Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-12-2010, 21:17   #1
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 17924 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
[Śródziemie: IV Era] Uruk-hai




CZWARTA ERA SŁOŃCA: URUK-HAI






Gdzieś na Wybrzeżu, Sierpień 250 roku





Gorące promienie tego lata paliły niemiłosiernie. Nawet świeża morska bryza niewiele chłodziła rozgrzane skały wybrzeża. Człowiek, nie dający znaków życia, uczepiony ramieniem kłody drewna dzięki strzępom szarej liny, dryfował w spienionych falach zatoki. Spalona od słońca twarz mężczyzny i nagie ramię odsłonięte przez rozdartą w strzępy koszulę poruszały się bezwładnie w rytm kołysanej wody. Rozbitek kurczowo ściskał skórzaną tubę w zaciśniętej dłoni. Zatknięty na palcu sygnet w kształcie łabędzia na tle rozpostartych żagli, odbijał blask słońca. Pojemnik opatrzony runami, umocowany był do srebrnego łańcuszka, który tańczył pod zieloną wodą z prądami, a po wynurzeniu oplatał szyję rozbitka, wrzynając się w skórę zakrwawioną pręgą.







Wśród rozwianych wiatrem strzępów chmur i smug mgły, która wisiała nad zatoką, jeździec wychylił się ku morzu zza rozpostartych skrzydeł wielkiego ptaka. Wytężając wzrok lustrował skaliste wybrzeże, o które rozbijały się spienione fale. Zniżył lot. Dłoń, w której trzymał skórzany pas uprzęży orła, zacisnął w pięść. Oto dwie krępe postacie wyciągały rozbitka z płytkiej wody zatoki, którego on wypatrywał od wielu godzin. Krasnoludy, jak się okazało, naradzały się burzliwie nad ciałem człowieka, który leżał w postrzępionych ubraniach bezwładnie w piachu plaży. Pomimo dystansu dzielącego szybującego orła od ziemi, jeździec uczepiony grzbietu wielkiego ptaka mógłby przysiąc, że uratowany mężczyzna poruszył się podnosząc rękę. Jakby na potwierdzenie krasnoludy podjęły decyzję. Kołując wysoko nad ziemią ujrzał jak jeden z nich zarzucił człowieka na ramię i wraz z towarzyszem zaczęli się wspinać na stromą wydmę. Kierowali się wyraźnie w stronę lasu, na którego skraju stało kilka rybackich chat. Orzeł wzbił się wysoko ku słońcu znikając w białych obłokach.








Ostatnia Karczma, Marzec 251 roku

Najstarsi nie pamiętali takiej zimy, która w mroźnych objęciach zamieci skuła ziemię lodem, a przyrodę przykryła grubą warstwą śniegu. Burze śnieżne w ciągu i tak krótkiego dnia nie tylko utrudniały widoczność, lecz także miotały w podmuchach wyjącego wiatru zabłąkanymi w taką pogodę ludźmi na wszystkie strony. Dlatego też każdy o zdrowych zmysłach szukał schronienia pod domowym dachem, w zaciszu skwierczących wesoło kominków, a podróżni lgnęli do karczm, wynajmowali pokoje i czekali lepszej pogody wypatrując przez zdobione mrozem szyby na drogi, które zasypane były śniegiem sięgającym ludziom niekiedy po pas.

Pod koniec marca 251 roku Czwartej Ery Słońca, wzniesienia i wzgórza były spowite świeżym i niespodziewanym opadem białego puchu. Kiedy dni stawały się coraz dłuższe, a wiatr wyraźnie tracił na mroźnej zaciętość, pierwsze topniejące wody powiększały Mitheithel, płynącą przy karczmie z szyldem „Pod Mostem” na Wielkim Gościńcu Wschodnim. Wkrótce trakt miał być całkowicie przejezdny i handel znowu zagości w małej osadzie jaka powstała wokół starożytnego, kamiennego Ostatniego Mostu, starej drewnianej Karczmy i małej podmurowanej Strażnicy. Ludzką osadę z braku lepszej nazwy nazywano potocznie Ostatnim Mostem, a tawernę "Pod Mostem" przezywaną Ostatnią Karczmą.

Karczmarz Gybon z zatroskaniem wyglądał wiosny, choć wprawdzie nie narzekał. Razem z żoną Hanką mieli gości, którzy zimowali pokoje oczekując topnienia śniegów. Chociaż miejscowi farmerzy i traperzy nie odwiedzali często tawerny, bo większości sakiewki świeciły w okresie przestoju dnem, lecz gromadka podróżnych i trupa aktorska, która zatrzymała się, z pewnością na dłużej jakby sama tego chciała w takiej dziurze, przynosili bądź co bądź zysk.

Wieczorami ogień wesoło huczał w kominku, a aktorzy kiedy nie pili, bądź nie kłócili się między sobą, wystawiali próby przedstawień przed niewybredną widownią karczmy. Trupa pod nazwą "Wesołego Bractwa" wystawiała komedie i satyry będąc w nieustannej trasie na gościńcach Zjednoczonego Królestwa. Składała się z dwóch prowadzących, podstarzałych już aktorów, którzy w młodości rozsławili "Wesołe Bractwo" i z pewnością pamiętali lepsze czasy - wysokiego i szarmanckiego i szpakowatego Humberta i małego, grubego i niemal całkiem wyłysiałego Aldika. Wokół nich obracały się fabuły repertuaru, w których odgrywali główne role. Były też dwie tancerki. Piękna i młodziutka Amiola oraz starzejąca się z wdziękiem Syvia, które również śpiewały w chórku. Bardem trupy był ludzki karzeł Maklis, który w razie potrzeby wcielał się w role halflingów lub dzieci. Nad "Wesołym Bractwem" czuwał elegancki impresario Makhler, grubo po pięćdziesiątce na karku jegomość, ubrany i wyperfumowany niczym jakiś modny dworzanin Annuminas.
Resztą mieszkańców karczmy był kupiec z ochroną oraz zbieranina podróżnych, których na pierwszy rzut oka nic nie łączyło. Nic, poza Ostatnią Karczmą w zasypanych śniegiem wzgórzach Rhudauru.






Pod koniec marca śnieg choć jeszcze utrzymywał się całkiem uparcie, to na tyle stopniał w nieśmiałych letnich promieniach, że droga wydawała się być w miarę przejezdną. Jeśli nie od razu na wszystkich odcinkach krainy wzgórz, to wszystko wskazywało, że właśnie tak się stanie na dniach, bo biały puch od dobrych kilku dni nie padał, ku uldze wszystkich podróżnych. Kupiec z Gondoru wraz z obstawą trzech osiłków postanowił nie czekać chwili dłużej i choć karczmarz Gybon jeszcze ze szczerym zatroskaniem radził zaczekać kilka dni, to jednak tamten nie usłuchał. Widać było, po minie i przekleństwach kupca, że na interesie przez zimę stulecia był stratny.

Tego samego wieczoru przy stole aktorów było hucznie i wesoło a miód, wino i muzyka uprzyjemniały trupie „Bractwa”, jak w skrócie wszyscy ich nazywali, kolejny, wciąż zimowy wieczór. Karzeł Maklis nawet kilka razy postawiony został na stole, gdzie rozlewając na boki wino z pucharów biesiadników tańczył, podskakiwał, śpiewał i grał na lutni. Widać aktorzy świętowali ostatni raz w „Pod Mostem”, bo słychać było, iż podekscytowane okrzyki podboju czekających na nich miastach Królestwa, trasie pełnej sławy i grosza. Wraz z upływem czasu i strumieni trunków było coraz głośniej. Nikogo nawet nie zdziwiło jak około północy ponad podniesione głosy przebijać się zaczęła nowa awantura między założycielami trupy. Siedzący na końcu stołu starzy aktorzy zaczynali się kłócić. Niemniej stało się coś czego jeszcze nie było. Oto Aldik czerwony na twarzy wściekle patrząc na Humberta wstał od stołu i pięścią uderzył z drewniany stół, że podskoczyły półmiski, dzbany i kubki, niektóre wywracając się lądowały na deskach podłogi karczmy. Maklis w zdziwieniu przestał grać, aktorki umilkły śpiewy, a elegancki Makhler ze zniesmaczeniem i dezaprobata pokręcił głową.

- Zawsze zbierałeś zasługi, kiedy ja odwalałem całą ciężką robotę! – wrzasnął poczerwieniały ze złości, mały i grubawy Aldik, na co szpakowaty Humbert odpowiedział spokojnie i ironicznie przez zęby:

- Uspokój się Aldi. Ja nigdy nie dostałem godziwej zapłaty za występy. To właśnie ty, zawsze zbierasz zasługi, sławę i wielką kasę, bo nigdy pieniądze, które zarabiamy nie wpadają do mojej sakwy...

Na te słowa poruszony i jeszcze bardziej czerwony Aldik pijanym wzrokiem spojrzał z nienawiścią na wysokiego aktora i ostentacyjnie wylał mu w twarz wino z kielicha. Nie czekając na reakcję Humberta, odwrócił się na pięcie i po chwili zniknął na szczycie schodów, najwyraźniej udając sie do swojego pokoju na spoczynek, kończąc tym akcentem swoje uczestnictwo w biesiadzie.

Nagle podniosły się zewsząd zawieszone dotąd w przestrzeni głosy pozostałych przy stole ludzi.

- O co poszło?
- Oni zawsze się kłócą...
- Tylko pomyśleć, że kiedyś byli sławnym i zżytym prawdziwym „Wesołym Bractwem”... Jak bracia...
- Nie wypada żadnemu dorosłemu tak sie zachowywać... Aldik zaczyna na starość zachowywać się coraz bardziej grubiańsko. Jaki wstyd...

Gybon z pośpiechem podbiegł do oblanego Humberta, wycierając stół, sprzątając przy pustym siedzeniu po Aldiku i podając mu czystą chustę do otarcia twarzy. Szarmancki aktor z wdzięcznością położył rękę na ramieniu oberżysty i z zażenowaną miną zapewnił go, że wszystko w porządku, po czym podał mu kilka monet za kłopot.

Pozostali w karczmie goście, czyli siedzący przy stole w kącie dwaj podróżni, którymi byli mężczyzna, o rysach twarzy wyraźnie zdradzających elfią krew oraz krótko ostrzyżony krasnolud, przyglądali się całemu zajściu. Podobnie zresztą jak siedzący przy barze wędrowiec, który choć zdawał się nie zwracać uwagi na nocne ekscesy, jednak wszystko rejestrował, pochylony nad kielichem. W jego to kierunku puszczała zalotne spojrzenia córka Gybona i Hanki o imieniu Amea myjąc drewniane kubki, za co dostała od matki ścierką po głowie.



 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 19-12-2010 o 10:12. Powód: literówki
Campo Viejo jest offline  
Stary 30-12-2010, 14:25   #2
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 24563 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
Wprowadzenie

Andaras był w dobrym humorze. Dostał list od ukochanej Xante... Kolejny i z coraz lepszymi wieściami. Ostatnio udawało mu się dostawać korespondencję raz na dwa-trzy miesiące. Co było prawdziwym wyczynem zważywszy na dzielącą ich odległość. Co prawda żaden list nie był aktualny i zawierał informacje sprzed pewnie czasu dwukrotnie większego. Nie mniej jednak z nich to właśnie czerpał siłę do swych zadań tutaj... Tak daleko od miejsca zwanego domem. Xante pisała pośród wielu czułości i ciepłych słów otuchy których i on jej nie szczędził w odpowiedziach... Że ostatnie zadanie które zakończył przed 9 miesiącami przynosiło efekty. Że ta swoista transakcja dała ojcu nowego sojusznika. I że kilku graczy widząc sytuacje przeszło na stronę jej ojca. Ponoć są w ofensywie... Wspaniałe wieści. Co prawda kto gdzie kogo mało go obchodziło ale płynął z tego jeden niezaprzeczalny fakt. Ona jest bezpieczna i wciąż czeka. Mało tego jest z niego dumna to wystarczy musi wystarczyć.....

Z zamyślenia wyrwał go nietypowy widok. Otóż tuż przy rzece leżał jakiś mały baryłkowaty człowiek. Konus jakiś kaleka nie do końca wiedział Andaras. Gdy podjechał bliżej okazało się że wzdłuż rzeki leży jeszcze jedno ciało. A z 50 metrów dalej ktoś idzie... Andaras nie zsiadając z konia sięgnął po łuk ustawił odpowiednio konia tak że łuk trzymał w prawej ręce a przybysz go nie widział. I przyjrzał się nadciągającemu człowiekowi. Co prawda może nie miał on złych zamiarów ale szlak nauczył go dmuchać na zimne. Człowiek był przemoczony i wymęczony ale ściskał w ręku krótki miecz. I wyraźnie kogoś lub czegoś szukał.

- Człowieku może potrzebujesz pomocy- krzyknął
- Nie nie potem teraz muszę dorwać tego pokurcza- odpowiedział człowiek

Ignorował uzdrowiciela zaślepiła go furia a może przemęczenie. Andaras również był w szoku pewnie nie mniejszym. Temu człowiekowi oraz tym nad rzeką pewnie przydałaby się pomoc. Z drugiej strony ten tu wygląda na wariata albo desperata. A ten mały to chyba będzie krasnolud. Co prawda nie widział ich ale o nich słyszał i w końcu połączył fakty. A słyszał o nich w dobrych słowach jako co prawda niskich wzrostem ale wojowniczych słownych oraz honorowych istotach. A ten z krótkim mieczem przynajmniej z pozoru wyglądał na bandytę.

Oprychowi jednak coś w głowie świtać zaczęło choć pewnie nie nazbyt wyraźnie.

- Ten mały napadł mnie i moich towarzyszy. Bandyta jeden z kolegami był. Tafla lodu się zarwała. Nie wiem kto jeszcze żyje ale nie daruje mu.

Aż w taką bajkę nie uwierzy. Obcy jednak się tym nie przejmował widać pozornie nie uzbrojony Andaras nie sprawił na nim odpowiedniego wrażenia. I za zagrożenie nie uchodził. Pewnie wątpił też w jego umiejętności i odwagę. Popełnił zatem kilka błędów. Typowe dla ludzi....

Napastnik odnalazł krasnoluda i zaczął iść w jego stronę szybkim krokiem. Postąpił naprzód jeszcze tylko 3 kroki gdy przeszyła mu szyje strzała. Z tak małej odległości i do tak powolnego celu nie sposób było nie trafić.

Animista zsiadł z konia poczuł impuls ciepła. Zawsze go czuł gdy ktoś w pobliżu umierał dziwne i nie na miejscu uczucie. Podszedł do drugiego człowieka nie żył. Gdy go odwrócił miał w brzuchu wielki kawał lodu. Cóż przyczyna zgonu łatwa do ustalenia.

Krasnolud jednak żył! Jeszcze.... Rozpalił ognisko przeniósł krasnoluda w tamtą stronę. Natychmiast wziął się za opatrywanie go. Ran nie było wiele głównie obtarcia i płytkie nacięcia. Jedna poważniejsza przy lewym barku. Wyjął sopel zatamował krwawienie obandażował co trzeba było. Od podróżnych mijających go wcześniej słyszał że niedaleko jest karczma. Teraz to będzie z kilometr może dwa... Opady śniegu się nasilały. Dobrze trzeba go stąd zabrać tu nie dam rady.... Po za tym może jakiś miejscowy medyk by się nim zajął... Ja wolałbym jechać dalej nim opady mi to uniemożliwią. Trochę dalej jest miasto.... Krasnolud okazał się wraz ze swoimi rzeczami cholernie ciężki ale udało się go umieścić na koniu. Bestia jak nie wykwintnie nazywał się jego ogier był podarunkiem od jego brata krwi. Koń nie należał do tych smukłych lekkich i szybkich niczym wiatr. Jakie ceni większość ludzi. Był ogromny ciężki i szybki ale jak na swoje rozmiary. Zatem prędkość była przeciętna.... Ważnym i decydującym atutem dla Andarasta była piekielna wytrzymałość wierzchowca. Andarast jako pół-elf nie spał jedynie medytował w nocy a i to krótko. Na bestii mógł jechać dłużej niż na normalnym koniu co zwiększało dzienne dystanse jakie mogli pokonać razem. No i nie był wybredny jeśli chodzi o jadłospis należał do łatwych w utrzymaniu choć jego apetyt był duży.

No i ciężar jaki dał radę wieść mały nie był. Krasnolud przewieszony przez jego grzbiet nie zrobił na nim wrażenia. Choć ciężar poczuł. Andaras zrzucił oba ciała do rzeki. Nie grabił pieniędzy mu nie brakowało. Ruszyli w drogę do karczmy.
Dojechali do niej w miarę szybko faktycznie nie była daleko....
Wniósł krasnoluda do karczmy. Było przy tym trochę zamieszania. Ludzie przyglądali się nietypowym przybyszom. Andaras wysoki na 190 smukły człowiek o łagodnych rysach. Kontrastował wyraźnie z niskim krasnoludem. Gapie jednak szybko zajęli się swoimi sprawami. Przy kominku gdzie ułożył na początek krasnoluda pozostał on i karczmarz.

- Koce dużo i izba ciepła najlepiej. Do tego wrzątek. I poślij karczmarzu po jakiegoś medyka.
- Już się robi panie. A medyk akurat tu u nas na wizycie więc zaraz go podeśle.

Andaras chciał zostawić krasnoluda i jechać dalej. Medyk przybył szybko obejrzał go. Zmarszczył brwi
-To krasnolud panie... Zająć się nim mogę ale na mój gust to on nie wyżyje. Zbytnio przemarzł. Odmrożeń może i nie ma ale ciało osłabione rany ma paprać się może...

-Zmiataj.

Małomiasteczkowy konował. Pewno ledwie uczeń bo na medyka nie wygląda. Owszem krasnolud nie wyglądał dobrze. Ale fachowym okiem było widać że nawet teraz zostawiony jak leży przy kominku miałby szansę. Twardy był i to oczywiste. Może nie chciał mu pomóc ze względu na rasę? A może jednak te kwalifikacje? Trudno zostanę...

Teraz liczyło się by nie dostał gorączki a jeśli dostanie co było raczej pewne by skutecznie ją zbić. Odmrożeń nie ma ale wyziębiony organizm mógłby nie dać rady. Przyrządził zioła. Wlał je mu do gardła i zadbał by się nimi nie udusił. Rozgrzeją go i wzmocnią. Wniesiono go na górę gdzie Andaras już w samotności rzucił czar przyśpieszający leczenie i gojenie się ran. Zapłacił zjadł udał się wieczorem na spoczynek.

Następnego dnia gdy przyglądał się sprzeczającym się aktorom zobaczył nietypowy widok. Szedł ku niemu może jeszcze niepewnym krokiem ale jednak szedł jego towarzysz. Przytomny i o własnych siłach co było niebywałym wyczynem. Andaras jednak nie okazywał zbytniego entuzjazmu....
 
Icarius jest offline  
Stary 30-12-2010, 19:02   #3
 
Wroblowaty's Avatar
 
Reputacja: 15 Wroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znany
Zimno… Tak przeraźliwie zimno… Zgrabiałe palce nie były już w stanie dalej wpijać się w wyślizganą taflę lodu i zsunęły się, pogrążając go w śmiertelnych odmętach. Okrutna woda wysysająca resztki ciepła i życia zamknęła się nad nim, świat na powierzchni oddalał się od niego coraz bardziej wraz ze znikającymi w ogarniającej wszystko ciemności refleksami światła tańczącymi na zmąconej powierzchni wody tak dziwnej gdy widzianej od tej drugiej strony, niczym brama między czarodziejskimi światami. Szarpał się, kopał, sięgał desperacko rękami w nadziei, że uda mu się znaleźć jakiekolwiek oparcie… Na daremno, powoli i nieubłaganie spadał na dno. Coraz głębiej i głębiej, aż w końcu boleśnie o nie uderzył…

Dopiero wtedy się obudził.

Gdy otworzył oczy, zalała go niespodziewana fala bodźców, jakby dopiero co się urodził i po raz pierwszy smakował powietrza przesyconego zapachem drewnianych sprzętów, czół pod opuszkami palców wyraźną fakturę desek z których ułożona była podłoga na której leżał i słyszał jakieś przytłumione głosy dochodzące jakby z oddali. Nie miał pojęcia gdzie ani jak się znalazł, obolały podniósł się na nogi, stając z wyślizganej tysiącami stóp podłodze i rozejrzał się po izbie. Drewniane łóżko z wymiętoszonym siennikiem i porozrzucanymi w nieładzie kocami, z którego najwyraźniej przed chwilą spadł, przewrócony taboret, który zapewne potrącił i rozlana woda ze stłuczonego glinianego dzbanka, który przypuszczalnie miał pecha stać na niedoszłym siedzisku. Szczelnie zamknięte okno, parę prostych drewnianych mebli… Nic nadzwyczajnego. Dopiero po chwili u wezgłowia siennika dostrzegł swój wymiętoszony plecak, kuszę z żałośnie sterczącymi strzępami zerwanej cięciwy i ubrania. Nadal nie był do końca pewien czy wierzyć w to co widzi czy próbować się uszczypnąć. Z tego dziwnego oszołomienia wyrwało go krótkie skrzypnięcie otwieranych drzwi, obrócił się w ich stronę. W drzwiach stała ludzka dziewczyna, o słomianych włosach, naręczem czystych płócien i wyrazem bezgranicznego zdziwienia na okrągłej buzi.
- Gdzie ja jestem? Z kąd tu się wziąłem? I jak długo tu leżę? – zbombardował ją kolejnymi pytaniami nie dając czasu na odpowiedź na którekolwiek z nich. Dziewczyna nadal stała zastygnięta jak słup soli w progu z półotwartymi ustami.
- Mowę Ci dziecko odebrało? – zapytał po chwili nachylając się lekko w jej stronę, jakby chciał się jej lepiej przyjrzeć.
- N…Nie, proszę Pana… - odrzekła ale jakoś bez większego przekonania.
- No to może po kolei panienko… Gdzie ja jestem? – zapytał i kiwnął zachęcająco głową w stronę nadal niezdecydowanej dziewuszki.
- Pod Mostem… Znaczy się w karczmie Pod Mostem… - odrzekła już nieco pewniej jąkając się jeszcze odrobinę. Ucieszył go fakt, że nie tylko wiedział gdzie mniej więcej znajduje się owa karczma, ale i to, że w swojej drodze na północ i tak zamierzał do niej zawitać, żeby uzupełnić zapasy i odpocząć przed przeprawą przez góry. To dobry znak, pomyślał.
- Dobrze, a teraz dalej moja droga. Jak tu się znalazłem i jak długo tu leżałem? – kontynuował już nieco milszym głosem. Rozmówczyni również nabrała z powrotem rezonu, bo odpowiadała na wszystkie kolejne pytania szybko i rzeczowo…


Gdy już ubrany i jako tako przytomny zszedł na dół, do głównej sali biesiadnej karczmy przywitał go przyjemny zapach pieczonego mięsa, i jakże po ostatnich mroźnych przeżyciach przyjemny dźwięk strzelających w ciepłym kominku bierwion. Dużego ruchu nie było, widać jeszcze nie ta pora, ale zmierzając w stronę stołu przy którym siedział mężczyzna pasujący do opisu tego, który go tutaj przywlókł przecisnął się obok kilku pstrokato ubranych ludzi, z których od jednego wonęło niczym ze straganu z przyprawami. Stanął przed stolikiem spoglądając na siedzącego przy nim szczupłego mężczyznę. Chrząknął zwracając tym samym jego uwagę. Nieznajomy podniósł na niego swój wzrok.
- Powiadają, że to Wy mnieścię tu przywlekli... – rzucił. Nieznajomy o zbyt gładkiej jak na człowieka twarzy wpatrywał się w niego chwilę po czym odrzekł.
-Przywlekłem? Przywiozłem, a i owszem. Przy rzece leżałeś bez tchu. Stwierdziłem że to miejsce bardziej ci będzie odpowiadać. Masz szczęście że znam się na robocie trochę ziółek czarów i jesteś prawie jak nowy. Słabo z tobą było cóż to się stało? – zapytał
- Czarów? Tfu! Ich abrakadabrowa mać! – warknął z wyrzutem. Nie lubił czarów, a tym którzy się nimi parają za grosz nie ufał.
- Zdaje się, że zaszkodziły mi bardziej niż ta przeklęta lodowata woda... Dalej mnie w kościach od tych kuglarskich sztuczek łupie... – ciągnął dalej, chwytając się za krzyż jakby dla potwierdzenia swoich słów.
- Ale cóż począć... Darowanemu wybawcy od śmierci w zęby się nie zagląda tak?... Znaczy się no... Chciałem… Ten… Podziękować za ratunek od niechybnego odejścia w niebyt. – wydusił z siebie wreszcie.
- Można się dosiąść? – zapytał nie uzyskując od swojego rozmówcy żadnej odpowiedzi.
- Jeśli musisz… - odrzekł lekko znudzonym głosem jego „wybawiciel”
- Jestem Kh’aadz syn Kh’urina a was jak zwą?– zapytał zajmując miejsce naprzeciwko półelfa.
- Andaras skoro musisz wiedzieć. Miejscowy konował po którego karczmarz posłał szans ci nie dawał. Gdyby nie drobna pomoc mocy i ja być może nie dałbym rady. Choć w sztuce biegły jestem. Za długo się wylegiwał przy tej rzece. A i pogoda na taki wypoczynek nie odpowiednia. Ale zapamiętam i następnym razem "kuglarzyć" nie będę. Masz sporo szczęścia że akurat ja cie znalazłem.
- Wystarczyło mnie przy kominku w koc zawiniętego zostawić a sam bym wydobrzał. Z czarów jeszcze nigdy nic dobrego nie wynikło... Ale mniejsza już o to. Życie mi uratowałeś panie Andaras, to jestem Ci dłużny za to. - kontynuował starając się zwrócić na siebie uwagę młodej kelnerki zapatrzonej teraz w jakiegoś podróżnego jak w święty obrazek. Gdy w końcu doprosił się o dzbanek grzanego wina, rozlał do glinianych kubków i popijając powoli mówił dalej.
- Cierpki z Ciebie człowiek i jedne podziękowania już odemnie dostałeś, na kolejne nie licz, bo powtarzać się nie lubię. Ale dług honoru to dług honoru. Nie wiem z kąd ani tym bardziej do kąd Twoja droga prowadzi, ale aż do nastania wiosny, gdy śnieg stopnieje i pozwoli przeprawić się przez przełęcze na wschodnią stronę gór Mglistych, będziesz miał we mnie towarzysza i sojusznika. Tyle może dla Ciebie zrobić Kh'aadz Żelaznoręki, syn Kh'urina.
- Panie Kh’aadz doceniam pana gest. Słyszałem co nieco o honorze i kodeksie krasnoludów. Alem wiary nie dawał że obejmuje to całą rasę. Sądząc jednak po panu prawdę ludzie gadali. Widzę jednak mały problem w pana rozumowaniu. Ani panie nie wiesz dokąd jadę.... Ani co zamierzam. A co jeśli to odwrotny kierunek? Albo moje plany będą panu nie w smak? Może się również okazać że wiosna nastanie a ja będę siedział miesiącami i łatał ludzi gdzieś w jakiejś mieścinie.... Gdzie nijak zagrożeń i odwdzięczyć się nie będzie jak. Co wtedy? Mijając już fakt że podróżuje konno i dość szybko co również może okazać się problemem. – odparł po chwili zastanowienia Andaras wyraźnie chcąc się wymigać od przyjęcia tego zobowiązania.
- Jeśli kierunek nie w te stronę, to trudno, nadłożę, a jak nadejdzie wiosna, to szczerze nie bardzo mnie obchodzi czy będziesz Panie Andaras w Koziej Wólce leczył wzdęte kiszki bydła, czy bolące zęby zamożnych Panów w Annuminas... Z wiosną ja ruszam w swoją drogę. Kupię muła żeby waszej chabecie kroku dotrzymał. To wydaje mi się uzupełniło "luki" w moim rozumowaniu. – odpowiedział krasnolud pociągając kolejny łyk dobrze doprawionego i przyjemnie grzejącego wina.
- Dobrze panie czyli rozumiem że twój topór chronić mnie będzie przez najbliższych kilka miesięcy. Towarzysz do dysput pewnie z ciebie marny... Ale lepszy taki niż żaden. Szlak teraz trudny... Wiewiórki niebezpieczne zaatakować mogą. – zakpił
- Przyjmę twoje towarzystwo. Uracz mnie panie twoją opowieścią jak to wykąpać się przyszło – zakończył widząc, że niestety nie udało mu się zniechęcić upartego krasnoluda. Chociaż trzeba mu przyznać, był blisko.

- Pytaliście cóż się stało… - Kh’aadz zaczął swoją opowieść przyłykając kilka przekleństw pod adresem nieprzyjemnego wybawiciela… Ale cóż począć.
- Ano do rzeki wpadłem, bo lód mi pod nogami skruszał, a że zimno to i kąpiel taka przykra zdrowiu. A pewnie zapytacie po com na lód właził… A ja odpowiem, a no bo mnie goniła banda przeklęta, niech ich teraz ryby do kości oskubią. A za cóż gonili i usiec chcieli pewnie się zaciekawicie… A ja wam na to, że do końca to sam nie wiem, ale zapewne jakiś związek to będzie miało z tym chłystkiem co mu z mojej ręki parę zębów przednich ubyło… Bo wyobraźcie sobie panie Andaras, że jak od Khazad-dum na północ wzdłuż gór podróżuję, to pierwszy raz mi się zdarzyło coś takiego, słuchajcie… Mały zajazd może ćwierć wielkości tego co tutaj, wstąpiłem żeby przekąsić co ciepłego, a to nietypowa pora była bo jeszcze przedpołudnie, no to sam z gospodarzem w izbie siedzę, a tu wpada jakiś młodzik, sroży się jak kogut co ma chcice i do gospodarza w tą nutę uderza! „Co Ty sobie K… myślisz dziadzie! Zalegasz już drugi miesiąc i jak teraz mi nie oddasz co do miedziaka z odsetkami za chędożoną zwłokę to Ci nad tą budą czerwony kur zapieje!” – kontynuował zmieniając intonację głosu. Andaras chyba nawet nie słuchał, ale nie szkodzi, Kh’aadz sam pochłonięty przez wir swojej własnej opowieści nawet tego nie zauważył.
- Ja zdziwiony, co to za porządki patrzę się kiedy gospodarz chłystka na kopach wyniesie, a tu nie… Kuli się chłopina, chowa prawie za mną i jęczy coś że zapłaci, że nie ma… No cuda nie dziwy panie Andaras… Ale dalej… Kundel coraz bardziej hojraczy się robi, grozi, wrzeszczy, wymachuje łapskami aż w końcu mój półmisek z gulaszem wywrócił. Ja mu na to, że wypadało by przeprosić i za zepsutą potrawę koszty zwrócić… A jak się wtedy nadął! Heh Panie Andaras… Jak kozi pęcherz! Poczerwieniał jak burak na twarzy, ale rozumu mu od tego nie przybyło… Wziął tą miskę moją i rzucił nią we mnie, dodając przy tym nieuprzejmymi słowy, abym ja się w jego sprawy nie mieszał o ile na zdrowiu ucierpieć nie chcę… No przyznacie chyba Panie Andaras… Sam się prosił… Tyle, że nie wiedziałem, że na zewnątrz ich pozostałych piętnastu czekało… Ech co za czasy – zakończył upijając kolejny łyk grzanego wina…
 
__________________
"Lotnik skrzydlaty władca świata bez granic..."
Wroblowaty jest offline  
Stary 01-01-2011, 14:30   #4
 
ThRIAU's Avatar
 
Reputacja: 16 ThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znany
Kilka tygodni wcześniej…
Zasypane śniegiem wzgórza Rhudauru

Wiatr atakował z nieustającą zaciekłością, przedzierającemu się przez zaspy mężczyźnie, wydawało się że nigdy nie dojdzie do obranego celu. Zapadający zmierzch oraz kłujące niewiarygodnie dotkliwie w twarz płatki zmrożonego śniegu nie ułatwiały marszu. Rano przed wyruszeniem w drogę dokładnie sprawdził mapę, zresztą nie musiał, wiedział doskonale gdzie idzie i nawet w tym tempie powinien osiągnąć starą strażnicę i przeprawę na Mitheithel przed nastaniem ciemności.
- Szlak by to wszystko trafił dawno powinienem być już na miejscu, czyżbym zawędrował za daleko??? Mogło by przestać chociaż na chwilę, jak tu nawigować gdy ledwo widzę co jest dwa metry przede mną.
Rzuciwszy te słowa na pastwę wiatru poprawił ciemną, szarą szmatę owijającą szyję i głowę po czym rozpoczął gramolić się przez kolejny śnieżny jęzor zagradzający drogę. Potem następny i następny i tak przez dłuższą chwilę aż na horyzoncie zamajaczyło blado światełko wśród gnanego wiatrem śniegu W tym momencie przebiegła go przerażająca myśl.
- Oby to nie było złudzenie, cholerny śnieg, nic nie widać, oby to nie było złudzenie, nie czuje już nóg – wymamrotał zmrożonymi ustami jednocześnie zaciskając z zimna zęby.
Podszedł bliżej i ku wielkiej radości jego oczom kazał się blask światła wydobywający się z okien, do osady pozostało jeszcze ze czterdzieści metrów. Podszedł jeszcze bliżej, otrzepawszy się ze śniegu przełożył przez głowę pas z przytroczonym półtoraręcznym mieczem po to by przełożyć go pod szmatę w którą był owinięty. Plecak na wierzch i gotowe ruszył przed siebie, Minoł strażnicę i nie niepokojony przez nikogo ruszył w kierunku karczmy. Zgrzytający przeraźliwie na zimowym wietrze szyld obwieszczał „Pod Mostem”. Przed drzwiami poprawił szmaciane nakrycie głowy tak by wchodząc do środka jego twarz pozostała w ukryciu.
- Nie ruszę się stąd nim ta cholerna zima nie ustąpi, nie ma mowy – wyszeptał cicho sam do siebie.
Otworzył ciężkie drewniane drzwi, skostniałą twarz omiotło ciepłe powietrze z wnętrza, w jednej chwili gwizd wiatru ustąpił odgłosom tawernianej gawędzi.




W kominku wesoło płonął ogień sprawiając iż wnętrze nabierało ciepła, nieliczne świece nie dawały wystarczającej ilości oświetlenia, nadawało to wnętrzu gospody niezwykłego uroku. W powietrzu unosiły się obłoki fajkowego dymu majacząc rozmówcą długimi smugami przed oczyma. Tego wieczora zimowa aura po raz kolejny pokazała na co ją stać i na zewnątrz szalała zamieć śnieżna. Toteż w gospodzie Pod Mostem nie brakowało gości, znakomita większość spośród biesiadników za nic na tym świcie nie opuściła by swoich kielichów i nie wyszła by na zewnątrz. Końca dobiegała próba trupy aktorów, zresztą mało kogo to obchodziło, wtem otwarły się drzwi gospody. Zimne powietrze wraz ze zmrożonym śniegiem wdarło się do środka a wraz z nim postać jaką rzadko się widywało w tych czasach. Rozmowy przycichły biesiadnicy z zaciekawieniem i uwagą przyglądali się nowemu gościowi gospody. Nie uszło to także uwadze gospodarza tego przybytku, który na ten widok skwasił minę, wymamrotał coś pod nosem i spuścił głowę. Takie typy, zazwyczaj bez grosza przy duszy są tylko problemem, często narzucają się gościom, gotowi wszcząć burdę by w zamieszaniu coś ukraść.
Rzeczywiście przybysz wyglądał bardziej na włóczęgę, owinięta głowa i szyja jakąś szmatą bo na płaszcz to nie wyglądało nie sprawiały dobrego wrażenia. Zresztą prawie cała postać była tym owinięta, tylko torbę przerzuconą przez ramię dało się z tej bezładnej tkaniny wyróżnić. Bardziej wnikliwe oko mogło dopatrzeć się fragmentów przebijającej się z pod spodu ciemno brązowej skórzanej kolczugi czy też kaftana, przewiązanego skórzanym pasem oraz lewej ręki wraz z ramieniem zakutej z zbroję. Twarz była całkiem niewidoczna dla ciekawskiego wzroku biesiadników, nie napawało to ich sympatią do nieznajomego, który skierował swe kroki ku gospodarzowi. Ten nie miał zamiaru udzielać schronienia podróżnemu rozmijając się z prawdą co do wolnych pokoi, jednak gdy na stole wylądowało z brzękiem pięć srebrnych monet. Oczy karczmarza rozbłysły typowym dla ludzi w takich sytuacjach błyskiem. Może to magia a może niezwykła siła pieniądza sprawiała iż szybko okazało się, że na poddaszu jest wolny pokoik. Karczmarz lotem błyskawicy znalazł odpowiedni klucz, i zagadnął do młodej dziewczyny przechodzącej koło lady baru podając jej klucz. Dziewczyna spojrzała na klucz potem na nieznajomego i z wymuszonym uśmiechem skierowała się ku schodom.
Zamek niechętnie ustąpił, drzwi strasznie zazgrzytały i do ciemnego niedużego pokoju na poddaszu weszły dwie osoby. Dziewczyna od swojej świecy odpaliła niedopaloną świece, która stała na niedużym stoliku, nieznajomy wszedł za nią do pokoiku, rozglądając się po zalanych półmrokiem kątach. Zdjął z ramienia torbę kładąc ją na ziemi, następnie miecz poczym powoli zaczął odwijać się nakrycia, które miał na sobie. Dziewczyna z zaciekawieniem zaczęła przyglądać się młodej męskiej twarzy, opatrzonej szlachetnymi rysami, i ciut przy długimi czarnymi włosami. Obraz dopełniał dwudniowy zarost, który wydawał się całkiem nieźle komponować z całością i pogłębiał głębie ciemno brązowych oczu. Mężczyzna postawą i wzrostem nie był ani wielkoludem ani też jakimś krasnalem rzec by można, iż prezentował średnią swojej rasy. Zdała sobie sprawę iż to nie jest jakiś wyposzczony wędrowiec, to ktoś znacznie bardziej ciekawy. Dziewczyna szybko dowiedziała się że nieznajomy ma na imię Endymion, i ma zamiar pozostać do czasu gdy zima ustąpi wiośnie, lub wyraźnie zelży.
Udzieliwszy odpowiedzi na pytania dziewczyny siadł na łóżku i zabrał się za ściąganie skórzanych sięgających kolan butów, a nie było to łatwe zadanie gdyż nabity w buty śnieg nie miał zamiaru uwalniać nogi.
Zmierzająca ku wyjściu dziewczyna z przekąsem i ledwo zauważalnym uśmieszkiem rzuciła uszczypliwą uwagę na którą otrzymała równie kąśliwą odpowiedź i tak skończyła się pierwsza rozmowa córki karczmarza z wędrowcem.

***

W szklance z trunkiem o bursztynowym zabarwieniu, obracanej powoli w dłoni, odbijały się zniekształcone twarze biesiadników, przesiadujących tego wieczora w karczmie. Endymion siedział przy barze popijając jego zdaniem zbyt mocno aromatyzowany przyprawami korzennymi miód pitny. Od momentu przybycia do tej karczmy często tak czynił nasłuchując wieści wypowiadanych przez pozbawione alkoholem ostrożności usta. Nasłuchiwał wieści zwłaszcza ze szlaków i dróg bo w związku z ustępującą zimą zapewne już niedługo będzie można swobodnie wędrować. Jedynie kierunek marszu pozostawał jeszcze nierozstrzygnięty, początkowo miał być nim Ettenmoors teraz jednak powątpiewał w sens marszu w tym kierunku. Z rozmyślań nad najbliższymi dniami wyrwał go świst szmaty spadający z impetem na głowę córki karczmarza. Gdyby teraz się roześmiał lub w jakikolwiek inny sposób zareagował na tę sytuację mamuśka pewnie zaczęła by kojarzyć fakty, a to mgło znacznie wpłynąć na konieczność szybkiej ewakuacji z karczmy. A szkoda bo Amea to fajna dziewczyna i nie tak się chciał się nią żegnać. Tak więc udając iż nie zauważył tego wrócił do swoich rozmyślań, które skupiać się zaczęły wokół wczorajszego zajścia z udziałem siedzących przy stole w kącie dwu podróżnych. Byli nimi mężczyzna, o rysach twarzy wyraźnie zdradzających elfią krew oraz krótko ostrzyżony krasnolud, cóż za rzadki widok. Jeszcze ciekawsze było cudowne ozdrowienie krasnoluda, który jeszcze wczoraj ledwo dychał. Dalsze rozważania zdawały się nie mieć sensu toteż wziął niedopitą butelkę trójniaka i powoli, sięgnął po dwa kielichy spod lady wziął swój i skierował swe kroki w ich kierunku.
- Witajcie….. czy pozwolicie że się przysiądę, i zapytam o wieści ze szlaków. Bo na pewno wiecie jaka jest sytuacja na gościńcach i drogach, czy można bezpiecznie podróżować. Czy może sobie tutaj siedzieć i grzać tyłek przy kominku? Bo musicie wiedzieć panowie, że siedzę tu już zbyt długo, i chciałbym wkrótce wyruszyć ale nie znam sytuacji na szlakach.
 
ThRIAU jest offline  
Stary 02-01-2011, 07:32   #5
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 17924 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację



Gdzieś…


W ciemnym pomieszczeniu na ścianach tańczyły cienie migotliwych płomieni pochodni.
Potężna postać w lśniącej czarnej zbroi nieruchomo siedziała w zacienionym fotelu zdobionym okuciami niczym tron królewski. W spowitej półmrokiem komnacie unosiły się zapachy spalonego wosku oraz zatęchłej wilgoci.

- Panie, Samotna Góra otoczona! Żaden szczur ani krasnolud się nie przeciśnie! – basowym zachrypłym okrzykiem wyrzucił z siebie wyraźnie zmęczony podróżą potężny Uruk-hai.

Mierzył ponad sześć stóp. Silnie umięśnione ramiona spokojnie unosiły się wraz z szeroką klatą, kiedy głęboko oddychał składając meldunek. Widać było, że jest bardzo zmęczony, bo trudy podróży odbijały się wyraźnie na jego twarzy oraz przede wszystkim butach, ubłoconych i podartych. Wygięty czarny naramiennik oraz krew na szyi i przedramionach którą był ochlapany zdradzały, że ork przybył prosto z pola bitwy.

- Erebor? – zimnym jak stał głosem zapytała zacieniona postać.
- Zdobyte kopalnie i dolne poziomy miasta Panie! Niedługo padnie Cytadela! – odpowiedział Gorthak wypinając dumnie szeroką klatę.




Ostatnia Karczma, Marzec 251 roku


Nieprzyjemna scena przy stole aktorów najwyraźniej odebrała ochotę na dalsze ucztowanie, bo biesiadnicy w niecałą godzinę jeden po drugim udali się na spoczynek.

W tawernie na dole zostało trzech podróżników siedzących teraz przy jednym stole oraz rodzina karczmarza, która uwijała się ze sprzątaniem pomieszczenia. Oberżysta puszczał ukradkowe zniecierpliwione spojrzenia w kierunku niecodziennej kompanii elfa, krasnoluda i człowieka, dając im do zrozumienia, że wszystkim na zdrowie by wyszło, jakby wszyscy udali się wreszcie do spania.

W pewnej chwili dało się słyszeć ciężkie, głuche uderzenie o drewniane deski podłogi, że aż zakołysał się żyrandol ze świecami, który zwisał na łańcuchu z sufitu baru, a później krzyk dobiegający z góry. Oberżysta z wrażenia przewrócił dzban, którego zawartość popłynęła po szynkwasie, kapiąc gęstą cieczą na podłogę. Córka z matką, które stały obok siebie odruchowo zbliżyły się do męża, który sięgnął pod ladę, wyciągając sporych rozmiarów drewnianą pałę.

Pierwsi, którzy dobiegli na górę, zaraz po pokonaniu schodów zobaczyli na korytarzu uchylone drzwi od jednego z pokoi gościnnych, z którego powoli, tyłem wyszedł Humbert. Biała koszula aktora była rozpięta a rękawy luźno zwisały rozsznurowane w nadgarstkach, jakby mężczyzna szykował się do spania. Jedyną rzeczą zupełnie nie pasującą do jego oblicza, a bardziej do okoliczności był nóż, który ściskał w jednej z dłoni. Na widok przybyłych ludzi przyjrzał się ostrzu i powoli wyrzucił na ziemię zdobiony jak sie okazało sztylet, opierając się plecami o drewnianą ścianę. W sypialni na podłodze leżał ściskając się za piersi Aldik. Wił się na podłodze z wykrzywioną twarzą wrzeszcząc wniebogłosy.

- Ratunku! – a widząc wbiegające postacie wyciągając rękę w kierunku szpakowatego Humberta darł się wniebogłosy – Morderca! Chciał mnie zabić psi syn!

Na te słowa oskarżony aktor podniósł ręce w geście poddania i zapewnienia o swojej niewinności mówiąc z przejęciem.

- Bzdura. Jestem niewinny. To nie ja! – mówił zaglądając w oczy podejrzliwym i wątpiącym świadkom niedoszłej zbrodni.

Wbiegająca do pokoju reszta trupy oraz córka oberżysty w szoku obserwowali scenę. Kobiety z niedowierzaniem przewracały oczami od jednego do drugiego starego przyjaciela.

- Jak śmiesz zaprzeczać! – darł się Aldik, który z pomocą oberżysty i jego żony został przeniesiony na łoże.

- Drodzy goście! – odezwał się karczmarz poważnie patrząc po twarzach trójki podróżnych. – Pomóżcie proszę! Strażnik z naszej strażnicy przepadł jak kamień w wodę kilka dni temu, a reszta załogi to proste chłopy do załatwienia takiej sprawy niezdolne. Rozwiązać te sprawę trzeba przynajmniej co do osądzenia, kogo do Bree lub Tharbadu w kajdanach dostarczyć będzie trzeba jak puszczą śniegi. – mówił patrząc głównie na Andarasa, jako że elfy zawsze słynęły z roztropności i mądrości, lecz i u krasnoluda jak i człowieka szukając aprobaty. – Panie, ratować też biedaka trzeba – mówił do elfa, który okazał się juz wcześniej sprawnym w swych umiejętnościach medykiem, patrząc na jęczącego na posłaniu grubego aktora.



 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 07-04-2011 o 03:31. Powód: literówki
Campo Viejo jest offline  
Stary 06-01-2011, 09:55   #6
 
Icarius's Avatar
 
Reputacja: 24563 Icarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputacjęIcarius ma wspaniałą reputację
- Dobrze karczmarzu pomogę- zwrócił się do karczarza elf.

Robił to z niechęcią. Opatrywanie to jedno a śledztwo to drugie. Nie do tego był powołany. Choć z drugiej strony, nic tu ciekawszego do roboty mieć nie będzie. A ludziom pomoc się przyda.

-Dajcie do pokoju rannego i potencjalnego winowajcę. Panowie chodźcie będziecie dbali o pokojową i uległą atmosferę.-zwrócił się do towarzyszy przy stoliku
Koniecznie również nóż bym prosił. Tylko krew jeśli na nim jest ma być nie wytarta.

Poszli na górę...
Andarast opatrzył rannego. Jego rana była wg Animisty absolutnie niewspółmierna do rabanu jakiego narobił sugerując cierpienie fizyczne. Jego dziwne i nieracjonalne zachowanie może tylko tłumaczyć przeżytym szokiem sytuacji w jakiej znalazła się niedoszła ofiara zabójstwa. Pytanie czy aby na pewno tylko? Andarast z natury rzeczy był podejrzliwy. To go utrzymało do tej pory przy życiu. Podjął się zabawy w śledczego dla własnej przyjemności. W odciętej od świata karczmie....

-Dobra panowie zaczniemy prosto. Każdy z waszej dwójki opowie jak według niego doszło do tego zdarzenia. Tylko samą prawdę bo zrobi się niemiło. Tu wymownie popatrzył na żelaznorękiego.

Aldik widząc w rękach Andarasa zakrwawiony sztylet krzyknął.
- To jest nóż Humberta! Może to potwierdzić każdy, kto go zna!
Raszta trupy aktorskiej pokiwała głowami, ktoś szepnął: - Rzeczywiście.
- Tak. - wpadł w słowo oskarżony. - Nie zaprzeczam. Jednak straciłem sztylet ponad miesiąc temu. Myślałem, że zgubiłem, a jak się okazuje został po prostu skradziony...
- Komu takie bajki chcesz opowiadać?! - ze zniesmaczeniem odciął się Aldik.

- W tej sytuacji mniej istotne staje się pytanie o właściciela noża, może zaczniecie od początku od tego o co się ostatnio sprzeczacie. I wyjaśnij nam Humbercie co robiłeś w pokoju Aldika w środku nocy - odezwał się Endymion rozglądając się po pokoju.

- Powiem ponownie niech każdy z was opowie swoją wersję wydarzeń.

- A kim ty jesteś człeku podróżny, żebym ja miał się przed tobą tłumczyć? - zaytał spokonie ale wyniośle Humbet - Karczmarz ma rację, że chce rozwikłać to nieporozumienie, ale wydaje mi się, że ten oto elf jako medyk i przedstawiciel swojej rasy jest w moich oczach godniejszym powierznego zadania jest autorytetem... A do pokoju Aldika wszedłem, bo usłyszałem łomot i krzyk, który od razu poznałem, do kogo należy. Z pomocą szedłem.

- Z pomocą?! - darł się z łóżka Aldik. - Mało mi pomogłeś na tamten świat się przenieść. - On mnie o kradzież pieniędzy zarabianych oskarża i matactwa za jego plecami - zapowietrzał się choleryczny aktor - Na moim aktorstwie jedzie pasożyt i ze sławy mnie ograbia!

- Nie ośmiszaj się Aldik... - zezłościł się Humbert. - Brednie! Jak otworzyłem drzwi to zobaczyłem jak leży na ziemi i się wije w boleściach - powiedział patrząc na Andarasa - Na ziemi leżał nóż. Przestraszyłem się tym widokiem. Podniosłem sztylet, a później wyście nadbiegli. Wszystko tak szybko się potoczyło... Ja jestem niewinny!

- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! - wykrzyczał Aldik porywając się z łoża, po czym opadł ciężko na poduszki zaciskając pięści.

Zaczynało wyglądać na to, że awantura rozgorzeje na nowo, jeśli aktorzy nie zostaną przywołani szybko do porządku....

Andaras wymownie spojrzał na towarzyszy czekał....
 

Ostatnio edytowane przez Icarius : 06-01-2011 o 12:05.
Icarius jest offline  
Stary 06-01-2011, 22:50   #7
 
Wroblowaty's Avatar
 
Reputacja: 15 Wroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znany
Nieco rozbawiła go ta sytuacja… Widok dwóch na wpół pijanych pożal się aktorów, do tego niemal teatralna zbrodnia. Tylko coś lichy ten zamachowiec, bo nie dość, że robotę sfuszerował, to jeszcze go przydybali na gorącym uczynku. Ehhh cli ludzie, jak zwykle amatorszczyzna, czego by się nie tknęli. Ale coś mu tutaj nie pasowało… Wszystko wydawało się proste i oczywiste… Aż nazbyt i to chyba właśnie fakt, że zbyt wiele puzzli na siłę chce szybko wskoczyć na swoje miejsca go zaniepokoiło. Jeśli Humbert wszedł tutaj z nożem, to niespodziewający się ataku Aldik powinien być już trupem, albo jego rana powinna być znacznie poważniejsza. Nie miał okazji się jej przyjrzeć, a szkoda, bo mogła by co nieco powiedzieć o kącie pod jakim zadano cios. Aktorzy widać się nakręcali coraz bardziej a Andaras biedaczysko nijak sobie z nimi nie radził… Biedaczysko, może i znachor z niego jest, ale podejścia do ludzi to mu brak… I te jego kuglarskie sztuczki brrr…Ale co zrobić, trzeba przyjąć groźną minę wściekłego setnika o poranku i uciąć te przedszkolne kłótnie.
-Jak któryś z was dwóch raz jeszcze otworzy swoją krzykliwą jadaczkę i będzie wrzeszczał to jak mi moja broda miła sam ten nóż wezmę i dokończę robotę, którą jeden z was spartolił! - ryknął groźnie krasnolud. Osłupienie w jakie po tych słowach wpadli obaj aktorzy na krótką chwilę zamknęło im usta.
- Nie żartuję... - wysyczał złowrogo kierując swoje słowa do Aldika, który zbierał się do kolejnego wybuchu. Na jego własne szczęście sapnął tylko i raz jeszcze opadł na posłanie.
- Ty! - kransolud wskazał na Humberta
- Teraz grzecznie i tak jak Cię Pan Andaras prosił, gadaj dokładnie, po kolei i ze szczegółami jak było.
- A ty leż tam i się nie odzywaj jeśli nie chcesz żeby twoje zdrowie nie przekroczyło granicy zza której nawet najlepsi medycy nie będą go w stanie przywrócić do stanu wystarczającego do samodzielnej egzystencji. – zakończył. Zapadła w końcu cisza, Andaras znowu się odezwał.
- To jak panowie będzie? Pytam ostatni raz. Potem wychodzę i każdy z was będzie mógł sobie pogadać z panem Żelaznorękim. Mnie to już obchodzić nie będzie. Karczmarzu jeśli taka wasza wola zajmiemy się sprawą. Nie wypuszcajcie nikogo dopóki sprawa się nie wyjaśni. Aczkolwiek myślę że szybko prawdę ujawnimy. Bo Aldik powie nam prawdę tu spojrzał na niego wymownie....
- Panie tu zwrócił się do człowieka który przysiadł się do ich stolika wybacz że spytam jaka godność? Mógłbyś pomóc panu karczmarzowi by nikt chyłkiem z karczmy nie wyszedł. Tak na wszelki wypadek tylko.

W międzyczasie Karczmarz obrócił się na pięcie z zatroskaną miną i wyszedł z pokoju.
Stanowcze postawienie sprawy stonowało aktorów.
- Dobrze, ja nie mam nic do ukrycia - powiedział Humbert
- Jak już mówiłem szykowałem się do spania, gdy usłyszałem niepokojący, głuchy dźwięk i krzyk Aldika. Pobiegłem z pomocą. Otwieram drzwi. On leży na ziemi trzymając się za piersi. Zauważyłem leżący pod drzwiami sztylet. Podniosłem go w osłupieniu stwierdzając, że należy do mnie. Wtedy wyście nadbiegli. To tyle. – zakończył z lekkim wzruszeniem ramion. Kh’aadz przyglądał mu się chwilę… Zdenerwowany, to oczywiste pomyślał, ale nie jąka się ani nie ucieka wzrokiem, co znaczy że albo nie zmyśla, albo jest… No właśnie psia mać… dobrym aktorem.

- Ojej... Panowie, ja już powiedziałem, że to Humbert mnie dźgnął nożem - zaczął Aldik.
- W łożu już leżałem - ciągnie wciąż jeszcze nie do końca trzeźwy aktor - gdy nagle słyszę szmery i zgrzyty spod drzwi dobiegające. Wstaję z łóżka i widzę, że się drzwi do pokoju uchylają. Zapalał świecę i wtedy widzę Hmberta jak stoi w progu z nożem i bez słowa wbija mi sztylet w piersi! Tak to było. Zmęczony jestem, ranny i cierpiący - mówi z łamiącym się głosem - chcę odpocząć.

Tak dźgnął z bliskiej odległości a rana płytka, że krwi tyle co kot napłakał? I nie poprawił kiedy mógł? Trochę to dziwne. – Pomyślał krasnolud gładząc się po swojej kasztanowej brodzie. Jeśli stał blisko to ostrze musiało iść pod kątem do góry, co by sugerowało, że rana powinna być lekko nacięta od spodu i pogłębiać się ku górze. Natomiast samookaleczenie się, które też może wchodzić tutaj w grę, pod takim kątem było by szalenie nienaturalne, o czym aktor mógł nie pomyśleć, bo na machaniu nożem to zna się tyle, że jedno do czego jest zdolny go w miarę poprawnie użyć to obranie worka kartofli…

- Aldik ma rację - odezwała się starsza tancerka z trupy - Dajcie mu spokój. Nie widzicie, że biedak jest w szoku i potrzebuje wrócić do siebie? A wy jeszcze mu śmiercią grozie!

- Właśnie - baknął karzeł Miklas - Nie ładnie bardzo. Łapcie badytę a nie męczycie rannego pogróżkami! Dajcie mu spokój - mruknął pod nosem widząc roztrzęsionego i przestraszonego Aldika, który z trudem chwytał powietrze…
 
__________________
"Lotnik skrzydlaty władca świata bez granic..."
Wroblowaty jest offline  
Stary 06-01-2011, 23:34   #8
 
ThRIAU's Avatar
 
Reputacja: 16 ThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znanyThRIAU nie jest za bardzo znany
Pytanie Humberta jakim to prawem obdarty włóczęga zadaje pytania wyrwało wędrowca z zamyślenia i zadumy i spowodowało iż oderwał wzrok od podłogi, nie raz słyszał to pytanie i zawsze wolał pozostać w cieniu niedomówień, nie odpowiadając na nie. Tak było lepiej. Ale tym razem pycha i duma z jaką zadano pytanie wymagała skarcenia. Po raz pierwszy publicznie przyzna się do tego kim jest, nigdy wcześniej sytuacja nie wymagała tego, z jednej strony napawało go to dziką radością a z drugiej strony nie potrafił przewidzieć wszystkich następstw, które pociągnie to ze sobą, co sprawiało iż odczuwał lekki niepokój. Powoli podszedł do stolika przy którym siedział Humbert, zaczął podwijać rękaw lewej ręki, tej na której zazwyczaj nosił zdobyczny naramiennik. Jego uwagę odwróciło pytanie pół-elfa o imię i w tym momencie uświadomił sobie że nie przedstawiał się jeszcze i nie wszyscy znają jego imię. Był to nawyk, bardzo przydatny w jego życiu i często wykorzystywany.

- Na imię mi Endymion - odrzekł spoglądając w oczy elfa, który wydał mu się bardziej przypominać człowieka niż elfa. Jego umiejętności medyczne zrobiły duże wrażenie na Endymionie jeszcze nigdy nie widział tak szybko wracającego do zdrowia rannego jak stojący obok krasnolud.

Skierował swoje spojrzenie ponownie na siedzącego przed nim aktorzynę, po czym zwrócił odsłonięty nadgarstek ku niemu, pochylił się i z nieukrywaną złością warknął wręcz przez zęby.

-Patrz ścierwo jedno to jest godło zjednoczonego królestwa, wypalone insygnią, która znajduje się na głowni mojego miecza. Jestem w służbie króla Eldariona, i tylko przed nim i ludźmi noszącymi taką broń jak ja odpowiadam za swoje czyny. Więc jak sędzia dostanie twoją zawszoną głowę z odciśniętą insygnią twoją własną krwią stwierdzi iż to tylko kolejny...... i z rozkazu króla taką sprawę szybko zapomni, jak wiele innych.

Humbert wyrwawszy się ze spojrzenia jakim został przeszyty jeszcze raz spojrzał na odsłonięty nadgarstek na którym po wewnętrznej stronie było wypalone w skórze małe drzewo z rozłożystą koroną i gwiazdami na nią.

- Przepraszam panie... - wyszeptał zmieszany Humbert poprawiając ręką siwiznę - Na króla Eldariona, w wasze ręce się oddaję. - dokończył chyląc czoła, co zresztą zrobił też impresario Makhler i zszokowana i czerwona jak burak karczmarka. Jej córka w zdumieniu otworzyła usta, bo podobnie jak rodzice, choć z innej strony go poznała, to równie pospolite, by nie powiedzieć wręcz marne co do znaczenia wędrowca zdanie o nim miała.

Endymion wyprostował się i już nieco spokojniej dodał

- Jedyne co wydaje mi się teraz pewne to że nóż musiał upaść z wysokości na podłogę koło drzwi. bo jak inaczej wytłumaczyć to świeże zadrapanie podłogi koło drzwi. Co na twoje szczęście sprawia iż twoja wersja jest bardziej bliska prawdy, wszedłeś do pokoju nóż leżał koło drzwi a Aldik był już ranny. Jak wytłumaczysz rysę na podłodze Aldik?

- Odbandarzujcie go. Niech pokarze ranę. - wtrącił się krasnolud zakładając ręce na swojej baryłkowatej piersi.
- Nie jedną szramę po nożu w życiu widziałem łatwo rozpoznać pod jakim kątem zadane było pchnięcie. Jeśli sztych szedł z dołu do góry, znaczy, że nóż trzymał napastnik stojący przed człekiem, natomiast gdy dochodzi do samookaleczenia rana wygląda zgoła inaczej...

Po tych konkretnych wypowiedziach wszyscy zainteresowani zwrócili wzrok w stronę Aldika, który okazał się być nieprzytomnym. Nie wiadomo czy to nadmiar wrażeń, stres, alkohol czy przedstawienie się Endymiona jako Strażnika w służbie Eldariona, tak na niego podziałało.
Andaras fachowym okiem stwierdził, że facet nie udaje. Omdlał.

- Dajcie mu dojść do siebie panowie. - wtrącił Makhler - Wszak wiele się od niego w takim stanie nie dowiecie, nawet jak go ocucicie. Rano wytrzeźwieje, będzie bardziej wypoczęty, a i może mu rozum wróci do głowy, bo ostatnio zachowuje się jak przygłup jaki, co niegdyś zupełnie do niego niepodobnym było. Późna już noc. I tak wszyscyśmy zamknięci i zdani na waszą łaskę. - powiedział spokojnie impresario trupy, bacząc tonem i językiem mowy ciała, aby niczym nikogo nie urazić.
 
ThRIAU jest offline  
Stary 08-01-2011, 06:02   #9
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 17924 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację



Dol Amroth, wrzesień 250 roku




Adrahilas, trzydziesty-drugi Książę Dol Amroth przemierzał nerwowo komnatę. Widać wcale nie zamierzał kryć emocji. Oblicze miał wielce zachmurzone. Był niezwykle wysoki i mimo słusznego już wieku z dumnej sylwetki wciąż emanowała siła i charyzma. Jego niegdyś kruczoczarne włosy, teraz tak mocno przeplatane nićmi siwizny falowały opadając na ramiona. Pod oknem stał spokojnie Derufin, pierwszy Lord Lond Daer wyglądając przez zdobione witrażami okno na wzburzoną zatokę Belfalasu.

- Przykro mi. – Derufin przerwał ciszę pomieszczenia mąconą od kilku minut pośpiesznym stukotem obcasów o marmurową posadzkę.

Wiedział, że musiał być osobiście zwiastunem okrutnej wieści, choć czuł, że odbiera nadzieję. Taka wiadomość nie mogła być przekazana byle listem doręczonym przez byle posłańca.

Książę Adrahilas zatrzymał się obok mężczyzny. Patrzył na statek z niebieskimi flagami, który właśnie wychodził w morze. Z tego samego okna odprowadzał wzrokiem okręt, na pokładzie którego był jego ukochany syn. Wiadomość odkrytych resztek wyrzuconego na brzeg książęcego aflastonu wśród szczątków masztu i desek przy ujściu Greyflood do Beleageru potwierdziła czarne myśli Adrahilasa. Złe przeczucia i tysiące myśli, które od miesięcy dręczyły oczekującego ojca sprawdziły się. Teraz tylko dwa zdania podszeptów obijały się od pustki jaka wypełniała szczelnie jego serce. Beleg nie żyje. Twój syn nie wróci do domu.






Ostatnia Karczma, Marzec 251 roku



- Ranę najlepiej obejrzeć teraz, bo przez noc się podgoi i potem do życi będzie można sobie oględziny wsadzić. A przytomny przy tym być nie musi... Nawet lepiej bo nie będzie się rzucał i przeszkadzał... - Odburknął krasnolud nadal stojąc z rękami założonymi na piersi.

Andaras nie skomentował. Nocy nie zostało już wiele, ledwie kilka godzin a zdawał sobie sprawę, że żadna rana chyba że wspomagana magią tak szybko się nie goi, więc co innego skłoniło go do ponownego obejrzenia Aldika. Poprosił o więcej światła. Stojąca przy drzwiach karczmarka podeszła ze trójramiennym świecznikiem w ręku i stawiając go przy zapalonej świecy, na komodzie obok łóżka, rozświetliła pomieszczenie. Światło obijało się od lustra, które wisiało nad komodą, więc izba a zwłaszcza łóżko zostały dosłownie skąpane w jasności. Po chwili Amea zapaliła pozostałe w pokoju świece i w izbie zrobiło się jasno jak w dzień.

Endymion zareagował w międzyczasie i pewnym siebie tonem wyprosił wszystkich gapiów z pokoju, co trupa aktorska i kobiety karczmarza pospiesznie uczyniły odprowadzane krasnoludzkim spojrzeniem spode łba, co najbardziej nie przypadło do gustu olśniewająco pięknej Amioli, czego tancerka nie potrafiła ukryć na swojej ślicznej buzi, z przestrachem i mimowolnym obrzydzeniem zezując na Khazada. Wszyscy towarzysze Aldika bez wyjątku, a nie tylko Humbert, mieli zakaz opuszczania swoich pokoi, co Khaadz dopilnował czekając na korytarzu, aż zamknęły się ostatnie drzwi za smutnym Maklisem. Żona Gybona, Hanka i młodziutka Amea grzecznie żegnając się z nadzwyczajnymi w ich oczach trzema podróżnymi, zbiegły po schodach na dół, gdzie za salą z barem była kuchnia i kwatera mieszkalna rodziny właścicieli karczmy „Pod Mostem”.

Elf po wnikliwym obejrzeniu rany na piesiach, sprawnie rwąc na dwoje, ściągnął koszulę z rannego i z wyczuciem, acz bezceremonialnie obrócił go na plecy. Dopiero teraz wszyscy trzej zobaczyli druga ranę. Pomiędzy łopatkami Aldika znajdowała się kolejna, znacznie głębsza, choć podobnie jak pierwsza, niezbyt poważna i znacznie mniej obfita w krwawienie rana. Teraz nikogo nie dziwiło, że nie została wcześniej zauważona. Aktor leżąc na plecach z podłogi został przeniesiony na łoże, a niewystarczające oświetlenie sypialni zrobiło resztę. O ile pchnięcie na piersiach było ustawione pod skosem, od dołu do góry, gdzie blizna zostanie poziomą szramą, to te na plecach było jakby prostym pchnięciem, równoległym do ziemi z ostrzem skierowanym nie na płask, więc tworząc w ciele rozcięcie pionowe.

Andaras wiedział, że unerwienie pleców jest dość specyficzne i że ranny mógł bardziej odczuć ból w okolicach mostka, co fachowo wyjaśnił Kranosludowi owijającemu z kwaśną miną wokół palca kosmyk brody oraz drapiącemu się po głowie Endymionowi. Pytaniem nasuwającym się wszystkim było dlaczego jednak to gruby aktor przemilczał. Czyżby był aż tak pijany i w poruszony, że adrenalina wzięła górę nad wszystkim wypierając tymczasowo ranę z pamięci? Postanowili nie budzić rannego, dając mu się zregenerować. Sami mieli też trochę do przemyślenia. Elf opatrzył fachowo obie rany i widząc, że więcej dla Aldika zrobić nie może razem z Krasnoludem przyjrzał się wspomnianej przez Strażnika rysie na podłodze. Rzeczywiście Strażnik miał dobre oko. Niewątpliwie pomogła mu w tym nieświadomie żona karczmarza, która z zapalonym świecznikiem stała w progu. Podłoga naznaczona była rysą, która rozchodziła się od miejsca, w którym coś zrobiło w podłodze nieco głębszą od niej dziurę, odlamując brzeg deski na łączeniach podłogi. Zadrapanie było bezsprzecznie świeże, a po przyłożeniu do niej sztylet jak ulał pasował końcówką ostrza do zagłębienia.

Trzej mężczyźni spojrzeli to po sobie, to po ciężko oddychającym pijanym, grubym Aldiku to na znajdujące się na przeciw, po drugiej stronie korytarza drzwi pokoju Humberta. Niewątpliwie każdy z nich wiedział, że z nastaniem poranka ranny aktor będzie musiał na trzeźwo zdać relację z całego zajścia. Chociaż nie był bardzo mocno pijany wszyscy mieli nadzieję, że alkohol nie zaćmi lub nie zniekształci przebiegu wydarzeń pamięci. Zdawali sobie sprawę, że to zeznanie może rzucić nowe światło na sprawę. Niewątpliwie też czekało kolejne maglowanie wysokiego aktora, który do niczego się nie przyznawał i kto wie, może i przesłuchania reszty aktorów.


 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 08-01-2011 o 06:06. Powód: literówki
Campo Viejo jest offline  
Stary 12-01-2011, 09:36   #10
 
Wroblowaty's Avatar
 
Reputacja: 15 Wroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znanyWroblowaty nie jest za bardzo znany
Od rana coś mu nie dawało spokoju. I nie było to nic związanego z rozdmuchaną – jego zdaniem – ponad miarę aferą aktorskiej trupy, zresztą skoro okazało się, że człowiek, który zeszłego wieczoru się do nich przysiadł jest stróżem prawa… Przynajmniej w jakimś stopniu na pewno, to, po co on ma się mieszać w sprawy ludzi…. To, co go tak frapowało, siedziało gdzieś znacznie głębiej w jego podświadomości, jakieś dziwne niewytłumaczalne przeczucie, że coś jest nie tak jak powinno być, że być może dzieje się coś złego, ale co i gdzie? Brak odpowiedzi na to pytanie i nieopuszczające go od rana wrażenie, że coś się dzieje, sprawiło, że tego ranka wstał zdecydowanie lewą nogą. Nie miał ani ochoty, ani chęci na użeranie się z nadętymi własną dumą aktorami, ani ich rozwydrzonymi koleżankami po fachu. Co go to obchodzi? Wszak ani nikt nie zginął, ani nie został ciężko ranny… O co w ogóle tyle rabanu? Andaras i ten nowo poznany, jak mu tam było… Endymion? Czy jakoś tak… Z zapałem dzieci wpuszczonych do piaskownicy zabrali się do zabawy w śledczych, bez sensu… Ten cały Endymion to jeszcze, no bo to niby po części jego obowiązki służbowe, ale po co ten pół elf, pół człowiek się za to brał? Ehhh Andaras, nie dość, że magik, to jeszcze mieszaniec ciągnący pełnymi garściami z przywar obu swoich gatunków…I jak tu go nie lubić?
- Czym ja sobie na to zasłużyłem? – myśli kotłowały mu się w głowie, wypływając również na zewnątrz, czego dość wyraźnym objawem była skwaszona mina, ściągnięte brwi i ogólny stan ducha z rodzaju, „odwalcie się bo mam ochotę roznieść coś w drobny mak”. Ani zjedzenie obfitego śniadania, ani naprawa uszkodzonej kuszy bynajmniej nie poprawiły mu nastroju, co tym bardziej go zirytowało… Przecież skoro na żołądku ciężej, to na duchu powinno być lżej tak? W ten oto sposób zadał kłam kolejnej mądrości ludowej. Endymion z Andarasem na zmianę jak koty z pęcherzem, latali od drzwi do drzwi prowadząc swoje przesłuchania.
- Ehhh psia mać, trza się czymś zająć, bo mnie to świerzbienie pod czaszką do obłędu doprowadzi. – burknął pod nosem wstając od stołu przy którym niedawno skończył się posilać.
- Coś się stało? – zapytał troskliwie karczmarz widząc, że osowiały od rana krasnolud nagle wstaje od stołu i wyraźnie kieruje się ku pomieszczeniom na piętrze. Czyżby już rozwiązał zagadkę? Oby! Bo jak długo można trzymać karczmę pod kluczem?!
- Gówno się w przerębli zkotłowało… - odfuknął krasnolud grzebiąc nadzieję karczmarza pod dwoma metrami mułu…
- Hehe.. Nawet mi się to ostatnie zrymowało… - uśmiechnął się w myślach do siebie, zadowolony, że udało mu się nieco poprawić sobie humor. Skierował się prosto do drzwi pokoju, w którym napadnięto zeszłej nocy na Aldika…

Aktor bez protestów opuścił swój pokój, zapewne jego trzeźwiejszy, niż ostatnio umysł szybko doszedł do poprawnych wniosków, iż kłótnie z krasnoludem, który jest zdecydowanie nie w sosie, nie mają większego sensu. Kh'aadz został sam w pokoju Aldika.
Zabrał się za regularne przeszukiwanie. Od okna w stronę drzwi. W kufrze nie znalazł nic ciekawego, poza stertami kostiumów, ani na łóżku ani pod nim, też nic godnego uwagi. Zbliżył się do kominka. Osoba o odpowiednio drobnej budowie ciała przy odrobinie szczęścia mogła się tam właśnie schować, co prawda była by cała ubabrana w sadzy, czego łatwo by nie ukryła, zwłaszcza, że na miejscu krótko po zawodzącym wyciu Aldika pojawili się wszyscy i z tego co pamiętał nikt nie przypominał pechowego kominiarza... Ale sprawdzić nie zaszkodzi. Nachylił się i zajrzał do środka...

Nic. Ciemno i brudno.
- Ehhh psia mać. - westchnął bardziej z bezsilności niż rozczarowania.
Znowu zaczął się kręcić po pomieszczeniu bez ładu i składu, w końcu jego wzrok znowu utkwił na śladzie po nożu zostawionym na podłodze. Pochylił się nad nim.
- Hmmmm - zafrasował się gładząc się ręką po brodzie. Kierunek oraz drzazgi wskazywały, że nóż najprawdopodobniej został rzucony z kierunku drzwi. Być może sprawca rzucił go tam już wychodząc z pomieszczenia. Ale jakim cudem uciekł tak szybko, że nikt tego nie zauważył? Chyba, że to jednak był Hubert...
- Bez sensu... - bąknął znowu pod nosem podnosząc się z powrotem na nogi.
Ze złości walnął pięścią w kredens ustawiony przy łóżku. Ustawione na nim lustro zabrzęczało w proteście, a obraz w nim zadygotał. Zaciekawiony podszedł bliżej. Stanął przed lustrem tak jak zeszłej nocy stał Aldik zapalając stojącą przed nim świecę, która teraz leżała na blacie kredensu. Spojrzał w odbicie na polerowanej tafli... To co zobaczył wprawiło go w zdumienie.
- Przecież idealnie widać drzwi... Ten stary pijak musiał coś zobaczyć...

Nie wiedział na jakim etapie są rozmowy Andarasa i Endymiona z aktorami, ale postanowił bezzwłocznie podzielić się z nimi tym odkryciem...
 
__________________
"Lotnik skrzydlaty władca świata bez granic..."
Wroblowaty jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:18.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169