Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 31-03-2013, 12:07   #1
 
Arsene's Avatar
 
[Autorski] Znaki

To już było. To dzieje się teraz. To się dopiero wydarzy. Tam, tutaj, gdzieś...

Caria Dax

Noc była chłodna i cicha. Mimo to nie było tu spokojnie. Chłód był jakby martwy, a cisza niepokojąca. Caria kierowała się w stronę domu. Coś podkusiło ją, żeby wracać tędy. Prawdopodobnie grupka pijanych osiłków na następnym skrzyżowaniu. Zataczali się dość, by mieć na nią ochotę i nie dość, by łatwo było się obronić. Droga ta była dłuższa, ale zdecydowanie bezpieczniejsza. Tutaj ludzie tylko mieszkali... chyba. W tym mieście niczego nie można być pewnym.

Pozamykane okiennice, księżyc oświetlający ulice - spokojna noc. Caria dotarła do domu bez przeszkód. Wracała ze spotkania organizacji. Przeklęta tradycja. Musiała wyjechać z miasta, tłuc się na jakieś mokradła, szukać jakiegoś dziadygi... i sama nie wie po co. Bo jakiś czubek ma mu dać kawałek pergaminu? Po to angażowali 7 osób? Żenujące... kto to w ogóle wymyślił?

Drzwi były otwarte. Caria przełknęła ślinę. Przestąpiła przez próg. Było ciemno, ale jej oczy przywykły do ciemności. Meble były poprzewracane. Pod butem cicho plusnęła krew. Caria jęknęła cicho. Matka, ojciec - pierwsza myśl. Zacisnęła nerwowo dłoń na rękojeści sztyletu.Przeszła przez pokój pełen porozwalanych mebli i śladów krwi. Skierowała się do sypialni.

W ostatniej chwili odskoczyła na palcach i przylgnęła do ściany przy szafie. Kilka osób wyszło z sypialni. Zamarła.

- ... nie ma. Staruszek nic nie powiedział.
- Tak jest.


Caria widziała teraz plecy rozmawiających. Ledwo dusiła emocje, czuła ciepłą łzę spływającą po policzku. Na szczęście koki wykonywane w ciężkich butach były głośne.

Usłyszała zamykające się drzwi. Pięciu mężczyzn, potężnie zbudowanych, w płaszczach, pod bronią wyszło z domu. Dziewczyna widziała tylko ich sylwetki. Caria rzuciła się do sypialni. Krew. Wszędzie pełno krwi. Upadła na kolana mimowolnie. Już nie dbała czy ją słychać. Łkała.

Nie wiedziała ile czasu. Po prostu. Przy ciele ojca. Przy ciele matki. Emocje był silniejsze niż cokolwiek. Nie myślała o zemście, misji, kłótniach. Płakała.

Dwa dni później

Pogrzeb był już ustalony. Miał się odbyć za miastem. Rodzina była szanowana, dla tego w ogóle miał się odbyć. Caria nie spędzała tego czasu w domu. Nie czuła się bezpiecznie. Wynajmowała pokój w jednej z gospód. Wczoraj odwiedził ją Kret. Strażnik z organizacji. Przekazał jej kondolencje, wyrazy szczerego współczucia, mówił o tych wszystkich nieistotnych bzdurach... ale wspomniał też o pewnej istotnej rzeczy. O śladach wyciętych nożem na ciałach jej ojca i matki. Takich samych jak na tych porzucanych przypadkowo w mieście.

Mętlik w głowie to mało powiedziane. Ogromny sztorm łamiący jak zapałki okręty przekonań i idei. To działo się w jej głowie i ostatecznie skłoniło do wyruszenia w drogę. Nie umiała zapomnieć o tradycji, zwłaszcza teraz, kiedy okazało się to być ostatnią wolą ojca. Nie umiała pozostawić tego bez pomsty, a nie było innego sposobu by ich odnaleźć. W końcu nie mogła czekać aż wrócą i po nią...

Kapitan Maximilian von Spirit

Puchło. Czuł dobrze. Kolejny cios spadł na jego twarz. Ponownie próbował wyrwać się, ale we dwóch trzymali go dobrze. Trzeci zadawał ciosy.

- Gadaj psie gdzie zakopałeś skarb bo wypruje Ci flaki! - wrzasnął typ ubrany w wysokie buty, ciemnobrązowe spodnie, kamizelkę i czarny kapelusz. Przy boku wisiał mu kordelas.
- Pierdol się, nie ma żadnego skarbu - odparsknął Max, za co dostał jeszcze dwa ciosy w twarz.

Trzymali go w jakimś portowym magazynie. Popił trochę, ktoś komuś ubzdurał, że zakopał gdzieś jakiś skarb i proszę, jest. Dwóch goryli i gość udający kapitana udając przyjaciół zaciągnęli go tutaj i ciosem w tył głowy skłoniło do współpracy.

Pomieszczenie to nieduży, drewniany składzik pełen jakiś beczek. Trzymali go zaraz przy drzwiach przez które wpadało poranne słońce. Tak, Max zdecydowanie za dużo popił.

Przesłuchujący wyciągnął zza paska nóż. Przytknął go do gardła Maxa, złapał za włosy i wycedził przez zęby

- Nie powiesz to zdechniesz śmieciu. Skończysz tam gdzie powinieneś już daw...

W tej chwili podwójne drzwi wypadły z i tak lichych zawiasów. mężczyzna w długim czarnym płaszczu wyważył je silnym kopniakiem, a drugi wymierzył lufę rewolweru prosto w przesłuchującego. Nacisnął spust trzy razy i porywacz z ochroną leżeli martwi. Wszystko trwało urywek sekundy. Max słyszał o takiej broni, ale nigdy jej nie widział.

Wybawca ubrany był na czarno. Skórzany płaszcz, rewolwer w kaburze za paskiem, nowomodna szabla, niezwykle skuteczna w walce, bogato zdobiona. Na głowę zaciągnięty kaptur. Twarz miał bladą. Był dobrze zbudowany, lecz nie był osiłkiem.

- Z deszczu pod rynnę Max. Prosto pod rynnę - powiedział suchym, zimnym tonem i zrobił dwa kroki w jego stronę.

Markus Steintenberg

- Markus nie utrudniaj. Bo utrudniasz. Kurwa utrudniasz jak nikt. Poowiesz nam gdzie macie następne spotkanie, kto jest kretem i cię puszczamy.

Uliczka była wąska. Południowe słońce nie wpadało tutaj, więc było całkiem ciemno. W powietrzu czuć było wilgoć gnijących bud, w których mieszkali ludzie. Mieszkali, bo nie można powiedzieć, że żyli. Egzystencji w tych slamsach nie można nazwać życiem.

Grubas w barwach straży miejskiej mówił do Markusa lecz nie patrzył się na niego. Dwóch strażników zaraz przy nim pilnowało by nie uciekł, kolejnych dwóch stało za oficerem. Mieli krótkie miecze, kolczugi chroniące tors, słabe punkty to szyja, pachy, ścięgna przy kostkach. Markus klęczał. Zabrali mu łuk i miecz, ale widział, że strażnicy to młodziaki. Z powodzeniem wyciągnie miecz jednemu z nich, wstając odepchnie drugiego, właściciela miecza zdzieli jego własnym ostrzem, wykonując zgrabny piruet zgasi iskrę życia drugiego z nich... początek planu wydawał się dobry. Ale... czy na pewno?

Catalina Titania Fernandes

Ciepła kąpiel po ciężkim dniu. Tego jej właśnie było potrzeba. Przygotowała ją starannie, by póki woda nie wystygnie móc delektować się przyjemnym odprężeniem mięśni. Zamknęła oczy i leżała w balii. W pokoju paliło się kilka świec, było ciepło i wilgotno. Myślała o czekającym ją zadaniu. Z rana miała spotkać się z resztą grupy i wyruszyć cztery dni drogi konno od miasta do domu jakiegoś starca tylko po to być dać mu jakiś list. Ale ponoć zadanie było ważne. Ważne. Ważne...

- Catalina? Słyszysz mnie? Skarbie, odezwij się....
- Ona musi umrzeć. Zdechnie jak Ty!


Dziewczyna otworzyła oczy i wyrwała się ze snu. Chociaż to nie był sen, to raczej... wspomnienie. Czasem, kiedy się zrelaksuje odpływa, ale... skarbie? Nigdy wcześniej. Nigdy więcej.

Dziewczyna wyszła z wody i owinęła się ręcznikiem. Musiała wcześniej kłaść się spać, jutro koło południowej bramy. O świcie...

Marika Surkamat

Tłum w karczmie był dziś spory. Alkohol, przystojni faceci, dobra zabawa. Mariki tutaj nie było. Były jej przyjaciółki, flirtujące z mężczyznami, tańczące, roześmiane. Ona sama natomiast siedziała teraz w domu. To był ostatni wieczór, który miała spędzić w mieście. Później kilka dni męczącej podróży w jedną i jeśli się uda drugie tyle w drugą stronę. Zaprzątała sobie tym głowę w domu, w samotności. Poczuła taką potrzebę.
Pukanie do drzwi sprawiło, że zerwała się z łóżka. Błyskawicznie poprawiła włosy i ruszyła do drzwi. Otworzyła je i stanęła w bezruchu. Bacznie obserwowała ulicę. Była pusta. Przesłyszenie? Nie możliwe... przecież słyszała wyraźnie jak ktoś pukał. Nie pewnie, ale jednak zrobiła kilka kroków do przodu. Było pusto. Odwróciła się i zobaczyła to.
Za nią kilka kroków stał wyższy o głowę mężczyzna w ciemnosiwym płaszczu. Miał śniadą cerę i kilkudniowy zarost. Przeciętnie zbudowany. W jego prawej ręce błyszczał sztylet. Palec drugiej ręki położył na ustach gestem nakazując ciszę. Jego spojrzenie nei wróżyło nic dobrego.

Robert Geserer

Robert wyszedł z karczmy na piętrze której miało miejsce spotkanie. Dostał misję, był nią bardzo przejęty. Skręcił dwa lub trzy razy w jakieś uliczki. Szedł za nim inny członek organizacji. Robert znał go z widzenia, mijał go czasem na ulicy, ale w zasadzie nie wiedział, że pracują dla tych samych ludzi, w tym samym celu. Kiedy Robert skręcił jeszcze raz by przejść na skróty do swojego domu drogę zaszło mi dwóch osiłków w ciemnych płaszczach, skórzanych zbrojach i z mieczami przy bokach.

- Brat mówił, że Cię tu znajdziemy - wycedził jeden z nich i uśmiechnął się szyderczo po czym drugi z zaskoczenia uderzył Roberta ogromną pięścią w twarz.

Świat zawirował przez chwilę. Ziemia usunęła się spod nóg. Mgła zasłoniła mu świat.

Niras Konr „Wisielec“

Nasir wyszedł z karczmy i podążał śladem jednego z członków organizacji. Nie znał go, nigdy wcześniej nie zwrócił na niego uwagi. Nie wyglądał szczególnie młodo. Był dobrze zbudowany, wysoki. Kluczyli przez chwilę uliczkami po czym Niras ruszył w swoją drogę. Jednak coś w środku mówiło mu, żeby skręcił w lewo. Dobrze znał układ tych uliczek, wiedział, że wpadnie na tego jegomościa, jeżeli tam skręci. Chwila walki z samym sobą o - w sumie - głupotę i jego nogi poniosły go w tamtym własnie kierunku.

Wyszedł i za rogiem zobaczył osobę, którą spodziewał się tam zobaczyć, ale nie tylko. Śledzony oparty o ścianę siedział ogłuszony, a nad nim dwóch osiłków własnie dobywało mieczy. Niras wyjął miecz i cichym krokiem podszedł do jednego z nich. Przebił go ostrzem. Drugi z wyrazem szoku i przerażenia na twarzy odskoczył i uniósł miecz. Konr zaatakował od góry raz, drugi i za trzecim przebił się przez blok i powalił napastnika.

Niras Konr „Wisielec“ i Robert Geserer

- Przyjdą i po Ciebie...

Potężny cios spadł na bark mężczyzny. Ostrze jego własnego miecza wbiło się na kilkanaście centymetrów zalewając krwią wszystko dookoła. Robert oprzytomniał w tym czasie. Krew zalała jego ubranie. Powalił go potężny cios w szczękę. Niras podał mu dłoń, pomagając wstać...
 
__________________
Także tego
Arsene jest offline  
Stary 31-03-2013, 17:43   #2
Banned
 
Woń stęchlizny walczyła o palmę pierwszeństwa z odorem fekaliów. Półmrok pomieszczenia rozświetlała tylko końcówka świecy. Ogarek dopalał się i mężczyzna czuł rozczarowanie... Siedzący na przeciwko nie poruszał się od jakiegoś czasu. Może liczył, że jakoś uda mu się wyplątać, może był znacznie słabszy niż się wydawał, może góra mięśni skrywała zajęcze serce? Szkoda, umierajac zawsze mieli tyle do powiedzenia, tak chętnie opowiadali o tym jak to chcą zmienić swoje życie i że po prostu muszą dostać swoją kolejną, nawet już ostatnią, szansę... Krew wolno ściekała po nodze krzesła, wypełniała szczelinę w deskach podłogi i gromadziła się w zagłębieniu przy oknie. Zwabione zapachem krwi szczury nerwowo krążyły pod ścianami bojąc się jednak wejscia w mizerny krąg światła...
- Dobranoc baronie. Do zobaczenia w piekle.


Prawie świtało, kiedy Markus wszedł do "Szynku u Mortimera" i zamówił piwo, a w zasadzie coś, co ten szlachetny trunek miało imitować. Przez dłuższą chwilę starał się zrozumieć bełkot mężczyzny przy sąsiednim stoliku starającego się coś wytłumaczyć swojemu równie pijanemu kompanowi... Niedosyt dzisiejszej nocy nie dał się jednak zalać jednym piwem i Markus szybko opróżnił kolejny kufel. Kolejna noc czatowania na złodzieja zakończyła się niczym - podzielił się swoimi uwagami z barmanem, który był rad, że ktoś o tej porze jest w stanie mówić, a nie tylko bełkotać. Rozmawiali o wszystkim i niczym jednocześnie przez kilka godzin, do czasu kiedy słońce przedarło się przez brudne okna do wnetrza szynku. Znacznie bardziej, niż wynikało to z ilości wypitego sikacza, zataczając się Markus znalazł się na zewnątrz i zaczął iść w kierunku domu, czy może raczej miejsca, które za dom obecnie mu służyło...

Uliczka była jedną z tych, w których należało się pokazywać tylko w towarzystwie dobrego noża, a najlepiej - nie pokazywać wcale. Markusa zdziwiło więc, że pojawiła się tutaj para młodocianych strażników miejskich. No, chyba, że wysłali ich po odbiór jakichś "dowodów sympatii"... Zamierzał ich minąć i podążyć we własnym kierunku, niestety to, co wziął za zmieszanie i zaskoczenie jego widokiem było przygotowaniem do ataku... To było zaskakujące, bardzo zaskakujące. Markus znalazł się na kolanach i bez broni. Znaczy właściwie bez broni, bo młodziki nie pomyślały o sztylecie w bucie. Mężczyzna jednak był ciekawy dalszego rozwoju wypadków. Dowodzący tą cała młodocianą bandą tłuścioch szybko wyłuskał sprawę:
- Markus nie utrudniaj. Bo utrudniasz. Utrudniasz kurwa jak nikt. Powiesz nam gdzie macie następne spotkanie, kto jest kretem i cię puszczamy.
- Bbrmb - wybełkotał Steintenberg ni to usiłując wstać ni to usiąść - Zarasz... - potrząsnął głową, jakby się chciał otrzeźwić równocześnie analizując to co powiedział grubas. Nic tu kurwa nie pasowało. Straż od zawsze prowadziła jakieś śledztwo, ale dobrze opłacana prowadziła je z dala od organizacji, o której zdawała się wiedzieć niewiele. Skąd u licha ci wiedzieli, że on należy do organizacji? Co jeszcze wiedzieli? Oczywiście mógł ich zaatakować, ale to zupełnie nie dawało żadnych informacji... Czy straż miała kreta wśród nich? Raczej nie - wtedy wiedzieliby kto jest kretem. Chyba, że...
- Eeeehm. To jest jakiś układ. - zdobył się na wyraz pijackiego zamyślenia na twarzy - W sumie to mieli płacić, a nie płacą, więc co mi tam... Gość przedstawił się jako Bruczkin, czy Puczkim - troche sepleni i to pewnie nie jest jego prawdziwe nazwisko - zauważył inteligentnie rozglądając się po obecnych i starając się ocenić jak duże zagrożenie stanowią - dość wysoki, dobrze zbudowany, chyba łysy, ale zawsze miał kaptur, wiec nie jestem pewny... burrp... nosi gęstą brodę, ale na prawym policzku ma bliznę, którą stara się tą brodą ukryć... E, no w zasadzie, to chętnie bym wyrównał z niektórymi rachunki... Mogę pracowac też dla was... Nawet za darmo, takie męty i szumowiny należy niszczyć i chętnie wam w tym pomogę...
- Morda w kubeł. Gadaj o co pytam, a nie rozwijaj mi tu swoje sympatie i antypatie. Nie mam czasu na gadki szmatki. Konkrety, albo poszerzenie uśmiechu...
- Oh, pan strażnik zły... - wydawało się oczywiste, że ci tutaj nie wymyślili całej akcji sami tylko dostali ścisłe instrukcje, wiedzieli kogo mają pytać i o co mają pytać. Ciekawe ile wiedzieli i od kogo?
- Stul pysk. Gdzie i kiedy następne spotkanie.
Markus przełknął nerwowo ślinę udając przestrach i myślenie.
- W opuszczonym domu przy starym moście, jutro, o pierwszej nocnej wahcie. Byłem z nimi dla kasy, więc teraz to mnie to wisi... Na spotkanie więc pewnie się znacząco spóźnię... - wydusił z siebie zmyślone miejsce i czas.Jedno i drugie było jednak prawdopodobne. Tłuścioch uśmiechnął się kącikami ust, przez chwilę wydawał się niepekonany, ale później pogardliwy uśmiech wypłynął szerzej na pysk. Obrócił się i mijając stojącą za nim dwójkę rzucił krótkie "Zabijcie go".
- Ej! Nie tak się kur... - zaczął Markus usiłując zebrać się do pionu. Strażnicy otoczyli go chyba nie do końca wiedząc jak zaatakować kogoś kto jest na ziemi. Błąd. Pięść mężczyzny zatoczyła półkole i wylądowała w kroczu stojącego za Markusem, który w następnej chwili skulił się i wyciągnął rękę po upuszczony miecz. Panowie nie byli wyzywającym przeciwnikiem i przez chwilę Steintenberg zastanawiał się co jest grane. Grubas zniknął z pola widzenia licząc na to, że młodzi dadzą sobie radę, albo poświęcając ich na ołtarzu ratowania własnej dupy... Przez chwilę Markus tańczył dając tamtym czas na spierdolenie gdziekolwiek. Jednak młodziaki mieli w głowie ideały albo głupotę i chcąc nie chcąc - Markus musiał trzech zarżnąć. Czwarty zaczął spierdelać i mężczyzna nawet zaczął za nim biec, po czym udał, że się wywraca... Niech szczyl ma satysfakcję... Tłuścioch i tak go widział; zresztą nie tylko on wie, w czym Markus siedzi... "Cholera, skąd straż ma tak dokładne informacje i dlaczego nagle zaczęła się tym interesować???" - pomyślał Markus przeszukując zwłoki. - "Coś tu śmierdzi na milę. Szlag jasny, i jeszcze nie mają przy sobie nic użytecznego..." Z koszuli jednego z zabitych zrobił prowizoryczny bandaż i zebrał swoją broń. Wychodziło na to, że trzeba uważać.
 
Aschaar jest offline  
Stary 01-04-2013, 21:42   #3
 
kanna's Avatar
 
Z pogrzebu niewiele pamiętała.

Była zmrożona, jakby cała uroczystość odbywała się gdzieś indziej, za przeźroczysta szybą. Nic nie czuła, ale docierały do niej pojedyncze słowa, gesty, obrazy. Mnóstwo ludzi – rodzina Dax była szanowana w mieście, ale też rozmiar tragedii przyciągał ciekawskich – ściskających jej dłoń, poklepujących po ramieniu, przytulających. Trzy proste trumny – matka, ojciec, brat – złożone w rodzinnym grobie, zaraz obok jej starszych braci. Tak niedawno.. Ile minęło od ich pogrzebu? Tygodnie, miesiące? Nie pamiętała. Została sama. Całkiem sama. Ostatnia z rodu Dax.

Słowa przelatywały obok niej, puste, nic nie znaczące. Wszystkie układały się w miarowy, męczący szum. „Rodzina Dax od zawsze służyła miastu”, „Dziewczyna nie będzie miała łatwo... musi podtrzymać tradycje, ale i zadbać o przedłużenie rodu… ‘ „Ja bym ją chętnie..” „Tradycja” „Cała rodzina.. ", „Mieli podobno wyrżnięte znaki”, „Jak inni”.

Niewiele pamiętała. Daleką rodzinę matki zabierającą ją z pogrzebu. Jakieś papiery – „Trzeba sprzedać dom, dziecko. Nie wrócisz już tam” - jej rzeczy zwalone pod ścianą pokoju w gospodzie, więcej złota, niż kiedykolwiek w życiu widziała, ale dużo, dużo mniej niż wart był dom…

"A honor?” – przypomniała sobie słowa ojca – „Mój honor i honor rodziny nic dla ciebie nie znaczą? To tylko trzy lata.. niecałe nawet. Potem Pablo będzie pełnoletni i on zajmie twoje miejsce. Musimy zachować ciągłość tradycji, tyle razy o tym rozmawialiśmy… ja jestem już za stary, żeby wrócić, czynnie, do organizacji. Od zawsze tam jesteśmy, mój dziadek, twój.. Teraz twoja kolej, słonko. Nic na to nie poradzisz. Nie możesz przeciwstawić się przeznaczeniu.”
Nie mogła. Tym bardziej, ze Pablo nie zajmie już jej miejsca... Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Opłakiwała ich, długo, w marnej izbie na poddaszu gospody. Płakała aż do momentu, kiedy zabrakło jej łez. Nie było już więcej czasu na żałobę – przynajmniej na ten moment. W życiu jest czas narodzin, i czas śmierci. Mieszkańcy Miasta wiedzieli o tym doskonale. Dziewczyna też to wiedziała. Nie było czasu na żałobę. Musiała zająć się wypełnianiem Tradycji. Musi odnaleźć tych.. rzeźników, ale sama nie da rady. Ma jechać na bagna? Pojedzie. Była to winna ojcu.

Zebrała swoje rzeczy – medykamenty, zioła, płótno, igły, nici, skalpele – przytoczyła do uda sztylet i owinęła się peleryną. Opłaciła izbę na trzy tygodnie na przód, poprosiła o zapakowanie jakiegoś prowiantu i wraz z resztą złota zabrała ze sobą.

Szła powoli, miała dużo czasu, pewnym, spokojnym krokiem. W dzień jej męski strój, spodnie, wysokie buty i dopasowana skórzana kamizelka na jasnej koszuli zapewniał tylko wygodę, za to w nocy dawał dodatkową ochronę maskując płeć. Dotarła do bramy nieco przed czasem, przez nikogo nie nagabywana. Gdyby ktoś tam był, zobaczył by niewysoką, smukłą dziewczynę o proporcjonalnej sylwetce i zielonych oczach. Ciemne, kręcone włosy okalały szczupła, inteligentną – teraz dość bladą - twarz i spadały luźną falą na kark, zebrane nisko rzemiennym sznurkiem.

Ale nikogo nie było. Caria przycisnęła plecy do ściany, skrywając się w mroku. Czekała.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
Stary 02-04-2013, 12:07   #4
 
vena's Avatar
 
Pierwsza myśl jaka przyszła Marice do głowy była głupia. To przez ten palec, który facet przyłożył do ust nakazując milczenie. Był długi i delikatny. "To jakiś muzyk" - pomyslała. Tak, to była naprawdę głupia myśl zważywszy, że w drugiej dłoni facet trzymał sztylet. Dopiero kiedy błysnął złowrogim blaskiem Marika nagle oprzytomniała.

Krzyknęła odruchowo i rzuciła się do ucieczki. Tylko cudem wyrwała się z naprawdę mocnego uchwytu dłoni kopiąc i waląc pięściami na oślep. Facet zaklął. Chyba kopnęła go w goleń. Dzięki temu zyskała minimalną przewagę. Niemal frunęła gnając na tyły domu. Tam wskoczyła do dołu wykopanego tuż przy ścianie. Nie był to zwykły dół. Odsłaniał okienko do piwnicy o szerokości bioder. Jedynie na zimę zasłaniany był wielką klapą metalową, żeby uchronić piwnicę przed zasypaniem śniegiem, czy też zalaniem topniejącą wodą. Marika chwytając wystającą cegłę wśliznęła się do piwnicy nogami wyginając sprawnie plecy.

To było jedno z ćwiczeń, które narzucił jej ojciec. "Musisz wiedzieć jak i gdzie uciekać w razie czego" mówił "I musisz robić to szybko i sprawnie". Tak właśnie to zrobiła i to zobaczył jej prześladowca. Zaklął siarczyście. Nie miał szans, żeby przecisnąć się przez tą szparę. Zawrócił pędem do domu.

Marika w panice ominęła worki z ziemniakami, beczki z ogórkami i kapustą, półki z przetworami. Nawet nie spojrzała na przydatne do różnych celów łopaty, widły i kilofy. Przeskakując co drugi schodek pomknęła do góry. Wypadła na korytarz. Miała nadzieję, że facet nie zdążył wejść do mieszkania.

Kusza wisząca na ścianie była zawsze gotowa do strzału a miejsce, w którym wisiała bardzo dokładnie przemyślane. Marika szarpnęła za broń w momencie kiedy mężczyzna stanął w drzwiach. Uśmiechnął się paskudnie. Głupia dziewczyna. Myśli, że zdąży załadować kuszę... To był jego ostatni w życiu błąd.

Marika odwróciła się z kuszą w chwili kiedy zabójca ruszył z uniesionym nożem. Chłodno wycelowała i uwolniła bełta. Mężczyzna zachwiał się zaskoczony, spojrzał na sterczący z piersi niewielki fragment bełta, potem w przerażone oczy dziewczyny i runął na ziemię dopychając bełta do końca, ostatecznie. Na podłodze zaczęła rozlewać się plama krwi.

Jeszcze przez chwilę Marika stała z wycelowaną kuszą, która automatycznie załadowała kolejnego z trzech bełtów. Dopiero po dłuższym czasie zobaczyła, że kusza drży. Właściwie to drżały jej ręce. Opuściła broń i oparła się plecami o ścianę. Odpoczywała. Miała kompletną pustkę w głowie. Nie była morderczynią. Nie miała tego we krwi. To czym się zajmowała, owszem, nie było święte, ale jednak zabijanie kogoś z zimną krwią to dla niej nowe doświadczenie. Nowe, ale zaskoczona Marika stwierdziła sama dla siebie, że nie spanikowała, na chłodno kalkulowała swoje szanse. No i ta adrenalina... Mocne wrażenie. Uśmiechnęła się nieco do siebie, zaskoczona własnymi myślami.

Nie pamięta jak długo siedziała na podłodze oparta plecami o ścianę. Ocknęła się kiedy usłyszała na ganku chichot przyjaciółek. Śmiały się z czegoś, ale nagle ucichły kiedy zobaczyły otwarte na oścież drzwi. Ostrożnie zaglądnęły do środka.
- Bogowie!
Jula i Sylwia... Najmilsza rzecz jaką Marika mogła teraz zobaczyć.

- Tak więc ktoś dybie na moje życie. - zakończyła swą opowieść Marika. - No i teraz muszę się pozbyć trupa, ale zrobię to w nocy.
- Oczywiście pomożemy ci!
Zabrały się do pracy. Z piwnicy wytaszczyły wózek na kółkach i zapakowały do niego trupa. Nakryły go brezentem i wyjechały jak najdalej od domu. Wyrzuciły go do rowu i ułożyły tak jakby spał zapity w trzy mordy. Wyglądał dobrze i dziewczyny zaczęły nawet żartować.

Kiedy wróciły do domu chwyciły za wiadro wody, szmaty i szczotki i zaczęły myć podłogę. Nawet nie myślały, że krew jest z rodzaju tych trudnych plam. Kiedy skończyły z przyjemnością wszystkie wskoczyły do balii z gorącą wodą i zanużyły się w kąpieli odpoczywając i plotkując o facetach. Jedynie Sylwia po strasznych przeżyciach z przed kilku lat nie do końca jeszcze potrafiła przełamać swoją niechęć do płci przeciwnej. Ale nad tym by ją przywrócić do normalności pracowała Jula z Mariką w sposób delikatny i systematyczny. Popijając wino omawiały różne sprawy. Marika poprosiła przyjaciółki o pilnowanie domu na czas jej nieobecności i odwiedzanie jej rodziców, którzy mieszkali poza granicami miasteczka. Oczywiście poprosiła też o podlewanie jej ukrytego przed ciekawskimi ogródka na tyłach domu. Nikt nie miał prawa tam zaglądać.
- A ja myślałam, że porządnie się wyśpię przed podróżą - zaśmiała się smutno Marika i zabrała się za pakowanie i przygotowywanie do drogi.

Kiedy gotowa stanęła przed przyjaciółkami te z powagą i uznaniem pokiwały głowami. Tak. Marika wyglądała dobrze. Założyła wygodne spodnie w mnóstwem ukrytych kieszeni i kloszowaną tunikę z szerokim kapturem, która wyglądała jak sukienka do kolan. Ona również zaopatrzona była w "setki" kieszeni i skrytek. Wszystkie zakamarki stroju zawierały "niezbędnik" Mariki, o którym dziewczyna nigdy nikomu nie mówiła. Nawet w mocnym skórzanym napierśniku ukrytym pod tuniką były tajne kieszonki. W cholewkach butów, karawaszach, pasie ukryte były sztylety, którymi po mistrzowsku władała. Do pasa przytroczyła swój ukochany miecz wykuty przez ojca-kowala. Swoje wspaniałe rude włosy, które zwracały uwagę mężczyzn i zazdrosnych kobiet splotła w warkocz i upchała pod tunikę. Do plecaka wrzuciła też notes, w którym szyfrem zapisywała najważniejsze rzeczy. Nikt nie znał owego szyfru. Był wymyślony osobiście przez nią samą i wyglądał jak runy. Rzecz nie-do-odszyfrowania.

Na koniec Marika zeszła do piwnicy i podziękowała Bogom za lenistwo. Tak. Za lenistwo. Już dawno miała założyć kratę w okienku, ale ciągle to odkładała. Ciągle miała wątpliwości czy jest tam potrzebna. Ostatecznie jeszcze nikt nigdy nie zakradł się jej do piwnicy oprócz kotów i jakiegoś chytrusa szopa. No i proszę, okienko przydało się. Poza tym tajne drzwi prowadzące do... i tak nikt ich nie znajdzie. Zasłaniała je szafa ze sprytnym mechanizmem. Zostawiła okienko zasłonięte tylko szeroką deską, którą można było wypchnąć od wewnątrz.

Teraz naprawdę była gotowa. Wyściskała się z przyjaciółkami i ruszyła na umówione miejsce spotkania. Do bramy dotarła już całkowicie spokojna choć czuła, że chętnie przespałaby się te parę godzin w wygodnym łóżku. Stała tam już jakaś dziewczyna. To dobrze. Zawsze to jakieś towarzystwo. Marika westchnęła, uzbroiła się w miarę przyjazny uśmiech i podeszła.
 
__________________
Człowiek jest na tyle cywilizowany na ile potrafi zrozumieć kota.

Ostatnio edytowane przez vena : 06-04-2013 o 19:34.
vena jest offline  
Stary 02-04-2013, 14:19   #5
MTM
 
MTM's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=pidW3I9GQa8[/MEDIA]


Zapach śledzi pomieszany z parafiną leniwie unosił się w powietrzu. Deski portowego magazynu skrzypiały wdzięcznie, niczym ciało okrętowe na wzburzonym morzu. Tego dnia słońca nie brakowało. Niemalże bezchmurne niebo nie zatrzymywało złocistych promieni padających na karki gaworzących w porcie mieszkańców. Miarowe stukanie młotków oraz ochrypłe komendy wykrzykiwane przez szkutników, zagłuszały radosne śpiewy ptaków, które co jakiś czas przysiadywały na dachu składu. Poddasze, w którym urządził się Maximilian, nie było zbyt komfortowe. Znaczną część pomieszczenia wciąż zajmowały sękate beczki jak i skrzynie - z czego większość była pusta. W kącie znajdowało się niechlujnie pościelone łóżko kapitana, tuż pod niewielkim otworem w drewnianej ścianie służącym za okno. Obok legowiska stał niewielki kredens, z którego szuflad wystawały wyblakłe już koszule. Gdzieś pod nimi jednooki kapitan zakopał swój majątek. Przed kredensem mieściło się krzywe krzesło, które swoją konstrukcją nie zachęcało do zasiadania na nim. O jego oparcie były przewieszone wierzchnie elementy ubioru Maximiliana, tj. kurta a także płaszcz, oraz pas z zawieszonym kordelasem. Na siedzeniu natomiast spoczywał czarny kapelusz kapitański z czerwonym piórkiem, rzadko przez niego zakładany. Sam kapitan spoczywał jeszcze na łóżku w rozpiętej koszuli i samej bieliźnie. Wyrzeźbiony brzuch to się wznosił, to znów miarowo opadał. Jego twarz, do której wzdychało już kilka portowych dziewek, przyjmowała łagodny wyraz, z jednym wyjątkiem; paskudna blizna rozcinająca jego prawe oko na dwie części, zaczynająca się tuż nad brwiami a kończąca na policzku. Zwykle na noc zdejmował skórzaną opaskę, która teraz walała się na podłodze. U stóp leżały mu dwie opróżnione już butelki po jakimś trunku. Do lokum wpadało niewiele światła, które nawet w bezchmurny dzień zachowywało swój półmrok. Tak oto mieszkał dwudziestoośmioletni Kapitan Maximilian von Spirit, sławetny korsarz z dalekich mórz, który jeszcze przed rokiem pływał na siejącej postrach wśród kupców "Złotej Gwieździe".

Historia tego, jak skończył pracując dla tajnej organizacji jako kret, nie jest ani długa, ani skomplikowana. Sam nigdy o niej nie wspomina i wolałby ją zapomnieć. Było to rok temu; Organizował właśnie abordaż napotkanego na wodach statku. Załoga wraz z kapitanem "Złotej Gwiazdy" wdarła się na opuszczoną jednostkę. Na pokładzie nie napotkali żywej duszy, co bardzo zaniepokoiło Maximiliana. Ładownie również świeciły pustką. Kiedy kapitan zarządził przeszukiwania łajby, dobiegł ich huk dział. Nim wrócili na pokład, było już po wszystkim - "Złota Gwiazda" stała w ogniu. Jak się później okazało, tuż nieopodal brzegu, za masywem skalny, w skryciu czekały dwie fregaty, gotowe do zaciśnięcia pętli na gardle okrętu Maximiliana. Załogę wzięto w niewolę, a jemu samemu przedstawiono propozycję nie do odrzucenia. Tajemniczy jegomoście zmusili go do współpracy, szantażując życiem jedynej osoby, na której kiedykolwiek mu zależało, brata. Decyzja była oczywista.


Max leniwie przetarł zdrowe oko, ziewając przy tym co nie miara. Ostatniego wieczoru popił jak zawsze, jednak z radością stwierdził, że imają się go jakiekolwiek dolegliwości. Wstając przeciągał się jeszcze przez chwilę, po czym wskoczył w spodnie oraz nałożył buty. Swój wyjątkowy strój zakładał głównie wieczorami, kiedy to obierał kurs na miejscowe tawerny. Z rana natomiast miał inne sprawy na głowie. Kierując się ku wyjściu naprędce założył opaskę.
Na zewnątrz powitał go orzeźwiający powiew wiatru. Było jeszcze przed południem, więc postanowił udać się do Georga. Georg to miejscowy szkutnik, zbijający raczej łodzie rybackie niż prawdziwe okręty, był jednak dobrym znajomym Maxa. To on przed rokiem przyjął kapitana na kilka dni pod swój dach oraz zapewnił mu u siebie posadę na pół etatu. Kiedy tylko miał czas, młody Spirit odwiedzał go, pomagając mu w pracy.
Poranna rutyna. W każdą stronę przemieszczali się ludzie z towarami na rękach, a czasem i głowach. Kupcy otwierali swe kramy, nawołując i zachęcaj do zerknięcia na ich dobra. Rybacy krzątali się z sieciami, a ich żony biegały za nimi z drugim śniadaniem. Chociaż głupio było mu to przyznać, Max znalazł w tym mieście kącik dla siebie. Przez kilka lat nieustannej żeglugi oraz walki zaczął tęsknić za statecznością i spokojem ducha. Tu miał wszystko czego potrzebował. Mieszkanie, pracę, znajomych. Ale także podwójne życie, z czego te drugie było tylko przykrym obowiązkiem. Nie miał wyboru. Liczył tylko, że któregoś dnia będzie mógł opuścić służbę i zabrać ze sobą brata.

Z przyzwyczajania zastukał w drzwi, chociaż dobrze wiedział, że dla niego zawsze stoją otworem. Miał szczęście, bo akurat żona Georga, Janice, szykowała późne śniadanie. Zjadłszy i porozmawiawszy o nieważnych rzeczach, udał się ze starym szkutnikiem do jego pracowni. Tam zleciała im reszta poranka. W południe Georg polecił mu, aby zrobił sobie przerwę. W takich chwilach Maximilian udawał się nad brzeg rzeki, gdzie też przesiadywał godzinami, gapiąc się w łagodną toń. Lubił wtedy zagłębiać się w wspomnienia, a w ładną pogodę również drzemać.

- Czołem, kapitanie! - odezwał się czyjś głos. Max wyrwał się z zamyślenia i spojrzał na stojącą przed nim osobę. Był to młody chłopak, wiekiem może szesnastu lat. Drobnej postury, o niebieskich jak morska toń oczach. Na jego obliczu odzwierciedlała się pogoda ducha, potęgowana przez jego szeroki uśmiech.
- Cześć, Piotrze - odpowiedział Max, odwzajemniając uśmiech.
Piotra poznał jakieś pół roku temu. Był on synem rybaka, który mieszkał nieopodal Georga. Piotr również pomaga przy budowie łodzi, do czego ma też niepodważalny talent. To dobry chłopak, którego jak kiedyś Maximiliana, ciągnie do morza. Postawa kapitana zafascynowała chłopca. Pełen marzeń młokos obiecał sobie, że któregoś dnia stanie się taki, jak on. Maximilianowi to nie przeszkadzało, bo i też polubił wyrostka. Stara się go doglądać i kiedy ma okazje, pomaga mu w nauce. Dzieli się też z nim swoimi opowieściami, które Piotr pochłania z ogromnym zainteresowaniem. Chłopak wyręcza mężczyznę dostarczając mu wiadomości. Widać, że z roli posłańca czerpie ogromną satysfakcję.
- Co słychać u ojca?
- Tak jak zwykle. Dzisiaj ma zamiar urządzić te swoje zawody rybackie. Dziwnym trafem jak co roku zgłosił się do nich jeden i ten sam zawodnik - jego najlepszy towarzysz kufla.
- I pewnie jak co roku skończą się tą samą libacją - dokończył Max. Piotr zachichotał pod nosem, po czym dosiadł się do kapitana. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, obserwując nurkujące przynęty.
- Przysyła mnie Jakub, twoi chłopcy są gotowi na wieczorny pokaz.
- Tak jak przewidywałem. Mam nadzieję, że tym razem znajdę jakiś godnych zawodników.
- Podobno same góry mięśni.
- Wystarczy, żeby potrafili wykonywać rozkazy.
Kolejna chwila milczenia, w której Piotr spoglądał ukradkiem na Maximiliana. W jego błyszczących oczach, jakby nadzieja przelewała się niczym fale na morzu.
- Wpadniesz do nas na kolację? Ojca i tak nie będzie, a matka przygotowała swoje specjały. Na pewno ucieszy się na twój widok.
- Jasne, czemu nie? Pokaz dopiero o północy. Odwiedzę tylko "Kuternogę" i przyjdę do was.
Twarz chłopaka znowu rozjaśniła się.
- Przekażę matce, żeby przyszykowała wolne miejsce. Tymczasem muszę jeszcze odwiedzić pana Georga.
- No to widzimy się wieczorem.
- Aye, aye, kapitanie! - odrzekł pełen nieskrywanej radości, po czym wartkim krokiem udał się w głąb zabudowań.

Maximilian ponownie popadł w zamyślenie. Tym razem nie rozpamiętywał swoich przygód na morzu, a roztrząsał o losie chłopca. To porządny chłopak, chociaż niedoceniany przez ojca. W sztorm i ogień za mną by skoczył.


Zbliżał się wieczór. Czerwona poświata coraz wyraźniej odbijała się od lustra rzeki, tworząc niesamowite figury. Większość mieszkańców kończyła już swoją prace i kierowali się do domów. Zapowiadała się ciepła noc. Nim Maximilian miał odwiedzić Piotra, postanowił najpierw wstąpić do tawerny zwanej "Kuternoga".
Tawerna jakich pełno. Udekorowana jakby w porcie morskim, z tymże wyjątkiem, że nie siedział tu żaden marynarz, a jedynie rybacy i inne "rzeczne" typki. Zapach alkoholu oraz tytoniu uderzył kapitańskie nozdrza, kiedy ten przekroczył przez próg. Był już w swoim outficie, jak zwykle bez kapelusza. Przestał go ze sobą zabierać, po tym, jak pewnego razu podczas bójki napastnicy wyrzucili mu go do rzeki. Cały dzień go później szukał, i niemalże dopłynął aż do samego morza. Ostatecznie uznał, iż sama opaska na oko robi wystarczające wrażenie na nieznajomych.
Barman uśmiechnął się za ladą i zachęcającą pomachał ręką. Maximilian szedł pewnym siebie, dziarskim krokiem, pozdrawiając po drodze znajome twarze.
- No, jużem myślał, że dzisiejszy wieczór będzie nudny - zagadał żwawo otyły mężczyzna, ściskając rękę Spirita.
- Nie wiem, jak będziecie się dziś wieczorem bawić. Jednak możesz być pewien, że wam w tym nie pomogę - odpowiedział kapitan zasiadając przy ladzie.
- Ale jakże to? Wieczór bez naszego korsarza?
- Wybacz druhu, ale jestem już z kimś umówiony.
- Oho! Czyżby kapitan wypatrzył jakiś jędrny port, w którym ma zamiar zacumować? - zapytał niewinnie, po czym ryknął śmiechem.
Maximilian sam nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. - Nie bracie, nie dzisiaj. Ale ty zamiast tak gaworzyć, polałbyś mi tych twoich szczyn na odprężenie.
Barman nachmurzył się, ściągając krzaczaste brwi, jednak po chwili zarechotał. - Aye, aye!

Już po kilkunastu minutach Maximilian siedział przy jednym ze stolików, otoczony mocno spitym towarzystwem. Sam chciał zachować trzeźwość. Piwo lało się strumieniami, nad głowami unosiła się tytoniowa mgła, a od ścian przytulnej tawerny odbijały się salwy śmiechu. Do grupki kapitana dołączyła dwójka mężczyzn, których Max widział pierwszy raz na oko. Brak karku, ponure gęby. Ich wygląd nie zachęcał do spoufalania się, dlatego przezorny kapitan postanowił bacznie się im przyglądać. Przez większość czasu siedzieli cicho i popijali gorzałkę, jednocześnie przysłuchując się opowieściom korsarza oraz jego braci.
- Kapitanie! - zaczął rosły mężczyzna z głową łysą jak kolano, siedzący nieopodal, uciszając tym samym resztę grupy. - To powiedz, no kurwa, jak to jest z tym życiem koro... kro... korsarskim, psia go mać! Opłaca się, kurwa, czy się kurwa nie opłaca?
Maximilian okrył się szerokim uśmiechem. Bawiła go ta zapijaczona banda i to, w jaki sposób się do niego odnoszą.
- Słuchaj no bratku co ci powiem. Życie korsarza sprowadza się tylko do dwóch wyników: albo uda ci się coś ograbić, albo i nie uda.
- Co jeśli uda? - wtrącił się inny mężczyzna, z długimi, zakręconymi ku górze wąsami.
- Jeśli się uda, to wtedy zamiast po wodzie, zaczniesz pływać w złocie - odpowiedział, rozglądając się po zebranych.
- A co jeśli się, no kurwa, nie uda? - zapytał ten pierwszy, bystro spoglądając na kapitana. A przynajmniej takie wrażenie próbował wywołać swymi zapijaczonymi ślepiami.
- Jeśli z kolei się nie uda, to wtedy sprawa staje się prostsza. Albo zawiśniesz na stryczku, albo skończysz jako karma dla rybek.

Zebrani przy stole zamilkli na moment, przetwarzając zdobytą co dopiero wiedzę. Po przeciągającej się chwili milczenia, zakłócanej tylko przez szum płynących trunków oraz głośne bekanie, zaczął kolejny kompan, widocznie nieco trzeźwiejszy od reszty.
- Ale ty, kapitanie, wciąż chodzisz pośród nas. Co oznacza, że tobie zawsze się udawało - zagaił, niemalże pękając z dumy na myśl o swojej bystrości.
- Trafne spostrzeżenie, bratku - odrzekł Max, po czym skinął w jego stronę, jakby chciał pogratulować mu zdolności rozumowania. - Dobry korsarz potrafi wykorzystywać okazje i wie, kiedy się wycofać - dokończył, dokańczając piwo - ostatnie, jakie miał zamiar tu wypić.
- A więc - kontynuował inteligent o ulizanej na jedną stronę grzywce - i ty musisz pływać w złocie. Nie widzę jednak, by ta tawerna tonęła w monetach, a co za tym idzie, jako niepodważalnie sławetny kapitan okrętu korsarskiego, musiałeś swój skarb zakopać - dokończył, wywołując swymi słowami jeszcze dłuższą niż poprzednio ciszę.
Wszyscy zamilkli, tępo wpatrując się w jedyne oko kapitana. Maximilian począł odczuwać pewien dyskomfort. Nie lubił, kiedy spogląda się na niego, jak głodny pies na kość. Gdy był jeszcze w innym życiu, nigdy nie pozwolił do takiego spoufalania się z kapitanem. Cóż jednak miał teraz począć, skoro był skazany na nie wywoływanie niepotrzebnego zamieszania. W końcu wyprostował się na krześle i ostatni raz omiótł pijacką brać zimnym spojrzeniem.
- Gdybym faktycznie miał tyle skarbów, o jakie mnie posądzacie, nie siedziałbym w tej dziurze, a w największych portach świata - mówił, wstając z krzesła. - A teraz, moja drużbo, kapitan musi zawitać do innej przystani. Z pewnością jeszcze kiedyś się spotkamy - dokończył.
Nagle powstał szmer i pokrzykiwania. Goście tawerny zawiedli się na wymijającej odpowiedzi kapitana, jednak byli na tyle pijani, że próby zatrzymania Maximiliana nie miały prawa bytu. Spirit przechodząc obok lady położył na niej kilka monet, na co pulchna twarz barmana odpłaciła mu uśmiechem, po czym opuścił "Kuternogę". Już po chwili wszyscy wrócili do picia i biesiadowania.


Kiedy opuścił karczmę, powitało go czarne niebo. Wieczór faktycznie był ciepły, toteż lekkie podmuchy wiatru orzeźwiały ciało i duszę. Maximilianowi szło się rześko i bynajmniej nie z powodu spożytego alkoholu. Cieszył się na myśl, że będzie mógł zrobić przyjemność Piotrowi, przychodząc na kolację. Czasami traktował go jak młodszego brata i powody tego nie są wcale niewyjaśnione. Jeszcze nie tak dawno temu (tj. kilka lat) opiekował się swoim prawdziwym, o rok młodszym bratem, Williamem. Max do dnia dzisiejszego nie wybaczył sobie tego, jak później ich braterstwo się rozpadło. Jak poprzez zwykłą chciwość go stracił. Teraz na domiar złego okazuje się, że jego brat jest przetrzymywany przez jakąś chorą organizację, która wykorzystuje kapitana w roli pieprzonego kreta.
Z gniewu nawet nie zauważył, że odruchowo ściska rękojeść kordelasa. Musiał się uspokoić, przecież teraz zmierza na miłą kolację u matki Piotra, wcale nie brzydkiej kobiety.
Był już w połowie drogi. Mimo panującej temperatury, wkoło nie było żywej duszy. Tylko on, cisza i gwiazdy. Kiedy nagle...
Poznał go. Ta parszywa morda, obdarty kubrak, siniec pod okiem. Był tam, w "Kuternodze", ze swoim kumplem. Siedział cicho i chlał, w ogóle się nie odzywając. A teraz stał przed Maximilianem, o dziwo sam. Trochę już podpity, toteż chwiał się na masywnych nogach. Z oczu buchał mu gniew i pogarda. Kapitan wypiął dumnie pierś i spróbował wyminąć opoja, jak gdyby go nie znał, tłuścioch jednak zatrzymał go, kładąc mu rękę na ramieniu.

- A dokąd to się wybieramy? - spytał ochrypłym głosem. Przez krótką chwilę mężczyźni mierzyli się spojrzeniem. Mimo fatalnej sytuacji korsarz zachował zimną krew, jak zawsze to robi.
- To już nie twój interes. A teraz bierz to łapsko, chyba, że chcesz je potem podnosić z ziemi - odrzekł groźnie, opierając dłoń o głowicę kordelasa.
- Mamy do pogadania, więc nigdzie, kurwa, nie pójdziesz. Zrozumiałeś?
- A niby kto nie powstrzyma? - prychnął kapitan, patrząc na żałosną postawę pijanego awanturnika.
- Ja - odpowiedział jakiś trzeci głos. Potem już tylko piekący ból i utrata przytomności.


- Szczur się budzi. Dalej, Henry, posadź go, chcę z nim porozmawiać.
We łbie mu huczało, a świat chwiał się niczym pokład starej "Złotej Gwiazdy". Pomieszczenie w jakim go przetrzymywano do złudzenia przypominało jego własne mieszkanie. Te jednak było bardziej obskurne, a w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach. Siedział przywiązany do oparcia jakiegoś krzesła. Na jednej ze ścian wisiała lampa, która w tym momencie okazała się nieprzydatna. Przez otwarte drzwi wpadała wiązka lśniącego światła, oświetlając sylwetki trzech mężczyzn. Dwóch z nich od razu rozpoznał. To były te zafajdane typki. Trzeciego jednak nie kojarzył. Nie było go w "Kuternodze". Był wyższy od pozostałych, a może to tylko złudzenie, jakie sprawiał kapelusz na jego głowie. Ubiorem przypominał kapitana, jakim sam Max był niegdyś. Jednak w przeciwieństwie do niego, ten człowiek miał długą czarną brodę oraz obie gałki oczne. Nie pachniało od niego ładnie, jednak Spirit postanowił wstrzymać się od takich zgryźliwych uwag.
- No, psie, mamy coś do wyjaśnienia. Całą noc czekaliśmy, więc nie przedłużaj - zaczął kapitan bandy, stając z założonymi rękoma.
- Jeśli szukacie jakiś porad, wystarczyło tylko zapytać. Po co komu te całe porwanie? - odrzekł Max, prostując się na krześle.
- Oh, z pewnością szukamy tylko jednej rady, a mianowicie, gdzie zakopałeś swój skarb?
- Przepraszam, ale że co? Jaki skarb? Czy ja wyglądam na kogoś, kto zarządza jakimkolwiek skarbem? Szanowni panowie musieli mnie z kimś pomylić. - Jeżeli mieli w planie przestraszenie Maximiliana i tym sposobem uzyskanie od niego jakichkolwiek informacji, to faktycznie grubo się pomylili. Właściwie to Max nie potraktował ich do końca poważnie i przez pewien moment nawet dobrze się bawił.

- Zapewniam pana, kapitanie, że trafiliśmy pod właściwi adres. Henry, pokaż mu naszą przepustkę do jego skarbu.
W tym momencie człowiek zwanym Henrym, a jednocześnie opoj, który zatrzymał kapitana w porcie, wymierzył cios pięścią prosto w twarz Maximiliana.
- Psia go mać! Faktycznie trafiacie pod dobry adres - wycedził Spirit, potrząsając głową. Dostał akurat pod zdrowe oko. Będzie śliwa.
- Rad jestem, że wreszcie się rozumiemy. To jak będzie, mówisz, czy potrzebujesz więcej dowodów słuszności naszej sprawy?
- Jestem tylko starym wilkiem morskim bez grosza przy duszy. Ledwo wiążę koniec z końcem, aby starczyło mi na flaszkę rumu. Podobnie jak panowie, również z chęcią dowiedziałbym się o jakimś zakopanym skarbie.
- Henry...
Seria ciosów, wymierzonych nie tylko w twarz, ale i w brzuch. Tym razem Henremu pomagał drugi kompan. Po kilkunastu grzmotnięciach odstąpili od Maxa. Miał zakrwawioną twarz. Z nosa ciekła mu czerwona stróżka. Lewą brew miał rozwaloną, która nie mniej obficie niż nos popuszczała soki. To nie był szczęśliwy dzień dla Kapitana Maximiliana.
- No, ja myślę, że tyle dowodów wystarczy, abyś wyjawił nam swoją tajemnicę.
- A więc to na tajemnicy ci zależy? Dobra, przyznaję się, spałem z twoją matką.
Brodaty kapitan nagle wpadł w gniew i własnoręcznie przyłożył Maximilianowi.
- Gadaj psie gdzie zakopałeś skarb, albo wypruję ci flaki! - Jeżeli korsarzowi zależało na zdenerwowaniu porywaczy, to trzeba przyznać, że bez wątpienia mu się udało.
- Idź do diabła, skurwysynie! Tak trudno zrozumieć, że nie ma żadnego pierdolonego skarbu?
- Łżesz jak pies! Albo powiesz gdzie on jest, albo możesz się już żegnać z życiem! - I dla podniesienia powagi sytuacji, kapitan porywaczy dobył kordelas, przykładając go do grdyki Maximiliana. No cóż, już przynajmniej nie było mu do śmiechu.
- Nic nie mówisz? A więc zdy...

I w tym momencie nastąpił huk, a po nim kolejna seria, która jednak różniła się od pierwszego. Max podniósł zakrwawione oko i zauważył kolejnych mężczyzn. Jeden z nich stał w, a właściwie na drzwiach. W ręku trzymał jakiś dymiący przedmiot, którego kapitan nie mógł w tej chwili rozpoznać. Jak się okazało, jego porywacze leżeli już martwi. Wraz z nieznajomym do pomieszczenia wpadło więcej światła oraz świeży powiew wiatru. Wybawiciel Maxa odziany był tylko w czerń, a na głowę miał zaciągnięty kaptur. U pasa dostrzegł niesamowity miecz, bodajże szablę, ale tak bogato zdobioną, że za nią samą mógłby kupić okręt.
- Z deszczu pod rynnę Max. Prosto pod rynnę - powiedział, postępując kilka korków w jego stronę. Zimny ton stanowczo nie spodobał się kapitanowi. W jego oczach nie zobaczył tej głupoty i ignorancji, jaka biła z gałek porywacza. Ten człowiek, który chcąc nie chcąc go wybawił, musiał byś kimś stanowczym, o silnej woli. Kimś takim, jakim był sam Maximilian.

- Potrzebujemy listu. Jeden z was dostał list, prawda? - zaczął bez ogródek. Przez moment Max nie miał pojęcia, o czym ten człowiek mówi. To nie wróżyło zbyt dobrze.
- Kolejni narwańcy... Nie, nie otrzymałem żadnego listu od twojej matki. Może będziesz tak dobry i rozwiążesz mi ręce? Nieuprzejmie tak rozmawiać z gościem przywiązanym do krzesła. Sam popatrz jak skończył twój poprzednik.
Tajemniczy jegomość zbył jego paplaninę i podrapawszy się po głowie przyłożył lufę dziwnej broni do czoła kapitana.
- List. Spotkanie w karczmie. Chcę wiedzieć, kto go ma.
Teraz wszystko było jasne. Max przypomniał sobie wczorajsze, a właściwie przedwczorajsze spotkanie organizacji. A niech to szlag.
- Hej, hej! Spokojnie, po co się tak od razu gniewać. Widzę, że rzeczowy z Ciebie facet. Poczekaj, muszę sobie przypomnieć. Karczma, karczma... Jedyne co pamiętam, to morze piwa i pirackie opowieści, ale wam chyba nie o to chodzi. Wybaczcie, ale nawet jeślibym chciał, nie jestem w stanie pomóc. Znajdźcie sobie innego pirata przywiązanego do stołka.
- Obserwujemy cię nie od dziś. Rzeczowy... zaiste. Nie wciskaj mi kitu. Nie ten port. Powiedz kto ma list to cię puścimy... może. Bo widać na współpracę nie ma co liczyć... chyba.
- Możesz mi nie wierzyć, ale zwiedziłem kawał świata pływając na pokładzie mojej "Złotej Gwiazdy" i przez ten czas zdążyłem poznać typków takich jak ty. Przecież obaj wiemy, że zabijesz mnie, cokolwiek bym nie zrobił. A jeśli naprawdę miałeś zamiar mnie wypuścić, to gratuluję intelektu. No cóż, dzisiaj mi się nie poszczęściło, bywa. Rób co musisz - odpowiedział kapitan, spuszczając zmasakrowaną głowę.
- Mógłbym Cię już zabić, ale lepiej będzie, jak najpierw zabiję twojego brata. Nie wiesz z kim rozmawiasz. Tak jak nie wiesz, dla kogo pracujesz. Odbiję twojego brata i za dwa tygodnie, dzień drogi okrętem za miastem, odbierzesz go z niewielkiego molo przy opuszczonych magazynach. Teraz chcę tylko wiedzieć kto ma list.
W tym momencie oprawca trafił w czuły punkt. Maximilian nie był głupi i dobrze wiedział, że wszystkie sprawy związane z organizacją, wiążą się również z jego bratem. Gdyby wydał tego, kto ma list, organizacja by się o tym dowiedziała i z pewnością pozbawiłaby kapitana jedynego rodzeństwa. Dla tej sprawy był gotów poświęcić nawet siebie. Ale...
- To zmienia postać rzeczy - ożywił się nagle, podnosząc spojrzenie na zamachowca. - Ale skąd mogę mieć pewność, że dotrzymasz słowa?
- Skąd możesz mieć pewność, że organizacja już go nie zabiła? Nie możesz. Współpracujesz czy kończymy robotę? - dodał, przyciskając lufę mocniej do czoła.
Przez krótką chwilę Max gryzł się w myślach. Może to była ta szansa, o której tak marzył. Odzyska brata i wyniesie się stąd. Jak najdalej.
- Nie znam za dobrze człowieka, ale mógłbym go wam wskazać. Coś na N. Nars... Neras... Nie... Niras, tak, Niras. Przezwisko bodajże Wisielec - odpowiedział. Na jego twarz już dawno pot wymieszał się z krwią. Ciężki dzień. Jak cholera.
- Jeszcze się przydasz...

Ponownie ból i ponowna ciemność.


W jakiś czas później był już u siebie. Nieznajomy zostawił go tam rozwiązanego. Kiedy tylko odzyskał przytomność nawiał do mieszkania. Musiał się umyć. Przemyć rany, a później pójść do Georga. Ktoś powinien pozszywać mu brew. Tak też zrobił. Nie zdradził mu jednak szczegółów nabycia tych obrażeń. Na pytania odpowiadał wymijająco, a już po godzince był w drodze do magazynu. Szedł brzegiem rzeki rozmyślając o minionych wydarzeniach. Nie lubił, kiedy ktoś nim manipuluje i wykorzystuje go w swych misternych planach. Tym razem nie mógł z tym nic zrobić. Idąc tak w zamyśleniu natknął się na Piotra. Miał spuszczoną głowę, a na ustach nie gościł zwyczajny uśmiech. Kurwa! Kolacja!

- Czołem, marynarzu! - zaczął kapitan, próbując zdobyć się na wesoły ton.
- Cześć, Max - odpowiedział markotnie.
- Słuchaj, jeżeli chodzi o wczoraj...
- Nie, ja rozumiem. Miałeś inne sprawy na głowie - przerwał mu chłopak - A jak tam pokaz? Patrząc na ciebie, widocznie się udał.
Kurwa! Pokaz!
- Oh... Tjaa... Tak jakby. Posłuchaj, spróbuję ci to jakoś wynagrodzić. Naprawdę chciałem do was przyjść, ale... coś mi wypadło.
- Nie trzeba, nic się nie stało. Przynajmniej zostało więcej dla ojca - zapewniał chłopak, jednak jego spojrzenie totalnie zaprzeczało wygłaszanym tezom.
- Ja... - próbował ciągnąć przeprosiny. Nie chciał zawieść chłopca i był zły na samego siebie. Gdyby nie poszedł do "Kuternogi", ominął by to całe gówno.
- Muszę jeszcze coś załatwić. Pogadamy później - odrzekł młokos, któremu rozmowa z kapitanem widocznie nie sprawiała przyjemności.
- Jasne. Trzymaj się, mały - nie dokończył, a Piotr już szedł swoją drogą. Przepraszam.


Kapitan wrócił do siebie i zwalił się na łóżko. Tego dnia miał udać się na spotkanie organizacji. Jakie spotkanie? Mamy przecież misje! Cholera, przydałoby się spakować.
Bez zwłoki przygotował czystą koszulę oraz zmył ślady krwi z reszty ubioru. Następnie zabrał swoją torbę, którą miał zamiar zapełnić prowiantem. W momencie stał już przy szufladzie i odkopywał swój kapitał, z którym udał się później na targ. Upewniwszy się, że ma wszystko czego potrzebuje, ostatni raz wrócił na poddasze. Stukot wysokich butów z cholewą zatrzymał się przed nędznym krzesłem. Jak gdyby rytualnie Max podniósł leżący na nim kapelusz, który po chwili zadumy wcisnął na głowę. Teraz znowu był sobą. Stanowcze spojrzenie narzucające innym wolę, surowy wyraz twarzy; człowiek wyglądający jak posłaniec diabła. W szufladzie odnalazł też swoje stare skórzane rękawice, ćwiekowane na nadgarstku. Czarne łapska awanturnika.
Kapitan spojrzał jeszcze w stronę okienka, które jak rama wybitnego obrazu, prezentowało cykl górującego słońca. Ognista kula rzucała oskarżające iskry na dachy miasta, jak gdyby trawiła je w swym wiecznym ogniu. Maximilianowi ten widok wydał się nagle obcy. Zatrważający. Zła wróżba, pomyślał.

Ale nim gorejące monstrum poczęło chylić się ku głębinom ziemi, Kapitan Maximilian von Spirit był już w drodze na spotkanie. Prowadzony przez gniew, żal oraz nadzieję. Ten, kto zaczepiłby go tego dnia, marnie by skończył.
 
__________________
"Pulvis et umbra sumus"
MTM jest offline  
Stary 02-04-2013, 21:26   #6
 
Fearqin's Avatar
 
Zakochał się po raz drugi w życiu. Tym razem nie chodziło jednak o kobietę, ale o coś bardziej wyjątkowego i jeszcze bardziej niestałego niż samica. Ogień był istną kwintesencją chwil ulotnych, pojawiał się nagle, z niewiarygodną prędkością nabierał życia, trawiąc wszystko na swej drodze, aż zje wszystko, kiedy to znika, nie pozostawiając po sobie nic, z wyjątkiem kawałków liści czy papieru, a popiół jest w końcu pozostałością paliwa, na którym ogień żeruje, nie jest jego częścią. Ogień też niczego nie stwarza, po prostu sobie jest. Zupełnie jak Korn. Jeśli ma zaistnieć, coś musi ulec destrukcji, taka jest natura i ognia i jego.
Kiedy zaś ogień znika, nie pozostawia po sobie żadnych śladów. Oczywiście zostają popioły, gorąc czy iskry, ale to są jedynie dowody, na to, że tu w ogóle był, jednak prawdziwej cząstki jego już tu nie ma. Znika, skądkolwiek się pojawił. Jeśli czuje i pamięta, nie ma żadnego sposobu żeby sprawdzić, co czuje i pamięta.
Co po nim pozostanie, gdy się wypali?

Z taką ponurą myślą, Niras siedział na ziemi przed kominkiem, gdzie płomienie tańczyły pod garnuszkiem, w którym zostały marne resztki z jego kolacji. Pustą miskę po gulaszu odłożył na bok, obracając w dłoni swój sygnet z odwróconą ósemką. Nic nie jest skończone, wszystko jest wieczne, taka maksyma mu przyświecała i się sprawdzała, choć zazwyczaj mogła się wydawać nieprawdziwa. Bo czyż ogień nie ma swojego końca? Jedno jego źródło na pewno, ale sama jego istota nie.
I tak też było z ludźmi których zwalczał wraz z podziemną organizacją. Wydaje ci się, że zadałeś im poważny cios, ale spod truchła jednego, wypełza dwóch kolejnych. Jednak póki mógł wypruwać im flaki i rozwieszać ich wnętrzności po pomieszczeniach, jako swój znak rozpoznawczy, cieszył się swoim materiałem do zabaw. Wstał z podłogi, położył miskę obok bali, w której mył ubrania, siebie i naczynia. Nie chciało mu się teraz zmywać, mimo iż parę brudnych koszul, spodni i trochę bielizny w kącie leżało.
Podszedł do szafki nocnej, obok biurka, nałożył zimny medalion, ze smokiem zjadającym własny ogon, na gołe ciało, ciesząc się chwilowym zimnem metalu. Nasunął na palec lewej dłoni sygnet z ósemką, na prawą inny, pozbawiony ozdób. Włożył czystą koszulę i przysiadł na łóżku, zakładając czerwoną zbroję, składającą się z wielu warstw skórzanych osłon. Nie spieszył się, noc była jeszcze młoda. Zawiązywał rzemyk za rzemykiem, powoli zaciskał kolejne klapki zbroi. W końcu skończył, założył buty i wziął spod ściany dwa krótkie, proste miecze, które przytroczył sobie na plecy, układając w pochwach, na kształt litery X. Po obu stronach grubego pasa, przypiął dwa sztylety, oba zakrzywione na końcu ostrza.
Ogień powoli dogasał, Niras stał jeszcze nad nim chwilkę, patrząc jak tańczy, w walce o ostatnie hausty powietrza, aż w końcu zniknął z domu Konra, na równi z nim samym.

Szedł powolnym krokiem ulicami miasta, wysoki, lecz garbiący się lekko, chudy, lecz nie bez silnych, długich mięśni. Obserwował otoczenie spode łba, znużonym wzrokiem, wzdychając głęboko chłodnawe powietrze. Miał dość długie, stojące, brązowe włosy, który na grzywce, układał się w czub i choć strasznie ich nie lubił, nienawidził wręcz łysiny, nie tyle, co u siebie, jak i u innych. Źle mu się kojarzyła, choć sam nie wiedział z czym.
Jako ktoś, kto lubił określać się mianem seryjnego mordercy, miał zwyczaj odwiedzania miejsc zbrodni, których dokonał. Jednak ostatnio, starając się hamować swoje zapędy, starał się unikać tych miejsc, szerokim łukiem.
Zrobił to spokojnie, z uśmiechem na twarzy, unikając wspomnienia ofiary, która niewątpliwie na śmierć zasługiwała.

Ulice były ciche, przynajmniej te w okolicy, którymi akurat szedł Niras. Spostrzegł się jednak, że jeszcze trochę i może się spóźnić na umówione spotkanie w karczmie. Przyspieszył kroku.

***

- Ledwo co wyszliśmy i już próbują nas zamordować... fajnie się zapowiada - mruknął Niras, pomagając wstać towarzyszowi. - Gdzie idziesz? Masz gdzie się ukryć do pojutrza?
- Dziękuje.- Powiedział Robert,który jeszcze nie doszedł do siebie po silnym uderzeniu - Tak mam. - Odpowiedział po krótkiej przerwie.
- Dobrze, dobrze... - mruknął przeszukując ciała zabitych przed chwilą mężczyzn. Szybko uwinął się z przeszukaniem i wstał wzdychając, gdy nie znalazł nic ciekawego. - Dziś żadnej premii - rzucił z przekąsem.
- Kim oni są ? - spytał Robert
- Biednymi najemnikami? Marnymi rozbójnikami? - Zasugerował Niras, jeszcze raz pochylając się nad jednym z ciał. Sprawdził jamę ustną, w poszukiwaniu złotych zębów. Niestety ofiara prawie w ogóle nie miała zębów. Konr spojrzał na brzuch umarłego. Chore pokusy kusiły, ale nie wypadało ich zaspokajać w towarzystwie. - Powinniśmy ruszać - powiedział wstając i
rozglądając się po ciemnej uliczce. - Może ich być więcej.
Do Roberta dopiero teraz dotarło co się stało. Spojrzał na ciała najemników i poczuł jak zbiera się w nim złość. Musi iść do domu, ale nie w takim stanie. Krew na jego stroju przyciągnie wzrok sąsiadów, a oni i tak nie mają zbyt dobrego zdania o jego poczynaniach. Spojrzał na swojego wybawiciela.
- Mieszkasz niedaleko?
- Umiarkowanie... slumsy. Mała chata w samym środku. Ty? - spytał odwracając się i powoli ruszając, rozglądając się uważnie. To chyba była jedna z “tych” nocy.
- To dobrze, tak to bardzo dobrze. Ja mieszkam w dość dobrej dzielnicy, ale to teraz
nieważne - powiedział - masz w domu jakiś ciemny płaszcz, który zakrył by krew na moim stroju, prawda? - spytał denerwując się coraz bardziej.
Odwrócił się do niego, unosząc brew.
- Jasne... tylko postaraj się uspokoić. Nerwowość w tym mieście jest bardziej podejrzane, niż bycie umazanym juchą - rzucił kierując się szybkim krokiem w stronę domku.
- To nie byli zwykli najemnicy, nie - powiedział po chwil zastanowienia - chcieli czegoś ode mnie i od ciebie. Chcieli czegoś od organizacji. - Powiedział starając się uspokoić, ale mu to nie wychodziło.
- Daleko jeszcze? - Rzucił po dłuższej chwili przerwy w rozmowie.
- I tak idziemy skrótami... - mruknął skręcając. - Nie ma zresztą, co się dziwić, w sensie o tych gości. Nie zajmujemy się czymś, co wszystkim jest na rękę, prawda? - odpowiedział uśmiechając się kącikiem ust. Wyciągnął kluczyk z kieszeni, gdy zbliżyli się do kolejnego szeregu, niskich, drewnianych chat, większość się rozpadała i okrutnie cuchnęła, niezliczoną ilością unikalnych zapachów. Niras skierował się do tego domku, który prezentował się najbardziej znośnie, bo deski jeszcze nie przegniły, dzięki czemu żadne grzyby i małe robaki, nie zagnieździły się wśród nich, generując odory podobne do sąsiedzkich. Niras skopał spod drzwi czarnego kota, liżącego się po kroczu, który odleciał z głośnym miauknięciem. Przekręcił dwa zamki na górze i jeden na dole, wpuszczając Roberta pierwszego.
- Czym chata bogata...
Dom składał się z jednego, średniej wielkości pomieszczenia. Parę półek zapełnionych zadbanymi książkami, łóżko, szafa, komoda, biurko i kominek z garnkiem do gotowania. W rogu pomieszczenia stała też bala do mycia.
Szybko zapalił parę świec i otworzył szafę, rzucając towarzyszowi pierwszy lepszy płaszcz.
- Proszę bardzo.
- Dziękuję - powiedział Robert dość zdenerwowanym głosem, mimo uwag towarzysza nie potrafił ochłonąć. Wciąż myślał o tym co powiedzieli bandyci. - Jeśli mu coś zrobili... Pies powinien go ostrzec... - wreszcie skończył prowadzić monolog - jeszcze raz dziękuję za pomoc - gdy to mówił trzęsły mu się ręce - muszę już iść - wymamrotał na końcu. Opuszczając chatę towarzysza ruszył szybkim krokiem wzdłuż ulicy nie przywiązując zbytniej uwagi tym co go otaczało, myślał już tylko o domu i bracie.

Wisielec zamknął za nim drzwi na wszystkie zamki i zasuwy. Oparł głowę o ścianę i zaczął je na nowo otwierać, wcześniej biorąc ze sobą oba wiadra. Ruszył po wodę do slumsowej studzienki. Zrobił parę kursów, za każdym razem zamykając za sobą drzwi. Położył miecze przy ścianie, jeden sztylet przy szafce nocnej, drugi na parapecie okna, upewnił się, czy ten skryty pod łóżkiem dalej jest, zdjął zbroję i umył ją z krwi, która zaczynała już zasychać. Potem to samo zrobił z naczyniami i sobą. List schował pod jedną z obluzowanych desek. Leżał patrząc się w sufit przez jakiś czas, aż nie zmorzył go sen.

Miał okropne przeczucie, że ten list to samo kłopoty. Do czasu spotkania przy bramie, postanowił zostać w domu, siedząc na łóżku, które było tuż obok drzwi, mając pod ręką, sztylet pod łóżkiem i pod poduszką. Jeden z mieczy przestawił bliżej siebie. Nie denerwował się jednak, czytał sobie książkę, wiedząc, że przezorny zawsze ubezpieczony i najpewniej nie ma się czego obawiać. Torbę podróżną miał już przygotowaną, wraz z prowiantem i wszystkim, co mogło mu się przydać. Na szczęście nie był bogaty, więc pakowanie się wiele mu nie zajęło.

Gdy nadszedł dzień spotkania, obserwował uważnie okno, wyczekując świtu. Wyruszył tak, by znaleźć się na miejscu punktualnie, nie za wcześnie, by nie kusić losu, albo tych, którzy mogli mieć coś do Nirasa, czy listu. Za późno zaś być po prostu nie wypadało. Idąc w stronę bramy, zastanawiał się czy Robert dożył i też wyruszy z nim. Wcześniej jakoś o nim nie pomyślał, o tym, że ma jego płaszcz też nie. Jakoś specjalnie mu na rzeczach nie zależało.

List włożył do malutkiej skrzyneczki, którą ukrył w torbie, chowanie go za pazuchą, czy w kieszeni groziło pobrudzeniem go krwią, w razie niepowodzenia. Chociaż miał małą nadzieję, że dadzą mu na tyle liczną ochronę, by mogli go zasłonić własną piersią. W końcu musieli być bardzo oddani organizacji, skoro decydowali się na taką walkę, jaką ona prowadziła.
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^
Fearqin jest offline  
Stary 05-04-2013, 10:43   #7
Banned
 
Przez dwa dni Markus usiłował zachowywać się normalnie, co znaczyło, że szwendał się po mieście jakby nigdy nic się nie stało, no może tylko oglądał się za siebie znacznie bardziej niż zwykle. Do większej ilości scen nie doszło... W zasadzie to do niczego nie doszło i to było niepokojące... Napaść w alejce do niczego nie pasowała... Może miał to być tylko jakiś test? Jeżeli tak, to kogo i czego? I po co? Do diabła z tym - okaże się za jakiś czas...

Na spotkanie przy bramie Markus wybrał się trochę wcześniej, obszedł okolice szukając nietypowych zachowań, stojących bez celu strażników, gadających najemników, kogoś obserwującego bramę... Było zbyt typowo, no może starżników było więcej, znaczy chodzili większymi grupami, ale to można było złożyć na karb ostatnich wydarzeń, również to, że obserwowali bramę. Tylko, że - tak duże watahy strażników były problemem - jeżeli cokolwiek zacznie się dziać to będzie przerypane...

Przypomniał sobie anegdotkę krążącą po najemniczym światku: "Zaraz?!? Kto kurwa, chroni tyły??? osz... KURWA!" Ktoś musiał chronić tyły i Markus złożył, że nikt inny nie wpadnie na ten genialny pomysł. Nie zamierzał pakować się na widok wszystkich i wystawać pod bramą - mimo tego, że punkt był niezły jako punkt zborny i zbierająca się grupa nikogo tam nie dziwiła...

W jednym ze straganów kupił wianuszek kiełbasy targując się zapamietale o kilka miedziaków, a obok - niewielki bochenek chleba i przysiadł w okolicy na niewielkim murku pałaszując zapamiętale... Niezależnie czy ktoś go znał czy nie - to było bezpieczne. Jeżeli obserwowali jego, choć miał nadzieję, że dostrzegł by ogon podczas kluczenia po okolicy - nie zdradzał innych członków Organizacji pokazując się "pod bramą". Jeżeli ktoś inny był obserwowany - podobnie - nie zdradzał siebie. Jeżeli miałoby dojść do jakiegoś ataku to walka będzie skuteczniejsza, gdy będzie z tyłu i z możliwością poczęstowania kogoś strzałą... Ostatecznie - jeżeli będzie bardzo źle - to będzie szansa na danie w długą...

Do grupy dołączy kiedy już ona wyruszy.
Cholera, z czego ta kiełbasa? Ze szczura? Czy co?
 
Aschaar jest offline  
Stary 05-04-2013, 22:16   #8
 
Titania's Avatar
 
Titania dosiadła Cyklona i pogalopowała do siebie. "Do siebie"... dobre sobie. Catalina nie znała swojego miejsca na ziemi. Nikt nie czuł się tak samo jak ona. Pozbawiona wspomnień, żyjąca nienawiścią do własnej osoby. Gardząca pychą ludzką i niehonorowością. Właśnie dlatego dołączyła do tej organizacji - bo mogła czuć się potrzebna i byli tam ludzie ponadprzeciętni – co prawda niekoniecznie mili, niekoniecznie dobroduszni, ale inni. Tak jak ona.
Zwolniła do kłusa, widząc znajomą górkę, za którą stał jej dom. Westchnęła cicho, na co koń tylko drgnął uchem. Wiedział, że jego pani teraz rozmyśla i nie warto jej przerywać. Byli ze sobą bardzo związani. Cyklon najchętniej odpowiedziałby na nurtujące ją pytania, bo tylko on jej pozostał. Pomimo iż był tylko zwierzęciem, szczerze żałował, że nie może się odezwać w ludzkiej mowie.
Koń poczuł, że spięła mięśnie. Nagłym ruchem pociągnęła wodze i zawróciła, na co zaskoczyło rumaka. Nieśpiesznym kłusem pokierowała konia do znajomego lokalu 'Hikari' w centrum miasta. Kobieta okrążyła budynek, by na tyłach zostawić Cyklona w niewielkiej stajni dla wierzchowców klientów. Zeskoczyła z siodła, rozluźniła nieco popręg i wpuściła konia do trzech innych. Sięgnęła po szczotkę i wyczesała czarną sierść. Popatrzyła na niego jeszcze przez chwilę i podziękowała w duchu, że go ma.
Podeszła do brązowych drzwi i bezgłośnie wślizgnęła się na zaplecze. Przez chwilę szła zaciemnionym korytarzykiem, aż znalazła się w szatni. Pracownicy zostawiali tam swoje odzienie i ruszali do pracy. Do pomieszczenia prowadziło troje drzwi; jedne z kuchni, drugie zza kulis a trzecie to te, którymi weszła.
Zdjęła ubrudzony płaszcz zwiadowczy i odłożyła na swoją półkę. Broń jednak wolała mieć wciąż przy sobie, nigdy nie ubiła rozstawać się z mieczem czy nożami.
Catalina bardzo lubiła ten lokal - był jednym z tych lepiej zadbanych, oraz należał do ludzi o duszach artystów, ludzi, którzy dopiero na scenie mogli poczuć się wolni i wystąpić tak jak im się żywnie podoba. Titania grywała tam czasami na pianinie, praktycznie za półdarmo. Scena była dostosowana do zmieszczenia niewielkiej orkiestry bądź grupy tanecznej; widownia składała się ze stolików z półkolistymi fotelami z oparciem, obijanych atłasem. Dziewczyna była tam częstym gościem, niekoniecznie występującym. Dziś stwierdziła, że nie zagra, nie miała ochoty. Przyszła tu, żeby się odprężyć w ich luksusowej łaźni, bo ostatnio za dużo stresu męczyło jej biedne ciało.
Rozpaliła kadzidełka i zapaliła świeczki. Rozebrała się i spojrzała na paskudne szramy. Przejechała palcem po podbrzuszu, czując wypukłości blizn. Szkarłatne włosy upięła w wysoki kok, niesforny kosmyk spłynął po obnażonym ramieniu, zatrzymując się na wyrazistym obojczyku. Jak twierdziła część męskiej publiki, oba były specjalnie projektowane przez samego Leonarda da Vinci.
Wspięła się na dwa schodki, poczym zamoczyła po brodę w balii. Ciepło przyjemnie rozchodziło się po zmęczonym ciele. Z lekka odpływała, zapomniała o otaczającym ją świecie. Przez chwilę myślała o zadaniu które ją czeka, lecz zaraz w jej głowie zrobiło się pusto, wszystko stało się nieważne.
- Catalina? Słyszysz mnie? Skarbie, odezwij się....
- Ona musi umrzeć. Zdechnie jak Ty!

Wzdrygnęła się. Co to było? Wspomnienie? Kolejny urywek pamięci? Już dawno nie miała wizji. Ale dlaczego ‘skarbie’? Zdecydowanie był to męski głos. Pokręciła głową. Postanowiła odstawić to na później. Widać odprężenie nie jest jej pisane. Westchnęła cicho i wyszła z balii. Nie siedziała w niej nawet dziesięć minut. Owinęła się białym ręcznikiem i podeszła do toaletki zostawiając za sobą mokre ślady stóp. Przyjrzała się odłożonym na niej nożom do rzucania, poczym zaczęła je czyścić z zaschniętej krwi swych dzisiejszych ofiar. Bawełnianą szmatką delikatnie sunęła po srebrnych ostrzach, dopóki efekt nie był zadowalający. Dopiero po czasie uświadomiła sobie, że wciąż siedzi w ręczniku, więc ubrała się pośpiesznie. Na koniec posprzątała po sobie i upewniając się, że niczego nie zostawiła, wyszła.
Cyklon zarżał radośnie na widok swej pani. Nasunęła maskę na twarz, poprawiła popręg i tym razem pojechała do domu. Stara chałupa wyglądała nieco odrażająco jak na pierwsze wrażenie. Nieocieplany, obity deskami, pośpiesznie naprawiony. Koń miał własną stajnię, przeznaczoną tylko na jednego wierzchowca – niewielki budyneczek pełen świeżego siana. Część mieszkalna składała się z dwóch pokoi – sypialni i saloniku. Toaleta stała na zewnątrz. Posiadłość nie była wyszukana, ale najważniejsze, że zdatna do życia.
Catalina rozebrała się z jednoczęściowego stroju, na szczupłe ciało nasunęła cieniutką, prześwitującą koszulę i położyła do łóżka. Zastanowiła się nad jutrzejszymi zadaniami: misja od kupca oraz obstawa jakiegoś starca… ciężko było jej zasnąć. Myśli kłębiły się w głowie, analiza danych i przypuszczenia próbowały znaleźć spójność. Zrezygnowana zapaliła świeczkę na stoliku nocnym i sięgnęła po „Anatomię Zbrodni” L. Goldstone’a. Główny bohater dokonywał autopsji na trzech dostarczonych właśnie ciałach, diagnozując zaobserwowane zjawiska wraz z Profesorem i grupą innych lekarzy. Z oczarowaniem czytała następne strony, zapamiętując ważne szczegóły, wiedząc, że mogą być przydatne w przyszłości. Gdy uprzytomniła sobie, że zostały jej niecałe trzy godziny snu, odłożyła tom i owinięta w koce, usnęła.
Wstała z rana, i nieco nieprzytomna, zaczęła się pakować. Niewielka torba idealnie zmieściła dwa zapasową odzież, latarnię, bukłak, kilka przedmiotów dla Cyklona, suszony prowiant, podręczną apteczkę oraz nieskończoną wcześniej książkę - wątpiła, żeby komukolwiek się to spodobało, pewnie reszta uzna to za zbędny bagaż. Broń była na miejscu. Po namyśle dorzuciła jeszcze notatnik i coś do pisania.
Gdy uznała, że to wszystko, narzuciła płaszcz zwiadowczy i poszła nakarmić Cyklona, sama ruszając bez śniadania. Doczepiła ekwipunek do łęku. Po krótkiej oględzinie kopyt przejechała przez miasto i zatrzymała się w niewielkiej spelunie, śmierdzącej i napawającej odrazą. Weszła do środka, do podziemi; nieprzytomni chleje i bibosze walali się wszędzie. Cuchnęło nędzą, kloaką i chorobą. Nie czekając na jakiekolwiek zamówienie, przysadzisty kelner wskazał jej głową tylne drzwi. Po cichu je otworzyła, natrafiając na brązową kotarę. Odchyliła ją nieco. Pokój tonął w półmroku, miał jedynie malutkie, brudne okienko. Ściany ociekały breją spływającą z pękniętych rur.
Po środku stało troje mężczyzn. Otaczali okrągły stolik, na którym walało się pełno sprzętu laboratoryjnego i proszków. Rozmawiali szeptem, nieco poirytowani. Dostrzegła także strzykawki – dotarła pod właściwy adres. Wcześniej, dostając zlecenie od kupca, miała śledzić jego syna, który ostatnio zaczął zachowywać się niepokojąco. Kilkukrotnie powracał do tej knajpy, więc zapłaciła kelnerowi za kilka informacji. Teraz wyciągała saksę, spodziewając się ataku od strony najsilniejszego z mężczyzn. Wyszła zza kotary, na co mężczyźni drgnęli. W ich oczach malowało się przerażenie. Najdrobniejszy z nich, syn kupca, szybko strącił strzykawki, wiedząc, że wszystko i tak się wydało. Pozostali, obtatuowani, śmierdzący i zdemoralizowani, stwierdzili, że dadzą radę kobiecie. Jeden z nich już miał w ręku linę.
Dziewczyna bez problemu obezwładniła obu; rzuciła saksą w najsilniejszego z nich, głęboko rozcinając ramię i niespodziewanie atakując, stając na rękach na jego ramionach i przekręcając się tak by wylądować z drugiej strony. Następnie boleśnie kopnęła go w krocze i zajęła się tym z linami. Odrzucił przedmioty i rozpoczęła się walka wręcz. Mężczyzna wykonał szybki ruch i trafił pięścią w brzuch Titanii. Zgięła się wpół, co wykorzystał chudzielec, wcześniej sięgając po linę, zacisnął ją na szyi kobiety. Przewidując to, mocno szarpnęła do przodu, prawie że wyrzucając tamtego w powietrze, wprost na kolegę.
Po chwili cała trójka była związana, tą samą liną, której chcieli użyć przeciwko niej. Skrępowała ich tak, aby szli gęsiego. Po chwili szarpaniny, uspokoili się. Zgarnęła cały sprzęt ze stołu do worka. Wychodząc na zewnątrz skinęła głową kelnerowi. Obolali mężczyźni zostali dodatkowo obdarowani kneblami. Titania wykonała zadanie.
Spojrzała na niebo i swobodnym stępem pozwoliła koniowi prowadzić. Wyciągnęła notatnik i pieczołowicie coś skrobała. Gdy dotarli do portu, ze statku kupieckiego doszedł ich niski głos. Po chwili zszedł do nich elegancki kupiec, przypominający nieco Juliusza Verne, z wąsami prawie łączącymi się z bokobrodami, w obstawie czterech osiłków. Westchnął ciężko.
- A więc to prawda. Mój syn jest narkomanem. Miał być chemikiem, a został ćpunem. Dziękuję ci Titanio, za wykonaną pracę.
W odpowiedzi dziewczyna pokazała mu notatnik, w którym wąskim pismem widniało następujące:
Z moich przypuszczeń wynika, że Pański syn starał się rzucić nałóg. Wraz z dwoma kolegami rozpoczął eksperymenty. Na początku byli uzależnieni od kokainy, którą potem starali zastąpić mniejszymi dawkami morfiny. Niestety, pomimo początkowych efektów, głód był niemiłosierny. Właśnie dlatego ostatnio był poirytowany i agresywny. Dzięki temu, że opływa Pan wiele regionów, miał on szeroki dostęp do różnorakich dealerów.
Próbując wytworzyć dawkę, która zatrzymałaby nałóg, zaczął prowadzić doświadczenia z morfiną. Niewiele osób jest w stanie to zrobić, ale on owszem – gotując sproszkowaną morfinę z bezwodnikiem octowym, otrzymał pochodną acetylową, czyli diacetylomorfinę. Można jej stosować w bezpieczny sposób, jednak jest wykorzystywana tylko w szpitalach. Przekazuję ich w Pańskie ręce. Proszę tylko uważać, ciężko mi było ich ujarzmić, musiałam podać im nieco narkotyku.
Resztę musicie załatwić między sobą. Na tym moja rola się kończy.

Kupiec oniemiały czytał tekst. Titania wyjęła z dłoni notatnik, poczym podała mu koniec liny. Przyjął ją niepewną ręką, ale co się dalej działo, nie obchodziło już dziewczyny. Dostała mamonę już wcześniej.
Zostało jej idealnie tyle czasu, by dotrzeć po południową bramę.
 
__________________
Normalni ludzie wydają na świat dzieci; pisarze wydają książki. Jako pisarze jesteśmy skazani na to, by poświęcić im życie, choćby miały odpłacić nam niewdzięcznością.
C.R.Z.

Ostatnio edytowane przez Titania : 06-04-2013 o 12:19.
Titania jest offline  
Stary 06-04-2013, 17:54   #9
 
Vilir's Avatar
 
Robert szedł coraz szybszym krokiem. Droga, którą szedł strasznie się dłużyła. Ciągle mijał nowe uliczki, ale nie był w stanie powiedzieć jakie. Teraz go to nie obchodziło. Chciał dotrzeć do domu jak najszybciej i to co go otacza nie miało teraz znaczenia. Wreszcie dotarł do ulicy na której mieszkał. W tle słyszał muzykę z pobliskiej karczmy. Przed domem zatrzymał się na chwile i spojrzał na niego. Dom był jednopiętrowy. Wykonany z drogiego drewna był dość duży i niedawno malowany więc jego jasnobrązowa barwa połyskiwała w świetle księżyca.

Robert wszedł do domu i usłyszał szczekanie psa. Jego głos nigdy nie sprawił Robertowi takiej przyjemności. Zawsze drażniący krzyk brzmiał teraz tak pięknie, że Robert nie mógł znaleźć dźwięku, który by mu dorównywał.

- Strasznie późno wróciłeś. Zaczynałem się o ciebie martwić. – W głosie słychać było pogardę i sarkazm. Pojawił się przed nim William, jego starszy brat. Był on przeciętnym mężczyzną pod względem wzrostu i wagi o zielonych oczach i krótkich czarnych włosach.
Robert poczuł ulgę.
- Miałem pewien problem z dwójką najemników. Może coś o tym wiesz ? – Spytał Williama.
- Tacy wysocy i dobrze zbudowani? – w jego głosie znów było słychać pogardę.
- Tak dokładnie tacy – powiedział Robert. Wiedział że jego brat pewnie sobie z tego zażartuje, ale i tak mu odpowiedział.
- Nie, a czemu pytasz – powiedział William i głośno się zaśmiał.
Williama bawiło wszystko. Nieważne czy chodziło o picie w karczmie czy śmierć babci, bo i tak było to zabawne.
- Idę spać – rzucił ponuro Robert. Wiedział że William dobrze się bawi, a nie chciał sprawić mu przyjemności.
- Poczekaj chwilę bracie – powiedział zadowolony z siebie William – musisz poprzenosić moje towary do sklepu.
- Co... Przecież to twój sklep, daj mi spokój jestem zmęczony – Robert miał dość tej rozmowy i chciał ją przerwać, ale brat nie dawał za wygraną
- Wciąż jesteś na moim utrzymaniu czy może masz jakąś pracę? – Zapytał William z satysfakcją w głosie.
- Gdzie są te pieprzone towary?
- Tam gdzie zawsze braciszku – powiedział dumnie William. Wygrał i nie miał zamiaru się z tym chować.


Robert usłyszał gwizdanie i kroki zbliżające się w jego kierunku. Podniósł głowę z poduszki i spojrzał na drzwi. Otworzyły się, a w ich progu stanął ogolony i uśmiechnięty William.
- Zawsze czujny – spojrzał na Roberta i roześmiał się. – Wstawaj idziemy do karczmy.
- A sklep? – powiedział wciąż zaspany Robert.
- Dziś go nie otworze – rzucił bez uczuciowo William i machnął ręką. – Jeśli ktoś ma pilną sprawę to przyjedzie jutro.
Robert patrzył na niego robiąc się coraz bardziej rozzłoszczony, zaś William uśmiechał się coraz bardziej. Po pewnej chwili patrzenia na brata Robert uspokoił się. Wiedział, że złość i krzyk tylko rozbawią Williama, i że na pewno zrobi to po raz kolejny gdy będzie miał okazję. - Przez twój sklep nie spałem pół nocy, a jutro o świcie wyjeżdżam więc muszę odpocząć – powiedział Robert najspokojniej jak umiał, ale uśmiech nie zszedł z twarzy jego brata więc wstał z łóżka i zaczął się ubierać wiedząc iż pójście do karczmy go nie ominie.
- Odpoczniesz pijąc, może uda ci się mnie upić – powiedział William śmiejąc się głośno. Jednak tym razem miał ku temu powód. Potrafił wypić o wiele więcej nisz Robert. nie chodziło tu o to że Roberta powalić mogła mało ilość alkoholu, wręcz przeciwnie potrafił wypić go dużo, ale nie tyle co William, którego ciężko było powalić beczkom tak szlachetnego trunku jakim jak piwo.

W karczmie byli dość długo. W zasadzie to Robert spędził tam cały dzień, a przynajmniej cały dzień który pamięta. Obudził się wieczorem. W pokoju dziennym William wraz ze swoją żoną jedli kolację. Robert postanowił im nie przeszkadzać. Wziął mapę miasta i oglądał ją przez jakiś czas patrząc na drogę, która dzieliła jego dom od południowej bramy. Postanowił iść drogą dłuższą, która prowadziła przez bezpieczniejsze dzielnice. Po ostatnich wydarzeniach wolał nie używać skrótów. Przed pójściem spać czytał jeszcze książkę o wojnie między dwoma królestwami, którą postanowił zabrać ze sobą na misję.


Robert wstał kilka godzin przed świtem by spakować najpotrzebniejsze rzeczy i przestudiować swoją drogę do południowej bramy. Założył na siebie dużą szaro-srebrną zbroję, przez którą nie powinien przebić się żaden miecz i naramienniki w kolorze miedzianego brązu. Założył na siebie czarny płaszcz i wziął w rękę swój młot. Zdawał sobie sprawę, że misja, którą mu powierzono musi być bardzo ważna skoro bierze w niej udział 7 członków organizacji i honor nie pozwalał mu w niej zawieść. Kiedy opuścił dom zobaczył przed nim swojego uśmiechniętego brata, obok którego stał duży brązowy wierzchowiec.
- Wabi się Terly – powiedział William – Jest wypożyczony więc postaraj się by wrócił do miasta żywy.
Robert wsiadł na konia i ruszył do południowej bramy. Miał nadzieję, że członkowie organizacji już tam są i że podróż do alchemika przebiegnie bez przeszkód.
 
Vilir jest offline  
Stary 08-04-2013, 17:23   #10
 
Arsene's Avatar
 
Słońce było już wysoko od jakiegoś czasu. Ludzie krzątali się na placu nieopodal bramy, gdzie pełno było straganów i mieszających się najróżniejszych zapachów. Z czasem w umówionym miejscu zaczęli się zbierać ludzie gotowi do wyprawy. Jedna, druga, trzecia karawana. Ruch był na prawdę spory. Wszyscy przywykli do tego w tej części miasta.

Także grupa, której powierzono pewną misję była już na miejscu. Ostatni, przeżuwając niezbyt ciekawie wyglądający kawałek kiełbasy, dołączył Markus. Obserwował sytuację bacznie, lecz prócz powiększonych patroli nie zauważył nic szczególnego. I już miał się witać z towarzyszami podróży, machać im na powitanie kiedy przechodząc obok dwóch strażników wieszających jakieś ogłoszenie na drzwiach jakiegoś nędznego przybytku. Rzuciło mu się w oczy znajome imię. Niras. Nazwisko tez znajome. Konr.

Akcja działa się szybko. Brama zamknęła się, opuściły się kraty. Ludzie zaczęli nerwowo odchodzić na boki, znikać w uliczkach, jakby każdy tu był czemuś winny. Liczba strażników podwoiła się niemalże w mgnieniu oka. Kilku szarpało już jakiś kupców, ciągnąc ich do jakiegoś zaułka, w stronę siedzimy straży. Markus w ostatniej chwili udał, że nikogo nie zna. Grupka strażników zatrzymała podróżnych przy samej bramie.

- Wy, gdzie się udajecie? Imiona, nazwiska, cel podróży, pobytu w mieście. Tylko szybko! - Wysoki, odziany w płytową zbroję strażnik bramy w asyście pięciu strażników miejskich zwrócił się do grupy. Nie mówił do konkretnej osoby lecz patrzył po twarzach wszystkich. Uważnie się im przyglądał. Na napierśniku miał zdobienia w kształcie dwóch skrzyżowanych halabard oplecionych bluszczem czy innym zielskiem. Ciągnął się za nim czarny płaszcz. U boku wisiał miecz, przy drugim boku dwa porządnie wykonane noże. Gdyby miał hełm skrywałby on całkiem bujną czuprynę brązowych, zadbanych włosów i twarz o poważnym wyrazie. Było w niej coś co kazało myśleć o nim jak o człowieku szlachetnym ale i coś zupełnie przeciwnego. Ciężko było go rozgryźć na pierwszy rzut oka.
- Więc? - ponaglił.

Markus tymczasem stojąc kilkanaście metrów od reszty drużyny rozejrzał się szybko. Stał obok drzwi do czyjegoś domu. Poprzedni budynek to gospoda do której przybity był list gończy, a następny był zamkniętym od tygodni sklepem z tkaninami. Gdyby chciał udać się jedną ponownie do miasta jedną z głównych dróg to zagrodziliby mu ją strażnicy z włóczniami. Markus widział taki widok dwa razy w tym mieście. Wychodzili na ulice z włóczniami i tarczami, gotowi do walnego starcia w razie ataku na miasto, buntu czy innych zamieszków. Nie zauważył wcześniej żadnych niepokojących oznak tego co się teraz dzieje więc akcja była dobrze przygotowana.

Strażnicy przepytywali podróżnych, mniej znanych lub tych podejrzanych, czyli całkiem sporą część aresztowali. Bramy były zamknięte, a boczne uliczki, których było mnóstwo kryły nieznane.
 
__________________
Także tego
Arsene jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:42.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172