Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-10-2012, 20:52   #1
 
F.leja's Avatar
 
:faja: Hero Complex

Azyl dla Sierot w Baltimore


David Park


Zbliżała się noc. Przygotował się jak mógł. Miał prowiant, miał pieniądze, a personel siedział dziś przed telewizorem w sali wspólnej i oglądał derby Baltimore. Lepsza okazja nie mogła się nadarzyć. Wymknął się ze pokoju, który dzielił z dziesięciorgiem innych chłopców i ruszył korytarzem, nawet nie udając, że potrzebuje laski - jeszcze by zaklekotała i zwróciła czyjąś uwagę. Liczył kroki i wspomagał się słuchem. Kierował się w stronę pralni - zablokował tam wcześniej tego dnia drzwi gumą do żucia, a teraz mógł je wykorzystać by wydostać się na tyły domu, gdzie jeszcze nie naprawiono płotu i zastępowano go zwykłą drucianą siatką. Obcążki do cięcia metalu zwinął jakiś tydzień temu na zajęciach z rękodzieła - nikt nie podejrzewał ślepego o kradzież.
Wreszcie poczuł na twarzy świeże powietrze, teraz jeszcze tylko trochę cięcia i wolność. Nagle po swojej prawej wyczuł ruch.
- A ty co tu robisz, zdechlaku? - Danny Boyle i jego dwaj kumple. Musieli wykorzystać otwarte drzwi by wymknąć się na papierosa. Tylko tego brakowało.

Nowy Jork

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=FJt7gNi3Nr4[/MEDIA]

Matt Dixon

I bez czytania deklaracji niepodległości Spidera Jerusalem, Matt dobrze wiedział, że najwyższa pora opuścić Nowy Jork. Dziewięćdziesięciodziewięcio procentowcy znowu szykowali się do demonstracji. Kiedyś w tym ruchu chodziło o pokojowe okupacje i pieniądze, teraz liczyła się przelana krew i ilość podpalonych flag. W przeddzień zamieszek Nowy Jork nie był najprzyjemniejszym miejscem dla telepaty. Co prawda Matt nie cierpiał z powodu cudzych uczuć, jednak wyczuwalne dookoła strach, napięcie i agresja nawet zwykłym ludziom działały na nerwy.
Akcja Dziewiątek była dla Matta upierdliwa również z innego względu - korki na wszystkich drogach wylotowych z miasta - każdy kto mógł, za wszelką cenę próbował się wydostać z Nowego Jorku. Na szczęście Stephen przezornie zarezerwował Mattowi bilet na pociąg.
Matt siedział właśnie na peronie popijając ochydną kawę z automatu. Czekał na swoje połączenie z Cleveland, gdzie miał nadzieję złapać jeden z nielegalnych promów przez jezioro Eyrie. Kątem oka obserwował pełne napięcia raporty z centrum miasta - cisza przed burzą. Stephen był w kiblu, chyba zaszkodziło mu poranne taco.
Wszystko było całkiem w porządku, póki telepatia Dixona nie zdecydowała, że cudze myśli są ważniejsze od jego własnych. Matt zacisnął zęby i z zaskoczenia zgniótł papierowy kubeczek, oblewając się ciepłą kawą. Coś takiego przydażyło mu się już kilka razy i instynkt go do tej pory nie zawodził, myśli obcego musiały być w jakiś sposób ważne.
Czy ktoś mnie widział? - niepokój przeważał nad wszelkimi innymi uczuciami, choć było tam też i podniecenie potężna dawka ulgi - Chyba nikt mnie nie widział. Tak jak mówili, całą policja jest w centrum. Dobra, dobra, dobra … zrobiłem to. Zrobiłem! Teraz mam … pół godziny. Pół godziny żeby uciec poza zasięg eksplozji …

Inkfizin

Miał nadzieję, że zamieszki przejdą bokiem, że nikt nie zainteresuje się jego salonem. O ile 99tki preferowały potyczki z policją i innymi służbami porządkowymi, o tyle, tak jak w każdej innej zorganizowanej grupie i wśród nich można było znaleźć ludzi, którym wszystko jedno było z kim się biją.
Ink liczył się więc z odwiedzinami, nie spodziewał się jednak, że grupa nabuzowanych mężczyzn wpadnie do jego miejsca pracy jeszcze przed zamieszkami. Miał zamiar zamknąć niedługo, ale wciąż miał jedną klientkę. Siedziała spokojnie w rogu czytając jakąś grubą książkę i czekała aż przygotuje dla niej stanowisko, miał jej wytatuować trujący bluszcz. Teraz interes był chyba nieaktualny.
Było ich ośmiu, wszyscy ubrani na czarno, z bandanami wokół szyi, rękawiczkami i w ciężkich buciorach. Prawdopodobnie mieli ze sobą jakąś broń. Ten, który wparował do salonu jako pierwszy rozejrzał się, splunął pod nogi i warknął.
- A ty co, chuju, pracujesz w taki dzień? Jeszcze mi kurwa powiesz, że nie popierasz naszej sprawy, co? - jego kumple zaczęli rozłazić się po pomieszczeniu, blokując frontowe drzwi i okna. Dziewczyna w rogu odłożyła książkę i siedziała jak wmurowana z oczami jak dwa zielone spodki.


Pub Paddiego w Chicago




Ciara i Loinnir

Dostały ten adres od znajomego spod ciemnej gwiazdy. “Jeżeli ktoś wie coś konkretnego o Spiderze Jerusalem, to będzie to Pan Ściana” - tak się mówiło na mieście. Mówiło się też, że Pan Ściana bywał u Paddiego co najmniej raz dziennie. Siostry nie zawiodły się, Pan Ściana siedział przy barze i wcinał rybę z frytkami, popijająć guinessem i racząc swoje zmysły meczem hurlingu puszczanym na wielkim ekranie w rogu.

Klavdra Eveningstar

Pan Ściana, tego gościa szukała. Siedział sobie jak gdyby nigdy nic, jak gdyby Klavdra nie przewaliła właśnie pół Chicagowskiego półświatka by go znaleźć. Tyle zachodu, a on ogląda sobie mecz i opycha się frytkami … złocistymi, tłustymi frytkami, maczanymi w ketchupie, albo majonezie, albo musztardzie, albo we wszystkim na raz …

Helena Kyle

Dziś zastępowała Lizzie u Paddiego. Dziewczynie zdechł kot, więc zrozumiałe, że nie miała siły by zwlec się z łóżka. Helena nie miała nic przeciwko, w końcu pomaga się przyjaciołom. Zresztą, u Paddiego zawsze dawali niezłe napiwki, rzadko obmacywali, a dziś po meczu miał grać całkiem niezły zespół.
Kyle właśnie zabierała pusty koszyk po frytkach sprzed nosa postawnego jegomościa, zapatrzonego w hurling, jakby od tego zależało jego życie. Przetarła ścierką blat i jej uwagę przykuło dziwne zjawisko. W miejscu gdzie jegomość stukał palcem nerwowo w blat powstało spore owalne zagłębienie, a twarda dębowa deska zaczynała pękać.
Zmusiła się by oderwać wreszcie wzrok od blatu i spojrzała prosto w oczy faceta. NA jego ustach igrał ponury uśmieszek - wiedział co zobaczyła.


Detroit Motor City




Shifter Marshall

Maisto ruin, zdawało się być zupełnie opuszczone, ciche, martwe. Shifter stał na niewielkim wzniesieniu, z którego mógł spokojnie obserwować panoramę miasta. Coś zwróciło jego uwagę. Migotanie pomiędzy murami wybebeszonych fabryk. Odruchowo wyostrzył wzrok. Nie wytrzymał długo, jednak był niemal pewien, że widział żołnierzy przykrywających wóz opancerzony siatką maskującą. Rząd już tu był.

Świt

Przystanął na stacji beznzynowej na obrzeżach miasta. Było dość chłodno, chciał więc wyjąć z plecaka jakąś cieplejszą bluzę. Oczywiście i on tu był.
- Ale wiesz, że to pułapka, prawda? - zapytał z nutką rozbawienia w głosie - Tak się upewniam, bo głupio by było gdybyś zginął myśląc, że to prawdziwy przywódca ruchu oporu.
Diabeł zaśmiał się radośnie. Nagle przerwał swój wybuch wesołości i spojrzał nad prawym ramieniem Marka.
- I mamy towarzystwo.
Jak to się stało, że Marek nie usłyszał zbliżającego się samochodu?

[MEDIA]http://media.tumblr.com/tumblr_lnb99pXTh81qhcmmr.gif[/MEDIA]

George Minton

Stary samochód Georga wracał właśnie do domu. Nie wyglądał zbyt efektownie, jednak wszystko co ważne Minton ukrył pod maską. Butelkowy Chevrolet był aktualnie najbardziej niezawodnym samochodem, jaki kiedykolwiek wyprodukowano w jednej z fabryk Detroit.
George i jego Chevy byli już całkiem niedaleko, gdy zbliżając się do stacji benzynowej dostrzegł czarny motor i młodego mężczyznę. Byli na jednej z bocznych dróg, które nawet przed wybuchem nie cieszyły się popularnością. Mógł spokojnie założyć, że chłopak, tak jak i on, chciał dostać się do Detroit w miarę dyskretnie.

David Cross

Zostawił samochód parę kilometrów dalej i ruszył przez pustkowie. Gdy dotarł na obrzeża Detroit był już mocno zaniepokojony - po drodze znalazł zdecydowanie zbyt dużo śladów opon, jak na wymarłe miasto.
Nawet ktoś, kto nie żył przez kilka ostatnich lat na pustkowiach Nevady byłby w stanie zorientować się, że bardzo niedawno, do Detroit zjechało sporo pojazdów kołowych. Cross w dodatku był w stanie wydedukować ze śladów, że były to ciężkie samochody, być może opancerzone. Znalazł też kilka śladów wojskowych butów i tropy psów.
 
__________________
I don't mean to sound bitter, cold, or cruel, but I am, so that's how it comes out. ~~ Bill Hicks

Ostatnio edytowane przez F.leja : 09-10-2012 o 23:01.
F.leja jest offline  
Stary 10-10-2012, 13:49   #2
 
Bachal's Avatar
 
Wyszedł z domu z plecakiem i torbą. Chciał być maksymalnie mobilny, a nie spodziewał się, żeby miał okazję zażywać częstych kąpieli i innych wygód, toteż wziął tylko kilka kompletów bielizny i trochę ubrań. Torbę i tak zamierzał potem gdzieś zostawić, a poruszać się jedynie z plecakiem. Stał tak przed domem za bardzo nie wiedząc co zrobić. Dobra, należało dokładnie przeanalizować sytuację. Czego potrzebował, aby dotrzeć do Detroit? Całe pierdolone Stany do przejechania. Własnie, przejechania? Pociągi, autobusy odpadają, to nie jest bezpieczny środek transportu. Więc zostawało auto. I tu jego genialny plan się walił, gdyż nie posiadał żadnego środka transportu. On, jeden z lepszych złodziei samochodów w Carson sam nie miał żadnego pojazdu… O ironio, i co teraz? Zapalił papierosa. Znowu trzeba będzie kraść… Wrócił do domu, gdzie szybko dobrał się do komputera. Chwila, chwila, jest! Wiedział, że te zapiski mu się kiedyś przydadzą. Jeff, diler z Westwood Str. zawsze trzymał papiery w samochodzie. Fakt, jeździł Camaro z 2013, było to jednak bardzo dobrze utrzymane Camaro. Dobra nasza, trzeba się do niego wybrać. Kolejny punkt? Pieniądze. Odłożone ma jakieś 600 dolców, musi wystarczyć, pieniędzy nie kradł. Broń? Mimo jego nadnaturalnych zdolności musiał coś zdobyć. Zawsze dobrze jest mieć przy sobie pistolet. Plan jest, trzeba go tylko wykonać. A potem przejechać pierdolone dwa tysiące mil. Ech, parszywe to życie…


Stali w czterech gdzieś w ciemnym zaułku. Zawsze tu stały, zakapiory czekające na frajerów chcących kupić dragi. Tych nie ruszali, w końcu to byli klienci. Ale wszystkich innych kroili jak leci. O jak on ich nienawidził, wykolejeńców chcących utrudnić i tak przejebane życie mieszkańców tego miasta. Spokojnym krokiem, z kapturem zarzuconym na głowę podszedł do grupki. Ci widząc co jest grane, momentalnie zastawili mu drogę. Tak jakby chciał ich minąć…
- Cześć Jeff, pamiętasz mnie?
- Jasne Cross, nie zapominam kumpli . – Głos dilera był jednak sztywny, a sam właściciel tegoż stał równie sztywno, kij połknął czy jak? – Nie chcemy problemów, potrzebujesz może czegoś?
- Jakbyś zgadł, mały Jeffy. Twojego samochodu i broni. Na teraz, masz dwie minuty.
Słysząc te słowa pozostała trójka spięła się i zaczęli go otaczać. Oj nie było to zbyt uczciwe, ale nie chciał ich krzywdzić. Naprawdę. – Cross ocipiałeś? Nie oddam Ci swojego auta! – Spodziewał się takiej odpowiedzi. Półtorej metra dzielące ich od siebie pokonał jednym, zdecydowanie zbyt szybkim jak dla człowieka krokiem. Jego dłoń znalazła się przy samym brzuchu wyrostka. Chcieli na niego skoczyć, jednak blady Jeff powstrzymał ich ruchem ręki. David z uśmiechem na ustach wyszeptał – Wiesz co potrafię, prawda mały Jeffy? Widziałeś już lepszych od ciebie, jak łamałem ich jak zapałki prawda? A wiesz, że oprócz dziury w brzuchu spotkałyby cię dużo większe nieprzyjemności? Ale to nic przy tym, czego doświadczyłaby Twoja siostra…


Rześkie powietrze dostawało się do środka przez otwarte okno. Klimatyzacja w tym aucie nie działała chyba od nowości, jednak car audio jak i wykończenie wnętrza stało na wysokim poziomie. Silnik chodził bez zarzutu. Pod siedzeniem miał dobrze schowaną Berettę 92, w portfelu dalej 600 dolarów, jednak uśmiechał się. Leciał międzystanówką ile fabryka dała i nie przejmował się policją. Zawsze jakoś ucieknie, to było dla niego oczywiste. Całe szczęście, że Jeff nie słuchał gówna. Z głośników sączył się ciekawy rockowy kawałek.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=DAOSy8WyqPk[/MEDIA]

I feel it deep within
It´s just beneath the skin
I must confess that i feel like a monster

I hate what I´ve become
The nightmare´s just begun
I must confess that I feel like a monster

My secret side I keep
Hid under lock and key
I keep it caged but I can´t control it
Cause if I let him out
He´ll tear me up break me down
Why won´t somebody come and save me from this
Make it end


Jakbyście kurwa zgadli, przeszło mu przez myśl. Czy zabiłby Jeffa, tudzież jego siostrę? Jego zapewne w ostateczności tak, jej by nie tknął . Ważne, że otrzymał bez ofiary to czego chciał. Chociaż wewnętrzny głos domagał się krwi. Pognał dalej, a przed nim pozostawały co najmniej trzy dni jazdy.

Dojeżdżał. Wypoczęty na tyle, na ile wypoczęty może być człowiek śpiący w samochodzie gdzies w lesie zbliżał się do Detroit. Przezornie około 50 mil wcześniej zjechał z międzystanówki pomknął pomniejszymi drogami w stronę ruin miasta. Na kilka mil przed jego granicami ukrył Camaro dobrze gdzieś w leśnej dróżce. Bał się pułapki, a 6.2 litrowy silnik robił huk na kilka mil. Wędrując i popalając papierosy widział coraz więcej śladów. Zdecydowanie kurwa zbyt dużo… Pułapka? To bardzo możliwe, ale prawdopodobniejszy jest komitet powitalny wysłany do Spidera Jerusalem z pozdrowieniami od rządu. Jeżeli Cross widział manifestację, to oni tym bardziej! Resztę drogi postanowił przebyć w maksymalnym ukryciu, skierował się w stronę najbliższego większego wzniesienia, aby to z niego ocenić sytuację w mieście. Przecież to ruiny, tyle śladów powinno zostawić dość dużo pojazdów, powinien coś zobaczyć…
 
Bachal jest offline  
Stary 10-10-2012, 17:02   #3
 
Zgubny's Avatar
 
W Miami robiło się zbyt gorąco i bynajmniej nie chodziło o temperaturę. FBI w reakcji na patetyczny artykuł Spidera zdawało się zaostrzać swoje działania, jakby obawiało się sporego odzewu w tym kierunku. Gregory nie miał wyjścia, musiał się czym prędzej ulotnić z Florydy i dostać się na północ do Detroit, zwłaszcza, że po ostatniej rządowej akcji ledwo co uszedł z życiem – jego kariera na słonecznym południu zdawała się skończona i nie miał ochoty ryzykować śmierci by odzyskać tu swoją pozycje i reputacje, nie po tym jak Ci na górze odkryli jego tożsamość.
Szybko wpadł na to jak wydostać się z tego małego piekiełka - samochody czy motocykle odpadały, nigdy nie nauczył się prowadzić tego ustrojstwa i nie miał zamiaru, w końcu non stop czytało się w prasie o śmiertelnych wypadkach spowodowanych przez kierowców. Wolał samolot, te prawie w ogóle się nie rozbijają. Lot jednak odpadał bo gdyby zarezerwował bilet na którąkolwiek linie FBI szybko by go namierzyło. Kolej była odpowiedzią na jego wołania o pomoc – zapakował w plecak ciepłe ubrania, trochę żarcia, a także nieco amfetaminy żeby umilić sobie podróż. Gregoremu pozostało czekać do rana, tak jak sobie zaplanował.
Tego dnia zapowiadała się pochmurna pogoda, mało ludzi od rana przechadzało się ulicami. Gregory bez problemu dostał się w pobliże dworca kolejowego i sprawnie przeskoczył przez siatkę okalającą jego teren, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Zaczaił się między pociągami stojącymi na bocznicach i wytężył wzrok by znaleźć coś dla siebie – wkrótce mu się to udało.



Pociąg towarowy głośnym sygnałem dźwiękowym oznajmił wyruszenie w trasę i zaczął przeć do przodu w powolnym – póki co – tempie. Mężczyzna wypatrzył jeden z otwartych wagonów i ruszył biegiem w jego stronę. Najpierw wrzucił do środka plecak, a potem nabrał w płuca więcej powietrza i skoczył na wagon, przytrzymując się uchwytu przy drzwiach… Już po chwili siedział bezpieczny i spokojny pomiędzy pakunkami, a pociąg miarowo zwiększał swoją prędkość. Tak rozpoczęła się jego podróż przez sześć stanów, aż do Monroe w Michigan…

***

Oczywistym było, że nie mógł dojechać pociągiem do zniszczonego Detroit, jednak szczęśliwie dotarł, aż do Monroe, odległego ledwie o 30 mil od jego prawdziwego celu. Już tam wolał nie rzucać się w oczy dlatego ruszył pieszo na północ, maszerując pod osłoną nocy i unikając kontaktów z ludźmi. Zapewne dobrze zrobił, bo jeśli nawet na jego głębokim południu Rząd wysłał w teren więcej agentów, to co dopiero tutaj – w epicentrum „zarazy”. Ostrożna podróż zajęła mu trzy dni, aż w końcu dotarł do osławionych ruin, które w istocie widział pierwszy raz na oczy.
- O kurwa… - Mruknął cicho pod nosem wspinając się na wzniesienie, z którego mógł obejrzeć panoramę miasta. Nie sądził, że ten widok wywoła na nim takie wrażenie. Znaczy, przecież sam zabijał ludzi, ale obraz zniszczenia na taką skale nie był czymś na co można się przygotować. Gregory otrząsnął się i rozejrzał dookoła w poszukiwaniu jakiejś wskazówki, gdzie mógłby się skierować – w końcu dotarł do Detroit, ale co dalej, jak znaleźć Spidera Jerusalem? Nie miał zielonego pojęcia.
Jakieś poruszenie przyciągnęło jego wzrok. Skupił się na nim, a jego ciemnobrązowe źrenice zwęziły się nienaturalnie. Obraz, który widział wyostrzył się i przybliżył, zupełnie jakby korzystał z narzędzi optycznych. Nie wytrzymał długo bólu, jaki przyniosło mu użycie nierozwiniętej jeszcze mocy, ale był prawie pewien, że dostrzegł żołnierzy rządowych. Zaklął pod nosem i przykucnął za jedną z podniszczonych ścian jakiegoś starego budynku.
- Cóż, doszedłem już tak daleko… Za późno na wycofanie się. – Wstał i przemykając od osłony do osłony ruszył w stronę centrum, nie odnajdzie wszak tego po co tu przyszedł, kryjąc się na obrzeżach miasta...
 

Ostatnio edytowane przez Zgubny : 10-10-2012 o 17:09.
Zgubny jest offline  
Stary 10-10-2012, 17:47   #4
 
Fearqin's Avatar
 
Najwięcej przebywał w tunelach metra, najmniej w mieszkaniu, pośrednio w salonie. Superekstramega życie. W metrze bawił się telekinezą, sprzątał głównie. Szedł wzdłuż torów, ciągnąć parę metrów za sobą, w powietrzu, wszystkie butelki, prezerwatywy, żyletki, torebki, na które się natknął, gdy zaś dochodził do stacji wrzucał wszystko do śmietnika i szedł dalej. Czasem ktoś go zauważył, ale z racji na porę, byli to zazwyczaj menele.

A nawet jeśli ktoś go zauważył, to skombinował sobie długi, sięgający do kolan, czarny płaszcz, czarną bluzę z kapturem, który zdejmował tylko będąc samemu. Ale mimo to dwa metry wzrostu (a u ludzi to sporo), fioletowa skóra i niebieski irokez, mogły komuś rzucić się w oczy. Ale nic to! Przecież to miasto ćpunów, albo chociaż region, no bo gdzie mieli się kręcić, jak nie w metrze? No i w salonie Inka. Tam dość często bywali...

Jednej nocy, którą akurat spędzał w domu był przypadkowym świadkiem niepokojącej sytuacji. Siedział na parapecie przy oknie, bandażując sobie dłonie ciemnymi bandażami (ciężko je było dostać, ale dziwna barwa jego spalonych dłoni, prześwitywałaby nawet przez grubą warstwę białego materiału). Na ulicy miał miejsce mały pościg. Dokładnie taki jakiego obawiał się Ink. Dwójka młodych dziewczyn, obie miały krwistorude włosy, biegły ciągle oglądając się za siebie. A za nimi wesoło nie było. Cała banda. Dwunastu uzbrojonych w pały, bejsbole i noże ludzi, wszyscy mieli zasłonięte twarze i wszyscy darli się jak tylko mogli, używając przy tym wszystkich przekleństw, jakie Inkfizin poznał w języku angielskim i jeszcze paru, których nigdy nie słyszał. Inwencji twórczej im nie brakowało. Siły w nogach i kondycji - owszem. Dziewczyny, kimkolwiek by nie były, pewnie odpadły przy rogu ulicy, ale to Ink wnioskował tylko po krzykach. Zasłonił żaluzje.

***

Ostatnia klientka. Całkiem prosta robota, z tego co widział w poczekalni - całkiem ładna była. Chociaż to, że podobały mu się ziemskie kobiety było dość dziwne. Włączył muzykę i wyszedł do poczekalni, oczywiście zakładając kaptur.
Zawsze jak ludzie pytali go o zabandażowane ręce, mówił że taki ma styl. Heh. Gdyby wiedzieli, że on igły do robienia tatuaży nigdy w życiu nie dotknął...

Panowie który właśnie weszli, chyba wiedzieli. Albo byli podkurwieni z jakiegoś innego powodu. W sumie ten nasuwał się sam... wystarczy wystawić głowę z domu.
Ink wlepił wzrok w ślinę która spoczęła na podłodze. Bardzo dbał o higienę w salonie, za dużo tu ćpunów się złaziło, żeby czystość tak po prostu olać. Zakażenia u pacjenta i w ogóle...
A ten wchodzi tu i pluje. Cóż za maniery... cóż za wychowanie...

Inkfizin był bądź co bądź inteligentny. Od razu rozważył parę możliwych scenariuszy danej sytuacji. Mógł zacząć od zwrócenia uwagi na temat tej fumy na podłodze. Mówiłby o higienie w tym salonie udając niewiniątko, dostałby od jednego kopa w plecy, upadłby na ziemię, pewnie strąciłby mu się kaptur i by go zbutowali.
Mógł odwalić dla nich teatrzyk wiernego ich sprawie. Odpada. Zobaczą jego twarz i koniec. Oni chcą mu po prostu najebać.

Spojrzał do tyłu, trzymając pochyloną głowę. W pomieszczeniu, w którym obsługiwał klientów, widział parę pożytecznych rzeczy... igła elektryczna - nie. Podłączona do prądu i to pojedyncza? Za to zestaw manualnych? O tak...
Okno przy wejściu też się przyda. Miał dwie wolne ręce, był skoncentrowany.
Schował lewą rękę za plecami, leciutko zgiął ukryte pod bandażami palce, podniósł igły i rozdzielił je, powoli kierując je do siebie. Jednocześnie prawą ręką wskazał okno i zaczął mówić, powoli podnosząc wzrok.
- Widzicie to? To ciało stałe. Okno. Ośrodek spężysty - mówił najszybciej jak pozwalał mu na to język, w miarę przystosowany do angielskiego - Zewnętrzna siła może spowodować, że powstanie naprężenie, którego skutkiem będzie siła skierowana do wewnątrz. Tą zewnętrzną siłą mogą być fale akustyczne, które są wywołane niczym innym jak drganiem ciał, cząstek, lub elementów... - Mówił dalej, czekając aż ktoś go uderzy, wtedy miał zamiar wywołać drgania cząstek powietrza w wewnętrznej strukturze okna, tak by te pękło, a odłamki szkła poleciały w stronę nieproszonych gości, razem w igłami, które wycelował w szyje. Musiał się dobrze zgrać, z padnięciem na ziemie, tak by samemu nie ucierpieć, a jednocześnie modlić się by nie zemdliło go podczas uderzenia, bo straciłby kontrolę nad cząsteczkami okna, które już zaczynało lekko drżeć.

Oby tylko nie stracił przypadkiem klientki. Po tym wszystkim jeszcze starczy mu trochę sił na zrobienie tatuażu.
Jeśli przeżyje.
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^
Fearqin jest offline  
Stary 10-10-2012, 21:36   #5
 
Highlander's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=MhN-SwPA3Hs[/MEDIA]

I traveled to a distant shore
I felt I had to go
An inner voice had called me there
But why I did not know
I saw the evening star rise up
Shining out to sea
And now I understand at last what it means
What it all means...


O matmie trochę pojęcia miała, ale mimo to zdążyła już stracić rachubę odnośnie ilości złamań otwartych i krwotoków wewnętrznych jakie zafundowała dzisiaj (pozornie) losowym ludziom. Część z nich była całkiem przypadkowa, parę zakończy się bolesną śmiercią na dyżurce ale zdecydowana większość kierowała ją w stronę sprecyzowanego o poranku celu. No i wszystkie dostarczyły sporo rozrywki! Jakiś mądry pierdziel powiedział kiedyś, że liczy się podróż, a nie cel wędrówki. ES nie mogłaby być bardziej zgodna. Pan Ściana znajdował się w zasięgu wzroku. Otrzepała ręce z drobinek bieli, szarości oraz brązowego pyłu. Dobrze czuła nabrzmiewające w swoim wnętrzu ego. Odwaiła kawał dobrej roboty. Już miała podejść...

Warczenie, jak ze źle funkcjonującego tranzystora. Myślałby kto, że po tylu latach jakie spędziła na tej zapyziałej kuli zawieszonej w kosmicznej pustce, zdołałaby się w końcu do niego przyzwyczaić. A jednak nie. Pojawiało się zwykle stopniowo, na trzech frontach - najpierw w głowie, potem rezonował nim żołądek, a na końcu buntowniczka z wyboru sama zaczynała wydawać odgłosy podobne do wygłodniałego wilka. Cholerne frytki! Przeklęty tłuścioch i jego frykasy! Szlag by go! Pierwszy etap już się rozpoczął, miała może kilka minut nim nastaną kolejne. Ciekawe jak Sędzia sobie z tym radził? Jakoś nigdy nie widziała go wcinającego stek z ziemniakami podczas telewizyjnych wystąpień. Chociaż, z drugiej strony, każde z nich dostało przecież nieco inny zestaw mocy. Kto powiedział, że ich “małe niedogodności” także się od siebie nie różniły? Uśmiechnęła się, sama do siebie. Ta myśl poprawiła jej humor.

Ale humor, dobry czy nie, nie zdoła przecież powstrzymać załączającej się właśnie gastrofazy. Zblazowana dziołcha łypnęła złowrogo na brodacza. To wszystko jego wina. Jego bardzo wielka wina! Najpierw obowiązki, potem przyjemności. Zmieniła obiekt zainteresowania. Kierując się na barmana, jej spojrzenie straciło sporo ze swojej intensywności. Wyglądał jak osoba, która miała ją doprowadzić do ziemi obiecanej. Pewnie, mogła usiąść przy stoliku, jak okoliczni sztywniacy. Następnie założy krawat i garsonkę, znajdzie sobie pracę w jakiejś korporacji i zostanie przykładną żoną i matką. A zaraz potem zamarznie piekło i nastąpi koniec świata. Pieprzyć to! Pokonała niewielką odległość i umiejscowiła się wygodnie na jednym z barowych stołków.
- Hej złotko. Słuchaj. Jeśli macie jakiegoś kucharza na zapleczu, to zagoń go do roboty. Stek, pięć jajek w mundurkach, trzy porcje frytek, okrasa. Tłuszczu na patelni zmieniać nie musi.
Mężczyzna należał do kategorii “wiele w życiu widziałem, ale to jest coś nowego”. Mrugnął dwa razy, jakby właśnie wykszytałcał sobie nowy tik nerwowy. Jednakże zimną krew odzyskał niemal natychamiast, mimo wyglądu swojej klientki. Przytaknął, odwrócił się na pięcie i na moment zniknął w mrokach zaplecza. Najwyraźniej w knajpie działy się już dziwniejsze rzeczy. Kiedy wrócił, Star zaznajamiała się właśnie (dogłębnie) z miską pistacji. Trzymała ją na kolanach jedną ręką. Druga, garść za garścią, opróżniała zawartość naczynia. W obieranie specjałów z łupinek bawić jej się nie chciało. Na kontuarze leżał zwitek pieniędzy. Zdecydowanie za duży jak na to, co zamówiła. W dodatku jakiś taki... pobrudzony. Nie to żeby przeszkodziło to barmanowi zaksięgować wpłatę w kasie a resztę wliczyć w poczet hojnego napiwku.
- Pani zamówienie będzie za jakieś pięć minut.
W odpowiedzi otrzymał iście grobowy pomruk, który tylko najwięksi lingwistyczni optymiści zakwalifikowaliby jako “Uhuh, ok”. Chociaż nie była w nastroju do konwersacji, zmysły pracowały jak fabryka żyletek wyrabiająca 200% normy. Zwracała uwagę na gadki, podszepty, śmiech, kroki, nawet na ten cholerny plakat filmu Easy Rider dumnie zdobiący ścianę spruchniałego drewna. A skoro już mowa o drewnie... właśnie zarejestrowała także jego trzask. Nie był to dźwięk jaki często można usłyszeć w pubie. Chyba, że w kącie siedzi wieloryb ważący 300kg albo pośpiesznie dokonujesz renowacji krzesłem na czyimś uzębieniu.

Ten jednak dobiegał ze stolika Pana Ściany. Siwy sierściuch, chociaż kilkadziesiąt dodatkowych kilogramów miał, raczej nie należał do kategorii wojownków sumo. W tle wyłapała jeszcze jakiś pogłos. Jakby... palec uderzający o stolik? Ten fagas... czy on rozłupywał mebel tym pukaniem? Był kimś więcej niż zwyczajnym szarakiem? Nadczłowiek? Ha! ES uśmiechnęła się jak rekin. Ten dzień zaczął się świetnie, a z każdą minutą stawał się lepszy. Trochę szkoda, ale z powodu swojego obencego położenia nie dane jej było zweryfikować tej teorii w normalny sposób. Jakaś kelnerka przesłaniała jej widok. Już miała zastosować talenty nie do końca zwyczajne kiedy...


Talerz stuknął o blat i zapach przesyconych tłuszczem potraw wypełnił jej nozdrza. Nastał czas na (wy)żer. O sposobie pożywiania się panny ES można było powiedzieć wiele, ale przymiotniki “cichy” i “kulturalny” zdecydowanie nie miały w takich opisach miejsca. Częściej zachaczał on o drapieżność, pierwotność i agresywność, jakich nie powstydziłyby sie najbardziej wygłodniałe lwy górskie. Pochłonięcie całego zamówienia zajęło jej niespełna kilkadziesiąt sekund. Życie w tym natarciu straciły zarówno solniczka, jak i podajnik ketchupu, widelec zaś stał się twałym kaleką. Twarz wytarła przy pomocy rękawa kurtki i aż dziwne, że sali ne wypełniło potężne beknięcie, które zdawało się wisieć w powietrzu jak miecz Damoklesa. Wypełniwszy obowiązki względem własnego ciała, mogła teraz przejść do przyjemności. Powstała.

Kilka kroków skierowało ją do stolika zajmowanego przez wandalizującego brodacza. Po drodze wyjęła ostatni zwitek zieleni z podniszczonego skórzanego portfela, który to zabrała pewnemu dryblasowi z przed niespełna trzydziestu minut. Opakowanie na pieniążki wylądowało w plastikowym koszu obok polisterynowych kubków. Po prostu jakoś nie współgrało z jej stylem. Ona natomiast stanęła obok kelnerki, chociaż słowa skierowała do klienta tortującego mebel.
- Pan Ściana, tja? Wielu ludziom trzeba przefasonować gęby żeby cię znaleźć koleś.
 
Highlander jest offline  
Stary 11-10-2012, 01:53   #6
 
Sileana's Avatar
 
We Are

Kim była Kayla McLane? Nikim. Nie figurowała w żadnym rejestrze, nigdy nie pracowała, nie uczyła się, nie urodziła. Oczywiście, wymagało to ogromnych nakładów finansowych, kilku trupów i zaciągnięcia długów u przeróżnej maści, mniej lub bardziej podejrzanych, jegomościów, ale warte było całego tego zachodu. Ostatecznie, przetrwała. I miała przyjemność popatrzenia, jak zdrajcy płacą.

Kim była Helena Kyle? Nudniejszą i nawet mniej apetyczną niż flaki z olejem dwudziestopięciolatką z gówno wartym dyplomem ukończenia informatyki na wyższej uczelni, pracującą w podłej knajpie, by nie zdechnąć z głodu. Standard w bajkach o Kopciuszku. A Helena też czekała na swojego księcia.

I oto nadszedł. Za pierwszym razem usłyszała go przypadkiem, jakiś dureń włamał się do zarządu informacji, i odczytał orędzie Spidera, a jego głos poniósł się po kilku ulicach, tak samo jak trzy strzały, które podobno pozbawiły go głowy. Za drugim razem, podejmując maksymalne środki bezpieczeństwa, kupiła artykuł od znajomego znajomego etc. menela spod budki z hot dogami, wydrukowany na papierze toaletowym. Przyszedł dreszcz emocji, powiew zmiany... a potem przestała marzyć, przytłoczona rzeczywistością. Jakkolwiek wierzyła w dobre chęci kolesia, nie miał szans w starciu z Nimi, a ilu mogło być takich, którzy zechcą szlachetnie ginąć za sprawę? Ona na pewno nie miała takiego zamiaru.

Ten dzień był równie parszywy, co inne, poza tym, że musiała zasuwać przez dwie zmiany, żeby kryć dupę Lizzie, co oznaczało, że miała nogi w... no cóż, w dupie, ręce same jej opadały, a w głowie łupało od bardzo złej muzyki. Po tylu godzinach nie miała nawet siły odklejać sztucznego uśmiechu, choć ledwo widziała przez opadające powieki.

I wtedy ten stary, obrzydliwy palant TO zrobił. To coś ze stołem. I jeszcze się cieszył jak ułomne dziecko wkładające palce w kupę i smarujące sobie policzki. Najpierw pociemniało jej przed oczami i zesztywniała, pewna, że zaraz ktoś przystawi jej spluwę do głowy i jej mózg poprawi smak potraw na paru talerzach. A potem odzyskała względną równowagę i rozejrzała się dyskretnie, ale raczej nikt nie zwracał specjalnej uwagi na tego imbecyla, a i w knajpie nie było nikogo wyglądającego na fedsa. Pozwoliła, by zalała ją krew i już miała powiedzieć kilka słów grzecznie sugerujących wypierdalanie w podskokach z tego miejsca, a najlepiej miasta, kiedy podeszła ta dziwna mieszanka Pinheada z narzeczoną Frankensteina, na której widok aż się cofnęła.
- Pan Ściana, tja? Wielu ludziom trzeba przefasonować gęby żeby cię znaleźć koleś.
Pan Ściana spojrzał niechętnie kątem oka na Evening Star i mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, brzmiącego jednak odpychająco. Mężczyzna odchrząknął i użył wreszcie prawdziwych słów.
- Czego chcesz?
Helenie bardzo nie spodobało się jej natężenie dziwadeł na metr kwadratowy, a znała jedno dobre wyjście z takiej sytuacji.
- To po... - Odchrząknęła, bo to co zamierzała powiedzieć, ją samą zakłuło w gardło. - To porządna restauracja. Nikt nie życzy sobie tutaj żadnych problemów, żadnych burd. Polecam więc wypad stąd i to dość szybko, a przedtem sowity napiwek za moje zszargane nerwy i dobrą radę.
Popkulturowa krzyżówka całkowicie zignorowała jej słowa i spokojnym ruchem sięgnęła po krzesło i ulokowała się na nim wygodnie. Tył na przód. Jakby była gliną, przesłuchującym jakąś mendę na komisariacie. Chociaż tak naprawdę jej ton wcale na to nie wskazywał. Był wyluzowany i nie wywierał większej presji.
- Na mieście chodzą ploty, że wiesz gdzie znaleźć pewnego celebrytę. Tego, o którym ostatnio głośno z powodu kilku odważnych, moralizujących bazgrołów. No wiesz, kolesia, któremu pół rządowych organizacji chce dorobić w czole zajebisty wywietrznik.
Powiedziała prawie wszystko, jeśli nie liczyć odpowiedniego nazwiska i numeru spodni.
Pan Ściana nie wyglądał na rozentuzjazmowanego obecnością młodej punkówy przy swoim stole. Chciał tylko w spokoju obejrzeć mecz w pubie, czy to tak wiele? Na chwilę zignorował słowa Krzyżówki i zwrócił się do kelnerki.
- Przepraszam za moją... - zawahał się przez chwilę. - Siostrzenicę. - Kiwnął głową, jakby sam siebie przekonywał, że to kłamstwo dobre, jak każde inne. - Wychowywała się w lesie.

Zignorowana przez skrzywdzoną fryzjerskim niedorobieniem dziewczynę oraz potraktowana jak totalna debilka przez starego pieniacza, zacisnęła palce na tacy, uśmiechnęła się ujmująco i powiedziała, cedząc przez zęby:
- Jeżeli pan i pańska, haha, Tarzanka nie wyjdziecie w ciągu pięciu minut, dzwonię po gliny. I jestem kurewsko poważna.
Klavdra zmrużyła ślepia i spoglądnęła na jej plakietkę z imieniem.
- Nie ma sprawy... Helena. Pięć minut to masa czasu. Poza tym, już się najadłam. Więc jak z moim pytaniem, wujku? Może będziesz tak miły i rzucisz mi jakiś trop?
Pan Ściana potarł czoło w geście załamania nerwowego. Podniósł dłoń, próbując powstrzymać Klavdrę od mówienia i zwrócił się do Heleny.
- Nie ma sprawy, już idziemy. Nie chciałem pani denerwować - wstał, zarzucił marynarkę, która dla wygody powiesił na oparciu krzesła i wyciągnął portfel, z jego czeluści wyłowił banknot studolarowy i z ciężkim sercem położył na stole - Reszty nie trzeba.
Krzyżówka podążyła za nim, trochę jak szczeniak poczęstowany kiełbasą, nonszalancko udający niezainteresowanie i obsikujący ostentacyjnie inne samochody. Za to Helena hiperwentylowała przez chwilę. Sto... Sto... STÓWĘ?! Zostawił jej sto dolarów?! Prawdziwe, co do tego nie miała wątpliwości. “Oddychaj, panna, oddychaj”. Kretyn albo czubek. Jeżeli chciał zatuszować złe wrażenie, to prawie mu się to udało. A jeżeli chciał kupić sobie jej milczenie... Nie da się ukryć, że też. Zebrała naczynia z jego stolika, uważnym spojrzeniem odprowadzając tę nienormatywną parę aż do drzwi i chowając banknot za dekoltem. Tam nikt i tak nie chciał Helenie nigdy zaglądać, prawdaż, bo przedostanie się przez kilka warstw szmat odstręczało nawet najzagorzalszych gwałcicieli. To i mała... sugestia paralizatorem.
Do końca tej zmiany zostało jej jeszcze trochę, wzięła się więc do pracy, bo nawet studolarowy napiwek nie pomoże, kiedy wyrzucą ją z pracy.

The Good Life
 
Sileana jest offline  
Stary 11-10-2012, 15:00   #7
 
Rebirth's Avatar
 
Detroit. Nigdy wcześniej nie planował wracać do miasta, które kojarzyło mu się jedynie z brudnym sierocińcem i spasionym jak knur sprzedawcą samochodów, który miał pecha trzy razy oblać go kawą tego samego dnia. Na szczęście cacko którym właśnie kierował, było tego warte. Jechał już drugą godzinę. Tą niesamowicie nudną trasę umilał sobie słuchaniem geekowskich kapel, z czego ulubioną niewątpliwie byli chłopaki z Machinae Supremacy.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=nMdz9CKIbAk[/MEDIA]

I've tried to find some common ground
somewhere I can be unbound
by the preconceptions we have found

True strength is choosing your own side
when different worlds collide
Do you stay silent
to seem strong inside?


Do you really wanna be
another face in the masquerade?

Ich energiczne brzmienie wgniatało mimowolnie stopę w pedał gazu. Przyspieszył znacznie, chcąc poczuć się trochę jak Steve McQueen w Bullit. Oczywiście daleko jego bryce było do stylowego Mustanga GT, ale dla niewymagającego kierowcy jakim był Minton, było to już wystarczające przeżycie. Zresztą na prawie pustej "międzystanówce" nie trzeba było się martwić o prędkość, zwłaszcza że nawet największe leniwce z drogówki w obawie przed nadzorem, woleli nie wybierać tak niepopularnego rejonu. Do Detroit wszak nie jechało się ot tak. W zasadzie zwykle się tam nie jechało, niezależnie od okoliczności. Czemu więc George pozwolił sobie na ten wybryk? Sam do końca nie wiedział. Egoizm, naiwność, a może po prostu szczera chęć bliższego uczestnictwa w nieuchronnym przebiegu wydarzeń? Wolał jednak nie zadawać sobie znowu tych pytań, gdyż nagłe rozmyślenie skutkowałoby koniecznością spędzenia kolejnych dwóch godzin na monotonnej jeździe. Nie był przyzwyczajony do długich podróży, raczej należąc do typu domatora, który nie opuszczał swej warowni dopóki naprawdę nie musiał. Gdzieś mijając jeden drogowskaz za drugim, wrócił myślami do wczorajszych wydarzeń. Wciąż próbował dociec na zasadzie dedukcji kto interesował się całym jego profilem działalności i życiem prywatnym. George był informatykiem, a dokładniej programistą baz danych. Pracował jako wolny strzelec dla kilku mniej znanych firm, które jednak potrafiły lokować dobrze kapitał, a więc nie skąpiły grosza. Nigdy praktycznie nie spotykał się z pracodawcami, wszystko załatwiając zdalnie z własnego pokoju pracy. Zwłaszcza po wybuchu, wolał zachowywać anonimowość na tyle, na ile się dało. W cieniu setek takich samych "biuroboli" jak on, było to nadzwyczaj ułatwione. Parę dni temu zorientował się jednak, że od miesiąca jest obserwowany przez tajemniczego nieznajomego. Ktoś próbował dowiedzieć się o nim i jego pracy, grzebiąc w urzędniczych papierach, dzwoniąc po klientach, a nawet próbując włamać się na komputer George'a. Nie był pewien czy to agent, czy ktoś z półświatka. Trudno było Mintonowi przyznać, że nie ciekawość ani chęć przygody zaciągnęła go do Detroit. Był najzwyklejszym tchórzem. Tylko czym była odwaga, jak nie działaniem wbrew instynktowi samozachowawczemu? Tchórzostwo - tak znienawidzona w amerykańskim społeczeństwie cecha, to przecież najzwyklejsze podążanie ku samo przetrwaniu. Czyty minimalizm ryzyka, i dla kogoś o tak ścisłym umyśle, było to wyjątkowo racjonalnym podejściem do życia.
Tą wewnętrzną walkę księcia z tchórzem, przerwał dzwonek telefonu. Minton choć droga nadal była bezpieczna, gdzieś nawykiem włączył tryb głośnomówiący:
- Halo? Cześć Brandon.
- Yo koleś, jesteś na chacie?
- Sorry, musiałem wyjechać. Jadę do Detroit.
- Gdzie?
- Do Detroit.
- Wiem, słyszałem że do Detroit! Koleś, ale po co tam jechać?
- Mam pewne sprawy, słuchaj jestem w podróży, możesz się streścić?
Brandon był najlepszym kumplem George'a. Obaj wychowywali się w sierocińcach, choć w zupełnie innych miastach. George'owi się powiodło, a Brandon nadal klepał biedę przy jakiś slumsach. Łączyła ich zażyła przyjaźń i wiele ciekawych zdarzeń. Jeśli natomiast chodziło o kasę, to Brandon wisiał mu już z czterysta dolców. Minton miał więc nadzieję, że to nie jest kolejna prośba o "chwilową" pożyczkę.
- Koleś, szkoda że cię tu nie ma. Wygrałem dwie wejściówki na maraton filmów Marvela, i myślałem że się wybierzemy...
- Może innym razem - trochę żałował że to mówił - Słuchaj, sprawdziłeś tych gości?
- Jakich gości? A czekaj, tak... Y, a właściwie to nie. Sorry stary, miałem ostrą imprę...
- Zrób to więc i poszukaj lepszej pracy - tymi słowami zwykł gasić swojego nadpobudliwego przyjaciela, gdy już nie miał ochoty z nim rozmawiać. Trochę okrutnie, ale skutecznie - I powiedz ciotce Reese żeby nie zapomniała nakarmić Fargo - dodał na odchodne, by mieć pewność że jego papuga nie zdechnie z głodu.
- Jasne...
- Ok, to sorry ale zaraz mam zjazd i muszę kończyć...
- Cya.
- Cya.
Czuł się trochę winny, że musiał spławić Brandona, ale ledwo widoczny w zaroślach znak informował że zbliżał się do terenu miejskiego. Miasto było tuż, tuż. Wolał nie wjeżdżać od razu do centrum. Tyle, że nie do końca był pewien że zna drogę. Wtem jakby przywołana z myśli, wyrosła mu przed szybą stacja benzynowa po prawej. Spojrzał kątem oka na stan paliwa. Chyba dobrze będzie zatankować, a nuż to ostatnia taka okazja. Gwałtownie zwolnił i skręcił niemalże w ostatniej chwili, aż opony zapiszczały głośno i wyraziście. Jego wzrok utkwił na moment w niespodziewanym jak na takie miejsce motocykliście. Może to był po prostu krewny właściciela stacji? Czort czy inny diabeł go wiedział. Zaparkował powoli przy jednym z dystrybutorów, wypatrując czy stacja jest czynna i czy aby na pewno samoobsługowa, po czym otworzył bak i napełnił go lepszą jakości benzyną. Wierzył w obiegowe porady. Na zadupiu "lepsze paliwo" to po prostu "normalne". Gorsze, to zwykle popłuczyny wysadzające silnik spod maski. Starał się jednocześnie unikać zbędnego kontaktu wzrokowego tego gościa w bluzie. Nie był typem zaczepnym. Poszedł jeszcze zapłacić i kupił przy okazji jakiegoś batona oraz pomarańczowy napój w puszce. Włożył je w boczny schowek drzwi od strony pasażera i ruszył na miejsce kierowcy. Był gotów do drogi.
 
__________________
Something is coming...

Ostatnio edytowane przez Rebirth : 11-10-2012 o 16:08.
Rebirth jest offline  
Stary 13-10-2012, 15:43   #8
 
F.leja's Avatar
 
Ink

Jego spokojne słowa miały bardzo wyraźny efekt na jego gości. Nabuzowani testosteronem, gotowi do rozróby, nie mieli ochoty na wykłady. Dali więc wyraz swojej irytacji.
- Zamknij mordę - wrzasnął prowodyr i sięgnął do tyłu, a pasek. Gest był jednoznaczny, mężczyzna miał gnata. Nie zdążył go jednak użyć. Ink padł na ziemię, nad nim świsnęły igły, a dookoła rozległ się trzask tłuczonego szkła - szyby praktycznie eksplodowały do środka. Cała grupa ubranych wandali padła na ziemię wśród rozbryzgów krwi i wrzasków bólu. Za plecami Inka rozległ się krzyk dziewczyny, który rozproszył go na tyle, że przez chwilę zapomniał o pistolecie.
Huk strzału przeszył powietrze. Ink był cały, krzyk dziewczyny się urwał. Na podłodze, w błyskawicnie rosnącej kałuży krwi leżała piątka mężczyzn. Niektórzy z nich jeszcze lekko podrygiwali w ostatnich sekundach życia. Broń leżała blisko konającego chłopaka, który gulgotał jeszcze i bezskutecznie próbował powstrzymać krwawienie z tętnicy szyjnej.
Za sobą Ink usłyszał cichy jęk, dziewczyna była ranna w brzuch.
- Skąd to się wzięło? - osunęła się na kolana i trzymała kurczowo za bok. Na jej sukience szybko rósł krwawy kwiat.


[MEDIA]http://25.media.tumblr.com/tumblr_lzioxcWrqK1qe5cn6o8_250.gif[/MEDIA]
 
__________________
I don't mean to sound bitter, cold, or cruel, but I am, so that's how it comes out. ~~ Bill Hicks
F.leja jest offline  
Stary 13-10-2012, 16:16   #9
 
Fearqin's Avatar
 
- NIENIENIENIENIE!! - Krzyknął podnosząc się z ziemi przerażony. Doskoczył szybko do dziewczyny, zaczął się nagle pocić, trząść. Nie chodziło o zmęczenie wywołane tym wszystkim, co przed chwilą zrobił. Nawet jeśli go to wyczerpało, nie mógł teraz tego poczuć. Co on właśnie zrobił? Co się stało?

Uklęknął przed dziewczyną. Co mógł zrobić? Pierwsza pomoc? Czym to niby było? Jak to zrobić?
Kula! Musi wyjąć kulę.
Telefon, musi zadzwonić po karetkę.
Kula. Najpierw kula. Jeśli utkwiła w ciele dziewczyny, wyjąłby ją jednym sprawnym ruchem. Oczywiście używając telekinezy, tak będzie bezpieczniej. Potem popędził do gabinetu, zaczął przeczesywać szuflady, ręce mu latały w powietrzu niczego nie dotykając, ale podnosząc telefon i przyciągając go do jego ucha, jednocześnie wybierając numer na pogotowie. Każda szuflada w gabinecie otwarła się w przeciągu paru sekund. Z jednej z nich wyskoczyły bandaże, tym razem białe, te były przeznaczone dla pacjentów, tak na wszelki wypadek.
Gdy tylko ktoś odebrał z drugiej strony i zaczął coś mówić, chyba była to kobieta, Ink już wykrzykiwał adres gabinetu, powiedział tylko, że była strzelanina i się rozłączył, od razu zapominając do kogo właśnie dzwonił. Wrócił do poczekalni, brudząc swoje buty w kałuży krwi. Próbował opatrzyć dziewczynę, choć nie miał zielonego pojęcia jak się za to zabrać. Spróbował zrobić tak jak to robił z własnymi dłońmi, owinąć i lekko zacisnąć.

Gdy już prowizorycznie opatrzył dziewczynę i patrzył jak i bandaż nasiąka krwią był już absolutnie spanikowany. Nie dał rady się ruszyć. Nie dał rady uciec. Obserwował kobietę, którą prawdopodobnie doprowadził do śmierci.
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^
Fearqin jest offline  
Stary 13-10-2012, 22:06   #10
 
RoboKol's Avatar
 
Jak zrozumieć wolność? W końcu wszyscy jesteśmy w mniejszym, czy większym stopniu wolni? A może wolność to nie swoboda w działaniu, lecz coraz mniejsze ograniczenia? Idąc tym tropem, najwyższa władza jest najbardziej wolna, a ludzie, którzy tę władzę wybierali - i mieli wolność obiecaną - są niewolnikami systemu, który sami sobie narzucili. Czyli wolność nie istnieje? No dobra, nie ma wolności absolutnej. Ale można zrzucić okowy, w których było się zamkniętym przez całe życie, by spróbować czegoś innego. By przejść do więzienia obok, gdzie strażnicy są bardziej mili, a spacerniak wydaje się nieporównanie większy od poprzedniego.
Taką właśnie nową wolność spróbował osiągnąć David Park gdy tylko usłyszał jeden taki artykuł. Usłyszał, bo oczywiście nikomu nie chciało się drukować tak, by palce chłopca mogły w spokoju wyczuć litery.
Wszystko miał przygotowane. Teraz tylko trzeba było się wydostać. No właśnie, wydostać...
Raz, dwa, trzy, cztery... Na szczęście potrafił w miarę dobrze liczyć. Przechodził tym korytarzem tysiące razy i ilość kroków drogę znał na pamięć, a jednak na wszelki wypadek wspomagał się ilością kroków. W końcu głupio byłoby wpaść na ścianę.
Dobrze, jakoś to poszło. I...
- A ty co tu robisz, zdechlaku?
Serce chłopaka stanęło na chwilę. Gdyby nie to, że był śmiertelnie skupiony, a jego psychiki w tamtym momencie nie mógłby zburzyć nawet rozpędzony czołg, to Park padłby na zawał, a przynajmniej goniłby za swoim przerażeniem. Ale tak się nie stało, przynajmniej nie w tym scenariuszu zdarzeń.
David nawet się nie obrócił w stronę Boyle'a i jeszcze jakiś ludzi. Co im powiedzieć? Jakie kłamstwo tu najlepiej pasuje? Wychodzi na fajkę? Nie, nie uwierzą, że on pali. A nawet gdyby, to kazali by mu wyskakiwać z papierosów, których on nie ma. Za kłamstwo oberwałby jeszcze. To co innego? Powiedzieć: "Siemka, zwiewam, zostawiam was samych w tym zasranym więzieniu?" Nie, to nie pasuje do Davida. To co? Myśl, myślenie to podstawa!
- Uciekam. Mam dość życia w klatce. - Powiedział cicho z zamiarem kontynuowania swojej ucieczki. Nic go nie mogło tej nocy zatrzymać. Ani nic.
Nastąpiła chwila konsternacji, niedorostki nie spodziewały się chyba takiej odpowiedzi. Właściwie, chyba w ogóle nie spodziewały się odpowiedzi.
- A jak niby chcesz to zrobić? - w głosie Boyle’a David usłyszał coś jakby niedowierzanie, ale też nutkę niepewności.
Nie chciało się mu teraz tłumaczyć całego planu... Zresztą duża jego część była po prostu założeniami. Tak więc...
- Mam plan. Przygotowywałem się kilka miesięcy. Nie chcę dłużej siedzieć w tym więzieniu. - Gdzie wszyscy mają mnie za dziwoląga, pomyślał, ale tego nie dodał. - Coś jeszcze? Mam jakby napięty terminarz, więc... - Sugestywnie dał krok do przodu.
- Hej, hej, hola, stary - Boyle zatrzymał Davida. - Chyba nie myślisz, że damy przejść takiej okazji koło nosa? Idziemy z tobą. - Jego tak zwana asertywność tylko dodatkowo poddenerwowała Park'a.
- To znaczy... - Zwątpił na chwilę David. - Gdzie chcecie iść? I jak? Przecież nie jesteście do tego przygotowani. - Próbował zniechęcić do ucieczki, chociaż zapewne i tak mu się nie uda. - I niby dlaczego miałbym was wziąć ze sobą?
- A masz jakiś wybór?
- W sumie, to... nie. Tylko bądźcie cicho, nie chcę, by nas ktoś usłyszał. - Zgodził się ostatecznie David.
Ruszył przed siebie. Był gotowy na uciszanie swoich "towarzyszy podróży". Ale nadrzędnym celem było kontynuowanie planu. I ucieczka!
 
__________________
Jak obudzić w sobie wielkość, gdy jest ona niezbędna?
RoboKol jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168