Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-10-2011, 16:04   #1
 
Highlander's Avatar
 
Reputacja: 11175 Highlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputację
[Wu Xing] Córka Szlachcica

WU XING:
CÓRKA SZLACHCICA


Sakura - Japanese Folk Music - YouTube

Bokusou stało na niewielkiej polance, pośrodlu nieprzeniknionej, leśnej gęstwiny. Nie wydawało się imponujące estetycznie, nie porażało też swoim majestatem. Próżno było dopatrywać się na jego terenie marmurowych schodów, karmazynowych kolumn, czy złotych lwów stojących na straży żelaznych, dwuskrzydłowych drzwi. W tym przypadku głównym atutem była funkcjonalność. Na obrzeżach improwizowanego kompleksu wosjkowego utworzono, fosę, parę okopów oraz zasieki. Zbudowano także (prawdopodobnie z pomocą Wushu Drogi Drewna) palisadę z wielkich pni i trzy stanowiska obserwacyjne, na których to strażnicy pozostawali z sobą w stałym kontakcie. Choć szaremu obywatelowi Cesarstwa ciężko byłoby uznać je za coś więcej niż obóz dobrze zorganizowanych bandytów, osoby wrażliwe na manipulację Chi od razu mogły stwierdzić, że Bakusou bronione jest przez potężne zaklęcia energii Yin. Chłopi lub myśliwi, którzy zapuścili się tak daleko w gęstwinę by uświadczyć stanowisk obronnych, szybko zapominali, że widzieli cokolwiek, jeszcze zanim zdążyli na dobre opuścić las. Rzecz jasna, jeśli zdołali tak długo przeżyć.


Deszcz lał się z nieba niemiłosiernie, co było wybitnie nie w smak okolicznym patrolom, strażnikom przy bramach oraz nielicznym pechowcom ślęczącym w okopach. Ninja trenujący na placu nieopodal koszar również nie pałali optymizmem, jednak każdy prawdziwy shinobi szybko uczy się ignorować tego typu przeszkadzajki, wykonując powierzone mu zadania. Onimaru przybył na miejsce niedawno, ledwie prześlizgując się przez parę przedstawicieli Klanu Woli Żelaza, którzy stróżowali przy południowym wejściu. Starszy z mężczyzn nie chciał go wpuścić i dopiero gdy ten młodszy zasugerował, że Ronin może być pomocny przy jakiejś pomniejszej misji, dał się przekonać. Obecnie, dezerter Klanu Węża siedział na przydzielonym mu futonie w koszarach i starał się wysuszyć swoje przesiąknięte do suchej nitki ubrania. Był diabelsko głodny, jego kiszki grały marsza. Jednakże zwiedzając wnętrze obozu, spostrzegł kuchnię polową, gdzie zapewne będzie mógł najeść sie do syta.

Yuen Biao mógł już mniej-więcej dostrzec rysy obozu Bokusou malujące się za ciężką kurtyną utkaną z kropel deszczu. Zdecydowanie, pogoda nie sprzyjała podróżom, nie oszczędzała nawet manipulatorów Chi. Młody mężczyzna nie mógł jednak pozwolić sobie na zwłokę. Pośród swoich tobołków dzierżył bowiem oficjalne zaproszenie od samego Gurasu z rodu Chuushin, księcia kupców kontrolująego sporą część terenów dystryktu handlowego Daiwy. Powód przydzielenia młodego Gurasu na stanowisko dowódcy obozu wojskowego był całkowitą zagadką, kandydatura jego siostry (która posiadała zamiłowanie do konfliktu w formie wszelakiej) uchodziła za znacznie lepszą. Zdawać by się mogło, że talenty kupieckie znajdą lepsze zastosowanie w stolicy, gdzie bez przeszkód posłużą poszerzeniu siatki wpływów i majątku. Koalicja Lotosu postanowiła jednak inaczej. Teraz zaś, przedstawiciel rodu Chuusin wzywał Yuena, aby ten sie z nim zobaczył. Biao nie miał szczególnie pola do manewru, aby chociażby próbować odmówić. To świadczyłoby źle zarówno o nim samym, jak i o jego mistrzu, sprowadzając dyshonor na oboje. Rozmyślając o potencjalnych problemach na horyzoncie, shinobi usłyszał za swoimi plecami odgłosy zwierzęcych łap, za którymi spokojnie, acz żwawo, podążały czyjeś kroki. Nie brzmiało to jak zasadzka, Yuen natychmiast odrzucił ten pomysł. Z resztą, kto byłby na tyle głupi, by atakować klanowego ninję w samym środku jego terytorium?

Chociaż na terenie obozowiska znajdowali się przedstawiciele wszystkich z dziesięciu najbardziej wpływowych Klanów Cesarstwa, to w ogólnym rozrachunku jego siła militarna była mocno uszczuplona. Niemal dziewięćdziesiąt procent wszystkich shinobi, którzy nazywali Bokusou swoim tymczasowym domem, zostało przydzielonych do niewielkich oddziałów i wysłanych na misje o charakterze ratunkowym, eskortowym, bądź likwidacji celów (osób) niewygodnych względem działań taktycznych Koalicji. Nguyen Sil była jednym z żołnierzy Lotosu, którzy zostali na miejscu, chociaż taki stan rzeczy miał bardzo szybko ulec zmianie. Mistrz Obozu, Chuushin Gurasu, zlecił jej sformułowanie kompetentnej i zrównoważonej grupy shinobi, a następnie przyprowadznie ich przed jego oblicze, celem oficjalnego wyznaczeznia zadania. Stanąwszy na zewnątrz izby obrad, Sil omiotła spojrzeniem opustoszały obóz. Nieszczególnie miała w czym wybierać. Na wprost niej, w towarzystwie instruktora, kilku świeżaków wykonywało najprostrze kombinacje ciosów na zabłoconym placu ćwiczebnym. Wciąż mieli mleko pod nosem. Oni odpadali od razu. Strażników, kucharek, czy desygnowanych medyków również nie mogła tknąć palcem, bo to miało szansę zdestabilizować funkcjonowanie całego obozu. Pozostawało chyba tylko wypytać straże, czy do Bokusou dotarł ktoś nowy lub samodzielnie sprawdzić niedobitki w koszarach. Jej dobry przyjaciel, Yuen, również miał dzisiaj przybyć na miejsce. Być może będzie w stanie ofiarować swoją pomoc?


Północnym traktem, w stronę improwizowanych zabudowań militarnych, zmierzało dwóch Bambusowych Herbalistów. Każdy z nich otrzymał przydział z rezerwy aby stawić się w obozie. Nie było żadnych innych dyrektyw, uwag, ani wyjaśnień. Tylko miejsce oraz oficjalna pieczęć bardzo wpływowego Strażnika Równowagi. Jakiegoś aroganckiego młodzieniażka, który trząsł połową Daiwy, bo tatuś zapisał jemu i siostrze cały swój majątek. Podążający miękką od deszczu drogą mężczyźni nie rozmawiali wiele, przynajmniej jak dotąd. Różnili się od siebie tak diametralnie, że nikt nigdy nie przypuszczałby, że są z jednego klanu. Znali się jednak, przynajmniej z widzenia. Wiedzieli, że mogą polegać na swoich umiejętnościach. Iori pasował do całej sytuacji jak pięść do nosa. To zdecydowanie nie miało być jedno z zadań, podczas których wielokrotnie już dowodził swojej wartości. Na przyjacielską grę GO w obozie również nie miał zbytnio co liczyć. Chyba, że z samym Mistrzem, który zapewne i tak był zbytnio zajęty sprawami organizacyjnymi i przeliczaniem kolejnych sakiewek w swoim skarbcu. Z drugiej strony, Shin odnajdywał się doskonale. Nic dziwnego, w końcu przeżył w ekstremalnych warunkach połowę swojego życia, żywiąc się jedynie tym, co był w stanie odnaleźć na łonie natury. Ta misja miała być dla niego kolejną szansą aby udowodnić, że jest najlepszy w tym co robi – zarówno względem siebie, jak i innych. Bokusou zaczęło majaczyć za konarami ostatnich drzew, które nieśmiało otwierały się na wielgachną polanę.


Przynależąca do Woli Żelaza Aki także poruszała się drogą północą, jednak cisza i spokój okazały się być dla niej towarami niedostępnymi. Gęba jej towarzysza drogi nie zamknęła się nawet na chwilę, odkąd opuścili pobliską wioskę. Potok słów był jak wodospad, spadający jej na głowę.
- Hej. Hejże! No daj spokój! Nie bądź taka, nie udawaj, że nie słyszysz! Hej, mówię do Ciebie, no! Tak, Ty z koszulą podziurawioną jak sito! Na pewno możemy pójść na jakiś układ, no!
Skuty potężnymi łańcuchami ronin-dezerter gderał jak nakręcony, czemu towarzyszyło nieudane gestykulowanie spętanymi za plecami dłońmi i przewracanie oczyma to w jedną, to w drugą stronę. Zapewne, gdyby bardzo chciał, mógłby oswobodzić się ze swoich kajdan, ale perspektywa ponownego przygrzmocenia metalową pięścią przez potylicę skutecznie ostudzała jego zapał. Tak to już jest, gdy atakuje się Szeryfa, który przybył porozmawiać z Tobą o długach i należnościach. Bo właśnie na tym polegała rola Aki w Bokusou. Pokrywała się niemal idealnie z jej przeszkoleniem. Niektórzy bezklanowcy zwyczajnie brali pieniądze za misje, nigdy ich nie wykonując, a potem znikali jak kamfora i tyle ich widziano. Jednym trzeba było przypomnieć, drugim odebrać pieniądze, na które nie zapracowali, z kolei jeszcze innych doprowadzić przed oblicze samego Mistrza Obozu. Jakby na złość, najnowszy narybek, Akiyama Gen, zaliczał się do tej ostatniej kategorii.
- No, jak słowo daję! Głuchaś dziewczyno!? Mogę zaoferować Ci wiele korzyści, tylko mnie puść!
Ach, jak bardzo żałowała, że zapomniała wziąć ze sobą knebla.
 
__________________
Stop. Don't. Come back.

Ostatnio edytowane przez Highlander : 29-10-2011 o 09:18.
Highlander jest offline  
Stary 28-10-2011, 18:19   #2
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Szpaler drzew śliwy otaczał plac ćwiczebny, gdzie trenowali zarówno uczniowie, jak prawdziwi mistrzowie. Sztuki walki stanowiły podstawę każdego adepta ninjitsu, toteż powtarzanie form, czy parowanie należało do stałych praktyk. Yuen ćwiczył także, może nawet ciężej niż inni, gdyż swoją pracą musiał pokonać nie tylko brak umiejętności, ale również osłabione, przebytą w dzieciństwie chorobą, ciało. Był szczupły, znacznie szczuplejszy niż większość doskonale umięśnionych, wysportowanych adeptów, których bicepsy kształtowały się niczym prawdziwy granit. Yuen Biao byłby znacznie lepszym wojownikiem, gdyby posiadał takie walory, ale stanowczo nie było sensu debatować nad rozlanym kozim mlekiem. Dziewiętnastoletni chłopak posiadał za to naturalną grację ruchów, które wydawały się płynąć, stanowczo odróżniając się od urywanego, szybkiego kroku większości innych wojowników.


Kobiety twierdziły także, przynajmniej niektóre, że miał całkiem ładną buzię, co zawsze wprawiało go w spore zakłopotanie. Ciotka Hung na przykład … oczywiście nie była to jego prawdziwa ciotka, ale wszyscy tak nazywali zacną niewiastę, matkującą młodocianym ninja. Uparła się, żeby przełamać jego nieśmiałość w stosunku do dziewcząt niemal siłą poznając go z coraz to kolejną. Niezwykle niedźwiedzia to przysługa, czego ciotka, pomimo szeregu próśb, wydawała się nie dostrzegać wcale. Wychowywany wyłącznie w męskim gronie Yuen czuł się dziwnie niepewnie przy spotkaniu z kobietami. Wprawdzie szczęśliwie nie dotyczyło to osób, które znał długo, ale nieśmiałość przy pierwszym spotkaniu okazywała się naprawdę wystarczająco kłopotliwa. Także Sil … poznana kiedyś, kiedy jeszcze jego pamięć nie działała, jak normalnie powinna. Szczęśliwie nie pamiętał, jak zachowywał się wtedy i bardzo się z tego cieszył. Przypuszczał bowiem, że nie był to najbardziej bohaterski moment jego dzieciństwa.

Wrócił myślami na plac. Właśnie zaczynała układ nowa dziewczyna. Kojarzył ją słabo, nazywała się bodaj Mao Quan i była zaawansowaną adeptką stylu Orła. Toteż Szpon orła wykonywany przez nią stanowił formę wartą obserwacji.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=dlxTMRZ_Sw4&feature=player_detailpage[/MEDIA]

Charakterystyczne szerokie ruchy rąk naśladujące skrzydła tego majestatycznie szybującego ptaka. Palce ułożone niby szpony mające atakować witalne punkty przeciwnika, lub zakrzywione na kształt ostrego dzioba. Skoki połączone ze zmianami miejsca oraz nagłymi skrętami mającymi mylić przeciwnika. Ponadto zmiany wysokości. Adepci Szponu orła przyjmowali początkowo niezwykle niskie pozycje, by nagle wystrzelić w powietrze spadając na przeciwnika niczym prawdziwy drapieżnik. Styl Orła należał do najpiękniejszych, które się przyjemnie oglądało. Był także niezwykle skuteczny. Pod warunkiem wszakże ciężkiego treningu, pozwalającego niezawodnie trafiać przeciwnika dokładnie tam, gdzie ciało było zdecydowanie najwrażliwsze.

Spoglądający na pokaz Yuen określał swój poziom mniej więcej na równi z ćwicząca kobietą. Sam wykonywał również te formy. Mimo że styl ogólnie nazywał się Szponem orła, tak naprawdę każdy sifu wprowadzał do niego drobne zmiany oraz ulepszenia wedle swego uznania. Także Jeung Lai Chun, który uczył jego. Główną innowacją mistrza Chuna bylo uzupełnienie form orła o sekwencje miecza. Długi, cienki miecz przypominał mu najostrzejszy dziób orła, czyli naturalne dopełnienie technik ręcznych oraz broni miotanych. Jednak sifu uczył Yuena znacznie więcej niż tylko Orła. Na słabe ciało chłopaka najlepsze było połączenie. Orzeł dawał szybkość oraz grację, zaś Niedźwiedź wytrzymałość. Ponadto Niedźwiedź niwelował największą slabość Orła: walkę w bezpośrednim zwarciu w ciasnych pomieszczeniach, lub na uliczkach. Cudowny Orzeł potrzebował miejsca do rozwinięcia skrzydeł. Na otwartej przestrzeni, lub wewnątrz dużych sal był świetny, słabszy jednak, gdy przychodziło do bezpośredniego zwarcia. Rzuty, pady, przetaczania nie stanowiły silnej strony drapieżnego ptaka. Natomiast doskonale potrafił wykorzystać je Niedźwiedź: twardy, oszczędny oraz bardzo mocny. Nie mniej Yuen nie chwalił się znajomością Pazurów Niedźwiedzia, wolał zachowywać umiejętności z tego zakresu we własnej świadomosci. Jedynie Sil powiedział kiedyś, że jego trening ma znacznie szersze podłoże, niż to zazwyczaj się dzieje. Ukrycie tego stylu nie było właściwie trudne. Sifu Chun uważał zresztą, że to właśnie Niedźwiedź jest pierwotnym stylem, bazującym na najprostszych ruchach ciała. Stąd właśnie największa liczba zapożyczeń wsród innych stylów pochodziła właśnie od Niedźwiedzia. Dlatego jedynie prawdziwy ekspert potrafiłby rozpoznać układy tego drapieżnika wśród miksu błyskawicznych ruchów Orła.

Młody uczeń skłonił się przed Yuenem.
- Bracie Biao, siostra Quan prosi o wspólny trening, oczywiście jeśli masz ochotę – dodał rezolutnie.
- Tylko zaprosiła mnie? - zdziwił się. Dlaczego? Nie znali się przecież. Mogła wprawdzie zauważyć, że się przygląda, ale ...
- Ach ach, nie tylko, brata Fang Ji również oraz brata Wan Te.
Yuen uśmiechnął się. Skoro będą tam i inni, powinno być spokojnie. Nie czułby się specjalnie komfortowo ćwicząc wyłącznie z dziewczyną całkiem samemu.

Krótkie przywitanie ukłonem wedle tradycji. Widocznie naprawdę Mao chciała wyłącznie potrenować i uznała, że skoro obok znajduje się kilku adeptów na zbliżonym poziomie, szkoda by była nie wykorzystać takiej okazji. Stąd propozycja wspólnego treningu. Pomimo wszystko … starał wyobrazić sobie adeptkę, jako mężczyznę. Tak było Yuenowi łatwiej się skupić. Jednak smukłe ciało Mao wcale wyobraźni jego nie pomagało. Niewątpliwie trening sztuk walki nie tylko wzmacniał mięśnie, ale także kształtował sylwetkę, czego zresztą nie tylko Mao Quan była dowodem, ale przede wszystkim niezwykle zgrabna Sil, pełna energii oraz szlachetnego wdzięku. Trenowali razem, wyruszali na zlecone misje … Dla doświadczonych adeptów ninjitsu pewnie byłyby to wyprawy nie warte wspomnienia, ale dla uczniów stanowiły wyzwanie, przygodę oraz prawdziwą szkołę przetrwania. Przez chwilę wyobraził sobie, że to właśnie piękna Kąsająca Żmijka jest przy nim, nie zaś Mao … Uspokoił oddech powoli poddając się rytmowi pulsującego ki. Strumień energii otoczył go, niczym kocyk malutkie dziecko. Płynął wewnątrz niej, poddawał się jej leniwemu prądowi, korzystając jednocześnie z jego niesamowitej siły. Rosnąca trawa, pasące się krowy, grające wiatrem liście … czuł prawdziwą jedność. Jego ruchy stały się ideałem, prawdziwym czystym granitem wśród skał, twardym, pełnym wewnętrznej siły, precyzyjnie ukształtowanym przez królową naturę.

Fang Ji oraz Wan Te ubrani byli w tradycyjne stroje wschodniej prowincji, skąd ponoć wywodzili się ich przodkowie. Pomimo to obydwie rodziny od dawna rywalizowały, szczęśliwie dla klanu, wyłącznie na polu doskonałości w kung fu. Niemniej wszyscy członkowie obydwu rodów chętnie przyjmowali wyzwania, jeśli tylko brał udział w nich ktoś z nielubianej konkurencji. Wykazać swoją przewagę nad Te, było dla Ji zdecydowanie ważniejsze, niż wygrać wielki turniej. Odwrotnie także. Owa rywalizacja nie zmieniała jednak istoty rzeczy, że obydwa rody kształciły wybitnych ekspertów sztuk walki i obydwa oddały klanowi wielkie przysługi. Fang oraz Wan nie należeli jeszcze do grona mistrzów, jednak już teraz zaliczali się do najlepszych uczniów klanu.

Ćwiczenie form stanowiło klasyczna rozgrzewkę przed walką. Wedle Biao, wszyscy uczestnicy treningu mieli wyrównane szanse. Podczas takich starć decydował zazwyczaj spokojny umysł oraz rozciągnięte mięśnie. Dlatego starał się jak najbardziej rozluźnić, wykonując kolejne elementy formy. Pod tym względem szpon Orła był nieomal niezrównany. Inne style preferowały poszczególne partie mięśniowe niezbędne do wykonywania najczęściej używanych technik. Orzeł, Jastrząb oraz naprawdę niewiele innych stawiały bardziej na harmonijny rozwój. Ponadto Orzeł świetnie łączył elementy miękkie z twardymi, ruchy koliste z prostymi, łagodne zbicia oraz ostre, punktowe ciosy. Nie był tak destrukcyjny jak Smok, czy Tygrys, ale, dzięki specjalnym atakom, niezwykle skuteczny. Wzmocniony zaś Niedźwiedziem potrafił także przyjmować ciosy oczekując na szansę kontry.

Szczególnym elementem był dla Yuena klasyczny przysiad stylu Orła. Jedną nogę unosiło się i zakładało na kolano drugiej, ręce szły daleko na bok, niczym skrzydła, po czym zaś na tej jedynej nodze, która stała na ziemi trzymając całe ciało, robiło się przysiad z lekkim obrotem. Cały układ imitował siedzącego drapieżnego ptaka rozglądającego się za zwierzyną oraz szykującego do ataku. Układ taki wykonywała także Mao przed chwilą podczas samotnego pokazu. Obecnie wszyscy się rozgrzewali, zaś grupa najmłodszych uczniów przysiadła niedaleko na trawie chcąc obserwować starcie.
- Panowie mają pierwszeństwo – spoglądnęła na przedstawicieli wojujących rodzin Mao. Chyba lekko kpiąco, ale nie był pewny. Obydwaj konkurenci oczywiście nie odmówili wychodząc na plac. Bardziej byli zaprzątnięci wewnętrzną rywalizacją niż obcymi. Obydwaj dostrzegli też szansę publicznego upokorzenia przeciwnika. Takiej okazji nie mogli zaprzepaścić.


Fang Ji w czarno białym stroju zaatakował pierwszy.
- Orzeł przełamuje skałę! – krzyknął nazwę techniki, której głównym celem było rozbicie osłony przeciwnika.
- Niedźwiedź broni legowiska! – zablokował atak Te oraz wykonał technikę Pazurów drapiących ziemię skierowaną przeciwko stopie oponenta. Skuteczne, jeśli zaskakuje wroga niespodziewającego się uderzenia dłonią skierowanego przeciwko stopie. Fang jednak znał możliwości Niedźwiedzia. Odskoczył na kilka kroków szykując się do ponownego uderzenia.

Mao stała tuż obok.
- Jak sądzisz, bracie Biao, który wygra?
- Widziałem kilkanaście ich pojedynków siostro Quan, mają mniej więcej pół na pół. Ostatnio jednak Ji podczas pojedynku zwyciężył, gdyż Te zwichnął nogę. Dlatego pewnie tym razem stawiałbym na Te
– odrzekł filozoficznie, patrząc na rozgrywającą się przed nimi ostrą walkę. Fang Ji atakował, zaś Wan Te stawiał na kontry. Parę razy niemalże mu się udało. Jednak technika Orzeł podrywa się do lotu pozwalała gwałtownie uskakiwać kilka metrów, wyrywając Fanga parę razy z niemal zamkniętego uścisku Niedźwiedziej Łapy, która stanowiła z kolei ulubioną technikę Wana.
 
Kelly jest offline  
Stary 28-10-2011, 18:20   #3
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Ich kung fu było całkiem dobre, ale ideę ninjitsu stanowiła nie tyle sztuka walki, co bycie „niewidzialnym”. Dobry ninja oczywiście potrafił używać pięści oraz broni niczym prawdziwy ekspert wojenny, jednak nie to stanowiło jego prawdziwą potęgę. Najlepszy wojownik może wszak trafić na jeszcze większego, lub dostać się pod młot przeważającej potęgi wroga. Najważniejsza maksyma ninjitsu mówiła: „Nie ma człowieka, nie ma zagrożenia.” Tak niebezpieczne służby, jak cesarskie wojsko, czy gwardia pomimo całej swojej potęgi nie mogły uczynić nic, jeśli nie wiedziały, gdzie uderzyć. Dlatego prawdziwy ninja nie powinien ujawniać swojej tożsamości. Wysłany przez przywódców klanu na misję występował jako rzemieślnik, szlachcic, mnich … przybierając dowolną osobowość, spośród całego arsenału masek. Dla Yuena najczęstszą przykrywkę stanowił kupiec, lub wędrowny uczony. Jego umiejętności w tym zakresie oraz osobiste predyspozycje całkowicie pozwalały na odgrywanie tej roli. Nie znał się natomiast na przekradaniu do tajnych pomieszczeń, przenikaniu przez strzeżone zakamarki, docieraniu do najlepiej chronionych skarbców. Był jednak solidnym wojownikiem, i jeśli jego rola kupca, lub poszukującego filozofa, nie była wskazana podczas misji, mógł pełnić rolę dobrego ochroniarza. Szczęśliwie rodziny kultywujące sztukę ninjitsu stanowiły grupę ludzi mających niezwykle rożne uzdolnienia oraz umiejętności. Agenci, wywiadowcy, czy profesjonalni truciciele stanowili tylko jedną spośród wielu gałęzi. Dlatego właśnie, jeśli zachodziła potrzeba większej akcji, klan mógł łatwo znaleźć parę osób, które uzupełniały się tworząc wspólnie sprawną maszynerię.

Cesarscy nienawidzili klany ninja. Mieli także swoich agentów, wcale nie gorzej wyszkolonych niż adepci Lotosu. Ponadto po ich stronie stała liczebność oraz propaganda. Piewcy cesarstwa udowadniali, że wojsko, które wymordowało bezbronna wieś, to bohaterowie, zaś ninja podcinający gardło śpiącego łajdaka, to ohydny bandyta. Gdzieniegdzie propaganda trafiała na podatny grunt. Oczywiście ninja starali się podważać ową wersję sączoną przez ludzi cesarza. Sami ujawniali ich nieczyste zagrywki, wywlekali na jaw rozmaite skandale, czasem prawdziwe, czasem nie. Wbrew bowiem pozorom, polecenia zabójstwa nie stanowiły istoty pracy ucznia ninjitsu. Misje wywiadu, inwigilacja, transport wiadomości, bądź ważnych towarów, także ochrona. Niektórzy feudałowie po cichu sprzyjali ninja. Tacy właśnie mogli liczyć na wzajemną pomoc. Jeśli potrzebowali ochrony na najwyższym poziomie, Lotos zazwyczaj posyłał kilku swoich, którzy pod przebraniem ogrodników, służących, lub po prostu przeciętnych najemników pełnili służbę na dworze takiego magnata.

Do klasycznych zadań należało sianie dezinformacji, obniżenie morale, upadek woli walki. Prości żołnierze wroga mogli być groźni swoją liczbą, ale jeśli nie chciało im się wykonywać odpowiednio swoich obowiązków, kiedy woleli odwiedzać domy publiczne zamiast patrolować nocne ulice miast, tak naprawdę zostawiali ninja dużą swobodę. Byli raczej użytecznymi głupcami, których nie starano się eliminować. Wręcz przeciwnie! Natomiast ostro traktowano bardziej niebezpiecznych oficerów, którzy, widząc rozprężenie, usiłowali mu przeciwdziałać. Takich właśnie: albo likwidowano fizycznie, albo odpowiednio szantażowano, albo też kreowano sytuacje skandalu, lub zdrady, rzucające cień na danego oficera. Niekiedy używano do tego kunoichi, adeptek ninjitsu, które wykorzystując swoje kobiece wdzięki potrafiły omotać niebezpieczną osobę, potem zaś kierować nim grając na ludzkich namiętnościach, lub wyeliminować. Pomyślał sobie o Sil. Dziwne, jednak miał nadzieję, że ona nie dostawała takich misji.


Yuen pomyślał o sobie. Byli inni, chociażby piękna oraz niebezpieczna Sil, która swoimi umiejętnościami mogła być groźna dla najbardziej strzeżonej osoby. Yuen Biao nie miał takich niesamowitych zdolności, nie mniej, także on potrafił usuwać wrogów Koalicji Lotosu. Jako dobry szermierz oraz niezły rozmówca potrafił doprowadzić do tego, że wściekły, nieopanowany człowiek rzucał się na niego niczym prawdziwy szaleniec. Natomiast później, cóż, jak to mówią, obrona własna. Była sytuacja taka znacznie bardziej ryzykowna, niż skryte zabójstwo, lecz niekiedy niezbędna.

Jednak opinię najlepszych morderców miał klan Chwytających cieni. Niewidzialni zabójcy trenowali szczególnie sztukę nazywaną katsura – otoko, czyli umiejętność poruszania się bez zwracania na siebie uwagi. Do tego dochodziły jeszcze: setobito – no – jitsu, czyli zbieranie informacji o osobach niezadowolonych, hengen – kasji – no – jitsu, czyli umiejętność czynienia wrażenia swojaka poprzez znajomość miejscowego dialektu, topografii terenu, osób mieszkających niedaleko, rzekomo znajomych, na których można było się powołać oraz wiele innych.

Jednak dostanie się w określony teren bez zwrócenia jakichkolwiek podejrzeń stanowiło dopiero początek drogi. Chwytające cienie należały do ekspertów wspinaczki po ścianach, wydawałoby się, kompletnie niedostępnych. Używano do tego tekagi, zwane też shuko, specjalne obręcze kolczaste, które można było wbić w drewno, lub spoinę pomiędzy kamieniami muru. Yuen słyszał, że mistrzowie tej sztuki potrafili chodzić niczym muchy po sufitach, chociaż nie widział nigdy takiej sytuacji, ani podczas misji, ani przy treningu. Przy czym starano się łączyć poruszanie się z naturalnymi odgłosami. Ninja idący po drewnianej podłodze od czasu do czasu miauczał. Dla osób śpiących odgłos skrzypiącej podłogi łączył się naturalnie ze zwierzęcym odgłosem wtedy, co podświadomie uspokajało oraz zapobiegało przebudzeniu.

Doskonale władali także sztuką uzura – gakure – no – jitsu, czyli umiejętnością ukrycia się w niewielkim zagłębieniu. Niczym sama uzura – przepiórka. Podobna technika krycia się na gałęzi przez przywieranie do niej nosiła nazwę kitsune – gakure – no – jitsu. Takich sposobów pozostania niewidzialnym było bardzo wiele. Każdy spośród nich mógł pozwolić na dostanie się do pomieszczenia, gdzie przebywał cel. Mógł stanowić także, czy po realizacji misji, takiemu ninja udawało się uciec.

Chwytające cienie stanowiły niezwykle tradycyjny klan, uważający się za najstarszy spośród Lotosu. Ich klasyczny strój, czarne spodnie, kubrak oraz maska oznaczały symbol tego, co prości ludzie uznawali za prawdziwe ninjitsu. Rzecz jasna, Chwytające cienie nie chwaliły się swoimi członkami, ale wewnątrz wiosek bractwa właściwie tak czy siak wszyscy byli osobami zaufanymi. Toteż niekiedy można było spotkać osobę przyodzianą szatą czarnego koloru. Jedna spośród nich właśnie przysiadła na boku przyglądając się treningowi. Cała okryta maskującym strojem


Któż wiedziałby, czy to początkujący, czy też ekspert. Chwytające cienie lubiły jednak tajemnice praz zagrania psychologiczne niemal tak, jak Ukryte nici przeznaczenia.

Nagły okrzyk Wang Te przerwał rozmyślania oraz obserwacje Yeuna.
- Stop! - krzyknęła sędziująca Mao. Fang Ji nagle wykrzywił twarz grymasem bólu. Jego lewa dłoń czerwieniała oraz błyskawicznie puchła. Prawdopodobnie któryś spośród jego ataków nie był dokładnie przygotowany. Twardy wyblok Niedźwiedzia zgasił nagły Krzyk orła, być może łamiąc którąś z kości dłoni Fanga.
- Mogę walczyć dalej! - wrzasnął Fang przyjmując odpowiednią postawę.
- Owszem – skinęła Mao – ale to jedynie trening, nie prawdziwa walka.
- Nie ma potrzeby ryzykować. Siostro Quan, niech brat Ji uda się do medyka, by jego dłoń odzyskała jak najszybciej sprawność. Natomiast pozostali, chciałbym podziękować za wspólny trening. Przypuszczałem, że wszystko skończy się nieco wcześniej i zdążymy jeszcze posparować. Nasi bracia stoczyli jednak wspaniały, długi pojedynek, natomiast wcześniej obiecałem swojemu sifu wykonanie jego poleceń. Dlatego właśnie muszę pożyczyć wam dalszego przyjemnego treningu
– skłonił się przed pozostałymi uczniami.
- Wobec tego, bracie Biao, miłego dnia – odkłoniła się Mao. - Bracie Te, czy masz ochotę na dalszy trening?
- Zawsze mam, siostro Quan
– odkrzyknął radosny Wang zdając sobie sprawę, że zrewanżował się konkurentowi za poprzednią przegraną. Ji oraz Yuen odeszli do swoich spraw, zaś na placu treningowym znowu rozległ się świst powietrza oraz szum szat. Ponownie Niedźwiedź oraz Orzeł zetknęły swoje szpony oraz pazury w ostrym starciu, zaś Chwytający cień, który przed chwilą im się przyglądał, rozpłynął się niczym cień prawdziwy wystawiony na blask wschodzącego słońca.

***


Jeung Lai Chun czekał na niego w niewielkiej bambusowej chacie na skraju osady.
- Sifu? - zwrócił się do niego uczeń. - Wzywałeś mnie.
- Tak, siadaj Biao
– wskazał uczniowi niewielki dywanik po lewej stronie.
Yuen wykonał polecenie opiekuna oraz nauczyciela. Zresztą sifu był kimś więcej dla młodego mężczyzny. Prędzej przybranym ojcem, który zastąpił tego prawdziwego po jego odejściu do klasztoru. Leczył chłopaka, wychowywał, wreszcie przekazał tajniki stylów ninjitsu. Yuen szczerze podziwiał oraz kochał niemal synowska miłością Jeunga. Starał okazać się godnym takiego nauczyciela, toteż przykładał się do treningu, ile tylko sił miało jego słabowite stosunkowo ciało.
- Yuen, wykonywałeś już czasem misje dla Lotosu – popatrzył na podopiecznego, jakby badał jego gotowość, lub sprawdzał umiejętności.
- Tak, sifu, od kiedy wyruszyliśmy z Sil, przydzielałeś mnie niekiedy, jako pomoc. Czyżbyś miał dla mnie kolejne zadanie? - spytał starając się zachować kamienną twarz, jednak drgnięcie jego powiek zdradzało ciekawość oraz niekłamaną radość.
- Prawda, jednak wcześniejsze wyprawy były czymś, co znałem, aprobowałem oraz wiedziałem. Teraz wprawdzie jesteś dalej moim uczniem, jednak nie jestem pewny, co może cię spotkać na tej drodze.
- Co miałbym uczynić
? - skłonił się Yuen. - Jednak cokolwiek to będzie, nie zawiodę.
- Naprawdę wierzę ci
– dobrotliwy uśmiech przeciął poważną zazwyczaj twarz sifu – jednak każdy nauczyciel niepokoi się o swego ucznia. Tak już jest … - przerwał zamyśliwszy się. - Udasz się teraz do obozu Bokusou. Wiesz gdzie to jest.
- Tak sifu. Byłem tam z tobą, gdy ognisty szczur zmieniał się na tygrysa – podał nazwy lat obowiązującego kalendarza
.
Jeung skinął.
- Udasz się tam do dowódcy obozu wojskowego Gurasu z rodu Chuushin oraz będziesz posłuszny jego poleceniom.
- Dobrze sifu, jednak … Gurasu, słyszałem, że jest wielkim kupcem. Każdy zresztą słyszał, jednak nominacja na dowódcę obozu … - zawiesił głos. - Podobno siostra pana Gurasu …
- Prawda Yuen
– potwierdził Jeung – wielu mówiło, że znacznie bardziej nadaje się na to stanowisko, ale to już sam ocenisz, czy mieli rację. Pamiętaj, obserwuj oraz wstrzymaj się zawsze wyciągając jakiekolwiek wnioski.
- Szkoła cierpliwości
– skinął Biao.
- Dokładnie. Było sobie kiedyś trzech rywalizujących wielkich ninja. Czasem pomagali sobie, czasem walczyli, jednak każdy chciał zostać założycielem wielkiej rodziny. Kiedyś popijając sake zobaczyli przez okno siedzącą na gałęzi kukułkę, która jednak nie chciała wydać głosu. Pierwszy spośród nich krzyknął gniewnie: Zabiję ją, jeśli nie zakuka. Kolejny stwierdził: Namówmy ją, żeby zakukała. Trzeci zaś rzekł: Poczekam, ona sama musi zakukać. Jak myślisz, który został założycielem wielkiego klanu? Powiedz, który spośród nich.
- Pewnie czekający na kukułkę
– uznał Yuen, skoro obecna nauka sifu dotyczyła cierpliwości.
Jeung skinął.
- Historia nauczyła nas cierpliwego obserwowania oraz wyczekiwania na odpowiednie okazje. Bądź właśnie taki, jak on. Czekaj, cierpliwie przygotowuj się, kiedy zaś nadejdzie chwila, uderzaj bez najmniejszego wahania.

***

Droga spływała deszczem. Bambusowe trawy, drzewa, liście. Wszystko było mokre i nie pomagał na to nawet słomkowy kapelusz. Zresztą momentami wiatr porywisty próbował zerwać go, oraz porwać gdzieś hen. Toteż Yuen zrezygnował z nakrycia głowy, dla rozgrzewki zaś czasem, gdy miejsce było ustronne, ćwiczył formy walki.


Jednak zbliżając się do obozu Bokosou darował sobie treningi, które chociaż rozgrzewały ciało, to przedłużały drogę. Skoro został wezwany przez samego dowódcę obozu, niewątpliwie będzie czekać na niego kwatera oraz ciepła strawa, zaś sam deszcz … prawdziwy ninja traktował dżdżyste dni, jako sprzymierzeńca, który ukrywa obecność wojownika. Niszczy tropy, zapach, osłabia widoczność. Jednak skłania także do osłabienia czujności. Zmęczony Yuen starał się zachować ostrożność, pomimo iż znajdował się właściwie na bezpiecznym terenie ninja. Pewnie właśnie dzięki tej koncentracji przez krople deszczu wychwycił szmer zwierzęcych łap oraz stąpających rytmicznie ludzkich kroków. Uczeń Watahy czarnego księżyca była najprawdopodobniejszą odpowiedzią, na pytanie: kto to? Księżycowi ninja polowali z psami na swoich wrogów. Cóż, wokół takiego obozu musiało się kręcić wielu uczniów rozmaitych klanów. Może nawet Sil, uśmiechnął się wspominając pełną uroku dziewczynę. Odwracając przodem do nadchodzących: człowieka i zwierzęcia, przyjął postawę rozluźnioną, lecz jednocześnie pozwalająca przejść do szybkiej obrony.
 
Kelly jest offline  
Stary 29-10-2011, 00:07   #4
 
Famir's Avatar
 
Reputacja: 18 Famir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znanyFamir nie jest za bardzo znany
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=tnQy8AYsoTo&feature=related[/MEDIA]

Świtało. Słońce budziło się powoli niosąc zapowiedź kolejnego dnia lata. Dawno zapomnianym przez ludzi i bogów szlakiem szedł wędrowiec. Poruszał się powolnym miarowym krokiem a w dłoni dzierżył kij podróżny, który był mu podporą. Wyglądało bowiem na to, że sam jest zbyt słaby by poruszać się o własnych siłach. Długie kościste palce zaciskały się iście z godną podziwu determinacją na kawałku drewna. Każdy kto by się im bliżej przyjrzał bez trudu najmniejszego zobaczyłby iż paznokcie jego były nienaturalnego niebieskiego koloru. Co bardziej obeznani zielarze wiedzieli, że taką barwę otrzymać można ze skrzydeł ważki które należało ze specjalnym naparem połączyć. Iori - bo tak mu na imię było - twarz miał skrytą pod sporym słomianym kapeluszem. Zaprawdę przydatna to rzecz w podróży była. Przed deszczem i wiatrem osłoni a i przed wzrokiem ciekawskich ustrzec może. Zwłaszcza z powodu tego ostatniego ten przedmiot tak sobie ulubował. Jego wygląd bowiem często uwagę postronnych osób przyciągał. Włosy i oczy koloru błękitnego były, lecz w zależności pod jakim kątem by na nie spojrzeć popielate się zdawać mogły. Zupełnie jakby pigmentu w nich miejscami brakowało a miejscami za dużo wręcz było. Rzecz zdawać by się mogło nienaturalna zwłaszcza, że gdzieniegdzie już pierwsze oznaki siwizny widać było - a on z twarzy przecież młodo wyglądał. Oczy co prawda lekko podkrążone a spojrzenie - choć dobroci i zrozumienia pełne - zmęczone i jakby nieobecne. Zupełnie jakby stary i młody jednocześnie był. Ubiór jego także do pełni normalnych nie należał. Nosił biało-niebieskie kimono. Prosty choć elegancki krój, lecz ze zbyt małą liczbą zdobień by do kogoś bogatego lub znacznego należeć mogło. U jego boku jednak katana spoczywała - symbol arystokracji i dowód szlachetnych korzeni. Prawe ucho zaś kolczyk z czystego srebra zdobił. Było wiele wielkich rodów, które na skutek nieszczęśliwego losu upadły. Przedstawiciele tych rodzin w ten sam sposób się często nosili - niby biednie, lecz elegancko zarazem. Zupełnie jakby o przeszłości i dawnych czasach zapomnieć nie byli wstanie.


Kurogane szedł przed siebie upajając wszystkie zmysły pięknem świata. Promienie słońca grzały przyjemnie a czasami lekki powiew wiatru niósł ze sobą orzeźwienie zachęcając do dalszej drogi. Słyszał jak ptaki śpiewały swoje pieśni a szelest liści wtórował im. Gdzieś w oddali słyszeć się też dało świerszcze budzące się powoli ze snu. Razem wszystkie dźwięki te tworzyły serenadę, której żadne ludzkie dzieło dorównać nie mogło w swym pięknie. Czuł zapach trawy i kwiatów rosnących nieopodal. Doprawiały one wdychane powietrze niczym przyprawy pozwalając cieszyć się każdym oddechem. Rozglądał się na boki podziwiając kaskadę barw otaczającego świata. Nie mógł zrozumieć jak można przebywać na stałe w jednym miejscu kiedy świat ma tyle do zaoferowania. Takie świętokractwo wydawało mu się grzechem. Włóczył się po świecie a Klan Ika jak i Koalicja Lotosu mu na to przyzwalały. Dzięki temu wędrował od wioski do wioski, od miasta do miasta. Zdobywał sławę i szacunek dzięki swoim umiejętnościom gry. Zdarzało się też, że pomagał zwykłym ludziom swoimi lekami w zamian za wieści i kawałek jadła na dalszą drogę. Poznawał świat i doskonalił się z dnia na dzień - jednak w swoim tempie. Władcy daleko, bogowie w niebie, ino on sam na szlaku. Odpowiadało mu to gdyż sam sobie panem był. Czasem zdarzało się, że słano po niego gdy potrzebny był do wykonania niektórych zadań, ale zdarzało się to na szczęście niezwykle rzadko. Plany związane z Koalicją Lotosu i swoim żywotem jako shinobi miał wielkie, lecz nie czuł się jeszcze w pełni gotów by wprowadzać je w życie.


Zmęczony podróżą usiadł pod drzewem Sakury rosnącym samotnie na wzgórzu. Wyjął z torby drewnianą fajkę i wsypaszy wcześniej do niej trochę suszonych ziół zapalił. Już po chwili raczył się dymem swojej własnej mieszanki. Pozwalała mu ona odprężyć się i zebrać myśli. Uczucie ukojenia zalało całe ciało niosąc wyraźną ulgę dla zmęczonych mięści. Szedł bez przerwy kilka godzin. Dla każdego innego shinobi było to tyle co nic, ale w jego przypadku to był bardzo duży wysiłek. Wiatr zawiał trochę mocniej strącając z gałęzi pojedyncze różowe płatki. Było mu bardzo dobrze. Zapowiadał się dobry dzień. Nie chcąc siedzieć bezproduktywnie wyciągnął moździerz i zaczął ucierać w nim kilka różnych ziół. Gdy wytworzył z nich prawie jednolitą masę zalał ją wodą z bukłaka i wypił powstały zielonkawy płyn. Powinien to jeszcze podgrzać, ale nie miał już sił by zebrać drewno na opał. Dzięki leku powinien w ciągu godziny zregenerować dość sił by ponownie podjąć marsz. Nie miał konkretnego celu swej podróży. Szedł tam gdzie go nogi poniosły - był niczym mały listek targany wiatrami przeznaczenia. W jakie krainy zawędruje tym razem? Jakich ludzi spotka? Jakie tajemnice przyrody odkryje? Jaką wiedzę posiądzie? Te wszystkie niewiadome budziły w nim ekscytacje i zmuszały do stawiania kroku za krokiem nawet gdy całe ciało się buntowało - było ono bowiem czasami niezdolne by znieść wszystkie trudy wędrówki. Tego dnia przekonał się o tym poraz kolejny. Marsz bowiem podjął dopiero gdy słońce wznosiło już wysoko na niebie. Wcześniejsza podróż zmęczyła bowiem go bardziej niż się spodziewał i chcąc nie chcąc musiał pozwolił ciału na odpoczynek. Musiał podeprzeć się o drzewo by się podnieść a następnie oparłszy się o kij ruszył dalej. Gdy tylko szlak zaprowadził go do gęstego lasu od razu wyczuł ukrytą między drzewami obecność. Nie musiał patrzeć by wiedzieć kto wyszedł mu na spotkanie.


-Tetsuo Akira... co za niespodzianka. - rzekł z rezygnacją bowiem wiedział, że to spotkanie nie było przypadkowe. Wiedział również jakie będą jego konsekwencje.
-Ciebie również miło widzieć. - odparł członek klanu Chwytających Cienii. Iori nie był pewien, ale chyba usłyszał w jego tonie mówienia nutkę sarkazmu. Szedł dalej jakby nic się nie działo wiedząc, że Cień i tak podążać będzie za nim póki nie załatwi swojej sprawy.
-Jak się mają oddziały naszego Daimyo? - spytał kierowany nagłą ciekawością. Od pobytu w Mieście Równin minęło już sporo czasu, ale nie słyszał nigdzie jeszcze żadnych wieści odnośnie efektów swojej ostatniej misji. Shinobi milczał przez chwilę jakby rozważał ile może tak właściwie powiedzieć. Kurogane zdawał sobie sprawę, że niektóre informacje są tajne nawet dla niego więc czekał cierpliwie.
-Wszystko poszło zgodnie z planem. Wybiliśmy nawet więcej ludzi niż przewidywaliśmy. Węże ślą pozdrowienia. - wyglądało na to, że jego plan wypalił aż za dobrze. Daimyo będzie musiał dysponować swoim wojskiem z dużo większą rozwagą co znacznie ułatwi ninja życie w tej prowincji.
-Co do obecnego zadania... - Iori słysząc te słowo zaklną w myślach -udasz się na północ. Dwa dni drogi stąd znajduje się opuszczona świątynia. Masz się tam spotkać z niejakim Shinem Aruboma. Razem ruszycie w kierunku Bokusou gdzie będą na was czekać dalsze rozkazy.
Niebieskowłosy poczuł, że w jego kierunku leci jakiś przedmiot więc wystawił dłoń w tamtym kierunku. Niemal od razu poczuł ciężar pieczęci spoczywającej w dłoni.
-Pokażecie to przy bramie. To wszystko. - chciał coś odpowiedzieć, ale Akira zniknął. Wyczuwalna do tej pory obecność ulotniła się zupełnie jakby jej tam nigdy wcześniej nie było. Kurogane założył słomiany kapelusz i ruszył w wyznaczonym kierunku. A zapowiadał się taki piękny dzień.
 
__________________
"The good people sleep much better at night than the bad people. Of course, the bad people enjoy the waking hours much more."
-Woody Allen

Ostatnio edytowane przez Famir : 29-10-2011 o 00:20.
Famir jest offline  
Stary 30-10-2011, 17:57   #5
 
Henshin's Avatar
 
Reputacja: 10 Henshin nie jest za bardzo znany
Onimaru

- Nareszcie...- mruknął pod nosem, gdy zza delikatnego wniesienia, pokrytego bambusowym lasem, jego oczom ukazał się zarys Bokosou. Roninowi zawtórowały jego trzewia, wydając przeciągły, żałosny dźwięk burczenia. Droga do wioski okazała się dłuższa niż się spodziewał, jedzenia mu się skończyło parę dni temu, a żołądek zdążył przyssać się do kręgosłupa.
Miał ochotę pobiec, ale bał się, że zasłabnie i wyląduje twarzą w rozmokłej glinie stanowiącą jego aktualną trasę. Poza tym, strażnicy mogli by dziwnie na niego patrzeć.

Jak się okazało, i bez tego nie miało być łatwo.
-Stać, kto idzie!- krzyknął z “bezpiecznej” odległości starszy strażnik, nie wysilając się zbytnio na elokwencję.
Ronin podszedł jeszcze kilka kroków, po czym obdarował go najprzyjaźniejszym uśmiechem, na jaki było go stać.
-Zwą mnie Onimaru, jestem tylko ninja szukającym strawy i schronienia- rzekł, zastanawiając się, dlaczego zawsze powtarza tą regułkę, skoro prawie nigdy nie działa.
-Po prostu Onimaru? A twój klan...?- spytał podejrzliwie strażnik. Ninja niemal słyszał, jak ciężkie, zardzewiałe trybiki przesuwają się powoli w czaszce jego rozmówcy.
Po chwili milczenia, w oczach strażnika błysnęła iskra zrozumienia. Splunął obficie pod nogi gościa.
-Ronin! A dlaczego mielibyśmy wpuścić tu takiego darmozjada, hm!? Żebyś mógł najeść się do syta, a potem opróżnić nam sakiewki i zniknąć?- starszy strażnik widocznie miał za sobą przykre przeżycia, które rzucały niekorzystny dla Onimaru cień, na tę rozmowę.
- Przestań Tomoya-kun, przecież wpuściliśmy już kilku w tym miesiącu i się nic nie stało... -
-Ha! Jesteś dla nich za dobry Satori, kiedyś skończysz z poderżniętym gardłem przez jednego z tych kundli...- rzucił strażnik Tomoya, na co Onimaru zareagował urażoną miną, po czym swój uśmiech skierował do bardziej przychylnego mu strażnika.
-Jeśli to problem, mogę poszukać jedzenia gdzie...- zaczął Ronin skruszony, ale Satori mu przerwał.
-Nie będzie takiej potrzeby, możesz wejść, witamy w Bokosou. Idź cały czas prosto, napewno nie przeoczysz koszar.- rzucił przyjaźnie młodszy ze strażników pokazując wędrowcowi orientacyjnie kierunek.
-Dziękuję wam, szlachetni Panowie- powiedział pełnym wdzięczności tonem Onimaru, kłaniając się lekko swoim rozmówcom. - Obiecuję, że nie będę sprawiał kłopotów.
Tomoya tylko prychnął, wyuczonym gestem, po czym zaczął bacznie obserwować okolicę, jakby Ronina nigdy tu nie było. Onimaru wymienił jeszcze porozumiewawcze spojrzenia z drugim strażnikiem, po czym ruszył we wskazanym wcześniej kierunku.

Tak jak mówił Satori, ze znalezieniem koszarów nie miał problemu, tak samo jak z przydzielonym mu futonem. Natychmiast zrzucił z siebie mokre odzienie, które przyklejało się do jego ciała, niczym kochanka, która nie chce opuszczać ciepłego łoża. Jednak Onimaru był bezlitosny dla mokrego materiału który po chwili leżał rozłożony, aby szybciej wyschnął.
Wyjął z tobołka wilgotne, ale przynajmniej nie ściekające wodą, zapasowe ubranie.
Rozpuścił swoje dotychczas spięte włosy, które spłynęły czarną kaskadą, na jego poznaczone bliznami umięśnione plecy. Nie miał co prawda muskulatury wielkiego wojownika, jednak można było bez wątpliwości, po budowie, czy też po samych ruchach, że kung fu nie jest mu obce.
Najwyraźniej, było też skuteczne, gdyż mimo licznych bruzd na całym ciele, miał się całkiem dobrze. Nie wspominając o tym, że życie Ronina do lekkich nie należało.
Mimo to, spacerując po koszarach, każdy kto spojrzał w jego młodą twarz i jasnobrązowe, niemal żółte, oczy, widział przyjazny uśmiech i ciepłe spojrzenie, pozbawione podejrzeń czy wrogości.
Ubranie które przyodział składało się z jasnobrązowych, nie krępujących ruchów spodni, które przewiązał w pasie sznurem, zaś na plecy zarzucił ciemnogranatowe kimono, proste, ale eleganckie i równie funkcjonalne. Stroju dopełniały rękawiczki, które przydawały się w najróżniejszych sytuacjach.

Idąc przez koszary witał się z mijanymi shinobi. Niektórych znał z widzenia, inni z pewnością kojarzyli jego twarz. Nie do końca z tego zadowolony, postanowił trzymać się bardziej w cieniu.
Nie lubił zwracać na siebie uwagi.
Jeszcze zanim cokolwiek zobaczył, jego nos wyczuł to, czego szukał. Jego żołądek zaburczał potężnie, w parodii okrzyku wojownika szarżującego na okopy wroga. W mgnieniu oka, ustawił w kolejce po strawę. Jedzenie wydawał podstarzały shinobi, zdaje się z klanu medyków.
- Ohio Ojii-san!- rzucił przyjaźnie do pomarszczonego kucharza.- Co serwujesz dla wygłodniałych wędrowców w ten deszczowy dzień?
Dziadek spojrzał na niego swoimi niemal zamkniętymi oczami i uśmiechnął się.
-Ryż chłopcze, zwykły ryż, he he...- rzucił trzęsącym się głosem wesoło, po czym dostał ataku kaszlu, niebezpiecznie blisko naczynia z którego unosiły się aromatyczne opary ryżu, z kawałkami mięsa i nieznanymi Roninowi przyprawami. Gdy starzec podał mu parującą miskę, Onimaru jako wytrawny znawca kuchni polowej, ocenił danie na bardzo wysokim poziomie w swojej kategorii.
-Arigato Ojii-san!- rzucił wesoło na odchodne, po czym zasiadł przy najbliższym wolnym stoliku.
 
Henshin jest offline  
Stary 30-10-2011, 19:19   #6
 
Eyriashka's Avatar
 
Reputacja: 479 Eyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnieEyriashka jest jak niezastąpione światło przewodnie
W wątłym dziennym świetle skóra dziewczyny zdawała się jeszcze bardziej odróżniać kolorystycznie od czarnego, skutecznie tuszującego jej kształty, męskiego stroju. Opuściła nieco powieki i wbiła wzrok w podłogę zastygając w niemal idealnym bezruchu. Zaróżowione z wychłodzenia usta recytowały przygotowany po drodze zwięzły, ujmujący najważniejsze szczegóły, raport. Przybyła z kolejną dobrą nowiną. Sil należała do grupy osób o niezachwianej świadomości swojego miejsca w szeregu. Wykonywała powierzone zadania rzetelnie i to jej wystarczyło. Ot, zadawalała ją sama świadomość dobrze spełnionego obowiązku.


Pomieszczenie jak zwykle było wyprane ze wszelkich zapachów. Ściany były nagie, nie ozdobione najmniejszym obrazem lub ryciną. Po prostu, niski stół z ciemnego lśniącego drewna umieszczony na środku pokoju. Normalnie, oczekiwałaby kadziedeł tworzących duszącą, ciężką do zniesienia atmosferę, tak uwielbianych przez osoby o wysokiej randze. Jednak mistrz wioski, Chuushin Gurasu, nie chwytał się takich sztuczek. Młody wojownik, chociaż początkowo podejrzewano go o wkupienie się w urząd, dzięki wielkim bogactwom jego rodziny, w ciągu 4 lat w wiosce udowodnił wszystkim, że nie jest to prawdą. Był cichym i wybitnym strategiem. Zawsze traktował wszystkich z ciepłym, acz wyraźnie zarysowanym dystansem. I tym razem po wysłuchaniu kolejnego raportu Sil nie usłyszała niczego ponad “Dobrze...”. Ledwo zauważalnie westchnęła w wyrazie ulgi i wyprostowała się nie odważając się na podniesienie wzroku ponad blat stołu, czekając, aż dostanie pozwolenie powrotu do domu.
- Proszę, Nguyen, oto twoja zapłata - chrzęst kilku nefrytowych pierścieni wypełnił salę. Sil podeszła i sięgnęła po zielone kamyczki, gdy niespodziewanie Mistrz znowu przemówił - Mam dla ciebie kolejne zadanie, Sil Nguyen. Zbierz kilku wojowników i wróć po dalsze instrukcje kiedy będziesz gotowa.
Sil zamknęła oczy i poczuła jak jej się gardło lekko zwęża - nie była w domu od ponad miesiąca, miała tak wielkie nadzieje...
- Rozumiem, Mistrzu - niemal wyszeptała te słowa. Złapała sznurek w dwa palce i niemal bezdźwięcznie podniosła koraliki do góry. Schyliła się po raz kolejny i ruszyła w stronę wyjścia.
Deszczowe chmury, które wisiały przez cały dzień gdzieś w oddali za horyzontem, wreszcie postanowiły przynieść ulgę i zrzucić ciężar ze swoich barków. Kobieta wyjęła fajkę i z wprawą wypełniła jej komin najnowszą mieszanką kupioną w mijanym niedawno mieście. Zapach cynamonu wypełnił jej usta. Bardzo smaczna mieszanka od razu poprawił jej się humor, a myśli wyklarowały. Podniosła jedną z bezpańskich parasolek przygotowanych właśnie na takie ewentualności i nieśpiesznie ruszyła w stronę jadalni. Była naprawdę głodna.

* * *

Sil złożyła parasol i lekko potrząsnęła głową, by strącić chociaż część kropel, które i tak złośliwie pokryły jej włosy. W stołówce powietrze było przyjemnie parne od podawanych tutaj potraw. W większości był to zwykły ryż z dodatkami, jednak młoda kobieta nie jadła od tak dawna. Zaczęła sobie wyobrażać kolejno potrawy jakie mogłaby zjeść, gdy jej wzrok spoczął na znajomej twarzy. Rozpoznała go w mig, zdrajca klanu Kąsających węży - Onimaru.
Podeszła do niego patrząc najchłodniej jak tylko potrafiła.

Ronin raczył się ryżem, jakby była to istna ambrozja, podarowana mu przez bogów za trudy drogi jaką musiał przeżyć. Jednak po chwili, gdy zjadł mniej więcej połowę porcji jaką dostał, poczuł, że coś jest nie tak. Na początku pomyślał, że może to ryż, jednak po chwili zastanowienia, strawa została zdyskfalifikowana, za brak umiejętności emanowania morderczymi intencjami. Podniósł powoli głowę, szykując się, na spojrzenie w oczy demona.
Ledwo udało mu się ukryć zdziwienie, gdy okazało się, że stoi nad nim nie demon, a niezwykle piękna, młoda kobieta. Nie miał czasu na podziwianie jej wdzięków, gdyż jego spojrzenie przykuły patrzące na niego chłodno oczy. Czuł się niemal zahipnotyzowany, jakby patrzył w oczy węża...
Refleksja trwała ułamek sekundy, Onimaru wyczuł powagę sytuacji i odezwał się pierwszy.
-Witaj Pani, czy mogę w czymś pomóc?- Powiedział nie spuszczając z niej oka i uśmiechając się przyjaźnie.

Nie kojarzył jej, nie było czemu się dziwić. Krew wrzała w jej żyłach domagając się natychmiastowej sprawiedliwości.
- Mam zebrać grupę wojowników - powiedziała tonem, który niósł ze sobą gniew, urazę oraz żądanie bezwarunkowego posłuszeństwa.

Ronin spojrzał na nią pytająco, unosząc delikatnie brew. Chyba wiedział, czego od niego oczekuje.
- Ah doprawdy? W Bokosou nie powinnaś mieć z tym probemów Pani, na placu treningowym widziałem wielu adeptów kung fu, umiejętności niektórych z nich wprawiły mnie w zachwyt... - przerwał, jakby przypomniał sobie o czymś ważnym - Wybacz mi moje maniery, przez pusty żołądek, zapomniałem się przedstawić. Zwą mnie Onimaru. Z chęcią pomogę Ci w poszukiwaniu wojowników, Wężowa Pani - skwitował wypowiedź ukłonem.

Kącik ust kobiety lekko drgnął w kwaśnym rozbawieniu.
- Nie chcę twojej pomocy w poszukiwaniu. Dołączysz do nas i będziesz posłuszny mej komendzie, zdrajco - z wioskową manierą niemal wysyczała ostatnie słowo.

Jego przyjazny uśmiech trwał niewzruszenie, gdy shinobi z klanu Węża cedziła jadowite słowa. Przy "zdrajcy", musiał się powstrzymać, żeby nie prychnąć śmiechem.
-Jesteś pewna Pani? Nie czuję się godzien, służenia tak zacnej Pani. Z pewnością znajdziesz wielu odpowiedniejszych kandydatów w tej osadzie...- powiedział zmartwionym głosem Ronin, sprawiając wrażenie troski o zadanie któremu miała podołać drużyna kompletowana przez Żmiję.

- Jeszcze raz pozwolisz sobie na ironię, a utnę ci język - przechyliła głowę bez wyrazu przyjemności na twarzy - Ciężar doboru członków drużyny leży na moich barkach, nie musisz się tym martwić. Dobrze przemyślałam tę decyzję. Bądź gotów, gdy cię wezwę do domu narad - odwróciła się i odeszła do stołu położonego jak najdalej od miejsca w którym siedział ronin.

-Tak Pani - rzucił do jej oddalających się pleców, wykonując przy tym głęboki ukłon. Jego uśmiech znacznie się poszerzył i ze zdwojoną siłą zaczął pochłaniać ryż.
-Zapowiada się ciekawie...- mruknął tylko do siebie, nie spuszaczając oka ze swojej nowej “Pani”.
Sil natomiast już po poproszeniu o posiłek ani razu nie zaszczyciła młodego mężczyzny spojrzeniem. Nieśpiesznie zjadła posiłek, którego największym walorem była temperatura - preferowała zastosowanie mocniejszych mieszanek przypraw. Nie mniej zachowywała się wzorowo. Grzecznie podziękowała za posiłek i ruszyła do wyjścia, uważnie obserwując ronina kątem oka. Miała nadzieję, że się nie przeliczyła planując umieszczenie zdrajcy w szeregach drużyny.
 
__________________
Life is a bitch. Sometimes I think it even might be a redhead with a bad case of short temper.

Ostatnio edytowane przez Eyriashka : 30-10-2011 o 21:50.
Eyriashka jest offline  
Stary 31-10-2011, 13:58   #7
 
Songolooz's Avatar
 
Reputacja: 10 Songolooz nie jest za bardzo znany


Litery zlewały się mocniej niż zwykle. Książka zamiast przyjemności przynosiła ze sobą irytację, ból i zrezygnowanie. Mimo wszystko każda lektura była traktowana przez Shina jak wyzwanie, jak misje, która przewidywała wyłącznie wygraną. Ostatnia strona przerzucona już ze łzami w oczach zdecydowanie oznaczała, że trzeba zrobić kolejną dawkę leku.
Prawie na oślep chwycił kilka ziółek leżących na półce w przestronnym małym domku. Szybkie ruchy sprawnych rąk i po kilku minutach wywar był gotowy. Z boku mogło się wydawać, że praca w ciemności nie sprawiała Shinowi żadnych problemów.
Już po pierwszym łyku smakującego jak tran trunku chłopak poczuł ulgę.
~ Muszę coś zrobić z tym smakiem, bo kiedyś nie wytrzymam i po prostu żołądek odmówi posłuszeństwa ~ pomyślał i usiadł na prowizorycznym fotelu, gdzie narkotyczny napój spowodował , że już w kilka chwil Shin zasnął.

Poranne światło, które zaczęło powoli odsłaniać urodę Shina było jak ciepły koc w zimową noc.
Długie blond włosy opadające na czarne korygujące okulary i gładka skóra zdecydowanie określały chłopaka jako atrakcyjnego, co było naturalnie dużym plusem przy stosunkach międzyludzkich. Biała długa kamizelka ukrywała tajemniczą przeszłość chłopaka. Pomarańczowe spodnie, które można było spod niej zauważyć, były jak by talizman, który zawsze mu towarzyszył.

Shin mimo że nie był rdzennym członkiem klanu, był wołany tylko na misje o wysokim szczeblu. Rzadko dostawał on od swoich przełożonych rozkazy, które nie wymagały użycia jego nadzwyczajnych umiejętności.
Niestety czasy się zmieniają i zamiast zadań najwyższej rangi, Shin coraz częściej otrzymywał misje najniższych rang, do których mimo wszystko podchodził z wielką powagą i nigdy nie wybrzydzał. W ich czasie zawsze zachowywał największy profesjonalizm, a misje typu:
„ Przenieś jedną fiolkę wywaru ziołowego do najbliższego lorda.” traktował jak by od wyniku miało zależeć jego życie. W wolnych dniach, których nie było zbyt wiele, czytał książki i poradniki jak grać w wszelakie gry karciane.

Jak co dzień do Shin-a przychodził jego sensei, czasami na rozmowy o niczym, a czasami po prostu przekazać informację dotyczące jego nadchodząej misji. Dzień był raczej pochmurny i sensei cały mokry bez pukania wszedł do domku Shin-a. Dla chłopaka był on jak przybrany ojciec i rozmowy z nim były dla niego praktycznie najistotniejsze w całym jego nędznym życiu. Jednak dzisiejszego dnia, Jordsha gdyż tak nazywał się mistrz Shin-a, bez zbędnych słów przekazał w ręce chłopaka pergamin.
- Zanieś to pod bramę... Uważaj tym razem będzie ciężko – lekko smutny natychmiast wyszedł. Wychodząc zostawił uchylone drzwi, co miało znaczyć: Spiesz się mój mały przyjacielu!
 
__________________
Między życiem, a śmiercią jest naprawdę cienka linia.

Ostatnio edytowane przez Songolooz : 01-11-2011 o 00:42.
Songolooz jest offline  
Stary 31-10-2011, 14:43   #8
 
Songolooz's Avatar
 
Reputacja: 10 Songolooz nie jest za bardzo znany
Księżyc był w pełni tej nocy. Razem z setkami gwiazd oświetlał swoim majestatycznym blaskiem miejsce spotkania. Ciemne chmury trzymały się daleko zupełnie jakby nie chciały okazać braku respektu dla niekwestiowanego króla nocy. Pomiędzy drzewami dało się wypatrzeć niewielką świątynie starych bogów. Kiedyś pewnie była piękną budowlą a ludzie przychodzili tu się modlić nader często. Te czasy jednak minęły bezpowrotnie. Została tylko kupa spróchniałego drewna, która pod wpływem wiatru ruszała się delikatnie wydając przy tym odgłosy mogące przyprawić o dreszcz na plecach. Nawet zwierzęta nie zapuszczały się tutaj z jakiegoś powodu. Zdawać by się mogło, że wystarczy byle silniejszy powiew wiatru by byłe miejsce czci zawaliło się.

Kurogane szedł powoli rozglądając się uważnie na boki. Na jego twarzy nie malował się niepokój, lecz bardziej lekkie zdziwienie. Był bowiem pewny, że powinien spotkać się z tym całym Shinem już jakiś ładny czas temu - tuż pod samą świątynią - ale jak na złość nie mógł go znaleźć. Nie mogąc wymyśleć niczego bardziej kontruktywnego krążył więc w iście żółwim charakterystycznym dla siebie tempie wokół świątyni szukając jakiegokolwiek śladu obecności dowolnej istoty ludzkiej.


Nostalgia towarzysząca Shin-owi, który właśnie przemierzał las była wyjątkowo nie do zniesienia. Czuł, że odwraca ona uwagę od spraw ważnych jak np. czujność i obowiązki. Niestety co chwila coś pięknego ukazywało się horyzoncie, czego Shin nie był wstanie sobie odmówić.
Piękne tereny, nietuzinkowe rośliny jak i mała zwierzyna sprytnie lokowały się w miejscach, które były niedostępne dla zwykłych śmiertelników.
Trochę to trwało zanim dotarł do ustalonego miejsca, w którym jego znajomy już tupał sobie w miejscu.
~ Ciekawe czy jest zły... ~ pomyślał Shin szybkim krokiem zbliżając się do znajomego.

Niebieskowłosy wyczwając przed sobą obcą prezencje podniósł trochę wyżej słomiany kapelusz by lepiej widzieć. Zmierzył chłopaka wzrokiem od stóp do głów po czym ruszył w jego stronę wspierając się na drewnianym kiju.
-Shin Aruboma jak mniemam? - miał lekki, melodyjny głos z którego prawie namacalnie dało się wyczuć pogodę ducha i jakąś taką wewnętrzną szczerą dobroć.

- Nie mylisz się przyjacielu o to i ja – odpowiedź była wypowiadana w taki sposób jak by dopiero nauczył się mówić.
- Ty natomiast to z pewnością to Kurogame, wiele się o Tobie słyszałem i chętnie zagrał bym z Tobą w GO mistrzu – ewidentnie brzmiało to jak wyzwanie do walki, którą Shin był wstanie podjąć i którą ewidentnie chciał podjąć.
- Chyba czas by wyruszyć w wyznaczone nam miejsce, las nocą jest niebezpieczny dla “turystów”.

Iori pokiwywał co chwila głową jakby całkowicie akceptował zaistniałą sytuację. Było to o tyle dziwne gdyż normalnie człowiek jakoś by potwierdzić pragnął tożsamość napotkanej osoby. Kto wie czy przypadkiem szpiega nie spotkał albo wroga koalicji podczas gdy prawdziwy Shin leży gdzieś martwy. Wydawało się, że w jego myślach ani na chwilę podobna idea nie zawitała.
-Bez przesady z tym mistrzem, ale dziękuje za dobre słowo. Co do gry to muszę odmówić bo droga pilna, ale jak dotrzemy na miejsce to kto wie... - odparł wymijająco i ciężko stwierdzić było co nim naprawdę powodowało. Jakby chcąc okazać potwierdzenie dla swych słów ruszył przodem. Tempo jego kroku było iście żółwie, więc nic dziwnego że chciał jak najszybciej ruszyć bo droga na długą się zapowiadała.


Każda sytuacja była dobra by czegoś się dowiedzieć, by poznać przyjaciela, który w tym świecie mógł okazać się wrogiem szybciej niż opadający liść na wietrze.
- Słyszałem przyjacielu, że w twojej rodzinie ktoś ma jakieś problemy zdrowotne. Być może będę mógł pomóc. – strzał na oślep wydawał się najlepszą próbą otrzymania ogólnej wiedzy na temat rodziny i życia znajomego. Pomysł wydawał się o tyle dobry, że gdyby rzeczywiście okazało się, że ktoś jest chory, a on był by wstanie pomóc udało by się mieć jedną przysługę, która z pewnością okazała by się „interesowna”
Shin zauważył także, że paznokcie znajomego miały nietypowy kolor. Czytał kiedyś o takim stanie rzeczy, ale nigdy nie widział tego na żywo. Stwierdził, że pytanie o to przy pierwszy spotkaniu mogło by być uznane jako nietakt.
~ Jeszcze będzie czas ~ pomyślał.
Żółwie tempo było o tyle wygodne dla Shina, że mógł on delektować się piękną panoramą okolicy.

Na pytanie odnośnie stanu zdrowia brew ninja uniosła się pytająco do góry, ale już po chwili na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia.
-Nie musisz się niczym martwić. “To” nie jest zaraźliwe. - widocznie odnosił się do swojego wyglądu a raczej anomalii w nim występujących.
-Nie wiem czy wiesz, ale jedną z ingrediencji eliksiru który jest podawany wszystkim w czasie inicjacji do naszego klanu jest wyciąg z kwiatu lotosu. Receptura tej mikstury jest jedną z najpilniej strzeżonych a mi o tym jednym składniku tylko wiadomo ponieważ jestem jak się okazało na niego uczulony. Dlatego poza zwykłą przemianą, która zachodzi w naszych ciałach wystąpiły liczne nieporządane efekty uboczne. Mój przypadek jest bardzo rzadki, ale od czasu do czasu takie wypadki zdarzają się. - zakończył swój wywód a po wyrazie jego twarzy widać było iż podzielenie się z tą wiedzą nie było rzeczą przyjemną. Zupełnie jakby przypomniały mu się liczne złe rzeczy, które miały miejsce może i całe lata temu. Fakt, że zdradził właśnie informacje, której znajmość mogło by skrócić każdego jej posiadacza o głowę wyraźnie nie zaprzątał mu głowy. Ciężko było jednak stwierdzić czy wynikało to z jakiegoś niewyjaśnialnego wręcz zaufania czy ze zwykłej beztroski.


Informacja, jaką Shin właśnie otrzymał była tak szokująca, że ciężko było jakkolwiek ustosunkować się do słów kolegi. Wiedza odnośnie tego składnika mogła by być zabójcza dla oponentów jakich mogli spotkać, więc postanowił otrzymaną informację nigdy nikomu nie “sprzedać”.
Niski ukłon Shina w stosunku do kolegi był wyrazem uznania, że mimo wszystko Kurogane trzyma się dość dobrze i że obdarowuje go takimi informacjami już przy pierwszym spotkaniu.
~ On mógł by zostać moim naprawdę dobym przyjacielem~ szybka myśl przeleciała mimowolnie przez głowę Shina.
- Każdy ma swoje problemy, niestety na Twój nie znam odpowiedzi, ale z pewnością postaram się pomóc. - odpowiedź była szczera, aczkolwiek obydwoje zdawali sobie sprawę, że niestety odnalezienie lekarstwa, które mogło by całkowicie postawić go na nogi była prawie niewykonalne.
- Chory i ślepy, piękna drużyna - skwitował uśmiechnięty Shin, który w tej chwili wyglądał jak zadowolony kret w okularach i lekko przyspieszył kroku.
 
__________________
Między życiem, a śmiercią jest naprawdę cienka linia.

Ostatnio edytowane przez Songolooz : 01-11-2011 o 00:49.
Songolooz jest offline  
Stary 23-11-2011, 14:23   #9
 
Highlander's Avatar
 
Reputacja: 11175 Highlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputacjęHighlander ma wspaniałą reputację
Strażnik Równowagi usłyszał ostrzegawcze warknięcie, którego odgłos natychmiast zniknął pośród donośnego gwizdu wymykającego się z ust pokaźnych rozmiarów mężczyzny. Czarny wilk łypnął jeszcze raz swoimi złotymi ślepiami, następnie zaś usłuchał swojego pana i ułożył się przy jego nogach, zamiatając delikatnie ogonem. Dość zapuszczony wędrowiec o ciemnej karnacji przytaknął Yuenowi na powitanie, ponieważ ukłonem zdecydowanie nie dało się tego określić. Był ubrany w gruby płaszcz z kapturem oraz spodnie i koszulę, które wyglądały jak zdjęte wprost z przedstawiciela chłopstwa. Na zabłoconych nogach nosił zużyte sandały. Zdecydowanie wyglądał jak przedstawiciel Watahy Czarnego Księżyca.
- Witaj nieznajomy. Również zmierzasz do Bokusou?

Yuen zachowując pozornie niewzruszoną pozycję skłonił się lekko. Tak, jak czynią to kompletnie powszedni ludzie, zwykli kupcy, wojownicy, wędrowcy. Podstawowa zasada ninja brzmiała: Nigdy nie chwal się, ze jesteś ninja. Nawet innemu adeptowi sztuki. Toteż rzucił jedynie ogólne słowa powitania:
- Witaj nieznajomy panie również. Idę tam - nieokreślony ruch mógł pokazywać dowolną stronę oraz nie wskazywał niczego konkretnego. - Nieczęsto można spotkać na drodze podróżnych, kiedy wędruje się tymi szlakami, toteż cieszę się, że zobaczyłem ciebie podczas owej podróży. Dziękuję oraz życzę ci dalszej miłej wędrówki - powiedział spokojnie przesuwając się, jakby chciał zrobić ścieżkę wolną dla adepta Watahy.

Kącik ust zmęczonej twarzy mężczyzny lekko drgnął. Ten pośpiesznie wykreowany „uśmiech” zniknął od razu i mógł być po prostu swoistym tikiem nerwowym. Brązowe oczy spojrzały na strój Strażnika, po czym ponownie skupiły się na ledwie dostrzegalnym szlaku. Wąsacz o tłustych włosach odkaszlnął i poprawił ostrze przy boku. Zaczął iść i mijając swojego rozmówcę, kiwnął Yuenowi głową, żeby ten szedł za nim. Wilczysko tym wszystkim zachwycone nie było, o czym zawiadamiało cicho, acz stale.
– Ja nazywam się Tsuki Arata, a to jest Aoi. Chyba nie przypadłeś jej do gustu.
A więc suka. No tak. Jeśli zaś chodziło o imię, chłopak coś o nim słyszał. Jeżeli ten mężczyzna faktycznie był tym, za kogo się podawał, należało mieć się na baczności. Stanowił, bowiem jednego z najznamienitszych myśliwych Watahy, zaś rzeczą na którą polował najchętniej, byli inni ninja. Chodziły słuchy, że wiele głów Węży zostało zgniecionych pod jego butem. Co właściwie tutaj robił? Czyżby i tym razem ostrzył sobie na kogoś kły?

- Nazywam się Gare Otoshi - podał swoje imię oraz nazwisko, które użył kiedyś, podczas jednej z wypraw. - Witam na szlaku wędrowców. Ciebie, oraz Aoi - uśmiechnął się lekko ni to do człowieka, ni pieska. - Jeśli nie przypadłem do gustu jej, mówi się trudno, mogę tylko życzyć, żeby spotykała na swej drodze wyłącznie osoby, które jej się spodobają. Wierz mi, nie planuję się narzucać - szedł jednak w tamtym kierunku za Tsukim, ponieważ akurat jego ścieżka biegła tam również. Oczywiście kompletnie nie ufał nieznajomemu, który przedstawił się imieniem znanego członka Watahy. Dlaczego właśnie tak postąpił przedstawiając mu się? Może go znał. Ciekawe jednak, co planował, bowiem przypadkowe spotkania stanowiły coś, co Strażnik Równowagi brał pod uwagę na szarym końcu. Jeśli polował na kogoś, dlaczego chciał towarzystwa Yuena? Czyżby sprawdzał go? Może potrzebował kogoś, kto będzie widział jego pościg. Może jednak to nie pościg, tylko... właśnie. Cokolwiek tamten planował, trzeba było mieć się na baczności tak na wszelki wypadek.

- Zdawkowo, grzecznie, wymijająco. Ha. Dobrze wiedzieć, że wciąż szkolą was jak należy.
Mężczyzna rzucił bardziej do siebie niż do Yuena, kiedy obaj wyszli na polanę, oświadczając wątpliwego majestatu Bokusou. Psisko wybiegło nieco dalej, korzystając z otwartej przestrzeni, aby nieco się wybiegać. Ponurość zwierzaka minęła, zdawał się zadowolony. Tego samego nie można było powiedzieć o właścicielu, który wciąż miał mimikę, jakiej oczekiwało się od wdowca.
– Dobra. To, jeżeli się pan nie obrazisz, panie Otoshi, to pójdziemy przodem. Mętne rozmówki o niczym nie są moją ulubioną formą rozrywki. Bywaj.
To mówiąc, zarośnięty mężczyzna, zaczął zwiększać dystans między nimi, obierając kierunek na drewnianą bramę, której pilnowała dwójka strażników. Jego otwartość (jak i bezczelność) względem młodego Strażnika była niemal namacalna, wszelkie pozostałości taktu i ogłady już dawno się ulotniły.
Ponieważ Tsuki Arata postępował wedle własnej chęci oraz mając wszelkie cywilizowane formy niewątpliwie gdzieś, Yuen wzruszył ramionami obojętnie. Właściwie szczerze mówiąc, co go obchodziło, czego chciał ów pies Księżycowej Watahy. Narzucił mu najpierw swoją niechcianą obecność, teraz rezygnował woląc samotne milczenie, niż rozmowy na temat niczego. Słusznie nawet. Cóż, warto jednak było zakonotować twarz owego osobnika. Tamten podszedł szybkim krokiem, Biao zaś powolnym woląc mieć nieznajomego raczej daleko oraz na widoku, do bramy leśnej osady.

***

Niektórzy ninja skontrowaliby propozycje bezklanowca jakąś niezwykle celną i bystrą uwagą odnośnie potencjalnej prawdziwości jego propozycji, inni westchnęliby ciężko wywracając oczyma ku niebu, a niewielki, naiwny i chciwy procent shinobi próbowałby ubić z nim interes życia. Przedstawicielka Woli Żelaza nie należała do żadnej z powyższych kategorii, traktując Gena niczym element przyrody. Bardzo irytujący, hałaśliwy element przyrody, ale mimo wszystko taki, któremu nie warto poświęcać szczególnej uwagi. Bo po co? Z drugiej strony...

Pozostawała kwestia wdrożonej w nią kijem uczciwości i sumienności. Dla większości osób podzielających jej profesję to, co zamierzała zaraz zrobić było zdecydowanie bezsensowne i bardziej na miejscu zdawało się rozbicie Akiyamie łba czymś ciężkim i najlepiej pokrytym kolcami.
- Muszę panu przypomnieć, że próba przekupienia funkcjonariusza Woli Żelaza wiąże się z potencjalnymi konsekwencjami, wliczającymi ale nieograniczającymi się do uwięzienia, ciężkich robót na polu ryżowym i natychmiastowej dekapitacji.
Dla innych to mogło być zupełnie niepotrzebne, ale w niej pozostawiało satysfakcję z dobrze spełnionego obowiązku.
- Jeśli będzie pan dalej ponawiał swoje próby, będę czuła się zobowiązana do wspomnienia o tym Mistrzowi Obozu gdy dotrzemy na miejsce.
A coś jej podpowiadało, że Mistrz Obozu nie miał w zwyczaju recytować pojmanym ich praw, przynajmniej nie przed wymierzeniem kar. To czy było komu ich słuchać, to inna sprawa...

Mężczyzna spuścił pokornie głowę i zdawać by się mogło, że dał za wygraną. Brama obozu zbliżała się niemiłosiernie, jak otwór gębowy jakieś mitycznej bestii, tylko czekającej na to, żeby go pożreć. A wypluć co najwyżej kosteczki, w napadzie niestrawności. Szelest kajdan narastał, podobnie jak irytacja i zdesperowanie osoby w nie przyozdobionej. Aki, jako osoba nieprzekupna, nieugięta, nieuległa i jeszcze wiele innych ‘nie’, parła do przodu, wlokąc za sobą ociągającego się pseudo-cwaniaczka, który nie tak dawno temu podprowadził sporą sumę z obozowych zasobów finansowych. Nie zanosiło się też na to, żeby miał ją z czego oddać. Cisza nie trwała jednak długo.
- No dobra! Skoro nie jesteś zainteresowana jakimś rozsądnym procentem z moich interesów, to może chociaż... chociaż inny układ? Przecież ja jestem tylko płotką, dobrze o tym wiesz.... no zlituj, że się młoda! Wypuść mnie, a powiem Ci, gdzie szwędają się naprawdę grube ryby, które zawiniły Koalicji! Złodzieje zwojów albo gagatki, które napadły ostatnio na karawanę Strażników! Do ciężkiej cholery, przecież muszą być ważniejsi od kogoś, kto podwędził kilka garści jadeitu!
Pocił się jak mało kto, jego pokryte bruzdami czoło zdobiły dziesiątki kropel.

Umysł Aki nawet przez chwilę nie rozważał propozycji przestępcy. Przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej została jej podana. Gen ogólnie rzecz biorąc, miał szczęście. Jakby go nie miał, za samą sugestię “układu” zbierałby karnie własne zęby z sąsiednich krain. Gdyby Aki była wytrawnym myślicielem, szkolonym w mowie i piśmie, zaznajomionym z niebiańskimi prawdami powierzonymi w opiekę mnichom i uczonym, automatycznie na wierzch jej świadomości wypłynęłoby kilkanaście powodów, zarówno wynikających z praw tak i boskich, jak i ludzkich, by zignorować propozycję Gena. Ale...

Aki była prosta. Nie zdawała sobie sprawy z połowy powodów, dla których *nie wolno* nawet wysłuchać ani jednego więcej słowa z jego ust, a nawet jeśli, to następnie należy w ramach pokuty zgolić głowę. Dla niej sprawa była dość rozsądna. W całym tym zamieszaniu jakim było poszukiwanie prawdy i sprawiedliwości, chodziło też według niej o dobro i może nawet rehabilitację nieszczęśnika. O tym, że nie zawsze najlepszym sposobem jest pałka przez czaszkę przekonała się o jeden raz za dużo.
-...Jak wiele jesteś winien wiosce?
Dziewczyna w zrujnowanej garderobie wytężyła swoją elementarną wiedzę odnośnie matematyki (która zazwyczaj sprowadzała się do tego, jak wiele talerzy ma przynieść komu, przynajmniej w jej młodszych latach), ważąc na szalach sprawiedliwości dwa przestępstwa.

Gen dostrzegł swoją szansę i uśmiechnął się cwanie, ukazując brakujący przedni ząb. A także resztę uzębienia w kolorze dość odległym od bieli. Właśnie dostał skromną szansę i jeśli wszystko pójdzie dobrze, mógł jeszcze ocalić dzisiaj skórę. Próbował klasnąć w dłonie z radości, ale żelazne okowy wyraziły swój głuchy sprzeciw.
- He, niewielka kwota, naprawdę niewielka! Drobnostka, tygodniówka! Psie pieniądze!
Zrozumiał jednak, że wodzenie za nos nic nie da, więc równie dobrze mógł sprecyzować tę sumę zanim przedstawicielka Woli Żelaza rozmyśli się na dobre i zawlecze go za uszy przed oblicze Szefa Wszystkich Szefów. Przełknął głośniej ślinę.
- Trzysta sztuk jadeitu! Nic więcej, przysięgam na duszę mojej matki!
Swoją matkę zapewne sprzedałby za równie wiele, ale chyba była to prawda. Gen nie był zbyt zaradnym osobnikiem a wszystkie jego plany dorobienia się fortuny, szybko spełzały na niczym.

No cóż. Wola Żelaza nie potrafiła oszacować różnicy między stratami spowodowanymi przez Gena, a między rabusiami. Zdawała sobie jednak sprawę, że zbójcy prowadzą przewagą przynajmniej jednego zera. Zawsze uczono ją, że należy naprawiać wszystko, co się zepsuło. Z nawiązką. Jeśli zmarnowało się talerz jedzenia, należy zwrócić przynajmniej trzy talerze. Taka była jej idea sprawiedliwości, no, przynajmniej w materiach materialnych.
- Czyli jesteś w posiadaniu informacji które mogą wyrządzić więcej dobra, niż sprawiłeś zła, tak?
Jej umysł ważył te idee powoli, bardzo powoli, orbitując wokół pomysłu, który dla większości jej kolegów byłby bluźnierczy.

- Tak, tak! Więcej dobra niż zła! Jeśli tylko będziesz dzięki temu mogła łatwiej zasnąć w nocy! Na wszystkie Krainy, dziewczę-złote, zlituj się nade mną dobijmy w końcu jakiegoś targu! Jestem zbyt młody i zbyt przystojny żeby robić w kajdanach na polu ryżowym!
Z pewnością. Zwłaszcza z tym brakującym zębem. Skuty łobuz podskakiwał co jakiś czas w miejscu i zacierał ręce, usilnie starając się dać upust swojej ekscytacji. Wyglądało to dosyć komicznie. Jego rozbiegany wzrok przemykał co chwila między postacią Aki, drogą i mechanizmem zamykającym jego kajdany. Mógł już praktycznie posmakować wolności.

- Będę z Tobą szczera.
Umysł i idea zderzyły się niczym wściekłe elementy, w efekcie tworząc z chaosu harmonijną, zimną i metalową konstrukcję postanowienia.
- Złapałam Cię. Zgodnie z boskim prawem, jestem sędzią Twojego losu. Jeśli uznam, że należną Ci karą jest skrócenie Cię o głowę tu i teraz, mogę to zrobić i tak długo, jak przyniosę ją do wioski, tak długo pogłaszczą mnie po mojej.
Tak, głaskanie po głowie było miła odmianą po latach dostawania kijem przez grzbiet.
- Sądzę, że jesteś winny i należy Ci się kara. Ale myślę też, że jeśli jesteś w stanie odpracować swój błąd i obiecasz poprawę, sprawiedliwość zostanie dochowana.
Tak, brzmiało to dość sensownie.
- Masz do wyboru: Udać się ze mną przed oblicze mistrza osady, lub pomóc mi w schwytaniu rabusiów. Jednak, jeśli okaże się że próbujesz mnie oszukać, wymknąć się lub cokolwiek podobnego, nie zabiję Cię. Po prostu złamię każdą kość w Twoim ciele przynajmniej raz i *wtedy* oddam mistrzowi osady.
Skończyła z uśmiechem. Jak dla niej, ta propozycja była nie tylko uczciwa, ale całkiem postępowa, jeśli chodzi o metody Szeryfów i ogólnie aparat sprawiedliwości w świecie ninja.

Im dłużej na niego patrzała, tym bardziej jego uśmiech wywracał się na drugą stronę. Radość i ekscytacja zostały natychmiast zastąpione zrzedłą miną i lekką nutką strachu w oczach złodzieja. Bynajmniej nie był to lęk związany ze złożoną obietnicą.
- Ty... Ty chyba żartujesz! Ci faceci od karawany to nie jest ktoś, kogo można sobie po prostu walnąć pałką przez łeb i zaprowadzić przed oblicze jakiegoś dryblasa w drewnianej masce! Ja? Ja na nich?! Nosem by mnie wciągnęli! Bez mrugnięcia! Jeśli chcesz skończyć gdzieś w rynsztoku z gardłem poderżniętym od ucha do ucha, to proszę bardzo, ale beze mnie! Ja Ci mogę najwyżej powiedzieć kim są i gdzie ich szukać, o!
Nie dość, że piękny i inteligentny, to jeszcze diabelsko odważny.

- Pójdziesz ze mną. Nie bój się jednak. Nie będziesz musiał walczyć. Jeśli zginę, to będziesz mógł odejść wolno. Ale powiedz mi, czy są w stanie zabić metal?
- Myślę, że lepszym pytaniem byłoby... czy boisz się ciemności. Wiele pożytku mi przyjdzie z tego, że Cię zabiją, jeśli zaraz potem mnie także wyrwą głowę z korzeniami, nie ma co!

Potarł rękoma twarz, starając się zachować chociaż pozory opanowania.
- Przecież nie będę Ci do niczego potrzebny! Tylko pod nogami będę się plątał, no!
Jego ton był niemal błagalny. Kapkę jak skamlący szczeniak pałętający się pod nogami. Ninja spojrzała na niego z...na pewno nie ze współczuciem.
-Byli tacy, którzy próbowali. Mimochodem wskazała dłonią na otwory pokrywające jej strój jako całokształt - Dobrze. Gdy dojdzie do konfrontacji, będziesz poza starciem, bezpieczny. Zgoda?
Jej idea “bezpieczny” zawierała w sobie obraz Gena skutego łańcuchami (nie mogła pozwolić mu uciec, prawda?) gdzieś w rowie czekającego na jej powrót, ale tak to już było z prostymi umysłami. Robiły dużo skrótów myślowych.
- Cholera, niech to Oni z piekielnych czeluści porwie, zgoda, niech Ci będzie!
Gen zaczął się trząść tak mocno w swoich łańcuchach, że Aki przez chwilę sądziła, iż dojdzie do jakiejś pomniejszej eksplozji, która pozostawi po sobie krater. Coś jak te nowe zabawki Cesarstwa. Zdecydowanie nie wyszedł dobrze na tej zawartej pośpiesznie umowie, znalazł się między młotem a kowadłem.

***


Deszcz powoli ustępował, coraz mniej kropel spadało na ziemski padół. Słońce okazało się na tyle szczodre, żeby co jakiś czas wychylić się zza chmur, rozsiewając wszędzie swe złote promienie. Nijak nie poprawiało to sytuacji samej Sil, która do wykonania zleconego jej zadania była bliżej o jednego Ronina – jednostkę chaotyczną i nieprzewidywalną, równie skłonną poszerzyć jej uśmiech zardzewiałym kunajem podczas snu, co udzielić pomocy w razie potrzeby. Jednak nie tylko słońce uśmiechało się do przedstawicielki Kąsających Węży. Obozowe bramy, zarówno po lewej, jak i prawej stronie, rozwarły się na pełną szerokość, ofiarując dziewczynie nowe możliwości.

Pierwszą dostrzegła Aki. Chociaż obie panny nie miały ze sobą zbyt wiele wspólnego i tylko okazjonalnie wymieniały grzeczności, to shinobi z Woli Żelaza mogła okazać się sprzyjającym elementem eskapady podczas której istniała szansa na fizyczne przepychanki. Zaś biorąc pod uwagę to, że najwyraźniej zakończyła poprzednie zadanie zlecone jej przez Mistrza Wioski, należało szybko łapać okazję i wcielić ją do swoich planów. Zanim Chuushin-sama zleci jej złapanie kolejnego pionka, który ukradł drobne ze obozowego skarbca. Nguyen usłyszała odgłos stóp biegnących po mokrej ziemi i odwróciła się żeby uświadczyć skromnej osoby gońca, zmierzającej w jej kierunku. Dziewczynka miała jakieś dwanaście lat, ale była już doskonale wdrożona w życie i funkcjonowanie placówki. Malutka sylwetka ubrana na szaro podbiegła do shinobi, złapała oddech i wykonując pokorny ukłon, wręczyła Sil niewielki papierek, na którym pieczęć nie zdążyła jeszcze na dobre zaschnąć. Wystarczył pojedynczy ruch kciuka aby uświadczyć treści papierzyska.

Kilka dni temu posłałem po trójkę innych osób, które mogą okazać się przydatne w czekającym nas zadaniu. Jedną z tych osób jest Twój dobry znajomy, Yuen Biao. Liczę, że wasza wzorowa współpraca ułatwi nam rozwiązanie problemów na horyzoncie. Pozostałych dwóch należy do Bambusowych Herbalistów. Są to Kurogane Iori i Shin Aruboma. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ci dwaj powinni przybyć razem. Wypatruj ich i przyprowadź do mnie gdy się pojawią.

Korespondencja wywołała w młodej ninja sprzeczne emocje. Z jednej strony należało pogratulować Chuushinowi umiejętności planowania, z drugiej… zdawało się, że nie pokłada zbyt wielkich nadziei w możliwości organizacyjne Sil. Był jednak wystarczająco wpływowy żeby sprowadzić tu Yuena i wcielić go z Nguyen do jednej grupy. To z kolei sugerowało, że wierzy w ich zdolność współdziałania pod presją. Jednak zanim ten mentalny mętlik zdążył się w pełni ustabilizować, dziewczyna uniosła wzrok. Oto, w cudowny sposób, za eskortującą więźnia osobą Aki, pojawiła się para Shinobi. Bez problemu przedostali się przez bramę, pokazując strażnikom odpowiednie dokumenty. Niczym klaśnięcie w dłonie – Bambusowi Herbaliści zjawili się na wezwanie Mistrza.


Osobistość wchodząca drugą bramą nie była tą, której spodziewała się Sil. Zamiast radości z powitania starego przyjaciela, uświadczyła gwałtownego ataku niepewności i lęku – odczuć, które ledwie zdołała okiełznać. Ubrany w czerń mężczyzna z kosmatą czupryną i psiskiem pałętającym się między nogami. Tsuki Arata. Starszy brat pana młodego ze Ślubnego Fiaska. Roztaczał wokół siebie wyczuwalną aurę supremacji, a strażnikom przez myśl nie przyszło, żeby próbować go zatrzymać, o wylegitymowaniu nawet nie wspominając. Minął dziewczynę, nie zamieniając z nią pojedynczego słowa, jednak jego zaciśnięte szczęki i zawistny wzrok dobrze sugerowały nastawienie względem Nguyen. Gdyby wzrok potrafił zabijać… Wysoko postawiony gbur z klanu Tsuki zasiadł przy stole, nieopodal Ronina z którym rozmawiała kilka chwil temu i gestem dłoni dał znać kucharzowi, że pragnie strawy. Czego tu szukał? Obóz był po prostu jego przystankiem w dalszej wędrówce? Czy może w końcu przeszłość Sil upomniała się po nią i mężczyzna będzie chciał rozszarpać jej krtań przy najbliższej sposobności? Ten wyrzutek i on coś wspólnie knuli? Razem planowali jej zgubę?

Yuen okazał się swoim wezwaniem przed strażnikami, którzy nie czynili mu większych problemów. Zabawne, że osobie, która wchodziła przed nim nie robili żadnych, mimo, że Arata nie miał żadnych dokumentów. Równi i równiejsi. Ech. Strażnik Równowagi machnął na wszystko ręką i kierował się już do głównego budynku, kiedy dostrzegł… postać Sil. Na początku prawie jej nie poznał. Wyglądała jak zastygnięty w bezruchu manekin, jej twarz była bardzo blada. Wydawała się być bardzo zaniepokojona lub przestraszona, co… stanowiło niecodzienny widok. Mało było rzeczy, które były w stanie wprowadzić ją w taki nastrój.
 

Ostatnio edytowane przez Highlander : 23-11-2011 o 14:32.
Highlander jest offline  
Stary 24-11-2011, 18:07   #10
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Mądrości sifu Jeung Lai Chuna

- Uczniu, widzimy nad sobą wiele gwiazd, co to znaczy? - spytał północną godziną Jeung Lai Chun swojego adepta.
- Wiele gwiazd – zamyślił się uczeń – widzimy wiele gwiazd, leżących bardzo daleko oraz wyglądających pięknie na niebie, pokazujących nam, że droga ninja stanowi połączenie prawdziwie pięknej maestrii prowadzącej daleko ponad doskonałość dostępną dla innych ludzi.
- A jakiś bardziej podstawowy wniosek? - kontynuował pytanie sifu.
- Bardziej podstawowy? - nie rozumiał uczeń.
- Tak, bardziej podstawowy, bardziej wnikliwy, bardziej logiczny.
- Nie wiem, sifu, wybacz – opuścił spojrzenie uczeń.
- Ktoś przed chwilą zarąbał namiot, pod którym spaliśmy.



Siłami ninja nie są tak naprawdę: potęga fizyczna, czy spryt. Oczywiście, niewątpliwie przydają się każdemu adeptowi, jednak tak naprawdę najważniejsze są: spokój, opanowanie oraz rozsądek. Naprawdę dziwnym jest, jak wiele spraw można rozwiązać przy pomocy jedynie tych najprostszych cech charakteru. Ninja prawdziwy to nie nosorożec tratujący wszystko swoimi kopnięciami oraz uderzeniami, lecz subtelny artysta swojej sztuki. Yuen chciał być właśnie kimś takim. Obecnie jednak należał jeszcze do grupy przeciętnych wyrobników, jakich było wielu wśród początkujących shinobi. Jednak każdy sifu musiał być kiedyś adeptem. Nawet genialny Jeung Lai Chun.

Bukosou stanowiło dom wielu ninja, obecnie jednak wydawało się nieco wyludnione. Biao odnosił wrażenie, że nowy wódz, Gurasu z rodu Chuushin, podjął jakąś ofensywę wysyłając na zewnątrz wielu swoich poddanych. Cóż nowa miotła lubi wprowadzać owe zasady, zaś Chuushin stosunkowo niedawno objął stanowisko. Dosyć zresztą niespodziewanie pominięto jego, znacznie bardziej znaną oraz doświadczoną, starszą siostrę. Całkiem prawdopodobne, zastanawiał się Biao, że Gurasu był jednak jedynie figurantem mającym ukrywać wewnątrz swego cienia prawdziwą władczynie. Yuen oceniał, że przebiegła siostra Gurasu mogła, pozornie rywalizując z bratem o stanowisko przywódcy Bukosou, tak naprawdę preferować rządy z boku. Dokładnie tak, by dysponować prawdziwą władzą, ale bez jej ograniczeń oraz wystawiania się na krytykę innych.

Rozmyślając skierował się do kwater przywódcy, kiedy zobaczył dziewczynę ... Jak zwykle piękną, niczym anioł upadły na ziemski padół. Stała dosyć daleko rozmawiając z nieznajomym mężczyzną. Była blada, jakby walczyła w niej niepewność przeciwko determinacji. A może to tylko zmęczenie? Jakaś dziwna słabość, gdyż ninja, czy to kobiety, czy mężczyźni, nie mieli zwyczaju okazywać publicznie swoich uczuć. Sto tysięcy myśli przemknęło przez jego umysł, sto tysięcy wspomnień oraz westchnień. Kiedy kierowano go tutaj, miał nadzieję, że ją zobaczy, ale przez cała drogę starał się sobie wmówić, iż mogła zostać wysłana na jakąś misję. Że nie ma się co łudzić możliwością spotkania. Takie wmawianie samemu sobie stanowiło naturalną barierę przed możliwym rozczarowaniem. Teraz jednak niemal zamarł dostrzegając ją. Już chciał podejść, przywitać się, uśmiechnąć, gdy silny uchwyt dłoni zatrzymał go w miejscu, tak, jak żelazny łańcuch uwiązanego byka.


- Czy nazywasz się Yuen Biao – choć słowa nieznajomego konstrukcyjnie stanowiły pytanie, jednak sama tonacja głosu nie pozostawiała wątpliwości, że zna przybyłego chłopaka. - Przywódca wioski chce cię widzieć. Natychmiast ... - dodał, kiedy Yuen własnie chcial się wyrwać z prośba, by mógł choć przywitać się z pełną uroku Sil.
- Mogę ... - nie dokonczył zdania spoglądając na mężczyznę w sile wieku o długich włosach, poważnej twarzy oraz długim, noszonym na plecach mieczu.
- ... możesz się udac tylko w jedno miejsca. Mistrz Wioski polecił natychmiast przysłać cię do siebie, kiedy zjawisz się w Bokusou. Poczytaj sobie to za zaszczyt młody adepcie, gdyż nie wszyscy dostępują spotkania. Pan Gurasu prawdopodobnie bardzo poważa twojego sifu – powiedział poważnie nieznajomy luzując uchwyt. - Idź za mną. Na wszelkie inne sprawy przyjdzie czas po rozmowie.
Yuen niezadowolony skinął. Przypuszczalnie rzeczywiście Gurasu cenił sifu Lai Chuna i dlatego chciał przyjąć szybko jego ucznia. Jednak gdyby jeszcze chwila upłynęła, zdążyłby spotkać się z Sil. Tymczasem mógł mieć tylko nadzieję, że po odwiedzeniu Mistrza Wioski, będzie mógł choć chwilę spędzić z nią. Bladość na jej twarzy mogła dodawać eterycznego uroku, jednak prawdopodobnie oznaczała, że dziewczyna ma trudny problem do rozwiązania. Byłby szczęśliwy mogąc pomóc, jednak póki co musiał powściągnąć naturalne uczucie oraz ciekawość idąc do Gurasu. Chociaż mu się to nie podobało naprawdę wcale.

Yuen nie znał osobiście Gurasu, ale domyślił się, kim jest, widząc mężczyznę siedzącego na środku głównej izby. Drewniana maska nie mogła ukryć młodego wieku i prawdopodobnie nawet Mistrz Wioski nie miał takiego zamiaru. Raczej onieśmielał, niż budził familiarne skojarzenia. Wyczuwało się od niego siłą i pewność, która wypływa z wiary we własne umiejętności oraz wartość. Biao skłonił się.
- Panie, Yuen Biao, uczeń Jeung Lai Chuna przybywa na twoje polecenie.

Pomieszczenie było obszerne, może nieco zbyt duże, jak na taki mały obóz. Nie posiadało jednak żadnych innych oznak ekscesów, czy luksusów, jakże typowych dla większości siedlisk Strażników Równowagi. Kilka świec, poduszki dla gości, podwyższenie w centrum izby i mata, na której siedział Chuushin-sama, ściskając swoją laskę. Dopiero kiedy młody ninja przekroczył próg, spostrzegł dwie ukryte pomiędzy cieniami sylwetki, po obu stronach pomieszczenia. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak posągi, jednak poświęciwszy im chwilę swojej uwagi, Yuen zaobserwował, że owe zastygnięte w bezruchu rzeźby posiadają spokojny, regularny oddech. Ich oczy dokładnie śledziły jego przejście.
- Dziękuję Ci za tak szybkie przybycie. Usiądź, proszę. Odpocznij.
Głos wydobywający się zza drewnianej maski faktycznie brzmiał bardzo młodo, był jednak spokojny i wyważony. Mistrz Obozu wskazał współklanowcowi jedną z poduszek naprzeciw siebie.

- Tak panie, dziękuję - odparł bezosobowo, dokładnie według wszystkich prawideł sztuki. Usiadł, jednak badawcze spojrzenie chłopaka omiatało pomieszczenie pomimo pozornego bezruchu. Skoro wezwano go, pewnie Gurasu miał dla niego jakieś zadanie ... niezbyt fortunna sytuacja, biorąc pod uwagę Sil. Ona będzie tutaj, on zaś pewnie popędzi gdzieś ... ech, jak byłoby pięknie, gdyby ponownie razem ... Póki jednak co, siedział na poduszce nie odzywając się oraz czekając na zabranie głosu przez młodego Mistrza Wioski.

Chuushin zakaszlał lekko, po czym znowu zabrał głos.
- Potrzebuję Twojej pomocy w bardzo… delikatnej sprawie, od której mogą zależeć dalsze działania Koalicji Lotosu. Zapewne wiesz, że Sil Nguyen także znajduje się w Bokusou. To rozsądna i zaradna osoba. Zleciłem jej zebranie pozostałych shinobi, którzy wspomogą waszą dwójkę w trakcie misji.
Uniósł wzrok i wbił go w jedną z belek nieopodal sufitu. Następnie poprawił dłonie na kolanach.
- Spodziewam się także przybycia dwójki innych ninja. Zebrana grupa będzie dwukrotnie większa niż zazwyczaj, jednakże ma to swoje uzasadnienie. Właśnie Tobie i Sil przypadnie rola koordynacji zespołu, kiedy już opuścicie nasz obóz. To wielka odpowiedzialność ... wierzę jednak, że podołacie.
Zamilkł, dając lewą dłonią przyzwolenie na zadawanie pytań. Na dobrą sprawę nie powiedział nic o naturze zadania, ale zapewne czekał z tą informacją na pozostałych członków eskapady.

Dobrze, że Yuen miał tak bardzo wyrobione odruchy całkowitego spokoju, gdyż po niespodziewanych słowach Gurasu nieomal zerwał się i zaczął obściskiwać młodego Władcę. Kompletnie nie spodziewał się czegoś takiego, tymczasem taka radość ... Biorąc jednak pod uwagę, że gdyby zaczął chocholi taniec radości oraz uściski, zarówno Gurasu, jak inni, mogliby to niewłaściwie zinterpretować, przygryzł wargi, żeby nie było widać uśmiechu oraz wyrzekł:
- Rzekłeś panie. Siostra Sil Nguyen jest shinobi, do której można mieć najwyższe zaufanie - wyrzekł niby bezosobowo, choć, ktoś wyjątkowo doświadczony może potrafiłby uchwycić leciutki cień ukrywanej emocji. Bowiem rzeczywiście. Wysyłają ich razem! Yuen cieszył się. - Czy wobec tego pozwolisz mi panie oddalić się? - spytał młodego Mistrza. - Jeśli siostra Nguyen formuje drużynę, może znalazła już odpowiednią ilość kandydatów, jesli zaś nie, być może przydam jej się przy rekrutacji - Biao także nie wspomniał niczego na temat zadania wiedząc, ze zostanie mu przedstawione wtedy, kiedy będzie to właściwe. Tak zawsze postępowali ninja: nigdy nie mów więcej niż naprawdę trzeba.

Odziana w podstarzałe, poszarzałe szaty postać pochyliła się odrobinę do przodu. Światło świec padło na parę błękitnych oczu ukrytych za drewnianą maską. Były zimne i wyprane z jakichkolwiek emocji.
- Pamiętaj, że mimo kodeksu honorowego łączącego shinobi oraz oddania swoim klanom, jednostki którym będziesz przewodził wciąż są ludźmi. Posiadają swoje własne cele i marzenia. Bywają też mściwi, czasami dziecinni. Trudno przychodzi im zapominanie urazów. Mając na uwadze ich niedoskonałości… możesz uniknąć wielu niepowodzeń i rozczarowań jako dowódca oddziału. Możesz odejść. Pośpiesz nieco Sil. Czas działa na naszą niekorzyść ...
Chuushin powstał z pozycji siedzącej, dając znak jednemu ze strażników, który ruszył w stronę tylniej części izby, która pozostawała odgrodzona parawanem od reszty pomieszczenia. Drugi pozostał nieruchomy.

Yuen skłonił się powtórnie lekko składając dłonie w znak szacunku oraz poddania się rozkazom.
- Dziękuję za wskazówki, panie. Już idę - powstał oraz pośpiesznie wyszedł na zewnątz. Miał nadzieję, że Sil na niego czeka. Niewątpliwie bowiem, skoro wezwano go do pomocy, dziewczyna zaś była na miejscu, przekazano jej wcześniej, że się pojawi. Chyba, że nie ... niektórzy ninja lubili takie gierki. Jednak wychodząc nawet nie myślał o tym. Cieszył się, że może być z nią oraz realizować wspólnie następne zadanie na drodze ninja.
 
Kelly jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 05:43.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169