Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-01-2011, 04:03   #21
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 17924 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację





Przy stole przybyszów było głośno. Jedli i pili, a córka karczmarza zwinnie lawirowała pomiędzy wznoszonymi w górę kielichami i fruwającymi w powietrzu, zanim opadną na ziemię, kośćmi z pieczeni. Kh'aadz siedział sam przy stole, tak jak go Andaras z Endymionem zostawili, z tą różnicą, że Amea bez proszenia i jemu przyniosła z uśmiechem grzanego wina.

- Dunland! Dunland!– krzyczeli przyjezdni pijąc i rozlewając przy tym trunek na wszystkie strony.

Najstarszy z nich, Thurg, na znak Hanki wstał od stołu cieżkim krokiem ruszył za nią górę.

Pozostali biesiadnicy, jego synowie, czyli równie brodaci jak ojciec bliźniacy – Org i Torg oraz najlepszy ich przyjaciel Zaris pochłaniali niebotyczne ilości kaszy i mięsa spłukiwanego w gardła ciepłym alkoholem. Bracia gestykulowali żywiołowo rechocząc w wyśmienitym nastroju i kiedy Amea pojawiła się z kolejnym dzbanem została potrącona łokciem. Dymiący grzaniec oblał Torga.

- Eh, ty sieroto! – krzyknął ocierając się z lepkiej cieczy i odepchnął z pogardą dziewczynę wprostu w ramiona Zarisa. Najmłodszy ze wszystkich i bez czarnego zarostu pozostałych, już od samego przekroczenia progu karczmy nie mogł oderwać lubieżnego wzroku od Amei, nie szczędząc sprośnych uwag pod adresem córy karczmarza.

Org rechotał w najlepsze widząc jak Amea zdołała wyrwać się z obleśnego uścisku Zarisa, w którym wylądowała wraz z dorodnymi piersiami. Poczerwieniała ze złości i wstyduzdzielił zuchwałego gościa przez łeb, że plask poniosło po całej karczmie, a na gębie Dunlandczyka odbił się ślad otwartej ręki młodej karczmarki.

- Ty baranie! – szydził brodaty Org – Stawiasz dzisiaj z kiesy, grzańca ci wylewają! – pokładał się ze śmiechu, nie zwracając uwagi, że na to, że jego kusza wraz z michą wylądowały na ziemi wraz z wytrąconym dzbanem.

- To jeszcze po mordzie dostajesz! – dokończył Torg pękając ze śmiechu.

I wtedy stało się coś, czego Amea się nie spodziewała, choć przecież przyzwyczajona była do tego rodzaju klienteli. Nie jeden raz była w podobnej sytuacji, ale jeszcze nigdy prócz pijackich klapsów, czy podszczypywań jej ciało nie ucierpiał na niczym większym. Tym razem zgoła inaczej. Czerwony jak burak Zaris, z którego od dawna bliźniacy szydzili, tym dosadnej, że po ostatnim zakładzie musiał brodę zgolić, nie wytrzymał i pokazał na co go stać. Zewnętrzną stroną dłoni zdzielił oburzoną dziewkę na odlew, tak że biedna zakryła się nogami.

- Krowo! Ja cię nauczę! – zawył z wściekłością stając nad rozłożoną na deskach Ameą.

- A ty lepiej pilnuj swego dzbanka mały! – Org warknął ostrzegawczo grożąc kułakiem z stronę Kh’aadza, któremu najwyraźniej rzucona wcześniej niby w przestrzeń riposta obelgi krasnoluda, teraz pod nieobecność ojca najwidoczniej się przypomniała.








Endymion z Andarasem czekając po drzwiami Mahklera, aż tamten łaskawie otworzy, zostali minięci przez Hankę, która prowadziła przywódcę przybyszów do wynajętych przez niego na końcu korytarza pokoi. Powiało od Thurga zapachem dymu ogniska, alkoholu i dawno niemytego ciała.

Drzwi otworzyły się nieznacznie wreszcie i Andaras poczęstował jegomościa w odpowiedzi pytaniem na pytanie:

- A co tu się dzieje panie Makhler?

Zapytany z początku zaniemówił, później nieśmiało wzruszył ramionami i rzekł:

- No ja nic nie wiem, nic nie widziałem i nie słyszałem...

Jednak wyperfumowany impresario w odróżnieniu do członków jego trupy nie był z zawodu aktorem i strażnik z elfem najwyraźniej chyba nie uwierzyli w żadne słowo, co być może tamten również w wyrazie ich twarzy zauważył, bo zbladł i spocił się nerwowo zezując na boki. Naraz dosięgły ich dźwięki tłuczonych naczyń, podniesione wściekłe wrzaski przybyszów wymieszane z rechotem i krzykiem Amei, a później odgłos policzkowania następstwem którego było kolejne, tym razem głuche uderzenie i po nim zwalenie ciała się na deski karczmy. Makhler musiał być konkretnie zdesperowany, bo w zamieszaniu dobiegającym z głównej sali karczmy, odwracającym na moment uwagę strażnika i elfa od niego, spróbował wykorzystać sytuację. Gwałtownie trzasnął przed ich nosem drzwiami, które odbiły się jednak od framugi i uchyliły na oścież, ukazując Makhlera, któremu jakoby odjęto co najamniej dziesięć lat, w pędzie sięgnął po wór podróżny spod łoża i jednym susem rzucił się przez okno na zewnątrz. Z brzdękiem pękającego w drobny mak szkła i łamanych deseczek spanikowany uciekinier ciężko wylądował na daszku dobudowanej do stajni szopy.

Drzwi na korytarzu pootwierały się, a z głębi korytarza nadbiegały ciężkie buty Thurga.



 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 29-01-2011 o 04:11. Powód: literówki
Campo Viejo jest offline  
Stary 30-01-2011, 23:40   #22
 
Wroblowaty's Avatar
 
Reputacja: 15 Wroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znany
- Banda zachlanych neandertali… Ludzie nawet nie potrafią się upić z godnością – pomyślał Kh’aadz, ubolewając nieco nad tym faktem. Opuścił powoli acz niechętnie głowę, udając, że wnętrze jego prawie pustego kubka zrobiło się naraz wielce intrygującym obiektem do obserwacji, przy którym cały harmider i żenująca pijacka awantura z laniem młodych dziewczyn po twarzy nie są niczym godnym uwagi.
- A ten brodaty kretyn widać nie nabrał za grosz rozumu… Dla czego ludzi zawsze trzeba porządnie sponiewierać, żeby czegokolwiek się nauczyli? – kolejne filozoficzne pytanie przemknęło mu przez głowę, choć nie był to ani czas ani miejsce na filozofowanie. Jak na razie wszystko układało się tak jak tego chciał, Thorg kompletnie nie zwracał na niego uwagi, zajęty wycieraniem brudnej gęby rękawem, Zaris, bo o ile dobrze usłyszał ,tak miał na imię jedyny pozbawiony brody z całej czwórki właśnie chwiejnie, acz zapewne w swoim mniemaniu dumnie stanął w rozkroku, dominując nad powaloną i łkającą dziewczyną i przymierzał się do najzwyklejszego w świecie gwałtu, a Org, który zobaczył jak Kh’aadz spuszcza wzrok, przyjął za oczywiste, iż krasnolud siedzący samemu, bez towarzyszy nie będzie się wtrącał. Dla tego swoją i tak już ograniczoną przez wypity alkohol uwagę skierował na swego przyjaciela, który mocując się z wiązaniami spodni miał się zabierać za zgrabną karczmareczkę, na której do tej pory dość ładnej, jak na ludzkie standardy oczywiście, twarzy zaczynał dominować szybko nabierający fioletowej barwy siniak. Kh’aadz powoli sięgnął po dzbanek stojący przed nim na stole, Org wychwycił kątem oka ten ruch i odwrócił na chwilę głowę w stronę nadal spokojnie siedzącego krasnoluda, jednak widząc, że kurdupel jedynie dolewa sobie grzańca, z nadal spuszczonym wzrokiem, szybko znowu odwrócił się w stronę Zarisa, który właśnie pochylał się nad szarpiącą się i bezsilnie łkającą Ameą.
- Jeszcze dwie sekundy dziecino… – wyszeptał pod nosem, jakby chcąc dodać otuchy przeżywającej koszmar dziewczynie, jednocześnie obracając powoli w ręce dzbanek, jakby oceniał jego masę i szukał najlepszego chwytu. Amea zapiszczała przerażona, gdy Zaris przycisnął ją do podłogi i nachylił się nad nią jeszcze bardziej wysuwając lubieżnie z pomiędzy spękanych od zimna warg język.

Org świetnie się bawił, walił rytmicznie pięścią w stół i zanosząc się rechoczącym śmiechem dodawał Zarisowi animuszu. Zbyt późno spostrzegł szybko nadlatujący w jego kierunku kamionkowy dzban…

Rzut był czysty, naczynie z impetem wyrżnęło Orga w skroń, zalewając go resztką znajdującego się wewnątrz wina i raniąc spękanymi skorupami odłamków. Dryblas spadając z ławy nakrył się nogami i porządnie przydzwonił, pustym, jak mniemał krasnolud, łbem o belki podłogi. Jednak Kh’aadz nie tracił czasu na podziwianie efektów swojego rzutu, ani tym bardziej na zaprzątanie sobie głowy hałasami dochodzącymi ze schodów, tylko błyskawicznie zerwał się z miejsca gwałtownie odrzucając stojący przed nim drewniany stół na bok i runął w stronę powoli unoszącego swój łeb Zarisa. Widok wściekle warczącego i szybko zbliżającego się krasnoluda z paskudnym nadziakiem w ręce, błyskawicznie zmył głupi uśmiech z jego napalonej gęby, niestety, na nic więcej nie starczyło mu czasu, Kh’aadz przebiegając w zasadzie obok niego, z krótkiego zamachu, wyprowadzonego blisko ciała walnął obuchem nadziaka prosto w brzuch Zarisa. Uderzenie było wystarczająco silne, żeby zgiętego w pół człowieka odrzucić o dobry metr od przerażonej dziewczyny, nadal rozciągniętej na ziemi.

W tym momencie, na pędzącego krasnoluda runął trzeci Dunlandczyk, Kh’aadz chciał go z impetem walnąć pięścią, w której trzymał nadziak, w skroń, jednak złowrogi błysk metalu w prawej ręce przeciwnika wymusił na nim szybką zmianę kierunku i tak nóż Torga nie zagłębił się między żebrami krasnoluda, za to obaj spleceni ze sobą runęli na ziemię, tuż obok Amei. Po krótkiej i wściekłej szamotaninie, rosły mężczyzna przycisnął mniejszego od siebie przeciwnika do ziemi i wyswobodził rękę z nożem, wznosząc ją do ciosu, jednocześnie nie pozwalając miotającemu się krasnoludowi na jakikolwiek zamach, trzymanym w prawej ręce orężem. Kh’aadz szarpnął biodrami chcąc wyswobodzić nogi na tyle, aby móc kopnąć przeciwnika w krocze, jednak ten ostatni mocna dociskał całym swoim ciałem krasnoluda do podłogi. Kh’aadz odwinął energicznie lewą ręką, odbijając cios noża, który wedle zamiaru dzierżącego go Dunlandczyka miał zatopić się w nerkach przeciwnika, zamiast tego pechowo ześlizgnął się po krótkim rękawie koszulki kolczej i przechodząc przez pikowane warstwy przeszywanicy zagłębił się w przedramieniu. Kh’aadz warknął czując dotkliwe ukłucie bólu, puścił nadziak, co sprawiło, że Thorg stracił na chwilę równowagę, ale ta chwila wystarczyła, żeby krasnolud prawą ręką chwycił Dunlandczyka za głowę po czym z impetem wyrżnął go z dyńki prosto w twarz. Oszołomiony pulsującym ze zdruzgotanego nosa bólem Thorg odchylił się do tyłu wypuszczając równocześnie nóż, który z krótkim brzdęknięciem wylądował na podłodze. Krasnolud nie zamierzał zaprzepaścić wypracowanej z trudem inicjatywy i szybko uwolnił jedną nogę, którą od razu zamierzył się do kopniaka, który zwaliłby z niego nadal skołowanego człowieka. Jednak zanim do tego doszło, jego przeciwnikiem targnął jakiś dziwny dreszcz, tęczówki fiknęły kozła pozostawiając w oczodołach upiornie świecące białka, po czym całe cielsko człowieka bezwładnie zwaliło się na krasnoluda.
- Nieeeeeeeeeeee!!! – przeraźliwy, pełen pierwotnej wściekłości grom wydawało by się, wstrząsnął kamieniami fundamentów, na których stała karczma, taki upiorny i przejmujący do szpiku kości krzyk, może wydrzeć się jedynie z gardła ojca, na którego oczach zabito jego syna – przemknęło przez myśl Kh’aadzowi gdy szybko gramolił się spod, teraz już martwego, ciała Thorga, jego dłoń szybko znalazła rękojeść leżącego tuż obok na podłodze nadziaka . Amea z niemal obłąkanym wyrazem twarzy i szeroko otwartymi oczyma, a przynajmniej tym, którego nie przymykała rosnąca opuchlizna, panicznymi ruchami cofając się na czworakach starała się oddalić jak najdalej od przerażającego trupa leżącego na podłodze.

Szybki rzut oka po pomieszczeniu wiele wyjaśnił, Endymion z ociekającym jeszcze ciepłą krwią Thorga ostrzem rzucił się na nadbiegającą głowę rodziny, Zaris nadal na klęczkach podpierając się o kominek próbował łapać oddech i powstrzymać torsje za to Org z nadal nieco błądzącym po spotkaniu z kamionkowym dzbankiem, wzrokiem dobył miecza i początkowo chwiejnie, lecz później z coraz większą pewnością ruszył w stronę krasnoluda.
- Rwa mać! Mogło się skończyć na poobijanych ryjach! – przeklął w myślach krasnolud
- A teraz jak chłopak nie żyje, to nikt nie odpuści… Po kiego Uja pakowałeś mu żelazo między żebra!- dokończył ponurą myśl rzucając się z rykiem w stronę ostatniego z żyjących braci…
 
__________________
"Lotnik skrzydlaty władca świata bez granic..."

Ostatnio edytowane przez Wroblowaty : 02-02-2011 o 10:51.
Wroblowaty jest offline  
Stary 01-02-2011, 20:58   #23
 
ThRIAU's Avatar
 
Reputacja: 16 ThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znany
Endymion podbiegł do okna goniąc wzrokiem uciekającego impresario trupy aktorów. Lecz jego myśli były już na dole karczmy gdzie zrobiło się zamieszanie znacznie bardziej niebezpieczne sądząc po rumorze dobiegającym z dołu. Uciekającemu Makhlerowi wśród odprysków szkła coś wypadło i potoczyło się na bok.

- Coś zgubił …..jakieś papiery czy coś takiego. Andarasie z tego co się orientuję masz konia więc bez problemu go dogonisz a z pomocą swojego łuku dasz rade go zatrzymać. A ja w tym czasie zajmę się jeźdźcami z pijanymi pójdzie o wiele, wiele łatwiej. Miałem nadzieje że do tego nie dojdzie ale cóż….

- Zajmę się nim bądź spokojny. Pomóż tym na dole – odparł Andaras

Poprawiając chwyt miecza w dłoni Endymion wybiegł z pokoju impresario trupy aktorów, pokonując po dwa schody zbiegł na dół karczmy. Biegnąc po schodach słyszał czyjeś ciężkie kroki za sobą, wśród tyjąca myśli wirujących w głowie uświadomił sobie iż żona karczmarza prowadziła jednego z brodaczy na górę karczmy, i to zapewne on teraz biegnie gdzieś z tyłu.
Na dole karczmy na dobre już rozgorzała walka, Zaris leżał pod kominkiem, wyglądał jakby otrzymał przed chwilą cios. Org znajdował się za stołem między barem a kominkiem usilnie próbując dojść do siebie trzymając się jedną ręką za głowę drugą szukając podparcia. Torg siedział na Kh'aadzu w prawej ręce miał nóż, lewą trzymał za trzonek nadziaka, który krasnolud miał w prawej ręce. Amea leżała nieruchomo obok nich. za stołem po stronie okien.
Walka na podłodze którą toczyli człowiek z krasnoludem nie wyglądała na przepychankę jakich wiele w karczmach, to była walka na śmierć i życie początkowo Dunlandczyk zyskał przewagę lecz w miarę trwania walki tracił inicjatywę.
Endymion zdawał sobie sprawę, że teraz będą walczyć do upadłego, nie odpuszczą, bo to nie ten typ ludzi żeby odpuszczać. Nie wiedział jak to się zaczęło ale widok leżącej dziewczyny dawał wiele do myślenia.
Momentalnie znalazł się przy walczących i zrobił to co mu wpajano i czego go nauczono najlepiej. Wyprowadza w walczącego i niczego nieświadomego Torga pchnięcie mieczem. Cios zostaje zadany śmiertelnie. Półtoraręczne ostrze gładko weszło pod łopatkę, miecz przeszywa serce. Torg zamiera w bezruchu, i osuwa się martwy na Kh’aadza podczas wyciągania miecza z ciała. Wtedy rozległ się głośny krzyk rozdzierający karczmę, pełen bólu i wściekłości:

- NIEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!! - Był to Turg, który zbiegł za Endymionem z góry karczmy, i pierwszą rzeczą, którą zobaczył była śmierć syna przebitego mieczem.

Thurg zrzucił futro z ramion i kopnał wściekle kilka stołków biegnąc z furią w oczach na Endymiona. Ojciec miał zamiar pomścić śmierć syna. W tym samym czasie Kh'aadz rozpoczął walkę z Orgiem, który przez stół na skróty pognał za krasnoludem na środek karczmy. Oszalały ze wściekłości i zalany grzańcem Org miał w ręku miecz, natomiast K`haadz dzierżył nadziak. Endymion i K`hadz stali do siebie plecami w niewielkiej odległości.
Endymion wiedział, że nie ma już wyjścia, ojciec nie odpuści zemsty za syna. Ostatnia myśl – tylko spokojnie, tylko spokojnie przecież już walczyłeś z takimi, dasz radę, oddech i jazda na przód….. Złapawszy głębszy oddech z ociekającym krwią mieczem rusza w stronę szarżującego na niego Dunlandczyka. Doskakują do siebie. Rozpoczyna się pojedynek jeden na jeden toczony na środku karczmy pod głównymi drzwiami.
Thurg ma metalowy napierśnik i skórzaną zbroję na sobie, a w ręku obnażony miecz. Wyprowadza z impetem swój pierwszy cios. Zaślepiony furią zadaje cios tak jakby rąbany na siłę, jakby z namolnych much chciał się obegnać. Z prawej ręki siecze łukiem na lewą stronę Endymiona na wysokości piersi. Endymion wykonuje unik, przez wydatne pochylenie i przepuszczenie ciosu nad głową. Sztuka ta udała się, ale miecz przeszedł nad głową dosłownie o włos, Endymion poczuł jak ostrze przejechało po włosach kiedy chylił się w stronę napastnika. Unik był połączony z uderzeniem barkiem celem wytrącenia przeciwnika z równowagi. Miecz ułożony przy sobie do pchnięcia także przy wykonaniu uderzenia barkiem następuje próba pchnięcia w podbrzusze Thurga. Nie udało się, a to głównie dlatego, że miecz Thurga po pochyleniu się Endymiona zahaczył stojącego z tyły Kh'aadza w koszulkę kolczą cios zatrzymał się a raczej niemal odbił od krasnoluda a Thurg zamiast siłą impetu polecieć na lewą to przechylił balans ciała bardziej na prawą stronę. Uderzenie z barka trafiło napastnika w lewą pierś w wyniku czego Thurg poleciał jeszcze bardziej na lewo obracając się dokoła własnej osi piersią prosto na drzwi karczmy, dlatego pchnięcie Endymiona nie dosięgło brodacza. Turg odbił się drzwi wyprowadzając cios mieczem wprost w piersi Endymiona, który zdążył już obrócić się w jego stronę. Parowanie Endymiona było genialne, wybijając miecz Thurga poza obręb ciała. Od tego momentu walka wyrównała się, wymiana ciosów i uników nie dała przewagi żadnej ze stron. Pierwszą ranę odniósł Endymion, lecz w amoku walki poczuł tylko ostrą krawędź zagłębiając się lekko w ciało, wiedział, że za chwilę przyjdzie fala bólu ale na razie zalewająca go adrenalina skutecznie znieczulała. Dowodem tego mogła być rana zadana brodaczowi w rękę tuż przed łokciem. Z momentem gdy miecz Endymiona dosięgnął reki przeciwnika walka przybrała jednostronny obrót. Kolejny cios wyprowadzony przez Thurga był już wyraźnie słabszy i wolniejszy, sygnalizując iż zalewana krwią ręka nie jest zdolna do dalszej walki. Endymion wykonując drobny unik tego ciosu wyprowadził własny w podbrzusze brodacza, który tym razem nie był już zdolny poprawnie go sparować. Po raz drugi tego dnia miecz Endymiona zasmakował krwi Dunlandczyka, zatapiając się w ciele Thurga, i rozcinając podbrzusze. Thurg zwalając się na deski karczmy był w stanie krytycznym, niezdolny do dalszej walki, zalewał deski karczmy krwią. Jest nieprzytomny, nie zostało mu wiele życia.

Endymion łapiąc głęboki oddech uniósł pośpiesznie wzrok znad dopiero co powalonego brodacza chcąc się rozejrzeć co się dzieje z K`hadzem i Zarisem. Podczas walki kątem oka widział jak Zaris stojąc i dociskając Ameę butem do desek karczmy ładuje przy tym kuszę. Ale skupiając się na walce nie zdawał sobie sprawy do końca z tego co to oznacza, dopiero teraz mógł skupić swoją uwagę na postępowaniu Zarisa.

Dopiero teraz poczuł pulsowanie w niemalże całym lewym ramieniu. To dała znać o sobie rana zadana przez Thurga na wysokości mięśnia naramiennego. Pulsowanie było coraz wyraźniejsze i obejmowało coraz większą część ręki, pogrążając ją w rozprzestrzeniającym się bólu.
 

Ostatnio edytowane przez ThRIAU : 02-02-2011 o 16:28.
ThRIAU jest offline  
Stary 02-02-2011, 17:07   #24
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 24563 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Wszystko nastąpiło tak nagle dosłownie sekundy.... Krzyk na dole, trzask zbitej szyby na górze. Mrugnięcie oka później Endymion rzekł
- Coś zgubił …..jakieś papiery czy coś takiego. Andarasie z tego co się orientuję masz konia więc bez problemu go dogonisz a z pomocą swojego łuku dasz rade go zatrzymać. A ja w tym czasie zajmę się jeźdźcami z pijanymi pójdzie o wiele, wiele łatwiej. Miałem nadzieje że do tego nie dojdzie ale cóż….

Poprawiając chwyt miecza w dłoni Endymion udał się na dół karczmy.

-Zajmę się nim bądź spokojny. Pomóż tym na dole...

Wśród kartek elfi wzrok dostrzegł coś niezwykłego jeszcze nim Endymion wybiegł. Jedna z wielu kartek miała na sobie Haradzkie symbole. Niby ciężkie do zauważenia, wśród kartek które posypały się za uciekającym. Ale jeśli ktoś miał bystry wzrok, a ów symbol znał jak mało który na świecie? Taka dość rzadka kombinacja, pozwoliłby uchwycić to, co innym by umknęło.Animista pochwycił kartę w locie i udał się się tropem zbiega. Chwycił ją jednak dopiero po opuszczeniu tego pokoju przez Endymiona. Ostrożność przede wszystkim powtarzał sobie zawsze elf.

Podbiegając do okna, Andaras widział jak Makhler zeskakiwał a raczej zjechał po pochyłym daszku dobudówki do stajni. Zostawiając na daszku w śladzie po ślizgu na mokrym śniegu nieznaczną, czerwoną smugę krwi; wstaje i biegnie znikając za rogiem w stronę stajni.

Jesteś mój i odpowiesz na parę pytań- pomyślał Andaras skacząc za nim. Najpierw daszek potem śnieg. Mógł skoczyć bezpośrednio ale po co ryzykować. Dopadnie go i tak... Stracił kilka cennych sekund ale to nic...

Elf pobiegł za róg. Drzwi do stajni były uchylone. Tam też wiodły czerwone krople na śniegu. Dobiegł tez stamtąd jęk kogoś. Makhler na osiodłanym "Dundlanczyku" wyjeżdżał rozpędzony wprost na Andarasa, gdy ten pojawił się w bramie stajni. Był około trzech metrów przed nim. Szybka ocena sytuacji przez elfa: Widać było że karczmarz leży na ziemi. Zajmował się widocznie końmi przybyszów. Dwa były już oporządzone i stały w zagrodach. Oprócz tego był jeszcze koń karczmarza, Bankhiera, Andarasa, dwa konie zimnokrwiste trupy do wozu, oraz jeden wciąż z siodłem na grzbiecie koń Dunlandczyków. Te kilka sekund które Animista stracił wcześniej dały mu przewagę.

Elf postanowił że trzeba to zakończyć szybko nie ma czasu na pół środki. Choć nie podobało mu się to co musi zrobić. Biedny zwierzak- pomyślał.
Przepuścił uciekającego schodząc mu z drogi... W tym czasie Makhler jechał na północ, wzdłuż rzeki w kierunku mostu. Elf zdejmuje łuk. Spokojnie mierzy. I strzela.
Pierwsza strzała z odległości około 20 metrów trafia konia w zad, że aż przysiadł a Makhler ledwo nie wypadł z siodła. W tym czasie Andaras załadował drugą i ta strzała pod łopatkę powala konia na bok na śnieg, a Makhler zostaje przygnieciony koniem.

Nie było wyjścia... Podbiegł do niego. Makhler wydostawał się spod konającego konia. Pozwolił mu na to. Gdy tamten był już niemal na kolanach poczuł sztych miecza na szyi.

-Ręce nogi w rozkroku twarzą do ziemi.- powiedział elf.
Wolną ręką sprawdzał co jest w piśmie...
- Nie zabijaj - jęczał Makhlar. - Tylko nie zabijaj. Przestraszyłem się, że jestem następny w kolejce. Spanikowałem, że następnym razem jaki maniak mnie ubije w nocy!

Brzmiało to elfowi mało przekonywająco. W piśmie natomist podany był raport o nastrojach społecznych Annuminas i Fornostu, aktualna ilość składu obsad załogi miast, to że skorumpowano do współpracy w Fornoście kolejnego człowieka ze Straży Miejskiej, informacje wywiadowcze. Andaras pytał o to co jest w liście. Makhler strasznie się dziwił, że po pierwsze elf ma ten dokument w ręku a po drugie, że umie czytać po haradzku. Z początku zapierał się, ze nic o tym nie wie. Pod naciskiem ostrza z miejsca zmiękł. Jęczał że jest tylko pionkiem. Nie wie co jest w środku, że nie czyta po haradzku. Jest tylko kurierem tej przesyłki, od szpiega znacznie bardziej wpływowego od niego. Miał z nim spotkanie w karczmie, udawał kupca. Planował dostarczyć ten dokument przez Tharbad do Umbaru. Błagał żeby go nie zabijać i bezpiecznie odstawić do Tharbadu. On już wszystko dokładnie Strażnikom wytłumaczy. Że ma dość już uwikłania w szpiegowanie, że głupi był za młodu i teraz już nie miał wyjścia. Andarasowi wydawało się, że mówił prawdę... Nie wiedział że to co właśnie mówił nie poprawiło a pogorszyło jego sytuację. Mógłby być wolny wystarczyło mięć ciut więcej charakteru. Makhler miał rozerwaną koszulę i elf wyraźnie poczuł, że przez perfumy przebijał się odór zgniłego mięsa.

-Mam cie odstawić do Tharbad? Przecież straż za szpiegostwo cie powiesi. Co im powiesz że jesteś jedynie kurierem? To ci nie pomoże szpieg to szpieg. Kim był ten kupiec jak się z nim kontaktujesz? Masz jakieś inne kontakty? Tylko bez kręcenia inaczej wyzioniesz ducha. Podwiń no koszulę co tak śmierdzi.... Elf chciał uzyskać jak najwięcej informacji... W zasadzie nie wiedział, dla kogo ten tu pracuje. W dodatku to jedynie kurier, zatem płotka bez znaczenia.

- Tak. Bez kręcenia, bez kręcenia - powtarzał posłusznie zezując na miecz - Panie, nie powieszą. Ja już dawno chciałem wyplątać się z tego. Teraz to już nie mam wyjścia. Król mnie wysłucha i przebaczy. Wynagrodzę całe zło. Będę szpiegował dla Eldariona! Panie, nie tobie w politykę się bawić, oddajcie mnie straży ze strażnicy. Niech mnie w kajdanach do Tharbadu albo Bree prowadzą, wszak takie jest prawo! - mówi nie odrywając wzroku od ostrza. - A tamten kupiec, to szpieg znaczny. Wiem, bo przez takich jak ten zostałem niemal zmuszony do tego wszystkiego przed laty. To okultysta panie... Ja też - zawahał się - byłem wyznawcą kultu w Minas Tirith... Dawno temu! - zapewnił. - Ale tych co znam to wydam wszystkich! Teraz to tylko to mi zostało - powiedział. Przewrócił się na plecy i odchylił koszulę ukazując gnijące mięso na piersiach. - Obiecali też, że mnie wyleczą jak będę posłuszny.

Od klatki piersiowej rozchodziła się zgnilizna, wrzody, ropa, martwe mięso, smród straszny. Jak u trupa. Makhler zaczynał gnić za życia.

- Panie, przecie nie będziemy tak tutaj na śniegu zamarzać. Ja nie mówię, że niewinny jestem. Ale dajcie szansę, nie zabijajcie. Opłaci się dla króla. Opłaci! - zapewnia. - Wydajcie mnie Strażnikowi. Pan Endymion zrozumie - zdecydował się - Teraz już nie mam wyjścia. Po tym jak Amiola... Wtedy to już się bałem. Że za późno myślałem.... Oddajcie mnie Strażnikowi! - zażądał. - To ludzkie i paskudne sprawy elfie! - dokończył płaszcząc się w uniżeniu.Był naprawdę dobry. W końcu Impresario grupy aktorskiej. Dobierał świetnie słowa widząc że stoi przed nim elf.
-Co wiesz o morderstwach w karczmie? Bo nie wierzę że nic nie wiesz.- zapytał Andaras.
- Amiola do łóżka mi weszła jak spałem... Musiałem drzwi nie domknąć chyba. Obudziłem sie pod jej dotykiem. wtedy ona odkryła, to paskudztwo - wskazał palcem na pierś. - Jakby się rozniosło, to byłbym skończony... Spanikowałem. Nie chciałem jej udusić.. Tak wyszło... Żałuję...
-Dokumentów takich jak ten jest więcej u ciebie czy to jedyny? Jeśli chcesz zachować życie podaj mi możliwość kontaktu z tym dużym szpiegiem może się na niego zasadzimy. Tylko szybciutko nie ma czasu.- pytania dość dokładne jak Animistę wypływały z ust niczym strzały. Szybko i skutecznie.
- Nie mam żadnych innych dokumentów Panie... Naprawię wszystko. Pod topór pójdzie wielu okultystów i tych co Haradowi się wysługują! Kontakt z nim miałem już kilka razy. Ale zawsze jest to przez niego zaplanowane. Nigdy nie wiem gdzie i kiedy. Na trasie trupy zazwyczaj dostarczana jest mi wiadomość z czasem i miejscem spotkania przez ludzi, których zawsze widzę pierwszy raz w życiu...
- Zatem jak miałeś dostarczyć ten list? Gdzie komu i kiedy? Jakieś znaki dać miałeś na potwierdzenie swojej tożsamości? Oddam cie Endymionowi żywego. Elfy dotrzymują słowa. Ale nienawidzę Haradu chce mieć udział w złapaniu tego drugiego.

Gdy usłyszał odpowiedź przeszył go mieczem.
-Elfy dotrzymują słowa- mówił gdy uchodziło z niego życie Makhler.
- Z tym że ja jestem pół-elfem- wyszeptał i było to ostatnie słowa jakie Makhler usłyszał w życiu...

Poczuł jak ciepło go zalewa. Kolejna dusza.... I nagle jeszcze inny impuls. Gdyby nie czuł tego tak wiele razy padłby na kolana od nadmiaru. Tak bywało kiedyś. Ciepło rozchodziło się po jego ciele a on ruszył w stronę karczmy. Szybko z łukiem w biegu przyszykowanym do kolejnego strzału. Wiedział że nadmiar wrażeń oznacza kolejne trupy w samej karczmie. Miał nadzieje że to nie jego nowi towarzysze.
 

Ostatnio edytowane przez Icarius : 02-02-2011 o 17:12.
Icarius jest offline  
Stary 02-02-2011, 19:49   #25
 
Wroblowaty's Avatar
 
Reputacja: 15 Wroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znany
...Kh’aadz w biegu silnie kopnął w oddzielającą go od nabierającego rozpędu Orga ławę, którą ten pomimo swego upojenia, dość zręcznie ominął, i wskakując na stół, szybko zmniejszył dzielący ich dystans. Krasnolud odsunął się w stronę drzwi wejściowych, gdzie również powoli zmierzali zasypujący się kolejnymi razami Endymion z Thurgiem, krasnolud popychnął wściekle napierającemu przeciwnikowi kolejny mebel pod nogi. Org, którego i tak już niegrzeszącą urodą fizjonomię, wykrzywił żądny krwi grymas, nie zwalniając, potężnym kopniakiem odbił plątający mu się pod nogami taboret roznosząc go w drzazgi, machnął parę razy mieczem, chcąc utrzymać krasnoluda na dystans, jednak Kh’aadz postanowił wykorzystać lukę pomiędzy kolejnymi, tnącymi jedynie powietrze zamachami i sam przeprowadził krótką kontrę ciosem obucha skierowaną na dzierżącą miecz rękę Dunlandczyka. Cios chybił, tak więc nie tracąc czasu na wyhamowanie broni, Kh’aadz zręcznie zawinął nadziakiem, zmieniając kierunek uderzenia na nogi Orga. Dryblas nad wyraz zręcznie cofnął się o pół kroku, ratując swoje kolano przed całkowitym zdruzgotaniem jednocześnie samemu wyprowadzając potencjalnie zabójcze cięcie na szyję odsłoniętego krasnoluda. Kh’aadz złajał się w myślach za chwilę dekoncentracji, pomimo tego, że karczemne awantury nie były mu obce, źle ocenił przeciwnika, na szczęście wyrobione w niejednej walce odruchy i swego rodzaju instynkt bitewny, tym razem również pomogły mu wykopać się z nielichego jak by się mogło wydawać szamba. Szybko cofnął nogę zakroczną, tym samym schodząc na lewo z linii cięcia i zaczął unosić nadziak, aby gładko zbić miecz Dunlandczyka i wykorzystując energię jego ciosu, nadać impetu swojej kontrze, wymierzonej w głowę pałającego żądzą zemsty Orga.

Jednak gdy tylko przeniósł ciężar ciała na tylną nogę, poczuł jakby ktoś wyrżnął go taranem oblężniczym w lewy bark. Impet ciosu Thurga, przeznaczonego oryginalnie dla zgiętego teraz niemal w pół Endymiona obrócił krasnoludem niemal o sto osiemdziesiąt stopni, wzniecając na nowo ogień bólu w rozoranej wcześniej nożem ręce oraz rozrzucając na około garść wyrwanych z kolczugi metalowych kółek. Na szczęście dla Kh’aadza, Thurg zahaczył go samą końcówką ostrza, tak więc poza porządnym siniakiem i godziną spędzoną ze szczypcami w ręce w celu wplecenia w rozdarty ścieg kilku nowych kółek, cios nie wyrządził większej szkody. Krasnolud warcząc w odezwie na kolejny atak bólu w lewej ręce, kontynuował obrót, waląc nadziakiem na ślepo do tyłu, aby powstrzymać ewentualną powtórkę ze strony obu Dunlandczyków. Jednak gdy stanął znów przodem do Orga, kątem oka dostrzegł jak Endymion, niczym wściekły byk szarżuje z pochyloną głową na wytrąconego z równowagi Thurga i przyciska go do trzeszczących w gwałtownym sprzeciwie drzwi. Sam zaś krasnolud zrobił jeszcze kilka szybkich kroków w tył, aby zwiększyć dystans pomiędzy drugą grupą walczących. Org podążający wściekle niczym pies gończy za Kh’aadzem odtrącił kilka kolejnych taboretów, wyprowadzając leniwe cięcia w stronę cofającego się cały czas przeciwnika.

Kh’aadz wyczekał na dogodny moment, gdy uzbrojone ramię Dunlandczyka, odchyliło się znowu do tyłu, aby wyprowadzić kolejne niskie cięcie i skoczył szybko do przodu przyjmując spóźniony nieco cios Orga na trzonek trzymanego oburącz, niczym kij, nadziaka. Przy uderzeniu ranna ręka znowu złośliwie zapiekła, ale nie ustąpiła, Kh’aadz zepchnął ostrze człowieka do ziemi, po czym zawinął nadziakiem nisko, chcąc podciąć przeciwnika, który w ostatniej niemalże chwili odskoczył do tyłu i aby kompletnie nie stracić równowagi wykonał jeszcze jeden krótki krok wstecz opierając się niemal o ladę, krasnolud nie czekał, ruszył wrzeszcząc na całe gardło na przód, aby nie pozwolić Orgowi wyjść z defensywy. Człowiek w odruchu chcąc utrzymać groźnego przeciwnika na odległość, wyrzucił miecz przed siebie w silnym pchnięciu, jednak właśnie czegoś takiego, po przypartym do szynkwasu Dunlandczyku, Kh’aadz się spodziewał. Zbił zręcznie pchnięcie, kierując sztych Orga bezpiecznie daleko od siebie, po czym mając nadziak blisko ciała po lewej stronie, odwinął mocno na prawo, zahaczając obuchem o bark przeciwnika, który chcąc uniknąć ciosu, niemal położył się plecami na barze, strącając i tłukąc przy tym kilka glinianych kufli. Org syknął z bólu, krasnolud był za blisko, żeby wyprowadzić cios mieczem, dla tego postanowił zklinczować niskiego przeciwnika w niedźwiedzim uścisku i sprowadzić go do parteru, gdzie jego przewaga wzrostu i masy odegrają decydującą rolę, jednak Kh’aadz ponownie chwycił nadziak w obie ręce i niczym taranem wyrżnął obejmującego go już prawie przeciwnika w brzuch. Kolczuga jak i kaftan pod nią na pewno złagodziły uderzenie, jednak siła była wystarczająca, aby zatrzymać go w miejscu w akompaniamencie głośnego sapnięcia… Kh’aadz wydostając się z zasięgu ramion Orga wykonał pełny obrót i z tak potężnego zamachu uderzył równolegle do ziemi…

…Niespodziewany cios w brzuch odebrał mu impet, mimo to, nadal miał szanse na doprowadzenie do zwarcia i obalenie wrednego karła. Naparł mocno do przodu i próbował zacisnąć swój żelazny uchwyt na baryłkowatym pokurczu, jednak ten ostatni, jakimś diabelskim sposobem wyślizgnął mu się z rąk. Org nadal prąc pochylony do przodu z wyciągniętymi rękami w ostatniej chwili spostrzegł, jak zza obracającego się krasnoluda, niby w zwolnionym tempie wyłania się najpierw jego masywne ramię, później powoli dłoń trzymająca obły trzonek, na którego końcu po niemal wieczności zamajaczyła ciężka głowica, z jednej strony opatrzona w tępy obuch, z drugiej zaś w paskudny szpic… Groza sytuacji dotarła do niego momentalnie, przebijając się w ułamku sekundy przez alkoholowy rausz i adrenalinowy szał. Wydał swemu ciału komendę, aby natychmiast skoczyło na oddalonego na wyciągnięcie ręki krasnoluda i taranując go, przewróciło na podłogę. Nie wiedział dla czego wszystko na około dzieje się tak powoli, dla czego jego zaprawione w licznych bojach i poznaczone chwalebnymi bliznami ciało, zamiast wystrzelić do przodu jak atakująca kobra, leniwie i ociężale, jak gdyby zanurzone było w smole, w zwolnionym tempie, ospale reaguje na polecenia. Obuch nadziaka płynął złowrogo w jego kierunku, zastygła, wykrzywiona w bitewnym wrzasku twarz krasnoluda, przypominała jakąś upiorną maskę.

Nadziak Kh’aadza trafił niemal idealnie w skroń, siła uderzenia praktycznie natychmiast skręciła kark hardego Dunlandczyka, zwalając go martwego na ziemię w ułamku sekundy, kompletnie bezwładnego, niczym worek ziemniaków...
 
__________________
"Lotnik skrzydlaty władca świata bez granic..."
Wroblowaty jest offline  
Stary 06-02-2011, 22:22   #26
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 17924 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację




O ile Org był martwy zanim uderzył o deski podłogi z pogruchotaną czaszką, to Thurg jeszcze żył. Leżał nieprzytomny, lecz jego pierś unosiła się nieznacznie w ostatnich odruchach walczącego ze śmiercią ciała. Stan ojca bliźniaków był krytyczny. Umierał.

Potężny brodacz padał na ziemię pod obuchem Kh’aadza w momencie, gdy Endymion wyciągał półtorak z ciała przeciwnika, nadzianego na ostrze Strażnika niemal po rękojeść miecza.

Amea stała jak słup soli i bezgłośnie łkała. Wielkie jak groch łzy toczyły się po policzkach, a podbródek trzęsąc się podskakiwał na ostrzu przytkniętego noża. Zaris obejmował dziewczynę lewym ramieniem w ręce ściskając trzonek noża, którego ostra krawędź dotykała gardła zakładniczki. Dunlanczyk w prawej ręce trzymał kuszę wyciągniętą w stronę zwycięzców, stojących nad pokonanymi na placu karczmiennej bitwy.

- O, o, o!!! – przez zęby wycedził Zaris przenosząc wzrok od krasnoluda do człowieka. – Tylko bez głupich ruchów! Ty! Pod ścianę! – warknął do Endymiona – na kolana! Miecz na ziemię i pchnij go do mnie! Tak samo noże! Żwawo! – rozkazywał. - A ty pokurczu! Ścierwo zasrane! – z wściekłością sączył wykrzywionymi w nienawiści ustami w stronę Kh’aadza – Zapłacisz za wszystko! Wyrzuć to za bar! – warknął potrząsając czupryną w stronę nadziaka. – I odwróć się plecami! Łapy na szynkwasie! Pomiocie karłowaty! Zasrańcu przeklęty! Ścierwo!

Zaris, chowając się za posłuszną w paraliżującym strachu dziewczyną, zaczął powoli przemieszczać się w stronę drzwi. Ku wyjściu z karczmy.

- Pójdźcie za mną, a poderżnę jej gardło! – ostrzegał.








Ostatnimi słowami jakie usłyszał Andaras z ust błagającego o życie Makhlera wyznanie, poprzedzone rozgorączkowanym wejrzeniem:

- Ja nic robić nie muszę. Znaków żadnych nie czynię Panie! Znajdują mnie... Pierwsi. – zapewnił jednym tchem z wyrazem twarzy, na którym prócz strachu malowała się wyraźna ulga, jaka zagościła po danym mu przez półelfa słowie honoru. Bo włos póki co z głowy impresaria nie spadnie.

Jakże się Makhler zdziwił. Zaraz potem. Bo, gdy przebrzmiały ostatnie słowa jakie miał usłyszeć w swoim życiu, przeszyty nagle i bezlitośnie mieczem, opadł na plecy konając z zastygłym na twarzy nieopisanym wyrazem zdumienia. Tężejący wzrok wbił w owianą czarnymi włosami sylwetkę oprawcy w pełnym bólu i zaskoczenia, niedowierzającym wciąż w to co sie stało, niemym pytaniu: „Dlaczego?!”

Andaras biegnąc w stronę karczmy z łukiem gotowym do strzału obserwował budynek i jego okna. Dopiero teraz, będą już dość blisko zabudowań, przez uchylone wrota stajni ujrzał w jej zacienionym wnętrzu chwiejącego się na miękkich nogach karczmarza, który jedna ręką trzymał się na głowę, a drugą podpierał żerdzi zagrody. Poturbowany gospodarz w szoku wpatrywał się półprzytomym wzrokiem w Andarasa. Ich spojrzenia skrzyżowały się i Heldon zaczął cofać się, bełkocząc coś niezrozumiale pod nosem. Wtedy elf kątem oka dojrzał ruch po drugiej stronie topniejącej Mitheithel. Para ludzi. Dwóch pieszych wojów ze strażnicy usilnie wpatrywało się nabrzeże na przeciwległym brzegu rzeki, tam gdzie stoi karczma „Pod Mostem”.

Okolica karczmy, zwykle spokojnie usypana pierzyną śniegu, mąconą dotychczas jedynie niecierpliwymi podmuchami wiatru, teraz ukazywała zupełnie inny krajobraz. Impresario leżał w czerwonej plamie na białym kobiercu obok powalonego karego. Z chrap nieruchomego, pięknego rumaka wciąż unosiły się kłęby pary. Sylwetka łucznika pośpiesznie mknęła w stronę budynków zajazdu.

Piechurzy pośpiesznie pobiegli w stronę mostu z wyraźnym zamiarem przeprawienia się przez rzekę.








Klęcząca na szczycie schodów Hanka nie wytrzymała. Do tej pory, w ukryciu,trzymając się szczebelków drewnianej poręczy z zapartym tchem, razem z Maklisem, oglądała przebieg wydarzeń w karczmie. Widząc usiłującego uciec z Ameą Dunlandczyka z krzykiem rozpaczy rzuciła się na dół, nie zważając na daremne próby usiłujących ją powstrzymać rąk karła.

- Zostaw mą córę ty zbóju! Oddaj mi dziecko! – wyła.

Żona karczmarza zbiegała z wyciągniętymi przed siebie ramionami, jakby chciała rzucić się na draba i Ameę. Dopaść do nich w geście szalonej matczynej miłości, w której chciałaby wyrwać córkę z objęcia śmierci i niebezpiecznej rozpaczy, w której mogłaby jak lwica rozszarpać Zarisa na strzępy gołymi rękoma. Od celu dzieliło ją jeszcze kilka schodów, stoły, ławy, krasnolud z człowiekiem oraz wyciągnięta w ich wszystkich stronę kusza z obojętnym bełtem.




 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 06-02-2011 o 22:29. Powód: literówki
Campo Viejo jest offline  
Stary 10-02-2011, 20:48   #27
 
ThRIAU's Avatar
 
Reputacja: 16 ThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znany
Widok ostrza noża dociśniętego do gardła dziewczyny sprawił iż ciało Endymiona było jak sparaliżowane. Stał nie mogąc się ruszyć, wszystko dookoła straciło znaczenie, przestało istnieć. Jego uwaga całkowicie skupiła się na Zarisie, jego zakładniczce i nożu. Sytuacja ta nie powinna w ogóle w jakikolwiek sposób wpłynąć na czyny, a tym bardziej uczucia czy też odczucia Endymiona. I zapewne było by tak, gdy nie cieniutka nić uczucia jakim darzył córkę karczmarza, z początku czyste pożądanie, jednak teraz ….. teraz nie potrafił już tak przedmiotowo o niej pomyśleć. Stał teraz w sytuacji w której jeszcze nigdy się nie znalazł, oto między nim a tym którego chciał dopaść znalazła się osoba wywołująca znacznie więcej niż lodowato zimne uczucie obojętności, które zawsze pozwalało zachować spokój i opanowanie. Otaczająca go przestrzeń zamarła, słyszał jak Kh`aadz nie przebierając w słowach zwracał się do Zarisa jednakże ich znaczenie i sens stawały się nieznośnie trudne do rozszyfrowania. Trwałby tak w zawieszeniu pewnie znacznie dłużej nie mogąc pozbierać myśli do kupy i wymyślić jakiś sensowny plan zmiany całej tej sytuacji, gdyby nie ruch jaki kątem oka dostrzegł obok siebie. Oto matka Amei nie mogąc wytrzymać napięcia dała się ponieść emocją i ruszyła na Zarisa. Odsiecz ta musiała zostać natychmiast zatrzymana bo mogła by odnieść efekt zupełnie odwrotny do zamierzonego, ta właśnie myśl wyrwała Endymiona z otchłani lęku w jaką się pogrążał.
Wyrywając z miejsca dwa kroki do przodu z trudem zatrzymuje biegnącą Hankę łapiąc ją mocno za ramiona i równie mocno przytrzymując, odciągnął z powrotem.

- Spokojnie, spokojnie wszyscy niech zachowają spokój a nikomu nic się nie stanie, tak jej nie pomożesz. – zwrócił się do Hanki wiedząc, iż zapewne co trzecie słowo dociera do jej umysłu.

- Maklis chodź tu i przytrzymaj żonę karczmarza – rzucił spiesznie do karła dostrzegłszy jego obecność. Makles nadzwyczaj szybko podbiegł i obejmując w pasie Hankę trzymał ją na dystans od zagrożenia. Kobieta się nieco uspokoiła, jednak nadal jej oczy przepełniało przerażenie, o los córki. Endymion wiedział, iż w jego oczach Zaris nie może dostrzec niczego poza zimną obojętnością na swoje poczynania. Opanowanie się i powrót zimnej krwi nie przychodziły łatwo jednak pomału do głosu dochodził rozsądek podpowiadający iż trzeba zacząć działać.

- Dunlandczyku jeśli chcesz opuścić te progi żywy to dziewczynie nie może spaść włos z głowy, i wybij sobie z głowy że z nią wyjdziesz. Mnie weź zamiast niej, gdy się oddalimy na bezpieczną odległość będziesz mógł dokonać zemsty na mnie za to co zrobiłem z twoim ojcem. Zrób coś głupiego a podzielisz los swoich towarzyszy, więc albo ja pójdę z tobą albo wyniosą cię nogami do przodu jak ich – Endymion mówił miarowo i spokojnie starając się maskować swoje odczucia za lodowa maską. Zwolnił uchwyt dłoni, w odpowiedzi usłyszał brzęk upadającego na deski podłogi miecza, drugą ręką powoli wyciągnął zakrzywiony nóż i również jego odrzucił na deski podłogi, zalewane coraz obficiej przez krew. Dostrzegł minę krasnoluda, jaką ten zrobił na widok odrzucanego oręża, i ciężko mu się było dziwić. Jednakże został jeszcze mniejszy nóż, który nie był noszony na wierzchu, jego zadaniem było właśnie rozwiązywanie takich sytuacji. Wiedział, że trzeba szybko zmienić układ tej niekorzystnej sytuacji, póki Zaris trzyma nóż na gardle Amei nic nie można począć. Nie zważając na reakcję Zarisa rusza w stronę drzwi, mija Kh`aadza, mając wzrok wbity w Zarisa ostrożnie otwiera drzwi. Gdyby tylko odsunął nóż i lekko się odsłonił można by spróbować rzucić go nożem.

-A teraz pomogę ci wybrnąć z tej sytuacji. Wyceluj we mnie kusze, puść dziewczynę i wychodzimy, będę szedł przed tobą, innej drogi nie masz, nie puścisz jej, zamknę drzwi, i za chwilę umrzesz nie koniecznie tak dobrze jak twoi towarzysze.
- Decyduj chcesz wyjść czy nie.

- No to teraz odpowiecie, a zwłaszcza ty pokurczu! - wycedził zajadle Zaris w stronę krasnoluda zerknąwszy przez okno jednocześnie ignorując Endymiona. - Dziewczynie krzywdy nie zrobię, ale za wyrżnięcie moich towarzyszy zapłacicie głową. Biegną zbrojni ze strażnicy! Nigdzie się nie wybier……

Endymion niedowierzając w to co powiadał Zaris wychylił się przez drzwi. Ku swojemu przerażeniu dostrzegł jak z mostu zbiegało pieszo dwóch zbrojnych z okolicznej strażnicy. Nad rzeką leżał powalony koń i Mahler. Natomiast Andaras był już przy drzwiach.

- Puść dziewczynę trzymając nóż na jej gardle raczej nie poprawisz swojej sytuacji, a tylko pogorszyć możesz. Ci ze strażnicy to proste chłopy dla nich sprawa będzie jasna. Przyjezdni chcieli się zabawić z młodą, ładną dziewczyną, nie koniecznie za jej przyzwoleniem, ktoś stanął w jej obronie, wywiązała się walka i tak dalej. Widzisz nie jest trudno poskładać do kupy tak oczywiste fakty, no i są jeszcze świadkowie - skinienie głową w stronę Hanki i Maklisa.
- Użyj mnie jako zakładnika, nie mam broni a wobec kuszy jestem całkowicie bezbronny, puść ją a weź mnie.

Na widok wchodzącego Andarasa Zaris zrobił się jeszcze bardziej nerwowy. Oparł się plecami o ścianę między oknem a drzwiami. Co chwila zerkał gorączkowo przez okno. Zupełnie ignorował propozycję zamiany zakładnika, na jego twarzy malował się wyraźnie grymas. Nic już nie mówił. Kuszę celował w Kh’aadza widocznie jego obawiał się bardziej.
Normalnie w tej sytuacji Endymion już byłby pewny, że zaraz rzuci nożem ale gdy rzut miał przejść centymetry od głowy Amei nie potrafił się zdecydować. Zachodzący go Kh`aadz sprawił iż, dunlanczyk musiał co rusz odwracać głowę raz w jedną raz w drugą stronę. Zaris obejmował Ameę ramieniem chowając się za nią ciałem, był dużo od niej większy, także barkami i głową górował nad nią. Gdyby do tej sytuacji doszło dzień po przybyciu Endymiona do karczmy zapewne wykorzystał by tę okazję nie zważając na groźbę zranienia dziewczyny. Niestety tak nie było, teraz nie potrafił podjąć takiego ryzyka, dziewczyna nie była już anonimowa osobą. Zdarzyło mu się w przeszłości przelać krew i nie miał z tym potem zadnych problemów, żadne twarze nie śniły się po nocach, ale gdyby żucony nóż ugodził śmiertelnie Amee nie potrafił by sobie wybaczyć. To była myśl, jakże dotąd obca sercu strażnika, teraz skutecznie powstrzymywała rękę. Wyjrzał jeszcze raz przez uchylone drzwi, dostrzegł jak miejscowa straż w tym czasie dyskutowała z karczmarzem nad zwłokami Makhlera. Obawiał się, iż ich przybycie tutaj wprowadzi znaczne zamieszanie, w którym może dojść do zupełnie nieprzewidzianych zdarzeń. Jednakże równie dobrze może w tym zamieszaniu nadarzyć się okazja na oddanie rzutu. Zcierające się myśli o konieczności podjęcia działania i nie narażania życia dziewczyny sprawiały iż Endymion nie bardzo wiedział co począć. Dostrzegłszy skutek postępowania Kh`aadza sam również powoli małymi kroczkami zaczął zachodzić Zarisa.
 

Ostatnio edytowane przez ThRIAU : 10-02-2011 o 20:54.
ThRIAU jest offline  
Stary 12-02-2011, 00:22   #28
 
Wroblowaty's Avatar
 
Reputacja: 15 Wroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znany
Baryłkowata pierś krasnoluda unosiła się coraz spokojniej, gdy twardy organizm szybko regenerował siły po przed chwilą skończonej walce. Ale Kh’aadz wiedział, że to jeszcze nie koniec, człowiek, którego lekkim uderzeniem zrzucił z córki karczmarza, najwidoczniej doszedł do siebie, ale widząc co spotkało jego towarzyszy nie palił się do bezpośredniej konfrontacji… Zamiast tego zasłonił się żywą tarczą w postaci sparaliżowanej strachem Amei.
- Pieprzony tchórz… - przemknęło przez głowę krasnoludowi, gdy zaciskając mocniej dłoń na rękojeści nadziaka lustrował sytuację. Widok wymierzonej w jego stronę kuszy nie był pocieszający. Dunlandczyk bezpiecznie skryty za zakładniczką nabrał dużej odwagi w gębie. Czas najwyższy sprawdzić ile hartu kryje się za jego słowami…
- Co jest, już Ci tak nie stoi jak jeszcze chwilę temu? - Kh’aadz prychnął pogardliwie w kierunku Dunlandczyka, jednocześnie powoli przesuwając się w stronę drzwi, aby zagrodzić mu wyjście.
- Albo kompletnie nie rozumiesz sytuacji w której się znajdujesz, albo jesteś głupszy niż ci trzej... - tutaj kiwnięciem głowy wskazał leżące na podłodze trupy. – mówił spokojnie, bez zbytecznych emocji ani agresji w głosie.
- A z tego co pamiętam, to cię po kiszkach połaskotałem a nie po łbie, to zmysły powinieneś jeszcze zachować...

Na schodach zadudniły szybkie kroki, po lamentach i desperackich prośbach, Kh’aadz nie miał wątpliwości, że to matka łkającej z cicha dziewczyny, przyciskanej silnym ramieniem Zarisa. Kusza w ręku Dunlandczyka znowu zakołysała się złowrogo…
- Bełt masz jeden, nas jest tutaj więcej... Strzelisz do mnie, to Strażnik się tobą zajmie… - nadal mówił spokojnie, jak nauczyciel próbujący wytłumaczyć trudne zagadnienie mało pojętnemu studentowi. Cały czas przesuwając się powoli i skracając dystans do zaledwie 4 metrów.
-…Walniesz do niego, to z koleii ja Ci rzyć przefasonuję... Nie wspominając o naszym elfim towarzyszu... – dokończył bez nuty groźby czy wyższości w głosie, ot prosta prawda przekazana w prosty sposób.

- Stul dziub! I się nie ruszaj! Stój! - wrzasnął Zaris do krasnoluda najwidoczniej zaczynając wpadać w panikę. Na dociśniętym mocniej do gardła dziewczyny ostrzu pojawiła się pierwsza, ociekająca, cieniutka strużka krwi. Endymion zatrzymał pędzącą na ratunek ukochanej córce matkę, Dunlandczyk jakby nieco się uspokoił, poprawił chwyt na nożu… Kh’aadz postanowił, że czas przejść do słownej ofensywy, nie dać mu czasu na wytchnienie ani na myślenie.
- Zważ, że jeśli ten twój zawszony łeb, szybko nie nabierze rozumu, to nie skończysz jak Ci, szybko i w walce... Ale będziemy mieć na tobie używanie, najpierw utniemy Ci oba jądra i wepchniemy do twojej zarobaczonej rzyci, tak głęboko, że je w gardle poczujesz... A ryj zakneblujemy Ci twoim własnym k...asem, co go tak ochoczo używać chciałeś... – Kh’aadz nie był pewny efektu jaki wywarły na Dunlandczyku jego groźby, ale sam fakt, że tamten się nie odciął ani nie zareagował jeszcze większą agresją, mógł świadczyć, że słowa trafiają mu do wyobraźni…
- To na początek ma się rozumieć… - kontynuował krasnolud coraz bardziej zniżając głos - nasz przyjaciel elf, medyk znakomity, zadba przy tym, co byś nam przytomności nie stracił, ani ducha zbyt wcześnie nie wyzionął... To jak? Skorzystasz, z jedynej szansy, żeby wyjść z tego w jednym kawałku i zostawisz dziewczynę w spokoju? Czy jak ostatni cwel bez jaj będziesz się chował za spódnicą, żeby brakującego męstwa nadrobić?
Stojący do tej pory jak słup soli Endymion nie pozwolił Zarisowi odnieść się do gróźb Kh’aadza, samemu składając mniej brutalną proponując wyjścia z sytuacji. Może to i dobrze, Kh’aadz słyszał coś niecoś o metodzie, dobry i zły śledczy…

Rzecz, którą Kh’aadz musiał uczciwie przyznać, to to, iż Strażnik dobrze wie jak skutecznie machać swoim żelazem. Tym bardziej zdziwił się gdy oręż Endymiona zadźwięczał uderzając o ziemię.
- Trochę przegiąłeś z tym „dobrym śledczym”…. – pomyślał rzucając Strażnikowi pytające spojrzenie.
- Teraz geniuszu zbrodni, jeśli Dunlandczyk ruszy odrobinę swoim zakutym łbem i starczy mu jaj, to mi wpakuje bełt między oczy, a Ty bez broni gówno mu zrobisz… - znowu złajał w myślach Endymiona, który wydawało się posiadł zaskakującą właściwość wprowadzania krasnoluda w coraz większe przekonanie o tym, że ludzie nie kierują się żadnym rodzajem logiki i zrozumienie ich jest rzeczą po prostu niemożliwą. Dunlandczyk widząc przeciwnika pozbywającego się dobrowolnie broni od razu poczuł się silniejszy.

- No to teraz odpowiecie, a zwłaszcza ty pokurczu! - wycedził Zaris zerknąwszy przez okno ignorując Endymiona. - Dziewczynie krzywdy nie zrobię, ale za wyrżnięcie moich towarzyszy zapłacicie głową. Biegną zbrojni ze strażnicy! Nigdzie się nie wybieram. I jak się wytłumaczysz z tej rzezi karyplu? - z nienawiścią rzucił do Kh’aada. - Nikt wam nie wybaczy ubicia rodu Thurga. A te wasze królestwo właśnie straciło sojusznika. Mówiłem już raz wyrzuć ten obuch i cofnij się bo ustrzelę! - warknął z determinacją do krasnoluda. - Albo ona ucierpi przez was!

Tanie sztuczki z obarczaniem odpowiedzialnością nie zadziałały na krasnoluda, Kh’aadz zmienił kierunek obchodząc teraz Dunlandczyka w drugą stronę, zostawiając bezbronnego Endymiona przy drzwiach, po drodze zaopatrzył się w podniesiony z podłogi ułomek zniszczonego taboretu, lepsza taka tarcza, niż żadna…
-Do rzyci taki sojusznik, co zamiast stawać jak mężczyzna chowa się za babską kiecką, a z trupów to Ty się będziesz tłumaczył bezmózgu. Ty zacząłeś gwałt i to Twoi kolesie pierwsi na ostre żelazo poszli! Myślisz, że gdybym chciał od początku was zatłuc jak psy, to łaskotał bym Cię po brzuchu ?! - tym razem to krasnolud wydarł się groźnie.
- O tym co się z tobą stanie jeśli cokolwiek zrobisz dziewczynie już Ci mówiłem i wierz mi, nie rzucam słów na wiatr...
- Prawda Dunlandczyku jest taka, że bić to tylko baby potrafisz! A rzucić nadziakiem to mogę co najwyżej w twój zawszony, tchórzliwy łeb! Jak masz choć odrobinę ikry, to stawaj do równej walki z żelazem w ręce, a jak nie, to skorzystaj z szansy, którą nie wiedzieć czemu dobrodusznie ofiarowuje Ci mój towarzysz, poza tym zawrzyj pysk i nie szczekaj, skoro gryźć nie umiesz!
W drzwiach karczmy stanął Andaras, Zaris zrobił się jeszcze bardziej nerwowy, krasnolud obszedł go już z drugiej strony, zmuszając tym samym Dunlandczyka do przerzucania co chwilę wzroku z niego na Endymiona i Andarasa.

Koniec tej ciuciubabki…
 
__________________
"Lotnik skrzydlaty władca świata bez granic..."
Wroblowaty jest offline  
Stary 16-02-2011, 21:32   #29
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 17924 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację





Oglądający się co chwila na boki Zaris gorączkowo obserwował po prawej stronie Kh’aadza, po lewej resztę zgromadzonych w izbie postaci, a krasnolud jak pomyślał tak zrobił.

- Nieee! – krzyknął przeciągle Kh’aadz w stronę Strażnika.

Wywołało to w Zarisie bezwarunkowy odruch gwałtownego obrócenia głowy w stronę Endymiona.

Odwracając uwagę od siebie Kh’aadz zadziałał natychmiastowo. Doskoczył do Zarisa z połamanym taboretem, pchając go w stronę kuszy, lecz mijając się z nią, gdy szybowała w przeciwnym kierunku.

Dunlandczyk był blisko paniki i wrzask kranoluda poczytał za atak z lewej strony. Okrzyk, którym chciał rzekomo krasnolud powstrzymać okazał się blefem. Zaris zadziałał zgodnie z planem. Zaraz za przeniesionym na strażnika wzrokiem, poleciała skierowana wycelowana dotąd w Khaazada kusza. Lewe ramię obejmujące Ameę oderwało nóż od gardła zakładniczki unosząc rękę nieco wyżej, tworząc prowizoryczną podpórkę dla kuszy, która oparła się na przeramieniu ręki.

Reszta obecnych widziała to czego Zaris nie był w stanie. Kusza, nim wylądowała na przedramieniu, została ułamek sekundy wcześniej uprzedzona nadziakiem wbitym w prawe udo Dunlandczyka. Zamach zza ucha, potężnym impetem uderzenia, zachwiał ofiarą, która najpewniej straciłaby równowagę, tym bardziej, że krasnolud przekręcił nadziak w akompaniamencie krzęszczącej kości, mlaskającego, rozrywanego mięśnia i bulgoczącej dookoła żelastwa krwi, gdyby nie kilka innych czynników.

Amea okazała się pierwszą przeszkodą, na której zawisł jej napastnik i pewnie obydwoje zostaliby pociągnięci do desek karczmy siłą uderzenia i ciągnięcia krasnoluda, gdyby nie strażnik z elfem.

Endymion widząc wyprowadzony na udo atak rzucił się na Zarisa, w chwili gdy tamten składał się do strzału. Chwycił za nadgarstek reki ściskającej nóż, która zdąrzyła już oderwać się od podbrudka Amei, a drugą wyciągnął w stronę kuszy.

Andaras widział jak Zaris naciska spust, gdy strażnik chwytał przeciwnika za rękę z nożem. Taboret Kh’aadza chwybiając kuszy wyrżnął Zarisa w ramię byc może ratując tym życie Strażnika, bo podbita do góry, w chwili wypuszczania ze świstem beltu, broń chybiła celu. Uderzenie nadziaka i zwarcie Edymiona z Dunlandczykiem nastapiły po sobie w ułamkowo sekundowym odstępie. Siła strażnika uniemożliwiła Zarisowi bezwładne lądowanie, przysparzając mu jeszze więcj bolu, bo krasnolud ciągnął wbitym szpikulcem do desek karczmy, co człowiek rozmachem uderzenia i siłą mięśni zblokował. Wrzask jaki wyrwał się z ust Zarisa mógłby obudzić umarłych ze snu, a co dopiero zaalarmować ślęczących przy rzece nad zwłokami Makhlera zbrojnych. Strażnik przytrzymując nadgarstek pokrzyżował Zarisowi plany użycia ostrza przeciwko komukolwiek, a zwłaszcza dziewczynie. Amea skleszczona ciałami mężczyzn chciała wysunąć się spomiędzy nich, w czym pomógł jej Andaras. Jedną ręką chwycił dziewczynę za wyciągniętą w rozpaczliwym geście prośby o ratunek dłoń i przyciągnął do siebie, w czasie gdy drugą zaciskając w pięść wymierzył Zarisowi potężny cios na skroń, którym ostatecznie znokautował Dunlandczyka. Z brzękiem padającego na deski noża, Endymion odsunął się od przeciwnika dając nieprzytomnemu bezwładnie runąć w kałużę krwi.

Po chwili do karczmy wbiegło dwóch zbrojnych ze strażnicy z obnażonymi mieczami, a w ślad za nimi przejęty karczmarz, któremu spod czupryny sączyła się na czoło gęsta, rozmazana rękawem krew. Widok jaki zastali był pobojowiskiem zwalonych w czerwonych kałużach ludzkich ciał i połamanych mebli.

- Na bogów, co tu się dzieje!? – zdumiał się starszy z miejscowych wojów.

Drugi, młodzian niespełna dwudziestoletni, z przejęciem nie odrywał wzroku od Amei szlochającej w ramionach rodziców.




 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill
Campo Viejo jest offline  
Stary 22-02-2011, 21:52   #30
 
Wroblowaty's Avatar
 
Reputacja: 15 Wroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znany
- Na bogów, co tu się dzieje!? - zdumiał się starszy z miejscowych wojów.

Kh’aadz zamaszystym ruchem strzepnął resztki krwi z nadziaka i nie chcąc prowokować nowo przybyłych, którzy nie koniecznie mogli być rozeznani w sytuacji mogli źle odebrać jego ruchy. Opuścił spokojnie broń i ucisnął zaczynającą na nowo piec po wysiłku ranę na lewym ramieniu.

Endymion dochodząc do siebie po starciu z Zarisem wyraźnie rozzłoszczony tym pytaniem, lub coraz mocniej bolącym ramieniem z nieukrywaną złością wypalił.

- To jeszcze nie wiesz jełopie? Było się zainteresować jak przejeżdżali koło strażnicy, a nie teraz jak już leżą martwi. Przybycie do karczmy czterech zbrojnych wyglądających jak jakaś wędrowna banda nie zaniepokoiło was ??? Mogli by powyrzynać wszystkich i przez nikogo nie zaczepieni pojechać dalej. A wystarczyło się pokazać i to pewnie by już sytuację uspokoiło, a tak zaczęli rządzić. Niech teraz twoi bogowie powiedzą co by się stało z dziewczyną – spojrzenie w stronę zapłakanej Amei- gdyby nie nasza interwencja. Cieszcie się, że skończyło się tylko tak i nikt z nas nie zginął.

No tak, do załatwienia sprawy ostatni, ale do udziału w zwycięstwie to się pierwszy pcha… - pomyślał krasnolud.
- Naszej? - burknął pod nosem Kh’aadz, siadając na jednym z niewielu całych jeszcze stołków i zaczynając zastanawiać się, jak załatać dziurę w ręce która, gdy opadnie adrenalina na pewno zacznie jeszcze dotkliwiej boleć.
- Dziękuję ci po stokroć złoteńku mój! - przez łzy szczęscia śmiała się Hanka.
- Dziecko mi uratowałeś mości krasnoludzie! - załamywała ręce w zachwycie, a Amea uśmiechała się serdecznie z wdzięcznością do Kh’aadza, przez ojca tulona do piersi.
Krasnolud na to zaczął znowu coś mamrotać niewyraźnie, rozglądając się za jakąś szmatką, którą mógłby wyczyścić oręż, póki krew nie zaschła. Spod obfitych wąsów i brody nieustannie dochodziły jakieś zrzędliwe dźwięki, mimo tego kiepsko wychodziło mu udawanie, że wylewne podziękowania Hanki i ciepły uśmiech wtulonej bezpiecznie w ojcowskie ramiona Ameii go nie ruszają.

Endymion z kolei kiwając ironicznie głową ciągnął dalej jakby coraz bardziej zły na postawę załogi miejscowej strażnicy.
- Zbyt często nie wychylacie nosa poza mury strażnicy co??? Najlepiej było ich nie wpuszczać wcale do karczmy, tylko kto zatrzyma czterech takich głodnych i rozjuszonych chłopów. Bo to chyba w waszych obowiązkach sprawdzić z jakimi zamiarami przybywają tacy jak oni. – terkotał coraz bardziej nakręcony.
- Od dni kilku dowódcy naszego szukamy panie, nic o przybyszach nie wiedzieliśmy... - tłumaczył jakby nieco zbity z tropu starszy mężczyzna.

- No to już wiecie... – wtrącił Kh’aadz wycierając nadziak do czysta upuszczoną na początku zajścia przez Amee szmatką.

- Teraz słuchajcie uważnie bo nie chce mi się dziesięć razy powtarzać, weźmiecie rannego, przesłuchacie, i wtedy zadecydujecie co z nim dalej. Ale jeśli nic sensownego nie będzie miał na swoją obronę, a raczej nie będzie, to skrócić o łeb. Jasne. Nikomu już więcej krzywdy nie wyrządzi. Nie mam zamiaru się takim gównem zajmować. Przygotujecie też stos trzeba spalić ciała. Jeśli dobrze liczę to będą cztery albo raczej pięć…. ach no i jeszcze Amiola. Dziewczyna nie zasługuje na to aby jej szczątki były spalone razem z tymi mendami, czyli jeszcze jeden stos. Chyba że jej przyjaciele mają coś przeciwko temu, zaraz im powiem, że ona nie żyje. Dzisiaj wieczorem trzeba zrobić porządek z ciałami. Na początek można by je wynieść z karczmy, tylko nie mówcie, że pierwszy raz zajmujecie się czymś takim.

- Tak też uczynimy - zapewnił starszy strażnik, a drugi ochoczo przytaknął.

- Czy was wszystkich gromem z jasnego nieba popieściło? Walka na śmierć zaczęła się gdy zabiłeś pierwszego z nich, a ci z którymi walczyliśmy stawali z odwagą i walczyli jak na mężczyzn przystało, zginęli niepotrzebnie i źle się stało, ale teraz nikt już na to nie poradzi, oszczędź im więc niepotrzebnych już obelg bo to najzwyczajniej nie przystoi. - krasnolud warknął nieco głośniej niż zamierzał.

- Za przyzwoleniem, po spytkach wszak niepotrzebnych, na konarze suchym zdynadać go najprędzej zechcemy panie. Ot Amei krzywdę chciał zrobić jebaka, to mu się należy. Tak czy nie? - zagadał młodszy do starszego, który młodzika rozumowanie skwitował posępnie spode łba wilkiem na Zarisa łypiąc i wąsami potakująco potrzęsnął najwyraźniej ignorując uwagę krasnoluda.

Endymion podniósł w końcu z ziemi upuszczony przedtem oręż, po czym powolnym ktokiem udał się s tronę konającego Thurga, jego zamiary były oczywiste…

-Dość już przelanej krwi. – przerwał Elf zastawiając drogę strażnikowi.
-Niech bogowie zadecydują czy zabrać go czy zostawić wśród żywych. Ta walka nie była potrzebna... Można było bez zabijania się obejść. Endymionie proszę zatrzymajmy to póki jeszcze czas. Daj mi ich obu opatrzeć...
- Elf ma rację człowieku. Dość już na dzisiaj się śmierć z naszych rąk najadła. Szkoda chłopaków, ale co się stało, to się nie odstanie. - Kh’aadz odezwał się spokojnym już tonem do Endymiona biorąc stronę elfa.
 
__________________
"Lotnik skrzydlaty władca świata bez granic..."
Wroblowaty jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169