Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-10-2010, 14:56   #1
 
Bothari's Avatar
 
[autorski: Triada, 18+] Miasto

Miasto. Mury i masa domów. Tuż obok śmierdząca Rzeka. Nie nie ... nie rzeka a Rzeka. Ta Rzeka. Niektórzy mówią, że to uosobienie Adere, bogini Pani, opiekunki kobiet, dzieci a przeciwniczki mężczyzn. Jeżeli tak ... to marynarze są dziećmi. Tuż obok miasta do Rzeki wpada Laawa. Też jest rzeką, ale już nie Tą. Laawa niesie z gór barki wyładowane rudą i surówkami.

Miasto ma imię. Thalaf. Leży w Imperium Senilenu. Co prawda wszyscy mówią po prostu Imperium, bo sama nazwa zmieniła się w ciągu ostatnich 200 lat szesnastokrotnie. Każdy nowy Imperator nazywał państwo od swego imienia. Teraz włada Senil.

Thalaf jest dużym miastem jak na standardy Senileńskie. Dwieście tysięcy dusz, to już nie przelewki choć Kari Senil (tłumacząc z jakiegoś tam - Wielki Senil, stolica, zgadnijcie skąd nazwa i jak często się zmienia) liczy ich prawie pół miliona a Giat niewiele mniej. Jakby nie było Thalaf jest duży. Jest dzielnica pałacowa, jest willowa, jest stara dzielnica handlowa, podgrodzie wysokie i dwa podgrodzia poza murami: rzeczne i hutnicze.

Pierwsze co widać zbliżając się lądem do Thalaf to dymy nad dzielnicą hut. Potem te dymy czuć, bo niestety wiatr zawsze wieje od Rzeki. Ciekawe co? Podobno nad morzem bryza zależy od pory dnia. Rano inaczej wieczorem inaczej. Tu zawsze od Rzeki, więc chłopi uprawiający ziemie opodal miasta nie mają zbyt przyjemnego i zdrowego powietrza ... ale za to w Thalaf jest znacznie przyjemniej. Tylko ten smród ryb ...

Dla bogaczy najważniejsze są dzielnice Willowa (bo tam mieszkają, zasmarkańcy) i Stara Handlowa (bo tam pracują i tracą sakiewki). Dla mieszczan Stara Handlowa (bo tu kupują, pracują i tracą sakiewki) i Wysokie Podgrodzie (bo tam robią całą resztę). Dla nas istnieje tylko Wysokie. Tu żyjemy, bawimy się, kradniemy, uciekamy przed strażą i strzelamy z proc konie bogaczy. Mieszkamy w Tartaku. Nie ... nie zakładzie gdzie tną drewno na deski. Tartak to najgorsza część Wysokiego. Tu są wszystkie meliny, stare budynki, kiepskie burdele i cała reszta rynsztokowego życia. Tu nie zapuszczają się kozły. Kozły, czyli staż miejska, bo mają takie głupie hełmy, które ciągle muszą nosić. No i ich szóstkowi mają gwizdki, które nie gwiżdżą, tylko tak dziwnie beczą.

Mówię wam o tym, bo musicie poznać miejsce, gdzie cała historia się zaczyna. Miejsce, gdzie wychowała się Lisek i gdzie rozpoczęła się zadyma. Kiedyś nie wolno było o tym mówić. Teraz mogę więc opowiem.

Wszystko zaczęło się od straganu z biżuterią na Diamentowym. Tam kiedyś ktoś wymyślił, gdy jeszcze były tylko Pałacowa, Willowa i Handlowa, że zrobia nową dzielnicę i na niej najwiekszy targ. Dookoła wybudowali ulice i zostawili miejsca na domy. Całość ogrodzili wielkim murem, dołożyli kanalizacje i powiedzili - budujcie się kto chce. Prawie im wyszło. Tak powstało Wysokie. Diamentowy zaś jest największym z targów ale ... daleko mu do diamentów. W zasadzie nikt z Willowej tu nie kupuje. Ani nawet ze Starej Handlowej. Staganów napchane jest tak, że trudno się przecisnąć. Na pięć kroków to już nic nie widać. Tu konie, tam ubrania, dalej liny ... jest wszystko. Wszystko na kupie, na sobie. Pierdzielnik jakich mało. I właśnie tu zarabiamy. Bo w takim ścisku zwędzić coś jest bardzo łatwo.

Tak właśnie zaczęła Lisek. Siedziała i słuchała ślepego flecisty, co to zawsze zbiera tam jałmużnę. Niezły jest. A na wprost był stragan. Obsługiwała go Stara Kaflowa (kutwa jakich mało, ale na szczęście prawie ślepa). Swoja była, więc jej się nie kradło. Ale Lisek ukradła. Jeden brzydki wisior ...
 

Ostatnio edytowane przez Bothari : 20-10-2010 o 15:35.
Bothari jest offline  
Stary 24-10-2010, 19:29   #2
 
szarotka's Avatar
 
To wszystko było winą flecisty.

Rynek pękał w szwach, jak to zwykle bywa w dzień wolny od pracy, emanując całym wachlarzem dźwięków znanych każdemu mieszczaninowi; pokrzykiwaniem przekup i targowaniem się kupców, rżeniem koni i gdakaniem kur, szelestem materiałów, stukaniem misek, garnków i dzbanków, odgłosem nalewanego z beczek piwa, dźwiękiem rozsypywanych owoców i pomstowaniem na złotą młodzież, śmiechem kobiecym oraz głośnymi rozmowami, skwierczeniem pieczonych jabłek, podzwanianiem monet i wieloma innymi. Ponad tym wszystkim unosiła się, jak pachnący dym, melodia fletu, ginąc i pojawiając się na nowo, obiecując coś niejasnego ale kuszącego, niczym zapraszający gest dłoni.

Lisek siedziała na skrzyni po pomidorach, oplatając kolana ramionami i gapiła się bezmyślnie na stragan przed sobą. Barwny tłum przewijał się obok niej, ale wydawała się nie zauważać nikogo.
Kaflowa, uwijająca się naprzeciw, weszła na wyższy ton zachwalania swoich towarów. Rozkręcała się. Była sztandarową postacią targu; obwieszona koralikami i łańcuszkami, z kolczykami wyposażonymi w dzwoneczki, z błyszczącymi zapinkami w rzadkich włosach, a na dokładkę z dużym srebrnym kółkiem kołyszącym się w nosie (zarzekała się, że z prawdziwego kruszca). Taka forma promowania straganu była całkiem skuteczna, bo ciągle nad wystawioną na ladzie biżuterią pochylali się zainteresowani klienci.
Lisek przyłapała się w końcu na fakcie, iż spogląda wciąż w jeden punkt, a właściwie na jedną rzecz. Gruby, powyginany wisior, mrugający do niej zamglonym, biało pasiastym krzemiennym okiem zza przechodzących w jedną i drugą stronę ludzi, zdawał się wołać “tu jestem, popatrz na mnie”. Był okropnie brzydki, jak nieudane dzieło czeladnika kowalskiego. A jednak emanował czymś takim... nieokreślonym, co wabiło, niczym wystawiony na wystawie cukierni tort z wisienką.
Swojakom się nie kradnie; skarciła się w duchu za myśli, które jeszcze nie zdążyły przebiec przez jej głowę. Kaflowa może była krową, ale uczciwą. Po za tym co zrobić z taką tanią błyskotką? Złomu, który nawet nie udaje biżuterii, nie dałoby się nikomu opchnąć.
Wróciła wzrokiem do straganu. Wisiorek znów był na widoku. “Weź mnie”; zachęcał niemo. “Weź go”; śpiewał flet.

Jasne, odbite gdzieś światło błysnęło po twarzy dziewczyny. Odwróciła głowę w stronę siedzącego o rzut kamieniem dalej kumpla z baranem czarnych, kręconych włosów na głowie; Wyciora. Najlepszego z całej bandy towarzysza eskapad. Okupował właśnie tyłkiem stos worków z wełną i dłubiąc w zębach, bawił się wypolerowaną na gładź metalową broszą. W rzeczywistości używał jednego z najstarszych systemów komunikacyjnych ulicy; pojedynczy odblask oznaczał umówiony sygnał; coś jak pytanie “w porządku?”
Lisek obróciła gładki medalik na swoim łańcuszku tak, by złapał promienie słoneczne. Błysk, błysk. Akcja.
Wycior zlazł z worków i niefrasobliwie, obgryzając jabłko, zaczął statecznym krokiem krążyć pośród kupujących, oglądając rozłożone towary. Ruda wykorzystała chwilowe stłoczenie przy straganie Kaflowej i podziwiając z bliska jakiś pierścionek, wsadziła drugą ręką brzydki wisior w kieszeń.
- Złodziej! - zagrzmiało gdzieś nieopodal głosem Wyciora.
Istnieje dowcip o Diamentowym, iż gdy ktoś krzyknie na środku targu “Łapać złodzieja!”, połowa ludzi zacznie uciekać.
Teraz co prawda tłum nie rzucił się do wyścigu, ale zapanowało poruszenie i popłoch macania własnych sakiewek; ktoś tam faktycznie zaczął biec, dzięki czemu Lisek spokojnym krokiem mogła oddalić się od straganu, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

Kolega dołączył do niej po drugiej stronie targu, z rękami w kieszeniach.
- Co tam zwinęłaś, pochwal się.
Wyciągnęła zdobycz i rzuciła mu w dłonie, zaś chłopak obejrzał przedmiot okiem znawcy.
- Nie pomyliłaś kieszeni? To ten twój łup? Nie dość, że kradniesz Kaflowej, to taki złom.
- To jakoś tak odruchowo - wzruszyła ramionami - Wydawało mi się, że on mnie wołał.
- Wisiorek cię wołał - powtórzył Wycior tonem zatroskanego medyka. Lisek łypnęła na niego złowrogo, ale poczuła się cokolwiek głupio. Zabrała mu błyskotkę, burknąwszy coś niezrozumiałego. Natomiast chłopak nie dawał za wygraną.
- A jak cię wołał? Taś, taś, czy cip, cip? - dociekał z niezmąconą powagą. I tym samym przebrał miarę, ale zupełnie świadomie. Bo zanim koleżanka zamachnęła się, by ciepnąć go w łeb, szelma uskoczył - prosto w stos koszyków wiklinowych. Dysząca żądzą zemsty rudowłosa rzuciła się za nim i po chwilowym rozgardiaszu wybiegli z rynku, odprowadzani groźbami i pokrzykiwaniami straganiarek. Pokonali pędem kilka ciasnych uliczek i zakrętów, zaplątali się w pranie rozwieszone nisko między oknami naprzeciwległych budynków, aż zziajani i roześmiani wpadli na teren znajdujący się pod opieką Gangu. Tartak.

Może nie pachniało tu konwaliami, a z ziemi nie dało się jeść jak z talerza, ale było swojsko i bezpiecznie. Oczywiście dla tych, którzy tu żyli. Gang liczył kilkanaście osób, jednak dzielił się na trzy grupy, z których każda zajęła swój obszar wpływów. Generalnie się dogadywały, chociaż bywały gorsze i lepsze dni. Banda Liska nazywała się Rysia i zajmowała melinę w obrzeżnej części Tartaku. Pozostałe dwie: Kunia i Wilcza, osiadły w centralnej.
- Hola chłopaki - witano się wzajemnie, przekraczając próg starego, zeżartego przez korniki spichlerza, wkraczając tym samym w “Rysie” królestwo.
W smugach światła, wpadających przez wysoko umieszczone okienka, widać było duże połamane skrzynie, zagracające w znacznym stopniu powierzchnię użytkową; jakąś łódkę odwróconą do góry dnem, z wielką dziurą, pamiętającą czasy dziesiątego Imperatora, a także stare puste wory, porwane sieci i insze przedmioty wspominające składowane tu niegdyś dobra. Tylna część spichlerza była ogarnięta i obstawiona skrzyniami, niczym ścianami, zaś na powstałej powierzchni urządzono całkiem znośne lokum mieszkalne. Znalazły tu miejsce zarówno sienniki, jak i stoliki (w różnym stopniu kompletne), a nawet kilka krzeseł i półka. Każdy z pięciu członków bandy posiadał również własny skarbiec: czy to kufer, czy zamykany kosz, czy zwykłą beczkę. Były to jedyne przedmioty których zawartość pozostawała nietykalna dla wszystkich z wyjątkiem właściciela i zasady tej względnie przestrzegano.
- Hola, a temu co?
- Przepity - mruknął chudy chłopak o podkrążonych oczach, siedząc na chybotliwym stołku i oglądając kawałek pomazanego płótna. Maro, głowa bandy (bo to on przywitał Liska i Wyciora) lubił rysować jakieś labirynty na materiale. Twierdził, że poprawia plany kanałów, chociaż wszyscy i tak doskonale je znali. Jeden rzut oka na siennik wystarczył, by stwierdzić, że owym “przepitym” osobnikiem jest nikt inny, jak Kubek - złodziej, amant i hazardzista w jednym. Jego zielona twarz i miska pod nosem sugerowały, że znów spędził noc z lubymi butelkami.
- Lisica, weź tego nowego i Groźnego, pokaż mu teren - odezwał się Maro znad swojej “mapy” - Ja muszę obgadać coś z Wyciorem.
Przewaliła oczami, rzucając wisiorek do swojego koszyka wiklinowego i napełniła kieszenie kamykami i metalowymi kulkami. Przyzwyczaiła się, że ich mózg wraz z kominiarzem (bowiem Wycior - jak wieściło przezwisko - jako jeden z nielicznych chłopaków mógł poszczycić się wyuczonym zawodem) mają wiecznie “coś do obgadania”. Zwykle były to tak nudne tematy, że nawet nie wysilała się na podsłuchiwanie, woląc bardziej produktywne spędzanie czasu.

“Nowy” nazywał się Vak i faktycznie był od niedawna w bandzie. Zastąpił Szczura, po którym miesiąc temu wszelkie wieści przepadły. Niektórzy zwolennicy teorii spiskowych opowiadali historie, że rzekomo skończył w lochu za podniesienie ręki na jakiegoś maga, inni twierdzili, iż poderwał nadobną złotowłosą i stracon został dla świata jako małżonek, reszta zaś uważała po prostu, że ktoś pchnął go nożem w ciemnej uliczce.
Vak właśnie pojawił się w zasięgu wzroku i światła, przekraczając skrzynie i poprawiając spodnie. Był na okresie próbnym, ale ponieważ Kubek polecał go jako swojego kumpla, nie przechodził zwyczajowej ścieżki zdrowia. Tym niemniej był dziwny. Zbyt skryty, jak na standardy “Rysie” - Lisek była o tym święcie przekonana.

***
- Dlaczego to robimy? - zapytał, gdy szli uliczkami w stronę Starej Handlowej i były to pierwsze słowa, które skierował do Liska w ogóle. Do tej pory uważał chyba, że baba w bandzie przynosi pecha, zupełnie jak na morzu.
- Dlaczego robimy co? - dziewczyna wyjrzała kontrolnie zza rogu na kolejną ulicę, wyjmując procę zza paska.
- Dlaczego naprzykrzamy się bogatym.
Spojrzała na niego z taką miną, jakby zapytał, czemu pada deszcz.
- To nie jest jakieś tam “naprzykrzanie się”, młody. To jest wojna - oznajmiła z zaciętą powagą - Im się wydaje, że jak mają pieniądze to mogą wszystko i wszystko im się upiecze. Że mogą nas kupić i sprzedać jak krowę na targu. Że prawo jest dla nich. Trzeba im pokazać, że wobec części z nas są bezsilni. Bo będziemy zawsze. Jak szczury.
Nie odpowiedział nic. Tylko patrzył milcząco. Może nie zrozumiał? Jakiś przygłupi widocznie. Ruda wyjrzała jeszcze raz i dostrzegła Groźnego, wychodzącego z zaułka. Kiwnął na nich. Droga wolna.

Tunele kanalizacyjne pod miastem stanowiły skarb nie tylko dla mieszkańców Thalafu. Dla Gangu również. Zapoznanie się z siecią podziemnych labiryntów należała niejako do obowiązku każdego nowego członka. Były bowiem przepustką do innych dzielnic (tych bardziej pilnowanych również) i drogą ucieczki w wypadku niepowodzenia akcji. Oczywiście tunele były śmierdzące i oświetlone jedynie tym, co miało się w ręku, ale dało radę przywyknąć. Tym razem szli szybko i dziewczynie nie chciało się tłumaczyć metod szukania drogi w ciemności, badania faktury ścian i odnajdywania pewnych specyficznych oznaczeń ułatwiających kluczenie w labiryncie. Sztuki wąchania powietrza trzeba się po prostu nauczyć samemu.

Dzielnica Willowa była jak koronkowy haft w przysadzistej bryle Thalafu. Budowano tu domy z siwego kamienia bądź z cegły; eleganckie, lekkie i mniej ściśnięte ze sobą. Dlatego też z kanałów wychodziło się na obrzeżach dzielnicy; głębiej - wyjścia były zbyt widoczne.
Ulica główna, mimo że przejeżdżało nią najwięcej powozów i jeźdźców, nie była celem napaści; kręciło się po niej zbyt wiele “kozłów” z gwizdkami. Może owi strażnicy nie grzeszyli przesadną śmigłością, ale potrafili urządzać denerwujące obławy, gdy trafiły się dwa patrole.
Tego dnia Lisek zaprowadziła kolegów na ulicę poprzeczną, gdzie panował zazwyczaj mniejszy ruch. Przynajmniej według mniemania dzieciaków, dla których prawdziwym tłokiem był targ Diamentowy.
- Trzymaj się mnie - poleciła Vakowi, przysiadając za rogiem budynku - Na mój sygnał wiejemy.
- A nie bezpieczniej z dachu?
Lisek lustrowała już ulicę, oceniając przejeżdżających i nakładając kamyk na gumę procy.
- Hm? Z dachu? Spojrzyj sobie na te budynki. To nie jest ciasna zabudowa, jak Wysokiego. Umiesz skakać po dachach jak małpa? Bo jak nie, to na pierwszym lepszym złapią cię za kark.
Coś błysnęło dziewczynie po twarzy, więc błysnęła swoim medalikiem jednokrotnie w stronę, z której padło światło. Za chwilę przyszła podwójna odpowiedź.
Ulica przed nimi znienacka zagotowała się, za sprawą czterokonnego zaprzęgu powozu, którego karosze poczęły stawać dęba i spłoszone szarpały każdy w swoją stronę, tarasując przejazd.
- Groźny zaczął przedstawienie. Patrz teraz.
Obrała sobie za cel jakąś kobietę w oszałamiająco pięknym, granatowym płaszczu, jadącą wierzchem z przeciwnej, niż powóz, strony. Śmignął kamień prosto w końskie udo. Siwek skoczył do przodu i prawie usiadł na zadzie, osadzony w miejscu tak silnie, iż zadarł łeb i otworzył pysk, zadławiony wędzidłem. Obrócił się jeszcze nerwowo parę razy, ale czarnowłosa amazonka (bowiem z głowy spadł jej kaptur, ukazując surowe oblicze i ciemne oczy) nie pozwoliła zwierzęciu na ani jeden krok więcej. Mało tego; wiedziona jakimś szóstym zmysłem popatrzyła dokładnie w stronę skąd padł strzał. Na jej czole widniał mały niebieski kamyczek (zapewne kosztowny) na złotym łańcuszku wplecionym we włosy. Lisek aż przysiadła na piętach, zaskoczona tak prędką konfrontacją. Twarde oczy nieznajomej mówiły “widzę cię, dziecko”. Więcej szczegółów Vak nie zanotował, ponieważ ruda prysnęła z miejsca jak mysz, łapiąc go za kołnierz. Z ulicy za nimi darły się już beczące dźwięki gwizdków.

Niewiele szło zapamiętać z tej gonitwy, prócz szybkiego skręcania z ulicy w ulicę, przeciskania się pomiędzy ogrodzeniami i przeskakiwania przez porośnięte pnączami murki. Gwizdki beczały raz dalej raz bliżej, ale na Lisicy nie robiły chyba wielkiego wrażenia i zanim chłopak się obejrzał, już wciągała go po drabince w dół, zatrzaskując klapę tunelu nad ich głowami.
- A Groźny? - wysapał, łapiąc oddech.
- On już na nas czeka. To przez ciebie mam spóźnienie. Musisz poćwiczyć kondycję - odparła w ciemności. W końcu, gdy jej kompan potknął się parę razy, litościwie zapaliła niewielki ogarek.

**
Leżąc na swoim sienniku, słuchała oddechów śpiących kumpli i wodziła palcami po krzywiznach wisiorka. W mroku nocy wydawał się ładniejszy. Przynajmniej namacalnie. Miał jakąś pokrętną symetrię, coś jak labirynt, który krył nieodkrytą zagadkę. Przypomniała jej się twarz kobiety na siwym koniu. Ciekawe czy to mag. Ponoć oni umieją kontrolować nawet pogodę.
- ...czywiście kochanie, jesteś jedyna... - wymruczał przez sen Kubek. Lisek westchnęła i wcisnęła wisior pod poduszkę z kocy. Rzeczywistość, głupia; mruknęła do siebie w myślch. To właśnie twoja rzeczywistość.
 
__________________
Wszechświat stworzony jest z opowieści. Nie z atomów.

Ostatnio edytowane przez szarotka : 24-10-2010 o 19:40. Powód: literówka
szarotka jest offline  
Stary 25-10-2010, 10:48   #3
 
Bothari's Avatar
 
Amulet drżał i błyskał. Jak na zwykłe świecidełko był obrzydliwy. Jak na przedmiot magiczny był jednocześnie arcydziełem i chłamem. Miernością, bo zawierał wręcz szczątkowe ilości mocy i zerowe ilości zabezpieczeń. Cudem - bo zaklęcie, które tam wepchnięto było bardzo skomplikowane i zapewne rzucał je arcymag. Na dodatek - mógł przydać się tylko swemu twórcy a pozostali czarodzieje mogli co najwyżej określić gdzie on mieszka ... albo wyssać moc z przedmiotu, jeżeli byli by tak zdesperowani, że ta kropelka robiła by różnicę.

Naszyjnik mienił się w oczach osób postrzegających magię. Błyskał i przyciągał uwagę. Płatki brązu pozlepiane pozornie bez ładu i składu wabiły i niemal zmuszały do spojrzenia. Błyski łączyły się w linie, linie w labirynt, labirynt - w mapę. Do tego ... talizman nigdy nie obracał się w koło. Zawsze cześć płatków wskazywała jakiś kierunek. Gdzieś w głąb lądu ...

Ale poza tym, było to zwykłe, badziewnie wykonane ćwierć kilograma brązu, o wartości nie większej niż srebrny grosz.

* * *

Dlaczego tutejsza złodziejka okradła tutejsza straganiarkę? - myślał próbując rozruszać zbolałe zwoje mózgowe. Kac dręczył go koszmarny. Nigdy więcej wina u Johana. Tego, że więcej nie pije w sensie globalnym już nawet nie próbował przysięgać. - I dlaczego ukradła jedyny podmagiczniony przedmiot na całym straganie? Przecież wyglądał okropnie ... - myśli nadal nie chciały wskoczyć na właściwe miejsce. Dopiero po kwadransie znalazł odpowiedź: - Bo złodziejka była magicznie wrażliwa. Biedna dziewczyna. Jak ją znajdą łowcy źródeł to ... eureka! Można ja sprzedać łowcom. Płacą przecież koronę od łba. A jak się okaże specjalnie uzdolniona, to nawet więcej!

Zerwał się i rozpoczął śledztwo ... Wcześniej tylko musiał pozbyć się kaca.

* * *

- Masz to ukrócić Michaelu. Mam dość tego bałaganu. To psuje interesy. Przybywają do nas po szachan magowie i szlachta i co? Ktoś powoduje, ze ląduja w rynsztoku. Albo tracą szyby w oknach. Tak wiem ... to niby sprawa straży, ale zaczęło mnie to drażnić. Niech ktoś kto to robi - przestanie.

- Dobrze ojcze
- Michael wyszedł. Godzinę później szefowie wszystkich miejskich gangów, zarówno małych jak i dużych, dorosłych i młodzieżowych, wiedzieli że wieczorem ma im coś do powiedzenia. I spieszyli się, by na spotkaniu być. Nie być i nie wiedzieć, mogło oznaczać - być trupem.

* * *

Gdyby tylko był trochę lepszym magiem ... odczytanie aury dziewczyny przekraczało jego możliwości. Nawet w miejscu, gdzie tak długo siedziała. Na szczęście zdołał zebrać nieco aury przedmiotu. Co prawda była to aura ogólna, ale na początek i to wystarczyło. Polazł do karczmy. Przywołanie małego demona służebnego tym razem się powiodło i minutę później uleciał już by odnajdywać.

Pech chciał, że gdy consigliere Michael tłumaczył ulicznym mordom, że od dzisiaj nie wolno strzelać z procy do bogaczy i że ma być porządek w Willowej i Starej Handlowej, nasz bohaterski i pomysłowy mag siedział na stołku w gabinecie Felier McTuare, nadwornego maga mera miasta. Siedział i słuchał o nakazach i zakazach i odmóżdżył - jak tu wyłgać się z zamieszania bez odsiadki albo wyciszenia ...
 

Ostatnio edytowane przez Bothari : 25-10-2010 o 10:53.
Bothari jest offline  
Stary 31-10-2010, 13:30   #4
 
szarotka's Avatar
 
Atmosfera była radosna niczym na stypie.
Piątka dzieciaków - od piętnastu do osiemnastu lat - siedziała w kręgu na stołkach, podpierając głowy na dłoniach, bądź wlepiając oczy w podłogę, czy też dłubiąc w nosie; słowem - prezentując obraz intensywnych i niewesołych przemyśleń.
- Ale dlaczego? - Lisica przerwała w końcu niewygodną ciszę - Skąd w ogóle ten pomysł, Maro? Przeszkadzamy im czy co?
Chudy chłopak, pełniący od roku funkcję lidera grupy, od kwadransa siedział w tej samej pozycji: z łokciami opartymi o kolana i splecionymi palcami dłoni; patrzył na nie, przygarbiony, będąc myślami gdzieś indziej i najchętniej z dala od wszelkich pytań.
- Co jeszcze powiedzieli ci na tym spotkaniu? Mamy tylko nie strzelać, czy inna działalność jest dozwolona? - pytanie dziewczyny uruchomiło kolejne dociekania.
- I co my w ogóle teraz, pierdzieć w stołki tylko możemy? - denerwowali się chłopcy.
- Macie przestać chodzić do Willowej - przerwał Maro twardym głosem - Michael sobie tego nie życzy. Psujemy im interesy.
- Jakie interesy, do kurwy nędzy - sapnął Kubek - Przecież właśnie dlatego trzymamy się razem, by utrudniać życie zasmarkańcom.
- A co to za typ, ten Michael? - zapytała zniecierpliwiona rudowłosa - I kto mu dał prawo tu rządzić?
Po minach kolegów odgadła, że chyba tylko ona nie jest w tej kwestii uświadomiona.
- To prawa ręka Szefa, Lisku. Mają pod sobą największy gang, tych starych wygów - Złodziei. Im się nie odmawia ani nie robi na przekór - wyjaśnił Wycior.
- Pieprzenie tam - warknęła - Ja nie zamierzam przed nikim stać na baczność. To jest nasze miasto!
- Lisica - zabrzmiało ostrzegawczo. Na próżno.
- Dziś nam zabraniają swobody, a jutro co? Będą szły już regularne rozkazy? Tego chcemy? Być czyjąś pacynką?
- Arelis - Maro wyprostował się powoli. Dziewczyna zamknęła natychmiast usta, bowiem zawsze gdy padało jej własne imię (a zdarzyło się to z ust lidera chyba ze trzy razy w życiu) miała potem same kłopoty (czasami zastanawiała się, czy to imię nie jest jakimś starożytnym zaklęciem ściągającym pecha).
- Twojej głupocie już nawet odwaga nie sięga pięt. Jeśli nie zastosujesz się do polecenia Szefa, skończysz jak Szczur.

Zapadła tak drętwa cisza, że słychać było ruch uliczny za oknem. Wszyscy patrzyli na swojego szefa.
- To ty wiesz, co się stało ze Szczurem? - odezwał się cicho Kubek.
- Wiem. I nie życzę wam jego losu - padła odpowiedź i chłopak wstał, sięgając po swój kaftan - Liczę, że weźmiecie sobie te słowa do serca. I nie zrobicie niczego durnego - tu popatrzył na jedyną przedstawicielkę płci pięknej w bandzie. Potem wyszedł.

***
Leżała na wznak i machała sobie przed twarzą wisiorem jak wahadłem; w przód i w tył, w przód i w tył. Teraz, kiedy pożerała ją nuda, zrozumiała jak bardzo bezcelowe jest jej życie, gdy nie może robić tego, co do tej pory ją napędzało.
W przód i w tył.
Dopiero po dłuższym patrzeniu na brzydki obiekt zabawy, zrozumiała co nie pasuje jej w zachowaniu przedmiotu. Jakkolwiek by nie kręciła łańcuszkiem, wypustki po jednej stronie amuletu (te przypominające piórka), zawsze tkwiły w miejscu, wskazując wciąż ten sam kierunek. Próbowała obrócić go na siłę palcem (przypominało to przekręcanie łopatki w budyniu), ale zaraz potem przedmiot wracał do poprzedniego położenia, zupełnie jakby przywiązany był jakimiś niewidzialnymi nitkami.
Zaskoczona swoim odkryciem aż usiadła. Po czym zaczęła chodzić po spichlerzu, niczym różdżkarz, wpatrując się we wskazania wisiora. Nogi zaprowadziły ją aż na ulicę, gdzie też krążyła przez chwilę. Piórka z brązu nieodmiennie celowały na południe, obojętnie jakby się nie kręcić. Ruszyła przez Tartak zafascynowana nową zabawą, a znajomi bywalcy ten dzielnicy podśmiewali się na jej widok i krzyczeli “Lis, jak szukasz wody to minęłaś już studnię!”

Nie zwracała specjalnie na nich uwagi. W ogóle nie odrywała wzroku od wisiora, toteż zamrugała zdezorientowana, gdy nagle znalazła się za bramą miasta, w Podgrodziu Hutniczym. No tak. Droga na południe biegła przez podgrodzie i lasy otaczające od tej strony Thalaf, w głąb Imperium. Ale po co wisiorek miałby prowadzić ją do podgrodzia? Tu przecież mieszkała biedota gorsza od niej samej. Na dodatek śmierdziało, huczało, stękało i syczało - bo takie odgłosy wydawały miechy, kowadła i wyroby schładzane wodą. Główna droga, biegnąca przez tę dzielnicę, była jeszcze brukowana, ale poza nią grzęzło się już w błocie bądź piachu. Bogaci podróżni trzymali się bruku tak skrupulatnie, jakby zjechanie z niego oznaczało zarażenie się trądem czy inną równie przykrą chorobą.
Ranek był dość wczesny, ale ruch spory. Część ludności pchała się do miasta (pewnie na Diamentowy, albo do swego łóżka z nocnej zmiany), część za miasto (pewnie do pracy w hutach albo w ogóle w siną dal), ale strażników nie było widać żadnych. Zresztą w Hutniczym żadna z młodych band nie kradła. Bo nie było tu dla dzieciaków nic wartego uwagi, a przejezdni prowadzali ze sobą zbrojną obstawę.

Lisek człapała z wisiorem skrajem drogi, a ponieważ nie wyglądała wiele zamożniej niż pracujący tu biedacy, nikt nie podnosił nawet głowy, gdy przechodziła. Za to ona patrzyła na nich. Nie bardzo rozumiała potrzeby tyrania w pocie czoła, podczas gdy można mieć wszystko za darmo. Wprawdzie okupionego chwilami stresu, ale przecież bez tej adrenaliny życie nie miałoby smaku. Gorzej gdy przychodził czas nudy. Ruda nie umiała trwać długo w tym stanie; zachowywała się jak mysz zamknięta w klatce, musiała robić cokolwiek, nawet biegać dookoła, byle tylko mieć zajęcie.
Zabudowania podgrodzia przerzedziły się, aż w końcu dziewczyna stanęła przy ostatnich barakach. Amulet uparcie wskazywał płatkami, niczym paluchem, kierunek południowy, zgodnie z biegiem drogi w stronę widniejących na horyzoncie lasów.
- Chyba żeś się ochwacił - burknęła do przedmiotu niezadowolona - I po co ja tu lazła, żeby popatrzeć sobie na piece hutnicze?
Klapnęła na przydrożnym wielkim kamieniu, na którym namazana była jakaś półwytarta cyfra. Właściwie to całe życie spędziła w mieście, nigdy nie ruszyła się dalej niż do portu - ogromnego portu rzecznego Thalafu zagnieżdżonego na styku Laawy i Rzeki - gdzie zawsze panowało takie gorączkowe poruszenie, noszenie pakunków, wożenie skrzyń, praca drewnianych dźwigarów, pokrzykiwania tragarzy, marynarzy, wrzask szarych mew i ogólny rozgardiasz mrowiska, w które ktoś wetknął kij. W dodatku widok Rzeki... Ogromnej wody, której drugiego brzegu nie dawało się dostrzec na horyzoncie. Mówiono, że kryją się tam bestie z którymi walczą legendarni Strażnicy Pustkowi, mężczyźni o zimnych oczach i wilczych ruchach, okutani w grube płaszcze z futrzanymi kapturami. Bo ponoć na Pustkowiach jest strasznie zimno.
Ach być marynarzem. To jedno z młodzieńczych marzeń Liska. Wcześniej zamierzała być żołnierzem, naukowcem, woźnicą i gońcem. Nawet dziwką, ale tylko przez chwilę, gdy dowiedziała się ile owe panny zarabiają. Cóż, plany się zmieniają. Co z tego, skoro bała się wyjść poza okręg miasta, gdzie nie znała żadnych ścieżek, nie było tuneli ani innych bezpiecznych schronień. Zresztą... ten wisiorek pewnie i tak jest popsuty.

- Jesteś głodna, dziewczyno? - odezwało się tuż nad nią.
Uniosła odruchowo głowę i spotkała się ze spojrzeniem małej elegantki, może w porywie piętnastoletniej, w ciemnozielonym płaszczyku haftowanym złotą nitką i w zielonej jedwabnej sukience. Szlachcianeczka uśmiechnęła się na widok jej miny, zdjęła z palca mały pierścionek i położyła na kolanie Lisa.
- Kup sobie za to jedzenie.
Ruda popatrzyła na błyskotkę jak na węża. Dopiero potem zaczęła myśleć szybciej. Fakt, musiała wyglądać jak żebrak, siedząc tak smętnie przy drodze. Ale żeby jakiś bachor rzucał jej łaskawie jakiś śmierdzący fant? Już zamierzała powiedzieć, gdzie dziewczynka może wsadzić sobie ten pierścionek, ale zauważyła, że za nią stoi potężny mężczyzna, trzymając dwa konie za wodze. Uzbrojony, długowłosy, z krótkim zarostem i śladem przeżytych lat na twarzy. O chłodzie wyździerającym z oczu, niczym jeden z tych Strażników zza Rzeki. Nie podobało mu się to, co robiła jego podopieczna i chyba tylko czekał na jeden niewłaściwy ruch obdarowanej.
Lisica wyszczerzyła się więc w uśmiechu do panienki i schowała podarek w kieszeń. Pewnie zaraz ją pogonią i powiedzą że ukradła. A figę.
Elegantka wróciła do konia, zaś ruda pozbierała się z ziemi. Nie upadła jeszcze tak nisko, by zbierać pieniądze od każdego przejeżdżającego. A pierścień (okazało się że naprawdę złoty!) był jakiś taki... niezasłużony. Niezapracowany. Ot tak, spadł jej bez emocji zdobywania. Nie wiedziała co z nim zrobić.
Poza tym, dlaczego ta mała dała jej tak cenną rzecz? Żebrakom dawało się miedziane monety, a nie wartą... (no właśnie, ciekawe ile) biżuterię. Nadszarpywało to nieco pogląd o skąpstwie bogaczy, ale wspomniana przedstawicielka owej nadętej rasy była młoda; zapewne ma jeszcze czas, by jej odbiło.
Uspokojona tą myślą, porzucając amulet w dłoni, skierowała się z powrotem w stronę bram miasta.

Gdy tylko weszła na teren Tartaku, dopadł ją zdyszany Kubek. Był poddenerwowany i śmierdzący; musiał się doprawdy gdzieś spieszyć, by wpaść w tunelu do kanału ściekowego... Bo tylko tam można tak śmierdzieć.
- Lis, wszędzie cię szukam. Gdzie Vak?
- A co ja, jego niańka? A co z nim?
Kubek zaklął.
- Nie poszedł z tobą? Kurwi syn, to polazł sam i przepadł. Na własną rękę, chciał się popisać chyba przed nami i jakąś akcyjkę urządzić. Myśleliśmy, że ty go wzięła.
Dziewczyna przybrała urażoną minę.
- Wiem, że Maro ma mnie za głupią, ale ty też?
- On nie wrócił, Lisica. Vak wpadł - chłopak zignorował jej stroszenie piór i położył jej ręce na ramionach z poważną miną.
Nie komentowała dalej. Oboje wiedzieli co to oznacza.
 
__________________
Wszechświat stworzony jest z opowieści. Nie z atomów.

Ostatnio edytowane przez szarotka : 31-10-2010 o 14:15.
szarotka jest offline  
Stary 02-11-2010, 11:30   #5
 
Bothari's Avatar
 
Vaka znaleźli na środku rynku. Prowadzony w łańcuchu wyglądał nadzwyczaj mizernie. Sześciu kozłów osłaniało chłopaka z obu stron, by nikt nie ważył się go uszkodzić. Jednak rzucanie gnojem, kałem, zgniłymi pomidorami a nawet kamieniami, czy opluwanie było normą. Tego nie zabraniano. Na prowadzonym nie robiło to wrażenia. Szedł powoli, noga za nogą, ze spuszczoną głową. Wyglądał, jakby zewnętrznie nic mu nie było a jednocześnie ... zgasł. Jak zdmuchnięta świeca.

Oddział dotarł do centrum rynku, gdzie stały dyby. Vaka zakuto w mgnieniu oka. Szóstkowy odczytał:

- Za czynną napaść na jaśnie oświeconą Weronikę la Deui skazuje się na trzydzieści batów ... - dalej nie słuchali. Trzydzieści batów to w zasadzie śmierć. Rosły i zdrowy chłop jest w stanie przeżyć dwadzieścia, no - może dwadzieścia pięć. Ale chłopak w tym wieku - nie więcej niż piętnaście. Podobnego zdania był szóstkowy, który rozdarł koszulę więźnia i kazał jednemu z kozłów bić.

Vak do pierwszego ciosu nie reagował na nic a potem - zawył jak zarzynany wieprz. Po drugim, zaczął szaleńczo rozglądać się. Dopiero przy piątym zobaczył Liska. I wlepił spojrzenie, jakby od tego zależało jego życie. Jego wargi poruszały się, jakby chciał coś powiedzieć, ale strzały bicza i wrzaski wyrywając się z gardła, uniemożliwiały przekazanie czegokolwiek. Oklapł przy piętnastym. Szóstkowy wstrzymał bijącego przy dwudziestym. Po co chłostać trupa? Ciało zostawiono ku przestrodze.

* * *

Czy w tym diabelnym mieście było aż tyle podobnych przedmiotów magicznych? Demon wskazał ich przynajmniej ze trzysta. Ale sprawdzał. Po maleńku sprawdzał każdy z nich. Nagroda, którą obiecano mu za schwytanie dziewczyny była oszałamiająca. Komu tak bardzo nabruździła?

* * *

Wracali do Tartaku grupą. Już nikt nic nie mówił. Nie zwracali praktycznie uwagi na otoczenie. Jak bardzo, dowodziła trójka obwiesiów, która nagle wyłoniła się z zaułka.
- Te ... smarkula. - powiedział środkowy - Hutnicza to nasz teren. Teraz tylko ostrzegamy - spojrzenie draba dawało do zrozumienia, że tylko niechęć do bicia się z całą bandą powoduje, że ostrzeżenie ma charakter tylko słowny - ale jak zobaczymy jeszcze raz twoją rudą grzywę przy żebraninie u nas, to zatańczysz z rybkami. Jasne? - nie czekali na potwierdzenie. Wraz ze swoimi szczerbatymi uśmiechami powolutku zniknęli z powrotem w zaułku.

* * *

No ... kolejna porcja była gotowa. Tym razem towar lepszej klasy. Dzisiaj wysyłamy do ... Tur Belen. Może być ciekawe, czy znajdzie się tam ktoś obiecujący ...

* * *

- Maro?
- Tak panie Michaelu?
- Ty nadal wolisz zostać tu z nimi? Nie chcesz prawdziwej roboty ...
- Nie panie Michaelu.
- A któryś z Twoich nadaje się już? Bo potrzebuje kogoś, kto się nie przestraszy prawdziwej bitki.
- To ... może Groźny ...
- Przyślij go do mnie dzisiaj wieczorem.
- Dobrze ... panie Michaelu

Michael odszedł. Maro został przygaszony a potem poszedł zanieść Groźnemu wspaniałą nowinę. Oto miał szansę wejść do Rodziny. Tyle, że oni mieli go stracić.
 

Ostatnio edytowane przez Bothari : 03-11-2010 o 11:03.
Bothari jest offline  
Stary 05-11-2010, 13:59   #6
 
szarotka's Avatar
 
Nie potrafiła odwrócić wzroku.
Spojrzenie Vaka - umęczone, zrozpaczone spojrzenie - uwięziło ją i nakazywało patrzeć. Wiedziała, że coś chciał jej powiedzieć, ale nie dał rady. Odrętwiała, mogła tylko liczyć w milczeniu baty i modlić się, by chłopak szybko stracił przytomność; by miłościwy Sar go zabrał i oszczędził dalszych mąk i upokorzeń.
To mogła być ona, tam w tych dybach. To ona darła by się z bólu, a jej plecy przedstawiały by krwawy ochłap. Na samą myśl było jej niedobrze. Znała kary za chuligaństwo. Mimo to wciąż uważała, że jej nie dotyczą i tylko takie sceny czasami sprowadzały ją na ziemię.
Ja jestem zbyt dobra. Nigdy mnie nie złapią; tłumaczyła sobie. Więc skąd ten strach? Ktoś trącił ją w bok. Wycior stał obok, z poważną, ponurą miną. Czy wini ją za to co się stało? Wszak to ona miała się zająć nowym członkiem. Chłopak wziął ją za łokieć i pociągnął w tył, by wycofać się z tłumu.
- Nic tu po nas Lis - mruknął ochryple - Jego już nie ma.
Szła, oglądając się co chwilę, póki ludzkie głowy nie zasłoniły jej widoku podwyższenia na rynku. W dybach wisiał strzęp człowieka.
Jaśnie oświecona Weronika la Deui niech zacznie się modlić do swego boga; myślała, idąc wąską alejką wciśniętą pomiędzy kamienice. Bowiem będzie jej potrzebny, gdy jaśnie pani nawinie mi się pod ręce.

***
Właściwie to nie mogła zrozumieć o co chodzi tym trzem typom. Jaka żebranina? O co oni się ciskali? Całe przedstawienie przeczekała z naprawdę zdumioną miną, która nie spełzła z jej twarzy, nawet gdy nieznajomi zniknęli.
- Lis, w co ty się znów wpakowała? - Wycior zdenerwował się za nią i złapał za rękę - Po co ty lazła do Hutniczej?
Dziewczyna przeniosła zdziwione spojrzenie na chłopaka. Chyba dziś zbyt wolno myślała i reagowała, bo dalej nie mogła zrozumieć dlaczego wszyscy się tak irytują.
- A co, nie wolno? - burknęła - Lazła sobie bo miała ochotę.
- Naraziłaś się Żebrakom? Oni bez powodu nie straszą rybami - podjął spokojniej Maro.
- A co ja się miała narazić? - traciła cierpliwość wobec zaistniałej farsy - Przecież z butami im w interes nie właziła.
Machinalnie szturchnęła palcem pierścionek w kieszeni i nagle przypomniała sobie szlachcianeczkę, która obdarowała ją tym świecidełkiem. Diabli nadali; wyszło na to, że posądzono ją o żebranie.
- Mała, uważasz że to zabawa? - do reprymendy przyłączył się Kubek - Wciąż myślisz, że ci się zawsze upiecze? Nawet po tym co widziałaś na rynku? - wskazał palcem kierunek - Nie będzie nas przy tobie wiecznie, a przez twoją głupotę możemy kiedyś nie znaleźć nawet twojego zasmarkanego truchła.
- Odwalcie się wszyscy - warknęła i wyrwała ramię z uścisku Wyciora - Może mam chodzić za każdym z was jak suka na sznurku? Odwalcie się!
I wściekła pobiegła ulicą. Zaraz też pożałowała i zwolniła nawet, by mogli ją dogonić. Ale nikt jej nie gonił. A dyshonorem byłoby się cofnąć.

Do rodzinnego domu zaglądała rzadko, ale teraz tylko to miejsce przychodziło jej na myśl, by przeczekać gniew kolegów i własną irytację. Swego kąta właściwie tam nie miała, ale upodobała sobie izbę na poddaszu, do której wchodziła jak złodziej - po gałęzi drzewa i przez okno. Zawsze wprzódy upewniała się, czy ojciec wyszedł już do pracy. Nie mieli zbyt poprawnych układów. Prawdę mówiąc nie mieli żadnych układów i rodziciel gonił dziewczynę z domu jak bandziora. Długo o tym gadać. Natomiast matka, jak większość matek, wykazywała wiele empatii dla niepoprawnej latorośli i mimo że bolała nad jej trybem życia, zawsze przemycała swemu dziecku jakieś ubrania i jedzenie na strych, gdy ruda z sobie tylko znanego powodu decydowała się nocować pod jej dachem.
Lisica nie zamierzała spędzić tu więcej niż jednej nocy, ale trochę gotowanego ciepłego jedzenia dobrze robiło na zszargane nerwy i ogólne zmęczenie materiału. To była cicha część dzielnicy. Dlatego dziwnym okazał się nagły hałas z ulicy.

***
Biegła tunelem.
W ciemności nie widziała nawet swojej ręki przed twarzą, ale czuła chłód ściany po prawej i smród kanału po lewej, więc trzymała się wyznaczonej trasy. Tyle że ten tunel był obcy. Ciasny. Niczym nora. I nie była tu sama. Ktoś biegł za nią, mimo że nie słyszała kroków. Ale poczucie czyjejś obecności było tak oczywiste jak ucisk strachu na gardle. Z bocznego korytarza powiał wiatr. Ale tej odnogi nie powinno tu być.
Sklepienie było mokre i kapało z niego na głowę. Potem padało jak z chmury. Ściek w kanale szumiał deszczem. Buty ślizgały się na wilgotnym chodniku. Ścigający w nieznany sposób zniknął zza pleców. Pojawił się na skrzyżowaniu, które właśnie przebiegała. Czyjeś dłonie złapały ją za włosy i szarpnęły. Jednym sprawnym ruchem skręciły kark.
Klik.
Biegła tunelem.
W ciemności nie widziała swojej ręki przed twarzą, ale czuła chłód ściany po prawej i smród kanału po lewej. Miała wrażenie, że już tędy przechodziła. Korytarz zaginał się i wił jak wąż. Obniżał się i wyciągał w górę. Ktoś na nią czekał. Skręciła w prawo, poślizgnęła się i oparła dłonią o mur. Był ciepły i oddychający. Wydawało się, że oblizuje jej palce mokrym jęzorem. Przestraszona dziewczyna skoczyła w bok, prosto w kanał ściekowy. Coś złapało ją za nogę i pociągnęło w dół, w głąb. Powietrze uciekło z płuc. Odór odebrał świadomość.
Klik.
Biegła tunelem.
Tym razem go znała, ale nie pomagał jej ani trochę. A tajemniczy węszyciel szedł tropem dziewczyny niczym pies myśliwski. Zwolniła i zaczęła cicho stąpać, w nadziei, że przeciwnik zgubi ślad. Bezszelestnie skręciła w krótki tunel, który łączył się zawsze z ukośnym, biegnącym pod rynkiem. Rzuciła swój but daleko w ciemność, a sama schowała się we wnęce muru, wciskając rude włosy pod kaptur, zupełnie jakby mogły być pochodnią w takiej ciemnicy. Słyszała jak coś idzie korytarzem i przesuwa się tuż obok kryjówki, w której się kuliła. Czuła woń tej osoby; gdyby wyciągnęła rękę, na pewno mogłaby jej dotknąć. Wyskoczyła na chodnik, gdy tylko kroki się oddaliły, śmigając w przeciwnym kierunku. I wpadła prosto na czyjąś pierś. A w swojej własnej poczuła coś zimnego i twardego. Jak ostrze.
Klik.
Biegła tunelem.
Chciała krzyczeć, ale ciemność nie wydawała żadnych dźwięków. Całe roje drapieżników podobnych szczurom gnało jej tropem w tupocie nóżek, który bardziej się czuło niż słyszało. Instynktownie skręciła w pierwszą przecznicę. Potem w kolejną. I dalej już prosto za oddechem zimnego powietrza. Tam musi być wyjście.
Tunel zapłonął światłem tak mocnym, aż musiała zamknąć oczy. Gdy je otworzyła, widziała wszystko w przerysowanych szarościach. Przed nią stał biały koń a na nim kobieta w szarym płaszczu i kamykiem w czarnych włosach. Uśmiechała się z takim wyrazem twarzy, jakby mówiła “Wygrałam”. Za nią garbili się w łańcuchach Kubek, Groźny, Maro i Wycior. Kobieta wyciągnęła rękę i czyjeś dłonie złapały dziewczynę za kark. Tylko nie to... nie znowu. Zacisnęła pięść, zamachnęła się i...


...strzeliła w szczękę Wyciorowi tak gwałtownie, aż spadł z łóżka. Usłyszała z dołu tylko brzydkie przekleństwa i odgłos gramolenia się. Usiadła zdziwiona w pościeli, rozglądając się w półmroku.
- Następnym razem obiecuję pukać - stęknął kolega, wystawiając ostrożnie głowę, by upewnić się że już jest bezpiecznie - Obudziłaś się?
- Wycior? A co ty tu robisz? - potarła oczy zaspana, nie dociekając nawet co on robił w jej łóżku.
Chłopak usiadł na kocach i przyciągnął pod swoje nogi wiklinowy koszyk.
- Przyniosłem twoje rzeczy - postawił go przed Lisem, masując wciąż szczękę - Nie wiedzieliśmy ile zdołali z Vaka wyciągnąć, więc zmieniamy kryjówkę.
Dziewczyna wciąż siedziała w bezruchu, usiłując otrząsnąć się z koszmarów i patrzyła na kumpla jak osoba, która pierwszy raz słyszy słowo mówione.
- Poza tym Groźny dołączył do Rodziny. A Maro zniknął gdzieś, wiesz jak to on, na dwa dni. Więc w dwójkę nie mieliśmy co siedzieć w spichlerzu i czekać na ciebie. Kubek organizuje nam nowe kwatery, może u niego tymczasowo - ciągnął chłopak.
- Groźny... co zrobił? - ruda wykazała w końcu jakieś objawy myślenia - Znaczy... odszedł od nas?
- No... tak - mruknięto w odpowiedzi.
Przyciągnęła koszyk do siebie, obejmując go rękoma. Wszystko stawało się tak nierealne, jak ten sen. A może właśnie taka będzie rzeczywistość?
Siedzieli w ciszy dobrych parę chwil. Lis trawiła otrzymane informacje, a Wycior... właściwie co on robił?
- Na co się tak gapisz? - spojrzała bacznie na jego twarz.
- Na ciebie - uśmiechnął się i umknął szybko z łóżka, by czymś nie oberwać. Poduszka minęła celu.
- Znajdę cię, jak już będę coś wiedział, mała - oznajmił raźniej, z okna - Trzymaj się tu.
I już go nie było.
Dziewczyna odruchowo poprawiła zwichrzone włosy i zawiązała koszulinę w dekolcie. Też coś. Nie miał na co patrzeć. Mimo wszystko poczuła się jakaś... ładniejsza.
Ale koniec z bzdurami. Należało się szybko pozbierać, a wobec zaistniałego obrotu spraw zatroszczyć się też o swój tyłek.
Uniosła przed twarz pierścień podarowany przez szlachciankę i uśmiechnęła się lekko. Najpierw pozbędzie się tej uciążliwej rzeczy, która przypominała jej o Vaku. I najlepiej gdy pozbędzie się tego za adekwatną cenę. Jutro.

***
Teoretycznie sprawa miała być prosta, o ile chodziło by tylko o pasera. Lecz Lis znała pazerność Thalafskich kanciarzy i wątpiła, by w jej ręce trafiła chociaż trzecia część wartości pierścienia przy takim targu. Pozostawał sposób legalny: jubiler. A tu niestety należało włożyć w interes nie tylko towar, ale i umiejętności aktorskie.

Założyła wyciągniętą z dna matczynego kufra sukienkę (o zgrozo), która wyglądała jeszcze całkiem przyzwoicie (pomijając fakt, że matka nosiła ją jak była piękna i młoda), umyła się i uczesała rudy kołtun. Gdy spojrzała w lustro, czuła się co prawda dziwnie goła z tym dekoltem, ale mężnie poświęciła się dla sprawy. Opowiastkę wymyślała po drodze, testując przy okazji czy straż miejska zwróci na nią uwagę w tym “przebraniu”. Nawet nie spojrzeli.

Zadzwonił dzwoneczek sklepowy, gdy przestąpiła próg złotniczego przybytku. Pan i władca tego miejsca ślęczał właśnie z jakimś szkłem przy oku, oglądając z bliska drobne kamienie osadzone w migoczącej kolii. Im bliżej lady podchodziła Lisica, tym bardziej niepewnie się czuła. Wszystko tu było takie majestatyczne, z ciężkiego ciemnego drewna, zdobione jakimiś ornamentami czy finezyjnymi płaskorzeźbieniami. Same meble sklepowe musiały kosztować tyle co dobrej klasy biżuteria.
Dziewczyna stanęła przy samym brzeżku i chrząknęła (tak chyba robią szlachcianki?), by zwrócić uwagę jubilera.
- Chciałabym coś sprzedać - wyciągnęła pierścionek z sakiewki i położyła z namaszczeniem na blacie - To spadek po mojej babce.

Spojrzenie jakim obdarzył dziewczynę jubiler było okraszone całkowicie wystudiowanym uśmiechem. Kulturalnym, rzeczowym i pełnym ciepła. Wręcz promieniował opiekuńczością i byciem godnym zaufania. Potem spojrzał na pierścionek i lekko uniósł brwi.
- Ależ oczywiście panienko ... a kim była wasza babcia?
Przez głos leciutko przesączały się wątpliwości.
O takim pytaniu nie pomyślała; uważała wszak że jubiler szybciutko załatwi sprawę, nie wnikając w drzewo rodowe.
- A co, prowadzi pan jakiś spis? - zadarła lekko nosa, już mniej szlacheckim tonem - Moja babka to... - przeszukała pamięć w poszukiwaniu jakiegoś sensownego nazwiska - La Deui - rzuciła, dumna z siebie - Martha la Deui. Więc może pan już to wycenić? Spieszy mi się.

- Wycenić ... tak. Wycenić mogę panienko la Deui - mówił już teraz wolno, z wyraźną wątpliwością. Podniósł pierścionek i lupę. Przez moment przygladał się obrączce. Potem klejnotowi. - To troszeczkę zajmie panienko. Muszę sprawdzić próbę złota. Zdaje się, ze to 675, ale może być i 815. Wole być pewny, by nie oszukać panienki.
- Konradzie! - powiedział głośniej. A gdy z za kotary z boku wyszedł olbrzym, powiedział mu - Podaj panience jakąś ksiażkę, by się nie nudziła.
Zmierzyła wielkoluda oceniającym wzrokiem, pilnując by faktycznie mieć wyraz twarzy znudzonej dziedziczki. Wewnętrznie jednak niepokoiła się coraz bardziej. Co ten stary, ślepy? Może sama mu te cyferki podyktuje? Ale czy szlachcianka robi takie rzeczy? Nie mogła wyjść na jakąś podejrzaną babę.
Zerknęła na okładkę książki, którą podał jej ów “Konrad” i westchnęła ciężko. Otworzyła ją, przerzuciła parę kartek bez zainteresowania i zamknęła na powrót, moszcząc się na krześle dla dla klientów pod ścianą z obrazami. Wlepiła wyczekujący wzrok w jubilera.
- Konradzie ... jak już stoisz. Zamknij drzwi, bo przeciąg. - powiedział jak gdyby nigdy nic jubiler. Mężczyzna ruszył w stronę drzwi.
Odprowadziła wzrokiem służącego i powtarzała sobie w duchu, że nad wszystkim panuje. Że wszak nie ukradła pierścionka i należy się jej jego równowartość. I czekała dalej, z łomoczącym sercem.
Drzwi zamknęły się. A potem zasunięto również zasuwę. Jubiler jakby odetchnał.
- Wyslij Pietra po straż. A ty mała ... powiedz kim jestes i komu to ukradłaś.
Zamiast się wystraszyć, wściekła się i zrobiło jej się gorąco.
- Jak pan śmie posądzać mnie o kradzież. Myśli pan, że gdybym była złodziejką przychodziłabym tu do poważanego i cenionego zakładu, miast do pasera? Ten pierścionek nie był kradziony i proszę mnie natychmiast przeprosić. Inaczej zaniosę skargę do mojej cioteczki, Weroniki la Deui - wstała, otrzepując sukienkę na podołku i trzaskając książką na stoliczek obok. Miała mało czasu. Albo to zadziała, albo trzeba będzie użyć nóg.
Jubiler tylko się uśmiechnął nieznacznie. Wyraźnie nie wierzył zapewnieniom.
- A ja jestem synem samego cesarza. Córka rodu la Deui nie przyszła by tu w takich szatach, które może i godne są kupieckiej ... ale na pewno nie szlachetnej rodziny. A na pewno nie pokazała by się w nich dziedziczka arystokracji, prawda? Potrafisz dziecko choć przeczytać, co w tej księdze napisano? Choćby tytuł?
Kim do kurwy nędzy była ta la Deui? Klatka wokół Lisa zaczęła się zamykać, ale o przysłowiowym odgryzaniu łapy by uciec dziewczyna nie chciała nawet myśleć. Postanowiła grać w otwarte karty.
- Dobrze. Zatem niech będzie po pana myśli. Dostała ja go od małej szlachcianki, takiej z blond włosami, może piętnastoletniej. Dała mi go z własnej woli, bo widziała że byłam głodna. Jechała na białym koniu, a jej wielki strażnik... przypominający wilka, na gniadym. Skoro pan taki oblatany w rodach to musi pan wiedzieć co to za mała. Mogę tu na nią poczekać, jeśli taka pana wola i ona na pewno potwierdzi ten podarek.
Usiadła na powrót, zaplatając ręce pod biustem z naburmuszoną miną.
- Nie wiedziała ja czy pan mi uwierzy w cokolwiek, więc próbowała opowiastki z babcią. Bycie biednym to nie grzech, no nie?
- Owszem, to nie grzech. Sprawdzimy tą historyjkę i jeżeli rzeczywiście ktoś z rodu Fimore potwierdzi twoje słowa - zapłace ci za tą błyskotkę więcej niż jest warta - czyli 50 szylingów Jeżeli zaś kłamiesz ... znasz karę dla złodziei?
Najpierw zrobiła oczy okrągłe jak spodki, a potem aż podskoczyła z radości. 50 szylingów?! Mało nie podbiegła i nie uściskała jubilera entuzjastycznie, ale opamiętała się przed samą ladą. Już widziała oczyma wyobraźni te góry pieniędzy. A szlachcianeczka na pewno potwierdzi, wszak nie rozdaje pierścionków na każdej ulicy.
- To cudownie! Kupię sobie dużo dobrego żarcia i jakieś ładne ciuchy. Może matce nawet coś... - cieszyła się jak dziecko - To kiedy pan to sprawdzi?
Jubiler przypatrywał się wyraźnie zaskoczony.
- Zaraz kogoś wyślę. Pierścionek zostaje u mnie. Tak na wszelki wypadek. Konradzie - otwórz drzwi i zatrzymaj Pietra. Niech zamiast po straż idzie do państwa Fimore i zapyta, czy ich córka dała żebraczce złoty pierścień.
Nawet nie obruszyła się o nazwanie żebraczką. Mogła grać i żebraczkę wobec takiej fortuny. Kręciła się po sklepie i nuciła rozweselona, bo usiąść nijak się już nie dawało.
- Pan ma dzieci, jubilerze? - zagadnęła - Jak mi już pan zapłaci, to kupię panu wino. Takie dobre - oczywiście nie wiedziała ile kosztuje dobre wino, ale na pewno grosze w porównaniu z tym majątkiem - Ci państwo Fimore to są wszyscy tacy hojni czy tylko mała to zjawiskowa dobrodziejka? I kim jest ten jej wielki strażnik?
- Nie wiem zbyt wiele. Jestem tylko mieszczaninem. Ale ich ... najmłodsza latorośl faktycznie była ekscentrycznie rozrzutna i dobrotliwa.

Klapnęła w końcu na krześle i jęła oglądać książkę ze wszystkich stron, dla samego tylko zajęcia rąk. Zerkała co jakiś czas wyczekująco na drzwi, bowiem w uszach już słyszała dźwięczenie monet i nie mogła się doczekać, gdy dostanie je do ręki.
- To może długo potrwać, nie wiadomo, czy ktoś będzie miał czas ...
I faktycznie trwało. Trzy godziny później i wielu, wielu klientów ... przybył wystrojony jegomość. Porozmawiał przyciszonym głosem ze sprzedawcą, podał mu sakiewkę a ... zabrał pierścionek. Chwilę później już go nie było.
- No ... tak jak mówiłem - 50 szylingów jest twoje.
Po czym położył przed dziewczyną dwie wielkie i złote monety oraz dziesięć złotych ale znacznie mniejszych.
Podeszła do lady z fascynacją w oczach i dotknęła palcem każdej monety, jakby sprawdzała czy istnieje naprawdę. Spojrzała pytająco na jubilera, czy nie raczy żartować. Potem zagarnęła zapłatę do sakiewki.
- Ale dlaczego ten jegomość zabrał panu pierścionek?
- To ojciec owej panienki. Chciał go z powrotem.

- To pan nic nie zarobił? - zdziwiła się, bowiem akurat zasady handlu przyswoiła sobie w bardzo młodym wieku.
- O moje zyski ty się dziecko nie martw - zaśmiał się gromko potrząsając sakiewka. - Dla ciebie czy mnie ten pierścionek to 40 szylingów. Dla niego - pięć koron.
Uśmiechnęła się zadowolona z obrotu spraw.
- Jest pan uczciwym człowiekiem, panie jubiler. To gdzie tu jest sklep z winami?

Dotrzymała słowa, chociaż wobec cen w winiarni wybrała napitek z najtańszej półki (sprzedawca zapewniał, że wytrawny smak zadowoli w zupełności niezbyt wybrednego smakosza). W końcu o znajomości należy dbać. A jubiler zadał sobie trud by przepytać tego całego arystokratę. Zaś arystokrata - potwierdził wersję córki. Zaczęła odrobinę lubić tę małą. Żeby tylko bogactwo jej nie zepsuło.
A teraz; pomyślała idąc w stronę domu; Pozwolę by bogactwo odrobinę zepsuło mnie.
 
__________________
Wszechświat stworzony jest z opowieści. Nie z atomów.

Ostatnio edytowane przez szarotka : 05-11-2010 o 14:34. Powód: dopisek: część przy udziale MG
szarotka jest offline  
Stary 08-11-2010, 09:58   #7
 
Bothari's Avatar
 
Demon znalazł. Był tego pewien, gdy tylko zobaczył dom. Rudera jak wszystkie w tej dzielnicy. Tu mogła by mieszkać taka złodziejka. Ostrożnie porozsyłał duszki pod okna i drzwi, by w razie czego nie zgubić swojej ofiary. Nie przejmował się tym, że jeżeli złodziejka jest aktywna magicznie, to je zobaczy. O ile nie jest magiem - nic im przecież nie zrobi. Przywołał też jedną dość paskudną bestię i uczynił ją niewidzialną. Nie, żeby bestia była niebezpieczna, tylko wyglądała ohydnie jak demony z piątego kręgu. Do tego - był to ciekawy numer. Przyzwanie czegoś takiego pstryknięciem nie było możliwe nawet dla super potężnego maga. Ale gdy było już przyzwanym i niewidzialnym, zdjęcie zaklęcia ukrywającego zajmowało mniej niż oddech. To robiło odpowiednie wrażenie.

Wcześniej też ubrał się niczym schludny i dość bogaty mieszczanin i tak przygotowany wkroczył do domostwa. Za plecami zaś ukrywał bukiecik kwiatów.
- Dzień dobry dobrodziejko. - powiedział wesoło - Rad jestem, ze was widzę. Córuchny waszej szukam.
- A czego wy chcecie? Nie ma jej od dawna przecie
- Oj Dobrodziejko ... kwiatuszki przyniosłem.
- sprawnym ruchem wyjął bukiet i wręczył kobiecie. - Bo wszak to o matki błogosławieństwo najpierw trzeba prosić ... bo zapewne od waszego męża to był pierwej po grzbiecie zarobił - chłopak uśmiechnął się widząc jak zmienia się twarz kobiety.
- I ... w o moją Arelcie mnie prosić chcecie? - kobieta najwyraźniej oniemiała. Więcej wykrztusić nie potrafiła.
- Owszem, miłością do niej zapałałem, bo śliczna z niej dziewczyna.
Nagle przypomniała sobie o świecie
- No to wejdźcie, wejdźcie. A jak się nazywacie? - zapytała sadzając gościa i pędząc do szafek, by poczęstować choć szklanicą piwa.
- Isaak Dewour, do usług dobrodziejki. Na uniwersytecie bakałarzem prawa jestem. Teraz to nie jest może jeszcze dobra posada, ale niech tylko egzamin czeladniczy zdam i na pisarza grodzkiego pójdę. Tam mój kuzyn już robi i wezmą mnie od ręki. Egzaminy za dwa miesiące. I wtedy będzie i na wesele i na wszystko co sobie Arelcia zażyczy.
- No ... pięknie pieknie a ... a jak się wam układa kawalerze?
- kobieta ani myślała dawać do zrozumienia, że córuchna ani słowa o chłopaku nie wspomniała, przecież na jaką matkę by wyszła ...
- No ... tu muszę przyznać dobrodziejko, że nijak. Zobaczyłem ją raz drugi dziesiąty i ... zakochałem się po uszy. Dowiedziałem się, że tu mieszka, że zacna z niej dziewczyna choć ... no ... wszędzie jej pełno. I pomyślałem, że wejdę, z Wami porozmawiam i może i ją spotkam. Może mnie polubi od razu ... a może Wy z nią dobrodziejko porozmawiacie ...
- No ... tędy poczekać na nią trzeba. Obiecała wrócić niedługo ...
- starannie ukrywała swoje zaskoczenie i zdziwienie. Czekali jednak dość długo rozmawiając leniwie badając siebie na wzajem. Młodzieniec nie spieszył się. Matka pracowała spokojnie. Zgodził się nawet pomóc i wody przynieść ze studni a nawet drobne zakupy zrobił i pieniędzy oddać sobie nie dał. Późne po południe już było, gdy Lisek przekroczył progi domu. I wtedy matka przystąpiła do działania.
- Arelis - powiedziała do zaskoczonej obecnością obcego córki - To jest Isaak Dewour, bardzo miły kawaler i prawnik, który przyszedł tu do mnie, prosić o twoją rękę. Co mi powiesz na ten temat moja droga? - teraz już matka z trudem hamowała uśmiech. Kawaler zaś stał godnie i skłonił się przed dziewczyną bez słowa. Kwiaty stały w wazonie. Na stole dzban z winem. Kawaler niczego sobie ...
 

Ostatnio edytowane przez Bothari : 29-11-2010 o 10:31.
Bothari jest offline  
Stary 12-12-2010, 16:00   #8
 
szarotka's Avatar
 
Ruda zastygła w progu niczym figura lodowa i przez kilka długich chwil panowała niewygodna cisza. Dziewczyna spojrzała na matkę, potem na kawalera. Na dzban i na kwiaty. Znów na kawalera.
Trzeba było kupić tą spódnicę; przemknęło jej przez myśl. Nowe stroje, w których paradowała - czarny kaftanik zdobny w srebną nić, skórzany pas, eleganckie spodnie i na dokładkę buty z cholewami - może były eleganckie, ale też zdecydowanie męskie. Żeby tego było mało, rudą czuprynę zdobił kapelutek z piórkiem, kropka w kropkę taki sam, jakimi pysznili się szlachcice. Na tą zachciankę wydała chyba najwięcej, ale po prostu musiała go mieć. A teraz jakiś obcy typ przychodzi pod jej dach z garścią zielska i prosi... o rękę ulicznej rozrabiaki? Domy pomylił?
- Ale ja go nie znam... - bąknęła niepewnie, patrząc na obcego i usiłując sobie przypomnieć, czy widziała go chociaż raz w życiu - Może mości pan się był pomylił...
- Och … nie ma mowy o pomyłce. Widziałem pannę kilka razy na mieście i … spodobała mi się. Języka zasiągnąłem .. to i owo mi powiedziano. No i dom wskazano. Tak i przyszedłem by się pokazać - teraz kawaler wyglądał już na znacznie bardziej przejętego, ale na dziewczynę spogladał bacznie.
- Ale... - zmieszana Lisek próbowała rozpaczliwie wybrnąć z sytuacji - Tak od razu oświadczyny? Ja? Ja... my... nie jesteśmy bogaci... - przyznała skromnie, chociaż jej ubiór w chwili obecnej wręcz krzyczał o czymś zgoła innym - Poza tym... nie powinniśmy się lepiej no... poznać?
To było dla niej coś tak absurdalnie nowego, że nie miała pojęcia jak się zachować. Nigdy nie myślała o sobie w kategoriach kobiety a co dopiero żony! Tu zaś w jednej chwili spadły na jej głowę obie te groźby.
- A na cóż miałbym czekać, panno Arelis? O zgodę rodzicielki przyszedłem pytać by teraz się pannie przedstawić i … byśmy z błogosławieństwem mogli się poznać. No … chyba, że panienka już komuś obiecana - minka kawalera troszeczke zrzedła, gdy czekał na odpowiedź.
- Nie no skąd - zaprzeczyła gwałtownie i ugryzła się w język zanim dodała, że nie myślała wcale do tej pory o mężczyźnie w roli... no... mężczyzny - Ale to tak szybko wszystko... - Spojrzała na matkę prędko. A potem złapała kawalera za rękaw i pociągnęła na górę do swojego pokoju.
- Mama wybaczy, ale muszę z panem porozmawiać na osobności - błysnęła uśmiechem i pobiegła na strych.
Właściwie, to dokładnie tego było mu trzeba. Przelotnego dotknięcia. Pędził więc za nią po schodkach i w międzyczasie rzucał zaklęcie. Teraz już jej nie zgubi ...
Gdy zamknęła drzwi, siadła na okutym kuferku - przypadkiem tym samym do którego wrzuciła medalion i inne cenne drobiazgi ze spichlarza - i popatrzyła z powagą na gościa.
- No to teraz możemy być szczerzy. Liczy pan na coś?
Nie żeby była podejrzliwa do jego zamiarów. Ale... jakoś nie umiała uwierzyć, że komuś spodobał się taki pospolity chłopięcy dzikus jak ona. Że ktoś ją w ogóle zauważył. To było nienormalne. Takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach. No a królewiczowi brakowało jedynie rumaka, by można się zacząć szczypać i śmiać do rozpuku z takowego dowcipu losu.


Z trudem szło mu odgrywanie zakochanego pajaca … bo w zasadzie tak sam odczytywał swoją role. Szczęściem - kłamstwo, podstęp i ściema towarzyszyły mu od tak dawna, że nie parskał śmiechem na idiotyzm sytuacji tylko … brnął dalej. Udał więc lekko zbaraniałego.
- No … tak. W zasadzie to liczę. Na możliwość poznania panny i … no na małżeństwo ma się rozumieć. Ja przepraszam za ten mój brak śmiałości, bo pewnie przez to panna taka podejrzliwa i podstępu szukająca.
Palce złożył przed sobą, jak przyłapana na niewłaściwym zachowaniu służąca. Międlił je lekko aż … coś leciusieńko pomiędzy palcami błysnęło na zielono. Chyba, że jej się tylko wydawało.
Acha … w kuferku na którym siedzi … wcale nie tak znowu cwana z niej bestyjka. Ciekawe, czy wie, że to w zasadzie śmieć … - analizował sobie w duchu, świeżo co rzucone zaklęcie.
Przez chwilę patrzyła na jego palce, pocierając skrzydełko nosa. Babska intuicja podpowiadała, że coś tu jest nie na miejscu. Fakt, cała ta szopka z oświadczynami była dziwna.
- Postawcie się pan na moim miejscu - pokryła zdenerwowanie śmiechem - Jesteście panie, bogaty? Gdzie dom stoi? I ile lat liczycie? - zdecydowała się na metodę egzaminową, niczym wobec nowego członka bandy - I kto wam o mnie opowiadał oraz co mówił?
- Och, tyle pytań panna Arelcia zadaje. Aż nie wiem, od którego zacząć. Domu jeszcze nie mam, bo na uniwersytecie pracuje i mieszkam. Tam pokój mam własny, bo jako kawalerowi, to mi więcej nie trzeba. Bogaty jeszcze nie jestem … ale jak mamusi waszej mówiłem - niedługo już na pewno do biedaków należał nie będę. Posadę pisarza grodzkiego mam obiecaną. Kuzyn tam mój robi a już po słowie jestem z jego kierownikiem. Ktoś łebski im potrzebny, coby protokoły sporządzać, raporty pisać. A to już pieniądz nie mały … bo i prezenty od interesantów się zdarzają. Osz … ja właśnie prezent mam! I zapomniałem przez to całe gadanie!
Wydobył zza pazuchy pergaminowy pakunek owinięty elegancko błękitną wstążką. Wstążka była tej klasy … że nadała by się do wplecenia we włosy, albo jako dodatek do stroju. Szkoda tylko, że gryzła sie z kolorem włosów dziewczyny. Po kształcie nie dało się określić, czym był prezent. Tyle, że chyba był płaski …
Uśmiechnęła się, z tą miną zaskoczonej dziewczynki, która pierwszy raz w życiu dostaje podarek i z namaszczoną ostrożnością rozpakowała tajemniczą paczkę.
W środku leży bransoleta. Mniej więcej na jej rękę. Zrobiona ze srebra, a nie miedzi czy drewienka. Całośc dookoła zdobią jakieś “diamenciki”. Zapewne owe świecidełka były tylko cyrkoniami, ale i tak była to najdroższa biżuteria (nie licząc pierścionka szlachcianki sprzedanego ledwie przed chwilą) jaką kiedykolwiek trzymała w rekach. Była piękna. Do tego … kamyczki pobłyskiwawły w różnych kolorach, jakby ktoś pozapalał tam w środku kolorowe lampiony. Zielone, czerwone, żółte, pomarańczowe, niebieskie … poblask był bardzo delikatny, ale wyraźnie widoczny.
- Podoba się? - zapytał, wpatrując się z badawczo w jej twarz. Zapewne minę miała bezbłędną ...


… ale wciąż wpatrywała się w błyskotkę. Wzięła ją nawet w palce i przesunęła opuszkami po każdym detalu, zafascynowana. Ciekawe ile to warte; pomyślała, mając wciąż pamięci zyski z pierścienia.
- Przymierz - podsunął cicho.
Głos mężczyzny nieco ją ocucił i zerknęła na gościa (potencjalnego narzeczonego!) roztargniona, wciskając na powrót bransoletę w pergamin.
- Nie wiem... nie mogę tego przyjąć. To za drogie - powiedziała skromnie, dla fasonu - Poza tym jeszcze ktoś by ukradł... Musiało to pana sporo kosztować, a jak pan mówi, bogactwem na razie nie wieje... znaczy się... no... - szukała bardziej politycznego słowa - Jeszcze. Ale to oczywiście piękny prezent.
I już, niezbyt gorliwie, zaczęła oddawać dar Isaakowi.
- Tak, tak - zaśmiał się lekko rozbawiony - Groszem jeszcze nie śmierdzę, ale też do biedoty nie należę. Co miesiąc Ci Arelis takiego prezentu nie sprawię … szczególnie, że tą bransoletkę mam już od roku. Nie kosztowała mnie nic i … może kiedyś opowiem Ci jej historię. Być może jest nawet magiczna, ale tego nie jestem pewien. Przyjmij ją i się nie przejmuj. Dla mnie nawet możliwość rozmowy z tobą jest jej warta. To nie pierścionek zaręczynowy, który się potem amantowi zwraca tylko … zwykły przyjacielski prezent.
- Ach - odprężyła się cała i błyskotka od razu powędrowała do jej kieszeni - No to mógł pan tak od razu, panie Isaak. Że to po przyjacielsku ma być. Z kumplami się inaczej rozmawia.
Wstała i poprawiła kapelutek.
- No to pokaż mi gdzie mieszkasz i w ogóle twoje okolice. A ja ci pokażę moje. To taka regionizacja wiesz - błysnęła zasłyszanym gdzieś słowem, chociaż nie była pewna czy sensownie - A mateczce powiemy, że na razie fałszywy alarm, ona się tak wszystkim gorączkuje.
- Dobrze … niech będzie - chyba nie był zadowolony z tej ostatniej kwiestii - Niech będzie po twojemu. Czyli najpierw do mnie? Tylko załóż bransoletkę prosze. - Ponownie uśmiechnął się. Wprost nie mógł uwierzyć, że poszło tak łatwo. Chciała z nim pójść od tak poprostu. Genialne. nigdy nie przypuszczał, że prosty podstęp zaowocuje aż takimi okazjami. Szczęściem - wszystko miał przygotowane znacznie wcześniej. Gdzie mógł się przecież zaczepić, jak nie w studenckim akademiku?
Lisek jednak już schodziła po schodach, śmiejąc się z jakiegoś powodu, rozbawiona. Dopiero na dole oznajmiła, dlaczego.
- Wiesz Isaak, poczciwy z ciebie chłopak, ale na kobietach to ty się nie znasz, mm? Czy do tego stroju pasuje bransoletka? Jak sobie kupię sukienkę, to założę. Ale na zwiedzanie sukienka jest bardzo nieporęczna, wiesz. Brudzi się i pałęta... Mateczko, idziemy zobaczyć dom Isaaka - machnęła ręką w przelocie do rodzicielki i w podskokach wyskoczyła przed dom.
Ruszył za nią a wyjaśnienie co do śmiechu bardzo mu odpowiadało. Szczególnie, że ów kawałek drewna faktycznie przypadł jej do gustu. Ciekawe, czy widziała światełka … jak wielki ma talent? Zastanawiające. “Mateczce” skłonił się a potem nawet jeszcze ucałował w rękę. Potem ruszyli w dal. Prowadził w kierunku “Wysokiej”. Całe szczęście ubrani byli odpowiednio i na pewno nikt nie robiłby problemów.


Pozwoliła mu iść nieco przodem, bacząc w jakie rejony ją prowadzi. Zabawnym była możliwość maszerowania tuż pod nosem straży i (chyba pierwszy raz w życiu) nie zwracania ich uwagi. Dziewczyna miała nawet ochotę wytknąć do nich język, ale postanowiła udawać dalej skromną szlachciankę (czy raczej młodzieńca, zważywszy na strój). Trochę żałowała, że delikwent, który pokusił się na jej urodę, jest tak mało posażny, ale nawet z chudym szlachciurką mogła być niezła zabawa. Biedak chyba nie wiedział, na co się pisał.
Poprowadził ją głównymi ulicami, cały czas opowiadając o studenckim życiu, o akademiku, o uniwersytecie i nauce tam. Słuchając, zastanawiała się czy ich Rysia banda starła się kiedyś z tymi wydumasami studenckimi. Bo przecież ci z uczelni również rozrabiali równie pokazowo, co reszta młodzieży. Może nawet bardziej z głową, ale do tego się nikt nie przyznawał.
- No to kto ci o mnie napaplał? Widziałeś mnie na jakiejś akcji? Możesz się pochwalić jakimś swoim wyczynem? - zakładała że strzela celnie i trafia w sedno.
Teraz stąpał po grzaskim gruncie. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak wyglądają zazwyczaj studia ale … cóż. Młodych magów nie wypuszcza się na ulicę. Gdyby się na to pozwoliło, to biedne byłoby miasto. Wolał się raczej z tego dyskretnie wycofać. No .. ale jakby nie było przyznała się do łobuzowania po ulicach. Uśmiechnął się tylko lekko.
- A wiesz, że się nie zdarzyło? Aż dziwne w świetle tego, co opowiadali sąsiedzi i ludzie z targu o Was, prawda? Ale … każdy kiedyś szalał, to i nie byłem wyjątkiem. Tyle, że za moich czasów raczej działaliśmy tylko w okolicach uniwerku, a nie u Was. A teraz, to tych wszystkich hultajów musze pilnować jako bakałaż. Niby po tej drugiej stronie jestem - westchnął teatralnie.
Rzuciła mu spojrzenie z ukosa. Chyba nie spodobała jej się ta “druga strona”.
- I mnie też chcesz pilnować?
- A to zależy. Żaden facet nie lubi rogów nosić, prawda?
Żachnęła się, szarpnąwszy głową.
- No przecież nie pilnujesz studentek, by nie wskakiwały komuś do łóżka. Nie wiesz czym się zajmuje podziemne miasto czy jak? A mnie się nie da pilnować. Ja na łańcuch się nie dam wziąć.
To było stanowcze oznajmienie buntu i wolności.
- Studentki moimi żonami nie są, a Ty byś była. W pozostałych kwestiach … nie widzę powodu by Cię pilnować i brać na łańcuch. Zresztą … kiedyś Ci się znudzi.
Stanęła i oparła dłonie na bokach.
- A jak niby masz zamiar sprawdzać, czy nie doprawiam ci, jak to nazwałeś, rogów, skoro mogę robić to co chcę, wedle twoich słów?
- Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym … chyba załozyłem, ze będziesz wobec mnie uczciwa.
- sam śmiał się w duchu. Co za farsa. Czy tacy debile jakiego grał, faktycznie mogli istnieć? Makabra.
Pokiwała głową z uśmiechem, jakby przyjmowała to wyjaśnienie. O naiwności męska! Kumple zwijali by się ze śmiechu. Gdzie ten żuczek się uchował.
- No to którędy się wchodzi? - zapytała, spoglądając na budynek po drugiej stronie ulicy.
- Bramą - pokazał na wielkie wejście na teren miasteczka akademickiego. Potem poprowadził scieżką wśród małego parku i wprowadził do akademika. Skinął naburmuszonemu woźnemu (Bo co to za maniery, że się w dzień ladacznice przyprowadza. I to gość uczelni a nie student …) i wskazal schody. Potem przeprowadził kawałeczek i otworzył kluczykiem jedne z wieeeelu identycznych drzwi.

- A oto i moje aktualne królestwo. - wskazał na pokoik. Był o dziwo … dość schludny. Na podłodze nie było dywanu, ale był na deskach zadziwiajacy, błyszczący na zielono malunek. Jakiś symbol. Na ścianach nie bylo nic. Umeblowanie sprowadzało się do szafy, szafki, kufrów do siedzenia dookoła stołu i wyrka. Pościel była rozkopana i w nieładzie. Obok łózka stało kilka dzbanków. Pustych i opróżnionych niedawno … sądząc po zapachu.
Nie wydawało się to robić na niej wrażenia. Jak u Wyciora; pomyślała. Tylko więcej kolorów.
- Co ty właściwie studiowałeś? - obeszła rysunek na deskach niczym nieświeże wymiociny.
- Prawo. To coś co pozostawił po sobie poprzedni lokator. Diabli wiedzą co to, ale … jest. Nie przeszkadza. Można nawet po tym chodzić. - zademonstrował.
- A nie razi cię w nocy to zielone? - mruknęła sceptycznie i nie podjęła podobnej próby co towarzysz. Podeszła za to do okna i otworzyła je na oścież. Zawsze wietrzyła smrody w bandzie; chyba dlatego śmiano się z niej, iż ma najwrażliwszy rysi nos.
- Można się do niej przyzwyczaić. - Szybko wziął się za poprawianie łózka. - Przepraszam za ten bałagan ale … no nie spodziewalem sie, że będziesz chciała tu przyjśc tak od razu. Ale winko jeszcze mam, gdybyś chciała.
Wyjrzała na dół, sprawiając wrażenie, że zaraz wyleci, albo ogląda mury uczelni pod oknem. Widok był całkiem sympatyczny, park, dużo zieleni, niecodziennie dużo jak na zatłoczone miasto.
Podszedł do niej, kladąc ręce na parapecie po obu jej stronach. - Podoba się widok? - Powiedział trochę ciszej, stojąc tuż za jej plecami.
- Wolałabym Rzekę - rzuciła tęsknie, bo wielka woda była dla niej niedoścignionym symbolem wolnego ptaka. Poczuła, w jak niezręcznej pozie stoi teraz i śmignęła pod ramieniem mężczyzny, przytrzymując kapelusik. Uśmiechnęła się niesfornie, w tłumaczeniu swego dziwnego zrywu.
- No to obejrzałam, teraz moja kolej. Bo twoje królestwo o niebo mniejsze niż moje.
- Już? Tak szybko? Bez począstunku i obejrzenia wszystkich zakamarków uniwersytetu? Myślałem, że przy twojej ciekawości spędzimy tu przynajmniej dwie godzinki.
- A twój pokój to cały uniwersytet?
- roześmiała się - Bo jeśli tak to jest nieskończenie nudny. I wielu zakamarków nie ma, chyba że chowasz coś pod materacem. A korytarz pełen jest jednakowych drzwi, pewnie kryją jednakowe pokoje. Co jeszcze tu mogę zobaczyć? Smoka?
Usmiechnął się tajemniczo.
- A chcesz? Smoka może nie. Z materacem też nie trafiłaś. - podszedł do szafy i rozsunał wiszace ubrania. - Zerknij. - zrobił krok do tyłu, by ją przepuścic.
Zajrzała mu pod ramieniem. Dziecko żyjące jak dzikus w dżungli miejskiej miało jeszcze na tyle instynktu by nie pakować się do ciasnych pomieszczeń, skąd nie można szybko umknąć.
- No ale tam nic nie ma. A faktycznie, ładna toga. Ale zbyt pompatyczna. No to idziemy? - wskazała drzwi.
- Ech … - podszedł do szafy i pchnał tylnia ścianę. Lekko migocząc … otworzyła się tak jak drzwi. Za drzwiami było ciemno.
- To co … chcesz pozwiedzać? Poprzedni lokator był czarodziejem … - uśmiechnął się lekko - A ja odkryłem kilka jego tajemnic.
Otworzyła usta i popatrzyła zaskoczona na magiczne dziwowisko. Nieczęsto miała do czynienia z manifestacją mocy, a jeśli tak było, to zdawała sobie z tego sprawę jedynie wtedy, gdy efekty były równie widowiskowe jak teraz. Światełka i błyski.
Wyciągnęła bransoletę z kieszeni, rozwinęła z papieru i przyjrzała się jej.
- To jest magiczne, tak? - wypaliła.
- Nie wiem. Możliwe. Dał mi to ten właśnie magik, więc szanse są spore. Ale sprawdzałem ją i nie robi nikomu nic złego. No .. tylko się nie śmiej … nosiłem ją trochę, by sprawdzić. - zmieszal się teatralnie, odwrócił wzrok. Zerknięcie na klepsydre było potrzebne. Może się uda bezboleśnie?
- To wbrew prawom ulicy wiesz? Nikt nie daje nic nikomu bezinteresownie - cofnęła się dwa kroki z namysłem - To dlaczego on ci to dał? Chłopakowi daje się nóż, czy coś, a nie świecidełko. Wiesz. Z męskiej przyjaźni.
- Aaa … dał mi, właśnie bym miał prezent dla dziewczyny. Taki był zamysł. Mi dał tamte dzbanki. W ciągu tygodnia każdy napełnia się winem. Kiepskim, bo kiepskim … ale jednak. Podobno wino pochodzi z pewnej baryłki w tutejszych piwnicach. Ale tu już nie wiem. Mówił o bransoletce tyle, że ona tylko ma ładnie wyglądać. Widzialaś jak migocze? Normalna biżuteria tak nie potrafi
Teraz przyglądał się już uważnie. Widziała migotania, czy nie? Może niepotrzebnie się trudził … ale znak zobaczyła, choć go maskował. Powinna … cholera wie.
- No właśnie. Migocze - mruknęła, pakując przedmiot z powrotem w kieszeń. Sprzedam przy pierwszej okazji; obiecała sobie. Za dużo tu znaków zapytania. Z kolesiem można się trochę zabawić, ale niech nie myśli że na pierwszej schadzce wejdę do jakiejś podejrzanej szafy...

- No to tajemne przejścia później. Pokażę ci, jakie ja znam - odzyskała wnet humor, jakby wystrzelił nagle z cichego gejzeru i podskoczyła do drzwi, otwierając je na oścież.
I właśnie w tej chwili nogi ugieły się pod nią, oczy pokryła ciemność i poleciała w dół, jakby spadała w głęboki dół. Poczuła jeszcze męskie dłonie przytrzymujące jej plecy i głowę a potem … zapadła w sen.
 
__________________
Wszechświat stworzony jest z opowieści. Nie z atomów.
szarotka jest offline  
Stary 12-12-2010, 22:14   #9
 
Bothari's Avatar
 
Obudziła się w ciemnościach. Najwyraźniej przywiązana do krzesła. I to niestety fachowo, bo ciężko było się choćby poruszyć. Spokojny oddech gdzieś po prawej sugerował, że ktoś tam śpi. Wracająca leniwie pamięć podsuwała jej po kolei wszystkie sceny, które zarejestrowała do momentu generalnego zgaszenia światła. Analiza tych rewelacji nie wprawiała w dobry nastrój. Chciała zakląć soczyście i obrazowo, ale ugryzła się w język w porę. Może więcej zdziała, gdy ten porywacz śpi? Nie wydał jej jeszcze w ręce władz, więc pewnie ma jakieś własne plany. Ale jakie? Nic nie przychodziło do rudej głowy. Gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, obejrzała pokój wnikliwie, by zidentyfikować jakikolwiek ostry przedmiot. Niestety; pomieszczenie było bezczelnie puste a porywacz spał na kocu trzy metry dalej. Krzesło stało jedynie na kamiennej posadzce i … w świecącym na zielono (leciuśko, jakby przestraszonym) kręgu dookoła niej. Magia! Lisek aż skrzywiła się z niechęcią na samą myśl czym ją potraktowano. Mogła podziwiać sobie magiczne sztuczki z daleka, ale gdy moc dotykała jej samej, dziewczyna czuła się brudna i osaczona. Nikt z Rysiej nie kpił sobie z tej dziedziny, bo była jedyną sztuką, wobec której nie znajdywali obrony i nie umieli jej zrozumieć.

Gdy Ruda skończyła pomstować w ciszy na kłamliwą, magiczną gnidę, która podeszła ją takim podstępem, zdecydowała się w końcu na działanie. A na sam pierw - wyszuranie się, w miarę cicho, z krzesłem, z tego świecącego diabelstwa, w stronę drzwi. Nie dało się. Przestrzeń nad kręgiem była jak ściana. Zimna, szklana ściana. Co ciekawe … krzesło przenikało przestrzeń w tym samym miejscu, gdzie palce, czy bark napotykały tylko szklistą powierzchnię. Na dodatek stopy miała przywiązane do nóg krzesła i przesuwanie się było bardzo utrudnione. Całość była tak hałaśliwa, że osobnik za nią podniósł się na posłaniu.
- No już już, wstaję. - rozpoznała bez trudu głos niedoszłego męża. - Lepiej się nie ruszaj, bo się poobijasz za bardzo, albo głowę rozbijesz. A to i dla Ciebie i dla mnie kłopot. - mruczał wyraźnie zaspany. Powoli krąg rozjarzył się i w pomieszczeniu zaczęło się robić jaśniej. Teraz dało się nawet zauważyć drewniane drzwi w jednej ze ścian. Do złudzenia przypominały wewnętrzną ścianę szafy …
- Ty obślizgły szczurzy szczochu sprzed pięciu pokoleń! Masz mnie natychmiast rozwiązać! - wywarczała jak przyparty do muru, wystraszony lis - I lepiej martwiłabym się na twoim miejscu o własną głowę, bo jak się kumple dowiedzą, to będziesz miał tam wielką dziurę!
- No to lepiej, żebym Cię nie wypuszczał, bo wtedy nie omieszkasz ich zawiadomić i zorganizować zemstę. Zdecydowanie wiec zostaniesz tutaj w więzach. -
Ziewnął rozdzierająco i stanął trzy kroki przed nią. - Ciii, nie szamocz się. Coś Ci przeczytam. - Po czym wyjął z za pazuchy jakiś pergamin. - Obwieszcza się - zaczął czytać - Iż ścigana mierzy tyle, co zwykła dziewczyna z gminu. Szczupła i dość chłopięcej figury. O wieku trudnym do oszacowania, zapewne pomiędzy piętnastoma a siedemnastoma wiosnami. Włosy ruda albo inaczej - miedziane, twarz niepospolita. Odrapana jak to zwykle wśród chuligaństwa. Za schwytanie nagroda wypłacona będzie przez …. tego Ci nie przeczytam, no bo i po co … w wysokości 20 złotych koron. Co ty na to?
Kuliła się na krześle z każdym zdaniem. Więc w końcu wpadła. Wystosowali za nią list gończy. Oczyma wyobraźni ujrzała ponownie podest szubieniczny i Vaka dyndającego na sznurze. Tym razem to dla niej będzie ten sznur...
- Hej hej … spokojnie. Tylko mi nie zemdlej. Dwadzieścia koron masa pieniędzy ale ty jesteś warta więcej moja droga. Upewnić się tylko muszę, czy aby na pewno. Odpowiesz grzecznie na pytanka i będziesz współpracowała? Czy też mam z Ciebie siłą wszystko wydobywać? Nie chcę tego.
Biedulka pokonała ścianę w bladości i przerażona swoimi wizjami, podbudowywanymi przez słowa oprawcy naprawdę byłaby zemdlała.
- Ja mam... trochę pieniędzy... - wyszeptała ochryple - To dam wszystko. Proszę mnie tylko nie wydawać straży. Ja będę na pana zarabiać. Obiecuję...
- Nono … to już brzmi jak obietnica współpracy. Bardzo dobrze. Nie chcę Cię oddawać straży, bo oni płacą za mało. A posiadanie swojej dziewczyny na rozkazy … hmm … pomyślimy. Nawet jak okażesz się jałowa. No dobrze … teraz cię rozwiąże. Krąg nadal będzie działał, więc nie rób nic głupiego.

Gdy powiedział magiczne słowa “nie chcę cię oddawać straży”, wyprostowała się z nagła, jak zajączek stający słupka. Jak nie straży to komu?
- Jałowa? - nie rozumiała - Jaka jałowa? Ja jestem bardzo zaradna - zapewniała gorliwie - Umiem ukraść dosłownie wszystko.
Przekonywała Isaaka (czy aby na pewno się tak nazywał?) nawet wtedy gdy ją rozwiązywał.
- A jeśli pan potrzebuje takich błyskających światełkami przedmiotów, jak mi pan dał, to jeden mam w domu, mogę przynieść - zaproponowała ofiarnie. Mogłaby zaproponować nawet własną dusze, jeśli oddaliłoby to widmo szubienicy. Jego ręka bez trudu przenikała przez niewidzialne ściany. Zabrał w ten sposób krzesło.
- Doskonale. Sądzę, że się jakoś dogadamy. Bo podejrzewam, że możesz pomóc mi znacznie bardziej niż Ci się wydaje. Muszę to jednak sprawdzić. W tym jednak celu musisz się rozebrać. Do rosołu, że tak powiem. I nie … nie zamierzam Cię tu zerżnąć. - delikatnie się uśmiechnął. - Choć w przyszłości tego nie wykluczam, jak spodoba mi się to co zobaczę.
Przestąpiła zdenerwowana z nogi na nogę. Nigdy nie rozbierała się przy żadnym chłopaku, a ci którzy usiłowali podglądać, dostawali w zęby. A teraz stanęło przed nią być albo nie być. W sensie być gołą, albo nie być wcale... Powoli zaczęła rozpinać kaftanik, nie spuszczając wystraszonego spojrzenia z maga. W końcu pozbyła się i spodni i butów, zostając tylko w białej koszuli do uda, luźno sznurowanej w dekolcie. Potarła ramiona, bardziej z nerwów niż z zimna, licząc że mężczyzna odpuści sobie resztę.
- Niestety całość. - westchnął i popatrzył gdzieś obok. Odwróciła się tyłem, jakby to miało coś pomóc i ściągnęła z siebie również koszulinę, zasłaniając nią strategiczne miejsca.
Podszedł powoli. - Weź ten kryształek w ręce. - stał gdzieś za nią .. zapewne wyciągając ów “kryształek” w ręku. - A koszule rzuć na ziemię. Widywałem już nagie kobiety. Nie musisz się aż tak krygować.
Odzienie spadło pod nogi dziewczyny, ona zaś, nie odwracając się, sięgnęła ręką do tyłu i namacała ów przedmiot o którym była mowa. Może cham widział gołe baby, ale to nie znaczy, że tym gołym babom było obojętne kto je ogląda.
- Teraz trzymaj go przed sobą na wysokości piersi i wpatruj się w niego. Mów mi, jaki kolor widzisz i czy w ogóle świeci. Dobrze?
- Nie mogłam tego robić w ubraniu? -
mruknęła cicho, patrząc na coś co zapewne ociekało magią.
- Niestety nie. No to … jaki kolor?
Test trwał. Kolory zmieniały się. Czasem kryształ gasł a czasem migotał. Pytania padały raz na jakiś czas, jakby w niektórych momentach uznał, że powinna coś powiedzieć. Nie zawsze były to sensowne momenty. Kryształek był zimny i jakby … wyciągał z niej wszystko co tam miała. Dziwne odczucie stawania się pustą.
Była zmęczona i zmarznięta. Ten stuknięty zboczeniec chyba naprawdę nie chciał wydać ją straży ale jakiemuś innemu zboczeńcowi. Wolała jednak mu nie podskakiwać i udawać całkowicie potulną. Może szybciej trafi się szansa na ucieczkę...
- A teraz uklęknij i przytknij kryształek do brzucha. To będzie specyficzne uczucie. To już ostatni test. Po nim dowiesz się, co się dalej z Tobą stanie.
Wszystko to było jakąś jedną wielką bzdurą i na nic sensownego nie wskazywało, ale dziewczyna zrobiła to co kazał. Może wreszcie da jej spokój i będzie się mogła ubrać. I uspokoić nerwy.
Fala tego, co wcześniej ją "opuszczało", teraz runęła z powrotem. A potem jakby kolejna i kolejna. Niepowstrzymanie wtargnęły w nią i wypełniały każdą wolną przestrzeń w ciele. Nerwy szalały z nadmiaru najrozmaitszych doznań.

Blask. I światło. Zielone. Żółte. Czerwone. Płomienie. Pożar słońca, pełzający po ścianach. Połykał jej ciało potężnymi haustami, a ona mogła tylko krzyczeć i wić się po podłodze, w nadziei że uniknie spalenia jakimś cudem. Powietrze wyło od gorąca, skwierczało i syczało, aż w końcu wszystko skupiło się w jednej małej kuli lawy, która zmalała do ograniczeń skóry, ciała. I gdy brązowe oczy otworzyły się ponownie, oślepiły się ciemnością, która zajęła miejsce świateł. A nagie ciało, schłodzone potem, drżało.

Patrzył na wijącą się kobietę z nieznacznym uśmiechem. Była niezwykle utalentowana. Znakomita. Jeżeli tak mała porcja mocy wzbudzała w niej aż takie emocje. Miał tylko nadzieje, że …
- Johan! Co ty tutaj wyprawiasz? Dziwkę jakąś sobie sprowadziłeś? Do pracowni? Do reszty już zbaraniałeś … -
Odwrócił się jak na komendę.
- Pani Deui … dlaczego … czy …. - nie mógł się zdecydować, o co właściwie zapytać - ja tu … nic nadzwyczajnego …
- Nic nadzwyczajnego? Testujesz ją, jak mi się wydaje …
- wzięła z jego ręki pergamin z notatkami.

Dźwięki docierały do niej gdzieś z czeluści nocy. I naraz noc rozstąpiła się, jakby ktoś otworzył drzwi do dnia i rozległ się kobiecy głos. Lisek po chwili zaczęła rozumieć słowa. I skulona, usiłowała nadać mocy swojemu własnemu głosowi, by zawołać “pomocy”.

- Śliczne wyniki. Biorę ja. Ooo … ja gdzieś widziałam tą mordeczkę. - kobieta przyklękła przy twarzy lezącej, jednym gestem likwidując zielony krąg na podłodze. Ubrana była w przepiękna, obcisłą granatową suknię. Taką mogła by nosić tylko sama królowa. - To ta, co moją klacz poczęstowała kamieniem! - głos kobiety był wyraźnie ucieszony. Ujęła leciutko podbródek dziewczyny. - Słyszysz mnie przecież dziecko … no powiedz coś.
Teraz wypadało jedynie, by na dokładkę niebo zwaliło się na głowę Arelis. To by oznaczało przypieczętowanie nieszczęść. Dlaczego spośród wszystkich arystokratek musiała trafić... właśnie na Weronikę Deui, do której tak niedawno strzelała z procy...
Zwinęła się w kłębek, z cichym, płaczliwym jękiem rezygnacji.
- Eeejjjj … bez przesady. Nie jestem żadna wiedźma. Johan … wyjdź z łaski swojej. A ty wstań dziewczyno. Kobieta powinna przyjmować swój los z godnością.
Palec kobiety ponownie uchwycił podbródek i lekko podniósł do góry. Ruda odsunęła się i zgramoliła z ziemi, zagarniając swoje ciuchy do ciała. Stojąc jak na kazaniu patrzyła bykiem na damę w najdroższej chyba sukni świata.
- Tak znacznie lepiej. Teraz wytłumaczę Ci twoja sytuacje. Masz ogromny talent magiczny ... chyba, że Johan pomylił się podczas testów. Tak czy inaczej zabieram Cie ze sobą. Od ciebie zależy, czy będziesz narzędziem, czy uczennica. Ubierz się. Twoja golizna nie jest ani trochę interesująca.
Talent magiczny? Ogromny? Ona? Patrzyła się w panią Weronikę, jakby ta mówiła innym językiem. Właśnie oznajmiła wszak dziewczynie najbardziej obrzydliwą rzecz. Że niby jestem magiem? Wzdrygnęła się cała, jakby bat spadł na jej grzbiet.
- A nie może pani... zabrać sobie tego talentu? Mi nie jest wcale potrzebny... Nie chcę go!
Ubierała się błyskawicznie, nie dopuszczając do siebie tej strasznej myśli.
- Och .. gdybyż to było możliwe … - uśmiechnęła się - Za coś takiego gotowa jestem zabijać. Ale nic to nie da … wiec wyboru i tak nie masz.
Było w tej kobiecie coś groźnego i złowieszczego. Jakaś bezlitosna siła, przed którą topiły się nawet skały. Lisek zaczęła się zastanawiać, czy ręce Isaaka nie były by w tym wypadku tymi lepszymi niż pazury demonicy Deui...
- Gotowa? To idziemy. - Coś w głosie kobiety nie dopuszczało sprzeciwu ani oporu - Johan! Za godzinę stawisz się we Wróblu. I normalnie ubrany, a nie jak pajac.
O ile wobec Isaaka, czy też jak się okazało - Johana, Lisek była zdecydowana na ucieczkę przy pierwszej okazji, tak wobec pani Weroniki nawet bała się nawet o tym myśleć. Toteż każdy kto spojrzałby na dwie kobiety idące korytarzem, doszedłby do słusznego przekonania, że oto mijają go mistrzyni i pokorna uczennica, skarcona właśnie za coś.
- Masz tu kogoś z kim warto się żegnać? Jak tak … to za godzinę bądź w karczmie “Wróbel”. - powiedziała do idącej obok dziewczyny, gdy opuszczały teren uniwersytetu. - Do tego momentu jesteś wolna. Jakieś pytania?
- A gdzie jest ta karczma? - odpowiedziała niemal machinalnie.
- Za Wschodnia brama. Tą z dzielnicy Willowej. Trafisz? - zatrzymała sie na momencik.
Kiwnęła głową potulnie.
- Nie spóźnij się. - i ruszyła w swoją stronę.

Przez chwilę tkwiła na ulicy sama, jak kołek, patrząc się za oddalającą postacią. Wtedy to uświadomiła sobie, co właściwie usłyszała. Jest wolna. Nikt jej nie pilnuje. Gdy tylko Weronika zniknęła za rogiem budynku, Lisek wyprysnęła biegiem przez dzielnicę i pokonała te kilka przecznic w takim pędzie, iż nie pamiętała nawet jakim cudem znalazła się w Handlowej, a później w Wysokim. Do Tartaku dotarła już zmęczona i zziajana. W spichlerzu było pusto i tylko poustawiane w formie ścian worki i kartony zaświadczały, że kiedyś ktoś tu mieszkał. Wepchnęła bransoletę do jednego z worków, by pozbyć się ewentualnego urządzenia namierzającego i wymknęła się z magazynu, by poszukać Wyciora. Znalazła go w klitce Kubka, ale nie traciła czasu na powitania. Zagarnęła wielką sakwę, koc, jakąś koszulę i spodnie na zmianę (pewnie Kubka, ale kto by tam oglądał) oraz bochenek chleba i jakiś ser.
- Muszę zwiewać - wytłumaczyła swój pośpiech, upychając prowiant do worka - Szukają mnie, wynoszę się z miasta. To babsko wszędzie mnie znajdzie.
Chłopcy patrzyli na nią w milczącym zaskoczeniu, gdy biegała po pokoju, pakując wszystko co uznała za użyteczne, łącznie z nożem Kubka. To babsko wszędzie mnie znajdzie. Uświadomiła sobie te słowa, gdy po raz drugi przebiegły jej myśl. Czy naprawdę wszędzie? To przypominało koszmar sprzed paru dni. Koszmar, w którym pani Weronika złapała ją w kanałach. Więc tunele odpadają. Czy jest miejsce, gdzie ta potwora jej nie dosięgnie?
- Lis? - odezwał się w końcu Wycior, gdy zauważył, że koleżanka spowolniła nagle pakowanie - Ale jakie babsko? Jak masz kłopoty to przecież ci pomożemy.
- Może powinnam tam wrócić? -
spojrzała na nich w napięciu.
- Gdzie?
- Do “Wróbla”... -
potarła skroń i podjęła przerwaną czynność. Po chwili była już przy drzwiach.
- Gdyby ktoś was pytał, to oficjalnie poszłam do “Wróbla”. Zaszyjcie się gdzieś. Będzie mnie szukać.

I już jej nie było. Po drodze do południowej bramy dziesięć razy walczyła ze strachem i szaloną chęcią posłuszeństwa, a paniką uwięzienia i skazania na paranie się brudną magią. Mimo to biegła, samą chyba siłą rozpędu, ciemnymi uliczkami. Wyznaczona godzina niedługo miała minąć.

- Mam nadzieje, że zdążysz … - rozległ się w głowie dziewczyny głos Pani Weroniki. Przed oczyma stanęła też jej postać na koniu, tak, jak widziała ją parę dni temu, podczas jazdy przez miasto. - Bardzo nie lubię, gdy ktoś się spóźnia … - obraz rozwiał się.
Potknęła się i mało nie przejechała po bruku w nowym ubraniu. Zatrzymała się w końcu jak zmrożona, rozglądając się z przestrachem. ONA ją widzi. Wszędzie ją zobaczy. Ucieczka jest bezcelowa! Co teraz... Co teraz Lis!

Pół śpiący kloszardzi, dzielący się flaszką idąc ulicą, o mało nie upuścili drogocennego napitku, gdy pomiędzy nimi przemknął ktoś, jakby sam diabeł go gonił i tylko po rudej grzywie można było poznać, że osoba ta była ziemskiego pochodzenia.
- A może to janioł jaki? - poddał w wątpliwość jeden z nich.
- Ni tam. Na pewno diabył - zbył go drugi i podjęli rytuał picia.

Karczma była coraz bliżej. To na pewno ta. Lisek była niemal mokra z wysiłku i stresu, ale była pewna że zdąży. Wpadła do sali niczym królewski posłaniec z wiadomością życia i śmierci i niemal uwiesiła się na gałce drzwi ze zmęczenia. Było gwarno jak mało gdzie. Szybkie spojrzenie w obie strony zaowocowało wypatrzeniem siedzącej z godnością Weroniki la Deui. Dookoła niej była strefa pustej przestrzeni .. pomimo, że w reszcie karczmy trudno było się już poruszać. W obszarze tym siedział tylko ubrany po mieszczańsku Isaak …a może Johan? Gdy tylko podeszła do stolika, pani spojrzała na nią wyraźnie zniesmaczona.
- Spóźniłaś się trzy minuty. Mniemam, że masz dobre usprawiedliwienie i że nie powtórzy się to nigdy. - Nie podkreśliła słowa “nigdy”, ale zabrzmiało wystarczająco dobitnie. Jak strzelenie batogiem po środku placu … Dziewczyna drgnęła i zagryzła wargi. Rzuciła prędkim spojrzeniem w stronę maga, jakby liczyła, że dostarczy jej jakiegoś wyjaśnienia. Nie pomógł. Popatrzył w blat. Za to Weronika pokiwała głową, jakby znała całą historię.
- Cieszę się, że jednak poszłaś po rozum do głowy i zawróciłaś. - I to był koniec wypowiedzi. Straciła zainteresowanie nową … służącą? Uczennicą? Tym … kimś. Teraz najwyraźniej rozmawiała ze swoim … hmm … chyba sługą.
- Czyli siedzisz tutaj miesiąc i nie zrobiłeś nic. Zupełnie nic. Tylko … znalazłeś źródło a nic więcej. Chyba miałam szczęście przyjeżdżając, bo gotowyś siedzieć tutaj pół roku. Nic nie mów. Radź sobie sam z problemami. Masz tydzień. Siedem dni. Wtedy to pojawi się w tym miejscu wysłannik ode mnie. Lepiej byś zdążył. Jasne.
- Tak mistrzyni … -
głos mężczyzny nie przypominał jego pewnego tonu, gdy siedziała przywiązana do krzesła. Nie miał też w sobie determinacji “potencjalnego narzeczonego”. Był tylko strach i ogromna chęć nie sprawienia swojej mocodawczyni zawodu. Arelis zaś stała z niezręczną miną, słuchając wielmożów i nie wiedziała czy może usiąść i odpocząć, czy cokolwiek innego. Czuła się jak pies wzięty na łańcuch i to bardzo ciężki. Miała jedynie nadzieję, że ta burza ominie jej paczkę. I choć nie widziała w sobie woli walki, nie porzuciła nadziei o wolności.
- Doskonale. Jesteś najedzona … Lisku? - pytanie padło znienacka. Poruszyła się niespokojnie. Imię to należało do szczególnie przez nią lubianych, w przeciwieństwie do nadanego przez matkę “Arelis”, więc dziewczynie zrobiło się dziwnie nieswojo. Pokręciła głową, nie przyznając się do zabranych zapasów w sakwie. Kobieta podniosła dłoń i … jak z pod ziemi pojawił się sługa. Dodać trzeba … jedyny w karczmie. I jakoś tak przez cały pobyt Arelis w pomieszczeniu był w odległości nie dalej niż dwóch metrów. Jakby czekając na ten moment.
- Za trzy minuty wyjeżdżamy stąd. Bądź łaskaw kazać przygotować dwa konie. Do obu przymocuj dodatkowe juki z jakimś jedzeniem na drogę. Wierzę, że dasz radę chłopcze. A to za fatygę i na pokrycie rachunków.
Złota czteroszylingówka zmieniła właściciela. Chłopak gotów był zapewne za taką kwotę dorzucić siostrę dla umilenia drogi i wiele innych rzeczy. Tych jednak nie oczekiwano …

Dwa konie? Czyli Johan zostaje. A tajemnicza mistrzyni zabiera ją gdzieś dalej. Poza miasto. Sama myśl o opuszczeniu Thalafu była ciężka do przełknięcia. Tu się przecież urodziła i wychowała... A teraz ma to wszystko zostawić? Mistrzyni odczekała dokładnie trzy minuty. Chyba ani oddechu więcej, czy mniej. Potem wstała i ruszyła do wyjścia. Ani myślała o tym, by czekać na kogokolwiek. Lisek pospieszyła za nią, niemal depcząc jej po sukni, by przypadkiem dama nie pomyślała o opieszałości podopiecznej. I pomyśleć że jeszcze kiedyś ruda śmiałaby się z samej siebie na wieść, że będzie wobec kogoś tak służalcza. Ale nigdy wcześniej nie znała stalowej damy la Deui. Dziewczyna jeden tylko raz obejrzała się w samym wyjściu. Dostrzegła wtedy pochylonego nad stołem Johana, który … płakał.

A potem były konie. Weronika bez trudu wskoczyła na damskie siodło i zwróciła konia, by obserwować poczynania swojej “pociechy”. A te były intrygujące co się zowie gdyż i drugiego wierzchowca wyposażono w damskie siodło. Nie żeby Lisek nigdy nie jechała konno … ale o damskim siodle w zasadzie tylko słyszała. No i oglądała wielkie damy tuż przed strzałem z procy. To jednak była teoria. Praktyka poszła nie najgorzej. Starczy powiedzieć: Lisek siedziała na koniu z nogami po jednej stronie a pupką po drugiej. Drgnienie kącika ust opiekunki można było uznać za odpowiednik kwadransa drwin jej przyjaciół.
Ruszyły w noc.
 
Bothari jest offline  
Stary 18-12-2010, 08:52   #10
 
szarotka's Avatar
 
Nie odjechały daleko, choć dla nieprzezwyczajonej do konnych przejażdżek oraz do małych odległosci wewnątrz miasta - była to istna wyprawa. Pierwszy przystanek (i ostatni tego dnia) miał miejsce w zajeździe “Kot i cztery psy”. Tu w tempie ekspresowym otrzymały pokój (jeden, ale duży). Do pokoju przyniesiono balię, która służba w tempie zaiste ekspresowym napełniała gorącą wodą. Przyniesione do komnaty juki i pakunki, które do tej pory wisiały swobodnie przy obu koniach, teraz wylądowały na łóżku.

- Mam nadzieję, że nie wiercisz się za bardzo w nocy, bo jeżeli tak, to niestety spędzisz noc na podłodze. Teraz rozpakuj moje rzeczy i wyjmij z nich bieliznę nocną i przybory kąpielowe. Po tych słowach zaczęła swobodnie rozbierać się, składając każdą ze zdejmowanych rzeczy i kładąc w stosiku na krześle.
Lisek posłusznie zaczęła rozpakowywać pakunki, oglądając przy okazji ich zawartość z frapunkiem. Takie coś to bielizna? Uniosła ją do światła i wydawało się, że widać przez tkaninę pokój. A to służy do kąpania? Po wyciągnięciu koreczka pachniało lepiej, niż truskawki, które wąchała na straganie na Diamentowym. Wyciąganie coraz to nowych, intrygujących rzeczy “bogaczki” przypominało kopalnię skarbów, gdzie za każdym uderzeniem kilofa wypadało coś innego i dziwnego.
Plusk za plecami obwieścił, że pani Weronika weszła do wody.
- Płyn, tak, ten czerwony. Jeszcze mydło. Tak, to coś białe. Tak, białe mydło, nie szare. I ręcznik do wycierania, przecież nie użyję tej szmaty od gospodarza. Dziekuję. A teraz rozbieraj się i wskakuj. Z brudasem nie mam ochoty spać.
Kąpiel z tymi wszystkimi dziwami była jeszcze większym wydarzeniem, niż samo oglądanie dziwnych przyborów. Tym razem Lisek nie miała oporów przy rozbieraniu (wszak baby mają to samo wszędzie) i nieśmiało wlazła do balii. Zapach był nieziemski. Aż wstyd myśleć, że można się kąpać w czymś tak pachnącym.
- Umyjesz mi plecy? - zapytała i odwróciła się tyłem. - I powiedz mi … zawsze jesteś taka milcząca? Czy po prostu moja obecność działa aż tak onieśmielająco? Na twoim miejscu miała bym tysiac i jeden pytań, a ty nie zadałaś jeszcze ani jednego.
Właściwie powinna czuć się jak służąca, ale przepych nieomal królewski przy tak trywialnej czynności wyprzątnął jej wszystkie myśli o własnej niedoli.
- Nie wiem co pani chce usłyszeć - bąknęła, gdy znów usłyszała ten surowy głos - Jedno pytanie już zadałam, ale nie było można wykonać... - wzięła gąbkę i zaczęła trzeć plecy kobiety, jak to zwykle matka z nią robiła, by odgryźć tygodniową warstwę brudu.
- Och .. doskonale to robisz. No niestety - talentu magicznego nie można w żadnes sposób się pozbyć ani przekazać. Jeżeli jest tak wielki, jak wynika ze spostrzeżeń Johana … to nie uciekniesz przed nim, moja droga. Kiedyś by Cię zgubił. Moim zdaniem trzeba Cie szkolić, byś mogła go opanować. Nie chcesz chyba kiedyś przez przypadek w gniewie spalić całego miasta ze sobą włącznie i to tylko z powodu nadchodzącej miesięcznej przypadłości, prawda? A tak niestety może się stać. Byłam nawet kiedyś świadkiem takiego zdarzenia. Wierz mi - nieprzyjemny widok. Czy to jedyne pytanie jakie miałaś?
Gdy wspomniała o paleniu miasta, myjka znieruchomiała na plecach Weroniki.
- Jak to spalić całe miasto? - zapytała zdumiona - Ja? Ja się brzydzę magią, nie użyłabym tego nawet do zapalenia świeczki!
- Brzydzisz się? Ciekawe … a teraz coś Cię brzydzi? - sięgnęła po cebrzyk, by spłukać z siebie mydliny.
- No... bo to jest takie nienormalne. Nienaturalne. Nie da się tego wyjaśnić - zmarszczyła czoło i sama zanurzyła się po czubek głowy w balii. Co za odświeżające uczucie. Szkoda że psuła je obecność owej kobiety obok.
- No i nie zajmuje się tym nikt z nas. Tylko szlachcice - ostatnie słowo wymówiła z pogardą i nie umiała jej ukryć.
- Doprawdy? - ton był wyraźnie zabarwione kpiną. - No popatrz, a właśnie wypluskałaś się od stóp po łepetynę w magicznym roztworze. I wierz mi - więcej jest magów wywodzących się z plebsu, niż z pośród szlachty. Magia nie wybiera wedle urodzenia. Talentem może być obdarowany każdy. Ja, żeby daleko nie szukać byłam tylko mieszczką. Zapewne nawet biedniejszą niż Ty. Mnie by na taki kapelusik jak nosiłaś nie było stać dawniej. Całkiem elegancki musze przyznać. Masz dobry gust a to może się przydać …Zaczerwieniła się lekko. Siedziała w magicznym cholerstwie? O mało a nie wyprysnęłaby z balii jak z procy, ale tylko drgnęła pod wzrokiem Weroniki.
- Kapelusik... kupiłam za pierścionek. Dała mi go panienka Fimore. Dostałam za niego obłędną ilość pieniędzy. I złotnik był bardzo uczciwy - pochwaliła się niejako - Normalnie na codzień to mnie na nic nie stać takiego.
- Fimore? Głupia dziewczyna ale owszem, o złotym sercu. Szkoda tylko, że jej ojciec zapewne nieźle jej tyłek złoił.
- Bo ojciec już jest zepsuty, a ona jeszcze nie
- wypaliła - Każdemu bogactwo we łbie przewraca, jak za dużo w dupie ma.
- W zasadzie za wyjątkiem doboru słów, to zgadzam się z tym co powiedziałaś - uśmiechnęła się już wyraźnie - Choć powiem Ci, że bieda też potrafi nieźle wypaczyć. Weźmy taką małą bandytkę z miasta, co to strzela z procy we wszystkich, którzy mają pieniądze. Niezależnie, czy popsutych, czy nie. Mogła by przecież “ustrzelić” panne Fimore …

Reakcja magini na słowa Liska zdziwiła dziewczynę. Zgadza się z nią? Prędzej oczekiwałoby się zrugania a nie przytakiwania. Z kolei następna uwaga wywołała ponowny rumieniec.
- W panienke Fimore przecie bym nie strzelała - burknęła - A skąd ja mam wiedzieć, które to zepsute a które nie? Zatrzymać i pytać każdego? Zakładamy, że wszystkie toto zadziera nosa i wysługuje się biedniejszymi.
Pani Weronika też się wysługiwała, to nie umknęło uwadze rudej. Zaraz każe jej się pomóc przyodziewać albo warkoczyk zaplatać czy tyłek podcierać. Ale nie było już bezpiecznego dystansu, procy i tuneli, którymi można było zwiać po dokonaniu przestępstwa. Ptak był uwięziony i skazany na posłuszeństwo. Czy tak samo czuła się teraz jej siostra w zamtuzie, gdzieś w innym mieście?
- Czyli lepiej poturbować niewinnych i sprawić tylko, że szlachta jako całość będzie jeszcze bardziej nie lubiła pospólstwa, jeszcze bardziej dręczyła służbę i sugerowała jeszcze gorsze wyroki dla chuliganów. Czy tak? Nie zdawałaś sobie sprawy, że działasz w rzeczywistości przeciwko sobie? Idąc dalej … czy myślisz, że służbę ktoś zmusza do pracy przy pomaganiu wysoko urodzonym? Nie moja droga. Oni dostają za to gratyfikacje. Takie jak dla przykładu utrzymanie, na które w innym przypadku muszą ciężko pracować gdzieś indziej. Na przykład w kopalni czy w porcie. Mój ojciec był robotnikiem portowym. Pamiętam jak trudził się, by w domu było cokolwiek do jedzenia i z jaką zazdrością patrzyliśmy na dzieci hrabianki Beteri. One zawsze miały ładne sukienki, jedzenie i zabawki. A ja miałam powycieraną sukienczynę po starszej siostrze i szmaciana lalkę bez oka. Co mi na to odpowiesz?
Nie odpowiedziała nic. Bo niby skąd miała wiedzieć, skąd wywodziła się pani Deui. Rysia banda działała tak samo od dawna. Podobnie jak inne. Skoro nie mogą być bogaci, to przynajmniej utrudnią życie tym ostatnim. Poza tym służenie komuś i wycieranie noska, nawet za pieniądze, to żadna gratyfikacja. To rozpaczliwa potrzeba utrzymania się. Ale tego na głos już nie powiedziała.
Pani Weronika nie nalegała na odpowiedź, jakby rozumiejąc co dziać się może w głowie dziewczyny. Po krótkiej przerwie poprosiła o umycie włosów a potem … odwdzięczyła się tym samym.
- Ale miło jest być bogatym, nosić piękne stroje, kąpać się w gorącej pachnącej wodzie, jeść łakocie i nie martwić się, co przyniesie następny dzień, prawda? Szczególnie, gdy ma się czyste sumienie, że na wszystko się zapracowało ciężką pracą … - powiedziała z leciutkim uśmieszkiem - Woda wystygła. Ja mam dość a ty - jak chcesz. - powiedziała wstając i sięgając po ręcznik - Ach - podcieram tyłek sama, tak samo jak sama się zwykle ubieram. Co do warkoczyka … chętnie kiedyś skorzystam z twojej pomocy, jak przyjdzie mi ochota na taką fryzurę.

Dziewczyna otworzyła usta i wpatrzyła się w wycierającą kobietę osłupiała. Ona czyta w myślach! Przecież Lisek nie powiedziała nic takiego na głos! Na samą myśl o czyimś szperaniu w głowie ruda zanurzyła się po brodę w kapieli.
Myśl o słońcu; powtarzała sobie w myślach. Myśl o słońcu.

Mistrzyni nie interesowała się chyba już poczynaniami swojej “branki”. Usiadła naga na łóżku i zaczeła suszyć włosy. Potem przyszła kolei na ich rozczesywanie … a było co. Siegały wszak prawie do pośladków tej dość wysokiej kobiety. Czarne pasma (choć posiadaczka wolała nazywać ten kolor “kruczym”) opadały niczym wodospad. Teraz drgały raz po raz pod ruchami grzebienia (srebrnego!) jak najprawdziwsza tafla wody. W ogóle figura kobiety nie miała chyba żadnych mankamentów. Tak samo jak skóra pielęgnowana magicznymi olejkami i naparami w kąpieli, czy twarz okraszona skromnym ale doskonałym makijażem. Ten ostatni teraz był nieobecny i dało się zauważyć, że … w zasadzie nie był kobiecie do niczego potrzebny. Czesała się jeszcze długo po wyjściu dziewczyny z wody i radziła sobie przy tym sama.
Lisek nie przywykła do tylu rytuałów towarzyszących byciu kobietą. Nie wiedziała nawet, że takie istnieją. Szczytem zadowolenia była dla niej kąpiel raz w tygodniu i ubranie się w czyste ubranie. A tu jakieś olejki, balsamy, mydełka, grzebienie świecące się bardziej niż psu jajca, oraz malowanie sobie oczu i inne takie dziwactwa. Mimo to przypatrywała się Weronice z zaciekawieniem i przeświadczeniem o nieskończonej wręcz próżności babska. Bo jak można tyle czasu poświęcać własnej osobie? To przecież grzech...
Ona sama poprzestała na wytarciu ręcznikiem ciała (odrapanego tu i tam) oraz włosów, po czym zaczęła się ubierać w swoje dotychczasowe ubranie (ciuchy Kubka zapewne świeższe nie były i zabrała je w razie absolutnej konieczności przebrania się w cokolwiek innego).

* * *
Wieczorem rozmowa się już nie kleiła. Kobiety położyły się spać i … wstały skoro świt. Szybkie śniadanie przygotowane przez karczmarza było o wiele obfitsze niż świateczne obiady, które pamietała jeszcze z domu. Pani Weronika jadła jednak bardzo oszczędnie. Za śniadanie podziekowała jednak kulturalnie i zapłaciła z ogromnym napiwkiem. Potem ruszyły dalej. Teraz pani la Deui jechała już w męskim siodle i takie też zalożono Liskowi. Było znacznie łatwiej i jechało się szybciej. Gdzieś kwadrans po wyjechaniu z karczmy magini zatrzymała konia i powiedziała.
- Przed nami jest jakaś zasadzka. Tylko czterech ludzi. Jedź dwadzieścia metrów za mną, tak aby nic Ci nie zrobili. Ja się z nimi rozprawię.
Nie czekała na odpowiedź uczennicy, tylko ruszyła przed siebie.
Lisek stanęła w strzemionach, by zobaczyć o jakiej zasadzce mowa. Niczego nie widziała. Skąd ta kobieta wie? Czy magią można robić też takie rzeczy? I jak ona chce poradzić sobie z bandziorami w takim stroju? Piąstką?

Ruszyła niepewnie za mistrzynią, w odległości dalece większej niż zakładano. Wszak w razie, gdyby magini się nie powiodło, ruda miała konia, na którym mogła umknąć w siną dal. Wolna.

Nie zapowiadało się, by miało się nie udać. Mistrzyni jechała jak gdyby nigdy nic gdy z krzaków wyskoczyło czterech napastników. Z pałkami i … ubrani jakoś tak znajomo. Kubek! W momencie gdy go poznała, z rąk magiczni wystrzeliły pierwsze błyskawice.
- Nie! - wrzasnęła i zdzieliła konia piętami w ułudnej nadziei, iż wyrosną mu skrzydła i zdąży dobiec do miejsca kaźni. Bo chyba tylko na to się zapowiadało.
- Przestań! Uciekajcie! - darła się z całych sił.

Koń ponaglany okrzykami i łydkami popędził przed siebie, błyskawicznie mijajac miejsce zasadzki. Widziała w przelocie Kubka tarzającego się po ziemii w spazmach. Oślepiły ją kolejne błyskawice, które obalały na ziemię jej przyjaciół. Koń przestraszył się czegoś i z nagła zatrzymał, pozwalając swojej amazonce pomknąć w dalsza drogę samotnie. Tylko odruchy spadającego kota uchroniły ją od połamania kończyn czy karku. A jednak poturbowała się strasznie. Pioruny uderzyły po raz ostatni, zostawiając po sobie odgłos skwierczenia a potem … ciszę przerywaną męskim szlochem, jękami i odgłosami wymiotowania.

Pozbierała się z ziemi, klnąc na każdy bolący cal ciała, ale chciała ponad wszystko zobaczyć, co dzieje się tam z tyłu. Na poły kuśtykając, na poły biegnąc wróciła do miejsca zbrodni.

Weronika la Deui powolutku wjeżdżała pomiędzy powalonych napastników. Dookoła niej uformowała się migotliwa, błękitna poświata, czy raczej bańka. Uważnie przypatrzyła się każdemu z wijących się na ziemi napastników.
- A widzisz dziecko … czasem czytanie myśli przydaje się bardziej niż sądziłaś. Była bym ich pozabijała, gdyby nie zdradzili się z tym, że chcą Cię “odbić”. - W głosie magini była odrobina … respektu? Uznania? Było to wręcz nie do wiary!
- Poczekam kawałek dalej. Jak się pozbierają - zapytaj czy wracają do miasta, czy też wstępują na moją służbę.

Przypadła do pierwszego z brzegu chłopaka, Wyciora.
- Wycior? Wyciorku, jesteś cały? Odezwij się do mnie! Rusz ręką! Nic ci już nie grozi, ja nie jestem więźniem - przytuliła głowę chłopaka, chociaż z trudem przychodziły jej swobodne słowa. Ale skoro pani Weronika umiała zranić, to umiała zabić. A jeśli banda uprze się na odbijanie Liska, to źle skończą wszyscy.
- Bogowie … co się stało? - wymamrotał, z ogromnym trudem podnosząc się na kolana - Kim jest ta dziwka … - wszystkie kończyny meżczyzny drgały jak szalone.
- To pani Weronika la Deui - wyszeptała i podbiegła do Kubka - Kubek? Możesz wstać? Otwieraj oczy... Już jest dobrze - zerknęła na Groźnego, który sam gramolił się na nogi, oraz na jakiegoś niezbyt znanego jej chłopaka, stękającego na ziemi. Poradzą sobie.
Cała czwórka wygladała na niezbyt poranioną, a tylko na przerażoną, upokorzoną i boleśnie skarconą. Zachowywali się trochę nieobecnie, ale szybko wracali do siebie i nadrabiali minami. Kubek stojąc w lekkim skłonie rozcierał brzuch.
- A co ona od Ciebie chce? Dlaczego z nią jedziesz?
Dziewczyna podparła kolegę ramieniem.
- Ona... to moja... nowa nauczycielka i chcę się u niej uczyć - kłamać zazwyczaj umiała, ale w tym kłamstwie dźwięczało coś żałosnego - Nie możecie nas gonić, rozumiesz? Wracajcie do miasta...
- Mamy wracać do domu … a ...a Ty CHCESZ jechać? Z tą szlachciurą, która urządziła tak jednego z nas? - na twarzy Wyciora powoli pojawiło się zdumienie. - I będziesz się u niej uczyć? A może jeszcze jej dupcie podcierać?! - zdumienie zaczęło zamieniać się w gniew. Kubek tylko rozdziawił paszczę ze totalnego niezrozumienia …
Lisek zaczynała panikować. Jeśli oni będą chcieli jednak ją odbić, Weronika ich pozabija. Ostatnie życzliwe jej dusze. Musiała zrobić cokolwiek, nawet jeśli byłoby to najpodlejsze, co można zrobić w bandzie.
- Tak. Będę jej dupcie podcierać - oznajmiła twardo, ze łzami w oczach. Łzami gniewu czy bezsilności? - A wam nic do tego. Spierdalajcie stąd, słyszysz? Nie chcę was znać! Od dziś nie znacie żadnego Lisa!
- Nie wiem co się z tobą stało … ale dobrze. To twój wybór. Bywaj zdrowa
- zebrał się z ziemi i skierował ku krzakom.
- Wy też! - wrzasnęła ku reszcie chłopaków - Wypierdalać do miasta!
Zbierali się powoli i jeden po drugim znikali w krzakach. Obracając się od czasu do czasu. Nie … nie byli obrażeni. Raczej bardzo, bardzo zaskoczeni.

Patrzyła długo zanim zniknęli jej z oczu, a potem uklękła na ziemi i rozpłakała się zdrowo, głośno i przejmująco.
 
__________________
Wszechświat stworzony jest z opowieści. Nie z atomów.
szarotka jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:05.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172