Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-10-2010, 14:32   #1
 
Ghoster's Avatar
 
[Planescape] Synowie Płaczu

____Synowie Płaczu____

____Prolog: Czekający do Przeciwszczytu...____
Wieki temu, Pola Bitewne Acheronu...
Płomienie Acheronu grzmiały potężnie, przecinając niebo monumentalnymi wstęgami ognia. Piekielne kule przedzierały się przez horyzont, by w końcu zatopić swoją całą moc w zwęglonych polach bitewnych. Walka po raz kolejny miała zagościć w apartamentach nieskończonych sporów Piekielnych Pól Bitewnych Acheronu. Dwie, potężne siły zebrały się tutaj, by rozstrzygnąć, w kim bogowie pokładają większe nadzieje, kto zasługuje na to, by jego idea przetrwała.
Nieskończone zastępy sił rozpościerały się kilometrami, tysiące zorganizowanych żołnierzy Białej Krwi czekało na rozkaz do ataku. Wszyscy odziani w ciężkie, płytowe pancerze podtrzymywane na skórzanych paskach. Każdy miał także czarno-żółtą pelerynę z symbolem białej kropli krwi. Symbolizowała ona potęgę jednych z najpotężniejszych sił Acheronu, tę, która uwolniła świat od Merver Talatos, Herezji Mintiusza i wielu innych, plugawych potęg. Każdy z tych żołnierzy, którzy stoczyli dziesiątki, jeśli nie setki bitew, czekał na rozkaz. Nikt się nie niecierpliwił, każdy mąż stał w swoim szeregu, dźwigając w rękach tarczę i włócznię, będąc w pełni gotowym do jej wyrzutu i dobycia miecza, który stanowił główną broń tej wielkiej, niezwyciężonej armii. Nikt nie szeptał między sobą, nikt się nie oglądał, nie odwracał. Stali niewzruszenie, obserwując sztandary Władcy Much, wystające z nieprzegrupowanej, topiącej się w chaosie drugiej barykady. Nie mąciło to ich spokoju, słyszeli okrzyki i wrzaski przeciwnika, ale czekali, dzierżąc w sobie odwagę, którą żaden ze sługów śmiertelników nie mógł się poszczycić.
Dlaczego? Odpowiedź już przybywała. Wśród zastępów Białej Krwi, największej jego elity, przechadzał się Piekielny Herold. Gigantyczna, siedmiometrowa postać odziana w czarną zbroję, z której zwisały wstęgi z symbolem sześciu czerwonych strzał zaciśniętych w czarno-żółtej rękawicy. Był to emblemat Hextora, boga wojen, tyranii, prawa i masakry. Tuż za sobą ciągnął czterdzieści klatek, rozbijających się o siebie, w których ujadały
wszelakie bestie, jakie kiedykolwiek uprowadził w niewolę po wygranych bitwach. Jednak wszystkie te więzienia ciągnął w jednej ręce, pozostałe pięć dzierżyły kolejno; miecz z wyżłobionymi symbolami w jakimś zapomnianym języku, który pamiętał tylko on, wielki korbacz zakończony metalową kulą z dwunastoma kolcami na powierzchni, żelazną kamę w z zagiętym ostrzem, całym w wyszarpanych imionach pokonanych armii, doskonale trzymający się topór, który był dwa razy większy od orków z jego oddziałów, oraz potężną buławę z ostrzami po bokach zwieńczenia, tuż nad rękojeścią. Ostatnia ręka, ta która właśnie rozwścieczała bestie zniewolone z jego rozkazu, czekała tylko by dobyć kolejne ostrze, zagięty miecz spoczywający teraz w pochwie przy jego pasie.
W końcu, po długim marszu, któremu towarzyszył zgrzyt stalowych butów, skrzypienie klatek oraz skowyt monstra pochowanego w nich, Hextor Bicz Bitwy stanął przed całą armię, widząc ciągnące się po horyzont sześcianu wojska. Spojrzał w lewo. Ujrzał kawalerię, setki ludzi, elfów, githzerai i innych podobnych stworów w lekkich ubraniach, ledwo okrytych jakąś obroną, dosiadało potężnych rumaków i koszmarów na przemian, chwytając dwumetrowe kopie, które miały się wbić w szeregi wroga i rozbić jego szyk. Dalej czekali gwardziści, wszyscy należący do rakshasy, okryci czarno-fioletowymi, czystymi tak samo jak ich lance szatami, a ich hełmy, zakończone mosiężnym, dumnym pióropuszem wystawały z szeregów, zwiastując, że odegrają ważną rolę w tej potyczce. Tuż za nimi stali łucznicy i kusznicy, głównie diabły i Yagnalothy, już szykujący strzały i bełty, mocząc je w zielonej mieszance wszystkich trucizn znanych światu. Na samym końcu rozciągały się oddziały Chronotyrynów, wielkich ptako-ludzi przygotowani do wzlecenia nad wszystkimi innymi siłami i poprowadzenia ataku z powietrza, w którym miały im pomóc Achajerusy, pięciometrowe nieloty, które miały zaskoczyć przeciwnika na prawej flance.
Następnie groźne oko Hextora powędrowało przed siebie, obejmując wzrokiem swych elitarnych żołnierzy złożonych z barbarzyńców, Orogów, czyli Orków z Podmroku, oraz ludzkich z Utghardu. Nikt nie miał miecza, każdy jeden uginał się pod ciężarem wielkiego kafara bądź toporu, których wagę przyjmowali jednak z dumą, nie okazując tego, jak bardzo uciążliwe jest ich noszenie, na twarzy Hextora niemal malował się sadystyczny, a jednocześnie wypełniony dumą ze swych wojowników uśmiech. Tuż za barbarzyńcami stały Maugi, ciężkozbrojne jednostki golemów, stworzone tutaj, na Acheronie. Ich stalowe pancerze zaginały ziemię pod nimi, gdy te wyczekiwały na rozkaz, skrzypiąc i wydając dziwne, mechaniczne dźwięki.
W końcu spojrzał w prawo, na najpotężniejsze swe sługi. W pierwszych szeregach ujrzał rozpływające się we własnej mazi Lemury, wyrywające się z uwięzi Formianów, pół-owadów pół-centaurów z Arkadii, którzy byli waleczni i nieustraszeni w każdej jego bitwie. Dalej trzymały szyk Buerozy, Stalowe Diabły, odziani w metalowe zbroje, podobni do ludzi elitarni żołnierze tej armii, na których pajęczyny urządziły sobie ucztę, gdy ci czekali tutaj od wielu dni, chcąc dowiedzieć się o przeciwniku jak najwięcej. Nikt z nich nie trzymał broni, ich miecze, gladiusy, sejmitary, rapiery, saberry, claymorey, pałasze i inne oręża tkwiły w ziemii przed nimi, chcąc być wyciągniętymi i zamoczonymi w krwi. Ostatnią potęgą tego miejsca byli Orthoni, trzymetrowi olbrzymi zakuci w stalowe napierśniki, trzymający olbrzymie halabardy, będąc trzonem tej armii. Mieli się oni wysunąć na przód, a w czasie stratowania pierwszych oddziału wroga rozproszyć go na dwie części i dać przejście innym jednostkom.
To był dla niego piękny widok, tak jakby widział własne dzieci gotowe oddać za niego nie tylko życie, ale i umysł oraz pośmiertną duszę. Delektował się tą chwilą wiedząc, iż tuż za chwilę odegra się kolejna w wielkich wojen, jednych z wielu, ale tym razem przeciwko Baalzevuvowi, Władcy Much, króla Maladomini położonego w Baator...
- Biała Krwi! - Rozległ się ponury, odbijający echem siedem razy głos. - Dzisiaj jest dzień chwały. Dzień zwycięstwa i porażki, w którym książe Maladomini, znany jako Belzebub, robak toczący ten świat swym brudem, zostanie pokonany, zmiażdżony mymi, waszymi rękoma! - Podniósł głos, czemu towarzyszył wznos broni wszystkich oddziałów, nawet Stalowe Demony zbudziły się, podnosząc swe miecze. - Biała Krwi! Dzisiaj dokonacie tego, czego nie udało się dokonać śmiertelnym siłom tego świata! Zniszczycie plagę jaka zdołała nieszczęśliwie dla samej siebie dotrzeć aż do Acheronu! Nie wrócicie do domów, moi żołnierze, macie tylko dwa wyjścia. Albo odniesiecie zwycięstwo, albo zostaniecie zmiażdżeni! To ogniste niebo ma być zalane deszczem strzał, wasze włócznie mają przedziurawić ciała tych gnid, miecze ściąć ich głowy, a młoty zmiażdżyć ich żałosne ciała! - Wzniosły się ogromne krzyki, wiwaty na cześć Hextora, a ten znów rozpoczął, chcąc jeszcze bardziej podsycić płomień w sercach swych ludzi. - Biała Krwi! Czy będziecie mi służyć jak nigdy przedtem?!
- Tak! - Zagrzmiały tysiące gardeł.
- Czy będziecie dla mnie zwyciężać?!
- Tak! - Odpowiedzieli jednym chórem, podnosząc swój oręż jak najwyżej.
- Czy wygracie tę wojnę?!
- Vagdär! - Odpowiedzieli wszyscy, trzęsąc Acheronem.
- Do boju Biała Krwi, zmiażdżmy ich, moi synowie!

Późny szczyt, bar "Migota" w Dzielnicy Kupieckiej...
Wszyscy znacie to miejsce, jeden z najprzyjaźniejszych i najczęściej odwiedzanych miejsc w całym Sigil, stare jak wysuszone skóry w gabinecie Upadłego. Brudne i stęchłe, wypełnione oparami z wysoko-alkocholowych trunków jakich żaden człowiek nie wziąłby do ust, wszędzie śmierdzi bełtem i spalenizną, ale... Jest tutaj coś takiego, jakaś magia czy inny urok, który kazał wam wracać tu wielokrotnie. Barman, stary Typhon, lekko zgredziały, ale zawsze gotowy do podzielenia się z wami jedną ze swoich obieżysferskich opowieści, siedział właśnie przy szynku, nalewając piwa klientom. Dzisiaj miał pełne ręce roboty. Ludzie, diabły, kaduki, elfy, demony nie demony, wchodzili tabunami, zaśmiecając kąty baru porozbijanymi butelkami i zużytymi ścierkami, a następnie zadymiały wszystko paląc zioła. Towarzystwo nie dla każdego, ale w całej klatce nie można było znaleźć czegoś takiego.
Wielu zastanawiało się, dlaczego "Migota"? Cóż, to było imię kota. Kota Typhona, który cały szczyt przesiadywał na jego ramieniu. Szczerzył zębiska do gości podczas wtapiania się swoimi pazurami w skórzaną kurtę właściciela. Jego biała sierść wypadała, jakby na złość wpadając niektórym do kufla z piwem. Można było powiedzieć jedno, i to tak całkiem poważnie. Ten kot był straszny, jego oczy zawsze gapiły się na ciebie, kiedy byś tylko nie spojrzał. Przebrzydły kocur, jakby wszystkich obserwował. Nie byłoby w tym nic, gdyby nie to, że właśnie siedział na ramieniu tego starego pryka, którego oczy widziały cały świat. Nie możecie jednak z pełnym sercem powiedzieć, że go nie lubicie. Jest dla was jak starszy, dużo starszy, bo być może całe pokolenia, brat. Ze wszystkim przychodziło się do niego, zawsze znajdywał coś do roboty. Kierował we właściwe miejsca, oczywiście nie za darmo, w Sigil nawet za znajomości trzeba było płacić, każdy trep miał swoją, zazwyczaj ostro podciągniętą cenę. Weźmy na ten przykład Murba, kolejnego dziada. Ten jednak był dość osobliwy, proponował informacje i historie w zamian za piwo. Tak, dokładnie, stary pijaczyna, który zajmował się wszystkimi. W dodatku nie wyglądał tak źle jak na półelfa, a był jednym z nich, może dłużej niż sama Glasya jest władczynią szóstej warstwy Baator. Do diaska, siedzi tutaj codziennie, jeszcze nikt z was nie widział, by kiedykolwiek coś jadł, za to codziennie siedzi tu topiąc w alkocholu swoje życie. Kolejna zmarnowana dusza.
- I tak to właśnie było. - Rzekł, kończąc swoją prawie godzinną opowieść o bitwie między Hextorem Sześciorękim a Baalzevuvem Władcą Siódmej. - Nigdy więcej ten upadły anioł nie stoczył bitwy z tym niepokonanym nigdy dotąd bogiem wojen i tyranii, chociaż poprzysięgnął zemstę i obiecał, że jeszcze kiedyś jego siły zadrżą Acheronem. - Przeczesał swój siwiejący i łysiejący czerep, uchylając łyka z kufla. Przed nim siedziało kilka osób. Tajemniczy Githzerai, który cały czas bazgrolił coś kawałkiem węgla w jakiejś poszarpanej księdze, bez przerwy zasłaniając sobie widok kapturem od matowej szaty i odgarniając czarne kłaki za ucho, które ciągle spadały mu na twarz. Tuż obok znudzony już tą przydługawą legendą półork o imieniu Gbarva skończył bełta, uderzając butelką o stół i odchodząc, rzucając w międzyczasie jakieś ciche westchnienie oznaczające chyba podziękowanie za zmarnowany czas. No i byliście tam jeszcze wy, dwójka znajomych z widzenia. Nie wiedzieliście o sobie nic, zasłyszeliście gdzieś na ulicy swoje imiona, ale oboje przeżywaliście kryzys finansowy, jeśli chodzi o to materialne życie.
Po lewej była ona, Ra'aza, diabelstwo z ambicjami, sięgającymi raczej jej przeszłości, bo teraz całymi dniami uganiała się za brzdękiem. W Ulu było ciężko. Oj ciężko, chyba najgorsze miejsce w całej klatce, jeśli chodzi o zarabianie. Spędziła tam mnóstwo czasu, ale wydostała się, musiała, bo by się już głodówka zaczęła. Jeśli nie urodziłeś się w Ulu, lepiej nie szukaj tam sukcesu, bo raczej nie znajdziesz. Nikt jej raczej nie znał, ot niepozorna dziewczyna, która po prostu rasowo się nawet nie wyróżnia spośród tłumu.
Po prawej zaś siedział on, Araksjel, zmęczony całym swoim życiem pół-smok. Cała jego egzystencja legła w gruzach, gdy zmienił swoją religię, ciało, musiał się przystosować do nowej sytuacji. Zabijał czas tutaj, w Dzielnicy Kupieckiej, no bo gdzie jak nie tu?
- A wy, dziatki? - Spytał ponuro Murb, głaszcząc się po swojej siwej bródce i przecierając okulary. - Cóż, chyba macie na dzisiaj zajęcie.
Zapatrzyliście się na niego pytająco, nawet Gith przerwał skrobanie by dowiedzieć się o co chodzi. Wnet spostrzegliście, iż tuż za wami stoi Typhon, wyżymając jakąś brudną szmatką równie ufajdaną szklankę.
- Słuchajcie. - Usiadł koło was, a ogon Migoty zawiązał się wokół jego szyi. - Znam was długo, bardzo długo. Jeszcze nie widziałem tak zaciętych krwawników jak wy. - Słodził wam. - Jakiś czas temu pojawił się tutaj pewien człowiek, wypytywał o ludzi do pracy. Myślę, że ja i on mamy dla was pewne zajęcie. - Przerwał by spojrzeć na każde z was, by zobaczyć czy poniekąd was to interesuje. - Jeśli jesteście zainteresowani, może do przeciwszczytu zdążycie dotrzeć do Ula. Znajdzcie tam Perveda, to taki barbazu, zaprowadzi was na pewien wiec. Dowiecie się tam co i jak. A żeby nie być gołosłownym, zapłata jest naprawdę spora. Możnaby za to kupić ze dwie takie karczmy. - Westchnął, jak gdyby chcąc przywrócić dawną siłę w rękach i samemu wziąć się za takie roboty. - I jeszcze jedno, ten wiec jest... Tajny, nie mówcie nikomu o tym. Jeśli się zdecydujecie, Perved czeka na takich śmiałków pod Kostnicą. Może zdobędziecie tam jakąś kompanię.
Następnie odszedł z uśmiechem na ustach, a jego kot wgapił się jeszcze raz w waszą grupkę. Zaczęło się robić ciemno, Murb zasnął, biedny pijaczyna. Zostaliście sami, diabelskie dziewczę, dziwny pół-smok i zakapturzony Githzerai. Co teraz?
 

Ostatnio edytowane przez Ghoster : 22-10-2010 o 17:52.
Ghoster jest offline  
Stary 22-10-2010, 15:57   #2
 
Arvelus's Avatar
 
Araksjel z zaciekawieniem słuchał Typhona. Jeść trzeba. Złoto zawsze się przyda. W zasadzie co miał do roboty? Od jakiegoś czasu szukał roboty, w zasadzie nie spodobało mu się, że sama przyszła, to rzadko wróżyło coś dobrego... Ale co miał robić?
-Dobrze, ja zamierzam sprawdzić co i jak. Jak któreś z was idzie to mam konia, jedną osobę mogę podwieźć.
Wstał od stołu. Miał na sobie prostą szaro czarną szatę. Cóż... ta szarość kiedyś była bielą. Starał się chodzić czysto, ale cóż poradzić? W zasadzie to sylwetkę miał ludzką. Tylko był pokryty biało-srebrną łuską, miał pazury i ostre zęby. To było to co się rzucało w oczy.
Skinął głową na pożegnanie i wyszedł
 
Arvelus jest offline  
Stary 24-10-2010, 16:00   #3
 
Nadiana's Avatar
 
Murba znów nawijał swoje, a Ra’aza miała wrażenie, że za chwile zaśnie nad tym słabym bełtem. Znała te wszystkie jego historie na pamięć i chwilowo miała naprawdę wielką ochotę poprosić go by się zamknął. Nie zrobiła tego jednak; ktoś go tam słuchał i nie było sensu przyciągać więcej uwagi niż to konieczne.
Pociągnęła solidny łyk odchylając głowę do tyłu. Jakby ktoś jej się wtedy przyjrzał, mógłby zobaczyć cień znikającego napoju pod jasno różową skórą na szyi. Odstawiła kubek i spojrzała na półelfa; chyba skończył swą opowieść, a to zaraz przygnało Typhona z tym wrednym sierściuchem. Kobieta nikomu by się do tego nie przyznała, ale kilka razy szła w pojedynek wzrokowy z kocurem. Zawsze przegrywała. Teraz ominęła jego wzrok silą rzeczy koncentrując się na słowach karczmarza. Nagrał im robotę; ciekawe ile brzdęku za to trafi do jego kieszeni…

Pierwszy zgłosił się, chłopak mający chyba jakiegoś smoka w przodkach… Ra’za aż tak gorliwa nie była, wydała jednak właśnie ostatnią monetę na napitek, więc alternatywa także była niewielka.
Zgrabnym ruchem podniosła się z krzesła, narzucając kaptur na ciemne włosy i rogi wykręcone do tyłu.
- Ja się przejdę. – błysnęła całym szeregiem kłów w stronę mężczyzny. Ufała swoim nogom bardziej niż zwierzętom, których wola została nagięta i tyle. Poprawiając dwa miecze na plecach wyszła z karczmy, przedtem rzucając jeszcze monetę na barmański bar. Gest jakim to uczyniła wskazywał raczej, że ma jeszcze ze trzy pełne sakiewki, ale co tam.
Rozejrzała się po okolicy w myślach kalkulując najbliższą trasę do celu. Miała nadzieję, że wypadnie ona po dachach, lubiła omijać cały ten śpieszący się dokądś tłum.
-Odwiedzać kostnicę za życia… Totalna głupota.
Nie oglądała się potencjalnych kompanów, po prostu ruszyła.
 
Nadiana jest offline  
Stary 24-10-2010, 16:39   #4
 
Ghoster's Avatar
 
- Też pójdę. - Rzucił w międzyczasie Githzerai, widząc jak pół-smok kieruje się do wyjścia.
Zaczęło się robić ciemno, gdy wszyscy opuścili karczmę, motłoch przycichnął, ludzie zeszli z ulic, zostali jedynie ci co odważniejsi, lub ci, którzy po prostu nie mieli czego się bać. Szczególnie zwrócił wam uwagę wysoki Baatezu, którego skrzydła były podziurawione, rdzawa cera pobrudzona jakimś śmierdzącym olejem, a węgielkowate oczy nerwowo spoglądały na przechodniów. Był jeszcze gang, Sieroty, ale nawet nie podchodzili, trzymali się z daleka, musiały coś te trepy przewinąć, bo zazwyczaj chodziły i żebrały, ewentualnie napadały na takich, co nie mogli się obronić.
Githzerai westchnął, zawijając rękawy w siebie nawzajem, wkładając rękę do jednego z nich i czekając na ruch pozostałych.
Araksjel, bo ten wyszedł pierwszy, już zdążył wsiąść na wierzchowca, siedzącego tu przypiętym przez jakiś czas. Nosił wyraźne oznaki przetrzepania przez kogoś, na pewno ktoś chciał go ukraść gdy był wewnątrz karczmy, ale raczej przez nieudolnych skurli bez wyobraźni. Parsknął jakby z obojętnością sam do siebie, odjeżdżając na galopie w kierunku Ula. Nieduża odległość, całe to miasto nie było duże, ale to był główny powód, dla którego było zatłoczone. Tylko po co on tutaj przybył? Nie pomoże nikomu w taki sposób...

- Idziesz? - Zaskrzypiał Gith, wykonując ręką jakiś groteskowy gest, najpewniej chcąc, by Ra'aza towarzyszyła mu w wędrówce do najobskurniejszej dzielnicy Klatki, skoro wieczór zawitał w tym mieście. - Jestem z powołania Vilquara. Zaadëshu intu, Ra'aza. - Zastanawiało ją, skąd znał jej imię. Niewielu je znało, nawet wolała się nie przedstawiać, tylko pozostać "tą różową z rogiema". Jedno było pewne, ona już go gdzieś widziała. Githzerai nie ukrywali się, nigdy zresztą nie potrzebowali, nie byli kimś, kogo się nienawidziło. Wprowadzili się do Sigil, nawet nie tworzyli społeczności, a jedyne co można było o nich powiedzieć to to, co usłyszało się od tych trochę mniej tajemniczych i bardziej gadatliwych braciszków, Githyanki. - Chodź, każdy potrzebuje pieniędzy. - Zachęcił ją, dając czas na decyzję.
Ktoś wewnątrz Migoty zapalił więcej świeczek, wtedy ujrzała jego twarz, żółta, przez którą przebiegało mnóstwo matowych, niczym wyrwanych z ciała zwykłego człowieka pasków. Nie blizn, to raczej były jakieś farby bądź tatuaże, trudno powiedzieć. Zewnętrzne krawędzie jego uszu, które teraz wystawały lekko spod kaptura, wyglądały jak ząbkowane ostrze noża, w dodatku stamtąd szedł cieniutki pasek szatynowych włosów, ciągnących się aż po brodę, gdzie chyba ktoś bawił się w rysowane we włosach brzytwą do golenia. Najgorsze jednak były oczy. Mimo że widziała je świetnie, odbijało się w nich nawet światło świeczki, nie potrafiła stwierdzić, czy to jeszcze tęczówka, czy już rzęsy. Całkowicie czarne, nie dostrzegała, że patrzą na nią, ale wiedziała to.
 

Ostatnio edytowane przez Ghoster : 24-10-2010 o 16:43.
Ghoster jest offline  
Stary 24-10-2010, 22:10   #5
 
Arvelus's Avatar
 
Araksjel miał ochotę kogoś zabić gdy zobaczył w jakim stanie jest jego koń.
-Jasna cholera, czy w tym zakichanym mieście nie ma strażników?!- zaklął pod nosem odwiązując go
"No już Eos, spokojnie, następnym razem będę bardziej uważał" wywarczał przez zaciśnięte zęby
Lorelei, małe srebrne smoczątko wielkości kota wyczuło jego gniew i zaraz zalało go uczuciem niezadowolenia
-No co? Chcieli mi ubić Eosa? Mam to przyjąć spokojnie?!- znów warknął patrząc kątem oka na Lorelei uczepioną materiału na jego lewej łopatce i na barku. Długą szyję wyciągała tak, że miała głowę na wysokości jego skroni i choć wyglądała słodko czuł niemą naganę.
-No dobrze.
Nie lubił tego, za coś takiego należy się śmierć, ale to jego zdanie. Cóż... jeszcze wiele musi się nauczyć. Odprowadził wzrokiem ścieżkę aż patrzał pionowo w górę. Czuł się... dziwnie... Nie przyzwyczaił się jeszcze do tego. Cóż... Wsiadł na Eosa, podrapał Lorelei pod brodą i ruszył na miejsce spotkania.
 
Arvelus jest offline  
Stary 24-10-2010, 22:33   #6
 
Ghoster's Avatar
 
Był nowy w Sigil. Nie oswoił się jeszcze ze samym sobą, a co dopiero z tym szpicowanym miastem. Nie wiedział jak mówić, nie wiedział jak się zachowywać, ale starał się wtopić. W końcu w tym miejscu większe szanse na przetrwanie masz, gdy jesteś opancerzonym jeźdźcą z chowańcem, niźli pijaczyną z alei. Były też inne ewentualności, to przerzucało go na wyższą ligę, wszystkie uliczne trepy patrzyły na niego jak na skarb, który możnaby zatłuc, ale uwagę przykuwał głównie tych, którzy byli już wyżej w hierarchii. Abishai, Barbazu, Alu-devy, Aasimary.
Tak też się stało. Ruszył w kierunku Ula, a będąc w drodze, mijając właśnie Wielki Gimnazjon, który nocą błyszczał, odbijając światła z domów w swych monumentalnych oknach, spostrzegł, iż tuż za nim wlecze się Grabarz.
Odwrócił się żwawo, chcąc lepiej dojrzeć Procha. Był raczej niski, ale nieco bardziej postawny niż inni z jego rodzaju. Zdziwił się, bo rzadko kto bywał w okolicach Gimnazjonu w takich szatach. Do Kostnicy miał trochę drogi, a snuł się niczym powolny trup. Przynajmniej tak to wyglądało, tak naprawdę od pewnego czasu nadążał za truchtającym wierzchowcem. Ale czego można się spodziewać po koniu, który musi na sobie dźwigać pół-smoka w pełnej zbroi z płyty?
- Zgubiłeś się? - Zapytał Araksjel, ni to z pogardą ni z troską w głosie.
- Nie... - Przeciągnął Grab, odwracając głowę by spojrzeć na Iglicę. Chwilę później znów zwrócił oczy w jego stronę, i ukazując swoją zarośniętą we wszystkich sferach twarz, powiedział znów. - Nie, nie zgubiłem się. - Gdy to powiedział, uczynił jakiś dziwny manewr, prześlizgując się pod ogonem Eosa, chwilę później zajmując miejsce pod udem Araksjela, idąc niemal równo z koniem. - Nazywam się Chubrá. Wtajemniczony trzeciego kręgu, należę do frakcji Grabarzy i zmierzam do Kostnicy. Wiesz może, gdzie się ona znajduje? - Rzekł, ukazując swoje nienaturalne jak dla człowieka, ostre i błyszczące w odbijającym się od okien Gimnazjonu świetle kły. Przynajmniej wydaje ci się, że był to człowiek.
Araksjel oparł rękę na rękojeści miecza gotowy do natychmiastowej akcji.
Lorelei zawarczała cicho. Nie podobał jej się ten trep.
Czyli się jednak zgubiłeś... - Pomyślał.
- O ile się nie mylę to na wprost tą drogą. - Odbąknął, wiedział co powinien zrobić, ale nie podobało mu się to. - Możesz mi towarzyszyć, jeśli chcesz. Też zmierzam w tę stronę...
- O to mi właśnie chodziło, mój panie. Droga daleka, a wędrówkę już długą mam za sobą. - Powiedział, chowając coś w rękawie. Było zbyt ciemno, byś mógł dojrzeć co to jest. - Czy mogę? - Zapytał z jakąś grzecznością na ustach, ale jego kły były tak wymowne, że nie byłeś w stanie mu uwierzyć w szczerość uczuć. Zdawało ci się nawet, jakby jego język uciekał gdzieś z ust, chcąc się oblizać niczym jakiś Yuan-ti, chociaż oczy wyglądały na ludzkie. Tak ci się zdawało...
 

Ostatnio edytowane przez Ghoster : 25-10-2010 o 06:48.
Ghoster jest offline  
Stary 25-10-2010, 17:25   #7
 
Arvelus's Avatar
 
-Jeśli pytasz czy możesz towarzyszyć to bardzo proszę. Ale trzymaj się krok przede mną i dwa kroki w bok. Bez urazy, ale tu nie można nikomu ufać.
Lorelei nie skomentowała decyzji. Tylko przeszła na drugą łopatkę by być dalej od tego kogoś. Araksjel po cichu odpiął pochwę od pasa i przytrzymywał ją palcem by nie spadła. Jego stara sztuczka. Dzięki temu wystarczy ją puścić i machnąć mieczem, siła odśrodkowa sama ją zrzuci. A to machnięcie bez przeszkód może być atakiem. Wolał nie ryzykować.
 
Arvelus jest offline  
Stary 25-10-2010, 19:21   #8
 
Nadiana's Avatar
 
Githzerai wziął jej obliczanie najkrótszej drogi za wahanie. Pierwszy błąd. Nie miała zamiaru wyprowadzać go jednak z tej pomyłki; na swój sposób lubiła tą rasę mimo, że byli tak boleśnie przewidywalni. A może w sumie właśnie dlatego? Gdyby jeszcze nie wlepiali się w człowieka tymi swoimi dziwnymi ślipiami…
Udając, że poprawia miecze Ra’aza odwróciła głowę; byle dalej od wzroku nieznajomego, który wypowiedział jej imię. Drugi błąd. Wiedziała już, że nie pobiegnie dachami i balkonami budynków, bo on nie opuści jej towarzystwa. Zmieliła tylko w ustach przekleństwo.
-Chodź
Brzmiało to jak rozkaz, chociaż w rozumieniu dziewczyny nim nie było. Ruszyła szparkim krokiem nie oglądając się za siebie. Dość miała tych oczu.
 
Nadiana jest offline  
Stary 27-10-2010, 21:23   #9
 
Ghoster's Avatar
 
[MEDIA]http://www.filefactory.com/file/b403g7g/n/20101016-1019-_www.2conv.com_.mp3[/MEDIA]

Wczesny Przeciwszczyt, pobliża Wielkiego Gimnazjonu...
- Już się dawno obnajmiłeś bystrzaku, czy jeszcześ tępak? - Wyszydził Chubrá, nie odstępując jednak kroku spod konia. Schował ręce do głębokich kieszeni szaty w poszukiwaniu ciepła w na tej zimnej ulicy.
Araksjel skrzywił się nieco. Nie przepadał za sytuacjami, gdy ludzie używali wobec niego tego obskurnie brzmiącego, miejscowego języka, tym bardziej jeśli było to powiedziane w ten sposób. Ale cóż miał zrobić? Lorelei nie byłaby zadowolona wiedząc jak miał ochotę się zachować. Cóż... trzeba się uczyć. Zastanowił się chwilę nad idiomami panującymi tutaj. Nie znał ich jeszcze za dobrze więc zajęło mu to chwilkę. Nagle strzelił palcami jakby wpadł na pomysł.
- Tak, jeszczem tępak. Od bardzo niedawna tu jestem, słabo się orientuję co i jak. Rozumiem, że ty to od dawna bystrzak, co?
Chubrá pokręcił głową, wyginając ją w jakichś masakrycznych pozach, co od biedy możnaby wziąć za obelgę dla świata, w którym żył.
- Skoroś skory do Ula... Co taki pół-człowiek jak ty robi w Sigil?
Twarz Araksjela stężała, jakby nie chciał o tym rozmawiać.
- Powiedzmy, że się pomyliłem... Szukałem czegoś, ale nie bardzo wyszło, przynajmniej na razie.
- Czyli jednak kolejny, który się nadział na portal i przybył tu przypadkiem... - Wyszeptał sam do siebie, uśmiechając się. - Tylko jakim cudem wlazłeś w portal z koniem i smokiem? - Tak. Patrzył się na smoka, wyraźnie interesowała go ta istota, wszakże rzadko kiedy można było ujrzeć coś takiego na świecie, niektórym całe życie to nie wychodziło.
Lorelei wyczuwszy jego spojrzenie schowała się jeszcze bardziej za półsmokiem, wystawiła tylko łepek i syknęła groźnie.
- No spokojnie... - Jeździec pogładził smoczątko po głowie, odwracając się od rozmówcy. Był to przemyślany manewr. Udawał, że się odsłonił. Jeśli Chubrá chce go zaatakować zrobi to teraz... A on już był gotowy do błyskawicznego bloku i kontrataku.
- Cożeś taki niespokojny? - Podniósł ton. - Jeszcze tym kogoś rozgniewasz. - Rzekłwszy to, nakreślił półkrąg nad sercem i spojrzał w górę, obejmując wzrokiem czubek Iglicy.
- Wybacz. Dopiero co ktoś próbował mi ukraść mojego wierzchowca. Jeszcze się nie uspokoiłem. I nie, nie wszedłem w portal przypadkiem. Przybyłem tu z pełną premedytacją, ale jednak moje plany musiały zostać odłożone na trochę później. Z bardzo prozaicznej przyczyny, skończyło mi się złoto...
- To nie wróży nigdy dobrze. - Odpowiedział, jakby będąc myślami gdzie indziej. W końcu wrócił do Araksjela, patrząc się na jego konia i kontynuując. - Rozumiem, że nie zmierzasz do Kostnicy, tylko gdzieś w inne ogródki północnego Ula? Nie masz zwłok.
- Zostałem poinstruowany przez kogoś, konkretniej właściciela karczmy, że znajdę w Ulu pewnego Barbazu. Ma mieć jakąś dobrze płatną robotę. Uznałem, że nie zaszkodzi sprawdzić...
Spojrzał zaskoczony na Araksjela, jeszcze bardziej chowając się pod szatę.
- Szybko się spowiadasz. - Rzekłwszy to, odstąpił od niego nieco, kierując się w lewe rozgałęzienie drogi, podczas gdy ty wszedłeś w prawe. - Tutaj nasze drogi się rozstają. Może się jeszcze spotkamy pierwszaku, kto wie?... - I odszedł, znikając w cieniu zaułka...
Tymczasem na Wielkim Bazarze...
Od jakiegoś czasu szedł za tobą ten Gith, a ty nie znałaś nawet jego imienia. Co prawda prawie nic nie mówił przez ostatnie piętnaście minut, ale i tak zdawał ci się aż nazbyt gadatliwy. Ra'aza nie patrzyła na niego, lecz czuła na sobie ten przenikający, zimny wzrok, który niemal rozbierał ją w duszy. Słyszała jak stąpa, musiał nosić ciężkie, obłożone metalowymi płytkami buty, ponieważ obijały się o siebie nawzajem przy każdym kroku, stukając przy tym o bruk.
Byli teraz na Wielkim Bazarze. Było tu o wiele głośniej niż przy Migocie. Po pierwsze, wielu kupców miało jeszcze rozłożone stragany. Bronie, pancerze, wywary i talerze, niektórzy już się zbierali, jednak inni tkwili jeszcze na swoich miejscach znudzeni i zmęczeni, niemal zasypiając przy robocie. Było tu więcej sprzedających niż kupujących, mało kto o tej porze przechadzał się w poszukiwaniu towarów, chociaż dało się wśród pustych wystaw dojrzeć jakieś elfy i drowy obarczające się wzajemnie chłodnymi spojrzeniami, diabelstwa szukające sprzedawcy przypraw czy grupkę twardogłowych gaworzących między sobą, śmiejąc się niskimi głosami.
Była to siedziba Autonomów. Tak, Ra'aza do nich należała, chociaż trudno było to nazwać członkostwem. Była raczej nazwową, ta frakcja najmniej łączyła przynależących, każdy szedł własną drogą, jedynie szanując innych frakcjonistów nie szlachtując ich w biały dzień na ulicy. Zresztą, mało kto tak robił.
- Kogóż ja widzę? - Nagle zza jej ramienia wychyliło się diabelstwo.
Dość wysoki, raczej atletycznej budowy jegomość, cały w skórzanym ubiorze z dwoma wielkimi naręczakami, chyba ze stali. Jego czarne kłaki wiły się i zakręcały, ale o dziwo brodę miał całkiem starannie wygoloną. Rozpoznał w nim Jareda dopiero po chwili. - Ra'aza idzie z Githem w kierunku... Dzielnicy Niższej? Może Ula? Ale co by cię tam zagnało?
Chyba nawet nie chciałaś odpowiadać. To był niezbyt dobry pomysł, gdy zapoznawałaś się z Wolną Ligą, Jared wywrócił tamtą misję do góry nogami, kolekcja pierścieni, co to mieliście je ukraść, poszła do kanału, skąd ich już nie wyłowiliście, a Harmonium ścigało was przez dobre dwie godziny po zaułkach Placu Szmaciarzy.
- Keḿ zgea'thirë hazh... - Wyszeptał Githzerai. Nie wiedziałaś czy powiedział to do ciebie czy do Jareda, ale z pewnością była to jakaś klątwa w Githmarze. Nie brzmiała za dobrze.
 
Ghoster jest offline  
Stary 01-11-2010, 14:36   #10
 
Nadiana's Avatar
 
Zmęczenie dopadło dziewczynę. To miało być proste, miała tylko dotrzeć pod kostnicę. Naprawdę nie potrzebowała Jareda kłapiącego jadaczką do szczęścia.
- Odszpicuj się.
Tylko warknięcie, żeby znikł, albo zajął się tym Githem. Bo on też po prawdzie Ra'azy nie obchodził. Mogli się nawzajem pozabijać; droga wolna. Narzucając sobie miarowe tempo ruszyła nie oglądając się za nimi. Pozostawała nadzieja, że kaduk odpuści albo zajmie się jej "towarzyszem".
 
Nadiana jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172