Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 15-03-2011, 18:14   #1
 
one_worm's Avatar
 
[Wiedźmin]Królestwa świata. (+18)

Bard pociągnął delikatnie za strunę lutni i rozbrzmiały dźwięk uderzył do uszu zebranych. Wszyscy zaprzestali jeść czy rozmawiać, gdyż bardem był sam Jaskier, niemłody już ale jednak nadal on. Bard spojrzał się na miny ludzi i całą salę. Delikatnie skinął głową dając znak ni to sobie ni to komuś i ponownie pociągną za strunę lutni. Odchrząknął.
- Cieszę się, że mogę tak zacnym gościom grać i ich ubawić i wieczór wyjątkowym uczynić-rzekł swym melodyjnym głosem. Wszyscy w Sali bankietowej wyglądali na zachwyconych i wyczekiwali ze zniecierpliwieniem co też sam mistrz im za balladę zaśpiewa. Jaskier zaś spojrzałsię z upragnieniem na wino na stole i kontynuował dalej:
- Ballada będzie o czynach odważnych, będzie o śmierci i radości, nadziei i pogardzie, będzie to jeno prawda i tylko prawda bo zadaniem poety jest tę prawdę odsłaniać w każdym calu i każdej mierze, jaka by ona nie była- Dyskretnie rzucił spojrzenie na Foltesta, króla Temerii, starego już i siwego. Widział jak usta mu się zwęziły, a z twarzy odeszła krew. Widział o tym, że jest teraz w stanie zniszczyć potęgę króla jak i samemu przypłacić głową, uprzednio będąc poćwiartowanym i oberwanym z mięsa do żywej kości.
- Pewnego dnia słonecznego
Przybył wiedźmin z daleka
Zastał los i króla w duszy kalekiego
Bo córce dał zbyt dużo mleka

Sala wybuchła gromkim śmiechem, przetaczając się wesołości widzieli nieliczni, iż jest teraz wściekły i gotów rozsadzić Jaskiera. Mimo to bard kontynuował
-Mimo iż Adda, córka była piękna
Ożeniła się z księciem z Kaedwen była
Urodą on nie grzeszył, to prawda
Lecz czyny wskazywały, iż to osoba zaradna

Ponownie po Sali przetoczył się gromki śmiech i ponownie Foltest był na granicy wybuchu i nakazania wzięcia poety do loszku i tam przeprowadzenia z nim kilku rozmów sam na sam. Przy czym te sam na sam by go bardzo bolało. Trwało by długo. Byłoby nieprzyjemnie. Dla Jaskra.
-Przybył też dano, za radą wiedźmin prędko
Gdy królestwo się paliło i Sco’iatel komanda
Dobywało mieczy, łuków miękko
Posłuchał on rady wiedźmińskiej i jego dyktanda

Tłum spoważniał, a trubadur powiedział te słowa ballady dość ponurym głosem i nie było w niej krzty wesołości. Foltest miał już oczy na orbitach. Jaskier wyczuwał to i rozglądał się, dyskretnie, powoli, delikatnie. Sprawiał wrażenie, iż patrzy po prostu na gości i poniekąd było to prawdą. Poniekąd. Szukał pewnej osoby, konkretnej ale o tym wiedział tylko on i ta osoba. Spóźniała się czy idealnie wpasowała w tłum? Tak czy inaczej, teraz było za późno, gra się zaczęła i pionki na szachownicy rozstawione, oby tylko nie szachował króla zbyt szybko.
- Mideave z Keadwen była pięknej karnacji
Nigdzie takiej nie znajdziesz w innej nacji
Jest piękną księżniczką, dzieckiem przeznaczenia
Wiedźminowi Adda go obiecała do przeniesienia

Koniec, wyzwanie rzucone, słowa poszły w ruch. Bard zagrał niespokojnie podnosząc dramatyzm, poniekąd słusznie bo Foltest nadał rozkaz ręką dla strażników, by uciszyli barda i zapewne zawlekli go do lochu. Nie byłoby to niczym niezwykłym. Królowie byli do podzielenia na trzy typy. Miłych, niemiłych i nienawidzonych. Ci mili posiadali chętne córki z którymi Jaskier mógł pójść do łóżka, ci niemili nie posiadali córek, a ci znienawidzeni posiadali paragrafy polityczne. Czyli jak każdy król. Jaskier lubił i nienawidził króli równocześnie. Gdy strażnicy pochwycili trubadura chwilę później, przerywając jego grę ktoś nagle wstał i rzekł czystym, spokojnym głosem:
-Bard prawdę mówi królu Folteście. Obiecała Adda to co zastanie w domu po powrocie, a czego się nie spodziewa - Odrzekł ktoś i momentalna cała zawierucha i słowa „Skandal”, „Tak być nie może”, „Toż to sam Mistrz Jaskier!” ucichła.
-Kto śmie…- Rzekł doniośle i wyraźnie król Temerii i natychmiast osoba popełniła kolejny błąd wtrącając mu się w słowo
- Ja śmiem. Ten, któremu dziecko przeznaczenia było ofiarowane jako przyrzeczenie i podzięka za to co zrobiłem dla Addy, ponownie.- odrzekł spokojnie nieznajomy. Nieliczni, będący na tyle blisko bo cokolwiek zobaczyć widzieli mężczyznę w białych włosach. To pierwsze co się rzucało w oczy, druga rzecz to były blizny na jego twarzy i cień, cień śmierci i przelanej krwi. Nieznajomy kontynuował- A wy panie, zgodziliście się i daliście ku temu swoją zgodę wyrażoną nie pod presją, lecz zgodnie z zasadami Prawa Niespodzianki. Dziewczynka zatem należy do wiedźminów, będzie szkolona i zostanie wiedźminem.
- Kimżeś jest, przybłędo?- odpowiedział kpiąco król- Dlaczego mam niby nie dać Ciebie do lochu razem z tym bardem i nie dać wam kazi zaznać?
Nieznajomy wstał i ściągnął płaszcz podróżny i odrzucił kaptur, który do tej pory skrywał go i jego twarz. Widać było medalion wilka
-Jam jest Geralt z Rivii, wiedźmin. Przybyłem po Dziecko Niespodziankę.
-Ty…Ty żyjesz?- Władca Temerii był wyraźnie zaskoczony – Wiele osób zdaje mi się zobaczyć ale zawsze wiem o nich, zanim oni w ogóle o tym pomyślą. Masz broń?- Pytanie zostało zadane dość zimnym tonem głosu.
-To bez znaczenia. Przeznaczenie tak chciało, a nie inaczej. Jak widzisz, zamachowiec by nie wiedział nawet o tym, że ty nie wiesz. A gdyby tak się stało? Ja nie mam wrogich zamiarów, przybyłem po Dziecko Niespodziankę i z radą. Jeżeli chcesz Panie igrać z przeznaczeniem to niechaj tak będzie ale wiedz, że przez to możesz upaść, tak samo jak królestwo i wasza linia, a tego byśmy nie chcieli
-Niby jak? Jakim cudem mój ród miałby paść? – Król parsknął śmiechem- Nie ma możliwości, żeby…
-Nie ma? – odrzekł wiedźmini uśmiechnął się okropnie. Ludzie patrzyli się tylko to na króla to na wiedźmina w milczeniu. Nawet Jaskier siedział wyjątkowo cicho, jak nigdy.- A gdyby Królowa Adda zgubiła gdzieś inkaust? Raz to już zrobiła podobno, a gdyby jakiś potwór na zamku był i zabił jej męża oraz ojca? Nie, nie grożę, po prostu wiem jakie perfidne potrafi być przeznaczenie.
Tłum rozstąpił się. Tworząc szczelny korytarz łączący się jedną, jedyną ścieżkę, ścieżkę między wiedźminem, a królem, pomiędzy Geraltem, a Foltestem.
-Sukinsynu…- wyszeptał król i mimo tylu osób, każdy, każda jedna osoba o tym wiedziała, zarówno Duncan Luevaarden, kupiec, jak i Talar, miejscowy szpieg o którym to wszyscy możni wiedzieli. Król westchnął i skinął głową.
- Wygrałeś Biały Wilku, wygrałeś. Dostaniesz moją wnuczkę. Zostanie ona wyszkolona na wiedźmina, jeśli takie jej przeznaczenie. Tako rzekła moja córka, a ja się na to istotnie zgodziłem ale wiedz, że nie jesteś tutaj więcej mile widziany, a ni tutaj na zamku ani w Wyzimie ani w Temerii i nie będzie także mile widziany twój przyjaciel, Jaskier, on także opuści to miejsce, z Tobą. Zastrzegam też, że jeżeli cokolwiek się jej stanie, a ty będziesz tego bezpośrednią przyczyną…
-Królu, ależ nie negocjujmy się bo to nie ma sensu. Gdy tylko wezmę dziecko, opuścimy Temerię i nigdy więcej tutaj nie wrócimy, a wasza wnuczka będzie bezpieczna i doskonale wyszkolona i ona będzie w stanie sprostać i sobie poradzić ze wszystkim – Po tych słowach wstał i ruszył do wyjścia. Jaskier wyszarpał się strażnikom z obrażoną miną i ruszył do Geralta pospiesznym krokiem, przerzucając lutnię przez ramię. Gdy stali już u drzwi Król Foltest, władca Temerii zadał pytanie:
-Czy będę mógł spotkać się ze swoją wnuczką? Kiedykolwiek? Czy mam odpuścić? Wiedźminie?.
- Nie, nie szukajcie jej Panie, tak będzie lepiej zarówno dla niej jak i dla was jak i dla tronu. Co by się stało, gdyby jakiś parszywy odmieniec chciał pretendować do tronu? Rościł sobie do niego prawa? – odpowiedział Geralt nie odwracając głowy i pchnął masywne drzwi. Wyszedł

trzy godziny później, noc, podgrodzie Wyzimy


-Geralt, czy ty wiesz co zrobiłeś? – Zapytał się Jaskier swego towarzysza wiozącego ledwie trzyletnią dziewczynkę oszołomioną znakami.
- Oświeć mnie bo nie wiem
- Sprowadziłeś na siebie i na nas gniew potężnego człowieka. Wiesz, że ona została już wydana za księcia Redanie, który ma może pięć lat? Wiesz, że nim się obejrzysz będzie za nami połowa Tremerskiego wywiadu i cholera wie czy konnica nie będzie ciągnąć z odsieczą? – Zapytał ze strachem w głosie bard
- Zdaję sobie z ego sprawę. Choć może tylko ty przesadzasz? Może nie będzie tak źle? Ostatecznie Foltest zgodził się i bez problemów poszło…
-Nie bądź naiwny, Gerlat do cholery, a co on miał niby zrobić? Co? Kazać pojmać nas i do lochu wsadzić? I zorganizować Wyzimskiego Kujawiaka? Czy jak? Tam byli wpływowi ludzie, musiał się zgodzić bo każdy zna historię, okoliczności w jakich Adda złożyła przysięgę. Każdy, ja ty, oni, Geralt, będą nas ścigać, aż do granic Tremerii, a później, cholera, później reszta. Keadwen też ruszy, przecież to także ich królowa!
-Jaskier…
-Co?
-Przestań pieprzyć
-No tak- trząchnął się bard- Teraz to przestań pieprzyć, a jak dojdzie co do czego to będziesz myślał jak uniknąć kłopotów, jak ich oszukać i wykiwać. Jak ominąć. Widziałeś Addę, jak płakała i złorzeczyła? Tobie Geralt, Tobie. Jak nas złapią będziesz wisiał. A ja razem z Tobą.
Jechali dalej w milczeniu. Księżyc świecił jasno, była pełnia, a droga prezentowała się całkiem nieźle i widać było wszystko, na tyle by jechać. Płotka była gotowa do biegu, Triss uprzednio napoiła go jakimiś specyfikami. Nie czuła zmęczenia, gdyby chciał i w razie czego mógłby pojechać galopem przed siebie, szybciej niż wiatr. Nikt by go nie dogonił. Chyba, że strzała. Nagle jakiś ruch.
-Jaskier, tam, po lewej. Trzech na koniach
- No to i mamy kolegów, którzy nam zapewnią atrakcję. Na pewno po autograf przybyli, bo po cóżby innego i to w zbrojach! Rycerze! Geralt, całe rycerstwo jest zainspirowane Tobą i Twoimi działaniami i metodami walki!. Gdy podjechali bliżej zobaczyli trzech jeźdźców. Faktycznie, byli ubrani w ciężkie pancerze, ale tylko dwoje, trzeci był wyposażony w skórznie. To był Talar:
-Widzisz wiedźminie – rzekł Talar, gdy ci podjechali bliżej- Wiesz, że jestem naczelnym szpiegiem Temerii, a wszyscy którzy tu są w tym państwie, SA jakby to powiedzieć… Pod moją specjalną opieką
- Nie da się ukryć. Trochę mało ludzi masz jak na odbijanie dziewczynki
-Tak, to prawda, jak na odbijanie dziewczynki z rąk legendarnego już wiedźmina. – rzekł Talar- Jednak nie musimy walczyć. Możemy ale nie musimy
-Pieniędzy nie chcę- rzucił krótko wiedźmin na koniu.
- Wiem o tym, dlatego nawet się nie fatygowałem – odpowiedział zimno Talar- Czy ty myślisz, że nikt tutaj nie popiera Ciebie albo nie rości sobie praw? Czy wiesz, jak uraziłeś Foltesta? Nie mogłeś po ludzku przyjść do niego? Teraz mnie posłuchaj. On Ciebie lubi, nie zostaniesz powieszony ale też i na nagrodę nie masz co liczyć. - rzekł do wiedźmina szpieg, pomijając wyraźnie osobę w postaci Jaskra – Teraz posłuchaj mnie uważnie. Ludzie z Keadwen nie są tacy mili jak my i nie zrobiłeś tyle dla nich co dla nas, a my nie zapominamy dobrych uczynków. Za zakrętem jest skrzyżowanie, powinieneś jechać na lewo, jednak nie pojedziesz
-Nie pojadę?- odrzekł wiedźmin spokojnym tonem, jakby rozmawiali o herbacie
- Nie pojedziesz bo tam już jest Ufgar Fillieppe, nieprzyjemny typ, wraz zabójcami. Zgadnij w jakim celu? Pojedziesz w prawo, my zadbamy o to, żeby się nie nudzili i nie wpadli przypadkiem na głupi pomysł szukania was gdzie indziej
-Dlaczego Panie Dukacie?- Zapytał Jaskier
- Bo on mi kiedyś ocalił skórę to raz, bo jesteśmy mu to winni to dwa, a po trzecie, nie zwracaj się do mnie po nazwisku bo będę musiał Ciebie obwieścić. Za zdradę stanu. Jasne? – bard tylko skinął głową na słowa szpiega-[i] To teraz ruszajcie i bezpiecznej drogi. Do Temerii możecie przyjechać dopiero za jakiś czas, Dłuższy.
-Dzięki Talar, nie każdy wykazuje się taką pamięcią i przyzwoitością – rzekł Wiedźmin i uniósł dłoń ku górze w geście pozdrowienia.
- Tak, to prawda. Ja jestem jednak z tych nielicznych – Uśmiechnął się i także pozdrowił obu jeźdźców ręką po czym odjechał.
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.

Ostatnio edytowane przez one_worm : 15-03-2011 o 18:15. Powód: dwa posty bo w jeden się nie mieści
one_worm jest offline  
Stary 15-03-2011, 18:15   #2
 
one_worm's Avatar
 
Dwa tygodnie później Kaer Moren, pierwsze śniegi

-To ona? Królewna? Mideave z Keadwen? - Kobiecy głos zadał pytanie
-Tak, dziecinko- Odpowiedział mu inny męski
- Ależ… to dziewczynka! Ona nie może? Przecież jest szkoła, nie przez mutageny, nie zgodzę się – powiedziała ponownie kobieta.
- Ale to dziecko przeznaczenia. Tak, to jest właśnie to dziecko. Drugie. Wiesz co się stało z jego pierwszym, nie robisz tego dla mnie czy z ciekawości ale dla niego! – zaoponował męski głos
-No nie wiem… Mutageny były podawane tylko i wyłącznie chłopcom., nigdy dziewczynkom, nie wiemy czy podziała! Może nawet ją zabić! A może ona przejawiać magiczne właściwości, wtedy tylko i wyłącznie może trafić do…
- Wiesz, że przejawia na tyle, by złożyć znak bo już ją testowałaś! Obiecałaś, że nam pomożesz dziecinko w zamian za nasze sekrety. Zgodziliśmy się. Dasz radę dziecinko, ona też. – Po tych słowach dziecko poruszyło się. Łańcuchy poruszyły się wydając charakterystyczne dźwięk:
-Gdzie... Gdzie ja jestem?- zapytało się dziecko. To było jej pierwsze pytanie, pierwsza reakcja poza płaczem i wzywaniem matki na pomoc i zawiadamianiu całego świata, że tylko i wyłącznie zje, jak ją zobaczy
-Ona nie jadła Vessemirze, nie jadła od dwóch tygodni! Jest za słaba na to!
- Triss, dziecinko, zrobisz to ze mną albo zrobię to sam. A wiesz, że do przeprowadzenia mutacji potrzeba maga, który zna arkana w stopniu co najmniej arcymistrza. Dlatego pomóż mi bo ja się nie cofnę i nie mogę tego uczynić. Nie mogę bo to dziecko przeznaczenia. .
Kobieta nazwana Triss westchnęła ciężko. Nagle coś popłynęło do gardła, jedno, drugie albo i trzecie. Wstrętne w smaku i zmuszenie do napicia się... Ból. Ogromy ból, przeszedł przez ciało dziewczynki, spazmem rzuciła się na kamień do którego była przykuta, ból nie do opisania. Wtedy nastąpiła cisza. Później znowu ból. Słowa. Tak, pojedyncze słowa dochodziło do niej „Tracimy ją”, „Nie przeżyje nawet kilku chwil!”. Całość trwała dzień, może dwa. Ból to jest wspomnienie jakie towarzyszy każdemu wiedźminowi, prawie każdemu. Jakiś czas później pomiędzy kolejnymi dawkami bólu i nawoływaniami w spazmach i rzucaniu się po całym łóżku skalnym usłyszała głos kobiety. Tej samej, na pewno tej samej:
-To niesamowite! Spójrz! To niewiarygodne! Ona żyje, jej włosy… wołaj Geralta. Wołaj go, ona ma białe włosy. Później była ciemność.

-Kim jesteście? – to pytanie padło z ust małej dziewczynki. Wszyscy milczeli, jednak nie całość się udała. Była wiedźminem. Jak oni. Pamiętała jednak matkę.
- Moja mama… Wiem, że ma na imię Adda, chcę do mamy – odrzekła kategorycznie obwieszczając swe żądanie. Wszyscy siedzieli cicho i w konsternacji, zarówno Labert jak i Eskel. Triss i Vessemir siedzieli rzucając sobie na wzajem wściekłe spojrzenia, jakby oskarżając się nawzajem dlaczego ona pamięta. Jedyna osoba, która się uśmiechała to był Geralt. Ile pamięta?
- Dziewczynko, a kim jest Twoja mama i gdzie mieszka? – rzekła zatroskanym głosem Triss
- Moja mam jest Keadwen i ,ma na imię Adda. Jest bardzo ważna, na pewno. Na pewno jest silna i lubi jeść tatar. Ja chcę do mamy- obwieściła całemu światu dziewczynka. Triss spojrzała się na zebranych wiedźminów z pewną dozą pogardy. Wszyscy zachowali milczenie.
-Czy będzie pamiętać?- Zapytał się Vessemir
-Nie wiem- odpowiedziała Triss.- Pojęcia nie mam bo i skąd? Nie ma ani jednego zapisu, ani jednego, nie ma choćby wzmianki, owszem, powinna nie pamiętać, powinna mieć czarną dziurę w głowie i to wszystko. Jednak jak widzisz tak nie jest. Czy to się zmieni? Nie wiem- Czarodziejka usiadła zrezygnowana na krześle i wsparła się obiema rękoma, łapiąc się równocześnie za głowę. Ktoś wstał, dziewczynka spojrzała się na tę osobę, która wstała:
- Ty! Zabierz mnie do mamy!- Powiedziała wskazując na Geralta
-Do mamy mówisz… nie mogę Ciebie tam zabrać, do niej. Przynajmniej nie teraz. Mam dla Ciebie propozycję- uklękną przy niej, złapał ją za rękę- Jeżeli będziesz grzeczna, a śniegi stopnieją to wtedy zabiorę Ciebie do mamy. Może być?
Dziewczynka zamyśliła się. W końcu potrząsnęła główką i pozwoliła, by burza jej włosów potrząsnęła się razem z jej głową.
- To może najpierw coś zjem…- Powiedziała słabym głosem. Wszyscy spojrzeli się na uśmiechającego się Geralta i jego sukces pedagogiczny. Cała sala wybuchła śmiechem, jakby świętując w ten sposób chęć dziecka do jedzenia. A dziewczynka jadła. Mideave z Keadwen nie wiedziała jeszcze, jaki los ją czeka. Tak czy inaczej przytuliła Geralta, a on ją. Powoli z dnia na dzień coraz bardziej ufała tym ludziom, z każdym dniem coraz bardziej. W końcu nastąpiły roztopy.
-Nie, ja nie chcę!- Rzekła obrażona dziewczynka idąc przez dziedziniec zamku, krzyżując równocześnie ręce na piersi
- Obiecałem Tobie, a ty chciałaś… – odpowiedział spokojnie Geralt kończąc przymocowywać juki. Dziewczynka zaklęła
-Damie nie przystoi takiego słownictwa używać.- odrzekł chłodno Geralt- Sama mówiłaś dwa miesiące temu, że nie chcesz tu być
-Bo wtedy nie chciała i nie było fajnie. Teraz jest fajnie, teraz mi się podoba i lubię nawet Lamberta i jak się kłóci z Panią Triss. Wtedy jest zabawnie, albo jak Eskel robi jedzenie, to ja też bardzo lubię.
Białemu Wilkowi spadł zapasowy miecz, który montował w jukach, tak na wszelki wypadek.
- Co ci smakuje? Jego jedzenie? – Wiedźmin zagwizdał z wrażenia
- Tak, robi bardzo dobre, szczególnie sos, którego wy nie lubicie
-No dobrze… Czyli teraz chcesz zostać i szkolić się i miecze ci się podobają… A kiedy zmienisz znowu zdanie? Ponownie? – rzekł wiedźmin
-Nigdy!- wykrzyknęła dziewczynka tuląc się do wiedźmina
-I obiecujesz, że nie pobijesz tego chłopca, Suira jak ostatnio?
- Ale to on zaczął, mówił do mnie takimi rzeczami, że też byś się obraził! I to z kartki jeszcze!
-Jak to z kartki? – Zainteresował się sprawą wiedźmin
- Najzwyczajniej w świecie! Chodził i powtarzał jakieś brzydkie słowa… no na przykład Do’ihn czy jakoś tak
Wiedźmin zaśmiał się, śmiał się, do rozpuku, pobliskie ptactwo tylko poderwało się do lotu w słoneczne niebo nad Wiedźmińskim Siedliszczem
-Starsza mowa! – odpowiedział dziewczynce Geralt- To była starsza mowa, on powtarzał wyrazy i uczył się języka!
-A to nie było przeklinanie na mnie? –Upewniła się dziewczynka
-Nie, nie było, to była po prostu starsza mowa- uśmiechnął się wiedźmin
-Aha. To i tak go nie lubię bo jest głupi ale jak tak to go nie będę biła. Gelrat?
-Mhm?
-Co to jest za starsza mowa?
- Nauczysz się, przynajmniej podstaw ale się nauczysz. Triss postawiła sobie za punkt honoru wykształcenia Ciebie na prawdziwą damę. Zresztą zobaczysz, bo zostajesz
- Taaaak, dziękuję Gelrat – po tych słowach przytuliła go mocno, a on ją.

Wiedźmińskie Siedliszcze, dwanaście lat później


-Piruet, Parada, Sinister. Piruet, czy ty wiesz jak wygląda Piruet dziewczyno? Czy może nie wiesz? Geralt w Twoim wieku nie takie cuda robił- krzyczał Lambert, mało blizna mu się nie rozeszła na twarzy
- Gelrat nie miał cycków! A ja mam! Wiesz jak to przeszkadza, kiedy chcesz się obrócić w piruecie? – rzekła zła jak osa dziewczyna. Mideave została hojnie obdarzona przez naturę biustem. Na tyle, żeby jej to przeszkadzało w walce.
- Co przeszkadza? Cycki? Niby czym? Ty obracasz się na nogach, nie na cyckach! Chyba, że o czymś nie wiem! Jeszcze raz, piruet… no żesz taka jej mać! Potrafisz się obracać? Potrafisz? To czemu nie przenosisz ciężaru ciała na lewą nogę? Bo co, boisz się, że spadniesz?
-Nie, bo chodzi o to, że…
-Że Geralt nie miał cycków! Przenieś ciężar na lewą nogę, nic ci się nie stanie Anie nie odpadnie!.
Byli wściekli. Oboje. Mideave miała dość Lamberta i jego pokrzykiwań, nie rozumiał jej bo był facetem. Dość szybko wytłumaczono jej na czym polega różnica między chłopcami, a dziewczynkami. Lambert zdawał się nie wiedzieć co to znaczy, mieć piersi i jak potrafią ona zasłonić widok, no tak, ale co się spodziewać po kimś, kto przy odchyleni w tył widzi co się przed nim dzieje, a nie swoje własne cycki.
- No żesz dość, dość na dziś, na teraz, pora obiadowa, idź coś zjedz i odpocznij. Po obiedzie ćwiczymy dalej. Czego ci te cycki niby przeszkadzają? Paradę robisz znakomicie, Sinister także, czemu nie chcesz tego piruetu cholernego zrobić jak się należy? Bez odchylenia robisz idealnie, zrozum, że jeżeli nie zrobisz tego w ten sposób to czyjś miecz, może uciąć Tobie głowę.
- Tak, ale gdyby coś tam było to wtedy
- Dlatego masz oczy, żeby zobaczyć czy czegoś nie ma tam! Zresztą, nawet gdyby była dziura, to lepiej skończyć bez głowy, czy ze skręconą kostką i martwym przeciwnikiem u stóp? A nogę wyleczysz, głowy nie przyszyjesz.
Odeszła od niego mamrocząc coś pod nosem, mając dość Lamberta i jego zarozumiałości. Nie rozumiał jej ale Geralt, Eskel. Czemu wszyscy nie lubili jedzenia, które przygotowywał Eskel? Umiał gotować i do tego jego sosy. Ona była jedyną która lubiła jego potrawy i Eskela, a on lubił ją.
Podeszła do studni. Młoda adeptka wiedźmińskiego fachu stanęła przy studni, słońce prażyło, była całą mokra od potu. Marzyła o kąpieli, o napiciu się i o jedzeniu. Dziś gotował Suir, uczeń Triss. Mideave poprawiła miecze na plecach, poprawiła swoją skórznie i schyliła się po wiadro, zrzuciła je na dół studni i zaczęła kręcić kołowrotkiem wydobywając wodę. Pierwsze co zrobiła to wylała na siebie prawie całą zawartość. Lodowata woda Kaer Kohren działała pobudzająco i zabierała zmęczenie i senność z miejsca. To co zostało we wiadrze wypiła. Ponowie zanurzyła wiadro i wyciągnęła je pełne wody. Wtedy nadszedł Suir:
- O! Widzę, że wiodę nosisz, daj pomogę
- Odejdź Suir, nie trzeba mi pomagać, dam sobie radę
Mimo zapewnień i tak chwycił za rączkę wiadra i pociągnął je do siebie. Problem był taki, że ty go nie puściłaś i w efekcie wiadro zabujało się i rozlało całą wodę…
- To, że ja chciałam się schłodzić i na siebie wylałam odrobinę wody, nie znaczy, że chciałam się kapać! – krzyknęłaś widząc morką siebie oraz mokre plamy dookoła dziedzińca przy studni.
- Ale ja pomóc chciałem, bo to wiadro ciężkie jest –odrzekł, także już mokry adept sztuk. Staliście w milczeniu, ty mierząc go wściekłym spojrzeniem, a on przepraszającym wzrokiem patrzył się w ziemię.
- Triss, zawsze mówiła, że trzeba…
-No nie zawsze!- Niemalże krzyknęłaś O co ci chodzi Suir? Daj mi spokój, jestem głodna, zła i mokra i nie mam ochoty na żarty, daj mi spokój człowieku! – odpowiedziałaś zgodnie z prawdę
- To ja może… ja znam zaklęcie, ja… przynajmniej mokrzy nie będziemy…
Nim zdążyłaś zaprotestować, on zebrał energię, czyniąc tajemne gesty, nim zdążyłaś zareagować, on recytował jakieś zaklęcie. Ostatnie co przyszło Tobie do głowy to złe przeczucia, które Ciebie ogarnęły na myśl o jego czarowaniu i czarach w ogóle. Przeczuwałaś dobrze, nagle poczułaś najpierw ciepło, później gorąco, a później dym… ze zbroi! Dymiłaś się, on też!
-O cholera… – to było co wypowiedział zanim z głośnym trzaskiem zjawiła się Triss
- Tutaj jesteście moje – zaczęła wesoło. Chwile zajęło jej dojście po kolej co się dzieje i dlaczego się dymicie..- Suir ty ośle! Trąd, zaraza, cholera i syfilis! Chciałeś was spalić żywcem? – krzyknęła w wybuchu emocji i gniewu- Czemu się zgodziłaś w ogóle? – powiedziała do Ciebie z pretensją w głosie- Za karę przez tydzień szorujesz naczynia… ręcznie, bez magii… no żeby tak cię poskręcało – Triss była wściekła ale przynajmniej Tobie odpadnie mycie naczyń. Dziś po południ zaczynała się nowa kolejka w grafiku. Uśmiechnęłaś się pod nosem.
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.

Ostatnio edytowane przez one_worm : 15-03-2011 o 19:51.
one_worm jest offline  
Stary 15-03-2011, 20:59   #3
 
Erissa's Avatar
 
Ciepło. Gorąco. Upał. Skwar. Żar bijący z nieba… Jakich jeszcze określeń można było użyć, by opisać ten dzień? Mideave zlana potem stała w pełnym słońcu na dziedzińcu po raz tysięczny ćwicząc jedną i tą samą kombinację ruchów, miała serdecznie dość, a w myślach nie znajdowała już przekleństw, którymi siarczyście obdarzała zarówno nauczyciela jak i cholerną pogodę. Wzięła głęboki oddech i łapiąc mocniej miecz powtórzyła wszystko nieco wolniej, lecz, przynajmniej jak jej się wydawało, dokładniej. Nie musiała patrzeć na Lamberta, jego głos, sam ton wskazywał, że było źle, bardzo źle. Zrezygnowanym gestem popatrzyła w niebo i westchnęła głęboko „Bo Geralt to, Geralt tamto… A weź sobie idź do Geralta i daj mi spokój do jasnej, prażącej na tym zasranym upale cholery!”. Tak, miała to na końcu języka, ale powstrzymała się ostatkiem sił, nie miała ochoty za bezczelność biegać dodatkowego kółka jak ostatnim razem, nie w tym skwarze. Słysząc jego „błyskotliwy” wywód na temat piersi zaśmiała się tylko sarkastycznie:
- Więc jeśli jesteśmy tutaj, żeby rozmawiać o moich cyckach to… - skrzywiła się – A, szlag niech to wszystko! – burknęła i wróciła do ćwiczeń
Słońce nie dawało jednak za wygraną, było południe, a dziewczynie wydawało się, że na kamieniach spokojnie mogłaby usmażyć nie tylko jajka, ale i upiec pokaźnego kurczaka. Otarła czoło wierzchem dłoni
- No żesz dość, dość na dziś, na teraz, pora obiadowa, idź coś zjedz i odpocznij. Po obiedzie ćwiczymy dalej. Czego ci te cycki niby przeszkadzają? Paradę robisz znakomicie, Sinister także, czemu nie chcesz tego piruetu cholernego zrobić jak się należy? Bez odchylenia robisz idealnie, zrozum, że jeżeli nie zrobisz tego w ten sposób to czyjś miecz, może uciąć Tobie głowę.
Tylko na to czekała, koniec katorgi. Miała nadzieję, że po obiedzie Lambert będzie w lepszym humorze, bo jeśli tak dalej pójdzie to pozabijają się, on ją uszczypliwymi uwagami, a ona jego swoją ironią. Wsadziła miecz do pochwy i wolnym krokiem powlekła się w stronę studni starając się w miarę możliwości chować w cieniu
- Wooooody… - jęknęła cicho wrzucając wiadro i kręcąc kołowrotem
Na samą myśl o obiedzie poczuła jak kiszki skręcają się z głodu, szkoda tylko, że nie miała nawet co liczyć na kulinarne popisy Eskela. Uśmiechnęła się na samą myśl o jego sosie. Jak inni mogli go nie znosić? Oto jest pytanie! Cóż, na prawdziwym kunszcie trzeba się poznać, a niestety nie każdy ma do tego talent. Wzięła napełnione już po brzegi wiadro i powoli wylała na siebie część jego zawartości. Po jej ciele przeszedł miły dreszcz, poczuła jak wracają jej siły i chęć do dalszego działania. Z błogim uśmiechem wypiła resztę wody i ponownie wrzuciła wiadro, by nabrać jej jeszcze trochę. Dziś obiad miał gotować Suir… na sam dźwięk tego imienia jej dobry humor prysł jak mydlana bańka. Można go było określić jednym słowem: bufon. Zwykły, stereotypowy, przemądrzały BUFON. Westchnęła i wyciągnęła wiadro
- O! Widzę, że wodę nosisz, daj pomogę – usłyszała wesoły głos gdzieś za sobą
Zakrztusiła się i popatrzyła w jego stronę. Wywołała wilka z lasu… Trzeba było się ewakuować. Gdziekolwiek. Jakkolwiek. SZYBKO! Rozglądnęła się dookoła szukając ratunku:
- Odejdź Suir, nie trzeba mi pomagać, dam sobie radę – prychnęła
Zamierzała już rzucić się do ucieczki (tak, to był jedyny przeciwnik, który w młodej wiedźmince wywoływał nagłą potrzebę brania nóg za pas), gdy nagle poczuła jak chłopak łapie na ucho wiadra i ciągnie w swoją stronę. „Poszedł ty ośle permanentny” powiedziała w myślach nie puszczając. Niestety, nie pomyślała o jednej rzeczy; zazwyczaj, nawet wiedźminowi nie udaje się łamać podstawowych praw fizyki. Zdała sobie z tego sprawę dopiero, gdy cała była mokra; białe włosy smętnie lepiły się do twarzy, z ubrania ściekały strużki wody, a dookoła widniało pełno kałuż
- Tyyyy…MATOLE! – krzyknęła w furii - To, że ja chciałam się schłodzić i na siebie wylałam odrobinę wody, nie znaczy, że chciałam się kapać!
Złapała mocniej wiadro z nieokreślonym jeszcze zamiarem wsadzenia mu go na głowę czy przywalenia w brzuch, jednak powstrzymała się widząc jego minę. Również był cały mokry, z zakłopotaniem grzebał stopą w ziemi, mimo wszystko nie miała ochoty słuchać go więcej. Nigdy więcej kiedykolwiek.
- Triss, zawsze mówiła, że trzeba… - wydukał
- No nie zawsze!- zatrzymała się wpół kroku - O co ci chodzi Suir? Daj mi spokój, jestem głodna, zła i mokra i nie mam ochoty na żarty, daj mi spokój człowieku! – nie znajdowała już słów by przemówić mu do rozsądku, czy aż tak ciężko było zrozumieć, że jego towarzystwo nie było dla niej miłe?
- To ja może… ja znam zaklęcie, ja… przynajmniej mokrzy nie będziemy… - mamrotał dalej
Jej oczy otworzyły się szeroko, uniosła rękę, by go powstrzymać, by zrobić cokolwiek, nie pozwolić na tego typu rzeczy, normalnym bowiem było, że chciała jeszcze trochę pożyć, a on i magia stanowili… wybuchowo – niebezpieczne połączenie. Adept już jednak przystąpił do dzieła. Najpierw ogarnęło ją ciepło. Cóż, najprawdopodobniej to słońce w jakiś sposób zaczęło grzać mocniej, nic takiego. Później gorąco. Tak, to z pewnością słońce, tylko i wyłącznie. Wreszcie… dym!... A to już słońcem być nie mogło…
- IDIOTA, MATOŁ, OSIOŁ, GŁUPOL! – wyrzuciła z siebie wiązankę wyzwisk starając się gasić ubranie
Cichy odgłos oznaczał najprawdopodobniej pojawienie się Triss, lecz dziewczyna nie zwracała nawet na to uwagi zbyt zajęta ratowaniem skórzni i swojego ciała przed poparzeniem. Słyszała tylko jak czarodziejka zbluzgała młodego maga. Nagle poczuła zimny powiew, chłód, a dym zniknął. Odetchnęła z ulgą oglądając nadpalony kawałek materiału
- Czemu się zgodziłaś w ogóle? –nagle zapytała z pretensją
- Ja… - chciała powiedzieć coś na swoją obronę, lecz nim zdążyła cokolwiek wykrztusić Triss znowu przemówiła
- Za karę przez tydzień szorujesz naczynia… ręcznie, bez magii… no żeby tak cię poskręcało –rzuciła
Mideave popatrzyła na niego, minę miał nietęgą, cóż, mimo wszystko nie pierwszy raz był przyczyną ich wspólnych kłopotów. Na chwilę spojrzenie dziewczyny skrzyżowało się ze wzrokiem Suira, wyczytała z jego oczu tylko „Przepraszam”, lecz ona sama czuła tak wielką satysfakcję, że nie potrafiła obrócić tego w niepamięć
- Dziękuję za odciążenie mnie z zająć – uśmiechnęła się złośliwie – To chyba najlepsze zaklęcie jakiego kiedykolwiek użyłeś i zdecydowanie jedyne, które miało dobry, zamierzony skutek – syknęła mu niemal prosto do ucha i ruszyła przed siebie

***

Kamienne ściany jej pokoju dawały przyjemny chłód. Podeszła do łóżka i zwaliła się na nie jak kłoda, przymknęła oczy i przywołała z pamięci wspomnienia z dzieciństwa, które zawsze pozwalały się jej zrelaksować, zapomnieć o złości. Geralt… kiedy pierwszy raz go zobaczyła miała może trzy lata? To był jej zdaniem ideał, wszyscy dawali jej go za przykład, ale ona sama podziwiała białowłosego mimo wszystko, uwielbiała przebywać w jego towarzystwie, wsłuchiwać się w ton jego głosu, kochała przechadzać się z nim…kochała… uśmiechnęła się lekko nie otwierając oczu. Gdyby nie on… Jej marzenia przerwał gwałtowny trzask dochodzący z kuchni:
- Niech go szlag – powiedziała do siebie – Przysmażyłby się raz to byłby spokój, a nie chodzi i dla innych zagrożenie stwarza. Swoją drogą, jeśli taki z niego szkodnik…a wiedźmini mają zwalczać zagrożenie… To może… - po jej twarzy przemknął złowrogi uśmiech – Chcesz wojny Suir? Proszę bardzo! – zaśmiała się

***

Kuchnię stanowiło średniej wielkości pomieszczenie pełne kotłów, garnków i przeróżnych innych naczyń, na długim stole po środku stały poustawiane potrawy na dzisiejszy obiad; kurczak, jakieś warzywa i słodki sos z owocami na deser. Wiedźminka rozglądnęła się uważnie dookoła sprawdzając czy nikogo nie ma i kilkoma susami znalazła się przy jedzeniu. Wyglądało bardzo smacznie, trzeba mu było niestety to przyznać, ale już niedługo. Znowu się uśmiechnęła. Powoli podeszła do miski, w której stały jajka, nonszalanckim ruchem uderzyła jednym z nich w brzeg talerza, zawartość wylała do środka kurczaka, łupkę zaś dorzuciła do sałatki, powtórzyła to jeszcze kilka razy. Później złapała garść popiołu i dosypała go do specyfiku, którym zwykli myć naczynia, Triss będzie wściekła! Wreszcie popatrzyła na sos i zamyśliła się na chwilę, jej wszelkie pomysły krążyły wokół tego jak jeszcze „poprawić” sytuację maga. Nagle koło jej nogi przebiegło coś małego, puszystego i szybkiego… Mideave zaśmiała się wymownie patrząc na deser…

***

- I tak właśnie nasz Suir o mało nie spalił Mideave! – Triss zakończyła opowieść, wszyscy siedzący przy stole zaśmiali się gromko
- No, ale koniec wesołości, czas na obiad, bo konam z głodu! – zawołał Lambert łapiąc za udko kurczaka i pakując je sobie do ust
Nagle na jego twarzy pojawił się nieokreślony grymas
- Dlaczego to jest takie… oślizgłe? – z obrzydzeniem odłożył mięso na talerz – Tfuj… - splunął
- Nie przesadzaj, Suir może nie jest mistrzem kuchni, ale się starał – Triss spróbowała sałatki
Przeżuwała powoli, sekundy niemal przeistaczały się w minuty, wszyscy słuchali tylko jak pod jej zębami coś chrzęści. Nagle splunęła także:
- Cholera, Suir! Nie wiesz, że do sałatki nie dodaje się łupek?! Idiota! – zawołała odsuwając z niesmakiem od siebie jedzenie
- Sama mówiłaś, że dopiero się uczy Triss – tylko Eskel zaśmiał się – Może choć to jest jadalne – sięgnął po owoce w sosie, zamieszał je i począł nakładać sobie nie spuszczając wzroku z nachmurzonej Triss
- Eskel…? – Geralt zaczął nieśmiało – Czy myszy to także owoce?
- Myszy? Dlaczego pytasz… - spojrzał na swój talerz i oniemiał widząc oblepione sosem zwierzę
- Posprzątaj to wszystko, umyj! WYJDŹ, bo nie mogę na ciebie patrzeć, WYJDŹ! – zawołała Triss
Suir był przerażony, jego mina wyrażała zdziwienie, zupełne i dogłębne. Poczucie porażki i wstydu. Może wiedźmince tylko się wydawało, a może faktycznie jego oczy się zaszkliły…? Z jej twarzy zszedł uśmiech, ona zaś sama wstała bez słowa i skierowała się na plac, wyciągnęła miecz i jeszcze bez Lamberta rozpoczęła ćwiczenie piruetu. Gdzieś z oddali, z kuchni usłyszała tylko siarczystą wiązankę przekleństw. Triss wpadła w furię przez miksturę do naczyń. Mideave zatrzymała się na chwilę i mocno wciągnęła powietrze. Zemsta była słodka, ale czy faktycznie? Może to go choć czegoś nauczy? Tylko jakim kosztem… Zrezygnowana machnęła mieczem i wróciła do ćwiczeń.
 
__________________
"Wczoraj wieczór myślałem o ratowaniu świata. Dziś rano o ratowaniu ludzkości. Ale cóż, trzeba mierzyć siły na zamiary. I ratować to, co można."
A. Sapkowski
Erissa jest offline  
Stary 15-03-2011, 21:47   #4
 
one_worm's Avatar
 
Ćwiczyłaś długo. Lambert przyszedł zaraz po obiedzie, niezbyt udanym, widziałaś jak coś przegryzał:
-A ja myślałem, ze to Eskel nie potrafi gotować- pokiwał głową- No dobra, masz tutaj trochę moich prywatnych zapasów, może to tylko suszona wołowina ale i tak lepsze od tego…czegoś co on zrobił – Podał Tobie kilka pasków ususzonego mięsa, twardego jak podeszwa ale dość dobrego. Dla głodnej osoby przynajmniej.
Słońce ciągnęło się powoli ku zachodowi. Bardzo wolno zresztą, co było nie lada problemem bo zarówno głodna i zmęczona machałaś mieczem w rytm „Piruet, Parada Sinister, jak robisz Paradę, wyżej miecz i pewniej ale luźniej”. Miałaś dość ale jedno trzeba oddać, katastrofa kulinarna zintegrowała was na tyle, byś wyczuła mniej zawziętości w głosie Lamberta.
- Dobra, starczy tego machania mieczem bo już się ściemnia. Zaraz powinien przyjść Geralt i zapoznać Ciebie z pierwszym Twoim znakiem Aardem.
Mięśnie, tak obolałe i wymęczone nagle poczuły się odprężone, nie dość, że spędzisz chwilę z Geraltem to jeszcze będziesz mogła nauczyć się swojego pierwszego znaku. Długo wyczekiwałaś i tylko słyszałaś, choć widziałaś, jak wiedźmini przy Tobie rozpalali palenisko znakami. Spojrzałaś na słońce. Zachodziło i rzucało długie cienie w kierunku Twierdzy, długi to był dzień, a ćwiczenia odprężające.
-Chodź, idziemy do studni. Tam przejmie Ciebie Geralt. Ja tam idę spać. No i w końcu zaczynasz wykonywać polecenia. Jutro wahadło, zobaczymy jak dasz sobie radę. Jednak te atrakcje jutro- rzekł i ruszył z Tobą w milczeniu.
Po chwili byliście przy studni, widzieliście zbliżającego się Geralta, szedł dość szybko, sprężystym krokiem, a na twarzy malowała mu się złość.
-Lambert
-Geralt
-Jak jej idzie? – zapytał się wiedźmin kolegi
-Jak po kamieniach ale daje radę, jutro wezmę ja na wahadło, niech poćwiczy w starym dobrym stylu, a co! Pamiętasz, jak swoje pierwsze wahadło wykonałeś?- wyszczerzył zęby
- Pamiętam- odrzekł z rozmarzonym uśmiechem- Jutro będzie specjalny obiad i myślę, że będzie dobry - Uśmiechnął się. Staliście tak chwilę w milczeniu.
-No nic Lambert, my idziemy ten znak ćwiczyć, słońce niemal się schowało
Lambert tylko kiwnął głową i ruszył w milczeniu do środka twierdzy, a Geralt tylko uśmiechnął się i spoważniał:
-Uważaj teraz, znaki wiedźmińskie są Twoją bronią, magią. Aard jest najprostszym znakiem, wymaga koncentracji i w sumie to wszystko. Każdy znak posiada jakby stopnie wtajemniczenia, im lepiej się nauczysz je kontrolować, tym lepiej wyjdą w praktyce. Na początek będziesz robić małe rzeczy, w ramach treningu, później przejdziemy do tych trudniejszych i bardziej skomplikowanych.
Słońce zaszło całkowicie pozostawiając po sobie tylko różową poświatę na horyzoncie i księżyc w kształcie sierpa. Było pusto, ptaki umilkły, powoli zaczynały grać Cykady. Poszliście w jakieś ustronne miejsce na dziedzińcu.
- Dobrze. Zanim zaczniemy ćwiczenia… dlaczego to zrobiłaś Suirowi? Dlaczego zniszczyłaś mu obiad?- spojrzał się w Twoim kierunku- Magowie czytają w myślach. Triss wysondowała umysł Suira. On tego nie zrobił. Sprawdziła i nas. Tylko ty i Lambert został z grona podejrzanych. Lambert żyje w dość dobrych stosunkach, a ty masz z nim zatargi, od dziecka się nie lubicie. Dlaczego? Chłopak dostał ładny opieprz od Triss, za Ciebie i z Twojego powodu. Zawiodłem się na Tobie- powiedział i spojrzał się na ciebie
-Ale ja…- powiedziałaś tylko- Przepraszam- Wyszeptałaś
-Nie mnie powinnaś przepraszać. Nie mnie. Do północy będziemy ćwiczyć. Jutro wymyślisz dla siebie karę, jeżeli będzie nieadekwatna to wtedy ja ją wymyślę. Przez Ciebie został oskarżony niewinny człowiek, może to błahostka ale postąpiłaś niehonorowo. Dalej, byliśmy głodni i zmęczeni po całym dniu pracy. Naprawialiśmy schody w wieży, a to ciężka praca. Nie zjedliśmy nic, ani okruszka z obiadu, jedząc resztkę zapasów zimowych. My nie zarabiamy, nie mamy pieniędzy, a to jest zmarnowane jedzenie i zmarnowane pieniądze. Tak naprawdę żyjemy na kredyt u Triss, która funduje nam posiłki. No i jest jeszcze sprawa popiołu. Tutaj akurat, poza tym, że nie szło długo i bez magii ich doczyścić nic się nie stało… na Twoje szczęście. Jednak co dalej z tym zrobisz… niestety, za marnowanie pieniędzy czy jedzenia – to nie może ujść płazem – Geralt mówił to tonem pełnym zawodu i goryczy.
- Teraz tak, widzisz tamtą beczkę? – wskazał na jakąś beczkę koło was. Nagle wstał i przesunął ją przed siebie i stanął tak, żeby mieć na celu cały dziedziniec. Nagle złożył rękę w znak i posłał beczkę daleko przed siebie. Byłaś pod wrażeniem. Beczka wyleciała przez mur, zapewne rozbijając się gdzieś w drzazgi.
- Żeby rzucić takową beczką nie trzeba wiele, najgorzej jest z żywym przeciwnikiem. Potrafisz medytować i kontrolować oddech. Teraz pora na znak. Robisz go w ten sposób, widzisz? – i pokazał ręką, w wątłym świetle księżyca jak taki znak wykonać i go nakreślić.
- Dobrze, zrób go – i zaczęłaś łamać sobie i wykręcać palce, ale udało się po dłuższym czasie
-Doskonale, teraz musisz skoncentrować się na przedmiocie i siłą woli go wysłać, a gdy skreślisz znak, wtedy on poleci. Ten przedmiot się znaczy – rzekł Geralt i ziewnął
- I jako początkująca co będę mogła?- zapytałaś
- Bez obrazy ale niewiele. Widzisz, najpierw zacznij od czegoś małego i prostego, nie wiem, kamyk jakiś…- powiedział rozglądając się za czymś takim. Po chwili podniósł z ziemi kawałek drewna, wielkości dłoni, jakaś deska
- O! To będzie idealne. Próbuj ja patrzę. – odrzekł i dosunął się.
Próbowałaś wystrzelić deskę. Tak jak Biały Wilk wystrzelił beczkę. Ułożyłaś znak, koncentrując się na tym kawałku deski i…nic. Nie wyszło. Otrząsnęłaś się i ponowiłaś próbę. Dalej nic. I jeszcze raz i jeszcze raz i kolejna próba. Mijały chwile, te chwile zamieniały się w godziny, księżyc wysoko świecił, a jego światło przeszło nad krużganek i wtedy Geralt powiedział Dość na dziś. Wtedy deska przeleciała z półtora metra. Oboje byliście pod wrażeniem.
-Dobrze, doskonale- odrzekł Geralt- O to właśnie chodziło. Jak widzisz deseczka ładnie poleciała. Kiedyś będziesz mogła miotać potworami albo ludźmi. A teraz dość i spać! Jutro czeka Ciebie pracowity dzień. Bardzo pracowity.- odrzekł spokojnym i zmęczonym głosem Wiedźmin.- Kiedyś, zasłużysz na miano Białej Wilczycy. Kiedyś. – odpowiedział i ruszyliście do środka. W środku, on poszedł do Triss, do miejsca w którym spała, a ty do swojego pokoju, na szybko przerobionej jednej z bibliotek. Nie czułaś się aż tak zmęczona. Albo spać, albo poczytać. O grivierach i ich obyczajach kulinarnych. Przed snem. Ciekawe, co łączy Geralta z Triss... Dlaczego on z nią sypia, przecież ona nie jest ładniejsza od Ciebie i dużo starsza. Gdybyś użyła perfum i podkreśliła oczy. Ziewnęłaś.
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.

Ostatnio edytowane przez one_worm : 16-03-2011 o 13:13.
one_worm jest offline  
Stary 16-03-2011, 17:57   #5
 
Erissa's Avatar
 
Po chwili samotnych ćwiczeń dołączył do mnie Lambert, który przyniósł trochę swoich zapasów. Przez całe zajście zapomniałam niemal jak bardzo głodna byłam. Zjadłam z wdzięcznością, lecz mimo wszystko czułam coś dziwnego na samo wspomnienie miny Suira, było w niej coś takiego… Nie wątpiłam nawet przez chwilę, że często zbierał od Triss, była bardzo surową nauczycielką, ale… wtedy…jego oczy… Otrząsnęłam się. Poczułam nagle, że między mną a Lambertem nawiązała się jakaś niewidzialna nić porozumienia, było to uczucie dość przyjemne, bo do tej pory wydawało mi się, że raczej za mną nie przepadał. Cóż, może jednak całe zajście na coś się przydało. Po posiłku zaczęliśmy ćwiczyć, a sam wiedźmin nie był już aż tak uszczypliwy i złośliwy, trening minął szybko w całkiem przyjaznej atmosferze pozwalając choć na chwilę zapomnieć o nieprzyjemnym zajściu.
- Dobra, starczy tego machania mieczem bo już się ściemnia. Zaraz powinien przyjść Geralt i zapoznać Ciebie z pierwszym Twoim znakiem Aardem. – odezwał się wreszcie
Nagle całe zmęczenie spłynęło jak zmyte strumieniem wody, na mojej twarzy pojawił się uśmiech, a serce załomotało mocniej
- Znak? Z Geraltem? – zaśmiałam się radośnie
-Chodź, idziemy do studni. Tam przejmie Ciebie Geralt. Ja tam idę spać. No i w końcu zaczynasz wykonywać polecenia. Jutro wahadło, zobaczymy jak dasz sobie radę.
Wahadło… Nigdy nie ćwiczyłam na nim, lecz z tego co opowiadali inni wiedźmini było to niezwykłe wyzwanie, łatwo było spaść... w najlepszym razie. Pokręciłam jednak tylko głową – nie było ważne co będzie jutro, ale to, co będzie miało miejsce za chwilę! Skocznym krokiem ruszyłam za Lambertem w stronę studni, ale w chwili, gdy tylko tam dotarliśmy poczułam jak moja radość gdzieś ucieka, niczym woda z sita, po plecach przeszedł mi dziwny dreszcz; Geralt był wściekły i miałam natarczywe przeczucie, że chodziło… o mnie… Wiedźmini wymienili kilka zdań po czym białowłosy ruszył przed siebie, a ja za nim. Powiedział kilka słów wprowadzenia. Spijałam każde zdanie z jego ust wsłuchując się z uwielbieniem w ton jego głosu. Jego profil na tle zachodzącego słońca, oblany krwistym światłem… mimowolnie wciągnęłam mocniej powietrze. Czułam niewysłowioną ekscytację, mój pierwszy znak! Wtedy nagle Geralt znowu popatrzył na mnie tym przeszywającym wzrokiem pełnym wyrzutu:
- Zanim zaczniemy ćwiczenia… dlaczego to zrobiłaś Suirowi?- zapytał poważnie
Nie wiedziałam co mam powiedzieć, żadna obrona nie przychodziła mi na myśl, co miałam powiedzieć? Że jest nadętym bufonem, który chciał mnie podpalić? Z rosnącym żalem i wstydem słuchałam jego słów, tego jak zarysowywał mi całą sytuację. Zawiodłam go. Zawiodłam osobę, która była dla mnie najważniejsza. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię i nigdy spod niej nie wyjść, nie patrzeć już nigdy w jego oczy.
Kiedy rozmowa na temat mojej psoty zakończyła się zaczęliśmy ćwiczyć, nie szło mi zupełnie, choć starałam się najlepiej jak potrafiłam, palce, które jakimś cudem odmawiały mi posłuszeństwa zaczynały już boleć z wysiłku. Może winien wszystkiemu był wstyd i smutek, a może byłam zbyt zmęczona? Chciałam opanować Aard, chciałam by Geralt był zadowolony ze mnie, ale… Wreszcie jego cierpliwość widocznie się skończyła, nie miał ochoty dłużej tracić czasu na takie beztalencie jak ja, wstał, właśnie wtedy wiedziona myślą, że to ostatnia szansa, by mu zaimponować wytężyłam wszystkie zmysły i starania, skupiłam się jak tylko mogłam, pokonując ból wygięłam palce kreśląc znak i… udało się! Zawołałam aż ze szczęścia i zdziwienia.
-Dobrze, doskonale- odrzekł Geralt- O to właśnie chodziło. Jak widzisz deseczka ładnie poleciała. Kiedyś będziesz mogła miotać potworami albo ludźmi. A teraz dość i spać! Jutro czeka Ciebie pracowity dzień. Bardzo pracowity. Kiedyś, zasłużysz na miano Białej Wilczycy. Kiedyś.
Popatrzyłam na niego z zadowoleniem, takie słowa były warte wszelkiej pracy i nawet największego zmęczenia. Czułam się dumna, szczęśliwa, raźnym krokiem ruszyłam za nim.
Gdy byłam już w swoim pokoju nagle naszła mnie dziwna refleksja na temat Geralta i Triss. Wyglądało na to, że byli ze sobą… Usiadłam na łóżku. Ale przecież ona jest taka… taka… nijaka i okropna i zła i… Położyłam się z dziwnym uczuciem, oczy mi się zaszkliły. Wiedźmini nie mają uczuć, pamiętaj, nie mają uczuć! Powtarzając to sobie zamknęłam oczy i zasnęłam.

***

Noc minęła bardzo szybko, nie wyspałam się. Byłam zbyt zmęczona by śnić o czymkolwiek; wczorajszy morderczy trening a później jeszcze całe zajście przy obiedzie i ćwiczenie znaku z Geraltem… Przeciągnęłam się i niechętnie usiadłam na łóżku. Musiałam przeprosić Suira, może była w tym jakaś racja, w sumie... Mała ale zawsze… Wstałam i przemyłam twarz w misce z wodą, szybko ubrałam się i wbiegłam do kuchni, zjadłam cokolwiek, pierwszą lepszą rzecz, która wpadła mi w ręce, później zaś ułożyłam na talerzyku dokładnie i starannie kilka kromek chleba, ser i kiełbasę, powąchałam i uśmiechnęłam się, pachniało zachęcająco. Gotowy posiłek położyłam na tacy i powoli skierowałam się do pokoju adepta, zapukałam delikatnie, by w razie gdyby spał nie obudzić go, weszłam do środka
-Suir? – szepnęłam niemal
-Tak?- Zapytał się odwracając z uśmiechem. Był zaspany, gdy dotarło do niego, że to ja, uśmiech zszedł mu z twarzy
- Przyniosłam śniadanie - położyłam tacę na stoliku - Przepraszam za wczoraj, hmmm... o mało mnie nie spaliłeś... jesteśmy kwita – dodałam jakby to wszystko tłumaczyło
- Widzisz... chodzi o to, że to było zwyczajnie podłe- powiedział bez wyrazu czy jakiejkolwiek emocji- Rozumiem, nie miałaś humoru, rozumiem, byłaś zła, ja jestem początkującym i nie panują nad magią... ale nie chciałem sprawić krzywdy i nie zrobiłem tego specjalnie...
- Dobrze, już dobrze, nie martw się, moja wizyta w żaden sposób nie zmienia naszych stosunków, wciąż mam nadzieję, że będziesz się trzymał najmniej dziesięć kroków ode mnie - mówiłam hardo patrząc mu w oczy - Chcę tylko, żebyś wiedział, że żałuję, tyle - stałam niezbyt wiedząc czy powinnam wyjść czy też nie
- Domyślam się- odpowiedział bez wyrazu- Szkoda, że jesteś podłą i złą osobą, może nie jestem idealny, może to jest trudne, praktykowanie magii. Domyślam się, że jesteś tutaj nie z powodu, że Tobie przykro tylko dlatego, że Tobie kazali przyjść. Wiem, że mnie nie lubisz - odpowiedział jednym tchem, oczy zaszkliły mu się i odwrócił się- Wiem o tym - powiedział już ledwie dosłyszalnym szeptem
- A ty mnie może lubisz? - zaśmiałam się - Właśnie widzę jak mnie lubisz, ciągle tylko patrzysz jak dokopać mi tą swoją magią, mądralo! Myślisz, że tego nie zauważyłam? - skrzyżowałam ręce na piersi - Może i jestem podła, może jestem zła, cóż, każdy jest jakiś, ale wiedz, że przyszłabym tutaj i bez ich ponaglania, bo mimo wcześniejszych oczekiwań zrobiło mi się zwyczajnie głupio z powodu tej zemsty - dodałam przez zęby
-Tak... lubię... mimo wszystko - odpowiedział głucho- Nie próbuję dokopać nikomu magią, chcę być tylko potrzebny. Cały czas Triss wrzeszczy na mnie, wiedźmini nie bardzo ze mną rozmawiają, ty zaś mnie nie lubisz. Tyle lat tutaj i jestem samotny - odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął się, mimo iż łza popłynęła mu po policzku- Mimo wszystko nie czuję urazy. Mimo tego, że cały czas mnie unikasz, mimo iż, jesteś taka jaka jesteś dla mnie i traktujesz mnie jak jakiegoś trędowatego.
- Bo jestem zła i podła, nie zapominaj o tym - powiedziałam siląc się na złośliwy ton, jednak pewność siebie mnie opuszcza gdy zobaczyłam jego łzy - Jestem zimną wiedźminką, a wiedźmini nie mają przyjaciół - skończyłam dumnie
- A magowie są kochani i uwielbiani- prychnął- prawda jest taka, że Lambert jako jedyny widzi mnie. Jako jedyny...-powiedział głucho- Widzisz, jesteś wiedźminką, ale prawda jest taka, że masz uczucia, wystarczy spojrzeć na Twoje treningi. Widać złość. Widziałem radość też... Nie wiem czy mają, czy nie mają przyjaciół, wiem tylko tyle, że zachowując się w ten sposób nie będziesz miała przyjaciół -odpowiedział spokojnie, ciepłym głosem. Wytarł łzę i oczy w ręce.
- W ten sposób? - podeszłam do niego nieco bliżej - W jaki sposób? Nikt nie może mi kazać przyjaźnić się z kimkolwiek! - sączyłam przez zęby - A uczucia mam, owszem, czuję złość, kocham i... – patrzyłam na niego wymownie - I nienawidzę... – skierowałam się w stronę drzwi
-To prawda- odrzekł- Przyjaciół dobieramy sobie sami, nikt nie mówi z kim masz się przyjaźnić, a z kim nie. Szkoda, że mnie nienawidzisz. Jednak to Twój wybór. -usłyszałam, że wstał- Pewnie traktujesz mnie jako wroga czy zagrożenie, to też Twój wybór i wiem, że to dla Ciebie znaczy tyle co nic i mną co najwyżej gardzisz ale jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebować mojej pomocy w czymkolwiek... to możesz śmiało przyjść. Zawsze. O każdej porze dnia czy nocy.
- Dziękuję - powiedziałam po czym dodałam bezgłośnie - Obejdzie się...
Po tych słowach wyszłam głośno trzaskając drzwiami. Niemal pobiegłam do swojego pokoju. Nie mogłam zrozumieć tego wszystkiego co powiedział przed chwilą, że mnie…lubi? Usiadłam tylko ciężko na łóżku i chowając twarz w dłoniach analizowałam wszystkie jego słowa od samego początku aż po ostatnie, w uszach ciągle brzmiał mi jego głos, a łza, szklące się oczy… On faktycznie był bardzo samotny. Wtedy pierwszy raz zrobiło mi się go szkoda i naszła mnie dziwna myśl: a może nie jest jednak taki okropny jak myślałam? Poczułam dziwny ucisk gdzieś w gole brzucha, jakby żal… wyrzuty? Przecież wiedźmini nie mają uczuć, nie mają uczuć, nie mają… - powtórzyłam znowu powszechnie znaną zasadę. Zerwałam się na równe nogi i łapiąc miecz wybiegłam na zewnątrz, by odnaleźć przed ćwiczeniami jeszcze na chwilę Geralta, stał z Lambertem, lecz gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały powiedział mu cos i podszedł do mnie:
- Co się stało? – zapytał z troską – Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha
- Ja… - wzięłam głęboki oddech – Przeprosiłam Suira, nie gniewa się chyba. I wybrałam karę – popatrzyłam na niego, jego twarz oświetlało słońce, spoglądał na mnie z wyczekiwaniem – Jako oznakę skruchy wobec was – mówiłam powoli – przez dwa tygodnie będę szorowała podłogi. Na kolanach – nie spuszczałam z niego oczu – Jako przeprosiny dla Suira wymienię go w karze mycia naczyń. A ze względu na to, że musimy zaciągać dług u Triss… za to jedzenie zapłacę sama… znaczy odpracuję u niej. Mogę sprzątać jej pokój albo myć fiolki po eliksirach, cokolwiek – zakończyłam zrezygnowana, było mi głupio
Miałam nadzieję, że w ten sposób, przez pokazanie skruchy uda mi się choć w małym stopniu odbudować jego dobry stosunek do mnie, zaufanie. Mina Geralta była jednak wciąż kamienna, nie wyrażała nic.
- Jeśli uważasz, że to zbyt mało… - zacięłam się nagle – Zaproponuj coś jeszcze… - dodałam cicho patrząc w ziemię
 
__________________
"Wczoraj wieczór myślałem o ratowaniu świata. Dziś rano o ratowaniu ludzkości. Ale cóż, trzeba mierzyć siły na zamiary. I ratować to, co można."
A. Sapkowski
Erissa jest offline  
Stary 17-03-2011, 15:12   #6
 
one_worm's Avatar
 
Geralt pozostawał bez jakiegoś konkretnego wyrazu twarzy. Kiwnął tylko głową mówiąc:
-Myślę, że to powinno wystarczyć. Jednak, jeśli to się powtórzy…- rzekł chłodno i dodał- Suir jest uczniem Triss oraz poniekąd, naszym gościem. Wczoraj powiedziałem wszystko co mam w tej sprawie do powiedzenia, a dodam tylko, iż następnym razem konsekwencje będą… surowsze. Ponad to Triss chciała z Tobą pomówić. Nie wiem o co chodzi, to zastrzegam od razu. Masz się zgłosić do niej po śniadaniu, a później do Lamberta na wahadło. – Dopiero teraz Biały Wilk uśmiechnął się- Powodzenia, przyda ci się.

Po zjedzonym pośpiesznie śniadaniu, nie było wyjścia, wstałaś i udałaś się do Triss. Szłaś licząc kolejne stopnie i w myślach tocząc bitwę o to, co ona powie na temat swojego pupilka, bo nie wątpiłaś, że chodzi właśnie o to. Tak czy tak dotarłaś do jej drzwi i zapukałaś.
-Proszę!- Odpowiedział wdzięczny i melodyjny, kobiecy głos, który znałaś
-Geralt mówił, iż mnie oczekujesz- rzuciłaś krótko na powitanie
-Tak, to prawda… mamy dwie, trzy sprawy do przedyskutowania. – odpowiedziała bez jakiegokolwiek przejawu emocji. – Po pierwsze, mam Ciebie wtajemniczyć w alchemię, wytwarzanie wiedźmińskich eliksirów, zapoznać z ich właściwościami, skąd pozyskiwać rośliny i tak dalej. – Przerwała- No podejdź, usiądź! Nie gryzę! – zaśmiała się. Byłaś zbita z tropu, bo jej śmiech był serdeczny, a uśmiech szczery. Zgodnie z jej poleceniem zajęłaś jedyne wolne miejsce, na zydlu łóżka. Na którym spała… razem z Geraltem, westchnęłaś cicho, mimowolnie.
-Po drugie musisz nauczyć się Starszej Mowy, czy to ci się podoba czy nie, musisz ją znać i tak samo obycie w świecie! Stajesz się kobietą, musisz wiedzieć coś więcej o sobie, swoim ciele. Wiedźmini to dobrzy nauczyciele, ale nie są idealni jeśli idzie o sprawy kobiece. No i jest jeszcze trzecia sprawa… Suir. Od tej sprawy zaczniemy i nie masz co spuszczać uszu. – Czarodziejka wstała i podeszła do swych ksiąg wyciągając jakieś pergaminy czy zwoje. Po chwili podeszła do Ciebie, uklęknęła i złapała za rękę. Spojrzałaś na te pergaminy, jednak nie widziałaś nic, Triss tak sprytnie je trzymała, że nie dostrzegałaś ani nie miałaś pojęcia co tam się też znajduje czy jest napisane.
-Jesteś jeszcze młoda, tak jak Suir. No jest rok starszy od ciebie, owszem. Masz, zobacz. – podała pergaminy, które wzięłaś. Patrzyłaś na nie i niedowierzałaś. Na tych pergaminach były szkice Ciebie i jego, byłaś w sukni ślubnej, on zaś w szatach. Trzymaliście się razem za ręce. Na drugim zwoju był list ale zapisany w Starszej Mowie i za cholerę nie wiedziałaś co jest tam napisane, tak samo trzeci i czwarty. Później znowu były rysunki, na każdym ty i często on w różnych sceneriach. Widziałaś uśmiechniętą siebie przy domu, w sadzie, widziałaś siebie na zakupach przy jakiś warzywach. W myślach kłębiło się tylko niedowierzanie i krzyk, wewnętrzny krzyk „Niedoczekanie”.
- Widzisz, podejrzewam, że się w Tobie zakochał. To jest moja osobista prośba. Nie rań go. Nie znosisz go, wiem, ale nie rań. To boli…najbardziej. Zauważyłaś, że i Triss posmutniała- Bądź dla niego po prostu milsza, nie odzywaj się, unikaj, ale nie rób mu nic złego. Tak, dosypałaś popiołu, skorupek do sałatki, nie będę wymieniać. Widzisz, miłość jest ślepa i prowadzi do skrajności. Kochać można różnie, platonicznie, na przykład, co wam młodym ma prawo się zdarzyć. Ja nie przeczę, czujesz coś do Geralta, o tym też wiem, za głośno myślisz-Zaśmiała się- Jednak obydwie wiemy, że i tak nie będziesz z nim, a uwierz mi jak ci powiem, że i pewnego dnia zapomnisz o tym uczuciu… I nie rób takiej miny, dziewczyno bo to prawda- Rzekła Triss już poważnym tonem.
- Teraz tak, alchemię i Starszą Mowę poznasz dokładnie, maniery… Zaczynamy od dziś od popołudnia do wieczora, bo wieczorem masz ćwiczyć znaki.- Stwierdziła Merigold i dodała szybko – Przemyśl to co powiedziałam. Tylko o to Ciebie proszę.
Wyszłaś.

Do słynnego wahadła dotarłaś kilkanaście minut później. Lambert już tam stał i czekał, oparty plecami o ścianę, pogwizdując jakąś melodię.
-No, jesteś wreszcie. Teraz posłuchaj mnie. Tutaj jest wahadło. Miejsca mało, krok musi być pewny. To co potrzebujesz, by przejść po nim już umiesz. Kwestia wykombinowania tego, co z wiedzą zrobić. W razie czego ja będę tutaj stał i podpowiadał ale tylko i wyłącznie od Ciebie zależy co zrobisz, nie będę wrzeszczał co masz robić, będę patrzył. Użyj całej swej wiedźmińskiej wiedzy. Skończył przemówieniem. Skinęłaś tylko głową. Spojrzałaś się w błękitne niebo. Szybko poczułaś żar lejący się z nieba. W zamku było tak chłodno i przyjemnie… Weszłaś na podwyższenie, a Lambert rozbujał wahadła i odsunął się obserwując co zrobisz. Oceniłaś, że można je przejść trzema skokami, o ile między pierwszym, a drugim było sporo miejsca… O tyle między drugim, a trzecim prawie w ogóle. Zastanawiałaś się co można zrobić, żeby tam się przedostać, za to trzecie. Wiedziałaś, że to ostatni egzamin na posługiwanie się mieczem, że jeśli ukończysz ten test pomyślnie, będziesz bliżej upragnionego medalionu. Skoczyłaś raz, drugi i pokonałaś pierwsze wahadło, zrobiłaś piruet skacząc z drugiego na trzeci i nagle straciłaś czucie w nodze i upadłaś. Później był tylko ból i ciemność.

Otworzyłaś oczy. Głowa… tak jakby coś tam w środku grało. Orkiestra. Spora i głośno. Zamknęłaś oczy i otworzyłaś je ponownie, widziałaś wszystko podwójnie. Nagle poczułaś coś chłodnego, tak przyjemnie chłodnego na czole. Próbowałaś się podnieść. Ponownie ciemność.

Znowu ciemność… nie, niewyraźny błękit. Noc. Potrząsnęłaś głową, delikatnie i powoli, głowa huczała, ale mogłaś już usiąść i nie widziałaś podwójnie. Prawie. Rozejrzałaś się po pomieszczeniu, poznałaś je. To Twoja sypialnia, biblioteka. Ktoś podszedł po cichu i dał Tobie kubek z wodą i jakieś zioła. Geralt, tak to był Geralt
- Ćśśśś, zażyj to i śpij
Posłuchałaś. Zjadłaś kwaśne w smaku zioła i zasnęłaś, gdy tylko skończyłaś pić.

Światło, takie jasne, niewygodne. Otworzyłaś oczy. Zauważyłaś Suira , podszedł i dał Tobie jakieś zioła oraz kubek z wodą.
-Geralt powiedział, że masz to zażyć i zejść na dół do kuchni, jak już będziesz na siłach… jak się czujesz?
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
Stary 18-03-2011, 00:13   #7
 
Erissa's Avatar
 
Obudziłam się z ulgą stwierdzając, że ból głowy znacznie zelżał, widziałam wyraźniej, tylko światło, które sączyło się przez okno oślepiło mnie na chwilę, wyciągnęłam dłoń i przesłoniłam nią oczy krzywiąc się lekko, usłyszałam wtedy głos Suira i mimowolnie uśmiechnęłam się
- Czuję się już dobrze – popatrzyłam na niego, włożyłam do ust zioła i popiłam je wodą, była zimna i mile orzeźwiła mnie dodając sił
Przez chwilę patrzył na mnie, wreszcie gdy wysunęłam nogę spod koca podszedł i pomógł mi wstać, a gdy podeszłam do szafy, by się przebrać taktownie wyszedł. Wiedząc iż czeka na mnie Geralt uważnie przeglądnęłam garderobę i wybrałam śnieżnobiałą koszulę oraz czarne spodnie, jak mi się wydawały podkreślały doskonale to i owo dodając kobiecości. Podeszłam do swojej szafki, wyciągnęłam listy i zwinęłam w rulonik. W oczy rzuciły mi się szkice, które mimo pewnej niechęci do Suira wzbudziły we mnie ponownie zachwyt, miał talent i to wielki, postaci wyglądały jak żywe, a pergamin był swoistym zwierciadłem, w którym wydawało się, iż można oglądać sceny z jakiegoś alternatywnego świata. Przeczesałam włosy i powoli zeszłam na dół. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłam była Triss uczepiona ramienia Geralta, szeptała mu coś do ucha, on zaś wyglądał na wyjątkowo zadowolonego… Odetchnęłam kilka razy głęboko by opanować złość po czym pewnym krokiem weszłam
- Triss, mogłybyśmy pomówić na osobności? – zapytałam
Czarodziejka kiwnęła głową i wstała obdarzając Białego Wilka ostatnim przeciągłym spojrzeniem i uśmiechem. Gdy tylko znalazłyśmy się na uboczu zapytałam:
- Mogłabyś przetłumaczyć mi, co tu jest napisane? – wyciągnęłam listy
- Tak- odpowiedziała - Mogłabym, ale czy na pewno chcesz wiedzieć?- uśmiechnęła się
- Myślę, że jeśli dałaś mi te listy to raczej prędzej czy później sama się dowiem. Może lepiej prędzej
- Cóż - zmarszczyła brwi - mam to tłumaczyć dokładnie czy tylko chcesz wiedzieć o czym tam napisał?
- Jak uważasz - wzruszyłam ramionami - Ty jesteś tłumaczem, ja tylko proszę o pomoc.
Kiwnęła głową i wzięła rulon
- Myślę, że... przetłumaczę je dokładnie. Ostatecznie... tak chyba będzie lepiej - powiedziała i uśmiechnęła się ni to do mnie, ni to do siebie ni to do tych listów
- Więc proszę – odwzajemniłam gest i popatrzyłam na nią ciekawie
Odchrząknęła cicho i chwilę patrząc na równo skreślone litery zaczęła czytać głosem melodyjnym i śpiewnym:

Znowu, dzisiaj znowu ją widziałem. szła delikatnym i sprężystym krokiem do studni nabrać wody. Jaka ona jest piękna, jej włosy w blasku słońca, jej delikatna cera. Ona nie lubi mnie ale to nic, niebawem jej powiem, zbiorę się w sobie. To już ósmy rok teraz będzie, od ośmiu lat... powiem jej! Muszę jej powiedzieć, tylko jak? Jej oczy, te oczy... ciekawe, czy domyśla się, że codziennie przy posiłkach spoglądam w jej stronę? Jestem tutaj sam, a ona też jakby.. ale ona ma przyjaciół, ją lubią, jest wiedźminką....

Poczułam tylko jak na mojej twarzy pojawiają się rumieńce, zdawałam sobie sprawę, że to mogła być kartka z jego pamiętnika lub coś na ten właśnie kształt… nie powinnam tego czytać a już szczególnie nie ona… Triss jednak niezniechęcona przerzuciła kartkę pod spód i wzięła trochę dłuższą, bogatszą w treść:

Cześć!
Gdy to czytasz, ja się chowam gdzieś, żebyś mnie nie odnalazła od razu, ale musisz wiedzieć, że od ośmiu lat... kocham Cię, przez cały ten czas. Wiem, że mnie nie znosisz ale mimo wszystko masz w sobie to coś. Jesteś bystra, inteligentna i piękna. Pewnie niewiele to znaczy dla Ciebie ale dla mnie jesteś, byłaś i będziesz człowiekiem w pierwszej kolejności, nie wiedźminem czy mutantem, Lambert mi opowiadał trochę jak traktuję was, wiedźminów. Dla mnie będziesz zawsze bliską osoba, jeżeli będziesz potrzebować mnie to ja będę. Zawsze. Dla Ciebie i nigdy Ciebie nie zapomnę!
Kocham Cię


Czarodziejka odgoniła dmuchnięciem muchę czy innego owada i zagłębiła się w kolejnym liście:

Cześć Mideave!
Piszę do Ciebie, żeby wyciągnąć rękę na zgodę, wiem, że jesteś zbyt dumna na to, albo mnie nienawidzisz za bardzo, żeby wysłuchać do końca. List jest też odważniejszy. Jesteś młoda, jak ja i chciałbym porozmawiać z Tobą. Ty ćwiczysz, cały czas ćwiczysz... Może i nie jestem ideałem ale chciałbym, byśmy się zaprzyjaźnili i kto wie, może kiedyś byśmy się w sobie zakochali? Tak czy inaczej brakuje mi rozmów z kimkolwiek. Triss na mnie wiecznie wrzeszczy
[taaaaa, jasne-wtrąciła Triss] i Lambert czasem ze mną pogada jak ma wartę na wieży. Z nikim nie idzie pogadać, każdy mnie spławia. Może chciałabyś mnie poznać bliżej?

Wreszcie przeszła do ostatniego listu:

Kocham Cię!
Będę zawsze wyczekiwał Ciebie, jeżeli to kiedykolwiek przeczytasz o północy na krużganku albo dziecińcu, zawsze, przez godzinę. Stoję tak codziennie już o siedmiu lat. Może pewnego dnia przyjdziesz?


- I to wszystko - rzekła czarodziejka oddając listy
- Ale... - popatrzyłam na nią niezbyt wiedząc co powiedzieć - On to napisał? Nie wierzę - nie potrafiłam dopuścić do siebie tej myśli - I jeszcze... codziennie? Przez godzinę?...
- Tak napisał - odrzekła - Tłumaczyłam słowo w słowo to co napisał tutaj. Od siebie nic nie dodaję
- Dziękuję bardzo za pomoc - wciąż wstrząśnięta zwinęłam na powrót listy – Dziękuję
- Proszę - odrzekła tylko i skierowała się chyba do swojego pokoju
Popatrzyłam znowu w stronę kuchni, Geralt siedział sam, myślał widocznie nad czymś bo podpierał głowę na pięściach, jego białe włosy spływały gładko na ramiona, bez zastanowienia podeszłam więc i usiadłam na krześle obok patrząc na niego i ciesząc się każdą sekundą:
- Podobno chciałeś się ze mną widzieć? – zapytałam
- Tak - odpowiedział Biały Wilk – Chciałem - odwrócił się do mnie z uśmiechem
- O, widzę, że humor znacznie lepszy - powiedziałam trochę zazdrosna - O co chodzi?
- Wczoraj na wahadle. Oberwałaś w głowę. Triss mówiła, że to nic takiego. Dostałaś zioła, Suir sam nazbierał, uczynnych chłopak. Teraz posłuchaj mnie. Wahadło jest zdradliwe, to wiesz. Jest jednak kamieniem milowym w edukacji. Musisz je zaliczyć. Zdać ten test, pokonać je. Chciałem się zapytać, czy wiesz jak to uczynić? Jeżeli znowu sobie coś zrobisz... no i jest druga sprawa. Jaskier przybył i choć wszyscy mówili, żeby nie, to ja jednak dam Tobie ten list bo jest adresowany do ciebie
- Z wahadłem...myślę, że próbowałam dobrze, tylko noga nagle mi zdrętwiała... nie wiem co się stało - spuściłam głowę - Powinno być następnym razem lepiej. A jeśli chodzi o list... – wzięłam pergamin - O co chodzi? - złamałam pieczęć, otworzyłam go powoli i zaczęłam czytać

Dziecko, królewno!
Wiedźminem jesteś i li tylko wiedźmin da radę pokrzyżować plany, a to co czytasz jest najwyższej wagi i tajemnicą państwową. W Temerii, której to przewodzi księżna Adda wraz z mężem, a Twoją matką, doszło do tragedii. Twoja matka ponownie strzygą się stała. Ponownie odczarować, o ile to możliwe trzeba będzie. Cokolwiek się nie stanie, wiedz, że Rada uznała, iż jesteś kolejną osobą godną do tronu jako pretendentka
Podpisano
Helumt Ghorener Skryba Jaśnie Oświeconego Króla Temerii, Foltesta


- Jaką królewną? Pretendentką? - złożyłam list z miną wykrzywioną w dziwnym wyrazie - Co on za głupoty pieprzy? Gearalt, to nie jest śmieszne.
- Nie jest - zgodził się - Jednak jest prawdziwe, jesteś królewną, pierworodną, Dzieckiem Przeznaczenia.- rzekł- Masz prawo nic nie pamiętać. Przyjechałem po Ciebie gdy miałaś raptem niecałe trzy latka. Na szczęście obyło się bez rozlewu krwi. Wszyscy uważają, że jesteś za mała by zrozumieć, ja uważam inaczej - odpowiedział spokojnie wiedźmin z poważną miną i poważnym tonem głosu
- Więc... - zacisnęłam dłonie mocniej, tak, że kostki mi zbielały, zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień… - Geralt, ja jestem zbyt słaba by pokonać jakąkolwiek strzygę a co dopiero odczarować... I... - spuściłam głowę - taka ze mnie królewna jak z ciebie stolarz...
- Jesteś za słaba - Ponownie zgodził się wiedźmin- Dlatego ja tam pojadę. Ty zaś... uważam, że powinnaś wiedzieć. Przeznaczenie to dziwna rzecz. Takie już koleje losu... jednak, gdybyś kiedyś postanowiła zostać królową to masz i taką możliwość ale uwierz m i- nie chcesz nią być. Dlaczego Triss nalegała na naukę dobrych manier? Dlatego, że jesteś królewną, rzecz zupełnie nie przydatna wiedźminowi ale królewnie... - urwał
- Owszem, masz rację, nie chcę - kiwnęłam w zamyśleniu głową - Ale...to wszystko...jest takie nierealne i ciężko mi w to uwierzyć choć wiem, że byś mnie nie okłamał - schowałam twarz w dłoniach - Przyłożę się do lekcji manier, obiecuję - powiedziałam cicho i zapytałam niemal bezgłośnie - Więc Foltest... TEN Foltest... jest moim dziadkiem?
- Tak – odpowiedział - Jednak nie ma co o nim myśleć. Nie zrozum mnie źle. On pewnie sam niedługo umrze. Vessemir pewnie też, ja też nie najmłodszy jestem. Wszyscy kiedyś umieramy. Adda to Twoja matka, to też prawda. Tak czy inaczej to jest cena jaką płacą wiedźmini - po chwili dodał- Gdy nimi zostają. Obiecaj mi, że nie popełnisz żadnego głupstwa.
- Myślałam, że mnie znasz Geralt - popatrzyłam mu w oczy z lekkim zawodem czy wyrzutem - Nie martw się, nie rozgłoszę tego połowie świata i nie pojadę tam kłócić się o tron - dodałam - Cóż, żyje się dalej... - w mojej głowie biły się setki myśli, musiałam z kimś pomówić, choć pomilczeć, ale z kimś... - To ja może już pójdę - wstałam powoli, nie, Geralt nie był odpowiednią osobą... już chyba lepiej było siedzieć w czterech ścianach i patrzeć w sufit.
-Ale mi chodziło o wahadło- odpowiedział zdziwiony- Kot i półpiruet- dodał konspiracyjnym szeptem
- Dzięki - uśmiechnęłam się i wyszłam
Wolno przemierzałam schody i mimowolnie zatrzymała się przed pokojem Suira. Musiałam poczuć czyjąś obecność, wiedzieć, że jest ktoś obok, tylko tyle… Przez chwilę stałam przed drzwiami, nie wiedziałam, czy to, co robiłam było właściwe, ale z drugiej strony nie mogłam, nie potrafiłam być teraz sama, nie było w tym raczej nic dziwnego, wszystko się w tej jednej chwili zmieniło, wszystkie moje plany i sposób patrzenia na świat, potrzebowałam czyjejś obecności. Zapukałam, wzięłam głęboki oddech i wsunęłam głowę do środka
- Jesteś...bardzo zajęty? Mogę? - zapytałam cicho, nieśmiało
- Nie, śmiało - odpowiedział i uśmiechnął się odkładając jakąś grubą księgę na bok
- Bo wiesz...chciałam przeprosić za moje zachowanie ostatnio i... - powoli zamknęłam drzwi, podeszłam tylko dwa kroki do przodu i urwałam patrząc w podłogę
- Nic nie szkodzi - stwierdził ciepłym głosem - usiądź koło mnie, o na tym krześle - powiedział zsuwając z niego jakieś księgi i pergaminy - przepraszam za bałagan ale jest tutaj tego sporo...materiału, a pokoik niewielki.
- Nie, nie - uśmiechnęłam się lekko - Lubię taki artystyczny nieład - wysiliłam się na żart i powoli podchodząc do krzesła przycupnęłam na samym jego brzegu - Wybacz, nie powinnam odciągać cię od zajęć, masz masę roboty, Triss jest wymagająca, ale... - westchnęłam głęboko patrząc wciąż w swoje kolana - Musiałam...pobyć z kimś. Rozumiesz, prawda?
- Tak, rozumiem - nie wiedziałam czy się uśmiechnął czy nie, lecz słyszałam jego ciepły głos - Jak mogę pomóc? Jakniechcesznicmówićtojamogępowiedziećalbomog poprostunicniemówićipoprostu
możeszpobyćkochamcięjakchcesztomogęprzytulić, jeśliodtegozrobisięTobielepiej
- wyrzucił szybko z siebie
Podniosłam głowę przez chwilę analizując jego słowotok i oddzielając pojedyńcze słowa w spójną i logiczną całość, popatrzyłam nic nie mówiąc w jego oczy i uśmiechnęłam się lekko, tym razem szczerze, młody mag odwzajemnił gest płonąc rumieńcem. Nie odzywał się, tylko przeplatał nerwowo rękoma nie bardzo wiedząc co z nimi zrobić. Siedział tak i patrzył się w ziemię, albo na moje nogi, tak czy inaczej był cały czerwony.
Wstałam z krzesła i powoli podeszłam do łóżka, usiadłam na jego skraju i położyłam dłoń na miejscu obok siebie:
- Mógłbyś? - zapytałam nieśmiało
- Tak - wymamrotał tylko i usiadł koło mnie, był jeszcze bardziej czerwony, patrzył się nadal na podłogę jakby tam leżała cała wiedza tajemna, a jej poznanie mogło wpływać na losy wszechświata
- Dziękuję - szepnęłam tak cicho, że nie byłam nawet pewna czy to usłyszał, jedną rękę oparłam na brzegu łóżka, lekko wysuwając ją w jego stronę. Nic nie powiedział, usiadł i niby przypadkiem położył swoją rękę obok mojej, tak, że dzieliły je od siebie milimetry. Cały czas był oblany rumieńcem, widząc go kantem oka mogłam powiedzieć jedno - krew nie bywa tak pąsowa jak on teraz. Przesunęłam swoją dłoń jeszcze kawałek, jednak, gdy dotknęłam jego palców poczułam przechodzący mnie dreszcz i szybko odsunęłam się jeszcze bardziej zawstydzona niż wcześniej, to było dziwne uczucie, zdecydowanie najdziwniejsze jakie kiedykolwiek mnie naszło. Zauważyłam tylko, jak jego dłoń zaczęła się przesuwać w moim kierunku, powoli sunęła niczym wąż w trawie sunie, tak i ona powoli ale nieubłaganie zbliżała się do mojej dłoni. Nikt nic nie mówił, tylko słońce naświetlało kurz unoszący się w komnacie, pozwalając jego drobinkom tańczyć szalenie w powietrzu. Patrzyłam na każdy jego ruch nie mogąc zrobić nic, poczułam tylko jak całe ciało odmówiło mi posłuszeństwa, dziwne uczucie nasiliło się rozlewając się ciepłem w piersi i na policzkach... Przecież wiedźmini nie mają uczuć, wiec co to do cholery było? Dlaczego tak dziwnie się czułam? Wtedy właśnie dotknął mojej dłoni. Poczułam, że była gorąca. Patrzyliśmy obydwoje na swoje splecione już ręce w milczeniu. Nie wiedzieliśmy co powiedzieć, przynajmniej ja nie wiedziałam, on nic nie mówił, więc chyba też nie wiedział.
- Chciałemcośtobiedaćaleniewiemgdzietojest - nagle powiedział jednym tchem, szybko i półszeptem
- Co takiego? - zapytałam cicho, może nawet niedosłyszalnie, popatrzyłam w jego oczy zastanawiając się dlaczego wcześniej tak bardzo myliłam się w stosunku do niego...
- Rysunkilistyitakierzeczy - wypowiedział jak błyskawica nie będąc w stanie opanować głosu
- Są...bardzo piękne, masz prawdziwy talent - uśmiechnęłam się bardziej do siebie czując jak policzki palą mnie z każdą sekundą mocniej
- Skąd... jajezgubiłem... myślałem, że... - urwał i całkiem czerwony siedział patrząc w moje oczy
Wysunęłam dłoń z jego uścisku i powoli wyjęłam rulon kładąc go tam, gdzie jeszcze chwilę temu były nasze ręce
- O to chodzi? – zapytałam
- Tak - wyszeptał tracąc powietrze, co widziałam doskonale - No... ja się starałem i...- umilkł nagle, wtedy weszła Triss
- Jadę z Tobą i on zosta.... - stanęła jak wmurowana - O przepraszam. Jadę z Geraltem. Ucz ją alchemii z ksiąg, wiesz, tych z czaszką to są podstawy, przyda jej się, żeby nie otruła siebie na dzień dobry, niebawem wracamy- zamykając drzwi, przysięgłabym, że puściła do mnie oko, my zaś usłyszeliśmy tylko " I jadę, Geralt i nie ma mowy, że jest inaczej, nie kłóć się ze mną". Wybuchnęliśmy śmiechem oboje i równocześnie.
- Pasują do siebie - stwierdziłam ze zdziwieniem, że powiedziałam to ja, tak ja, co się zmieniło? Nie byłam już zazdrosna... - I te szkice... gdybyś zechciał narysować mi coś jeszcze... - splotłam ręce i zaczęłam kręcić kciukami młynka nie wiedząc zbytnio co robić
- Narysuję - wyszeptał i zbliżył się nieznacznie
Siedzieliśmy chwilę bez słowa, gdy usłyszeliśmy pukanie, wtedy też nie czekając na jakiekolwiek zaproszenie do pokoju wparował z charakterystyczną dla siebie nonszalancją Lambert:
-Czy nie wi... a tutaj jesteś! - odpowiedział radośnie - Ty do nauki, a ty na wahadło, raz! Później posiedzicie razem a teraz na wahadło!- rzekł spokojnie ale stanowczo
Skinęłam głową i wstałam popatrzyłam na Suira z uśmiechem, on również podniósł się i podszedł do mnie, wyłapałam tylko nieznaczny ruch jego ręki, jakby przez chwilę zastanawiał się czy nie dotknąć mojej dłoni, ale szybko się wycofaj, patrzył na Lamberta.
- Zostawię je tutaj – pokazałam oczami na listy – Później jeśli chcesz możesz mi je przynieść, jeśli zaś uważasz, że powinny poczekać jeszcze jakiś czas… Oczywiście nie ma problemu – uśmiechnęłam się znowu po czym odwróciłam się i pewnie podeszłam do drzwi. Szybko przemierzyliśmy plac i dotarliśmy do wahadła, poczułam lekki niepokój widząc je, mimo wszystko obawiałam się, że znowu spędzę jakiś czas leżąc z osobistą orkiestrą w głowie dudniącą i sprawiająca, że głowa pękała mi na milion kawałków
- No, do roboty – zawołał nagle wesoło Lambert
Popatrzyłam na niego, uśmiechał się, co zdziwiło mnie bardzo, nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam tak przyjazny wyraz na jego twarzy. Bez słowa stanęłam na początku „ścieżki” patrząc na wahadła
- Uważaj na siebie tym razem – usłyszałam niemal ojcowski ton w jego głosie
- Dobrze – odrzekłam
„Kot i półpiruet” pomyślałam przypominając sobie słowa Geralta. Wzięłam głęboki oddech i przestąpiłam z nogi na nogę
- Przecież jesteś wiedźminką, prawda? – zapytałam sama siebie po czym pewnie, zwinnie i szybko ruszyłam przed siebie wykonując niemal machinalnie kolejne ćwiczone godzinami ruchy.
 
__________________
"Wczoraj wieczór myślałem o ratowaniu świata. Dziś rano o ratowaniu ludzkości. Ale cóż, trzeba mierzyć siły na zamiary. I ratować to, co można."
A. Sapkowski
Erissa jest offline  
Stary 18-03-2011, 01:32   #8
 
one_worm's Avatar
 
Wahadło zostało rozpędzone i nic nie mogło go zatrzymać, póki nie wytraci swojego pędu. To mogło potrwać krótko albo długo w zależności od tego, czy rzeczone wahadło trafiło na przeszkodę czy nie. Kolejne sekundy zwalniały i jakby sam czas wyhamowywał i czekał jeno chwili odpowiedniej by się zatrzymać całkowicie. Ta chwila nastąpiła. Oddech wszedł do płuc, powietrze wdarło się do środka, wraz ze słońcem, palącym słońcem i nie wyszło. Mideave skoczyła do przodu piruetem wyminęła pierwsze z trzech wahadeł. Tutaj dotarła już wcześniej. Nagle pod wpływem impulsu miecz sam wyskoczył z pochwy, stalowe ostrze, dobra brzytwa, pamiątka po innym wiedźminie, którego imienia nie znała i nie mogła odnaleźć, leżało gładko w ręce. Zrobiła skok w przód, zablokowała miękko paradą zwinnie lądując, a pół piruetem uderzyła wahadło z przodu, wybijając je z rytmu. Świat powoli wracał do życia, powietrze uchodziło, szybki krok i kolejny, dosłownie czuła muśnięcie koszuli przez ostatni drąg wahadła. Była po drugiej stronie. Świat zagrał normalnie, wszystko było w porządku. Usłyszała głos z dołu, niedowierzając do końca temu, co się stało:
-Noooo, moja nauka nie poszła w las, a to się chwali- krzyknął Lambert i dodał- W nagrodę Eskel coś ci upichci. Z sosem, teraz jeszcze tylko alchemia, Starsza Mowa i znaki – Wymieniał wiedźmin odliczając kolejne stadia nauki Mideave
-Nie pocieszaj- odrzekła ze śmiechem i radośnie wiedźminka.
-Geralt byłby dumny – rzekł Lambert.

Weszliście do zamku. W środku był tylko Suir oraz Vesemir. Ten pierwszy gotował coś.
- Narada. Jaskier pojechał z Eskelem a my radzić będziemy Lambert.
-Cóż tu do radzenia? Geralt pojechał z Merigold odczarować strzygę bo Adda ponoć się zamieniła ponownie, czy jakoś tak, młoda kończy szkolenie, zaliczyła wahadło, a tak to nic ciekawego się nie dzieje chyba?
-Nie do końca. Jaskier przywiózł wieści. Pamiętasz jak Salamandra wywiozła nam mutageny? Odzyskaliśmy je, jednak nie wszystkie albo ktoś je opracował. Loża Czarodziejek, wystaw sobie, produkuje własne legiony…mutantów bo wiedźminami nie są…
-Co?!- zawrzeszczał Lambert, a echo poniosło jego krzyk, tak, że niedługo potem ptaki wzbiły się ku słońcu południowemu
-Ano to. Widzisz, mogą mścić się za śmierć Kapituły. Wtedy ponoć całe bractwo poszło w rozsypkę czy prawie całe, nie znam szczegółów. Teraz trzeba będzie pomyśleć co dalej…
Ty milczałaś, zastanawiając się co powiedzą, to była poniekąd Twoja szansa zarówno jak i na szybki awans jak i na to, że szkolenie i dokończenie go będzie musiało poczekać. Milczeliście, wszyscy. Vasemir spojrzał się na Ciebie i nie spuszczając wzroku zapytał się nie to siebie nie Lamberta:
-To mówisz, że wahadło ukończyła? Ciekawe… Dobrze, tradycyjnie zorganizujemy pościg. Na cztery strony świata. Wy młodzi! – Wstał i Suir podszedł bliżej.
-Po pierwsze, pilnujcie mienia, powinniście się obronić tutaj przed setką zbrojnych, po drugie – Przeniósł wzrok na Ciebie- Masz nie przerywać szkolenia. Walczyć z cieniami. Masz słuchać Suira w alchemii i Starszej Mowie. Znaki sama ćwicz i się go nie słuchaj w znakach bo to wiedźmińska sprawa. Niebawem powinna wrócić Triss wraz z Geraltem. Geralt ma się udać do Wyzimy. Nad wami przejmie piecze Merigold. – Zastanowił się i podrapał w głowę.
- Na próbę dostaniesz coś. – Wyciągnął woreczek i wręczył, był dość ciężki, wypchany, ale nie było to złoto. Otworzyłaś. Łeb Wilka.
-Gratuluję Biała Wilczyco. Zasłużyłaś. No na próbę. W laboratorium…
- Ale Triss zabroniła mi tam…- wtrąciłaś
-…znajdziesz skórę, mikstury, Suir wie jakie to są i co robią. No. Macie co jeść, powinniście przeżyć do naszego powrotu. My wyruszamy. – Obaj wyszli na dziedziniec i podeszli do konia. Juki były gotowe, odniosłaś wrażenie, że oni już widzieli, że wyruszą, a przynajmniej Vasemir. Zgodnie z jego słowami powinniście udać się do laboratorium.


Popatrzyliście tylko ja jadą ku zachodowi słońca, każdy w swoim kierunku. Małe kropki stawały się coraz mniejsze. Kaer Morhen. Wieże, to co z nich zostało pozwalało obserwować wszystko z pół dniowym wyprzedzeniem. Nie mogło być mowy o zasadzce czy też zaskoczeniu.
-No to zostaliśmy sami, chodź, obiad był dobry ale kolacja… Jajecznica, a może… kawior? – Zaproponował Suir, a oczy mu zabłysły
-A może laboratorium?- odpowiedziałaś i dodałaś od razu- Tam są eliksiry i zbroja, chce je zobaczyć, dotknąć, przymierzyć.
Suir kiwnął tylko głową, udaliście się do laboratorium.

To miejsce zawsze było intrygujące, nieprzebrane skarby wiedźminów, ich drogocenne mutageny. Przepisy na eliksiry. I kto tam wchodził? Wszyscy poza nią. Do dnia dzisiejszego! Dziś ona zeszła!
Laboratorium prezentowało się dość ubogo w porównaniu z tym co sobie wyobrażała i wnioskowała ze skrawków informacji. Ledwie dwa pomieszczenia. W pierwszym był kamień, łańcuchy, skądś je pamiętała i pochodnie, rzucające niewyraźne światło i długie cienie. Drugie pomieszczenie to było już właściwe laboratorium. Tutaj znajdowały się retorty, alembiki, moździerze oraz inne przedmioty alchemiczne. Tutaj panowała idealna jasność, tutaj nie szczędzono niczego, zresztą – nie ma co się dziwić. Jeden mały błąd, mały cień, który li to zatańczy sobie, a mikstura czy mutagen mógłby okazać się śmiertelną trucizną. Suir podszedł do skrzyni i otworzył ja bez problemu. Podał najpierw mała skrzynię, drewnianą, później podał spodnie, napierśnik ze skóry i hak. Oraz list. Ubrałaś się w pomieszczeniu obok, nie chcąc traci czasu, zbroja leżała idealnie, zauważyłaś, ze na lewym ramieniu są trzy jakieś puste miejsca, jakby na coś, mikstury? Ogólnie był to pasek przyszyty do ramienia kurty, posiadający trzy przegródki. Hak leżał od strony zewnętrznej, tak, że jakbyś chciała kogoś kopnąć z kolanka to i hakiem mógłby dostać pod żebro na przykład. Założyłaś brzytwy i rękawice, leżały idealnie i posiadały srebrne wypustki. Przeszłaś się w lewo i prawo. Tak, to było to. Pełen rynsztunek. Wróciłaś do Suira i otworzyłaś list
Kochana Mideave!
Posiadasz tutaj skórznie, zrobioną, zgodnie z wskazówkami ze starych ksiąg.
Nie martw się, zasłużyłaś, niech cię chroni, nie daj się zabić czy pokiereszować.
Triss Meriglod

Szczególnie podpis był imponujący. Z zawijasem. Otworzyłaś drewniane pudełko, skrzyneczkę. Spojrzałaś do środka., było tam osiem eliksirów.
- Teraz słuchaj uważnie, ta pierwsza para to Biała Mewa, baza pod eliksiry, uzyskuje ją się z alkoholu, nie wiem…no na przykład Tremerskiej żytniej. Ta para to eliksir Kot, działa w ciemnościach i pozwala widzieć w nich. Dalej masz Jaskółkę, która przyspiesza znacząco leczenie ran i obrażeń. No i Zamieć. Ten eliksir sprawi, ze będziesz mogła poruszać się z prędkością nieosiągalną zwykłemu człowiekowi, uważaj jak ją stosujesz. Chyba wszystko. A i miej jakiż zapas eliksirów na ramieniu. Najlepiej Jaskółkę, Kota i Zamieć po butelczynie, cokolwiek by się nie stało… Będziesz przygotowana – Wyrecytował.
Staliście chwilę w milczeniu
- Triss mówiła, iż każdy eliksir jest toksyczny, człowieka zabija ale wiedźmina tylko podtruwa. Jednak miej baczenie na to ile eliksirów zażyłaś, póki co bierz jeden na raz na godzinę. Podobno kiedyś wiedźmini pili je litrami i nic ale oni byli tak uodpornieni, że…- Urwał i ponownie spojrzał się na Ciebie, w jego oczach widziałaś niekłamany podziw dla Ciebie i dla tego rynsztunku, co się dziwić- byłaś wiedźminką. Z krwi i kości. Gotową zabijać potwory.
-Czy masz jakieś pytania?
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
Stary 18-03-2011, 10:40   #9
 
Erissa's Avatar
 
Wahadła kiwały się szybko rozcinając powietrze. A ja? Patrzyłam wiedząc, że powinnam już dawno wskoczyć między nie i choć spróbować przejść przez tą istną ścieżkę śmierci i kalectwa, mimo to przebijałam przeszkodę wzrokiem mając może złudną nadzieję, że za sprawą magii, która spłynie razem z żarem bijącym z nieba czas przystanie i zatrzyma ten cały cyrk. Nic takiego jednak się nie stało i nadzieje, że kiedykolwiek się stanie były nikłe, stanie więc najwyraźniej nie miało większego sensu. „Obyś się nie mylił Geralt” powiedziałam tylko w myślach i nagle ruszyłam do przodu lekkim piruetem wymijając pierwszą przeszkodę, nic wielkiego, prawdziwe wyzwanie dopiero zaczynało się teraz. Nie tracąc rytmu ani czasu na bezsensowną kontemplację „Skręcę kark przy tej próbie czy dopiero przy następnej” z niebywałą zręcznością dobyłam miecza i wykonałam wyćwiczoną w każdym calu sekwencję ruchów. Nie wiedziałam sama zbytnio co się działo dookoła mnie, szumiało mi w uszach, istniały tylko wahadła, które… Nagle zorientowałam się, że stoję na samym końcu ścieżki, a ostatnia przeszkoda powoli zaczyna się zatrzymywać tuż za moimi plecami. Niezbyt zdając sobie sprawę jak to wszystko się stało schowałam miecz do pochwy i zeskoczyłam na ziemię z zaskoczoną miną, podeszłam do Lamberta, na twarzy którego widniał jeszcze szerszy uśmiech. Wyciągnął dłoń i położył mi na ramieniu
- Geralt byłby dumny – powiedział przyjaźnie
Zdziwiło mnie, że tym razem imię Białego Wilka nie wywołało u mnie przyspieszonego bicia serca czy jakiejkolwiek innej reakcji, aczkolwiek zdawałam sobie sprawę, że w ustach Lamberta, dla którego Geralt był największym mistrzem w swoim fachu i dawał mi go ciągle za przykład te trzy słowa oddają więcej niż jakikolwiek inny, godzinny nawet wywód pełen pochwał. Był zadowolony. Bardzo.
- No dobrze, wracajmy, zasłużyłaś na odpoczynek – poklepał mnie po łopatce i ruszyliśmy do zamku, by skryć się przed upałem w jego chłodnych komnatach.
Gdy tylko dotarliśmy na miejsce zobaczyłam Vessemira i Suira, który chyba coś pichcił. Po wczorajszym obiedzie i jego stanie przed „doprawieniem” wnioskowałam, że i tym razem wszystko będzie smaczne. Na chwilę zatrzymałam wzrok na młodym adepcie uważnie obserwując każdy jego ruch, przesuwając oczami po skupionej twarzy otulonej lekko niesfornymi kosmykami jasnych włosów, ramionach, piersi, dłoniach… Przeszedł mnie dreszcz, a przed oczami stanęła scena z pokoju… Do rzeczywistości pomógł mi wrócić głos starego wiedźmina:
- Narada. Jaskier pojechał z Eskelem a my radzić będziemy Lambert – powiedział spokojnie
Przysłuchiwałam się ich rozmowie, ostatnio nie działo się dobrze, Adda… moja matka i teraz jeszcze to. Loża miała wpływy, pieniądze, władzę i bogowie wiedzą co jeszcze, nawet bez armii mutantów stanowili przeciwnika, z którym trzeba było się liczyć i to bardzo. Zamierzali wyjechać i zostawić mnie samą z Suirem… znowu dreszcz… Cholera jasna, niech to szlag, czy ja mam jakiś defekt? Wiedźmin z dreszczami, też coś! Tak czy inaczej dreszcz jednak był i żadna książkowa mądrość czy też plotki, stereotypy, magia nie mogły tego zmienić. Znowu popatrzyłam na Suira spod rzęs, widziałam, że patrzył gdzieś w nasza stronę, ale nie wiem czy akurat na mnie.
-To mówisz, że wahadło ukończyła? Ciekawe… Dobrze, tradycyjnie zorganizujemy pościg. Na cztery strony świata. Wy młodzi! - zwrócił się wreszcie do nas, młody mag podszedł bliżej i stanął kilka kroków obok mnie jakby bał się bliskości
Z grymasem obrazy odwróciłam głowę, czy ja gryzę no przepraszam? Najpierw z godną zachodzącego słońca pąsowością łapie mnie za rękę i wypisuje w listach takie rzeczy a teraz nic, zupełnie nic, phi!
- Po pierwsze, pilnujcie mienia, powinniście się obronić tutaj przed setką zbrojnych, po drugie – popatrzył na mnie - Masz nie przerywać szkolenia. Walczyć z cieniami. Masz słuchać Suira w alchemii i Starszej Mowie. Znaki sama ćwicz i się go nie słuchaj w znakach bo to wiedźmińska sprawa. Niebawem powinna wrócić Triss wraz z Geraltem. Geralt ma się udać do Wyzimy. Nad wami przejmie piecze Merigold.
- Oczywiście, ćwiczenie jest teraz najważniejsze – stwierdziłam z poważną miną, lecz w mojej głowie odezwało się szczęśliwe i błogie ziewnięcie „Leeeenistowwoooo, wreszcie!
Uśmiechnęłam się lekko ciesząc się, że nie potrafi czytać w myślach jak Triss
- Na próbę dostaniesz coś – stwierdził i podał mi małe zawiniątko -Gratuluję Biała Wilczyco. Zasłużyłaś.
Popatrzyłam na prezent i o mało co nie pisnęłam z radości, to był medalion! Prawdziwy wiedźmiński medalion! I w dodatku nazwał mnie Białą Wilczycą! Byłam wiedźminką, byłam prawdziwą wiedźminką! „Hehe, co Suir, widziałeś to, widziałeś?” znowu pomyślałam. Vessemir mówił coś jeszcze o laboratorium, słuchałam go tylko jednym uchem ogarnięta niewysłowioną radością i dumą. Założyłam medalion, delektując się jego przyjemnym ciężarem. Nie, nie mogłam porzucić ćwiczeń, byłam teraz prawowitą Wilczycą, nie będę się lenić, nawet, gdy nikt nie będzie tego widział ja będę ćwiczyła, by pewnego dnia zmierzyć się z potworem… kuroliszkiem… a może nawet strzygą… Rozmarzyłam się jak chyba nigdy wcześniej, oczami wyobraźni widziałam jak stoję z połyskującym mieczem przestępując pewnie z nogi na nogę, przede mną stała strzyga (jak dokładnie strzyga wygląda?… Hmmm… nieważne, liczy się fakt, że to było moje marzenie i ja wiedziałam, że ta włochata bestia to właśnie jest strzyga). W każdym razie stała, jej szpony były długie i ostre, patrzyła na mnie płonącymi oczami
- Hahaha – zaśmiałam się pewnie i z wyższością – No chodź, zmierz się z najlepszą wiedźminką! Ha! No chodź jeśli masz odwagę!
Strzyga zaszarżowała w moją stronę, odskoczyłam zręcznie tnąc ją przez plecy, mój czarny, skórzany pancerz odbijał światło słońca… (nie, cholera, to nie tak, strzygi atakują w nocy…)więc pancerz odbijał światło księżyca, strzyga zawyła przeciągle, wtedy właśnie szybko uderzyłam Aardem, uderzyła w ścianę jakiejś krypty
- No chodź, chodź! – śmiałam się dalej
Strzyga podniosła się, była wściekła, ale ja wiedziałam, że nie ma ze mną najmniejszych szans!
- Mideave? – głos Suira przywołał mnie do rzeczywistości – Idziemy do laboratorium?
- A… tak, tak… - odpowiedziałam tylko nieprzytomnie i podążyłam za nim
Przechodząc przez drzwi tego tajemniczego pomieszczenia poczułam dziwne podniecenie, jakbym robiła coś niedozwolonego, ale wiedziałam, że teraz mam prawo tu przebywać na równi z innymi, byłam wiedźminką z krwi i kości. Omiotłam laboratorium ciekawym spojrzeniem, Suir zaś wyciągnął kilka rzeczy, jedną z nich okazał się pancerz, czarny, połyskujący… jak ten z marzeń. Znowu uśmiechnęłam się szeroko i porywając go wybiegłam do pokoju obok, by przymierzyć część mojego nowego wyposażenia. Nie zakładałam wcześniej niczego podobnego, więc mocowanie ze wszystkimi sprzączkami i rzemieniami zajęło mi kilka chwil, lecz było warto, poczułam się jak wojowniczka, mistrzyni miecza. Dobyłam ostrza i na próbę zrobiłam nim młynek. Pancerz nie krępował w najmniejszym stopniu ruchów, był idealnie dopasowany. Uśmiechnęłam się i wróciłam do Suira. Czekał na mnie już liścik od Triss, miała ładne pismo, dystyngowane i eleganckie. Po chwili młody mag zaczął opowiadać o miksturach, w jego głosie była pasja, ja sama zaś wiedzę chłonęłam z niezwykłą ciekawością i zapałem. Oglądałam fiolki nie patrząc nawet na adepta. Eliksiry… Nie mogłam się doczekać, gdy spróbuję po raz pierwszy któregoś z nich. Wreszcie podniosłam wzrok na Suira i nasze spojrzenia się skrzyżowały, uśmiechnęłam się ciepło
- Czy masz jakieś pytania?- zapytał
- Chyba wszystko jest jasne jak do tej pory – stwierdziłam – Mogę zobaczyć? – nie czekając wyciągnęłam rękę po trzymany przez niego eliksir, była to chyba jaskółka, z tego co mówił
Suir delikatnie podał fiolkę zupełnie niechcący dotykając mojej dłoni, znowu poczułam jak ciepły jest i ponownie uśmiechnęłam się do siebie. Cieszyłam się, że jednak zakopaliśmy topór wojenny, ciężko byłoby wytrzymać, gdybyśmy zostali sami i w dodatku toczyli otwartą walkę. Poza tym… może nawiąże się między nami przyjaźń? Nie wiedziałam jak będzie, ale czułam, że rozumie mnie lepiej niż inni.
 
__________________
"Wczoraj wieczór myślałem o ratowaniu świata. Dziś rano o ratowaniu ludzkości. Ale cóż, trzeba mierzyć siły na zamiary. I ratować to, co można."
A. Sapkowski

Ostatnio edytowane przez Erissa : 18-03-2011 o 10:54.
Erissa jest offline  
Stary 18-03-2011, 13:01   #10
 
one_worm's Avatar
 
Kolejne schody ciągnęły się w górę, szliście spokojnie w ciszy, czułaś jak niby przypadkiem Suir dotykał Twojej dłoni, była ciepła. Gorąca. Doszliście do Sali głównej i usiedliście przy kominku, gdzie trzaskał wesoło ogień. Suir zniknął na chwilę i wrócił z kiełbaskami, nadział je na jakieś kije i wręczył Tobie takowy. Smażyliście kiełbaski, w zamku. Zaśmialiście się. Równocześnie, kiełbaski w zamku. Jedliście po kilku chwilach w milczeniu i rozkoszując się ciszą kiełbaski. Zauważyłaś, że siedział bliżej Ciebie i jego ręka wędrowała powoli ku Twojej.
-No to ja mam wahadło już za sobą – uśmiechnęłaś się przerywając tę ciszę, echo Twojego głosu rozeszło się po zamku, mimo wszystko pustka w tym miejscu, dziwnie się poczułaś. Przecież oni tutaj jeszcze wczoraj jedli. Wszyscy…- A ty masz jakieś testy magiczne, które powiedzą, że jesteś magiem? Jak ja wiedźminką? – i wypięłaś przy tym dumnie pierś, tak, żeby Medalion był lepiej widoczny w tańczącym ogniu kominka.
-Tak i nie. Mnie uczy Triss i na specjalnych warunkach. Nie wiem czy powinienem to mówić ale jest ku temu powód. To jest tak, że Triss zabrała mnie w wieku czterech lat, jak zacząłem przejawiać talenty magiczne. Nie chciała umieścić mnie w żadnej szkole ani oddać komuś innemu pod opiekę. - zawiesił na chwilę głos- Usłyszałem kiedyś jak rozmawiała z kimś przez zwierciadło, kłóciła się. Czasem myślę, że źle zrozumiałem ale… powiedziała w złości, że jestem wyjątkowym bo księciem Redanii i… ponoć pisana mi była królewna z Wyzimy, z Temerii ale ile w tym prawdy nie wiem, pewnie nie chodziło nawet o mnie- – uśmiechnął się i po chwili zaczął histerycznie śmiać- Wyobraź to sobie, jestem księciem i wracam na tron i może jeszcze z wiedźminką, albo czarodziejką, królową Wyzimy, toż to idealny temat na balladę dla Jaskiera – powiedział to krztusząc się ze śmiechu.
Milczeliście, ty tylko uśmiechnęłaś się blado.
-Dobrze, księżyc ledwo wszedł na niebo ale… może coś o alchemii powiem bo to jest ważne, a nie wiadomo jak długo tu posiedzimy i co wyjdzie po drodze… – odpowiedział w zamyśleniu. Ognisko dawało sporo ciepła, ogień trzaskał, a drwa paliły się powoli. Kiełbaski zostały zjedzone.
- To tak, zaczniemy od podstaw. W celu uzyskania mikstury wiedźmińskiej łączysz bazę z poszczególnymi składnikami. Jaskółcze ziele na przykład. Żeby zrobić Jaskółkę musisz wziąć dwie porcje jaskółczego ziela, albo jakiejkolwiek substancji, która zawiera w sobie Rebis…

… I wtedy wejdę głębiej w grobowiec i i zrobię dwa kroki w tył. Strzyga zawaha się. Poczuje moją potęgę. Będzie bała się pójść, jednak instynkt ją poprowadzi do mnie, ja z obnażonym srebrnym mieczem będę czekała. Wtedy podejdzie na kilka kroków i zaatakuje, a ja wykonał pół piruet! Tak, pół piruet to doskonałe rozwiązanie, bo sieknę ją w bok, a zarazem uniknę jej ciosu, szarży. Ona poleci w głąb, na pewno i ja wtedy widząc idealnie w ciemności wejdę ostrożnie w ten korytarz. (Ciekawe czy strzyga poluje na węch czy polega na wzroku tak samo jak ludzie?) No tak czy inaczej ja ją zauważę, a ona mnie. Tak, będzie na mnie patrzeć z podziwem i strachem, bo przecież nie spotkała nikogo tak godnego jak mnie! (Ciekawe, czy wieśniacy próbowali ją zatłuc?) Tak, próbowali bo tutaj jest pełno ich szkieletów! Zła istota będzie patrzeć na mnie ze strachem i podziwem bo przybyła godna pogromczyni. Zaatakuje, nagle, nie spodziewając się tego, ze ja zareaguję i… Na pół piruet nie da się drugi raz nabrać! Aard! Uderzę ją Aardem, o tak!...

-PADNIJ! – Usłyszałaś krzyk Suira. Rozejrzałaś się i nagle poczułaś jak ktoś zwala się na Twoje nogi, bo ty już byłaś w skoku… położyłaś się jak długa, mag zaś dostał czymś najwidoczniej bo aż wydał zduszony okrzyk, obróciłaś głowę. Na jego plecach była paląca się kłoda, ona zaś wstał i szybko skoczył kilka kroków na przód. Dokoła była pełno palących się drew, na szczęście kamień nie pali się tak łatwo, a nie było nic co mogłoby się zająć.
-Aard… dlaczego? Trzeba było powiedzieć, że nudzi Ciebie alchemia… – powiedział smutnym głosem. Najwidoczniej musiałaś za bardzo wczuć się w walkę ze strzygą. Ściągnął koszulę- Ale dziura! Triss mnie zabije! –Widziałaś w świetle księżyca jego mięśnie, widziałaś, że mężniał, przypominał rzeźbą ciała kogoś, kto mógłby mieć ciało Geralta.
-Ja… przepraszam – powiedziałaś cicho.
Razem pozbieraliście i dogaśliście polana i drwa rozrzucone po sali. W ciszy poszliście spać, każdy do siebie. Padłaś twarzą do poduszki oddając się rozmyślaniom przez kilka chwil. Później było ciemno.

Nagle usłyszałaś dźwięk, był to melodyjny głos. Cholerne echo zniekształcało go. Podniosłaś głowę z poduszki, księżyc wlewał się do pomieszczenia, był środek nocy. Usiadłaś na łóżku i nagle poczułaś łaskotanie w stopie. Zaspana spojrzałaś co to. Zamurowało Ciebie to były… kwiaty! Tak, to był kwiat. Sięgnęłaś po niego i powąchałaś. Zapach był słodki, przyjemny, miły, przetarłaś oczy. Poznałaś kwiat to Wyzimiejka złocista. Wstałaś i spojrzałaś, że płatki kwiatów są na Twoim łóżku i prowadzą na korytarz, wyjrzałaś. Korytarz był ciemny, jednak widziałaś w nim doskonale, na tyle by widzieć kolejne płatki usypane w szlak… dokądś. Nie bardzo wiedziałaś o co chodzi ale ruszyłaś. Szłaś stawiając ostrożnie kroki i próbując wsłuchać się w śpiew. Nagle płatki zakręciły na schody, na dół do głównej Sali w zamku. Schodziłaś powoli, nie śpiesząc się. Słowa, słowa były coraz wyraźniejsze, zbliżałaś się do źródła śpiewu. Nagle trąciłaś coś nogą, coś szklanego i zakołysało się to lekko. Buteleczka, mała z kolorowego szkła, jednak nie widziałaś koloru. Korciło, żeby powąchać. Korciło… powąchałaś. Słodki i przyjemny zapach bzu i lawendy uderzył Twoje nozdrza, czułaś jak zawirowało Tobie przed oczami, zapach był zniewalający. Perfumy. Skoncentrowałaś się, usłyszałaś już melodyjny, fałszujący śpiew i poszczególne słowa.

Ueassan Lamm feainne renn, ess'ell,
Elaine Ettariel,
Aep cor aen tedd teviel e gwen
Yn blath que me darienn
Ess yn e evellien a me
Que shaent te caelm a'vean minne me striscea...

Było to piękne, czułaś to, choć nie rozumiałaś ani słowa z tego co śpiewał… Suir? Zgłupiałaś przez moment. Weszłaś do sali. Widziałaś pełno świec, słabo rozświetlających całe pomieszczenie, pełno płatków kwiatów, do tego coś na stole, dwie długie zdobione świecie, zapalone już oraz tyłem siedzącego Suira. Coś robił ale co? Śpiewał i coś…pisał? Zakradłaś się bezszelestnie bliżej, lekko od lewej i widziałaś co robi. Malował. Nie widziałaś dokładnie co ale malował. Na stole było pełno różnych talerzy z różnymi potrawami, ryby, kawior, kurczak, kaczka w pomarańczach, owoce, sosy, wszystko jednym słowem. Ona zaś siedział i malował i śpiewał. Zaczęłaś się zastanawiać kiedy to on przygotował. Kolejna rzecz, dopiero po chwili ja zauważyłaś, naprzeciw niego było jakieś krzesło… fotel, tak to był wygodny fotel i obok niego pergaminy, domyśliłaś się co to za pergaminy. Jesteś pewna, że je widziałaś, tak to te listy i rysunki.
 
__________________
Do szczęścia potrzebuję tylko dwóch rzeczy. Władzy nad światem i jakiejś przekąski.
one_worm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168