Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-03-2012, 20:53   #1
 
F.leja's Avatar
 
Reputacja: 248 F.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie coś
I nie pozostał nikt. [obyczajowa, otwarta]

Był ciepły letni wieczór, słońce zachodziło w malowniczej koronie z migotliwych fioletów i pomarańczy, koncertowały koniki polne i wszystko było jak najbardziej urocze. Abraham Sterling żwawym krokiem pokonywał krótką drogę, która dzieliła jego szpital od Hastings Hall. Oddychał świeżym, wiejskim powietrzem pełną piersią, miał skromną nadzieję, że ta zdrowotna przechadzka pomoże mu przetrwać długie godziny przesiąknięte na wskroś mieszaniną drogich perfum, dymu tytoniowego i oparów alkoholu. Nie żeby którakolwiek z tych woni jakoś wyjątkowo mu nie leżała, z osobna. Razem jednak i to w zmasowanych ilościach, doktor zadrżał na samą myśl.
Z drugiej strony za nic nie opuściłby tego przedstawienia. Uśmiechnął się do siebie i zaraz się skrzywił. Jakże musiał nisko upaść by czerpać złośliwą przyjemność z chaosu szerzącego się wśród klas wyższych. Jak to nazywali Niemcy? Shadenfreude, radość z cudzego nieszczęścia. Zastanowiło go, jak wielu zaproszonych na bal miało podobne odczucia w stosunku do skandalu. Ilu z przybyłych na oficjalne zaręczyny chciało jedynie zabawić się kosztem szacownej rodziny Hastingsów?
Potrząsnął głową by pozbyć się idiotycznych myśli. Postanowił wejść do Hall przez taras, gdyby drzwi były zamknięte, był pewien że ktoś ze służby chętnie mu otworzy. Wszyscy go tu znali. Była na przykład ta urocza pokojówka Anabell, albo Sara, też śliczna, choć wydawała się niesamowicie nieśmiała. W razie braku kobiecych wdzięków zawsze mógł liczyć na Willikinsa, z jego surowym, ale podszytym zdrową dozą poczucia humoru sposobem bycia.
W końcu jednak, gdy zapukał przez szybę do zielonej biblioteki, której okna wychodziły bezpośrednio na ścieżkę, którą przybył, otworzyła mu Celia Bones, guwernantka, trochę dziwna młoda dziewczyna, zahukana, ale inteligentna. Chociaż, może to tylko wrażenie wywoływane przez okulary? Służba musiała być zajęta balem.


- Doktor Sterling - powitała go Celia, bez specjalnego entuzjazmu, pewnie zakłócił jej lekturę. Już miał wejść do biblioteki, gdy jego uwagę przykuła samotna sylwetka, ledwo odznaczająca się w rozsnącym z chwili na chwilę półmroku. Czyżby hrabianka Montogomery?


Co ona tu robiła? Nie dość jej było upokorzenia? Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien z nią porozmawiać, ale szybko się rozmyślił, spodziewał się, że młoda dama potrzebuje odrobiny samotności. Uśmiechnął się więc do Celii, której lekko uniesiona brew sugerowała, że dziewczyna przejrzała go na wskroś. Wzruszył ramionami i wszedł do biblioteki.
- Czy Egon i panna Black już przybyli? - zapytał dla nawiązania konwersacji. Celia prychnęła tylko, zagięła róg czytanej książki, odłożyła ją na półkę i ruszyła w stronę sali balowej.
- Broń Boże - stwierdziła sardonicznie - Jestem pewna, że czekają gdzieś w krzakach aż wszyscy się pojawią, by zrobić odpowiednio dramatyczne wejście - otworzyła drzwi nim Sterling zdołał sobie przypomnieć, że istnieje coś takiego jak dobre wychowanie - Jest za to spora grupa widzów.
Doktor słuchał cynicznej guwernantki z pewną dozą fascynacji. Zaczęła opowiadać niczym przewodnik w ZOO.
- Na prawo, przy kominku, amerykanin włoskiego pochodzenia, Alessandro Notaro, czy jakoś tak, podejrzewam że ze strony przyszłej panny młodej, bo wygląda absolutnie nie na miejscu, nieprawdaż? Ciekawe, że to panicz Thor dotrzymuje mu towarzystwa - Sterling złapał się na tym, że się gapi, jednak nim ciemnowłosy gentleman zdążył się zorientować, uwagę lekarza odwróciła kolejna tyrada panny Bones.
- Po drugiej stronie kominka, w komicznej symetrii widzimy pana Joyce’a, nie mam pojęcia kto go zaprosił, ale on podobno wszędzie potrafi się wkręcić - Sterling starał się ukryć uśmiech w dłoni. Celia była świetną przewodniczką po mikrosiedlisku Hastings Hall.
- Z kolei ze strony lewej, przy wyjściu na taras stoi młody pan Montagu i jego śliczna pani, Doris Peel, mam jej tomik wierszy. On jest równie nudny, jak ona pretensjonalna - tym razem Sterling prychnął. By ukryć faux pas, udał że kaszle. Chyba nikt się nie zorientował - Z nimi porucznik George Roberts, kawaler czegoś tam i nosiciel iluś tam orderów, takich i owakich. Zabójca balonów. Z nimi nasz szlachetny pułkownik Bordon
- Przy stole do brydża mamy zgrupowanie mózgowców. Proszę zauważyć, jak cudownie się nawzajem rozumieją, jak skutecznie głaszczą swoje nadęte ego, bez urazy doktorku - uśmiechnęła się, a on zapewnił ją, że nie ma mowy o żadnej urazie - Ten lew salonowy, to sir Ian Ramsay, zoologia, Oxford. Tuż obok mamy gbura Strenau, archeologia, Cambridge. No i oczywiście naszego własnego Jamesa Mullinsa, współczuję mu, biedakowi, tego towarzystwa.


- Na koniec damy, Lady Hastings, Lady Aston, jej młodsza siostra Nuria Sofia jakaś tam, krawcowa, pan sobie wyobrazi, doktorze - Sterling był rozbawiony do granic możliwości, nie żałował przybycia na ten bal - No i oczywiście przesłodka, niewinna Isobel. Ach, jak rozjaśnia salę samą swą obecnością, nieprawdaż?
- Jest pani okropna, panno Bones - docenił jej wysiłki racząc ją szerokim uśmiechem. Ona w odpowiedzi prześmiewczo dygnęła i podziękowała za uwagę. Było jeszcze wielu gości do obgadania, ale najwidoczniej wena uciekła, bo Celia nie wyglądała jakby miała zamiar kontynuować swoją wycieczkę. Zapytał więc - A gdzie Lord Hastings?
- Nie mam pojęcia - Celia wzruszyła ramionami, jakby to była ostatnia rzecz, jaka ją w tej chwili interesowała - Pewnie bije pokłony w krypcie swoich przodków i błaga o wybaczenie za grzechy swojego pierworodnego.
Ledwo zdążyła zakończyć swój sarkastyczny komentarz, gdy w drzwiach do sali balowej pojawił się kamerdyner Willikins i z kamienną twarzą zapowiedział przybycie gości honorowych.
- Pan Egon Hastings i panna Dalia Black - głos Willikinsa nawet nie drgnął, profesjonalizm był wyryty w jego duszy, jak epitafium na nagrobku.
W drzwiach pojawiła się szczęśliwa para. Przynajmniej on wyglądał na szczęśliwego. Był wręcz rozpromieniony. Panna Black natomiast, panna Black była jakby odrobinę przestraszona?

 
__________________
I don't mean to sound bitter, cold, or cruel, but I am, so that's how it comes out. ~~ Bill Hicks

Ostatnio edytowane przez F.leja : 19-03-2012 o 00:14.
F.leja jest offline  
Stary 19-03-2012, 21:27   #2
 
Vantro's Avatar
 
Reputacja: 201 Vantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie coś
Sara z samego rana gdy tylko otworzyła oczy uświadomiła sobie, że dzisiaj ten "wielki" dzień. Wstała pospiesznie z łóżka, po porannej toalecie założyła swój uniform pokojówki i pospiesznie udała się by przygotować pokoje dla gości. Już od kilku dni w domu wrzało jak w ulu. Wietrzono pokoje dla tych, którzy mieli przybyć z daleka, zmieniano pościel, pucowano, czyszczono... po kilka razy to samo. Jaśnie państwo chcieli by dom błyszczał. Nie chciano tu plotek o zaniedbanym domostwie, komentarzy o leniwej służbie, już i tak zaręczyny były wystarczającym powodem do plotkowania. Kolejny pokój został przygotowany na przyjęcie gościa.


Sara uwijała się jak "Jak w ukropie", chciała bowiem jeszcze na chwilę pójść do swojego pokoju zanim zacznie pomagać przy gościach, którzy zaczęli się pojawiać. Nogi coraz bardziej ją bolały, po całym dniu biegania w tą i spowrotem, a jeszcze zapowiadał się pracowity wieczór. Spojrzała jeszcze raz na przygotowany pokój, poprawiła pościel na łóżku i szybko udała się do swojego pokoju. Nie dane jej było długo w nim odpoczywać pukanie w drzwi i głos z za nich uświadomił jej, że czas zejść na dół do dalszej pracy. Poprawiła włosy, wsunęła do kieszeni to co wcześniej przygotowała do zabrania i pospiesznie zaczęła zbiegać po schodach. Wiedziała, że nie powinna ich używać, że powinna zejść schodami dla służby, ale spieszyła się i miała nadzieję, że na nikogo z domowników szykujących się na przyjęcie nie wpadnie. Skręciła za róg i z impetem wpadła na wychodzącego za niego mężczyznę. Poczuła obejmujące ją ramiona, ratujące przed upadkiem, a zarazem trzymające w silnym uścisku. Podniosła głowę i spojrzała w twarz mężczyzny z którym się zderzyła. Jej wzrok przesuwał się po jego zadbanej brodzie, arystokratycznym nosie by zatrzymać się na stalowoszarych oczach.
- Przepraszam -powiedziała spuszczając wzrok i głowę, a równocześnie próbując się wydostać z jego ramion.
- A jakaż to ptaszyna wpadła w moje ramiona ? - sir Ramsay jakoś nie kwapił się do wypuszczenia pokojówki ze swych objęć. Przeciwnie. Mocniej ją do siebie docisnął, obejmując władczo jedną ręką. Dłonią drugiej, na której dyndał zawieszony parasol ujął podbródek dziewczęcia i patrząc w jej twarz rzekł bez ogródek.-Nie znam cię. Jesteś tu nowa ?
- Pracuję od niedawna. Proszę mnie puścić, muszę pomóc w kuchni. -odparła Sara pomijając wzmiankę o ptaszynie milczeniem i opierając dłonie o pierś mężczyzny spróbowała się wydostać z jego ramion. - Waść zapewne jest przyjacielem domu. Pokoje są przygotowane, tam w głębi korytarza.
- Ja wiem gdzie są pokoje. A ty wydajesz się dobrze poinformowana ptaszyno. Jak właściwie masz na imię?- spytał szlachcic, bynajmniej upewniając się że dziewczyna się mu nie wyrwie przed czasem z objęć.
- Sara, proszę pana, proszę mnie puścić. Spieszy mi się... bardzo. -dodała zastanawiając się czy nie użyć innych perswazji by wydostać się z ramion mężczyzny.
- Powiesz, że pomagałaś gościowi Saro, co rzeczywiście czynisz. Powiedz mi moja droga co nieco na temat wieczornych atrakcji. Dużo będzie gości?- Ian jakoś nie miał ochoty jej wypuszczać dopóki jego ciekawość była nie zaspokojona.
- Znajomi jaśnie państwa, znajomi narzeczonych, więc sporo. Może opowiem to panu pokazując pokój. Prawdą wówczas będzie żem pomagała gościowi. - odparła mu na to dziewczyna nieśmiało się uśmiechając.
- I dobrze... bo pokój obok musi być gotowy. Moja przyjaciółka ma przybyć, acz niestety nie dzisiejszego wieczoru.- rzekł Ian wypuszczając dziewczynę ze swych objęć.
Sara podeszła do pierwszego przygotowanego pokoju otworzyła drzwi i zapytała:
- Ten waszmości pasował będzie?
- Jakie więc nazwiska udało ci się podsłuchać na uszko Saro.- Ian zerknął do pokoju rozglądając się po nim. -Ech... pamiętam to miejsce.
Uśmiechnął się lisio zerkając w bok i przypominając sobie o drzwiach łączących ten pokój z pokojem obok.
- Pokój obok zapewne będzie odpowiadał pańskiej towarzyszce. Proszę sprawdzić jeno czy drzwi otwarte, czy klucz trzeba będzie waści dostarczyć.- rzekła Sara bacznie obserwując Iana.
- Nic nie mówisz o gościach. Od kiedy to pokojówki przestały plotkować między sobą?- spytał ironicznie Ian wchodząc do środka.-No i nie bój się tak ptaszyno. Nic ci nie zrobię.
- Między sobą może i tak, jeno waść pokojówką chyba tutaj nie jesteś. - rzekła mu na to Sara z impetem zatrzaskując drzwi do pokoju i odwracając się na pięcie pognała ile sił w nogach do kuchni.
-Ty też nie bardzo pokojówką jesteś!- krzyk połączony ze śmiechem dobiegł do jej uszu, gdy rozpoczynała swój brawurowy odwrót taktyczny. Wywołał tym uśmiech na twarzy dziewczyny, jednak nie spowolnił jej ucieczki.
Kolejny raz Sara zobaczyła go w sali balowej. Wiedziała już iż nazywa się Ian Ramsay i jest przyjacielem młodego dziedzica. Krążyła wśród gości z tacą starając się trzymać jak najdalej od niego, nie była pewna czy nie rozzłościła go swoją lekceważącą ucieczką.


Wolała nie zwracać na siebie uwagi i nie być przyczyną awantury w tym miejscu i w tym czasie. Rozglądała się po twarzach przybyłych gości, próbując dopasować imiona i nazwiska jakie zasłyszała do twarzy tu obecnych. Kiedy taca zapełniła jej się pustymi kieliszkami ruszyła w stronę drzwi by przynieść nowe wypełnione wyśmienitym trunkiem.
 
__________________
W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.
Vantro jest offline  
Stary 19-03-2012, 23:18   #3
 
Vivianne's Avatar
 
Reputacja: 4673 Vivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputację
Smukła, kobieca postać skąpana w porannej mgle stała oparta o ścianę pracowni krawieckiej Femme Fatale. Nie tolerowała spóźnialskich.
- No w końcu – powiedziała niezadowolona – jeśli mamy dokończyć Ci tą spódnicę…

- Posłuchaj – Silvia odezwała się zaraz po tym jak tylko złapała oddech – biegła na spotkanie. – W dzisiejszej gazecie…

- Wiesz, że nie cierpię, gdy się mi przerywa – warknęła niemal, po czym zaciągnęła się papierosem przyglądając się jednocześnie rozmówczyni krytycznym okiem. Zastanawiała się, czy strój, który zaprojektowała bezie pasował do figury aktorki.

- Wiem, ale to naprawdę ważne. Spójrz – pomachała jej przed nosem dzisiejszą gazetą i zaraz zaczęła czytać. - Skandal towarzyski – w jej głosie słychać było ekscytacje pomieszaną z niedowierzaniem – to tytuł. Któż by się podziewał, kto to mógł przewidzieć, jednak to prawda – czytała nic nieznaczące słowa jakiegoś dziennikarzyny – jak donoszą nasi tajni informatorzy…

- Błagam cię dziewczyno, przejdź do rzeczy - było chłodno, a Nuria nie lubiła zimna.

- Egon Hasting zerwał zaręczyny z Elizabeth Herbert i podobno ma się pobrać – jeszcze bardziej przyciszyła głos - z Dalią. Dalią Black - wyrzuciła siebie w pełnej konspiracji, tak jakby nie czytała codziennej gazety a czyjś skradziony pamiętnik.

- Co takiego – Nuria wybałuszyła swoje i tak wielkie oczy – nie wierzę. A to lisica, ha! Kto by pomyślał. Jak ona to zrobiła – mówiła do siebie.

- Pewnie jest z nim w ciąży! - w głosie młodej kobiety słychać było absolutną pewność.

- Hah – zaśmiała się krótko – nie rozśmieszaj mnie. Ciąża nie ciąża… Jakiś bękart byle aktorzyny - bez urazy - nie mógłby być powodem zerwanie zaręczyn, nie z jedyną dziedziczką majątku hrabiego Montgomery.

- Co więc?

- Nie mam pojęcia – hiszpanka wzruszyła ramionami. - Może miłość - prychnęła zaraz. Niedopałek papierosa spadł na ziemię by za moment dokonać żywota pod zbyt wysokim, jak na wszelkie standardy, obcasem. – Wieczorem macie spotkanie z nowym sponsorem teatru – zmieniła temat udając przed nią, że wcale jej to nie ciekawi - jeśli chcesz wypaść lepiej niż ta lisica Black musimy jak najszybciej skończyć twój strój.

- Yhmm – Silvia pokiwała potulnie głową wciąż wpatrując się w gazetę z niedowierzaniem.

Jakiś czas później

Nuria Sofia Romero stała przed wielkim lustrem w pokoju, który zajmowała od czasu, gdy przybyła do siostry – Lady Aston. A trzeba zaznaczyć, że mieszkała tu już ponad pół roku i nic nie zapowiadało szybkiego powrotu do jej rodzinnego kraju.
Młoda Hiszpanka oglądała jak leży na niej najnowsza sukienka jej projektu. Zajmowała się bowiem hobbystycznie projektowaniem ubrań w małej, należącej do niej pracownie krawieckiej w której powstają najpiękniejsze i najoryginalniejsze stroje jakie widziało Hostings Hall. Stroje nie zawsze do końca przyzwoite i przystające do obowiązujących, nudnych trendów.

- I co o tym sądzisz? – z uśmiechem na ustach zwróciła się do Lisy, jednej z krawcowych, które zatrudniała.

- Nie sądzisz, że ta suknia jest trochę zbyt odważna?

- Nie – odpowiedziała krótko wyraźnie zadowolona z efekty końcowego ich wspólnej pracy.

- Ale ten dekolt z przodu i na plecach – starsza kobieta przyglądała się jej z niepewną miną – no i jeszcze kolor. Czerń niekoniecznie pasuje na zaręczyny.

- Sądzę, że na te zaręczyny jak najbardziej. I nie chodzi mi tu bynajmniej o nazwisko szczęśliwej narzeczonej – uśmiechnęła się kącikiem ust.

- Jak chcesz – Lisa machnęła ręką i ruszyła do wyjścia.

- Dziękuję – rzuciła, gdy kobieta chwytała już za klamkę. Widząc jej nieco zdziwioną minę dodała – za skończenie sukienki na czas i za to, że jesteś jedyną krawcową, która potrafi szczerze powiedzieć, co o mnie myśli.

Drobna szatynka, której włosy poprzetykane były już siwizną uśmiechnęła się łagodnie. – Mówię tylko o stroju, nie o tobie. Przecież wiesz, że jesteś piękna, a ja jestem stara i nie znam się na tym co teraz się nosi. Ja po prostu umiem szyć. Baw się dobrze – puściła oko i wyszła.
- Po to tam idę – rzuciła za zamykającymi się drzwiami po czym zaczęła robić makijaż.



Jej wejście do sali bankietowej nie umknęło spojrzeniu ciekawskich oczu. Nie obyło się też bez cichutkich komentarzy, których nadawcy sądzili zapewne, że ich zachowanie jest niezauważalne.
Nuria już dawno przestała się przejmować tym, co o jej wyglądzie, życiu i zachowaniu myślą inny. Najmłodsze, najbardziej rozpieszczane dziecko szanownego, hiszpańskiego rodu Romero było jednocześnie czarną owcą w rodzinie.
Zajęła wyznaczone miejsce za stołem przy którym siedziała już jej siostra i kilka innych z pozoru nudnych dam.
Bawiąc się prawie już pustym kieliszkiem czerwonego, półsłodkiego wina obserwowała zgromadzonych gości, z których większości nie znała, innych kojarzyła tylko z widzenia.
W końcu pojawili się i oni Egon w towarzystwie swojej nowej narzeczonej, aktorki Dalii Black.

- Zabawę czas zacząć – szepnęła pod nosem opróżniając kieliszek. – Lady Aston obdarzyła ją ostrzegawczym spojrzeniem.
 
__________________
"You may say that I'm a dreamer
But I'm not the only one"
Vivianne jest offline  
Stary 20-03-2012, 00:16   #4
 
Postać w twoim umyśle's Avatar
 
Reputacja: 0 Postać w twoim umyśle nie jest za bardzo znany

Stuk podkutych kopyt dźwięczne łomotał w wąskiej miejskiej alei. Bryczka ciągnięta przez dwa imponujące rumaki w dość szybkim tempie mknęła ulicami miasteczka. Stary woźnica prowadził jednak ze spokojem a konie reagowały nawet na najmniejszy ruch lejcami. Obok woźnicy siedział elegancko ubrany mężczyzna i w milczeniu obserwował szykujące się do snu miasto.

Sprawnie mijali rynek gdzie kupcy pośpiesznie zwijali swoje stragany, galerie zamykane przez sklepikarzy oraz robotników wracających do swoich domów ciężkim dniu w pracy.

- Zwolnij! – powiedział w końcu mężczyzna do woźnicy kiedy mineli ostatnie budynki a przed nimi pojawił się spokojny podmiejski krajobraz. Woźnica delikatnie powściągnął lejce. Konie posłusznie zmieniły tempo.
- Nie spóźnisz się pan? - Zagadnął woźnica.
- Godziny wyznaczonej nie ma. Znając zwyczaje możnych sami przybędą po czasie. Taka już ich szlachecka natura że przygotowania niż same ceremoniały dłuższe.
- Skoro tak… Coś pan taki markotny bez entuzjazmu? Przecież taki wspaniały bal się szykuje!
- Jakie balety to dopiero widać będzie... – odparł krótko mężczyzna.
- A jak ma być? Wyszukane jadło, wyborne napitki i pikne kobitki! – zażartował starzec.
- Co prawda to prawda drogi panie, co ma być to się stanie. – otrząsnął się z zamyślenia mężczyzna.

W takiej oto przyjemnej atmosferze droga minęła niezwykle szybko. Nim rozpalające nieboskłon na czerwono słońce zdążyło się schować za horyzontem, zjawili się na dziedzińcu Hastings Hall.
 

Ostatnio edytowane przez Postać w twoim umyśle : 20-03-2012 o 23:56.
Postać w twoim umyśle jest offline  
Stary 20-03-2012, 12:18   #5
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 17020 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Isobel przeciągnęła się w pościeli i przymknęła powieki, żeby zgasić blask popołudniowego słońca, która przedarło się przez nieszczelne zasunięte zasłony.

Jedwabna pościel - cudownie miękka i śliska - miło pieściła jej skórę. Isobel uwielbiała to doznanie, którego nigdzie poza łóżkiem w jej pokoju w Hastings Hall, nie udało się jej powtórzyć. Może to kwestia tutejszej wody, może rodzaju materaca, może sposobu prania… Tutejsza pościel zbierana do łóżka w innym domu natychmiast traciła swoje właściwości.

„A może to nie pościel?’ – pomyślała dziewczyna – „Może chodzi o to poczucie, że jestem u siebie.. w domu”.

Hastings Hall.. tyle wspomnień… pierwsza miłość, pierwszy seks, pierwsza fascynacja, pierwsze zachłyśnięcie emocjami, kiedy adrenalina zalewa żyły, pierwsze mroczne doznania. Isobel przeciągnęła się ponownie, zadowolona.

Tak, była u siebie. Ostatnie miesiące – miłe, acz nieco męczące – spędziła w Paryżu i Berlinie. Wspomniał przelotnie Henri Désiré Landru, którego śmierć była dla niej przykrym przeżyciem, wstrząsem, można nawet powiedzieć. Za to wystawa jej mrocznych prac w Berlinie spotkała się z nadzwyczaj dobrym przyjęciem… Popularność na tej niwie nieco zaskoczyła samą Isobel.

Obróciła się na bok i popatrzyła na leżącego obok mężczyznę.

Prześcieradło zsunęło się, odsłaniając rozbudowana klatkę piersiową i mięśnie mocno zarysowane pod opaloną skórą. Isobel sięgnęła po leżący przy łóżku szkicownik i kiloma szybkimi ruchami naszkicowała nagie ciało.



- Wstawaj, Will – powiedziała – Mój brat czeka. I ta mała aktoreczka też.

Mężczyzna otworzył oczy i przyciągnął ją do siebie. Przez chwilę przyjmowała pieszczoty, a potem odepchnęła jego niecierpliwe ręce.

- Muszę się przygotować – powiedziała wysuwając się z łóżka. Naga przeszła do przylegającej do pokoju łazienki.

----
Isobel, uwieszona na ramieniu Willa ubranego w doskonale uszytu surdut o nieco zbyt casualowym jak na taka okazje kroju, popijała szampana, kiedy Egon z Dalią pojawiali się w wejściu. Puściła ramię mężczyzny i podbiegła do brata. Krótka sukienka, prawie całkowicie odsłaniająca uda, zawirowała na jej biodrach.

- Jakie to cudowne, Egonie! – zawołała, zrzucając się ma na szyję – tak się cieszę!

Pocałowała go w policzek a potem wzięła Dalie za rękę.

- Moja kochana .. – powiedziała – Chyba możemy przejść teraz na ty, prawda? Zostaniesz moją siostrą. Och! Zawsze marzyłam, żeby mieć kogoś, z kim mogłabym dzielić wszystkie sekrety.. To takie podniecające. – uściskała Dalie – Opowiedz mi teraz wszystko. Wybrałaś już suknię? Gdzie będzie przyjęcie? Czy mój brat jest dobry w łóżku? Żartuję, żartuje oczywiście… - dodała na widok zaskoczenia w oczach dziewczyny. - Na pewno postanowiłaś zachować dziewictwo do ślubu. Egon to taki szczęściarz!
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji

Ostatnio edytowane przez kanna : 20-03-2012 o 12:21.
kanna jest offline  
Stary 20-03-2012, 14:14   #6
 
Arslan's Avatar
 
Reputacja: 61 Arslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodzeArslan jest na bardzo dobrej drodze
Cholerne kolano myślał Alex, obserwując spod opuszczonych powiek stojących tu i ówdzie w pomieszczeniu gości. Gości przybyłych na ten cyrk dla ubogich. Ubogich, choć był pewien że status materialny każdego z przybyłych wcale, wcale nie był ubogi. Sternau siedział bawiąc się swoją laską, co do której jego niechęć równała się potrzebie jej posiadania i używania. Przedmiot ten bardzo przez Sternau’a w sumie lubiany, wykonany był z najwyższą starannością. Mahoniowa część główna, z głowicą wykonaną ze srebra w kształcie końskiej głowy.
Robiło to wrażenie nawet na wszelkiej maści snobach. Choć w gruncie rzeczy Sternau miał to gdzieś. Dodatkowo przedmiot ten miał pewną zabójczą tajemnicą w swym wnętrzu, choć Alex miał nadzieję że nie będzie miał potrzeby jej ujawniania, ani z niej korzystania. Profesor Archeologii, i doktor biblista w jednym, z nutką ironii i lekką pogardą na snobistycznego towarzystwa z którym miał pewną nie przyjemność przebywać. Zastanawiał się co w tym gronie robi jego dobry Znajomy Thor Hastings. Wszak miał o nim lekko lepsze zdanie. Sternau zastanawiał się cóż to mógł wymyślić Egon, i jakiż to nietakt w stosunku tej panny z dobrego domu mógł popełnić. Osobiście uważał to wszystko za sprawy o nie szczególnie wielkiej wartości, ale lubił obserwować. Przyglądać się reakcjom. Patrzeć na to jak dobre maniery i to co wypada brało górę nad tym co dany człowiek czuje. Wyczuwał w jego odczucie trochę napiętą atmosferę w związku z postępkiem Egona. Osobiście uważał iż najważniejsze jest szczęście młodych, ale jak mu się zdawało zgromadzeni goście mieli to głęboko, aby tylko manierom było za dość. Idiotyczne czasy. Alex przyglądnął się siedzącemu obok Ramseyowi. No, przynajmniej on wyglądał na osobą która wie czego chce, i ma ustalony przez siebie sposób patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Wygląda jakby się co najmniej z Hastingsem miejscami zamienili, ale przynajmniej jest w tym szczery. Nie udaje kogoś kim nie jest. Przynajmniej nie robi za jakiegoś świętoszkowatego gamonia. Świadom jest swej wartości, choćby tylko we własnym mniemaniu - myślał Alex - Póki Thor nie zejdzie z nieba na ziemię, spróbuję do niego zagaić. Zobaczymy co to za delikwent.
- Panie Ramsey, jak się pan miewa. Odpowiada panu brytyjski klimat ? Jak pan sądzi że tak sobie za pozwoleniem pozwolę spytać, dojdzie do skutku ten ślub czy nie. Wszak okoliczności są dość osobliwe.
-Klimat odpowiadać... musi. W końcu się w nim wychowałem. A co do ślubu. Średniowiecze minęło bezpowrotnie. Nikt mieczem nowożeńców do ołtarza popychać nie będzie. A i ojcowskie błogosławieństwo straciło swą moc.- Ian łyknał nieco sherry i kontynuował wypowiedź.- Nie znam tej... panny Black? Nie znam także okoliczności tak nagłej zmiany decyzji Egona, więc wszelkie przewidywania byłyby jedynie wróżeniem z fusów, nieprawdaż?


Sternau rad był swej oceny Ramseya. w gruncie rzeczy przynajmniej po części zgadzał się z jego zdaniem. Co więcej był zdziwiony iż Ramseya lordowskie dupsko wykazywało taką dozę zdrowego rozsądku. Suma sumarum było to jednak coś, co i Sternau’a zaskakiwało jak i zadowalało.


- Co prawda to prawda - łyknął odrobinę szkockiej - Wszak to jednak lordowie, hrabiowie czy co tam jeszcze. I trochę to taka kwaśna w mej ocenie sytuacja. Wszak Egononowi kto inny był przypisywany. Zastanawiam się tylko czy sam zainteresowany był tego świadom.

Sternau parsknął śmiechem po czym dopił swoja szklaneczkę i rozmasował zbolałe kolano

-Na pewno. Sądząc po całej tej sytuacji.- stwierdził dość krótko Ian spoglądając na kielich z sherry.


Na twarzy Sternau’a pojawił się lekko skrzywiony uśmieszek. Wyczuł że to prawdo podobnie już koniec pogawędki z Ramseyem. Z głową na karku, ale i tak nadęty bufon -pomyślał. Ciekaw był tylko czy pozostali będą równie nadęci jak balony przed pęknięciem, oraz kiedy to pojawią się gwiazdy dzisiejszego tego cyrku dla ubogich. Wyrodny synalek Egon i ta panna z ludu. Nie dane mu było za długo czekać. Drzwi do Sali w której był otworzyły się i stanął w nich kamerdyner, jak on tam miał na imię. Wilkins czy jakoś tak. Z kamienną twarzą godną niemal twarzy mistrzów pokera zapowiedział wejście gwiazd dzisiejszego wieczoru. Jest i paniczyk Egon. Zadowolony jakby mu ktoś w kieszeń napluł. I z czego się tu cieszyć. Z tego ślubu przecież jeszcze kupa smrodu wyjdzie – pomyślał w duchu Sternau. Choć w sumie tych bufonów takie rzeczy raczej pewnie nie wiele interesują. Nie ważne jak mówią grunt by mówili.
Egon wyglądał wcale nie źle. Ten błysk w oku, ten uśmiech, ta bijąca z jego oblicza pewność siebie. Nooo mógł się podobać kobietom, mógł. Alexander musiał to przyznać. A ona. Aktorka, ale w tym towarzystwie to jednak trochę szara gąska. Ciekawe czy wie ona na co się pisze. Że wleźć w tę rodzinkę, jeszcze za dziedzica to jak wdepnąć w bagno, które pochłonie, prędzej czy później. Choć w sumie raczej dobrze jej z oczu patrzy.
Sternau przyglądał się parze, cały czas bawiąc się rączką od laski
 
__________________
Hakuna Matata, jak cudownie to brzmi ...

Ostatnio edytowane przez Arslan : 20-03-2012 o 15:30.
Arslan jest offline  
Stary 20-03-2012, 17:24   #7
 
Maura's Avatar
 
Reputacja: 31 Maura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodzeMaura jest na bardzo dobrej drodze

- Doris? Doris! Dooooris! - pulchna, brzydka okularnica w przyciasnym tweedowym żakiecie na atłasowej bluzce i w spódnicy, która z pospiechu przekręciła się jej na biodrach, sapiąc jak parowiec na Tamizie pruła ludzką ciżbę na Ormond Street. Dopadłszy swojej ofiary, poprawiła kapelusz, który demonstrował lekceważenie dla praw grawitacji i uczepiła się rękawa szczupłej, wysokiej pannicy w sukni wieczorowej Paula Poireta, zupełnie niestosownej na to miejsce i porę. W dodatku pannica niosła w ręku buty na obcasie, idąc londyńskim chodnikiem boso! Przez ramię przerzuciła wieczorową torebkę, minę miała zaciętą i gniewną, a jej nienagannie uczesane niegdyś włosy, teraz były w zupełnym, okropnym nieładzie.
- Gdzieś ty była, Doris Eleanor Margaret Peel! Jak ty wyglądasz? Z kim żeś ty była, co? Dopiero wracasz do domu? Jest dziesiąta trzydzieści!
- Zamknij się, Plum – dziewczyna z wściekłą miną zatrzymała się na postoju taksówek i uniosła w górę dłoń.- A może zaczęłaś pracować w Manchester Guardian? Przeprowadzasz ze mną jakiś cholerny wywiad?

Czekając na taksówkę zaczęła szukać w torebce papierośnicy. Wyciągnęła z niej wąskiego, wytwornego papierosa i zapaliwszy go zapalniczką, zaciągnęła się łapczywie. Była w niej jakaś dzika gracja, a zarazem cynizm; gdy jakiś mężczyzna minął ich z ostentacyjnym gwizdem, gapiąc się na bose nogi panny, ta rzuciła mu tylko:
- Akwizytor pończoch? Poproszę dwie pary.

Potem odwróciła się do pulchnej przyjaciółki. Mary Bennet, jedyna córka Herberta Fishera, przewodniczącego Rady Edukacji, nosząca stosowne do swego wyglądu przezwisko, była wyraźnie zmartwiona. Doris poklepała ją po ramieniu, wypuszczając z umalowanych ust chmurę dymu i jednocześnie otwierając sobie sama drzwi taksówki, mimo, iż kierowca, widząc damę w kreacji wartej tyle, co dwie jego miesięczne pensje, z entuzjazmem pofatygował się w tym celu.
- Nic mi nie jest, Doris, po prostu zepsuł mi się ten cholerny samochód, gdy wracałam z urodzin Williama Beckforda. Szłam półtorej mili pieszo, narobiłam sobie odcisków i jedyne o czym marzę, to kąpiel i...
- Byłaś na urodzinach tego.. tego...- zająknęła się dobroduszna Plum.
- Masz na myśli to, że preferuje towarzystwo mężczyzn w sypialni? Przynajmniej obecne na kolacji damy były bezpieczne – Doris Peel, jedyna córka Williama Roberta Peela, wicehrabiego i ministra ds. Indii w rządzie Lloyda Georga, Bonnara Law i w końcu Stanleya Baldwina, nie wydawała się wcale stropiona.- Poza tym Willie jest czarującym mężczyzną, gra świetnie w szachy, ma kolekcję wodnych fajek z całego świata i umie recytować poematy Tennysona, pływając w swoim basenie...
- Nago?- jęknęła ze zgrozą Plum.
- Nie, w smokingu- Doris rzuciła papieros na ulice i wsiadła do taksówki.
- Zaczekaj, Doris! To prawda, że wybierasz się do Hastings Hall z lady Alice?
Ciemnowłosa dziewczyna przyjrzała się jej z westchnieniem.
- Nie, nie Manchester Guardian. Daily Mirror. Przyznaj się, pracujesz dla nich?
- No wiesz... - mina jasnowłosej Mary, typowej Angielki o nieco końskiej szczęce i grubych kościach, była pełna żalu- Drwisz ze mnie, Doris?
- Jakżebym mogła. Jesteś słońcem mego dzieciństwa, Plum i jedyną ostoją prawdziwego angielskiego honoru i niewinności w tym podłym i zakłamanym świecie. Nie, nie jadę z Alice. Gorzej. Jadę z Walterem.
- Co? Jesteś teraz z Walterem?- niebieskie oczy Plum omal nie wyszły z orbit.
- Nie, Plum. JADĘ z Walterem. Mój samochód jest zepsuty, kopnął w kalendarz, wyciągnął kopyta, pojmujesz? Walter podwiezie mnie do Hastings Hall, bo zupełnie przypadkowo też tam się wybiera. A teraz żegnaj, Śliweczko.

Drzwi zamknęły się, taksówka ruszyła, zostawiając dziewczynę w tweedach oszołomioną i pełną niepewności. Och, jakby ona chciała być taka jak Doris! Taka pewna siebie, taka dumna, taka wygadana, taka zawsze w... w pępku świata! Kręcili się wokół niej wspaniali mężczyźni i wcale nie chodziło o pieniądze. Mary Bennet tez miała pieniądze i co? Jedynym kandydatem do jej ręki był doktor Norman Bethune, z wąsikiem jak nieżywa gąsienica... a Doris? Doris miała wszystko. 8 litrową limuzynę Bentleya, sławę największej gorszycielki Londynu, kochanki księcia Hohenzollerna, muzy grupy Bloomsburry, przyjaciółki Wirginii Wolf, była recenzentką "The Times Literary Supplement", autorką całkiem niezłego tomiku wierszy, jeździła konno, latała jakimiś straszliwymi samolotami i krążyły plotki, że jest ateistką i w zupełności popiera teorię Darwina!
Mary Bennet westchneła i ruszyła z powrotem ulicą, zaciskając w dłoniach torebkę. Dzień był całkiem chłodny. W pończochach poszlo oczko. Dwa funty para... musi koniecznie pomówić z subiektem w sklepie Walleya i Bricksa. ..
Pachniało kwiatami. Może to był zapach perfum Doris?
Kto wie...


Na szczęście nie było nikogo, kto by jej powiedział, że wygląda niemożliwie. W bryczesach, wysokich oficerkach, białej koszuli i męskim krawacie- jedwabnym, za 30 funtów, ale jednak krawacie- Doris wyglądała nieco ekscentrycznie. Co najmniej ekscentrycznie. Nie był to strój na bal, na ślub, ani nawet na przyzwoite przyjęcie wśród przyzwoitych ludzi. Siedząc w wozie Waltera i popijając kawę, kupioną w przydrożnej knajpce, z zaciętą miną przyglądała się krajobrazowi za oknem.
- Zrobili mi zdjęcia, jak wychodziłam z domu, jak szłam chodnikiem i jak wsiadałam do twego auta. Jesteś pewien, że żaden cholerny pismak nie siedzi w twoim bagażniku, Walt?

Jej głos był niby cyniczny, ale brzmiała w nim nuta niewesołego znużenia. Spała źle, miała za sobą rozmowę z ojcem, atak rozszalałych reporterów, wrzeszczących „ Czy sir Robert Peel poda się do dymisji, panno Peel? Jak się pani czuje, niszcząc karierę polityczną szlachetnego człowieka swoimi plugawymi romansami, panno Peel?”. Nieco odmiany wprowadził człowiek z „Daily Mirror”, który na widok tak ubranej Doris, w dodatku z gołą głową i goglami na ciemnych włosach, rzucił podekscytowany: „Leci pani samolotem na ślub Egona Hastingsa?” ”Nie, płynę kajakiem razem z reprezentacją Oxfordu”, odparła, a wtedy na szczęście nadjechał Walter i rozpoczęło się szaleńcze fotografowanie zamykających się za Doris drzwiczek i całej reszty.
- Już wyobrażam sobie te nagłówki, Walterze... Przepraszam...- mruknęła smętnie, siorbiąc swoją kawę i gapiąc się na wiejskie domki, które mijali w drodze.

Rolls-Royce Twenty nie był wprawdzie tak odstawiona limuzyną, jak starszy kilkanaście lat Silver Ghost, jednak Walter lubił swój samochód. Nie uważał, jak wielu innych, że dobry wóz to taki, który ma dodatkowego szofera, natomiast jaśnie państwo zajmują miejsce z tyłu. Reszta stanowiła dodatek. Zresztą byli również tacy, którzy niespecjalnie garneli się do techniki przedkładając stateczną bryczkę nad coś, co jeździło od czasu do czasu wystrzeliwując z rury wydechowej kłęby ciemnego dymu.


Jego samochód stanowił właściwie krzyk mody, dopiero niedawno wchodząc do produkcji na terenie manchesterskich zakładów Rolls-Royce'a. Sprawował się dobrze, doskonale trzymał drogi oraz nie zawodził. Także teraz, kiedy praktycznie podjechał pod nos lady Peel prawie najeżdżając na odciski reporterowi, który nachalnie próbował nagabywać wicehrabiankę, córkę szanowanego ministra. Otwarł drzwiczki, zaś ona szybko usadowiła się w środku. Cyknęły reporterskie flashe, lecz ich wołanie: „lady Peel”, „panie hrabio” zostało za samochodem. Reporterzy nie mogli nadążyć za pojazdem gnanym ponad trzylitrowym silnikiem, który zapewniał mu zawrotną prędkość powyżej stu kilometrów na godzinę.
- Nagłówki byłyby tak, czy siak, Doris – od poprzedniego spotkania w Bath mówili sobie po imieniu. - Nie sądzę, żeby tamci odpuścili, szczególnie, że widzieli nas na balu wydawanym przez premiera. Teraz zaś znaleźli potwierdzenie. Interesujące.

Luźna, niezobowiązująca rozmowa trwała jeszcze trochę. Miasto zamieniło się wreszcie w przedmieścia, te zaś w zwykły wiejski krajobraz. Pola poprzecinane wstęgami rzek, plamami sadów, plackami kwiecistych łąk.
- Czy znasz kogokolwiek z tamtej rodzi … - nie dokończył. Pies, który nagle wyleciał na drogę przypominał raczej cielaka. Moment niepewności. - Jasny! - Walter dał po hamulcach skręcając gwałtownie w bok. Co robić? Samochód niczym rumak przeskoczył niewielki rów pakując się na jaki ugór wśród pasących się krów, gdzie wzbudził przestrach, potem zaciekawienie. Muczeniem dały znać automobilistom, że nie tolerują rozjeżdżania im smacznej koniczynki.

- Szlag, szlag, szlaaaag! - jęknęła dziewczyna, która jak na dzikim rodeo poleciała najpierw w przód, na szybę limuzyny, na kubek z kawą, kawa na nią, obie razem na podłogę, by w końcu opaść na siedzenie. I po wystudiowanym stroju, którym miała ochotę zaszokować Hastingsów i resztę gości. W dodatku czuła, jak boli ją skroń- przy swojej delikatnej skórze pewnie nabawiła się siniaka.
- Co to było, Walt? Przejechaliśmy jakiegoś reportera? Cholera, dobrze by było...- kawa na szczęście była ledwie letnia, a teraz uda Doris lepiły się od ciemnej słodyczy, tak samo brzuch i piersi pod białą koszulą. Na szczęście miała w co się przebrać.
Skrzywił się.
- Reportera niestety nie, za to mało co nie oberwałaby tamta krasula - wskazał na krowisię, która przeżuwając właśnie kawał lucerny patrzyła na nich niesmacznie. Potem odwróciła się i dumnie mucząc odsunęła się na ile jej tylko łańcuch pozwolił.
- Nie poparzyłaś się? - zmartwił się patrząc na dziewczynę.
- Nie... tylko mój galowy strój dzisiejszy diabli wzięli- wyznała smętnie, patrząc po sobie- A chciałam pokazać, że mam wszystko gdzieś... mieliby jeszcze jeden powód do gadania. A tak... przebiorę się potem, jedźmy. Będę musiała włożyć normalna, wieczorową kieckę...
- Cóż, przykro mi, ale sądzę, że będziesz jedyną osobą, która będzie narzekać na ten stan rzeczy - uśmiechnął się manewrując samochodem pomiędzy zwierzakami. Próbował się wydostać na powrót na drogę. Wreszcie mu się udało, choć silnik zawył na wysokich obrotach protestując przeciwko terenowemu szlakowi, do którego Rolls nie był przystosowany. Jednak trwało to dosyć krótko. Samochód znowu dostał się na drogę, gdzie furcząc potoczył się do Hastings Hall.

Zdążyła się wykąpać, przebrać, wysuszyć niesforne pukle włosów o barwie „letnich, brązowawych traw na popielatej łące”, jak niegdyś opisał je jeden z lirycznych przyjaciół. Doris Eleanor Margaret Peel, 23 letnia panna, skandalistka, początkująca poetka, muza malarzy z grupy Bloomsburry, przyjaciółka Wirginii Wolf i czarna owca w rodzinie, felietonistka w "Times Literary Supplement" i domniemana kochanka Oskara Pruskiego- pomyślała gorzko, przeglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Czarna suknia, dwuczęściowa, ukazująca nagi brzuch, z rozcięciem na udzie, zmyślnie ukrytym w jedwabnych fałdach, ze skromnym dekoltem i - niespodzianka- nagimi plecami. Oto cała ja, jaką mnie widzą inni. Jakże się mylą...


Zapaliła papierosa i ruszyła ku sali, w której miał czekać na nią Walt, a gdy go ujrzała, w towarzystwie zapewne czcigodnego dżentelmena i jakiejś damy, uśmiechnęła się po swojemu; nieco chochlikowato i smętnie.
- Helou, Walt.
I pamiętając o obietnicy danej ojcu, cmoknęła go niezobowiązująco w policzek.
Przedstawienie się zaczęło, pomyślała.

// We współpracy z Kellym.
 
__________________
Nie ma zmartwienia.

Ostatnio edytowane przez Maura : 20-03-2012 o 18:08.
Maura jest offline  
Stary 20-03-2012, 17:34   #8
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Samochód wytrzymał. Zresztą właśnie takiego obrotu sprawy mógł się spodziewać po firmie Rolls-Royce. Właściwie znał nawet jednego spośród założycieli, Sir Fredericka Royce'a, baroneta of Seaton, który niejednokrotnie odwiedzał instytuty badawcze Oxfordu. Walterowi imponował ten starszy pan, niezwykle energiczny oraz skromny, a przecież jeden z największych angielskich biznesmenów i wyjątkowo szanowany człowiek, oficer orderu Najwspanialszego Imperium Brytyjskiego. Nic więc dziwnego, że kiedy decydował się na zakup samochodu, wybrał właśnie pojazd tej marki. Nie chciał jednak potężnego Silver Ghosta, lecz nabył lżejszy, szybszy oraz zwrotniejszy model Twenty. Teraz nie żałował swojej decyzji, gdyż Silver Ghost, pomimo całej swojej reprezentacyjności, albo właśnie dzięki niej, był stosunkowo ciężki. Tymczasem Twenty posapując, powarkując bez większych problemów potoczył się po ugorze manewrując pomiędzy krowami, przedostał przez chaszcze oraz przejechał niewielki rów oddzielający pole od drogi.

Po stłuczce spóźnili się jednak nieco. Obawiając się takich niespodzianek, jaka spotkała ich wcześniej, Montagu zwolnił nieco i dlatego przybyli trochę później, ale za to bez większych przygód. Niemniej jednak, kiedy przydzielono im pokoje w Hastings Hall, Walter zajął się szybko swoimi przygotowaniami, lecz Doris, jak to kobieta, miała znacznie więcej spraw do: poprawienia, ustawienia, zatuszowania, przerobienia, wygładzenia itp. itd. Nie wiedząc ile to potrwa, Montagu wyszedł na główną salę stając przy jakiejś nieznajomej parze: młodym mężczyźnie w oficerskim mundurze oraz towarzyszącej mu blondynce o miłej twarzy. Skinął jeszcze młodemu Hastingsowi poznanemu na Oxfordzie, wszakże wydawało się, iż był on zajęty rozmową z nieznajomym mężczyzną, toteż nie planował mu specjalnie przeszkadzać. Natomiast co do innych, cóż właściwie nie lubił się pakować nikomu w rozmowę, ani nie był zbytnio błyskotliwym dyskutantem. Pewnie dlatego miał opinię nudnawego gościa, którego interesują głównie silniki.
- Państwo pozwolą – przedstawił się, postanawiając nawiązać jednak rozmowę z ową parą stojącą obok. Jakby nie było, stać tak wgapiając się prosto w środek komnaty nie było sensu, za to chętnie nawiązałby nową, miłą znajomość. - Państwo pozwolą – powtórzył – Walter Montagu – przedstawił się całując dłoń dziewczyny oraz podając rękę oficerowi do uścisku.

- Witam. Jestem George Roberts, zaś ta dama to moja siostra Helena - dziewczyna patrzyła nieco przestraszona na nowego rozmówcę i dopiero kiedy jej brat odchrząknął znacząco ukłoniła się nieco niezgrabnie i uśmiechnęła się nieco. Oj, ile czasu zajęło jej bratu, młodemu porucznikowi lotnictwa, przygotowanie swojej jedynej siostry do pokazania jej wśród wyższych sfer. Przez niemalże ostatni tydzień nic innego nie robił tylko uczył ją manier, odpowiednich ruchów i jak wysławiać się w towarzystwie ale jakby nie dość tego, to musiał jeszcze ślęczeć nad doborem stroju pasującego do tak wyrafinowanego towarzystwa. Niczego z tego nie uczono ich w dzieciństwie, pochodzili przecież z ludu, a on musiał się do tego przyzwyczaić i teraz całą wiedzę przekazywał następnemu członkowi rodziny.
- Helena może się wydawać na nieco przestraszoną, ale w końcu to jej debiut, że tak powiem.


- Roberts, Roberts, Roberts – hrabia powtórzył kilka razy nazwisko, jakby szukał w pamięci jakiegoś faktu, lub starał sobie przypomnieć. - Roberts, hm, podczas wojny słyszałem o George'u Robertsie, a raczej nie tyle słyszałem, co czytałem w biuletynach wojskowych.
Było niewątpliwie to prawdą. Walter, jako żołnierz, miał dostęp do wojskowej prasy, jak każdy inny na podobnym stanowisku. Niejednokrotnie opisywano w niej wyczyny największych asów oraz bohaterskie akcje dzielnych patriotów walczących przeciwko Niemcom oraz Austriakom. Wśród nich niejednokrotnie przewijało się nazwisko Roberts. Montagu spojrzał na oficera pytająco, zarazem uśmiechnął się do nowo poznanej dziewczyny, jakby chcąc dodać jej ducha. Zaś uśmiech Waltera był, chociaż rzadki, naprawdę ciepły oraz wzbudzający sympatię.


Oficer kiwnął raz głową na potwierdzenie.
- Nadal służę królowi w lotnictwie, ale mierzwią mnie te ordery, które kazali mi nosić przy każdej okazji. Pan rozumie, posłużyłem dla armii, jako chodząca propaganda. Po co jednak rozmawiać o tym co było dawno? Jak panu podoba się tutejsze towarzystwo - Roberts rozejrzał się po sali, po czym wziął od przechodzącego kelnera dwa kieliszki szampana i jeden podał swojemu rozmówcy.

- Jak mi się podoba? - zastanowił się Montagu przyjmując kieliszek. Ciekawe, że Roberts nie wziął takiego dla siostry. Być może młoda dziewczyna nie przepadała za alkoholem, lub ze względów zdrowotnych nie mogła pić. Pytanie jednak dotyczące tej kwestii wydało mu się bardzo niestosowne, toteż udał, że niczego nie zauważył, tym bardziej, że panna Roberts nie wydała się zdziwiona postępowaniem braciszka. - Ciekawe pytanie. Nie znam tutaj niemal nikogo. To niemal oznacza Thorna Hastingsa, z którym utrzymuję względnie bliskie kontakty w Oxfordzie, gdzie obydwaj prowadzimy badania. Miałem okazję spotkać się jeszcze z pułkownikiem Bordonem - jakiś cień przybiegł przez jego twarz, jakby wspominał nieszczególnie miłe wydarzenie, lecz może to był jedynie przypadek, może cień ulżył się tak na twarzy Szkota? - Pozostali są mi raczej obcy, och, oczywiście poza moją towarzyszką, lady Peel, która jeszcze bawi na pokojach - wspomniał Doris, której nazwisko obydwoje rozmówcy musieli znać, jeśli czytywali jakiekolwiek gazety. Córka lorda Peela, ministra do spraw Indii była ostro obgadywana przez plotkarskie brukowce za swój teoretyczny romans z księciem Hochenzollernem. Cóż, kojarzył jeszcze Sir Iana, również Oxfordczyka, ale ponieważ zakresy ich zainteresowań nie pokrywały się, a sam uniwersytet jest ogromnie rozrzucony, nie przypuszczał, żeby widzieli się więcej, niżeli kilka razy na jakichś ogólnych zgromadzeniach uczelni, czy gdzieś na wieczorku, zaproszeni przez wspólnych znajomych. Sam sir Ian mógł go nawet nie kojarzyć wśród masy uniwersyteckich wykładowców.

- Pani Peel? - ożywiła się Helena. - Będę mogła poznać panią Peel?
- Spokojnie - odezwał się porucznik łagodnie, lecz stanowczo. - Na to przyjdzie jeszcze czas. Proszę jej wybaczyć ale Hel lubi czytać wiersze pańskiej towarzyszki, zaś ją znam tylko ze słyszenia, z plotek raczej, i tak jak siostra, z chęcią bym ją poznał. Tak się składa, że zna pan jednego z braci, ja się zaś przyjaźnię z drugim, który niewątpliwie będzie gwiazdą tego wieczoru. Nawet mnie zaskoczył tym posunięciem, zaś dotąd przed sobą nie mieliśmy tajemnic.

Montagu wrócił myślami do niedawnej rozmowy z lordem Thompsonem w londyńskiej rezydencji diuków Buccleuch. Wtedy właśnie dowiedział się o mezaliansie panicza Hastingsa.
- Słyszał pan może, że Egon Hastings się żeni – powiedział mu Thompson.
- Owszem, kiedyś obiło mi się o uszy, bodaj z hrabianką Mongomery, jeśli pamiętam. Spotkałem ją kiedyś zresztą w Bath odwiedzając siostrę – odrzekł Walter.
- Haha, czyli nie słyszał pan! - rzucił odkrywczo, niczym nowa teoria owego młodego Szwajcara Einsteina, które niedawno wstrząsnęło fizyką.
- To znaczy?
- Młody Hastings rzeczywiście się żeni, ale nie z panną Mongomery, ale z Dalią Black
! - podkreślił,Thompson jakby miło to jakieś szczególne znaczenie.
- Dalią Black? - niespecjalnie załapał Montagu.
- Właśnie, Dalią Black, tą właśnie.
Tyle, że nazwisko to mówiło Walterowi mniej niż tytulatura abisyńskiego cesarza.
- Wybaczy pan, więc co z tego?
- Ale drogi hrabio, to Dalia Black
– lord chyba nie wyobrażał sobie, że ktoś może nie znać tej kobiety.
- Niechaj się nazywa, jak chce – lekko poddenerwowanym głosem odparł Montagu. - Co to ma do rzeczy? Amerykanka pewnie jakaś – domyślał się.
- Narodowość nieważna, hrabio. Jesteś naprawdę pan pierwszym człowiekiem, który nie słyszał o tym mezaliansie. Ona jest aktorką.
- Aaa …
- Właśnie! Sam pan rozumie, że lord Hastins pewnie prędzej przefarbowałby włosy na niebiesko, niżeli cieszył się taką synową
...
Właśnie wtedy poznał całą sytuację, która ściągnęła do Hastings Hall wszystkich obecnych. Teraz usłyszał od niej właśnie od Robertsa, przyjaciela młodego Egona.

- Panno Roberts, sądzę że bez problemu spotka pani lady Peel, bowiem właśnie przygotowuje toaletę. Niestety mieliśmy po drodze niewielką stłuczkę i opóźniliśmy nieco przyjazd. Doris ma tutaj przyjść, kiedy będzie gotowa - wyjaśnił Walter podekscytowanej dziewczynie, która wzbudziła jego sympatię swoją naturalną, prostą żywiołowością. - Natomiast co do postępku pana Egona, cóż, nie znam sprawy, więc trudno mi oceniać, ale życzę wszystkiego dobrego. Jakby nie było, wiele osób będzie miało nieciekawą opinię na temat młodej pary, więc każde życzliwe słowa im się przydadzą. Inna rzecz, że nawet nie słyszałem o jego narzeczonej. To aktorka. Ponoć dobra, ale teatralna, filmowa? - zastanawiał się. - Hm, nie wiem - chciał jeszcze coś dodać, kiedy dostrzegł wchodzącą do sali lady Peel.
- Aaa – wyrwało mu się odruchowo. Lekko uniósł dłoń, na tyle, żeby nie stanowiło to faux pais, jednocześnie zaś wystarczająco, żeby zwrócić jej uwagę. Natomiast drugą ręką sięgnął na podłogę szukając własnej szczęki, która opadła mu półtora metra na dół, kiedy zobaczył piękną Doris ubraną w wyjątkowo seksowną oraz prowokującą suknię. Zjawisko niewątpliwie z gatunku tych, dla których eunuch przeklina swoją przypadłość, zaś homoseksualista doznaje gwałtownego nawrócenia. Jej spojrzenie lśniło, uroda wabiła, energiczny, lecz jakimś cudem przy tym płynny krok, zdradzał zdradzał wysokie pochodzenie, zaś odsłaniające niekiedy udo wysokie wycięcie sukni przyciągało męskie spojrzenia. Niewątpliwie lubiła królewskie iście wejścia i wiedziała, jak je odpowiednio zorganizować.

Walter jeszcze raz dał dziewczynie znak. Peel dostrzegła to i energicznym krokiem podeszła do oczekującej trójki. - Pozwól, że ci przedstawię - zgodnie z etykietą zaczął od oficera - George Roberts, wybitny pilot oraz jego siostra panna Helen Roberts. Państwo pozwolą, lady Peel - dokonał prezentacji obydwu stron.

//we współpracy z Ebonem Hawkiem
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 20-03-2012 o 17:42.
Kelly jest offline  
Stary 20-03-2012, 21:48   #9
 
Kiep_oo's Avatar
 
Reputacja: 12 Kiep_oo nie jest za bardzo znanyKiep_oo nie jest za bardzo znanyKiep_oo nie jest za bardzo znany
Sprężystym krokiem przemierzył jasno oświetlony hol londyńskiego hotelu Vertumnus i wyszedł na ulicę. Zmierch powoli zapadał nad Londynem, jednak mimo to wciąż było upalnie i duszno. Jason Joyce zapragnął już wrócić do chłodnego pokoju hotelowego i racząc się szklaneczką burbona zafundować sobie długą kąpiel. Poluzował uciskający go kołnierzyk i zbiegł po marmurowych schodach. Szofer już czekał paląc papierosa oparty o czarną karoserię samochodu.
- Dobry wieczór, panie Joyce - poderwał się i zgasił papierosa przydeptując go podeszwą buta. - Możemy już jechać?
Joyce kiwnął jedynie głową i wsiadł do samochodu zdejmując kapelusz, który spoczął na kolanach. Szofer ruszył i po chwili samochód mknął już londyńskimi ulicami.


- No i co pan powie panie Joyce? Skandal co? Taka arystokracja, taka rodzinka piękna i tu nagle młody dziedzic, kurwa jego mać, taki numer wywija - szofer zagadywał spoglądając raz po raz na twarz Joyce'a i uderzając palcami o kierownicę. - Ale szczerze mówiąc to panu współczuje. Nie wiem jak pan na tym balu wytrzyma. Wszyscy wystrojeni jak pawie, wszyscy śliczniutcy, pachnący i sztywni jakby im kto kij w dupę wcisnął. Aż rzygać się chce.
Przez twarz Joyce'a przebiegł lekki uśmieszek. Szofer był na swój sposób urzekający.
- Interesy drogi panie, interesy - odparł. - Nikomu tego nie życzę, ale co mogę poradzić? Są rzeczy, które po prostu trzeba przeboleć. Zgodzi się pan ze mną panie...
- Slade. Owen Slade. Bardzo mi miło - oderwał prawą rękę od kierownicy i podał ją Joyce'owi. - A ten cały skandal? Nic pan nie powie?
- Co mogę powiedzieć... Dla starych Hastingsów pewnie świat się zawalił, ale przecież przed nikim się nie przyznają, że coś ich gryzie. Będą robić dobrą minę do złej gry aż im, kurwa, bokiem wyjdzie to udawanie.
Szofer Owen zarechotał paskudnie i z kieszeni marynarki wyciągnął paczkę papierosów. Atmosfera znacznie się rozluźniła.
- Papieroska? - podsunął paczkę pod nos Joyce'a.
- A chętnie. Jednego zapalę - podziękował skinieniem głowy i zaciągnał się głęboko gdy szofer podał mu ognia. Przez chwilę jechali w milczeniu.
- Pan z Irlandii prawda? - zapytał po chwili Owen.
- Zgadza się. Z Belfastu. Ale uciekłem z tego bagna najszybciej, jak tylko się dało - odparł. - Rodzinę jakąś pan ma?
- Żonę. Włoszkę. I dwójkę bachorów. A pan?
Joyce uśmiechnął się półgębkiem.
- Nigdy jakoś nie myślałem o żeniaczce. Widzi pan, gdy całe swoje życie poświęca się interesom i pracy ciężko pogodzić jedno i drugie. Wie pan o czym mówię?
- Aż kurwa za dobrze. Czasami mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i mieć wreszcie święty spokój, ale kocham ją. I dzieciaki. Z drugiej strony wiem, że na starość nie będę sam. Zawsze jakieś pocieszenie, nie?
Joyce nie odpowiedział. Jechali w milczeniu, paląc. Po dziesięciu minutach drogi monumentalny budynek Hastings Hall wyłonił się zza drzew. Posiadłość robiła piorunujące wrażenie i choć Joyce nie pokazał tego po sobie poczuł bolesne ukłucie zazdrości. Jego dom na Long Island wypadał blado w porównaniu z rezydencją Hastingsów.
- No ale jedno trzeba przyznać. Dzieciaki może im się nie udały, ale chałupę to mają dobrą - powiedział szofer gapiąc się przez okno na Hastings Hall. - A pan? Gdzie pan mieszka tak w ogóle?
- Mam dom. Na Long Island - odparł krótko nie wdając się w dyskusję.
Kierowca najwyraźniej dobrze odczytał sygnał, gdyż podczas drogi nie zamienili już ani jednego słowa nie licząc zdawkowego pożegnania.


Atmosfera była bardzo napięta, co było z resztą typowe na tego typu przyjęciach. Joyce nie spodziewał się jakiejś szalonej rozrywki tej nocy, tłumacząc sobie to jako element swojej pracy. Często bywał na salonach i wszechobecna oziębłość stosunków nie stanowiła dla niego zaskoczenia. Obserwował gości i wychwytywał urywki prowadzonych rozmów, lecz nie zamierzał spędzić całego przyjęcia siedząc w fotelu i biernie przypatrując się pozostałym. Póki co zadowalał się miękkim fotelem i szklaneczką szkockiej z lodem.
Siedział w fotelu ze szklanką whisky w lewej ręce i papierosem w kąciku ust. Co pewien czas strzepywał popiół do kryształowej popielniczki stojącej na stoliku. Miał na sobie wspaniały smoking z obowiązkową czarną muszką i białą poszetką złożoną na kształt trójkąta. Uścisk kołnierzyka był nie do zniesienia jednak Joyce nie dawał po sobie poznać, że odczuwa jakikolwiek dyskomfort. Odpowiadał na delikatnie uśmiechy i skinienia głową.
Gdy kamerdyner Wilkins zapowiedział pana Egona Hastingsa i pannę Dalię Black w sali balowej zapanowało poruszenie. Wszyscy goście patrzyli na parę lustrując oboje przenikliwym spojrzeniem. Joyce'a nie specjalnie interesował gigantyczny skandal obyczajowy na angielskich salonach lecz po raz kolejny tego wieczora postanowił robić dobrą minę do złej gry. O wiele lepiej czuł się w towarzystwie szofera.
Dopił swoje whisky jednym dużym łykiem i ruszył w stronę gości.
 
Kiep_oo jest offline  
Stary 23-03-2012, 10:15   #10
 
F.leja's Avatar
 
Reputacja: 248 F.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie cośF.leja ma w sobie coś
Hastings Hall



Guy był, co tu dużo mówić, niepocieszony. Uważnie obejrzał sobie wszystkie obecne na balu damy i nie bardzo przypadły mu one do gustu. Same wyuzdane, cyniczne, modnie wyzwolone, kwaśne śliwki. A taką miał ochotę na coś słodko niewinnego. Zbliżał się niestety do końca listy smakowitych pokojówek. Lubił je brać w mało uczęszczanych korytarzach, których w Hastings Hall było pod dostatkiem. Najbardziej lubił te, które potem próbowały go unikać. Z lubością wyobrażał sobie jak płaczą.
Nie wszystkie się oczywiście nadawały. Ta przeurocza Sara Heap, na przykład - sprawiała wrażenie cichej i nieśmiałej, ale coś mu w niej nie pasowało. Nie wiedział jeszcze, co konkretnie ukrywała, ale miał wrażenie, że podawała się za kogoś kim nie jest. Ot, konundrum. Zawsze pozostawała jeszcze Anabell. Do tej pory dyskwalifikowała ją przeszłość, ale dziś wyglądała wyjątkowo uroczo. Czy to nie były jej urodziny?
Westchnął rozdzierająco i skrzywił się, mierząc wzrokiem obecne na sali kobiety. Jedną z niewielu, które przykuły jego uwagę była Robertsówna. Płoche stworzonko, przypominało mu jednak króliczka, a on z dziczyzny zdecydowanie preferował sarninę.
- A więc, Anabell - postanowił dopijając kieliszek wina i ruszył na poszukiwania kolejnego.


Dalia obserwowała uważnie wszystko wokoło. Nie czuła się bezpiecznie w tym domu. Praktycznie rzecz biorąc nie czuła nic prócz nienawiści. Bezsensowne trzebiotanie Isobel puszczała mimo uszu. Była tam też Lady Aston i jej młodsza siostra, takie do siebie podobne, a jednak tak różne. Hiszpanki także nie widniały zbyt wysoko na liście zainteresowań panny Black.
Zamiast wszystkich grzecznie przywitać i wyglądać nieśmiało i niewinnie, jak przystało na świeżo upieczoną narzeczoną, skupiła swoją pełną uwagę na Lady Hastings.
- Margaret - zdawała sobie sprawę, że zachowuje się impertynencko. Na dodatek uśmiechnęła się kwaśno. Szlachetnie urodzona dama o mało nie zapluła się szampanem. Egon nawet nie zauważył tej transgresji, był tak ślepo zakochany. Wszystko szło zgodnie z planem.


Thor czuł się wyraźnie nie na miejscu. Sprawy nie łagodził fakt, że Alessandro postanowił wprosić się na rodzinny bal. Obecność mężczyzncy bynajmniej nie działała kojąco na nerwy młodego człowieka. Miał ochotę zapaść się pod ziemię, był niemal pewien, że wszyscy wiedzą. Czuł się jak owca prowadzona na rzeź.
I jeszcze obok ten Joyce, Thor dobrze wiedział jakim typem człowieka jest amerykanin. Wyczuwał to na kilometr. Miał przecież niemal na codzień do czynienia z podobnymi mu jegomościami. Co on tu robił?


Elizabeth nie podniosła nawet wzroku gdy Willikins zapowiedział parę narzeczonych, za bardzo fascynował ją szpikulec do lodu, wystający z kubełka, w którym chłodził się szampan.
 
__________________
I don't mean to sound bitter, cold, or cruel, but I am, so that's how it comes out. ~~ Bill Hicks

Ostatnio edytowane przez F.leja : 24-03-2012 o 19:25.
F.leja jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:50.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169