Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-01-2011, 21:37   #1
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1 Bielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputację
Północna Rubież

Północna Rubież



Mapa jest cząstką mapy Actana z zupełnie nie znanego mi forum The Tangled Web - Online Pen and Paper Roleplaying - Play Pen and Paper Games Online

Tę część opracował Mike, awansując na nadwornego kartografa.

.
 
Bielon jest offline  
Stary 09-01-2011, 21:38   #2
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1 Bielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputację
Posłyszane gdzieś na zapiecku w Edgham…


Północna Rubież. Tak zwą tę okolicę ci, którzy poznali choć trochę więcej świata. Których świadomość nie ogranicza się do Zimnej Krainy, Północnego Midgen czy Wybrzeża. Albo też ci, którzy świadomi są tego, że wszystkie z wymienionych ziem stanowią cząstkę Królestwa Aronbor. Owo zaś…

Nie pora o tym mówić. Nie czas i nie miejsce. I na to przyjdzie pora. Teraz powiem Wam o Rubieży. Bo to miejsce, kędy wielu spośród Was, moi mili, przyszło żyć. Wiem, śmiać się będziecie. Powiecie, że nic Wam do jakichś Rubieży, że Wy jesteście z Wybrzeża, z Edgham, które przecie do Lorda Bernarda Trzy Palce należy. A tenże Lord Bernard kłania się i dań płaci Baronowi Janowi Terrance , panu na Rosefort. Wszystko to prawda. Jednak to co mówicie, to jedynie część większej całości a to, że Wasza uboga wiedza nie pozwala Wam sięgnąć wzrokiem dalej, nie znaczy, że wasze Wybrzeże wyrwane jest niczym chmura jaka, alibo wyspa jaka. Wybrzeże bowiem to Rubież. Północna Rubież. Skraj cywilizowanych krain. Skraj, który przecie od lat już chroni tych żyjących dalej przed grozą czającą się za Murem.

Widzę, że teraz pojęliście. Tak, w rzeczy samej znam Mur, Zimny Mur. Byłem tam nie raz. Widziałem ciemną puszczę rosnącą za nim i widziałem również tych, których odesłano poza mur. Morderców, gwałcicieli, szaleńców i opętanych. Półbiesów w ludzkiej skórze. Tych, którzy czcili mrocznych bożków zapominając o Jedynym, plwając na Jego miłosierdzie i naukę Kościoła. Widziałem ja Mur z bliska. Lat piętnaście służyłem pod sztandarem Szarego Bractwa. Chroniłem Waszych ziem, jako i swoich. I dopiero kiedy odpokutowałem swe przewiny, kiedy spełniłem ślub mogłem opuścić Mur i Rubież. Niewielu miało to szczęście. Ktoś, kto ujrzał Mur i wstąpił do Bractwa zwykle nie opuszcza już Zimnej Krainy. Mówią, że część z nas jest splugawionych, że jakaś część mroku który czai się za Murem dotyka nas pomimo naszych modlitw i opieki Kościoła, ale to nie jest prawda. Tyle, że jeśli przez tyle lat wsłuchujesz się w lament tych, których karze się banicją za Murem, kiedy uczestniczysz w dochodzeniach i ścigasz tych w których duszach czai się ślad potępionych, przestajesz być człekiem, który skrzący od zmarzliny Mur ujrzał po raz pierwszy. Jakaś część człeka umiera a rodzi się coś innego. Może rację w sumie mają ci, którzy twierdzą, że my wszyscy jesteśmy potępieni, któż to wie?

Nie o tym jednak rzec Wam miałem. Było o Rubieży. Północna Rubież moi mili to tak po prawdzie trzy ziemie przyrośnięte do się. Północny skrawek Królestwa Aronbor. Wiecie doskonale, że to piękna kraina. Może i faktycznie zbyt często za sprawą feudałów widziano tu czerwonego kura, może prawdą jest, że przekleństwem tych ziem są potępieni, którzy zawsze znajdą sposób na to, by przekroczyć góry bądź Mur i ruszyć na południe siejąc zniszczenie, śmierć i pożogę. Jednak ta surowa kraina, wtłoczona pomiędzy Siwe Rumowiska na zachodzie a Góry Mandlin na wschodzie i łączący je Mur z jednej strony a zimne wody Szarego Morza z drugiej, piękną jest dla mnie o każdej roku porze. Tu wszak przyszło mi i wam żyć. Jak nie kochać tej ziemi?

Wiem, powiecie mi zaraz to, co nie raz powtarzają ci, którzy pieczę trzymają nad czystością naszych dusz. Strzegą naszego zbawienia. Kościół wszak wie, że ten doczesny padół jest ledwie drogą do cudownego życia w niebie, po naszej śmierci. Że żywotem czystym a pobożnym, pełnym poświęcenia i miłości do Kościoła i Jedynego zasłużyć musimy na życie wieczne u Jego boku. I że nie godzi się kochać ziemi a jedynie obrabiać ją na chwałę Pana. Wszystko to po części prawda i gdyby nie to, że znamy się wszak od lat głośno bym niczego inszego nie rzekł, by złe ucho nie usłyszało i nie podało gdzie dalej. Bo jak mówią, ściany mają uszy. A Kościół i jego słudzy nie śpią i gotowi za byle co mnie na spytki wziąć po których nie tylko bym się do wszystkich popełnionych grzechów przyznał ale i wiele wymyślił, byle zaspokoić ciekawość pytających. Ale znamy się, więc możem rzec, że Rubież piękną jest krainą, którą ja pokochałem. Pokochałem pomimo walczących ze sobą Lordów, którym byle co starcza do łupienia ziem sąsiadów a zadawnione spory latami się ciągną i życie wielu kosztowały. Wszak mają na to Królewskie przyzwolenie w Karcie Praw spisane. Kocham pomimo panoszących się coraz butniej sług Kościoła, wybacz mi Panie moje słowa. Kocham pomimo tego, że mieszkają tu ludzie surowi i twardzi, niechętni obcym, skryci i mrukliwi. I kocham pomimo tego, żem znów banitą, proskrypcją za namawianie do buntu objęty.

Tak, cóż, wybaczcie me szczere słowa, ale z czystego serca żalem ogarniętego płyną. Wiem bowiem, że dni moje już policzone. Już moim tropem idzie obława. Już Łapacze zaglądają do siół, które odwiedziłem i pytają z kim gadałem i gdzie spałem. Nie! Nie martwcie się. Po zmroku do Was się zakradłem, nikt mnie w obejściu nie widział. Przed świtem pójdę dalej. Dalej gospodarzu ugośćcie mnie, starego wiarusa czym tam macie. Dni moje policzone i wiem ja, że przyjdzie niebawem pora, że mnie za Mur precz pognają. Ci sami z którymi służyłem. Jeśli szczęście mieć będę. Może bowiem wpadnę w ręce zwykłych Łapaczy, ale może i nie. Jak złapią mnie czarni gorzej będzie. Pan nasz miłosierny, ale przez to Kościół Jego musi z większą surowością praw boskich strzec. I strzeże. Biada mi, jeśli w ręce sług jego wpadnę. Szybka śmierć, jeśli szczęście mieć będę. Albo męki i stos, jeśli w ręce jakiego Mistrza Inkwizytorium wpadnę. Diabli, tfu tfu, na psa urok, wiedzą. Nie lękajcie się. Jam człek prawy, nic Wam z moich rąk nie grozi. No mówię, nie lękajcie się, przeciem Wam niczym nie groził. Ejże! Gospodarzu! Cóż owa kusza w rękach waszego pachołka znaczy?! Gospodarzu!? Gospodarzu!

[…]
 
Bielon jest offline  
Stary 10-01-2011, 23:19   #3
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1 Bielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputację
Emberton o zmroku:


- Słuchajcie mnie, bo nie ma czasu na czcze pogawędki! – dziesiętnik huknął na swoich rozweselonych ludzi. Cieszyli się, jakby było z czego. Głupcy! - Idziem trójkami. Ja, Ves i Jemioł od frontu zasię Hucpa z Markusem i Weszawą od tyłu. Baczenie dawać, bo nie lekka nas czeka przeprawa…

- Skąd zaś pewność, że z wiedźmą sprawa? Może to zwyczajnie białka, co sąsiadkom mężów podkradała i tera się na niej mszczą…
- Jemioł przewrócił oczyma i rękoma nakreślił zgrabne kształty niewieście. Wywołując tym śmiech pozostałych. Poza Bartoszem. Dziesiętnik zmierzył wesołków swoim spojrzeniem pod którym nie jeden zbój topniał. Powoli wesołość ustępowała. Widać stary miał własny pogląd na sprawę, a że miał nosa i ciężką rękę woleli zmilknąć. Trudno było rzec, czy to za sprawą nosa, czy raczej ręki.

- Z Mistrzem idziem. Jemu się sprawiaj ze swoich podejrzeń. Chętnie popatrzę… - warknął Bartosz. Jego słowa znacznie ostudziły rozochoconych Łapaczy. Z Mistrzem Inkwizytorium na sąsiadki pomówione pochopnie zwykle się nie chadzało. Skoro zaangażowano w sprawę Oficjum, znaczyło to, że w sprawie tkwi ziarno prawdy. Albo choć tyle, że Oficjum sprawie się przyjrzeć chciało. A że na ręce patrzeć miał im przy robocie Mistrz, lepiej było nie pokpić sprawy.

- Tedy co mamy robić, jak już chatę otoczym? – najmłodszy Ves wyrwał się wyraźnie zdenerwowany perspektywą pracy z Mistrzem Inkwizycji. Nikogo ze zgromadzonych w brudnym przydrożnym szynku o pogodnej nazwie „Pełna micha” Łapaczy nie dziwiło to zupełnie. Sami wnet wspomnieli swoje pierwsze łowy pod czujnym okiem sługi Świętego Oficjum. Raz, że trza się było w ten czas sprawiać po dwakroć lepiej niż zwykle, to jeszcze i tak pewności nie było, że człeka na spytki Mistrz przy okazji nie weźmie. A bywało, że po takim badaniu Łapacz miast do swoich kompanów Łapaczy szedł tą samą drogą co łowiona przezeń ofiara. „Czystość serc, dusz i umysłów to skarb, którego na tym łez padole strzec Świętemu Oficjum przykazano. I strzeże, bez względu na koszt, jaki słabe ciało przy tym ponieść musi. Zbawienie bowiem nie ma ceny, której nie warto by zapłacić. Miłuj bliźniego i dbaj o jego zbawienie a sam będziesz zbawiony. ” - brzmiała jedna z podstawowych maksym Mistrzów Inkwizytorskiego fachu. Maksym, którymi podpierali się każdego dnia wypalając żar wiary gorejącym żelazem i stosem.

- To co zwykle… - powiedział dziesiętnik, ale więcej Bartosz rzec nie zdołał, bo od otwartych drzwi szynku powiało zimnem. Oczy wszystkich zwróciły się ku drzwiom a z ust Vesa wyrwało się nawet grube słowo, którym zwymyślać chciał natręta, który im w naradzie przeszkadza. Wymsknęło się i zawisło w głuchej ciszy, która zapanowała, kiedy Łapacze zorientowali się, że w drzwiach stoi Mistrz Inkwizytorium w swoim oficjalnym, czarnym stroju znaczonym srebrzystym krzyżem. Dokładniej zaś dwóch Mistrzów. Ich suche, ponure oblicza były najlepszym dowodem na umartwienie ciała, jakiemu musieli się oddawać wytrawnie, byle zapewnić sobie zbawienie wieczne. A słowo, które opatrznie wyleciało z ust Vesa czyniło z pierwszego wrażenia, na którym Łapaczom zależało, kwaśnicę, którą należało wypić.

- Panowie Łapacze widzę bawią się przednio. Dobrze wiedzieć, że humory dopisują, bo sprawa poważna. I czasu mamy mało. – drugi z Mistrzów uśmiechnął się samymi ustami wodząc wzrokiem po pobladłych obliczach sześciu stojących przed nim naraz z czapkami w dłoniach mężów. – Jestem Hugon z Borku a to mój druh, Edward Steredin. Imion waszych poznawać nie mamy zamiaru, bo nam one obojętne, ale który tu Bartoszem się z was zwie?
Zagadnięty dziesiętnik ciężko przełknął ślinę i poczuł, jak naraz wokół niego czyni się pusto. Druhowie, dobrzy kompani do bitki i wypitki, wiedzieli kiedy dać mu rozwinąć skrzydła. Teraz przestrzeni wokół siebie miał pod dostatkiem. Mnąc lisią czapkę w pocącej się w jednej chwili dłoni ozwał się drżącym z lekka głosem. – Ja Panie.

Mistrz zmierzył go uważnym spojrzeniem, po czym wypuścił na twarz cieplejszy grymas. To mogło już uchodzić za uśmiech. Bartoszowi jednak przypominał jedynie grymas, jaki wykrzywia pysk wściekłego psa, gdy zbliży się doń kto nazbyt. Grymas ukazujący zębiska a z ciepłem uczuć nie mający nic wspólnego.

- Doskonale. Ty pójdziesz ze mną. Twoich ludzi poprowadzi Mistrz Edward. Ruszajmy, bo szkoda czasu! – Hugon nie czekając cofnął się znikając za drzwiami wraz ze swoim współtowarzyszem. Łapacze poszli w ich ślady zupełnie bez entuzjazmu. Instynkt im podpowiadał, że „coś” wisiało w powietrzu. Nigdy nie pracowali z dwoma Mistrzami naraz. Rzecz musiała być poważna.

Wyszli w chłodny wieczór. Na podgrodziu Emberton jeszcze panował ruch. Handlarze zwijali swoje stragany a ostatni przekupnie kupowali lecące z ceny towary, które dnia następnego miały stracić na świeżości. Gdzieniegdzie kręciła się podchmielona brać górnicza, bo też zmiana górników z okolicznych kopalń zjechała dzień wcześniej do miasteczka i piła na potęgę, by skrzętnie wykorzystać kilka dni wolnego. Nie było pośród nich krasnoludów, bo tych do miast nie wpuszczano. Plugawe karły wdzięczne winne być ludziom, że nie wytępili diabelskiego nasienia do cna. Były wdzięczne. Te przynajmniej, które wciąż pośród ludzi żyły. Zbuntowanych nieludzi wiele było w lasach i górach, ale nie w miastach. Tu panowali niepodzielnie ludzie.

Minęli gęste zabudowania przyległej do murów miasteczka części podgrodzia zwanej Jarmarkiem i ruszyli pomiędzy chałupy Sopotni. Tutaj domostwa chyliły się ku ziemi, jakby przygniecione ciężarem lat. Pokryte mchem słomiane dachy pamiętały lepsze czasy. Pomiędzy chałupami snuł się smętnie dym z kominów, siwy jak i mgły, którymi okolica słynęła. Pod butami chlupało błocko, pora była parszywa, bo deszczowa. Dobrze, że teraz nie padało, choć ta drobna łaska pańska nie sprawiła im należytej radości. Idący za Hugonem Bartosz czuł rosnący z każdą chwilą niepokój rozpoznając okolicę, ku której wiódł go Mistrz. I ze złym przeczuciem kroczył aż w końcu stanęli przed chałupą, która stała na tyłach domostwa, które znał doskonale. W myślach, by nie zdradzić się niczym, zmówił dziękczynną litanię do Serca Miłosiernego. Przez chwilę przecie myślał…

- Bartoszu. Pójdziesz pierwszy i w pęta weźmiesz gamratkę. Ja będę z tobą a reszta niechaj wedle rozkazów Mistrza Edwarda domostwo jej obstawi, by wiedźma nam nie umkła. – Hugon wydawał szybko rozkazy a Bartosz gorliwie potakiwał. Wiedział, że nie zawiedzie. Ruszył od razu do drzwi chcąc gorliwością swoich czynów zatrzeć niemiłe wrażenie, jakie miało miejsce na samym początku za sprawą Vesa, ale w pół drogi zatrzymał go zimny głos Hugona. Mówiący słowa, których Bartosz nie mógł, nie chciał słyszeć.

- Nie mój synu. To nie ten dom. To ten na jego tyłach. Idź i prowadź. Idę za Tobą…

Jak w malignie Bartosz ruszył nie widząc nic i nic już nie słysząc. Nie chciał nawet modlić się o to by jej nie zastać w domu. By wyszła gdzieś, jak często miała w zwyczaju. Teraz zrozumiał, że Mistrzowie nie bez powodu prosili o jego oddział Łapaczy. I że nie przez przypadek dotarli do domu w którym Bartosz spędzał ostatnimi laty niemal każdą wolną chwilę. Idący za nim jego ludzie szli w milczeniu zgrzytając jedynie zębiskami. Dobre chłopy rozumiały to, co w tej chwili czuł ich dowódca. Dzieli z nim jego ból.

„Pan daje i odbiera” grzmiał nie raz kaznodzieja na kazaniu. Bartosz tym razem nie podzielił by jego gorliwych zapewnień, że tak oto objawiała się wola Boska. On miał na to zupełnie inne wytłumaczenie. I wiedział, że oto Pan postawił go przed życiowym wyborem. Idąc cichaczem w progi swego domu modlił się o jasny umysł i łaskę, która pomogła by mu w tej ciężkiej chwili. A dłoń Łapacza sama powędrowała do głowicy miecza.

Wiedział, że wybierze mądrze…


[...]
 
Bielon jest offline  
Stary 27-02-2011, 10:38   #4
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1 Bielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputacjęBielon ma wspaniałą reputację
Coldwell, Północne Midgen

Znowu dziś widzę zachód słońca
Znowu udało się doczekać końca
Mniej szczęścia mieli, ilu ich było
Wielu nawet nie liczyłem
Codzienne żniwo swoje zbieram
Kres podróży każdego dnia
„Być czy mieć?”, takie dwa pytania
Bliżej ku celom posiadania…

Melodia snuła się po biesiadnej w niemrawym akompaniamencie brzdęknięć lutni. Tekst, nad którym pewnie nieco pracowano aby miał swój moralizatorski przekaz, dla zebranych tego dnia w oberży był zupełnie obojętny. Spracowane ręce zaciskały się ciężko na glinianych garncach w których pieniło się rozwodnione piwo, lecz nikt oberżyście o to nie truł życia. I tak szczęściem było, że był. Nie każda osada miała to szczęście że mieściła się w niej oberża. Nie był znów tak wielu ludzi chętnych by taki przybytek prowadzić bo zwyczaj wieszania przyjmujących pod swój dach uciekinierów gospodarzy sprawił, że zawód oberżysty stał się wielce ryzykowny. Tu w Coldwell, na skraju Mroźnej Kniei, nie tak znów często trafiano na przyjezdnych, więc i ryzyko było mniejsze. Pewnie dla tego Czarny Ruf wciąż prowadził swą oberżę. Powód mógł być też inny o czym siedzący w ciepłej biesiadnej kmiotkowie wiedzieli doskonale. Ruf zwykle obcych pod swój dach nie wpuszczał. A już zupełnie nielicznych wypuszczał. I to tylko wówczas, kiedy pewność miał, że ów nie wiedzie za sobą Łapaczy, Inkwizytorium, ludzi jakiego Lorda czy też innego tałatajstwa.

Pewnie dla tego Czarny Ruf od siedmiu lat cieszył się swą oberżą i zdrowiem.

Drzwi otwarły się nagle, wpuszczając do środka zimny podmuch wiatru, który przygiął płomienie kaganków i pochodni. Niemal wszyscy spojrzeli w ich kierunku zastanawiając się kogo to znów licho przyniosło, ale bez szczególnej uwagi, jaką zawsze powodowało pojawienie się kogoś spoza osady. Mógł to być wszak któryś z mieszkańców Coldwell. Mógł. Ale nie był. Stojący w progu człek, spoglądający w pobrużdżone życiem twarze traperów z Północnego Midgen, myśliwych i zwykłych rolników z całą pewnością nie był jednym z nich. Świadczyło o tym wszystko począwszy od zuchowatej postawy, szelmowskiego, nieco zawadiackiego uśmiechu, poprzez porządny przyodziewek który zaczynał się wysokimi jeździeckimi butami a kończył fantazyjnym kapeluszem z piórem, po oręż, który obciążał jego pas, choć wyraźnie nie tylko do tego służył. I zawołanie, którym powitał zgromadzonych z całą pewnością nie było zwyczajne im.

- Czołem Panowie! Czołem gospodarzu! Piwa dajcie zdrożonemu podróżnemu bo daleka droga osuszyła me gardło! – wszedł nie zrażony ponurym wejrzeniem wieśniaków. W izbie od razu zrobiło się cieplej a płomienie, którym w końcu wicher dał spokój, na powrót oświetliły izbę żółtawym blaskiem. Nieznajomy ruszył pewnie, brzękając ostrogami i obijającym się o nogawicę jaszczurem z tkwiącym wewnątrz mieczem, prosto ku sercu oberży. Ruf już nań czekał z pustym kielichem. I z uśmiechem na twarzy, który również w Coldwell znali wszyscy. Bard, który w oberży zadomowił się dobre dwa tygodnie temu, wciąż pieścił swą melodię. Poza nim nikt więcej się nie odzywał. Wszyscy czekali. Nieznajomemu brak odpowiedzi na miłe powitanie zupełnie nie przeszkodziło. Teraz w jasnym świetle oberży zdawał się młodszy niźli wcześniej im się wydawało. Młodszy i głupszy…

- Wina dajcie mi gospodarzu, bom zdrożony wielce! – rzekł głośno, jakby za nic miał uwagę z jaką przyglądali mu się wszyscy.

- Z daleka? – Czarny Ruf niespiesznie sięgnął po monetę, która błyszczała na szynkwasie zupełnie nie znanym obliczem. Srebro jednak to srebro. Jeść nie woła i nawet Ruf się na nie krzywił. Wino wydobyte spod ławy szkarłatem wypełniło miedziany kielich.

- Jeśli pytacie skąd jadę, to rzeknę wam, że aż z Arlodonu droga mnie prowadzi. Z daleka a jakże! – młodzian uśmiechnął się obrzucając wyzywającym spojrzeniem kmiotków, chamów i wsioków. Był z całą pewnością głupi. Na to nie było lekarstwa. Zastanawiającym być jedynie mogło to, że wciąż żył. I że, jeśli mówił prawdę, przebył całkiem znaczną podróż. Żywy.

- A dokąd? – Ruf pytał dalej nalewając po raz wtóry do spiesznie opróżnionego kielicha. Zawodowa ciekawość walczyła z zawodowym doświadczeniem, które wszak kazało sprawy obcych pozostawić obcym.

- A wam co do tego? – tym razem młodzian się obruszył. Obrzucił gniewnym spojrzeniem Rufa, po czym odwrócił się ku izbie szukając dla się miejsca. Znalazł je szybko, bo kmiotkowie zbili się przy kilku dalszych ławach wyraźnie stroniąc od obcego. Z pogardliwym uśmiechem na ustach ruszył ku stołowi który najbliżej stał paleniska na którym piekła się połowa wieprzka. Bez skrępowania podszedł do ognia i dobywszy noża odkroił sobie kawałek. Dopiero wówczas dostrzegł barda, który siedząc przy palenisku wciąż brzdąkał w struny starej lutni, ale nie poświęcił mu zbyt wiele uwagi. W Arlondzie, skąd pochodził, tacy jak ten mogli by najwyżej stroić instrumenty lepszym od siebie. Niespiesznie przeżuwając spieczone mięsiwo przysiadł przy stole. Wielkopańskim gestem przywołał oberżystę zaraz po tym, jak wychylił drugi kielich dziwnie metalicznego wina.

- Daj raz jeszcze, aby jednak coś lepszego. To pali i smakuje jak szczyny. Pewnie to wasz specjał. Palone szczyny z Coldwell. – zaśmiał się chrapliwie. Grajek uderzył w struny, złapał akordem w klamrę wcześniejszą improwizację i wrócił do pieśni.

Nie mam potrzeby zbyt wiele wiedzieć
Nie mam potrzeby wiedzieć zbyt wiele
Gdy wszystko skończy się jak myślałem
Wsyp mnie do ziemi, stąd przyjechałem

Bim-bom, bam-bim-bom
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon
Bim-bom, bam-bim-bom
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon
Bim-bom, bam-bim-bom…

Młodzian refrenu już jednak nie miał okazji usłyszeć. Z dziwnie odrętwiałej dłoni wypadł kielich szkarłatem rozlewając się po spodniach z jeleniej skóry i brzękiem głosząc swój upadek. Nie swój jedynie, bo wnet po kielichu na ziemię zwalił się młodzik. Nic nie rozumiejącym spojrzeniem miotał się na boki i z wysiłku aż nabrzmiewał na twarzy. Nic jednak uczynić nie mógł. Ruf podszedł doń ze swoim pomocnikiem Arnoldem. Nie spiesząc się, wiedząc że i tak ofiara nigdzie im nie czmychnie, pochylili się nad sparaliżowanym przybyszem i podnieśli go pod ramiona i nogi. Sapiąc z wysiłku, młodzian ważył więcej niźli się zdawało, ruszyli na zaplecze. Tam Ruf miał skrzętnie umocnioną, wkopaną w ziemię izdebkę. Tam zwykle nieproszeni, niechciani goście czekali na przybycie przywołanych Łapaczy. Choć po prawdzie Ruf nie zawsze słał po nich. Za oberżą był mały zagajnik, gdzie od czasu do czasu pojawiała się nowa mogiła. Zwykle znaczyła, że do Coldwell przybył kolejny nieproszony gość. Gość o którego nie upomniał się nikt…



[...]
 
Bielon jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:20.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172