Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-05-2013, 22:21   #1
 
goorn's Avatar
 
[autorski]Wszystko, co możesz sobie wyobrazić jest realne...

SŁOWA

Ewa coraz więcej czasu spędzała w gabinecie przybranego ojca. Tu potrafiła znaleźć spokój, uciszyć ból, odsunąć czarne myśli. Tu przede wszystkim potrafiła znaleźć z nim prawdziwy kontakt. W szpitalu tylko cierpiała, patrząc w jego puste oczy.
Przejrzała mnóstwo rękopisów, szczególną uwagę przykładając do uwag na marginesie. Czytała pierwsze, niepoprawione wersje, szkice koncepcyjne, notatki, słowem wszystko, w czym czuć było żywą obecność jej opiekuna.
Najwspanialszym odkryciem dla niej był gruby zeszyt, na którego okładce czerwonym markerem napisane było „dziennik wspomnień”. Staruszek zapisywał tu historie sprzed lat, momenty które na zawsze zapamiętał. Ewa przeglądając go, każde słowo słyszała wypowiedziane jego głosem. Wiele rzeczy było dla niej zupełnie zaskakujące, ojciec nigdy o nich nie wspominał. Inne z kolei były jej dobrze znane. Niemniej każda przerzucona strona pozwalała jej niejako zajrzeć do głowy osoby, którą kochała jak nikogo innego na świecie. Na jej twarzy dopiero teraz pojawiły się łzy.

„Pamiętam jak dziś pewien moment sprzed kilku lat. Chwilę, która bezlitośnie wryła się w pamięć, która do dzisiaj staje przed oczami z bolesną wyrazistością.
Jak zwykle spacerem wracałem z wykładów do wynajętego mieszkania. Droga nie była zbyt długa, raptem kilkadziesiąt minut, a mogłem dzięki temu zaoszczędzić nieco na komunikacji miejskiej. Poza tym człowiek miał czas by spokojnie pomyśleć, czy po prostu pogapić się na śliczne dziewczyny.
Po tym dniu miałem jednak długo przeklinać swoje przyzwyczajenia.
Stary, bordowy Ford jak wściekły byk uderzył w chłopaka idącego kilka metrów przede mną. Do dzisiaj nie wiem co się stało, może kierowca był pijany, może po prostu wpadł w poślizg. Tak, czy owak nagle wypadł z trasy, wjechał na chodnik i zabił młodzieńca w okularach.
Nigdy wcześniej, ani nigdy później w tak brutalnie bezpośredni sposób nie spotkałem się ze śmiercią. Nie mogłem uwierzyć w to co się dzieje. Najpierw przerażający huk, trzask, potem wrzaski dookoła. Ktoś rzucił się do potrąconego by udzielić pomocy, ktoś inny wykręcił numer na pogotowie i chaotycznie krzyczał w słuchawkę. Ja tylko stałem i patrzyłem, jak z chłopaka w mękach uchodzi życie.
To było paraliżujące, przerażające. Czułem jakbym w żołądku miał bryłę lodu, promieniującą zimnem na cały organizm.
Czasem budzę się w nocy zlany potem i wiem, że znowu śniły mi się potrzaskane okulary. Znowu mam poczucie obcowania ze śmiercią, jak gdyby kostucha stała kilka metrów ode mnie,
kiwała palcem i mówiła szyderczo widzisz, jakie to proste?”

Ewa przerzuciła kilka stron.

„...albo wtedy, gdy siedziałem na tej ławce. Dzień w dzień. Wciąż ta sama ławka, te trzy osobliwie wykręcone drzewa przed oczami. Ta sama ubita piaskowa ścieżka pod stopami. Te same zielone deseczki z których odłaziła farba. Ten sam zapach bzu.
Tylko jej tam nie było. I nigdy już nie będzie. Chciałem przynieść tu koc, położyć się na tej ławce i czekać, choćby nie wiem jak długo.
Odeszła, a moje życie straciło barwy, stało się szare jak stare zdjęcia. Odeszła rok wcześniej, a ja wciąż przychodziłem na tę ławeczkę, by okrutna tęsknota ściskała moje serca i rozdrapywała stare rany. Jak w zasranym drugorzędnym melodramacie. Tylko, że ten ból był prawdziwy...”

„Dużo piszę o honorze. Wiadomo, w średniowieczu był to ważny temat, a fantasy czerpie garściami z tego okresu. Co ja jednak mogę wiedzieć na ten temat? Dzisiaj wydaje się to już pustym słowem. Pustym, bo definiowanym przez każdego po swojemu, pustym, bo służącym do uprawiania polityki oraz udowodniania swoich racji.
Czym w ogóle jest ten honor? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Być może rzeczywiście każdy ma swój i po swojemu go interpretuje. Gdybym miał szukać jakiegoś wspólnego mianownika, stawiałbym na dotrzymywanie słowa.
Raz stanąłem w czyjejś obronie. Właśnie dlatego, że obiecałem. To były szkolne czasy, tak bardzo dawno temu, a po wszystkim miałem podbite oko, wyłamany palec i dwa ukruszone zęby. Jednak nigdy nie byłem tak z siebie dumny jak wtedy właśnie. Może to nieco dziecinne i naiwne, ale wtedy poczułem, że mogę głowę nosić prosto.
Co się stało z moim honorem, gdy dorosłem?... Teraz chodzę zgarbiony.”

„Pierwszą powieść zaniosłem do wydawnictwa mają dwadzieścia trzy lata. Świetnie pamiętam to uczucie, gdy po dwóch tygodniach zostałem zaproszony na rozmowę. Całą drogę trzymałem zaciśnięte kciuki i przymykałem oczy, wyobrażając sobie, że już za chwilę pogratulują mi, wydrukują moją książkę i za rok o tej porze będę bogatym i znanym pisarzem.
Czułem się trochę jak chłopiec, czekający z napięciem na ogłoszenie wyników szkolnej loterii, w której do wygrania był ten niesamowity pistolet na wodę.
Rzecz jasna, byłem tym chłopcem. I rzecz jasna zarówno jeśli chodzi o loterię, jak i wydawnictwo – srogo się zawiodłem. Czego, jak czego, ale głupiej nadziei człowiek nigdy się nie oduczy.
I bardzo dobrze, jeśli nie zostaniemy w pewnych sprawach dziećmi, świat będzie ponury nie do wytrzymania.”

***

Ewa znalazła jeszcze jedną zaskakującą rzecz. Kilkanaście stron druku spiętych zwykłym spinaczem, w teczce zakopanej w stercie książek i zeszytów. Znalezisko było o tyle niespodziewane, że zatytułowane było „Pustynia”,a kobieta nie pamiętała żadnego tekstu wydanego pod tym tytułem, a szczerze powiedziawszy, pamiętała nawet pojedyncze opowiadania, odrzucone podczas składania różnych antologii.
Zagłębiła się w lekturze, upewniając się dzięki temu, że nic takiego wcześniej nie czytała. Samo opowiadanie było nieco chaotyczne, nieskładne i pozbawione jakiejś bardziej rozwiniętej fabuły. Miało jednak swój urok, swój niesamowity klimat. Opowiadało o podróżniku, który umierając z pragnienia brnie ostatkiem sił przez bezmiar gorącego piasku i spotyka na swojej drodze Boga Pustyni.



PUSTYNIA


Słońce tak wysoko, wysoko na niebie. Gorący piasek pod stopami. Zabójczy upał. Falujący horyzont. Pustka dookoła.
Jednostajny szum. Wiatr niesie uderzenia gorąca.
Twoje istnienie jest jak ziarnko piasku na tej pustyni. Bądź tak twardy jak ono. Łap wiatr i szukaj swojego przeznaczenia.
Teraz postaraj się nie umrzeć. Wytrzymaj.

Coś się stało.
Wiesz dobrze, że są takie dni, gdy zamykasz oczy i prosisz o koniec.
Wiesz, że nie zniesiesz tego długo. Ja znosiłem to przez nieskończenie długi czas.
W końcu nastąpiła implozja.
Potem pokruszone szczątki utworzyły nową mozaikę.
Świat jest jak kłębek nici rozwijający się przed tobą, a to jest dopiero początek. Weź nić w dłoń i ruszaj.
Czekam.

***




KESPER


Miał nadzieję, że wkrótce się ochłodzi, że słońce przestanie tak piec. O wiele przyjemniej byłoby otworzyć oczy w innym miejscu, chłodniejszym, mniej piaszczystym. Miał nadzieję, że gdzieś są takie miejsca. Tymczasem zaś leżał na piasku na wznak, z twarzą wystawioną ku słońcu, z oczami zamkniętymi, czekał. Coś niedobrego się działo, coś mąciło mu spokój, ale zapomniał co. W ogóle pamiętał niewiele. Wiedział, owszem, zdawało mu się, że wie to i owo… ale nie pamiętał. Choć nie zapomniał przecież. Otworzył oczy i ujrzał niebieskie niebo nad sobą. Ujrzałby, gdyby nie oślepiły go promienie słońca. A jednak wiedział, że niebo jest niebieskie, choć nie pamiętał dlaczego. I nie pamiętał też, skąd bierze się wiatr.
— Witaj — rzekł, bo możliwość wysławiania myśli wydała mu się niezwykła — jestem Kespér Tramontana — dodał, ni to w stronię pustyni czy wiatru, ni to do siebie. I roześmiał się na dźwięk własnego głosu. Usiadł następnie na piasku, zdjął ciżemki i wysypał z nich małą wydmę. Rozejrzał się powoli i nie bez żalu stwierdził, że otacza go krajobraz niezbyt urozmaicony; pełzające wolno wydmy bladego piachu, niezmącony błękit nieba i horyzont falujący w ukropie.
- Merde… — westchnął i roześmiał się, po czym założył ciżemki i ruszył pod wiatr.

Podróż była męczarnią dla chłopca, nawet tak niezwykle wytrzymałego. Dookoła tylko sable et du sable.
Gorąco odbierało zdolność myślenia, zostawał tylko monotonny marsz. Kesper wpatrywał się w swoje małe buciki, osłaniając oczy przed palącym słońcem. Ciężko było oszacować czas, który minął od początku wędrówki. Wydawał się w każdym razie wiecznością.
Nagle lekki powiew wiatru przyniósł intensywny, intrygujący zapach kardamonu, tak niespodziewany, że chłopiec gwałtownie poderwał głowę.
Kilka kroków przed nim stał wysoki mężczyzna w białej, zwiewnej szacie. Był zupełnie łysy z równo wystrzyżoną czarną brodą. Przyglądając się Kesperowi przekrzywiał głowę jak ptak.
-Merci, chopcze - zagadnął melodyjnym głosem. - Jestem Bogiem Pustyni, a to moje dominium. Jak mógłbym ci pomóc? - ciągnął z lekkim uśmiechem na ustach.






ARIANNA


Światło.
Tak potężne, że zamknięcie powiek niewiele daje. Przez cieniutką skórę widać najcieńsze żyłki, tonące w zalewie jasnoczerwonego blasku. Nieznośna jasność
(piękne jakie to piękne)
Dopiero za dłońmi znajduje trochę ulgi. Wtedy dociera do niej gorąco. Powietrze drga falami żaru, i Honor już spływa potem pod kaftanem.
(Honor?)
To za dużo, za dużo wszystkiego. Dookoła wszędzie pustynia.
(honor to ja. wiem że to prawda)
Niebo jak druga pustynia odbita w błękitnym lustrze. Nie ma kierunków, nie ma schronienia: pustynia.

Zaczyna iść. Wkrótce znajduje rytm kroków i udaje jej się przekonać siebie, że światło jest piękne, spokój - błogosławiony, a żar nieistotny. Mota w węzeł sklejone potem włosy: są bardzo długie i jaśniejsze niż piasek. Słucha tętna krwi w piersi i na skroniach.

(jestem Honor i nie było mnie wcześniej a to jest mój świat kawałek mojego świata)
Nie zdążyła jeszcze porządnie zmęczyć się marszem, gdy uświadomiła sobie,że ktoś idzie obok niej. Postać z jej prawej strony intensywnie pachniała kardamonem, a jej żywe, bardzo ciemne oczy wpatrywały się w Ariannę z czymś w rodzaju życzliwej uwagi. Łysa skóra głowy błyszczała w słońcu, a luźna szata falowała w delikatnych podmuchach wiatru. Miał krótką czarną brodę i złoty kolczyk w uchu.
-Daleka droga przed tobą, kobieto. - powiedział uprzejmym tonem.





DESIRE


Przerażająca cisza. Ciemność. Suchość w gardle i piasek na boleśnie spierzchniętych ustach. Brak porozumienia z własnymi zmysłami, niemoc.

Powoli jej umysł zaczyna współistnieć z ciałem, zaczyna czuć zdrętwiałe kończyny i uciskający jej szyję rzemyk. Stara się pozbyć dokuczliwego mrowienia, porusza nerwowo palcami rąk. Sięga ręką do szyi i odchylając silnie głowę, próbuje rozluźnić rzemyk. Oddycha płytko i zbyt wolno. Nie otwiera oczu. Wbija palce w gorący piasek.

Po chwili uporczywy supeł ulega jej staraniom i pozwala oddychać swobodniej. Desire dotyka ręką skroni, odgarnia kosmyki włosów z twarzy. Niepewnie otwiera oczy. Próba ta jednak kończy się fiaskiem, ostre promienie słoneczne docierają do jej źrenic i rażą boleśnie. Nieugięta odwraca się twarzą do podłoża, wspiera się na słabych jeszcze rękach, ponownie próbuje otworzyć oczy. Tym razem pełen sukces. Jej oczom ukazują się złociste ziarenka, drobnego jak pył piasku. Siada na piętach, opuszkami palców ociera usta.

W jej głowie kłębią się znajome frazy, imiona i obrazy. Rozgląda się zupełnie zdezorientowana wokół. Złocista pustynia oślepia swoim blaskiem, a gorące powietrze delikatnie faluje, zacierając granice nieba i ziemi oraz wszelkie kontury. Usilnie stara się skojarzyć jakieś fakty. Niestety, wszystko co pamięta, wydaje jej się bardzo odległe i niemal obce. Wspomnienia są niewyraźne, mieszają się i stają skutkiem poirytowania. Czuje jak głowa zaczyna jej silnie pulsować. Ponownie opiera się na rękach. Stara się zwilżyć językiem usta, bezskutecznie.

Do kucającej kobiety cicho podszedł mężczyzna w białej szacie. Lekko dotknął jej ramienia.
-Wszystko w porządku? Czy mógłbym ci jakoś pomóc, kobieto? - zapytał z nutą troski.
Miał przyjemny dla ucha głos, niski i dźwięczny. Pachniał kardamonem.
-Jestem Bogiem Pustyni. - dodał. - Wystarczy, że wyrazisz takie życzenie, a uczynię twój pobyt w mojej dziedzinie przyjemniejszym. To naprawdę niezwykłe miejsce, możesz mi wierzyć. - ciągnął żartobliwym tonem.




SZPETNY


Upiorna postać otworzyła oczy i bez zbędnej opieszałości ruszyła przed siebie.
Nie w smak mu bowiem rozmyślanie nad rzeczami nie istotnymi. Pustynia czy też nie, nie ma to najmniejszego znaczenia. Czy wie kim jest? To też bez znaczenia. Najważniejsze to znaleźć kogoś kogo można owinąć sobie wokół palca i bawić się nim niczym kot chrząszczem, aż ten umrze w cierpieniu a może zbawieniu.
Po stokroć muszę się stąd wyrwać do ludzi!

-Do ludzi stąd daleko, Upiorze. Nie rozumiem zupełnie tej irracjonalnej potrzeby. Pustynia jest wszystkim, czego ci tu brakuje? - lekkim tonem zagadnął go mężczyzna, który pojawił się nagle obok Szpetnego.
Owiała go intensywna woń kardamonu. Ciemne oczy wpatrywały się w niego uważanie.
-Wiesz co widzę? Szarego, zupełnie szarego człowieka. Rozbiegane oczy, zgarbiona postura, krzywe nogi. Doprawdy, napełniasz mnie niepokojem. - uśmiechnął się ironicznie.

-Nie spiesz się tak, rozejrzyj się. Czyż nie jest tu pięknie? To pustynia, co może być lepszego?
 
goorn jest offline  
Stary 15-05-2013, 23:16   #2
 
Piszący z Bykami's Avatar
 
Kesper przemierzał pustynie dziarsko przez jakiś czas, wkrótce jednak zmęczenie dało mu się we znaki. Jego buźka cherubinka, okrągła, pyzata i zwykle i tak już pokryta rumieńcem, poczerwieniała jeszcze bardziej w gorącu. Małe, czerwone usteczka zacisnął jednak mocno, przystanął na chwilę, by rozejrzeć się dokoła i podrapać po zadartym nosie, po czym ruszył dalej pod wiatr. Kosmyki złotych loków przylepiały się do jego wysokiego czoła, zwykle bladego, teraz rozgrzanego jednak do czerwoności. Drobną rączkę przyciskał do czoła, by oczy uchronić od słońca, ciemne jak heban źrenice ścisnął między powiekami.
Kesper był chłopcem niespełna ośmioletnim z wyglądu, niewysokim na dodatek (liczył sobie marny metr i ćwierć) oraz chuchrowatym. Ubiór miał natomiast prosty i zgoła nie nadający się na pustynne wojaże; ot koszula czerwona z szerokim kołnierzem, jasne spodnie i ciżemki z długimi czubkami, pełne drażniącego stopy piachu.

Chłopiec szedł umęczony, wtem poczuł jednak intensywną woń kardamonu, toteż podniósł głowę. Uśmiechnął się szeroko na widok mężczyzny. Po pierwsze dlatego, że pachniał, a to dopiero przypomniało mu, że świat ma również zapach. Jeszcze bardziej jednak ucieszył się z tego niespodziewanego spotkania, bo czyjeś towarzystwo było lepsze nawet niż czyjś zapach. Wiele dziwnych słów wypowiedział ów nieznajomy, trudnych lub wymykających się prostemu zrozumieniu, toteż w głowie Kespera zakłębiło się od pytań; do tych, które niósł dotąd ze sobą, Bóg Pustyni dorzucił jeszcze kilka. Chłopiec nie zastanawiał się jednak ani przez chwilę i sięgnął po to, które miał na wierzchu:
— Co to jest dominium?
— Ah, to bardzo proste, chłopcze. To znaczy tyle, że to wszystko co widzisz naokoło należy do mnie. Wiem o wszystkim co się tu dzieje, o malutkiej jaszczurce która chłodzi się w cieniu głazu i o niespodziewanych gościach, którzy cierpią w ostrych promieniach słońca. Teraz ja mam pytanie do ciebie, chłopcze. Czy wiesz, w którą stronę chcesz iść?

Kesperowi wcale nie wydały się proste te wyjaśnienia, miał bowiem wrażenie, że więcej jest w nich o Bogu niż o dominium. Uśmiech jego rozjaśnił się jednak, gdy posłyszał o jaszczurce i o tajemniczych gościach. Dotąd przekonany był wszak, że na tel rozległej przestrzeni musi istnieć coś jeszcze, musi toczyć się jakieś życie, nie sądził jednak, by mógł uwierzyć w to ktoś inny. Wszystkie te rewelacje zrodziły w nim nowe pytania, które miał właśnie zacząć zadawać, gdy ubiegł go Bóg. Pytań Boga nie wypadało ignorować, zresztą Kesper nie lubił pytań pozostawionych bez odpowiedzi, nawet jeśli to nie on je zadawał.
— Tam. — odpowiedział krótko nieznajomemu, wskazując przed siebie, czyli pod wiatr.
— Podejmując pewne wybory należy rozważyć wszystkie możliwe opcje, chłopcze. — uśmiechnął się miło Bóg Pustyni.
— Chyba rozważyłem... — odparł Kesper niepewnie, a myśl o własnej nierozwadze przypomniała mu o innym jeszcze zmartwieniu — Czy mógłby pan dać mi coś do jedzenia? — zapytał — Albo do picia? Albo chociaż trochę cienia? — dodał po chwili.
— Niestety, nie mógłbym. To jest pustynia, rozumiesz chłopcze. Właśnie w tym cała rzecz, że nie ma tu co pić, co jeść, a słońce pali twoją delikatną skórę. — wyjaśnił ze smutnym uśmiechem nieznajomy.
— To chyba smutne, być Bogiem Pustyni... — zauważył chłopiec, najwyraźniej zmartwiony o swego nowego towarzysza. Ten wytrzeszczył oczy w szczerym zdumieniu i przeczesał palcami swoją czarną brodę.
— Nie, zupełnie nie, bardzo dziwny pomysł, chłopcze. — odparł po chwili milczenia.
— Nie chce się panu pić ani jeść?
— Absolutnie nie. Widzisz chłopcze, istotą istnienia Boga Pustyni jest doglądanie odpowiedniej faktury ziarenek piasku, dbania o właściwie wysoką temperaturę, mieszanie gęstego gorącego powietrza, oraz unoszenie się w powietrzu w zwiewnej, białej szacie. Do tego obowiązkowo interesujące rozmowy z podróżnikami, którzy zabłądzą w te strony. Jak sam widzisz, nie ma tu miejsca na jedzenie i picie. — wyjaśnił i niespodziewanie wyszczerzył zęby. — Ale jeśli pójdziesz przed siebie, znajdziesz jabłoń i prawdziwie smutnego człowieka. Być może zerwie ci owoc z gałęzi.
Rzeczywiście wydało się chłopcu, że znalezienie czasu na jedzenie i picie pośród takiego natłoku zajęć jest niemożliwe. Cieszyło go, że Bóg Pustyni tłumaczy coś wreszcie z sensem. Zaskoczyła go natomiast informacja o człowieku spod jabłoni.
— Smutnego?! — zawołał zdziwiony — Dlaczego smutnego, skoro ma cień drzewa i jabłka?! Czy nie wie, że są jadalne? Nie powiedziałeś mu?! Albo nie może ich dosięgnąć! — zmartwił się jeszcze bardziej, bo to oznaczałoby, że sam nie dosięgnie jabłek. — Musisz pójść ze mną do niego! — zawołał, chcąc złapać Boga za rękaw i pociągnąć za sobą. Kto jak kto, pomyślał sobie, ale on chyba jabłek dosięgnie!
— Bardzo źle. — powiedział Bóg surowo. — Skoro powiedziałem, że człowiek ten będzie mógł ci zerwać ten owoc, to tak będzie. Chyba nie uważasz, że się pomyliłem, chłopcze?
— Bardzo źle — odpowiedział chłopiec tonem równie surowym, co w dziecięcych jego ustach sporo na surowości traciło — że pozwalasz chodzić głodnym i zmartwionym po swoim dom... donimium!
— A to dlaczego? Pustynia jest wieczna, ja jestem wieczny, ścieżki przez was wydeptane zostaną rozwiane w ciągu kilku minut.
— Więc czego chcesz ode mnie, dieu funebre?! — syknął chłopiec.
— Niczego, chłopcze. To przecież ja na początku naszej znajomości spytałem, czym mogę służyć. — odpowiedział cierpliwie Bóg Pustyni.
— Dlaczego? — odparł niecierpliwie chłopiec — Dlaczego chcesz mi służyć, skoro moja sieżka rozwieje się w ciągu kilku minut?
— Taką rolą w twojej historii mi przeznaczono.
— Przeznaczono? — Kesper zmienił naraz ton, zapominając na chwilę o jabłoni i siedzącym pod nią smutnym człowieku.
— Poza tym lubię rozmawiać, a nieczęsto jest na to okazja na pustyni, chyba rozumiesz, chłopcze. — Bóg uśmiechnął się — Czy może masz jeszcze jakieś ciekawe pytania?
— Miałby pan więcej okazji do rozmowy, gdyby zasadził tu więcej jabłoni — odpowiedział Kesper z uśmiechem — Mam jeszcze wiele pytań! Ale muszę już iść. Tam są jabłka, a nadzieję trzeba często karmić...
— Więc idź, skoro musisz. — lekko posmutniał Bóg. — Jest jeszcze coś, o co chciałbym zapytać, nim odejdziesz. — zrobił pauzę, dla dramatyzmu. — Czy zastanawiałeś się czym jesteś? — szata zafurkotała w nagłym podmuchu powietrza i Bóg Pustyni rozpłynął się w powietrzu.

Czym jestem? — pomyślał Kesper i przez długą chwilę głowił się nad odpowiedzią. Nie wiedział dlaczego, lecz zmartwiło go to pytanie, Bóg Pustyni natomiast rozgniewał znów chłopca, że nie czekając na odpowiedź, zniknął. On chyba znał odpowiedź, pomyślał Kesper z niezadowoleniem i ruszył przed siebie, dręczony pytaniem pozostawionym bez odpowiedzi…
 

Ostatnio edytowane przez Piszący z Bykami : 18-05-2013 o 23:48.
Piszący z Bykami jest offline  
Stary 17-05-2013, 11:26   #3
 
Rock's Avatar
 
A i opisz wygląd nadziei? Czy ma ona jakąś formę? Wątpię. Każdy bowiem widzi ją inaczej, zależnie od cienia jaki nań pada. Tak i Szpetny, nie ma wyglądu choć to kwestia sporna. Każdy jeno widzi ją inaczej, a i to zależy od jego nastroju. W końcu jak wyglądają Twoje największe, najskrytsze koszmary? Takim go więc będziesz widział. A i postaci różne przybrać może, kat w masce, czy istny potwór, wszystko to bez znaczenia…

Biała maska, skryte w niej oczodoły, karmazynowe plamy, ale czy wszystko to nie jest równie absurdalne co i realne? Czy ta biała toń nie jest jego najprawdziwszym odbiciem? Czy ma on usta czy jedynie wcięcie w zlewającej się bieli? Wszystko to otoczone, czernią, czernią burzy włosów. Dalej idąc tym tropem mamy szczupłe ciało, no i te długie ciemne kocie paznokcie. Czego chcieć więcej od Szpetnego? Może by jeszcze ktoś był w stanie to zauważyć. No cóż, nie miał na tyle szczęścia ale i nigdy go nie poszukiwał. On pragnął jedynie przemierzając odmęty piaskowe, znaleźć nowe zabawki ich serca i dusze, by móc się nimi bawić. Aż tu nagle pojawia się coś, coś co śmie zwać się Bogiem, już jego pojawienie irytowało Szpetną postać.

- W końcu jestem szarym, szpetnym, zgrabionym człowiekiem, więc czemu nazywasz mnie upiorem? - odparł lekko zdziwiony nie zwalniając tępa marszu,notabene dość, lekkiego odwzajemniając ironiczny uśmiech. Po czym dodał -Pustynia piękna? kpina, jałowy piach, słońce i długo, długo nic.
-Wyglądasz upiornie, toteż nazywam cię upiorem. - wyjaśnił cierpliwym tonem. - A jeśli chodzi o twoją opinię dotyczącą pustyni, każdy ma prawo żyć w błędzie.
- Wiem i widzę, w końcu korzystasz z tego prawa pełną parą. Jakby była piękna to ktoś by tu żył, a jest tragiczna bo nikt tu nie żyje. - odparł szpetny, jedyne czego pragnął to wynieść się z pustyni a ten tutaj najwidoczniej czuł się jakby to było coś cudownego. Tfu.
-Nigdzie nie wspomniałem, że pustynia jest dobrym miejscem do życia. Niemniej jest miejscem prawidziwie pięknym, spróbuj odebrać wibracje ten zalewającej cię zewsząd pustki, tej ciszy, tego spokoju. Spróbuj docenić cierpienie, płynącym z upału, braku wody i jedzenia, a które to cierpienie jak wiadomo uszlachetnia. Spróbuj zachwycić się najczystszym niebem. Pustynia jest miejscem na najczystsze myśli.
- Szlachetny czy nie. Co za różnica grunt to żywy, martwy nikt do niczego się nie przydaje. A jakbym się chciał uszlachetniać to wybrałbym inne miejsce. Tak czy inaczej jak się stąd wydostać? - odparł, niestety rozmowy na tematy egzystencjalne nie były jego domeną, wolał te związane z końcem egzystencji ale musi coś być by się kończyło.
Bóg Pustyni westchnął i zapatrzył się w niebo.
Szpetny jedynie westchnął głęboko po czym usiadł sobie na piachu i spojrzał z niższego punktu na Boga Pustyni. Zaczynał go irytować. Przybył taki z Bóg wie raczyć skąd i gapi się w błękit.
- Słuchasz mnie? - powiedział z nutą irytacji w głosie.
-Musisz iść na północ, jeśli chcesz wyjść z pustyni i nie umrzeć po drodze. Patrz pod nogi. - machnął ręką zrezygnowany i rozpłynął się w powietrzu.
- Świetnie...- parsknął, wzdychając gdy ten się rozpłynął. I ruszył żwawym krokiem w stronę północy, zastanawiając się cóż tam odnajdzie i czy będzie ciekawsze od piachu.
 
Rock jest offline  
Stary 22-05-2013, 16:52   #4
 
Rhaina's Avatar
 
Kto sprowadził wikińskiego kupca na pustynię? Średniego wzrostu, chudy jak wyrostek, jasnoskóry i jasnowłosy; płócienna szara tunika obrzeżona błękitem, spodnie ciemniejsze, na plecy odrzucone ciemnozielone fałdy płaszcza, spinanego na ramieniu; tyle można by zobaczyć z daleka - i że mimo żaru parł naprzód bez śladu zmęczenia.
Z bliska pierwsze wrażenie okazałoby się cokolwiek mylące. Mniemany wiking był wiotką dziewczyną, wąską w ramionach i biodrach, w talii jeszcze węższą. Szarooka, jasna, o regularnych rysach arystokratki: księżniczka. Z węzła na karku wymknęło się kilka pasemek, jasnych jak żyto, długich do bioder. Przy nabijanym pasku wisiała sakiewka z wypalonym wzorem: wśród wijących się linii mężczyzna z ręką w paszczy wilka. Brosza wyobrażała zwiniętego w pętle smoka. Żadnych więcej ozdób. Żadnej broni.
Oto, co zobaczyć musiał wędrowiec, który zmaterializował się nagle obok niej.

- Daleka droga przed tobą, kobieto. - powiedział uprzejmym tonem.
- Zapewne - zgodziła się lekko, maskując uprzejmością dezorientację. Skłoniła się - po męsku - jak równy równemu.
- Witaj... kimkolwiek jesteś.
Odkłonił się wytwornie.
- Wybacz, że nie przedstawiłem się od razu. Bóg Pustyni, do usług, kobieto.
- Zaszczyca mnie takie spotkanie - uśmiechnęła się. (Sytuacja nabierała sensu.) - Arianna, do usług, boże.
- A tak, tak. - Uśmiechnął się pobłażliwie. - Jestem umiarkowanie zaciekawiony, co właściwie zamierzasz. Widzisz, nie mam zbyt wielu okazji porozmawiać. Nie narzekam z tego powodu bynajmniej, w końcu cóż jest piękniejszego i bardziej wartościowego niż pustynia? Niemniej czasem miła mi jest odmiana, więc chętne cię wysłucham.

Chwilę się zamyśliła. Sięgnęła do klamry na ramieniu (pętle smoka miały złoty poblask pustynnego piasku; w oczach i grzbiecie smoka błyszczały krople błękitu; budziło to w niej dziwne uczucia):

- Szłam stamtąd - tam, w nadziei, że spotkam cokolwiek lub kogokolwiek. Tak się stało, przeto nie ma powodu, byśmy rozmawiali, idąc - chyba że miałbyś takie życzenie. Jeśli jednak nie... - klamra puściła i płaszcz zsunął się z ramion dziewczyny, zamaszystym gestem rozesłała na piasku zielony krąg - ...zapraszam.

Bóg uśmiechnął się leciutko zaskoczony, kiwnął uprzejmie głową, by usiadła, a sam zebrał fałdy białej szaty w ręce i uklęknął na płaszczu. Usiadła i ona ze skrzyżowanymi nogami i prościutkimi plecami, swobodna mimo pozycji jak jakiś młody budda. Musiał to być piękny obraz, podobieństwa i kontrasty - dwoje wędrowców, siedzących w formalnych pozycjach, on ogorzały, czarnobrody i czarnooki, ona cała jasna, z prześwietlonymi szarymi oczyma i bardzo długimi włosami barwy żyta; on w luźnych fałdach białej szaty, ona w szarościach tuniki i nogawic. Oboje wysocy, lśniącoocy, piękni.

- Cóż, widzę, że nigdzie ci się nie spieszy, w takim razie porozmawiajmy. Jak ci się podoba moje królestwo? Czy nie uważasz, że piasek jest wprost idealny, niebo piękne a powietrze faluje fantazyjnie, dodając scenerii, hm... nierealności?
- Piasek jest tak drobniutki, że miękki jak dym, i jak dym ulotny, choć wiem przecież, że w wichurze mógłby zedrzeć ciało z moich kości. Tym bardziej fascynuje jego pieszczota na skórze. Niebo, mogłabym niemal uwierzyć, że jest gładką miską przykrywającą krąg świata, stworzoną z samego koloru... Mogłabym tu umrzeć, a ich urodzie nic by nie ubyło. Są ponad to. To przerażające, ale przez to są jeszcze piękniejsze. - Już po kilku słowach głos jej zmiękł i spowolniał. Niechcący. Mówiła, by uradować gospodarza, ale mówiła prawdę. - Są doskonałe. Niemal żałuję, że nie mogę tu żyć.
- Tak, masz rację, absolutnie. Twoje słowa dobrze opisują piękno tego miejsca. Ale! To tylko jeden aspekt tego miejsca. Zauważ jak ono działa na duszę. Jak cisza, jak pustka, jak zabójcze warunki czynią duszę człowieka krystalicznie czystą. W końcu nie tak daleko stąd na wysokich słupach wbitych w ziemię siedzą nadzy pustelnicy. I pozwalają by pustynia ich uszlachetniała. - Bóg pozwolił sobie na coś w rodzaju ironicznego uśmieszku.
- Zmilczałam, gdyż tego nie znam... jeszcze. To pieśń o jednostce i nieskończoności... tak sądzę... blask wykłuwający oczy, pot na czole to tylko pierwsze nuty. Pół uwertury. Nie oceniać mi pieśni.
Bóg zadumał się przez chwilę. - Tak, być może to jest to. Być może w tym właśnie rzecz. Dopiero wieczność potrafi dostrzec piękno w pustyni. Dopiero wieczność dostrzeże żłobienia, jakie w duszy ludzkie uczynią malutkie ziarnka piasku, dopiero wieczność dostrzeże przemianę dumnej skały w proch. - Bóg pochylił głowę. - Doceniam celne spostrzeżenie.

Poczuła się szczęśliwa. To chyba głos Boga Pustyni tak na nią działał, niski i melodyjny, i korzenny zapach jego szat. A może samo spotkanie z drugim człowiekiem... drugą istotą... pierwszą w jej życiu? Przemilczała dziesięć uderzeń serca, smakując tę błogość i by nie zrazić pochopnością rozmówcy, nim zadała pytanie, które jej ciążyło:
- Rozumiem, że pustynia ta jest wasza, boże, a może i wy w jakiejś części jesteście pustynią. Czy moglibyście zatem i chcieli rzec mi słowo, w jaki sposób przybyłam tutaj? Ku memu zdumieniu bowiem i niepokojowi nie pamiętam nic ponad ostatnie godziny.
- Oczywiście! - uśmiechnął się szeroko. - Spoglądałem właśnie na swoje rozległe tereny, gdy maleńki pyłek wpadł mi do oka. Mrugnąłem i już tam stałaś. Być może uniosła się niewielka chmura pyłu, ale za to nie mogę ręczyć. - Jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej, choć wcześniej wydawało się to niemożliwe.

Arianna skamieniała - duchem i ciałem. Pamięć jej usłużnie powtórzyła echem: maleńki pyłek, mrugnąłem, już tam stałaś. Być może chmurka pyłu, ale za to nie mogę ręczyć. Maleńki pyłek, mrugnąłem... Zatrzepotała powiekami, kąciki ust opadły o ułamek milimetra: umarła maleńka nadzieja.
A jednak głos wciąż melodyjny, kadencja równa: nie słychać w nim tego smuteczku, być może pierwszego jej rozczarowania. Może to kardamon tak koi.

- Jakie krainy sąsiadują z twoją domeną? Gdzie radziłbyś mi pójść, gdy już wyruszę?
Bóg milczał kilka chwil, przesypując piach między palcami.
- Widzisz, to nie jest takie proste. - odezwał się w końcu. - Myślę jednak, że teraz nie powinnaś się tym przejmować, daleko stąd zupełnie wszędzie - dodał rozbawiony.
“Co też ty nie powiesz”, pomyślało jej się. Westchnęła z ulgą, że nie powiedziała tego na głos. “A zatem bywam zgryźliwa.” “Nic nie wiem. Może się dowiem. Ale teraz trzeba znaleźć sobie jakiś cel albo miejsce do życia...”
- Nie chciałabym tu umierać... Nie, zapomnij, że to powiedziałam, to niestosowne. Podejmę ryzyko, dam z siebie wszystko. Wszak to pustynia i na nią się zdam. Ale... chciałabym wiedzieć, gdzie idę. Że znajdę tam coś lub kogoś. Coś, co... nie wiem. Może po prostu chcę czymś zapełnić pamięć. - Albo życie. Ale tego nie była pewna. I tak powiedziała za dużo, zapędziła się. Pół słonej łzy zapiekło w kąciku oka. Wzruszyła ramionami. - Opowiedz mi, proszę.

- Wszystko zależy od tego, gdzie chcesz iść. Co chcesz osiągnąć. Kogo znaleźć. Pomogę ci, pustynia jest bezlitosna, lecz ja nie muszę. - Uśmiechnął się. - Teraz posłuchaj uważnie. Każdy z kierunków świata niesie dla ciebie jakąś możliwość. Tam jest północ - wskazał palcem. - Znajdziesz tam chłopca, który ma ochotę na jabłka. Z kolei idąc na południe, uda ci się bezpiecznie wyjść z pustyni. Droga jest najkrótsza, a po drodze łatwo znaleźć oazy. Wschód - to ból, męka, krwawy pot. Być może pewne odpowiedzi. Zachód zaś, to prosta droga do pewnej nieprzyjemnej osoby. Musisz sama wybrać, kobieto - powiedział, wyjątkowo poważny. - A jeśli chodzi o twój los, myślę, że powinnaś iść przed siebie także wtedy, gdy opuścisz tą piękną pustynię - dodał już zwyczajnym, lekkim tonem.

Bóg Pustyni spojrzał jeszcze uważnie na Ariannę i gładząc się po nagiej skórze głowy nagle zniknął. Rozpłynął się w powietrzu i tylko lekki zapach kardamonu przypominał, że jeszcze sekundę temu klęczał na płaszczu dziewczyny.
- Dziękuję - powiedziała w powietrze, zamyślona. Powoli ważyła i odrzucała drogi, wdychając ulotną woń. Wreszcie pociągnęła linię przez środek płaszcza z północnego wschodu na południowy zachód, cofnęła się o krok i cisnęła w górę garść piasku. Większość upadła po lewej.
Arianna strzepnęła materiał, upięła ponownie na ramionach i ruszyła na północ.
 
__________________
jestem tym, czym jestem: tylko i aż człowiekiem.
nikt nie wybrał za mnie niczego i nawet klątwy rzuciłam na siebie sama.

Ostatnio edytowane przez Rhaina : 23-05-2013 o 20:43.
Rhaina jest offline  
Stary 30-05-2013, 22:10   #5
 
MadeleineSophie's Avatar
 
Klęczała, wpatrzona w dal, jak zwykle nieobecna. W jej głowie krążyły setki myśli, a potworny ból, który temu towarzyszył nie ustępował nawet na moment. Kasztanowe, gęste włosy, luźno splecione w warkocz, opadały swobodnie na ramię. Usta miała zaciśnięte. Pod bosymi stopami czuła gorący piasek, a jej cienka, lniana bluzka i szeroka spódnica nie przynosiły ukojenia w upale. Wtedy właśnie poczuła zapach kardamonu. W jednej chwili jej głowę opuściły wszelkie myśli. Nie znosiła zapachu kardamonu, chociaż nie mogła sobie przypomnieć dlaczego. Jakieś zamglone wspomnienie próbowało się wedrzeć do jej umysłu, gdy nagle usłyszała:

-Wszystko w porządku? Czy mógłbym ci jakoś pomóc, kobieto? - zapytał nieznajomy z nutą troski.
Miał przyjemny dla ucha głos, niski i dźwięczny.
-Jestem Bogiem Pustyni. - dodał. - Wystarczy, że wyrazisz takie życzenie, a uczynię twój pobyt w mojej dziedzinie przyjemniejszym. To naprawdę niezwykłe miejsce, możesz mi wierzyć. - ciągnął żartobliwym tonem.

Ledwie słyszała co do niej mówił. Jego głos, chociaż przyjemny, drażnił ją. Otępiona upałem i nieznośnym zapachem kardamonu, starała się zachować resztki przytomności umysłu. Nieuzasadniona niechęć, jaka w niej wzbierała, przejmowała jednak nad nią kontrolę. Odetchnęła głęboko i pozbierała myśli, chciała jak najszybciej uwolnić się z położenia, w jakim się znalazła, dlatego postanowiła zbyć ów boga, jak najszybciej. Nie czując się jednak na siłach, aby wstać, rzuciła nerwowo:

-Doprawdy? Wcale nie wydaje się niezwykłe... I nie, nie potrzebuję pomocy. Najlepiej zostaw mnie w spokoju. - spojrzała na niego lodowato, następnie zebrała w sobie wszystkie siły, podniosła się i zaczęła szybko iść, mierząc wzrokiem bezgraniczną pustkę, jaką miała przed sobą.
Bóg Pustyni przyglądał się jej przez chwilę, by później w kilku krokach w spacerowym tempie jakimś cudem zrównać się z nią.
-Dokąd idziesz, kobieto? - Spytał uprzejmie.
Wzdrygnęła się przestraszona, jednak starała się udawać obojętną. - Powiedziałam już żebyś dał mi spokój. -Starała się o nim nie myśleć, nie chciała jego pomocy, nie interesowało ją, jakim sposobem ją dogonił. Chciała znowu poczuć gorące, bezwonne powietrze. Nieustannie czuła jednak kardamon i z każdą chwilą wydawał jej się coraz wyraźniejszy.
-Czy ładnie w ten sposób traktować gospodarza? - zapytał z lekką naganą. - Jesteś w moim domu, kobieto, znajdź w sobie odrobinę kurtuazji. -uśmiechnął się rozbawiony.
Spojrzała zniechęcona - Wcale nie chciałam się tutaj znaleźć. A jeśli cię to interesuje, to właśnie próbuję się stąd wydostać. - Złość, która w niej wzbierała, nie pozwalała się już tak dobrze kontrolować. Niestety jej towarzysz nie dawał za wygraną.
-I nie przyszło ci do głowy, że ktoś przedstawiający się jako Bóg Pustyni mógłby ci pomóc? - zapytał.
Eh...- Westchnęła i spojrzała mu prosto w oczy- Wiem, że wszystko ma swoją cenę, a ja nie mam ochoty na robienie z Tobą interesów. Wybacz...- odpowiedziała i zaczęła iść szybciej.
Bóg wzruszył ramionami. Nie przyspieszył zauważalnie kroku, lecz znów znalazł się ramie w ramię z Desire.
-Powodzenia. Krzyknij, gdy znudzi ci się umieranie. - mrugnął do niej okiem i rozwiał się w powietrzu.
-Och, dziękuję ci serdecznie, mój wybawco. - rzuciła w powietrze i zatrzymała się na chwilę, rozglądając się niepewnie wokół. Jego zniknięcie nie przyniosło jej ulgi, wręcz przeciwnie, poczuła się bardziej zagubiona. Myślała, że gdy odejdzie, jej napięcie zniknie. Tymczasem umysł spłatał jej figla. Złość nie ustępowała, zapach kardamonu niezmiennie wisiał w powietrzu, a ona miała ochotę krzyczeć z całych sił. Opadła jednak bezwładnie na piasek, wydawało się jej, że łzy napływają jej do oczu. Piekący ból, jaki wówczas poczuła, uświadomił jej, że oczy ma zupełnie suche. Przymrużyła lekko powieki i rozglądała się, starając się uchwycić wzrokiem najbardziej odległe punkty.

Gdzie Desire nie spojrzała, tylko piasek i piasek. Zupełnie płaska, pofałdowana przestrzeń w każdym kierunku. Nad nią znajdowało się błękitne niebo oraz wielkie, oślepiające słońce. W tak jednolitym krajobrazie znalazła tylko jedną odmianę. Dokładnie na północ od niej zauważyła czarne punkciki krążące na niebie. Wydawały się bardzo odległe, a o ile mogła to dobrze ocenić krążyły nad jednym, konkretnym miejscem.
Po chwili zauważyła coś jeszcze, tuż obok niej. Nieopodal miejsca zniknięcia Boga, powietrze zachowywało się w dziwny sposób, falując w jakby szybszy, niepokojący sposób. Dostrzegała to tylko kątem oka, patrząc w inny sposób, anomalia znikała. Zjawisko powodowało lekkie zawroty głowy. Być może, gdyby mocno się skupiła, potrafiłaby znaleźć w tym jakąś prawidłowość, bądź jednoznacznie określić to jako złudzenie optyczne.
Otworzyła szerzej oczy, powoli obracała głowę, starając się uchwycić anomalię. Ból głowy i piekące oczy, nie pozwalały się jednak skupić. Nagle zalała ją fala gorąca. Zaczęła nerwowo łykać powietrze, którego z każdą chwilą brakowało jej bardziej. Uderzyła pięściami w piasek, schyliła nisko głowę, oparła się czołem o podłoże. Resztkami sił wyszeptała – Pomóż mi … - i czuła, że zasypia. Wszystko zniknęło- kardamon, Bóg Pustyni, upał, piasek, świadomość... Wszystko.
 
MadeleineSophie jest offline  
Stary 31-05-2013, 12:13   #6
 
goorn's Avatar
 
Kesper

Zasadniczym problemem jaki niesie ze sobą pustynia, jest monotonia. Zwłaszcza dla małego chłopca, pełnego zainteresowania światem. Czym jednak można się interesować, gdy dookoła tylko piach.
Być może więc warto zająć się rozmyślaniem? Kesper miał o czym myśleć, po dziwnym zakończeniu rozmowy z Bogiem. Niestety, słońce nachylające się tuż nad chłopcem szybko uniemożliwiło takie próby.
Gorące powietrze drgało przed oczami, horyzont nie dostarczał żadnej nadziei na odmianę losu, jednak Kesper wciąż szedł naprzód.
Wkrótce dało o sobie znać zgubne oddziaływanie pustyni. Zlanemu potem malcowi coraz trudniej było przebierać nogami, a głowa mu ciążyła jak gdybym była z żelaza. Dodatkowo gdy zatrzymywał się i próbował rozejrzeć, obraz rozmywał mu się przed oczami i odczuwał silne zawroty głowy. Palące słońce oślepiało, a brak wody ściskał boleśnie gardło.
Każdy kolejny krok był nadludzkim wysiłkiem, czas stał się pustym słowem, chwile ciągnęły się jakby roztopione na słońcu. Chłopiec zachwiał się i upadłby na piasek, gdyby nagle jakaś ręką nie złapała go mocno za łokieć.
W nozdrza uderzyła go silna woń kardamonu.
-Jesteś już bardzo blisko, chłopcze. - dobiegł do melodyjny głos. - Jeśli mocno się skupisz, może poczujesz zapach jabłek.
W następnej chwili Kesper poczuł, że nikogo już nie ma obok. Wdrapał się na szczyt wydmy, ciężko dysząc i spojrzał przed siebie.
Rozpościerające się przed nim obraz różnił się tak drastycznie od tego, do czego przywykły jego oczy, że z wrażenia przysiadł na piętach. Miał przed sobą niewielki zagajnik, gdzie wysokie i mocne jabłonie wyrastały z ziemi, pokrytej bujną, soczyście zieloną trawą.
Zagajnik ze wszystkich stron otaczała pustynia, co sprawiało, że wyglądał on zupełnie nierealnie, jakby wyłonił się ze snu. Między drzewami pluskał niewielki strumyk, płynący z jednego końca polany do drugiego, który znikał na granicy z pustynią.
Drzew był raptem kilka, a pod jednym z nich siedziała skryta cieniem postać, nieruchoma i niedająca oznak życia.
Piasek kończył się kilka metrów przed Kesperem, gwałtownie przeradzając się w brązową, tchnącą życiem glebę. Chłopiec czuł zapach witalności i świeżości, tak inny od ponurego zaduchu pustyni. Spostrzegł jeszcze jedną dziwną rzecz. Ani jedno ziarenko piasku nie dotarło niesione wiatrem na drugą stronę granicy z zagajnikiem. Także słońce wydawało się nie atakować tego miejsca z taką zajadłością, drzewa dawały zdecydowanie zbyt dużo cienia, by można było to racjonalnie wytłumaczyć. Chłopiec wyczuwał także delikatny, przyjemny chłód promieniujący z tego miejsca.
Mimo, że do drzew miał jeszcze trochę drogi, widział duże, czerwone jabłka kołyszące się na gałęziach. Uświadomił też sobie, że są nieco zbyt wysoko, by zdołał ich dosięgnąć.


Szpetny

Słowa Boga Pustyni okazały się prawdą. Po niemiłosiernie dłużącej się wędrówce, którą opisując należałoby odmienić przez wszystkie przypadki słowa: monotonia, zmęczenie, gorąco, pragnienie, Szpetny dostrzegł, że otoczenie się zmienia.
Teren powoli przestał płaski jak blat stołu, pojawiało się coraz więcej pofałdowań. Piasek powoli ustępował żwirowi, pojawiły się pierwsze głazy, a w ich cieniu dostrzec można było pierwsze objawy życia, skorpiony i jaszczurki. W oddali na niebie krążyły sępy, a temperatura nieznacznie zmniejszyła się. Być może ten ostatni czynnik jednak wynikał z tego, że słońce powoli zaczęło opadać coraz niżej.
To wciąż była pustynia, to miejsce, które dodało linijkę do definicji śmierci w umyśle Szpetnego, ale przeradzała się ona stopniowo w coś, co dawało szansę, na spotkanie żywych stworzeń.
Rozglądając się po okolicy, dostrzegł on coś niespodziewanego. W niewielkiej odległości w piachu lśniła w słońcu ludzka czaszka. Reszta szkieletu leżała nieopodal, za ogromną skałą, w stercie wysuszonych szmat.
Gdy podszedł bliżej w zasięgu wzroku, zasłaniana wcześniej skałą, pojawiła się jeszcze jedna rzecz godna uwagi. Wysokie, kilku metrowe słupy wbite w ziemie, z jakimiś postaciami na samym szczycie. Odległość nie pozwalała ocenić tego dokładnie, lecz wydawało się, że osoby na słupach poruszają się.

Arianna

Zapach kardamonu obudził kobietę z otępienia, wywołanego męczarnią wędrówki w palącym słońcu. Od dłuższego czasu nie zdawała sobie sprawy skąd ani dokąd idzie, wszystkim był piasek pod stopami i ciężkie kroki.
-Wszyscy już są, gdzie mieli być, bądź są już tuż, tuż, kobieto. Tylko ty wciąż daleko. Pomyślałem sobie w związku z tym, że może zamienisz ze mną jeszcze kilka słów?
Bóg Pustyni przyglądał się jej króciutką chwilę, jakby czekał na odpowiedź, lecz Arianna nie mogła się odezwać, a on znów zaczął mówić.
-Widzisz, chciałbym ci coś pokazać. - uśmiechnął się lekko. - Męczy mnie pewna sprawa i uznałem, że może jesteś w stanie mi pomóc.
Złapał ją za ramię i szarpnął, a Arianna poczuła jak zalewa ją niesamowicie intensywny aromat kardamonu, który wynika jej głęboko w głowę, powodując nieznośny ból. Czuła, że ten zapach rozrywa jej umysł na strzępy. Po chwili wszystko się skończyło.
Otworzyła oczy.
Tuż przed nią pustynia była pęknięta.
Czarny piasek wszędzie dokoła zlepiał się w bryły. Powietrze cuchnęło stęchlizną.
A tuż przed nią ziała czarna wyrwa, pękniecie w ziemi do którego nieustannie zsuwał się piasek.
Słońce lśniło czerwienią i nie dawało ciepła. W zasadzie, Arianna marzła.
-Widzisz, kobieto. Jesteśmy całkiem niedaleko, to tylko inna część pustyni. Ale gdy to widzę... Myślę... Zaczynam myśleć... Zastanawiam się, gdzie jestem. Nie chodzi o to miejsce, ale tak generalnie, o rzeczywistość. Gdzie jestem? - głos Boga stał się matowy, tak odmienny od tego, do czego zdążyła się przyzwyczaić.
Jego szata była brudna i postrzępiona, broda zmierzwiona, a...
Gdy spojrzała w jego ciemne oczy, dostrzegła tlące się tam szaleństwo.
-Podejrzewam, że stało się coś strasznego, kobieto.

Arianna obudziła z twarzą w gorącym piasku. Kompletnie wyczerpana i wciąż skołowana snem, wracała z wolna do rzeczywistości. Jej zmysły zarejestrowały, że dookoła nic się nie zmieniła, poza tym może, że teren przed nią podnosi się. Miała przed sobą wydmę i czuła, że za nią coś musi być. Czuła coś jakby... zapach jabłek?

Desire


Z rozedrganego powietrza wyłonił się kształt Boga, a następnie on sam we własnej osobie.
-To nie był zły pomysł, by daleko nie odchodzić. - mruknął do siebie. - I co my tu mamy? Osłabienie, odwodnienie, wyczerpanie. A wystarczyło okazać nieco uprzejmości.
Nabrał w dłonie nieco piasku i sypnął nim w twarz Desire. Jeszcze w powietrzu przekształcił się on w strugę chłodnej wody, która gwałtownie otrzeźwiła kobietę.
-To może jednak porozmawiamy, jak uważasz? Znam wiele ciekawych tematów, mogę mówić o jabłkach, słupach, a nawet o granicy pustyni. Co o tym myślisz, kobieto? - wyciągnął w jej stronę rękę, by pomóc się jej podnieść i czekał cierpliwie, aż ją złapie.
-Widzisz te czarne punkty, tam dalej na niebie? To sępy. Są głodne i lubią świeże truchło. Krążą w powietrzu, bo ten cholerny mężczyzna musi być twoim starszym bratem. Niesamowicie uparty, nie chciał rozmowy, pomocy, zupełnie niczego. Nie kojarzy ci się to z czymś, kobieto? - mówił żartobliwym tonem.
-Co powiesz na to, byście się zapoznali bliżej? Być może będziesz miała na niego prawdziwie ożywczy wpływ, kobieto?
Zapach kardamonu stał się na kilka chwil bardziej intensywny, a świat zawirował. Gdy rozejrzała się dookoła, dostrzegła, że znalazła się nagle tuż obok mężczyzny leżącego na piasku. Był nieprzytomny.
Mokre ciemne włosy lepiły mu się do twarzy. Miał nagi, umięśniony tors i proste płócienne spodnie.
-Widzisz, on nie chciał ze mną rozmawiać ani przed, ani po oblaniu wodą – Bóg Pustyni zrobił smutną minę.
 
goorn jest offline  
Stary 02-06-2013, 14:45   #7
 
Rhaina's Avatar
 
Tych kilkaset kroków na szczyt wydmy nie było właściwie aż tak trudne - zaledwie najtrudniejsze z rzeczy, jakie do tej pory miała okazję robić, co niewiele znaczyło. Obietnica odpoczynku, spokoju tego maleńkiego sadu w dole, tak odmiennego od spokoju pustyni, wynagradzała trud z nawiązką. Pomiędzy nią a sadem granicę piasku i żywej ziemi przekraczał właśnie niewielki, barwny kształt. Mrużąc oczy, wydobyła nieco szczegółów: ciepłą czerwień kubraczka, jasny kołnierz, płową głowę. Chłopczyk, który ma nadzieję na jabłka.

Szła znacznie szybciej, zrównała się z maluchem długo przed drzewami. Był w opłakanym stanie, serce się ściskało. Chciała się odezwać, ale gardło miała wyschnięte na wiór; wyszedł charkot, którego sama prawie się przestraszyła. Przyklękając obok, z twarzą na jednym poziomie z jego twarzą, przywołała na spękane usta miły uśmiech i spróbowała gestami. Ty, ja, drzewa, razem. Ty zmęczony, dasz radę? Mogę przynieść tobie wodę i jabłka. Mogę cię zanieść... (Jakoś nie pomyślała, że sama ledwo idzie, a widziała nieprzytomnie zmęczone dziecko.) Czy pójdziemy?
 
__________________
jestem tym, czym jestem: tylko i aż człowiekiem.
nikt nie wybrał za mnie niczego i nawet klątwy rzuciłam na siebie sama.

Ostatnio edytowane przez Rhaina : 03-06-2013 o 17:12.
Rhaina jest offline  
Stary 05-06-2013, 21:09   #8
 
Piszący z Bykami's Avatar
 
Chłopiec powłóczył nogami, jakby była to jego ostatnia droga. Dawał się we znaki głód, męczył upał, nie dziwota więc, że próba rzucenia się w stronę zagajnika przerwóciła malca na piach. Podniósł się jednak, szepnął jakieś merde pod nosem i czym prędzej powlókł się dalej. Głowa bolała go niemiłosiernie, jakby ściskana przez rozpalone kleszcze, w jej wnętrzu kotłowały się (na domiar złego) myśli męczące, bo o jabłkach, które cieszą, gdy się je zjada, a nie jedynie myśli o nich, a których najpewniej nie dosięgnie. A myśląc o jabłkach, myślał też o nieszczęśliwym człowieku, którego czym prędzej trzeba jabłkami nakarmić, żeby nieszczęście zażegnać, jabłkami rosnącymi wysoko, oby nie zbyt wysoko, bo dostrzegł czerwone owoce z daleka i wydały mu się niedosięgalne, choć oceniać było trudno, bo wzrok mącił mu się w upale. Mącił na tyle, że omal trupem nie padł z przestrachu, gdy naraz wyłoniła się obok niego nieznajoma kobieta i zaczęła charchać coś swoim dziwnym językiem. Kesper przynajmniej uznał to za język i skrzywił się, bo nic z niego nie zrozumiał. Nieznajoma dostrzegła najwyraźniej jego zmieszanie, bo jakby przestraszyła się i zrazu zaczęła tłumaczyć gestami. Chłopiec, z racji wycieńczenia, pomyślunek wprawdzie niezbyt miał lotny, domyślił się jednak, że kobieta ma ochotę na jabłka, wyglądała zresztą na nie mniej głodną niż on. Kesper wykrzywił w twarz w jakiejś karykaturze uśmiechu, bo na więcej w obecnych okolicznościach nie było go stać, i zakasał natychmiast rękawy, by zerwać kilka owoców. Stanąwszy pod drzewem, zwątpił jednak, bo uśmiech kobiety, który pobudził w nim ostatnie resztki witalności, zdawał się jednak nie być wystarczająco silny, by wsadzić go na drzewo.
Merde — rzekł i odkrył ze zdziwieniem, że mówi tym samym językiem, co nieznajoma.
Kobieta zerwała dwa jabłka. Oba podała chłopcu. Które wolisz?, zapytała przekrzywieniem głowy i półuśmiechem. Kesper natychmiast wziął jedno, nie przyglądając mu się nawet za wiele, bo wzroku nie odrywał od kobiety. Wyglądał, jakby chciał o coś zapytać, nie odezwał się jednak i zaczął pałaszować.
Panna oparła się o pień drzewa i wgryzła się w swoje jabłuszko, powolutku, kęsek po kęsku. Po ćwierci jabłka chrząknęła na próbę: mogła już mówić.
— Nie spiesz się — poradziła życzliwie. — Jeśliś długo nie jadł, zbyt raptowne przerwanie postu może ci zaszkodzić.
Chłopiec odjął owoc od ust z obawą, nigdy nie pomyślał, że jabłko może komukolwiek zaszkodzić. Uderzyła go natomiast dziwnie niepokojąca myśl, którą wypowiedział cicho i powoli, bardziej do siebie niż do kobiety — Nie jadłem od bardzo dawna...
— To tak jak ja. Nawet nie pamiętam swego ostatniego posiłku — westchnęła pół z śmiechem, pół smutno. — A ty? Och, przepraszam — żachnęła się — jak się do ciebie zwracać?
— Ja też nie. — odpowiedział znów cicho i przez długą chwilę przypatrywał się jabłku bez słowa. — Jestem Kesper — odezwał się nagle, żywo i z uśmiechem — A ty?
— Mów mi Arianna — oddała uśmiech jasnowłosa. — Doprawdy, gdyby nie wspomniał mi o tobie Bóg Pustyni, spodziewałabym się zobaczyć tu wszystko, ale nie kogoś takiego jak ty, Kesperze. Pustynia jest w pewnym sensie wspaniała, ale dzieci chroniłabym przed nią póki sił. Każdy by chronił.
Ugryzła kawałeczek jabłka.
— Ja sam nie spodziewałem się siebie. — odparł Kesper, skończywszy właśnie swoje jabłko, z ogryzkiem włącznie — Ani tutaj, ani... w ogóle. — dodał — Też spotkałem Boga Pustyni! On przyprowadził mnie tutaj. W głębi serca jest chyba dobry — zastanawiał się przez chwilę nad swoimi słowami, po czym zapytał — To ty jesteś tym smutnym człowiekiem?
— Nie określiłabym się w ten sposób. To, co w sobie noszę, smakuje smutkiem, ale tylko trochę. A o radości mi nietrudno. Chcesz drugie jabłko? Może to — czerwoniutkie w kremowy rzucik? Zobacz, jakie śliczne.
Przyklękła, podając je chłopcu.
— Skąd trafiłeś na pustynię?

Teraz, gdy chłopiec pożywił się wreszcie, a upał przestał tak dotkliwie ściskać jego głowę, świat w którym Kesper uczestniczył stał się dlań bardziej wyrazisty. Speszył się więc nagle obecnością kobiety i jabłko odebrał od niej nieśmiało.
Merci — rzekł cicho, następnie zastanowił się nad jej pytaniem — Nie wiem — powiedział — chyba z bardzo daleka. A ty?
— Może z tego samego miejsca co ty, braciszku — rzekła lekko. — Może nie, a może tak. — Zrobiła przerwę na malutki kawałeczek swojego jabłka. Można by aż pomyśleć, że nie była głodna, choć było to raczej niemożliwe. — Lubię cię, wiesz? I nie chciałabym, żebyś sam jeden zniknął gdzieś w pustyni. Nie chciałbyś może mieć przez jakiś czas siostry? Chociaż do granicy pustyni. Serce by mi pękło, gdybym miała cię puścić samego.
Kesper nie do końca rozumiał, na czym polega posiadanie siostry, z radością odpowiedział jednak, że chciałby ją mieć, choćby przez czas. Jeszcze bardziej rozmyte było dlań pojęcie granicy pustyni, nie wiedział nawet, czy więcej radości budzi w nim to tajemnicze miejsce, czy niepokoju. Wtem jednak pojawiła się w jego głowie myśl inna, niemal już zapomniana.
— Arianno, musimy znaleźć tego smutnego człowieka! Musimy zanieść mu jabłka! — zawołał, chwytając siostrę za rękaw.
 
Piszący z Bykami jest offline  
Stary 24-09-2013, 21:25   #9
 
Rhaina's Avatar
 
- Oczywiście, że znajdziemy, Kesperze. Wpierw jednak wypada uładzić się nieco, skoro to możliwe.
— Uładzić? — zapytał zdziwiony Kesper, bo słowo to zaintrygowało go bardziej nawet niż dominium, lecz nie dostał odpowiedzi. Starsza siostra jest, widać, starszą siostrą we wszelkich miejscach i czasach. Rozpromieniona tak, że wszelki potencjalny sprzeciw nikł, Arianna rozpoczęła opiekę nad braciszkiem od usadzenia go nad strumieniem i przemycia mokrym rąbkiem rękawa zakurzonej buzi. Ten oddał się troskliwej opiece, jaką otoczyła go przybrana siostra, a zabiegom jej poddawał się nie tylko speszony, ale niemal przerażony nawet. Zastygł w bezruchu i nie drgnął nawet, ani nie spojrzał na Ariannę, gdy ta obmywała mu buzię, nie ruszał się również, gdy zajęła się własną twarzą (niezbyt owocnie próbując przejrzeć się w wodzie), choć wówczas wzrok jego bacznie wszystkie jej ruchy śledził. Napiła się odrobinę (poszedł za jej przykładem), nabrała wody w torbę u pasa - i wtedy dopiero, wypełniwszy siostrzane i dziewczęce priorytety, podniosła wzrok.
I poszukiwania się skończyły. Bo w trawie po drugiej stronie strumienia, w większości skryty za jabłonką, leżał człowiek.
Kesper z żalem stwierdził (choć nie na głos), że nie posiada tak sprytnej torby na wodę, jaką miała Arianna. Niedługo jednak myśl ta zaprzątała mu głowę, bo on również dostrzegł nagle człowieka skrytego za jabłonką i natychmiast popędził w jego stronę.
Człowiek siedział oparty o pień drzewa. Ubrany był w postrzępione łachmany. Gdy podeszli bliżej, dostrzegli, że głowa zwisa mu bezwładnie, więc musiał spać, bądź też był nieprzytomny. Mężczyzna nie był martwy, jego pierś delikatnie poruszała się, oddychał.
Uwagę przykuwała paskudnie podrapana twarz o ostrych, niesympatycznych rysach. Rany zaczynały się już goić, musiały mieć więc kilka dni.
Arianna przyklękła obok. Odchrząknęła.
- Słyszysz mnie?
Kesper podbiegł do mężczyzny i zatrzymał się zdezorientowany, zupełnie nie wiedząc, co w tej sytuacji począć.
Mężczyzna jedynie poruszył się niespokojnie.
- Chcę tylko porozmawiać… - starała się brzmieć łagodnie. Zanurzyła palce w sakiewce i letnią wodą prysnęła mu w twarz. Zatrząsł się gwałtownie, prychnął i otworzył oczy.
- Co do… - urwał, zauważając kobietę i chłopca - Nie, niech to szlag! Nie wyobrażałem was sobie, wynoście się! - zawył. Twarz wykrzywiła mu się paskudnie, a mętne, przekrwione oczy wpatrywały się w nich ze złością.
- Nie jesteśmy twoim wyobrażeniem - sprostowała Arianna, wciąż denerwująco spokojnym tonem.
- To tym gorzej - warknął. - Mogę się w takim razie spytać, czego szukacie w moim pieprzonym sadzie?
- Jabłek i odpoczynku. Może też kilku słów o tym, co jest dalej.
Mężczyzna przymrużył oczy i w milczeniu obserwował niespodziewanych gości.
- Jedzcie jabłka, korzystajcie z cienia, co mnie to zresztą obchodzi. A co jest dalej? Dlaczego chcecie wiedzieć? Cokolwiek by to nie było, nie chcę oglądać tego chorego świata. Nie wiem.
Kesper zerwał się zaraz z miejsca, oprzytomniawszy, popędził w stronę jabłek, pod czujnym okiem siostry zerwał jedno (cudownym zrządzeniem losu rosło nisko, ptak siadł na gałęzi i zrzucił, albo samo spadło, może…) i wrócił po chwili z owocem.
- Proszę! - powiedział uradowany, wręczając je nieznajomemu.
Mężczyzna popatrzył na niego tępo, zawahał się chwilę po czym z grymasem na twarzy odepchnął go lekko i ciężko podniósł się z ziemi.
-Czego chcecie, pytałem się? No i skąd żeście się w ogóle tu zjawili?
Kesper, którego dobroduszna pomoc została tak subtelnie odrzucona, nie zraził się jednak, ze zdziwieniem popatrzył na nieznajomego, następnie na jabłko. Coś było najwyraźniej nie tak z owocem. Albo z facetem, pomyślał Kesper, a myśl ta intensywniejsza jeszcze się stała po zadanym przez mężczyznę pytaniu. Dziwne pytanie, pomyślał Kesper w pierwszej chwili, choć po namyśle uznał, że dość zasadne właściwie. Skąd żeśmy się w ogóle tu zjawili…? Nie mogąc znaleźć odpowiedzi, chłopiec spojrzał na Ariannę z niejakim przestrachem.
- Z pustyni - wyjaśniła za nich oboje.
Rozejrzał się nieco nieprzytomnym wzrokiem. - Tak, tak, z pustyni, wiem. Z tej cholernej, parszywej pustyni... - zamilkł na dłuższą chwilę - Ale ja nigdy nie chciałem znaleźć się na pustyni, wiecie? Nigdzie nie chciałem się znaleźć. - kolejna pauza. - Nic nie nie jest na miejscu! - dodał wściekłym tonem.
- A... jak powinno być? - jasnowłosa zaryzykowała kolejne pytanie. Kesper zaś sterczał w miejscu jak ostatnia pierdoła, z jabłkiem w ręce. Bo i cóż miał z sobą począć?
- Jak powinno być? Jak… nie! Nie powinno być! - warknął. - To wszystko nie powinno istnieć, nie istnieje, nie może istnieć… - urwał. - Czy wy tego nie widzicie? - dodał cicho, jakby zrezygnowany.
Kesper rozejrzał się niepewnie, nie dostrzegł jednak niczego,co swoim istnieniem wzbudziłoby jego podejrzenia, a właściwie wszystko, co dostrzegł, wzbudzało równe podejrzenia, ontologiczna podejrzliwość wydała mu się jednak dość naturalnym sposobem postrzegania świata, może dlatego, że tylko taki sposób znał. Spojrzawszy na Ariannę, przestraszył się jednak, bo myśl o jej nieistnieniu była niepokojąca.
- Powinien pan powiedzieć o tym Bogu Pustyni - rzekł Kesper, kwestia istnienia wydała mu się bowiem zagadnieniem ściśle podległym bożej jurysdykcji.
- Próbowałem, próbowałem z nim rozmawiać. Kiwał tylko głową i uśmiechał się, cholerny pozer - z mężczyzny powoli ulatniała się złość, mówił coraz ciszej i spokojniej, a jego wzrok błądził gdzieś nad ich głowami. - Kiwał głową i uśmiechał się, a mi prawie łzy ciekły z oczu. A potem zostawił mnie na środku pustyni, mówiąc, że wszystko przede mną i muszę iść. Ale ja nie chcę wszystkiego - pauza - Tu mnie nie powinno być. - Spojrzał wreszcie na chłopca i patrząc mu prosto w oczy dodał: - Zostałem tutaj i wy też powinniście. Tu jest prawie w porządku.
- Dieu funebre - syknął chłopiec, zaciskając małe piąstki.
- Może i nie powinno - zaczęła dziewczyna powoli, z namysłem. - Może nie powinno nas tu być, i nie może, a z pewnością ta rzeczywistość jest… chora. Ja jednak widziałam punkt szaleństwa na pustyni i nie potrafię uwierzyć, by pozostanie tutaj było właściwe. Tamto pęknięcie powoli pochłania piasek, samą pustynię. Nie dziś i nawet nie za rok, lecz w końcu dotrze chyba i tu.
Oczy jej pociemniały, kiedy doszły do niej własne słowa. Przyklękła, by nie patrzeć na chłopca z góry.
- Tu nie ma odpowiedzi. Nie ma nawet właściwych pytań. Będę musiała je znaleźć. Braciszku… z tobą będzie mi raźniej, i będę się tobą opiekować ze wszystkich sił, ale mogę trafić w najróżniejsze miejsca, nawet straszne i niebezpieczne. Nie mogę wybrać za ciebie. Ten sad istotnie jest dobrym miejscem i będzie nim jeszcze przez jakiś czas.
Pogłaskała go po włosach i spojrzała na mężczyznę. Patrzyła mu w oczy dłuższą chwilę. W końcu szepnęła przepraszająco:
- Możesz uciekać, lecz nie uciekniesz na zawsze. Tak to jest.
Wpatrywał się w nią ze smutkiem, kręcąc głową na każde jej słowo. - Nie, nie mogę stąd iść. Nie mogę akceptować tego nieporozumienia, poza tym… To miejsce jest moje, ja je stworzyłem, tylko tu mogę znaleźć choć odrobinę spokoju wewnątrz siebie…
Milczał dłuższą chwilę wpatrując się w Ariannę i Kaspera, by nagle wypalić - Nie odchodźcie, proszę.
- Musimy iść dalej - powiedział Kesper, cicho, ale bez wahania.
- Zostańcie… Razem uczynimy to miejsce jeszcze lepszym i może kiedyś po prostu wszystko, no, wróci do normalności. - powiedział cicho. - Albo brnijcie w ten cholerny świat, jeśli wam tak zależy, byle beze mnie! - warknął i usiadł z powrotem pod drzewem, zakrywając twarz dłońmi.
- Zostaniemy. Trochę. A potem pójdziemy i uczynimy to miejsce lepszym - zaśmiała się Arianna i wyjęła braciszkowi z ręki jabłko, które zerwał dla smutnego człowieka. Wyznaczenie celu przyśpieszyło krew w jej żyłach. Zerwała nowe i podała chłopcu zamiast zabranego. Jabłko zerwane na podarek po prostu smakowało lepiej.
 
__________________
jestem tym, czym jestem: tylko i aż człowiekiem.
nikt nie wybrał za mnie niczego i nawet klątwy rzuciłam na siebie sama.
Rhaina jest offline  
Stary 04-10-2013, 01:33   #10
 
goorn's Avatar
 
Pustynia drgała blisko nich, lecz ani piasek, ani gorący suchy wiatr ich nie dosięgał. Drzewa zapewniały im cień, powietrze chłodził szemrzący strumień a ziemia pod stopami była żywą glebą.
Mężczyzna przed nimi siedział oparty o pień drzewa i kiwał głową, intensywnie myśląc. Jego dłonie drgały nerwowo, a usta poruszały się, jakby bezgłośnie coś sobie tłumaczył. Nie sprawiał dobrego wrażenia, wydawał się nieco niezrównoważony. Od samego początku i także później, gdy zaczął swą opowieść, nie panował nad sobą, a skrajne stany psychicznie zmieniały się nieustannie. To zdenerwowany, to zrezygnowany, to znów pełen ciepłej przymilności, jak szczeniak proszący o uwagę, to pogrążony w rozpaczy – był kompletnie rozbity. I od tego zaczął opowieść.

Usiedli nieopodal mężczyzny i słuchali jego słów.

-Jestem kompletnie rozbity, wiecie? Odkąd się obudziłem, nie, nie teraz, ale wtedy, na pustyni. Szarpie coś mną, nie daje spokoju, grozi nicością, straszy utratą... Od kiedy poczułem suchy piach na swojej twarzy i ten brutalny dotyk palącego słońca, od kiedy tylko otworzyłem oczy – uciekam. Nawet nie szukam odpowiedzi, nie potrzebuję ich. Nie chcę ich nawet znać. Chcę po prostu zniknąć. Wydawało mi się, że po prostu muszę ruszyć, że gdzieś indziej wszystko się rozpłynie. Jak w koszmarnym śnie, chciałem się po prostu wyrwać. Ale tak jak we śnie – nie wystarczy wyrwać się z miejsca, poruszasz się przecież wciąż wewnątrz swoich urojeń. Ale nikt przecież nie myśli rozsądnie we śnie. Poddałem się więc i szukałem ukojenia w wyczerpaniu marszem.
Gdy w końcu upadłem, liczyłem na spokój który przyniesie śmierć. Wtedy zjawił się Bóg Pustyni. Wlał mi w usta zimną wodę, podniósł z ziemi i przytrzymał, aż ustąpiły zawroty głowy. Pachniał intensywnie czymś, czego nie potrafię nazwać, ale teraz rozpoznałbym ten zapach z setek innych. Gorączkowo próbowałem mu wytłumaczyć, że nie powinienem tu być, że nie mogę tu być. Że nie wiem skąd się tu wziąłem, ale wiem, że to nie moje miejsce, oraz, że nie tylko ja, ale cały ten świat to jakaś pomyłka. - zaczerpnął gwałtownie powietrza i zawahał się, jakby nieco przestraszony ilością słów które wyrzucił z siebie.

-Po prostu, po prostu... Wiecie. Czuję, że nigdy mnie nie było, a teraz jestem, tak gwałtownie wyrwany z jakiegoś... Nie wiem, jak jedno z kółek zębatych, które nagle ląduje na stole, samo. Tylko ja nie wiem, czy był jakiś zegarek, tylko trochę tak czuje... Ale myślę też sobie chwilami, że może błądziłem długo, słońce, brak wody. Może coś stało się z moją głową. I wtedy to wydaje się sensowne, jestem wędrowcem, jedną z ofiar pustyni.. Tylko dlaczego ten świat pachnie szaleństwem? - westchnął.
- A jego zachowanie było takie wystudiowany, jego słowa były eleganckie i niejasne, uśmiech promienny, ale ironiczny. Nagle chciałem go złapać, szarpać, zadusić, ale wydał mi się poza zasięgiem i spróbowałem ułożyć się z powrotem, nie patrzeć i nie słyszeć. Złapał mnie znowu i nakazał iść. Uśmiechał się i kiwał głową, gdy zalewałem go skargami, a przy tym twardo trzymał mnie w pionie i nim się zorientowałem, szedłem dalej. Tak było za każdym razem gdy upadałem. Zjawiał się, dawał pić, podnosił i zmuszał do dalszego wysiłku. To było okrutne, wyłem, płakałem, był niewzruszony. I wszystko robił z taką nonszalancją, jakby od niechcenia. Nie wiem ku czemu mnie pchał. Wiem, że chciał mnie wyrwać z marazmu, czułem, że gdy idę, to jest jakiś cel mojego istnienia. Ale wątpliwości wracały szybko i były silniejsze od wszystkiego. W końcu chciałem tylko uciec od tego cholernego Boga. - zaczerpnął tchu.
-Nie wiem jak to się stało. Gdy kolejny raz upadłem, myślałem tylko o tym, by go odepchnąć. Skupiłem na tym całą swoją wolę i udało się, nie dopuściłem go do siebie. Zostałem sam. Postanowiłem już nigdzie nie iść. Zdążył mi jeszcze zdradzić, przepraszam, skłamałem wam, że pustynia już zupełnie nie daleko zaczyna się kończyć, że jeszcze dzień, dwa wysiłku i zobaczę zupełnie inny świat. Nie chcę jednak go oglądać, nie obchodzi mnie to... Boję się. Zostałem tu i myślałem o jabłoniach, myślałem o chłodnej wodzie, o ciszy... Dostrzegłem, że pustynia dookoła mnie zaczyna się przekształcać. To wysysało ze mnie całą energię, ale czułem się z tym dobrze, uparcie i aż do skrajnego wyczerpania przelewałem swoje pragnienia na ten piasek. Stworzyłem to miejsce. - przez jego twarz przemknął dumny uśmiech.

-Dużo później zdałem sobie sprawę, że nie udało mi się uciec. Próbowałem się zabić, ale nie mogłem. Próbowałem zerwać z siebie tę powłokę, ale tylko strasznie poraniłem twarz. Teraz wiem jak smakuje prawdziwy ból również fizyczny...

Spojrzał na nich uważnie. - Bardzo was męczę, wiem. Ale jedyną osobą którą w ogóle kiedykolwiek spotkałem, był Bóg Pustyni... A on jest inny. Patrząc na was wyczuwam pokrewieństwo, myślę, że wiele nas łączy. Dlatego, może mnie trochę rozumiecie. I może macie więcej w sobie woli i... Zróbcie coś... - urwał i zamilkł na dobre, wpatrując się w ziemie.

***

Bóg Pustyni ze smutkiem obserwował, jak wiatr rozmywa Szpetnego. Ten świat jest tak nietrwały, a historie wydają się równie prawdziwe, jak złudzenia na pustynnym horyzoncie.

***

Również Desire zamigotała, straciła wyraźne kontury, a po chwili silniejszy wiatr zmienił ją ledwie we wspomnienie. Bóg westchnął i ruszył w kierunku Dumy. Musiał mu pomóc sam.
 
goorn jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:15.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172