, znalazł się na dziedzińcu pośród schnącej na sznurach poczerniałej bielizny. Po obu bokach ciemne wejścia do kamienic, a naprzeciwko wielki i nad wyraz dumny jak na okolicę miejsce szyld warsztatu McKenziego. Czerwone litery i jakiś zatarty dawno temu zatarty symbol przedsiębiorstwa przypominający złamany w pół sztucer odtylcowy. Okna na parterze zabite deskami na głucho, jednak na piętrze już pootwierane. Rządna rzadkiego angielskiego słońca zieleń domowa, wyglądała z nich chciwie w postaci paru liści i gałązek. Baronet podszedł do drzwi i zapukał stanowczo. Przez parę chwil nic się nie działo, ale potem od wnętrza dał się słyszeć skrzypiący odgłos chodzenia po schodach. Drzwi otworzyły się odrobinę odsłaniając skrytą w cieniu wysoką postać w robotniczym meloniku i takiej samej marynarce zdobionej w marynarskie pasy tak teraz modne.
- Dzień dobry? - zagadnął bardzo ładnym angielskim nieznajomy. W niskim tembrze głosu dało się słyszeć cierpliwą uprzejmość i coś na kształt lekkiego zaskoczenia.
- Witam – rzekł Virgil z szerokim uśmiechem wypisanym na twarzy – Nazywam się Frederick McKenzie i szukam zakładów mojego zmarłego wuja Davida McKenziego. Zgodnie z aktem notarialnym, na mocy, którego jestem jego jedynym dziedzicem, mam obowiązek zapłacić podatek od wszystkich dóbr, które dostanę w spadku. Chciałem się wzięć przyjrzeć temu miejscu nim wyłożę na nie choć pensa... A pan jest...?
- Oak – rzekł jegomość – Z przykrością muszę poinformować, że zakład ten został sprzedany więc nie może być pan jego dziedzicem...
- Oh, oczywiście, że mogę –
Virgil silnym pchnięciem uderzył drzwi, które odtrąciły Oaka do tyłu. Od razu wszedł za nim i wymierzył do niego z pistoletu. Odezwał się jednak ponownie dopiero po zamknięciu drzwi za sobą – Niestety Panie Oak, ale będę zmuszony zamienić z Panem parę słów. Zaczniemy od poprzedniego właściciela tego zakłady... Co u boga jedynego??
Pan Oak słuchając z uśmiechem słów Virgila niby mimochodem przesunął się w promień słońca wpadający do wnętrza przez zabite deski. Z tej odległości nie dało się nie zauważyć seledynowej skóry i gałązek, które okręcały się wokół jego szyi. Moment jednak przez który Virgil nie mogąc się zdecydować, czy wzrok go zawodzi, czy to jakaś maskarada, skończył się dla niego fatalnie. Silne uderzenie w potylicę pozbawiło go świadomości. Baronet upadł na podłogę odsłaniając stojącego za nim niższego, ubranego identycznie jak Oak, mężczyznę.
- Sprytna sztuczka Panie Brzozo.
- Zbyteczna uprzejmość Panię Dębie. Tymczasem zwiążmy go, bo zaraz się ocknie. Nie miał Pan może okazji dowiedzieć się co nieco na temat tożsamości tego gentlemana?
- Ależ nie poznaje Pan Panie Brzozo? Przecież to Pan Drwina we własnej osobie.

Oak odwrócił nogą Virgila na wznak. Baronet zgodnie z przewidywaniami Pana Brzozy, jęknął i zaczął dochodzić do siebie.
- Widzi Pan? Cóż to za nieznośnie ciekawa sprawa, że nas znalazł?
- To tylko zmusza nas do przyśpieszenia planu. Szczęście to wielkie, że byliśmy na tyle przezorni, by przygotować Oleandra zawczasu.
- A co z nim?
- To co z Panią Płomień i Panem Anturium rzecz jasna Panie Dębie. Babcia Wierzba się nim zajmie.


***

Dochodząc do siebie Virgil pamiętał, że go gdzieś ciągną. Jak przez sen rejestrował pomieszczenie za pomieszczeniem, a we wszystkich wijące się po podłodze żywe gałązki jakiegoś drzewa przerastającego kamienicę. Powietrze było gęste i wilgotne. Przedłużało okres dochodzenia do siebie. Ustawili go na krześle, przeszukali odbierając całą broń i związali mocno i parokrotnie. Na koniec Oak obwiązał mu usta szmacianym kneblem i ustawił metr przed nim inne krzesło, na którego oparciu położyć coś co wyglądało jak kawałek kory. Drzewne zawijasy roślinnej tkanki wydawały się bardzo stare. Tu i ówdzie można było dostrzec zieleń porostów przerastających pomarszczone zwoje, które... układały się w bardzo nieprzyjemny wyraz twarzy złośliwej staruchy.


- Raczy nam Pan wybaczyć Panie Windermare, ale musimy Pana zostawić samego. Przygotowania do wojażu są pracochłonne, a podróż czeka nas długa, prawda Panie Brzoza?
- Otóż to. Ilu mu Pan daje Panie Dąb? -
spytał zamykając za sobą drzwi do pokoju z Virgilem.
- Nie więcej niż dwa kwadranse. Choć ten drugi... Ach oczywiście Pan Anturium wytrzymał prawie...
Głos ucichł w głębi domu gdy baronet odruchowo spróbował rzucić się, by rozerwać w ten sposób więzy. Co to u diabła było? Co to za ludzie na bogów? Umysł bardzo powoli odzyskiwał władzę nad rozumem. Bezwiednie spojrzał na kawał kory na krześle naprzeciwko. Twarz na niej przedstawiona na chwilę zniknęła jakby była tylko iluzoryczną sztuczką, a Virgil poczuł ból gdzieś na wysokości skroni... Obrzucił ciasne pomieszczenie bacznym wzrokiem. Stare, rozpadające się meble i nic poza tym. Z każdą chwilą gdy do baroneta dochodziło położenie w jakim się znalazł, w głowie odczuwał coraz boleśniejsze kłucie. Twarz się wykrzywiała...
 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin
Marrrt jest offline  
Stary 02-05-2010, 10:31   #9
 
hija's Avatar
 
Reputacja: 243 hija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie coś
Ogrom swojego błędu zrozumiał dopiero wtedy, gdy było zbyt późno na odwrót. Ani się obejrzał, gdy Ada – bez większego zażenowania – okrakiem usiadła mu na kolanach.
- Świnia – szepnęła wprost do jego ucha, gorącym oddechem unosząc włoski na karku mężczyzny. Dopiero po chwili zorientował się, że gorączkowy pocałunek ma drugie dno. Drugie dno w postaci na wpół rozpuszczonej tabletki ukrytej w zagłębieniu pomiędzy dziąsłem a policzkiem. Hrabina Lovelace nie zamierzała podróżować przez niezbadane terytoria sama.
Kantarydyna działa niemal natychmiastowo. A może to przedłużający się post obojga i rosnące między nimi od jakiegoś czasu napięcie zagrały pierwsze skrzypce?
Baronet bez dłuższego namysłu sięgnął ku guzikom na plecach jej sukni. Poddawały się łatwo. Zupełnie jakby dzieliły chęć z właścicielką. Tkana w kwieciste wzory tkanina sukni opadła z ramion kobiety odkrywając wcale pociągający dekolt. Wśród rozgorączkowanych uścisków, pocałunków i pełnych niecierpliwości westchnień, runęła kolejna linia obrony – gorset spadł na ziemię z cichym stukotem stalowych fiszbin. Nieduże, kpiące sobie najwyraźniej z praw grawitacji piersi rozkwitły tuż przed nosem baroneta. Jęknęła, gdy przez cieniutką tkaninę halki ustami objął jeden z jej sutków. Żądza, choć Ada nie sądziła by było to jeszcze możliwe, rosła coraz bardziej. Dawno już niczego tak nie pragnęła, niczego nie chciała tak bardzo jak spełnienia. Doskonale zdawała sobie sprawę, że na miejscu Virgila mógłby się w tej chwili znajdować każdy. I że każda mogłaby zastąpić ją. Niemniej oto tych właśnie dwoje ludzi, w cudaczny sposób połączonych zupełnym brakiem kontroli nad własną rozbuchaną chucią zdzierało z siebie ubrania w tym właśnie pokoju. Bliskość przyglądającego się wszystkiemu portretu Olimpii Grisi nadawał sprawie dodatkowy pikantny posmak zakazanego owocu.
Na swoje usprawiedliwienie miała jedynie to, że on musiał co najmniej równie mocno jak ona.
Virgil uniósł się z krzesła, mocno podtrzymując Adę za pośladki. Nie było przecież takiej potrzeby, bo ciasno oplecione wokół jego bioder uda, w zupełności poradziłyby sobie bez asekuracji. Nie mógł jednak sobie odmówić. Zbyt długo zmierzali do od samego początku oczywistego rozwiązania, by teraz sobie czegokolwiek odmawiać. Wciąż całując, posadził ją na biurku. Gwałtownym ruchem ręki, hrabina Lovelace posłała w diabły wszystkie ukradzione z domu Somerseta mapy i plany. W tym samym czasie dłoń baroneta sprawnie wślizgnęła się pomiędzy fałdy spódnic i warstwy delikatnego batystu. Sięgnąwszy pomiędzy uda hrabiny, z najwyższym zadowoleniem stwierdził, że jest ona zupełnie gotowa. I że bardziej gotowa już nigdy nie będzie. Gdy z półprzymkniętymi powiekami oblizywał palec, Ada zdążyła pozbawić go spodni.
Ułapiwszy mocno biodra hrabiny, baronet wziął to, czego pragnął. A właściwiej to, czego pragnęli oboje.
Zbliżenie było gwałtowne. Tak gwałtowne, że miast zaspokojenia przyniosło ochotę na więcej. I więcej. I jeszcze trochę więcej...

Opamiętanie przyniósł poranek. Padający wprost na jej twarz promień słońca ukazywał ją w nowym, bardziej ludzkim świetle. Dopiero teraz dostrzegł dwie, biegnące wzdłuż jej pleców blizny. Jeżeli było w niej coś wzruszającego, to walka, jaką codziennie toczyła z samą sobą, by ukryć przed światem swój człowieczy pierwiastek. Obudziła się leżąc w dziwnej pozie na łóżku baroneta. Uśmiechnęła się krzywo, po kociemu, wspominając przećwiczone poprzedniej nocy z baronetem konfiguracje. Wycieńczone cielesnym maratonem ciało bolało okrutnie. Leki, które przyjmowała, by uczynić poranne bóle kości łatwiejszymi do zniesienia zostały w domu, a paregoryki w rezydencji Windermare'a zdawały się mieć niespotykane szerzej właściwości. Przeciągnęła się, wciąż naga, dobrze wiedząc, że Virgil jedynie udaje, że śpi. Niespiesznie pozbierała fatałaszki, po czym na kawałku leżącego na biurku papieru nabazgrała brzydkim pismem naukowca krótkie „Powóz odeślę niezwłocznie. A.”. Raz jeszcze rozejrzała się wokół i porozumiewawczo puściwszy oko do portretu Grisi, wyszła.

*

Siedząca w głębokim fotelu Augusta Byron King raz jeszcze uważnie przyjrzała się danym zapisanym na świstku, który nieledwie kwadrans temu wręczyła jej Mary. Udało się. Na złożonym na czworo kawałku papieru istniały dwa nazwiska. Niekoniecznie takie, które publicznie powinny występować razem. Powachlowała się papierem, dopijając jednocześnie resztkę bursztynowego płynu ze stojącej dotychczas na stoliku obok szklanki.
- Very well, moja droga. Bardzo mnie cieszy fakt, że nasza znajomość nie wywietrzała jeszcze panu Comptonowi z głowy. Spisaliście się. Mam nadzieję, że nie narobił sobie zbyt dużych problemów wyświadczając mi tę drobną przysługę?
- Nie, proszę pani. Powiedział, że właściwie przecież kajuta królewska rzadko bywa zajęta.
Siedząca w fotelu kobieta parsknęła gardłowym śmiechem. Wizja spędzenia osiemnastu dni w jednej, urządzonej po królewsku i wyposażonej w ogromne łózko kajucie w towarzystwie Virgila Windermare wywoływała między jej udami niezwykle przyjemne mrowienie.
- Warunki, że je tak nazwę *dodatkowe* pojął, tak?
- Tak jest. Cała załoga została zobowiązana do wyjątkowej dyskrecji.
- Świetnie. Idź już. A! I pchnij Tomasza z wiadomością dla służby Pana Windermare. Klaus podjedzie po jego bagaże około... dajmy na to ósmej, tak?


*

- Bosko – syknęła pod nosem, szybkim krokiem przemierzając odległość od zawracającego właśnie powozu a bramą wiodącą do zamkniętych od jakiegoś już czasu zakładów McKenziego. Jeśli Londyn jako całość nazywać można było ponurym, ta jego część z pewnością zasługiwała na miano upiornej. Miły ciężar nabitej broni sprawiał, że przemykająca pod murami lady Lovelace skrycie błogosławiła Samuela Colta. Dzisiejszego wieczora postanowiła zrezygnować z damskich fatałaszków na rzecz po stokroć wygodniejszego odzienia o męskim kroju. Krawcowa hrabiny przez lata współpracy zdążyła się już przyzwyczaić do dziwnych próśb chlebodawczyni, skutkiem czego Ada posiadała w swojej garderobie cała gamę inspirowanych męskimi strojów, które szczególnie upodobała sobie przywdziewać na okazję zebrań Błękitnej Pończochy. Tego wieczora sztywną klatkę gorsetu i delikatne koronkowe podwiązki zastąpiła skrojonymi blisko ciała spodniami i batystową koszulą. Spotkanie na które zmierzała nie należało do oficjalnych, toteż bez skrępowania odpuściła sobie oficjalny dress code. Całości dopełniała ciemnoszara tweedowa marynarka, jedwabny fular w kolorze indygo i ściągnięte na karku w węzeł włosy. Funkcjonalność funkcjonalnością, ale nie opuściłaby domu nie będąc pewną, że wygląda olśniewająco. Krążący w żyłach alkohol przydawał jej rumieńców.
Myśli jej zaprzątnięte były listem, który dzisiejszego ranka przybył z Ockham. Lady Lovelace wyjątkowo nie lubiła dostawać listów z Ockham. W ciągu ostatnich lat przestrzeń pomiędzy Adą a jej paranoiczną matką wypełniły rozliczne kłótnie. Tym razem punkt należało przyznać starej Auguście. Odprawienie z dworu w Ockham Johna Ruskina było błędem, który należało naprawić czym prędzej. Dosyć powiedzieć, że stara za równie bezzasadne uważała utrzymywanie nauczycieli języków takich jak francuski czy arabski. Na szczęście do powiedzenia miała mało, a kiedy pełniący rolę rozjemcy hrabia Lovelace wypływał w morze – jeszcze mniej. Pogrążona w gniewnych rozmyślaniach Ada omal nie wpadła na dziwnych jegomościów opuszczających w niejakim pośpiechu zakłady McKenziego. Schowała się za załom mocno już ukruszonego murka dokładnie w chwili, gdy przed parą męskich sylwetek w powietrzu cienka nitka błękitnego światła zarysowała coś na kształt drzwi. W rozbłysku Ada zauważyła coś, co wyglądało jak gałązki, wystające mężczyznom z miejsc, których o gałązki się nie podejrzewa. Nie wycelowała dokładnie. Nie wiadomo, co przeszkodziło jej bardziej – strach czy alkohol. Strzeliła jednak. Trafiony mężczyzna obrócił się w jej kierunku i mimo ciemności popatrzył jej w oczy. Wciągnięty w portal zniknął wraz z towarzyszem. Dopiero wtedy po kręgosłupie Ady spłynął nieprzyjemny dreszcz. Zamrugała, niepewna czy powinna wierzyć własnym oczom. Może była to jej podsycana domysłami i przypuszczeniami wyobraźnie, obficie podlana alkoholem? Tak, to musiało być to. Ludzie przecież nie znikają tak po prostu.
Gruntownie zbadała miejsce, w którym stali mężczyźni w poszukiwaniu jakiejś ukrytej klapy czy jakiegokolwiek rozsądnego wytłumaczeniu. Trawa w tym miejscu była wilgotna. Nie żałując skórzanych rękawiczek, Ada pomacała ziemię. Zapach był delikatny. Kojarzył się z czymś... sokiem brzozowym? Hm. Nie była pewna.

Nieco roztrzęsiona podniosła się z kolan i ostrożnie ruszyła ku budynkowi. Złorzecząc pod nosem Windermare'owi weszła do środka.
W kolejnych pomieszczeniach rozglądała się ostrożnie. Zła, że nie zabrała ze sobą żadnego przenośnego źródła światła, wpatrywała się w ciemność aż do bólu. Może byłaby i zawołała Virgila, ale wobec spotkania z dwójką gałązkowych, wolała nie ryzykować. Tamci mogli przecież wrócić. Ewentualnie mogli również mieć wspólników, z którymi wolałaby nie stawać oko w oko. Wzrok przyzwyczaił się jej nieco do warunków, jednak mózg dopominał się o szczegóły, nie tylko zarysy sprzętów. Coraz bardziej przestraszona i coraz bardziej zła na Windermare'a, potknęła się o coś i wyrżnęła głową w podłogę. Macając wokół na oślep, trafiła na przyczynę potknięcia – męską wysuniętą na środek pokoju nogę. Krzyknęła przeraźliwie, zupełnie odruchowo. Odpowiedział jej jęk. Trzęsącymi się z przejęcia rękami, z kieszeni wydobyła zapałki. Udało się za trzecim razem. W nerwowym świetle małego płomyka, rozpoznała twarz Virgila. Bez wachania wycięła mu policzek, po którym mężczyzna otworzył oczy.
- Bloody hell! Co się, u diabła stało?

Odpowiedź otrzymała dopiero wtedy, gdy pospiesznym krokiem opuszczali podwoje dawnej fabryki McKenziego. Wysłuchawszy w skupieniu relacji Virgila, spokojnym głosem oznajmiła
- Idziesz ze mną. Mamy na jutrzejszy ranek bilety na rejs do Ameryki. SS Great Western czeka na nas w Bristol.
Dwie przecznice dalej czekał na nich dyskretny dwukonny powóz, zupełnie nieokazały w porównaniu do lando, w którym Virgil zwykł był widywać Adę.
- Ufam, że twoja służba zapakowała Ci wszystko, co trzeba. Prosiłam o szczególne uwzględnienie map i planów Somerseta – powiedziała zwinnie wskakując do środka. - Nie dyskutujmy już o tym, tak? To się robi zbyt niebezpieczne, a ja za mało z tego rozumiem.

*

Następny ranek, choć nie był tym, który przynieść miał odpowiedzi, wprawił oboje w nieco lepsze nastroje. Pokład SS Great Western pod stopami dawał przynajmniej poczucie zmierzania we właściwym kierunku.
 
hija jest offline  
Stary 10-05-2010, 00:08   #10
 
woltron's Avatar
 
Reputacja: 1466 woltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumnywoltron ma z czego być dumny
Obudziło go szuranie dochodzące z dołu. Dźwięk, przypominający przesuwanie mebli, początkowo cichy, prawie niesłyszalny, stawał się z każdą sekundą stawał się głośniejszy. „Co do cholery” pomyślał William J. Lacey budząc się na dobre, choć ciągle czuł się zmęczony po całodniowej podróży.

Rozejrzał się po pokoju; ten wydał mu się jeszcze bardziej paskudny niż kilka godzin wcześniej, a to dlatego że dopiero teraz dostrzegł rzeczy, które wcześniej mu umknęły: ściany na których był grzyb, zniszczoną framugę okna, której szpary załatały pająki, brudne firanki poruszające się na wietrze, zdechłego szczura leżącego w prawym rogu pomieszczenia. Nie robiło to na Lacey’u większego wrażenia, gdyż widział rzeczy znacznie gorsze. Bardziej przerażało go to, że nie zauważył tego wszystkiego kilka godzin wcześniej. „Czyżbym aż tak przesadził z whiskey” pomyślał. Nie miał jednak czasu by zastanowić się nad tym głębiej, ponieważ z dołu doszedł go nieludzki krzyk.

Mężczyzna wstał szybko, poprawił kapelusz i podkradł się do drzwi, uchylając je lekko tak by widzieć co dzieje się na dole. I choć przez wąską szparę nie widział wszystkiego, to widział wystarczająco by mocniej chwycić za rewolwer.

Podłoga głównej sali była poplamiona krwią, a na podłodze leżały ludzkie szczątki wokół których siedziało i stało czworo, jak się zdawało Williamowi, ludzi. Było w nich jednak coś niepokojącego: wszyscy byli straszliwie chudzi, ubrania mieli zniszczone i brudne. Najbardziej przerażające były jednak nieobecny wzrok, jakby wszyscy byli w jakimś narkotycznym transie. William, który w przeszłości odwiedziła od czasu do czasu Nowy Orlean, widywał tam uzależnionych od opium i innych używek. Niektórzy, jak wielki grubas siedzący nad zwłokami, mieli widoczne, niezagojone rany. „Co do cholery!” zaklął Lacey, ale rozmyślania przerwał mu kobiecy krzyk z dołu. Krzyk pełen przerażenia.
- Nieeee!!! Dobry Boże, nie!!! Nie zbliżajcie się... błagam, dobry Boże...

William nie czekał dłużej – chwycił broń mocniej i zaczął biec na dół. Dopiero będąc na schodach zauważył, że obleśny grubas, który mu się przyglądał był martwy i nie miał części twarzy. Pozostała trójka nie była w lepszym stanie.



*

Została sama, sama w upiornym lesie, który nie miał nic wspólnego z lasami które znała z Anglii i Europy. Cisza która zapanowała po tym jak Szukacze i Gerarad znikli jej w mroku była nie dla Włoszki nie do zniesienia, na dodatek Olimpia nie mogła się pozbyć dziwnego przekonania, że ktoś ją obserwuje, testuje i ocenia, że ktoś się nią bawi. Jednak nikt się nie pojawił, zza drzewa nie wyskoczył tajemniczy mściciel jak w tanich operach, które oglądała we Francji, ani rycerz na białym koniu.

Nie potrafiła powiedzieć jak długo czekała na powrót Gerarda – mogło to być pół godziny, mogły być to trzy godziny, nie miało to jednak większego znaczenia, gdyż wilkołak nie wrócił. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Włoszka nie mogła się pozbyć myśli, że Szukacze dogoniły go ,osaczyły niczym psy myśliwskie lisa na polowaniu i zrobiły to co z psy z lisem...

W końcu kobieta pogodziła się, że Gerard nie wróci, a głód – uczucie niemal przez nią zapomniane – sprawił, że postanowiła poszukać czegoś do jedzenia. Zmęczona ruszyła przed siebie, zapominając przy tym o gwizdku który dostała.

Podróż po lesie nie należała do najprzyjemniejszych. Był on wyjątkowo, wręcz nienaturalnie według Grisi gęsty, a na dodatek panował w nim półmrok, tak że Włoszka potykała się co jakiś czas i musiała zwalniać. Dwa razy tuż obok przebiegło jakieś stworzenie, ale Olimpia nie potrafiła powiedzieć jakie. W końcu jednak kobiecie udało się dojść do niewielkiego, leśnego potoczku płynącego spokojnym nurtem o krystalicznej wodzie.

Spragniona pochyliła się nad wodą i nabrała jej w złączone dłonie, po czym upiła parę łyków. Ku zaskoczeniu Olimpii woda była lodowata, ale wyjątkowo orzeźwiająca. Grisi czuła jak odzyskuje siły i uspakaja się. Postanowiła napić się jeszcze raz, a gdy schyliła się dostrzega go.
Niedaleko Włoszki stała niewielka istota, nie wyższa od dziecka. Twarz miała jednak nieco ostrzejsze rysy, nos cofnięty i nieco płaski, a z ust wystawały dziwaczne, trójkątne zęby. Była ubrana na czerwono: czerwony kaptur, peleryna, koszula, spodnie. Wyglądała jak karykatura człowieka, ale Olimpii nie było do śmiechu, ponieważ to coś wpatrywało się w nią swoimi żółtymi, inteligentnymi oczyma. A potem przemówiło:

- Di-lu, di-lu, ktoś pije z mojego Nilu! Sroga kara go spotka, chyba, że zechce zagrać w grę Di-lu, Di-lu! Karę wybiera czy grę rozpoczyna? – zapytała się istota, przekrzywiając przy tym nieco głowę, jakby się zastanawiało co wybierze Włoszka.
- Skrzacie bądź tak łaskaw i idź dręczyć kogoś innego. Albo poczęstuj czymś do jedzenia...
- Di-lu, di-lu, grę rozpoczyna, niech więc posłucha uważnie, odpowie raźnie, a jeść dostanie, Di-lu. Za młodu chodzi po ziemi, na starość lata po niebie. Małe dziewczynki boją się tego co chodzi po ziemi, lecz kochają to co lata w ich ogrodzie!
 
__________________
"Co do Regulaminów nie ma o czym dyskutować" - Bielon przystający na warunki Obsługi dotyczące jego powrotu na forum po rocznym banie i warunki przyłączenia Bissel do LI.
woltron jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 05:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169