Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-09-2010, 08:02   #1
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Trzynasta Wieża

Vaerhillises Daverdall, 845 rok Nowej Ery, jesień

Wolsfburg (Imperium)



Mark przechadzał się po skąpo oświetlonej galerii, po kolei przyglądając się portretom swych przodków, co to się mniej lub bardziej chwalebnie zapisali w dziejach rodu.

Martin, Krwawym zwany, co bardziej piratem, niż kupcem był, wraz ze swym okrętem podczas jednej z wypraw zatonął.
Thomas znany z tego, że kochankę z Wysp przywiózł i nad małżonkę ślubną ją przełożył, za co sam Agape ich pokarał. Choć plotka głosiła, iż to małżonka trutki na szczury do jedzenia im dosypała.
Locklear dla odmiany małżonkę swą żywcem zamurował, gdy mu rogi przyprawiła. A żeby samotnie ostatnich chwil nie spędzała, w celi obok gacha umieścił, nim murarzy wezwał.
Laurie zginął, gdy tajemnice lotu ptaków chciał zgłębić. Jego posąg po dziś dzień w rodowej kaplicy stoi, a Laurie w objęciach uskrzydlonej bogini spoczywa.
Roald, co go Głupcem za plecami zwano, skarbów szukać za morzem zapragnął. A on, na złość sąsiadom, wrócił ze statkiem i to pełnym bogactw wszelakich.
Arthur inną całkiem miał pasję. Kochał szybkie konie i piękne kobiety, chociaż - sądząc z jego osiągnięć na obu polach, słowo 'szybkie' z pierwszego do drugiego rzeczownika powędrować powinno.
Marco pół życia w zamku swym spędził, manią opętany, że skarb rodzinny odnaleźć musi, przez swego ojca, Zygfryda-Sknerę, przemyślnie schowany.
"Piękniś" Olaf, nim zmarł, pojedynków ze dwadzieścia stoczył, okaleczając lub zabijając swych adwersarzy, a zawsze o kobietę poszło. Zmarł szczęśliwy, w łożu małżonki. Tyle tylko, że cudzej.
Tashę, Wiedźmą zwaną, 'życzliwy' sąsiad o czary oskarżył, gdy mu krów pół stada z powodów niewiadomych zdechło. Sąd boży jasno wykazał, że oskarżenie nieprawdziwe było, bo Tasha jak kamień na dno podczas pławienia poszła i ledwo uratować ją zdołano.
Miłośnikiem wielkim alchemii był Alvar. Po eksperymencie kolejnym, co jego pracownię zniszczył, niewiele z badacza zostało, prócz butów.
Trevor. Ten jako pierwszy nazwisko na vam Zee zamienił. On to przyjacielem był Allerry Oświeconego i z jego rąk tytuł otrzymał, za zasługi nadany.
Nigdy ród swych korzeni nie wywodził od tych, co wraz z pierwszym imperatorem, Allerem, podwaliny pod zręby Imperium budowali. Bo choć wielu było takich, co dla podniesienia prestiżu nazwiska do przyjaciół pierwszego imperatora założycieli swych rodów zaliczali, to mało kto z nich chciał pamiętać o tym, że byli wśród nich najgorsi rzezimieszkowie, mordercy i gwałciciele, co na zachód, do obrony Szkarłatnego Muru, zostali zesłani. A i przypominanie o tym nie było zbyt mile widziane. Niejeden bard czy truwer chyłkiem z gospody musiał się wymknąć, plecy czy zadek ratując, by go kara za przypominanie prawd oczywistych nie spotkała.
Jednego portretu na ścianie nie było i nie wiadomo, czy kiedyś zmienić to się miało. Nikt, prócz tych, co łbem czarnego wilka się pieczętowali, o prawdziwym protoplaście rodu nie wspominał, a i to we własnym tylko gronie. O tym, który pod nazwiskiem de Mer wraz z Gwiazdą wędrował i do upadku Wież się przyczynił. Chociaż Przeklęty był wymieniany wśród innych z Ósemki, to nikt prawie nie wiedział, jakie miano nosił, kim był z urodzenia i co się z nim po Burzy Magii działo.

Drzwi do galerii otworzyły się z trzaskiem.
- Hej, braciszku!
Piętnastoletnie uosobienie żywej energii, w niczym nie przypominające panienki z dobrego domu, z szybkością światła przebyło całą długość galerii i rzuciło się Markowi na szyję. ‘Napadnięty’ uniósł ją w powietrze i przytulił na moment. Nim zdążył coś powiedzieć dziewczyna wyślizgnęła się z jego objęć i ruszyła w stronę wyjścia z galerii, zdecydowanym ruchem pociągając go za sobą.
- Chodź wreszcie! Przyjechali...



Siedzieli w piątkę, pochyleni nad starym pergaminem, z którego wydobywała się niezbyt przyjemna woń.
- Nie mogłeś tego jakoś wywietrzyć, Mark? - spytała Thyone. Bardka z rodu dobrego, która wbrew woli ojca za poezji śpiewanie się wzięła. I wojowniczka zarazem przednia, co udowodniła nieraz, u boku Marka w potrzebach różnych stając.
- Nie da się. - Ellen, przyrodnia siostra Marka, pokręciła głową. - A próbowaliśmy na różne sposoby. Jagon twierdzi, że to środek jakiś konserwujący, dzięki czemu wilgoć pergaminowi nic zrobić nie może.
- Cicho, ty utrapienie! Nie wtrącaj się do rozmów starszych! - Wbrew tym słowom Thyone uśmiechnęła się do Ellen, która miast przejąć się uwagą pokazała bardce język.
Egeria, mieszkanka Nevatrine i kapłanka Samary zarazem, ponownie wzięła do ręki pergamin i nie zwracając uwagi na toczącą się przy stole wymianę zdań jeszcze raz zabrała się za studiowanie niektórych fragmentów tekstu. Po chwili powiedziała:
- Wskazówki są wyraźne. Jeśli autor tej relacji nie kłamie, to możemy się dowiedzieć ciekawych rzeczy.
- Ale to przecież Pustkowia... - wtrąciła się Ellen. - Jeszcze się wam coś stanie...
Walter, milczący do tej pory, ostatni uczestnik narady, poklepał Ellen po ręce.
- Nie będziemy sami - powiedział.
Było to pocieszenie średniej jakości. Wszyscy wiedzieli, że w Górach Mroźnych, przez wielu Nowymi Pustkowiami zwanych, nie tylko samotni poszukiwacze przygód przepadali bez śladu, ale i oddziały wojskowe, które w górach porządek zaprowadzić miały.
W dodatku Ellen miała świadomość, że żadne prośby ni groźby nie pomogą i ona w Wolfsburgu pozostanie.
Walter zza pazuchy podniszczoną mapę wyciągnął i rozłożył na stole.
- Między Imperium a Wolnymi Miastami pokój chwilowo panuje, to i nikt nam podróżować nie zabroni - stwierdził. - Jeśli zimą ruszymy, przez Crosshade, Nevatrine do Hollycrown dotrzemy bez problemów. Biblioteki w Hollycrown stale najlepszy w świecie księgozbiór posiadają i o Górach Mroźnych jakieś relacje znajdziemy. Potem możemy jechać przez Fallingday do Elickelle. Stamtąd wyruszył Sephor, to i my powinniśmy, jeśli chcemy podróżować jego śladem.
- W Fallingday może na nas czekać Fradia - powiedziała z namysłem Egeria.
- Aucassin jest w stolicy, podbija serca dam - uśmiechnęła się Ellen.
- Taka panienka jak ty nie powinna nawet myśleć o takich sprawach, a co dopiero mówić - zwrócił jej uwagę Mark. Z uśmiechem świadczącym o tym, że nie mówi poważnie.
- Mając takiego brata? - Ellen szeroko otworzyła oczy. - Wszak wszystkie moje przyjaciółki mdleją z wrażenia na samą myśl, że mogłyby cię spotkać. A co opowiadają o twoich podbojach... Jesteś sławny, braciszku. - Uśmiechnęła się niewinnie.
- Podtrzymujesz rodzinną tradycję - Thyone trąciła Marka łokciem.
- A nie było tam czasem mowy, w tej tradycji, o zamurowaniu złośliwej siostry? - spytał Mark. - Jeśli nie, to zapoczątkujemy nową...
Po chwili przekomarzań wrócili do tematu, ustalając, gdzie i kiedy z kim z wesołej kompanii można się spotkać.
- A wy? Spędzicie z nami zimę? - spytała Ellen, wczuwając się w rolę przykładnej gospodyni.
- Częściowo - powiedziała Thyone. - Ale też skoczymy tu czy tam. Oczywiście zabierzemy cię ze sobą - dodała, widząc rozczarowanie malujące się na twarzy Ellen.
- Na pierwszą dwunastkę bogów... - Mark wzniósł oczy ku niebu. - Kijem będę musiał odganiać od niej zalotników...

Po kolacji, na poważnie już, zabrali się za konstruowanie planów - i tych bliższych, i tych na dalszą przyszłość. A ze względu na cel wyprawy było nad czym się zastanawiać.
 
Kerm jest offline  
Stary 21-09-2010, 08:39   #2
 
Lilith's Avatar
 
Vaerhillises Daverdall, 845 rok Nowej Ery, jesień

Pogranicze

Nigdy nie była grzeczną dziewczynką. Ośli wręcz upór i skłonność do samowoli, prawdopodobnie doprowadziłyby do rozpaczy każdego śmiałka liczącego na to, iż jakimś cudem zdoła ją wychować i poskromić. Owszem, potrafiła sprawiać pozory. Potrafiła być miła i czarująca, jeśli miała na to ochotę. Niewielu jednak szczęśliwcom dane było, zjednać sobie jej szacunek, lub inne cieplejsze uczucie. No, może poza starym Many’m i... Lynnoy’em. To głównie im zawdzięczała, iż dotąd z powodzeniem udawało jej się przeżyć w czasach, kiedy istoty jej pokroju tropiono i tępiono niczym wściekłe psy... Ale ani Many’ego, ani Lynnoy’a już przecież nie było...
Życie na Pustkowiach nauczyło ją korzystania z każdej okazji. Nikt i nigdy nie zarzucił jej, iż nazbyt grzeszy pracowitością, zatem kiedy taka okazja wpadała jej w łapy, czerpała z niej zapobiegliwie pełnymi garściami ile tylko się dało. Na wszelki wypadek, bo potem z reguły następowały chude tygodnie, kiedy trzeba było zaciskać pasa, co przy zdecydowanej niechęci do zabiegania o stałe źródło utrzymania czasem bywało dość nieprzyjemne. Była to jednak raczej cecha gatunkowa niż osobnicza, więc fakt ten w pewien sposób mógł ją usprawiedliwiać. Baa! Ta sama zasada obejmowała sposoby zdobywania pożywienia. Wolała, kiedy to ono przychodziło do niej. Zaczajona w gąszczu czekała, aż jakieś samotne, nieostrożne stworzenie oddzieli się od stada, odejdzie zbyt daleko od swoich i zabłąka się w jej pobliże. Wtedy atakowała... a potem oczywiście, najczęściej musiała szybko uciekać. Głównie, jeśli owa istota miała właściciela lub przyjaciół.

Powinna pamiętać o zasadzie wbijanej jej do głowy przez całe dzieciństwo i wczesną młodość, by trzymać się z dala od znienawidzonej rasy ludzkiej. Jednak wrodzona ciekawość świata i przekora popychały ją wciąż do zapuszczania się na tereny, gdzie żadne ze stworzeń zamieszkujących Pustkowia nie mogło czuć się bezpiecznie. A przecież sama po części była człowiekiem. Niezależnie jednak od okoliczności i wbrew wszelkim przestrogom, za każdym razem, kiedy znalazła się w pobliżu ludzkich siedzib, kusiły ją... tak, to naprawdę żenujące... kusiły ją... spiżarnie. A właściwie to, co można było w nich znaleźć. Pora roku sprzyjała jej brzydkim zapędom. Składy, spichrze, komórki, piwnice, stryszki i multum innych schowków i skrytek, kipiało nagromadzonymi dobrami natury spożywczej, co nieodmiennie wiodło ją na pokuszenie. Z kolei brak umiaru w uleganiu pokusom, sprowadzał jej na kark kłopoty w postaci chłopów z cepami i burkami spuszczanymi z łańcuchów, kłusowników z ich prymitywnymi, śmiesznymi do rozpuku sidłami i pułapkami, a nawet łowczych pańskich. W niektórych skrajnych przypadkach zdarzało się także wyprowadzone z nerw rycerstwo. Nauciekała się w życiu nie raz, oj nauciekała. A wszystko przez głupie cackanie się z nimi.

Podobnie, jak poprzednim razem.





To była mała ziemianka sprytnie ukryta w brzozowym zagajniku. W skromnym obejściu na samym skraju maleńkiej osady, która przycupnęła sobie minionej wiosny tuż u stóp pogórza dzielącego Pustkowia od ziem, sukcesywnie przywłaszczanych sobie przez Wolne Miasta. Bezustanny napływ osadników na Pogranicze skłaniał Lilith do przekonania, iż tylko kwestią czasu jest dzień, kiedy mieszkańcy gór zostaną całkowicie zepchnięci w najbardziej niedostępne tereny Przeklętych Pustkowi, a potem być może zupełnie wytępieni. Ludzcy osiedleńcy wiele ryzykowali, lecz większość z nich miała niewiele do stracenia. Prócz życia najczęściej, które nawet tam, skąd przybywali, nie było warte nawet funta kłaków. Mnożyli się jak szczury i jak szczury byli traktowani przez tych, którzy Przeklęte Pustkowia obrali za swoją siedzibę. Ci, których spotykała na swej drodze nie dostarczyli zbyt wielu argumentów, by zmienić także jej opinię, zbieżną z powszechnie panującymi w tych okolicach poglądami na rasę ludzką. Każde więc działanie zmierzające do przegnania tych wypłoszy z granic pustkowi, mogło w jej oczach uchodzić za słuszne. Nie miała powodów, by odczuwać jakiekolwiek skrupuły. Gdyby ona wpadła w ich ręce, musiałaby liczyć się z ich gorącą wzajemnością.

Gh’Aa został na czatach, by nikt nieproszony nie zbliżył się niespodziewanie od strony najbliższych zabudowań. Lilith w najlepsze buszowała po składziku i dobierała się właśnie do solonej wieprzowiny, kiedy klapa ziemianki uchyliła się z łoskotem.

- Wyłaź pókim dobry, złodzieju przebrzydły! Już! Bo ci.... - Podskoczyła z wrażenia, odwracając się jednym płynnym ruchem, by tuż przed nosem ujrzeć widły, a nieco za nimi parę przerażonych oczu - ...w łeb... przywalę? - dokończył już mniej pewnym tonem właściciel wideł, niestary jeszcze chłop. Cofał się już przezornie, osłaniając się trójzębnymi, drewnianymi widłami. Widać nie spodziewał się spotkać w swojej spiżarni kogoś takiego. Warknęła przeciągle, unosząc wargi i marszcząc nos. Długie, białe kły błysnęły w świetle księżyca, a oczy rozjarzyły się fosforyzującymi punktami w ciemności.

- Kiryś - głośnym szeptem powiedział mężczyzna, ciągle odgradzając się od niej śmierdzącymi gnojem widłami. - Leć do chaty... Nie oglądaj się za siebie... Zaryglujcie z matką odrzwia i nie wychodźcie, póki słońce nie stanie wysoko.
- Tatko?! - Usłyszała piskliwy głos na zewnątrz.
- Uchodź synu! Już! - wrzasnął ostro chłop i pchnął widłami.

Uskoczyła i zamachnęła się łapą. Widły poszły w drzazgi, a mężczyzna wyleciał w powietrze. Padł plecami na ziemię stęknąwszy głucho. Usłyszała tupot małych stóp i pisk, kiedy Gh’Aa zastąpił drogę niespełna dziesięcioletniemu malcowi w luźnej koszulinie. Wybiła się na łapach, wyskakując z ziemianki. Trzeba było ich uciszyć. Szybko. Zanim zaalarmują całą okolicę. Chłop zerwał się na równe nogi, lecz nie miała problemu, by zwalić go z powrotem na ziemię i przydepnąć. Zdziwiła się jego siłą, kiedy zrzucił ją z siebie, mimo pazurów rwących mu bark.

Sięgnęła ku niemu łapą, lecz zagarnęła tylko powietrze. Zdążył zerwać się z ziemi i na czworakach dopadł syna. Złapawszy chłopca w ramiona zasłonił go sobą, nie wiadomo skąd wydobywając sztylet. Podeszła wolno, wpatrując się w niego badawczo. Twarz miał zaciętą, choć w oczach jego zgasła już wszelka nadzieja. Dzieciak przylgnął do niego popiskując cicho i bojąc się oderwać buzię od ojcowskiego ramienia. Zbliżyła pysk, warcząc mimo woli. Mężczyzna zacisnął zęby i pochylił się jeszcze bardziej nad chłopcem, odgradzając się od niej niewiele znaczącym wobec zębów i pazurów ostrzem.

Zmrużyła ślepia. Przejmował ją gniew.
Jej koci ogon nerwowo kreślił w powietrzu nieprzerwany ciąg znaków zapytania.

Co ją powstrzymało? Przecież gdyby tamten zyskał nad nią jakąś przewagę nie zawahałby się pewnie zadźgać ją widłami do gnoju. Spojrzała jeszcze raz na kwilącego malucha i klęczącego nad nim ojca, nie spuszczającego z niej oczu.
- Odważny jest. Broni szczeniaka - wysłała do kota pełną uznania myśl.
Niektórzy powiadają, że historia lubi się powtarzać. Może podobnie wyglądała jej historia. Tyle, że nie znalazło się w niej miejsce na szczęśliwe zakończenie...
Przyjrzała się z bliska twarzy człowieka. Coś jej w niej nie pasowało. Rysy. Ostre, lecz szlachetne i inteligentne, nienawykłe do uległości spojrzenie. I te palce zaciśnięte na rękojeści sztyletu. Zbyt delikatne, jak na spracowane ręce wieśniaka.
- Zostaw ich Gh’Aa. Idziemy...

Odwróciła się. Pogonili w las, bark w bark z Gh’Aa, nie oglądając się za siebie. Trzeba było zaszyć się gdzieś w górach. Póki sprawa nie ucichnie.
-On mówił... - usłyszała po chwili w swej głowie głos Gh’Aa. - Szczeniak mówił do Gh'Aa...
 
__________________
"Niebo wisi na włosku. Kto wie czy nie na ostatnim. Kto ma oczy, niech patrzy. Kto ma uszy, niech słucha. Kto ma rozum, niech ucieka" (..?)

Ostatnio edytowane przez Lilith : 03-10-2010 o 18:24.
Lilith jest offline  
Stary 28-09-2010, 10:26   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Góry Mroźne, 846 rok Nowej Ery, wiosna


Wieczór
pochyla się nad lasem
ostatnich ptaków
cichym lotem,
przelotnej chmury
bladą smugą,
samotnej gwiazdy
lśniącym złotem,
ciszą, co kryje
się w burzanach,
w nadciągających
zewsząd cieniach:
- Do widzenia. Do rana!
Do jutra! Do widzenia!
Księżyc błyśnie na chwilę,
zdradliwych nocy kochanek:
- Do widzenia, do jutra!
(Jeżeli nadejdzie ranek.)
Wbrew pewnej nucie niepokoju, tkwiącej w wygrzebanym w kronikach rodzinnych wierszu, noc minęła spokojnie i ranek nadszedł tak, jak powinien. Był co prawda dość chłodny jak na tę porę roku, ale Pustkowia miały prawo do pewnych fanaberii, które nie dziwiły nikogo, kto słyszał o tej krainie pełnej - jak mówiły opowieści i głosili bardowie - dziwów i niebezpieczeństw.



Gdy Mark vam Zee ruszył nad jezioro, by zmyć z oczu resztki snu, słońce dopiero zwiastowało swoją obecność pierwszymi, nieśmiałymi promykami, wyglądając zza pobliskich gór.
Gdzieś w dali pojawiły się chmury, które niby ogromna, unosząca się pośród różowo-złocistych wód wyspa, wypływały z wolna znad poszarpanego szczytami horyzontu. Można by wskazać góry i doliny. Wszystko wydawało się tak realistyczne, że miałoby się ochotę dotrzeć tam, by pospacerować po zboczach. Wspiąć się na któryś z ciemnych, obrzeżonych złotym lśnieniem szczytów. A potem chmury nieco się przesunęły i pojawiło się jeszcze coś... Na zboczu jednej z gór wyrastała wieża. Wysoka czarna wieża. Nagle całym sobą odczuł moc magii, która z niej emanowała. Magii i zła...
Mark potrząsnął głową, ale wrażenie pozostało. Wieża, taka sama jak w legendach, wisiała sobie w najlepsze na niebie, nie przejmując się niechęcią, jaką obdarzał ją obserwator.
- Zgiń, przepadnij... - wycedził Mark przez zęby.
Jakby zadziałało zaklęcie... Czy wiatr powiał, czy też zmienił się kąt padania słonecznego światła... Wieża zniknęła, a płynąca po niebie wyspa zamieniła się w zwykłą chmurę.

Są na niebie i ziemi...
Jak widać filozofowie mogliby więcej sypiać. Może dzięki temu niektórzy ludzie, bardziej realistycznie patrzący na świat, nie musieliby oglądać rzeczy, których widzieć nie chcieli.

Mark popatrzył jeszcze przez moment na chmury, a potem wrócił do obozowiska.
- Pobudka! - powiedział. - Wstawać, słońce się zbudziło, to i wam wypada otworzyć oczęta.
- Słońce? - Głos był kobiecy i należał do Thyone, bardki i wojowniczki zarazem. - Jeśli żartujesz, Mark, to osobiście cię uduszę, zakopię i zatańczę na twoim grobie. Zapomniałam już, że istnieje coś takiego jak słońce.


Nieprędko ruszyli dalej.
Doprowadzenie ekwipunku do porządku po tygodniu, podczas którego woda lała się im na głowy strumieniami o najrozmaitszych stopniach natężenia, musiało nieco potrwać. A że na Przeklętych Pustkowiach pogoda była zmienna niczym płocha niewiasta, trzeba było korzystać z okazji i porządnie się wysuszyć.
W końcu jednak zwinęli obóz.
Za nimi pozostały bagienne tereny, gdzie pod piękną zielenią murawy i czarującymi kępami kwitnącymi zielem, chlupotały czarne bajora bez dna. Wielkie olchy o krwawo czerwonych korzeniach, rozpartych, rozkraczonych, trzymających się kurczowo chwiejnego podłoża. W przedwcześnie nadgniłych kadłubach pni, wyżartych jałowością gruntu, próchno świeciło sino o zmroku. Wszędzie woda i wilgoć, i tylko maleńkie skrawki w miarę suchego lądu, gdzie można było zrobić krótszy czy dłuższy postój.

Las, którym wędrowali, podobny był do tych, które znali z bardziej cywilizowanych regionów świata. Dęby, sosny, cedry, cisy, jesiony... Jarzębiny, jeżyny, wysokie paprocie, leszczyna... Borówki, wrzosy, mech...
Pozory jednak myliły.
Jakulusy, miłe i sympatyczne węże, mieszkające w koronach drzew, rzucały się jak pocisk na przechodniów. W norach wygrzebanych między korzeniami drzew zamieszkiwały śliczne, bielutkie, bezwłose unzy, szczuropodobne stwory o zielonych oczach i jadowitych kłach. Dodatkowe urozmaicenie stanowiły pijawki drzewne, osiągające ponad pół stopy długości.
Czy nazwy tych stworzeń odpowiadały prawdzie, tego Mark nie wiedział, ale bardowie - Thyone i Aucassin - przysięgali, że nie kłamią. I że czytali o nich w starych kronikach...

Wąska ścieżka, którą kroczyli, rozwinęła się nagle w niezbyt dużą polanę, na środku której, wśród resztek zdziczałego ogrodu, stała chata.



Dom się schylił do ziemi,
dawno w nim nikt nie mieszka.
Strzecha mchem się zieleni,
trawą zarosła ścieżka,
stara studnia - niczyja -
skrawek nieba odbija.
Las przystanął w półkolu,
ogród chwasty zarosły,
świerki są już na polu,
furtki pilnują osty.
Jeszcze rok,
jeszcze lato
i las stanie przed chatą.
W małe okna zapuka,
drzwi zamknięte wyważy,
puste izby przeszuka,
w pustych izbach
pomarzy!
Porozwiesza powoje:
"Wszystko to będzie moje!"
Tylko studnię omija:
"Niech zostanie niczyja..."
Minie rok, miną lata...
Jest las, w lesie chata,
czarne świerki stojące
na straży.
W sadzie studnia kamienna,
woda w studni bezdenna.
Kto się napić z tej studni
odważy?
Hej, przybyszu z daleka!
Świat nie zając! Poczeka!
Wejdź na chwilę
do zagrody!
W sadzie studnia - niczyja -
błękit nieba odbija,
więc się napij
błękitnej tej wody!
Przymknij znużone oczy
niech się czerpak potoczy,
błękit z niego
poleje się strugą...
Wszystko wkoło zakwitnie,
kolorowo, błękitnie,
w tym błękicie przybyszu
śpij długo,... śpij długo...
- Niech mnie demony porwą - wykrzyknął Tilney. - Więc Sephor nie kłamał. Prawdziwa chata...

Mark skinął głową.
Spisana dobre pięćdziesiąt lat temu relacja Simenusa Sephora skłoniła ich małą, acz zgraną kompanię do wyruszenia na Pustkowia i miło było przekonać się, że kolejny fragment owej relacji zgodny jest z prawdą.

Spenetrowali, ostrożnie, chatę. Widać było, że od dawna nikt tu nie mieszka. Oni też nie mieli tego zamiaru. Podłoga była spróchniała i, miejscami, przegniła, po okiennicach zostały jedynie resztki przerdzewiałych zawiasów, przez dziury w dachu można było podziwiać chmury.
A woda w studni? Cóż... Powierzchnię wody pokrywała gruba warstwa liści i picie czegoś takiego byłoby mało rozsądne, nawet po parugodzinnym gotowaniu. Na szczęście niedaleko płynął strumyk.

Wszystko wskazywało na to, że mogą się tu zatrzymać na noc. Odpocząć nieco przed trudami dalszej drogi. Ale dobry nastrój prysnął, gdy wrócił Moloss, który miał sprawdzić okolicę.
- Dziesięć minut w górę strumienia są ślady, całkiem świeże. Pięć, sześć osób. Na dodatek... - zawahał się. - Znalazłem to...
Na wyciągniętej dłoni Molossa spoczywał starannie wykonany, chociaż ciut podniszczony, drewniany rycerzyk.
 
Kerm jest offline  
Stary 03-10-2010, 17:26   #4
 
Lilith's Avatar
 

Całą zimę do niego ganiał. Lilith wydawało się, że prawie nie odstępował szczeniaka na krok. Złośliwie twierdziła, że niewiele brakowało, by Gh’Aa wpakował się małemu Kyrianowi do posłania. Gdyby nie obawiał się Orena, jego ojca, który najpewniej pogoniłby go widłami za kręcenie się wokół swego obejścia.

Początkowo sądziła, że to pułapka. Że chcą ich jakoś zwabić, uśpić czujność, a potem capnąć. Wściekała się na głupotę i łatwowierność kocura. Nie mogła jednak zaprzeczyć faktom. Już wiele przemawiało na korzyść tamtych w dniu, w którym wybrali się na zwiedzanie spiżarni i zawarli bliższą znajomość z jej właścicielem. Spodziewała się wtedy pościgu i nagonki, kiedy więc Gh’Aa po kilku dniach wrócił na “miejsce zbrodni” i przyniósł stamtąd wieść, iż w osadzie panuje spokój wręcz grobowy, przyjęła to z leciuchnym niedowierzaniem.

Raniony przez nią Oren, mało tego, iż nie wszczął żadnego alarmu, ale podobno nawet przez kilka kolejnych dni nie wychodził z chaty. Za to jego szczeniak bez szczególnych oporów chadzał w las. Jak gdyby pragnął ich znów spotkać. Oczywiście kocur wbrew wszelkim sprzeciwom Lilith i całemu jej obrazowo przedstawianemu czarnowidztwu, postanowił się Małemu napatoczyć. Potem poszło już z górki. Chłopak miał dar. Specyficzną zdolność, niemal niespotykaną wśród jego pobratymców. Gh’Aa miał rację tamtego dnia. Dzieciak rzeczywiście potrafił do niego przemówić. Co ciekawsze odbierał także pewne wrażenia, pozwalające mu orientować się w nastrojach i odczuciach kota. Nazwałaby to odczytywaniem myśli, gdyby nie była na tyle złośliwa, by przy każdej okazji odmawiać przyznania Gh’Aa statusu istoty myślącej, co sam Gh’Aa przyjmował z całą powagą, jako obrazę swego majestatu i despekt niesłychany.

Nawet nie spostrzegła, kiedy Gh’Aa zaprzedał się temu małemu skurczybykowi. Prawdę jednak powiedziawszy, gdyby ktoś ją zapytał, kto tu właściwie kogo oswoił, miałaby poważne trudności z daniem przekonywującej odpowiedzi. Tak czy owak, pod koniec zimy jej najbliższy, nieodżałowanej pamięci przyjaciel, biegał za Orenowym Kiryśkiem, jak - nie przymierzając - psiak podwórzowy. Na nic zdały się prośby, groźby i załamywanie rąk. Nawet przepowiednia, że skończy jako dywanik przed kominkiem nie przyniosła spodziewanego rezultatu. Przepadł z kretesem.


Góry Mroźne, 846 rok Nowej Ery, wiosna





- O co ci chodzi?!
- sapnęła zdegustowana.
- ...
Bez słowa systematycznie wylizywał szorstkim jęzorem, oczyszczoną już do cna jelenią łopatkę. Nawet na nią nie spojrzał.
- Myślisz, że co? Że gdybym łaziła tam z tobą, to by coś zmieniło? - żachnęła się prychając i sycząc.
- ...
W pełni świadomie ignorował jej obecność i jej próby nawiązania w miarę konstruktywnego dialogu, jak gdyby składała się z powietrza.
- Dlaczego mielibyśmy się w to wtrącać? To nie nasz interes. Mają własne stado. Niech tamci się o nich martwią. To ludzie, Gh’Aa! Słyszysz mnie? Tylko ludzie. Wszędzie ich pełno. Można ich sprzedawać na pęczki.
- Stado się nie martwi. Dla stada jest obcy. Boją się go. Dlatego wysłali łowców - warknął wyprowadzony z równowagi kocur. - Zabiją go.
- Nie wiesz, co mówisz. Gdyby chcieli go zabić, już by to zrobili. - Musiał jednak wyczuć, że nie jest tak do końca przekonana.
- Nie zawsze zabijają od razu. Czasem chwytają żywcem i zabierają - stwierdził oczywisty także dla niej fakt.
- No to niech zabierają go sobie. Może jest im do czegoś potrzebny.
Nie miała zamiaru zajmować się każdym ludzkim szczeniakiem, jakiego napotkają na Pograniczu. Tutaj życie nie było łatwe. Jeśli ktoś nie potrafił się przystosować i okazywał się niewystarczająco odporny i sprytny, musiał liczyć się z tym, że nie pociągnie zbyt długo.
- O tak... potrzebny... - W płucach kocura, aż zabulgotało przy wściekłym pomruku.
- Gh’Aa, proszę cię. Daj sobie spokój z tym szczeniakiem. Co ci po nim? Coś z tego będziesz miał? - Była wściekła na tego głuchego na wszystko durnia.
Aż przestraszyła się ryku, który po tym nastąpił.
- A co Lilith miała po Lynnoy’u?!

Na swoje nieszczęście uderzył w strunę nazbyt czułą. Wyskoczyła, jak zwolniona sprężyna, wymierzając cios ciężką łapą wprost w wyszczerzony pysk kota. Nie pozostał dłużny waląc ją w nos i chwytając kłami za skórę na karku. Po kamienistej posadzce pieczary potoczył się ryczący, charczący i warczący, pasiasto-centkowany kłąb zębów i pazurów rozrzucający w krąg żwir, strzępy spienionej śliny i wydartej sierści. Kłębowisko huknęło przeraźliwie o ławę i stół, z rozpędu zabierając je z sobą po drodze ku ścianie jaskini. Aż jęknęło.
Odskoczyli od siebie. Przypadli oboje do ziemi dysząc ciężko i łypiąc na siebie nawzajem rozjuszonymi spojrzeniami.

Minęła chwila zanim ochłonęli, zezując na przemian to na siebie, to na pobojowisko dopiero co uczynione w skalnym domostwie, które od lat stanowiło ich wspólną, niezawodną kryjówkę. Gh’Aa wstał i otrząsnął futro z resztek piachu i kurzu. Oblizał pysk przestępując z nogi na nogę. Lilith zrobiło się przykro. W końcu nie znali się od wczoraj. Spędzili ze sobą sporo czasu, nie raz wzajemnie wyciągając się z kłopotów. Znała go od czasu, kiedy był jeszcze kilkumiesięcznym kociakiem. Westchnęła przeciągle.
- Gh’Aa idzie. - Kocur pierwszy odwrócił wzrok. - Lilith idzie z Gh’Aa?
Nastrój szlag trafił.

- Zapomnij! - wywarczała. - Nie śpieszno mi na spotkanie ze Spowiednikiem. Aż tak życie mi jeszcze nie zbrzydło - odparła twardo, patrząc mu prosto w oczy, ślepiami na powrót roziskrzonymi gniewem.
Odwrócił się powoli, nie próbując nawet kontynuować dyskusji.
- Wracaj ty... ty... pustogłowy, głupi kocurze... - zżymała się spoglądając na oddalający się, centkowany zad. - Sam nie dasz rady. Naszpikują cię strzałami. Zobaczysz... Będziesz wyglądał, jak przerośnięty echinops, jełopie jeden - mówiła już w zasadzie tylko do siebie, bo kot dawno zniknął z jej pola widzenia. - To tylko ludzki dzieciak, na wszystkie demony podziemia!

Po co właściwie ciągle za nim wołała. Przecież nie zmieni zdania i nie zawróci. Znała go. Jak zły sen. Był cholerną krzyżówką barana z osłem, tylko przez przypadek podobną do kota. Między uszami miał garść łajna zamiast mózgu. Nie na darmo nadała mu imię Gh’Aa. Podobnie brzmiał nieartykułowany wrzask, jaki wyrywał jej się z gardła za każdym razem, kiedy już brakowało jej kolejnych słów na skomentowanie jego głupoty.
Ale... przecież kochała tego cymbała z kapuścianą głową... Miała pozwolić, żeby go zarżnęli i wypchali sianem?
- Aszzzz! By cię pogięło zakuty łbie! - wysyczała do siebie. - Ghhaaaaaa! - ryknęła w nieokreśloną przestrzeń...
 
__________________
"Niebo wisi na włosku. Kto wie czy nie na ostatnim. Kto ma oczy, niech patrzy. Kto ma uszy, niech słucha. Kto ma rozum, niech ucieka" (..?)

Ostatnio edytowane przez Lilith : 03-10-2010 o 18:18.
Lilith jest offline  
Stary 08-10-2010, 07:11   #5
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
- Nigdy ich nie dogonimy... - jęknęła Thyone. - W takim tempie... - spojrzała z wyrzutem na Molossa.
Moloss, pewnie prowadzący grupę, przesłał mówiącej uspokajający uśmiech.
- Nie bój nic - powiedział. - Poza tym pamiętaj, że chcemy tylko sprawdzić, czego tu szukają, skoro już plączą się nam pod nogami.
- Ale ten chłopiec? Po co ciągną ze sobą tego chłopca? Może go porwali?
- Thyone, opanuj się - wtrąciła się Fradia. - Nasłuchałaś się zbyt wielu ballad i uwierzyłaś w to, co sama śpiewasz. Poza tym... to może być dziewczynka - dodała ze złośliwym uśmiechem.
Bardka w rewanżu pokazała jej język. Co w najmniejszym stopniu nie zmniejszyło jej urody.
- Zakuta pała! - syknęła. - Żelazny garnek żeś sobie na łeb wcisnęła i już nic do ciebie nie dociera.
- Słodka jak zawsze - uśmiechnęła się Fradia. - Ale - spoważniała - przecież już o tym rozmawialiśmy. Zobaczymy, zdecydujemy.

Wieczór dnia poprzedniego


- Dobra, imperialna robota - Mark obracał trzymaną w ręce zabawkę. - Ciekawe, skąd się tam wzięła.
Moloss wzruszył ramionami.
- Idź i ich spytaj - zażartował. - Może któryś z nich wiózł dla synka. Albo traktuje jako maskotkę.
- Dla synka raczej nie. - Z kolei Kallid wziął do ręki rycerzyka. - Ta zabawka ma już za sobą najlepsze czasy. Farba starła się w wielu miejscach, a sam czubek miecza odłamał się już jakiś czas temu. Poza tym tędy raczej nie podróżują rodzice, wożący prezenty dla swych dzieci. Jeśli już, to raczej w drugą stronę.
- Złodzieje? Okradli kogoś? - spytał Walter.
Kallid obrzucił pytającego pełnym rozbawienia spojrzeniem.
- Chyba żartujesz. Ten drobiazg nie jest wart nawet pół imperiala. Nikt zdrowy na umyśle nie ukradłby czegoś takiego. A nawet gdyby, to by wyrzucił natychmiast. Zbędne obciążenie. Poza tym złodzieje nie uciekaliby na Pustkowia. Tu jadą tylko ci, co chcą coś znaleźć.
- Ale i tak powinniśmy dowiedzieć się, czego tu szukają. - Tilney, drużynowy głos rozsądku, wyraził swoją opinię.
Mark skinął głową.
- Z pewnością nie szukają tego, co my, ale w pewnych okolicznościach mogą stać się konkurencją. Sprawdzimy, dokąd idą. A potem będziemy się trzymać od nich jak najdalej. Chyba, że nas zaczepią...
- Wyprzedzają nas o jakieś dwie godziny - powiedział Moloss. - Poczekamy do rana, potem ruszymy za nimi. Oni też się muszą zatrzymać.
- A może jakieś dziecko to zgubiło? - zaczęła się zastanawiać Thyone.
Aucassin wzniósł oczy ku niebu.
- A my będziemy się bawić w chowanego z bandą dzieciaków włóczących się po pustkowiach? - spytał. - Żartujesz sobie z nas?
- Ale posłuchajcie... - bardka zaczęła myśleć na głos. - Nie można w ciemno odrzucić takiej możliwości. Moloss - zwróciła się do tropiciela. Nie było tam jakichś małych odcisków stóp?
- Aleś ty uparta - zgadnięty skrzywił się zabawnie. - Te ślady nie są aż tak wyraźne - dodał poważnie - ale coś w tym może być.
- Jacyś kretyni - skomentował to Aucassin. - Kto zabrałby dziecko na Pustkowia? I po co?
- Może to jacyś przedstawiciele Zakazanych Kultów? Może chcą go złożyć w ofierze jakimś ciemnym mocom?
- Wypluj te słowa, Egerio - powiedział Tilney. - Poza tym nawet oni, jeśli naprawdę składają takie ofiary, nie będą tego robić na takim za... tego... pustkowiu. Są miejsca równie dobre, a będące bardziej pod ręką. Tu dość trudno byłoby dotrzeć wyznawcom. Chyba sama rozumiesz...
- No dobra, macie rację - z pewną niechęcią powiedziała Egeria. - Pewnie się mylę. Ale i tak nie wiemy, czemu ciągną tu chłopaka.
- Jeśli to chłopak, a nie ktoś, kto ma po prostu małe stopy - uśmiechnął się Walter.
- Kombinujcie dalej - powiedział Mark. - Pójdziemy za nimi, przyjrzymy się i zobaczymy, kto zgadł. Jeśli to dzieciak i idzie z nimi po dobroci, to niech sobie idą. Jeśli nie... - W oczach Marka pojawił się zimny błysk.
- Najwyżej stracimy troszkę czasu - powiedział Kallid. - A sprawdzić musimy. Trzeba wiedzieć, kogo się ma za sąsiada. W końcu to Pustkowia. Praworządni obywatele raczej tu nie bywają.
Spojrzeli po sobie znacząco, a potem jednomyślnie wybuchnęli śmiechem.

~*~

- Rozmawialiśmy... - niechętnie przytaknęła Thyone. - Zobaczymy, jak kij popłynie - zacytowała znane powiedzenie wszystkich łowców, tropicieli, myśliwych.


Dwie godziny później las skończył się nagle, jakby go kto nożem odkroił. Przed wędrowcami otworzył się widok na porośniętą wysoką trawą równinę. Prawdziwe morze traw. Tylko gdzieniegdzie wyrastały kępy wysokich drzew o czerwonawych pniach.
- Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu - zacytował Aucassin, który równie chętnie korzystał z cudzej poezji, co z własnej.
- Niech szlag trafi taki ocean - zaklął Moloss. Dobrze zbudowanemu, acz niezbyt wysokiemu łowcy trawy sięgały do ramienia, w znacznej mierze utrudniając obserwację terenu. - Moglibyśmy ich minąć w odległości paru metrów i nic byśmy nie zauważyli.
Na szczęście nim upłynęło pół godziny trawy zmalały do - jak to określił Moloss - kulturalnej wysokości i przedzieranie się przez nie nie było aż tak wielkim mozołem. W oddali można było dostrzec stado jakichś roślinożerców, nad którymi krążyły szare ptaki.
- Głupcy... - powiedziała nagle Fradia, wskazując nikłą smużkę dymu wijącą się na tle pochmurnego nieba. - Po co im ogień w biały dzień? Toż to niczym latarnia morska.
- Kto wie, co kryje się w umysłach idiotów, co się pchają na Pustkowia - z uśmiechem powiedział Tilney.
- Zniknął - Kallid przerwał dyskusję. - Znaczy się, dym zniknął.
- Nawet nie mam zamiaru się nad tym zastanawiać - powiedział Aucassin. - Może być milion powodów takiego, a nie innego postępowania.
- W każdym razie oczy musimy otwierać zdecydowanie szerzej - powiedział Walter.
Oczy wszystkich skupiły się na Molossie.
- Wiem, wiem - mruknął tropiciel. - Zawsze wszystko ja...

Koło południa chmury, jak na złość zniknęły. Słońce, dziwnie ciepłe jak na tę porę roku, przygrzewało jakby mu za to płacili.
- Wody... Królestwo za wodę - zażartowała Thyone.
Bogowie pokazali, że potrafią być złośliwi i marzenie bardki spełniło się dość szybko. Niespodziewanie teren zaczął się obniżać, tworząc niewielkie zapadlisko. Stanęli na jego skraju, ze zdziwieniem wpatrując się w roztaczający się przed nami widok.


Dno mini-dolinki zajmowało bagienko. Tutejsza roślinność była zgniło-zielono-brązowa i zgniło-rdzawo-szara, poskręcana i zbita w mniejsze i większe kępy. Te chaszcze poprzetykane były czarno-brunatnymi kałużami i sadzawkami. Nad wszystkim unosił się wstrętny odór rozkładu, docierający aż do patrzących. Po wodzie pływały rozmaite szczątki, a do jej powierzchni raz po raz docierały bąble gazu, które pękając rozsiewały wokół jeszcze gorszy smród. Niektóre kałuże zarastały trzciny i inne wodne rośliny, a ponad tym wszystkim unosiły się chmary owadów. Niektóre z nich osiągnęły zadziwiająco duże rozmiary.
- Marzyłam o wodzie - powiedziała Thyone - ale w tej kąpać się nie będę. Pić też jej nie chcę. I zmywajmy się stąd, zanim jakiś potwór wylezie z tego bagna.
Nikt się nie sprzeciwił. Obeszli kotlinkę dość szerokim łukiem i ruszyli dalej. Nie uszli daleko, gdy w pierś idącego na przodzie Molossa trafiły dwa pociski. Na szczęście złamały się na jego skórzanej zbroi. Moloss cofnął się gwałtownie i dzięki temu minął go następny pocisk.
Nie widząc żadnego przeciwnika tropiciel machnął ręką, gestem sugerując zastosowanie manewru okrążającego.
W tym momencie Fradia wskazała rosnącą niedaleko kępę trzcin, która poruszyła się i spokojnie zaczęła oddalać.
- Węże, pijawki, to jeszcze można było zrozumieć, ale wojownicze trzciny? - Mark pokręcił głową.
Aucassin wziął do ręki resztki pocisku, który utkwił w zbroi Molossa i obejrzał dokładniej.
- Słyszałem o czymś takim - powiedział - ale nie wierzyłem. To był echinops. To zwierzątko strzela swoimi kolcami na jakieś dziesięć stóp, a końcówki tych pocisków bardzo łatwo się łamią i zostają w ciele. W żaden sposób nie można ich usunąć, chyba, że zrobi się głębokie cięcie. A jeśli się tego nie zrobi, to te śliczne małe końcóweczki przemieszczają się w organizmie coraz głębiej. I mogą spowodować śmierć.
- Ja też o tym słyszałam - wtrąciła swoje trzy grosze Thyone. - W jakiejś balladzie o Czerwonej Straży była mowa o tym stworze. Ale one wszystkie wyginęły podczas Burzy.
- Widać ten o tym nie wiedział - krzywo uśmiechnął się Kallid.
Ruszyli dalej, bacznie wypatrując podejrzanych kęp trzciny. Na szczęście inny osobnik z tej rodziny nie stanął na ich drodze.
Znaleźli za to coś innego.

- Popatrzcie - powiedział Walter, który w tym momencie szedł na czele małej grupki.
Kilka metrów od nich, niemal niewidoczny w trawie, leżał ogryziony do gołych kości szkielet jakiegoś stwora. Nie sam szkielet był jednak najważniejszy, tylko głowa - z wyglądu podobna nieco do końskiej, zwieńczona bardzo długim rogiem wyrastającym ze środka czoła.
- Idealne trofeum do powieszenia nad kominkiem - zażartował Mark.
- Jednorożec? - Na głos zaczęła się zastanawiać Fradia.
- Prawie - powiedziała Thyone. - To pewnie był monocerus. Jak głoszą opisy, które kiedyś czytałam, miał ciało podobne do końskiego, tylko większe. I kończyny bardziej grube. Dużo bardziej grube.
- To jeszcze młody okaz - stwierdził Moloss, który dokładnie badał czaszkę. - Nie ma jeszcze startych zębów.
- W takim razie wyobraźcie sobie - powiedział Tilney - jaki był stwór, który go zabił.
- Z pewnością niezbyt miły i sympatyczny - powiedziała Fradia. - Ale nie mamy co się zastanawiać. Martwić się na zapas nie ma sensu, A w razie konieczności stawimy temu czemuś czoła. Mało który stwór nie boi się ognia, jeśli zatem będziemy uważać, to damy sobie radę.
Thyone popatrzyła z pewną wątpliwością na mówiącą, ale nie rzekła ani słowa.
Mark, podobnie jak Thyone, nie skomentował wypowiedzi Fradii, ale jego spojrzenie sugerowało, że popiera przedmówczynię.
- Zorganizujemy zawody w szybkim rozniecaniu ognia? - Aucassin stłumił uśmiech.

- No proszę... - powiedział Kallid, gdy ponownie ruszyli w drogę. - Czyż to nie dziwne, że parę opowieści, jakie krążą na temat Pustkowi, okazało się prawdą? Na postoju wyciągniemy z was wszystko, co wiecie - spojrzał krzywo na bardów, celując w nich palcem. - Przypomnicie sobie wszystkie stare legendy.
- Zobaczymy, jak będzie z tym wieczorem - odparł Mark. - W nocy powinniśmy sprawdzić, jak się mają sprawy z naszymi, hm, przyjaciółmi. Jeśli coś nie będzie w porządku, to zainterweniujemy. A jeśli nie, to oddamy zabawkę i rozejdziemy się w pokoju.
 
Kerm jest offline  
Stary 13-10-2010, 15:58   #6
 
Lilith's Avatar
 
Po raz setny chyba, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, zamarła w bezruchu w trakcie wylizywania porzuconej przez Gh’Aa kości. W zasadzie nie pozostało na niej już nic, prócz jego zapachu. Gapiła się bezmyślnie w przypadkowy punkt na ścianie groty z koniuszkiem języka wystającym spomiędzy warg. Chamiała tu. Jeszcze parę miesięcy i stanie się zwierzęciem w pełnym tego słowa znaczeniu. Zapomni ludzkiego języka i sczeźnie w jakiejś zakazanej dziurze, opuszczonej przez bogów i ludzi. Westchnęła ciężko, ponownie zabierając się za machinalne wylizywanie sterczącego pomiędzy przednimi łapami wyczyszczonego do białości gnata.

‘Matko Sillene! Miej w swojej opiece tego głupiego spasionego kocura’ - pomyślała, potrząsając kudłami. W odruchu bezsilnej rozpaczy przeturlała się z boku na plecy i leżała tak, brzuchem do góry, z nogami wycelowanymi w pokryty czarnymi śladami sadzy strop jaskini.
‘Chyba sam Owrl pokarał mnie takim towarzyszem’. - Przewróciła zielono błyskającymi ślepiami, a jęzor zwisł jej smętnie z kącika uchylonego pyska, na którym malował się wyraz bezmiernego zdegustowania.

Przemiany zawsze napawały ją niechęcią. Nie znosiła sytuacji, które ją do tego zmuszały. Po pierwsze sprawiały ból. Niezmiennie, odkąd pierwszy raz zakosztowała mimowolnego przeistoczenia. Szczególnie nieprzyjemne były te pełne, kiedy musiała przeobrażać się z ludzkiej postaci bezpośrednio w kota, lub na odwrót. Unikała ich więc, jeśli tylko nie były bezwzględnie konieczne. Z kolei forma pośrednia, nie wymagająca aż tak wielkich poświęceń i cierpienia, była niestety najtrudniejsza do okiełznania. Niestabilna i dzika. Bywało, że w pewnych okolicznościach bestia wyrywała się spod kontroli, a efekty tego typu ekscesów miewały często fatalny finał. Zwłaszcza, gdy potwór budził się nagle, w stanie zagrożenia lub pod wpływem silnych emocji. No i sama aparycja stwora nie stanowiła zbyt zachęcającego do zawierania bliższej znajomości, widoku. Co poniekąd można było czasem zaliczyć do pozytywnych aspektów bycia... tym czym była. Większość cielesnych, inteligentnych istot, wliczając w to zwłaszcza ludzi, odbierała ją bardziej, jako wcielonego demona niż “ludzką” istotę.

Po co to wszystko? Po co to robi? Już dawno powinna była wziąć Gh’Aa za kudły i wynieść się gdzieś daleko od tej zgrai ludzkich pomyleńców. Jeśli oczywiście miała być rozsądna. Ale Lilith y’d Derrenamael rozsądna nigdy nie była. Przynajmniej takie miała o sobie mniemanie.
Może nawet przed samą sobą zaprzeczała temu faktowi, jednak Oren i jego dzieciak, a w sumie zwłaszcza dzieciak, fascynowali ją od samego początku. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej. Zaczynała tęsknić za ludzkim towarzystwem. Jakkolwiek było ono powodem jej obecnego odosobnienia, nadal jej na nim zależało. Z każdym dniem bardziej, choć wiedziała, że jeśli zdecyduje się znów wejść między ludzi, wcześniej czy później skończy się to kłopotami. Dzisiejsze wydarzenia dopełniły tylko miary.

Nie przyznawała się do tego przed Gh’Aa, ale od dawna obserwowała jego eskapady w pobliże osady i potajemne spotkania ze szczeniakiem Orena. Może i był nieświadomym zagrożenia dzieciakiem, ale ktoś bez strachu podchodzący do dzikiego ogromnego kota, żeby go podrapać za uchem i poczochrać po karku, nie mógł być potomkiem zwykłego zjadacza chleba. Nie było dwóch zdań. Miał rękę do zwierząt. Aż kusiło ją czasem, by dołączyć do towarzystwa i poczuć dotyk małych rączek.

Utkwiła zamyślony wzrok w czubek własnego, nerwowo podrygującego ogona, a potem przeciągłym spojrzeniem przesunęła po reszcie swoich kotowatych członków. Poderwała się na nogi. Nie skończy jako zwierzę, albo co gorsza, zdegenerowany nieludź. Poza tym musi koniecznie sprawdzić, kim jest ten cały Oren. Dlaczego banda najemnych imperialnych łapaczy pojmała jego syna i wlokła go ze sobą w bliżej nieokreślonym celu i w równie nieokreślonym, niezrozumiałym dla niej kierunku. Jeśli był wrogiem Imperium, zasługiwał na odrobinę zainteresowania z jej strony. Może był kimś cennym, lub wiedział o czymś, co było cenne dla tego, kto wysłał łowców. Jeśli tak, to może i ona jakoś by na tym skorzystała. Coś, co dotąd delikatnie stukało od wewnątrz w mózgu Lilith, domagając się jej uwagi, teraz postanowiło skorzystać z butów. Wzmożona aktywność objęła niemal cały obszar kory przedczołowej, o niezwykłej jak na tygrysa powierzchni i strukturze. Na razie jednak, nikt nie miał zamiaru zaglądać do wnętrza czaszki Lilith i badać owego fenomenu, za co ów potencjalny badacz powinien być niezmiernie wdzięczny losowi, trzymającemu go z dala od dotychczasowej, szczęśliwej posiadaczki.

Jako tygrys nie miała czego szukać wśród cywilizowanego (cóż za górnolotne określenie zgrai półdzikich mieszkańców Pogranicza) społeczeństwa. Nie miałaby też możliwości zabrania ze sobą mizernych, bo mizernych, acz jedynych ruchomości, jakie posiadała i z którymi niechętnie rozstawała się na dłużej. Wprawdzie mogła udać się w drogę w swojej naturalnej, kobiecej postaci. Gdyby nie to, że nie miała pojęcia dokąd uda się obiekt jej zainteresowania. Węch i słuch kocicy miały w tym przypadku niebagatelne znaczenie. Po drugie chciała jeszcze zajrzeć do osady, a dopiero później ruszyć w ślad za Gh’Aa. Nigdy nie dognałaby porywaczy jako człowiek, ścigając ich pieszo z pełnym ekwipunkiem na plecach. Po trzecie, noce w górach były wciąż cholernie zimne, w związku z czym nic nie nadawało się na tę okoliczność lepiej, niż gęste tygrysie futro. Poza tym garderoba Lilith nie zawierała zbyt imponującej ilości odzieży nadającej się do wciągnięcia na grzbiet na tyle, by wejść między ludzi i nie wzbudzić powszechnego zainteresowania. Miała nadzieję zdobyć w drodze coś bardziej odpowiedniego na podobne okazje.

Pozostawała tylko jedna możliwość, która wydała jej się ze wszech miar najodpowiedniejsza wobec sytuacji, w jakiej się znalazła i wobec celu, który sobie wyznaczyła. Każda chwila była cenna. W każdej chwili mógł znowu spaść deszcz, zacierając wszelkie ślady. Każda chwila oddalała ją od porywaczy, zwiększając ich szanse oraz znacznie ograniczając widoki ścigającego ich kocura na długi i szczęśliwy żywot.

Wyszła na zewnątrz jaskini intensywnie węsząc i nasłuchując. Siedziba Lilith wprawdzie nazbyt oddalona była od osady, by cokolwiek, co się tam działo dotarło do czułych zmysłów kocicy, lecz coś podpowiadało jej, że ludzie już wiedzą. Kwestią nie było pytanie czy Oren zauważył podejrzanie długą nieobecność syna, lecz raczej czy zaczął już coś podejrzewać. Pognała w stronę wsi, zdając sobie sprawę z tego, że włazi wszystkimi czterema łapami w grząskie bagno. Z dala dosłyszała ludzkie nawoływania. Bez trudu rozpoznała głos mężczyzny. Szukali go. Szukali Kyriana. Na próżno. Chłopiec, o ile wciąż jeszcze żył, był już prawdopodobnie daleko. Zbyt daleko, by mógł odpowiedzieć oszalałym z niepokoju rodzicielom nawet, gdyby jego porywacze do tego dopuścili.

Przyczajona, przeczekała aż mężczyzna minie ją, wypatrując śladów obecności chłopca. Śledząc go przez chwilę z ukrycia, zyskała pewność, że nieszczęśnik nie wie nawet, gdzie miałby go poszukiwać. Wzywając raz za razem imienia swego syna, przetrząsał każdy krzew, zaglądał w każde podejrzane miejsce z pełną desperacji konsekwencją i zapamiętaniem człowieka przeświadczonego o tym, że jeśli on tego nie dokona, już nikt nigdy nie odnajdzie i nie sprowadzi z powrotem do domu małego Kyriana. Rozumiała go w pewnym sensie. To dziecko nie miałoby prawa przeżyć samotnie na Pustkowiach dłużej, niż do zachodu słońca.

Wycofała sie powoli. W końcu nie zależało jej specjalnie na dorobieniu w skórze jakiejś dodatkowej dziury, której natura dla niej nie zaplanowała. Doprowadzony do ostateczności mężczyzna, miał przy sobie dostatecznie wiele przeznaczonych ku temu narzędzi. Wprawdzie nie obawiała się jednej czy dwóch marnych strzał, wolała jednak mimo wszystko nie wchodzić mu w drogę. Widok potężnej tygrysicy, która wylazłaby na niego wprost z zarośli, mógłby stać się przyczyną reakcji Orena niezupełnie zbieżnych z jej oczekiwaniami. Doskonale rozwinięty instynkt samozachowawczy zasugerował jej zatem delikatnie, możliwość skierowania zainteresowania w kierunku, skąd dobiegał ją inny głos. Głos świadczący swym brzmieniem, iż znajdowała się tam istota, która mogła stanowić kąsek ciut podatniejszy na kompromisy w kwestiach zawarcia bliższej znajomości z Kocicą.

Tym razem po krótkiej chwili obserwacji, wyszła po cichu tuż za plecami drobnej kobiety okutanej w ciemną chustę, którą chroniła się przed chłodem. Przeszła jeszcze kilka kroków zanim spostrzegła ruch za swoimi plecami. Stanęła jak skamieniała. Spazmatycznie chwytając oddech, powoli odwróciła głowę. Skraj chusty wypadł z jej zmartwiałych dłoni. Szal osunął się z ramion kobiety i opadł na ziemię u jej stóp.
Coś zabulgotało w głębi gardła Lilith przypatrującej się bacznie sylwetce znieruchomiałej kobiety, a czerwony jęzor oblizał czarno obrzeżone wargi tygrysicy.
Cholera! Jak szczury...’ - pomyślała rozdrażniona. - ‘Kolejny szczeniak już w drodze...’

 
__________________
"Niebo wisi na włosku. Kto wie czy nie na ostatnim. Kto ma oczy, niech patrzy. Kto ma uszy, niech słucha. Kto ma rozum, niech ucieka" (..?)
Lilith jest offline  
Stary 18-10-2010, 11:14   #7
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
- Słońce krwawo zachodzi, z nim reszta nadziei...
Kolejny cytat wygłoszony przez Aucassina spotkał się z mało przychylnym powitaniem w wykonaniu tejże samej osoby, co poprzednio, czyli Molossa.
- Nie wiem, czy cię tylko w zadek kopnąć, czy lepiej od razu udusić - powiedział tropiciel krzywiąc się przy tym z niesmakiem.
- A co? - oburzył się bard. - Nie mam racji? - spytał, wskazując krwisto czerwone słońce kryjące się z wolna za szczytami gór.
- Nie o rozbieżność twych słów z faktami chodzi, tylko o związki przyczynowo-skutkowe - padła odpowiedź.
Wygadanego zazwyczaj barda zatkało. Wzrokiem pełnym braku zrozumienia spojrzał na łowcę.
- Nie udawaj - Moloss pokręcił głową - że nie wiesz, co oznacza takie niebo. A jeśli nie wiesz, to ci powiem. Gwałtowną zmianę pogody na dużo, dużo gorszą - tłumaczył rzeczowo i bez pośpiechu. - A ponieważ to Pustkowie, to można się spodziewać wszystkiego najgorszego - gwałtownej ulewy, gradobicia, pokazu bijących z nieba piorunów. Albo i wszystkiego naraz.
- Wiem, wiem. Czytałem - powiedział Aucassin. - Ale co to ma wspólnego ze mną?
- Tutaj dziwnie łatwo spełniają się przepowiednie. - Moloss wykrzywił się złośliwie. - Jeśli coś się stanie złego, to będziemy wiedzieć, czyja to wina.
- Oj tam, oj tam... - Aucassin rzucił kolejnym cytatem, lekceważącym machnięciem reki zbywając zarzuty towarzysza wędrówki.
- Może jednak trzeba cię było utopić za młodu - powiedziała nagle Thyone, wskazując kłębowisko czarnych chmur, które nagle wychynęło zza postrzępionej grani. Błyskawica, niczym złote ostrze, przeorała czerń. Po niej przyszła druga i kolejne..
- Na demony... - zaklął Kallid, rozglądając się w poszukiwaniu miejsca nadającego się na przeczekanie burzy. - To ci się udało, Aucassin.
- Właśnie awansowałeś na stanowisko nadwornego proroka - dorzucił Tilney.
- Boicie się odrobiny wilgoci? - zdziwił się Aucassin. - Poszukiwacze przygód i skarbów, a strach was ogarnia...
Przerwał, wpatrując się zdumiony w ciemne kształty, które wyłoniły się nagle z niezbyt odległej ciemności, z rykiem i łoskotem uderzających o ziemię kopyt pędząc galopem w ich stronę.


- Na wielkie cycki Rahis... - wyszeptał Kallid, nie zwracając uwagi na niestosowność używania takiego słownictwa w obecności kobiet. Żadna z nich nie marnowała jednak czasu na zwracanie mu uwagi. Kallid nie skończył jeszcze mówić, gdy wszyscy zerwali się, ruszając biegiem w stronę znajdującej się kilkadziesiąt metrów od nich kępy drzew. Na szczęście nie był to byle zagajniczek wątłych sosenek, tylko kilkanaście dobrze zbudowanych, choć niezbyt wysokich pseudo-platanów.
Oczywiście wiedza o tym, że podczas burzy należy trzymać się z dala od wszelkich drzew nie była im obca, jednak każde z nich wolało wybrać w tej chwili mniejsze zło. Burza nie musiała potraktować ich piorunem, natomiast stado nie miałoby dla nich żadnych względów.

Okazało się za chwilę, że niepotrzebnie się trudzili wspinaniem na rozłożyste gałęzie. Stado, choć biegnące w wyraźnej panice, ominęło drzewa w bezpiecznej dla jednej i drugiej strony odległości.
- Co je mogło spłoszyć? - Mark na głos wypowiedział nurtujące wszystkich pytanie.
Setka, na oko, osobników różnej płci i wielkości, zbrojna w długie rogi i ciężkie kopyta, powinna była w stanie stawić czoło każdemu drapieżcy.

Gniewne warknięcie rozległo się ciszy, jaka zapanowała po przebiegnięciu stada. Wielkie czerwonawe kocisko, o zębach nieco zbyt długich, jak na zwykłego przedstawiciela gatunku kotowatych, dopadło jednego z drzew i - nie zważając na bliskość ludzi - wdrapało się na gałęzie.


- A ten czego się przestraszył? - spytał szeptem Tilney, na którym zdecydowanie większe wrażenie wywarła jedna kicia, niż całe stado trawożerców.
Kotek, widać przez naturę obdarzony świetnym słuchem, obrzucił mówiącego wzrokiem przypominającym spojrzenie kota na zbyt bezczelną mysz, a potem leniwym susem przeskoczył na bardziej od ludzi oddalone drzewo, po czym wspiął się na wyższą gałąź.
- Albo coś jeszcze większego, albo jakiś żywioł - powiedział po chwili Mark. - Przed trzęsieniem ziemi na drzewo by nie uciekał. I nie wygląda na takiego głupiego, by się tu chować przed pożarem. Poza tym pożar byśmy zobaczyli...

Woda szła.
Wysoki na dobrych kilka metrów wał wody sunął równiną w tempie galopującego wierzchowca.
- Do góry! - wrzasnęła Fradia, starając się przekrzyczeć narastający wciąż huk nadchodzącego żywiołu. Osobiście dawała już dobry przykład reszcie towarzyszy, wspinając się na wyższą gałąź. Zamiar był, teoretycznie przynajmniej, słuszny, ale w praktyce zdecydowanie spóźniony.
- Trzymać się! - krzyknęli równocześnie Mark i Walter. Ułamek sekundy potem fala uderzyła.

 
Kerm jest offline  
Stary 26-10-2010, 15:37   #8
 
Lilith's Avatar
 
Z kobietą Orena poszło jej niezupełnie tak, jak mogła tego oczekiwać po tak niepozornej i mdłej istocie. Wprawdzie narobiła wrzasku, ale nie omdlała, jak to podobno zwykłe były czynić niewiasty z Imperium. Dość łatwo jednak dała się zapędzić tam, gdzie chciała Lilith. Oddzielając ją od mężczyzny, bez zbytniego pośpiechu, bowiem w tym stanie nie mogłaby przecież zbyt szybko umykać, zawiodła ją do małego, zacisznego, ukrytego wśród zarośli jaru, gdzie jeszcze wyraźnie można było dostrzec ślady niedawnego pobytu szczególnego rodzaju drapieżców oraz ich ostatnich poczynań. Oczywiście kobieta nawet ich nie zauważyła. Przylgnęła tylko plecami do skalnej ściany. Teraz już mogła krzyczeć sobie do woli... Lilith ryknęła wyzywająco. Była pewna, że i Oren wkrótce się tu zjawi...

~ * ~

To, co po pewnym czasie opuściło chyłkiem, ukryty jar, średnio przypominało piękną tygrysicę, która weszła tam za ciężarną kobietą. Stwór co prawda również posiadał gęste, pręgowane czarno futro, potężne kły w wydłużonym pysku i ogon, który niczym bicz smagał teraz powietrze, lecz jego sylwetce obecnie daleko było do takiej, jaką choć w przybliżeniu można by było określić, jako typową dla tygrysa.

Po pierwsze, poruszał się na dwóch tylnych łapach o wydłużonych, jak u każdego kota stawach skokowych. Przednie zaś łapy, silne lecz smukłe, kończyły się chwytnymi dłońmi o ciemnych, ostrych jak brzytwy i długich na dobre dwa cale pazurach.
Stwór zarzucił grzywą czarnych jak noc, opadających kaskadą na barki i plecy, długich włosów, spoglądając za siebie błyszczącymi inteligencją, niemal pomarańczowymi oczyma, w których igrały iskierki satysfakcji i tłumionego rozbawienia, graniczącego ze złośliwością.





Droga powrotna do groty nie zajęła Lilith zbyt wiele czasu. Spakowanie paru nieodzownych czy chociażby w miarę istotnych w jej mniemaniu rzeczy, jakimi dysponowała, pochłonęło go jeszcze mniej. Broń, zwijane posłanie, trochę odzieży na wszelki wypadek oraz kilka zmyślnych akcesoriów opatentowanych niegdyś przez Many’ego. To on nauczył Lilith i Lynnoy’a, jak je zdobywać – choć była to sztuka niezbyt bezpieczna – i wykorzystywać ku własnemu pożytkowi. Ostatnimi laty nie raz ratowały w opałach Gh’Aa, lub ją samą. Potrafiły dać niezłego łupnia każdemu chojrakowi, który poczułby nagle nieodpartą chętkę na dywanik ze skóry tygrysa lub innego przedstawiciela kotowatych.

Trop kocura był wciąż dość świeży. W końcu wyprzedzał ją zaledwie o parę godzin. Część tego czasu dało się łatwo nadrobić zmierzając wprost do miejsca, w którym Gh’Aa jeszcze poprzedniego dnia odkrył ostatnie ślady łowców i ich małej ofiary.



Aż do Smoczej Iglicy zwanej potocznie przez mieszkańców Pustkowi - Grzędą, Lilith mogła spokojnie pobiec sobie na przełaj nie martwiąc się o to, że zgubi tropy. Polegając na wskazówkach kota, powinna gdzieś tam odnaleźć ostatnie miejsce obozowania łapaczy na ziemiach Pogranicza. Co chcieli osiągnąć uprowadzając chłopca i zapuszczając się w głąb terytoriów, które na ogół większość ludzi przybywających z zachodu uważała za przeklęte? Tego Lilith nie potrafiła na razie zrozumieć.

Nie wyglądało na to, by chodziło im o zwabienie Orena w góry. W takim wypadku zdaniem Kocicy, pozostawiliby wyraźniejsze, łatwiejsze do odnalezienia znaki. Poza tym wyraźnie zależało im na jak najszybszym oddaleniu się. Do czego w takim razie był im potrzebny szczeniak, jeśli nie mieli zamiaru wykorzystać go, jako przynęty na kogoś z jego bliskich? A jeśli chodziło im tylko o Kyriana, to czemu nie załatwili sprawy na miejscu zamiast wlec go, narażając własne karki na niebezpieczeństwa i pułapki Przeklętych Pustkowi? A może sam chłopiec przedstawiał sobą jakąś wartość? Jaką? I dlaczego na litość bogów nie skierowali się do któregoś z najbliższych Wolnych Miast, lub wprost pod skrzydełka Imperium?

Te i inne pytania zaprzątały głowę istoty tropiącej grupę włóczących się po Pustkowiu intruzów. A że nad jaźnią Lilith niepodzielne panowanie roztaczała obecnie Bestia, która posiadając własne priorytety, niechętnie oddawała pole swojej nosicielce, myślenie nie szło jej specjalnie sprawnie. A potem spadł deszcz. Masa deszczu. Krótko po tym, jak minęła Grzędę. Kolejny dzień spędziła zatem z nosem przy ziemi, próbując odczytać resztki pozostawionych przez szemrane towarzystwo, a nie zmytych przez strumienie wody spadającej bez ustanku z rozwartych upustów niebieskich, śladów. Nie pozostało ich wiele. Lazła w tym całym błocie, mając nieodparte wrażenie, że kręci się w kółko za własnym ogonem, wyrzekając przy tym, co to w czas taki, co i psa na dwór trudno wygnać, ona durna musi ganiać za niewdzięcznym sukinkotem, co to się w ludzkim szczeniaku rozmiłował i łeb swój pusty bezmyślnie na szwank naraża. W końcu obrała kierunek na czuja, nie rozpraszając się na kontemplowanie resztek ulotnych zapachów. Pozwoliła prowadzić się ślepemu instynktowi swojej ciemnej, demonicznej natury. Miała nadzieję, że wyjdzie na tym lepiej, niż na mozolnych poszukiwaniach.

Takoż okazało się wkrótce, iż powierzyła los swego druha w dobre... ręce? Po dwóch dniach natrafiła cudem na wyraźniejszy ślad. Miejsce popasu, opuszczone niedawno przez kilkoro podróżnych. Nawet padać, ku jej ogromnemu ukontentowaniu, przestało. Jako, że siły Bestii niespożytymi będąc sprawiały, iż energii, jak i entuzjazmu jej nie brakowało, pogoniła ze zdwojoną szybkością, wyraźnym teraz tropem. I niemal zaryła nosem w błoto, gdy gdzieś z boku dołączył do nich nowy, całkiem świeżutki ślad.

‘Psi nadali! Co jest?!’
Zdaniem Kocicy robiło się tu ciut nazbyt tłoczno. Dzikie ostępy pogórza zaczynały jej przypominać słynną nadbrzeżną promenadę spacerową w Mystwall. Pojawienie się na jej drodze kolejnej, na oko dziesiątki ludzi, było Tygrysicy kompletnie nie na rękę. Tym bardziej, iż nowi przybysze zdecydowanie zmienili kierunek marszruty, udając się dokładnie tą samą drogą, którą zmierzali ich poprzednicy. To nieco zbiło ją z tropu. W końcu kilkunastu przeciwników, to nie to samo ryzyko, co kilku.

Musiała przyznać, że kiedy wypadła... tak... wypadła spośród chaszczy - było to idealne określenie, które w pełni oddawało sposób, w jaki opuściła puszczę - widok, jaki otworzył się przed jej oczyma, nawet Bestii zaparł dech w piersi. Można było w nim utonąć. I rzeczywiście Lilith czuła, że tonie w bezmiarze traw całą duszą, choć większość znawców upierałaby się prawdopodobnie, iż ona oraz istoty jej podobne duszy nigdy nie posiadały, nie posiadają i posiadać nie będą. Pomijając jednakże wszelkie kwestie filozoficzno - egzystencjonalne, dla Lilith był to jeden z owych rzadkich momentów w jej życiu, w których to ona czuła się połknięta.

Trawiasta dolina tętniła życiem. Morze traw przecinały setki zwierzęcych szlaków. Kocica zdawała sobie sprawę, jak wiele najróżniejszych istot zamieszkiwało tę gęstwinę zieleni. Dzień chylił się ku końcowi, a żerujące na równinie istoty rozpoczynały właśnie swą wędrówkę, lub wręcz przeciwnie, udawały się na spoczynek. Atmosferę zdawał się wypełniać pozorny spokój i cisza, którą od czasu, do czasu zakłócały jedynie ryki, popiskiwania, pomruki zwierząt i ostatnie przed nadchodzącą nocą trele ptactwa. Nieboskłon, błękitny dotąd i świetlisty, zasnuwały odcienie szarości, a różowa łuna ostatnich promieni zachodzącego słońca nabierała intensywności, aż niemal tuż przed zapadnięciem zmroku, zapłonęła czerwienią ognia i żywej krwi.

Zanim całkowicie pociemniało, Lilith już pędziła wzdłuż zachodniego zbocza schodzącgo łagodnie w dolinę, pilnie obserwując wydeptaną wśród traw ścieżkę, którą prawdopodobnie podążali ludzie. Niemal mogła ich już dosięgnąć. Zobaczyć, wyczuć ich zapach. Skórę kocicy przebiegł nerwowy dreszcz. Potem kolejny, jakby wzdłuż kręgosłupa przegalopowało jej na bosaka całe stado larw Remorhaza. Wzdrygnęła się, a kłaczki futra zaiskrzyły błękitnymi ognikami. Coś dziwnego się tu działo. Powietrze naładowane elektrycznością drażniło wąsy czuciowe na pysku Kocicy, jakby ktoś uparł się kłuć ją po wargach i policzkach zimnymi szpilkami. Potrząsnęła łbem, aż jej uszy zaklaskały. Rzuciła kosym spojrzeniem ponad górskie granie i zamarła. Zza gór nadciągała ciemność. Gęsta, niemal namacalna. Kłębiąca się i groźna. Nadchodziła pomrukując wściekle i błyskając kłami wyładowań.



Życie w dolinie początkowo zamarło na chwilę, zaskoczone i przejęte zgrozą. Instynkt nie pozwolił jednak na poddanie się bez walki. Przestraszone zwierzęta bez względu na miejsce, jakie zajmowały w łańcuchu pokarmowy zerwały się do ucieczki. Bark w bark umykali obok siebie przedstawiciele trawożerców i drapieżniki. Zacięci zwykle wrogowie tolerowali wzajemną bliskość, która w innych okolicznościach musiałaby zakończyć się walką i śmiercią którejś ze stron. Teraz jednak ignorowali się wzajem w panicznej gonitwie o życie. Tygrysicy także coś podniosło włosy na karku i kazało jej gnać w górę zbocza. Od czoła doliny nadciągała zagłada. Wzmógł się gwałtowny wiatr, a powietrze wypełniło się narastającym hukiem. Wał skłębionej wodnej kipieli przetaczał się całą szerokością doliny, porywając z sobą wszystko, co było zbyt słabe, by oprzeć się sile żywiołu.

Rozpaczliwym skokiem wymknęła się z zasięgu fali, na ogonie czując krople pryskającej na wszystkie strony wody. Dla wielu jednak stworzeń, dla których rozległa dolina była dotąd domem, stała się teraz śmiertelną pułapką. Wiele z nich porwała woda. Wiele utonęło, wiele straciło życie wskutek uderzeń o konary i całe pnie drzew powyrywanych z korzeniami i niesionych spienionym, skotłowanym nurtem. Widziała kłębowiska gałęzi zniesionych na zbocza i osiadłych na brzegach opadającej już wody.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że cały czas wzywa i nawołuje Gh’Aa. Przebiegła jeszcze kilkaset jardów, zanim dostrzegła dwie, dwunożne istoty, gramolące się z wody i błota pozostałego po przejściu wody. Właściwie jedną gramolącą się i starającą się wciągnąć na suchy grunt drugą, która bezwładnie zwisała jej w ramionach.

Podkradła się bliżej usiłując jak najwięcej zobaczyć, sama pozostając niezauważoną. Nie było z tym większych kłopotów, bo ratownik, a właściwie, jak zauważyła po chwili, ratowniczka, pochłonięta była niemal całkowicie, nieprzytomnym młodym mężczyzną. Dyszała ciężko, zmęczona niedawną ucieczką przed żywiołem, a potem dźwiganiem bezwładnego ciała swojego towarzysza. Mimo własnego wyczerpania nie dawała za wygraną w staraniach o przywrócenie przytomności przyjacielowi, przemawiając wciąż do niego zduszonym, przejętym i tchnącym obawą głosem. Jedno słowo powtarzało się najczęściej. Kallid...
 
__________________
"Niebo wisi na włosku. Kto wie czy nie na ostatnim. Kto ma oczy, niech patrzy. Kto ma uszy, niech słucha. Kto ma rozum, niech ucieka" (..?)

Ostatnio edytowane przez Lilith : 12-11-2010 o 10:19.
Lilith jest offline  
Stary 02-11-2010, 14:09   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Kiepski nastrój, jaki zapanował w momencie kiedy odkryli, że po przejściu fali na drzewach pozostało ich mniej, niż było na początku, nie uległ zmianie, gdy brnęli przez coś, co jeszcze wczoraj było suchą jak pieprz równiną. Teraz były tu liczne kałuże i zwały błota, przypominające bardziej tereny zalewowe niż miejsce, po którym można spokojnie wędrować, bez obawy zamoczenia nóg.


- Cholerna woda... - Walter z trudem wyciągnął z błota but. - Skąd się to wszystko wzięło?
Aucassin wzruszył ramionami.
- Masz na myśli wodę czy błoto? Błoto to mieszanina piasku i wody, a woda? Ja się cieszę, że nie było jej więcej - powiedział. - Woda przyszła, woda poszła...
- I dzięki temu my też możemy iść - stwierdził Moloss. - Kolejna porcja deszczówki raczej nam nie grozi - dodał, obrzuciwszy krytycznym spojrzeniem okrojony szczytami horyzont. Czarne chmury, okazawszy swą niechęć do świata, zniknęły jak zdmuchnięte.
- Nikt mi nie wmówi, że to trochę deszczu tak się nagle rozmnożyło - Walter nie miał zamiaru zmieniać tematu. - Kolejnej takiej kąpieli możemy nie przetrzymać.
- Gdybym miał zgadywać, to powiedziałbym, że to woda z jakiegoś jeziora - powiedział Mark. - Jakiś wstrząs, albo sam czas sprawiły, że pękła jakaś naturalna zapora. Jak tylko znajdziemy Thyone i Kallida, to pójdziemy sprawdzić.
- A co z tymi mitycznymi porywaczami dzieci? - spytała Fradia.
- Jeśli przeżyli, to ich spotkamy - odparł Mark. - Jeśli nie... to też się o tym dowiemy.
- Biedny mały... - powiedziała Egeria.
- Teraz ta zaczyna - Tilney pokręcił głową. - Nawet nie mamy pewności, czy idzie z nimi jakieś dziecko, a nawet jeśli, to czy to nie jest czasem dziewczynka. Nie tylko chłopcy bawią się rycerzykami - uprzedził protest Egerii. - A niektórym zamiłowanie do zbroi pozostaje na dłużej. - Spojrzał na Fradię.
- Poza tym może iść z nimi z własnej i nieprzymuszonej woli, a wy tak od razu, z marszu, zrobiłyście z niego, czy też z niej, ofiarę porywaczy - dorzucił Moloss.
- Skończcie już te rozważania - Mark przerwał jałową dyskusję. - Skupcie się teraz na naszych zaginionych. Nie wiadomo, jak daleko poniosła ich ta woda.
- Mam nadzieję, że nie stało się im nic złego - powiedziała Egeria.
Jej niepokój był nieco uzasadniony - po raz kolejny mijali ciało jakiegoś zwierzaka, który uległ naporowi żywiołu lub padł pod kopytami pobratymców.
- Złego demony nie wezmą - stwierdził Tilney, który za swą odzywkę dorobił się nieprzyjaznego spojrzenia w wykonaniu Egerii i kuksańca pod żebro - ‘podarunku’ od Fradii.
- No dobra, dobra... - mruknął Tilney. - Dobrze wiecie, że ja też się o nich martwię.

Przyspieszyli nieco kroku. Mnóstwo czasu stracili czekając, aż woda opadnie do poziomu umożliwiającego wędrówkę i teraz wypadało to troszkę odrobić. Troszkę, bowiem bieganie po nieznanym terenie prosiło się o kłopoty.

~* ~

- Jak widać, co ma wisieć, nie utonie... - kobiecy głos pełen był ironii.
Kallid otworzył jedno oko, a potem zamknął je natychmiast.
- Zgiń, przepadnij - powiedział. - Miałem taki piękny sen, a ty mnie budzisz...
- Wstawaj, i to już. - Thyone, pozbawiona najwyraźniej serca, szarpnęła mężczyznę za ramię. - Spać sobie możesz kiedy indziej. Teraz łaskawie podnieś swoje szlachetne, acz leniwe cztery litery. Musimy znaleźć resztę.
- A nie lepiej poczekać, aż oni nas znajdą? - Kallid, z wyraźną niechęcią, usiadł. - Niech to szlag. Cały jestem mokry...
Ściągnął but, z którego wylało się na ziemię troszkę wody.
- Mokry, ale żywy - skomentowała bardka. - Wolałbyś być mokry i martwy? Poza tym, jakoś nie słyszałam, żebyś mi podziękował za uratowanie twojego marnego żywota.
- Uratowanie? - Kallid rzucił na nią kose spojrzenie. - Posłuchaj niewiasto... Gdy Mark krzyknął “Trzymać się”, to miał na myśli pień drzewa, a nie moje ramię. Gdyby nie ty, to by mnie fala nie ściągnęła.
- Typowe męskie marudzenie. - Thyone wzruszyła ramionami. - Zamiast się cieszyć, że znalazłeś się na łonie natury w towarzystwie pięknej kobiety, tylko narzekasz i narzekasz.
- Lepiej, ty piękna kobieto, pomóż mi znaleźć jakieś drewno na ognisko. Musimy się przebrać, wysuszyć, a ja nie mam pojęcia, co z moich zapasów ocalało przed żarłoczną wilgocią - odparł Kallid. - Jeśli zaś o łona chodzi, to zdecydowanie preferuję inne, niż wspomniane.
- Jedno drugiego nie wyklucza - stwierdziła bardka z dwuznacznym uśmieszkiem. - Za to nie bardzo wiem, jak sobie poradzisz z tym drewnem, co to niby mam ci, leniu, przynieść. Już sprawdziłam - moja hubka się rozpuściła, chociaż była w niby wodoodpornym opakowaniu.
- Nie trzeba było tak długo siedzieć w wodzie - uśmiechnął się. - Chociaż tobie kąpiel służy, to ekwipunkowi mniej.
- Służy? - Thyone odruchowo dotknęła włosów, które wyglądały niczym spadek po topielicy. Wyciągnęła z nich zaplątany tam kawałek jakiegoś zmokniętego badylka. - I co się głupio uśmiechasz, co? - Spode łba spojrzała na Kallida, który nawet nie starał się ukryć uśmiechu.
- Bo tak ciekawie wyglądasz z tymi kwiatkami we włosach. Jeszcze tylko brak ci motylka i baranka, a idealnie byś pasowała do postaci z popularnej piosenki.
- A chciałbyś może i ty stać się bohaterem piosenki? - Thyone wykrzywiła usta w złośliwym uśmiechu. - Satyrycznej? - sprecyzowała pomysł. - Wystarczy mi zwykłe ‘tak’ i masz sprawę jak w banku.
- Nie wierzę w banki. - Kallid pokręcił głową. - Nie przemawia do mnie ani Naczelny Bank Imperialny, ani banki Białej Wieży czy Smoka.
Thyone zerknęła podejrzliwie na swego rozmówcę... zastanawiając się przez moment, czy przypadkiem nie uderzył się w głowę mocniej, niż dotąd przypuszczała.
- Wracając do tego drewna - Kallid szybko zmienił temat. - Możesz mi pomóc?
- Ty chyba naprawdę uderzyłeś się w głowę - zaniepokoiła się Thyone. - W promieniu mili nie znajdziesz kawałka suchego drewna. Kawałka czegokolwiek suchego nie znajdziesz, chyba że masz lepszy plecak.
- Nie bój nic. - Kallid był nad wyraz pewny siebie. - Daj mi kawałek drewna, a ja ci zrobię ognisko, że aż hej.
- Jakie obrazowe określenie - skrzywiła się bardka. - Jestem pewna, że po prostu kantujesz. Jak zawsze, zresztą. Pamiętam aż za dobrze, jak ci zawsze szło rozpalanie ogniska.
- Mały zakładzik? - zaproponował Kallid. - Skoro tak jesteś pewna, że mi się nie uda...
- Zakład, powiadasz? - Thyone zawahała się na moment, zastanawiając się nad dziwną pewnością swego rozmówcy. - Blefujesz, draniu! - syknęła rozzłoszczona. - Myślisz, że się przestraszę, a ty potem będziesz się śmiać ze mnie? Zgadzam się! Zakład! O co?
- A masz jakąś propozycję? - ciemność ukryła uśmiech Kallida.
- O kolację! - wypaliła Thyone.
- Wystawna kolacja w najlepszym lokalu w Illaverdis - spytał Kallid - czy też zorganizowanie kolacji przy świecach tu, na Pustkowiach?
- Masz mnie za głupią? - odparła Thyone. - Co byś mi mógł tu i teraz zorganizować? Najwyżej przypalonego królika. Osobna sala w “Złotym Pucharze” i orkiestra, czterech grajków, przygrywająca przez cały wieczór. Dla wygrywającej wraz z osobą towarzyszącą.
- Zgoda! - Kallid wyciągnął rękę. - Kto wygra, bawi się przez całą noc przy wtórze orkiestry - uściślił. Wersja Thyone, jednoznacznie określająca płeć zwycięzcy, mogła zostać wykorzystana do unieważnienia zakładu. Z bardami trzeba było uważać, jako że potrafili się czepiać każdego słowa. - Z torbami pójdziesz, moja droga - dodał, gdy zakład został zatwierdzony.
- Powiedz mi jeszcze, mój drogi, czemu to ja niby mam zbierać drewno? - spytała bardka. - Wszak to typowo męska praca. Nie wymagająca myślenia, tylko trochę siły.
- A bo ty, skarbie mój, jesteś kobietą postępową i podział ‘dla pań’ oraz ‘dla panów’ stosujesz jedynie w łaźniach - odparł niezmieszany Kallid. - Poza tym, to się nazywa podział obowiązków. Ty zbierasz drewno, a ja rozpalam ognisko.

Po przejściu wody, różnych kawałków drewna było pod dostatkiem. Thyone, nie zwracając zbytnio uwagi na jakość składników przyszłego ogniska, zniosła w pobliże swego towarzysza niedoli parę naręczy mniej czy bardziej połamanych gałęzi.
Kallid w tym czasie nie próżnował. Zamiast jednak szykować się do uroczystego rozpalenia ogniska w stylu ‘jednym uderzeniem krzemienia’ majstrował przy kuszy, sprawdzając jej gotowość do działania.
- I co da ta zabawka, jak się pojawi taki monocerrus? - zapytała nieco złośliwie Thyone. - Dasz mu to do zjedzenia licząc, że się udławi?
- Co ty wiesz o zabijaniu - odparł niezrażony docinkiem Kallid. - Mam tu coś specjalnego. - Z kołczanu wyciągnął bełt, który nawet w mroku lśnił jadowitą zielenią. - W dwie sekundy powali byka.
- W dwie sekundy... - powiedziała Thyone tonem, jakim kobiety zazwyczaj wyrażały swoje opinie o mężczyznach i ich zabawkach.
- Znów jestem niedoceniony... - powiedział pełnym żałości głosem.
Równocześnie obojętnym na pozór spojrzeniem omiótł okolicę. Instynkt podpowiadał mu, że okolica może nie być tak bezpieczna, jak by się na pozór wydawało.
- A jak tam twoja broń? - spytał równie obojętnym tonem.
- Wszak jako mężczyzna powinieneś bronić słabej niewiasty. - Głos bardki wprost ociekał żrącą ironią.
Posłuchała jednak. Przekonała się już parę razy, że instynktu Kallida, wychowanka doków Wavefall, nie warto lekceważyć.
Kallid ustawił niezbyt zgrabny stosik z kawałków gałęzi. Jakość tej konstrukcji dobitnie świadczyła o tym, że brak wiary Thyone w umiejętności jej towarzysza była zdecydowanie uzasadniona.
- A teraz, złotko moje, zamknij oczęta - powiedział Kallid, najwyraźniej uznawszy, że przygotowania zostały zakończone. - Zamknij - powiedział cicho ale z naciskiem.
Wbrew sobie posłuchała.
Błysk był tak silny, że mimo zamkniętych powiek zobaczyła przed oczami kolorowe kręgi, a bijący od strony stosu drewna żar sprawił, że dotknęła twarzy pewna, że straciła brwi i rzęsy.
- Ty draniu - wysyczała, gdy wreszcie odzyskała mowę.
Ogień w najlepsze tańczył po gałęziach, nie przejmując się tym, że są one w znacznym stopniu nasycone wodą.
- A mówiłem, że będziesz miała ognisko - oznajmił triumfalnie Kallid.

~* ~

- Niech to szlag... - Gdyby nie pomocna dłoń Waltera Fradia rozłożyłaby się jak długa. - Bardziej śliskie, niż posadzki w sali audiencyjnej Najjaśniejszego Pana.
Aucassin parsknął śmiechem, słysząc to porównanie.
- Słyszałem - powiedział - że można się w nich przeglądać.
- Gdybyś nie opiewał w swych poemach złotej wolności i nie krytykował ogólnie pojętej tyranii, to sam byś się mógł przekonać - odparł Walter. - A tak, to musisz się opierać na opiniach osób trzecich.
- Bywalec imperialnych salonów przemówił - skrzywił się Aucassin.
- A żebyś wiedział - uśmiechnął się Walter. - Byłem tam. Raz, ale byłem.
Mark potwierdził słowa Waltera skinieniem głowy.
- Zabrałeś Waltera, a mnie nie? - w głosie barda zabrzmiało święte oburzenie.
- Nie marudź, Aucassinie - wtrąciła się Fradia. - Nie zachowuj się tak, jakbyś nie wiedział, że nawet nie zdążyłbyś wejść na schody pałacu, a już byś miał Lwy imperatora na karku. Nawet Mark by ci nie pomógł, jakbyś do lochu trafił.
- Każdy ma taką sławę, na jaką sobie zapracował - uśmiechnęła się Egeria.

- Popatrzcie... - Moloss, który wysforował się nieco przed grupę, wskazał widniejący w sporej odległości niewielki, jasny, migocący punkt. - Na moje oko, ktoś rozpalił ognisko...
 
Kerm jest offline  
Stary 07-11-2010, 17:20   #10
 
Lilith's Avatar
 
Lilith ostrożnie zeszła niżej. Kryjąc się, wykorzystywała ku temu wszelkie możliwości, jakie dawała jej natura. Głównym sprzymierzeńcem był mrok, a przecież każdy mrok ma swoje głębsze cienie. Poza tym teren, po którym wędrowała, oferował kotu sporo kryjówek. Zwalony pień, kępa wyższej trawy, jakiś głaz, drzewo czy krzew - wszystko to mogło służyć jako osłona przed oczyma podpatrywanej pary nieznajomych. Strzygąc uszami i łapiąc zapachy półotwartą paszczęką z wywieszonym jęzorem, przycupnęła za jedną z kilku skałek schodzących aż do podnóża stoku, tuż ponad granicę zalewu. Sterczały ze wzniesienia na zboczu, niczym grzebień na grzbiecie jakiegoś śpiącego jaszczura. Wyjrzała zza skały jednym okiem i natychmiast wycofała się przylegając do zimnego kamienia. Mężczyzna właśnie się ocknął.

W tym samym momencie Lilith zwróciła uwagę na zastanawiającą zmianę w zachowaniu dziewczyny. Wszelka troska i niepokój wyparowały z tonu jej głosu, jakby ktoś splunął na rozżarzony kamień z paleniska. Podobnie rzecz miała się z dotychczasową delikatnością w traktowaniu niedoszłego denata. Świeżo dobudzony chłopak nie pozostał jej dłużny, jednak po chwili napastliwe tony ponownie zmieniły zabarwienie emocjonalne, wyraźnie przechodząc w - na oko przyjazne - droczenie się. Lilith wyszczerzyła się pod wąsem przysłuchując się niemilknącej, ciętej wymianie zdań.
„Przyjaźń czy kochanie?” Pytanie samo cisnęło się do głowy, choć wnioski nie wydawały się do końca jasnymi.

Warto było jeszcze trochę poczekać. Podsłuchać. Możliwe, że w końcu, nieświadomi jej obecności, powiedzą coś z czego można będzie wywnioskować, czego właściwie tu szukają. Przekonać się w pełni czy stanowią jedną grupę z porywaczami, czy też podążali tropem tamtych w zgoła innych celach, niż chęć dołączenia do nich. Nos podpowiadał jej, że nie mają z tamtymi wiele wspólnego. Trudno jej było określić co było tego powodem, ale ze zdziwieniem złapała się na tym, że bawi ją i intryguje obserwowanie tych dwojga, choć bestia wyczuwając z tak bliska ludzki zapach, aż rwała się, by się uwolnić. Zepchnęła ją siłą do głębszych warstw świadomości, zagłuszając w sobie, jej chciwe krwi instynkty. Czasem bywała wdzięczna swoim wychowawcom, iż nie szczędzili wysiłków, aby nauczyć ją sposobów na ujarzmianie potwora. Sądząc z dotychczasowych doświadczeń nabierała z każdym dniem większej pewności, że gdyby była pilniejsza oraz odrobinę mniej pasywna i krnąbrna, dziś prawdopodobnie potrafiłaby panować nad sobą w sposób niemal doskonały.

Na zdrowy rozum, ocalała z powodzi dwójka ludzi powinna była jak najszybciej zadbać o to, by po zimnej kąpieli nie wychłodzić się jeszcze bardziej. O tej porze roku w górach woda bywała lodowata. Nocna pora gwarantowała, że zrobi się jeszcze chłodniej. W mokrej odzieży nie wytrzymaliby długo. Jednakowoż para niedoszłych topielców nie zawiodła przeczuć tygrysicy, iż ma do czynienia z istotami inteligentnymi i okazała na tyle rozsądku, by zadbać o siebie i pomyśleć o rozpaleniu ognia. Miało to także inne pozytywne strony, ponieważ za jakiś czas prawdopodobnie, na terenach pozalewowych pojawią się drapieżniki i padlinożercy spragnieni świeżej dostawy mięs rozmaitego rodzaju. Kocicy ogień absolutnie nie przeszkadzał, ani nie stanowił problemu, który potrafiłby powstrzymać ją przed zawarciem nowej znajomości. W zasadzie już dawno mogła załatwić sprawę, gdyby nie chęć zaspokojenia ciekawości. Jeśli spotykało się kogoś na szlaku, warto było dowiedzieć się z kim ma się do czynienia, niezależnie od tego czy miałoby się mu potem pozwolić udać własną drogą, czy też odgryźć tyłek.

Inna sprawa, że dziewczyna w poszukiwaniu opału zaczęła wkrótce kręcić się w tę i z powrotem, co mogło skończyć się odkryciem niepowołanej pary uszu ukrytej za sterczącymi w nieznacznej odległości głazami. Tygrysica zerknęła w górę, mierząc fachowym okiem kilkumetrowej wysokości megalityczny, skalny grzebień. Poczekała na moment, kiedy oboje spojrzą w innym kierunku, a kiedy to nastąpiło, wybiła się i jednym susem dostała się na górę. Rozpłaszczyła się natychmiast na skale. Wszystko poszło bezszelestnie i niezauważalnie. Przytrzymała łapą ogon, który śmigał na wszystkie strony jak oszalały. W samą porę, gdyż dzielna, młoda niewiasta przedefilowała właśnie z naręczem badyli tuż obok miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą ukrywała się istota, której widok mógłby ją przyprawić o niezłą konsternację.

Kocica patrzyła na nią z góry coraz to bardziej łakomym wzrokiem. Musiała mocno trzymać się w karbach. Tak łatwo byłoby skoczyć jej teraz na plecy i skręcić kark. Nawet nie zdążyłaby pisnąć, a tamten nawet by nie zauważył. Z trudem powstrzymała narastający w piersiach pomruk. Zniknęłaby w ciemności i cierpliwie poczekała na chwilę nieuwagi chłopaka. Byłby następny. O dwoje intruzów mniej na świecie. Nieświadomie wysunięte pazury rozdarły warstwę pokrywających skałę mchów. Zgrzytnęły leciutko. Tylne łapy nerwowo udeptywały skałę, szukając równego miejsca do odbicia się. Znów musiała mocno chwycić bestię za gardło. Była wściekła i rozdygotana. Taka okazja mogła już się nie trafić.

No i... przepadło.
W ciemnościach nad wodą ozwał się dziwny terkot. Jak gdyby ktoś szybko uderzał o siebie dwoma suchymi patykami. Lilith zastrzygła uszami starając się zlokalizować dokładniej źródło dźwięku. Niczego nieświadoma dziewczyna zawróciła z uzbieranym naręczem gałązek. Wróciła spokojnie do przekomarzania się z chłopakiem, który tymczasem czynił mały przegląd w podręcznym arsenale.

Przezorny młodzieniec. Możliwe, że aż nazbyt przezorny, jak na gust Lilith. Szczególnie jeden z bełtów do kuszy wzbudził szczególną troskę Kocicy. Zielone, fosforyzujące światło, które wydzielał jego grot, wskazywało dobitnie, iż w razie jakiejś niepolitycznej sytuacji, miałaby do czynienia z bronią nie tylko konwencjonalną.
Terkot powtórzył się. Jakby odrobinę wyżej.
Odpowiedziało mu kilka dziwnych kląsknięć i świszczących syków z dołu. Z kilku miejsc na raz. Włosy na karku Tygrysicy zjeżyły się. Robiło się naprawdę gorąco. Skrzywiła się z niesmakiem. Wyglądało na to, że nie tylko ona wywęszyła parkę słodkich, młodziutkich człowieków.

Swobodny sposób zachowania podglądanych, nabrał jak gdyby odrobiny rozwagi. Ich ruchy stały się płynniejsze i oszczędniejsze w gesty. Dziewczyna przysunęła się do swoich, pozostawionych pod opieką chłopaka rzeczy, a potem niedbałym ruchem wzięła do ręki kuszę, sprawdzając jej gotowość do użycia. Po przeprawie z gwałtowną powodzią, jak najbardziej miało to sens, ale Tygrysica zastanawiała się przez chwilę czy aby nie ma to czegoś wspólnego z jej obecnością.

Lilith, podobnie jak towarzyszka młodzieńca zwanego Kallidem, kpiąco przypatrywała się jego nieudolnym staraniom ułożenia konstrukcji, która bardziej przypominała kupę przypadkowo rzuconych na ziemię gałęzi, niż zalążek obozowego ogniska. Nie była pewna czy dziewczyna odwrócona do niej plecami posłuchała żądania chłopaka, by zamknęła oczy. Byłoby lepiej dla niej, gdyby to potulnie uczyniła, o czym Kocica mogła przekonać się po kilku chwilach na własnej skórze. Szorstki jęzor nerwowo oblizał pysk kocicy, obejmując swym zasięgiem cały nos. Kallid odsunął się jeszcze odrobinę od stosu gałęzi, po czym z rozmachem rzucił w nie czymś, co brzdęknęło cicho, rozbijając się w drobny mak. W tej samej chwili stos gałęzi zajaśniał niczym słońce strzelając wokół iskrami płynnego ognia. Lilith przez moment doznawała wrażenia, że część tych iskier trafiła ją prosto w gałki oczne, wbijając się w nie tysiącem igiełek.

Przez chwilę - zanim zrozumiała bezcelowość tych zabiegów - rozpaczliwie próbowała zetrzeć łapami z pyska plamę - żarzącą się pod powiekami zielonym, kłującym światłem i wypełniającą jej niemal całe pole widzenia. W tej samej chwili w kocich uszach zawibrowały dochodzące z ciemności piski o tak wysokiej częstotliwości, iż raczej niesłyszalne dla ludzi. Podobny los musiał spotkać większość podkradających się do nich cichcem gadzin. Oprócz tych dwóch zabłąkanych po drugiej stronie skalnego grzebienia...

Teraz mogła polegać wyłącznie na słuchu i węchu. Z dołu zalatywało rybą. Wściekły terkot, skrobanie i dźwięk przypominający łopot płachty materiału uzmysławiał jej, że coś wdrapuje się na megality. Co gorsze, bardzo blisko tego na którym się właśnie rozpłaszczała, próbując wtopić się w ciemność. Odwróciła się, starając się poruszyć jak najmniejszą liczbą mięśni. Przesunęła się odrobinę, by przygotować się na atak. Wzrok ciągle zasnuwała szaro zielona poświata. Po zapachu i głosach z ciemności mogła jedynie domyślać się co to za stwory.

‘Żebym się tak do trumny nie wpasowała’ – warknęła w duchu –‘Skakuny, psia ich mać!’


Zbliżało się do niej coś, czego wyobrażenie uruchomiło jej pamięć gatunkową. Ta zaś nakazywała odszukać wysokie drzewo i wspiąć się na nie. Natychmiast! Albo jeszcze szybciej. To, co zbliżało się w ich stronę, organicznie przystosowane było do rwania pazurami i szarpania kłami. Spacyfikowała spóźnioną pamięć gatunkową i wyszczerzyła się uprzejmie w zalegającą przed nosem ciemność.
‘Mogłybyście się jeszcze trochę wstrzymać?’ Mruganie i przewracanie załzawionymi oczami jak na razie niewiele dawało. ‘Proponuję przedyskutować wasze sugestie, co do jadłospisu dzisiejszej kolacji’.
Coś zakotłowało się niebezpiecznie blisko wierzchołka głazu. Lilith wierzgnęła. Chrobotanie z dołu przeszło w łopot, a tuż po tym w tryumfalne gdakanie. Prosto w pysk Kocicy wionął ohydnie cuchnący oddech. W ciemnościach zamajaczył cień nieco jakby odmienny, niż znajoma już plama. Nie czekała aż się przedstawi. Kopnęła z całej mocy w wyszczerzony pysk o gadzim, bezdusznym wejrzeniu. Pazury zazgrzytały na twardych łuskach. Coś jej chrupnęło w kolanie. Potraktowana kopniakiem kreatura powtórnie wynurzyła się zza krawędzi skałki z wrzaskiem, w tonie którego brzmiała solidna nuta irytacji.

Uderzenie kościstego łba wytrąciło jej z łap dziryt. Nie miała czasu spojrzeć, jak tam na dole radzi sobie z resztą biesiadników młodzież płci obojga. Parując następujące raz po raz ataki kłapiącej paszczy, starała się równocześnie utrzymać na skale, unikać zębów poczwary i znaleźć w śmierdzącej opancerzonej facjacie jakiś słabszy punkt, przez który dałoby się przebić do głębiej ukrytych, acz istotnych dla funkcji życiowych przeciwnika, organów. Można powiedzieć, że przynajmniej częściowo jej się powiodło. Ostrze jataganu, złośliwie ześlizgujące się dotąd po twardych, jak kamień łuskach, trafiło wreszcie na nieco podatniejszy grunt. Gad ryknął boleśnie, a łapa Lilith zaciśnięta na rękojeści pchnęła je jeszcze głębiej. Ile się dało, póki na przedramieniu nie zatrzasnęły się jej, jak imadło, naszpikowane kłami szczęki. Ryknęła przeszywająco. Skakun poderwał się spazmatycznie, a potem zwalił w dół na łeb, na szyję. Kocicą szarpnęło. Wywinęła fantazyjnego kozła i runęła za gadem, niczym ogon komety. W locie zdążyła jeszcze stwierdzić, że spada raczej po niewłaściwej stronie.

Nie była pewna czy to ona, czy ziemia tak jęknęła, kiedy doszło do ich spotkania. Bo napewno nie skakun, który co jak co, ale wnuków nie miał szans się już doczekać. Rozerwała martwe szczęki ściskające nadal jej krwawiącą łapę i wyszarpnęła broń z gardzieli podrygującego jeszcze stwora. Podnosząc się niezgrabnie, bo we łbie jej huczało, rzuciła okiem w stronę ogniska i trwających w jego okolicach zmagań.

- A niech mnie kilmulisz iszka - wysepleniła z niemałym trudem, albowiem pewne anomalie w anatomii pyska, stanowiły przyczynę drobnych problemów z artykułowaniem dźwięków mowy ludzkiej.
 
__________________
"Niebo wisi na włosku. Kto wie czy nie na ostatnim. Kto ma oczy, niech patrzy. Kto ma uszy, niech słucha. Kto ma rozum, niech ucieka" (..?)

Ostatnio edytowane przez Lilith : 12-11-2010 o 10:20.
Lilith jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:01.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172