Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-08-2010, 13:43   #1
 
Endless's Avatar
 
Reputacja: 1 Endless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodze
<Kroniki Neverendaaru> Śladami Tańczącej Błyskawicy


Prolog

"Nowa Opowieść"



Niewielką jaskinię oświetlało starannie przygotowane ognisko, wokół którego znajdowało się kilka głazów i kamieni. Wciąż trochę zaskoczeni ruszyliście za Valerią. Cóż, w jaskini przynajmniej było sucho. Valeria rozłożyła mokry płaszcz na dużym kamieniu przed ogniskiem i usiadła na mniejszym. Odpięła miecz od pasa i oparła go o skalną ścianę za sobą, a rękawice zsunęła z dłoni kładąc je na płaszczu. Westchnęła spoglądając na was.
- Rozgośćcie się, siadajcie... - gestem ręki wskazała zgromadzone przy ognisku kamienie. W końcu nie przebyliście tyle światów, aby teraz moknąć. - dodała nieco sarkastycznie.
Posłuchaliście jej rady i usiedliście. Ulewa panująca na zewnątrz nie oszczędziła żadnego z was, toteż ciepło ognia było błogosławieństwem. We znaki dawało się wam także zmęczenie.
- Wiedzcie, że nie jestem tutaj ani z wyboru, ani z konieczności. Nikogo nie zdradziłam, nie porzuciłam obowiązków i nie złamałam przysięgi. Zanim jednak cokolwiek wam powiem, chciałabym usłyszeć waszą historię. - jej wzrok padł na twarz każdego z was.
Nic innego nie mogliście zrobić, a jeżeli zwykła relacja miała was przybliżyć do odkrycia prawdy, to nie czekaliście długo...


Minas'Drill



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=jwZFiuteexU[/MEDIA]










Minas'Drill, Miasto Bram, było jak zwykle olśniewające. Ogromne wieże, wiszące w powietrzu pałace, świątynie, piękne parki, fontanny, wielkie manufaktury, kuźnie, fabryki, wiecznie patrolująca miasto straż, tłumy przechodniów, zarówno Nieskończonych jak i setek innych znanych lub mniej znanych istot. Tego dnia Minas'Drill było jeszcze bardziej zatłoczone niż zazwyczaj. A wszystko to z powodu rocznicy zwycięstwa Nieskończonych nad ich odwiecznymi wrogami, Hyldenami. Po wszystkich dzielnicach wędrowały radosne pochody i parady, uatrakcyjniane pokazami znakomitych tancerzy, akrobatów, magików i innych sztukmistrzów. Co chwilę nad miastem rozlegały się huki eksplodujących fajerwerków, które zasypywały ulice nieszkodliwymi, kolorowymi iskierkami, błyszczącymi świecidełkami i płatkami kwiatów. Nad ziemią przelatywały patrole Nieskończonych na wspaniałych, ptasich wierzchowcach, ktoś bowiem musiał czuwać nad bezpieczeństwem Minas'Drill. Miasto przesycone było atmosferą radości i szczęścia. Świętowali bowiem wszyscy, zarówno Nieskończeni jak i mieszkańcy zewnętrznych światów. Prawdziwe tłumy (nie licząc przepełnionych tawern) skupiały się jednak wokół targów, gdzie kupcy już od pierwszych promieni wschodzącego słońca czekali z gotowymi straganami, taki dzień był bowiem wspaniałą szansą na wielki zarobek. Nic jednak nie mogło się równać z tym, co działo się na Placu Wymiarów. Przez bramy międzywymiarowe do Minas'Drillu napływały coraz to większe tłumy, rytmicznie przemieszczające się w kierunku poszczegółnych części miasta. Przybywali ambasadorowie, kupcy jak i zwykłe osoby. Na tym, kto pierwszy raz pojawił się w Mieście Bram największe wrażenie robiła jego wielkość. Dziś olśniewał także jego wystrój A był to zaledwie początek celebracji tego dnia.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=10t7au_o63Q&feature=related[/MEDIA]

Lecz zanim przejdziemy do sedna sprawy, rzućmy okiem na wydarzenia sprzed roku, kiedy nad Nieskończonymi zawisł cień zagłady. Równo rok temu porwano bowiem córkę króla, która obdarzona była kluczowym dla nadchodzącej wojny darem przepowiadania przyszłości - błogosławieństwem starożytnego króla Mitha'Rei. Za porwaniem księżniczki z Minas'Drillu stał Zakon Czterech Słońc z ponurego świata Mithios. Gdy nie było już nadziei, na trop Zakonu wpadła grupa wyjątkowych osób pod przewodnictwem Valerii Brightfeather. Valeria wraz z towarzyszami zdołała przedostać się do siedziby Zakonu Czterech Słońć w Minas'Drill, gdzie w pogoni za Mistrzem Wieży wojownicy przeszli przez nielegalny portal do Mithios. Tam zaczęło się prawdziwe wyzwanie, któremu jednak słynna grupa podołała. Z pomocą rebeliantów pragnących pozbyć się tyrani okrutnego Zakonu odnaleziono córkę króla oraz po ciężkiej bitwie zgładzono Arcymistrza Zakonu, który okazał się być jedynie marionetką w rękach Upadłych. To właśnie na szczycie Zamku w Grzmiącej Twierdzy Valeria stawiła czoło swemu upadłemu bratu, Eclipseonowi, aby kupić czas dla towarzyszy eskortujących księżniczkę. Valeria odniosła zwycięstwo i stanęła przed najtrudniejszym w jej życiu wyborem. Kiedy Nieskończona odmówiła zabicia brata, ten sam nabił się na jej miecz, pragnąc znaleźć odkupienie... Nikt jednak nie wie, co dokładnie miało miejsce na szczycie zamkowej wieży, a sama Valeria nikomu nic nie mówiła. Po powrocie do Neverendaaru, Drulia'Ann wyjawiła przed królem, jego doradcami i dzielnymi bohaterami przepowiednię o nadciągającej bitwie. Dzięki niej, oraz dokładniejszym informacjom z następnych przepowiedni, Nieskończeni odnieśli zwycięstwo. Imię Valerii Brightfeather, oraz jej pozostałych przy życiu towarzyszy okryła wielka sława i chwała. Każdy poznał historię męstwa Valerii "Tańczącej Błyskawicy" Brightfeather i jej przyjaciół. Jednak ta opowieść stanowiła zaledwie początek historii...

Powracając do tematu - podczas gdy cała stolica promieniowała radością, jedno miejsce w całym Minas'Drill wypełnione było przytłaczającą atmosferą.



Diulern - sala tronowa



- ... prawda jest taka przyjaciele, że nasza osławiona panna Brightfeather "Tańcząca Błyskawica" zdradziła! Zdradziła nie tylko króla, ale i swoją ojczyznę! Dokonała się tak haniebnego czynu...
- Wysnuwasz niczym nie poparte wnioski, Toh'Othcie.
Potężnemu Nieskończonemu o długich, kasztanowych włosach i skrzydłach koloru szmaragdów przerwała mniejsza, ale bardzo piękna kobieta o włosach białych niczym śnieg, ubrana w długą, powabną suknię z delikatnego, białego materiału, gdzieniegdzie zdobionego srebrnymi nićmi.
- Nie masz żadnych dowodów na to, że Valeria Brightfeather miała udział w tej zbrodni. To może być zwykły zbieg okoliczności, który tak zaciekle nadinterpretujesz. - kobieta kontynuowała.
Mężczyzna wciągnął powietrze w potężne piersi i gniewnie zatrzepotał skrzydłami.
- Czyżby? A może rodowi Shiro'Ahk zależy na zatuszowaniu tej sprawy. Wszyscy przecież dobrze wiedzą o tym, że Shiro'Ahk przemycali cenny Neenthal do zewnętrznych światów...
Oczy kobiety zapłonęły gniewnie, a na jej plecach nagle pojawiły się dumnie rozpostarte białe skrzydła.
- Dosyć! - nadciągającą kłótnię przerwał Nieskończony który do tej pory siedział na bajecznie zdobionym tronie i słuchał dyskusji swoich doradców. Valeria Brightfeather jest wierną Strażniczką i bohaterką całego Neverendaaru. Już wielokrotnie udowodniła swoją lojalność wobec swego króla, ojczyzny i rodziny. Niemożliwe zatem jest, aby "Tańcząca Błyskawica", jedna z trzech wielkich Arbitrów z okrucieństwem wymordowała wszystkich członków rodu Brightfeather. Poza tym pannę Brightfeather wysłano z dala od Neverendaaru z niezwykle ważną misją. - król zszedł powoli po trzech stopniach i stanął przed przywódcami kast.
Toh'Oth Sothil, przywódca Kasty Ziemi już miał się odezwać, kiedy przy boku Króla stanął Ryuuken Hoku, mężczyzna o długich, płomiennych włosach, szkarłatnych skrzydłach, ubrany w czerwoną zbroję z godłem Gwardii na środku klatki piersiowej - parą złotych skrzydeł.
- Śmiesz kwestionować słowa Króla oraz jego zaufanie do panny Brightfeather? - te gniewne słowa były skierowane przeciwko wielkiemu Nieskończonemu.
- Ja... przepraszam Wasza Wysokość. - ukłonił się nisko. Zależy mi na bezpieczeństwie Neverendaaru, dlatego rozważałem najgorszą dla nas opcję.
Król, który wyglądał bardzo młodo jak na standardy Nieskończonych podszedł do Sothila i położył mu dłoń na ramieniu.
- Rozumiem, Toh'Othcie. Morderstwo Brightfeather'ów to dla nas straszliwy cios. To był wyjątkowy ród, bo ostatni wywodzący się bezpośrednio z odłamu rodziny Króla Mitha'Rei. Jego zniknięcie odbije się echem wśród społeczeństwa Minas'Drill. Ale powinniśmy zachować dla siebie te ponure wieści, przynajmniej na pewien czas. Nie chcemy psuć dzisiejszych celebracji. Możecie odejść, szlachetni Doradcy. - król gestem dłoni nakazał doradcom opuścić salę.
- Mizoirze, pozwól ze mną do mojej komnaty...
- król zwrócił się teraz do Nieskończonego stojącego na uboczu.
Mężczyzna odziany w szerokie, błękitne szaty skinął głową i ruszył za królem.

- Co myślisz o tej sytuacji, Mizoirze? - Król zapytał, siadając za biurkiem na drewnianym krześle o długim oparciu.
- Cóż, mój panie. Zabójstwo Brightfeatherów jest dla nas dotkliwym ciosem, tak jak Wasza Wysokość słusznie zauważył. Jest to dla nas także wyraźne ostrzeżenie. Ktoś, lub coś, jest wystarczająco silne aby zagrozić wszystkich szlachetnym rodzinom. Podejrzewam także, że ma to związek z niewyjaśnioną dotychczas kwestią, o której mówiła nam panna Brightfeather.
Król oparł łokcie na biurku, a dłonie przyłożył do twarzy, rozmasowując jej zmęczone mięśnie.
- To samo przyszło mi na myśl. Ale perspektywa wysoko postawionego zdrajcy w Minas'Drill jest jeszcze straszniejszą rzeczą, niż upadek ostatniej z Trzech Arbitrów.- król westchnął. Co radzisz mi zrobić, Mizoirze? - dodał po chwili namysłu.
- Dobrym pomysłem byłoby wysłanie za panną Brightfeather małego oddziału zbrojnego, który miałby przekazać jej straszne wieści i bezpiecznie eskortować do Neverendaaru. Uspokoiłoby to wszystkich, którzy mają wątpliwości co do lojalności panny Brightfeather, a także moglibyśmy dogłębniej zbadać sprawę zdrajcy, o którym wspominała Brightfeather.
Król wstał z krzesła i stanął przy dużym oknie, z którego roztaczał się widok na całą północną część Miasta Bram. Ręce skrzyżował na piersi i milczał przez dłuższy czas.
- Nie mamy innego wyboru...


Szajel Gentz:

Tego dnia Amfiteatr był wyjątkowo pusty. Większość zamieszkujących w nich tancerzy i akrobatów uczestniczyła w ulicznych pochodach. Jednak obudziłeś się wyjątkowo wcześnie tego ranka. Pierwszą rzeczą, którą zauważyłeś po przebudzeniu był leżący na twoim biurku list. Na białej kopercie widniało twoje imię, napisane ozdobnym pismem Harla, twego przewodnika w sztuce tancerzy. Z koperty wyjąłeś złożoną w pół karteczkę, na której również widać było pismo instruktora.

Drogi Szajelu,
dziś nastał czas, na który tak długo czekałeś. Oficjalnie staniesz się bowiem członkiem Arlekinów. Już wkrótce przywitamy cię jako jednego z naszych braci, ale zanim to nastąpi pragnę porozmawiać z tobą na temat twojego pierwszego zadania dla naszego bractwa. Znajdziesz mnie na obchodach w północnej dzielnicy, na placu przy fontannie Nanan'Fal. Nie spiesz się, przyjdź kiedy będziesz gotów.
Cieszący się twoim szczęściem, Harl


Shakti Hari

To było wyjątkowo irytujące. Siedziałaś nad księgami w bibliotece swojej rodziny już od kilku dni i nie udało ci się znaleźć żadnej wzmianki o kontraktach z demonami, a tym bardziej o ich przywoływaniu. Kiedy straciłaś już nadzieję, twoje spojrzenie padło na stronicę księgi, która znajdywała się u podstawy ułożonego, a raczej porozrzucanego, stosu ksiąg. Przeczytałaś tylko nagłówek na stronie, a już wiedziałaś, że jest to to, czego szukałaś. Szybko wydobyłaś książkę i usiadłaś z nią do biurka.
- "666 porad dla początkujących demonologów, czyli jak nie stracić duszy za marne grosze" - przeczytałaś głośno tytuł księgi i na twoich ustach pojawił się groźny uśmiech.

Przeczytanie księgi zajęło ci całą noc. Cóż, nie należała do najcieńszych, ale byłaś wyjątkowo zdeterminowana. Kiedy świtało, wiedziałaś już co musisz zrobić.
- "Aby zdobyć dostęp do magii demonów, należy najpierw podpisać kontrakt z jednym z Wielkich Władców." - przeczytałaś.
Poniżej znalazłaś imiona czterech demonów, jednak zapamiętałaś tylko jedno (Erenhuezebdabalus), bowiem było to imię Władcy Demonów Wiatru, a też dlatego, iż ich imiona były wyjątkowo... skomplikowane. Znając zatem imię demona, z którym musisz podpisać ci kontrakt, nie pozostaje nic innego, jak tylko zabrać się za jego przywołanie...

Kiedy wybiegałaś z biblioteki, zderzyłaś się z kimś w drzwiach. To był twój wuj, Zheng.
- Wujek Zheng? - zapytałaś zaskoczona.
- Shakti... twoja matka powiedziała że znajdę cię tu.
- Ale co tutaj robisz?
Mężczyzna uśmiechnął się.
- Przyszedłem zaoferować ci miejsce w oddziale, który poprowadzę...

Urizjel Blackheart

Po tym, jak po modlitwach udałeś się do swojej komnaty, odwiedził cię jeden z kapłanów Marsa. Zaprowadził cię przed oblicze Wielkiego Strażnika Świątyni. Kiedy wszedłeś do komnaty Strażnika, stał on naprzeciwko ciebie. Twój przewodnik opuścił salę.

Jego przenikliwy wzrok padł na twoją twarz. Czułeś przed tym mężczyzną wielki respekt i wdzięczność. To on przyjął cię do grona świętych wojowników i dał szansę na odkupienie. To także dzięki temu, iż ofiarował ci drugą szansę, kiedy wszyscy inni skreślili cię. Od tej pory służysz mu jako jeden z pokutników. Po krótkiej chwili do komnaty wkroczył kolejny kapłan, który przyprowadził jasnowlosego mężczyznę. W odróżnieniu od poprzedniego, ten kapłan został z wami.
- Wezwałem was tutaj z bardzo prostej przyczyny. Mam dla was trojga poważne zadanie. Otóż Lord Ryuuken stworzył niewielki oddział do wykonania zadania wysokiej rangi i poprosił świątynie o wsparcie. Elwynie Sunblaze, Rodericku Abramie i Urizjelu Blackhearth. Jutro w południe udacie się do Wielkiego Komisariatu i zaoferujecie Lordowi swoją pomoc. Szczegóły zadania zostaną wam tam wyjaśnione. Możecie odejść.

Yue Springwater

Całe miasto świętowało, ale tobie nie chciało się wychodzić na ulice. Jakiś czas temu skończyłeś naukę w Akademi Magii i miałeś sporo wolnego czasu. Wystarczająco dużo, aby rozkoszować się błogim lenistwem młodego arystokraty. Jednak nie mogłeś narzekać na nadmiar towarzystwa - twoja siostra Lilianne, kapłanka Neptuna, piastowała w Latarni Neptuna ważny urząd i rzadko bywała w waszej rezydencji. Brata widywałeś częściej, ale i on nie miał dla ciebie zbyt wiele czasu. Z ojcem to samo. Pozostawali więc wójkowie, ciotki, kuzyni i kuzynki, ale nigdy nie przepadałeś za ich pompatycznym zachowaniem... Cały dzień więc upływał ci na rozmyślaniu o ekscytujących przygodach, nieodkrytej, potężnej magii, a także o... Valerii Brightfeather. Od chwili, w której ujrzałeś ją po raz pierwszy - a było to jakiś niecały rok temu, gdy przedstawiła ci ją Lilianne, Valeria skutecznie wkradła się do twoich myśli, okupując je. Powoli przerodziło się to w zauroczenie...
- Yue, synu, muszę z tobą pomówić.
Ciszę w twojej komnacie przerwał ojciec, a raczej jego magiczna projekcja. Ojciec używał jej zawsze, kiedy przebywał w swojej pracowni w Latarnii Neptuna, znajdującej się w jednej z najwyższych wież, do której dostać można się było za pomocą specjalnie stworzonego przez ojca teleportu w ogrodowym stawie... Niezbyt chciało ci się wstawać, ale perspektywa rozgniewania ojca była znacznie straszniejsza. Przywódca Kasty Wody uchodził za spokojnego człowieka, ale jako jego syn, doskonale znałeś jego możliwości...
 
__________________
Come on Angel, come and cry; it's time for you to die....

Ostatnio edytowane przez Endless : 23-08-2010 o 13:49.
Endless jest offline  
Stary 23-08-2010, 13:58   #2
 
Arvelus's Avatar
 
Reputacja: 1 Arvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputację
Gdzieś, głęboko pod ziemią, w obszarach których nikt nie obrobił pozostawiając surową jaskinię, był Urizjel. Sam chciał tam zamieszkać. Z dala od innych. Z dala od nieskończonych których mógłby skrzywdzić.
Siedział, krzyżując nogi, w pentagramie wysypanym solą morską. Na kolanach spoczywała jego dai-katana, jego broń, cząstka duszy. Prawa ręka na rękojeści, lewa na ostrzu. Zaciskająca stal aż do krwi
Trząsł się, wymawiał modlitwy o siłę, czuł święte duchy w pobliżu. Tak, gdzieś tam, w zaświatach miał przyjaciół, istniały tam byty które chciały mu pomóc. Nie wiedział kto to, nie znał ich, ani ich imion, nigdy ich nie widział. Ale wiedział, że tam są. Podejrzewał, że to duchy tych których spotkało to samo teraz chciały go uratować. A on potrzebował pomocy, był wszystkim im wdzięczny, bo wiedział, że bez nich by już dawno spadł głęboko w mrok. To one pozwoliły mu pozostać tym kim jest.

Krawawił. Z całej lewej piersi. Miał na niej rozległą ranę. Wyciętą rytualnym nożem. Na lewej piersi miał wycięty Pentakl Ojca

chroniący przed lękami i dający siłę.
Drugim znakiem jaki miał na ciele był niewielki pentagram wytatułowany nad lewym okiem. Skierowany w górę, a więc był to po prostu symbol ochronny.
Na lewej łopatce widniała Pieczęć Samaela

mająca ochraniać osoby podczas medytacji, ale również pomagać zachować skupienie.
Na prawej miał natomiast Pentagram Agryppy

mający chronić przed działaniem sił nadprzyrodzonych i złych duchów.
Na plecach Krąg Kleopatry

Chroniący przed demonami.
Poza tym miał jeszcze wiele pomniejszych znaków ochronnych na całym ciele, nie licząc głowy. Na niej miał tylko pentagram otoczony nieregularnym, ledwo widocznym okręgiem wyglądającym jak blizna.
Ale jakby się przyjrzeć widać widać też były wiele bladych symboli zła. Trzeba było być blisko, bo były niewielkie, bardzo blade i poprzykrywane wyraźnymi czarnymi, absolutnie nie-bladymi świętymi symbolami i znakami ochronnymi.

Urizjel siedział bez skrzydeł. Nie chciał teraz mocy. Nie mogła mu pomóc, a mogła zaszkodzić. Targały nim sprzeczne uczucia. Wczoraj... jak wracał do siebie.. inni nieskończeni się... na niego gapili. Jakby był kimś gorszym... jakby nim gardzili... jakby uważali go za kogoś złego. To budziło w nim gniew. Nawet nie wiedzieli jak bardzo. Nie mieli pojęcia z jaką radością wyłupiłby im te ich oczka o potępiającym spojrzeniu. Zacisnął lewą dłoń mocniej. Krew z lewej piersi już sięgała jego spodni.
"Spokój"- wyszeptał do siebie na chwilę zatrzymując modlitwę. Otworzył oczy. Spojrzał na swoją katanę. Na tą cząstkę siebie. Spojrzał nie na przedmiot, patrzył na emocję... tą której najbardziej nienawidził, tej której nie był w stanie opanować. Spojrzał na swój Gniew... i miał wrażenie, że jego własny oręż się z niego śmieje. Nie, on nie żył w zgodzie ze swoim orężem. On go nienawidził, a miecz się tym nie przejmował. Przez długi czas to Urizjel był sługą Gniewu. Robił to co on kazał, nie umiał nad nim zapanować. Poświęcił na to bardzo wiele czasu by się uwolnić, a potem go zdominować. Ale to nie było łatwe. Gniew kipiał w bezmyślnej furii za każdym razem Blackhearth go zmuszał do posłuszeństwa, ale był słabszy od niego. Musiał się podporządkować. Jednak... Urizjel nie był bogiem, bywał zmienny, jego wola czasami słabła. Czasami tak bardzo, że nawet symbole ochronne nie były w stanie mu pomóc. Wtedy role się odwracały. Dla tego tak ważne są dla niego ciągłe medytacje. Konfrontacje z Gniewem. Ustalanie kto tu jest szefem. Zdominowanie go do roli zwykłego miecza. Jednak na to ostatnie nie liczył. Nie wierzył aby był zdolny to zrobić. Gniew był zbyt silny by się poddać. Tak jak teraz. Urizjel był zmęczony, był normalnie zdołowany. Znów cały dzień spędził sam. Znów go unikali. A na koniec te kobiety. Wyjątkowo piękne kobiety, choć to nie miało znaczenia. Ale te spojrzenia sprawiły, że zakipiał. Bardziej niż zwykle. Spokojnie odszedł za róg, jakby ich nie zauważył. Po czym rozwinął skrzydła by jak najszybciej znaleźć się w swojej samotni, bo czuł, że zaraz zrobi im krzywdę, albo coś rozwali. Tryumfalny śmiech Gniewu który słyszał na skraju świadomości wcale nie pomagał.
Wpadł jak torpeda. Zdematerializował skrzydła. Zapalił świece, poprawił pentagram, usiadł w nim i tak siedział od poprzedniego wieczora.
I tak nie było tak źle. Już wygrywał. Jego dai-katana wkrótce się podda. Przynajmniej miał taką nadzieję...

"- Wezwałem was tutaj z bardzo prostej przyczyny. Mam dla was trojga poważne zadanie. Otóż Lord Ryuuken stworzył niewielki oddział do wykonania zadania wysokiej rangi i poprosił świątynie o wsparcie. Elwynie Sunblaze, Rodericku Abramie i Urizjelu Blackhearth. Jutro w południe udacie się do Wielkiego Komisariatu i zaoferujecie Lordowi swoją pomoc. Szczegóły zadania zostaną wam tam wyjaśnione. Możecie odejść."

Skinął głową. Był zmęczony po nieprzespanej nocy. Zmęczony po długiej walce, ale nie dał po sobie tego poznać. Wielkie Strażnik Świątyni wiedział o jego walkach. Znał jego demony. Urizjel nie ośmieliłby się tego ukryć, jego klątwa nauczyła go pokory. Ale to nie oznacza, że śmie zamartwiać kogoś tak znacznego swoimi problemami, nie pojedynczym wypadkiem. Zdarzało się że walka trwała kilka dni. Wtedy po prostu musiał do niego pójść, bo nie był w stanie walczyć gdy ledwo trzymał się na nogach. I nie robił tego dla siebie. W momentach gdy ogarniał go szał był nieobliczalny. Mógł kogoś zranić, nawet zabić.

Gdy tylko wyszedł skierował się do swoich komnat. Chciał odespać noc. Mógłby normalnie funkcjonować, jednak z doświadczenia wiedział, że tylko by kusił Gniew. On by odpoczął kilka godzin, a potem zaatakował, kiedy Blackhearth już by padał z nóg. I najpewniej wtedy by wygrał.
Szedł bez skrzydeł. Nie chciał ich. Po trochu się ich wstydził...
 
Arvelus jest offline  
Stary 23-08-2010, 14:31   #3
 
Ajas's Avatar
 
Reputacja: 1 Ajas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie coś
Szajel Gentz wstał z łóżka przecierając oczy. Miał dobry sen, śnił o tym, że jego jedyna przyjaciółka lekki skrzydło wróciła ze swej podróży. Gdy jej nie było więcej osób go wyśmiewało, ona zaś zawsze potrafiła go obronić. Pierwsze co przykuło oczy młodzieńca to koperta, najwyraźniej zaadresowana do niego, szybkim ruchem otworzył ją i przeczytał. A szczegółowo mówiąc pierw przeczytał do połowy, lecz gdy jego oczy dostrzegły za oknem piękną chmurę zapatrzył się w nią. Dopiero po chwili wrócił do trzeźwego ( jak na niego) toku myślenia i przeczytał list od nowa, tym razem cały.
Młody „Nieopierzony” ( gdyż nazwisko Gentz w dosłownym tłumaczeniu właśnie to oznaczało.) wstał z łóżka i podszedł do szafki nad którą wisiał spory kawałek szkła imitujący lustro.

Szajel Gentz z wyglądu był osobą bardzo nietypową. Średniego wzrostu, bardo szczupły o jasnozielonych oczach patrzył na swe odbicie w lustrze. Różowe długie i proste niczym druty włosy były teraz potargane. Twarzy nie pokrywały żadne blizny, czy znaki szczególne. Wzrok miał rozmarzony, patrzył jak gdyby gdzieś za lustro. Jego ręka odruchowo otworzyła szufladę w szafeczce i wydobyła z niej kilka ważnych rzeczy. Bądź co bądź był to ważny dzień, więc nim młodzian podszedł do nakładania makijażu zajął się kąpielą. Kilka wiader wody później siedział w metalowej balii myjąc włosy. Czesał je delikatnie prostym grzebieniem i zapewne, gdyby ktoś wkroczył teraz do jego pokoju i ujrzał Gentza siedzącego tyłem do drzwi, wziąłby różowowłosego za kobietę. Jednak fakty byłe inne, i jeżeli chodzi o biologiczne cechy, Szajel był mężczyzną, tego faktu nie zamierzał zmieniać przy pomocy magii, czy innych środków. Spojrzenie młodzieńca padło na paznokcie u stóp, niestety specjalne farbki których używał do ich malowania złuszczyły się. Cichutko westchnął i wyciągnął dłoń, po jeden z zawczasu przygotowanych przedmiotów. Po chwili nucąc coś wesoło smarował paznokcie u nóg specjalna farbą. Dziś padło na krwistą czerwień.

Skończywszy uniósł nogę i ocenił efekty swojej pracy, Gentz uznał jednak, iż tak specjalny dzień wymaga specjalnego malunku. Chwycił cienki drewniany patyczek, którym to miał zwyczaj nakładać inny kolor farbek na swoje ciało w celu uzyskania specyficznych wzorów. Praca wymagała skupienia, ale była to jedna z nielicznych czynności którym Szajel umiał poświęcić całą uwagę. Kilkadziesiąt pociągnięć patyczkiem później, paznokcie jego dużych palców u stóp zdobił deseń złotych linii, układających się w ciekawie wyglądające spirale. Młody tancerz zadowolony wystawił nogi za balię, by farbki wyschły i wrócił do czesania włosów. Po pokonaniu niesfornych kudłów, odrzucił zadbane włosy do tylu, sięgały delikatnie za łopatki chłopaka. Po odczekaniu kilkunastu minut, upewnił się, iż wzorom wymalowanym na palcach u stóp nie grozi już rozmycie i opuścił prowizoryczną wannę. Nie ubierając się w nic całkiem nagi podszedł do szafeczki i wykonał wesoły obrót. Następnie chwycił płótno wiszące na gwoździu nieopodal i obwiązał się nim w pasie. W tej prymitywnej przepasce biodrowej opadł na łóżko i zajął się paznokciami u rąk. Z niewyjaśnionych powodów, te zawsze malował ciemniejszymi odcieniami, dziś padło na ciemny granat. Ten zabieg zajął mu dobrze ponad godzinę, gdyż Szajel przywiązywał do tego niezwykłą wagę. Włosy zdążyły już wyschnąć tak jak całe ciało młodziana. Poruszył kilka razy skrzydłami równie różowymi jak jego włosy, by strzepać z nich ostatnie kropelki wody.

Paznokcie były już gotowe teraz czekało go to co lubił najbardziej. Powoli podszedł do lustra, i chwycił leżącą na szafeczce kredkę do ust. Jego ulubiona delikatna różowa kredka dotknęła, ust młodzieńca i przy pomocy jego dłoni zaczęła po nich jeździć. Po chwili widoczne były już efekty, delikatne wargi młodziana pokrywał teraz jasny odcień różu. Gentz uśmiechnął się do swojego odbicia i chwycił czarny pojemnik z farbkami do twarzy i mały pędzelek. Przez następne dziesięć minut pracował nim przy swojej twarzy, a szczególnie w okolicach lewego oka. Teraz już zostało kilka delikatnych ruchów różowa kredką w okolicach brwi, by wzmocnić ich kolor, i założenie jego „maski”. Wielu tancerzy nosiło maski, on zaś zakładał na twarz coś przypominającego białą opaskę na włosy z otoczkami na oczy, która znajdowała się na jego czole. Gentz spojrzał w lustro na końcowy efekt, był zadowolony.



Teraz przyszedł czas na włosy, chwycił jeden z kosmyków, a następnie złapał kilka wisiorków spoczywających w szufladzie. Wplatanie ich we włosy nie zajęło mu dużo czasu, dziś nie wplótł ich wiele jedynie jakieś dwanaście.


Każdy był innego koloru, każdy przedstawiał inne kształty. Były tam kwiatki, skrzydełka, serduszka, błyskawice i wiele innych, zależnych od twórcy ozdób. Odrzucając z cichym brzękiem włosy do tyłu wpiął w swe prawe ucho, swoje ulubione kolczyki. Nosił ozdoby tylko w prawym uchu, uważał, że tak mu ładniej.


Spojrzał na siebie jeszcze raz myślami szukając brakującego elementu,po chwili odnalazł go. Sięgnął po raz kolejny do szuflady i wydobył naszyjnik wykonany z czystego srebra. Mały wisiorek przedstawiający dwa rozłożone, misternie wykonane, skrzydła anioła. Był to jego największy skarb, prezent od Ariel „Lekkiego skrzydła”. Była to pierwsza i jedyna rzecz, którą kiedykolwiek ktoś bezinteresownie mu wręczył. Prezent był dla niego cenniejszy niż życie i symbolizował wieczną przyjaźń z dziewczyną. Teraz pozostawało już tylko się ubrać. Szajel ubrał się w swój taneczny strój. Opięty i dopasowany do niego biały kombinezon, pokryty licznymi czarnymi wzorami i zawijasami. Buty stworzone do tańca, dopasowane, lekkie i wygodne. Tak samo jak strój nie krępowały ruchów, a to było najważniejsze w zawodzie tancerza. Gentz nie nosił plecaka, preferował małą torbę na sznurku. Zapakował do niej wszystkie wisiorki, farbki, kolorowe szkiełka i różnorakie ozdoby. Po chwili wylądował tam grzebień, pędzelki i patyczki do malowania. Na samym końcu kawałek węgla, trochę papierów czystych, oraz pokrytych jego rysunkami, sznurek i trochę jedzenia na dzień dzisiejszy. Pamiętał słowa Ariel by zawsze być przygotowanym na nagłe wysłanie na misją, a jej słuchał jak nikogo innego. Teraz zostało jeszcze zabranie swej broni. Duchowa broń Szajela Gentza spoczywała pod poduszką chłopaka. Lubił ją mieć przy sobie, czuł z nią niezwykłą więź.
Podnosząc wypełnioną pierzem poduszkę odsłonił dwa malutki ostrza. Prosto wyglądające sztylety miały rękojeści połączone łańcuchem, dawało to możliwość walki z w zwarciu, jak i na krótkie dystanse. Tancerz podniósł broń i wsadził w specjalnie przygotowane dla niej miejsce przy pasku. Miał już opuszczać pokój, gdy w jego głowie zaczęła dobijać się pewna ważna sprawa.

- A no tak List! – krzyknął głośno delikatnym głosem i szybo podbiegł do łóżka, na którym przysiadł wyciągając kawałek papieru i węgielek. Od razu zabrał się do pisania swej chaotycznej wiadomości.

Droga Ariel, dziś dostanę swa pierwszą misję i nie wiem kiedy wrócę!

Widziałem rano piękną chmurę! Przypominała tańczącego konia, ale ta która wyglądała jak smok o której kiedyś Ci mówiłem była ładniejsza.
Harl chce się zemną spotkać.
Chmura szybko niestety się rozwiała.
Mam nadzieje, że szybko się zobaczymy i opowiesz mi o swojej misji, gdybym nie wrócił przed tobą pytaj Harla. Na pewno Cię do mnie pokieruje.
Wciąż nie przemalowani pokoju, zostawiam Ci kilka paciorków w szufladzie, pilnuj ich dobrze?

Do zobaczenia!


Dumny z siebie zostawił list na łóżku swej współlokatorki, uśmiechnięty wyszedł zamykając drzwi.

Droga przez miasto dla młodego przedstawiciela kasty powietrza zawsze była innym doświadczeniem. Zawsze jego oko wypatrzyło jakieś nowe ozdoby, czy błyskotki. Nie raz zdarzało mu się iść na czworaka po kamiennym bruku szukając kolorowego szkiełka, które gdzieś mu mignęło. No i zawsze zwracał swym wyglądem powszechną uwagę. Większość osób śmiała się z niego, za jego plecami, na szczęście byli na tyle kulturalni by robić to gdy już nie mógł tego usłyszeć. Szajel kierował się do miejsca wspomnianego w liście. Po drodze kilka razy zatrzymał się by pooglądać błyskotki na straganach, wywołując u sprzedawców ciekawe wyrazy twarzy. Parę razy stanął również patrząc się w niebo, lub oglądając popisy jego kolegów tancerzy.

W końcu dotarł na umówione miejsce spotkania, zielone oczy szybko wypatrzyły zamaskowaną postać instruktora młodego Gentza. Szajel podszedł do niego ,a on wstał na jego widok najwidoczniej uradowany pojawieniem się swego podopiecznego. Różowowłosy zrobił to co zawsze na widok przełożonego, przytulił się do niego niczym małe dziecko. Mogło to wyglądać dość dziwnie gdy pomalowany facet przytula się do zamaskowanej postaci, ale Harl przywykł już do niektórych dziwactw Szajela Gentza. Młodzian puścił swego opiekuna i przeszywając go wzrokiem, powiedział to co trapiło go, od kiedy otworzył dziś oczy.

- Wciąż nie przemalowali pokoju!

Pełen oburzenia głos uderzył w uszy instruktora. Każda jego rozmowa z Gentzem zaczynała się tym stwierdzeniem młodziana. I zawsze reakcja Harla była taka sama.

- Zobaczysz może przemalują go już jutro?
– powiedziawszy to poklepał Szajela po ramieniu i dodał swym ciepłym, niby ojcowskim głosem – Cieszę się, że Cię widzę musimy omówić kilka rzeczy.

Różowowłosy kiwnął głową i przysiadł na fontannie. Po Ariel, jego opiekun był druga osobą, której słuchał bezwzględnie i w każdym wypadku.
 

Ostatnio edytowane przez Ajas : 16-06-2011 o 01:31.
Ajas jest offline  
Stary 24-08-2010, 08:41   #4
 
Idylla's Avatar
 
Reputacja: 1 Idylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znany
Spojrzała zirytowana na stertę piętrzących się przed nią ksiąg. Siedziała przy nich już o kilku dobrych dni, ale żadna nie zawierała przydatnych dla niej informacji. Dziwił ją sam fakt, że była w stanie przyjść do biblioteki i spędzić w niej tyle czasu, jednocześnie nie niszcząc połowy umieszczonych w niej zbiorów. Nie cierpiała tego już od wczesnych lat. Było to zbyt męczące zajęcie i całkiem nudne. Księgi nie były w stanie zareagować. Miały chyba tylko dwie przydatne funkcje. Pierwszą była przebogata, barwna i wszechstronna wiedza, którą posiadły opasłe tomiska za sprawą Nieskończonych lubujących się w tego typu rozrywkach umilających im wolny czas. Drugą, bardziej przystępną dla niej i nieco kłopotliwą dla właścicieli ksiąg, był fakt, że mogła na nich dowolnie wyładować frustrację i gniew, jaki nagromadziła, a któremu nie mogła bezpośrednio dać ujścia.

Rzuciła grubym tomiskiem z zapisanymi bezużytecznymi informacjami o klasyfikacji demonów na jakieś śmieszne podklasy z uwzględnieniem ich pochodzenia macierzystego, dominację kultury, w której powstały o nich mity i ich wpływach na dzieje ludzkości. Stek bzdur zupełnie jej niepotrzebny. Shakti chciała się tylko dowiedzieć, jak wezwać zwykłego demona, żeby zawrzeć korzystny kontrakt i otworzyć przed sobą nowy rozdział życia. To tak z tych bardziej górnolotnych idei, którymi tłumaczyła się rodzinie, stanowczo przeciwnej jej zainteresowaniom. Trochę trwało nim ich przekonała, ale rezultaty były zadowalające. Odczepili się i pozwolili jej działać. Czasami nawet wspomagali.

Rozejrzała się wokół. Widziała kilkoro mężczyzn i kobiet czytających księgi kilka stolików od niej. Wprawdzie zdarzało jej się kilka razy mocniej uderzyć księgą o stół, zamknąć ją z głuchym trzaskiem, wrzasnąć z irytacją w czasie kompletnej ciszy, kilka razy nawet przeklęła dość mocno, ale w jakiś sposób musiała dać upust emocjom. Inaczej mogłyby się tutaj dziać znacznie gorsze rzeczy, a szkody byłyby raczej nieodwracalne. Złapała sporo karcących i zdegustowanych jej zachowaniem spojrzeń, ale tylko odwróciła się nie zawracając sobie nimi głowy. Ostatni raz spojrzała na stertę papieru obleczoną w skórzaną, majestatycznie zdobioną oprawę. Jej uwagę przykuła leżąca na samym spodzie otwarta księga. Wstała, żeby móc lepiej przeczytać, co zawierają stronice naznaczone czarnym, zgrabnym pismem. Już pierwsze zdanie traktujące o właściwym zachowaniu się w obecności demona sprawiło, że się złowieszczo uśmiechnęła. Z trudem uniosła kilka tomów spoczywających na niej i odłożyła na bok. Zamknęła księgę, aby przyjrzeć się okładce i sprawdzić tytuł, który przeoczyła.

- „ 666 porad dla początkujących demonologów, czyli jak nie stracić duszy za marne grosze”.- przeczytała na głos.

Wspaniale, właśnie tego potrzebowała. Z nowymi siłami i nadzieją na rychłe opuszczenie tego dusznego przybytku wiekowej wiedzy zasiadła do lektury. Czytała z zapałem i ciekawością kolejne rozdziały, starając się zapamiętać, jak najwięcej szczegółów, jak najwięcej porad i sztuczek, dzięki którym nie zaprzepaści swoich szans. Znalazła prawdziwą skarbnicę informacji. Cała wiedza przydatna początkującemu demonologowi. Istny skarb. Zaczytana nie zauważyła nawet, kiedy zaczęło świtać. Wiedząc już wszystko, co powinna, postanowiła, że natychmiast weźmie się za przywołanie demona.

Poderwała się z krzesła, czemu towarzyszyło głośne szurnięcie, i wybiegła z dużej, przestronnej sali. Wiedziała już, że musi się udać do pałacowej samotni, żeby mieć odrobinę spokoju. Nie miała wielkiego doświadczenia w przywoływaniu demonów ani jakichkolwiek innych osobników spoza tego świata, ale determinacja czyniła cuda.

- Wujek Zheng? - zapytałaś zaskoczona.

- Shakti... twoja matka powiedziała że znajdę cię tu.

- Ale co tutaj robisz?

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Przyszedłem zaoferować ci miejsce w oddziale, który poprowadzę...

Wujek Zheng był jedną z niewielu osób, które spodziewała się spotkać w takim miejscu. Wiedziała, że wrócił na jakiś czas do stolicy. Matka mówiła jej, że zdołali dojść wreszcie do porozumienia. Rozmawiali ze sobą, dyskutowali i sprzeczali się. Całkiem jak za dawnych lat. Shakti cieszyła się, że wreszcie będzie mogła znowu widywać się z tą częścią swojej rodziny, którą lubiła.

- Czy jest to naprawdę pilna sprawa? Nie mógłbyś zaczekać trochę? Mam teraz do zrobienia coś naprawdę ważnego. - Wytłumaczyła lakonicznie. Wiedziała, że jeżeli będzie się dalej rozwodzić, to zapomni o wszystkim, co najważniejsze.

- Oczywiście. Zapraszam cię do siebie w Wielkim Komisariacie. Pamiętaj, łapki z daleka od strażników i ich broni! - Zastrzegł wuj. Znał doskonale swoją siostrzenicę, więc wolał w porę ją ostrzec.

- Dobrze. Będę najszybciej, jak to tylko możliwe.

Biegnąc do domu przez zatłoczone ulice wiedziała tylko jedno. Musi przywołać demona jak najszybciej. W przeciwnym razie będzie za słaba, żeby uczestniczyć w misji wuja. Zdawała sobie doskonale sprawę, że jeżeli będzie w jakiś sposób ciężarem, to odeślą ją do domu, a tego za nic by nie chciała. Nie darowałaby sobie, gdyby ją opuściła taka walka i przyjemność położenia na łopatki kilku typów.

Swoimi poszukiwaniami kompletnie zapomniała, że w stolicy odbywało się właśnie święto rocznicowe na część zwycięstwa. Ludzie cieszyli się na ulicach. Podzielała ich entuzjazm, spotkanych po drodze ludzi częstowała prawdziwym, szczerym uśmiechem, bez żadnych podtekstów ani zaczepki. Nie planowała żadnych opóźnień, w końcu jest już umówiona na dzisiaj, ale nie potrafiła sobie odmówić oglądania pokazów ulicznych i wybuchów sztucznych ogni. Oczarowana spacerowała ulicami. Kątem oka spostrzegła, że, co ostrożniejsi ją znający, nie zbliżają się zanadto. Roztropni ludzie wiedzieli, że dawała się łatwo ponieść emocjom.

Była już blisko swojej dzielnicy. Szybko przeniosła się do rodzinnego pałacu. Nie zwracając na nikogo uwagi, bo i nie było na kogo, gdyż wszyscy bawili się na dole, pobiegła do swojego pokoju i tam przebrała. Od kilku dni chodziła jak w transie. Potrzebowała błogiego odświeżenia. Zrzuciła ciężkie ubrania i zanurzyła swoje drobne ciało w ciepłej wodzie. W końcu nie wypadało stanąć przed demonem brudnym i śmierdzącym. Opłukała włosy, które pod wpływem kurzu z bibliotecznych tomisk zmieniły barwę z jasnego blondu na szarawy odcień. Rozkoszowała się przyjemnym ciepłem rozluźniającym jej mięśnie, kiedy do głowy zaczęły napływać niepokojące myśli.

„Dlaczego wujek mnie szukał? O co mogło mu chodzić? Dawno się nie widzieliśmy, nie rozmawialiśmy ze sobą zbyt często nawet teraz. Był zajęty pracą, a mnie nie pozwalał się zbliżać do Komisariatu. Ojejku, zdarzały się może w przeszłości drobne zwady między mną a jego podwładnymi, ale to były jedynie drobne nieporozumienia.”

Gdy skończyła kąpiel, ubrała się w najwygodniejsze ubrania, jakie posiadała. Wybrała jednak takie, które też doskonale się prezentowały. Były to lekkie, brązowawe spodnie doskonale przylegające do ciała, luźniejsza błękitna koszula z ledwie zaznaczonymi rękawami opinająca idealnie talię i uwydatniająca biust oraz skrojona na miarę czarna kamizelka zdobiona zmyślnymi, falującymi delikatnie na materiale wzorkami po bokach. Tak przygotowana ruszyła do sali treningowej, do której nikt dawno nie zaglądał. Większość domowników wybierała odnowioną rok temu salę. Znajdowała się w przestronnym, pustym pomieszczeniu z kilkorgiem okien z widokiem na pozostałe wiszące w powietrzu pałace i wieże.

„Żeby wszystko się udało, muszę najpierw narysować pentagram. Chwileczkę...”. Wygrzebała kredę z małej torby przerzuconej przez ramię. Wolnymi, precyzyjnymi ruchami kreśliła białe linie na zakurzonej, brudnej o krwi i potu podłodze. „Gotowe” pomyślała po skończonej pracy. Ostrożnie, aby nie zamazać któregokolwiek elementu, stanęła dokładnie pośrodku znaku.

„Teraz należy wypowiedzieć imię Wielkiego Władcy. Nie, jeszcze nie. To będzie za wcześnie. Było coś jeszcze, o czym zapomniałam. Wystarczy zrobić jedną rzecz źle, a posypie się wszystko. Może powinnam przygotować jakiś podarek, żeby ugłaskać demona? Nie, to nie to. Ofiara z krwi. Należało chyba złożyć ofiarę z krwi. Pamiętam, że czytałam coś o krwi i jej przelewaniu. Tylko czy to miało być teraz. Ojejku, powinnam to sobie wszystko pozapisywać”.

Złapała się za głowę. Koniec z tymi bredniami. Nic nie mówili o poświęcaniu krwi w rytuale przywołania, przecież raczej nie różni się on od innych, o których słyszała od brata. Wypowie może po prostu imię Wielkiego Władcy i poczeka. Jeżeli coś pójdzie nie tak, wtedy się zastanowi.

- Dobrze. Przyzywam cię Wielki Demonie, który jesteś jednym z czterech Władców, przyzywam wypowiadając twe imię: Erenhuezebdabalus! - Zaczęła szeptać jego imię, ale kiedy kończyła już słabo krzyczała. Nie potrafiła się powstrzymać przez drżeniem całego ciała. Podekscytowana wyczekiwała na dalszy rozwój wypadków.

Czuła się jak przed walką. Ten moment kiedy oczekujesz sygnału, by móc zaatakować i uwolnić całe napięcie spowodowane wyczekiwaniem. Chwilę gdy poczuć możesz swobodę działania i nieskrępowaną żądzę walki. Wspaniałe uczucie, którego tak mało doświadczyła, ale bardzo pragnęła.

- Zbliża się. Czuję to! - Szepnęła sama do siebie. Lekko się zgarbiła i ugięła nogi, gotowa w każdej chwili odskoczyć i uniknąć ataku. Uśmiechnęła się zadowolona. Wyczuła słabe podmuchy wiatru, które miarowo się nasilały, aż w końcu przerodziły się gwałtowne powiewy, wobec których nie mała zupełnie szans. Zakryła ramieniem oczy, żeby nie wpadał do nich kurz i resztki zalegającego w szczelinach w podłodze piasku. Otworzyła szeroko usta i haustami łapała powietrze. Wiatr uniemożliwił jej swobodne oddychanie, drobinki kurzu i piasku w oczach spowodowały łzawienie oraz rozmazały obraz, a ostre podmuchy pozbawiły ją równowagi. Upadła z głośnym westchnieniem, które przepadło gdzieś w świście szalejącego wiatru. Podniosła się ciężko na nagle słabe kolana.

Nadal pozostawała wewnątrz kręgu, jednak obawiała się konfrontacji z taką siłą. Wiedziała, że demon, którego miała zamiar przyzwać jest silny. Czytała o tym, ale nie sądziła, że dysponuje takim potencjałem. Pojedynek z nim z pewnością zakończyłby się jej śmiercią. Poza podnieceniem dodatkowo odczuwała lęk, który doprowadził do delikatnego łaskotania w żołądku. Zacisnęła dłonie na bransolecie na nadgarstku, gotowa w każdej chwili wypowiedzieć imię swojej uduchowionej broni. Czekała. Niecierpliwiła się, ale nikt się przed nią nie pojawił. Wiatr nadal wiał, ale jakby z mniejszą siłą.

Powoli ustawał. Świszczący po kątach i drażniący jej uszy dźwięk przerodził się w łagodne, uspokajające szumienie. Figlarnie łaskotał ją po spoconej twarzy, karku, ramionach, mierzwił długie włosy i czochrał fryzurę. Przyjemny chłód sprawiła, że Shakti nieco się odprężyła. Nieco rozmarzona rozejrzała się wokoło. Była sama w sali zupełnie jak wcześniej.

„Musiałam coś pomylić. Nadal jestem tutaj tylko ja...”

- Jesteś tego pewna? - usłyszała za swoimi plecami. Odwróciła się szybko. Nikogo nie było. - Kogo tam szukasz? - Tym razem głos dobiegał znad jej lewego ramienia. Znów spojrzała przed siebie, ale dalej nic. Potrząsnęła głową.

- Oszalałam? A może jestem... - Przestraszona natychmiast odegnała tę myśl. Nie mogła zostać opętana. Zrobiła wszystko, co należy. Przyzwała Władcę Wiatru jego imieniem. Powinien był się zjawić na jej wezwanie.

- Na twoje wezwanie? Czyżbym był jakimś sługą, żeby przybywać na wezwanie? - Zirytował się głos. Shakti nie wiedziała już, gdzie powinna szukać jego źródła. Zasłoniła dłońmi twarz. Nasłuchiwała. - Płaczesz? Boisz się mnie? - Zapytał do jej ucha prześmiewczym tonem.

- Niby kogo mam się bać?! - Warknęła w przestrzeń. - Jakiegoś ducha, który się mnie jeszcze bardziej boi? - Zakpiła. Odsłoniła oczy w momencie, kiedy w jej stronę pędziła kula jasnego światła. Odbiła się od niewidzialnej osłony i rozprysnęła na mniejsze iskierki. Rozsypały się po podłodze wokół zewnętrznych linii pentagramu i paliły na podłodze niczym płomyki na knocie świecy. Oświetliły nieco salę, która nie wiedzieć, kiedy wypełniła się ciemnością. Shakti wytężyła wzrok, aby dostrzec nikły cień nieopodal miejsca, w którym stała.

- Zatem udało się? - Zapytała zaskoczona.

- Jak taka marna istota była w stanie mnie przyzwać? Jakim cudem miałaś czelność się na to porwać? - Rzucił w jej kierunku. Zbliżył się do dogasających płomyków. Zdążyła ujrzeć jego piękną, idealną i surową twarz. Zapewne był także dobrze zbudowany i obdarzony idealnymi proporcjami. Zupełnie jak bóstwo. - Czyżbyś wreszcie, marna istoto, zrozumiała z kim masz do czynienia?

- Wiem to od samego początku. - Skłamała gładko. Serce biło jej jak oszalałem. Stała oko w oko z potężnym bogiem. Musiała być silna i stanowcza, ale nie na tyle, aby go rozgniewać. Musiała bardzo uważać.

- Oczywiście, że musisz uważać. Zacznij od oddania mi swego marnego życia, wtedy ci wybaczę zakłócanie mi spokoju. - Nagle błysnęło oślepiające światło. Shakti za późno osłoniła oczy. Nie widziała nic. Jedynie słyszała dobiegające w jej kierunku kolejne kpiny. - Twoje marne zdolności magiczne cię nie osłonią. Twoja ochrona niedługo zniknie. Gdy tak się stanie, będziesz moja. - Groźbę wysyczał.

„Czyżbym nadepnęła komuś na odcisk? Ojejku, przepraszam najmocniej. Tylko że to ja przywołałam cię tutaj. I mam do ciebie interes!” pomyślała, doskonale zdając sobie sprawę, że demon czytał w jej myślach. Milczała, gdyż obawiała się, że głos ją zawiedzie. Załamie się lub zadrży zdradzając jej niepewność, dlatego wolała rozwiązać sprawę w ten sposób.

- Zatem czemu nie opowiesz mi o tym? Na głos. Tylko głośno proszę. - Drwił. Czuła, że zatacza wokół niej koła, wypatrując najmniejszej luki w jej barierze. Potem ją zabije. Zebrała w sobie wszystkie siły, w końcu nie należała do tchórzliwych. Głęboki oddech i chwila zawahania. Później słowa już same popłynęły.

- Przyzwałam cię tutaj, Wielki Władco, Erenhuezebdabalusie, aby zaoferować ci kontrakt.

- Tego sam się domyśliłem, głupia istoto. Co jesteś w stanie oddać w zamian? - Zapytał zainteresowany. Stanął przed nią. Czuła, że przestał ją osaczać. Teraz wyczekiwał. Chciał usłyszeć odpowiedź. Czyżby go zainteresowała na tyle mocno? - Nie bądź zbyt pewna siebie. Nadal pragnę cię zabić, jednak zaciekawiła mnie twoja oferta. Jest kusząca.

- Jaka oferta? - Spytała zaskoczona. Otworzyła ostrożnie oczy. Widziała niewyraźną sylwetkę górującą nad nią. Był wysoki. I potężny. Zamrugała kilka razy, aby przyzwyczaić wzrok do ciemności. Kiedy była w stanie dostrzec jego twarz, momentalnie spojrzała na jego usta. Wykrzywione w szyderczym uśmiechu. Ramiona niezdarnie skrzyżował na klatce piersiowej. Spoglądał prosto na nią. Czuła mrowienie na karku. Odważyła się spojrzeć mu w oczy. Były barwy czystej, soczystej zieleni.

- Śliczne oczy i piękna buzia. Podobasz mi się. A jeszcze bardziej twoja dusza. Jest taka piękna. Kusząca i zniewalająca. Potrafię odczytać to wszystko, co w niej ukryte. Nawet to czego jeszcze nie wiesz... Piękna.

- Chcesz mojej duszy? Teraz? - Wydusiła z siebie słabo. Zatkało ją. Wiedziała, że będzie to wysoka cena, a dusza to najcenniejsze co może zaoferować, ale łudziła się, że do tego nie dojdzie. Spuściła wzrok na chwilę. On czekał. Nie odzywał się już. Spoglądał jedynie na nią z rozmysłem przyglądał się każdej części jej drżącego ciała. - Dobrze. Zgadzam się. Oddam ci duszę, ale nie teraz. - Salę wypełnił gromki śmiech.

- Oczywiście, że nie teraz. Teraz jest mdła i niesmaczna. Mało atrakcyjna. Jednak w momencie twojej śmierci będzie wspaniale ukształtowanym, upadłym kwiatem. Zatem, czego pragniesz w zamian? - Zwrócił się do niej nieco łagodniejszym tonem, nadal jednak uśmiechał się tajemniczo.

- Władzy. Siły. Przede wszystkim siły. Takiej, która będzie w stanie pokonać każdego! Teraz! - Wykrzyczała. Pełne determinacji i wiary w siebie słowa rozbawiły demona. – Co cię tak śmieszy, demonie? Mów. - Zagroziła rozzłoszczona. Nie pozwoli, aby ktoś śmiał się z niej tak otwarcie. Może był demonem i był w stanie ją zabić, ale nie pozwoli się tak traktować. Poniżać to on mógł sobie innych.

- Rozkazujesz mi, marna istoto? - Jego głos nie był już ociekającym kpiną melodyjnym dźwiękiem. Zaczął niebezpiecznie drżeć. Aura wokół demona zgęstniała, wiatr ponownie przybrał na sile. - Pragniesz rozkazywać władcy demonów?! - Wściekłe uderzenia padały na barierę wokół niej. Shakti postanowiła, że postawi wszystko na jedną kartę.

- Tak! Wezwałam cię, więc oczekuję spełnienia mojego życzenia, panie demonów. Jesteś potężny, zdołasz i mnie taką uczynić. Pragnę tego! Uczyń mnie silną! W zamian zabierz duszę! Jest twoja i tylko twoja! - Wrzeszczała coraz szczelniej się osłaniając. Nie wiedziała czy odniesie upragniony rezultat, ale musiała spróbować. To jej jedyna szansa. Wiatr ustał. Po chwili usłyszała spokojny, cichy szept.

- Zgadzam się. Spełnię twoją prośbę. Podpiszemy kontrakt. Teraz. - Wyciągnął rękę oczekując na coś. Shakti zamarła. Zapomniała o czymś tak ważnym jak papier. Zdenerwowana i podekscytowana wygrzebała szybko z torby mały posążek. Demon jedynie uśmiechnął się, gdy mu go wręczała.

- To jedyne co mam przy sobie. Nie powinieneś narzekać. - warknęła cicho. Demon spojrzał na nią gniewnie, jednak nie powiedział nic. Ukrył na chwilę posążek w dłoni i mamrotał coś pod nosem. Nie starała się zrozumieć. Po chwili otrzymała figurkę z powrotem. Coś się w niej zmieniło. Zamiast skupionego, surowego wyrazu twarzy modlącego się Nieśmiertelnego ujrzała uśmiechającego chytrze Upadłego z rozpostartymi skrzydłami. Spojrzała na niego gniewnie. - Dlaczego nic nie czuję?

- Cierpliwości, marna istoto. W odpowiednim czasie poczujesz. I będziesz usatysfakcjonowana, tak jak ja teraz jestem.- Po tych słowach coś błysnęło i strzeliło. Poraziło ją słabe wyładowanie elektryczne.

Została sama w sali. Klęczała pośrodku pentagramu i głośno oddychała. Nie wierzyła w to, co się przed chwilą stało. Podniosła się i spojrzała zaskoczona na figurkę. Jej dłonie paliły. Były poparzone i spuchnięte. Musiała udać się do medyka. Później pójdzie do wuja.

Z obandażowanymi dłońmi kierowała się do wuja. Szła zamyślona kolorowo zdobionymi ulicami. Nie docierało do niej jeszcze to wszystko. Miała w głowie mętlik. Cieszyła się jednak z umowy z demonem. Wreszcie będzie silna i niepokonana.
 
Idylla jest offline  
Stary 24-08-2010, 12:59   #5
 
Endless's Avatar
 
Reputacja: 1 Endless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodze
- O piękna nieznajoma, zechcesz uraczyć mnie swoją obecnością?
Chłopak stał przed ławką, na której siedziała piękna kobieta. Jej skrzydła były śnieżnobiałe, suknia koloru morskiego. Całość akcji działa się w parko-podobnych okolicznościach. Drzewa, słońce i gorąc. Ławka była półpusta. Połowa zajęta przez daną kobietę, reszta pusta. Na tą resztę polował właśnie Yue. Lubił przebywać w obecności kobiet. Nie było w tym podtekstów erotycznych, o nie. Nie lubi się także narzucać zbyt mocno, bo mogłaby się taka obrazić. Najfajniejsze w tym wszystkim było docenić takowej zalety, chociaż po godzinnej rozmowie o wszystkim i o niczym zalety zanikały. Okazywało się, że jest a to z rodziny nieszlacheckiej, a to ma pracę w karczmie, a to miała tuzin chłopaków. Mimo wszystkich rzeczy za i przeciw...nie mógł opanować się od zadowolenia się kolejną minutą spędzoną z tą panią.
- Oczywiście. Proszę usiąść. - gest delikatnej ręki ukazał wolną połowę ławki.
Zwycięstwo. Jej czerwone włosy powiewane były przez wiatr unosząc się lekko. Sukces, który odniósł mógł zawdzięczyć szatom, które oznaczają przynależność do wodnej kasty arystokracji. Wiele pań dało się uwodzić myśląc o bogactwach jakie posiada młody hierarcha. Jednak w kolejce na szczyt było wiele osób.
- Jak pani szlachetna ma na imię? - uśmiech zagościł na delikatnej twarzy chłopaka.
Wiele osób twierdzi, że dobry początek to połowa sukcesu. Sam też tak uważał. Mimo, że każda na początku zgrywa niedostępną, jest to oszustwo. Oszustwo w biały dzień. Wszyscy wiedzą jakie są kobietki. Dużomówne, słodkie, małe i kochane. Nie ma czegoś takiego jak nienawiść. Przynajmniej nie da się im tego dopasować.
- Kanea, a Pan? - zapytała spoglądając spod oka dokładnie na szaty.
Wiedział już, że złapał ją na haczyk. Zainteresować czymś to równoznaczne z przebić się przez pierwszą sferę obrony. A stwierdzenie "PAN" do niego tym bardziej nie pasowało. Jaki z niego pan? Blond włosy, twarz anielska. Skóra piękna i delikatna. Mało było takich jak on. Wszyscy zabójcy i mordobijcy. A on? On chce tylko....

Leżał na sofie z zamkniętymi oczami. Z nosa wystawała mu bańka, a sam chrapał w najlepsze. Jego sennik był bardzo obfity, szczególnie ostatnimi dniami. Jeżeli tak by się sprawy toczyły dalej, może to się pewnego poranka źle skończyć. Wiedział, że w jego sytuacji nie ma prawa zachowywać się jak nieskoordynowane dziecko jakiegoś bezdomnego złodzieja. On, pan i strażnik, miał inne zadania. "Kiedyś zajmiesz moje miejsce!" - słowa ojca często obijały się mu o uszy. Ale on...nie lubił był władczy. Nie miał w sobie za grosz charakteru do tego by dowodzić, a co dopiero całą wodną dzielnicą. Zawsze machał ręką lub kiwał na te słowa głową.

Jego pokój był niezwykle ozdobiony. Stolik na środku, szafy i sofa. Całość elegancko ozdobiona. Tylko po co? Dobre pytanie. Sam przebywał tylko czasem w domu. Głównie był na uczelniach lub w akademiach różnego rodzaju. Często lubił słuchać audycji w kryształach mocy. Wiadomości o tym co się dzieje w świecie. Miał jeszcze jedną ulubioną rzecz z którą krył się przed wszystkimi. Mianowicie...lubił...turlać się po swoim dywanie. Może i to śmieszne, ale dywan był sprowadzony z specjalnego miejsca, gdzie tworzy się dywany! O tak. Materiał do tego jest specjalnie strzeżony i nikomu się o tym nie mówi. Dostał go na swoje 93 urodziny.

- Yue, synu, muszę z Tobą pomówić.
Sam prawie nie spadł z łóżka, przestraszony dźwiękiem, który wdarł się w jego mózg tak nagle. Zerwał się z łóżka by nie być posądzony o lenistwo. W razie czego - odpoczywał. Przed misją. Która go pewnie czekała...
- Oczywiście, będę nim hologram zniknie. - odparł i skłamał.
Musiałby stać się Bogiem by w 2 sekundy przeteleportować się przez taką odległość. Ojciec lubił jak syn brał na poważnie jego słowa i się nie cacka, dlatego powiedział, że nadciąga do niego w trybie nagłym. Sam wziął KOSTUR (thx Endless.) którego następnie nałożył na miejsce na plecach.
- Latarnia Neptuna...eh.
Na samą myśl o odległości zrobiło mu się niedobrze, ale pocieszał się myślą teleportu w ogrodzie. Tutaj było na jego korzyść. Otworzył okno w pokoju i zamknął drzwi za sobą. Przeszedł przez całą posiadłość i wszedł do ogrodu. Na środku widniejący duży kryształ z fioletową poświatą. Sam nie lubił się teleportać. Uważa, że to najlepszy moment by zabić maga. Dlatego zawsze gdy się teleportuje, robi to błyskawicznie. Tak jak teraz. Podbiegł wręcz do teleportu i przyłożył ręce. Jego umysł na chwilę się wyłączył a ciało zdematerializowało. Nim się zorientował, stał już w pokoju ojca.
- Jestem. - odparł otrzepując ręce.




Szajel Gentz

Plac, który Harl obrał za miejsce spotkania był zaludniony w podobnym stopniu, co reszta miasta. Nanan'Fal uważano za jedną z najpiękniejszych fontann w północnej dzielnicy. Sama basen był okręgiem o średnicy 8 metrów i wysoki do kolan przeciętnego wzrostem Nieskończonego. Na środku basenu, na walcowym bloku z białego marmuru stał olbrzymi posąg Nieskończonego z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Posąg trzymał w ręku równie imponujący kostur, a przy jego bokach na ugiętych w kolanach nogach stały dwie nagie kobiety o pięknych, radosnych twarzach, wyciągające w górę swoje marmurowe dłonie. Zupełnie jakby chciały nabrać w nie wody, która wypływała spod niebieskiego kryształu zwieńczającego kostur posągu. Woda wydobywała się także z końcówek piór Nieskończonego, a także z wysoko tryskających kranów, umieszczonych pionowo w wodzie. Woda w świetle słońca dawała tęczowe refleksy.
- To miejsce jest naprawdę piękne. - spod maski Harla wydobył się jego przyjazny głos. Ale nie o nim chciałem z tobą porozmawiać, przyjacielu.
Okrągły plac wokół fontanny był wybrukowany blado niebieskim marmurem. Otaczał go mur pięknych kamienic, w których mieściły się przeróżne sklepy z magicznymi drobiazgami. Plac pełen był świętujących istot, przeważali jednak Nieskończeni w bogatych szatach. Podczas gdy Szajel i Harl znajdowali się przy południowej części fontanny, w jej północnym krańcu trwało prawdziwe przedstawienie tańczących na wodzie skrzydlatych, otoczonych gęstym tłumem podziwiających ich osób.
- Co wiesz o Valerii "Tańczącej Błyskawicy" Brightfeather? - zapytał, a jego mądre spojrzenie padło na twarz różowowłosego młodzieńca.

Shakti Hari

Dojście do Wielkiego Komisariatu z obrzeży Zachodniej Dzielnicy zajęło ci stanowczo zbyt dużo czasu. Było to spowodowane panującym w mieście tłokiem, nad którym kilkakrotnie byłaś zmuszona przelecieć.

Kiedy w końcu twoja stopa stanęła przy ogromnym wejściu do jeszcze bardziej imponującej budowli, było już południe. Wielkie wrota same się przed tobą otworzyły, ukazując twoim oczom pokaźną salę, wewnątrz której znajdowały się dwa szeregi grubych kolumn, a na ich końcu kamienne podwyższenie na którym znajdował się marmurowy mur, za którym siedział cały oddział urzędników przyjmujących "interesantów". Przy wschodniej i zachodniej ścianie znajdywały się rzędy ław, okupywane przez osoby czekające na swoją kolej. Po obydwu stronach podwyższenia znajdywały się schody prowadzące do górnych pięter, a na środku sali stał niewielki piedestał z małym kulistym kryształem. Shakti podeszła do niego i położyła dłoń na zimnym krysztale. Był to teleport, czyli środek transportu dla wygodnickich, wystarczyło bowiem pomyśleć o miejscu do którego chciało się dostać i... już się tam było. Shakti była już w biurze wuja wiele razy, a odkąd wrócił do stolicy, to zapewne znów mogła go tam znaleźć. Przywołanie obrazu jego komnaty nie było więc dla dziewczyny czymś trudnym. Miejsce w którym stała otoczył magiczny krąg błyszczący czerwonym światłem. Wszystko zawirowało, aby po chwili zatrzymać się. Shakti stała teraz w komnacie swojego wuja, trzymając rękę na identycznym piedestale. Zheng, który stał przed swoim biurkiem przerwał rozmowę, którą prowadził z innym mężczyzną. Ten odwrócił się i na widok Shakti na jego twarzy zawitał uśmiech.
- Więc wiesz już wszystko, Zheng. - powiedział zwracając się do wujka Shakti. Pozostaje mi więc tylko życzyć powodzenia.
Zheng zasalutował mężczyźnie, który skierował się do teleportu. Minął Shakti i po chwili zniknął w świetle czerwonego kręgu. Dziewczyna dopiero teraz zdała sobie sprawę, że był to Lord Ryuuken, dowódca Królewskiej Gwardii...
- Shakti, cieszę się że jesteś. - głos wuja przerwał zaskoczenie dziewczyny.
Mężczyzna usiadł za swoim biurkiem, kładąc na nim nogi, a ręce krzyżując na karku.
- Rozumiem, że możesz teraz mnie wysłuchać? - puścił do niej oko.



Yue Springwater

Pracownia Mizoira Springwatera była ogromnym pomiesczeniem. Zajmowała poddasze jednej z iglic wyrastających ze szczytu Latarni Neptuna, najbardziej imponującej budowli w dzielnicy Kasty Wody. Ojciec Yue'go stał na jej środku z dłońmi złączonymi koniuszkami palców, w sporym okręgu, błyszczącym niebieskim światłem magicznej energii, otoczony unoszącymi się w powietrzu lazurowymi kryształami. Kryształy były wysokości ramienia Nieskończonego, a ich grubość dobiegała ledwo dwudziestu centymetrów. Kołysały się w powietrzu i również pulsowały światłem. Na dźwięk głosu syna, Mizoir otworzył oczy i opuścił ręce. Kryształy zgasły tak samo jak krąg i opadły na wyłożoną niebieskim kamieniem podłogę, zagłębiając się w specjalnie dla nich przygotowanych wgłębieniach.
- Yue, dobrze że jesteś. Musisz o czymś usłyszeć. - powiedział spokojnym głosem i szybkim krokiem ruszył do swojego biurka, na którym nie znajdowało się nic oprócz pióra, kałamarzu i długiego zwoju papieru.
Springwater osiadł w krześle, kładąc ręce na biurko. Ojciec Yue'go był wybitnym idealistą i pedantem. W jego otoczeniu musiał panować bezwzględny porządek i sterylna czystość. Tak samo było w jego pracowni. Dokumenty leżały na ziemi przy biurku, ułożone w zgrabnych kolumnach. Znajdujące się na wielu stołach przeróżne narzędzia poukładane były w zależności od wielkości. Na półkach stały kryształy, na osobnych słoje, butle i fiolki. Pokaźny księgozbiór zdobiący ściany za biórkiem był uporządkowany tematycznie, alfabetycznie i chronologicznie. W specjalnych regałach znajdywały się tuby ze zwojami. Światło wpadało do pracowni poprzez południową część pomieszczenia. Ściany w tej części okrągłej komnaty wykonano z grubego szkła.
- Mam dla ciebie zadanie, synu. - Yue'go, który był zaabsorbowany przyglądaniu się pomieszczeniu, oprzytomniał poważny głos ojca, głos którego Yue nie mógł zignorować.


Urizjel Blackhearth

Opuściłeś spokojne mury świątyni i znalazłeś się na zatłoczonych ulicach Południowej Dzielnicy. Szedłeś wprost przed siebie, bez żadnego konkretnego celu. Mijałeś świętujących zwycięstwo Nieskończonych, tancerzy wykonujących swoje pełne pasji tańce. Wielokrotnie przechodziłeś obok kupieckich straganów, na których rozłożone były różnorodne towary. Widziałeś wesołe rodziny, ojców pokazujących swoim synom jak należy trzymać miecz oraz matki, noszące w swych ramionach mniejsze, jeszcze nie potrafiące chodzić dzieci. Mijali cię arystokraci, w swoich zdobnych szatach, śmiejące się, młode i urokliwe niewiasty, szepczące między sobą i wypatrujące przystojnych mężczyzn. Gdy szedłeś, myślałeś o czekającej cię następnego dnia misji. Misji, do której przydzielił cię sam Wielki Strażnik Świątyni. Czyżby docenił twój trud i dał ci szansę na odkupienie twych win? A może po prostu chciał się ciebie pozbyć... Nie wiedząc kiedy, stanąłeś na przeciwko ludzkiego dziecka, które klęczało przy wejściu do jednej z bogatszych karczm, ze starym, przetartym kapeluszem, do którego od czasu do czasu wpadały jakieś srebrzaki. Był to chłopiec, bardzo brudny i kościsty. Wyglądał jakby przez wiele dni nic nie jadł. Było w nim coś, co sprawiło iż zwróciłeś swoją uwagę na niego... Może to przez jego wyraźne wyobcowanie i cierpienie... Nagle drzwi otworzyły się i stanął w nich gruby szynkarz.
- Co za robactwo... Znikaj stąd! Spieprzaj karaluchu! Psujesz mi interes... - grubas zaczął bezlitośnie okładać chuderlawego chłopca brudną szmatą, którą trzymał w ręku.


Strażnik


Ekhirru - tak brzmiała nazwa świata, w którym znajdywałeś się od wielu już lat. Świata, na który cię skazano... Świata wypełnionego rozciągającymi się w nieskończoność bagnami. Bagno... Cóż, można powiedzieć że właśnie znajdowałeś się po uszy w tym paskudnym bagnie. Bagnie zgotowanym przez twoich rodaków...

Sam nie wiesz, czy kiedy się obudziłeś była już noc, czy dzień. Światło rzadko kiedy przebijało się przez niezwykle gęste korony olbrzymich drzew porastających ten świat. Jak zwykle obudził cię jednak charakterystyczny dźwięk - brzęczenie któremu towarzyszyła harmonijna melodia. Dźwięk zamkniętej w znalezionym przez ciebie słoju dużej muchy o tlącym się fioletowym światłem odwłoku. Dźwięk zwiastujący jedno - nadejście drapieżników. Zerwałeś się szybko na równe nogi, sięgając po swoją broń. Broń, którą miałeś zawsze przy sobie... Ledwo tlące się już ognisko dawało mało światła, ale starczyło go na tyle, aby twoje przyzwyczajone do ciemności oczy wychwyciły w gęstwinach ruch. Prosto na ciebie z ciemności wyskoczył wielki stwór, przypominający obdartego ze skóry byka z paszczą krokodyla i pazurami tygrysa. Odskoczyłeś w samą porę aby uniknąć jego ataku. Po chwili uderzył cię znajomy smród bestii, która stanęła na przeciw ciebie, uginając łapy, szczerząc kły i wydając odgłos połączonego warczenia z charkaniem. Po chwili z ciemności wyłoniły się jeszcze cztery podobne łby. Najbliższy stwór dał susa i zaszarżował na ciebie. Tym niezbyt miłym przebudzeniem rozpoczął się twój kolejny dzień wygnania...
 
__________________
Come on Angel, come and cry; it's time for you to die....
Endless jest offline  
Stary 24-08-2010, 13:31   #6
 
Ajas's Avatar
 
Reputacja: 1 Ajas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie coś
Szajel siedział koło swego opiekuna obserwując wszystko dookoła. Rzadko opuszczał amfiteatr, zazwyczaj wychodził z Harlem lub Ariel, właśnie dziewczyna pokazała mu to miejsce jako pierwsza. Młodemu tancerzowi zawsze się tu podobało, szum wody trochę go uspokajał, a w rzeźby można było wpatrywać się godzinami. Pytanie zamaskowanego dotarło do niego jak przez mgłę, minęła dość długa chwila nim Gentz odpowiedział.

-Nic, ale ma ładne, dźwięczne imię, jednak pseudonim nie pasuje. Powinien być łagodniejszy, zły do tego imienia, zdecydowanie zły. –odpowiedział swoim delikatnym głosem.– Czy nie uważasz, że oni pięknie tańczą? – spytał wskazując Nieskończonych po drugiej stronie fontanny, obserwując ich rozmarzonym wzorkiem.

- My, tancerze Pólnocnej Dzielnicy jesteśmy uważani za najlepszych, w tym fachu. - odpowiedział cierpliwie.- Szajelu, na pewno coś słyszałeś o pannie Brightfeather. Proszę, skup się i przypomnij sobie, dzięki komu wygraliśmy bitwę rok temu... –

Różowowłosy zamyślił się, z całych sił próbował skupić uwagę na tym jednym wątku. Łatwe to nie było, a odszukanie informacji w zbłąkanym umyśle zawsze zajmowało chwilę czasu. Jednak po dłuższym momencie zaczął powoli mówić, jak by dopiero co wyciągał te słowa z głębi swej pamięci.

- Wszyscy coś mówili... W amfiteatrze było wtedy zamieszanie, dużo z naszych się cieszyło. - przymrużył oczy przywołując tą chwile w pamięci. - Ariel mówiła, że to jakaś bohaterka... Ona coś zrobiła... – Gentz, aż jęknął z wysiłku umysłowego, zaciskając mocno oczy. Nagle otworzył je szeroko i wypalił szybko, by nie zapomnieć tego co udało mu się wyciągnąć z najciemniejszych zakamarków pamięci. - Ona ocaliła księżniczkę tak? Pokonała tego upadłego... Prawda że ten posąg jest dobrze wykonany? - zakończył wskazując rzeźbę na środku fontanny.

- Owszem, widzę w nim mistrzowską rękę rzemieślników kasty Ziemi. - odparł opiekun.- Widzisz? A jednak coś wiesz. Dobry chłopiec. - Harl pomierzwił ręką różowe włosy swojego podopiecznego.- Z panną Brightfeather będzie się wiązało twoje pierwsze zadanie dla Arlekinów. - dodał po chwili, poważniejąc.

Szajel nie krył zaciekawienia. Pierwsze zadanie nawet dla niego brzmiało interesująco. Spojrzał na niego swymi rozmarzonymi zielonymi oczyma pytając.- A co to za zadanie? Ariel pójdzie zemną jak wróci ze swojej misji? - kosmyk włosów znalazł się między palcami błyskawicznie, teraz młodzian z zaciekawieniem przyglądał się błyskotce w kształcie małej gwiazdki.

- Ariel niestety nie będzie ci mogła towarzyszyć. Jej misja trochę się przedłuży... Ale mniejsza o to. Słuchaj teraz uważnie. - Harl położył dłoń na ramieniu ucznia, przywołując jego uwagę. -Jutro w południe pojawisz się na placu przed Wielkim Komisariatem w południowej dzielnicy. Znasz to miejsce, zaprowadziliśmy tam kilku złodziejaszków... pamiętasz? Zjawisz się tam jutro w południe i powiesz, że przysyła cię Harl. Rozumiesz? -

Szajel ostrożnie pokiwał głową przytakując, ale po chwili wpadł na to co kiedyś poradziła mu Ariel, szybko wydobył kawałek pergaminu ze swej torby i kawałek węgielka którego używał do pisania. Stronice ułożył na kamieniu koło siebie i napisał dużymi literami : " JUTRO. POŁUDNIE. WIELKI KOMISARIAT. PRZYSŁAŁ MNIE HARL." Zadowolony ze swej pomysłowości pokazał kartkę zamaskowanemu i powiedział wesoło. - Teraz nie zapomnę! Ariel zawsze kazała mi tak pisać na kartkach kiedy mieliśmy się gdzieś spotkać. Nie lubiła jak zapominałem o tym. - uśmiechnął się do Harla i rozejrzał po całym placu. Po chwili jednak jakaś mała igiełka ukłuła go w umysł, szybko zapytał swego opiekuna. - Ale po co mam tam iść? Przecież tam na dłużej zostają tylko rabusie! Ja tez będę miał tam zostać? - w tonie głosu wyczuć było można, że nie jest to żart, czy sarkazm, Szajel naprawdę się tym martwił.

- Ależ nie, głuptasie. - Harl zaśmiał się melodyjnie.- Dołączysz do małego oddziału. Poznasz tam ciekawych ludzi i z całą pewnością czeka cię wspaniałą przygoda.

Szaje rozpromienił się, skoro Harl tak mówił to musiała być prawda. Jednak w głowie młodziana narodziło się jeszcze kilka nowych pytań.

- A oni nie będą się śmiali prawda? I jaki ma z tym związek z panią Valerią? - Szajel przez chwilę jakby smakował to imię. Podobało mu się, a to dobrze, gdyż rzadko zapominał o tym co lubił. Pacnął się ręką w głowę i powiedział głośniej niż poprzednio. - I jeszcze bardzo ważna sprawa! Mają tam paciorki jak u nas w amfiteatrze, czy mam wziąć własne? – tak, to była zdecydowanie jedna z najważniejszych kwestii.

- Myślę, że będziesz musiał zabrać ze sobą swoje rzeczy. Tylko niczego nie zapomnij, bo wyruszacie poza miasto.

Gentz zrobił wielkie oczy. Nigdy nie opuszczał murów miejskich, a wizja wyjścia poza miasto z obcymi ludźmi nie podobała mu się szczególnie. Kręcąc palcem kółka po zimnym kamieniu tworzącym fontannę mruknął cicho.

- Na długo? A co to za ludzie? Inni arlekini? Wiesz że oni mnie nie lubią...- powiedziawszy to spuścił wzrok, bacznie obserwując swój zataczający coraz to nowe kręgi palec.

- Nie wiem ile czasu zajmie wam wasze zadanie. Ale nie martw się, będziesz wśród dobrych osób. Inni Arlekini mają inne zadanie. Będziesz więc tam jedynym tancerzem... - odpowiedział Harl.-Jedynym w swoim rodzaju... - mówiąc to Harl obserwował Szaleja ojcowskim wzrokiem.

Szajel "hymknął" głośno rozważając to. Lubił być jedyny w swoim rodzaju, nie lubił tych tysięcy jednakowych osób. " Skoro Harl mówi, że są dobrzy to nie będą się śmiali!" - ta myśl przypieczętowała jego decyzję, dla tego z entuzjazmem pokiwał głową.

- Skoro tak to pójdę! Jest jeszcze coś ważnego co mam pamiętać? - uniósł do góry swój kawałek węgla.- Mogę dziś iść na pokaz sztucznych ogni?

- Oczywiście, ale pamiętaj, żeby wrócić do Amfiteatru przed północą. W końcu dziś będziemy świętować twoją inicjację.

Harl powoli wstał i rozciągnął się, rozgrzewając mięśnie. Gdy to zrobił, machnął ręką do Szajela, zapraszając go do tańca...

Gentz poderwał się od razu uśmiechnięty i wesoło zatrzepotał, swymi różowymi skrzydłami. Stając w pozycji wyjściowej rozpoczął taniec z Harlem. Młodzianowi szło całkiem dobrze, oczywiście jego umiejętności odbiegały od zdolności jego opiekuna, lecz i tak popisy młodego Nieskończonego robiły wrażenie. W tańcu wyglądał niczym różowo, białe tornado, a czarne linie na jego stroju dodawały tańcu pewnej tajemniczości. Po chwili zebrał się w około nich mały tłumek, obserwujący popisy arlekinów. W tym tańcu, Harl pomagał rozwinąć Szajelowi skrzydła, co rusz obracał go i służył mu jako podparcie. Młodzian z brzękiem wisiorków i uśmiechem wypisanym na ustach naprawdę dobrze się bawił.

Gdy Gentzowi przyszło pożegnać się z Harlem, który jeszcze raz przypomniał mu, gdzie i kiedy ma się jutro stawić, Szajel ruszył na jarmark. Stragany zdawały się stać jeden na drugim. Kolory mieszały się ze sobą, śmiechy osób słychać było wszędzie. Błogi nastrój ogarnął całe miasto. Tancerze i żonglerzy zabawiali publikę, a publiką był każdy przechodzień. Szajel szybko odnalazł to czego szukał. Przy małym straganie stały aktualnie dwie kobiety, prawdopodobnie matka z córką. Starsza podnosił co chwilę paciorki i błyskotki pokazując je młodszej, ta tylko kiwała głowa przecząco.

Różowowłosy podszedł do straganu, wywołując u matki dziewczyny wyraz zgorszenia na twarzy, młoda tylko zachichotała, nie wiadomo czy to z przybysza, czy z matki, która zastygła z naszyjnikiem w dłoni. Gentz uśmiechnął się do sprzedawcy, i chwycił swymi delikatnymi palcami jedną z ozdóbek. Uniósł ją przed swoją twarz, oceniając jakość, a przede wszystkim kształt. Powtórzył ten zabieg kilka razy, z coraz to nowymi ozdóbkami, aż w końcu powiedział miękkim głosem do kupca.

- Wezmę ten zestaw, ile się należy? Będzie mi do twarzy prawda?

Sprzedawca spojrzał tylko na Gentza lecz nie zdążył odpowiedzieć, gdyż wypowiedziała się młoda dziewczyna, która wcześniej chichotała cicho.

- Tak będzie panu do twarzy. Dla mnie to samo proszę! –dodała w stronę sprzedawcy. Jej matka nadęła policzki, ale nie powiedziała nic. Mierzyła jedynie Gentza groźnym spojrzeniem. Szajel jednak nawet tego nie dostrzegał, wręczył kupcowi 5 neveronów i odebrał zestaw, składający się z dziesięciu niebieskich błyskotek.



Gentz uśmiechnął się do kupującej dziewczyny i oddalił się w poszukiwaniu innych ciekawych ozdób. Nie zdawał sobie sprawy jaką awanturę wywołał, swym wyborem, w domu dwóch kobiet.

Tancerz długo chodził między straganami, nie raz zatrzymał się obserwując sztukmistrzów z różnych dziedzin. Oglądał pokazy taneczne, słuchał śpiewów, załapał się nawet na jakieś krótkie przedstawienie. Był to radosny dzień, i Gentz nie raz śmiał się głośno wraz z innymi. Ponadto niektórzy brali go chyba za aktora, gdyż nie dziwił ich jakoś jego wygląd. Usłyszał nawet kilka komplementów za charakteryzację, od prawdziwych ulicznych aktorów. Udało mu się również nabyć nowy zestaw farbek, za jedyne 10 neveronów. Stwierdził, że skoro ma wyruszyć w drogę, to nowy komplet jest niezbędny.



Zbliżała się już pora fajerwerków, gdy Szajel szedł jedną z uliczek kończąc jeść niedawno kupioną watę cukrową. Jak na koszt jednego neverona była ona bardzo smaczna. Nim Gentz rozpoczął jej konsumpcje przypominała coś na kształt błyskawicy, teraz jej kształt był niezidentyfikowany. Z lubością zjadając ostatni słodki kawałek Szajel zobaczył wolny od klientów stragan. Stało na nim wiele fiolek wypełnionych różnorakimi płynami. Eliksiry! Różowowłosy przypomniał sobie jak Areil powtarzała mu przed wyjazdem : „Pamiętaj jeżeli dostaniesz jakieś zadanie, kup kilka mikstur. On są zawsze pomocne. Kupisz je prawda?
Gentz pokiwał energicznie głową przytakując własnym myślą i odrzucają, lepki od cukru patyczek za siebie, podbiegł do straganu. Na butelki patrzył przez dłuższą chwilę, były naprawdę ładne i pełne kolorów, toteż młodzian zachwycał się nimi przez dłuższa chwile.



[IMG]http://img838.imageshack.us/img838
/1884/vancleefarpelsfeeriefla.jpg[/IMG]


Sprzedawczyni zobaczywszy zainteresowanie wypisane na twarzy młodziana, wyczuła interes. Z uśmiechem zagadnęła do Szajela.

- Witaj piękny panie! Na cóż masz ochotę, mam tu napoje na wszystko! Napój by uleczyć zranione ciało, na to by przywrócić ci siły, gdy będziesz zmęczony, jak i takie które zwiększa twoje możliwości w dowolnej dziedzinie. – po chwili dodała jeszcze cicho. – A i takie co zmiękczą czyjeś serce i pozwolą ci spędzić wspaniałą noc tez się znajdą. – z uśmiechem czekała, aż Gentz złoży zamówienie.

Młodzian stał zamyślony w myślach łowiąc słowa Ariel na temat eliksirów i wywarów różnorakich. Mówili im o tym na zajęciach teoretycznych, by wiedzieli czego się wystrzegać jednak on zawsze miał problemy, by się skupić. Lekki Skrzydło dla tego często powtarzała mu to w pokoju, jej słowa trudniej ulatywały z jego pamięci. Po chwili skupienia powiedział więc melodyjnie.
- Noo to... jedną lecznicza o słabszej mocy poproszę, i jedną trochę silniejszą... Prawda, że wspaniały dzisiaj panuje nastrój w mieście? - rzekł z uśmiechem wyciągając z sakiewki monety. Lekko zdezorientowana pytaniem kobieta odpowiedziała niepewnie.

- Tak, tak masz rację! Wspaniały dzień, wspaniałe święto! Co do zapłaty należy się 40 neveronów. – wyciągnęła rękę a monety posypały się na nią. Szajel jednak nie skończył jeszcze jednak zakupów. Poprosił jeszcze o jedną miksturę przywracającą siły, zakupił najsłabszą zapłaciwszy za nią dziesięcioma monetami. Miał już odchodzić gdy jego wzrok przykuła piękna butelka której nie widział wcześniej.



- A co to za mikstura, w tym wspaniałym flakonie? – zapytał wskazując buteleczkę palcem. Łasa na pieniądze kobieta uśmiechnęła się szeroko podnosząc butelkę do góry, chciała już zacząć mówić gdy Szajel krzyknął na nią głośno zdenerwowany.

- Niech pani nie dotyka!! Pobrudzi pani butelkę!
– powiedział to takim tonem, iż kobieta szybko postawiła buteleczkę z powrotem na blacie. Wyciągnęła ręce w uspokajającym geście, tłumacząc się Szajelowi.

- Niech się pan nie denerwuje. Spokojnie. Ta mikstura zwiększa szybkość posiadacza na pewien czas. Ci którzy jej używali, twierdzą, iż efekty są zaskakująco dobre. Mikstura ta... – dopiero teraz kobieta zauważyła, że Gentz nie słucha jej zapatrzony w butelkę.

- Wspaniała, piękna, niepowtarzalna! – krzyknął głośno i spojrzał swymi zielonymi oczyma na kobietę. – Ile za nią?

- 30 neveronów. – odpowiedziała krótko, widziała, że jej klient nie interesuje się dokładnym składem mikstury. Dla niej była to dobra nowina, lepiej sprzedać od razu niż strzępić sobie język. Szjael wręczył jej garść monet, w sakiewce pozostały mu już tylko 4 neverony, lecz przynajmniej był wyposażony przed misją. Delikatnie chwycił buteleczkę, przez papier wydobyty z worka, i owinąwszy ją w pergamin, włożył wraz z resztą do swego prowizorycznego plecaka. Odszedł w kierunku głównego placu, gdzie widoczne miały być fajerwerki, a kobieta zaczęła radośnie przeliczać zysk.

Szczęście mu dopisało, gdyż na plac przybył wraz z odpaleniem pierwszej rakiety. Świsnęła ona lecąc szybko w górę i wybuchając na niebie kaskadą kolorów. Rozległ się głośny pomruk aprobaty, i kilka gwizdów, Gentz zaklaskał głośno. Kolejne pociski leciały w czarne niebo, rozświetlając je wspaniałymi kolorami i wzorami.



Szajel Gentz stał z uniesioną do góry głową, oglądając to wspaniałe
widowisko. Klaskał głośno, przy każdy strzale, w pewnym momencie jako jeden z nielicznych wzleciał nawet trochę do góry, by lepiej widzieć te buchające kolory. Jednak szybko krzyki osób, którym przysłonił swoją osobą widok sprowadziły go na dół. Północ zbliżała się wielkimi krokami, więc ociągając się i z wielką niechęcią tancerz opuścił jarmark, kierując się do amfiteatru.

Do swego pokoju przybył około kwadrans przed ceremonią. List zaadresowany do Ariel wciąż leżał na jej łóżku, a to oznaczało, że dziewczyna wciąż nie wróciła. Gentz pierwsze co zrobił to wyciągnął kartkę zapisaną przy Harlu, i powiesił na gwoździu nad lustrem. Następnie dopisał coś do listu zaadresowanego do jego przyjaciółki.


PS. Dowiedziałem się, że ruszę za miasto z jakimiś ludźmi. Proszę dołącz do mnie jak najszybciej będziesz wstanie. Fajerwerki tego wieczoru były wspaniałe. Kupiłem nowe paciorki jak do nas dołączysz, to ci pokażę. Jak prosiłaś zakupiłem mikstur przed swoją pierwsza misją. Opowiesz mi czy tam gdzie byłaś, było ładnie?


Odłożył list z powrotem na łóżko dziewczyny, i odłożywszy worek ze swoimi rzeczami, ruszył do sali gdzie miała odbyć się ceremonia. Miał ze sobą tylko swoją broń i strój tancerza. Szajel trochę się denerwował, ale przecież będzie tam Harl. Nie ma się czym martwić
 
Ajas jest offline  
Stary 25-08-2010, 09:50   #7
 
Idylla's Avatar
 
Reputacja: 1 Idylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znany
Wprost nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie swobodnie będzie mogła się nacieszyć świętem. W drodze do gabinetu wuja rozglądała się po straganach ulicznych, podziwiała wystawy sklepowe, podsłuchiwała rozmowy. Interesowało ją wszystko, co działo się w mieście. Miała wspaniały humor. Jeszcze tego ranka sądziła, że świat to okropne miejsce. Kilka godzin później czuła, że znalazła się w zupełnie innym wymiarze, tak niepodobnym do tego porannego.

Spełniła swoje marzenie, na dodatek wuj oferował jej podróż w nieznane w poszukiwaniu przygody. Zabraniano jej kontaktów z obcymi z innych światów, surowo karano, kiedy okazywało się, że rozmawiała albo sama zaczepiła jakiegoś kupca nie będącego Nieskończonym. Matka uważała ich za plagę. Istoty zbyt niedoskonałe i kruche, aby móc zyskać choć cień uwagi idealnych, tak podobnych bogom. To fanatyczka religijna, surowa i nieprzejednana. Straciła wszelką nadzieję przed dwoma laty, kiedy niemal odebrano jej syna. Odnalazła wsparcie w Jupiterze. Mimo że przez wiele lat była kapłanką, nie do końca rozumiała, czym naprawdę była głęboka wiara. Przekonała się w chwili największego koszmaru swojego życia. I już z tej drogi nie powróciła.

Shakti bynajmniej nie żałowała tej nagłej i niespodziewanej zmiany matki. Wręcz ją wykorzystywała, żeby jeszcze bardziej dopiec rodzicielce. Buntowała się i łamała jej surowe zasady. Tak też dowiedziała się, że z wujkiem Shi coś się działo. Dzięki temu odkryła gdzie przetrzymują jej brata. Potrafiła tak wymieniać i wymieniać. Liczne i różnorodne przykłady mnożyły się już w chwili, kiedy kończyła tłumaczyć zawiłą historię poprzednich. Były ich setki, a każdy jeden tylko potwierdzał słuszność jej twierdzenia.

Nie będę się załamywała. Dzisiejszy dzień był wspaniały. Dowiedziałam się, że mogę wziąć udział w przygodzie, na którą czekałam już od dłuższego czasu. Od wielu, wielu lat. Czułam, że przybycie wuja Zhenga będzie szczęśliwe.

Ulice były strasznie zatłoczone. Przeciskała się szukając przerw między ludźmi, skrzętnie wykorzystując choć najmniejszy dystans, jaki ich dzielił. Była stosunkowo niska i szczuła. Jej drobna sylwetka była niebywałym plusem w tego typu sytuacjach. Już spocona i wyczerpana ciągłym tańcem, obrotami i ukokami schowała się przed słońcem w małej, ciasnej uliczce.

Dość tego! pomyślała zirytowana. Zamknęła oczy i skupiła myśli. Poczuła delikatne łaskotanie między łopatkami. Przerodziło się ono w dokuczliwe mrowienie. Po chwili powoli z pleców wyrosły jej szare skrzydła.Tak będzie łatwiej i szybciej.

Poderwała się w górę. Unosiła się swobodnie w powietrzu, machnęła kilka razy skrzydłami, aby nie opaść na ziemię. Rozglądała się chwilę, żeby określić dokładnie dystans jaki dzieli ją od Komisariatu, po czym obrała właściwy kierunek. Nie zamierzała przelecieć całej drogi. Było to zbyt męczące dla skrzydeł i ciała. Wylądowała kilka uliczek dalej. Niestety sytuacja się powtórzyła. Droga była zatamowana świętującymi ludźmi. Każdy czerpał jak najwięcej przyjemności z zabawy. Gwar unoszący się nad miastem przenosił się powoli w górę. Nieskończeni śpieszący się do domów, na zabawy organizowane we własnym zakresie, ku zaciszu świątyń. Po kilkunastu minutach pojawiła się wreszcie w holu Wielkiego Komisariatu. Spojrzała z lekkim ukłuciem niepokoju jeszcze na zamykające się samoistnie drzwi.

Nie lubiła tego miejsca. Zawsze coś złego musiało się tutaj wydarzyć. Przychodziła odwiedzić wujka, a kończyła w areszcie albo w domu, wysłuchując kazań, które wygłaszał jej starszy brat. I zawsze musiała przyznawać, że to była jej wina, choć zwykle to strażniczy i gwardziści ją prowokowali. Ona jedynie odpowiadała na zaczepki. Kilkakrotnie miała tak poważne rany, że nie była jej w stanie pomóc nawet matka. Krwawiła silnie, gorączkowała. Dochodziła do zdrowia często blisko tydzień lub dwa. Była nadal słaba i szybko się męczyła, ale nie potrafiła sobie odmówić treningu. Nigdy jednak jej to nie zrażało.

Przeniosła się do gabinetu wuja dzięki teleportowi. Zmyślnemu urządzeniu, które nie wymagało chodzenia, a jedynie ogólnej informacji, jak wyglądało miejsce, do którego chciało się przenieść. Wuj Zhengo właśnie kończył rozmawiać z lordem Ryuukenem. Wiedziała, kim był. Rozsiewał wokół siebie specyficzną dostojną aurę surowości, opanowania i skrywanego okrucieństwa. Zawsze bała się go. Ilekroć go spotykała, miała potem koszmary nocne. Skłoniła się uprzejmie, z pokorą, gdy wychodził. Spojrzała zaskoczona na wuja.

- Shakti, cieszę się że jesteś. - głos wuja przerwał zaskoczenie dziewczyny.

Mężczyzna usiadł za swoim biurkiem, kładąc na nim nogi, a ręce krzyżując na karku.

- Rozumiem, że możesz teraz mnie wysłuchać? - puścił do niej oko. Zarumieniła się. Ruszyła jednak pewnym krokiem w stronę krewnego.

- Oczywiście. Przykro mi z powodu tamtego małego zamieszania - uśmiechnęła się przepraszająco i usiadła przed biurkiem wuja. Wygodnie się usadowiłam prawie położyła na krześle i założyła mało elegancko nogę na nogę.

- Proponowałem ci wcześniej miejsce w moim oddziale. Widzisz, jutro wyruszam wraz z garstką ludzi na ważną misję i stwierdziłem, że moja kochana siostrzenica, która z pewnością nudzi się w tej ziejącej nudą posiadłości, byłaby zachwycona móc mi towarzyszyć. - powiedział ze zbójeckim uśmiechem.

- Ojejku, wujku. Nie nudzę się. Zawsze znajdę okazję do zabicia wolnego czasu- odpowiedziała zaczepnie bawiąc się swoją ozdobną bransoletą. Jej twarz natychmiast się rozpogodziła, a uśmiech objął także duże, z pozoru niewinne oczy - Dokąd wyrusza twój oddział, w którym zobaczyłbyś swoją ulubioną siostrzenicę? Rozumiesz, kobieta musi się przygotować na dłuższą wyprawę, zabrać odpowiednie ubrania, bibeloty... - Wymieniała na palcach.

- W kierunku Karo'Sil. - odpowiedział poważniejąc.

Karo'Sil, Dolina Szeptów... Miejsce spoczynku władców Neverednaaru owiane tajemnicą. Nikt o nim nie mówił, nikt o niego nie pytał, nikt nie planował się do niego wybierać nawet z przymusu. Shakti przeszły po plecach ciarki. Niewiele wiedziała o tym miejscu, ale słyszała, że było straszne. W końcu leżeli tam sami władcy, czyli nie byle jacy słabi Nieskończeni.

- Czego tam będziemy szukać? - Zasępiła się. Nie lubiła takich miejsc. Źle się jej kojarzyły. Ponura atmosfera i nostalgia bijąca z każdego zakamarka. Nie zauważyła, że podświadomie zgodziła się na uczestnictwo w misji, nie znając dobrze szczegółów. - Spodziewałam się czegoś bliższego i... żywszego.

- W Karo'Sil niczego. - odpowiedział Zheng. - Naszym celem jest Brama znajdująca się nieopodal nekropolii. Nie ma się więc czego bać. - zaśmiał się, próbując zbagatelizować zaistniałą sytuację.

- Ale i tak będziemy musieli przejść koło tego cmentarzyska. - Burknęła niezbyt uradowana. - Będzie niebezpiecznie i pełno krwi? - zmieniła nagle temat. Nie chciała zaprzątać sobie myśli takimi smutnymi rzeczami. Robiła to ilekroć rozmowa ją krępowała lub wprowadzała w stan niepewności i zagubienia. Wolała mówić o wiele przyjemniejszych sprawach.
Wuj jakby zamyślił się na chwilę.

- Być może. Przyjdzie nam bowiem zawitać w jednym z Zakazanych Światów. - dodał, kiedy oprzytomniał.

- Zakazane Światy? Wujku, to nie jest prosta misja, prawda? - Wyprostowała się na krześle i spojrzała wujowie Zhengowi w oczy. - O co w niej chodzi? Możesz mi chyba powiedzieć?

Wujek Zheng wyraźnie się zasępił.

- Słyszałaś o Valeri Brightfeather? - zapytał posępnym głosem.

- Tej bohaterce sprzed roku? Tak. Było o niej całkiem głośno. Co w związku z nią? Idzie z nami? - Zapytała zaciekawiona. Co taka legenda może robić na takiej dziwnej misji? Przynajmniej wreszcie ją pozna.

Mężczyzna pokręcił głową.

- Sytuacja jest zupełnie odwrotna. Musimy ją odnaleźć i eskortować do Neverendaaru z rozkazu Króla.

- Słucham? Eskortować? Za co? To znaczy dlaczego? Przecież... - Nagle wpadł jej do głowy dziwny i niedorzeczny pomysł. - Jest uciekinierem? Niemożliwe. - Opadła na oparcie krzesła. Pokręciła głową zszokowana.

- Wujku, w co tym mnie wciągasz?

"I czemu mnie to jeszcze bardziej ekscytuje?" dodała przestraszona w myślach. Lubiła zabawę, walkę i pościgi, ale sprawa, o której opowiadał jej wujek Zheng, nie należy do łatwych, miłych i przyjemnych, a mimo to sprawiała jej prawdziwą przyjemność myśl o wyprawie w niebezpieczne rejony i ryzykowanie życia. Chyba oszalałam bez reszty...


- Wczorajszej nocy ktoś wymordował cały klan Brightfeatherów w ich posiadłości nad Zachodnią Dzielnicą. Valeria jest ostatnią żyjącą przedstawicielką cennego rodu. - odparł smętnie. Zniszczenie Brightfeatherów oznaczało, że ktoś w Minas'Drillu był potężny na tyle, aby zagrozić wszystkim szlachetnym rodom.

- Wymordował? Znaczy... wszyscy...?

Nie, to było dla niej stanowczo zbyt wiele, szokujących i przerażających informacji na raz. Kto mógł być na tyle potężny, zuchwały i lekkomyślny, aby wymordować cały klan. I to tak silny i wpływowy. To jakiś szaleniec.

- Skoro zabili cały klan, to czemu... Ojejku... - Skoro przeżyła jedynie Valeria, to oznaczało, że miała z tym wiele wspólnego. Sama zapewne nie byłaby w stanie tego dokonać. Nie była aż tak potężna. - To nie zbyt dobra wiadomość. Rodzice oszaleją, kiedy powiem im, gdzie się udaję, ale jak usłyszą o tym... – Przyznała w końcu. Długo jeszcze jej zajmie poukładanie tego wszystkiego w spójną, logiczną całość.

- To tajna wiadomość. Król wydał zakaz wspominania o niej komukolwiek na czas celebracji. Nie chcą wzbudzać paniki... Co do twoich rodziców, porozmawiam z nimi. Oczywiście możesz mi odmówić, jeżeli to cię przerasta...

- Nie, nie przerasta. Po prostu, to trochę dużo jak na jeden raz. Wiesz, jaka ja jestem, do bitki chętna, ale śmierć i zagłada klanu to coś w zupełnie innego. Zresztą... ostatnio przyzwałam demona - pokazała mu obandażowane dłonie i uśmiechnęła się promiennie na samą myśl, co powie na to wujek. - Zdołam to jakoś ogarnąć. Martwię się o ciebie. Jak wytłumaczysz rodzicom i Gotamowi, że jadę? Brat się... sprzeciwi. - Wolała nie używać mocniejszych słów. Dobrze wiedziała, jak zareaguje. I nie chciała bynajmniej przy tym być.

- Masz rację, to nie będzie łatwe... Zawsze można wyjść po kryjomu! - zaśmiał się. - Nie, żebym namawiał cię do złego Shakti.

- To byłby nawet dobry pomysł. Kiedy byśmy dokładnie wyruszyli? Najlepsza byłaby noc. Matka całe noce się modli, a ojca nie ma w domu. Nie wiem, gdzie bywa. I nie interesuje mnie to. Brat śpi jak zaklęty, nawet by nie zauważył. - Zaproponowała. Pomysł z ucieczką wybitnie przypadł jej do gustu. - Będziesz u nas na dzisiejszej ceremonii? A raczej przyjęciu Chandry?

- Wyruszamy jutro w południe spod Wielkiego Komisariatu, ale jeśli uda ci się uciec pod osłoną nocy, to mogłabyś ukryć się w moim mieszkanku we Wschodniej Dzielnicy. - odparł ściągając nogi z biurka. - Chandra dzisiaj świętuje? Z jakiej okazji? Twoja matka coś wspominała... ale jej nie słuchałem. - uśmiechnął się niezdarnie i podrapał po głowie.

- Wiesz, że niedługo urodzi? Matka uparła się, żeby zorganizować jakieś dziękczynienie, czy coś podobnego. Też nie za bardzo wiem, o czym mówiła. - Zarumieniła się lekko, ale zaraz dodała. - Nie żartujesz z tym wymknięciem się po nocy? - Iskierka nadziei zapłonęła jej w oczach.

- Nie żartuję Shakti. - odpowiedział ze śmiejącymi się oczyma, w których także widać było rosnące podekscytowanie. - Możesz powiedzieć matce, że zjawię się u was na przyjęciu. Przy okazji dam ci klucze do mieszkania...


- Matka będzie uradowana. Mówi, że im więcej osób wesprze nienarodzonego tym większe jego szczęście później. - Rozpromieniła się. Wymknie się w nocy. Potem mogą jej szukać, ale nigdy się nie domyślą gdzie. Po prostu wymarzona okazja do wyrwania się z tego dusznego, krępującego domu, w którym trzeba było uważać na wszystko i ze wszystkim się kryć.

Dalsza rozmowa dotyczyła wspomnień z jej dziecięcych lat. Gorliwie zapewniła wuja, że nie zmieniła się ani trochę i będzie z premedytacją sprawiała kłopoty, jeżeli w pobliżu będą się znajdowali strażnicy gotowi do bójki. Zakończyła się stosunkowo szybko, a przynajmniej taki wrażenie odniosła dziewczyna. Przeszkodził im dopiero jakiś strażnik miejski informujący Zhenga o problemach w więzieniach i drobnych, lokalnych zamieszkach we wschodniej dzielnicy. Shakti grzecznie się pożegnała i strapiona opuściła gabineta wujka. Czekała na chwilę samotności. Musiała przemyśleć kilkanaście spraw. Głównie to co usłyszała.

Czy ja na pewno chcę się w to pakować? Owszem zapewniłam wuja, że to dla mnie nic takiego, ale jeżeli coś mi się stanie? Brat będzie naprawdę zły... Powinnam z nim porozmawiać.

Wiedziała, że nie będzie to łatwe. Zadanie takie wymagało od niej użycia wszelkich sztuczek zjednujących jej poparcie brata. Dodatkowo musiała go upewnić w przekonaniu, że przecież nic jej nie będzie. Była dorosła, nie musiał się nią tak bardzo opiekować.

Nie potrafię. Nie umiem go okłamywać. Przygnębiła ją ta myśl. O ile prostsze były bójki, w których wszystko było jasne. Przegrasz, wygrasz. Wiesz, kto jest silniejszy, kto słabszy. Łatwe do zrozumienia.

Pochłonięta przywoływaniem demona i zobowiązana własnymi słowami do spotkania z wujem, zupełnie zatraciła poczucie czasu. Było już późne popołudniu. Nim się spostrzegła minęła godzina dwunasta, zaraz za nią popędziła trzynasta i czternasta. Było kilka minut po piętnastej. Czyli na miejskich straganikach będzie mogła jeszcze nabyć coś ciekawego.
Nie spodziewała się znaleźć za wiele. Było stanowczo za późno na duże zakupy. Piękne, przywiezione z innych wymiarów stroje zapewne już dawno znalazły nabywców. Egzotyczne upominki i kosmetyki zawsze były towarem luksusowym i rzadkim. Kupcy prześcigali się najczęściej w sprzedaż po okazyjnych, wygórowanych cenach.

Idąc ulicami bawiła się z tłumem. Tańczyła z napotkanymi ludźmi, czasami rozmawiała ze znajomymi przez chwilę. Zdawało jej się, że dostrzegła nawet ojca kręcącego się w pobliżu stoiska z winami i trunkami. Zapewne szykował alkohol na toast. Zamierzał z pewnością wygłosić jedno ze swoich słynnych przemówień. Wspaniale dobrane słowa, idealnie wyważone, zaakcentowane odpowiednie frazy, przewidziane miejsce na głośne oklaski. Matka potępiała takie zachowania, uważała je za sztuczne i niestosowne. Pycha i chciwość, którą wykazywał się ojciec jeszcze kilka lat temu, drażniła matkę. Robiła o to częste awantury. Ojciec w końcu przestał przytłoczony jej argumentami i siłą woli. Czasami tylko przy wyjątkowych okazjach podobnych do tej pozwalał sobie na chwilę zapomnienia. Matka tolerowała je, gdyż zdarzały się najwyżej kilka razy w roku.

Shakti dostrzegła małe stoisko z perfumami. Przyjemna woń unosiła się w powietrzu przyciągając klientów. Wielu już stało i testowało produkty oferowane przez kupców. Inni udając niezainteresowanych wypatrywali co ciekawsze znaleziska. Ceny były atrakcyjne i przystępne dla każdego. Shakti podeszła do jednego z otoczonych stolików, aby dotrzeć do pięknej, ciemnowłosej kobiety przyjmującej pieniądze i rozdającej towary, musiała przecisnąć się koło kilku roślejszych mężczyzn. Rozpięli nieznacznie swoje skrzydła na znak niezadowolenia. Ona jedynie spojrzała na nich groźnie. Podziwiała bogatą ofertę towarów rozłożonych w równych rządkach z małymi kartonikami umocowanymi na kolorowych sznureczkach prezentujących cenę produktu.

- Ile kosztuje ten zapach? – Zapytała kobieta stojąca obok Shakti. Dziewczyna zwróciła na nią uwagę w chwili, kiedy ta chowała do torebki inny, mniejszy flakonik z zielonkawą zawartością. Zrobiła to zręcznie i szybko, mimo to nie uszło to uwadze Shakti. Przyjrzała się kobiecie. Była bardzo ładna, a jej pociągła, dziecięca twarz promieniała uśmiechem i niewinnością. - Tak drogo, w takim razie podziękuję.

- Przepraszam, a ten flakonik w pani torebce? – Zapytała uprzejmie Shakti wskazując na przedmiot. - To chyba lilia. Pięknie pachnie. – zauważyła biorąc ze stolika identyczną buteleczkę z pachnidłem.

- Złodziejka! Złodziejka! – Wrzasnęła nagle sprzedawczyni. Znajdujący się nieopodal strażnicy, złapali natychmiast uciekającą kobietę. Shakti nie zamierzała uczestniczyć w widowisku, które rozegrało się chwilę później. Wycofała się ostrożnie i zniknęła wraz z grupą artystów ulicznych.

Widząc piękną, kolorową sukienkę zdobioną błyszczącymi kamieniami, z głębokim dekoltem i całkowicie zakrytymi plecami nie potrafiła się oprzeć przed kupnem. Doskonałym do niej dodatkiem i uzupełnieniem okazały się perfumy z wyciągiem z kwiatu orchidei. Myśląc o jutrzejszej wyprawie odnalazła też mały sklepik z nakryciami głowy. Zakupiła piękny kapelusz z zakrzywionym rondem i ślicznym kwiatkiem pośrodku. Pozostało jeszcze zaopatrzyć się w jakąś miksturę leczniczą. Wstąpiła na koniec do znanej zielarni.

Wracając do domu podliczyła, że wydała 66 Neveronów. Nie było to wiele zważywszy na satysfakcję, jaką poczuła. Dawno nie wydała pieniędzy na drobne przyjemności. Miło było sprawdzić sobie samej prezent. Zbliżała się piąta popołudniu. Ruszyła prędko do pałacu. Goście zapewne zaczynali się zbierać. Jeżeli spóźni się na powitanie i przyjęcie, matka nie da jej spokoju. Poderwała się do lotu. Powietrze przyjemnie owiało jej twarz. Uspokoiła się. Wiele się tego dnia zdarzyło, a czuła, że do końca jeszcze daleko.

Wpadła do pokoju. Czekała juź na nią siostra. Shakti spodziewała się kazań, w najgorszym wypadku awantury. Przegapiła przemówienie ojca. Nie wiedziała, kiedy straciła poczucie czasu. Oprzytomniała blisko pół godziny później. Kiedy wkradała się przez salon na górę, dostrzegła wuja Zhenga, który mrugnął do niej porozumiewawczo. Uśmiechnęła się i wytłumaczyła machając ręką najpierw zakreślając koła wokół twarzy, potem prezentując swój strój, że musi iść się przebrać. Wuj jedynie skinął i pokazał dyskretnie klucz.

- Gdzieś ty się podziewała?! Myślałam, że znowu wszczęłaś awanturę, rozzłościłaś strażnika i teraz siedzisz w areszcie! – Siostra patrzyła na nią z wyrzutem cała czerwona na twarzy. Shakti czym prędzej, bez najmniejszego skrępowania, zrzuciła dotychczasowe ubranie. Pozostała jedynie w bieliźnie, którą czym prędzej zamieniła na miękki ręcznik. Wpadła do łazienki przy swoim pokoju owinięta jedynie w niego. Szybko napuściła nieco wody do miski i przemyła się pobieżnie.

W tym czasie jej siostra, nadal wyzywając, przygotowywała jej nową sukienkę. Mimo złości pochwaliła jej dobry gust i pogratulowała udanego zakupy. Chwila trwała jednak krótko. Chandra zmieniła swój potok luźnych, czasami niezwiązanych ze sobą słów w prawdziwą tyradę. Shakti wróciła z łazienki i pośpiesznie wrzuciła na siebie sukienkę. Już ubrana zabrała się za upinanie włosów w najprostszy kok, z czym pomogła jej siostra. Skropiła się nowym perfumami. Gotowa stanęła przed Chandrą i czekała, kiedy siostra powiedziała, że wygląda olśniewająco, rozległo się pukanie do drzwi. Gotama właśnie dowiedział się, że Shakti wróciła.

- Co się z tobą działo? Martwiłem się! – Objął jej twarz, czule pogładził po policzku. Naprawdę się martwił. Stał się nadopiekuńczy, zwłaszcza ostatnio, ale Shakti była mu to w stanie wybaczyć.

- Nic mi nie jest, możecie oboje przestać się tak denerwować, kiedy nie pojawię się o czasie. - Zakomunikowała stanowczo.

Przytuliła się do brata, uwielbiała być w jego objęciach. Były takie ciepłe i czułe, czuła się bezpiecznie. Uspokajała się, a napięcie i strach znikały. Nie wiedziała, jak mam powiedzieć, że znika na kilka dni. Zapewne zapytałby czy to niebezpieczne i zakazałby jej wyprawy, gdyby unikała odpowiedzi. Podjęła decyzję, że przekaże mu wszystko w liście. Powie, że wuj zaproponował jej krótką wyprawę z jego oddziałem na prostą misję. Zażartuje, że przecież wujek nie pozwoli jej skrzywdzić inaczej będzie miał z nim do czynienia.

Muszę przestać się martwić. Czemu przy bracie zawsze się rozklejam? Jego zatroskanie dziwnie na mnie działa. W dodatku zaczynam się nadmiernie przejmować. Mam moce demona. Po swojej stronie jednego z Władców. Nic mi nie będzie. Pewnie wszystko okaże się pomyłką. Nie ma się czym przejmować.

Cała trójka zeszła na przyjęcie. Okazało się ono wielkim sukcesem. Wcześniejsza ceremonia także, o czym Shakti dowiedziała się w kilku cierpkich słowach matki. Miała do niej żal, że spóźniła się i nadszarpnęła opinię o niej i ojcu. Skarciła ją także za niestosowny ubiór i zbytnią swobodę. Shakti zdążyła odebrać od wuja klucz do mieszkania tuż przed jego wyjściem. Podziękowała i upewniła, że z pewnością poinformuje rodziców i brata.

Późno w nocy, kiedy wszyscy zdążyli położyć się spać, ojciec dawno zniknął, a matka odprawiała swoje modły w świątyni, Shakti wkradła się do pokoju brata i zostawiła mu list. Bardzo długi i szczegółowy, mimo zaleceń wuja opowiedziała o kilku sprawach. Wiedziała, że prędzej czy później dowie się tego. Znała go na tyle dobrze. Poprosiła także, aby uspokoił rodziców, kiedy nie wróci zbyt długo. Ucieczka nie była najlepszym rozwiązaniem, ale to jedyne, co obecnie przychodziło jej do głowy.
 
Idylla jest offline  
Stary 25-08-2010, 16:42   #8
 
Arvelus's Avatar
 
Reputacja: 1 Arvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputację
"Zaufanie czy właśnie jego brak?"
To pytanie krążyło w umyśle Urizjela. Wiedział, że nie powinno. Powinien bezgranicznie ufać Wielkiemu Strażnikowi, ale jednak. Cholera. Pokręcił głową.
-To zaufanie, to ofiarowanie szansy- powiedział do siebie- to wielka łaska, tak, właśnie tak- przekonywał sam siebie, bo to co powiedziane na głos przestawało być abstrakcyjnymi myślami. Pomogło. Szedł dalej oglądając kątem oka tancerzy, uśmiechając się na widok synów walczących mieczami z ojcami. Pozwalając marzeniom dryfować widząc matki z niemowlakami. Tak, chciałby kiedyś sobie znaleźć kobietę, chciałby mieć potomka. Wcześniej tak nie było. Dopiero od kiedy... się zmienił... a raczej go zmieniono. Od kiedy zrozumiał, że inni na ogół nim gardzą, a jeśli nie to znaczy, że nie zdążyli mu się przyjrzeć i dojrzeć znaków na jego ciele.
Szedł dalej. Nagle zobaczył grupkę dziewcząt. Śmiały się z niego. Zawrzało w nim. Jak one śmią?!
-To nie tak. To tylko ci się wydaje idioto- powiedział do siebie szeptem, poszedł dalej nie patrząc na nie i starając się ich nie słyszeć. On wiedział, że jego emocje są spaczone, doskonale zdawał sobie sprawę, że odczuwa gniew kiedy nie powinien i starał się go powstrzymywać. Walczyć z nim, ale nie zawsze się udawało. Gdyby... gdyby one na prawdę się z niego śmiały, gdyby nie mógł sobie powiedzieć "tylko ci się wydaje" to zapewne spędziłby kolejny dzień walcząc z tym kto powinien być jego najbliższym kompanem.

Nagle, przechodząc obok jakiejś karczmy, zobaczył małego, biednego chłopca w zniszczonym ubraniu. Przystaną na chwilę, rozejrzał się. Inni udawali, że go nie widzą, nie chcieli go widzieć, nie chcieli dostrzegać biedy, skazy mącącej uroczystość. Jak tak można? Jak można pozostawać ślepym na cierpienia innych? Zacisnął pięści. Teraz gniew mieszał się ze smutkiem i przygnębieniem.
Ich spojrzenia się skrzyżowały. Przez moment zastanawiał się jak wielu nie odwróciło dziś wzroku od jego spojrzenia? Jego twarz nie przedstawiała wyższości, nie spoglądał na niego z góry. W oczach Urizjela widać było tylko współczucie i zrozumienie... i jakiś błysk. Jakby zalążek łzy. Tak, Blackhearth był bardzo silny, ale tylko względem wrogów. Doskonale panował nad większością emocji. Kiedyś nad wszystkimi. Zawsze się podnosił i szedł dalej, nawet jeśli ktoś znacznie potężniejszy właśnie wbił go w dno. Nawet gdy wszyscy dookoła z ledwością go akceptowali a najchętniej by wygnali. On miał uczucia. Nie tylko te złe. Do tego sam uważał się za empatę. Doskonale potrafił się postawić w sytuacji innych. Jeśli za coś nienawidził świata to właśnie za takich jak ten chłopiec, za to, że są zmuszeni wyzbyć się resztek godności i żebrać na ulicy a nawet za tak straszną cenę są w stanie ledwo przeżyć.

Nagle wyskoczył gruby szynkarz.
- Co za robactwo... Znikaj stąd! Spieprzaj karaluchu! Psujesz mi interes... - grubas zaczął bezlitośnie okładać chuderlawego chłopca brudną szmatą, którą trzymał w ręku.

Gniew... spokojnie śpiący od rana, obudził się. Urizjel poczuł tą satysfakcję emanującą z pochwy na plecach
"Pokaż mu na co zasługuje! Nauczymy go szacunku do słabszych! Nikt nie ma prawa tak traktować innych! Nikt nie ma prawa stawiać się ponad kogoś! Łap sztylet! Nauczymy go!"
Nie jego myśli mieszały się z własnymi tak, że już nie był w stanie poznać która jest która "Wszyscy się nauczą! Nikt już nie będzie się wywyższał! Życie jednego w zamian za godność setek!" Taaak. To uczciwy układ, za życie takiego śmiecia znęcającego się nad tym dzieckiem, tego grubego wieprza żerującego na nieszczęściu. NIE! Stop! Zamilczże Gniewie! Pamiętaj kto jest panem a kto sługą!
Nim się opanował już miał dłoń na rękojeści, a dzieciak zdążył otrzymać kilka uderzeń. Grubas podniósł dłoń do kolejnego uderzenia, ale coś go zatrzymało. Odwrócił głowę i zobaczył wielkiego nieskończonego z pentagramem nad lewym okiem. Zdawał się tłumić gniew. Szynkarz odruchowo szarpnął by wyrwać ścierkę, ale ta nie ruszyła. Nawet nie zauważył gdy Blackhearth jednym szybkim ruchem obwiązał ją dookoła jego nadgarstka, po czy zrobił szybki krok w bok i pociągnął. Wieprz chciał zachować równowagę więc się cofnął, ale nie mógł widzieć podstawionej nogi... Z głuchym hukiem wyłożył się na ziemi. Urizjel przyklękł i pochylił się nad nim tak, że ten nie mógł wstać
-Naucz się szanować słabszych. Bo zawsze znajdzie się ktoś silniejszy od ciebie- po czum rzucił mu w twarz szmatką którą ten okładał dzieciaka
Tyle wystarczyło. Urizjel nie zrobił nic złego. Okazał słabszemu dokładnie tyle szacunku co on okazała jeszcze słabszemu. Był z siebie zadowolony. Wstał znad niego
-Choć mały- zwrócił się do dzieciaka, nie było w nim już śladu gniewu. Wydawał się... przyjazny- stawiam obiad. Jestem Urizjel Blackhearth. A Ty?
Po czym zabrał go do jakiejś przeciętnej karczmy gdzie można dobrze zjeść za przyzwoitą cenę. Dziś ten mały naje się do syta
 
Arvelus jest offline  
Stary 28-08-2010, 22:43   #9
 
Famir's Avatar
 
Reputacja: 1 Famir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znany
Behind the dark walls
Dark secrets hide in the shadows
An evil presence
In the fortress of light
Darkness is falling
As the spirit of God slips away
You're a sinner by night
And a holy saint by day

In the sacred corridors evil is set free,
Lurking among the shadows of the monaster

Falconer - Heresy In Disguise


Strażnik siedział przy ognisku. Był strasznie zmęczony ale nie fizycznie. Był zmęczony tym światem i wiecznie panującym tu mrokiem. Był istotą przynależącą do światła a to miejsce było zaprzeczeniem całego jestestwa byłego Szarego. Światło ognia było jedynym co trzymało go jeszcze przy życiu. Było ono jednak słabe i zdolne do wypalenia się w każdej chwili. Nie zaspokajało to głodu, ale dawało nadzieję. Czarne tatuaże w kształcie węży wiły się po całym jego ciele.
-Ironia losu... - mruknął sam do siebie rozmyślając po raz kolejny o swojej sytuacji. Postanowił jednak, że osiągnie swój cel i zamierza zrobić wszystko co możliwe by tak się stało. Był ciekawe czy gdyby teraz spotkał kogoś ze starych towarzyszy broni ktokolwiek by go rozpoznał. Wyglądał tak samo, ale zarazem zupełnie inaczej. Skóra była lekko niebieskawo-blada. Zupełnie jak zamarznięty trup znaleziony przypadkiem podczas śnieżnej zamieci. Żyły były doskonale widoczne na całym ciele - można by wręcz pomyśleć, że skóra stała się tak cienka, że niemal przeźroczysta. Nawet oczy ze złota zmieniły barwę na jaskrawy błękit. Taki sam a zarazem zupełnie inny. Chciałby wrócić do swego świata, ale jeszcze nie czas. Musiał najpierw zebrać dość sił. Był jeszcze za słaby - potrzebował jeszcze więcej mocy. Na samą myśl węże zaczęły wić się jak szalone niczym opętane szaleńczym głodem potęgi.
-Już niedługo... - mruknął i w tym momencie wyskoczyła jedna z licznych bestii zamieszkującą tą krainę. Nieskończony ledwo uniknął ataku pazurami. Zaryczała wściekle. Zaraz pewnie zaatakuje ponownie. Pożre jedyny żywy byt w zasięgu wzroku. Tak kazał mu instynkt. Takie były prawa przyrody. Taki był ten świat, ale Strażnik nie był jego częścią. Był gościem - anomalią, która tutaj nie pasowała i zakłócała naturalny cykl rzeczy. Po chwili wyskoczyły jednak cztery kolejne bestie. Więc to było stado? Bardzo dobrze.



Nawet się nie poruszył. Nie było potrzeby. Wypuścił powietrze z ust. Oddech przypominał parę zupełnie jakby było straszliwie zimno. Temperatura gwałtownie się obniżyła a miejsce gdzie siedział wojownik pokrył szron, który się rozprzestrzeniał. Zwierzęta polegały tylko na instynkcie, który nigdy nie miał do czynienia z czymś podobnym. Nie wiedział jak się zachować gdy ktoś zbiera magiczną energię - gdy ktoś szykuje zaklęcie, która odeśle Ciebie z całą pewnością do niebytu. Jak się zachować wobec czegoś co wykracza poza Twoje pojmowanie? Bestie nie wiedziała. Strażnik ciągle nie wstając wyciągnął swój miecz - Egnév. Potwór mógł dostrzec swoje odbicie na ostrzu stali.
-Zejdźcie mi z drogi... - mruknął nieskończony. Dwie bestie niczym poparzone rozgrzanym żelazem zaczęły uciekać. Bez celu. Byle jak najdalej od tego miejsca. Mądry wybór. Te osobniki przeżyją dzisiejszą noc. Reszta nie wiedząc co robić po prostu zaatakowała. To jedyne co mogły zrobić poza ucieczką w tej sytuacji.
-Minori Glacierim... Minori... -Strażnik szeptał słowa tak szybko, że te prawie zlewały się w jeden dźwięk. Za każdym wypowiedzianym słowem szron i chłód rozchodzący się od jego osoby stawał się coraz większy aż w końcu bestie znalazły się w polu rażenia. Zrobił krok w stronę potworów, które natychmiast znieruchomiały. Ich kończyny zostały skute lodowymi kajdanami, których nie były w stanie rozerwać. Szybkim ruchem miecza nieskończony odciął głowy dwóm bestiom po czym rozproszył zaklęcie. Ostatni stwór był na tyle zszokowany, że nie wiedział jak się zachować.
-Na kolana... - Bestia miała prosty wybór: usłuchać bądź zginąć od tej broni. Choć nie mogła zrozumieć pewnie ani słowa wojownika to podświadomie rozumiała sytuację. Czuła z każdą chwilą narastającą presję by upaść na kolana - by się ulec, by okazać niższość, by się podporządkować. I w końcu usłuchała. Uklęknęła przed nim jakby był królem - oddała pokłon. Strażnik wstał powoli i machnięciem ręki zgasił ognisko. Przypalone resztki drewna pokryły się szronem. Następnie podszedł do nowego wierzchowca i dosiadł go. Niewygodny, ale da radę jechać.
-Naprzód... - polecił i bestia znowu wykonała rozkaz. Czekała ich długa podróż na końcu której i tak zabije to stworzenie. Nawet potężni czarnoksiężnicy są tylko istotami żywymi a co za tym idzie muszą jeść by przeżyć. Ten potwór stanie się po prostu kolejną ofiarą do osiągnięcia celu.
 
Famir jest offline  
Stary 28-08-2010, 22:53   #10
 
Endless's Avatar
 
Reputacja: 1 Endless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodze
- Mam dla ciebie zadanie, synu. - Yue'go, który był zaabsorbowany przyglądaniu się pomieszczeniu, oprzytomniał poważny głos ojca, głos którego Yue nie mógł zignorować.
- Zadanie? Jakie, ojcze. - ocknięty głosem ogarnął sylwetkę swojego ojca.
Mądre, lecz zmęczone oczy Arcymaga Springwatera spoczęły na synu.
- Znałeś Valerię Brightfeather? - zapytał bez zbędnych ceregieli.
Bezpośredniość aż przydusiła Yue'go.
- T..Tak. Znałem.
- Wczorajszego wieczoru w posiadłości Brightfeatherów ktoś zamordował wszystkich członków rodu. Podejrzenie padło na Valerię... Ale wątpię w to. Panna Brightfeather przebywa obecnie z dala od Minas'Drill.
- Jeżeliby się postarać, to nie widzę problemu by zrobiła to nawet nie będąc przy posiadłości. Jeżeli się to rozprzestrzeni, może wybuchnąć mała panika. W końcu, nie był to byle jaki ród.
Mizoir poruszył się zaskoczony w swoim krześle.
- Więc dostrzegasz w tym winę Valerii?
- W żadnym wypadku. Stwierdzam tylko gdzie jest granica między możliwością a niemożliwością. Władze chcą ją teraz pojmać? I pewnie mam w tym pomóc? - postaram się wyprzedzić pytanie ojca.
- Mylisz się w jednej sprawie. Nie chcemy jej pojmać, lecz dostarczyć straszne wieści i BEZPIECZNIE eskortować do Neverendaaru. - odparł ojciec, z naciskiem na słowo bezpiecznie...
Wolał strzelać w bardziej niemiłą sprawę by być pozytywnie zaskoczonym. Tak jak teraz.
- Rozumiem. Mam iść sam w takim wypadku? - zapytał, licząc na kolejną samotną misję. Gwarantowało to także samotne przebywanie w pobliżu...
- Dołączysz do małego oddziału pod przywództwem Zhenga Tornhead'a. - ojciec szybko rozwiał nadzieje syna, dokładnie jakby czytał mu w myślach. Oddział powstał z polecenia Błękitnego Króla. - dodał na koniec.
Błękitny Król Aquarius... jego matka, Celuna "Złotooka" pochodziła z bocznej gałęzi rodu Springwater, przed atakiem świętej inkwizycji Terry na Neverendaar. Wtedy to wraz z ojcem Aquariusa straciła życie. Po odnowieniu królestwa przez ich syna, Springwaterowie przysięgli mu lojalność ponad wszystko i wsparcie w każdej jego decyzji...
- Rozumiem. Tylko po co Strażnik Pieczęci do takiej misji? - zapytał.
- Chcę mieć kogoś zaufanego w tej grupie. Kogoś, kto będzie na bieżąco mnie informował... Poza tym, mam złe przeczucia. Panna Brightfeather wspominała w raporcie z kampanii sprzed roku o zdrajcy w Minas'Drill. Niepokoi mnie to i dlatego chcę, żebyś obserwował sytuację.
- Oczywiście. Kiedy wyruszam?
Mizoir otworzył szufladę w swoim biurku i zaczął w niej przebierać.
- Jutro w południe, spod Wielkiego Komisariatu.
Po chwili wyjął z niej mały kamień wielkości kciuka, o gładkiej, oszlifowanej powierzchni. Wyryty był na nim spiralny symbol, w którym Yue rozpoznał Runę Transmisji.
- Weź to. Dzięki temu będziemy w kontakcie. Wiesz jak tego używać.
- Dobrze. Możesz na mnie liczyć tato.
Powiedział na pożegnanie biorąc Runę. W oczach arcymaga pojawiło się zadowolenie, radość i duma. Duma z syna...

Powrót do domu okazał się szybszy niż wybyt. Ruszył przez halę do swojego pokoju. Zimny powiew powietrza przy otwarci drzwi zagościł na jego twarzy. Gdy stanął na środku swojego pomieszczenia, dywanik zaczął kusić jego reakcję.
Nie tym razem. Mam zadanie. .
Wpatrzony w jego kolorowe wzorki i frędzelki przy końcach zaczął dostrzegać głębię przekazu. Tylko kto chciał przekazywać cokolwiek za pomocą dywanu?...
Poprzedzony tymi głębokimi rozmyślaniami, otworzył szufladę i wyjął z niej sakwę z Neverenami. Podrzucił ją wysoko do góry i gdy opadła złapał. Podszedł do okna i popatrzył w krajobraz. Czas ruszać. Wyszedł więc z pokoju i ruszył na ulice. Jego błękitna szata wyróżniała się w tłumie. Każdy kto przechodził obok niego spoglądał za siebie niczym oglądając dziewczynę w jeansowej mini spódniczce. Przyzwyczajony do tego Yue wszedł do sklepu. Przywitany przez miłą sprzedawczynię zakupił 2 mikstury średniego leczenia. Gdy wychodził pożegnał się machaniem ręką i skierował się z powrotem do domu. Pomału zaczął przeglądać szafy w poszukiwaniu interesujących rzeczy, które mógłby zabrać ze sobą.





Urizjel Blackhearth

Chłopiec poszedł za tobą. Początkowo był bardzo nieufny, być może dlatego, że jego tak krótkie życie zdąrzyło go już okrutnie doświadczyć. Parę przecznic dalej natrafiliście na karczmę o wdzięcznej nazwie "Poranek Grimualda". Wewnątrz panował tłok, ale udało wam się znaleźć wolne miejsce. W izbie panowała przyjazna atmosfera, nikt się nie przekrzykiwał, wszyscy odnosili się do siebie przyjaźnie i z szacunkiem. Zapłaciłeś karczmarzowi 5 Neveronów i po jakimś czasie zgrabna karczmarka przyniosła na wasz stolik kilka cudownie pachnących potraw. Dzieciak nie wierzył własnym oczom, nie wiedział też, czy powinien jeść, czy tylko się patrzeć. Zapewniłeś go jednak, że to dla niego. Nie protestował, spałaszował wszystko co mu podsunąłeś. W między czasie rozmawiałeś z nim i dowiedziałeś się kilka rzeczy. Nazywał się Primo, był synem ubogiej rodziny Ludzi, którzy przybyli do Neverendaaru w poszukiwaniu lepszego bytu. Niestety okazało się, że na miejscu nie było wcale lepiej... Ojciec Primo był, jak twierdził chłopiec, dobrym w swoim fachu kowalem, a matka - krawcową. Kiedy opowiadał o swojej rodzinie, jego oczy smutniały i mętniały, a gdy wspomniał o dwa lata młodszej siostrze, w jego oczach pojawiły się łzy, które szybko wytarł. Posiedziałeś z nim jeszcze trochę, a kiedy zaczynało się ściemniać, opuściliście karczmę. Upewniwszy się, że wróci bezpiecznie do domu, ruszyłeś swoją drogą. W końcu przed jutrzejszą misją trzeba było się dobrze przygotować, a jeżeli proszono o wsparcie świątyni, to znaczyło że będzie niebezpiecznie...

Shakti Hari

Wydawało się iż Bogowie sprzyjali twojej ucieczce. Bezproblemowo zdołałaś wymknąć się z domu, ale przed teleporterem łączącym go z centrum Zachodniej Dzielnicy, w które były wyposażone wszystkie posiadłości zawieszone w powietrzu, spotkałaś Chandrę, czekającą na ciebie ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma.
- Jak...
- Zapomniałaś, że jestem mentatką! - przerwała jej siostra. Czytam w myślach? - stuknęła palcem w głowę.
- Więc zawołasz matkę...?
Twoja siostra westchnęła.
- Nie. - odparła i podeszła do ciebie, kładąc dłonie na twoich ramionach. Nie chcę, żebyś zmarnowała w tym domu swoją młodość. Rodzice są trochę apodyktyczni, to fakt, ale nie powinni narzucać ci swojego zdania. - powiedziała łagodnym głosem. Obiecaj mi tylko, że będziesz słuchała wuja. Jesteś moją kochaną siostrą i nie wybaczę sobie, jeśli coś ci się stanie. - spojrzała ci w oczy, po czym przytuliła mocno. Idź i uważaj na siebie. Nie chcę, żeby ciocia mojego maleństwa skończyła na cmentarzu w tak młodym wieku. - uśmiechnęła się i ruszyła w stronę domu, oglądając się za tobą, gdy zniknęłaś w świetle teleportu.

Mimo iż była późna noc, po mieście przechadzali się jeszcze jego mieszkańcy, niektórzy pijani, a niektórzy spieszący do swych domów. Dodatkowo Straż Miejska co chwilę przechodziła ulicami, zgarniając wszystkich bardziej nietrzeźwych interesantów do miejscowego aresztu, oraz upewniając się, że każdy mieszkaniec wraca do domu bezpiecznie. Udało ci się przemknąć obok wszystkich patroli straży i w końcu dotarłaś do Wschodniej Dzielnicy. O ile dobrze pamiętałaś, mieszkanie wuja znajdywało się na trzecim piętrze niewielkiej kamieni tuż na obrzeżach Dzielnicy. Znałaś drogę i kroczyłaś nią cicho i szybko, upewniając się, że nikt za tobą nie podąża. Pech jednak chciał, iż wkroczyłaś w jedną z tych ciemnych alejek, w których to nic nie widać, a każda latarnia jakimś cudem jest zepsuta lub wypalona. Szłaś powoli, uważając na swój każdy krok, kiedy z jednego budynku wytoczyło się dwóch podejrzanych mężczyzn. Zauważyli cię i coś do siebie szepcząc ruszyli w twoim kierunku.
- Hej panienko, zgubiłaś się? - zatrzymali się dwa metry przed tobą.
- Pokaż, co tam niesiesz... - jeden z nich niebezpiecznie zbliżył się do ciebie.
Zrobiłaś krok do tyłu, kiedy jeden z nich rozpłynął się w obłoku chmury ciemniejszej niż noc i uderzyłaś o kogoś plecami. Obróciłaś się, dostrzegając wykrzywioną paskudnym uśmiechem twarz niedoszłego rabusia...

Yue Springwater

Przetrząsając szafy, szuflady i inne zakamarki twojego pokoju udało ci się znaleźć kilka przydatnych przedmiotów. Dwie fiolki z błyszczącą, niebieską cieczą, najpewniej zamrażającą miksturą, trzy flakoniki słabych eliksirów leczniczych, które udało ci się kiedyś przemycić z Akademii, twój dziennik, który teraz mógł przydać się dla zabicia nudy w czasie czekającej cię misji, a także dwie błyskotki - srebrny pierścień z wygrawerowanym herbem rodu Springwaterów i mały, niebieski kryształ Freezonu. Zacząłeś pakować wszystkie przydatne rzeczy, dołączając do nich znalezione przedmioty. Trzeba było dobrze się przygotować, kto wie ile czasu spędzisz poza bezpiecznymi murami stolicy, z dala od dobrodziejstw cywilizacji...

Szajel Gentz

Kiedy skończyłeś przygotowywać się do uroczystości, zostało kilka minut do północy. Opuściłeś swój pokój i krocząc rozciągającymi się niczym labirynt podziemnymi korytarzami Amfiteatru odnalazłeś salę ceremonialną. Było to największe pomieszczenie Amfiteatru, to tutaj trenowano młodych tancerzy i akrobatów. Zazwyczaj oprócz kilku przydatnych w treningu przyrządów i wiszących na ścianie malowideł sala była pusta. Lecz teraz ustawiono w niej stoły, robiąc z nich wielki krąg, do którego można było wejść przez pustą przestrzeń między dwoma stołami u dołu figury. Na suficie porozwieszano różne ozdoby, od kolorowych materiałów, poprzez łańcuchy błyszczących korali i różnych świecidełek. Nad głowami zgromadzonych tu tłumnie osób unosiły się świetliste kule, oświetlające pomieszczenie i nadające mu jeszcze bardziej bajeczny urok. Gdy ujrzał cię Harl, podszedł do ciebie, kładąc rękę na ramieniu.
- Dobrze że jesteś. Już czas. - powiedział łagodnie.
Harl, podobnie jak wszyscy inni zgromadzeni tu Arlekini, miał na twarzy zdobną maskę. Poprowadził cię do wnętrza okręgu, i polecił ci usiąść na krześle postawionym w jego centrum. Wszyscy arlekini również weszli do kręgu i ustawili wokół ciebie. Harl stał przy tobie, cały czas trzymając rękę na twoim ramieniu, aby cię uspokoić. Po chwili wszyscy Arlekini z wyjątkiem Harla przemówili niczym jeden głos.
- Harl Stormwave, czy ręczysz za twojego ucznia?
- Tak. - odparł.
- Czy uważasz jego szkolenie za skończone?
- Tak.
- Czy jest gotów dołączyć do grona naszych Braci i Sióstr?
- Tak.
Głosy ucichły, a spojrzenia spod masek spoczęły na tobie.
- Szajelu Gentzu, zostałeś wybrany aby stać się jednym z Arlekinów. Czy przysięgasz za wszelką cenę stać na straży harmonii i równowagi Neverendaaru?
- Tak. - odparłeś instynktownie
- Czy obiecujesz działać zgodnie z naszymi zasadami i słuchać poleceń swojego Mistrza?
- Tak.
- Jesteś więc gotów dołączyć do Bractwa?
- Tak...

Z twoim ostatnim słowem, stojąca w przy północnej ścianie orkiestra rozpoczęła swoją grę. Wszyscy zgromadzeni Arlekini wykonali swój rytualny taniec i wrócili na miejsca, aby skosztować potraw przyniesionych właśnie przez młodszych uczniów. Zanim wstałeś, Harl wyjął spod płaszcza paczkę zawiniętą w ozdobny papier ze świecącymi gwiazdkami.
- To dla ciebie. - powiedział radośnie, po czym dołączyliście do uczty.




Następnego dnia...

W południe
Minas'Drill, plac przed Wielkim Komisariatem

Kiedy tylko na placu zjawiła się ostatnia osoba, na polecenie jednego z sierżantów wszyscy zebrani ustawili się w szeregu. Otworzyły się wrota wielkiej warowni i po schodach zszedł mężczyzna we wspaniałej zbroi gwardzisty, z długim mieczem u swego boku i zieloną peleryną przypiętą do zbroi. Towarzyszyła mu niższa, niepozornie wyglądająca dziewczyna o zgrabnych kształtach i twarzy bardzo podobnej do towarzysza. Ci bardziej obeznani rozpoznali w nim generała Zhenga.
- Jestem generał Zheng Thornhead. To ja poprowadzę waszą trzydziestkę. - powiedział donośnym głosem. Jesteście tu, bo uważa się was za wybitnych i godnych zaufania Nieskończonych. Oczekuję od was bezwzględnego posłuszeństwa, bo od tego zależeć może nie tylko powodzenie misji, ale także moje życie, jak i wasze. Musicie wiedzieć, iż celem naszej wyprawy jest Karo'Sil. Nie będziemy jednak zagłębiać się w Nekropolię, bo nie jest to nasze zadanie. Mamy rozkaz odnaleźć Bramę prowadzącą do jednego z Zakazanych Światów, a gdy tam dotrzemy - odnaleźć pannę Valerię Brightfeather i bezpiecznie ją eskortować do Neverendaaru. - poczekał aż jego słowa dotrą do zgromadzonych Nieskończonych.
- Zatem wyruszamy. - wskazał ręką na młodych strażników, którzy przyprowadzili właśnie konie. Niech każdy dobierze wierzchowca. - polecił wszystkim.
Każdy wybrał sobie konia, a było w czym wybierać - niektóre były większe, drugie niższe, różniły się także maścią sierści. Po chwili każdy koń był już osiodłany. Bagaże co poniektórych były poprzypinane do siodeł. Zheng dał dziewczynie do rąk wodze jej konia.
- Jeździłaś już konno, Shakti? Jeśli nie, to szybko się nauczysz. - zaśmiał się, po czym podszedł do swojego konia.
Lecz nim do niego dotarł, stanął przed blondwłosym młodzieńcem o błękitnych oczach i fizjonomi maga.
- Zheng Thornhead. - wyciągnął do niego rękę.
- Yue Springwater. - chłopak wymienił z generałem uścisk dłoni.
- Wiem kim jesteś, młodzieńcze. Wbrew pozorom plotki szybko się roznoszą po Minas'Drillu, a zwłaszcza te o uzdolnionych synach przywdódców kast. - Zheng mrugnął do niego, poklepał po plecach i chwytając wodze swego konia, ruszył na czele grupy, wyprowadzając oddział z miasta przez południową bramę...
 
__________________
Come on Angel, come and cry; it's time for you to die....
Endless jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:55.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172