Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 14-02-2012, 15:03   #1
 
Eyriashka's Avatar
 
Reputacja: 262 Eyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skał
[autorski, Supernatural] Veritatem Signorum: Venatores

Veritatem Signorum. Księga o której słyszeli wszyscy szanujący się łowcy, a o której wypowiedzieć się mogli jedynie nieliczni. Szczelnie okryta woalem tajemnicy szybko stała się przedmiotem wielu legend.

CORNELIUS i BEATRICE VALIARDE



Rytmiczne skrobanie białej kredy na szorstkiej powierzchni zakończył kreską podkreślającą nazwę. “Veritatem Signorum” jak głosiły wąskie litery o wydłużonych, ostrych sylwetkach. W drobnej sali wykładowej zapanowała pełna wyczekiwania cisza. Podczas, gdy Cornelius Valiarde formował w myślach pierwsze zdanie, całe pomieszczenie zdawało się kurczyć i wytężać słuch. Młodzieniec, o kasztanowych włosach poprawił się za potężnym dębowym biurkiem poznaczonym przez uczące się kaligrafii pokolenia członków rodziny . Obok wykaligrafowanego napisu “I’m bored” w zasięgu ręki znajdywały się niezliczone ilości serduszek, z których każde posiadało inne imię w swoim najbliższym otoczeniu. A także nakładające się na siebie linie szlaczków utworzone przez studentów we frustrującym dążeniu do perfekcji. Wszystko to składało się na mozaikę szpetną, acz wywołującą u młodych dumę i poczucie przynależności do czegoś większego, wykraczającego poza mury domostwa Valiarde. Pokój urządzono w ciemnych kolorach burgundu wzbogaconych białymi paseczkami dla rozjaśnienia pomieszczenia. Jak na przykład obicia foteli. Z powodu szybkiego zużywania materiału na siedziskach atłas był często zmieniany na podobny, chociaż noszący pewne ulepszenia charakterystyczne dla danego okresu. Tym razem były to paski wzbogacone na obrzeżach złotym wątkiem. Poza tym, pokój był przede wszystkim pełen książek i tak naprawdę, to one były esencją pomieszczenia. Zbioru tego nie dało się ułożyć tematycznie. W książkach znajdywała się wiedza o obrzędach ochronnych, pułapkach na demony, o wpływie kształtu i materiału kołka na jego skuteczność - każda książka właściwie dotyczyła czego innego. Nie mniej, twórca kolekcji już dawno nie musiał odnajdywać kolejnych nauk w tej powodzi informacji.

- Veirtatem Signorum - rozpoczął od poprawnej włoskiej wymowy pan domu - Jest to tytuł księgi, której autorem był Sir Jacopo Contarini. Włoch, żyjący w Wenecji w latach 1628 - 1640. Był kimś, kogo można by nazwać alchemikiem. Poświęcił swoje życie łączeniu chemii i okultyzmu, by za pomocą symboli i chemicznych odczynników zdobyć moc magiczną. Za jej nośniki uznał istoty nadnaturalne, których “niezwykłość” uznał za przesłankę do posiadania pewnego pierwiastka magicznego. Zgodnie ze wszelkimi zapiskami, udało mu się, a w księdze spisał instrukcję dla tych, którzy pragnęliby podążyć wyznaczonym przez niego szlakiem. Jednak upity szczęściem zaczął gromadzić moc w ilościach przekraczający bezpieczny dla organizmu poziom, co wywołało popadnięcie w chorobę, a wkrótce śmierć. - Cornelius pozwolił, by ostatnie słowo wybrzmiało wypełniając sobą pomieszczenie - Morał i powody dla których księga znajduje się w archiwum Zakonu będą twoim zadaniem na to popołudnie. To koniec zajęć na dziś.

Alexander powstał i ukłoniwszy się człowiekowi, któremu zawdzięczał tak wiele ruszył szybkim krokiem do drzwi, a dalej na korytarz. Kilka kroków rozbrzmiało w długim pomieszczeniu o klepce z wielobarwnego drewna. Czy to może wpływ informacji dopiero poddawanych analizie przez mózg, czy może raczej lekkość z jaką dziewczynka potrafiła się poruszać sprawiła, że dopiero delikatne ukłucie w okolicach prawej łopatki przywróciło młodemu Valiarde świadomość otoczenia. Zupełnie zapomniał, że zawsze w pobliżu kryła się Beatrice. Dziewczynka o niezłomności porównywalnej do najtwardszej stali i niezaspokojonej ciekawości dotyczącej zawodu ojca, a wkrótce i jego samego.
- No to co tam braciszku? Opowiesz mi wszystko przy herbatce? - szepnęła niby to niebezpiecznym głosem młodziutka kopia Anny Valiarde. Brunet odwrócił się powolutku i gołą dłonią zbił ostrze o wiele za ciężkie i za duże dla tej kruszynki. Nie chciał jej sprawiać przykrości, a ponad to był troszeczkę ciekaw do jakich wniosków dojdzie jego siostrzyczka. Łagodny, choć trochę protekcjonalny uśmiech wykrzywił mu usta.
- Herbata to dobry pomysł.

NICHOLAS ZOND

As kier. As trefl. As karo. Króle kier i pik.
Mocny full. Bywało gorzej.


Czarno odziany mężczyzna podniósł niby od niechcenia spojrzenie na swoich przeciwników. Gdyby był wampirem z całą pewnością właśnie dostawałby ataku serca, i fakt, że wnętrze krwiopijcy jest suche jak wiór nie stanąłby mu na przeszkodzie do osiągnięcia celu. Oto siedzieli. Cała trójka. I nagle plan wymiany uwag na temat Veritatem Signorum nie wydawał się taki świetny.
Anna Savoy, francuzka znana ze swojego chorego poczucia sprawiedliwości, jak i celnego oka. Kobieta ta wyznawała zaostrzony o sadystyczne smaczki Kodeks Hammurabiego i poza wszelką wątpliwością nie odczuwała mniejszej przyjemności z zadawania bólu człowiekowi niż zmiennokształtnemu - przynajmniej tak długo, jak uznawała, że jedno z nich odkupiło swoje winy.
Piekielny Ogar. Wystarczy rzut oka.
Piotr Sawicki, świrus urodzony w Polsce. Swoją karierę rozpoczął od spalenia całego domu oceniając, że we wnętrzu mieści się wampirza fundacja. Dodając sobie odwagi hektolitrami alkoholu ostatecznie pomylił sąsiadujące ze sobą budynki. Od tej pory trzyma się z dala od swojej ojczyzny.


Trójka totalnych świrów, którzy pomimo swojej ogromnej wiedzy i wielocyfrowej listy ofiar lub, jak oni mawiają, zasług - nigdy nie znajdą azylu w ścianach Zakonu Świętego Michała Archanioła. Zabójcy smoków, nigdy też nie przyjmą od żadnego z nich pomocy. Jednak Nicholas jak najbardziej mógł.
Kiedy Sawicki postanowił sprawdzić, okazało się, że Ogar znowu miał karetę. Usta rozciągnęły się w rekinim uśmiechu i nachylił się, by zagarnąć pełną pulę ze środka stołu. Czy to anioł przytrzymał mu rękę, czy może to były lata doświadczeń. Na trajektorii dłoni nagle pojawił się nóż motylkowy zajmując pozycję pomiędzy palcem środkowym, a serdecznym. Ogar obrócił głowę, jakby go ktoś kijem właśnie drażnił. Nawet Sawicki wyglądał przez kilka sekund na zaniepokojonego. Do momentu, gdy sali nie wypełnił gromki śmiech, który skończył się równie szybko jak rozpoczął. Na ich twarze powróciły miny znudzenia i cynizmu.
- Więc, chłopaczku. Jak możemy cię poratować? - panna Savoy rozpoczęła z furkotem tasować karty.
- Veritatem Signorum - przypomniał grzecznie, acz jego głos był daleki od uniżonej intonacji, do której ta trójka przywykła.
- Ah, tak... W sumie przegrałeś już swoje, to ci powiem - spojrzała pytająco w stronę dwójki towarzyszy w odpowiedzi otrzymując zupełnie obojętne wzdrygnięcie ramion Sawickiego i puste, znudzone, już i tak za długo trwająca przerwą w grze, spojrzenie Ogara. Co ciekawe, nie wyglądała na zniechęconą. Wręcz przeciwnie, ciemnowłosa przystąpiła pośpiesznie do wyjaśniania.
- Veritatem jest to księga, spisana przez Dominika Alidosi. Opracował on metodę zgodnie z którą zabijając starego wampira o wysokim pokoleniu możesz pozbyć się całego jego potomstwa. Dzięki więzom krwi. Niestety, wymaga to poświęcenia także i swojej krwi....
- Czyli zabijasz także swoje potomstwo
- wtrącił się Piotr.
- Jak dla mnie warto - wzruszyła ramionami podając na odczepne Ogarowi karty, by ten je przełożył.
 
__________________
Life is a bitch. Sometimes I think it even might be a redhead with a bad case of short temper.

Ostatnio edytowane przez Eyriashka : 14-02-2012 o 18:46. Powód: Poprawa obrazków
Eyriashka jest offline  
Stary 14-02-2012, 15:10   #2
 
Eyriashka's Avatar
 
Reputacja: 262 Eyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skał
XAVIER FUDO



Xavier był świetnie przeszkolonym łowcą demonów. Doświadczenie miał co prawda marne, większość swoich misji wypełnił pod czujnym okiem i instrukcją swojego szanownego wuja, ale od czegoś trzeba zacząć. Zurich nie był gorszy od innych miejsc, a niedawno otwarte połączenia kolejowe kusiły młodego człowieka nowoczesnością i wygodą. Pod koniec podróży najnowszym cudem techniki, Xavier był odrobinę wytrzęsiony, ale również pełen optymizmu. Mimo dwudniowego postoju wymuszonego przez zasypane śniegiem tory i tak jego podróż trwała o dzień krócej niż się spodziewał. Nie mógł się doczekać kiedy tory pokryją całą Europę i będzie mógł przejechać tym samym pociągiem z Kadyksu do Moskwy, albo ze Sztokholmu do Neapolu.
Jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobił po przybyciu do Zurichu było odwiedzenie siedziby Zakonu Świętego Michała Archanioła. Nie spodziewał się ciepłego przyjęcia, Michalici słynęli ze swojego snobizmu. Nie był jednak przygotowany na scenę, której stał się mimowolnym świadkiem.
W lobby pokaźnej kamiennicy, która służyła Zakonowi za biuro zewnętrzne kłębiła się cała masa tego, co zwykły szary obywatel uznałby zapewne za typy spod wyjątkowo ciemnej gwiazdy, natomiast łowca bezbłędnie rozpoznałby swoich pobratymców. Zgraja obdartusów, zakapiorów, oprychów i rzezimieszków przekrzykiwała siebie nawzajem i sfrustrowanych, szacownie wyglądających gentlemanów, z których każdy miał wpiętą w klapę surduta niewielką tarczę Zakonu. Wydawało się, że smokobójcy są bezradni wobec natarcia chmary tałatajstwa z najodleglejszych zakątków świata. Nie minęła jednak chwila, a pośród zgiełku odezwał się nieznoszący sprzeciwu głos. Xavier ze swego miejsca nie dosłyszał co właściwie nowoprzybyły powiedział, ale w duchu pogratulował mu skuteczności. Sala zamilkła.
- Co tu się dzieje, Adolfie? - głos był spokojny, niski i cichy, a jednak, w jakiś niewyjaśniony sposób penetrował świadomość i uderzał prosto w tą część mózgu, w której kryło się posłuszeństwo.
- Ci panowie zdecydowali się odpowiedzieć na wezwanie pana Sullivana, milordzie - słowo “panowie” ledwo przeszło przez gardło zapytanego.
- Fascynujące - milord omiótł obecnych wzrokiem - Czy panowie zdają sobie sprawę, że misja dotyczy zaginionej książki? - pomruk dezaprobaty poprzedził exodus lwiej części łowców. Książki nie można było zdekapitować.
- Tak właśnie myślałem - mruknął gentleman i ponownie zwrócił się do skwaszonego Adolfa - Powiedz pozostałym … pięciu panom … o co chodzi, Adolfie.
- Tak, milordzie - Adolf nie czekał aż jego przełożony ponownie zniknie w czeluściach Zakonu - Veritatem Signorum, ktoś jest wciąż zainteresowany?
Ku zdziwieniu Xaviera, pozostali czterej jegomoście prychając, machając rękami i narzekając na stratę czasu wywołaną przez jakieś bajania, minęli go w drodze do wyjścia.
Fudo nie mógł uwierzyć swoim uszom.
- Powiedział pan Veritatem Signorum? - książka, w której według tradycji rodu Fudo, znajdowała się tajemnica, utraconej przez niego mocy pętania demonów.
- Veritatem Signorum - przytaknął, nie podzielający entuzjazmu Xaviera, Adolf.

OSWALD TAYLOR JUNIOR


Veritatem Signorum. To było frustrujące. Wzmianki o tej księdze pojawiały się na długo przed Gutenbergiem, a znikały w połowie XV wieku. Później, wygląda na to, że wszelkie ślady zostały przez kogoś starannie zacierane. Nie można wykluczyć, że tym kimś mógł być Zakon, którego powstanie pokrywa się z całkowitym zanikiem wzmianek o mistycznej księdze. Historia wielokrotnie udowadniała zależność pomiędzy organizacjami, a ich dążeniem do zdobycia monopolu na swoim poletku... Oswald zepchnął te myśli w najdalsze czeluście swojego umysłu. Zbyt wiele zawdzięczał Zakonowi Świętego Michała Archanioła, by poddawać w wątpliwość ich dobrą wolę. W końcu, któż inny jak nie oni od wieków trwali niczym tarcza pomiędzy plugastwem, a bezbronnymi ludźmi?


Pokój zdawał się teraz jeszcze bardziej ponury, a wypełnione kurzem powietrze jeszcze bardziej gęste i nieruchome. Z jednej strony wypadałoby przewietrzyć otoczenie. Jednak myśl składania całego układanego godzinami kolarzu tylko po to by zabezpieczyć woluminy przed zdmuchniętym przez złośliwy wiatr woskiem, wydawała się o wiele bardziej dotkliwa niż wielogodzinne utyskiwania służącej z serii “Bo pan o siebie nie dba...”. Przecierając szczypiące ze zmęczenia oczy, po raz setny spuścił spojrzenie na list od swojego mentora. Pisany dość zamaszystym i nierównym pismem - zapewne spisywanym w pośpiechu tuż przed wyjazdem pierwszego kuriera, a tuż po tym jak informacja dosięgła jego uszu.
“Drogi Oswaldzie,
Wielki Mistrz ogłosił mobilizację rezerw. Potrzebujemy ludzi z zewnątrz, gdyż sprawa jest tak delikatna, że nie możemy ufać nikomu spośród zaprzysiężonych braci. Zaklinam Cię o udział w wyprawie. Wiem, że bogactwami cię nie skuszę, więc odwołuję się do twojego niezaspokojonego głodu wiedzy. Stawką jest Veritatem Signorum. Wiesz co to jest?
Z wyrazami szacunku,
Charles Radbot”
Ten stary podstępny lis dokładnie wiedział jak podejść Oswalda. Otóż Taylor chociaż szukał od kilku dni - nie znał odpowiedzi na pytanie. Nie miał żadnej wyraźnej poszlaki, że któreś z tych bajdurzeń posiada chociaż namiastkę prawdopodobieństwa. Wszędzie było napisane co innego. Cóż za beznadziejna sytuacja... Wsparł czoło na chłodnych dłoniach starając się wykrzesać ze swojego umysłu chociaż jedną złotą myśl, której będzie w stanie się uczepić. Do obrzydzenia znał już fragmenty, ciąg słów, wnioski, nawet niektóre błędy. Wziął na kolana kieszonkowe, wysłużone Pismo Święte i z wyrzutem sapnął przerzucając strony, zaczynając od pokrytej notatkami wyklejki, przez stronę tytułową i dalsze części Słów Pańskich.
 
__________________
Life is a bitch. Sometimes I think it even might be a redhead with a bad case of short temper.

Ostatnio edytowane przez Eyriashka : 14-02-2012 o 17:14. Powód: poprawa obrazków
Eyriashka jest offline  
Stary 17-02-2012, 18:13   #3
 
Dragor's Avatar
 
Reputacja: 1109 Dragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumny
Nikko odłożył karty świadomy, że jeśli spróbuje dalej grać straci fundusze na nocleg. Nie miał dziś ochoty na spanie pod chmurką. Chciał jeszcze trochę podtrzymać rozmowę, by sykać odrobinę więcej informacji.
- Czyli dzięki tej książce można zaoszczędzić mnóstwo czasu i machania maczetą - powiedział z uśmiechem. - Tylko jakoś mi się nie śpieszy na tamten świat.
Młody Zond wyglądał jak typowy rewolwerowcze. Długi płaszcz, kowbojski kapelusz i colt przy boku. Młodzieniec miał niezłego cela i potrafił strzelać z biodra, ale najlepiej się czuł z nożem w dłoni. Nimi potrafił czynić cuda. Co prawda odmiennego zdania były potwory na jakie polował, ale hej, nie można zadowolić wszystkich prawda?
Nikko był przede wszystkim myśliwym. Nie miał sobie równych wśród dzikich ostępów i opuszczonych budowli, był w stanie wytopić wszytko, od zwykłego lisa do wściekłego wendigo kończąc. W miastach się dusił. Nie lubił tłoku ulic i nieustannego hałasu. Z drugiej strony takie wieczory jak ten, przy kartach w zadymionym pomieszczeniu zaliczał do udanych. Gdyby się jeszcze trafiła jakaś dziewczyna, mądra i ładna, dzień byłby wspaniały. Przegrał, to fakt, ale jeszcze się odkuje. Kto z resztą czepia się gdy próżnia się kieszenie martwego wampira lub innego potwora w ten deseń?
- Tylko czy ktokolwiek ostanio widział to "dzieło" - powiedział jak by do siebie łowca. - Nie widzę powodu tego całego zamieszania. Dobra, fajny sposób na krwiopijców, ale ludzie przeważnie lubą swoją egzystencje na tym ziemskim padole i nie porzucają jej dla jakiejś przyszłej nagrody. Przynajmniej ja nie. Komu to w ogóle potrzebne? Chyba że ktoś znalazł Alfę wampirów, ale jak dla mnie to jakaś pokręcona legenda. Tyle się ich namnożyło, że pewnie stanieje kilka taki "alf". Jak myślicie?

To było dość... bezczelne. Młody łowca albo był bardzo pewny siebie albo szalony odzywając się tymi słowami do Szalonej Trójcy. Nie mniej ich twarze wyrażały wiele emocji spośród których nie szło doszukać gniewu. To niedowierzanie i rozbawienie górowały. Pierwsza jak zwykle odezwała się Anna, ona zawsze miała coś do powiedzenia:
- Podoba mi się ten chłopczyk - przejechała paluszkiem po karminowych dolnej wardze nieznacznie rozchylając usta.
- Jest głupi - warknął Ogar nagle niezadowolony poczynaniami madame Savoy. Stół drgnął delikatnie pod wpływem kopniaka jakim miał zostać obdarowany łysy starzec.
- Jak dla mnie gra jest warta świeczki - podjęła szybko tuszując nietakt kolegi, po czym już spokojniej kontynuowała - Nie staje się młodsza, nie mam potomstwa, a wiadomo, że wraz z wiekiem coraz trudniej zrobić unik. W końcu zginę, więc jeżeli moja śmierć ma sprawić, że za jednym zamachem zginie setka wampirów, to niech tak się stanie.
Sawicki w zastanowieniu przeniósł wzrok na kobietę o kręconych włosach. Westchnął jakby utrapiony jej niesfornością i beztroską.
- Znalezienie wampirzego gniazda nie jest bardzo ciężkie - wziął do ręki szklankę whisky i przyjrzał się bursztynowemu płynowi w jej wnętrzu, by w kilka sekund odstawić osuszone szkło z trzaskiem na blat stołu - Nikt tego nie robi, bo to samobójstwo. Ale jeśli zakładamy, że i tak koniec końców wchodzisz do ich sypialni po to by umrzeć, to ja mogę znaleźć tę sypialnię. Jeśli przyniesiesz książkę Savoy, to... a co mi tam. To nawet pójdę z nią, by się upewnić, że kobieta nie zabłądzi w drodze do wampirzego księcia - zawiesił jakby znudzony wzrok na Nikko, czekając na odpowiedź i pozostając zupełnie niewzruszonym na śmiertelne spojrzenia rzucane przez niezależną, kudłatą Annę.

- Dobra - powiedział młody łowca i włożył na głowę swój czarny kapelusz. - Pogrzebie i popytam. Ale gdy już przyjdzie do polowania to uprzedzam, nie jestem typem męczennika. Znajdę wam tę książkę i pójdę na polowanie, z samej przyczyny że nie lubię wampirów. Rytuał będzie już w waszym interesie.
Nikko skłamał. Żal my było Anny i nie chciał by umierała w tak głupi sposób. Prędzej sam spali wampirzego księcia niż pozwoli na rytuał. Niech ten stary Ogra, lub Sawicki się poświęcają jak sobie chcą. Dlatego pójdzie z nimi, by gdy jadzie taka potrzeba znokautować Annę i wynieść ją z gniazda.
Taki już był.
 
__________________
Gallifrey Falls No More!

Ostatnio edytowane przez Dragor : 19-02-2012 o 18:45.
Dragor jest offline  
Stary 22-02-2012, 02:25   #4
 
Eyriashka's Avatar
 
Reputacja: 262 Eyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skałEyriashka jest jak klejnot wśród skał

Korytarze siedziby Zakonu były jak zwykle opustoszałe - po tych marmurowych posadzkach chodziło się jedynie w konkretnym i znaczącym celu. Grupę Łowców, kroczących pośród bogactwa, przepychu i nabożnej ciszy za naburmuszonym Panem Adolfem, dochodziła powoli do bardzo konkretnych wniosków. Ta misja nie była podobna do żadnej, w której dane im było uczestniczyć. Ta misja miała odbywać się pod patronatem najpotężniejszej, niezależnej od Watykanu instytucji łowieckiej na świecie. Ta misja musiała się udać, bo takie stowarzyszenia jak Zakon nie dopuszczały do świadomości możliwości porażki.

Grupa outsiderów była ciekawą mieszanką indywiduów. Tuż za pomrukującym z dezaprobatą Adolfem kroczył statecznie wyglądający, starszawy jegomość, który wyglądał niemal na miejscu wśród polerowanych mosiężnych klamek, pozłacanych żyrandoli i niezliczonych ilości portretów wybitnych członków Zakonu. Obok niego sunęła młoda kobieta z ciekawością rozglądająca się dookoła. Była ubrana na czarno i przy odpowiednim świetle można było w jej rysach dostrzec rodzinne podobieństwo do towarzyszącego jej gentlemana. Za tą dwójką, niczym cień, kroczył mężczyzna mniczym sokół obserwujący otoczenie. Krótki dystans jaki dzielił go od dwójki pozwalał domyślać się, że przybył wraz z nimi. Być może był ich ochroniarzem?


Poza trzymającą się razem trójką, trzódkę Adolfa tworzyli kowboj, chorowicie wyglądający młody uczony i wyglądający na podekscytowanego gentleman o lekko azjatyckich rysach twarzy. Pochód zamykała natomiast rudowłosa dama w sukni koloru soczystego mchu - była blada, wyniosła i całkowicie wyprana z emocji.

Wreszcie dotarli do ciężkich dębowych drzwi, identycznych z dziesiątkami, które minęli po drodze. Jedynie niewielka, lśniąca tabliczka zdradzała, że był to gabinet Calluma Sullivana, Starszego Łowcy i Przewodniczącego Komitetu Etyki. Za drzwiami, które z rozmachem otworzył Pan Adolf, znajdowało się ciemne, ale urządzone ze smakiem pomieszczenie przeznaczone do pracy. Duże biurko, półki uginające się pod ciężarem książek, teczek i plików dokumentów, kilka foteli i Łowca Sullivan spoglądający na wypełniających powoli pokój łowców, znad okrągłych okularów.


Gdy Adolf zamknął wreszcie drzwi, a dwie obecne damy usiadły w wolnych fotelach, Sullivan zdjął okulary i zatknął niczym zakładkę pomiędzy strony czytanego właśnie raportu.
- Witam Panie i Panów - skinął głową i nieco cieplejszym tonem zwrócił się do najstarszego z obecnych mężczyzn - Corneliusie, cieszę się że odpowiedziałeś na mój list - westchnął i kontynuował - Drodzy państwo, łowcy, Zakon potrzebuje waszej pomocy w odzyskaniu bezcennego manuskryptu znanego na świecie pod tytułem Veritatem Signorum. Przed kilkoma dniami wolumin został skradziony z Archiwów Zakonu przez młodego łowcę Magnusa Salandera. Niestety, podejrzewamy że Salander jest nie tylko złodziejem, ale i zdrajcą. Wiemy, że sprzedał duszę diabłu, nie wiemy co za nia otrzymał, ale spodziewamy się najgorszego - łowca zamilkł wymownie na kilka sekund i kontynuował swoją wypowiedź - Salander ma w Zurichu rodzinę, siostrę, spodziewamy się, że mógł się z nią skontaktować zaraz po opuszczeniu murów Zakonu.
- Odzyskanie Veritatem jest bardzo ważne dla Zakonu jako instytucji i dla mnie osobiście. Wasza pomoc zostanie sowicie nagrodzona. Czy macie jakieś pytania?
 
__________________
Life is a bitch. Sometimes I think it even might be a redhead with a bad case of short temper.

Ostatnio edytowane przez Eyriashka : 22-02-2012 o 02:28.
Eyriashka jest offline  
Stary 23-02-2012, 14:02   #5
Ozo
 
Ozo's Avatar
 
Reputacja: 149 Ozo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znany
Veritatem Signorum stało się źródłem niewielkiej obsesji Oswalda. Mimo dni spędzonych z nosem w księgach nie potrafił on bowiem znaleźć żadnej informacji, o której mógłby z pewnością powiedzieć, że jest prawdziwa. Każde źródło, z którego korzystał mówiło co innego. Jedno było pewne, wolumin ten musiał być dla kogoś bardzo ważny. Być może ktoś zadał sobie wiele trudu, by ukryć jego prawdziwą zawartość, być może zawartość przez lata była ubarwiana, by lepiej prezentować się podczas opowieści. Oswald oderwał się na chwilę od lektury, w której miał nadzieję znaleźć jakieś dodatkowe informacje. Przetarł oczy, które zaczynały już poważnie buntować się przed pracą w takich warunkach. Pomyślał, że pewnie i tym razem nie dowie się niczego konkretnego. Choć informacje były w zasadzie dość mocno sprecyzowane, to zupełnie nie zgadzały się z innymi. Najgorsze w tym wszystkim było to, że pochodziły one z dość zaufanych źródeł. Spróbował podsumować wszystko, czego się dowiedział do tej pory. Nie miał właściwie pojęcia co było napisane w Veritatem Signorum. Wiedział jedynie, że informacje o niej pojawiały się już dawno temu. Obawiał się, że im głębiej zagłębiałby się w historię księgi, tym dalej w przeszłość musiałby się cofnąć. Po piętnastym wieku o woluminie nie było natomiast najmniejszej wzmianki. Być może wtedy ktoś postarał się o jej zniknięcie. Ponownie spojrzał na list otrzymany od Charlesa Radbota, choć tak naprawdę już od jakiegoś czasu wiedział, że przystanie na jego propozycję. Właściwie nie miał innego wyjścia. Gdyby z jakiegoś powodu zrezygnował, nigdy by sobie tego nie wybaczył. Prawdopodobnie do końca życia męczyłyby go pytania, na które tak bardzo chciał poznać odpowiedź. W głowie powoli układał mu się już plan podróży. Musiał z samego rana poinformować o wszystkim służbę tak, żeby być gotowym do wyjazdu w okolicach południa. Nie miał czasu do stracenia. Od siedziby Zakonu dzieliło go kilka dni podróży. Uznał, że najwyższa pora by skierować swoje kroki do łóżka. Musiał wypocząć, bo nie wiedział czy pracując dla Zakonu będzie miał chociaż chwilę, żeby odetchnąć. Jak zwykle przed snem sięgnął po Pismo Święte, choć tak naprawdę nie myślał w tej chwili o Bogu. Całą wolną przestrzeń w jego umyśle zapełniał bowiem problem z Veritatem Signorum.

***

Nad ranem był pełen energii, choć w nocy nie zaznał zbyt wiele snu. Udało mu się za to ustalić pewien dość ciekawy fakt dotyczący księgi, która nie dawała mu spokoju. Można powiedzieć, że to odkrycie dodało mu skrzydeł i napełniło go energią do działania. Poinformował służących, by przygotowali wszystko do podróży. Sam spakował kilka ksiąg i najpotrzebniejszych przedmiotów. Nie martwił się o to, że zabraknie mu pieniędzy, bo tych zawsze miał pod dostatkiem. Mógł więc podróżować szybko i wygodnie. Mimo tych dogodności odległość, którą musiał pokonać była bardzo duża. Musiał dojechać do wybrzeża, przesiąść się na statek – w duchu modlił się, by akurat jakiś wypływał w dogodnym dla niego czasie – a następnie ponownie musiał przebyć spory kawałek Europy lądem. Nie przeszkadzało mu to. Wierzył, że podczas podróży uda mu się ustalić jeszcze jakieś interesujące fakty. Wszystko było gotowe około południa. Kareta, która po niego przyjechała wydawała się dość solidna. Obawiał się jednak, że podczas podróży kilkakrotnie będzie musiał zmieniać konie. Zależało mu na czasie, więc pieniądze nie grały tu ważnej roli. Jego rodzina i tak miała ich dostatecznie dużo. Zapakowanie wszystkiego do pojazdu zajęło nieco ponad kwadrans. Nie tracąc czasu na żegnanie się z kimkolwiek, Oswald ruszył w drogę.

***

Podróż okazała się nieco bardziej męcząca, niż się tego spodziewał. Ale udało się, był na miejscu i nic więcej się teraz nie liczyło. Korytarze zakonu wydawały mu się dziwnie puste. Był przyzwyczajony do swojego domu, w którym często krzątała się służba albo goście rodziny. Nie mógł jednak nie zauważyć bogactwa, które otaczało go zewsząd. Jeżeli wcześniej myślał, że jego rodzina jest bogata, to teraz musiał przyznać, że Zakon miał do dyspozycji chyba wszystkie pieniądze świata. Domyślał się, że praca dla zakonu otwierała dla wielu nowe możliwości. Tak poważana instytucja na pewno posiadała własnych informatorów, a wspomnienie swojego pracodawcy na pewno otwierało wiele drzwi. Nie miał teraz czasu by dokładniej się nad tym zastanawiać. Wraz z grupą innych łowców szedł właśnie za mężczyzną, który był kimś w rodzaju ich przewodnika po siedzibie. Uważnie obserwował swoich towarzyszy. Stanowili oni bowiem dość ciekawą grupę osób. Starał się jednak nie oceniać ich na pierwszy rzut oka. Nie lubił osób, które zbyt pochopnie oceniają innych. Wierzył, że człowieka można poznać dopiero po wielu godzinach spędzonych wspólnie. Przypinanie do kogoś łatki tylko dlatego, że wyglądał tak, a nie inaczej wydawało mu się bardzo naiwne i nierozsądne.

***

W końcu dotarli na miejsce. Celem ich spaceru okazał się gabinet niejakiego Calluma Sullivana. Mężczyzna przywitał ich, gdy tylko prowadzący ich Adolf zamknął za sobą drzwi. Uwadze Oswalda nie umknęło, że Sullivan się nie przedstawił. Zwrócił się tylko z imienia do najstarszego z obecnych łowców, po czym przeszedł od razu do konkretów. Wytłumaczył krótko na czym będzie polegało ich zadanie oraz kto jest odpowiedzialny za zniknięcie Veritatem Signorum. Wspomniał też o zapłacie za wykonane zadanie ale to akurat najmniej interesowało teraz Oswalda. O wiele bardziej kusiła go możliwość zadania kilku pytań. Wiedział jednak, że te, które najbardziej go nurtują będą musiały pozostać jeszcze bez odpowiedzi.
 
Ozo jest offline  
Stary 23-02-2012, 19:10   #6
 
Dragor's Avatar
 
Reputacja: 1109 Dragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumnyDragor ma z czego być dumny
Nikko z rękami w kieszeniach płaszcza rozglądał się po otoczeniu. Elegancko, czysto i jak dla niego nienaturalnie sztywno. Walczył z ochotą splunięcia na wypucowaną, drewnianą podłogę. Nie, żeby mu brakowała manier. Umiał się zachować w "towarzystwie z wyższych sfer', ale celowo z tego rezygnował. Aż ciężko było uwierzyć iż miał w sobie typowo angielską krew swojej matki.
Wychował się wśród dzikich ostępów Nowego Świata, ale ojciec nauczył pisać i czytać. Dodatkowo wbito mu do głowy szacunek dla kobiet. Nigdy w życiu nie podniósł by ręki na płeć piękna, choćby tak kopnęła go w wrażliwe miejsce i przyłożyła rewolwer do skroni. Jedyny wyjątek to stwory na jakie polował. Ile ściął wampirzyc sam już nie wiedział.
Wszystkie niewiasty obecne na tym spotkaniu były piękne. Młode, kwitnące z wypisaną siła w oczach. Nikko takie właśnie lubił. W porównaniu do więdnącej urody Anny były niczym kwiaty w ogrodzie obok uschniętego bukietu róż.
Zaraz... czy on właśnie myśli o kwiatkach? Otoczenie miało wyraźnie dla niego zły wpływ.
Zerknął na łowcę o wyglądzie cierpiącego na suchoty artysty. Jakoś nie umiał sobie wyobrazić go w starciu w wilkołakiem lub innym tego typu zwierzakiem. Jak można być łowcą i tak wyglądać? Demony chyba go oszczędzając z litości... Albo zajmuje się badaniem "na sucho" czyli z ksiąg itp, zamiast faktycznych łowów. To już ma sens.

***

- Pytania mam tylko dwa - odezwał się młody łowca z uśmiechem. - Jak wygląda nasz złodziej i odkłady adres siostry poproszę.
W głowie już miał gotowy plan by wywiązać się z obietnicy wobec Trójki. Gdy tylko dostanie księgę w swoje ręce skopiuje z niej to co dla nich potrzebne, tak aby reszta się nie zorientowała. Przypuszczał że tekst jest po łacinie, którą on dość dobrze znał.
 
__________________
Gallifrey Falls No More!
Dragor jest offline  
Stary 26-02-2012, 17:43   #7
Konto usunięte
 
Velg's Avatar
 
Reputacja: 365 Velg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetny
Cornelius westchnął cicho, drugi raz czytając list od pana Sullivana. Stary przyjaciel prosił o pomoc w odzyskaniu ważnego dzieła. Jakkolwiek panu Valiarde średnio uśmiechało się telepanie przez połowę kontynentu do Zurychu, wiedział, że Callum nie ma w zwyczaju wzywać łowców na próżno.

- Alfredzie, szykuj automobil... – powiedział cicho, referując do dziwacznego pojazdu zbudowanego podle idei Cugnota - I powiedz mym dziatkom, że niedługo wyjeżdżamy do Zurychu.

***

- Odzyskanie Veritatem jest bardzo ważne dla Zakonu jako instytucji i dla mnie osobiście. Wasza pomoc zostanie sowicie nagrodzona. Czy macie jakieś pytania?
Oswald postanowił nie czekać aż ktoś inny zabierze głos. Miał już na głowie dość pytań, na które nie znał odpowiedzi. Wolał uniknąć innych nieścisłości.
- Ten Salander - zaczął. - Pracował u was od dawna? Z całą pewnością wolałbym dowiedzieć się o nim czegoś więcej - nie chciał wypowiadać się za resztę grupy. - Jego siostra to jedyna osoba, do której mógł się zwrócić? Może ktoś inny pomagał mu w tym wszystkim? - Taylor zauważył, że jego pytania bardzo szybko się mnożyły. Postanowił więc przerwać i dać rozmówcy czas na odpowiedź.

Sullivan przyglądał się młodemu mężczyźnie cierpliwie wysłuchując tyrady pytań. Na jego twarzy zagościł chwilowy uśmiech, być może wywołany podziwem, w końcu jak wiadomo, zadanie pierwszego pytania zawsze jest najtrudniejsze, a tu ktoś kogo nie podejrzewał by o taką odwagę wyrwał się przed szereg.
- Magnus Salander należał do bractwa od 6 lat. Wystarczająco długo, by poznać wiele sekretów Zakonu o których, jak łatwo się domyślić, lepiej by wiedziało jak najmniej osób. Co sie tyczy drugiego pytania - oczywiście nie możemy wykluczyć możliwości pomocy osób trzecich, jednak każdy kto znał go trochę dłużej jest świadom zażyłości istniejącej między nim, a jego siostrą. Nie spodziewam się, by znikł nie poinformowawszy Cecylii.

Cornelius mruknął coś pod nosem. Pytania Oswalda były pilne, prawda, ale była rzecz bardziej podstawowa...

- Callumie, jeśli wolno ci o tym mówić, chciałbym dowiedzieć się, jak wyglądała kradzież – rzekł cicho; wątpił, aby Zakon – przy całym swoim bogactwie – miał tyle grimuarów, żeby dało się jakiś niepostrzeżnie wynieść pod płaszczem – Chętnie poznałbym też źródło wieści, że pan Salander zaprzedał duszę diabłu. - No, niby rzeczony Salander mógł zwyczajnie wparować do biblioteki Zakonu Świętego Michała Archanioła z diabelską mocą i zabrać Veritatem Signorum, ale pan Sullivan cieszył się całkiem dobrą opinią. Zresztą, sam Valiarde nie wierzył, że jego przyjaciel pozwoliłby sobie na taki nieprofesjonalizm.

A odpowiedzi powinny dać im dobry punkt zaczepienia - jeśli ktoś był na tyle blisko Magnusa, żeby wiedzieć o jego konszachtach z siłami nieczystymi, to z pewnością zasługiwał na przesłuchanie.

Xavier póki co biernie przysłuchiwał się rozmowie.

Sullivan uśmiechnął się pod nosem. Mógł się spodziewać, że Vallarde zada te najbardziej niewygodne pytania. Jak zwykle, niezawodnie trafił w samo sedno.
- Nie będę owijał w bawełnę, drogi przyjacielu - rozłożył ręce w geście poddania - To moja wina. Wiedziałem, że Salander sprzedał duszę i nic w tej sprawie nie zrobiłem - po minach obecnych widział, że przynajmniej część z nich chciała mu przerwać, ale nie dał im szansy. Brnął dalej - Widzisz Corneliusie, Salander przysiągł mi, że sprzedał duszę by uratować życie siostry. Nie miałem powodu by mu nie wierzyć, nie przestał egzorcyzmować demonów, ani nie zmienił swojego sposobu bycia. Przez sześć kolejnych lat był wyjątkowo efektywnym łowcą, na dobrej drodze do zostania Mistrzem - przerwał na chwilę by zaczerpnąć powietrza i zważyć kolejne słowa - Aż do momentu, gdy nie ukradł Veritatem Signorum - pozwolił sobie na kwaśny uśmieszek - To nie było zbyt trudne, jako szanowany łowca, miał prawo wstępu do archiwum o każdej porze dnia i nocy - tu zwrócił się bezpośrednio do Vallarde, spojrzał mu w oczy i powiedział - Więc, w odpowiedzi na twoje pierwsze pytanie, Corneliusie, tak, po prostu wyniósł wolumin pod płaszczem.

- Rozumiem – spojrzał głęboko w oczy Sullivana; jakiekolwiek oskarżenia mijały się z celem. Księga od tego się nie znajdzie... – Czy widziano go z tą księgą - na gorącym uczynku, może?, czy to jedynie przypuszczenie? A jeśli go później widziano: można wiedzieć, gdzie? – pytanie było na pozór niedorzeczne, ale... przecież Magnus nie mógł być jedynym członkiem Zakonu z wolnym dostępem do biblioteki. Gdyby sam chciał ukraść grimuar, wyniósłby go, po czym strzeliłby rzeczonemu łowcy w łeb. Wynajęta banda nie znalazłaby zakopanego ciała Salandra jeszcze długo po tym, jak on dotarłby do Anglii. Dobrze było upewnić się, czy ktoś inny również nie zasugerował się tym sposobem.

- Tak, Salander był widziany z Veritatem Signorum przez jednego z nadzorców Archiwum - Sullivan cierpliwie odpowiadał na kolejne pytania - Tego samego dnia udokumentowano zaginięcie woluminu, a Salander zniknął z powierzchni ziemi.

Cornelius Valiarde znów cmoknął i oparł się na lasce. Mimo wyjaśnień Sullivana cała sprawa miała więcej niejasności niż bretońskie wybrzeża nocą... ale o tym mógł porozmawiać później, na osobności. Nie wątpił, że Callum nie chciał wprowadzić go w błąd- tyle, że niektórzy łowcy mogli mieć od niego dłuższe języki...

- Callumie, jeśli opiszesz mi pana Salandera, Aleksander będzie mógł sprawdzić, czy aby nie wyjechał z Zurychu pociągiem – stwierdził spokojnie – Nawet jeśli rezerwując przedział okłamał mych pracowników – w co wątpię, gdyż zapewne nawet o mnie nie słyszał!, to mój syn powinien być w stanie sprawdzić, czy dżentelmen o odpowiadającym wyglądzie nie wyjeżdżał gdzieś.

To było już coś. Niewiele, ale... jakoś pan Valiarde nie mógł się przekonać, aby potraktować rodzinny trop poważnie. Jasne, łowcy - w asyście jego córki i starego Adolfa, aby nie przyprawili biednej Cecylii o zawał - mogli to sprawdzić, tyle że... -Wielu przestępców popełniało błąd i próbowało dać znać swojej rodzinie... - lecz takich ludzi potrafiły wyłapywać nawet safanduły z komendy przy ulicy Scotland Yard! Jeśli sprawa byłaby tak prosta, Sullivan nie wysyłałby listów na krańce świata, tylko sprowadził kilku niezależnych partaczy z Berna czy Genewy...

O ile tego oczywiście nie zrobił - to również warte było pytania.

Sullivan uśmiechnął się pod nosem, spodziewał się, że Valliarde tak tej sprawy nie zostawi. Będzie drążył, aż się do czegoś dokopie. Łowca jeszcze nie zadecydował, czy to dobrze, czy źle, ale na pewno będzie ciekawie.
- Lepiej, przyjacielu - sięgnął do szuflady i wyciągnął z niej cienką teczkę - Od jakiegoś czasu Zakon stara się gonić za duchem czasów, a nawet go wyprzedzać. Wszyscy bracia mają robione fotografie, do akt.
W folderze znajdowała się jedna kartka, z której można było wyczytać najbardziej podstawowe informacje na temat Salandera oraz zaskakująco dobrej jakości fotografia.

 
Velg jest offline  
Stary 04-03-2012, 20:27   #8
 
necron1501's Avatar
 
Reputacja: 31 necron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodzenecron1501 jest na bardzo dobrej drodze
Rezydencja rodu Valiarde
- Cudownie - uśmiechnęła się z wdziękiem. Odłożyła ostrze na najbliższą okiennicę, po czym chwyciła brata pod ramię i skierowała ich kroki do kuchni, którą uważała za przytulniejsze miejsce w porównaniu do wielkich salonów - zatem, powiedz mi, o czym to z ojczulkiem rozmawiałeś?
Chłopak jedynie uśmiechnął się słysząc pytanie. Oczywistym było, że ciekawość ją zeżre.
- Ah Beatrice, jesteś zbyt ciekawska - uśmiechnął się przy tym.
- Braciszku, to nie ja jestem zbyt ciekawska, to wy mi za mało mówicie! Nooo, nie da się prosić!
Alex milczał, dopóki nie dotarli do biblioteki, gdzie usiedli przy herbacie. Nie było sensu ją okłamywać i tak się dowie. Więc w paru szybkich zdaniach, wytłumaczył w czym problem.
- Co o tym sądzisz? - zapytał z ciekawością, przyglądając się jej twarzy.
- Sądzę, że jest ukrywana, by dalej ludzi nie kusić. Chodzi mi o księgę samą w sobie, jak również wiedzę o niej. Pomyśl ile osób pożądając zawartej w niej wiedzy, próbowałoby ją zabrać i wykorzystać do swych celów. Jej szlak, mógłby być szlakiem śmierci. A kto wie, co komu udałoby się przy jej pomocy zmajstrować.
- Czyli... Sądzisz, że cała ta afera, jest po prostu w celu ukrycia faktu, że księga zostanie ukryta tak, aby nie każdy mógł z niej korzystać? - Wyraził swoje zdziwienie - Nie miałoby to sensu. Jeśli szefostwo by chciało ograniczyć do niej dostęp, po prostu ogłosiliby to i ukryli tak, że jedynie nieliczni mieli by pojęcie gdzie ją szukać - Alex wyraził bardziej prawdopodobne przypuszczenie, wyciągając się na fotelu.
- Nie, nie, mówiłam o księdze, nie o jej zaginięciu - oparła łokcie na stoliku, by podeprzeć podbródek dłońmi -
- No właśnie. Szefostwo upozorowało kradzież, aby nieoficjalnie ją ukryć, poza możliwości zwykłego członka, naszej radosnej grupy. Przynajmniej tak Cię zrozumiałem - roześmiał się lekko. Chyba za głęboka analiza im wyszła.


***

Zurych

Fotografia przemaszerowała spokojnie oddawana z rąk do rąk. Jedni łowcy ostentacyjnie tylko przemykali po niej wzrokiem z niechęcią wypisaną na twarzy, jak gdyby mężczyzna był szpetny, inni z kolei na dłużej zawieszali spojrzenie na czarno-białym licu starając się zmusić mózg do jak najdokładniejszego wyrycia w pamięci wizerunku mężczyzny. Każdy szczegół mógł być na wagę złota. Należało zapamiętać to czego uciekinier nie mógł zmienić tak łatwo. Kształt oczu, kontur ust, krzywizna nosa. Czy był praworęczny czy raczej mańkutem? Z drugiej strony, takie rzeczy powinny być wypisane w aktach, które również zostały puszczone przez pana Calluma w obieg. Wśród zebranych przez zakon skromnych informacji znajdował się również adres zamieszkania siostry poszukiwanego - Agyness Salander.
- Jeżeli nie macie więcej pytań - przerwał gęstniejącą ciszę Sullivan - chciałbym wiedzieć czy macie już jakiś plan działania? Jak wiecie, moi drodzy, czas nagli. Naturalnie jeśli potrzebujecie wytchnienia Zakon jest gotowy udzielić wam zarówno gościny, jak i dostępu do zapasów i potrzebnego uzbrojenia.
- Alexander sprawdzi, czy Magnus aby nie próbował uciekać pociągiem... - zaczął Cornelius - Beatrycze z Alfredem złoży wizytę owej Cecylii. Naturalnie, o ile zaproszeni dżentelmeni zechcą dotrzymać jej towarzystwa, mogą tak zrobić. Ja jestem już stary, więc podróż do Zurychu mnie znużyła - potrzeba mi kilku godzin odpoczynku. - w sumie, wiele więcej zrobić nie mogli. Naturalnie, któryś z nich mógł mieć własny plan... ale wówczas pan Valiarde by bardzo docenił, gdyby ów człowiek zechciał się z nim podzielić.
Dotąd przysłuchujący się w ciszy syn pana Valiarde’a zabrał głos.
- Czy zdajecie sobie sprawę, że trop za naszym poszukiwanym, jest już dość... wyblakły? W tym czasie, od wyjazdu z Zurichu, mógł jeszcze kilkukrotnie zmienić swoje miejsce pobytu. Zanim podążę w tym samym kierunku i dotrę na miejsce, ślad się może urwać - wyraził swe wątpliwości.
Sullivan zacisnął zęby, ale przełknął dumę i odpowiedział grzecznie.
- Jeżeli nie czujesz się na siłach, chłopcze, to nikt cię do niczego nie zmusza - ucichł na chwilę, ale uspokoiwszy się odrobinę, dodał - Zadanie nie jest proste, ale jest ważne.
- Teraz to jest już marudzenie - powiedział Nicco na przekór wszystkiemu rozbawiony sprzeczką innych. - Proponuję ruszyć się zamiast dreptać w miejscu. Gdzieś trzeba przecież zacząć, prawda? Trop może nie jest zbyt świeży, ale jednak jest. Ja tam chętnie bym ruszył od razu. Zobaczymy co zastaniemy u owej damy - ostatnie zdanie powiedział jak by do siebie.
- Jak powiedział ojciec, odwiedzę jego siostrę i porozmawiam z nią jak kobieta z kobietą - Beatrice uśmiechnęła się z niewinnością godną świętego - Oprócz Alfreda, czy któryś z panów będzie mi towarzyszyć?
- Będę zachwycony jeśli pani zechce mego towarzystwa - powiedział Nicco kłaniając się nisko zdejmując przy tym kapelusz.
- Dziękuję. Ja również będę tym zachwycona - z wdziękiem uśmiechnęła się do mężczyzny - Zatem, - rozejrzała się po obecnych - Czy ktoś jeszcze ma życzenie dołączyć?
Sullivan miał powoli coraz bardziej dosyć tej niekonstruktywnej wymiany zdań. Lata spędzone w zakonie nauczyły go panowania nad sobą, jednak wciąż pozostawał z natury niecierpliwym mężczyzną. Zanim jednak zdołał powiedzieć coś nieprzyjemnego usłyszał ciche odchrząknięcie Lady Drucilli.
- Czy ktoś jeszcze wie o zdradzie Salandera? - zapytała swoim spokojnym, aksamitnym głosem. Sullivan niewiele o niej wiedział. Lord Egon polecił mu ją zatrudnić, ale Sullivan nie wiedział jak do niej podejść. Wyglądała na zdecydowanie zbyt dobrze urodzoną by bawić się w polowanie na istoty nadprzyrodzone Z drugiej strony, nie takie zjawiska widział już podczas swojej długiej kariery.
Była na przykład ta jedna kobieta w haremie Kalifa Abdulhamida. Co ona potrafiła zrobić z dwiema szablami na raz. I to ubrana w cztery chusteczki do nosa.
Ledwo otrząsnął się z tych myśli.
- O Salanderze nie wie nikt. To znaczy, trzymamy tę informację pod kontrolą. Zapewniam panią, że robimy wszystko by nie wyszła poza mury zakonu. I chcielibyśmy by tak pozostało - omiótł obecnych spojrzeniem.
Drucilla skinęła mu głową, wstała i ruszyła do wyjścia.
- Pora i na nas, poproszę tylko adres siostry zapisany na kartce - powiedziała Beatrice do Nicca, po czym dostawszy adres, ruszyła śladami Drucilli, poprzedziwszy to ucałowaniem ojca i brata w policzki, i ogólnym ukłonem skierowanym do reszty.
 
necron1501 jest offline  
Stary 06-03-2012, 01:08   #9
Ozo
 
Ozo's Avatar
 
Reputacja: 149 Ozo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znanyOzo wkrótce będzie znany
Oswald nie potrzebował wiele czasu by zapamiętać jak wygląda postać na fotografii. Po kilku chwilach, bez zbędnych komentarzy podał zdjęcie dalej. Następnie po prostu wysłuchiwał wszystkich słów, które padały w pomieszczeniu, coraz bardziej zatracając się we własnych myślach. Chciał dowiedzieć się czegoś więcej o księdze ale domyślał się, że na wszystkie pytania pewnie i tak nie uzyskałby żadnej odpowiedzi. Wiedział, że najlepiej byłoby, gdyby dostał ją we własne ręce i mógł w spokoju sprawdzić co w niej zapisano. Walczył z pokusą zadania choćby kilku pytań. W międzyczasie zastanawiał się czy po odzyskaniu woluminu Zakon pozwoliłby mu na jego przestudiowanie. To było możliwe, jednak musiał się liczyć także z odmową. Choć nigdy wcześniej nie miał problemów z podzielnością uwagi, już po chwili przestało do niego docierać co dzieje się dookoła. Ocknął się dopiero, gdy z gabinetu zaczęli wychodzić ludzie. Truchtem podbiegł więc do pary, która – jeżeli dobrze kojarzył – miała udać się do siostry poszukiwanego mężczyzny.
- Jeżeli państwo nie mieliby nic przeciwko, to ja również chętnie zabrałbym się z państwem – powiedział z nadzieją na otrzymanie pozytywnej odpowiedzi.
 
Ozo jest offline  
Stary 06-03-2012, 18:55   #10
Konto usunięte
 
Velg's Avatar
 
Reputacja: 365 Velg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetny
- Poszli - mruknął wreszcie Cornelius, sprawdzając, czy aby któryś z konfratrów nie postanowił jednak zostać; rozmowa z Callumem w obecności pozostałych nie trafiała do przekonania pana Valiarde - brać, jak już znalazła język w gębie, potrafiła gadać ile sił w płucach - Skoro ognisty temperament mojego potomstwa nie będzie wam już wpływać na nerwy... - ot, ładne wyjaśnienie faktu, że między lekcjami polowania najwyraźniej umknął czas na nauczenie Aleksandra poszanowania do starszych i savoir vivre - ... sądzę, że możemy porozmawiać spokojniej. Więc... zacznijmy może od samego Veritatem Signorum. Jak poznać tą księgę? Nie chciałbym, żeby ktoś przełożył ją do innej okładki i mnie okpił.
Sullivan milczał przez chwilę, mierząc swojego przyjaciela wzrokiem.
- Veritatem już jest przełożone do innej okładki - stwierdził wreszcie - Dla bezpieczeństwa postanowiliśmy je ukryć pod postacią “Zapisu Walnego Zebrania Członków Zakonu z roku 1835”. Możesz je rozpoznać na dwa sposoby. Sprawdzając tylną część okładki znajdziesz niewielki znak wodny, który osobiście tam umieściłem, symbol zakonu. Natomiast jeżeli zaczniesz przeglądać książkę wewnątrz zauważysz, że nie jest napisana … zwykłym językiem.
- Doskonale. Przejdźmy więc dalej – wspomniałeś o jego konszachtach z siłami nieczystymi. Sądzisz, że mają one coś związanego ze sprawą? – zapytał się. Niby wróżbitą to żaden z nich nie był, ale Cornelius pamiętał, że Callum pisał do niego z Marsylii na tydzień przed tym, jak umarł Paganini. Musiał być więc nieźle obeznany z demonami... Zresztą, Paganiniego chyba do dzisiaj nikt nie chciał pochować, bo zwłoki ponoć „cuchnęły siarką”.
- Jestem pewien, że mają związek z tą sprawą - stanowczo kiwnął głową Sullivan. Szczęknął zębami, cała ta sprawa działała na niego bardzo stresująco. Gdyby wyszło na jaw, że jeden z zakonników przez dobrych kilka lat chodził wśród swoich braci bez duszy!
- Mówił, który demon był jego mocodawcą?
Sullivan uśmiechnął się na to pytanie.
- Tak, wyśpiewał mi wszystko zanim zdołał uciec, dlatego go nie powstrzymywałem - prychnął, może sarkazm nie był zbyt kulturalną metodą komunikacji, ale Callum nie był w najlepszym stanie ducha.

Cornelius nawet nie wypominał przyjacielowi, że podobno rozmawiał z Magnusem o jego cyrografie już sześć lat temu. Salander był na to w zbyt złym stanie.

- To trzeba się będzie dowiedzieć – mruknął – Gdzie mieszkał Salander? W siedzibie Zakonu?
- Tak - Sullivan kiwnął głową i wstał zza biurka, niecierpliwy - Zaprowadzę cię.
- Świetnie... - stwierdził Cornelius, wstając i śpiesząc o lasce za Callumem - Skoro już pewnie będziemy przechodzić w pobliżu, to powiedz mi - wciąż korespondencję przychodzącą wręczają wam lokaje?
Sullivan spojrzał na przyjaciela zaskoczony pytaniem.
- Tak, dlaczego pytasz? To znaczy … - Sullivan machnął ręką - Teraz się inaczej nazywają. To “sekretarze”.
- Dlatego, że chcę zobaczyć, kto ostatnio korespondował z panem Salandrem – stwierdził prosto – Magnus mógł wywalić wszystkie ważniejsze papierzyska, ale nie wierzę, że wasi sekretarze o nich zapomnieli. Sam jestem zaskoczony, ile z moich listów pamięta Alfred... – westchnął ciężko.
- Skoro tak mówisz - Sullivan wzruszył ramionami, ale postanowił spełnić prośbę Cornelliusa. Poprowadził go zatem drogą obok kancelarii. Wewnątrz krzątało się kilku mężczyzn w jednolitych, granatowych strojach z emblematami Zakonu na piersi. Wśród nich Cornellius rozpoznał surowego pana Adolfa.
- Który z was dostarczał pocztę Magnusa Salandera? - zapytał, przekrzykując szelest papieru Sullivan. Zza lady wybiegł młody, piegowaty mężczyzna z wielkim czerwonym pypciem na środku nosa.
- To ja sir - i w dodatku spelenił.
- Świetnie, prawdziwy zuch – Cornelius uśmiechnął się łagodnie. Sekretarz wyglądał, jakby mógł się zaraz rozlecieć, a w najlepszym interesie pana Valiarde było, żeby jednak pozostał przez najbliższą minutę w całości – Czy w ciągu ostatniego... miesiąca... pan Salander dużo korespondował?
- Um, nie specjalnie, sir - ślina wypryskiwał z ust chłopaka z zatrważającą częstotliwością i w najmniej spodziewanych momentach. Sullivan zrobił krok w tył i zaczął szukać w kieszeni czegoś czym mógłby się osłonić, chusteczki, rękawiczek, parasola? - Dostał kilka listów, jak zwykle. Pan Salander nie był z tych dużo piszących, sir.
- Doskonale – zaczynał rozumieć obrzydliwą nowomodę, dzięki której sędziwy Adolf przestał być „lokajem”, a został „sekretarzem”. Od porządnych lokajów wymagało się kompetencji – a ten młodzian... - Czy pamiętasz może, z jakich miast nadeszły listy? Lub któregoś nadawcę – lub dosłownie cokolwiek.
- Ależ oczywiście, sir - młodzian uśmiechnął się, ukazując szereg krzyżujących się zębów - W przeciągu ostatniego miesiąca pierwszy list przyszedł do pana Salandera, trzeciego, o godzinie 17.34 z adnotacją RSVP, napisany był przez panienkę Cecylię, spodziewam się, że jak zwykle zapraszała go na co miesięczną kolację. Pan Salander odpowiedział natychmiast. Kolejny list przyszedł dopiero 17, około 14.45, nie jestem pewien bo pan Adolf właśnie nakręcał zegar, choć powinien był to zrobić jak zwykle przed rozpoczęciem pracy – tu młody człowiek posłał mordercze spojrzenie panu Adolfowi, który nie pozostał mu dłużny – Ten list nie miał adresu zwrotnego, ale miał stempel z Zurichu. Pan Salander następnie kazał mi wysłać dwa listy, oba bardzo lekkie, spodziewam się, że były to zaledwie blieciki. Jeden kazał mi zostawić u pana Bauera „Pod czterema wilczymi łbami”, a drugi zanieść do swojej siostry. Ostatni list, pan Salander otrzymał w przeddzień swojego zniknięcia, pamiętam że wywołał on u mnie wielką irytację, bowiem adres był rozmazany, o ile mogłem się zorientować, przez płyn o zapachu i konsystencji piwa.

No tak. Na diabła-niechluja jak zawsze nie było mocnych. Ale przynajmniej wiedział, jakiego pisma będzie musiał poszukiwać w apartamentach Salandera.

- Dziękuję. Jestem panu bardzo wdzięczny za pamięć – stwierdził Valiarde, uznając, że więcej się nie dowie. Chłopak zasalutował nerwowo i wrócił do szeregu na nowo zabierając się do pracy. a Cornelius ruszył w stronę kwater Salandera.
 

Ostatnio edytowane przez Velg : 06-03-2012 o 23:52.
Velg jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:49.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169