Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-04-2011, 19:40   #11
 
Bogdan's Avatar
 
Reputacja: 240 Bogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie cośBogdan ma w sobie coś
Król Miodu był zaiste królewski. Choć wiedział co czekało go nazajutrz tej nocy sobie nie żałował. Ani miodu, ani uciechy, bo chociaż z początku się na to nie zanosiło, dla wyrwanego niemal siłą z objęć miejscowego zamtuza Oktawiusa sprawy powoli przybierały właściwy obrót. Był miód, było kilka mord, z którymi zdąrzył się już jako tako zżyć, i co najważniejsze były widoki na zarobek. Sto sztuk? - tak chyba gadał krasnolud - gwarantowane, rzecz jasna dla tych co przeżyją, a do tego co tam da się fortunie z gardła wydrzeć.
Gęba sama śmiała się Oktawiusowi na tą myśl, bo robota nie wyglądała na trudną. Ot wygnieść niedobitki czcicieli jakiegoś demona. A po robocie nie groziła rodzinna zemsta ani kara jurystów. Same zalety....

Oktawius przełknął i wyraz błogości rozlał mu się na twarzy.
- Zaiste Król! - wychrypiał tylko, bo miód palił trzewia niczym ogień. Chwilę trwało nim był w stanie powiedzieć cokolwiek więcej, jednak gdy doszedł już do siebie i oczy przestały łzawić zwrócił się do krasnoluda.
- Panie Zigildun. Jakeś wcześniej gadał, byłeś już raz tam, gdzie i nam droga. Toś bywalec. Wyjaśnij zatem wasze, co nas tam czekać może.
Krasnolud Fungi zaczerpnął ponownie przedniego miodu z beczułki do swego rogu, łyknął trochę, otarł bujną brodę i odparł:
- Pani i Panowie, jak to mówiłem wcześniej, droga do tego miejsca wiedzie trudna, marsz forsowny naszą Dziewiątkę czeka. Dwie dekady temu jeszcze jako najemnik Wolnej Kompanii służyłem pod sztandarem księcia Axen, Radowida III. Ostateczna zwycięska bitwa z hordą Demona miała miejsce w przeklętej przez bogów dolinie, do której nas przy odrobinie szczęścia doprowadzę. Tam to był ostatni bastion, gdzie mroczni kapłani skupili resztki swych sił orków, goblinów i koboldów. Teraz, jeśli nic się nie zmieniło, pewnikiem stoją tam tylko ruiny, strzaskane kolumny u wejścia do chramu Yrrhedesa, gdzie ich wszystkich wyrżnęliśmy do ostatniego, tak nam się przynajmniej zdawało. Nikt nam nie uciekł. Tam też zaczniemy nasze poszukiwania klejnotu Oka Yrrhedesa i jego skarbów. Tam musi być jakieś dodatkowe wejście, którego nie odkryto. Jakiś korytarz, odnoga, uskok, który przegapiliśmy w ferworze zwycięstwa.
- Hmmm... -
zastanawiał się na głos Oktawius - dwie dziesiątki lat... nie liczyłbym że wszystko zastaniem takim jakeście ostawili.
- Może macie rację Panie Oktawiusie, sęk w tym, że obecna sytuacja nie przypomina tej z przed dwudziestu laty. Nie ma jednej zorganizowanej Wielkiej Hordy. To raczej liczne luźne bandy plugastwa. Tak jak by Zło z masywu Czerwonego Rogu dopiero się ocknęło, odzyskiwało swe prastare siły i ściągało do siebie mroczne istoty. Może nie zdążyło jeszcze niczego odbudować. Tak przynajmniej twierdzi Świątobliwa Agness de Montyarde, która otrzymać miała ponoć mglistą wizję od swej bogini. Jedno jest pewne, a przynajmniej kapłanka jest tego pewna, widziała ponoć z oddali Czerwony Rog, Hornaq w narzeczu goblińskich plemion, od którego biła Prastara Moc.

Oktawius zasępił się na chwilę a potem burknął
- Może to i lepiej... mniejsze bandy łatwiej wygnieciem.
- Dobrze Kompania, na dziś o tym koniec. Na razie. Lepiej sobie łyknijmy, noc przyjemniejsza będzie -
zarechotał Fungi i splunął do paleniska, gdzie wesoło trzaskały brzozowe bierwiona, a Oktawius znów pociągnął z beczułki i znowu odhuchnął z ulgą.

Prosta robota. Znależć, ukatrupić, przeszabrować... żyć nie umierać. Chciało mu się śpiewać. Humor dopisywał jak mało kiedy. To chyba z tego powodu podroczył się z Widarem. Ale tamten sam się prosił. Czy to z powodu oschłego przytyku czarownicy, czy z jakiej innej przyczyny postanowił nadrobić mizerię budowy mędrkowaniem, Oktawius nie wiedział. Jedno wiedział napewno, mędrkowanie i Król Miodu nie chodzą w parze.
Tak czy inaczej miał to w rzyci.Teraz liczyły się tylko ta noc, przyszłe łupy i zabawa.
 
Bogdan jest offline  
Stary 08-04-2011, 12:11   #12
 
Faurin's Avatar
 
Reputacja: 15 Faurin nie jest za bardzo znanyFaurin nie jest za bardzo znanyFaurin nie jest za bardzo znanyFaurin nie jest za bardzo znany
Widar spojrzał na draba z ukosa. Nie wyglądał, jakby pił napoje wyskokowe rzadko, a mimo wszystko się wykrzywił. Nie oczekując aż kto inny zgłosi swoją chęć spróbowania owego specjału, odkładając na bok zasadę zegara, podleciał do Oktawiusa i wyrwał mu beczułkę z rąk, wydukając od niechcenia jakieś obcesowe “przepraszam”.

Początkowo zwilżył tylko wargi w napoju, jednak po chwili pił zapalczywie. Było... dobre. I niesamowicie gorące!

Widar wydał z siebie odgłos tryumfu, po czym spojrzał na tego, któremu tak bezszczelnie odebrał alkohol.

- Wybacz, że postąpiłem tak... - niewątpliwie szukał słowa, ale głównym powodem jego przerwy w wypowiedzi był kolejne skosztowanie Króla.- ... tak ordynarnie. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, hmmm?

Oktawius nie reagował, ze złośliwym uśmieszkiem na zarośniętej facjacie obserwował tylko twarz Widara. Dwa razy w życiu miał okazję kosztować Króla Miodu. Już za drugim razem wiedział, jak się toto pije. Teraz z zainteresowaniem czekał na reakcję tamtego.

Reakcja towarzysza była dość niecodzienna. Wydawało by się, że patrzy na swego rozmówcę jakby... z góry? Nie przejął się tym jednak zbytnio Widar, bowiem zrobiło mu się trochę ciepło. Podszedł szybko do okna, przy którym wcześniej stał Creap. Podmuch powietrza był pieszczotliwy i kojący. Potrzebował odrobiny chłodu, po tym, jak trochę nieumyślnie zaczął pić. Nigdy wcześniej nie miał w ustach tak ognistego trunku.

- Widzę, że jesteś bardziej doświadczony, Oktawiusie. Przez ostatni miesiąc nasza szóstka zamieniła, bez wątpienia, nie wiele słów. Czeka nas teraz jednak całkiem odmienna wyprawa. Chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia. Nie sądzicie zatem, że powinniśmy się najpierw lepiej poznać, nim przejdziemy do tworzenia planów naszej podróży?

Ostatnie zdanie skierował do całej ferajny. Obserwował ich przy tym bacznie. Wiedział, że można poznać człowieka w szczególności po tym, jak zada mu się pytanie, którego się nie spodziewa.

Twarz Oktawiusa nie wyrażała zaskoczenia pytaniem, raczej ograniczoną reakcją na krasnoludzki miód. Jednak szybko widać coś tam sobie w głowie poukładał, bo przestał wlepiać w Widara wzrok i odrzekł radośnie uśmiechnięty.

- Jeśliś przez okrągły miesiąc nie rozpoznał, jak chcesz tej sztuki przez jedną noc dokonać?

- Jeśliś nie odezwał się do mnie podczas ostatniego miesiąca, to jakoż mogłem to uczynić? - odparł z nieukrywaną ironią w głosie. - Nie mówię wszak o tym, byśmy opowiadali sobie, kiedy kto stracił dziewictwo, ale nie chcę, by w naszej wyprawie ktoś w nieoczekiwanej chwili wbił kompanowi nóż w plecy.

Czasem i jednej zaczepki starczało Oktawiusowi, by obnażyć żelazo. Tym razem sam dziwił się sobie, kiedy spostrzegł, jak puszcza mimo uszu drugą. Cóż, Król Miodu... Zmierzył Widara tylko brzydkim wzrokiem i sapnął.

- Kłamca prawdy ci nie rzecze, jeno o przyjaźni zapewni. Zważ czy takich zapewnień oczekujesz. Kim jesteśmy? Wszyscyśmy podobni sobie i jednego jako po sobie się możesz po każdym spodziewać.

- Nie bardzo mnie przekonuje to, co mówisz. Może i jest w tym ziarno prawdy, acz zważyć trzeba, że póki co nie wiemy czego możemy się spodziewać podczas wyprawy, a jeśli... jeśli jest ona tak niebezpieczna, że zapłata jaką nam oferują nie pokryje w pełni naszego zaangażowania jakie włożymy w naszą, hmmm... misję, to różne rzeczy przychodzą ludziom do głowy. Póki co, nie wiemy co nas czeka- powtórzył z naciskiem- jakie skarby znajdziemy, o ile jakiekolwiek znajdziemy.

- Nagle strach cię obleciał? - odparował Oktawius i zarechotał.

Widar westchnął. Czuł, że alkohol krąży mu już organizmie.

- Strach?- prychnął.- Jakim moim słowem dałem ci do zrozumienia, że się boję? Jak mam się bać czegoś, czego... nawet nie wiem czego mam się bać! Wybacz, ale twój tok rozmyślania jest... na trochę niskim poziomie. Wnioskujesz coś i myślisz, że od razu pokiwam potulnie jak baranek tylko dlatego, że twe bary są szersze od moich?!

- A gdzież bym śmiał? - zapewnił Oktawius czerwieniejąc od wstrzymywanego rechotu.

- Nie będę doszukiwał się w twym głosie ironii, choć... eh, nie ważne. Sądzę po prostu, że nie powinniśmy poszukiwać na początku zwady między sobą. Nie znaczy to jednak, że pozwolę komukolwiek na tego typu bezczelne odpowiedzi. Mam swoją dumę.

Oj źle... Bardzo źle... Król był niewątpliwie mocnym trunkiem.

- Buuhahahahaaa...!!! -
ryczał już tymczasem niczym tur Oktawius, który doczekał się wreszcie reakcji na Króla. Aż dziwne było patrzeć jak dorosły chłop tarza się ze śmiechu na podłodze.

Reakcja olbrzyma była dość niecodzienna, tym bardziej zważywszy na jego posturę i wyraz twarzy, jaki miał podczas wcześniejszych wspólnych spotkań.

- Wstań, bo obślinisz całą podłogę. Napijmy się za wspólną wyprawę - to powiedziawszy wziął beczułkę, którą podał Oktawiusowi. Jak się rychło okazało, opętańczy rechot nie był w stanie przerwać Oktawiusowi dalszego picia. Ubawił się i starczy. Siadł okrakiem na rozciągniętych skórach i z zadowoleniem pociągnął znowu z beczki.

Po tym jak Oktawius skosztował kilka haustów wybornego, acz piekielnego trunku Widar przejął pałeczkę, czy raczej beczkę, i sam po raz kolejny skosztował Króla Miodu. Wiedział, że poranek do najprzyjemniejszych należeć nie będzie, ale w myśl starej zasady “jak się bawić to się bawić” nie żałował sobie. Wszak nie wiadomo kiedy po raz kolejny będzie miał taką możliwość, bądź czy w ogóle zazna takiego luksusu.

Craep słuchał spokojnie dywagacji dwóch podchmielonych mężczyzn z dystansem. Obaj przez większość drogi nie garnęli się do zacieśniania znajomości, zaś sam barbarzyńca zwyczajnie nie miał na to czasu. Jak mawiał dziadzio, “Jeśli masz robotę, to skup się na niej. A jeśli ta robota jest ważna, to przestań chlać i skup się jeszcze bardziej!”.

Miodowy Król zaś, nie działał na Craepa z równą siła co na innych. Co tu gadać, wielkolud miał łeb twardy, jak drewniany trzonek topora, którym to dziadzio często prał go po tyłku. Widząc jak Widar znów wychyla beczkę, barbarzyńca ostrożnie i w miarę delikatnie wyjął mu ją z rąk.

-Chyba chwilowo masz dość, brateńku.- zaśmiał się, klepiąc wojaka po ramieniu. Nie za mocno, by się biedak nie przewrócił. Crack uniósł beczkę nad głowę i przechylił ją, wlewając wartki potok trunku do rozdziawionych ust.- Pan Oktawius chyba też, hę? Bo mielecie ozorami, mielecie, a jedyne co z tego wynika, to beczułka, coraz bardziej pustką świecąca.

Wiking westchnął tęsknie.

-Wy południowcy, zwady szukata gdzie się da, a i z czerpeów odpornością u was nietęgo.

- Co prawda, to prawda Crack - zgodził się rozwalony na podłodze Oktawius, któremu oczy już świeciły jak xintryjska latarnia morska - Ale na co pić, kiedy nie poniewiera? Hep...

Borack stał z boku. Nie garnął się do picia, choć parę łyków zdążył już nadpić. Nigdy nie miał głowy do mocniejszych napitków toteż i ten szybko zawładnął jego ciałem. W uszach mu jednak ciągle dźwięczały słowa o nożu wbijanym w plecy. - Nie - wypowiedział- nikt z was nie musi obawiać się mojego noża w swoich plecach. Za darmo nie zabijam, a jestem pewien, że nikt nie chciałby płacić złamanego srebrnika za wasze życie - dodał z lekką nutką pogardy w głosie, po czym zbliżył się do Creapa chcąc wyszeptać tylko jemu swoją luźną refleksję, jednak podchmielony umysł sprawił, że każdy w sali ją usłyszał... -Nasza czarodziejka wygląda na wredną zdzirę... czas pokaże co takiego ode mnie dostanie, ale mam wrażenie, że bardzo stara się by wsadzić w nią coś twardego... kto wie, może nie będzie to mój sztylet.
Po tych słowach oparł głowę o swe kolana i zaczął cicho pochrapywać.

Widar nie kwilił się, gdy mieszkaniec północy odebrał mu alkohol. Miał dosyć i ewidentnie to czuł. Nie przejął się zbytnio nawet wtedy, gdy Crack się zbytnio spouchwalił, zwąc go “brateńkiem”.

Usiadł z powrotem na skórze, którą wcześniej sobie ustawił. Była to niewątpliwie lepsza pozycja, bowiem w głowie już mu szumiało. Nieprzyjemne uczucie, a zarazem takie... jakby się płynęło w w wodzie, nie mogąc jednocześnie dobrnąć do brzegu.

- Czy moje oczy i rozum nie zbyt głupi dobrze mi podpowiada- rzucił w pustkę. - Nie jesteś, pani, jedną z tych, co wypuszcza ze swych delikatnych i ślicznych dłoni jaskrawe fajerwerki, co to rozświetlają nieboskłon podczas jarmarków? Czy prawdą jest to, że potrafisz... no... podpiec każdemu tyłek, gdy nie spodobała ci się jego facjata? Bo... ja lunatykuję czasami i... nie chcę, byś się wystraszyła, gdy czasem, przez przypadek, oczywiście, wejdę pod Twój śpiwór podczas wyprawy.

To powiedziawszy rzucił dość nieudany uwodzicielski uśmiech. Zamknął chwilę potem oczy. Przez moment nasłuchiwał, czy Virana mu odpowie. Potem zmorzył go sen.
 
__________________
Nobody know who I realy am...

Ostatnio edytowane przez Faurin : 09-04-2011 o 12:05.
Faurin jest offline  
Stary 08-04-2011, 13:56   #13
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 88 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
Craep oblizał się, po czym znów wychylił beczułkę. Dziwne zwyczaje mają ci południowcy. pomyślał, gdy wartki strumień trunku wlewał mu się do gardzieli. Przecież nawet w rodzinnym Targenlok, gdzie dzicz była niemała, ludzie pijali z kubków i kielichów. A tutaj? Prosto z beczki...

Babrarzyńca pokręcił głową, podając napitek kolejnemu w kolejce. Odchylił do tyłu głowę, z trzaskiem nastawiając sobie zbolały kark.

-Cholera... W dzień gorąco, nocą zimną i do tego chłód znad rzeki bije.- stęknął, z chrzęstem prostując palce.-W domu to ciągle zimno, i ból po kościach się nie szwęda.

Kątem oka spojrzał na siedzącą z dala od nich czarodziejkę i jej towarzysza. Jak sami się nie zbliżali, to co było ozor po próżnicy strzępić, ot co! I jeszcze ta gadka, że to właśnie pannica będzie miała rozwalić to całe ślepie demona. Crack zamyślił się chwilę, po czym zaczął mówić.

-Wiecie, chłopy, u nas na północy, to kobity głównie się domowymi robotami zajmowały.- przerwał, uwalniając czknięcie zbierające w gardle.-Silne być musiały, by dobrze osadzie służyć i w razie czego równie dobrze męża zastępywać, co się na wyprawę udał. Żona kowala wykuwała wtedy za męża broń, żona bednarza robiła beczki, a żona yarla zarządzała osadą.

Znów zamoczył usta w miodzie, gdy beczułka ponownie trafiła w jego stęsknione ramiona. Po dłuższej chwili znów podjął.

-A wszystkie te kobity, mimo że rolę wielką odgrywały w osadzie i szacunku jakim się je obdarzało, to nadal pokorne były, jak obyczaj nakazywał. Twarde są nasze kobity, oj twarde. Równie dobrze, zamiast mnie, mogłaby tutaj moja siostra siedzieć.- uśmiechnął się, wspominając rodzinne strony. Miód wspaniale rozwiązywał język i odświeżał pamięć.-I wyobraźta sobie, chłopy, mój szok, gdy przyjechałem na południe!

Zaśmiał się gromko, klepiąc wielką łapą o kolano.

-Spotkałem ci ja wiele kobit na południu. Wiele z nich było cichych i pracowitych, równie wiele wrzaskliwych i denerwujących. O tych ognistych i nieposkromionych nie wspomnę, bo tych to najmniej było.- westchnął, drapiąc się po krótkiej i gęstej brodzie.-I zapytacie mnie pewno, dlaczego ja wam to wszystko mówię?

Uśmiechnął się lekko, językiem badając wnętrze policzka. Wymownie spojrzał w stronę siedzącej nieopodal magiczki.

-Otóż nasza panna czarodziejka do żadnej z tych grup, mi cholera jasna, nie pasuje.- przerwał, wyjmując z torby kawałek wyschniętego chleba. Z głośnym chrupnięciem wgryzł się w niego.-Maniery ma jak jakaś szlachciaka, wzniosła jest jak królowa, odległoś od nas trzyma jak jakaś siostra klasztorna a po reakcji na zaloty Widara, wnoszę że już nie takich oplotła swoimi wdziękami wokół palca.

Wiking zaśmiał się cicho, po czym znów rzucił okiem na czarodziejkę.

-Może i panna ma rację, i to właśnie na jej ramiona spadnie zniszczenie Oka. A może nie. Mędrcem nie jestem, nie przewidzę. Ba! W sumie to ja nawet myślicielem nie jestem!

Zamilknął, poważniejąc.

-Ochronę my pannie zapewnim, a co. Ale dobrze był było wiedzieć ciut więcej o kimś to tej ochrony tak otwarcie i butnie się domaga, hę?

Crack zwiewnął potężnie, po czym podszedł do łóżka i usiadł na nim. Topór, miecz, hełm i pancerz były na swoich miejscach. To samo nóż myśliwski i tarcza zabrana z tej prowizorycznej zbrojowni. Zadowolony mężczyzna ściąnął ze stóp buciory, do których po chwili dołączyła kamizelka z futer i karwasze.

-A teraz idę spać.- rzucił przez ramię, ładując się na siennik. Przez chwilę leżał jeszcze z rękami pod głową, po czym zamknął oczy i zasnął.

Śnił o domu.

 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...

Ostatnio edytowane przez Makotto : 08-04-2011 o 16:48. Powód: Literówki
Makotto jest offline  
Stary 09-04-2011, 18:28   #14
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
Wolf pił i słuchał, względnie nie słuchał i pił, lub tylko pił. Beczka krążyła dokoła towarzystwa a jako wytrawny strateg Wolf dbał o to, aby być w czasie jednego obchodu, zajmować strategiczne pozycje i przywitać się z nią co najmniej ze dwa razy. Kompanów słuchał jednym uchem albo w cale. Za dużo gadali jak na jego gust. „Nie zabijam za darmo” i inne takie... A żadna dziwka nie całuje nigdy w usta. Życie i praktyka podpowiadały mu, żeby nie traktować zbyt dosłownie jednego i drugiego

Pytanie rzucone do wszystkich o ich dalsze plany, przypadło na moment kiedy w beczce Króla została jeszcze dobra połowa, więc Larson w przypływie łaskawości udzielił im odpowiedzi.

- Idziemy aż ich znajdziemy i zabijemy ich wszystkich. –

Skoro strategia została już uzgodniona, można był wrócić do picia, co też niezwłocznie uczynił. W końcu jednak najpierw jedna, a potem i druga beczka się skończyła. Parszywy świat. Wolf, zmuszony przez okoliczności wyszczał się i wyrzygał przez balkon i zasnął snem sprawiedliwego. Niby jakim innym miąłby spać?
 
malahaj jest offline  
Stary 10-04-2011, 09:38   #15
 
Draugdin's Avatar
 
Reputacja: 21881 Draugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputację
Draugdin pił Króla Miodu pierwszy raz w życiu. Przeżył już jednak wiele i od razu potrafił docenić walory smakowe trunku jak i jego podstępną moc. Pił wraz z towarzyszami, ale kontrolował ilość wypitego alkoholu. Widział, że często przydaję się taki reset mózgu na odstresowanie, ale dziś nie widział takiej potrzeby w swoim wypadku. Dziś wolał zachować trzeźwość umysłu. Chociaż w miarę,. Widział też, że jego towarzysz Wolf nie miał takich obiekcji. Znał go już na tyle, że wiedział, iż dziś będzie spał jak dziecko.

Zewnętrznie najemnik bawił się i dowcipkował z pozostałymi. Wewnątrz gdzieś tam głęboko w umyśle szare komórki przcowały na pełnych obrotach. Draugdin zastanawiał się co ich czeka i jakie niebezpieczeństwa przyjdzie im spotkać. Przygoda zapowiadała się interesująca, ale mogła być też piekilenie niebezpieczna. Oby tylko trofea jakie ewentualnie będzie im dane zdobyć były adekwatne do skali wyzwania.

Kładł się spać pewien swoich umiejętności bojowych jak towarzysza, na którym jak dotąd zawsze mógł polegać.
 
__________________
There can be only One Draugdin!

We're fools to make war on our brothers in arms.
Draugdin jest offline  
Stary 10-04-2011, 10:27   #16
 
kymil's Avatar
 
Reputacja: 11479 kymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputację
Wspólna Sala, Klasztor w Vetterbergu, poranek

Świt, jak to zwykle bywa po całonocnej libacji, przyszedł niespodziewanie szybko. Dla niektórych wręcz „królewsko” boleśnie. Znad rzeki Jesiotrowej unosiła się jeszcze gęsta jak mleko mgła, która klasztor pod wezwaniem bogini Delibe uczyniła bajkowo nierzeczywistym. Ciemne chmury zaciągnęły na deszcz.
W dormitorium słychać było jedynie pochrapywanie gromady opojów, względnie trzaski starych pryczy, gdy jeden z drugim z pojękiwaniem przewracali się na drugi bok. Ogień w kominku dawno wygasł, bo nikt drew nie dorzucał. Drewniana okiennica lekko uderzała o framugę pod wpływem zimnego wiatru ciągnącego od rzeki, ale nikt też jakoś nie kwapił się okna zamknąć.




*

Drzwi do komnaty lekko zaskrzypiały przy otwieraniu. Nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Do środka szybko wsunęła się młoda mniszka ostrzyżona zgodnie z klasztorną modą na pazia, ubrana w zgrzebne szaty. Z wprawą wypatrzyła śpiącego krasnoluda Fungiego, podbiegła do niego na boso po kamiennych płytach i bez ceregieli szarpnęła mocno za łokieć.

- Mistrzu Fungi, zbierzecie prędko Waszą drużynę. Matka Agness chce Was zaraz widzieć – powiedziała wprost do ucha. Leżący nieopodal Crean tylko machnął we śnie łapskiem.

- Ciiszej, moje dziecko – z westchnieniem odparł Fungi. Przetarł kułakiem oczy, obejrzał się z jawnym niesmakiem po wspólnej sali. – Eech – odsapnął – Daj mi troszkę czasu, a ich pozbieram… do kupy.


*

Gdy weszliście do surowo urządzonego gabinetu Matki Klasztoru, kapłanka Agness mimo wczesnej pory nie wyglądała na zaspaną. Wpatrywała się bacznie, jakby zależał od Was los całego Vetterbergu i okolic. Choć może rzeczywiście zależał?

- Mistrz Egzorcysta. On prędko nie przybędzie – wyjaśniła, jak zwykle krótko - Coś go zatrzymało cztery dni drogi stąd. Dzisiaj rankiem przyjechał goniec Południowym Traktem. Przywiózł list z pieczęcią egzorcysty. Jak tu pisze, Mistrz został ranny podczas próby odczarowania opętanej przez biesa dziewczynki. - Powiodła wzrokiem po kompani i dodała – Nie dotrze. Za to wy musicie ruszać i to zaraz. Nie ma co marnować więcej czasu… ani alkoholu…

Gdy zbieraliście się do odejścia powiedziała:
- Mam nadzieję, że tajemna magia Pani Virany wystarczy – spojrzała smutno na czarodziejkę i podeszła do biurka – Ale Wielka Delibe nie może Was tak puścić w paszczę potwora z Otchłani bez żadnego podarunku. Dlatego też mam dla Was cudowny napar pobłogosławiony przez poprzednią Matkę Klasztoru, Erzbet. Przywróci Wam siły, gdy ich zabraknie - to mówiąc podała Viranie szklany gąsior owinięty błękitną szarfą – Niech służy dobrej sprawie.

- No cóż – odparł sentencjonalnie Fungi, gdy wszyscy opuścili komnatę kapłanki Agness - Świat się zmienia, słońce zachodzi, a wódka się kończy. Musimy się zbierać kompania. W południe wymarsz, ogarnijcie się, wytrzeźwiejcie, podzielcie do końca graty. Tylko zabierzcie wszystek prowiant. Ruszamy jeszcze dziś w Głębokie Lasy. Na Północ.

*

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=3-Tz4sKdyrQ[/MEDIA]


Fungi nie kłamał. Wyruszyliście o czasie, prosto w południe. Siąpił drobny deszcz. W klasztorze vetterberskim nikt Was nie żegnał, poza starym furtianem i dwoma strażnikami klasztornymi, którzy machnęli szybko ręką z cieciówki. Klasztor wydawał się opustoszały w tej mżawce. Zapewne kapłanki udały się na wspólne modlitwy. Choć przez moment zdawało się, że w oknie gabinetu kapłanki Agness widać jakąś smukłą kobiecą postać. Tylko przez moment. Ale to Was zbytnio nie zajmowało, czekał Was forsowny marsz przez knieje. A pogoda nie była na razie najlepsza, co nie wpływało na dobry nastrój wśród kompanów.

*

Prowadził pewnie, omijając szerokim łukiem miasteczko Vetterberg, Fungi Zigildun, podpierając się mocnym kijem. Szliście ubitą drogą oglądając z oddali niskie zabudowania i mury miejskie. Przynajmniej nie czuć było charakterystycznego miejskiego zapachu…
Pokonawszy następnie w bród rzekę Jesiotrową, wzdłuż jej prawego brzegu zmierzaliście uprawnymi polami w kierunku brzozowego młodnika. Pod wieczór przeszedł całkiem w gęstą bukową puszczę. Komary cięły niemiłosiernie, choć przestał już padać deszcz i się wyraźnie przejaśniło.


Głębokie Lasy to głusza pełną gębą – wyjaśniał uczciwie Fungi, gdy przechodziliście przez kolejną już zalesioną dolinę – Pełno tu, od kiedy sięgam pamięcią, dzikich bestii i wszelkiego plugastwa. Kłów i pazurów czyhających na nieostrożnych czy samotnych wędrowców.




- Idziemy dziś cały czas po leśnym gościńcu i nie zbaczajcie mi z wytyczonej drogi. Możemy się w czasie drogi zawsze rozłączyć, ale nie dalej niż w zasięgu wzroku. Tu nie jest nigdy bezpiecznie, nawet gdy nie ma Yrrhedesa – dodał, gdy wspinaliście się na wyjątkowo strome żwirowe zbocze usłane gdzieniegdzie młodymi dębami. Widok zapierał dech w piersiach. Hen w oddali widać było już zarys gór. To tam była zaginiona świątynia Pradawnego Demona.

- Dziś popas zaplanowałem nam w tych lasach, w małej kotlince, gdzie tryska zdrowe źródełko. Naprawdę pyszna woda z niego bije. A jutro wieczorem chcę dotrzeć do Rzeki Białej. Wtedy ruszymy rzadko uczęszczanym traktem, jeśli nie liczyć dzikich zwierząt i monstrów, na Wschód w kierunku Wielkiego Wodospadu. Ale to dopiero jutro. Może wieczorem ktoś z Was zapoluje? Mam ochotę na sarninę.

W międzyczasie częstował Was fajkowym zielem i paplał do kompanii zabijając czas...

- Wiecie towarzysze, moją ogromną przywarą jest niepohamowana dobroć – i niepohamowane gadulstwo dodała w myślach Virana schylając się przed nisko rosnącą gałęzią leszczyny - Ja po prostu muszę czynić dobro. Jestem jednak rozsądnym krasnoludem i wiem, że wszystkim wyświadczyć dobra nie zdołam. Ha! – zabił wprawnym ruchem komara – giń skurwielu. O czym to, ja? A tak… Gdybym próbował być dobry dla wszystkich, dla całego świata i wszystkich zamieszkujących go istot, byłaby to kropelka pitnej wody w słonym morzu, innymi słowy: stracony wysiłek. Postanowiłem zatem czynić dobro konkretne. Jestem dobry dla siebie i dla mojego bezpośredniego otoczenia…, czyli dla Was.

W tym miejscu Widar, delikatnie położył rękę na ramieniu przewodzącego Fungiego i rzekł szybko:
- Panie Zigildun, zamilknijcie choć na chwilę, bo… o żesz krrrwa mać!

Reszta też się zorientowała. Szliście właśnie krętą porośniętą krzakami jeżyn ścieżyną, która musiała niedawno mocniej zarosnąć. Z miejsca, w którym znajdowała się kompania nie było widać drugiego końca leśnego gościńca. Nie słychać było też teraz w ogóle leśnego ptactwa, choć przed chwilą jeszcze na gałęziach wiedzieliście dwa, trzy czyżyki. Ale było już za późno na szybki odwrót na z góry upatrzone pozycje…

*

W krzakach coś się wyraźnie zakotłowało. Zakwiczało, zafukało i wreszcie zaryczało. W jednym momencie na luźną gromadę wyskoczyły trzy, nie!, cztery rozwścieczone odyńce. Pierwszy dzik, prowodyr szarżował wprost na przechodzącego Larsona gawędzącego z Borackiem, zanim pędziła trójka…
W tym samym czasie, trochę z tyłu nadchodził właśnie miarowym krokiem Crean. Pochód tradycyjnie zamykali Draugin i Oktawius.





=========================


Mechanika pierwszego starcia z watahą dzików:
Wartość Bojowa (WB) Odyńca – prowodyra wynosi 24.
Wartość Bojowa (WB) trzech pozostałych Dzików wynosi 19.

Mechanika starcia – patrz Komentarze sesji Oko Yrrhedesa.
 
kymil jest offline  
Stary 10-04-2011, 12:11   #17
 
b00r0's Avatar
 
Reputacja: 10 b00r0 nie jest za bardzo znany
***Poranek***
Poranek był chyba jednym z najgorszych w życiu Boracka. Głowa pękała mu niemiłosiernie jakby sama mózgownica nie mieściła się w czaszce. Każde słowo wypowiadane przez budzącego go krasnoluda zadawało mu ból równy przypalaniu ogniem. - więcej z wami nie pije, nigdy więcej... - wysapał ledwo słyszalnym głosem. Czas jednak było podnieść się z pryczy i pomaszerować za fungim...

***Ścieżka***

Borack widząc szarżującego w jego kierunku rozwścieczonego odyńca bez większego zastanowienia chwycił jeden z jego noży do rzucania i sprawnym ruchem cisnął nim w stronę zwierzęcia.

Na nieszczęście zwierze zostało tylko muśnięte przelatującym ze świstem nożem, który wbił się w pobliskie drzewo. -kurwa - zaklął pod nosem - to wszystko wina tego wiatru...albo kaca...

Borack chwycił szybko za miecz będąc zmuszonym do walki bezpośredniej.

Borack nigdy nie był mistrzem w posługiwaniu się mieczem, toteż błagalnym wzrokiem spojrzał w stronę pozostałych towarzyszy licząc, że któryś to dostrzeże i rzuci mu się z pomocą.

Rzut na walkę wręcz (miecz k6):
[Rzut w Kostnicy: 16] - [Starcie przegrane]

Rzut na walkę dystansową:
 
__________________
Rycerz bez blizny to kutas nie rycerz

Ostatnio edytowane przez b00r0 : 10-04-2011 o 14:01.
b00r0 jest offline  
Stary 10-04-2011, 12:33   #18
 
Faurin's Avatar
 
Reputacja: 15 Faurin nie jest za bardzo znanyFaurin nie jest za bardzo znanyFaurin nie jest za bardzo znanyFaurin nie jest za bardzo znany
O tak. Poranna pobudka nie należała do najprzyjemniejszych. Tym bardziej, że w głowie Widara przelatywały jeszcze dość nieskromne obrazy. Z kapłanką o wydatnych ustach w roli głównej. Krasnolud ewidentnie nie jest osobą, którą chciałby zobaczyć zaraz po przebudzeniu. Ale mimo wszystko czuł się w końcu wyspany. Fakt faktem, że męczyło go pragnienie i lekkie zawroty głowy nie pozwoliły mu podnieść cięższego aniżeli wczoraj ciała ("Cholera... przytyłem przez tę noc, czy jak?!"), ale z pomocą silnej woli, samozaparcia i uśmiechającej się do niego z daleka manierki ze świeżą (zaledwie tygodniową) wodą, udało mu się w końcu dojść do ładu. To znaczy wstał. Teraz pozostało tylko.

- Gdzie są moje gacie?!- wrzasnął.

Szukał jakiegoś mało wyrafinowanego uśmiechu na twarzach ferajny. Nie dostrzegł jednak nic takiego. Lecz nie to było najgorsze. Można by spytać, co może bardziej wnerwić człowieka któremu zabrano jedyną osłonę jego genitaliów. Ano to, że ten człowiek dowiaduje się, że tak na prawdę nikt mu nie zabrał jego garderoby. Mało tego- ma ją na właściwym miejscu.

- Ech-westchnął- Przepraszam was za niesłuszne oskarżenie.

"Wszak to nie moja wina, że śniło mi się, że w tej właśnie komnacie, na tym... łóżku, odkrywałem słodkie tajemnice czcigodnej kapłanki. To nie moja wina, że rozebrała mnie wtedy, odkładając gacie na bok..."

Widar próbował sam siebie usprawiedliwiać, jednak szło mu to kiepsko, więc przestał myśleć o tej dość głupiej sytuacji i począł się pakować. Przytroczył swoją broń do pasa tak, by nie ograniczała jego ruchu. Przewiesił potem łuk przez ramię, kołczan a resztę wpakował do jednego z worków podróżnych, które zostały im "podarowane" na czas wyprawy. Zastanawiał się, czy są one wstanie przetrwać do końca misji. Były to głupie rozważania, jednak nie mając się skupić na czym innym, rozmyślał o rzeczach błahych.
Spakował do worka także kilka racji żywnościowych, kolejny zestaw hubki i krzesiwa (jego własny spoczywał w woreczku przytroczonym do pasa) oraz haczyk do łowienia ryb. Co jak co, ale nikt z pozostałych nie wyglądał na takiego, co by nadawali się do polowania, więc ostatnią rzecz wziął nie pytając nikogo o zdania.

***

Widar, udając zaspanego (co przychodziło mu niezmiernie łatwo, zważywszy na fakt, że miał kaca), dawał po sobie znać, że nie słucha kapłanki. Nic bardziej mylnego, bowiem chłonął każde jej słowo, doszukując się czegokolwiek, co mogło by dać mu do zrozumienia, że sprawa jest nie warta zachodu. Choć mimo wszystko pewnie taka była, nadal sądził, że da się wykonać zadania powierzone przez służkę Delibe.
I znalazł to czego chciał. Egzorcysta dał ciała. Na całej linii. Pewnie wytłumaczenia o biesach są tak puste, jak puste były korytarze w klasztorze, gdy zmierzali do gabinetu w którym teraz się znajdują, ale nie miał Widar pewności. Zresztą mało go to obchodziło. Jeszcze zdania nie zmienił.

***

Rzygać mu się chciało. Nie tylko z powodu kaca. Żałował, że nie zanurzył głowy w lodowatej wodzie ze studni na klasztornym dziedzińcu. Był pewien, że ocuciła by go trochę. Wkurzała także go gadka krasnoluda.
"Od kiedy to są oni {krasnoludy] znawcami borów i kniei?"
Manierka z wodą była wypróżniona już do połowy, jednak to nie ona przeszkadzała Widarowi najbardziej. Zdawał sobie sprawę, że musi być bardziej skupiony, niż reszta drużyny, bowiem to na nim spoczywa obowiązek, by w porę ostrzec ich przed jakimkolwiek zagrożeniem (odrzucając te magiczne- rzecz jasna). Bał się, że w tym wstanie nie zauważy, bądź też nie usłyszy pędzącego na nich zagrożenia. Zdążył jednak w porę, by przerwać gadatliwemu krasnoludowi, oraz przygotować wszystkich do stawienia czoła trze... czterem dzikom. Guźcom.
"Ech, taka świnia z południa."
W jego rękach znalazł się błyskawicznie łuk. Machinalnie nałożył strzałę na cięciwę i wymierzył w bestię, która atakowała Boracka.
Trafił dokładnie w cel.

_________

Trafiony [rzut w poprzednim poście]

Obrażenia:
 
__________________
Nobody know who I realy am...

Ostatnio edytowane przez Faurin : 10-04-2011 o 15:14.
Faurin jest offline  
Stary 10-04-2011, 15:24   #19
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 88 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
Crack powoli otworzył jedno oko, powoli wybudzając się ze snu. Mara senna była cholerne wiarygodna, przez co odruchowo zaciąnął się mocno powietrzem. Śnił mu się wyścig pływacki z kuzynem. Wiking skrzywił się na to wspomienie, siadając na łóżku. Na co ja się wtedy do tej wody po pijaku pchałem. pomyślał, wyrzucając z głowy wspomnienie o wodzie zamykającej mu się nad głową.

***

Gdy kapłanka weszła do dormitorium, prosząc "mistrza Fungiego", Craep od razu wyczuł że coś jest nie tak. W duchu przeklął swoje przeczucia, w chwili gdy kapłanka potwierdziła je. Egzorcysta poraniony? Ładna mi to historyja...

Droga nie była zbyt ciężka. Przyjemny deszczyk spadał na ramiona barbarzyńcy, gdy cała kompania wychodziła z klasztoru. Robota niby odpowiedzialna, demona bić idziemy, a pożegnania godziwego ani widu, ani słychu... wielkolud znów uśmiechnął się pod nosem, coraz bardziej dziwując się południowym obyczajom. Idąc rzucił jeszcze tylko okiem przez ramię, w oknie gabinetu kapłanki dostrzegając jakby postać. Po chwili zniknęła ona za ścianą deszu. Całą grupą, powoli, zagłębili się w mgłę.

-Mój lud widzi we mgle zły omen.- mruknął Creap, opierając topór na ramieniu. Miecz przytroczył do pasa, tarczę zaś do pleców. Nóż bezpiecznie spoczywał w cholewie jego buta.-Lata temu, nauczyliśmy się żeby nie bać się tego co widać, ale tego co jest niewidoczne. Nie ma czego obawiać się w czasie walki pięciu na jednego. Ty widzisz wrogów, a oni widzą ciebie. Z mgłą zaś...

Przerwał, bacznie obserwując otoczenie.

-Z mgłą nic nie jest pewne.

Deszcz siąpił cały dzień, aż do wieczora. Bród na rzece którą przebyli również nie należał do strasznie niebezpiecznych. W ogóle, kraj ten wydawał się o wiele mniej groźny niż rodzima tundra barbarzyńcy. Dopiero dotarcie do ściany drzew sprawiło że wiking przystanął na chwilę.

– Głębokie Lasy to głusza pełną gębą – wyjaśniał uczciwie Fungi, idąc wraz z bandą przez kolejną dolinę. – Pełno tu, od kiedy sięgam pamięcią, dzikich bestii i wszelkiego plugastwa. Kłów i pazurów czyhających na nieostrożnych czy samotnych wędrowców.

Creap zwilżył językiem wargi, rozglądając się dookoła.

-Pazury czy nie, już z gorszym plugastwem się walczyło.- rzucił lekko, poprawiając topór na ramieniu.-Freya uchowa.- dodał już nieco ciszej.

***

Widar pierwszy zwietrzył dzika. Na północy na polowania na takie dzikie świnie używano ogarów, ale południowiec też miał nosa do dziczyzny. Crack szybko poderwał topór do góry, oburącz łapiąc za drzewiec broni. Z uśmiechem przymierzył się do ciosu w szarżujące bydlę.

-I dag pe middagen vi atter vilt!- huknął, uderzając toporzyskiem w rozpędzone zwierzę.
 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...
Makotto jest offline  
Stary 10-04-2011, 15:50   #20
 
kymil's Avatar
 
Reputacja: 11479 kymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputacjękymil ma wspaniałą reputację
Widar wymierzył ze swego wysłużonego łuku. Strzelił i trafił szarżującego olbrzymiego odyńca prosto między przekrwione oczy. Zanim ten dopadł zesranego ze strachu Boracka. Stalowy grot strzały ześlizgnął się po łbie bestii, żłobiąc krwawą bruzdę na pysku i poszybował w pobliskie krzaki zbierając za sobą trochę szczeciny.

Borack, nie namyślając się, błyskawicznie dał nura w krzaki jeżyn nie zważając na kolce. Był bezpieczny, to było teraz najważniejsze.

W tym samym czasie barbarzyńca aep'Crack nadbiegł z odsieczą i wprawnym zwodem uniknął szarży drugiego dzika. Z szybkiego zamachu rąbnął pierwszego odyńca toporem w kark i niemalże rozpłatał na dwoje. Bestia zdychała powoli.

Pozostały jednak jeszcze trzy samce.
 

Ostatnio edytowane przez kymil : 10-04-2011 o 16:32.
kymil jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169