Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-07-2013, 13:48   #1
 
Fearqin's Avatar
 
[Feudalna Japonia ST] Siedem Przykazań

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=dJtghgxHtt4[/MEDIA]


Część I - Gi


Kuroichi Tanaka
Gospoda gdzieś na zachodnich prowincjach Japonii

- Mam! - syknął ucieszony, obdarty chłop, pokazując sakiewkę swojemu nie mniej brudnemu towarzyszowi. Kuchi popatrzył na woreczek, mrużąc oczy i drapiąc się po piersi, wkładając ręce pod swoje podarte kimono.
- Bogato nie wygląda. Otwieraj Tarasuke - mruknął do wieloletniego przyjaciela i towarzysza, na drodze nieudolnej zbrodni. Szybko rozplątał rzemyk i przysiadł na ziemi wraz z kolegą, tuż przy śpiącej, obrabowanej ofierze.
- Dawaj, dawaj - ponaglił go, rozglądając się po ciemnej gospodzie, gdzie ognisko pośrodku głównej sali, przygasało, niezadbane przez zmęczonego całodniową pracą gospodarza.
Na deski podłogi wysypały się cztery kamyki i dwa nierówne, podniszczone pieniążki ryo.
- Co? I już? - zdziwił się Tarasuke, już nie ściszając głosu, przez co jeden ze śpiących dalej gości, przekręcił się niespokojnie mrucząc. Jednak samuraj za ich plecami nawet nie drgnął, wciąż chrapiąc ciężko i przyciskając ręką do klatki piersiowej, butelkę z sake.
- Dobre i dwa ryo... - Kuchi wzruszył ramionami, biorąc do ręki jeden pieniążek.
- A na cholerę mu kamienie? - drugi ze złodzieji wrzucił kamienie do sakiewki i rzucił w ronina.
- Nie wiem. Może żeby... nie wiem - pokręcił głowę, szybko porzucając jakiekolwiek rozważania na ten temat. Jeden ryo... to całe dwie kulki ryżowe i czarka sake. Och jakże nagle nie mógł się doczekać poranka, kiedy karczmarz wstanie i poda im jeszcze ciepłe, świeżo ulepione ryżowe smakołyki. Od paru dni nie mieli do jedzenia nic, poza korzonkami na drodze i paroma jaszczurkami, ale to była ich dieta od paru lat, nie mieli na tyle silnych organizmów i duchów, by wytrzymać bez urozmaicenia.
- Dobra, to teraz... patrz jaki ma miecz! - Tarasuke wciągnął głęboko powietrze, bo gdy pijany, nieprzytomny ronin przewrócił się na bok, odsłonił długi na prawie półtorametra ostrze, skryte w pozbawionej ozdób, wiekowej pochwie. Wcześniej skrywał go własnym ciałem, nie zważając na niewygodę leżenia na nim. Teraz jednak nieświadomie pokazał złodziejom potencjalny, wspaniał skarb.
- Co to jest? Jeszcze takiego nie widziałem. Da się to samemu nieść? Toż to długie jak naginata - zastanawiał się Kuchi. Przełożył jedną rękę przez rękaw i przełożył przez dekolt, drapiąc się długimi pazurami, po zaniedbanym zaroście.
- To ty chyba nigdy naginaty nie widział Kuchi... - Tarasuke prychnął, szydząc z niewiedzy towarzysza.
- Na broni znam się bardziej od ciebie... ja wezmę ten miecz - oznajmił.
- Co? Przed chwilą się zastanawiałeś jak to unieść! - powstrzymał go chwytając za pusty teraz rękaw. Kuchi znów przełożył przez niego rękę.
- Ciszej mów, obudzisz tego drugiego - zwrócił mu uwagę, skinając głową na drugi koniec sali, gdzie na piętrowym łóżku, spał kolejny ronin, jednak od niego tak nie zalatywało alkoholem. - Uniosę, zobaczysz.
- Chętnie to zobaczę! - powiedział wcale nie ciszej.
- Zamknij się w końcu Tarasuke, dobrze?! - warknął Kuchi ostrzej niż zamierzał.
- Jakie mi tu zamknij się? Sam się zamknij. Ja biorę miecz, bo ja wziąłem sakiewkę, a ty tu sobie siedziałeś.
- Ty brałeś sakiewkę, bo wyciągnąłeś krótszą drzazgę - syknął. - Teraz kolej na mnie.
- O nie! Znowu ciągniemy jak tak - Tarasuke schylił się, wyciągajac z brzegów deski przy ognisku, parę dłuższych odłamków drewna. Gdy to robił, odwróćony do niego plecami Kuchi podszedł cicho do ronina. Odgłosy kroków teraz skrywał bardziej przed towarzyszem, niż przez śpiącym pod ścianą, pijanym samurajem. Schylił się, oblizał wargi i z błyskiem w oczach, wyciągnął dłonie po miecz. Już musnął palcem i...
- Co ty robisz?! - warknął Tarasuke, wściekle popychając towarzysza, który wyrżnął twarzą o ścianę, dupą wylądował samurajowi na brzuchu, ale i chwycił wielki miecz, przynajmniej jedną ręką. Kuchi krzyknął zdziwiony, samuraj na drugim końcu sali zerwał się na równe nogi, chwytając nagie ostrze wakizashi, a leżący na ziemi, okradany ronin otworzył oczy i jęknął ciężko, jednak ciężar złodzieja na brzuchu, uniemożliwiał mu dokładną komunikację werbalną. Kuchi wciąż krzycząc szybko się podniósł, z mieczem przyklejonym do ręki. Tarasuke też zaczął krzyczeć, gdy spojrzał na wakizashi dzierżone przez rozkojarzonego świadka całej sytuacji.
Kuroichi Tanaka, czyli ofiara obu złodziei zaczął mruczeć i burczeć niezrozumiałe słowa, gramoląc się niezdarnie i szybko z ziemi. Nie mógł postawić się do pionu bardziej, niż na klęczkach, podczas gdy złodzieje, wyskakiwali wręcz przez próg gospody. Samuraj z krótkim mieczem, pobiegł za nimi, krzycząc
- Złodzieje! Jak śmiecie okradać samuraja?! - jednak siła strachy, dodawała dla Kuchiego i Tarasuke ogromnego pędu, więc szybko musiał się wrócić.
Kuroichi wtedy rozglądał się ze strachem w oczach za swoim no dachi.
- Samuraju... obawiam się, że ci dwaj bezdomni ukradli twój miecz, ale wiem gdzie pobiegli i jak się nazywali... no tak. Może najpierw zwróć te sake - dodał jeszcze, odprowadzajac nagle zielonego na twarzy samuraja na dwór.



Shirakaba

- Co tu się dzieje, staruszku? - spytała śliczna dziewczyna w stroju łuczniczki, dziwnie do niej pasującym. Stanęła w pierwszym szeregu zbiorowisko, zgrabnie przepychając się pomiędzy innymi gapiami. Zwróciła się do stojącego obok starca, z pomarszczoną twarzą, gdzie z pod opuchniętego czoła, ledwo było widać kaprawe oczka.
- Kuglarze. Bardzo, bardzo ciekawi - odparł uśmiechając się.
- Yamatotakeru stanął więc przed trudnym zadaniem - umalowana na biało kuglarka, w prostej, ale zadbanej szacie wyciągnęła, jakby z nikąd dwa poręczne wachlarze.
- Kanto i Kiusiu cierpiały od napaści barbarzyńców, przed którymi syn cesarza Keiko, miał chronić dom swych poddanych - jej towarzysz, bardzo do niej zresztą podobny, również wyjął jeden wachlarz i zdobiony, sporawy bączek, który położył na drewnianym brzegu wachlarzyka i... o dziwo zaczął nim kręcić, wykonując powolne i pewne ruchy nadgarstkiem. Druga kuglarka ustawiła się za nim, ustawiając dwa wachlarze w pozycje, które miały odpowiadać położeniu niziny Kanto i wyspy Kiusiu. Uniosła jedną nogę do góry, obracając szybko wachlarzami, przez tempo, zlewały się i nie można było dostrzec ich normalnego kształtu.
- Po wielu wspaniałych bitwach, w których wykazywał się wielką odwagą, walecznością i geniuszem taktyka - mówił kuglarz, gdy bączek skakał po krawędzi wachlarza, cudem nie tracąc równowagi i nie spadając zwyczajnie na ziemię. Nawet na niego nie patrzył, tylko ruszał ręką tak, by ten podskakiwał. - Stał się bohaterem, ale nie zapomniał o wyspie Kiusiu. Mówi się, że jego armia była tak wielka, że przeszedł do plecach żołnierzy - nagle odwrócił się bokiem, a jego partnerka stanęła za nim, podrzucił zabawkę do góry by ta stoczyła się po jego plecach i wylądowała na wysuniętej nodze dziewczyny, która odbijała bączka w swoją stronę, w dół nogi, którą uniosłą do góry.
- I tam uratował lud wyspy przed barbarzyńcami, na zawsze zapisując się jako wielki bohater - zabawka wylądowała na krawędzi jednego z wachlarzy, następnie podrzuciła oba do góry, złabała krążek pomiędzy palce stóp, a ostra krawędź jednego z wachlarzyków, wbiła się w papier drugiego, spadając w dłoń kobiety.
Uliczni artyści zaczęli się kłaniać, niektórzy widzowie bić brawa, inni od razu odeszli, ale większość raczyła rzucić choć parę groszy dla kuglarzy.
- Będziemy wdzięczni za jakiekolwiek datki - powiedziałą kobieta, zbierając pieniążki do prostego naczynka.
Shirakaba wyciągnęła sakiewkę... miała trochę pieniędzy, ale tych ostatnio nie przybyło. Chciała choć trochę wspomóc zręcznych artystów, ale... było jej szkoda. Odwracając się by odejść, napotkała na chwilę zimne i nieprzyjemne spojrzenie kuglarza.
Gdy przecisnęła się przez uliczny tłum miasta Oriszi do gospody, by odpocząć po podróży i w końcu dobrze zjęść, odkryła, że nie ma już swojej sakiewki...



Kidoki Tatsuo

- Kidoki-san! Kidoki-san! - krzyczał Muchi, wioskowy głupek, którego Kidoki cenił za sporą siłę, która przydawała się w budownictwie. Wieśniak wbiegł do małej, starej chatki, w której wieśniacy gościli architekta, chatki którą też miał naprawić i doprowadzić do porządku, jak wiele innych budynków wiosce Karachi.
- Co się dzieje Muchi? - mruknął mężczyzna, przecierając oczy.
- Ubieraj się Kidoki-san! Bandyci! To bandyci! Roichi widział ich na wzgórzu! Mają konie i... i... i te długie kije, ostre na końcu.
- Naginaty? Włócznie masz na myśli? - dopytał szukając hakamy. Było tu zbyt gorąco by spać w kimonie.
- Chyba... - Muchi podrapał się go głowie, na której piętrzyły się zwichrzone i zaniedbane, ciemne włosy. - Wyglądali groźnie.
- No i gdzie teraz oni są? - dopytał wiążąc spodnie i szukając wzrokiem.
Muchi splótł wielkie dłonie na brzuchu, marszcząc nos i mrużąc oczy.
- Nie wiemy. Obserwowali, gadali i sobie pojechali, jak Roichi zaczął krzyczeć.
- Zaczał krzyczeć? Co za idiota! Przecież tak ich tylko ostrzegł, że wieśniacy będą teraz wiedzieć, że są obserwowani! - Kidoki czasem powątpiewał w ludzki spryt, podczas obcowania z wieśniakami gdziekolwiek. Niestety to oni najbardziej potrzebowali tanich usług, dobrych architektów. Nudna praca i niczego nowego go nie uczyła, ale miał co do gęby włożyć i nie mógł, gdy w nocy padał deszcz.
- No i co teraz? - spytał jeszcze Muchi, po dłuższej chwili, gdy Kidoki już się ubrał.
- Lepiej wysłać kogoś do miejscowego daimyo... no przesadzam, jego to nie będzie obchodzić, Trzeba pojechać do miasta... Oriszi jest najbliższe. Tam zawiadomić inspektora straży miejskiej i powinni wysłać garnizon.
- Szybko! - krzyknął Muchi, wybiegająć z chatki. - Kidoki-san wie jak nas uratować! Mówiłem wam, że to geniusz! - darł się na całą wioskę, skacząć i wymachując rękami, podczas. Tatsuo westchnął ciężko i zakrył twarz dłonią.



Atsushi

Atsushi wstał od dwóch małych, glinianych posążków, symbolów pamięci o zmarłych, przed którymi położono parę kwiatów i owoców. Zakończywszy modlitwę, wziął do ręki laskę i skierował się dalej, idąc spokojnie szlakiem i podziwiając urokliwe, wiosenne widoki. W oddali majaczyły blaski wód na polach ryżowach, gęste lasy były na tyle daleko, że okrywała je cienka mgiełka. Wysokie, zielone trawy i żółte pola, falowały niczym tafle oceanicznych wód, pod wpływem coraz silniejszego wiatru, pchając świeże i rześkie powietrze w stronę nozdrz mnicha, który zaciągnął się głęboko i błogo, rozkoszując miłą i spokojną atmosferą.
Jednak zbierało się na burzę.
Pierwsze ciemne chmury, pojawiły się daleko, na do tej pory, spokojnym niebie, ale szybko podróżował, pchane tym samym wiatrem, który tak przyjemnie targał trawą. W końcu nawet do uszu mnicha doszły odgłosy grzmotów. Westchnął ciężko przyglądając się swoim szatom. Poza pomarańczowa szatą mnicha, nie miał wiele. Żadnej ochrony przed nieuchronnym deszczem. Szedł więc dalej, nieco szybciej, licząc na to, że znajdzie jakąś ochronę. Szlak w końcu wchodził w las, ale bliższa okazała się stojąca na uboczu chatka. Głęboko w polu, zadbana, choć stara, chłopska chałupa. Widać jednak było wyraźnie, że w środku, ktoś dba o domowe ognisko.
Pojawiła się nadzieja nie tylko na suchą, zbliżającą się noc, ale i ciepł posiłek, o ile gospodarz okaże się gościnny. Wieśniacy lubili gościć mnichów. Uważali, że to przynosi szczęście i większą przychylność bogów, losu. Prawda była jednak taka, że nauki kazały być miłym i dobrym dla każdego. Wtedy dobre uczynki do ciebie wracały. Tak więc gdyby mieszkaniec okazał się gościnny, wyszłoby to na dobre wszystkim, co by sobie nie pomyślał.
Atsushi przeszedł przez pole i zapkukał w drzwi.
- Przepraszam bardzo, nazywam się Atsushi i jestem mnichem, szukającym schornienia przed burzliwą, deszczową nocą. Czy znajde je tutaj? - wykrzyczał do solidnych drzwi, tuż przed silnym grzmotem z nieba.
Gospodarz otworzył nagle, w tej samej sekundzie, w której mnich skończył mówić. Była to śliczna, urocza i po prostu piękna kobieta w nocnej szacie i włosach już rozpuszczonych do spania. Jej kimono lekko zsunęła się z ramiona, odsłaniając czystą i delikatną skórę. Poprawiła szatę, zasłaniając też początek rowka pomiędzy jej piersiami. Uśmiechnęła się do mnicha i chrząknęła. Ukłoniła się grzecznie i zaprosiła do środka gestem.
- Proszę wejdź dostojny mnichu. Ojciec zawsze był bardzo gościnny, jestem pewna, że gdy wróci, będzie to dla niego miłą niespodzianką, że możemy zjeść wieczerzę, z kimś takim - powiedziała melodyjnym głosem. Takie wieśniaczki to rzadkość, ale mieszkali na uboczu. Może jej ojciec był byłym samurajem i stąd dobre maniery i bogate słownictwo.
- Dziękuję bardzo, ale jeśli mu się nie spodoba moja obecność, odejdę. Nie chciałbym nadużywać gościnności dobrych ludzi - odparł uśmiechając się również i zdejmując buty.
- Rzadko miewamy gości, do wioski też nie zachodzimy zbyt często, a w mieście o byłam raz, miło więc będzie mieć możliwość porozmawiania z kimś innym niż własny ojciec - odparła wzruszając ramionami i siadając przed kociołkiem, w którym coś się gotowało i rewelacyjnie pachniało. - Ojciec wkrótce wróci z lasu. Musiał narąbać trochę drewna. Mam nadzieję, że nie zmoknie, zanim tu wróci - mruknęła odgarniając włosy i odsłaniając lewą stronę, smukłego i długiego karku.
- Mieszkacie tu sami? - spytał mnich, siadając trochę dalej od ogniska, bo tak nakazywałą etykieta, jak i nie chciał się aż tak kusić na kolację. Od wielu dni pościł, bo pomagało to w medytacji, ale przyszedł już czas na dodanie energii ciału.
- Tak mnichu. Całkiem sami.



Eiji

- Sam jesteś nawiedzony, durny wieśniaku! - warknął strażnik w hełmie, kimono w podwiniętymi nogawkami i z włócznią w ręku. Jego dwaj towarzysze stali z tyłu, przyglądając się wszystkiemu zdezorientowani.
- Panie... panowie! Ja naprawdę! - skomlał podstarzały mieszkaniec gorszej części miasta. - Kiedy to... ale naprawdę! To wycie od paru dni tutaj tak! O! - machnął ręką, a jego oczy zaszły łzami.
Eiji obrócił na chwilę głowę do tyłu by spojrzeć na scenę, mniej bezczelnie od licznych gapiór, ustawionych za plecami zrozpaczonego starca. Samuraj wstał od źródełka, płynącego przez spokojny ogródek, za szeregiem miejskich chat. W ogrodzie miejskim stała tylko jedna chałupa, należąca do właśnie tego mężczyzny, który wykłócał się ze strażnikami. Był tutejszym ogrodnikiem i dbał o dobry stan parku, co wychodziło mu świetnie. Rozliczne krzewy, poustawiane i poprzycinane równo, wręcz doskonale, strumyk, ładnie obłożony kamieniami i płynący obok kluczowych drzew wiśni... wszystko było conajmniej ładnie, a mały mostek, w swej urokliwości, był wręcz piękny, na tle kolorowych kwiatów z tyłu.
- A co tu się niby działo od paru dni, a?! Co? Kwiaty kogoś zamordowały i duch pragnie zemsty, dlatego ci mówi, żebyś spalił ogród, tak? - strażnik nachylał się coraz bardziej, przybierając coraz bardziej oskarżycielski ton. - Ajiro! Co się z tobą dzieje? Całe życie dbasz o to miejsce, a teraz się skarżysz, że duchy karzą ci je zniszczyć! Jeśli jeszcze raz wezwiesz nas w tej sprawie i co ważniejsze - jeśli się nie uspokoisz - strażnik pokiwał palcem. - To stracisz posadę ogrodnika miasta Oriszi! Zrozumiane?! Wylądujesz na bruku!
Strażnicy odwrócili się plecami do starca, który tylko wyciągnął rękę, padł na kolana, mrucząc pod nosem
- Ale... ale... ja naprawdę... - paru gapiów poklepało go po plecach, mruknęło jakieś słowa otuchy i po chwili wyszło z ogrodu, kierując się ku swoim sprawom. Po chwili w urokliwym miejscu, tak niepasującym do wielkiego miasta, na zachodnich krańcach Honsiu, został tylko młody łowca demonów i stary, zrozpaczony ogrodnik.
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^

Ostatnio edytowane przez Fearqin : 08-07-2013 o 13:51.
Fearqin jest offline  
Stary 13-07-2013, 16:42   #2
 
Autumm's Avatar
 


Spokój - myślała dziewczyna. Wdech, wydech, wdech, wydech. Gniew i rozdrażnie powoli z niej uchodziło, kiedy wsłuchała się w swój regularny oddech. Spojrzała na swoją prawą dłoń, która powędrowała na rękojeść miecza - odruchowa reakcja na stres, wyuczony odruch, którego już nawet nie kontrolowała. Nie była zła na stratę pieniędzy, rysująca się przed nią perspektywa spędzenia nocy na dworze i braku posiłku też nie była aż tak straszna, przywykła sobie radzić z takimi niespodziankami w drodze. Zawsze też mogła jako sohei zwrócić się o gościnę w jakiejś najbliższej świątyni. Najbardziej jednak drażniła ją świadomość, że pozwoliła sobie na karygodny brak uwagi i skupienia: gdyby była to walka, byłaby już martwa. Ojciec na pewno nie byłby zadowolony z takiej nieuwagi...Nie można też zapominać o tym, że nędzni ośmieli się kradzieżą znieważyć samuraja. To już nie mogło ujść bez kary. Poprawiła pas od podróżnej torby i z dłonią obejmującą wciąż pochwę miecza, ruszyła po swoich śladach z powrotem, wypatrując kuglarzy, albo staruszka z tłumu.

Nie dostrzegła jednak nikogo, oprócz sprzedawcy ryb, który zwijał na wieczór swój kram, znajdujący się naprzeciwko miejsca, gdzie występowali artyści. Klął pod nosem, wrzucając do bambusowego kosza, nadmiar ryb, których nie udało mu się dziś sprzedać.

Shirakaba odkaszlnęła na tyle głośno, by zwrócić uwagę handlarza. Nie zamierzała bawić się w uprzejmości. Poprawiła wyraźnym gestem daisho a z jej ust padło krótkie - Kuglarze. Dokąd poszli?

- Co? - podniósł na nią zagniewany wzrok, który szybko powędrował na daisho i nagle spotulniał. - A... oni. Kupili u mnie ostatnią rybę i rozmawiali ze sobą. Chyba zastanawiali się gdzie iść grać w kości. Chyba - dodał wzruszając ramionami.

Shirakaba
milczała dłuższą chwilę, czekając aż kupiec domyśli się, że trzeba powiedzieć coś więcej. W końcu poddała się - ale z drugiej strony, trudno się spodziewać jakiegoś domysłu od śmierdzącego rybą prostaka. Cała ta sytuacja zaczynała ją męczyć. - Gdzie? Pokaż.

- A ja wiem? Nie śledziłem ich - odparł znów poruszając ramionami. - Najbliższa gospoda, w której się gra jest na końcu ulicy, po prawej... tylko wiesz, na zapleczu. Spytaj karczmarza, czasem tam gram, ale często tam szulerzy przychodzą - westchnął, kręcąc ciężko głową.

Kramarz odprowadził ją kawałek wzrokiem, a potem wrócił do swoich sprawy. Shira weszła do pozornie cichej gospody, gdzie z zaplecza co jakiś czas dobiegały nagłe okrzyki radości, bądź zawodu. Krążący po głównej sali gospodarz z tacą, za każdym razem rzucał tam wrogie i nerwowe spojrzenia.

Dziewczyna
minęła go obojętnie. Blisko wejścia na zaplecze zrzuciła geta, położyła koło nich tobół, by nie krępował jej ruchów, oparła łuk o ścianę, tak by mieć go w zasięgu wzroku. Wdech, wydech. Lewa kciuk lewej dłoni powędrował na tsubę, sprawdzając, czy miecz płynnie wychodzi z saya. Stanęła w wejściu i prawą ręką odgarnęła kotarę.



- Cho!
- Han! - wykrzykiwali na zmianę gracze, obstawiając parzystą, bądź nieparzystą liczbę oczek, na kostkach, którymi z kubeczka, rzucała kobieta, której cała prawa ręka była wytatuowana w gałęzie kwitnącej wiśni. Tors miała ciasno owinięta bandażami i była jedyną osobą w pomieszczeniu, która zachowywała spokój, bo około dziesięciu mężczyzn, reagując skrajnie szczęśliwie bądź nerwowo na wyniki rzutów.

Jeden z graczy, bez wątpienia był kuglarzem, którego wcześniej widziała i był również najszczęśliwszym z hazardzistów.

Shirakaba przymknęła na chwilę oczy, koncertując się, i oczyszczając umysł ze zbędnych bodźców. Drzwi. Mata. Kości. Ludzie. Zauważyć, ocenić, pamiętać. Zrobiła kilka równych kroków przez salę, nie zważając na to, że przerywa grę. Stanęła naprzeciw klęczącego kuglarza, spięta i czujna na najlżejszy ruch. Ciemne oczy spoglądały z pogardą, kiedy wycedziła:

- Okradłeś mnie. Poważyłeś się na coś, czego nigdy nie powinieneś robić, nędzny . Jesteś w stanie mi to wynagrodzić? - nie mogła opanować okrutnego uśmieszku, który wpełzł na jej twarz, gdy dodała - Raczej wątpię...

Choć reszta osób z początku podniosła gniewne okrzyki i chciała wytargać Shire za rękę, to oskarżenie o kradzież powstrzymało graczy. Spojrzeli za to gniewnie na kuglarza. Jeśli grał i ogrywał ich za kradzione pieniądze... kara za kradzież zawsze była surowa. Utrata ręki, bądź śmierć.

- Pamiętam cię panienko z tłumu widzów, ale zapewniam, że nikogo w życiu nie ukradłem - odparł zdziwiony po dłuższej chwili, unosząc ręce do góry, w pokojowym geście.

- Jakoś mi na takiego co dużo pieniędzy ze sobą nosi nie wyglądasz, a dziś do gry sporo wniosłeś nieznajomy - syknął jeden z graczy, dostrzegając okazję, by odzyskać od niego, część przegranych pieniędzy. Inni mu zawtórowali, przytaknęli, bądź chociaż pokiwali głowami. Jedynie rozgrywająca musiała pozostać niewzruszona. Przymknęła oczy i trzymała rękę na kubku, odwróconym spodem do góry na podłodze.

Dziewczyna wydęła wargi w pogardliwym grymasie - Wszyscy kuglarze jesteście tacy sami. Kłamcy, złodzieje i wydrwigrosze. Może i to nie ty własnymi dłońmi. Może twoja towarzyszka, może twoi pomagierzy z tłumu - wzruszyła ramionami - Nie będę szukać dłoni, która to zrobiła. Ale ci, którzy są wyżej, odpowiadają za swoich podwładnych. Sam znajdź winnego i go ukarz. - - Widzę - wskazała stopą kości, porzucone na macie - że bogowie ci sprzyjają. Nie jestem zawistna, ani chciwa. Dlatego oddasz tylko tyle, ile straciłam. Rozejdziemy się w swoje strony i każde z nas będzie bardziej uważać następnym razem...

- Słuchaj... - warknął wściekle, patrząc na nią z dołu. Spojrzał na resztę graczy i uświadomił sobie wagę ich wzroku - Panienko... - dodał potulniej - Nie kradnę. Nie biorę udziału w kradzieży. Gram za oszczędności z wielodniowych występów, nie tylko w tym mieście. Nie wiem nic o żadnych złodziejach na moich przedstawieniach, a ty jesteś pierwszą osobą, która przychodzi do mnie tak bezczelnie na skargę! - jego ton głosu znowu nabrał pewności siebie, zbliżając się do konkluzji nawet wstał. - A więc zabierz swoje żale do straży miejskiej, a nie szukaj sprawiedliwości na własną rękę, bo na samuraja to mi nie wyglądasz!

Shiarakaba nie powiedziała nic. Wdech. Mężczyzna był wyższy, zadarła więc głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Wydech. Lewa stopa zatoczyła lekki łuk na macie, kiedy dziewczyna skręciła ciało w lewo i do tyłu, odchylając lewy bok. Stała za blisko mężczyzny, potrzebowała trochę więcej miejsca. Wdech. Kuglarz mrugnął. Lewa dłoń Shirakaby, ściskająca razem pochwę i tsubę, wystrzeliła do przodu. Saya katany wysunęła się miękko z obi, kiedy okuta kashira leciała na spotkanie splotu słonecznego kuglarza. Wydech.

Kuglarz bynajmniej nie był wojownikiem, który mógłby równać się zwinności wytrenowanej tak jak Shira. Gdy odleciał w tył i padł na ziemię, z przerażeniem wymalowanym na twarzy, walcząc o choć odrobinę powietrza, niewiele czasu trzeba było dać innym graczom, by po krótkim przypatrywaniu się pozostawionej przez pobitego górze pieniędzy, rzucili się na nie jak na... jak na masę pieniędzy. Szybko i chciwie, przepychając się i sprzedając sobie solidne kuksańce, brali co się tylko dało, by potem biegiem rzucać się do wyjścia. Znowóż jednak chwytali się za nogi, wywalali wysypując pieniądze, wyzywali, okładali pięściami. Gniew i przemoc szybko ogarnęła małe pomieszczenie, do którego wkroczył czerwony ze złości gospodarz. Kobieta rzucająca kośćmi, w końcu utraciła stoicki spokój, ale wciąż udało się jej wrzucić kości do kubeczka i szybko przemknąć obok gospodarza. Zapewne poleciała donieść o wszystkim swojemu szefowi.

Rozdając kilka ciosów saya i rozpychając się łokciami, dziewczyna zdołała wydobyć się ze ścisku. I zabrać trochę monet. Na pewno nie tyle, ile miała wcześniej, ale wystarczająco. Zresztą, nie miała ochoty przebywać w towarzystwie tej tłuszczy dłużej. Dopchała się do wyjścia, przystając przy gospodarzu i powolnym ruchem wsunęła miecz za obi. Na jej wargach wykwitł niemiły uśmieszek, kiedy popatrzyła na gniewnego mężczyznę z niemym pytaniem w oczach: przepuści ją czy nie?

Patrzył zdziwiony i wściekły to na nią, to na garstkę bijących się mężczyzn.
- Co do... Hej! Zaraz tu się zjawi cała zgraja tych... tych przeklętych hazardzistów łącznie z ich szefem! Co żeś narobiła?! Będę miał na głowie tego wielkoluda... ty będziesz miała też! Nie myśl sobie, że nie! Że... że... - wymachiwał jej pięścią przed twarzą, a potem schował ją, szukając kolejnych, szybkich i nieprzemyślanych słów. - Że tu możesz o sobie tutaj o tak o i niiiic!!

- Teraz - powiedziała nieporuszona Shira, wsuwając geta i biorąc do ręki łuk - Zamierzam odpocząć i coś zjeść w zajeździe naprzeciwko. Jeśli ktoś będzie miał do mnie sprawę, możesz powiedzieć mu, gdzie ma mnie szukać. Oczywiście - spojrzała przeciągle na karczmarza - mogę zaczekać na nich tutaj. Ale chyba nie chciałbyś tracić reszty klientów, prawda? - odwróciła się od głównej sali i wskazała na hazardową matę - Zostało ci tu jeszcze dość monet, żebyś sobie powetował straty...

Karczmarz kwasił swoją szpetną mordę na nią jeszcze przez chwilę, ale w końcu zszedł jej z drogi.

- A żebyś wiedziała, że ktoś będzie miał sprawę! - pogroził jej ostatni raz, zanim wyszła.

 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!
Autumm jest offline  
Stary 13-07-2013, 23:16   #3
 
abishai's Avatar
 
Ciężko być strasznym samurajem, mając w dłoni kozik... nie miecz. I wyrzucając z gardła na wpół-przetrawiony alkohol. Ale lekceważenie Kuro nie było najmądrzejszy pomysłem.
Jak na Japończyka był rosły i wysoki i bardzo muskularny. W połączeniu z dużym mieczem przy pasie, wzbudzał respekt nawet u samurajów mających pana, o strażnikach nie wspominając. Ciężko jednak wzbudzać szacunek rzygając jak kot i mając w dłoni ledwie sztylet tanto, który wydawał się zabawką w dłoni Kuro.


Ronin przeniósł swe spojrzenie z własnych rzygowin na rozmówcę, próbując jego twarz dopasować do jakiegoś imienia.
Wyprostował się górując o głowę na rozmówcą. - Mówisz, że wiesz kto oni i gdzie się kierują, tak? A ty jesteś...?
- Akiro Torishama - odpowiedział składając szybki i płytki ukłon. - Wędrowny ronin. Pogoniłem ich trochę, ale strasznie się przestraszyli i uciekali, niemal wzbijając się w powietrze - młody, a na pewno znacznie młodszy od Kuroichiego samuraj pokręcił głową, ciężko wzdychając.
-Domo arigato Torishama-san za pomoc.- ukłonił się Kuroichi głęboko wygrzebując gdzieś z pamięci resztki etykiety. W przeciwieństwie do młodego wojownika nie wyglądał tak dostojnie ubrany w stare kimono.- No to w którą stronę się udali i... kim byli?
- Jeden nazywał się Kuchi, drugi Tarasuke. Wcześniej cały dzień próbowali oszukiwać w kości, ale mizernie im to szło. Zamiast ucinać im ręce, postanowiliśmy ich ograć. Pobiegli tamtym szlakiem na... w stronę miasta - odparł drapiąc się po głowie. - Wydaje mi się, że prowadzi do miasta. Wcześniej też trochę wygrażali mi i innym graczom, że naślą na nas swoich potężnych przyjaciół, ale patrząc na nich... - pokręcił głową, uśmiechając się kwaśno.
- Nie wyglądali na kogoś kto ma innych przyjaciół niż pchły.- odetchnął głęboko Kuroichi i spojrzał w kierunku wskazanym przez Akiro.- No cóż... Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Na mnie już czas, trzeba złapać tych... głupców.
- Jest środek nocy... uważaj na siebie samuraju, to niezbyt bezpieczny trakt - dodał jeszcze na pożegnanie.
-To niebezpieczny trakt, bo ja nim idę. Niech no który głupi bandzior spróbuje mnie zaatakować, to połamię nawet te kości o których nie wiedział że ma!- rzekł butnie ronin i ruszył traktem do miasta chcąc wyładować gniew na... czymkolwiek co się nawinie.

Z narastającą frustracja, szybko odkrył, że ostrzeżenia Akiry o niebezpiecznym trakcie, były przesadzone, bo był on całkiem pusty. Droga przecinała gęsty i ciemny las, ale Kuroichi był za stary, by bać się ciemności, szumu drzew i zwyczajnych odgłosów nocnych zwierząt.
W końcu jednak jęk i bolesne postękiwania, porzuconego pod drzewem, pobitego i zakrwawionego kupca, w podartych, do niedawna zadbanych szatach, oderwały go od normy.
Ronin ruszył w tamtym kierunku i kucnął dłonią badając jego rany i pytając wprost.- Kto ci to zrobił?
Nie przejmował się faktem, że jeśli kupiec umrze to... może być uznany za nieczystego.
- Bandyci... cholerni... czwórka głupich, śmierdzących - wycedził wściekły, po czym kaszlnął parę razy. - Byli jacyś szaleni... jeden miał wielki miecz... uważaj na tym trakcie - stęknął, wiercąc się na ziemi, jakby chciał wstać. Nie miał ran ciętych, ale ktoś porządnie go skopał i obtłukł.
-W którą stronę poszli?- spytał Kuroichi przyglądając się jeszcze obitemu kupcowi.- Poradzisz sobie... a do karczmy przy drodze blisko.
- Wiem... tam właśnie zmierzałem, to przybytek mojego brata - westchnął ciężko. - Trochę się obłowili na mojej sakiewce, chyba poszli do miasta, ale pewny nie jestem. Dostałem też w głowę...
-Przeżyjesz to.- rzekł ronin wstając i energiczniej ruszając za złodziejaszkami. Czuł świeży trop i zamierzał nim podążyć. I poobijać tych dwóch idiotów, którzy ośmielili się zabrać jego oręż.
Szlak rozgałęził się tylko w jednym miejscu, przed wyjściem z lasu. Był nierówny i długi pełen korzeni i chyba prowadził do dość odległych gór. Główna droga, wciąż szeroka i równa, wiodła do miasta Oriszi. Dużego miasta, w którym dwójkę, czy według tego co mówił kupiec, czwórkę bandytów ciężko byłoby odnaleźć.
Ale bandytów z jednym dużym mieczem już łatwiej. Z taką właśnie nadzieją Kuroichi podążał dalej.
Długa jak na jedną noc droga, dla samuraja nie była straszna, szczególnie, jeśli istniała szansa na to, że jego cele, zatrzymają się gdzieś na trakcie. Od takich wieśniaków, można było się spodziewać, że nie będą chcieli się przemęczać po udanej kradzieży i utną sobie drzemkę w lesie, na miękkim mchu, w pobliżu ciepłego, przytulnego ogniska. Ci jednak chyba byli inni, choć zdecydowanie nie mądrzejsi od zwykłych szumowin tego typu. Kuroichi nie widział żadnych innych śladów, niż takich prowadzących do Oriszi. Możliwe, że postanowili najpierw dotrzeć do miasta i tam uczcić zdobycz, szybko sprzedając gdzieś miecz.

Jednak zdeterminowany ronin, w końcu dostrzegł leżące w nizinie pod nim miasto, znad którego górował zamek tutejszego daimyo. Słońce dopiero wschodziło, nieprzyjemnie rażąc oczy Kuroichiego. Jednak na tej samej drodze, którą podążał, jednak znacznie dalej, już niemal przy bramie miasta, dostrzegł małą grupkę, może kilku mężczyzn, zmierzających do bram. Nikogo innego na tej drodze nie było, bo musiałby podróżować nocą, a to nie wszystkim się uśmiechało, więc mogli być to głupcy, którzy ośmielili się okraść samuraja.
Kuro ruszył biegiem w ich kierunku łotrzyków, a wściekłość dodawała mu sił. Nie brał w ogóle pod uwagę, że to oni mają miecz, więc są uzbrojeni. Zresztą, pewnie i tak nie wiedzieliby jak posłużyć się jego bronią.
Strażnicy miejscy zatrzymali ich przy bramie, na standardową rewizję, szybko jednak przepuścili, potakując głową na odwał. Zapewne byli po nocnej zmianie i chcieli już wrócić do domów, więc wpuszczali każdego, z jakimkolwiek interesem. Poza tym nie byli postawieni w żaden alarmowy stan, więc kontrole nie musiały być dokładne.
Kuroichi dobiegł do strażników, dwie minuty po tym jak ci wpuścili złodziei, dość zdyszany po szybkim biegu.
- Cel wizyty w mieście Oriszi, stolicy prowincji Oschi, pod opieką rodu szoguna Tokugawa? - jeden ze strażników wyprostował się lekko i pewniej chwycił naginatę, recytując utartą już formułę.
- Gonię właśnie złodziei, których wpuściliście przed chwilą.- wydyszał głośno ronin patrząc wprost na strażnika.- Gdzie ruszyli?
- Co? Złodziei? - strażnik nagle się ożywił. Spojrzał na swojego kamrata.
- Poszli... chyba prosto poszli, główną ulicą - dodał ten, drapiąc się po głowie. - Powinniśmy kogoś zawiadomić.
- Powinniście.- stwierdził głośno ronin i dodał po chwili.- A jeden z was powinien pójść ze mną, żeby pochwycić złodziejaszków w majestacie prawa.
- Nie no, my musimy trzymać wartę. Musisz się zgłosić do tego budynku tam - jeden ze strażników mozolnie wskazał spory budynek, tuż za bramą, przy głównej ulicy. - Albo jakiś patrol. Ja pójdę powiem, że złodzieje znowu się pałętają i mają no-dachi - skinął głową, pozwalając Kuorichiemu przejść i sam ruszył za nim, na posterunek straży. Nie śpieszył się.
W przeciwieństwie do ronina, który narzucił dość szybkie tempo poruszania, gnając w kierunku posterunku straży, jakby go ścigały demony ze wszystkich buddyjskich piekieł.

Szczęściem już w przedsionku, natknął się na człowieka, którego szaty świadczyły o wysokiej pozycji. Zapewne inspektor, zdejmował akurat buty, wchodząc do środka. Spojrzał na Kuorichiego, unosząc brew.
- Witam...
- Zostałem okradziony, przez czterech złodziejaszków. Mają moje no-dachi, zastraszyli, pobili i obrabowali jakiegoś kupca na drodze. Są w miejście i właśnie ich ścigam.- wyrzucił z siebie Kuroichi przeklinającw duchu całą sytuację. Miał wrażenie, że po drodze popełnił wiele błędnych wyborów. A ten tu inspektor był kolejnym z nich. Zamiast skarżyć się na kradzież, już powinien sam szukać złodziei.
Stróż prawa wstał i przywołał dwóch innych strażników.
- Świetnie... znaczy dobrze będzie zacząć dzień od złapania paru złodziei. Wy dwaj - rzucił do strażników. - Rozesłać ludzi do pobliskich gospód i znanych paserów, niech szukają ludzi z no-dachi...
Obydwaj spojrzeli po sobie.
- Bardzo, ale to bardzo duży miecz - inspektor wywrócił oczami. Dwaj podwładni szybko wybiegli z budynku, a ich szef spokojniej zwrócił się do Kuroichiego. - Nie ma czym się martwić. Ktoś z takim mieczem o tej wczesnej jeszcze godzinie, nie przejdzie niezauważony. Sami też możemy się przejść po pobliskich tawernach. Bandyci to ludzie prości i głupi, pewnie będą chcieli opić kradzież miecza i sakiewki kupca.
-Proszę o użyczenie jednego z twych podwładnych panie. Nie znam miasta, więc nie wiem gdzie tu są tawerny, potrzebuję przewodnika, przy poszukiwaniach.- wyjaśnił Kuroichi, który jak najszybciej chciał ruszyć na poszukiwania złodziei.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 14-07-2013, 21:05   #4
 
Zara's Avatar
 
Było wiele miejsc, które Eiji podejrzewał, że mogą okazać się istotne w jego dalszej wędrówce, jednak nigdy nie podejrzewał, że zostanie tak hojnie wynagrodzony za chwilę medytacji w miejscowym parku. Wolnym, spokojnym krokiem podszedł do starca, uśmiechając się. Podchodząc do ogrodnika, pokłonił się lekko, bowiem Eijiemu imponowała praca starca. Dbał on o ogród na tyle umiejętnie, że ów zapierał dech w piersiach. Gdy młody mężczyzna zyskał już uwagę ogrodnika, przemówił do niego wesołym tonem.
- Witaj, ogrodniku. Jestem Eiji i można powiedzieć, że spadł mi pan z nieba. Tak się składa, że chciałbym zmierzyć swe siły z tymi duchami, czy demonami. Może dużego doświadczenia w tym nie mam, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. - Uśmiechnął się szeroko, mogąc nawet sprawiać lekkie wrażenie, że lekceważy sobie siłę demonów. - Właściwie w tym celu wyruszyłem w podróż. Może więc dowiem się paru szczegółów więcej, skoro już szczęśliwie natrafiłem na taką nieszczęśliwą sytuację?
Staruszek odwrócił się połowicznie w stronę młodzieńca, wytrzeszczając oczy. Otowrzył i zamknął usta parę razy, nie wiedząc gdzie podziać wzrok, splótł dłonie razem i nagle padł na kolana, obejmując nogi Eijiego pod kolanami.
- Och panie samuraju! To pana mi bogowie zesłali, nie na odwrót! - zawył ucieszony. - Ja tu już najczarniejsze myśli, najgorsze scenariusze obmyślał, bo same do głowy przychodziły - ciągnął dalej, już prostując się w pozycji klęczącej.
- Te... coś! Te duchy, demony, diabły z legend najczarniejszych... one szepczą mi w chacie, szepczą, ale tak głośno i wszystkie naraz, że to takie głośne i nieznośne! - zaszlochał, kręcąc głową zrozpaczony.
Eiji zamyślił się na dłuższą chwilę, po czym odpowiedział.
- No, taki samuraj nie do końca. Ale mam nadzieję, że sytuacja się zmieni, a to mi pomoże. Chociaż martwi mnie to, że to nie jeden, a wiele demonów. Ale jeszcze ważniejsze jest dla mnie, by wiedzieć, o czym szepczą. Wolałbym tam iść z jakimś planem w głowie, niż być totalnie zaskoczonym i improwizować. Wiem, że to bolesne, ale czy mógłby pan przypomnieć sobie i opowiedzieć o nich wszystko, co uzna pan za istotne?
- Nie wszystko rozumiem, z tego co słyszałem, ale głównie każą mi spalić ogród - odpowiedział po chwili. - Mówią mi po imieniu, nie wiem skąd je znają... nazywam się Ajiro, tak przy okazji.
- W takim razie sam będę musiał z nimi porozmawiać. Właśnie! - Eiji nagle przypomniał sobie coś bardzo istotnego przy obecnej sytuacji. - Czy te duchy, demony, diabły... czy widział pan je? Czy jedynie słyszał?
- Czasem w nocy byłem absolutnie pewien, że ktoś tu łaził. Spore takie, na pewno żaden człowiek, ale bałem się podejść... zobaczyć.
- Wbrew pozorom, to może mi nieco ułatwić sprawę. -
Odparł zadowolony Eiji, że forma demona jest bardziej materialna. - To, że pojawia się w nocy, to może też jakiś plus, bo da mi szansę na zapoznanie się z okolicą. Więc cóż innego mi zostało, jak uporać się z tą bestią. Nawet, jakby mi się coś złego miało stać, to przynajmniej łatwiej będzie wtedy przemówić do rozsądku strażnikom, by coś z tym zrobili. - Z szerokim uśmiechem na ustach zakończył, czekając na ewentualną odpowiedź starca, a później zabrać się do pracy.
- Tak, tak... dobrze. Brzmi pan dość kompetentnie. Co za szczęście, że akurat się pan trafił. W razie pytań, ja się będę kręcił po ogrodzie, dobrze? Dobrze - pokiwał głową, wydychając powietrze dla uspokojenia.

Eiji zastanawiał się, jakim cudem mógł brzmieć kompetentnie. Wbrew pozorom, w jego głowie było bardzo wiele obaw. Z demonami nie mogło być żartów. W rozmowie z Ajiro starał się być pogodny, by bardziej nie dołować ogrodnika, ale teraz, gdy miał postawić swoje pierwsze kroki w stronę miejsca, gdzie czekają na niego tak groźni przeciwnicy, zaczęły go przechodzić ciarki. Z drugiej strony, całe swe życie starał się, aby osiągnąć swój cel. Po dzisiejszym dniu mógł być znacznie bliżej jego osiągnięcia. To dodawało mu motywacji i sił. To pchało go coraz dalej, słowa mędrca z jego rodzinnych stron traktując jako drogę życiową. Poprawił na sobie na wszelki wypadek broń, po czym postanowił stawić czoła wyzwaniu. Na początku, zanim się ściemni, wypadało pójść do chaty i postarać się wsłuchać w głośne szepty demonów. Dobrze było je nieco poznać, zanim wieczorem będzie miał szansę zetrzeć się z nimi w walce.
 
Zara jest offline  
Stary 15-07-2013, 11:06   #5
 
Temteil's Avatar
 
Atsushi wielce ucieszył się na myśl spędzenia nocy nie w lesie czy jaskini, lecz w przytulnej, stosunkowo ciepłej chacie.
Oczywiście miał świadomość że w miejscach stworzonych tylko i wyłącznie przez naturę jest większa szansa na oświecenie, lecz aby ciało całkowicie nie uschło trzeba było też porządnie się wyspać i zrobić przerwę w poście, który trwał już ponad tydzień.
Przepiękny zapach gotującej się potrawy przyjemnie pieścił jego nozdrza.
Oczy natomiast wabiła piękna, młoda kobieta która przyjęła go gościnnie w swoje progi.
Mnich wiedział jednak że to demony kuszą go do czynu niemoralnego, by uniemożliwić mu dojście do stanu "idealnego".
Starał się więc nie patrzeć zbytnio na niezwykle zgrabne biodra kobiety i jej długą, smukłą szyję.
Zakończył rozmowę i zaczął rozglądać się oczyma po chatce, aby zweryfikować kim są mieszkańcy owego, stojącego w szczerym polu domku.

Nie była to może bogata chatka, ale z pewnością zadbana. Kuferki na rzeczy osobiste były proste i nie za duże, posłania czyste i równe. Znalazło się nawet miejsce na małą kapliczkę.
Wszystko wydawało się być dobrze poukładane i zadbane. Zapewne gdy gospodarz wykonywał pracę czysto dla mężczyzn, to jego córka, dbała o porządek w chacie.
Przynajmniej tak to wyglądało.
-Mam jedno pytanie jeśli pozwolisz panienko. Czy w pobliżu znajduje się jakiejś miasto do którego mógłbym zawitać? - zapytał delikatnym i pełnym spokoju głosem kobietę.
-Jest Oriszi. Jeśli wyruszysz jutro z rana, to na wieczór tam dotrzesz - odpowiedziała po chwili zastanowienia.
A może i trochę dłużej to zajmie. Raz jeden tam byłam, ciężko mi powiedzieć.
-I co sądzisz o tym mieście? - zapytał mężczyzna z nieskrywaną ciekawością.
Och, jest dla mnie za duże - pokręciła głową z uśmiechem. Podwinęła rękaw na lewej ręce, by sięgnąć po przyrządy do robienia herbaty. - Ale rozumiem czemu niektórym może się podobać. Czy zechcesz spróbować naszej herbaty mnichu? Wybacz że nie znam tradycji chanoyu, ale też niezgorzej robię napar.
- Oczywiście - odpowiedział z uśmiechem mnich - Jestem o tym przekonany że będzie mi bardzo smakowała. Nie przejmuj się jeśli nie znasz tejże tradycji niewiasto. Herbata przygotowana z sercem i w skupieniu może smakować nawet lepiej...Nie jestem też żadnym daimyo aby wymagać od tych którzy tak gościnnie przyjęli mnie w swój dom. Naprawdę jestem Ci bardzo wdzięczny. Podziękuję także twemu ojcu gdy wróci. A w międzyczasie powiedz...Czy mogę się czymś wam odwdzięczyć za tę gościnę? Wiedz jednak że niewiele posiadam poza swą mnisią szatą.
-Gdybyśmy chcieli czegoś w zamian, to byłaby to gospoda, a nie gościna - odpowiedziała z uśmiechem - Ale jeśli będziesz nalegał, to może ojciec coś wymyśli, choć wątpię. Niedługo powinien wrócić.
 
__________________
"Ani drogi do nieba, ani bramy do ziemi."

Ostatnio edytowane przez Temteil : 15-07-2013 o 11:12.
Temteil jest offline  
Stary 18-07-2013, 21:10   #6
 
Fearqin's Avatar
 


Tatsuo

Tatsuo wyszedł z chatki, poprawiając swój pas i zatykając za niego daisho. Złapał leżący pod ścianą kołczan i łuk, po czym nałożył je szybkim ruchem, szukając jednego z gospodarzy. Ci mili ludzie przyjęli go pod swój dach, w zamian za pomoc w remontowaniu chatki, za co był im ogromnie wdzięczny - problemy z pieniędzmi nie pozwalały mu wynająć pokoju w gospodzie, nawet z obiadem mógłby mieć problem... Ach te piękne czasy, kiedy mieszkał we wspaniałym pałacu, jedząc pyszne posiłki... Piękne czasy, lecz już nie wrócą. Droga ronina nie była wypełniona luksusami.
- Gospodarzu - powiedział, gdy znalazł pana domu - Czy w wiosce jest jakiś szybki posłaniec, który mógłby zanieść wiadomość do Oriszi?
- Szybki posłaniec? - chłop podrapał się po brudnej, łysiejącej głowie. Z twarzy wyglądało na to, że należy do jednych z bardziej rozgarniętych mieszkańców. Wrodzony spryt może to nie był, ale nie był tępakiem, to można było stwierdzić od razu. - Ciężko powiedzieć panie... mało kto tutaj to miasta chodzi, chyba, że trzeba iść sprzedawać plony, po podatki to władze same przyjeżdżają na koniach. Ledwo parę osób w wiosce drogę do Oriszi zna - wzruszył ramionami, kwasząc minę.
- Wskaż mi ich - Tatsuo poprawił katanę ostatni raz, żeby ta pewno leżała za pasem i nie wypadła przypadkiem - Pojadę do miasta i postaram się zdobyć wsparcie. Do tego czasu złapcie wszystko co może przypominać broń i siedźcie w mieście. Postaram się wrócić jak najszybciej.
- Przyprowadzę ich do ciebie, panie. Daj mi parę minut. Przekażę mieszkańcom żeby... zbroili się, choć niewiele z tego będzie - odpowiedział chłop wychodząc na poszukiwania.
Tatsuo wiedział doskonale, że niewiele z tego będzie i nawet gdyby miał czas, by ich dozbroić i zrobić porządne umocnienia, wiele z tego zrobić by nie mógł. Jedyna nadzieja w tym, by dotrzeć do Oriszi szybko i zorganizować pomoc... Kto by pomyślał, że prosty remont chatki może zamienić się w pełnoprawną bitwę. Mimo wszystko ronin wolał myśleć, że da się to rozwiązać spokojnymi metodami. Nie był zwolennikiem rozlewu krwi.
Po jakimś czasie zgłosiła się do niego piątka wieśniaków, w różnym wieku, wszyscy mężczyźni.
- Witaj panie - skinął głową najstarszy, a dokładniej w średnim wieku, chłop. - Anichikan mówił, że czegoś od nas chcesz, w tej czarnej godzinie.
- Podobno zauważono bandytów - samuraj stanął przed nimi i mówił z szacunkiem. W końcu zawdzięczał tym ludziom schronienie - Czy jest to prawda, czy nie, trzeba dostać się do Oriszi i poprosić o wsparcie. Szukam kogoś, kto by mnie tam zaprowadził.
- A no zauważyli... już dwa razy. Kręcą się tutaj, to i przejść ciężko będzie - chłop pokręcił głową, a do głosu doszedł młodszy wieśniak.
- A to z miasta nam pomoc mają przysłać? Z jakiej racji? - zdziwił się. - Kto taki?
- Lokalny pan. Albo inspektor, jeśli jest życzliwy. Ale nie mamy czasu do stracenia - Tatsuo pokręcił głową i zatknął ręce za pas - Kto z was najlepiej zna drogę do Oriszi?
- To chyba będę ja panie... - mruknął najstarszy, gdy wszyscy spojrzeli po sobie. Wzruszył ramionami, po czym lekko się ukłonił. - Juigi mi na imię. Po ojcu ojca.
- Tatsuo - skinął mu głową mężczyzna - Prowadź proszę. Nie ma czasu do stracenia, jak mówiłem.
- Ale... już? Teraz? - zdziwił się.
- Tak. To znaczy... Ech... - westchnął - Jeśli bandyci wiedzą, że ich zauważyliście, mogą zaatakować w każdej chwili. Musimy wyruszyć teraz, by zyskać jak największą przewagę czasową.
Chociaż już jej nie mamy... Dodał Tatsuo w myślach.
- No dobrze... - odparł kołysząc głową. Podrapał się po łysiejącym czubku głowy. - Pozwól mi tylko szybko powiedzieć żonie i włożyć lepsze buty. Obawiam się, że koni nie mamy, jak wiesz, więc podróż zajmie nam dwa dni w dwie strony. Dziś wieczór będziemy.

Wyruszyli wkrótce potem. Nikt ich nie żegnał, bo wszyscy byli zajęci chowaniem zapasów po skrytkach, specjalnie przygotowanych na taką okazję. Każdy oczywiście próbował wziąć nieco więcej dla siebie, więc wybuchało sporo bójek, ale nie było to zmartwienie tak wielkie, jak banda uzbrojonych i bezwzględnych bandytów, którzy mogli uderzyć w każdej chwili.
Tatsuo i Juigi ruszyli najpierw wąskimi i krętymi ścieżkami, by wkroczyć do lesistych wyżyn, gdzie droga wiodła ich w dół. Była ona dość ciężka, rzadko używana, ale miejscami prezentowała bardzo ładne widoki, z wyżej położonych półek, na rozległe pola ryżowe bądź trawiaste dywany.
Droga jednak całkiem spokojna nie była i nie taka znowu rzadko używana. Na górskiej przełęczy, z tego co mówił Juigi, ze cztery godziny od miasta, drogę zastąpiła im trójka ludzi, którzy samą rozpiętością ramion, uniemożliwiali przejście. Zanim się spostrzegli, z tyłu wyszła kolejna dwójka.
Wszyscy byli uzbrojeni w miecze i nosili na sobie znoszone, brudne ubrania. Największy z nich, ze szpetną blizną na i tak już obskurnej twarzy, warknął do wieśniaka i architekta.
- A wy to gdzie się wybieracie?




Kuroichi

- Sam będę pana przewodnikiem - zapewnił Kuroichiego inspektor, wstając i poprawiając miecze u pasa. - Jestem pewien, że szybko ich znajdziemy. Proszę - wskazał ręką wyjście, kłaniając się.
Podążył za Tanaką i wciągnął głęboko powietrze, rozciągając się na zewnątrz.
- Piękny dziś poranek, nieprawdaż? - odwrócił się w stronę ronina i ruszył wzdłuż głównej ulicy. - Gdzieś moje maniery... nazywam się Kobo Fuse i jestem tutejszym inspektorem policyjnym.
Również i samuraj się przedstawił wymieniając szybko grzecznościami, jednak myślami był w pogoni za swym mieczem. Jednak pewnemu siebie i swoich ludzi Kobo, nie śpieszył się.
- Bandyci tutaj to straszne utrapienie. Chowają się gdzieś w górach, dzień drogi od miasta... pewnie mijał pan ten szlak, jeśli przybył pan najbliższą bramą, a tak zakładam - mówił spokojnie. - Pan Tanoguchi Izaki, tutejszy daimyo wyznaczył za nich sporą nagrodę. Jeśli będzie pan zainteresowany... płacimy od głowy - zaproponował obojętnie.
Nagle podbiegł do nich zdyszany strażnik miejski z włócznią. Wyprostował się, ukłonił i znów zesztywniał.
- Panie! Melduję, że znaleźliśmy podejrzanych! Weszli do pobliskiej gospody Hary, który wezwał nas, bo się głośno zachowywali z samego rana, jeden z nich ma no-dachi!
- Świetnie! Doskonała robota! - ucieszył się Kobo Fuse i z uśmiechem zwrócił się do Kuroichiego. - No... proszę wymyślać jaką karę dla nich wybierzesz samuraju. Gospoda uprzejmego Hary, jest blisko.



Shirakaba

Shira siedziała w spokoju, racząc się bardzo smaczną i świeżą porcją miski ryżu i marynowanych owoców. Soyu czyli fermentowany sos z soi, który zaserwował jej karczmarz do ryżu, całkiem za darmo, zasługiwał na to by za niego zapłacić. Jednak staruszek z płaskim, najwyraźniej wielokrotnie złamanym nosem, uprzejmie powiedział, że dla tak uroczej panienki, jest za darmo. Był to poranek, następnego dnia po awanturze z kuglarzem i wcześniej nikt jej nie zaczepił. Zjadła wczoraj równie dobrą kolację i wypiła dobrą sake, porządnie się wyspała i była gotowa do dalszej drogi.
Jednak karczmarz z gospody naprzeciwko, był dość słowny.
Przez zasłonę weszła trójka mężczyzn. Czwarty się przez nie przetoczył, z trudem przecisnął, wepchnął i wturlał. Trzymał się z tyłu swoich trzech ochroniarzy z posępnymi i groźnymi minami, jednak nawet oni, ledwo go całego zasłaniali. Zdecydowanie łatwiej było go przeskoczyć niż obejść. Grubas był cały czerwony i aksamitnym skrawkiem materiału, wycierał co chwilę pot z czoła.
- Ty... ty... - wysapał, wskazując na nią tłustym paluchem. Nie musiał tego robić, bo o tak wczesnej porze, żadnych innych gości tu nie było. - Ty to wczoraj zepsułaś interes w karczmie Aokiego! To na pewno ty! Ty... ty jedna... TY!!



Eiji

Dom ogrodnika okazał się całkowicie normalny. Eiji nic nie słyszał, nie widział też nic nadzwyczajnego. Chatka nie była bogata, ale zadbana w nie mniejszym stopniu co ogród. Spędził tam trochę czasu, parokrotnie sprawdzając każdy kąt. Oddał się chwilowej medytacji, ale nawet w stanie pełnego skupienia i spokoju, niczego nie usłyszał. Może staruszek rzeczywiście oszalał? Całe życie sam, pośród roślin...
Nie wypadało jednak rzucać słów na wiatr i tak szybko odpuszczać. Coś w tym mogło być. Zmrok zapadł szybko i Eiji ze spokojem, spacerował po ogrodzie, nie zdejmując dłoni z rękojeści miecza. Było to dość chłodno, ale nie za bardzo. Miła odmiana do dziennego upału. Nocne owady i insekty śpiewały i tańczyły ze sobą na płatkach róż i liściach drzew, nie przejmując się obecnością Eijiego. Parę razy jego uwagę zwrócił jakiś mały ruch, ale okazywała się to być zwykła jaszczurka i jej pobratymcy. Po dobrej godzinie, po której świerszcze i inne małe istotki zaczynał być denerwujące, chciał odpuścić. Chciał już skierować się do bramy ogrody, przejść przez mostek, obok tej fontanny, może się w niej szybko orzeźwić i wyjść, ale... ale właśnie wtedy, w jednej sekundzie wszystko ucichło. Dziesiątki dźwięków wydawanych przez owady zamieniły się w nicość. Szybko ruch jaszczurek znów zwrócił uwagę Eijiego, tym razem jednak nie przemieściły się z pod jednego krzaka pod drugi, tylko skierowały się do muru, wspięły nań i zwiały. Każda pszczoła, każda mucha odleciała szybko, świerszcze skokami skierował się do ucieczki, a wysoka, biała sylwetka, pochyliła się nad prostą fontanną, by zaczerpnąć łyku orzeźwiającej wody.



Atsushi

Gospodarz wkrótce wrócił do domu, tak jak mówiła córka. Otworzył drzwi ciężko, na chwilę wpuszczając do domu ogłuszający, gęsty odgłos szalejącego na zewnątrz deszczu. Prychnął ciężko, opierając siekierę obok wejścia, otworzył już usta by coś powiedzieć, kiedy nagle dostrzegł mnicha. Obrzucił go wzrokiem szybko i uśmiechnął się niepewnie.
- Witam... - mruknął.
- Ojcze, to jest Atsushi, wędrowny mnich. Prosił o schronienie przed deszczem, który ciebie najwyraźniej nie ominął - córka odwróciła się w stronę swego opiekuna, wciąż na klęczkach i złożyła pokłon na powitanie.
- Ach... - mężczyzna ten był bardzo krzepki, wysoki i potężnie zbudowany. Mnich nie mógł sobie przypomnieć kiedy ostatni raz widział takiego... olbrzyma. Choć siekiera którą przyniósł, dla mnicha nadawała się tylko do oburęcznego użytku, to przed chwilą, w ręku gospodarza, mieniła się niczym nędzny kijek. - Dobrze zrobiłaś córko. To dobry uczynek, a takie wracają. Witaj więc mnichu Atsushi w naszym domu - powiedział kłaniając się. - Nazywam się Yeijiro, a to moja córka Juri.
- Kolacja już gotowa ojcze. Przebierz się i zjemy - powiedziała uprzejmie. Atsushi zwrócił uwagę, że w ogóle nie byli do siebie podobni. Ona taka drobna, on taki potężny. Jej rysy twarzy były delikatne, a jego surowe. Inny kolor oczu i włosów. Mogłoby się wydawać, że jedyne co ich łączy to uprzejmość i gościnność.
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^
Fearqin jest offline  
Stary 21-07-2013, 15:43   #7
 
Autumm's Avatar
 


Shirakaba siedziała na macie ze skrzyżowanymi nogami, z czarką parującej herbaty w dłoniach. Skupiała się na medytacji, teraz brutalnie przerwanej przez niespodziewanych gości. Prawdę mówiąc, po takim czasie nabrała przekonania, że szulerzy nie będą mieli dość odwagi, by jej szukać. Cóż, ludzka głupota jest nieograniczona...

- Ja. - kiwnęła z ukontenowaniem głową. Dobrze, że ludzie widzą, że z lepiej z niektórymi nie zadzierać. Podniosła z maty katanę i wsunęła ją za obi. - A ty - zwróciła się do grubaska - Zepsułeś mi tę chwilę zadumy nad smakiem herbaty - dopiła ostatnie łyki z czarki - Więc możemy uznać, że jesteśmy kwita.

- Będziemy kwita jeśli oddasz mi pieniądze, które wczoraj straciłem! - warknął, wygrażając jej pięścią zza strażników, którzy również położyli dłonie na rękojeściach mieczy. - No i straciłem zyski z tej gospody, więc to też odpracujesz!

Nie spuszczając wzroku z całej grupki, Shira wstała i zrobiła kilka kroków do tyłu. Poprzedniego dnia obejrzała dokładnie całą gospodę, zapamiętując układ mebli i elementów konstrukcyjnych. Teraz stała w przerwie między dwoma stołami, na tyle szerokiej, że zmieściłyby się w niej dwie osoby... ale jedna z nich nie mogłaby użyć miecza, ze względu na drewniany wspornik sufitu. Jeśli znajdziesz dobre miejsce, wygrywasz bitwę - powtórzyła sobie słowa ojca. Zmrużyła oczy. Nie cierpiała, gdy ktoś tak się do niej zwracał, bez należnego szacunku, ale postanowiła jeszcze chwilę trzymać nerwy na wodzy i dać szansę grubasowi. - I tak zamierzam opuścić to miejsce, skoro pełno tu złodzei i kanciarzy - powiedziała. Sięgnęła do inro i rzuciła pod nogi szulerów kilka drobniaków. - Tyle mi zostało. Możesz sobie zabrać te pieniądze. Dam też zupełnie darmo radę: nie bierz nigdy kęsu zbyt dużego, żebyś się nie udławił...A teraz mnie przepuść.

- N... NO! - pomachał pięścią w górze. - Tak lepiej. Przepuścić ją łamagi i zebrać mi tę kasę z ziemi! Ale już! - warknął do naburmuszonych podwałdnych, którzy liczyli na odrobinę rozrywki. Jednak blask pieniędzy, odebrał dla ich szefa chęć pokazania komuś, kto tu rządzi. Czwórka chłopa schyliła się niechętnie i zbierała drobniaki, a ich przywódca drapał się wesoło po jednym ze swoich licznych podbródków.

- Dobrze... trochę mało, ale jak zdobędziesz więcej to możesz mi donieść, bo jeszcze cię znajdę - dodał gdy przechodziła obok. - Możesz na tych bandytach dorobić, mi też na rękę nie są.

Napięta i gotowa na wszystko Shirakaba minęła grupkę ostrożnie i z wystudiowaną obojętnością, ale na wzmiankę o bandytach przystanęła. Nie chciała dać po sobie poznać zbytniego zaciekawienia, ale perspektywa chwalebnego wyzwania był zbyt silną pokusą, by ot, tak ją zlekceważyć.

- Bandyci...? - opanowała głos - Powiesz coś więcej...?
- Pięć ryo za łebka, a za czerep Minoru Anzaia całe sto... w górach sukinsyny przesiadują i na trakty też czasem wyjdą, to mi klientów odganiają od miasta, bo wszyscy na około łażą i grają w przydrożnych karczmach - splunął na zewnątrz. - Jak chcesz to inspektora tutejszego spytaj.

Shirakaba kiwnęła głową. Minoru Anzai...nie brzmiało to jak zwykły, chłopski bandyta. Zapewne jakiś upadły ronin. Pieniądze nie były tak istotne, choć wspomniana przez grubasa suma zrobiła na dziewczynie wrażenie. Wyszła na zewnątrz i gdy upewniła się, że szulerzy nie patrzą, zagadnęła pierwszą napotkaną osobę o drogę do siedziby inspektora. Uzyskawszy odpowiedź, ruszyła tam niezwłocznie, choć nie chciała się przyznać do zbytniego pośpiechu. Może podróż do Orishi nie okaże się koniec końców kompletną stratą czasu...?

 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!
Autumm jest offline  
Stary 21-07-2013, 15:57   #8
 
abishai's Avatar
 
Bandyci... Kuro lubił bandytów. I to bardzo.
Odrębną kwestią było to, że lubił owych bandytów zabijać.
Zabawnie było patrzyć na ich twarze, gdy orientowali się że kataną trzeba się jeszcze umieć posługiwać, a nie tylko ją mieć w dłoni.
I że przewaga liczebna niewiele daje, gdy się nie umie jej wykorzystać.
Bandyci byli zabawni.
Ale... wpierw inna przyjemność.
- Nie moim przywilejem jest decydować o rodzaju kary. Solidne przetrzepanie skóry powinno jednak zrobić swoje.- wyjaśnił ronin podążając za Kobo Fuse do owej gospody. Po drodze zaś spytał. - A ile płaci się od głowy? Za bandytów.
- Pięć ryo od czerepu. Sporo można zarobić, bo szacujemy, że jest ich około pięćdziesięciu. Mimo to jakoś mało łowców nagród się zjawiło - podeszli pod karczmę, akurat kiedy przez zasłonę, jeden po drugim wylecieli nędzni bandyci. Wylądowali w piachu i próbowali gramolić się z ziemi, ale strażnicy, którzy ich wyrzucili, szybko otoczyli nieszczęsną czwórkę i skierowali w ich stronę ostre szpikulce włóczni. Ostatni wyniósł miecz Kuroichiego. Podszedł do samuraja, ukłonił się i wręczył mu ostrze.
- O cholera! Toż to ten ronin z gospody! Tarasuke! Idioto! Mówiłem, nie okradać takiego! - krzyknął jeden z bandytów, skacząc na swojego kompana.
- Co?! Ty?! Ja żem ci odradzał! - odpowiedział mu kopniakiem.
- Spokój! Leżeć nędzne psy! - uciszył ich strażnik, waląc ich obu tępym końcem włóczni pod żebra.
- Bądźcie tak uprzejmi i zabierzcie ich na główny dziedziniec, spuśćcie łomot ku przestrodze innych, ale tak koło południa. Potem wrzucić do więzienia - rozkazał Kobo.
- Tak panie! - odparli chórem strażnicy, kłaniając się.
- Ha...- ronin uśmiechnął się wesoło trzymając ulubiony oręż. Pochwycił za rękojeść i wysunął sprawdzając czy ostrze nadal gładko wychodzi z pochwy. Burczenie w brzuchu przypomniało mu o tym, że wczorajszy posiłek był jego ostatnim. Westchnął.- Czy byłoby nieuprzejmością, gdybym prosił cię o opowiedzenie co nieco o owych bandytach?
Przy obecnym stanie finansów Kuroichiego, każda robota była pożądana.
- Kryją się w górach, które dobrze znają. Wymordowali całą jedną osadę i ją sobie zajęli. Próbowaliśmy wysyłać tam oddział, ale przygotowali pułapki na ścieżkach i duża grupa nie ma szans przejść bez sporych strat. Dlatego liczymy na pojedynczych, lepiej wyszkolonych wojowników. Poza tym nie mogę ostatnio wysyłać strażników, bo odwiedzić ma nas sam szogun, więc wszystko i wszyscy mają być na miejscu. Ale jacyś bandyci pod nosem też nie mogą się kręcić. Nie są głupi, a ich przywódca to dezerter wojskowy, niegdyś wysoki stopniem Minoru Anzai. Za jego głowę dodatkowe sto ryo.
- Aaach... ale takie sprawy najlepiej omawia się przy posiłku.- odparł z uśmiechem ronin, wsuwając miecz za obi.- Ne, Kobo Fuse -an?
- A i prawda. Jestem wciąż o pustym żołądku, ale w dobrym humorze. Zafunduję nam śniadanie... niech już będzie i gospoda pana Hary, skoro tu jesteśmy - powiedział wchodząc do środka, gdy strażnicy kopniakami popędzali bandytów.

Kuroichi wszedł za nim i usiadł więc na macie w kącie tuląc swój miecz niczym dziecko i czekając na posiłek. -Ten Minoru Anzai, kto to?
Kobo już otworzył usta by odpowiedzieć, ale wtrącił się gospodarz, gruby mężczyzna o wesołej twarzy, ze strasznie małymi oczkami. Wyglądał pociesznie i głupkowato.
- Witam inspektorze! - ukłonił się nisko. - Podać śniadanie dla ciebie i towarzysza, szanowny inspektorze?! - spytał miło, ale zdecydowanie za głośno.
- Tak, poprosimy - Fuse pokiwał głową.
- Dobrze inspektorze! Już się robi inspektorze! W razie czego wie pan gdzie mnie znaleźć, inspektorze! - ukłonił się jeszcze trzy razy i dwa odchodząc. Na szczęście nie powtarzał tego, kim był Kobo. Ten tylko westchnął raz i uśmiechnął się.
- Minoru był generałem klanu Atanai. Zorganizowali nieudane powstanie przeciw szogunowi, całkowicie idiotyczne i bezcelowe. Liczyli na poparcie innych klanów, ale te żeby wkupić się w łaski nowego jeszcze wtedy szoguna Iemitsu, wydali Atanai i stanęli przeciw nim. Anzai zdążył się we wszystkim połapać i uciekł zanim pobliscy daimyo, rozszarpali chciwie ziemie Atanai, zachowując sobie jej skrawki. Jest więc zdrajcą podwójnym, bo i przeciw szogunowi, jak i przeciw swemu panu. Wcześniej jednak odznaczał się sporymi umiejętnościami walki i dobrym zmysłem taktyka. Z tego co słyszałem... - powiedział, a Hara przyniósł dwie miski ryżu i sporo marynowanych owoców. Dodatkowo postawił przed nimi po czarce sake na głowę.
- A to gratis, panie...
- Inspektorze. Tak wiem i dziękuję Haro - Kobo pokiwał głową, odsyłając gospodarza.
- Generał, ha? To... kłopotliwe.- Kuroichi upił nieco sake przyglądając się rozmówcy.- Ambitny człowiek nie poprzestanie tylko na komenderowaniu bandą przydrożnych bandytów.
- Też tak myślę, szczególnie że zbliża się powoli zima. Będą musieli sobie znaleźć jakąś kryjówkę. Pewnie kolejną wioskę, bo taka położona wysoko w górach, daje dodatkowe trudności na zimę.
- A dużo jest takich wiosek w okolicy? Z dala od głównych szlaków i rzadko odwiedzanych przez bushi tych ziem?- spytał Kuroichi po chwili namysłu pocierając nieogoloną twarz dłonią.


- W górach, ale niżej położone są jeszcze dwie. Później jest już tylko las, z którego bodajże przyszedłeś. Wydaje się to być dość łakomy kąsek, dla takiej bandy.
-To dość... wygodna sytuacja dla mnie. Którędy do nich dojść? - spytał uśmiechnięty Kuroichi.
- Jeśli wyjdziesz najbliższą bramą, na trakt którym przyszedłeś, skręć w stromy szlak. Później będzie trochę łatwiejszy choć kręty. Po godzinie trafisz na drogowskaz. Na zachód i północny zachód. Bandytom bliżej będzie zaatakować tę drugą wioskę.
- Iiii tak zrobię. Możesz być pewien.- odparł Kuroichi był wielce uradowany tą sytuacją. Przy obecnym stanie zawartości kiesy, każda robota była pożądana.
- To dobrze, ale chyba nie sam... - zmarszczył brew. - To jednak spora banda chłopa. Już jakieś doświadczenie mają, część to znajomi Anzaia z wojska...
- A kogo byś polecił? Obcy jestem w tych stronach.- zamyślił się ronin, który bynajmniej nie był przerażony ich liczebnością, wszak nie musiał ich zabić wszystkich od razu. Planował raczej ich łowić jak rybki w stawie... pojedynczo.
- Nie wiem czemu, ale jakoś mało łowców nagród się zbiegło... - mruknął drapiąc się po brodzie. - Sporo roninów tędy przechodzi, ale jakoś nie są zainteresowani. Nie wiem czy mogę polecić kogoś kto będzie dostępny, wszyscy samuraje Izakiego, tutejszego władcy, ledwo wychodzą z zamku. Musztrują ich cały dzień, by jak najlepiej wypadli na wizycie szoguna. Podobno ma się odbyć turniej... Jestem jednak pewien, że ktoś się zgłosi - pokiwał głową, uśmiechając się.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 21-07-2013, 15:59   #9
 
Autumm's Avatar
 
Shirakaba, Kuroichi

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=vIVXKoKgA-8[/MEDIA]

Shira natrafiła na grupę strażników, którzy prowadzili bandę obdartych i zdenerwowanych mężczyzn, wyzywających się nawzajem. Skierowali ją do karczmy niejakiego Hary, powiedzieli też, że inspektor spożywa poranny posiłek, w towarzystwie jakiegoś ronina.

Shirakaba pewnie przekroczyła próg wzmiankowanej gospody. Złożyła rzeczy na progu, z niechęcią odkładając swoje daisho przy drzwiach. Nie lubiła rozstawać się z bronią, czuła się bez niej jakoś niepełna, naga. Ale wiedziała, że byłaby to zniewaga dla wyższego stopniem notabla. Podeszła do stołu, przy którym, jak się domyślała, siedział urzędnik, i uklękła na brzegu maty, czekając, aż któryś z mężczyzn zwróci na nią uwagę.

Oficjalnie ubrany, z bronią odłożoną na bok mężczyzna, odstawił czarkę z sake na bok i spojrzał na Shirę zaciekawiony.
- Witam. Kobo Fuse, inspektor policyjny Oriszi - przedstawił się z przymusu zawodowego, odwracając się na klęczkach i kłaniając, mimo iż nie musiał wobec nieznanej kobiety. Najwyraźniej był dobrze wychowany. - Mogę w czymś pomóc? - spytał już wyprostowany.

Kuroichi przesunął spojrzenie po postaci nieznajomej Japonki i uśmiechnął się tylko. Była bowiem ładniutka. Ciekawiło ronina, co ona właściwie tu robiła. Nie bardzo kojarzył jej profesję. Nie wyglądała na gejszę... Mimo atutu niezaprzeczalnej urody, nie podkreślała jej wcale makijażem. Nie wydawała się sprzedawczynią. Żona...? Fuse się jej przedstawił, więc nie była jego żoną, ale może żona jakiegoś kupca?

Shirakaba odwzajemniła ukłon, pochylając się nieco głębiej, jak etykieta wymagała wobec kogoś wyższego rangą. - Hirate Shirakaba, córka Miyasahiego. Wasalka rodu Oda...i sohei - dodała z wahaniem. Starannie za to podkreśliła przynależność klanową. - Wybacz panie, że przeszkadzam w posiłku... ale słyszałam, że nękają was bandyci. - Chciałabym...zasięgnąć języka w tej sprawie - wyprostowała się dumnie.

- Hah! Prorocze są me słowa, nieprawdaż, Kuroichi-san? - inspektor zwrócił się zadowolony do towarzysza. - Akurat wprowadzałem obecnego Kuroichiego w arkana tej sprawy, buddystko. W skrócie przedstawia się to tak: płacimy pięć ryo za każdą potwierdzoną śmierć bandyty z gór na zachodzie i sto za ich przywódcę. Szacowana ich liczba, to pięćdziesiąt kobiet i mężczyzn. Przeważnie z małym wyszkoleniem bojowym. Propozycja jest otwarta dla każdego.

- Pięćdziesiąt...? - dziewczyna powoli powtórzyła liczbę, jakby z niedowierzaniem. Po chwili jej twarz spoważniała, ale w ciemnych oczach zapaliły się iskry. Odwróciła głowę i spojrzała na samuraja - Kiedy chcesz ruszać...roninie ? - spytała. Przy ostatnim słowie jej usta lekko się skrzywiły, a głos drgnął. Ale może to tylko takie wrażenie...

-Sohei... powiadasz.-mruknął w odpowiedzi Kuroichi oceniając postać dziewczyny.- Trochę... delikatna wydajesz się... Jaki oręż preferujesz?

- Siła, skupienie, szybkość - podniosła do góry dłoń, zaginając kolejne palce - Każdy ma swoje talenty, prawda? - skinęła głową w kierunku trzymanego przez samuraja miecza - Nie sądź przeciwnika swoją miarą, roninie. Czasem siła to nie wszystko. Choć czasem wystarcza... - wskazała dłonią w kierunku drzwi. O futrynę przedsionka stał oparty długi, podłuzyny pakunek, kształtu łuku yumi. Preferuję skupienie. Ale droga szybkiego dobycia miecza też nie jest mi obca.

-Hai, hai...filozofia walki. Też to przerabiałem jako uczeń. Jako wojownik i weteran.- położył dłonie na rękojeści swego no-dachi.-... wiem, że każdy w końcu wybiera oręż, który najlepiej czuje w swej dłoni. Ty już wybrałaś, czy to przed tobą dopiero?
- Zdążam drogą łuku od dawna - zabrzmiało to nieco butnie w ustach młodej, bądź co bądź, dziewczyny - I zostanę jej wierna. Chcesz poddać próbie moje umiejętności? - uśmiechnęła się krzywo - Ja chyba powinnam być tak samo ostrożna...

Ronin zaśmiał się głośno spoglądając hardo w oczy dziewczyny wyraźnie zaintrygowany jej osóbką. - Próbie? Iye. Nie próbie. Ale liczę na pokaz. I tym samym mogę się odwdzięczyć, Hirate-san.

Shirakaba spojrzała na samuraja, potem przeniosła wzrok na inspektora, jakby szukając u niego potwierdzenia. Z jej ust padło krótkie:
- Miecz czy łuk ?
- Łuk. W końcu drogą łuku podążasz, ne? - spytał zaciekawiony Kuroichi.

Dziewczyna kiwnęła krótko głową. Pokłoniła się inspektorowi i wstała. Po chwili odpakowywała łuk, położyła go na kolanach i zaczęła przejeżdżać po nim palcami i natłuszczoną szmatką. Zabiegi pielęgnacyjne trwały dłuższą chwilę; w końcu Shira wstała, zaparła się stopami i zgięła łęczysko. Łuk cicho jęknął, kiedy naciągała na niego cięciwę. Przyjrzała się mu uważnie i powiedziała:
- Jestem gotowa. Wskaż mi cel, samuraju...na zewnątrz - dodała z lekkim uśmiechem.
Ronin wstał i ruszył do wyjścia z gospody, rozglądając się za czymś godnym do ustrzelenia, uśmiechnięty Kobo podążył za nimi, płacąc szybko. Kuroichi w końcu zerknął na leżące tuż przy ścianie drewno na opał. Podszedł do niego i chwycił jedną ze szczap. Po czym gwałtownym i szybkim ruchem rzucił nim wysoko prosto w słońce, krzycząc.- Oto twój cel... łuczniczko!

Nie dając jej czasu na przygotowanie.

Shirakaba zareagowała... za wolno. Kuroichi widział jak jej ręka niespiesznie wędruje do kołczanu. Kiedy napinała cięciwę, klocek zataczał łuk i opadał już ku ziemi. Brzęk zwalnianego łuku zlał się ze stuknięciem drewna o grunt. Długa strzała jęknęła, wbijając się w drewno stojące pod ścianą, zdecydowanie za blisko ronina. Na końcu grota tkwił rozsmarowany chrząszcz, idealnie przyszpilony pośrodu pancerzyka.



- Skupienie. Nie szybkość. - powiedziała dziewczyna, opuszczając łuk. - Nie jestem kuglarzem, moje strzały zawsze niosą śmierć, samuraju...

- Pod warunkiem, że zdążysz napiąć łuk. W bitwie jednak lepiej polegać na szybkości, niż precyzji. W końcu... twój cel będzie większy od żuka.- mimo tych słów Kuro bił brawo ucieszony pokazem.



- Są różne drogi - stwierdziła filozoficznie - Droga wojownika nie zawsze musi być drogą żołnierza. I nie zawsze wiedzie przez pole bitwy. A ty, samuraju...Skoro tak bardzo chcesz mordować drewniane klocki...Ile przetniesz swoją siłą?

-Hmm... a ile ty byś chciała, bym przeciął?- spytał Kuroichi odkładając no dachi na bok i zsuwając kimono z ramion, by mieć więcej swobody ruchu. Ronin jak na swój wiek był w idealnej formie i niewątpliwie bardzo silny. Ale to też było widać po jego wzroście. Po jego lewym ramieniu wspinał się wytatuowany rogaty wąż, prawdziwe dzieło sztuki. Czarno-biała bestia “poruszała się” przy każdym ruchu Kuro.



Shirakaba nie dała nic po sobie poznać, ale w głębi duszy ciężko westchnęła. Obraz samuraja, jaki wyłaniał się z jej obserwacji, nie był bynajmniej zachęcający: nieznajomość etykiety, brak przynaleznośi do klanu, broń mało subtelna, wskazująca raczej na prostego siepacza, a nie wojownika, tatuaże jak u bandyty czy hazardzisty, szaty i ogólny stan zaniedbania wskazujące na brak regularnych kąpieli i długą drogę... a była prawie pewna, że czuła od niego woń przetrawionej sake. I jeszcze skłonność do popisów, te kuglarskie “próby”... Cóż, wykorzystaj to, co masz w danej chwili, uczył ją ojciec. Na lepsze towarzystwo nie miała za bardzo jak liczyć, a ronin poniekąd miał rację - jej łuk wymagał osłony w walce, niech więc będzie i taka...

- Wystarczy tyle, ile wysokości ma twój “cel” - powiedziała. Wzdrygnęła się lekko; niepojętnym złamaniem zasad było dla niej dobycie ostrza tylko dla pokazu, i skierowanie go przeciw czemuś innemu niż przeciwnik... ale skoro ronin i tak najwyraźniej nie miał zbyt wiele honoru, nie miało to znaczenia. Z drugiej strony, była naprawdę zaciekawiona, co potrafi tak silny mężczyzna z tak wielką bronią...

-Hai, hai.- rzekł ronin ustawiając jedną szczapę na drugiej, aż uzyskał mniej więcej wysokość niskiego wieśniaka. Cała ta konstrukcja lekko się chybotała, ale Kuro to nie przeszkadzało. Trzymał no-dachi jedną dłonią, trzymał tuż za sobą. Długie ostrze dotykało końcówką drogi.

Zamach...szeroki po pionowym łuku. Wyprowadzany wyprostowaną ręką, aż do pionowej pozycji, gdzie druga dłoń również pochwyciła rękojeść oręża.
Głośny krzyk... Ostrze no-dachi wbiło się błyskwicznie w pierwszy kawałek drewna, potem w kolejne i kolejne. Twarz samuraja zrobiła się lekko czerwona, mięśnie wyraźnie się napięły ale miecz ciął dalej, aż do ostatniej szczapy. Cały cios swą siłę nie zawdzięczał bynajmniej samy rękom Kuroichiego. Pochylona przy ciosie sylwetka świadczyła, że siłę ciosu nadało ciało ronina. Przez moment się zresztą wydawało, że ostrze przeszło przez drewno niczym przez powietrze. Bowiem rozrąbane szczapy nawet nie zadrżały od ciosu. Dopiero po chwili zaczęły się rozsypywać na boki. Kuro się wyprostował i zadowolony z siebie wsunął powoli no-dachi do sayia.

- Dziękuję - dziewczyna pokłoniła się płyko, maskując tym samym zdumienie mocą techniki ronina. Kiedy się wyprostowała, jej twarz była znów obojętna. - Nie ma chyba więcej spraw do omówienienia, prawda? Proponuję wyruszać, w drodze poznamy i przeciwnika, i miejsce...I opracujemy odpowiednią strategię. Chyba, że coś cię tu zatrzymuje, Kuroichi-san?
- Kuro... Kuro-san wystarczy. I nie masz za co dziękować. Trudno zaufać komuś, kogo talentów nie można być pewnym, skoro się ich nie widziało. Ne Shira...san?- uśmiechając się ronin nałożył na ciało kimono.- Mnie tu nic nie trzyma. W każdym razie nic ważnego.

***

Nie minęło wiele czasu, kiedy potężny mężczyzna, dzierżący wielki miecz, razem z drobną dziewczyną, niosącą nie mniej wielki łuk, przekroczyli bramę miasteczka i ruszyli szlakiem w góry...

 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!

Ostatnio edytowane przez Autumm : 21-07-2013 o 16:24.
Autumm jest offline  
Stary 22-07-2013, 20:58   #10
 
Temteil's Avatar
 
Doprawdy dziwne...- pomyślał mnich. Praktycznie nic nie łączyło pięknej kobiety i potężnego, surowego z twarzy mężczyzny, prócz gościnności i miłego usposobienia. Jego ciekawość co chwilę zaczepiała go w duszy by zadać niezręczne pytanie dotyczące znikomego podobieństwa rzekomej córki i ojca. Nie zamierzał on jednak być nieuprzejmy, szczególnie wobec swych gospodarzy którzy przyjęli go w gościnę. Bez nich zapewne siedziałby teraz przemoczony do suchej nitki gdzieś w jakiejś małej grocie, czy bambusowym lasku. Zerkał zaledwie od czasu do czasu to na młodą kobietę, to na jej ojca, by dopatrzyć się choć jednego elementu który wskazywałby na ich pokrewieństwo.
Gdy ojciec przebierał się w suche ubrania, na jego plecach, nie sposób było nie dostrzec licznych blizn, jakby po pazurach dzikiego, dużego zwierzęcia. Nie krępował się jednak nagością, ani szpetnymi szramami. Usiadł obok ogniska, wydychając powietrze z ulgą.
- Dokąd zmierzasz mnichu?
- Mam zamiar udać się do miasta Orishi - odpowiedział mnich - Możesz mi powiedzieć co można tam zobaczyć ciekawego? - zapytał po chwili.
- Słyszałem, że wyznaczyli nagrodę za bandytów, z gór na zachodzie. Strasznie męczą okoliczne wioski, a ciężko ich w tych przełęczach dopaść. W mieście samym gospod mnóstwo, tam to się dowiesz, co warto zobaczyć - odpowiedział biorąc od córki miskę zupy, którą uraczyła też Atsushiego. - No, ale mają też piękny ogród tam. Jak będziesz to polecam tam zajrzeć. Tamtejszy ogrodnik odwala kawał dobrej roboty od wielu lat.
- Hmmm...Co mogę powiedzieć...Jako że jestem mędrcem nie przystoi mi odbierać życia innemu człowiekowi, ale jak się sprawy mają tak jak mówisz to nie będę siedział z założonymi rękoma gdy bezbronni wieśniacy cierpią. Co do najróżniejszych gospod w Orishi to powiem tylko tyle, że nie będę się zbytnio pogrążał w alkohol...Co najwyżej skosztuję kilka łyczków sake i to mi wystarczy. A do ogrodu na pewno zajrzę. Zawsze miło jest spojrzeć na współpracę człowieka z naturą, ale tylko wtedy gdy ta przebiega w sposób spokojny i harmonijny - powiedział Atsuschi przełykając powoli przepyszną zupę. - Twa córka wspaniale gotuje panie. - dodał po chwili uśmiechając się i wycierając resztę potrawy pozostałą na jego ustach rękawem pomarańczowej szaty.
- Tak, Juri to dobra dziewczyna - pokiwał głową. - Wiesz mnichu... dziwny to przypadek, ale sam miałem zamiar jutro udać się do miasta. Skoro już tu jesteś, może i nie jest to zrządzenie losu, więc co powiesz na to byśmy razem się tam udali? - spytał nagle.
- Z miłą chęcią. Razem jest zawsze bezpieczniej.- powiedział, szeroko się uśmiechając i patrząc prosto w oczy swego gospodarza.
Yeijiro dość rzadko mrugał... albo to Atsushi mrugał na tyle często by nie spostrzec, kiedy robi to mężczyzna.
- Byłeś już w tych stronach mnichu? Na zachodzie? - spytał.
- Nie... przynajmniej tak mi się zdaję. Musiałbym zobaczyć jakąś mapę by odświeżyć pamięć. Podróżuję po całej Japonii ale w tym miejscu chyba nie byłem... - powiedział niepewnie gładząc się po podbródku.
- To musi być ciekawe życie... ciągłe podróże, przygody, nowi ludzie - mruknęła Juri.
- Ale i trudne - dodał jej ojciec, karcąc ją wzrokiem. - Udam się już spać, zmęczyła mnie dziś praca - powiedział odstawiając miskę. Wstał i skierował się do sąsiedniej komnaty.
- Pościel tutaj naszemu gościowi Juri. Zbudzę cię z rana mnichu na śniadanie, byłbym też zaszczycony, gdybyś towarzyszył mi w porannych modłach - dodał jeszcze kłaniając się.
- Oczywiście. - odpowiedział mnich ze spokojnym uśmiechem na twarzy, który z resztą towarzyszył mu przez cały pobyt w chatce.
Juri przygotowała posłanie dla mnicha i sama położyła się na drugim końcu pomieszczenia
Ranek był znacznie mniej przyjemny niż wieczór.
- Dobrych snów Atsushi - mruknęła układając się do snu.
Atsushi obudził się wśród sterty spopielonych gruzów. Z trudem oddychał, przygnieciony przez mokrą, przegniłą deskę, pociemniałą od trawiącego nią kiedyś ognia. Wciąż znajdował się pośrodku bezkresnego pola, dość blisko drogi prowadzącej do lasu, ale zamiast domu, zastał masę starych, przepalonych desek i kamieni. Nie było śladu po wczorajszych gospodarzach
- Mnichu? Mnichu? Dobrze się czujesz? - spytał jakiś niski drwal. Podbiegł ze swoim wyższym o głowę towarzyszem do sterty gruzu i pomógł Atsushiemu podnieść ciężką deskę, która go przygniatała.
- Ekh...Ekh... - odkaszlnął mnich wstając powoli i otrzepując się z pokrywającego jego szaty pyłu. - Gdzie...Gdzie ja jestem? Gdzie ta dziewczyna...Juri...i...i gdzie jest jej ojciec? Co się stało z ich chatą?! - zapytał zdezorientowany.
- Z tą chatą? Z tą kupą gruzu? - upewnił się wyższy drwal, zdejmując drewienka z pleców. - Och... parę lat temu dom, w którym mieszkał ojciec z córką, nawiedził bandyta przebrany za mnicha. Ugościli go, nakarmili, a on w nocy zabił i zgwałcił dziewczynę, a potem zamordował ojca. Mimo morderstw jakie popełnił w domu, spędził tu resztę nocy, rozpętała się straszna burza... piorun trzasnął i spłonął żywcem - opowiedział szybko krzywiąc się i wzdychając smutno.
- Taaa... szkoda. Yuijiro był dobrym przyjacielem, pracowity drwal... ale czemu tu spałeś? - spytał nagle, jakby wyrywając się z roztargnienia.
- Ale... ale jak to parę lat temu? Jak to zabił? Jaki bandyta przebrany za mnicha? Co się tutaj dzieje? Kim wy w ogóle jesteście? - zadawał jedno pytanie po drugim, nie wiedząc o co tak naprawdę chodzi. Przecież spał u swoich gospodarzy, jadł z nimi kolację. A co najważniejsze był mnichem... jak więc wyjaśnić to że jego gospodarze zginęli? Czy możliwe że zabił ich we śnie, nieświadomie? Czy możliwe że przespał kilka lat?!
- Drwalami jesteśmy, a na kogo wyglądamy? - spytał niższy wzruszając ramionami. - Wracamy z lasu i pomyśleliśmy, że zajdziemy się pomodlić przed ich grobem, a tu patrzymy, a pan tu leży...
- Ja... nie... to musi być jakiś zły sen, koszmar... - powiedział mnich odbiegając nieznacznie od dwóch drwali. -Wy! Wy jesteście demonami które mącą mi w głowie! Precz! - krzyknął tak, że aż ptaki odleciały z drzew w pobliskim lesie.
Obaj drwale spojrzeli po sobie i podnieśli swoje pakunki drew.
- Nooo... dobrze. Jak pan chce to sobie pójdziemy - mruknął niższy i zaczął odchodzić. Towarzysz podążył zaraz za nim i nie szczędzili sobie dziwnych spojrzeń skierowanych w stronę mnicha, gdy wielokrotnie się obracali.
Atsushi spuścił wpierw głowę na dół, później przeniósł swój wzrok w błękitne niebo. Przez krótką chwilę bił się z myślami, aż w końcu postanowił porozmawiać jednak z odchodzącymi drwalami... Może oni byli jakimś kluczem? Kimś kto może mu pomóc?
- Hej! Zaczekajcie! - zawołał więc biegnąc w ich stronę.
Obrócili się raz jeszcze, przystając i patrząc na niego pytająco.
- Dokąd zmierzacie? Nie czasem do Orishi? Jeśli tak to mógłbym tam udać się razem z wami... Muszę dowiedzieć się o co tutaj chodzi... - odpowiedział patrząc im prosto w oczy, z nadzieją że zgodzą się na wspólną podróż i że ich droga pokrywa się z jego.
- Orishi jest za tym lasem, z którego przyszliśmy, zmierzamy już z powrotem do domów. Jeśli chcesz iść do miasta to uważaj na bandytów na drogach. Ostatnio tu ich sporo - odpowiedział wyższy po dłuższej chwili zastanowienia.
- Ta... ten co zamordował Juri i jej ojca był z ich paki. Już od paru lat się tu panoszą, ale ostatnio urośli w siłę. Chyba mają jakiegoś lepszego przywódcę, tak się przynajmniej mówi po gospodach - dodał niższy.
- Hmmm... Yuijiro mówił mi, że ktoś wydał zlecenie na bandytów. Mieliśmy się też udać razem do miasta ale... coś się tutaj stało... - powiedział mnich błądząc oczyma po okolicy -
Aaa... jest tu ktoś kto ochrania podróżnych? Sam z pewnością sobie nie poradzę... - dodał po chwili.
- Yuijiro ci mówił? - mruknął większy drwal, mrużąc oczy.
- Eee... skoro wyznaczyli za nich nagrodę, to też sporo łowców się kręci na drogach. W pobliżu nie ma żadnego yoijimbo. Zresztą wyglądasz na mnicha, a takich raczej nie ma z czego okradać... bez urazy - powiedział mniejszy, cofając się o krok. Chyba chciał spławić mnicha, po tym jak ten wspomniał o rozmowie ze zmarłym.
- W takim razie żegnajcie... muszę czym prędzej udać się do Orishi i dowiedzieć co się tutaj dzieje - rzekł mnich obracając się do wcześniejszych rozmówców plecami i odchodząc bez zbędnego ceremoniału.
 
__________________
"Ani drogi do nieba, ani bramy do ziemi."

Ostatnio edytowane przez Temteil : 22-07-2013 o 21:06.
Temteil jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:31.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168