Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-08-2010, 11:29   #1
 
Fearqin's Avatar
 
[Autorski-Dark Heroic] Gabriel

Hans van Gretting
Wojna trwa już dwa miesiące. Z początku wydawała się kolejym sporem ze złem. Okazał się sporem mogącym zakończyć wszystko co do tej pory stworzyła ludzkość. Chciałeś samotnie wyruszyć na poszukiwania mniejszych grup nieumarłych i demonów w celu eksterminacji, może nawet dowódców. Szybko jednak dostałeś wezwanie od Kościołą. Zawsze cię znajdują, nieważne jak dobrze się zaszyjesz. Natychmiast stawiłeś sie w Har-Galam, gdzie już przed wejściem do katedry czekał na ciebie kapłan. Ten sam kapłan, który zlecił Erwinowi i tobie udanie się do wioski w, której zginął twój mentor. Jak się okazało miał na imię Wolfgang.

-Niech będzie pochwalony Stwóca.- Mówi kapłan, wymienia z tobą standardowe przywitania, chwali za dotychczasowe osiągnięcia. Dopiero po paru minutach przechodzi do rzeczy.
-Hans, nie jesteś głupi. Domyślasz sie po co tu jesteś. Wojna zbiera okrutne żniwo. Każda bitwa w której przewodzi Gabriel, lub któryś z Rustinów, powiększa szeregi wroga o kolejnych nieumarłych, lub przebywa więcej demonów Hikri pozlepianych z ciał ludzi i wszelkich ras, które stawiają opór, dzięki plugawej magi demonów.
Kapłan oprowadza cię po korytarzach wielkiej katedry, w końcu zatrzymuję się i kładzie Ci ręke na ramieniu.
-Jeszcze dziś wyruszysz do fortu Kier-Gar. Zbierane są małe grupy, które mają likwidować Rustinów i innych dowódców demonów wzywających kolejne plugawe istoty. Jedna grupa ma nawet za zadanie zabójstwo Gabriela. Sprubują tego dokonać, gdy zginą wszystkie Rustiny, podczas jednej z bitw. Oczywiście zgadzasz się?
Nie masz wyboru. Jeszcze tego dnia wyruszyłeś na Kolbie. Twój koń gnał tak szybko jak tylko mógł. Pięć dni później byłeś w forcie Kier-Gar, podróż przyspieszył jeden teleport, niestety nie mogłeś teleportować się prosto do foru, magia demonów już zakłócała niektóre magiczne działalności w pobliżu fortyfikacji.. Konia odprowadzono do stajni a Ciebie przedstawiono dowódcu fortu. Generał Keldorn Orhal, legenda wśród ludzi, podszedł do ciebie, gdy tylko nakarmiono cie po podróży.
-Dotarłeś tu pierwszy Łowco. Gdy tylko dotrze tu reszta twoich przyszłych towarzyszy możesz wypocząć. Wiedz jednak, że zbliża się tu całkiem sporo armia, głównie nieumarli, może dwa oddziały Hikri, każdy po sto paskudnych demonów. Trudno uwierzyc, że Hikri byli kiedyś ludźmi. Aczkolwiek nie będe cię teraz niepokoić, odpoczywaj póki możesz.
Wojna naprawdę tu była.


Kolgrim Mennuswich zwany Przebijaczem
Dłuższy czas nie byłeś w ciwilizowanych terenach. Poszukiwałeś skarbów w ruinach na pustyni. O dziwo znajdowałeś tam mnóstwo nieumarłych. Zawsze na pustyniach byli rzadkościa. W końcu zawitałeś do jednego miasta. Wojna. Okropna wojna. Nie myśląc zgłosiłeś sie do pomocy. Tak się złożyło, że w mieście odbywał sie nabór do wojska mającego na celu dołączyć się do obrony fortu Kier-Gar, bardzo ważnej strategicznej placówki dla ludzi. Podczas podróży trwającej prawie miesiąc, dowódctwo dostrzegło w tobie umiejętności przekraczające wyobrażenia zwykłego żołnierza, mimo iż większość z nich byli zwyklimi rzemieślnikami to i tak wszyscy szybko dowiedzieli się, że nie ma po co do ciebie uderzać. Podczas dalszej wędrówki miałeś własny namiot, lepsze jadło i poinformowano cię o wszystkim. Masz dołączyć do specjalnego oddziału mającego an celu zabicie jednego z Rustinów. Gdy wszyscy tacy dowódcy demonów zostana zabici, specjalna grupa będzie mogła zabic Gabriela podczas jednej z bitw i zakończyc tą wojnę.
Gdy przybyliście do fortu przyjęto cię znacznie lepiej niż wojsko z pustyni. Kiedy oni mieli sami sobie zbudować fortyfikację dla obozu, ty dostałeś kwaterę w samym forcie Kier-Gar. Powiedziano Ci, że jest tu już jeden twój towarzysz podróży, od jednego dnia już wita w forcie. Póki co jesteś zbyt zmeczony by zawierać znajomość. Może rano.


Dantus "Samotny"
Gdy wybuchła wojna nie miałeś ządnej roboty. Nigdzie cię nie wysyłano. Siedziałeś w swoim pokoju w katedrze w Har-Galam i czekałeś na rozkazy. Myślałeś nawet, że o tobie zapomniano. W końcu jednego dnia do twoich drzwi zapukał kapłan Wolfgang. Bardzo wysoko postawiony człowiek.
-Niech będzie pochwalony Stwórca bracie Dantusie. Jak się miewasz?
Rozmowa była o niczym. Przechadzaliście sie korytarzami katedry wielkiej niczym miasto. W końcu ostrożnie poprosiłeś by Wolfgang powiedział jaki jest jego prawdziwy cel wizyty. Zrzerała cię ciekawość.
-Widzisz Dantusie, zabicie Gabriela jest niemożliwe, gdy żyją demony kasty Rustin. Władają niezwykłą potęga i wspólnie mogą w razie czego wskrześić Gabriela. Trzeba ich zabic. Ty i niewielka grupa odpowiednich osób przekradniecie się przez tereny splądrowane przez demony i nieumarłych pod wodzą Gabriela i zabijecie jednego z Rustinów. Nazywa się Sindri. Dwa dni temu wysłałem już do fortu Kier-Gan pewnego łowcę Złych Istot. Moze o nim słyszałeś, nazywa się Hans van Gretting. Wielu uważa go za mordercę, nie wierz temu, wierzę, że nawiążesz współpracę z tym człowiekiem i resztą grupy wbrew twojemu umiłowaniu do unkiania kontaktów z innymi ludźmi. Wyruszasz natychmiast.
Najpierw skorzystałeś z teleportu, nie mogłeś udać sie nim zbyt daleko, parszywa magia demonów. Resztę przebyłeś konno. Gdy dotarłeś do foru, miejsca do, którego zmierzała jedna z największych armii zła, widziałeś ludzi, krasnoludy i jaszczuroludzi z pustyni, którzy budowali swoją fortyfikację tuż obok fortu Kier-Gan. Gdy przeszedłeś mury fortu powitano się serdecznie, dano kwaterę a służka oprowadzająca po forcie poinformowała cię, ze czekacie na kolejnych towarzyszy wyprawy. Póki co, jakieś dwanaście godzin temu przybył do miasta krasnolud, jeden z członków drużyny, zaś niejaki Hans van Gretting jest tu od dnia. Służka wspominając o Łowcy spluneła, ale zaraz sobie przypomniałą z kim rozmawia i przepraszała dobre pare minut póki jej nie uciszyłeś. Nic więcej jej nie powiedziano. Póki co możesz jedynie czekać.

Jap- Cuir Katanio
Tuż po twojej uciecze z Kalnu Czerwonego Smoka, wybuchła strazliwa wojna. Zasłyszałeś o demonach i nieumarłych z początku uznałeś to za plotki. Po prostu kolejna durna ludzka wojna. Gdy jednak natknąłeś się na niewielki oddział (któy oczywiście postanowiłeś wybić) zacząłeś podejrzewać, że to naprawdę sie dzieje. Nieumarli i demony stanowiły duże zagrożenie, dla wszystkich. A w końcu musisz zadbać o swoje życie. Jedynym skutecznym sposobem jaki przyszedł Ci do głowy było pomoc ludziom w ich zmaganiach. Dosyć szybko dotarłeś w pobliże foru Kier-Gan. Wojna trwała wtedy już około dwóch miesięcy.
Nie mając lepszego pomysłu podszedłeś bliżej aż przy fortyfikacji z drewno, stawianej od niedawna przy murowanym forcie, dostrzegła cie dwójka żołnierzy. Wytrzeszczyli oczy na twój widok i rzucili się w twoja stronę. Dwaj w miarę potężni jaszczuroludie z włócznaimi rzucili się na ciebie, półtorej metrowego akrobatę-wojownika. Nie chciałeś ich zabić , przekreśiło by to twoje szanse na udział w wojnie po stronie ludzi i innych. Dwóch leżało i kwiczało a przybiegło kolejnych dziesięciu, za nimi biegli kolejni. Póki walczyłeś z czteroma-siedmioma naraz było w porzadku. W końcu otoczyli się, wyskoczyłeś z ich marnej pułapki i zwiększyłeś jakość ataków. Kładli się jęcząc i stękajac na ziemię. W końcu rozległ się wrzask wąsatego mężczyzny, który zblizył się po pola walki
-DOŚĆ! Cofnąć się od niego!
Mężczyzna w ślniącej zbroji podszedł do Ciebie i wyciągnął dłoń. Był od Ciebie wyższy o jedną trzecią twojego wzrostu, był nieuzbrojony.

-Witaj, jestem Generał Keldorn Orhal, dowodzę siłami w tym zamurowanym forcie.- Wskazał na masywną fortyfikację na której murach zebrała sie spora publiczność- Poszedłem do tej marnej drewnainej... meliny by sprawdzić postępy w budowie, a spotkałem Ciebie, drogi...
-Jap- Cuir Katanio, generale
-Cudowne imię. Powiedz, czy masz na tej wojnie coś ważnego do zrobienia? Tak się składa, że szukam paru osób do pewnej krwawej misji.
-Jakiej misji? I co z tego będe miał?
-Oh, prosto z mostu co? Porozmawiajmy w mojej kwaterze. Tam wszystko...
-NIE! Najpierw powiedz o co chodzi. Przybyłem tu żeby pomóc dla siebie, musze więc wiedzieć o co chodzi- przerwałeś mu trochę ostrzej niż chciałeś
-Uhm. Dobrze, szybko i zwięźle. Ty i paru innych wysłaników macie zabić jednego z paru silnych demonów przez, których niemożliwe jest zabicie Gabriela, odpowiedzialnego za całą tą masakrę. Tylko jeden demon, oczywiście po drodze tam też się ktoś trafi. Jako nagrodę, no cóż. Zależy czego sobie zażyczysz.
-Mhm. Dobrze generale, zgadzam się.
-Zapraszam w me skromne progi, Katanio. Póki nie przybędzie reszta twych towarzyszy, jesteś naszym gościem.
Nigdy nie miałeś tak wygodnego łóżka jak w tym forcie. Jednym problemem jaki teraz dostrzegałeś to co zrobisz z nagrodą po całym zamieszaniu.


Nataniel ‘Fiath’ Lastway
O twoich uprzedzeniach względem kościołą nikt nie wiedział. Nie dawałeś po sobie znać, że gdy wojna się skończy, możesz psotarać sie obalić Kościół.
Zostałeś wezwany przez niejakiego kapłana Wolfganga Har-Galam.

Starzec odciagnął cię gdzieś na bok, na tyły katedry, gdzie o tak wczesnej godzinie nie ma nikogo. Gdy tylko dotarliście do sali modlitwenej, przeżegnał się i nakłonił cię do modlitwy. Przez obre dwadzieścia minut musiałeś tłumić ciekawość i żarliwie oddać się modłom wraz z kapłanem. Gdy skończyliście, pytał cię o wszystko byle tylko odciągnąć cię od głównego tematu. Nawet o zdrowie! W koncu nie wytrzymałeś i spytałeś o cel wizyty.
-Oh no tak, przepraszam, chyba troszkę za długo kazałem Ci czekać. A przecież nie mamy teraz czasów w, których nie wiemy co zrobić z czasem. Usiądz proszę i pozwól mi mówić- Wskazał jedna z ławek w sali i sam usiadł obok ciebie.
-Cóż. Może słyszałeś o planie, które podsuneły elfy? -Nie czekając na jakąkolwiek twoją reakcje kontynuował- Trzeba zabić wszystkie demony kasty Rustinów, wtedy można uderzyć prosto w Gabriela. Do każdego demona pójdzie mała grupa, by mogli przekrasć się do ich siedzib przez tereny zdobyte przez nieumarłych i sługusów Otchłani. Ty będziesz należał do jednej z takich grup.
Wyjaśnił Ci, że spotkasz się z resztą swojej przyszłej drużyny w forcie Kier-Gar, obecnie najbardziej wysuniętej placówki państwa Bresys. Stamtąd wyruszycie na polowanie.
Po godzinie od tej rozmowy przeszedłeś przez portal. Kapłan poinformował cię, że nie będziesz jedynym sługą Kościoła w tej grupie. Nie wiedziałeś czy to dobrz czy źle. Jeszcze ich nie poznałeś.
Po przejściu przez portal znalazłeś sie parę dni drogi od fortu. Zaledwie dzień temu tą trasą ruszył Dantus, jeden z twoich przyszłych kompanów o, których wspomniał Wolfgang.
Konna jazda nie należała do najprzyjemniejszych, ale nie minęło wcale dużó czasu a ty byłeś już w forcie. Gdy przejerzdżałeś obok drewnianej fortyfikacji stawianej przez posiłki najwyraźniej z pustyni dziesiatki żołnierzy podnosiło się z ziemi, jeden wystękał
-Kto to kurwa był? Mały jak dziesięcilatek a tak nam wpierdolił- Jaszczuroludzie nie szczędzili sobie przekleństw, nigdy.
Podjęto cię po królewsku. Służka poinformowała, że jesteś piątym z dotychczasz przybyłych, chociaż dwóch osobników nie było wcześniej przewidzianych. Najwyraźniej będziesz miał czas by zapozan sie z resztą towarzyszy.


Dunigan Siwobrody
Wraz z ciotecznym stryjem bratanka ciotki matki swego kuzyna oraz jego oddziałem, przeżywałeś coraz to kolejne wspaniałę przygody. Ostatnio natrafialiście na coraz to większe ilośći demonów, nieumarłych i podobnych ścierw. Wydało Ci sie to dosyć dziwne, nigdy nie widziałeś tych stworów w takich ilościach. Mimo to zabijaliście każdy oddział jaki napotkaliście. Podróżowaliście już parę dobrych lat. Bez wytchnienia. Cioteczny stryj bratanka ciotki matki twego kuzyna postanowił wrócić do domu wraz ze swoim oddziałem, na parę lat odpoczynku, co to jest dla krasnoluda, istoty długowiecznej.
Ty jednak postanowiłeś dokładniej przyjrzeć się sprawie demonów. Wkrótce wybuchła wojna, a ty byłeś sam, wałęsając się po krainach ludzi. Szybko zaferowałes im pomoc, któż by nie przyjął pomocy takiego maga? Jednak każda bitwa w której był Gabriel lub, któryś z demonów Rustin kończyła się klęską. Uszedłeś z każdej z życiem, ale nie widziałeś sposobu na wygranie tej wojny. Raz odwiedził cię posłaniec od ludzi. Miałeś stawić się w forcie Kier-Gan w trybie natychmiastowym. Nie zwlekałeś.
Przywitała cię żywa ludzka legenda sama w sobie, generał Keldorn Orhal.
-Pan Dunigan jak mniemam? Doszły mnie słuchy o twoich wyczynach. Można rzecz, że jestem fanem- Wybuchnął śmiechem. Ludzie mieli okropne poczucie humoru.
-Już o wszystkim wiesz prawda? Zabicie jednego lepszego demona by móc zgładzić samego Gabriela, avatara boga wojny.
-Mamy tu bardzo dziwną sytuację wczoraj u naszych bram jakiś mutant wszczął bójkę, no właściwie to jaszczury z pustyni wszczeli walkę. Ale ten mały mięśniak okładał im mordy jak się patrzy.- Ten generał miał ciekawy język jak na takie wysokie stanowisko, jak na wsi.- Postanowiliśmy go uczynić jednym z towarzyszy wyprawy, ciekawy okaz. Może po wszystkim byś go... zbadał? No, ale najpierw trzeba wygrać.
Póki co dostałeś ładną kwaterę, zalecono Ci zapoznanie się przynajmniej z jednym towarzyszem, również krasnoludem. Masz przynajmniej dzień wolnego.

Arthas "Krwistooki" Lightbringer
Bitwa właśnie sie rozpoczęła. Wraz ze swoimi ludzmi u boku szarżowałeś na oddział demonów Jakiro. Mimo, że to najniższa kasta, wciąż stanowiły zagrożenie.

Jak zawsze biegłeś pierwszy. Już przy pierwszym cięciu zabiłeś dwa demony. Twój miecz wchodził jak w masło, przecinając kości demonów. Twoi ludzie radzili sobie równie dobrze. Nigdzie nie widziałeś dowódcy oddziału. Zwiadowcy mówili o jednym Ikri. Już dawno nie zabiłeś takiego. W końcu go dostrzegłeś. Dzierżył dobrze zaostrzoną włócznię, emanowała magią, nieszkodzi i tak obetniesz mu łeb. Zauważył cię, siejącego największe spustoszenie, ryknął groźnie i każdy demon ominał cię kiedy dowódca zaczął biec w twoją stronę. Gdy znalazł się w dobrej odległości wyskoczył wysoko w powietrze i próbował przebić cie włócznia z góry. Mimo, że był szybki ty miałeś wysmienity refleks, odskoczyłeś i od razu gdy demon wylądował skoczyłeś na niego tnąc na ukos. Dowódca plugawców odskoczył, ale zostawił włócznie wbitą w ziemię. Unikając twoich kolejnych ciosów próbował zbliżyć sie do zgubionej broni, jako, że mu na to nie pozwalałes i ciągle zdobywałeś przewagę spróbował wysokiego skoku. Skoczył nad twoją głowe, ale nie był poza zaiegiem twojego miecza. Ściąłeś mu zdeformowaną stopę, trysneła krew, zalała Ci całą twarz, twój żywioł. Demon jakby nie zdawał sobie sprawy z tej straty, stał jakby nie stracił stopy, chwycił włócznie. Znowu ty zaatakowałeś, odbił dwa ciosy wykorzystując większy zasięg, nagle skontratakował, uszedleś w bok, odtrącają włócznię wolną ręką, mieczem ciąłeś w jego tors. Zostawiłeś sporą bliznę a demon cofnął się pare kroków sycząc. Doskoczył do ciebie na jednej nodze, równie dobrze jakby był w pełni zdrowy. Wściekła furia wywołała, że zapalił się demonicznym ogniem, ciosy nabrały siły, ale traciły precyzję, unikałeś cios za ciosem, w końcu, gdy zbliżył sie dostatecznie, skuliłeś sie pod włócznią, i pchnąłeś w lewe serce. Odszedłeś w bok gdy on wymachiwał włócznią na ślepo, nawet nie patrząc gdzie jesteś, chwyciłeś miecz to prostego rzutu, wbił się w paskudną głowę demona. Reszta bitwy była czystą formalnością.
Gdy medyk opatrywał zadrapania które odniosłeś, mimo wszystko mogły być groźne, przybył do Ciebie posłaniec. List który Ci wręczył głosił:
"Arthasie Lightbringerze, na mocy danej mi przez miłościwie panującego Hibera V i przy błogosławieństwie Khybera Stwórcę, nakazuję opuścić Ci twój oddział, któy powróci bezpiecznie do miasta Jamkas, a tobie należy jak najszybciej stawić się w forcie Kier-Gan. Wraz z grupą odpowiednio wyszkolonych towarzyszy, wyruszysz by zgładzic Sindriego, demon Rustina.
Generał Keldorn Orhal"
Niżej znajdowała się oficjalna pieczęć króla. Gdy tylko opatrzono twoje rany, wydałeś oddziałowi nowy rozkaz, wyznaczyłeś nowego przywódcę i wyruszyłeś na najszybszym koniu.
Na miejscu poinformowano cię, że w tej chwili generał nie może cię przyjąć, podejmuje jednego z twoich przyszłych towarzyszy podróży, Dunigana Siwobrodego, krasnoludzkiego Czarodzieja.
Musisz poczekać najwyżej dzień na ostatnich towarzyszy.

Alfons Bizmut Cer Darmsztadt Erb Frans Gadolin Hafn Iterb Jod Kiur Lutet Meitner Niob Windischgraetz
"Słoneczny Pisarz"

Powoli, powolutku wyrabiałeś sobie dobrę imię w mieśćie. Nie tylko darowizny dla kościal ludzi podziałały, zasłyszano również o twoich umiejętnościach runicznych. Jednak, wybuchła wojna. Z początku nic sobie z tego nie robiłeś, ale sprawa stała sie poważna, jak mogła nie być poważna skoro ludzie sprzymierzają się z jaszczuroludzmi. Minął miesiac wojny, postanowiłeś udać sie do koszar ludzi i zaproponować pomoc, miałeś nadzieję na ulepszanie broni, kazano Ci czekać. Całe dwa tygodnie siedziałeś w mieszakniu i niecierpliwiłeś sie. W końcu na dzień piętnasty oczekiwania dostałeś list. Żadne ulepszenia broni, wielki zasczyt, wizja słąwy i chwały, blablabla, ludzkie bzdety. Narażałeś swoje zycie, ale już nie było odwrotu.
Dwa tygodnie wpastrywania się w końskie uszy, a jakie problemy z wejściem na to monstrualne bydle! Już jego paszcza była niemal tak duża jak ty. Mimo to nie dałeś sie i wytrzymałeś trudy podróży, napotykając dwa oddziały demonów. Przynajmniej wiesz z kim będziesz miał do czynienia podczas polowania na Rustina, Paskudna kasta.
Gdy dotarłeś, z ulgą odszedłeś od konia za służką, która zaprowadziła cię do twojej komnaty. Poinformowała cię, że tego wczoraj (dotarłeś długo po pólnocy) przybyło najwiecej towarzyszy i czekasz już tylko na ostatniego, oby był warty czekania w tak skromnej komnacie, w mieście było zdecydowanie sympatyczniej. Chociaż skoro wrócisz jako bohater...

Athjeari Coithus
Już dwukrotnie zdawałeś raport w Har-Galam. Zawsze byli z Ciebie zadowoleni. Miałeś już dwadzieścia lat i nadszedł czas na trzeci raport o swoich sukcesach w walce z demonami. Miałeś też nadzieję, że przydzielą cię do armii, oddziału by walczyć w wojnie a Gabrielem i jego hordami.
Trzy dni omawiałeś swoje poczynanial, to był twój najlepszy rok. Setki demonów padł u twych kolan. Gdy tylko wyszedłeś z sali rozpoznawczej, przywitał cię kapłan Wolfgang, wysoko postawiony człowiek. Zaprosił cię na wspólne modły po których miał wyznaczyć Ci zadanie. Byłeś bardzo podekscytowany, ale wyciszyłeś się na czas modlitw.
-Bracie Athjeari, twój mistrz Godryk awansował na stanowisko mistrza, jest teraz bardzo ważną osobą w zakonie. Mam nadzieję, że sie cieszysz?
Jak mogłeś nie.
-Aczkolwiek, polecił mi Ciebie do zadania, bardzo ważnego zadania.
Zabicie Rustina. Jedna z najsilniejszych kast demonów, cóż to był za zaszczyt dla Ciebie. Nie ma większego szczęścia dla templariusza niż zabicie potężnego demona. Chwała. Jak jeszcze nigdy dotąd.
Jeszcze tego dnia wyruszyłeś do fortu Kier-Gan. To stamtąd miałeś wyruszyć z resztą towarzyszy na polowanie.
Twój koń dał z siebie wszystko i nie spóźniłeś sie. Przyjęto cię z należącym ci sie szacunkiem. Ludzie lubili Templariuszy, nie raz taki zakkonik ratował całą wioskę przed dziesiatkami demonów, żądnych krwi plugawców.
Gdy dotarłeś była późna noc. Masz pare godzin snu.

Wszyscy
Poinformowano was, że już wszyscy dotarli. O czternastej macie stawić się w sali obrad foru, tam generał Keldorn przestawi wam plan i wyruszycie po sławę, honor, godność, każdy ma swój cel.

Notka do graczy
W postach możecie się choćby zapoznać wstępnie. Przyda sie wam jak najścislejsza więź.
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^

Ostatnio edytowane przez Fearqin : 30-08-2010 o 12:38.
Fearqin jest offline  
Stary 30-08-2010, 12:50   #2
 
Fiath's Avatar
 
- Gdzież można odpocząć po podróży – spytał służkę, i nic się nie hamował aby w wskazanym miejscu przespać cały dostępny czas przed zbiórką, dopiero o czasie postanowił się tam wybrać. Nie brał ze sobą żadnej broni czy uzbrojenia, będzie trzeba, to po nie wróci.
Na miejscu oglądał uważnie salę zbiórki. Nie chciał ominąć szczegółów na temat tej twierdzy, każda z nich ma swoje sekrety…i kręte korytarze w których można się zgubić.
Przyjrzał się każdej ze stron świata, jednak spotkał go mały Peszek, okazało się, że przybył jako pierwszy, mimo że nie śpieszył się, a nawet wręcz przeciwnie, miał sporo czasu, i zwlekał wedle możliwości.
Cóż skoro był sam…no nic. Oparł się o ścianę i czekał, sprawdził tylko, czy bandaż dobrze zakrywa jego lewe oko…czerwony znak nieszczęścia, niczym zwiastun demonicznej plagi.
Zaczął lekko rozmyślać na temat komentarza jaszczuroludzi których spotkał przy bramie, czy to możliwe, aby w składzie drużyny, bądź gdzieś na tym zamku, znajdował się Niziołek będący w stanie pogromić dziesięciu zbrojnych?
 

Ostatnio edytowane przez Fiath : 30-08-2010 o 12:52.
Fiath jest offline  
Stary 30-08-2010, 13:06   #3
 
Lechun's Avatar
 
Zaraz po przybyciu do swojej kwatery, położył się w łóżku tak, jak stał - w ubraniu i pełnym rynsztunku bojowym. W porównaniu z miejscami, gdzie był zmuszony spać podczas swojego życia, było to najwygodniejsze łóżko, z jakim miał kiedykolwiek styczność. Za wygodne. Nie mogąc zmrużyć oka, całą noc łaził po izbie, rozmyślając o przeszłości i przyszłości, cały czas męczony przez dziwne uczucie kłujące w żołądek. We wspomnieniach przejawiały się różne postaci: Azalothon, Maria, Arcymistrz Klanu... Wszystkie z tych twarzy wydawały się teraz obce i odległe... Szósty nigdy by nie podejrzewał, że weźmie udział w bitwie zmieniającej świat. Chociaż ojciec cały czas mu to powtarzał. W końcu jednak wzruszył ramionami i skupił się na uczuciu. Nie wiedział, co to było. I nawet przez myśl mu nie przeszło, że to problemy trawienne po czymś innym niż chleb, woda i półsurowe mięso.

Nie zmieniając odzienia(nie potrzebował - i tak się nie pocił), ruszył w stronę umówionego miejsca, ignorując spojrzenia rzucane ukradkiem przez służbę. Jego jedyną bronią był teraz żelazny pręt, który ściskał w dłoni. Powinienem dodać do niego jakiś uchwyt na sznur - przeszło mu przez głowę. Mutant specjalnie zagłuszał myśli związane z zadaniem, które zapewne go czeka.

Gdy dotarł już do celu swej wyprawy, rzucił okiem na jedynego obecnego. I była to jedyna reakcja na jego obecność, jaką dało się zauważyć u Jap-Cuir'a.

czekał... Nie wiedział na co, ale czekał.
 
__________________
Maturzysto! Podczas gdy Ty czytasz podpis jakiegoś grafomana, matura zbliża się wielkimi krokami. Gratuluję priorytetów. :D
Lechun jest offline  
Stary 30-08-2010, 15:37   #4
 
Arsene's Avatar
 
Hans wpatrywał się dogasającą świecę w jego pokoju. Nie mógł spać już od dłuższego czasu. Brak zajęcia wyraźnie dawał mu się we znaki. Kusza od kilku tygodni kurzyła się w koncie, miecz (gdyby nie fakt, iż jest srebrny) mógł przyrdzewieć i tak dalej. Za oknem powoli wstawało słońce. Leżenie bezczynnie nie poprawiało bezrobotnemu łowcy zawodu. Od kilku dni zbierał się by wyruszyć w pole, szarpać grupy umarłych i eksterminować co większe demony. "Tak, chyba nadszedł czas" pomyślał i zaczął się zbierać. Gdy zabrał swoje rzeczy założył jeszcze swój kapelusz i przesłonił twarz chustą. Nie patrząc na karczmarza rzucił mu srebrną monetę i skierował się do stajni. Tam czekała już na niego jego klacz - "Kolba". Uśmiechając się pod chustą do siebie, Hans wsiadł na nią i ruszył powoli przed siebie. Na ulicach było jeszcze pusto, świt wstał dopiero co. Tu i ówdzie ktoś otwierał okna lub wychodził z domu w pole. Charakterystyczny dźwięk podków uderzających o wyszczerbiony bruk rozchodził się echem po uliczkach. W oddali rysowała się wieża kościoła. Hans postanowił poprosić jeszcze kapłana o błogosławieństwo i ruszyć w drogę.


Kościół, mimo iż nie mały i murowany nie był jakąś okazałą budowlą. Ot, kościół jak każdy inny w niewielkim miasteczku. Białe ściany raziły już od chwili gdy się je ujrzało. Do drzwi przybite były różne kościelne ogłoszenia, daty świąt i mszy, ostrzeżenia o demonach i heretykach. Łowcę zawsze zastanawiało, po co one w ogóle tu są, skoro nikt tego nie czyta. Czemu ? Bo chłopi nie umieją czytać ... zwykle. Hans zsiadł z klaczy i otworzył drzwi świątyni. Ławki, ławki, ołtarz i jakieś obrazy. Czyli to co zwykle w takich kościółkach. Wszystko trąciło udawanym przepychem. Kapłan modlił się właśnie przy ołtarzu, gdy Hans zakaszlał dość głośno. Tak jak się spodziewał, kapłan odwrócił się. Łowca zdjął chustę z twarzy.
- Witaj, synu. Stwórca z tobą ... a niech mnie! Hans ? Co Ty tu robisz ?
- Witaj i ty, ojcze. Przybyłem prosić o błogosławieństwo przed podróżą, chcę udać się w podróż, by szarpać umarłe drużyny wroga.

- Oj Hans, ty nigdy nie nauczysz się cierpliwości. Mam dla Ciebie list od ojca Wolfganga. Nie wiem co chce, ale pewnie ma dla Ciebie jakieś zadanie. Trzymaj.
Ojciec podał Hansowi list, a ten bez zbędnych ceregieli przebiegł go oczyma. Ojciec Wolfgang chciał go natychmiast widzieć. Łowca chciał przekląć, ale skojarzył iż jest w świątyni. Skłonił się tylko kapłanowi i opuścił świątynię. Ponownie przesłonił sobie twarz i ruszył galopem do katedry, gdzie mieszkał i pełnił posługę ojciec Wolfgang. Nigdy się nie lubili, łączyła ich tylko udawana uprzejmość. To on, Wolfgang przyczynił się poniekąd do śmierci Erwina, a przynajmniej Hans go o to obwiniał.

Podróż nie trwała długo. Wioska leżała niedaleko katedry i jeszcze przed zmrokiem Hans był u celu. Katedra była nader okazała, wszędzie pełno było złota i zdobień. Szlachetna czerwień pokrywała materiałem ściany. Ojciec Wolfgang stał przy ołtarzu. Przez kilka minut wymieniali grzeczności, kłaniali się sobie, gdy Hans rzucił szybko
- Do rzeczy, ojcze.
- Tak, tak. Oczywiście.

Wolfgang powiedział Łowcy, by ten pojechał do Kier-Gar, jakiegoś fortu ponad tydzień drogi stąd. Mówił coś o przydzieleniu go do grupy polującej na demonicznych dowódców i tak dalej. Było to trochę nie po drodze dla Łowcy, ale nie jemu teraz wybierać. Gdy trzeba było zabijać demony, to nie liczyło się gdzie i jakie. Hans był w tym specjalistą. Wypędzał z tego świata najróżniejsze bestie. Umarłych, demony, wampiry, wilkołaki, strzygi i wiele więcej. Teraz jednak miało przyjść mu polować na coś straszniejszego ...

Hans jedynie napoił "Kolbę" i ruszył w drogę. Pędził jak wicher, zatrzymując się tylko na kilka godzin, by klacz odpoczęła. Pięć dni później, o poranku zobaczył rysujący się na horyzoncie fort. Wyglądał jak każdy inny. "Dla czego do jasnej cholery oni zawsze wybierają na spotkania takie budy ?". Nieopodal fortu znajdował się przyczółek, gdzie stacjonowało kilku magów. Zajmowali się oni teleportacją podróżnych bezpiecznie do fortu.
- Witaj podróżniku. Za drobną opłatą ...
Hans przerwał pokazując magowi znak na chuście. Ten uśmiechnął się sztucznie i natychmiast wziął się za odprawianie rytuału. Kilka minut później Hans był już w zamku. Tam natychmiast podbiegli służący i zaprowadzili jego klacz do stajni. Łowca odprowadził ich groźnym wzrokiem po czym ściągnął chustę z twarzy. Następnie podszedł do niego jakiś człowiek i powiedział
- Witaj panie, dowódca załogi chciał by cię widzieć - skłonił się i poprowadził Hansa przez fort. Niezbyt okazałe korytarze gdzieniegdzie kuły po oczach niezbyt umiejętnie namalowanymi obrazami czy tkaninami o źle dobranej barwie. W końcu jednak spotkali dość wysokiego jego mościa, który tutaj dowodził. Po oddaniu sobie honorów przemówił
-Dotarłeś tu pierwszy Łowco. Gdy tylko dotrze tu reszta twoich przyszłych towarzyszy możesz wypocząć. Wiedz jednak, że zbliża się tu całkiem sporo armia, głównie nieumarli, może dwa oddziały Hikri, każdy po sto paskudnych demonów. Trudno uwierzyc, że Hikri byli kiedyś ludźmi. Aczkolwiek nie będe cię teraz niepokoić, odpoczywaj póki możesz.

Łowca wszedł do swojej komnaty. Było tutaj niewielkie łóżko z baldachimem stojące przy ścianie, szafa, kominek i zielone tkaniny pokrywające kamienne mury. Hans zdjął kuszę i oparł ją o szafę, miecz odłożył obok i rzucił się na łóżko. Był wykończony podróżą. Nie odłożył nawet noży, rzucił jedynie torbę podróżną obok łóżka i zasnął kamiennym snem. Nie pamiętał o czym śnił, pewnie jak zwykle były to strzępki jakiś dziwnych scen, z których nie można było wyłuskać chociażby grama sensu.

Oczy powoli otworzyły się Łowcy. Zapach jaki dochodził go ze stolika przy łóżku natychmiast postawił go na nogi. Był niewyobrażalnie głodny. Głodny jak wilk, można by powiedzieć. Natychmiast zabrał się do jedzenia. Zaczął od jakiejś mętnej zupy, którą przegryzł połową bochenka chleba. Gdy zaspokoił pierwszy głód zabrał się za spory kawałek mięsa. Po zjedzeniu go z lubością, wytarł ręce w baldachim i ponownie rzucił się na łóżko. Leżał tak kilka minut, aż w końcu wstał i zabierając swój miecz wyszedł z pokoju.

Idąc korytarzem na dziedziniec, by uzyskać jakieś informacje o tym co się tu dzieje dostrzegł tego samego służącego, który zaprowadził go do dowódcy.
- Ej ty, Sługo! - krzyknął na niego, a ten z uniżeniem zbliżył się i pokłonił mu.
- Witaj, panie. Wszyscy już przybyli, pan chce byście o czternastej stawili się w sali obrad. Trafisz z pewnością.
- Dobrze, dzięki. Możesz iść.

Hans pokręcił się po zamku, gdy w końcu nastała czternasta. Udał się do sali obrad. Duża, ze stołem, krzesłami i wielkimi oknami, jak każda sala obrad. Rzucił okiem na zebranych. Mierzył każdego wzrokiem, aż w końcu wziął krzesło i usiadł w cieniu. Nasunąwszy kapelusz na twarz czekał, aż ktoś zabierze głos.
 
__________________
Także tego
Arsene jest offline  
Stary 30-08-2010, 17:31   #5
 
Saverock's Avatar
 
Gdy tylko służka opuściła jego komnatę, oparł swój młot o ścianę i to samo zrobił z kuszą, zdjął z siebie całą zbroję i rzucił obok łóżka. Mógł tego nie robić, bo metalowa zbroja upadając na podłogę zrobiła duży hałas. Położył się na łóżku i po chwili zasnął. Obudził się dosyć późno. Otrzymał wiadomość o spotkaniu w sali obrad, które odbędzie się o czternastej. Nie miał zamiaru ruszać się z komnaty do czternastej, więc po posiłku, zaczął modlić się do Khybera. Kiedy nastała pora spotkania, zakończył modlitwę i ruszył do sali obrad. Wychodząc z pokoju, powiedział sam do siebie.
-Mam nadzieję, że ci z którymi mam wykonać zadanie, nie będą jakimiś żółtodziobami. Dobrze chociaż, że jednym z nich jest ten łowca Hans van Gretting.-
Po chwili dotarł do miejsca spotkania. Przyjrzał się zebranym i westchnął cicho. Podszedł do okna i stanął przy nim, czekając na resztę.
 
Saverock jest offline  
Stary 30-08-2010, 18:07   #6
 
Aramin's Avatar
 
Dupa. I nie, bynajmniej nie chodziło tu tylko o prozaiczne cztery litery, o których żeńskiej odmianie rasa ludzka myśli nieprzerwanie dzień i noc. Ta dupa była dużo głębsza, można by rzec, głęboka niczym filozoficzne przemyślenia zakrapiane mocnym alkoholem, tzw. "natchnieniem". Sytuacja Alfonsa w jego odczuciu była dupiata, czy raczej - jakby wysłowił się szanowany Gnomi językoznawca Hans Honig - dupna. Błędem byłoby rzec, że Słoneczny Pisarz patrzący smętnym wzrokiem na proste łóżko jest ogarnięty poczuciem niesprawiedliwości, czy irytacji. Tym, co czuł gdy w końcu znalazł się w twierdzy, tym co skupiało na sobie nieomal całą jego uwagę, marzenia i emocje było jedno uczucie - uczucie dupy, w sensie metaforycznym i dosłownym.
-Czternaście dni jazdy na tej śmierdzącej bestii... - jęknął masując pośladki. Skonfundowana słóżka, która wprowadziła go do pokoju teraz postanowiła opuścić lokum (wszak sytuacja była dla niej nieco krępująca, a i wyglądało na to, że gość jej nie potrzebuje), Patron Run jednak widząc kątem oka jej zamiary rzucił surowo, może nawet surowiej niż zwykle, ze względu na bolący tyłek:
- Rozpakować moje tobołki! Ściągnąć ze mnie zbroję! A potem przynieść jakieś jedzenie, wino i maść na pośladki. I nie myśl sobie moja droga, że JA sam będę te pośladki smarować! - w geście groźby pomachał wskazującym palcem tuż przed nosem biednej, speszonej dziewki służebnej. Gdy w końcu wykonane zostały wszystkie polecenia położył się na brzuchu, oddając się konsumpcji podłego, acz pożywnego żarcia spotykanego w wojskowych twierdzach. Nie minęło kilka chwil, a zasnął śniąc koszmary w których główną rolę grało monstrum zwane koniem.
***
Gdy obudził się rano, szybko okazało się, że już jest południe. Mimo tej świadomości dzielny krótkonogi wojownik śniadanie jadł powoli, równie nieśpiesznie ubrał się w swój wymyślny strój*: jedwabny żółty żupan pachnący nowością, na wierzch prawie równie drogi atłasowy kontusz, a do tego wszystkiego pomarańczowy turban zakrywający lewe ucho i włosy, ale najpierw było staranne golenie - takie, by ominąć czarną od dawna hodowaną bródkę. Po całym ceremoniale ciemnooki przypasał do boku szablę, ubrał wysokie skórzane buty i po krótkiej chwili wahania wetknął do ust pośpiesznie nabitą fajkę.
-Na dobry początek dnia - usprawiedliwił się mówiąc do odbicia w lustrze. Powolnym, odpowiednio dostojnym krokiem udał się do sali spotkania.
-Witam! - rzucił głośno wchodząc przez drzwi. Zawieszając spojrzenie kolejno na każdym z członków oddziału wymieniał:
-Nazywam się: Alfons Bizmut Cer Darmsztadt Erb Frans Gadolin... - obie ręce oparł na biodrach i wyprostował się z każdym kolejnym wymienianym imieniem epatując coraz większą dumą. Również dyndający z nosa brązowawy szpik (skutek wciągania tabaki) coraz bardziej dumnie kołysał się na boki, wahadłowym, hipnotyzującym ruchem przyciągający wraże spojrzenia. Wyliczanka trwała dalej - Hafn Iterb Jod. - W tym momencie dzielny śmiałek jakby zaniemówił, a w jego oczach zapłonął ogień, zupełnie jakby dostrzegł coś co go co najmniej mocno zaniepokoiło. Szybkim ruchem dobył szabli, stwierdziwszy wcześniej w myślach:"Musiał ich zwieść jakąś iluzyją!". Następnie krzycząc:
-Demon! Bij, kto chwały szukaaa! - puścił się zadziwiająco szybkim pędem w kierunku Jap - Curia. Będąc kilka kroków przed niewinnym mutantem gwałtownie wyhamował i w skupieniu narysował pokrytą dziwnymi znakami szablą w powietrzu dwa świetliste symbole: Run mocy i wpisany w niego Run Odepchnięcia - połączone miały uderzyć w stwora i przygnieść go do ściany.
* Alfons na avatarze to Alfons z początku swojej przygody - obecnie wygląda tak, jak go opisałem. Potem poprawię ewentualne błędy itd. bo na razie muszę kończyć.
PS. Usunąłem avka, bo muszę go zmniejszyć a teraz nie mam na to czasu.
 

Ostatnio edytowane przez Aramin : 30-08-2010 o 18:21. Powód: Avatar:
Aramin jest offline  
Stary 30-08-2010, 20:17   #7
 
Kolgrim's Avatar
 
Krasnolud po przybyciu dowiedział się od sługi, że jest jako drugi w forcie. Jednak będąc zbyt zmęczony na zawieranie jakichkolwiek znajomości ruszył do swej komnaty myśląc tylko o najlepszym zastosowaniu łóżka na zmęczenie. Po takiej podróży wyglądał nieco jak cień samego siebie, więc obiecał sobie od razu z rana poprawić swój wygląd. Chodziło oczywiście o szybką kąpiel i umycie nóg, które śmierdziały już niemiłosiernie.
W nocy obudziło go coś. Nie do końca wiedział co. Być może to był smród jego nóg, a być może kłócące się w jego umyśle dwie natury. Pierwsza z nich była chciwa i poszukująca złota oraz wrażeń. Druga zaś, miała na celu wieść spokojne życie w skromnej chatce i pracę w kopalni. Nie, jednak obudziło go coś innego. Wyjrzał na korytarz. Obudził go jednak tylko strażnik przechodzący na nocnej warcie. Kolgrim chciał porozmawiać ze strażnikiem, jednak potężne ziewnięcie zwaliło go z nóg. Przed snem sprawdził stan swojego ekwipunku i położył się spać.
Obudził się wcześnie rano, tzn. wcześnie dla krasnoludów, bo jeszcze kilka minut przed południem. Chciał coś zjeść, jednak najpierw poszedł się umyć żeby wyglądać jak czło... no, normalnie.
Kąpiel trwała długo, tak jak śniadanie i ubieranie się. Schodząc na dół przypomniała o sobie jego natura poszukiwacza i zakradł się do kuchni sprawdzając co na obiad. Wreszcie zadowolony, sprawdził kilofy przy pasie i wszedł do sali obrad fortu.
Na wejście chciał się głośno przywitać lecz zdołał tylko wypowiedzieć:
-Wit...
gdy zobaczył, że jakiś koleś rzuca jakieś czary na prawie bezbronnego mutanta. Wyjął kilofy, które zwróciły uwagę innych zebranych ze względu na to z czego są, czyli diament, i zawołał:
-Przestańcie. A przynajmniej pozwólcie się przyłączyć.
I ruszył w kierunku walczących.
 
Kolgrim jest offline  
Stary 30-08-2010, 22:13   #8
 
Arnathel's Avatar
 
Kolejny pojedynek, znów moje spocone ciało mogło pozbawić życia kilka plugastw, które są niegodne stąpania po tym świecie. Zatruwały życie wszystkim niewinnym istotą i poprzysiągłem sobie, że poświęcę swoje życie, by je zabijać... Aby oczyścić ten świat od wszelkiego zła i jednocześnie na wyżyny moich możliwości i sprawić, by me imię zostało zapamiętane na wieki. Tak... marzyła mi się wieczna chwała. Wcale nie myślałem o wielkich bogactwach, choć i nimi bym nie pogardził, ale bardzo pragnąłem, by nawet po mojej śmierci, moje imię znajdowało się na ustach innych osób na całym świecie.

Nagle mój miecz znów posmakował demonicznej krwi... wtopił się w ciało mego przeciwnika, jak nóż w masło. Kiedy tylko moja twarz została zalana czerwoną cieczą, me oczy ponownie zalśniły czerwienią i wpadłem w szał. Swój miecz posłałem w stronę demona i kiedy przeleciał kilkanaście metrów wbił się prosto w jego czaszkę. Później było już o wiele łatwiej, ale walka sprawiała mi ogromną przyjemność. Kiedy tylko wyjąłem swój miecz ze zwłok wroga, rzuciłem się ponownie w wir walki i wyrzynałem te paskudne potwory jeden po drugim. W końcu nie pozostał ani jeden, a ja w końcu doszedłem do siebie... Dopiero teraz poczułem ból i zmęczenie, które dawało się odczuć w każdym zakamarku mego ciała. Powolnym krokiem udałem się więc do skrzydła szpitalnego i po przemyciu swego ciała, oddałem się w ręce medyka.

- Co? List do mnie?
Zerwałem się na równe nogi ze szpitalnego łóżka, na którym lekarz kończył opatrywać moje rany i czym prędzej rozerwałem pieczęć, aby poznać treść pisma.
*Sam generał Orhal wysłał do mnie pismo. To dla mnie wielki zaszczyt i szansa, aby zaszczycić się czymś nowym. Już dawno nie miałem takiej okazji, a coś czuję że szykuje się niezła jatka. W końcu demon Rustina to nie przelewki...*
Uradowany szybko udałem się do swego namiotu, aby spakować wszystkie potrzebne rzeczy i wyszedłem, by oznajmić o wszystkim swemu oddziałowi. Po kilkunastu minutach udało mi się wszystkich zebrać przy ognisku, przy którym po każdej rozegranej bitwie wspominaliśmy jej najtrudniejsze oraz najwspanialsze momenty i każdy przechwalał się ilu przeciwników wyrżnął w pień. Tym razem jednak miało się wydarzyć coś innego... musiałem ogłosić wszystkim, że na jakiś czas muszę ich opuścić. Stanąłem więc na środku wielkiej polany, za mną płonęło ognisko, a na około mnie siedzieli uradowani żołnierze, popijając piwo.
- To był piękny bój moi drodzy towarzysze. Jak zawsze, to był zaszczyt móc ponownie dowodzić tak wspaniałą drużyną jak wy, jednakże otrzymałem dziś list... List w którym otrzymałem nowe rozkazy od generała Orhal'a i niestety będę was musiał na jakiś czas opuścić. Wiem, wiem... nie tego się spodziewaliście, jednakże nie mogę sprzeciwić się rozkazom i nie spodziewajcie się mnie zbyt szybko, bowiem czeka mnie wyprawa.
Na chwilę zamilkłem, aby wszyscy mogli się oswoić z tym co właśnie powiedziałem.
- A teraz, gdy już o wszystkim wiecie, swoim zastępcą na ten czas mianuję Cyrus'a... Wiele razy służył mi radą i wierzę, że poprowadzi was w odpowiedni sposób, a teraz żegnajcie i jeżeli możecie, wypijcie czasami moje zdrowie.
Po tych słowach ruszyłem się z miejsca, aby uniknąć kłopotliwych pytań i wraz z całym swym dobytkiem udałem się na łąkę, na której pasły się nasze konie. Wybrałem swego najlepszego rumaka, który od zawsze służył mi swoim grzbietem i czym prędzej odjechałem w odpowiednim kierunku.


Tylko raz zatrzymałem się na wzniesieniu, aby ostatni raz spojrzeć na mych towarzyszy, z którymi stoczyłem tak wiele bitw, ale wiedziałem że moje miejsce jest obok nich i po wszystkim tu wrócę.

Podróż trwała kilka dobrych godzin i po całej podróży widziałem, że mój wierny rumak był bardzo wycieńczony, więc odprowadziłem go do stajni, a sam pośpiesznym krokiem udałem się do komnaty generała. Niestety nie było mi dane spotkać go już teraz. Byłem bardzo zawiedziony, jednakże co się odwlecze to nie uciecze i zgodnie z tymi słowami, postanowiłem poczekać przed drzwiami... może dane mi będzie spotkać resztę, wspomnianych w liście towarzyszy.

Minęła godzina i otrzymałem wiadomość o spotkaniu, które miało mnie czekać w południe. Na dworze już świtało, gdyż ma podróż odbyła się nocą, tak więc postanowiłem się trochę przespać do godziny spotkania i wyszedłem z głównego budynku fortu. Zaczerpnąłem rady u tutejszych żołnierzy i dowiedziawszy się, gdzie można odbyć krótką drzemkę, udałem się w odpowiednie miejsce i bez żadnych przeszkód zasnąłem na wolnym łóżku w kilka sekund. Sen miałem bardzo mocny i kiedy się przebudziłem okazało się, że jest już trzynasta.
- No to świetnie, nic tylko udać się do sali obrad... Zaraz, zaraz... ale gdzie ona jest?
Powiedziałem sam do siebie i po założeniu na powrót swej zbroi wybiegłem z pomieszczenia i rozpocząłem tułaczkę po forcie w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Trochę to trwało i kiedy już wbiegłem do sali okazało się, że znajduje się już w niej kilka osób. Uspokoiłem się więc, choć miałem złe przeczucia, że jestem spóźniony. Powolnym korkiem podszedłem do grupy i przemówiłem...
- Witajcie... jestem Arthas Lightbringer, jednakże niektórzy z was mogli o mnie słyszeć pod nazwą Krwistooki...
Po tych słowach przyjrzałem się dokładnie reszcie zgromadzonym i zajałem pierwsze lepsze miejsce, aby poczekać na resztę i w końcu dowiedzieć się czegoś więcej o czekającym nas zadaniu.
 
Arnathel jest offline  
Stary 30-08-2010, 22:32   #9
 
Sirion's Avatar
 
Podczas swojej podróży do twierdzy Kier-Gan Athjeari miał sporo czasu na przemyślenie całej sytuacji. Najpierw skoncentrował się na postaci swojego byłego mistrza. Człowieka, który ukształtował go jako templariusza i rozwinął w nim wszystkie posiadane w nim umiejętności.

Godryk był człowiekiem surowym i wstrzemięźliwym w okazywaniu uczuć, jednak zawsze prowadziła go wiara i honor. Athjeariemu trudno było wyobrazić sobie kogoś lepszego na tą pozycję. Dzięki jego mądrości i doświadczeniu zakon będzie rósł w siłę, tego był pewien. Jednak nie wiedział jak nowo zdobyta pozycja wpłynie na rycerza. Miał nadzieję, że Godryk mimo wszystko pozostanie tą samą osobą, którą znał wcześniej...

Jednak na chwilę obecną jego zmartwieniem była nowa misja. Rastin. Sam nie mógł uwierzyć, że to jego spotkał ten zaszczyt. Misja była niebezpieczna, ale kto by się tym martwił? Każdy templariusz doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego życie zakończy się na polu bitwy, więc czy można było sobie wybrać lepszy powód do śmierci? Członkowie zakonu gotowi byli oddać prawie wszystko, aby pozbyć się tych potworów z powierzchni ziemi.

Jednak bardziej go zdziwiło to, że do walki z nim staną z nim ramię w ramię inni wojownicy. Czyżby do tej zaszczytnej misji powołano kogoś spoza zakonu? Przecież, kto jak kto, ale to templariusze najlepiej znali się na walce z demonami i wiedzieli o nich prawie wszystko. Żyli tylko w jednym celu i do tego zostali powołani. Athjeari jednak nie zamierzał kwestionować decyzji swoich przełożonych. Być może urozmaicony skład drużyny będzie miał znacznie większe szanse...

***

Gdy dotarł do fortu było już całkiem ciemno. Musiał przyznać jedno, mimo iż profesja templariusza opierała się głównie na walce z hordami przerażających demonów, które są koszmarem normalnego człowieka i każda normalna osoba trzymałaby się od nich z daleka, miała swoje plusy. Zawsze zaskakiwało go uprzejmość z jaką ludzie traktowali swoich obrońców. Zdecydowanie członkowie zakonu byli jednymi z najbardziej oczekiwanych gości w każdej wsi. Dzięki nim mieszkańcy czuli się znacznie bezpieczniej, a opowieści o ich odwadze i zwycięstwach dodawały im otuchy w tych trudnych czasach.

Z wielką ulgą oddał swojego konia stajennemu i podążył za przysłanym sługą do swojej komnaty. Gdy w końcu dotarli do pomieszczenia, podziękował chłopakowi, złożył swój ekwipunek i prawie bezwładnie rzucił się na łóżko. Był wyczerpany. Zasnął prawie natychmiast. Jutro czekał go ciężki dzień. Zasnął prawie natychmiast.

***

Zerwał się zaraz po brzasku i swoim zwyczajem dzień zaczął od porannej modlitwy. Był przyzwyczajony do porannego wstawania. Rzadko mógł pozwolić sobie na luksus spania w łóżku, częściej musiał zadowolić się zwykłym posłaniem na ziemi. Dość nietypowo jak na człowieka z takim pochodzeniem. Był szlachcicem, a wybrał życie (czy raczej inni zadecydowali za niego) niezłomnego rycerza, będącego ciągle w trakcie.

Po skończonych modłach obmył się i wziął się za konserwację ekwipunku. Nauczony był, iż nawet najlepsze wyszkolenie i największa koncentracja zda się na nic, jeśli twój sprzęt będzie w opłakanym stanie.

Gdy w końcu załatwił cały szereg spraw, uznał iż czas udać się do sali obrad. Ku swojemu zaskoczeniu po przekroczeniu jej progów, spostrzegł, że są tam już zgromadzeni ludzie. Lekko skłonił im głowę, w geście powitania i oparł się lekko o ścianę. Z niecierpliwością oczekiwał rozpoczęcia narady.
 
__________________
"Przybywamy tu na rzeź,
Tu grabieży wiedzie droga.
I nim Dzień dopełni się,
W oczach będziem mieli Boga."

Ostatnio edytowane przez Sirion : 30-08-2010 o 22:46.
Sirion jest offline  
Stary 30-08-2010, 22:54   #10
 
daamian87's Avatar
 
Do komnaty wszedł niski krasnolud w lśniącej zbroi z potężnym toporem na plecach. Za ogromnym drewnianym biurkiem siedział kolejny krasnolud. Siwe włosy spięte z tyłu głowy odsłaniały oblicze wiekowego już maga. Idealnie przystrzyżona i ułożona broda jednoznacznie wskazywały na jego wysoką pozycję w klanie.
-Witaj Bodvarze.- z uśmiechem powitał wchodzącego krasnoludzkiego wojownika. -Czy jesteśmy gotowi już do wymarszu?-
-Owszem, o świcie planujemy wyruszyć z twierdzy.- odparł rudobrody krasnolud.
-Dobrze, zatem szykuję się już do drogi.- odparł Duningan, podchodząc do jednej z półek i wyjął dwa kufle, które napełnił w magiczny sposób najlepszym krasnoludzkim piwem. Oba kufle postawił na stole, po czym razem ze swoim gościem opróżnili je szybciej, niż kropla wody spada z wodospadu do jeziora. Po zamienieniu kilku zdań, oba krasnoludy wyszły z pomieszczenia, w którym natychmiast zgasło światło.

Droga, którą podążały krasnoludy, nie należała do trudnych. Grupa 200 mężnych i zaprawionych w bojach krasnoludzkich wojowników maszerowała do cytadeli Kier-Gan w celu wzmocnienia obsady fortu w razie ataku. Sam Duningan miał inne zadanie. Nikomu jednak nie powiedział o celu swojej podróży.

Po drodze rozgromili jedynie kilka nielicznych oddziałów wroga, które prędzej zgubiły się, niż celowo zapuściły na tyły wroga. Kilka dni po wyruszeniu, grupa krasnoudów przekroczyła bramy twierdzy, obserwowana z murów przez obrońców ze zdziwieniem. Wojownicy dumnie wmaszerowali do miasta prowadzeni przez Bodvara "Mężnego" oraz Duningana "Siwobrodego". Ci po dotarciu do celu pożegnali się, po czym wojownik ruszył w stronę koszarów, natomiast mag został przywitany przez samego generała Keldorna Orhala. Po krótkiej wymianie zdań udali się do wnętrza twierdzy. Krasnolud dostał przyzwoitą komnatę i czas do kolejnego dnia na odpoczynek oraz zapoznanie się z tymi, którzy mieli wyruszyć wraz z Duninganem w podróż.
 
daamian87 jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172