Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-01-2014, 02:42   #1
Banned
 
Fatum rajcy Hieronima

Mamy 23 kwietnia A.D 1603 - poniedziałek - dzień św Wojciecha patrona Polski.
Jutro zaczyna się jarmark "Wincyntym" zwany.






Dzień był piękny, słoneczny zdał się wręcz wymarzony na świętowanie. Bo to świąt było akurat teraz kilka. Primo wczoraj była niedziela, secundo dziś Wojciecha patrona Rzeczypospolitej co przez pogańskich Prusów został zabity, no a jutro świętego Wincentego i początek jarmarku.

Chłopstwo, ludzie wolni, Kozacy, Cyganie, dziady proszalne, lirnicy i zwykli oczajdusze zajęli błonia pod miasteczkiem tworząc kolorowe zbiorowisko kramów zbitych byle jak, bud, namiotów i kleć. W mieście zaś jako że po sumie było wyległa przed świątynie szlachta, mieszczanie z samym burmistrzem i Radą na czele rzecz jasna.






Ałtyn

- Oj panienko - sapnął stary Cyryl jadący przy kolasce - dobrze że pan Gregowius o naszym przyjezdzie uwiadomiony bo to tu teraz i szpilki nie wciśniesz.

Była to prawda. Przed bramą kłębił się tłum pieszy i konny, wozy stały w kolejce, watahy usmarowanych dzieciaków kręciły się pod nogami. Porządek starali się zaprowadzić pachołkowie miejscy i żołnierze z regimentu księcia, ale ich próby zdawały się tylko powiększać zamieszanie.
Jednak Szkot zadbał by Ałtyn i jej towarzyszce żadne niewygody nie zagroziły. Na widok znacznego przecież pocztu, bo pani Grzegorzewska i Ałtyn w lekkiej kolasce szlachcianki podróżowały, a do tego wozy trzy, służba i pacholikowie, słowem ludu tyle co ćwierć chorągwi prawie, ruszyło ku nim czterech olbrzymów niemalże, torując sobie drogę przez tłum.
Ałtyn poznła ich zaraz bo też trudno było ich z kimkolwiek pomylić. Byli to czterej synowie Gregoviusa, "Czterema Apostołami" zwanymi jako że Jan, Łukasz, Mateusz i Marek ich ochrzczono. Mówiono też, a była to prawda że jak komu ewangelie "po szkocku" w gospodzie wyłożą mniej niż ruski miesiąc nie ma nikt prawa jej zapomnieć, a przed tygodniem z łoża zwlec.

- Witam Waćpanie - skłonił się Jan Gregovius - ojciec przepraszają stokrotnie, ale sam Książę Korecki do miasta zjechał i na uczcie ku czci jego osoby przez Radę Miejską przyobiecał się zjawić. Tedy ojciec nas wysłał byśmy mogli Waćpannom usłużyć mogli.
Mówił dobrze po naszemu, bo od dziecka w Polsce już chowany jak pierwszą, a nie druga ojczyznę Rzeczypospolitą miał i tylko po rudej czuprynie i brodzie, oraz strojowi szkockiemu który od święta ubierał różnił się od Polaka. Takoż jego bracia w ukłonie się zgięli a zakrzątnąwszy się z czeladnikami co u ojca jego pracowali przejście dla kawalkady uczynili.
Apostołowie na znak szacunku przy kolasce idąc wiedli orszak ku rynkowi gdzie znaczne persony domy miały w tym rzecz jasna i Gregoviusowy.
- Pani matka już przez umyślnego powiadomiona i izby jakie najlepsze przygotowane. Prosimy w niskie progi - zapraszali młodzi Macgregorowie






Paweł Czermiński


Po przepychaniu się na Rynek, gdy pacholik Bartek gardła sobie mało nie zdarł by drogę dla pana jego zrobiono stanęli przed karczmą znaczną, na której szyldzie ni to kogut, ni feniks, w każdym razie ptaszysko znaczne całe w czerwieni i złocie przedstawione było. Napis pod nim "Pod Wdałym Kurem" oznajmiał.
- Oj panie, dyć tu luda tyla że hoho chyba w Krakowie albo Moskwie na raz się zdarza - westchnął pacholik widząc mrowie ludzi wokół, stroje barwne, towary, szlachtę znaczną, bogato przyodziane mieszczaństwo, którzy z kościoła właśnie wychodzili.
Słyszało się tu mowę polską, moskiewską, niemiecką, turecką, ormiańską i diabli wiedzą jeszcze jaką. Bo tez Wichacz miasto może nie nazbyt wielkie na samych znaczniejszych szlakach leżało i nie darmo niektórzy prorokowali że niedługo może być drugim Frankfurtem zwane gdzie najznaczniejsze targi w Europie się odbywały.
- Gdzie my tu głowę przyłożymy panie jak tu ćma ludzi taka ?
Szlachcic nie odpowiedział stropiony widocznie sam, bo dawno w kraju nie będąc Wichacz ledwo mógł poznać. Sprawy ojcowizny chcąc dogladnąć do miasta zjechał ale ani się spodziewał tłumów takich. Poprawił jednak szaty i krokiem dumnym wszedł do karczmy.






Jerzy Rossowski


Gdy miasto ukazało się ich oczom bito właśnie w dzwony na sumę, ale nim dopchnęli się do bramy, nim ją minęli, drogę przez tłum utorowali i na rynku przy studni wielkiej przykrytej daszkiem na czterech słupach na chwile odpoczynku stanęli ludzie już zaczęli z mszy wychodzić.
- Peter ponoć tu twoi krajanie licznie osiedli - zwrócił się do towarzysza po niderlandzku.
- Ja, mijnher - zapytany przytaknął - dziad mój z kuzynami przyjechali na te ziemie lat będzie z pięćdziesiąt, ale gdzie tu ich szukać ? Miasteczko jakich u nas bez liku, ale ludzi taka mnogość, taka mnogość - powtórzył i rozglądnął się po tetniącym życiem rynku stropionym wzrokiem.
- A to chyba poganie ? - wskazał palcem dwóch brzuchatych Turków z paluchami zdobnymi w klejnoty jacy przeciskali się nieopodal.
Jego pan jednak chyba go nie słyszał, bo ze zmarszczonym czołem zastanawiał się nad czymś. Faktycznie takich tłumów nie przewidział. I w dodatku jakieś święto jeszcze. Chyba przyjdzie im parę dni przeczekać aż się wszystko uspokoi. Tylko gdzie ? Wychodzi na to że w Peterze nadzieja może rodaków się doszuka. A może i stryja znajomków jakowychś spotkają.





Michał Wasilewski


Dwoje szlachty przepychało się ku rynkowi ulicą Łucką pełną teraz luda wszelakiego. Jeden z nich starszy blady był i jakby nieco słabował jeszcze, a może tez od tłumów odwykł. Drugi starał się go wspierać i jakoś tak pospołu, prowadząc konie dotarli do karczmy "Pod Wiechą ". Ciżba falowała, przelewała się koło nich migocząc barwnymi strojami, chustami, ba nawet turbanami.
- Spoczniemy może stryjcu ? - spytał się młodszy.
- Ano zdałoby się - odparł ten starszy i blady - zobacz chłopcze czy kąt jakiś tu znajdziemy. I sakwę podaj, bo to rzecz ważna.
Gdy młodzik podał mu torbę, przytulił ją do piersi jakby tam co najmniej skarby chanowe trzymał. A na takiego coby wiózł takowe nie wyglądał. Rozglądał się wkoło bacznie raz na czas na którejś twarzy wzrok na dłużej zatrzymując, po czym błądził spojrzeniem dalej. Upał robił się coraz większy choć wiosna przecież była dopiero, ale roku tego przyszła wcześnie i ciepła bardzo. Czekał aż chłopak wróci.
 

Ostatnio edytowane przez Halad : 16-01-2014 o 04:28.
Halad jest offline  
Stary 18-01-2014, 12:42   #2
 
Hawkeye's Avatar
 
Wichacz był miasteczkiem jakich na całym świecie było bez liku. Zresztą może była to kwestia licznie osiadłych tu Flamandów, lub po prostu kaprysu właściciela tego miasteczka, jednakże w tym miejscu tak oddalonym od centrum Europy, miało ono jak najbardziej europejski charakter.

Nawet te kolorowe tłumy wylegające na ulicy, nie burzyły za bardzo tego uczucia. Mogły zresztą przywodzić na myśl jedno z tych małych miasteczek na drodze do Rzymu stojących, gdzie zawsze można było spotkać tłumy pielgrzymów i kupców.

Gdy już udało im się dostać do miasteczka i zająć końmi szlachcic zasiadł przy studni dającej cień. Właściwie był trochę zmartwiony zastaną w miasteczku sytuacją. Nie przewidział, że może odbywać się tutaj jakieś święto. Cóż na całe szczęście, nigdzie mu się nie spieszyło. Słońce Burgundii pozostało daleko w tyle, więc cóż mogło znaczyć kolejne parę dni, w tym ogólnym rozliczeniu?

-Peterze, sprawdź czy uda ci się znaleźć dla nas jakąś kwaterę - zwrócił się do swojego sługi po francusku, przechodząc na ten język przede wszystkim dla swojej wygody. Nikt nie zwracał na nich uwagi, być może mieszkańcy byli przyzwyczajeni do kakofonii języków.

Młody sługa kiwnął głową i zniknął gdzieś w tłumie, pozostawiając Jerzego sam na sam ze swoimi myślami.

Minęła godzina gdy jego sługa powrócił uśmiechnięty, co już świadczyło o jego trumfie. Zresztą szlachcic nie wątpił, że obrotny towarzysz wróci z tarczą. Rossowski cenił sobie spryt i inteligencję, a w podróż którą od pewnego czasu odbywał, nie wybrałby się z byle ułomkiem.

-Panie krewnym moim jest rajca Hieronim Morsten. Nie zastałem go, ale z jego żoną rozmawiałem i chętnie nas przyjmie - szlachcic również uśmiechnął się chwaląc młodego towarzysza i powstając z miejsca. Nie dość, że kwaterę znaleźli, aby święto przeczekać, to jeszcze Jerzy mógł swoją sprawę załatwić.

Sługa poprowadził go do jednej z kamienic przy rynku, i po podstawowych, grzecznych przywitaniach, udał się aby zająć się końmi.

Jerzy w tym czasie podziękował swojej gospodyni, która chyba nie za bardzo nawykła do dworności z jaką szlachcic starał się do niej odnosić, ale która wyglądała na zadowoloną, że ktoś znaczny jest jej gościem. Nie wątpił, że będzie chciała się pochwalić swoim przyjaciółkom. Pamiętał, że to samo odbywało się w Paryżu podczas koronacji Henryka. Gospodynie cieszyły się, gdy mogły ugościć "królewskich ludzi", chociaż zapewne złoto cieszyło je równie mocno.

Rossowski był jednak zadowolony z pokoju, cieszył się, że będzie mógł odpocząć w komfortowych warunkach i spokoju, jaki przecież żadna karczma nie mogła zapewnić. Tak, wszystko układało się jak najbardziej pomyślnie ...
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 18-01-2014, 17:51   #3
 
Earendil's Avatar
 
Już gdy przekraczali bramy miasta Paweł czuł się nadzwyczaj skonfundowany. Obraz Wichacza jaki miał przed sobą kłócił się z jego wspomnieniami z dzieciństwa, w których to mieścina przedstawiała mu się jako nieciekawa miejscowość Niemców, rzemieślników i zbieraczy lnu. Tymczasem ogrom luda jaki przelewał się ulicami miasteczka wprawił go w konsternację.
-Hej, Bartek, czy myśmy aby dróg nie pomylili?- spytał swojego młodego pachołka, który szedł obok niego trzymając konie za uzdy.
-Ach nie, panie, jakżeby? Tu jeno jutro Wincyntego jarmark bedzie, to i ludzi kupa- odpowiedział zagadnięty chłopek.
„Jarmark”, pomyślał sobie Czermiński. „No tego jeszcze brakowało. Ale skąd miałem niby pamiętać, że tu teraz jarmark będzie? Jak wrócę, to chyba komuś nahajką po grzbiecie przejadę!”. Irytowało go to iż musiał się w takim tłoku przedzierać, a nawet że czasem ktoś go trącał. On, rycerz musi się z mieszczuchami ściskać! Pomny jednak na swoją sprawę z którą przyjechał, postanowił tym razem odpuścić i wziął się za szukanie noclegu.

Bartkowi łatwo udało się znaleźć miejsce dla koni, gorzej jednak z karczmą. Ostatecznie skierowali się do „Wdałego Kura”, który ponoć najprzedniejszym lokalem w mieście jest. Gdy w końcu dostał się do środka uderzyła go straszliwa duchota. W izbie przy stołach i szynku siedziało mnóstwo ludzi, różnych narodowości, jednakże widać było iż wszystkich łączył wysoki status społeczny. Tam jakieś Żydki ugadywały interes z widocznie przybyłym starym szlachtą, tu dziewki obsługiwały jakichś kupców dużo sobie obiecujących po jutrzejszym dniu. Paweł podszedł do szynkwasu rzucił pieniądzem na ladę i zażądał najprzedniejszego miodu, bo na trzeźwo już dłużej nie wytrzyma. Parę razy próbował u pulchnego karczmarza wynegocjować pokój na noc, na co ten jednak zdecydowanie się nie zgadzał.
-Panie wielmożny, dla mnie wielkim zaszczytem byłoby podjęcie Waści, ale jak, gdy już miejsca nie ma? Tutaj wszędzie już parę dni temu pozajmowane były izby. Słyszałem, że jeszcze „Pod Wiechą” miejsce się znajdzie, a lokal wcale nie tak lichy by Waszmości niemiłym był.

Ostatecznie Paweł musiał przyznać mu rację i wysłał Bartka by ten zajął im tam miejsce. Sam mając dość przepychania się przez tłumy został w karczmie pijąc przyniesiony miód. Zagadywał też co jakiś czas do gospodarza, pytając o wieści, a także czy nie wie gdzie mieszka imć Klewka, do którego ma sprawę związaną ze spadkiem po ojcu, Gustawie Czermińskim. Pytał głośno, licząc że może ktoś z obecnych zagadnie do niego, pomny na jego ojca nieboszczyka, który był znaczną personą w okolicy i może nawet podejmie go u siebie.
 
Earendil jest offline  
Stary 20-01-2014, 16:21   #4
 
Wojan's Avatar
 
Miasteczko niezbyt do gustu przypadło, panu Michałowi. Nawykł do bywania w lepszych miejscach. Ścisk tutaj i harmider panował niemiłosierny. A pan Michał, choć do bitewnego zgiełku, huku armat i szczęku broni nawykły był, to za hałasem nie przepadał. A zwłaszcza, gdy jego źródłem była jakowąś białogłowa o cienkim głosie lubo insza przekupa, co gardło zdziera, coby swoje towary zachwalać.
Zadumał się więc pan Michał nad ludzkiego żywota marnością i coby sobie oczekiwanie skrócić, a i chrześcijańskiego obowiązku dopełnić, po różaniec co go w kieszeni nosił, sięgnął.
Modlitwy do świętej Panienki począł wznosić, coby się miejsce w karczmie dla niego znalazło, a i misja jaką mu powierzono bez perturbacji przebiegła.

- Stryju! Stryju! - młody Daniel Iłowicz wybiegł z karczmy, jak poparzony.
- Czego takie larum podnosisz? - zmitygował podopiecznego stary szlachcic - Pali się, czy co?
- Palić, nie pali, ale karczmarz mówi, że miejsc już nie ma i na majdanie kazał mi sobie miejsce znaleźć.
- Że co? - oburzył się pan Michał i aż z nerwów wstał gwałtownie - Nie może to być. A mówiłeś, że ze sławnym w całej Rzeczpospolitej żołnierzem jesteś.
- Mówiłem stryju, mówiłem. A on na to, że dzisiaj w mieście to sami znani i szanowani.
- To dziad jeden - warknął pan Michał i z wypiekami na twarzy do karczmy wkroczył.
Próg przekroczywszy zatrzymał się i oczy do półmroku przyzwyczajał. Gdy to się stało rychło Żyda, co karczmę prowadzi namierzył i szybkim krokiem ku niemu ruszył. Prawa dłoń szlachcica już na czekaniku, co mu u pasa wisiał, spoczęła. Żyd widząc, co się święci przed pana Michała wyszedł i nisko kłaniać się począł i pokłony bić.
- Witaj panie. Czym służyć ci mogę? Wina abo miodu się napijesz?
Pan Michał zatrzymał się i karczmarza od stóp do głów, bacznie zmierzył.
- To też, ino później. Krewniaka mojego zrugałeś i noclegu mu odmówiłeś.
- Wybacz panie, ale ja nie tylko jemu odmówić już muszę. Miejsc już nie ma, taki ścisk w mieście panuje.
- Młodemu to możesz wszystko wmówić. Mnie jednak, pierwszego żołnierza Rzeczypospolitej, co własnej piersi nadstawiał, aby wojnę ze Szwedem wygrać, ugościć musisz. Takie szlacheckie prawo i żołnierski przywilej.
- Panie pomiłuj. Teraz w mieście to same karmazyny i purpuraty zjechały.
- A co magnaty i purpuraty obchodzą. Obrońcą ojczyzny jestem, rozumiesz. Nie godzi się takiej personie gościny odmawiać.
- Nie wątpię panie, żeś rycerz jeden z pierwszych. Miejsc jednak nie mam, a przecie w komórce cię nie umieszczę.
- O żeś ty padalcu! - warknął pan Michał i już po czekan sięgał, gdy nagle z boku się jakiś podpity szlachcic odezwał.
- Pohamuj acan nerwy. Żyd prawdę gada. Karczma w szwach pęka i miejsce nie ma.
Pan Wasilewski zmierzył swego rozmówcę surowym spojrzeniem, ale ani słowem się nie odezwał.
- Słuchaj Żydzie - powiedział przez zęby, do karczmarza się zbliżając - Poszanowania dla szlachty nie masz, ani honoru podły psie. Ja jednak wiem, co ci do rozumu przemówi. Masz mnie za szaraczka, co to się do wielmożów drzwi dobija i o jałmużnę prosi. Mylisz się bratku, oj mylisz.
Pan Michał do kabzy sięgnął i garść złotych monet Żydowi w twarz sypnął.
- Pokój dla imić Michała Wasilewskiego herbu Kościesza i bratanka jego imić Iłowicza, ino chyżo! - wrzasnął pan Michał tak głośno, coby go w każdym kącie sali słychać było.
Żyd na chwil kilka osłupiał, niczym biblijna żona Lota, ale w końcu po momenty się schylił i łapczywie począł je zbierać.
- Natan, do mnie! - krzyknął karczmarz - Pokój dla imić Wasilewskie przygotuj, ale biegiem.
Zebrawszy monety karczmarz stanął przed starym szlachcicem ze spuszczoną głową i czekał, jak na zmiłowanie.
- No co tak stoisz? W gardle mi zaschło. Miodu w szklanice lej, a i o mym serdecznym przyjacielu, imić... - tutaj pan Michał głos zawiesił i w stronę szlachcica, co uprzednio do niego zagadał, spojrzał.
- Kalinowski, panie Michale. Jerzy Kalinowski - przedstawił się szlachcic.
- Imić Kalinowskim nie zapomnij - dokończył imić Wasilewski, po czym rozsiadł się wygodnie w ławie i na trunek czekał.
 
Wojan jest offline  
Stary 21-01-2014, 10:02   #5
 
Asenat's Avatar
 

Na maleńkim cmentarzu na wzgórzu pod Wichaczem, na którym okoliczni Karaimowie chowali swych zmarłych, grób Eliasza, przodka Ałtyn i pierwszego z rodu, co począł proch czynić, był jedynym, który opatrzono inskrypcją po polsku. Eliasz chciał, żeby wszyscy rozumieli, co się wydarzyło, i by każdy mógł sobie przypomnieć w potrzebie, bo pamięć ludzka zawodną jest ode zawsze.

Tynczłych toprahyna, pokój ich prochom, głosiły hebrajskie litery na grobie babki Ałtyn, jej ojca i macochy, ofiar wiosennego moru, który przetoczył się przez te ziemie trzy lata temu, wiele istnień zabierając ze sobą. Jarychłych dżanyna, światłość jej duszy, kazał napisać ojciec na starszej mogile, należącej do matki Tynci. Ale obelisk, pod którym spoczywały kości Eliasza, zwanego Elim, po polsku opisano, słowami ze Starego Testamentu.

Ogień wyszedł od Pana.


To rzekł, gdy za jego bohaterstwo chcieli go uszlachcić. Tak, on, Eliasz, przekradł się do kozackiego obozu, samojeden, w deszczową noc. Jednak był tylko narzędziem w rękach Boga, który za jego sprawą postanowił ukarać zdrajców Rzplitej. Ogień wyszedł od Pana, ogień od Pana w huku i snopach iskier strawił kozacki proch. Bóg zabrał też wówczas połowę twarzy Eliasza, ale pozwolił mu dopełnić zadania i przeżyć.

Eli nie przyjął zaszczytów, ale długi sznur jego potomków, z których Ałtyn była ostatnia, na stale związał się z ogniem i prochem.

Ogień przychodzi od Pana, szeptali na żarnami swego młyna i sitami do kiernowania. Znakiem spalonej do połowy twarzy swego przodka stemplowali beczki. By pamiętać, i by inni pamiętali, jaka była cena. Ich naród zawsze był dobry w pamiętaniu.

Ałtyn złożyła na grobie swej babci, po której odziedziczyła imię, kilka polnych kwiatów.
- Dziadek rzec ci kazał, że czekał trzy lata, aż przyjedziesz do niego z Krymu, a ty trzy lata czekałaś na niego w niebie. Niebawem do ciebie dołączy.

Nie płakała. Nie był to jeszcze czas na łzy. Dziadek Michaszko nie odejdzie, dopóki Ałtyn nie dopilnuje wypełnienia jego woli. Ta zaś z weselem się wiązała, nie z żałobą.

Dlatego też Ałtyn ruszyła w drogę, wóz jeden szczelnie wypakowszy najpiękniejszymi ze swych sukni, w tym i tureckimi materii grubo i bogato haftowanymi, w jakich lubowali się Karaimowie, a jakie babka Ałtyn jeszcze z Krymu w posagu przywiozła.
Kobieta ma być klejnotem swej rodziny, skrzącym się jak złoto skarbem. Ałtyn całą sobą uosabiała tę starą regułę.


Jarmark miał się zacząć jutro, ale już handlowano. Spóźniła się co najmniej o dzień jeden, jeśli nie o dwa. Nie miała wątpliwości, że Gregovius odpowiednio jej straty swoje wyliczy i potrąci. Zresztą, niech potrąca sobie na zdrowie, byle plecami nie odwrócił się, znajomość i interesa zrywając na zawsze. Prawda była taka, że Ałtyn o wiele bardziej potrzebowała szkockiego rusznikarza i jego przychylności niż Gregovius potrzebował Karaimów z Prochowego Młynka.

A jednak urazy chyba wielkiej nie chował, skoro synów swych wysłał i do domu swego zaprosił...

Ludzkie mrowie ją onieśmielało. Onieśmielali ją zamaszyści Szkoci i kramarz, co się rękawa jej uczepił, buteleczkę maleńką ze szkła ciemnego w ręce wpychał i zarzekał się zawodząco, że prawdziwie najprawdziwsza to larendogra, i że Ałtyn godna jest perfumy węgierskiej królowej. Dziewczyna uważała, że z buteleczki zajeżdża ostro nie perfumą, a kozacką gorzałką, a koło rozmarynu bebłota ta bez ochyby nawet nie stała. Wreszcie jeden z Apostołów przegonił nachalnego kupczyka i wyzwolił Ałtyn od rozważań, czy nie powinna kupić paskudztwa, co się jeno na wszy nadawało, aby Żydowin wreszcie jej odpuścił.

Zaplotła dłonie na podołku, wzrok spuściła w dół, i cichym głosem podziękowała za zaproszenie i troskę i towarzyszkę swą przedstawiła. Toczek i chustę białą poprawiła na wdzięcznej główce, by się włosy spod nich nie wymykały w niegodny panny karaimskiej sposób.

- Prowadźcie zatem, mili gospodarze.



Pośród czeladnikami kręcił się smukły młodzieniec o oczach tak czarnych i aksamitnych, jak musiało być niebo nad pustynią, na którą z Egiptu uciekli Izraelici. Ałtyn doglądała wyładunku beczek z prochem zamówionym, wśród których ten do muszkietów wiódł prym. Nawet chciała zagadnąć młodzieńca, poprosić, by słowo od niej zaniósł czcigodnemu hazzanowi Abkiewiczowi, że Ałtyn czeka pokornie na posłuchanie... Jednak Czterech Apostołów śledziło czujnie każdy jej krok i odpuściła. Nie byłoby to mile widziane, że czeladnikiem ojca ich wedle swej woli rozporządza. Nie, choć serce się rwało. Cyryl pójdzie do hazzana i rzeknie, co trzeba.

Czarnooki czeladnik beczkę pochwycił, ta ześlizgnęła się z jego ramienia.
- Ostrożnie! - wyrwało się Ałtyn mimowolnie, ale piękny młodzik już beczkę pewnie chwycił i od upadku ocalił.
- W mej kondycji, dobra panienko, człek szybko ostrożności się uczy.
Nie wiedziała, co rzec na to ma, i skinęła tylko głową, by podejść do najstarszego z Apostołów. Nie umknęła jej uwaga o znacznym gościu, którego mieszczanie podejmowali, i zdecydowała się kuć żelazo póki było gorące i nie zdjęto go jeszcze z kowadła.
- Dobry mój panie McGregor... Pomówić o sprawach ważnych dla rodziny twej z tobą muszę. Pierwej jednakże na prochy w magazynie jeszcze rzucić okiem bym chciała... Zali przyświecicie mi ode drzwi?

Pokiwał głową i lampę osłonięto przynieść chyżo kazał. Stał w drzwiach, gdy Ałtyn uniosła lekko zdobne suknie i weszła w mrok, w którym spały, poprzekładane workami z piaskiem beczki opieczętowane wizerunkiem spalonej do połowy twarzy. Przyklękła przy jednej i ramionami szczupłymi ją objęła, policzek różany przytknęła do wieka.

- Ogień wychodzi od Ciebie, Panie. Bądź łaskaw, by w dobrej sprawie użyty został. Nie dla gwałtu, rozboju i mordu, jeno do Rzplitej obrony, słabych i bezbronnych i sprawy słusznej.

***


- Jako dęby porośli syneczkowie moi - gruchała do Ałtyn pani McGregorowa, tęga kobieta o rumianej, serdecznej twarzy.
- Dobre ziarno na dobrej ziemi nie ma prawa złego plonu wydać - Ałtyn uśmiechnęła się zgodnie.
- Starsi juże do mądrości przyszli i rozważności... - ciągnęła mieszka, twarz Ałtyn badając spojrzeniem. Młoda Karaimka zamrugała. Przez moment - cóż za dziwna myśl - miała wrażenie, że dobra pani McGregor synów jej sprzedać próbuje.
- Jako żywo - Tyncia zdecydowała wziąć zachwalanie za dobrą monetę - Czy dobry pan Jan przyjdzie do nas rychło? Ważną mam sprawę do niego, co czekać nie może - Ałtyn położyła szczupłą rączkę na wieku jednej z dwóch skrzyń, które kazała czeladnikom do izby wnieść.

Wreszcie przyszedł. Najstarszy syn rusznikarski, najwyższy z Apostołów i zdaniem Ałtyn, najbardziej z nich czterech ponury i posępny. Zawsze trochę się go bała, nawet gdy Wichacz odwiedzała z dziadkiem Michaszką, choć Szkot nigdy i jednego złego słowa jej nie rzekł.

- Stokrotnie was przepraszam, mości Janie, i ojca twego, od którego nigdy nic prócz zacności i serdeczności nie zaznaliśmy - odezwała się cichutkim głosem, wzrok w sęk w drewnianej podłodze podle apostolskiego buta wbijając. - Wiem, że mieliśmy proch przed jarmarkiem dostarczyć, jednak dziadeczek mój zasłabował i płoche me serce niewieście kazało mi doma zostać, nim nie zacznie oddychać pewniej.
- Sprawę znamy - wbiła się w jej wywód żona rusznikarza - I już dla Micheasza u Mediolańczyka kordiał cudowny zamówiliśmy, co podle receptury samej Hildegardy z Bingen będzie poczynion.
W oczach Ałtyn na tę troskę niespodziewaną aż łzy się zaszkliły.
- Dziękuję, z serca całego. Dziadek wielce cenił przyjaźń waszą, i ja wielce ją cenię. Jednak baczyć muszę, by z naszej przyczyny, nawet niezawinionej, interesy ojca waszego dobrego uszczerbku nie zaznały. Tedy zebrałam ze sobą... - położyła dłoń na skrzyni i skinęła słudze, by wieko podwarzył.

Oczom wszystkim, w trocinach skryte, ukazały się walce różnej wielkości, kolorami rozmaitymi pociągnięte i lontami opatrzone.
- Feuerwerki - zaklaskała w dłonie pani McGregorowa. Ałtyn pokiwała główką.
- Piękne widowisko miastu dane sprawi, że wszyscy zapomną, że przez dzień jeden prochu kupić u was nie można było - Dziewczyna przetoczyła dłonią nad zawartością skrzyni. - Wszystko w najlepszym gatunku. Dalie, chryzantemy, palmy królowej Saby - wskazywała kolejne fajerwerki, wymieniając nazwy. - A to: skrzydła anielskie. Tak rzadka rzecz, że mieszczanie warszawscy dla samego króla na tylko jeden mogli sobie pozwolić. Ja cztery poczyniłam, swoim sposobem... - urwała i zaplotła ręce razem. - Grubiaństwem jest mówienie obdarowanemu, jako dar winien spożytkować, wszak sam on wie to najlepiej. Jeno z dbałości o was to czynię. Mówiłeś, dobry panie McGregor, że ojciec twój i mieszczanie zacni księcia Koreckiego podejmują ucztą. Zali nie byłoby zasadnym uwiadomić ojca twego, że wielkie widowisko możemy jeszcze wieczora tego uczynić? Mógłby zechcieć uhonorować tym wydarzeniem księcia i na uczcie ogłosić to wszem i wobec. To... w moim słabym mniemaniu niewieścim, wielce by mogło miano ojca twego, jego hojność i dla Rzplitej oddanie, poza granicami województwa naszego szeroko rozsławić.

 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 21-01-2014 o 15:11.
Asenat jest offline  
Stary 27-01-2014, 04:21   #6
Banned
 



Wichacz 23 kwietnia - poniedziałek - trzy godziny po południu


Jerzy Rossowski


Imć Roksana Morstenowa była kobieta po trzydziestce, ale piękną i na pewno bywałą w świecie. Wskazywały na to maniery , a rewerencja z jaka odnosiła się do młodego szlachcica, szczerze go ujął.
- Witaj panie w naszych progach. Rad jesteśmy wielce, żeś raczył zaszczycić nasze domostwo i ugościmy Waszmości jak będziemy umieć najlepiej - twarz jej była w kształcie serca, cera ciemna, a oczy w kształcie migdałów nadawały egzotyczny nieco wygląd. Mówiła też z lekkim zaśpiewem, przeciągając słowa.
Imć Rossowski ukłonił się kornie i ujął dłoń gospodyni. Była to ręka zdawać się mogło raczej hrabianki czy contessy niż mieszczki. Drobna, wypielęgnowana, widać było że właścicielka dbała o nią,poświęcając na to dużo czasu.
Słowa gościa, który grzecznie dziękował za przyjęcie pod dach sprawiły jej widać dużo przyjemności, bo spojrzenie jakim objęła pana Jerzego wyrażało uznanie dla jego dworności i jeszcze... no cóż coś być może jeszcze.
Zaprowadzono ich do komnat na piętro, gdzie Rossowski ujrzał swą komnatę. Czystą, jasną, przestronna, od jakiej szlachcic odwykł w podróży.
- Mąż zajęty bo gość taki jak Książe Korecki - tu dziwnie wydęła pełne usta - nie zdarza się co dzień i panowie rajcy chcą mu okazale za zaszczyt podziękować. Waszmość pewnie zdrożony, ale chyba posiłku z gospodynią nie odmówisz - zmrużyła ciemne oczy i rzuciła spod długich rzęs spojrzenie na gościa.
- Jadło nasze proste, ale chyba nie wzgardzisz poczęstunkiem ze szczerego serca ? - dorzuciła.

W tym czasie słudzy wnieśli sakwy do pokoju, zakrzątnęli przynosząc puchary, misy z lekkim poczęstunkiem. Peter został ulokowany w osobnej izdebce obok, nieco skromniejszej. Pan Jerzy mógł wreszcie usiąść i rozejrzeć się po tak szczęśliwym trafem zdobytej kwaterze.
A patrzeć było na co. Wisiały na ścianach zasłony o wzorze jak się zdało niewprawnemu w tym oku Rossowskiego wzorze wschodnim, może tureckim lub arabskim. W okno wprawiono miejscami kolorowe szybki co przy promieniach słońca stojącego teraz wysoko rzucało barwne refleksy na ściany. Szkło kielichów nie cięte może weneckich zwyczajów, ale wcale zgrabne, a wino chłodne i ciemne o silnym korzennym zapachu.
Rossowski opadł na bogato zdobione krzesło i ujął w dłoń napełniony puchar.




Roksana Morsten


Michał Wasilewski

Obaj szlachcice rozsiedli się na ławie i ujęli w dłonie naczynia z miodem hojnie napełnione przez gospodarza.
- Jestem Jędrzej Kalinowski herbu Korab - przedstawił się.
- Zgaduję żeś waść peregrynacje jakoweś odprawiał, że to nie wiesz, że dziś w Wichaczu o miejsce równie trudno co i o człeka uczciwego w tym złym świecie - zagadnął pana Michała nowy towarzysz. Był to człek lat czterdziestu może kilku, tęgi o jowialnym obliczu widać że lubiący zjeść dobrze a i popić nielicho.
- Napij się tedy waszmość bo widzę żeś na gębie wychudły i drogą zmożony. Gospodarz, Ormianin przechera, ale miody ma dobre choć liczy sobie i niemało. No napijże się waszmość - zachęcał i sam dobry przykład dawał co i rusz wąs w trunku zanurzając.
- Skąd to los prowadzi, bo widzi mi się że z wojny acan wracasz jeno teraz tyla ich w naszej Rzeczypospolitej, że trudno wymiarkować z której. No napij się waszmość, by lepiej opowieść sprawić - zachęcał nowo poznany - ja zasie o mieście opowiem, bowiem znam tu wszystkich. A i mnie tu znają - dorzucił gromko pan Kalinowski dla podkreślenia swych słów waląc kubkiem o stół.
- Opowiadaj tedy - poprosił pana Michała.




Jędrzej Kalinowski


Ałtyn

Janowi zabłysnęły oczy gdy spojrzał na cuda przez Ałtyn przywiezione. Widać że w pracy swej bardzo był zamiłowany, jako o strzelcu znakomitym mówiono też o nim, że z muszkietu nie masz nad niego lepszego strzelca w okolicy.
- Cuda waszmość panna nam tu przywiozła, cuda - rzucił patrząc na skarby w skrzynce.
- Ojciec rad będą wielce i panowie radni takoż bo zaszczyt dla nas a splendor dodatkowy dla miasta Jego Książęcą Mość zacnym widowiskiem uraczyć. Mówisz waszmość panna by ojca uwiadomić ? Ciężka to rzecz teraz, ciężka - zastanawiał się gładząc krótką, rudą brodę.
- Jakże to - Ałtyn usta ściągnęła robiąc minkę przy której nawet najtwardszym oponentom serce kruszało - jakże to drogi panie Janie nie poradzisz nic ? Sposób nie zawiódł i teraz, bo potężny Szkot jakoś drgnął, zaczął dziwnie przy kołnierzu majstrować jakby mu się gorąco nagle zrobiło.
- No przecież nie rzekłem, że się nie da, jeno że ciężko może być - wykrztusił
- Ale skoro panienka pragniesz by z ojcem pomówić to się da zrobić, no da... - ostatnie słowa wymówił jakby do siebie i zaczął zaraz polecenia wydawać. Służba kopnęła się żywo do roboty widać Jan miał u niej posłuch zaraz też i młodsi Macgregorowie zabrali się do roboty.
Ałtyn patrzyła na krzątaninę z zadowoleniem, widać było że Janowi jej pomysł przypadł do gustu.
- Niedzwiedz jakowego Litwini z puszcz prowadzą - mruknęła. Ale wbrew słowom patrzyła nań nie bez przyjemność, bo Szkot wysoki był, w barach szeroki.
Naraz jednak dobiegło jej ciche posykiwanie. To Cyryl wrócił i dawał znaki że ma coś ważnego do zakomunikowania.




Jan Gregovius


Paweł Czermiński

Pił, pił i pił, a Bartka nie było. Ale dowiedział się co nieco o imć Klewce, choć szlachta jakoś do bliższych znajomości z panem Gustawem się nie przyznawała, a Żyd przechera wykręcał się z odpowiedziami a potem umknął zaraz jakby z w szabas do drogi go namawiano.
Ale Żyd to Żyd wydumał pan Czermiński bojazn widać przed szlachetnie urodzonym czuje co też po sprawiedliwości Boskiej i prawach ziemskich być powinno. Już tez szumieć mu nielicho zaczynało w głowie gdy chłopak wreszcie zjawił się i stanął przy stole.
- O laboga Waszmość co tu luda i towarów. A kupców ile... O laboga toż chyba nigdzie tylem dobra nie widział co tu.
- W ucho dostaniesz...
- uniósł się złością się pan Paweł - włóczysz się gdzieś a ja tu siedzieć muszę i dno oglądam.
Przechylił dzban i nalał sporo trunku co jawnie przeczyło ostatnim słowom.
- Kupców ci się zachciało.. towary oglądać... a ja tu siedzę... - nie dokończył - Jakżeś się sprawił ? Chyba dla pana Czermińskiego kąt się w ty lichym mieście znajdzie - huknął.
- Oj panie nie mówcie tak, nieliche to miasto - zaprzeczył Bartek który widać nie przejął się bardzo zapowiedzią kary.
- O miejsce tu trudno ale wasza miłość całą rzecz wyłożę co i jak jeno iść musimy - pachoł pomógł wstać panu Pawłowi, któremu upał widać nieco w głowie zakręcił. Nie uszło też uwagi bystrego chłopaka, spojrzenie jakim kilku z gości karczmy obrzuciło jego pana gdy padło miano familii Czermińskich.
 

Ostatnio edytowane przez Halad : 27-01-2014 o 10:24.
Halad jest offline  
Stary 29-01-2014, 08:55   #7
 
Wojan's Avatar
 
Pan Michał pijanicą nie był, ale w dobrym towarzystwie nigdy toastu nie odmówił. Imić Jędrzej od razu mu się z fizis spodobał, to i nie miał stary szlachcic oporów, coby się do niego przysiąść.
Bratanek jego także obok usiadł i kielich w dłoń chwycił.
- Bystre spojrzenie masz, acan - zaczął pan Michał - Z bratankiem moim od wielu dni w drodze jesteśmy i mocno strudzeni jesteśmy. A tu jeszcze ten łazęga - szlachcic wskazał głową na karczmarza - gościny i strawy rycerzowi, co z wojny wraca odmawia. Nie godzi się, to przecież. Żeby to jeszcze Żyd był, to bym zrozumiał. A on te przecie pewnikiem chrześcijanin, tyle że z tych innego obrządku. Zgroza, powiadam ci waszmość, zgroza, co się na tym świecie dzieje.
- Nie strofuj się nim waszmość, ale o sobie mów. Skąd wracasz i kogo żeście z bratankiem bili? - dopytywał się łasy na nowiny ze świata jowialny szlachcic.
- Szweda żeśmy w Inflantach tłukli. A musisz wiedzieć, acan, że wojna ta ciężka jak żadna inna. Na nie jednej wojence już byłem i w nie jednej bitwie, piersi żem dla naszej ukochanej ojczyzny nadstawiał. Jednak to , co tam się… Oj panie bracie, zgroza, powiadam ci, zgroza i niejedną słabszą duszyczkę o palpitację serca przyprawić może. Ty mi mości panie na słabeusza nie wyglądasz, zatem ci opowiem co żem widział i przeżył.
Pan Michał po dzban sięgnął i całej trójce przy stole siedzącej. Rozparł się stary szlachcic wygodnie w ławie, jedną dłoń na biodrze położył, a drugą kielich z którego co rusz pociągał, trzymał. Zaczął snuć opowieść o swoich dzielnych czynach, jakich w Inflantach dokonał. Jak to siedzącemu obok młodemu imić Iłowiczowi, życie uratował. Jak się później okazało, bratanka swego spod kosy kostuchy wybawił. Okazało się, że Iłowicz sierotą jest dlatego też pan Michał, jak swego syna go traktuje i opiekę mu zapewnia. Mówił imić Wasilewski głośno tak, żeby nie tylko pan Jędrzej go słyszał, ale także siedzący przy sąsiednich stolikach, a nade wszystko podły karczmarz, co mu gościny chciał odmówić. Gestykulował przy tym pan Michał, jakby przed nim oddział rajtarów stał, a on samojeden przeciw nim stawał. Miód lał się obficie i coraz barwniejsze pan Michał opowieści snuł, tak że nawet imić Daniel zaskoczony był czynami, których jego stryj dokonał. Z opowieści pana Michała wynikało, że jest on nie tylko najprzedniejszym szermierzem, zwinnym, szybkim i odważny, ale także zaufanym człowiekiem hetmana Żółkiewskiego i polskiego dowódcy Farensbacha.
- Tak to się panie bracie, wojna w Inflantach toczy - zakończył pan Michał.
- Rozumiem acan, że teraz pewnie do domu wracasz odpocząć i spokoju zaznać.
- No sęk w tym, że nie zupełnie to tak wygląda. Powiem ci acan w sekrecie - tutaj pan Wasilewski głos ściszył i nad grubym szlachcicem się nachylił - Z misją tutaj przybywam. Listy ma do niejakiego Gregoviusa. Powiedz mi waszmość, co to za człowiek i gdzie go znajdę? - zapytał na koniec pan Wasilewski.
 
__________________
"Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy Wojsko Polskie" mjr. Dekutowski ps. "Zapora"
"Świnie noszą koronę, orzeł w gównie tonie,
a czerwono białe płótno, porwał wiatr" Hans
Wojan jest offline  
Stary 30-01-2014, 10:58   #8
 
Asenat's Avatar
 
Ponury zazwyczaj najstarszy Apostoł poweselał wyraźnie na widok Tynciowych zabawek, co dziewczynę ucieszyła stukrotnie. Już, już pewna była, że go na swoją stronę przekabaciła! Lecz nagle – cóż to?! – zmiana jakowaś zaszła w Gregoviusowym pierworodnym, i nie była to wcale a wcale zmiana na lepsze... Zdało się Ałtyn, że duch nieco zbyt osłabł w Janie McGregorze, bo ten coś chrząkać dziwnie począł, własnym oddechem zatykać się i za kołnierz szarpać. Uznała, że być tak nie może! Raz, że Szkot ważne w jej mniemaniu zadanie dostał, a dwa, że za nic nie chciała, by ten się przy niej frasował lub – nie daj Boże! - pomyślał, że mu Ałtyn wstręty jakoweś czyni.

Tedy nachyliła się do pani McGregorowej i niby do jej uszu rzekła, a jednak głośno dość, by do świadomości wszystkich w izbie dotarło:
- Mówiłam ja, że pan Jan kawaler bywały, i gdy tylko zechce, wielkich rzeczy dokonać może!
Szkot zaś głowę uniósł akurat by zostać trafionym z obu luf Tynciowego spojrzenia, przekonanie wygłoszone uzupełniającego. Spoglądała Tyncia mianowicie z podziwem i uwielbieniem absolutnym. Silny jesteś jak Samson, mówiły jej czarne oczęta. Waleczny jako Jozue, mądry jako Salomon. Cóż to dla cię drobiazg taki?
I ku wielkiemu zdumieniu Ałtyn, skutek to przyniosło zgoła odwrotny. Szkot zamiast urosnąć od tego jej niemego poparcia, pobladł wpierw, później poczerwieniał płomiennie, a potem na czeladników i braci huknął, by izbę opuścić pospiesznie.

Musi być, uznała Tyncia, że za dużo czasu po karczmach dusznych przesiaduje, miast na powietrzu świeżym.

***

A jednak przekonanie Tynciowe o rusznikarskim dziedzicu ani trochę na wyrost okazało się nie być uszytym. Ledwie Ałtyn pomówiła z Cyrylem i suknię zmienić zdążyła na bardziej paradną i godną, Szkot już znać dał, że ojciec jego spotka się z Ałtyn w ratuszu, niedługo po piątej.
- Na samą ucztę zaprosić panienki nie możemy – mitygował się rudy niedźwiedź, a Ałtyn oczy szeroko ze zdziwienia rozwarła, tylko by zaraz ściągnąć z niezadowoleniem jaskółcze brewki. Jan faktycznie słabować musiał, bo chyba nie dorozumiał do końca, co do niego mówiła i co miała na celu jej wyprawa do ratusza.
- Furda mi – rzekła wolno i spokojnie, każde słowo niczym sprzedawany proch odmierzając – ta uczta, i świata całego uczty wszystkie. Na cóż ja tam przy tym stole? To dla ojca twego miejsce, i on już tam zasiada. Co dla mnie i dla was ważne, będzie uzgodnione.
Pokiwała główką razy kilka, by słów swych wagę podkreślić. Potem zaś lekkim już tonem zapytała, czy ją Szkot do domostwa czcigodnego hazzana nie odprowadzi, bo panią Grzegorzewską, co jej pilnować miała, od wrażeń nadmiaru sen zmorzył, syn zaś jej wsiąkł gdzieś między barwne stragany i nie wrócił do tej pory.

***

Hazzan Ananiasz Abkiewicz był stary. Dziadek rzekł kiedyś Ałtyn, że gdy małym był chłopcem, któremu jeno krotochwile w głowie się lęgły, hazzan już był stary, i z tym samym dobrotliwym uśmiechem groził mu palcem. Czcigodny starzec od lat przewodził małej społeczności Karaimów, którzy osiedli wokół Wichacza, radą służył i sądy sprawował, a uczonego w Piśmie nad niego w powiecie nie było nikogo, kilku zaś zaledwie w całej Rzplitej.

I powoli, choć na razie głównie dla tego światłego męża, jasnym być zaczynało, że starszy już nie będzie. Że co miał przeżyć, już przeżył, czas ode Boga Jedynego dany pracowicie wykorzystując. Nawet teraz jednak, opadły z sił, gości co o radę prosili codziennie przyjmował, na łożu okrytym wschodnimi kilimami spoczywając, z którego to, jak Tynci wierny Cyryl doniósł, hazzan nie wstawał ode tygodnia.

Przyklękła Tyncia, dłoń wątłą i pomarszczoną ujęła w swoje i pocałunek na niej złożyła.
- Może do Mediolańczyka pójdę, czcigodny? Medykamenta jakoweś na twą słabość znaleźć się muszą!
Uśmiechnął się hazzan dobrotliwie, z piernatów uniósł się lekko, by Ałtyn po liczku pogłaskać.
- Gołąbeczko, ta choroba to starość, a na nią jedna tylko recepta jest i ratunek – przymrużył pogodnie wyblakłe oczy. - Powiedz ty mi lepiej, z czymże przychodzisz.

Jeszcze raz pocałowała miękką dłoń starca i ode początku do końca opowiedziała wszystko: o dziaduńcia Michaszki wypadku, woli jego, by wnuczkę w stroju panny młodej zobaczyć, nim oczy zamknie na zawsze, i by opiekuna dobrego Ałtyn zapewnić. I o frasunkach swoich, że wybranek winien z prochem i ogniem być obznajomiony, lub chociaż wolę do prowadzenia młyna i nauki wykazać, bo inaczej cała scheda Eliaszowa przepadnie, wniwecz się obróci. Zaśmiał się na to hazzan serdecznie.
- Córuchno moja – rzekł, choć różnica wieku pozwalałaby mu spokojnie prawnuczką Ałtyn nazywać - coś mi się widzi, że ty już kawalera sobie upatrzyłaś, więc nie zwódź starego...

Cóż miała udawać przed człowiekiem, co w sercu jej jak w otwartej księdze czytał. Wszystko rzekła, od początku do końca, że o czeladniku rusznikarskim Zachariaszu myśleć przestać nie może, choć wszystkiego może i trzy zdania zamienili.
- Nie jest to człek majętny... - zwrócił uwagę hazzan.
- Nie musi, kiedy ja jestem – odparowała Tyncia gorąco.
- Nie ma i rodziny...
- Toć ja mu rodziną będę. Jeśli tylko serce ma zacne i...
- Już już
– stęknął jękliwie święty człek, potok jej mowy wstrzymując. - Nie ściskaj mi tak ręki, bo kości mi połamiesz, i oczyskami już nie strzyż, gołąbko.

***

Jan McGregor, co w sąsiedniej komnacie dla dyskrecji pozostał, nadziwić się nie mógł odmianie, jaka w Ałtyn zaszła. Spokojna i rozważna zazwyczaj panienka wypadła z hazzanowej komnaty jak piorun kulisty, drzwiami ostro huknąwszy, z uśmiechem szerokim na ustach, oczami roziskrzonymi i rumieńcami na policzkach. I tego dość nie było, bowiem dopadła Szkota jednym susem, za ręce go pochwyciła i zakręciła się razem z nim jak fryga.
- Ach! - zawołała radośnie. - Takam szczęśliwa! Takam szczęśliwa!

Szczęście musiało zaiste być wielkie, bo Tyncia o nim jeszcze tuzin razy poinformowała podczas drogi do ratusza.

***

- Nie nie nie – Gregovius uniósł obie dłonie do skroni okolonych siwiejącymi już włosami – Od kiedy to po rękach mnie na powitanie całujesz, Tynciu?
- Ode dziecka
– odparła Ałtyn poważnie i zgodnie z prawdą.

W komnacie roiło się mieszczan znacznych, bogato i wystawnie odzianych. W oddali mignęła Ałtyn potężna i wyprostowana po żołniersku sylwetka księcia Koreckiego, górującym nad burmistrzem Stuveniusem i podłą w rozmiarze powłoką cielesną rajcy Morstena.
- Książę ucztą wielce ujęty – rzekł Gregovius z zadowoleniem. - I biesiadować postanowił do rana. Tedy... - głos zawiesił.
- Tedy? - zapytała Tyncia z uśmiechem.
- Tedy widowisko na północ wyszykować trzeba, nim wszyscy popiją się zbyt mocno, by je docenić. Janie, zajmiesz się wszystkim. Gościa naszego trudzić nie będziemy.
- Nie strudzi mnie to wcale, a pomogę chętnie – zaoponowała Tyncia, wielce nierada, że ją od pracy jej rąk własnych chcą odsunąć. - I rozpisane mam już, jak rzecz całą rozmieścić trzeba, i jak lonty przyciąć. Toć potrzeby żadnej nie ma, by pana Jana głowę tymi szczególami turbować niepotrzebnie. Zdaje się, że książę pan na komnaty wraca... - zauważyła, ale nim rusznikarz podążył za szlachetnym gościem, za rękę go pochwyciła. - List ode dziadka dla was przywiozłam. Z recepturą. Próby poczyniliśmy liczne, i pewniśmy wyniku. A między inszymi com przywiozła, sześć beczek, co krzyżami na obręczach są oznaczone, to te właśnie...
 
Asenat jest offline  
Stary 01-02-2014, 14:47   #9
 
Earendil's Avatar
 
„Gdzie ten błazen się podziewa?” pomyślał ze zdenerwowaniem pan Paweł. Siedział już w tej izbie tyle czasu, opróżnił kielich nie raz i nie dwa, a tego pachołka wciąż nie było. Normalnie to nie miałby nic przeciwko by i cały dzień przepić w gospodzie, ale tutaj mu było jakoś nie w smak. Żyd, latający po izbie jak kot z pęcherzem, zdawkowo odpowiadał na pytania i starał się pana Pawła łukiem omijać, zaś brać szlachecka nie zdawała się darzyć jakąś estymą rodu Czermińskich, popijając i rozmawiając w swoim gronie. „Tępe wieprze!” pomyślał z rozgoryczeniem Paweł. „Udajecie jakbyście pierwsze co o mym panu ojcu słyszeli, ha? Podłe kanalie! Niegdyś to się trzeba było odganiać od tych wszystkich szlachetek, co tylko zapraszały mych rodzicieli w gościnę, byle tylko móc się pochwalić, że pan Gustaw u nich wieczerzał. A teraz z jego rodzonym synem, ba, weteranem wojennym, nawet słowa nie zamienią!” Nic dziwnego zatem iż z kwaśną miną, dolewając sobie więcej miodu pan Paweł nie mógł się doczekać powrotu sługi.

***

Kiedy pan Czermiński wyszedł z karczmy zakręciło mu się trochę w głowie, tak iż Bartek musiał go podtrzymać. Na zewnątrz było bowiem jeszcze duszniej i goręcej niż we „Wdałym Kurze”. Pan Paweł, któremu już szumiało trochę we łbie, a wszak upał i zaduch także dołożyły się do męczenia głowy szlachcica, z trudem odzyskał rezon. Po chwili jednak powrócił do zmysłów i mógł już o własnych siłach, wcale prosto ruszyć za Bartkiem. Ten zaś prowadził go wokół najróżniejszych straganów i stoisk, kluczył między wystawionymi towarami kupieckimi, a i zatrzymywał się nieraz, ponoć by sobie przypomnieć jak się do tej „Wiechy” szło, choć pan Paweł widział jakim rozmarzonym wzrokiem wpatrywał się w te dobra. „Respektu chłopak nie czuje, groźbą się nie przejął, a i ciąga mnie po tym rynku, wlepiając chamskie ślepia w stragany”, pomyślał młody rycerz, jednak bez złości. Po prawdzie to lubił Bartka i chyba ten zdawał sobie z tego sprawę, skoro pozwalał sobie na takie obchodzenie się ze swoim panem. Rachować umiał, o ekwipunek pana zawsze dbał, a i obrotny był, toteż nic dziwnego, że Czermińskiemu przypadł do gustu, ba, nawet go planował ze sobą na Inflanty wziąć, jak znowu wróci do wojaczki.

-I jak tam z pokojem? Załatwiłeś?- zagadał do pachołka pan Paweł.
-Ach panie, jakżebym miał nie załatwić?- odpowiedział chłopak, wyprowadzając ich wreszcie z tłoku ludzi oglądających towary i targujących się.
-Przecież żeś mówił, że ciężko o izbę.
-A bo i ciężko, dyć tam jako i tutaj, co krok o kogoś się trącało. A i gospodarz, zda się Ormianin też się zarzekał, iż pokoju nie uświadczysz. Ale jak go tak przycisnąłem to wymskło mu się, że brat mu do dom zajechał i że teraz we dwie rodziny nawet muszą się w jednej izbie mieścić by pomieścić gości. No tom go zagadał o tego brata i się jął skarżyć, że ten urzędy gdzieś jakieś piastował, ale go zawiść ludzka stamtąd przegoniła i…
-Pohamujże ten jęzor!- przerwał mu zdenerwowany Paweł.- Ja go pytam o izbę, a ten mi o braciach opowiada!
-Kiedyż to właśnie o tego brata się rozchodzi, proszę Waszmości.- odpowiedział niezrażony pachoł.
-Ja go właśnie za tego brata zaczepiłem, bom mu rzekł iż właśnie mój pan, czyli Wy, szukacie zarządcy do dóbr swoich, więc może jak człowiek się Wam spodoba, to go weźmiecie. I już się mu zmieniło nastawienie, i tylko jeszcze chwilę stękał, ale się zgodził przyjąć Waszeć, ba nawet zapłaty odmawiać począł, mówiąc że to on winien jeszcze przepraszać, że wyjść po Was nie może.
- Eh ty durny, kto ci się moim rządzić pozwolił?- westchnął Paweł, jednak opowieść ta zbytnio go rozbawiła, by się mógł naprawdę złościć. – Patrzcie go! Jeszcze chwila, a mnie swatać zacznie, albo mówić mi komu na elekcji dać kreskę. Oj, chyba za dobry jestem.

W gruncie rzeczy był jednak zadowolony z obrotu spraw. W istocie, potrzebował znaleźć człowieka, który doglądałby mu jego nowo nadanej wsi. A i dobrze będzie mieć jakieś koneksje w Wichaczu, coby na przyszłość już nie musieć tak się pałętać jak teraz.

Dotarli w końcu do gospody. Pachołek otworzył przed nim drzwi, a pan Paweł, dzięki spacerowi wytrzeźwiawszy trochę, dziarskim krokiem wszedł do „Wiechy”.
 

Ostatnio edytowane przez Earendil : 01-02-2014 o 14:59.
Earendil jest offline  
Stary 03-02-2014, 21:52   #10
 
merill's Avatar
 
W miarę jak zmierzali ku miasteczku, spoglądając na niezliczone tłumy ciągnące w tym samym kierunku, humory z kompani pana Wojciecha uchodziły. Sam porucznik husarski, co raz bardziej był przygnębiony widokiem sprawy. Nie takiego jej obrotu się spodziewał, zwłaszcza w dzień swojego patrona – Świętego Wojciecha, co zaprzańców Prusów na prawdziwą wiarę miał nawracać. W katedrze gnieźnieńskiej, gdzie ojca brat stryjeczny kanonikiem był, widział relikwie owego świętego męża, ale lat miał wtedy mało i należytej wagi do sprawy nie przywiązywał.

Dotknął instynktownie szramy na skroni, która jeszcze białawą blizną pokazywała się. To przez ową pamiątkę rajtarskiego pałasza zaczęła się ta cała wędrówka jego. Z Inflant kawał drogi był, przed nim i jego kompanami pracy jeszcze sporo na widoku było, wpierw jednak hetmańskie pisma w regestrze musiał złożyć i prawnie sprawę nadania uregulować.

- Wojciechu – młody wojownik odwrócił się w stronę starego Michała, który najwyraźniej suplikę jakowąś miał – może dobrze by było Przemka posłać do miasta, co by się wywiedział o jakieś niezajęte jeszcze lokum? Cała ćma szlachty i kupców się tu zjechała, musi jakiś jarmark się odbywać, niech nam nocleg znajdzie? - Słusznie Michale – ożywił się Krotoski – w tym zamyśleniu nie wpadłem na to.

Przywołał czym prędzej szczupłego ale zwinnego niczym fryga pachołka imieniem Przemko. Potomkiem mieszczan był, czyli człekiem wolnym, ale Wojciech upodobał sobie jego obrotność i inteligencję i na służbę u siebie wziął. – Weź podjezdka i dymaj do miasta przed nami. Dowiedz się co to za uroczystość się odbywa akurat i miejsca jakieś w zajeździe dla całej naszej kompanii znajdź. Masz – wcisnął mu w dłoń mieszek z solidną ilością gotówki – jak z góry trzeba by zapłacić. Młodzieniec prawie, że niewidzialnym ruchem zgarnął mieszek i schował go za pasem, po czym wznosząc tumany kurzu, pognał gościńcem ku miasteczku.

Wojciech wstrzymał konia na chwilę i sięgnął do bukłaka przy siodle, spłukując kurz z gościńca w gardle czystą wodą, po czem ruszył zamykając pochód. Przed nim, z charakterystycznym skrzypieniem osi poruszał się solidny wóz, ciągnięty przez dwa pogrubiane wałachy na rajtarii zdobyte. Konie te wytrzymałe i silne, do huku wystrzałów nawykłe według niego tylko do ciągnięcia wozu się nadawały. Powoził Zbych, a Damian na wozie zajęty był czyszczeniem uprzęży. Nie mógł na pachołków narzekać, chłopaki uczciwe były i pracowite, do tego jak tury silni, zwłaszcza Zbych, który dłonie miał tak duże, że wydawałoby się bykowi i kark nimi by złomił. Obaj pochodzili z jego stron, sieroty, które przy ich dworze się wychowały.

Przy wozie człapał powoli bachmat Selima, a sam jego właściciel, kolebał się w siodle we śnie pogrążony. Tatar wydawał się jakby jednością ze swoim koniem, a Wojciech nie mógł się nadziwić, jak tak świetnie ze zwierzęciem można się porozumieć. Selim bowiem jeźdźcem był ekstra ordynarnym, ale kawalkato rem jeszcze lepszym, jakby końską mowę rozumiał. Pogańskiej wiary był, ale od pokoleń w na Litwie jego rodzina osiadła, a i sam się tytułem szlacheckim legitymował i pomimo nauk swego Proroka, od wina czy gorzałki nie stronił. Choć jeno tylko pod dachem lub drzewami miał zwyczaj pijać, żeby jak sam mówił, Jedyny, nie ujrzał go z nieba i nie potępił.

Andrzej jechał obok Michała na przedzie, pocztowy niskiego wzrostu był i budowy krępej, ale wytrzymały i zawzięty, o biodro opierał kolbę tureckiego muszkietu – janczarki, którą to w Mołdawii jako część okupu za życie jakiegoś znacznego agi Wojciech wziął. Broń była innej niż europejskie muszkiety, budowy. Lufa smukła, z wytrzymałej stali kuta, a łoże i kolba zdobione były pięknie roślinnymi ornamentami. Wojciech się cały czas zastanawiał, czy broń tak celna była dzięki swojej misterności czy wyjątkowym umiejętnością Andrzeja. Zubożały szlachcic spod Kobylina, sąsiad Krotoskich, bowiem w posługiwaniu bronią palną biegły był nad wyraz. Rówieśnikiem Wojciecha był i ponoć w młodzieńczych latach w Rzeszy rusznikarskie tajniki poznawał. Pistolety, arkebuz, muszkiet, dla niego za jedno było z czego strzelał. Choć w szabli jednak umiejętności mu brakowało, to nie raz w gęstwie bitwy, celny strzał Andrzeja, miejsce Wojciechowi robił i kłopoty odpędzał.

Wreszcie stary Michał, ponad pięćdziesiąt wiosen grubo liczący to jednak zdrowiem i głową do wypitki nie raz jego, dwadzieścia lat ponad młodszego zadziwiał. Wszystko co młody Krotoski potrafił szablą zrobić, od starego weterana się nauczył. Walczył Michał pod wieloma wodzami i z wieloma ludami, dlatego doświadczenie i wojskowe obycie bardzo Wojciechowi pomagało, zwłaszcza na początku kariery wojskowej. W boju Michał strasznym był wojownikiem, zwłaszcza jeśli przeciw pogańskim nacjom stawał, szybkości i siły może już imponującej nie stawało mu, to jednak po jego cięciach mało który w siodle siedział.

Im bliżej byli miasteczka tym na gościńcu robiło się ciaśniej, by w końcu trakt zamienił się w sznur wozów, koni i i ludzi, ciągnący się aż do bramy miasteczka. Na błoniach pod Wichaczem rozłożyło się mnóstwo kramów, drewnianych składów namiotów i bud. Całe to zbiegowisko przypominało nieco obóz wojskowy, tyle, że pospolitego ruszenia. Tak samo mienił się kolorami i podobnie śmierdział… kapustą i łajnem… ot parabola życia.

Przed bramą czekał na nich Przemko, nieco zdyszany ale uśmiechnięty, z czego Krotoski wywnioskował, że polecone mu zadania wypełnił: - Panie w mieście ciżba i ścisk wielki, karmazynów i szlachty zjechało do Wichacza sporo, jutro bowiem jarmark ma się odbywać. Sam książę Korecki zjechał do miasta, przez mieszczan i burmistrza ma być ugoszczony ucztą. Zajazdy i gospody pozajmowane, ale udało mi się jeszcze dwie izby „Pod Wiechą” znaleźć. Jak i miejsce dla koni.
- Dobrze się spisałeś Przemko – pochwalił pachołka Wojciech, wyglądało na to, że ich wizyta w Wichaczu przebiegnie dość przyjemnie. Postanowił, że odpoczną kilka dni w mieście, a potem ruszą dalej. Wtem Michał milczący dotąd ze srogą miną odezwał się do pachołka: - Jeśli w izbach będą pluskwy, a strawa podła, twoim łbem będę je z siennika wytrzepywał – dla lepszego efektu pogroził mu palcem. Przemko pobladł nieco na obliczu, ale rezonu nie stracił.

*****

Pachołkowie zaprzątnęli się obok koni i wozu, a Zbych i Damian polecenie dostali, by zwierzą i dobytku pilnować, zwłaszcza na konie baczenie mieć, co by im pójła i spyży nie brakło. Wojciech z towarzyszami zajął miejsca przy jednej pustej ławie w obszernej izbie. Wnet zamówili piwo i wina, a także mięsiwa i chleb i zajęli się strawą. Droga wszystkim dała się we znaki, zwłaszcza, że śpieszyli się z Inflant,a pora roku i stan dróg nie rozpieszczały ich podczas wędrówki.

Wojciech przysłuchiwał się rozmową jakie toczyły się w izbie, niektórzy gestykulowali głośni i sporo, przepijając swoje opowieści sporymi ilościami napitków. Wśród głosów wyłowił jeden, należący do starszego szlachcica, który innemu szlachetce swe przewagi z Inflant wykładał, momentami, między jednym kęsem mięsiwa a drugim musiał uważać, by się ze zdziwienia nie zadławić. Michał warknął coś pod nosem o „chędożonych kłamcach i sodomickich oratorach”, ale widząc rozbawione spojrzenie porucznika, zamilkł nad swoim talerzem. Wojciech nie potrzebował dzisiaj kłopotów, zwłaszcza karczemnej bójki.

Zaspokoiwszy pierwszy głód, rycerz ruszył w stronę karczmarza. Uiścił u Ormianina zapłatę z góry za tydzień cały z jadłem i spyżą dla koni. Zwłaszcza o te ostatnie polecił dbać karczmarzowi, obiecując sowitą premię. – Ciekawym czy acan, jakiegoś jurystę mógłbyś mi polecić? Pisma mam z nadaniem od samego hetmana i pewne sprawy uporządkować muszę. Może znacie kogoś takiego? Karczmarz skłonił głowę w dziękczynnym skłonie, zadowolony, że trafił mu się klient płacący z góry i bez niepotrzebnych targów. – Panie, jeśli o jurystę chodzi, człeka w prawie umnego, to jedynie rajcę Morstena Hieronima mogę polecić. Człek to uczciwy i o sporych wpływach, ale dziś pewnie zajęty niemożebnie, jak cała rada miasta zresztą. – poufale nachylił głowę i ściszając głos dodał – Ponoć ucztą wystawną samego księcia Koreckiego podejmują. Krotoski wywiedział się jeszcze, gdzie ów Hieronim mieszka i wrócił do swojego miejsca przy ławie. - Andrzeju, przywołaj mi tu Przemka zaraz, mam kilka spraw do załatwienia, Wy jesteście wolni. Odpocznijcie, zabawcie się, wola wasza, ja sam sprawę muszę załatwić. Panie Chabazajewicz – zwrócił się do tatara, który właśnie podnosił do ust kielich z winem – zajrzyj potem do stajni czy naszym koniom i pachołkom nie brakuje niczego? Niech wozu pilnują, bo jak jakie nieszczęście się stanie, to pasy z nich drzeć karzę – zakończył surowym tonem. - Taaa… akurat – zaśmiał się Andrzej - zanadto dla chamstwa miękkiś Wojciechu, zanadto, ale Damian i Zbych to dobre chłopy.

*****

Przemko odnalazł się szybko, wraz z ryzą papieru i inkaustem. Szybko podyktował treść posłania i wytłumaczył słudze, gdzie rajca Morsten mieszka. Sam wrócił z powrotem do wspólnej izby na dole, by opowieści i rozmowy zażyć. Na powrót Przemka nie musiał czekać zbyt długo, aż sam się zdziwił, że sługa tak szybko obrócił z powrotem, okazało się, że rajca wcale nie daleko mieszkał, przynajmniej dla wychowanego w miejskim zgiełku pachołka. Przyniósł nawet od razu odpowiedź, niezwykle Wojciecha zadowalającą, rajca zgodził się go przyjąć późnym wieczorem.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172